Więcej chce zatrudniać niż zwalniać

Czy w Polsce przestaje istnieć rynek pracownika? Na razie chyba jeszcze nie.

Jak wykazują badania, obecnie w naszym kraju jest najmniejsze od dwóch lat zapotrzebowanie na nowych pracowników.
Cały czas jednak więcej przedsiębiorstw chce zatrudniać niż zwalniać.

Prognoza na plus

W pierwszym kwartale bieżącego roku 6 proc. polskich pracodawców będzie poszukiwać nowych pracowników, podczas gdy 3 proc. planuje redukować zespoły – wynika z raportu agencji zatrudnienia ManpowerGroup na temat planów rekrutacyjnych firm. Tak więc, tych co chcą zatrudniać jest dwa razy więcej niż tych, którzy planują zwolnienia.
Najłatwiej o nową pracę będzie w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach. Najtrudniej – w restauracjach i hotelarstwie. Generalnie, szanse na znalezienie nowej pracy będą w Polsce mniejsze, niż w dwóch poprzednich latach.
Rynek pracy zapowiada się jako dość stabilny. Od stycznia do marca 2020 roku aż 86 proc. polskich firm nie przewiduje zmian personalnych. Razem z tymi 9 proc. przewidującymi ruch kadrowy daje to 95 proc, gdyż 5 proc. przedsiębiorstw jesienią ubiegłego roku nie znało jeszcze planów personalnych na najbliższe miesiące.
Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica między pracodawcami planującymi wzrost i spadek zatrudnienia wynosi +7 proc. To wynik niższy o 2 punkty procentowe w stosunku do poprzedniego kwartału oraz o 5 punktów procentowych w porównaniu do pierwszego kwartału minionego roku.

Budowlanka wciąż szuka ludzi

– Choć na tle ostatnich dwóch lat najnowsze plany rekrutacyjne firm nie wyglądają tak optymistycznie, to pracownicy nie powinni obawiać się o utratę posady. Mimo że przedsiębiorstw, które będą powiększać swoje zespoły, jest mniej niż przed rokiem, to jednocześnie mniej firm chce też redukować liczbę pracowników. Znacznie wzrósł natomiast odsetek organizacji, które chcą zachować obecną liczbę zatrudnionych. Takie dane to zapowiedź stabilizacji rynku pracy nad Wisłą – ocenia Iwona Janas, dyrektorka generalna ManpowerGroup w Polsce.
Jak mówi, pracownicy, którzy myślą o zmianie zawodowej powinni uzbroić się w cierpliwość, ponieważ w związku z mniejszą liczbą ofert zatrudnienia, proces poszukiwania i zmiany pracy może się wydłużyć. Po bardzo intensywnych poszukiwaniach pracowników, wiele firm zapełniło wreszcie swoje wakaty, a w najbliższych miesiącach czeka ich mniejsza rywalizacja o kadry. Zmianę może jednak przynieść otwarcie niemieckich granic dla pracowników spoza Unii i migracja obywateli Ukrainy za naszą zachodnią granicę.
W ramach raportu przeanalizowano prognozy zatrudnienia przedsiębiorstw z 10 sektorów polskiego rynku. Najlepsze perspektywy czekają na osoby poszukujące pracy w branży budowlanej, ponieważ tam najwięcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników (prognoza wynosi +16 proc.).
Ze znalezieniem nowego zatrudnienia nie powinny mieć trudności także osoby zainteresowane pracą w produkcji przemysłowej (+11 proc.). Mniejsze szanse mają kandydaci szukający pracy w energetyce, gazownictwie i wodociągach (+8 proc.), w handlu, transporcie, logistyce, komunikacji (+7 proc.).
Mniej ofert pracy będzie w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+4 proc.), zaś najmniej: w restauracjach i hotelarstwie (+2 proc.).

Idźcie do wodociągów

Biorąc pod uwagę dane sprzed roku, obecne plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w 8 z 10 branż gospodarki. Perspektywy znalezienia nowej pracy pogorszyły się najbardziej w transporcie, logistyce i komunikacji (prognoza jest teraz niższa o 11 pp.), w produkcji przemysłowej (10 pp.) a także w kopalniach i przemyśle wydobywczym (8 pp.). Z kolei zmiana na plus czeka na kandydatów w energetyce, gazownictwie i wodociągach (prognoza wyższa o 6 pp.) oraz w budownictwie (1 pp.). W porównaniu z ostatnim kwartałem ubiegłego roku prognozy pogorszyły się w 7 z 10 sektorów. Największa zmiana widoczna jest dla kopalni i przemysłu wydobywczego, gdzie plany rekrutacyjne firm pogorszyły się o 5 punktów procentowych. W produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach prognoza jest niższa o 4 punkty procentowe.
Lepsze niż w ubiegłym kwartale perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na osoby zainteresowanie zatrudnieniem w budownictwie (prognoza wyższa o 3 pp.), w rolnictwie, leśnictwie, rybołówstwie (2 pp.) i finansach oraz usługach dla biznesu (2 pp.).
Barometr perspektyw zatrudnienia ManpowerGroup to badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich przedsiębiorstwie w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla pierwszego kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 16 do 29 października 2019 r.
Raport uwzględnia również prognozy zatrudnienia dla 26 krajów regionu EMEA (czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W pierwszym kwartale 2020 roku o nową pracę będzie najłatwiej w Grecji (prognoza aż +25 proc.) i w Rumunii (+14 proc.).
Polska z wynikiem +7 proc. znajduje się na ósmym miejscu, ex aequo z Bułgarią, Francją i Słowenią. Rok temu w tej klasyfikacji polski rynek pracy był piąty a w poprzednim kwartale szósty w regionie. Gorzej od nas wypadają dwa wielkie europejskie rynki pracy: przedsiębiorcy w Wielkiej Brytanii sformułowali prognozę najniższą od ponad siedmiu lat (+2 proc.) a w Niemczech od ponad trzech (+4 proc.).
Najmniejsze szanse na godziwą zmianę zatrudnienia mają mieszkańcy Włoch i Hiszpanii, gdzie prognoza wynosi zaledwie +1 proc. Stanowczo nie są więc to państwa, do których warto się wybrać w poszukiwaniu dobrej pracy.

Idziemy do przodu

Kończący się 2019 rok był dla lewicy rokiem udanym. Udało nam się dokonać tego, czego nie dokonała żadna partia polityczna w Polsce po 1989 roku. SLD wrócił do Sejmu, po tym jak w 2015 roku został – z woli wyborców – z Sejmu wypchnięty. Pamiętajmy jednak, że inne SLD z Sejmu się wyprowadzało, a inne do niego wracało.

Nie chodzi nawet to, że lewica szła do wyborów w formule szerokiego porozumienia i realnego wyborczego zjednoczenia. W 2019 roku nie było żadnej konkurencyjnej listy na lewicy. Istotniejsze jest to, że lewica do Sejmu wróciła głosami znacznie szerszej grupy wyborców, niż do tej pory. Nie chodzi o liczby bezwzględne, chociaż 2,3 mln głosów to wynik najlepszy od 2001 roku. Chodzi o nową strukturę elektoratu. Na listę SLD zagłosował tradycyjny elektorat Sojuszu, który był z nami na dobre i na złe przez lata. I za to poparcie chciałbym tu podziękować. Ale lewica zyskała poparcie Ponad miliona nowych wyborców wywodzących się spoza naszego tradycyjnego elektoratu. Osób aktywnych w ruchach społecznych, w tym: ruchach miejskich, ruchach kobiecych, ruchach na rzecz praw osób LGBT, ruchach na rzecz świeckiego państwa. Oczywiście Sojusz zawsze miał w tych środowiskach przyczółki. Teraz jednak zamieniły się one w falę masowego poparcia, która wyniosła nas do Sejmu. Za te głosy też dziękujemy i je szanujemy.

Szersza baza, szersza nadbudowa

Ale przede wszystkim wyciągamy wnioski. Po marksowsku, nadbudowa musi nadążać za bazą. Jeśli zmieniła, poszerzyła się, nasza baza wyborcza to potrzebujemy nowej nadbudowy, nowej formuły organizacyjnej, aby poparcie naszego nowego szerokiego elektoratu utrzymać. Do wyborów poszliśmy jako Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wyciągnęliśmy wnioski, nie szarżowaliśmy na 8-procentowy próg wyborczy, o który potknęliśmy się w 2015 roku. Ale nasze listy wyborcze były porozumieniem trzech partii, trzech środowisk i trzech pokoleń lewicy. Ta formuła przyniosła nam sukces, dlatego postanowiliśmy iść za ciosem.

Transformacja – ma się czego bać

Zdecydowaliśmy się na transformację naszej partii. Nie rozwiązanie! Transformację! Nie pierwszą w historii naszego środowiska. PZPR umożliwiła narodziny SdRP, Socjaldemokracja przekształciła się w SLD, teraz czas na przekształcenie SLD w Nową Lewicę. Większość z Czytelniczek i Czytelników „Trybuny” obserwowała wcześniejsze transformacje lub brała w nich udział. Emocje i obawy na początku zawsze były spore. Ale każdy lęk był oswajany, a po kilku miesiącach stawaliśmy się jedną ekipą.
O transformacji SLD zdecydowała konwencja. Dyskusja była momentami emocjonalna, przeważały jednak głosy merytoryczne. Obawy wielu osób na sali rozwiał poseł Marek Dyduch, który jest uosobieniem prawdziwości tezy, że w Nowej Lewicy jest miejsce również dla osób działających w naszej formacji od kilkudziesięciu lat. Nikt nikogo wypraszał nie będzie. Przeciwnie, obowiązuje zasada wszystkie ręce na pokład. Ceniony jest młodzieńczy entuzjazm, ale równie cenione są mądrość życiowa i doświadczenie.

Nie wyprowadzamy sztandaru

Jedna rzecz musi wybrzmieć stanowczo. Nikt nie rozwiązuje SLD. Nikt nie wyprowadza sztandaru. Konwencja SLD zdecydowała o zmianach w statucie partii. 109 głosów za, przy 10 przeciw i 8 wstrzymujących. Zmienia nazwę partii na Nowa Lewica, tak jak SdRP zmieniła nazwę na . Wprowadza zasadę, że partia na szczeble centralnym i wojewódzkim będzie miała dwóch przewodniczących. To rozwiązanie znane w Europie, ostatnio zdecydowali się na nie nasi przyjaciele z Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Koła partyjne będą funkcjonować bez zmian. Przyjmiemy w nasze szeregi Koleżanki i Kolegów Wiosny, którzy wzbogacą partię o nową frakcję. Nikomu nic nie zostanie zabrane, a formacja zyska nowych ludzi, nową energię i nowe grupy wyborców. Partia Razem zachowa swoją niezależność. Nadal będziemy sojusznikami w ramach klubu parlamentarnego i poprzemy wspólnego kandydata na prezydenta. Kto nim będzie? Decyzja władz partyjnych zostanie podjęta na przełomie roku. Ze swojej strony mogę obiecać, że decyzja wzmocni lewicę.
W sprawie przyszłości partii decydujące znaczenie będzie miała decyzja sądu rejestrowego. Szanujemy wolne sądy. I szanujemy, uzyskaną dzięki ciężkiej pracy wszystkich działaczek i działaczy, subwencję. Dlatego działamy i będziemy działać rozważnie i zgodnie z obowiązującym prawem.

Cztery lata, czyli jak odbiliśmy się od dna

Za nami dobry 2019 rok. Ale za nami też ciężkie cztery lata. Cieniem na nich położyła się kandydatura Magdaleny Ogórek i potknięcie się o 8-procentowy próg dla koalicji wyborczych. Cztery lata temu przejąłem partię poza Sejmem, z milionowymi długami i z klątwą, że nikt kto z Sejmu wypadł do niego nie powrócił. Klątwę udało nam się wspólnie przełamać. Ale zanim to się stało, były miesiące i lata żmudnej pracy organizacyjnej. Oddłużenie partii, scementowanie struktur, utrzymanie relacji z naszymi partnerami społecznymi, w tym związkami zawodowymi, organizacjami zrzeszającymi funkcjonariuszy służb mundurowych, udział w Czarnych Protestach w obronie praw kobiet do decydowania o swojej przyszłości.
Efektem tych działań było 6,7% poparcia w wyborach samorządowych. Wynik, jak na partię znajdująca się poza Sejmem i poza głównym obiegiem medialnym, przyzwoity. Tak też ocenili to nasi partnerzy po stronie demokratycznej opozycji, którzy zaproponowali nam wejście do szerokiej koalicji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Na uczciwych warunkach, uwzględniających naszą podmiotowość. W efekcie uzyskaliśmy 5 mandatów w Parlamencie Europejskim i wielu dalekich od SLD komentatorów oceniało, że jesteśmy drugim obok PiS zwycięzcą tych wyborów. Jeśli do 5 mandatów SLD dodamy 3 mandaty Wiosny to okazuje się, że 8-osobowa drużyna reprezentująca w Brukseli lewicowe wartości to całkiem pokaźny wkład do europejskiej socjaldemokracji.
Co działo się później wszyscy pamiętamy. Męska decyzja o budowie listy łączącej całą lewicę. Dynamiczna kampania wyborcza i powrót do Sejmu. Stworzenie ekipy łączącej trzy pokolenia lewicy, w której są młode twarze, ale w której słucha się też doświadczenia i mądrości życiowej. W Sejmie zasiada 49 reprezentantek i reprezentantów lewicowej części społeczeństwa. W Senacie Państwa wartości reprezentują 2 osoby. Jedną z nich jest Wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka. Ja z woli Sejmu zostałem wybrany na funkcję Wicemarszałka Sejmu. Ludzie lewicy kierująca trzema bardzo ważnymi Komisjami Sejmowymi. Klub ma plan ustawodawczy na cały rok, który jest gwarancją, że będziemy opozycją stawiającą merytorykę ponad totalność. Sukces osiągnęliśmy wspólnie, wspólną pracą trzech partii. pod
W Klubie panuje dobra atmosfera. Poznajemy się i docieramy. Proces ten odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku. Jestem przekonany, że ta atmosfera zejdzie na dół: do rad wojewódzkich, rad powiatowych i kół. Stworzymy wspólną ekipę, które nie będzie walczyć o przetrwanie, ale o władzę w Polsce. Przed nami długi marsz. Ale perspektywy lewicy od lat nie były tak dobre.

Proszę wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny” o przyjęcie życzeń zdrowych i rodzinnych Świąt. Jednocześnie życzę Państwu wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Za błędy przepraszam. Dziękuję wszystkim osobom zaangażowanym w kampanie wyborcze. Imiennie pozwolę sobie podziękować prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego poparcie symbolizuje ciągłość w rozwoju lewicy. Proszę o zaufanie wobec podejmowanych decyzji. Jednocześnie jestem otwarty na wszystkie głosy z Państwa strony.

Jeszcze pracy nie zabraknie

Przybywa jednak sygnałów, mogących świadczyć o tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce powróci niekorzystna sytuacja, gdy to przedsiębiorcy dyktowali warunki potencjalnym zatrudnionym.

 

Tylko co piąta firma z sektora przemysłowego planuje zwiększenie liczby pracowników w pierwszym kwartale bieżącego roku.
To na pozór jest nienajlepsza informacja dla pracowników i dla całej naszej gospodarki. Może ona stanowić ostrzeżenie, że powoli kończy się dobry dla zatrudnionych czas na polskim rynku pracy.
Powstaje też pytanie: dlaczego ogromna większość firm działających w naszym kraju nie chce zwiększać zatrudnienia? Czy ich menadżerowie nie widzą szans na rozwój?
Niestety, tak właśnie może się wydawać na podstawie wskaźników optymizmu i wyprzedzającej koniunktury w polskiej gospodarce, które systematycznie spadają, a także i na podstawie informacji o rosnącej liczbie niewypłacalnych przedsiębiorstw.

 

Przemysł wciąż szuka ludzi

Z drugiej jednak strony – chyba nie jest jeszcze aż tak źle.
To prawda, że tylko 22 proc. firm przemysłowych chce w pierwszych trzech miesiącach tego roku zwiększyć liczbę pracowników. Jednakże, jak podaje raport „Barometr perspektyw zatrudnienia” przygotowany przez ManpowerGroup, w ogromnej większości, bo aż w 65 proc. firm wielkosć zatrudnienia będzie stabilna, a tylko 6 proc. będzie redukować etaty w pierwszym kwartale 2019 r.
Czyli, duża przewaga wciaż jest po stronie tych, którzy zamierzają zatrudniać.
Wprawdzie w stosunku do ubiegłego kwartału prognoza zatrudnienia pogorszyła się o 4 punkty procentowe, co bez wątpienia jest niekorzystnym sygnałem. Jednak wobec pierwszego kwartału w roku ubiegłym pozostaje bez zmian, co oznacza, iż pogorszenie koniunktury gospodarczej nie będzie gwałtowne.
Warto też zauważyć, że prognoza zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych, wynosi w produkcji przemysłowej 21 proc.
Jest to najwyższy wynik, jaki odnotowano wśród 10 najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. A to właśnie przemysł decyduje o rozwoju kraju i wzroście dochodu narodowego.

 

Dwa skuteczne sposoby

Przemysł jest jednocześnie tym sektorem, który w Polsce zgłosił największe zapotrzebowanie na ręce do pracy, na okres od stycznia do marca 2019 roku.
Początek nowego roku będzie zatem wciąż jeszcze dosyć dobrym czasem dla osób poszukujących pracy w branżach produkcyjnych.
Dla pracodawców to będzie zaś kolejny – ale kto wie, czy nie ostatni – kwartał, który upłynie im pod znakiem poszukiwania sposobów na przyciąganie i zatrzymywanie pracowników. Nie muszą zresztą daleko szukać, bo najskuteczniejsze są dwa sposoby: normalna umowa o pracę (a nie śmieciówka) i wyższe wynagrodzenie.
– Planowane nowe zatrudnienia to ze strony polskich przedsiębiorców nie tylko efekt wciąż dobrych wskaźników gospodarczych, lecz także zabezpieczenie przed potencjalną rotacją, która zdecydowanie wzrosła. Pracownicy produkcyjni w większości regionów Polski mają znacząco większe niż przed laty możliwości. Chętniej też decydują się na zmianę pracodawcy, wybierając nie tylko tego, który płaci lepiej, lecz także zwyczajnie bardziej o nich dba – mówi ekspert rynku pracy Tomasz Walenczak.

 

Może Azjaci będą za drodzy?

Walka o pracownika trwa już nie tylko w sferze samych wynagrodzeń czy różnych benefitów. Jak potwierdzają rozmowy z pracownikami, istotną rolę odgrywają takie aspekty jak atmosfera w pracy i kultura, nie tylko organizacyjna. Zyskują one na znaczeniu, w myśl zasady: traktuj swojego pracownika, tak jak chciałbyś, by on traktował klienta.
Przed nami kolejny okres, kiedy pracodawcy wciąż jeszcze będą musieli walczyć o pracownika – bo jeśli tego zaniedbają, będziemy częściej słyszeć o sytuacjach, gdzie firmy nie będą w stanie realizować swoich zamówień z powodu braków kadrowych.
Dobrym sygnałem dla polskiego rynku pracy może być potencjalny odpływ części pracowników z Ukrainy – o ile wreszcie dla nich otworzy się perspektywa pracy u naszych sąsiadów zza Odry. Zapewne będzie to dotyczyć grupy osób z określonymi kwalifikacjami, ale nasz rynek pracy to odczuje.
Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinny być coraz lepsze warunki zatrudnienia, oferowane pracownikom w Polsce.
Niestety, wiele firm, chcąc zaoszczędzić na pensjach, już zaczyna sięgać po pracowników, ściąganych z kierunków azjatyckich. Niewykluczone jednak, że – z pożytkiem dla rodzimych pracowników – okaże się, iż potrzebny będzie znacznie dłuższy czas na pozyskanie Azjaty, a także i koszty okażą się jednak wyższe od przewidywanych, ze względu na konieczność opłacenia dalekiej podróży oraz zakwaterowania w naszym kraju.
– Kluczowe będzie zadbanie o pracownika, którego już mamy. Szanujmy swoich pracowników, bo rynek niekoniecznie obfituje dziś nie tylko w lepszych, ale w ogóle, w innych – podsumowuje Tomasz Walenczak.

 

U sąsiadów prognozy są gorsze

Jak wynika z prognozy dla przemysłu, wskazanej przez pracodawców z 26 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, polscy pracownicy jeszcze nie powinni mieć większych powodów do narzekań.
Zestawienie krajów, gdzie w pierwszym kwartale 2019 roku najwięcej firm chce zatrudniać nowych pracowników otwierają Rumunia i Słowenia z jednakowym wynikiem plus 26 proc.
Polska produkcja przemysłowa plasuje się na wysokim trzecim miejscu, z wspomnianym wynikiem plus 21 proc., ex aequo ze Słowacją. U naszych czeskich i niemieckich sąsiadów jest już sporo gorzej. W Niemczech prognoza zatrudnienia w przemyśle wynosi plus 12 proc., a w Czechach tylko 6 proc.
Nasza produkcja jest w dużym stopniu zależna od obu tych partnerów, będących ważnymi odbiorcami rozmaitych półproduktów i podzespołów wytwarzanych w Polsce. Zauważalne spowolnienie gospodarcze na zachodzie Europy, które dotarło do znacznie lepiej od nas rozwiniętych Niemiec i Czech, swoje żniwa zbierze nad Wisłą z pewnym opóźnieniem. W przyszłym roku należy więc spodziewać się wyzwań z tym związanych.
Konsumpcja wewnętrzna, która tak wzrosła w 2018 r., na dłuższą metę nie utrzyma obecnego trendu rozwoju gospodarczego.
Zasobniejsze portfele sprawiły, że wzrosła siła nabywcza Polaków, trudno jednak spodziewać się abyśmy na przykład decydowali się dalej na tak masowe zakupy sprzętu RTV i AGD, skoro ten świeżo zakupiony sprzęt będzie dobrze służył jeszcze przez kilka lat.

 

Nas to nie ominie

Na zachodzie Europy plany pracodawców są jeszcze mniej korzystne dla pracowników niż w naszej części kontynentu.
W Wielkiej Brytanii prognoza zatrudnienia wynosi tylko plus 2 proc., w Austrii plus 3 proc., we Francji i Irlandii po plus 5 proc. Natomiast w Holandii regres – aż minus 6 proc., co zapowiada znaczne redukcje etatów.
Dużo lepiej sytuacja przedstawia się w Skandynawii: w Finlandii prognoza zatrudnienia wynosi plus 16 proc., w Norwegii plus 10 proc., w Szwecji plus 7.
Ważna jest też jednak tendencja. Dla większości zachodnioeuropejskich rynków pracy prognozy zatrudnienia znacznie się pogorszyły, zarówno w ujęciu rocznym, jak i kwartalnym. Tak stanie się niestety w przyszłości również i w Polsce.