Wyznania zaprzysięgłego lemisty

W roku 2021, słusznie uznanym za rok Stanisława Lema, można – a nawet wypada-przyznać się do obsesyjnego zainteresowania jego twórczością. To zainteresowanie zaczęło się u mnie nieprzyzwoicie dawno, bo już w początkach mojej umiejętności czytania. Dzięki życzliwości mojego dziadka – Adama Lewickiego i Jego córki, czyli mojej Mamy, będąc czytelnikiem – szkrabem, otrzymywałem egzemplarze tygodnika „Nowy Świat Przygód”. Były tam odcinki powieści Stanisława Lema „Człowiek z Marsa”.

Z wysiłkiem przeczytałem te odcinki, co nie było łatwe, gdyż zasób słownictwa, którym wówczas dysponowałem był ograniczony. Nie wszystko rozumiałem. Obiecałem sobie, że jak podrosnę i będę bardziej wykształcony to powieść tą przeczytam dokładnie w całości. Tak, że wszystko będę rozumiał. Udało mi się to po wielu latach, kiedy powieść ukazała się w formie książkowej. Powieściowy człowiek z Marsa przebywał w Nowym Jorku. W opisie Lema znalazłem ów niemożliwy do zdefiniowania „duch miasta”, który poznałem w trakcie moich dwukrotnych kilkutygodniowych wizyt. Zastanawiałem się czy Lem w bardzo młodym wieku – czyli przed wojną – w Nowym Jorku nie był. Nigdzie nie znalazłem wzmianki na ten temat. Natomiast dowiedziałem się, że dwudziestokilkuletni pisarz pracował na tą powieścią w trudnych latach okupacji. Stopniowo poprzez „Astronautów”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Solaris”, „Eden” doszedłem do lektury dzieł Lema – filozofa. Były to „Dialogi”, „Summa Technologiae”, „Filozofia przypadku”, „Fantastyka i futurologia”.
Antoni i Antek
Jak wielu wielkich pisarzy zwracał Lem uwagę na znaczenie tzw. szaty słownej, która jest ważna dla odbioru treści. Bodajże w „Filozofii przypadku” zilustrował to poprzez dwa opisy tego samego wydarzenia. Antoni ująwszy dłoń Marii powiódł ją w szumiącą leszczynę. To nie jest to samo co: Antek pociągnął Mańkę w krzaki.
Sądzę, że w tym kontekście warto zwrócić uwagę na fakt, iż w tekstach sakralnych licznych religii jest mowa o tym, że ktoś ukazał się komuś we śnie i coś mu powiedział. Ukazanie się we śnie i przekazane słowa są bardzo ważne dla wyznawców, którzy reagowaliby inaczej, gdyby im powiedziano, że coś się komuś przyśniło.
Księgarnia w Dallas
Dzieła Lema były tłumaczone na kilkadziesiąt języków i publikowane w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Szczególnie wielu czytelników miał Lem w Związku Radzieckim, Niemczech i Stanach Zjednoczonych.
Wiele lat temu byłem gościem pary nauczycielskiej ze szkoły średniej w Sulphur Springs w Teksasie. Otrzymałem od nich kilka wartościowych i interesujących książek. Zapytałem, czy czytali coś co napisał polski pisarz Stanisław Lem. Okazało się, że nie czytali. Wiedziałem wobec, tego czym się zrewanżować. Następniego dnia udaliśmy się samochodem do wielkiej, wielopiętrowej księgarni w Dallas. W dziale Science Fiction znalazłem kilkunastometrową półkę na której było kilkadziesiąt pozycji Lema. Miałem w czym wybierać. Przyznam się, że kiedy teraz czytam o słabym zainteresowaniu Lemem w USA to przyjmuję to z niedowierzaniem. Mimo, że autorzy tej wiadomości są zdania, że Lem dla Amerykanów jest za „mało rozrywkowy”.
Lemowski pamflet na kolektywizację
W Związku Radzieckim Lem był powszechnie czytany i szanowany. Przyczynili się do tego dwaj kosmonauci-Borys Jegorow i Konstantin Fieokistow, którzy organizowali spotkania z pisarzem przyciągające olbrzymie ilości zainteresowanych, a w szczególności studentów. Pozycja Lema przejawiała się w różnych formach.
W opowiadaniu o planecie Wodnik w alegorycznej formie przedstawił Lem ponury absurd przymusowej kolektywizacji. W pobliżu tej planety przelatywał statek kosmiczny, który został skontrolowany, gdyż znalazł się w przestrzeni celnej Wodnika. Gorliwi celnicy w lodówce znaleźli sardynki w konserwie. Kosmonauta został aresztowany. Władca planety chciał , aby wszyscy jej mieszkańcy nauczyli się oddychać pod wodą. Zanurzeni w wodzie ludziska zmuszani byli do ciągłego podejmowania prób. Ci, którzy próbowali zbyt długo, nie wypływali na powierzchnię. Władca planety z gnatami zdeformowanymi przez artretyzm prób zbyt długich nie podejmował. Przebywanie w wodzie było obowiązkiem i przywilejem. Kiedy więc znaleziono sardynki, które zamiast pluskać w wodzie były zamknięte w metalowej puszce, uznano to za „zbrodniczą aluzję”. Polscy czytelnicy w prywatnych rozmowach z radzieckimi zastanawiali się czy celnicy domyślali się co Lem miał na myśli. Jeden z Rosjan sądził, że wiedzieli bardzo dobrze, tylko sympatyzowali z Lemem i udawali przysłowiowych frajerów. O kolektywizacji wielu obywateli ZSRR dowiadywało się sporo podróżując pociągiem z Moskwy przez Warszawę do Berlina.
Rosjanin z którym wielokrotnie spotykałem się na gruncie prywatnym opowiadał mi o swoich obserwacjach z okna wagonu. Na terenie Związku Radzieckiego kilometrami ciągnęły się ugory. Po przekroczeniu granicy z Polską, każdy skrawek ziemi był uprawiany. Wszędzie coś rosło i kwitło.
Niemieckie pośrednictwo
Na wielkim niemieckojęzycznym rynku książki tłumaczenia Lema pojawiały się szybko. W strefie języka niemieckiego jest prawdopodobnie więcej tłumaczy z polskiego niż gdzie indziej. Z mieszanymi uczuciami czytałem angielską wersję „Niezwyciężonego”. Był to przekład z tłumaczenia niemieckiego. Z ciekawości przeczytałem ów przekład niemiecki i porównałem go z oryginałem. Odniosłem wrażenie, że angielski tekst Lema poprzez niemieckie pośrednictwo stracił na wartości.
W niebie czyli gdzie?
Erudyta i politolog Stanisław Lem był racjonalistą-agnostykiem. Podobnie jak Bertrand Russell i Stephen Hawking. Rozważania kosmologiczne tych trzech autorów oraz podróże kosmonautów pobudzają czytelnika do praktycznej dociekliwości. Radzieccy kosmonauci po powrocie stwierdzali, że w przestrzeni kosmicznej nie widzieli ani aniołów, ani innych istot o których mowa w księgach sakralnych. Amerykańscy astronauci po powrocie z Księżyca nie wypowiadali się na ten temat. Można sądzić, że gdyby coś szczególnego widzieli, to by nam powiedzieli. Modlitewny zwrot dotyczący pobytu w niebie i opowieści o wniebowstąpieniach skłaniają do pytań? W niebie czyli gdzie? Na której planecie? W jaki sposób następowały wniebowstąpienia? Co po drodze stało się z tymi, którzy ich doświadczali? Na wysokości 10 000 metrów jest temperatura minus 50 stopni Celsjusza. Aby to wiedzieć nie trzeba być astronautą. Wystarczy być pasażerem odrzutowca. Jednakże loty kosmiczne i Księżyc – to wszystko jest blisko Ziemi. A co jest np. w odległości miliona lat świetlnych? Tego się nie dowiemy. I jak tu nie być agnostykiem? Ale bycie nim jest w wielu państwach niebezpieczne. W Arabii Saudyjskiej i w innych państwach ludzie niewierzący skazywani są na śmierć. U nas – jak dotychczas następuje zwiększanie ilości godzin przeznaczonych w szkołach na religię oraz intensyfikowanie innych form indoktrynacji. No i są pierwsze „osiedla katolickie”.
Krytyka i oszołomstwo
Ponieważ niektóre utwory Lema pisane były w czasach stalinowskich i zawierały akcenty zgodne z wymogami tzw. realizmu socjalistycznego (bez których nie byłoby możliwe publikowanie książek) pisarz był obiektem zainteresowania zacietrzewionych oszołomów (również nadgorliwców z tamtych czasów). Motywy i przejawy ustępstw pisarzy na rzecz dominującej polityki były różne. Czasami pochwały Związku Radzieckiego były skutkami doświadczeń osobistych takich jak wyzwolenie obozu koncentracyjnego przez Armię Czerwoną lub ocalenie przez nią autora od banderowskiego terroru. Krytyczny stosunek do międzywojennego dwudziestolecia miał czasem związek z przebywaniem kogoś bliskiego w Berezie Kartuskiej. Niedostatek informacji o rzeczywistym charakterze stalinowskiego ustroju sprzyjał optymistycznej, afirmującej postawie zarówno wielu pisarzy jak i pewnej części społeczeństwa. Małostkowe, „rozliczeniowe” ataki na Lema pochodziły m.in. od Stanisława Beresia, który najpierw przeprowadził „Rozmowy ze Stanisławem Lemem” (Kraków 1987) będące – zdaniem Małgorzaty Szpakowskiej – „lekturą bardzo odświeżającą,która „pokazywała, że Polska nie jest pępkiem świata i że nasze kłopoty są często humorystyczne w porównaniu z tymi, z jakimi usiłuje uporać się ludzkość. (Efekt ten mógł wprawdzie brać się stąd, że – jak Lem gdzieś potem zdradził-rozdział poświęcony współczesnej Polsce w całości skonfiskowała cenzura.)
Krytyką polonocentryzmu i naszej zaściankowości Lem wpisał się do tego samego obozu, który określają nazwiska Brzozowskiego, Witkacego, Gombrowicza: zdawał się zachowywać znaczną trzeźwość umysłu w czasach, gdy wielu ją traciło”. (M.Szpakowska „Dyskusje ze Stanisławem Lemem:”, Warszawa 1997 s.15). Zdaniem Szpakowskiej w „Rozmowach” Lem doszczętnie spacyfikował partnera” (s.15). „Uległość okazaną przy spisywaniu Rozmów Bereś zrekompensował później w artykule „Socrealistyczne przypadki Stanisława Lema” (1990). Lem odpowiedział na ten artykuł. Bereś z kolei w swej polemicznej replice „ustawił się w pozycji pogromcy stalinistów” do których obok Lema zaliczył Dygata, Kazimierza Brandysa, Hertza i Kisielewskiego.(s.15-16). Szpakowska dziwi się, że Bereś „nie widzi jakoś nic absurdalnego w tym, że Stefana Kisielewskiego czyni pachołkiem PPR-u. Ani w tym, że Lemowi każe odpowiadać za długi Heleny Bobińskiej” (s.16).
Oszołomów ci u nas dostatek. A w Ameryce też ich nie brakuje. Był taki Amerykanin (podobno pisarz), który twierdził, że LEM to nie nazwisko, lecz kryptonim komunistycznej kampanii, której celem jest infiltracja amerykańskiej społeczności pisarzy science-fiction i prowadzenie propagandy (oczywiście komunistycznej).
Dialogi dociekliwe i raczej optymistyczne
W roku 1957 ukazały się znakomite „Dialogi” utrzymane w konwencji znanej czytelnikom autorów antycznych, a zwłaszcza Platona. Lemowscy myśliciele Hylas i Filonous zastanawiali się, „czy mózg elektronowy posiada świadomość” starając się „po drodze” określić czym jest świadomość i podświadomość. Rozważali też wiele innych trudnych kwestii. „Dialogi” kończą się optymistycznym westchnieniem Filonousa: „Ludzie zbudują, mimo wszystkie zawody, klęski i tragiczne omyłki, lepszy świat. Gdybyśmy nie mieli działać z tą myślą, utracilibyśmy wiarę w człowieka i jego możliwości, a wtedy lepiej byłoby nie żyć przyjacielu.”(Dialogi, Warszawa 1996, s.286) Ów optymizm wynikał-być może – z „ducha czasu”, z lat nadziei w których powstawały „Dialogi” 1954-55, listopad 1956.
Dobrze się stało, że po szesnastu latach ukazał się drugi tom „Dialogów” zawierający referaty i artykuły Lema publikowane w niskonakładowych czasopismach naukowych trudno dostępnych szerszym kręgom czytelników. Dotyczą one takich problemów jak zastosowanie cybernetyki w socjologii, etyka technologii i technologia etyki oraz biologia i wartości. Optymizmu jest tu jednak mniej niż w tomie pierwszym.
Tajemnica chińskiego pokoju
Jak wiadomo innowacje powodują zmiany w społeczeństwach a zwłaszcza na szeroko rozumianym rynku pracy. Wynalazek Gutenberga spowodował, że w europejskich klasztorach straciło pracę podobno około 8 tysięcy mnichów – kopistów. Pozostały niewielkie ślady ich pracy. W austriackim mieście Melk oglądałem (z pewnej odległości) księgi pisane na cielęcej skórze, pochodzące z XII wieku.
Silnik Roberta Fultona – z opóźnieniem-zwolnił rzeszę zaharowanych burłaków ciągnących barki po Wołdze.
Roboty i zdalnie sterowane podnośniki widłowe przenoszące kontenery pozbawiły pracy (ciężkiej i niebezpiecznej) w skali globalnej setki tysięcy dokerów.
Obecnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych ma miejsce coraz szersze wykorzystanie urządzeń stosujących sztuczną inteligencję (AI). Samochody ciężarowe bez kierowców budzą zainteresowanie i obawy. Te ostatnie dotyczą konieczności zmiany pracy, a także bezpieczeństwa drogowego.Zwolennicy tej innowacji przytaczają statystyki wypadków. W 90 proc. są one powodowane przez zmęczenie, choroby lub niedostateczne umiejętności kierowców. Krótko mówiąc-wyeliminowanie kierowców to poprawa bezpieczeństwa.
Kontrowersyjne jest stosowanie sztucznej inteligencji np. do identyfikowania klientów banków. Występuje tutaj możliwość inwigilacji na szeroką skalę. Sztuczna inteligencja oznacza liczne problemy o charakterze etycznym. Tym problemom wiele uwagi poświęcił Stanisław Lem. Znawca jego twórczości Jerzy Jarzębski porównał „Summa Technologiae” z roku 1964 ze zbiorem esejów publikowanych w „PC Magazine” i wydanych w tomie „Tajemnica chińskiego pokoju” (1996). „Dziś gdy tak wiele przewidywań Lema się sprawdziło, a uczeni z Niemiec i USA przyznają wręcz, że korzystają z jego inspiracji – autor „Summy” czuje na sobie ciężar daleko większej niż wprzódy odpowiedzialności. Tym ona poważniejsza, że twierdzenia Lema weryfikuje życie i z dnia na dzień realizowane produkty takiej lub innej (genowej, informatycznej) inżynierii. Pierwsza i zasadnicza różnica pomiędzy „Sumą” a Tajemnicą chińskiego pokoju polega więc na tym, że sądy pierwszej formułowano we względnie pustej przestrzeni hipotez i modeli, podczas gdy sądy drugiej wygłaszane są w zgiełku powstającego nieuchronnie w centrum powszechnego zainteresowania, wobec sprawozdań z badań eksperymentalnych, a nawet sygnałów z rynku, na którym żyć poczynają ocierające się wcześniej o fantastykę pomysły.
Jak to wpływa na dyskurs samego Lema? Powiedzmy najpierw, że coraz większą rolę odgrywa w nim wątek etyczny. W „Summa Technologiae” frapowało ujęcie technologii jako bytu w jakiejś mierze samoistnego, rozwijającego się niezależnie od człowieczej woli, choć w oparciu o substrat, jaki dlań tworzą ludzkie dążenia do poznania i opanowania świata. Technologia ewoluowała podług tej wizji na podobieństwo genetycznego kodu,a zatem nie poddając się łatwo moralnym osądom. W „Tajemnicy chińskiego pokoju” projekt technologii przyszłej, będący wcześniej abstrakcją, staje się nagle treścią codziennego życia jednostek i społeczeństw, a sama technologia wchodzi w skomplikowaną rzeczywistość końca wieku, pojawia się w domach przeciętnych ludzi w postaci Internetu, produktów inżynierii genetycznej, prymitywnych jeszcze urządzeń „fantomatyzujących” itd.( J.Jarzębski Rozum ewolucji i ewolucja rozumu w :Tajemnica chińskiego pokoju,Kraków 1996 s.7-8)
Tajemnica chińskiego pokoju to ksiązka aktualna w okresie ciągłego rozszerzania się zastosowań sztucznej inteligencji przynoszących coraz to nowe niespodzianki, nadzieje i obawy.

A co, jeśli Jakub Żulczyk ma rację?

Jakub Żulczyk (rocznik 1983) stał się pierwszym od niepamiętnych czasów pisarzem, któremu grozi kara więzienia z powodów politycznych. Warto skorzystać z tej okazji by przywołać tę postać nowego pokolenia polskiej literatury.

Z wykształcenia jest amerykanistą i to odzwierciedliło się już w jego debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” (2006). Wykorzystał w niej charakterystyczny dla kultury amerykańskiej (w tym literatury i filmu) motyw podróży („powieść drogi”), pamiętny m.in. z powieści (James Leo Herlihy, 1965) i filmu (John Schlesinger) „Nocny kowboj” (1969), a także ze słynnej historii Bonnie and Clyde. Ta historia podróży dwojga młodych ludzi przepojona jest odniesieniami do popkultury amerykańskiej, powieści, utworów muzycznych, gier komputerowych itd. Opublikowane w 2008 roku „Radio Armagedon” opowiada o licealnym zespole rockowym i zostało zaliczone do tzw. nurtu „emo”, jako pierwsza polska powieść z tego gatunku. ( „Seks, narkotyki, anarchia, nihilizm, przemoc, muzyka punk i młodość pod znakiem trupiej czaszki” – obraz młodzieży wchodzącej w życie po roku 1989).
W kolejnych latach Żulczyk poświęcił się literaturze gatunkowej, a konkretnie horrorowi, thrillerowi, powieści kryminalnej i fantastyczno-przygodowej, ale nie stronił także od – swoistego – realizmu („Instytut”, 2010, „Zmorojewo” 2011, „Świątynia”, 2011, „Ślepnąc od świateł”, 2014, zekranizowana jako serial telewizyjny, „Wzgórze psów”, 2017). Przynależna formalnie do gatunku fantastyki ostatnia powieść Żulczyka („Czarne słońce”, 2019) nosi cechy zakamuflowanej, dystopijnej powieści politycznej, opowiadając o odseparowanym od Europy kraju rządzonym przez Ojca Premiera (główny bohater to faszysta Gruz). Sam autor określił tę powieść jako utwór napisany „przeciwko Kościołowi w Polsce, bo obrzydza mnie, jako człowieka i obywatela, to, co potrafię usłyszeć ze strony kapłanów”. Z prawej strony sceny politycznej publicystyki okrzyknięto ją jako „antypolską” i „antychrześcijańską”. Sam autor przyznał, że jest antynacjonalistyczna, antyfaszystowska i antyteokratyczna.
Jakub Żulczyk, m.in. obok Doroty Masłowskiej, Mirosława Nahacza, Dawida Bieńkowskiego czy Jarosława Shuty należy do pokolenia (urodzonych w latach osiemdziesiątych) pisarzy głęboko zanurzonych w popkulturze i codzienności po przełomie wieków, pisarzy oddających trafnie ducha tych czasów. Jak napisano o tej generacji na stronie culture.pl, ich pisarstwo „opowiada historie o młodych ludziach, po części wpisujące się w głośną w tamtym czasie dyskusję o „generacji nic” – pozbawionej ideałów, skrzywdzonej przez kapitalizm, nieumiejącej budować trwałych więzi”. Stąd, przy wszystkich różnicach między poszczególnymi pisarzami tej generacji, łączy ich, nigdy wcześniej nie występujące w tym stopniu w polskiej prozie, zanurzenie we współczesnym języku kolokwialnym, mówionym, oraz w znakach i przedmiotach wytwarzanych przez cywilizację codzienności. Ich charakterystycznym atrybutem jest – zasadniczo – brak odniesień do przeszłości, do rozmaitych klasycznych imponderabiliów, takich jak kondycja narodu, patriotyzm, tradycyjnie rozumiane kategorie społeczne, obyczajowe i psychologiczne itp. Ten krąg pisarzy określano też jako „banalistów”, a niektórzy z nich, w tym Żulczyk skupieni byli wokół pisma „Lampa i iskra boża” Pawła Dunina-Wąsowicza.
O swojej powieści „Ślepnąc od świateł” Żulczyk powiedział: „Chciałem napisać książkę o upadku złudzeń. O tym, jak bardzo chcemy swoje życie wyreżyserować, coś osiągnąć. A po to głównie przyjeżdża się do Warszawy. Żeby zrobić karierę, zmienić życie na lepsze, wspinać się po jakiejś drabinie. Zresztą taką potrzebę mają w sobie nie tylko przyjezdni. W tym sensie ta powieść mogła się wydarzyć tylko tu”. Krytyk Piotr Kofta tak napisał o niej: „Współczesna Warszawa u Żulczyka jest jak Los Angeles lat 50. sportretowane przez Jamesa Ellroya: przykryta wieczną nocą, ogarnięta gorączką złota, pulsująca od zbrodni i pożądania, podkręcona i odurzona kokainą. Historia dilera, który żyje iluzją, że uda mu się przejść przez to piekło suchą nogą, to, jak dla mnie, powieść sezonu”.
Jakub Żulczyk, który w dziennikarskim, początkowym okresie swojej działalności udziełał się publicystycznie w wielu tytułach prasowych, koncentruje się obecnie na intensywnej aktywności w mediach społecznościowych, gdzie ostro krytykuje obecną władzę PiS i Kościół katolicki. („Gospel of inhumanity, nieludzka Ewangelia. PiS to tylko przechwytuje do doraźnych celów politycznych. Dlatego nie wydaje mi się, żeby moja książka była antypisowska. Ale żeby było jasne: „Czarne słońce” to nie jest książka antychrześcijańska. (…) Może ja się nie do końca identyfikuję jako chrześcijanin, ale jednak „Czarne słońce” to książka chrześcijańska i taka miała być” – powiedział w jednym z wywiadów). Powieść pełna jest pasji skierowanej przeciw faszyzmowi, przemocy i teokracji. Pisarz poparł też m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet, krytykuje wyłączenie kościołów spod lockdownu pandemicznego, działalność ministerstwa edukacji pod kierownictwem katolicko-nacjonalistycznego fundamentalisty itd.
W 2017 roku Jakub Żulczyk uzyskał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur, (z których pochodzi – urodził się w Szczytnie) za „Wzgórze psów”), a w roku 2018 Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W 2014 roku kandydował do Paszportów „Polityki”.

Stworzyłam taki pomost

Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii – z poetką, pisarką i fotografką Izą Smolarek rozmawia Piotr Jastrzębski.

Mieszkasz w Londynie, już dosyć długo, bo od 13 lat. Jak się tam odnajdujesz. Jak się odnajdujesz jako pisarka, poetka?
Podróżowanie, a właściwie brak domu jest (stety lub nie – ) częścią mojego życia. Bardzo często zmieniałam języki, lektury, kuchnię, stroje, krajobrazy za swoim oknem. Czasami nawet myślę, że działo się to zbyt często. I zbyt chaotycznie. Ale kiedy tylko zaczyna mi się tak wydawać, kiedy zaczynam przeklinać życie w wiecznej podróży – przypominam sobie stany unieruchomienia, stagnacji, inercji, udupienia. Siedziałam wtedy, nastolatka, na parapecie drugiego piętra w mieszkaniu moich rodziców i patrzyłam na sznur aut sunących po dalekiej szosie. Bardzo wtedy chciałam być w ruchu. Bardzo chciałam fruwać, przemieszczać się, poznawać nowe obszary, ale przede wszystkim – ludzi. Po raz pierwszy, na długo i poważnie, wyjechałam do Holandii. To było w 2005 roku. Ciągnęłam wtedy za sobą walizkę wierszy, artykułów oraz pomysł na prozę. Holandia przywitała mnie niespodziewanie miło, podrażniła moje pisarskie ego. Zaskoczyła tym, że pisarza, poetę – darzy się tam wielką estymą. Tak, jak u nas, w Polsce, prawnika lub lekarza. W Holandii artystę szanuje się i podziwia za jego pracę. Właśnie: pracę! Niderlandczycy uważają, że pisarz pracuje na pełnym etacie i należy mu za to odpowiednio zapłacić. Moja twórczość została bardzo ciepło przyjęta przez Holendrów, tamtejszą Polonię oraz placówki dyplomatyczne. W Holandii stworzyłam dwie książki z wierszami oraz powieść kryminalną.
Anglia oraz charakterystyczna dla niej mgła – przywitały mnie dość chłodno. Kiedy wysiadałam z samolotu na lotnisku w Luton, pod koniec października 2007, miałam głowę pełną planów i pomysłów. Szybko okazało się, że jestem tylko marzycielem. Polonia w Anglii dzieli się na Solidarnościową oraz ekonomiczną. Jedni pogardzają drugimi, topiąc siebie w łyżkach brudnej wody. Jeśli potraficie wyobrazić sobie skłóconą rodzinę z małego miasteczka, która walczy o spadek po prababce, używając do tego narzędzi Cosa Nostry, to wiedzcie – Polonia w Anglii wygląda jeszcze gorzej. To był dla mnie szok. Pośród Polonii nie promuje się tego, co jest dobre, tylko tego, który jest częścią klanu.
Teraz staram się uchwycić to w swoich wierszach. Cieszę się przy tym, że zaczynam wracać do pisania, ponieważ Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii.
Robisz zdjęcia, widziałem Twoje prace, bardziej mnie fascynuje jak się do tego przygotowujesz, bo same obrazy czytelnicy mają okazję zobaczyć. Ale zwróciłem uwagę jak podchodzisz, jak się skradasz, chodzi o to, żeby coś uchwycić, nie stracić wizji?
Zdaję sobie sprawę, że nigdy (lub prawie nigdy) nie osiągnę tej biegłości językowej, którą mają tuziemcy w Anglii. Język jest bardzo żywy, plastyczny, kontekstowy. Odnosi się do kultury, przeszłości, sięga do filmów, powiedzonek, wydarzeń. Staram się być na bieżąco, ale i tak widzę, że nie odrobię lekcji z przeszłości, ponieważ w niej nie uczestniczyłam. Dlatego spróbowałam innej formy komunikacji z Anglikami. Stały się nią robione przeze mnie fotografie. Zauważyłam, że dzięki nim jestem czasami w stanie opowiedzieć więcej niż słowami. Zaczęłam wykorzystywać to jako formę komunikacji. Stworzyłam taki pomost. I widzę, że to działa. Mam dobry feedback. Poza tym widzę świat w skali makro, a tego już nic nie zmieni. Stąd moje zdjęcia. Od zawsze, od dzieciaka, bawiłam się kamerą i obiektywem. To był mój filter – przedstawiałam świat takim, jakim go widzę. Nawet z punktu gwoździa, nogi mrówki czy gąbeczki do mikrofonu. Nie podchodzę, nie skradam się, nie układam. Kocham ludzi, kocham zadawać się z ludźmi – jakkolwiek to zabrzmi. Kocham zadawać się ze sprzętami.
Jesteś też graficzką, stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czy wiąże się to z promocją kraju, czy zamierzasz jak Joseph Conrad (Jerzy Korzeniowski) przejść całkiem na angielski i w języku Szekspira realizować się literacko?
Język polski jest dla mnie najważniejszym z języków. Czuję w nim i nie wyobrażam sobie, żebym mogła – emocjonalnie – przestawić się na inny. To język bajek czytanych mi na dobranoc i bajek czytanych mi na dzień dobry. Próbuję pisać w języku angielskim – wiem, że to pozwoliłoby mi dotrzeć do wielu odbiorców – ale wciąż jest mi bardzo trudno zmienić swój sposób frazowania. Mam wrażenie, że kiedy tworzę w innym języku niż polski, wychodzi ze mnie zupełnie inna osobowość. Nie jest mi z tym swojsko. Czy planuję jakąś karierę na Wyspach? Przekornie powiem: nie i nie. Tu, literacko, nie jest w stanie spotkać mnie nic więcej. Być może kiedyś zmienię zdanie oraz kurs, po którym się poruszam, być może dojrzeję do tego, żeby biegać po anglojęzycznych wydawnictwach w poszukiwaniu najkorzystniejszej oferty. Na razie, od czasu do czasu, publikuję w amerykańskim magazynie FM. W tym roku wybór moich wierszy ma ukazać się również we Włoszech. Ale to już ciężka praca tłumaczy, żeby jak najwierniej oddać Czytelnikom moje teksty. Tłumacz właściwie pisze wiersz na nowo, wkłada w to część swojej osobowości. Stypendium Ministra Kultury pozwoliło mi stworzyć kolejną książkę z wierszami; w ramach tego projektu prowadziłam też warsztaty literackie; skupiłam się wtedy na mniejszych miasteczkach, do których kultura nie docierała tak szerokim strumieniem jak do aglomeracji. Wszystko to działo się w Polsce, jeszcze przed moimi przenosinami na Wyspy. Wtedy utrzymywałam się wyłącznie z literatury – sprzedanych książek, zrealizowanych projektów, nagród w konkursach literackich, spotkań autorskich… To był stresujący, ale bardzo zwariowany czas. Trochę mi tego obecnie brakuje.
Pamiętam jak się poznaliśmy, byłem wtedy w Anglii i opisywałem życie imigranta zarobkowego. Gdy straciłem pracę, napisałaś do mnie, czy redakcja mnie jakoś asekuruje. Przejrzałem Twój profil i prawdę mówiąc zaimponowało mi to co przeczytałem. Poza wszystkim co już wymieniłem, napisałaś kryminał, często występujesz na scenie recytując poezję – w jaki sposób znajdujesz na wszystko czas?
Tak, to prawda, ciągnę wiele srok za wszystkie ogony. Zawsze tak robiłam. Niestety, kiedy przyjechałam do Anglii, bardziej skupiłam się na pracy, nauce języka, przyziemnych rzeczach. Również mentalna ściana, tworzona przez tutejszą Polonię, a o którą obiłam się bardzo mocno i boleśnie, spowodowała, że na dłuższy czas wycofałam się z życia twórczego. Zniechęciłam się i zamknęłam w sobie. Być może nawet próbowałam zignorować tę artystyczną część mnie samej. Moje życie stało się uboższe, ale też spokojniejsze, bardziej uporządkowane. Chyba nawet trochę nudne… Na szczęście artyzmu nie da się wyrzucić z duszy. Nawet zapomniany, zagrzebany – wraca i to z podwójną siłą. Do mnie powrócił dzięki pomocy, zachętom moich przyjaciół – Alexa Sławińskiego (dziennikarza, pisarza, malarza), Tomka Kościkiewicza (poety i radiowca), Darka Zellera (także pisarza, który współszefuje tygodnikowi „Cooltura” na Wyspach). Wspólnie zaczęliśmy się motywować, obmyślać nowe projekty. Część z nich jest na ostatniej prostej do ojrzenia światła dziennego, część ciągle buja w chmurach. Natomiast dzięki radiu i Studiu Londyn, którego szefem jest właśnie Alex, zaczęłam poznawać kolejnych fantastycznych, bardzo kreatywnych ludzi, którzy – jak ja – mają ogień w sobie i ten ogień nie pozwala im spać spokojnie. W tej chwili skupiam się między innymi nad projektem z fantastycznym zespołem Revival, którego poznałam właśnie dzięki radiu. Kasia Baszczyńska, wokalistka Revival, razem z basistą Konradem Wójtowiczem, zdecydowali się stworzyć muzykę do moich wierszy. W najbliższych dniach wchodzimy na próby do ich studia, stworzonego na tyłach angielskiego ogrodu. Być może nawet będzie można usłyszeć mnie w chórkach…
Wszystko to robię na ostatnią chwilę, deadliny gonią mnie niemiłosiernie i stresują. No, ale to część mojej osobowości. Mogę z tym polemizować, przeklinać to, ale niestety – muszę nauczyć się z ym żyć. Piękne jst to, że jeden projekt goni drugi, wynika z niego, a dziedziny, którymi się zajmuję, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie potrafiłabym skupić się na jednej tylko rzeczy; na przykład zająć się wyłącznie poezją albo fotografią. Być może osiągnęłabym wtedy o wiele więcej, gdybym włożyła w to konsekwencję i systematyczność, ale o ile moje życie byłoby nudniejsze!
O ile tematem Twoich wierszy są głównie namiętne, chciałem powiedzieć miłosne, ale odrzucasz uczucie. To jakiś rodzaj masochizmu. Z jednej strony tęsknota, pustka, brak bliskości, czasami wyczuwalne osobiste „no future”. A mimo to negujesz uczucie, które mogłoby być lekarstwem.
Rzeczywiście, większość moich tekstów dotyczy uczuć – mam nadzieję, że to nie jest zbyt monotonne dla Czytelnika. Czy neguję uczucie? Dałeś mi, Piotrze, tym pytaniem do myślenia. Sądzę, że moje teksty są pewnym wycinkiem życia, obrazem, fragmentem. Nie stanowią poukładanej historii, biografii, tylko jej wyimek. Być może łatwiej mi się pisze, kiedy negatywne emocje buzują we mnie, a ja próbuję nadać im pewien kształt, żeby mieć tego wroga przed sobą, a nie za plecami. Być może też masz rację, że odrzucam uczucie, walczę z nim, nie pozwalam siebie dotknąć. Pewnie jeszcze przez dług czas będę myślała na Twoim pytaniem. Na razie nie jestem jeszcze gotowa na taką wiwiseksję. Możemy wrócić do tej kwestii w prfzyszłości, przy okazji kolejnego wywiadu
Jesteś dla siebie surowa. Piszesz w wierszach o swoim akcencie, obnażasz to, co zwykle ludzie skrywają. Czy to sposób na kompleksy? Czy w ogóle znasz, poznałaś empirycznie to uczucie – mam na myśli kompleksy? A jeśli tak, to czy to samobiczowanie jest lekarstwem?
Być może po prostu mam do siebie dystans, którego nabieram z wiekiem. Wiem, że mój akcent jest rozpoznawalny; od wielu lat mieszkam w społeczności angielskiej, konserwatywnej, która niejednokrotnie wytykała mi moje pochodzenie. Nie przyczyniła się do tego także atmosfera przedbrexitowa. Inaczej mają się sprawy w multikulturowym Londynie, gdzie akcenty mieszają się podobnie jak style muzyki czy ubioru. Na prowincji wszystko, co inne, staje się od razu zauważalne, charakterystyczne, obce. Były miesiące, że jak mantrę powtarzano mi, abym pakowała się i wracała do kraju, do siebie. Anglicy nie potrafili zrozumieć, że to moje „siebie” jest właśnie tutaj, w tym kraju, w którym spędziłam już niemal trzynaście lat. Słyszałam, że jestem inna, gorsza, nigdy nie osiągnę tego, co oni, chociażbym nie wiem jak się starała. Na początku płakałam, buntowałam się, walczyłam z takimi opiniami. W końcu nauczyłam się z tego żartować. Teraz już widzę, że dla Anglika z moich terenów nawet Walijczyk, Szkot, czy Irlandczyk są obcy, wrodzy. A z mojego akcentu staram się zrobić atut.
Twój kryminał został zauważony i doceniony. Dostałaś za niego nagrodę. Prawdę mówiąc dosyć intrygującą: Just to be calm and down. Powiedz coś o tym więcej.
To był absolutnie szalony pomysł. Mieszkałam wtedy w Holandii i próbowałam oswoić tamtejszą rzeczywistość, ale też przerobić w sobie obrazy, które przywiozłam z Polski. Często perspektywa pomaga ułożyć nam pewne sprawy, zrozumieć je, nazwać. Znalazłam wtedy ogłoszenie o konkursie na współczesną polską powieść kryminalną. A ponieważ mentalnie miałam ochotę zamordować kilka osób, które wypełniały moją przeszłość, naturalną sprawą stało się dla mnie umieszczenie ich w mojej powieści. Kryminał pisałam wspólnie z Tomkiem Klareckim, z którym tez wówczas mieszkałam, a ponieważ oboje mamy dość wybuchowe charaktery – zbrodnia stała się częścią naszego życia. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na stworzenie tej książki, ponieważ goniły nas terminy; wszystko robiliśmy właściwie na ostatnią chwilę (jak zwykle, jak zwykle!). Dwa tygodnie przed dedlajnem pisaliśmy właściwie na okrągło, z niewielkimi przerwami na sen. Kiedy jedno z nas wędrowało do łóżka,drugie zasiadało przed laptopem. Dzień zlewał się nam z nocą, byliśmy jak w gorączce. Pracę wysyłaliśmy też dosłownie na ostatnią chwilę, dziesięć minut przed zamknięciem – jedynego w okolicy – urzędu pocztowego. Nie dawaliśmy sobie wiele szans na wygraną, ponieważ widzieliśmy, o ile więcej moglibyśmy zrobić, gdybyśmy mieli więcej czasu. Wysłaliśmy więc naszą książkę kryminalną, a potem zapomnieliśmy o sprawie. O nagrodzie dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, od mojego znajomego z Polski, który po prostu pewnego dnia pogratulował mi sukcesu. Publikacja tego kryminału otworzyła mi zupełnie nowe drzwi, nowe perspektywy. Natomiast konieczność promocji książki – zmusiła do powrotu do Polski.
Planujesz wydanie kolejnej książki?
Planuję dwa i poł tysiąca spraw, jak wiesz! Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. W tej chwili szykuję do druku kolejny tomik wierszy – część z nich będzie wyśpiewana przez zespół Revival. Razem z Alexem pracujemy też nad audiobookiem – antologią poezji emigracyjnej. Moje teksty wejdą również do książki przygotowywanej przez Darka Zellera, natomiast zdjęcia mojego autorstwa znalazły się w książce oraz na okładce anglojęzycznego tomu poezji Bożeny Heleny Nowak-Mazur, który ukazał się w tym roku w Stanach. Chciałabym przysiąść trochę nad prozą, ale – zdaje się – na razie nie mam do tego cierpliwości, za bardzo wszystko we mnie gna. Sporo energi poświęcam radiu i Studiu Londyn, ale też dzięki temu otwierają mi się oczy (i uszy) na coraz to nowe projekty. Nie potrafię i nie lubię stać w miejscu.

NAJDŁUŻSZA NOC
nie ma miłości, linorytu, słonecznej pogody, góry
z dołem, podpatrywanej od dołu. nie ma serca,
miejsca i jasnej po nim dziury. wiem, jesteś
w stanie kupić mi farby i zamalować wartość
kiedy oglądam twoje rodzinne zdjęcia
w kotach, ptakach, złotkach i chlebkach
z numerem domu na czole, z dumą
gratuluję sobie
że nie ma takich farb

DROMADERY

z ust mi to wyjmij i ustaw się na straży
mojego akcentu, kiedy będę mówiła o nas miękko
z twardym es zet, z otwartym ogrodem na zimę
schowam się bez psa, który skamle i dziecka
z ziemią między zębami, kiedy mnie przedstawisz –
nawet nie jestem stąd, ani z Walii, ani z Liverpool
mam obce biodra
i sama nie wiem, gdzie mogę przyłożyć swój język
żeby nie zamarzł albo nie zakwitł nagle ostrokrzewem
w którym boksie mam zasnąć i co przeżuć przed snem
a następnie: jakie obrazy mogę wziąć między palce
rozmazać je na szybie, między złotymi reliefami
ze śliny, z ognia

SKLEP ZE SZNURKAMI
jak mam na imię, jaki mam obrazek z drewna, ze złota
z dyni, utrzymany w klasycznym kwadracie:
on, ona, literatura i ja. dzień dobry państwu,
tu stacja finalna, a ja wciąż trzymam ciebie w ustach
rozplątuję, krztuszę się, kołyszę i milknę
na imię mi przypadek, z drewna, ze złota, skruszony
marmur, zdziczała oliwka, kuzynka ze zgierza
albo innej opolszczyzny. matka ze stali, co cię wyprawia
za morza, za skały, taksówką, do żony. biegnę wtedy
jak pies za szybkim kołem i szczekam, ujadam, nisko, nisko
drżę albo umieram, kiedy pytasz, co dzieje się u mnie.
nic się nie dzieje, ponieważ nie może. nie mam imienia,
nie mam ust, niewiele się klei, nic nie wyraża. spaliśmy wczoraj?
przeciwko piątkom, sobotom, kładę swoje czoło podziwiam

podczas gdy twoja pani kupuje sznurki do rozplątania

Ü
rozdarłeś mnie na papier na kredę i kamień
otwartą dłonią która spadła z lustra wprost
w moje oczy w kilka chwil od niczego
może mój akord był fałszem być może
zgubiłam ścieżkę i cień może przerosły mnie
gamy pasaże pełne usterek być może zabolała
myśl o kobietach które mogłyby zostać
moją biologiczną żoną a szły przeklinając
historię silną jak biodra
być może twoja mama gdzie była wtedy
w pobliżu kiedy kopałeś to zwierzę
dobrze ułożone
w znak zapytania w liść rododendronu
w paprotkę i umlaut

Przez węgierski filtr

W kulturze węgierskiej religia nigdy nie odegrała istotnej roli. Żadna religia. Po drugie, naród węgierski jest z ducha pozytywistyczny i to też cechuje literaturę węgierską – z węgierskim pisarzem Gyorgy Spirő rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Lektura Pana obszernego dzieła, powieści „Mesjasze” budzi podziw. Nie tylko dla kunsztu prozatorskiego, ale także dla faktu, że węgierski pisarz dokonał czegoś, co mogło się wydać niemożliwe – przełamania dystansu do uważanej za hermetyczną dla cudzoziemców kultury polskiej. Poniekąd wyręczył Pan polską literaturę, co jest tym bardziej godne wdzięczności, że w Polsce nie ma dziś chyba pisarza, który mógłby się tego podjąć zarówno z punktu widzenia artystycznego, jak i by tak rzec – pragmatycznego. Jak Pan zdołał tego dokonać?
Po prostu bardzo mnie to zainteresowało. Pisząc powieść historyczną każdy pisarz wchodzi w daną kulturę i cywilizację, więc nie jest to dla mnie nic wyjątkowego. Pisząc o kulturze Rzymu też musiałem się z nią utożsamić, wejść w głąb jej jaźni. Inaczej nie byłbym w stanie pisać.
Jednak bardzo często autor obcy piszący powieść z kręgu danej kultury nie jest w stanie wejść w nią całkowicie, wniknąć we wszystkie subtelności, niuanse, uniknąć pewnej obcości. Na przykład wybitnej skądinąd pisarce amerykańskiej Susan Sontag wytknięto, że w powieści na kanwie losów Heleny Modrzejewskiej, „W Ameryce” nie potrafiła ustrzec się pewnych naiwności w spojrzeniu na zagadnienia polskie. U Pana dystansu się nie wyczuwa…
Bo ja te postacie lubię. Jak nie lubię postaci, nie mogę o niej pisać. Wydało mi się to wszystko bardzo pasjonujące i unikalne, a przy tym bardzo niewęgierskie z ducha.
Trzeba też jednak uwzględnić fakt, że temat zarówno „Mesjaszy” czyli emigracyjny Paryż Mickiewicza, towiańszczyzna, Koło Sprawy Bożej, jak i sztuki „Szalbierz” czyli postać Wojciecha Bogusławskiego, a więc tematy nawet w Polsce bynajmniej dziś nie wiodące, przeciwnie, peryferyjne, elitarne. Skąd u Pana zainteresowanie takimi „oboczami”?
W tych historiach, nasyconych dziwnością tkwi bowiem coś głębszego. Moją pierwszą powieścią polską byli „Iksowie”, o Wojciechu Bogusławskim i jego kręgu. Ten okres Królestwa Kongresowego przypominał mi okres, w którym wtedy żyliśmy, i Polacy i Węgrzy, pod dominacją radziecką, rosyjską. Z tego powodu i powieść i sztuka o Bogusławskim, „Szalbierz”, zostały przyjęte bardzo dobrze w moim kraju. Nawiasem mówiąc, to przy szukaniu materiału do „Iksów” natrafiłem na materiały dotyczące Koła Sprawy Bożej, Towiańskiego, Mickiewicza. Wcześniej, przyznam, nie miałem o tym wątku najmniejszego pojęcia. Aby wejść w tę tematykę musiałem poznać mistycyzm chrześcijański i żydowski.
Było to interesujące dla pisarza węgierskiego?
Tak, poprzez kontrast, ponieważ tematyka mistycyzmu, Koła Sprawy Bożej, mesjanizmu, jest bardzo obca, bardzo daleka myśli i mentalności węgierskiej.
Na czym polega ta obcość?
Po pierwsze, w kulturze węgierskiej religia nigdy nie odegrała istotnej roli. Żadna religia. Po drugie, naród węgierski jest z ducha pozytywistyczny i to też cechuje literaturę węgierską. Z tego powodu „Mesjasze” nie zdobyli na Węgrzech popularności. Węgrzy tej tematyki nie rozumieją, nie przyswajają, nie czują, choć w sensie językowym to powieść węgierska, acz z postaciami polskimi.
Wybiera Pan z polskiej kultury to, co jest bardzo hermetyczne i nie do końca zrozumiałe czy akceptowane nawet w Polsce, n.p. Stanisława Wyspiańskiego czy Witolda Gombrowicza. Co Pan z niego przetłumaczył na język węgierski?
„Wesele”, „Noc listopadową” i „Powrót Odysa”. Jednak nie zostało to przyjęte ani przez publiczność czytającą, ani przez teatry węgierskie. Podobny los, niezrozumienie, spotkał jednak także wystawioną w Krakowie sztukę wybitnego autora węgierskiego. To samo spotkało tłumaczonego przeze mnie Witolda Gombrowicza, pisarza, który zmagał się z polskości, ale na Węgrzech się nie przyjął, choć przyjął się w kilku krajach Europy, n.p. we Francji.
To interesujący fenomen. Z jednej strony mówię o naszych narodach jako pobratymczych, „Polak Węgier, dwa bratanki…”, ale nie w literaturze i sztuce?
Nasze historie polityczne są podobne. I Polacy i Węgrzy byli pod zaborami, mieli nawet tego samego zaborcę austriackiego, a i z Rosją też się boleśnie zetknęliśmy. Mieliśmy podobnych bohaterów, jak Sandor Petőfi i Józef Bem. Jednak nasze mentalności i uczuciowości są odmienne i bardzo obce.
Co w Pana oczach, jako Węgra i zarazem znawcy kultury polskiej jest jej najbardziej charakterystycznym wyróżnikiem?
Trudno powiedzieć, bo w różnych okresach było to co innego. Romantycy, poza Słowackim, nie czuli ironii. Wyspiański czy Witold Gombrowicz satyrycznie napadali na polskość, ale tak naprawdę nie mieli ironii. Byli bowiem ukąszeni wizją tragiczną, choćby się z nią spierali. My Węgrzy jesteśmy bardziej ironiczni, ale mnie tragizm pociąga. Inną cechą polskiej kultury, nawet literackiej, jest malarskość. Widać to u Słowackiego, Mickiewicza, Witkiewicza, Wyspiańskiego, w filmach Wajdy czy Hasa, w teatrze i plastyce Józefa Szajny. Na Węgrzech najistotniejszy jest tekst, nie obrazowość.
Panu się to też udzieliło, bo „Mesjasze”, choć jest w nich sporo fragmentów, które można nazwać dyskursywnymi, rezonerskimi, dokumentalnymi, to również fresk nasycony obrazami. Znanym, choć trochę zapomnianym w zalewie wydarzeń polskich tamtego czasu epizodem jest ten, którego doświadczył Pan w Polsce 1981 roku, kiedy kręgi nacjonalistyczne i osobiście nacjonalistyczno-klerykalny publicysta Jerzy Robert Nowak oskarżył Pana o antypolskość, nawet o „polakożerstwo” w powieści „Iksowie”. Czy dziwiło to Pana? Czy nie zniechęciło?
Trochę może zdziwiło, bo żadna intencja obrażania Polaków mną nie kierowała. Nie zniechęciło, ale nie pomogło, bo nie mogłem przyjechać do Polski pracować w archiwum, więc pojechałem do Biblioteki Polskiej w Paryżu, która ma bogate archiwa na ten temat.
Czy na Węgrzech można by spotkać się z podobną uraźliwością, gdyby polski pisarz napisał krytycznie o Węgrach?
Jest to możliwe.
Bo uraźliwość jest uniwersalna?
Nie, bo uraźliwość jest wschodnioeuropejska. Tkwimy w kompleksach wobec zachodniej części Europy. Do tej pory.
Bohaterem tej „urażającej” powieści jest Wojciech Bogusławski, ojciec teatru polskiego, ale postać raczej z kalendarza historycznego, rocznicowego niż żywa postać w tradycji. Dlaczego nim akurat się Pan zainteresował?
Bardzo mnie zaciekawił właśnie wbrew, na przekór tej pomnikowości. Któregoś dnia, gdy znalazłem się przy jego pomniku przed Teatrem Narodowym w Warszawie zwrócono mi uwagę, że sylwetką przypomina wielkiego aktora węgierskiego, Tamasa Majora. Rzeczywiście przypomina.
Dziękuję za rozmowę.
Gyorgy Spirő – ur. 4 kwietnia 1946 w Budapeszcie, wybitny pisarz węgierski. Ukończył studia z literatury węgierskiej i słowiańskiej na uniwersytecie w Budapeszcie. Eseista, tłumacz, dyrektor teatrów i wykładowca uniwersytecki. Znawca polskiej kultury. Jest również autorem powieści „Krużganek” (1974), „Przybysz” (1990), bestsellerowej powieści „Niewola” ( 2004), której akcja dzieje się w cesarskim Rzymie oraz licznych dramatów, w tym „Szalbierza” (1983), „Dogrywki” (1998) i „Stłuczki” (2004), zbiorów esejów i opowiadań. W 2009 wydano w Polsce powieść „Mesjasze”, opowiadając historię Andrzeja Towiańskiego i jego sekty Koło Sprawy Bożej oraz jej związków z Adamem Mickiewiczem. Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich i teatralnych, jest m.in. laureatem Międzynarodowej Nagrody Wyszehradzkiej.

Trzeba dawać świadectwo

Są ludzie, obarczeni manią wielkości, psychopaci przeświadczeni o swej misji i z tego bierze się zło – z Zofią Posmysz, pisarką, autorką „Pasażerki”, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co było dla Pani bezpośrednią inspiracją do napisania „Pasażerki”, poza oczywiście osobistym doświadczeniem Auschwitz?
W 1959 roku znalazłam się w Paryżu jako reporterka Polskiego Radia. Na placu Concorde natknęłam się na grupę Niemców. Głos kobiety, nawołującej kogoś do powrotu przypomniał mi moją nadzorczynię w Auschwitzu. Myśl, co bym zrobiła, gdybym ja spotkała nie opuściła mnie. Mój mąż, któremu o tym opowiedziałam i który miał dowcipny, trochę pedagogiczny sposób wysławiania się, powiedział: „Oby mi to było napisane”. W ten sposób powstało moje pierwsze słuchowisko, które otworzyło mi drogę ku pisarstwu.
„Pasażerka”, w tym także jako film Andrzeja Munka, była oskarżeniem nazizmu, ale zarazem, poprzez nietypową relację między więźniarką Martą a jej nadzorczynią cieniowała obraz czasów pogardy. Dlaczego zdecydowała się Pani właśnie na taki wariant?
Wynikało to z mojego osobistego, jednostkowego, trzeba od razu dodać, doświadczenia. Takich esesmanek nie było przecież wiele. I dlatego mogła być tematem. Cóż bowiem można by pisać o tej armii odczłowieczonych istot spod znaku trupiej czaszki, robotów. Nie wiem co robiła Franz w Ravensbrűck, skąd przybyła do Auschwitz w 1943 roku i nie wiem, jaki miała staż w swojej roli, ale w tym czasie, kiedy mogłam ją obserwować ona nie zrobiła niczego takiego, co kwalifikowało by ją do warstwy morderców, sadystów. Wykonywała swoją pracę i jeśli więzień wykonywał swoją pracę i przestrzegał regulaminu, to było – jeśli to można tak ująć – wszystko porządku. Bardzo dużo o tym myślałam, gdy odbywały się kolejne procesy esesmanów. W latach siedemdziesiątych zgłosił się do mnie skierowany do mnie przez komisję do badania zbrodni niemieckich, doktor Klein, który był oskarżycielem w tych procesach. Zapytał czy wiem, gdzie przebywa aufseherin Franz. Przeczytał bowiem „Pasażerkę” i pomyślał, że może bym wystąpiła jako świadek. Ktoś, kto zna historię obozów koncentracyjnych ujętą w kategoriach czarno-białych, zdziwiłby się, jak wiele dziwnych, nietypowych sytuacji tam się zdarzało. Zachowania Franz w stosunku do mnie cechowały, można rzec, odruchy prywatności. Kiedyś zaskoczyła mnie niespodziewanie, gdy pisałam list do domu. Zapytała co piszę i spytała: „Czy mogę zobaczyć?”, a potem poprawiła błędy w mojej niemczyźnie. Ostrzegła mnie też, że pisząc o swojej chorobie spowoduję zatrzymanie listu przez obozową cenzurę.
Przetrwała Pani piekło obozu. Co było potem, po wojnie?
Najważniejsze było dla mnie kontynuowanie edukacji. Najpierw poszłam do liceum dla dorosłych, bo przecież byłam z powodu wojny opóźniona w nauce i nie miałam jeszcze matury. Byłam w nim tylko rok, w ramach dopełnienia materiału. Z nauczycieli zapamiętałam dwoje, po pierwsze panią polonistkę, bo to był przedmiot, który najbardziej mnie interesował. Po drugie profesora matematyki, nazwiskiem chyba Radecki, któremu zawdzięczam swoją drogę życiową, bo warunkowo postawił mi trójkę, choć jego przedmiot był moją bardzo słabą stroną. To pan Radecki umożliwił mi uzyskanie matury, mówiąc, że postawi mi tę trójkę pod warunkiem, że nie będę zdawała na politechnikę. Do dziś jestem mu bardzo wdzięczna.
Domyślam się, że w klasie nie Pani jedyna była opóźniona w nauce…
Oczywiście, że nie jedyna, a przy tym – mając dwadzieścia dwa lata -należałam do młodszych. Było też kilku młodszych, osiemnasto, dwudziestoletnich, ale w większości byli koledzy mający po trzydzieści kilka, nawet czterdzieści kilka lat. Byli to ludzie, którzy przed wojną nie mieli możliwości ukończenia szkoły i skorzystali z powojennej okazji. Środowisko było bardzo zróżnicowane, mniej więcej połowa, w tym ja, to były osoby pracujące. Pracowałam wtedy jako korektorka w „Głosie Ludu”, co drugą noc, a w dzień chodziłam do szkoły, więc byłam bardzo zmęczona, ciągle niewyspana. Trudne to były lata i właściwie nie miałam młodości.
Czy wśród Pani szkolnych kolegów były osoby o podobnym, obozowym doświadczeniu?
Nie. Prawdopodobnie byli natomiast tacy, którzy brali udział czy to w powstaniu warszawskim, czy to w konspiracji. Prawdopodobnie, bo wtedy się o tym raczej nie mówiło. Były dwie koleżanki Żydówki – Ludwika Woźnicka, pisarka, z siostrą. Lubiłyśmy się, ale ani ja ich, ani one mnie nie pytały o nasze przeżycia, o to, jak udało nam się przeżyć.
Nie było wtedy obyczaju wspominania świeżej, wojennej przeszłości?
Trudno mi to generalnie ocenić, ale pamiętam taki epizod z mojej pierwszej podróży do Łodzi, pociągiem. W przedziale jechał ojciec z synem, mniej więcej osiemnasto-dwudziestoletnim, który kulał, był o lasce. Zaintrygowało mnie dlaczego ten młody człowiek jest inwalidą i okazało się, że to pamiątka z powstania warszawskiego. To mnie bardzo poruszyło, bo przemierzając codziennie leżące w gruzach ulice Warszawy, nie wyobrażałam sobie, jak można było przeżyć taki kataklizm. Powiedziałam im to. Na to ten młodociany inwalida powiedział: „My i tak byliśmy w lepszej sytuacji niż pani. Mieliśmy broń”. Do dziś mam przed oczyma jego twarz. A tego, o co pan pyta, o wymianę doświadczeń w szkole, nie było. Stanowiliśmy społeczność raczej niezintegrowaną. Większość pracowała, więc mało mieliśmy czasu na bliższe kontakty. Częściej rozmawiało się, snuło się opowieści w pociągach, w podróży. Doświadczyłam tego, jeżdżąc z Warszawy do Krakowa, do mamy i brata. Ja jednak podczas takiej wymiany opowieści na ogół milczałam.
Dlaczego?
Nikogo nie zamierzałam przekonywać, że moje doświadczenie jest trudniejsze od doświadczenia tych, którzy przeżyli strach przed łapanką. Każdy ma swoje cierpienie i bardziej je odczuwa niż cudze. To naturalne.
Nie miała Pani poczucia wyjątkowości swojego doświadczenia?
Nie. W moim pojęciu bardziej wyjątkowe, bardziej okrutne było doświadczenie żołnierzy frontowych. Poza tym chciałam się oderwać od moich przeżyć, chciałam żyć, miałam dla kogo, mama i brat potrzebowali mnie, chciałam się uczyć, coś osiągnąć.
To już była Warszawa, ale urodziła się Pani i dzieciństwo spędziła Pani w Krakowie. Te czasy szkolne były sielskie czy nie?
Wspominam je ciepło. Do szkoły powszechnej im. Józefa Piłsudskiego chodziłam w Prokocimiu, gdzie rodzice mieli domek, ojciec był kolejarzem. W szkole wyróżniałam się, bo miałam podobno niezwykłą pamięć, zwłaszcza do wierszyków. Z dawnych lat pamiętam nauczycielkę, pierwszą, która mnie wyczuliła na dbałość o język ojczysty. Nazywała się Słomkówna. A poszło o słowo „hajc”. Powiedziałam, że tatuś pracuje w „hajcu”. Na co ona: „Zosiu, to jest po polsku „parowozownia”. I później tak samo wybiła mi z głowy „sztrabę”. „To nasyp kolejowy”. Od klasy piątej dojeżdżałam do Krakowa, do szkoły im. Zbigniewa Oleśnickiego przy placu Matejki. Zapamiętałam z tamtych czasów panią Senisson, chyba polonistkę, nauczycielkę z powołania. Prawda, że to dziwne? Zapominam nazwisk pisarzy, a pamiętam tamte, sprzed lat osiemdziesięciu.
Kiedy pojawił się w Pani imperatyw pisania, najpierw zapisania doświadczeń, a później stania się pisarką, wejścia w literaturę?
Pisałam chętnie, moje szkolne wypracowania zyskiwały dobre oceny. W jednym opisałam wieczór wigilijny w domu, w innym, już w formie małej, noweletki o bitwie Legionów Piłsudskiego nad Styrem i Stochodem. Dużo też czytałam. W obozie, gdy jako szrajberka pracowałam w kantorze, próbowałam pisać wiersze, oczywiście pod nieobecność aufzerki. Te wiersze ocalały, są zdeponowane w muzeum Auschwitz-Birkenau, jako świadectwo. Po wojnie, gdy zaczęłam pracować jako reporterka w dziale literackim Polskiego Radia., traktowałam pisanie zawodowo. Nie było wtedy możliwości nagrywania reportaży, rzeczywistość trzeba było opisać, a lektorzy to odczytywali. Była to dobra szkoła pisania.
Pozostała Pani wierna stylowi realistycznemu. Nie miała Pani pokusy zbliżenia się ku prozie kreacyjnej, bardziej opartej na wyobraźni?
Nie. Wywodziłam się jednak z reportażu i to mnie ukierunkowało. Natomiast po „Pasażerce”, kiedy uznano mnie za autorkę prozy obozowej, postanowiłam spróbować innej, współczesnej tematyki. Napisałam więc choćby „Mikroklimat” i „Cenę”.
Jednak w powieści „Wakacje nad Adriatykiem” zastosowała Pani konwencję bardziej opartą na wyobraźni, symboliczną…
Tylko dlatego, że oparłam ja na wspomnieniach mojej krakowskiej przyjaciółki, skrzypaczki, bohaterki tego utworu. Pochodziła z domu o dużej kulturze, jej ojciec był germanistą. „Ptaszka”, tak nazwana przeze mnie bohaterka „Wakacji” patrzyła na obóz, jak na zjawisko z opowieści o Nibelungach, z oper Wagnera, objawiali się jej mityczni rycerze, dziewice. Widząc jadącą konno aufzjerkę mówiła: „Patrz, Rycerka Brunhilda”. Określając obóz jako kolonię Rycerzy Trupiej Czaszki, posłużyłam się niejako jej wyobraźnią.
Dziś w wielu krajach Europy zaznaczają się tendencje faszystowskie, antyimigranckie, rasistowskie, w niektórych z nich te siły obejmują władzę, jak n.p. w Holandii w Skandynawii, w innych mają wpływy, n.p. w Niemczech we Włoszech, Francji. Pojawia się tzw. negacjonizm, zaprzeczanie Holokaustowi, choćby w osobie pisarza Johna Irvinga. Czy niepokoi to Panią?
Bardzo to niepokojące. Nawet w Polsce pojawił się historyk, który hołdował takim poglądom. Cóż możemy zrobić? Głośno o tym mówić, przypominać, dawać świadectwo, ostrzegać. Są ludzie, obarczeni manią wielkości, psychopaci przeświadczeni o swej misji i z tego bierze się zło.
A jednocześnie wielu to w Polsce lekceważy, widząc zło głównie w zbrodniach stalinowskich. W jednym z wywiadów odniosła się Pani do kwestii oportunizmu czy konformizmu w PRL i stwierdziła Pani, że jego obraz jest uproszczony…
Bardzo żałuję, że nie prowadziłam dziennika. Spędziłam 25 lat w radiu, z tego 20 w dziale literackim. Jakież tam było towarzystwo! Bogdan Ostrołęcki, Aleksander Małachowski, Jerzy Janicki, Andrzej Mularczyk, a w redakcji słuchowisk Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Jerzy Krzysztoń. Ludzie najdalsi od komunizmu, a przecież byli publikowani, zdobywali międzynarodowe nagrody. Owszem, Szenwaldowa była komunistką przedwojenną i Włodzimierz Sokorski, naczelni redaktorzy też mieli legitymacje partyjne, ale ich postawy często były dalekie od czarno-białego szablonu. Pamiętam naradę programową w radiu, na której wystąpił ówczesny szef Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski. Powiedział, że tak trzeba pisać, żeby słuchacz nie wyłączał radia i żeby nas z roboty nie wywalili. Zyskał ogromne brawa. To był cynik, ale inteligentny, a tacy wyrządzali mniej szkody niż fanatycy opętani ideologią.
Dziękuję za rozmowę.

Zofia Posmysz – ur. 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, pisarka, autorka scenariuszy filmowych, słuchowisk radiowych i widowisk Teatru TV, reporterka i redaktorka radiowa. W 1942 roku, za posiadanie ulotek ZWZ, została aresztowana i uwięziona w krakowskim więzieniu Gestapo przy ul. Montelupich, po czym zesłana do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywała do ewakuacji w styczniu 1945 roku. Następnie znalazła się w Ravensbruck, w tym w filii obozu w Neustadt Glewe, skąd została wyzwolona 2 maja 1945 roku. W Auschwitzu przeżyła dwa miesiące kompanii karnej, dwa razy ratował ją od śmierci lekarz więzień dr Janusz Mąkowski. Debiutowała w 1945 roku w „Głosie Ludu” artykułem o esesmanach z załogi KL Auschwitz, postawionych w Niemczech przed sądem. Tekst podpisała numerem obozowym: 7566. W 1952 roku podjęła pracę w Polskim Radiu, najpierw w dziale oświatowym, a po dwóch latach w dziale literackim redakcji reportażu, której w 1958 roku została kierowniczką. W 1960 roku została współautorką i kierowniczką zespołu przygotowującego powieść radiową z życia wsi „W Jezioranach”. Pierwszym słuchowiskiem Zofii Posmysz była „Pasażerka z kabiny 45” z 1959 roku. Rok później powstało – także na podstawie obozowych doświadczeń – słuchowisko, a następnie opowiadanie „Ave Maria”, o dziewczynie, która pierwszy raz w życiu zetknęła się z muzyką w Birkenau, wzięła u więźniarek lekcje klasycznego śpiewu i przeżyła obóz dzięki temu, że występowała na koncertach z lagrową orkiestrą. Zajmowała się też tematyką współczesną. Napisała kilkanaście słuchowisk opublikowanych w tomie „Miejsce na ścianie” , a następnie opowiadanie „Szczęście pani Janiny” stało się podstawą scenariusza filmu Janusza Weycherta „Cierpkie głogi” (1966). Z kolei słuchowisko „Palę Martina Edena” stało się podstawą scenariusza filmu „Mały” Juliana Dziedziny (1970). Napisała też powieści o tematyce współczesnej, „Mikroklimat” (1975) i „Cena” (1978), „Wdowa i kochankowie” (1988), dwa tomy opowiadań „Przystanek w lesie” (1965) Poza „Pasażerką” tematyce obozowej poświęcona jest też powieść „Wakacje nad Adriatykiem” (1970) i opowiadanie „Ten sam doktor M”. We wspomnieniach „Do wolności, do śmierci, do życia” opowiedziała o losach więźniarek wracających w 1945 roku do kraju z obozu w Neustadt Glewe do Polski przez tereny opanowane przez żołnierzy radzieckich. W opowiadaniu z 2008 roku „Chrystus oświęcimski” pisarka nakreśliła historię lagrowego talizmanu – medalika wykonanego w warsztatach Auschwitz. W 2010 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie, w reżyserii Davida Pountneya, odbyła się premiera opery Mieczysława Wajnberga „Pasażerka” (1968) opartej na wydanej w 1962 roku i przetłumaczonej na kilkanaście języków powieści „Pasażerka”. W 1962 roku, w oparciu o scenariusz napisany wspólnie z Zofią Posmysz, Andrzej Munk nakręcił głośny film o tym samym tytule, ukończony po śmierci reżysera przez Witolda Lesiewicza.

Pisarz-antymilitarysta pozostanie w pamięci

Poprzednio, w 2002 roku, została ona pomieszczona na fasadzie domu, miejsca narodzin pisarza. W uroczystości wzięła wtedy udział m.in. wdowa po twórcy, Ruth Kirst. Tablicę zdjęto ją podczas remontu domu, a wspólnota mieszkaniowa odmówiła zgody na ponowne wmurowanie tablicy. Sprawą zainteresował się w listopadzie „Dziennik Trybuna”, który interweniował w tej sprawie u władz Ostródy. Szczęśliwie, szybko znalazły one rozwiązanie i tablica (wobec braku zgody wspólnoty została zamontowana na kamieniu, nieopodal posesji.

Na uroczystości przemówił Henryk Koch, przedstawiciel mniejszości niemieckiej w Polsce. Dobrze, że postać wybitnego pisarza, który, wstrząśnięty wojennymi przeżyciami został wielkim przeciwnikiem wszelkiego militaryzmu, nie zniknie z przestrzeni publicznej.

Polscy czytelnicy nieprędko mogli zapoznać się z jego prozą, nawet mimo jej przesłania. W okresie zimnej wojny między PRL a Republik Federalną Niemiec i świeżej jeszcze pamięci niemieckiej okupacji Polski, przed zawarciem porozumienia o uznaniu granicy na Odrze i Nysie z grudnia 1970 roku, o drukowaniu nowych powieści Kirsta nie mogło być mowy. Gdy warunki polityczne stały się bardziej sprzyjajce, pisarz już nie żył. Wysyp wydań jego prozy Kirsta nastąpił w Polsce po 1989 roku. Ale i wtedy antywojenne i antynazistowskie przesłanie niedostatecznie przebijało się do odbiorców. Czytelnicy widzieli w nich głównie trzymająca w napięciu prozę wojenną, choćby z silnie zarysowanymi elementami psychologicznymi i bogatym tłem obyczajowym.

Rodem z Ostródy

W wydaniu okolicznościwoym „Osteroder Zeitung” z 1938 r. zawierającym szczegółowy wykaz mieszkańców miasta wymieniono też rodzinę Kirstów, która zamieszkiwała w budynku nr 10 przy ówczesnej Schillerstraße. Ojciec Kirsta pełnił w Prusach Wschodnich służbę w policji. Sam Hans Hellmut w rodzinnym mieście ukończył Kaiser-Wilhelm-Gymnasium, a następnie Wyższą Szkołę Handlową. Ojciec doradził mu następnie wejście na drogę kariery wojskowej. 1 kwietnia 1933 przyszły pisarz został żołnierzem zawodowym w Królewcu (dzisiejszym Kaliningradzie). Jak wielu swoich rówieśników, działał w organizacji Hitlerjugend, organizował nawet jej letnie obozy w Prusach Wschodnich.

Walczył przeciwko Polsce we wrześniu 1939 r., następnie brał udział w kampanii francuskiej. W 1941 r. ze swoim oddziałem został skierowany na front wschodni W latach 1943–1945 był oficerem nadzorującym i nauczycielem historii wojny w Szkole Lotnictwa Wojennego w Schongau (Bawaria). W szkole tej służył późniejszy premier Bawarii, Franz Josef Strauss, który miał duży wpływ na powojenne życie Kirsta. Po kapitulacji III Rzeszy Kirst został aresztowany i osadzony w areszcie śledczym amerykańskiego obozu internowania w Garmisch-Partenkirchen. To Strauss, bezpodstawnie, doniósł Amerykanom o tym, że Kirst jest nazistą. Kirst został jednak ostatecznie zwolniony z aresztu jako „politycznie nieobciążony”. Brak nazistowskich poglądów udowadniał po wojnie jeszcze raz: przed Izbą Orzekającą o denazyfikacji. Ironią losu przewodniczącym Izby był ten sam Strauss, który wydał mu dwuletni zakaz publikacji.

Świadectwo

Musiał być on ciosem dla byłego niemieckiego oficera, który pierwsze notatki literackie tworzył jeszcze w areszcie, a w 1947 r. opublikował pierwszą sztukę teatralną. Wstrząśnięty moralnie przeżyciami wojennymi pisarz stał przeciwnikiem wojny, militaryzmu i wszelkich form zbrojeń. Jego fundamentalny sprzeciw wywołało nawet powołanie Federalnych Sił Zbrojnych (Bundeswehra).
Sprzeciwowi temu Kirst dawał wyraz nie tylko na kartach powieści. Świadczył o nim całą swoją postawą życiową. Od lat 60. tantiemy uzyskane ze sprzedaży swoich książek przekazywał między innymi organizacjom socjalnym w Izraelu. Wspomagał sieroty wojenne w Polsce oraz studentów w Norwegii. W 1958 wszystkie wpływy z norweskiego wydania „Nikt nie ujdzie cało” przeznaczył na stypendia dla norweskich studentów, aby mogli kontynuować działalność w duchu humanistycznych idei Alberta Schweitzera. Wpływy ze sprzedaży książek „Rozmowy z psem Antkiem, „Koty z Caslano” i „Psa i jego pana” przekazał na schroniska dla zwierząt.

Od 1947 r. Kirst pracował w charakterze krytyka filmowego, stając się na tym polu prawdziwym autorytetem. W 1969 roku rozpoczął współpracę z drugim programem niemieckiej telewizji (ZDF), gdzie prowadził program „Poradnik kinomana”. Na tym również jego działalność się nie kończyła. W latach 1970–1971 studiował w Federalnym Urzędzie Kryminalnym w Wiesbaden, dzięki czemu był następnie w stanie przekonująco tworzyć powieści, których tłem była kryminalistyka.

W 1987 roku Kirst przeprowadził się wraz z rodziną do Werdum we Fryzji. Dwa lata później zmarł.

Kirst zadebiutował jako dramaturg, ale to powieść okazała się gatunkiem, który uprawiał z największym powodzeniem – tak artystycznym, jak czytelniczym.

Zadebiutował w 1950 roku powieścią. „Nazywaliśmy go Galgenstrick” (1950), którą przetłumaczono na siedem języków. Prawdziwą sławę i uznanie na świecie przyniósł mu jednak wydany w 1954 pierwszy tom trylogii „08/15”. Dzięki niej Kirst awansował do miana najbardziej poczytnego autora powojennych Niemiec Zachodnich. Jego proza doczekała się masowej publiczności i osiągnęła około miliona nakładu.

Niedoceniany

Może właśnie ten rozmach sprawił, że krytycy zbyt pochopnie uznali ją za twórczość mało ambitną, adresowaną do masowego czytelnika. Nie bez wpływu był tu również sam charakter jego narracji i klimat utworów. Jego powieści, rozgrywające się w większości czasów w III Rzeszy, szczególnie okresu II wojny światowej i w znanym autorowi z własnego doświadczenia środowisku Wehrmachtu, cechuje z jednej strony klimat nieustannego napięcia, zagrożenia i konfliktów, z drugiej – radykalny krytycyzm wymierzony w ukazywane sfery.

Przez część czytelników ceniony był w pierwszej kolejności „szorstki”, wojskowy” klimat jego prozy, pozornie utrudniający przyswojenie antywojennego przesłania. Jednak głębsze wczytanie się pozwala odkryć ukryte pod tym naskórkiem wysokie walory prozy Hansa Hellmuta Kirsta. To subtelna ironia, bo we wspomnianym klimacie „szorstkiej męskości” można doszukać się przewrotnej z niego kpiny i oczywiście krytyki armii i ducha militaryzmu, akcenty ostrej groteski, wyrafinowane podteksty filozoficzne i antropologiczne. Przede wszystkim Kirst pisał ze świadomością moralnego upadku narodu niemieckiego, ideologicznej degrengolady i absurdu. Taka atmosfera panuje w „08/15”, a następnie w kontynuacji tego dzieła kilkupowieściowym cyklu przygód żołnierza Ascha. Jego kolejne części to: „08/15 w koszarach” (1955), „08/15 na wojnie” (1954), „08/15 walczy do końca” (1955), „08/15 dzisiaj” (1963) i „08/15 w partii” (1978).

Jego drugi międzynarodowy bestseller, „Fabryka oficerów” ukazał się w 1960. Niemal rówie wielką popularnością cieszyli „Przedziwni ludzie z Maulen” (1984) i „Niezwykłe wesele w Bärenwalde” (1986), powieści kryminalne . Ich problematyka sprawiła, że Kirst ostatecznie już, mimo wszystkich międzynarodowych sukcesów, pozostał dla niemieckich krytyków twórcą literatury popularnej (nawet jeśli bardzo zdolnym), mistrzem prozy kryminalnej i suspensu. Nawet, jeśli w dorobku miał również prozę psychologiczno-obyczajową oraz kilka opowieści stricte historycznych, dokumentalnych, jak „Bunt żołnierzy. Opowieść o 20 lipca 1944” (1965). Taka była też ostatnia jego książka wydana za życia, „Wojna z Polską” (1989).

Jak pisał tłumacz Kirsta na jezyk polski, Karol Czejarek, szczytowym osiągnięciem Kirsta jest jednak „Noc długich noży” – „ opowieść o tym, jak Hitler ostatecznie rozprawił się ze swoimi politycznymi przeciwnikami, stając się niepodzielnym dyktatorem. Książka odsłania metody, jakimi udało mu się ogłupić i uwieść, a w konsekwencji zniszczyć i unicestwić własny naród”. Niebanalna i niedoceniana proza Hansa Hellmuta Kirsta nie zasługuje na zapomnienie. Podobnie jak powojenna postawa pisarza, zdolnego do krytycznego spojrzenia na własne koleje losu i próby naprawienia krzywd, na tyle, na ile to było możliwe. Dlatego dobrze, że w Ostródzie tablica jego pamięci nie zniknie.

Maski historii i polityki

20 lat temu, 3 maja 1999 roku zmarł Władysław Lech Terlecki (1933-1999).

„Uważam się za pisarza politycznego, którego interesuje kształtowanie się procesu politycznego” – powiedział kiedyś Władysław Lech Terlecki. I rzeczywiście, najwybitniejsze dokonania tego pisarza koncentrują się w prozie, która właśnie fermenty natury politycznej, bo tak należy rozumieć sens użytego przez niego słowa „proces”, niekoniecznie najściślej rozumiane, ma za temat politykę. Wypada więc uznać Terleckiego raczej za pisarza politycznego właśnie, a nie historycznego, bo jak sam zauważył w innym miejscu, historię traktuje „pretekstowo”. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Jacek Łukasiewicz dostrzegał u Terleckiego także fascynację historią jako taką. Jego książki – zwłaszcza w latach 70-tych – towarzyszyły gorącym dyskusjom na temat polskich postaw ideowych (spór między romantyzmem a pragmatyzmem), nakłaniały do prawdziwego, a nie legendarnego poznania skomplikowanych dziejów Polski.
Jak to często bywało w tamtych czasach, ten polonista-erudyta, mózgowiec, skłonny do spekulatywnych rozważań urodzony intelektualista, został posłany do reportażu, który był wtedy niemal doktrynalnie traktowany jako niezbędny życiowy chrzest początkującego literata czy dziennikarza. Jego wydawniczym debiutem reporterskim był tom „Kocie łby” (1956), a dwa lata później ukazał się tom jego opowiadań „Podróż na wierzchołku nocy” (1958) nasycony dość zadziwiającą w jego wieku (25 lat) fascynacją motywami śmierci, starości, winy, kary, zabójstw, samobójstw, udręk moralnych i tak dalej, czyli motywami, które przeniósł do dojrzałej prozy późniejszej. Dopełnieniem tej początkowej fazy jego twórczości i jej tematyki był tom opowiadań „Pożar” (1962).

„Spisek”. Początek cyklu „styczniowego”

W 1966 roku ukazała się niewielka powieść „Spisek”, która otworzyła wielki cykl „styczniowy 1863” Terleckiego i w której w dość już rozwiniętej formie wyraziły się najważniejsze cechy jego późniejszej, najznakomitszej prozy. Jej tematem jest tzw. sprawa Stefana Bobrowskiego, pierwszego przywódcy „czerwonych” w Powstaniu Styczniowym, zastrzelonego w sprowokowanym pojedynku, w którym nie miał żadnych szans jako człowiek prawie niewidomy i bez umiejętności strzelania.
W tej bezsensownej śmierci wybitnie utalentowanego działacza wyraża się charakterystyczna dla tych czasów antynomia. Antyromantyczny, sceptyczny chłodny, rzeczowy, logiczny intelektualista Bobrowski, jeden z przywódców romantycznego zrywu, biernie ulega fatalizmowi prowadzącemu go ku bezsensownej śmierci w pojedynku, absurdalnym wytworze chorej, ekstremalnej kultury opartej na „etyce honoru” i dopełnia udziału w nonsensie śmiercionośnej konwencji.
W „Spisku” objawia się też charakterystyczna dla Terleckiego forma literacka, psychodrama (tak ją określił Jan Błoński), solipsystyczne „dzianie się w głowie”, rozmyślania Bobrowskiego w czasie jazdy pociągiem, które zastępują „klasyczną” akcję. Michał Sprusiński określił prozę Terleckiego jako „prozę atmosfery desperacji i samotności”. Także w „Spisku” po raz pierwszy objawia się „letargiczność” narracji charakterystycznej dla Terleckiego, jej usytuowanie na granicy jawy i snu. Objawiły się też w „Spisku”, na co zwrócił uwagę Błoński, inne znamienne motywy, Krytyk zwracał też uwagę na inne obsesyjne motywy w prozie Terleckiego: zamknięcia, osaczenia, daremnego oczekiwania, bezsilności, fatalizmu.
Historia dramatycznie ciemna
Terlecki „wybudował świat prozy bardzo gęstej, o rozległych odniesieniach duchowych, a także pełnej tajemnicy. Uważał bowiem, że „historia nie jest jasna, jest dramatycznie ciemna”. Z tym wiąże się pewien aspekt jego formy pisarskiej. Jak pisał o nim we wspomnieniu pośmiertnym Stanisław Stanuch, Terlecki „nie ułatwiał czytelnikom zadania”. Lektura jego powieści wymaga szczególnej uwagi i „czujności”, choćby tylko dlatego, że jej „lita”, zgęszczona struktura narracyjna sprawia, iż nie zawsze łatwo jest oddzielić od siebie kwestie dialogujących postaci, a także poszczególne sekwencje, epizody, wątki.
To był jeden z powodów, dla których proza Terleckiego „nie miała za grosz pierwiastka komercyjnego czy koniunkturalnego” (St. Stanuch). „Mówiono o nim, że jest nudny – istotnie, fabuła jest tu zawsze czymś w gruncie rzeczy drugorzędnym, a przecież od jego letargicznych książek trudno się oderwać”.
Pomiędzy „Spiskiem” a kolejną odsłoną cyklu „styczniowego” Terlecki „odskoczył” tematycznie w inne rejestry. Najpierw w eklektyczny tematycznie zbiór opowiadań „Sezon w pełni” (1967), a następnie w powieść „Gwiazda Piołun” (1968) o ostatnich dniach życia Witkacego, choć nie jest on wymieniony z nazwiska. Jego wrześniowa ucieczka w nieznane pośród dokonującej się wokół Apokalipsy, tej którą przewidział i poniekąd sobie wywróżył, była tylko inną, późniejszą historycznie odsłoną tragicznego fatalizmu losu polskiego. Jednak pisarz – na co zwróciła uwagę Helena Zaworska – podejmuje też fenomen niedostosowania wyobrażeń intelektualisty do rzeczywistości, rozbieżności między Apokalipsą wyobrażoną i realną.

Śledztwo jako czynność
psycho-filozoficzna

W 1970 roku ukazała się powieść „Dwie głowy ptaka”. Jej głównym protagonistą jest inny wybitny działacz Powstania Styczniowego, naczelnik Warszawy Aleksander Waszkowski, osadzony w Cytadeli. Temat tworzą jego przesłuchania, prowadzone w ramach śledztwa przez pułkownika Tuchołko, postać która przewija się przez „styczniową” prozę. Obszerne sekwencje przesłuchań stanowią w prozie Terleckiego bardzo istotny składnik. Są to właściwie, głównie po stronie śledczego, filozoficzne dywagacje na pograniczu filozofii państwa i władzy oraz historiozofii, połączone z introspekcją psychologiczną.
Postaci śledczego-filozofa towarzyszy w powieściach figura, którą sam pisarz nazwał „szpiclem-filozofem”. Głównym motywem jest tu zdrada i jej względność. Waszkowski zwątpił w sens i szanse Powstania, więc pragnie przyczynić się do położenia kresu daremnej ofierze powstańczej. Czyni to ułatwiając władzom rosyjskim odzyskanie skarbu Królestwa, co przekreśli możliwość kontynuowania konspiracji. Z jednej strony jest to zdrada, z drugiej, w pojęciu Waszkowskiego, „błogosławiona wina”, która położy kres dalszemu upływowi polskiej krwi. Jednak ani Terlecki, ani jego bohater nie dokonują tu moralnego rozstrzygnięcia. Bohater nie doznaje komfortu „błogosławionej winy”. Wszystko zawieszone jest we względności i wieloznaczności.
Powroty do „stycznia” i wędrówki w nowe rejony
I znów Terlecki czyni tematyczne interludium w postaci powieści „Pielgrzymi” (1972). Rzecz o pielgrzymce do Częstochowy, mieście urodzenia pisarza, można potraktować jako satyrę na trywialne profanum pustoszące religijność, ale jest to też rodzaj antyewangelicznej przypowieści, pełnego groteski i szyderstwa moralitetu.
W 1973 roku ukazał się „Powrót z Carskiego Sioła”, rodzaj powieści spojonej z odrębnych całości. Pojawiają się takie postacie jak Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Aleksander Wielopolski, namiestnik Lüders, Oskar Awejde. Tu też dotyka pisarz problemu zdrady, ale też nietzscheańskiego kultu siły, antynomii między politycznym realizmem a daremną ofiarą.
O rok późniejszy „Czarny romans” (1974), zbudowany jest w konwencji powieści kryminalnej, w której sprawcę znamy w punkcie wyjścia, a tropiona jest jedynie motywacja mordercy. Historia oparta na autentycznym romansie polskiej aktorki Marii Wisnowskiej i rosyjskiego kadeta Barteniewa dotyka tyleż kulturowego konfliktu i wzajemnej obcości polsko-rosyjskiej, ile motywów panującego w kulturze i nastroju elit modernizmu, z nietzscheańską ideą „woli mocy”. To jednocześnie portret Polaków tej epoki w optyce Rosjanina i nie jest to portret pochlebny.
Piętno epoki modernistycznej zaznacza się też w najbardziej chyba dojrzałej prozie tego okresu twórczości Terleckiego, jaką jest powieść „Odpocznij po biegu”, osnuta na kryminalnej kanwie słynnej sprawy Macocha (w powieści nosi imię Sykstus), jasnogórskiego paulina, który zamordował męża swej kochanki. Właściwym bohaterem tej powieści jest jednak przysłany z Petersburga do Częstochowy (kolejny powrót rodzinnego miasta pisarza do jego prozy) sędzia śledczy, który dostrzega w tej sprawie szansę na uderzenie w Kościół katolicki, uważany za istotną przeszkodę na drodze „zruszczenia” Polaków. Ta śledcza psychodrama jest też dla Terleckiego pretekstem do pokazania potęgi miłości i pożądania cielesnego, jako sił nadrzędnych nad wszystkim.

Proza „gęsta”

Na przykładzie tej powieści Andrzej Mencwel wnikliwie analizował właściwości formalne prozy Terleckiego, której naczelną cechę określał jako „gęstość”, lecz nie gęstość anegdoty (ta była raczej skromna), lecz gęstość faktury narracyjnej: „W prozie autora „Czarnego romansu” rzuca się w oczy to, że każda wypowiedź uzyskuje swój dialogowy charakter przez pojawienie się wewnątrz świadomości drugiej postaci (…) Terlecki nie opowiada rozmowy Iwana Fiodorowicza z ojcem Sykstusem, lecz przypomnienie i refleksję wewnętrzną Iwana Fiodorowicza na temat tej rozmowy (…) Niektóre złożenia tych wewnętrznych refleksji są jeszcze bardziej skomplikowane, niekiedy wielostopniowe, stąd też nakładanie się na siebie poszczególnych perspektyw narracyjnych, ich dialogizacja stają się wybitnie złożone. A ponieważ narratorem jest ktoś wobec Iwana Fiodorowicza jako postaci głównej zewnętrzny, kto jakby przypomina sobie tegoż sędziego i całą związaną z nim oraz ojcem Sykstusem sprawę – każda wielostopniowa tkanina opowieści o procesach psychicznych pojawia się właściwie wewnątrz zasadniczego dla nich wszystkich wspomnienia jakiegoś nieokreślonego, ale obecnego stale narratora. W świadomości zaś, w przypomnieniu, kształty rzeczy się zacierają (…) Ponieważ z kolei każdy szczegół niejako pojawia się tutaj nie poprzez jedno wspomnienie, lecz poprzez wiele nałożonych na siebie takich przebiegów wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, w każdej z nich współobecnych. To ta właściwość prozy Terleckiego, od dawna już cyzelowana, a w „Odpocznij po biegu” doprowadzona do doskonałości, nadaje ową, tak narzucającą się w lekturze gęstość atmosferze Częstochowy początku wieku (…)”

W głąb pisarskiego sezamu. Od Wielopolskiego do Szpicbródki

W 1977 wraca pisarz do tematyki okołopowstańczej. W zbiorze czterech opowiadań „Rośnie las”, obok Mickiewicza w Lozannie, pojawia się margrabia Wielopolski na drezdeńskim wygnaniu, jako duchowa i fizyczna ruina własnych planów, zniszczonych przez nierozumny naród. Ta nowela, zatytułowana „Drezno”, została później rozwinięta przez Terleckiego w znakomitą sztukę „Cyklop”, podobnie jak formę sceniczną nadał też „Odpocznij po biegu” i „Dwom głowom ptaka” – wszystkie doczekały się interesujących inscenizacji teatralnych. I znów pojawia się interludium tematyczne w postaci współczesnej powieści „Wczesny powrót” (1978), ale nie ma ono tej siły, co kolejne odsłony cyklu „styczniowego”. A po nim, „Zwierzęta zostały opłacone” (1980), powieść osnuta wokół sprawy Stanisława Brzozowskiego. Tu ponownie pojawia się obsesyjny motyw winy i jej względności, kary, odpowiedzialności.
Terleckiego bardzo pociągała forma powieści kryminalnej czy sensacyjnej, także tej stosowanej wprost, nie jako parabola, stąd w tym samym roku 1980 ukazały się „Trzy etiudy kryminalne”, ale niedługo po nich powieść „Cień karła, cień olbrzyma”, o Lwie Tołstoju, o geniuszu opętanym przez otaczającą go nicość ludzką, ale też ze współczesnym planem dotykającym aspektu politycznego lat siedemdziesiątych, z postacią „Ślepego”, partyjnego dygnitarza, w której Piotr Kuncewicz dopatrywał się pierwowzoru w osobie Władysława Gomułki.
W roku 1984 ukazały się dwie ważne powieści Terleckiego. „Pismak” jest bardziej nieokreślony w przesłaniu artystycznym. Ta powieść ma coś z autotematycznej gry literackiej, ponieważ bohaterem jest dziennikarz pragnący zostać pisarzem i odzwierciedlić w pisanej powieści pobyt w więzieniu. Pojawia się też znany z „Odpocznij po biegu” eks-zakonnik Macoch, tu jako współwięzień głównego bohatera i – także jako towarzysz z więziennej celi – słynny kasiarz Szpicbródka, w tym przypadku bardziej jako postać ówczesnej literatury rozrywkowej, bohater groszowej prasy, niż jako postać z krwi i kości. Do tego jest motyw ateizmu i bluźnierstwa jako starego zjawiska przybierającego nowy kształt w epoce narodzin masowej prasy.
„Lament” (1984), to ostatnia, wieńcząca powieść cyklu „styczniowego”. Jest to obraz kresu Powstania, jego dogorywania i degrengolady w ponurej, elegijnej atmosferze krańcowego pesymizmu, intryg i szerzącej zdrady. W 1988 roku ukazała się „Drabina Jakubowa”, pierwsza literacka podróż Terleckiego w wiek XVIII, w czasy stanisławowskie. To napisana w formie wolterowskiej powiastki filozoficznej historia misji arystokraty-agenta, wysłanego z listem od króla Stanisława Augusta do carycy Katarzyny. Terlecki wprowadza tu nietypowe dla siebie dziwaczne figury i sytuacje, w konwencji powieści łotrzykowskiej. Jest m.in. sługa-karzeł, militarny maniak, klasztor opanowany przez szatana, i oczywiście mnóstwo szpicli i agentów. A jednak ta na pozór atrakcyjna galeria osobliwości niezbyt posłużyła prozie Terleckiego. W odróżnieniu od ascetycznej surowości powieści styczniowych, „barok” postaci i motywów z „Drabiny Jakubowej” wybrzmiał mocno sztucznie. Jakby pisarz niezbyt dobrze się czuł w łotrzykowskiej konwencji nadmiernego „bogactwa”, malowniczości, przesady narracyjnej i nazbyt wymyślnej narracji, jakby jego żywiołem była raczej powaga, oszczędność, asceza, pewna surowość i letargiczność, niż literackie „cuda na kiju”.
Jednak już w tym samym roku 1988 ukazał się także „Wieniec dla sprawiedliwego”, znów ascetyczne studium śledztwa i jaźni sędziego śledczego. W roku 1989 ukazała się powieść „Laur i cierń”, osnuta wokół postaci i roli Józefa Ignacego Kraszewskiego, przy czym postać sławnego polihistora polskiej literatury XIX wieku i jednego z najważniejszych ówcześnie depozytariuszy polskiej pamięci, nie jest tu pretekstem do opowieści biograficznej o autorze „Starej baśni”, lecz ogniskuje w sobie istotne zagadnienia, dylematy i sprzeczności polskie XIX wieku z problemami europejskimi w tle. Bohaterem ostatniej powieści Terleckiego, która ukazała się w roku jego śmierci, „Wyspy kata” (1999), jest Walerian Łukasiński.

Z dala od patriotycznego schematyzmu

To co uderzało w jego prozie, to daleki od patriotycznego schematyzmu rysunek postaci zaborców. Mówił o tym sam Terlecki: „Literatura polska powstająca w warunkach niewoli przekazała nam obraz zaborcy w jaskrawym skrzywieniu. Jest to zwykle patologiczne, głupie bydlę. Robiła tak ze zrozumiałych powodów, aby nie demonizować zła, z którym podejmowała wtedy totalną walkę. Ale też bardzo odbiegała od prawdy. Myśmy przegrywali z ludźmi, którzy posiadali dużą inteligencję, którzy przerastali nas nie tylko środkami represji, jakie pozostawały w ich rękach, ale również przenikliwością, zwykłą mądrością”.
Co znamienne, proza Terleckiego , choć tak wątła w klasyczną fabułę, tak intelektualna, spekulatywna, wzbudziła zainteresowanie także wybitnych filmowców. „Zwierzęta zostały opłacone” zaadaptował na film „W biały dzień” Edward Żebrowski (1981), Wojciech Jerzy Has zekranizował „Pismaka” (1985), a Henryk Kluba – „Gwiazdę Piołun” (1989). Terlecki był też autorem wielu słuchowisk radiowych, których tematyka skoncentrowana była na współczesnych problemach psychologicznych i moralnych. Jednak drugim co do znaczenia segmentem jego twórczości była dramaturgia. Jego utwory pisane dla sceny były przeważnie dramaturgicznymi wersjami jego utworów prozatorskich, choć napisał też kilka dramatów „samoistnych”, o tematyce współczesnej.
Dramat „Dwie głowy ptaka” nosi ten sam tytuł, co powieść o ostatnim powstańczym naczelniku Warszawy Aleksandrze Waszkowskim. „Cyklop” to dramaturgiczne przetworzenie noweli „Drezno”, w której czas emigracyjnego dogorywania upadłego Aleksandra Wielopolskiego stanowi ramę retrospekcji poświęconej jego roli, jaką odegrał w Królestwie Polskim w latach 1862-1863. „Krótka noc”, to dramaturgiczny „sequel” tematu podjętego w „Spisku”. „Dragon”, to dalece przetworzona historia z „Czarnego romansu”. Na formę sceniczną przerobił też Terlecki powieść „Odpocznij po biegu”.
Dramaty Terleckiego są wysokiej próby, ale naznaczone pewną słabością, którą wyłożyła badaczka jego twórczości Anna Błaszkiewicz: „powieść Terleckiego rozpisana na głosy traci – i to dużo. (…) Może się to wydać paradoksem, skoro wszystkie skonstruowane są dialogowo. Ale dialog ten przynależy do wewnętrznego świata utworu i nie nadaje się do głośnej artykulacji. Rozpisany na role, wyrwany z tkanki powieściowej – traci swój dynamizm i staje się sztucznym narzędziem autorskiego wywodu. W powieści „Spisek” istotę stanowi napięcie między wewnętrznymi rozterkami, dramatem zwątpienia Bobrowskiego, powstańczego naczelnika Warszawy, a zewnętrzną rolą, którą wciąż wypełnia, wbrew wszystkiemu, z powodów moralnych. W wersji dramaturgicznej ten podskórny nurt procesu myślowego i duchowego jest skryty, co zmienia pierwotny sens utworu. Naoczność przedstawienia scenicznego utrudnia też uwypuklenie tego, czemu sprzyja forma powieściowa, na przykład demaskacji mitów, stanowiącej ideową istotę antyheroicznej, choć nie szyderczej postawy pisarza.
Alina Sordyl, napisała w szkicu o „Bohaterze” sztuk Władysława Terleckiego” (na przykładzie „Dwóch głów ptaka”, nazwanych dramatem wyboru i „Cyklopa” określonego jako tragedia rozpoznania) o „mało dramatycznym dialogu nadmiernie obciążonym funkcją informacyjną w związku z dostarczeniem wiedzy o okolicznościach wydarzeń i kulisach polityki (…), który „przyczynił się do zniszczenia potencjalnego napięcia wielu sytuacji i scen. Pozbawiony przeważnie naturalnego toku, pointowany ogólnikami i operujący współczesną, zużytą frazeologią polityczną, zniweczył w dużej mierze wrażenie indywidualnie doświadczanej przez postacie historii. Odebrał tekstowi walor artystycznej prawdy”.

Aktualność tej prozy
– podziały polskie

Czy 20 lat po śmierci Terleckiego, jego utwory zanurzone w historii (choćby i traktowanej jako maska współczesności) zachowały ową specyficzną aktualność sprzed lat (bo walory kunsztownej literackiej formy jego prozy nie zwietrzały)? Jako odpowiedź na to pytanie mogą posłużyć słowa samego pisarza podczas przeprowadzonej w 1985 r. przez Magdalenę Bajer dla „Tygodnika Powszechnego” rozmowy z udziałem także Marii Janion, Andrzeja Wajdy i Witolda Zalewskiego: „A dlaczego Powstanie Styczniowe? Bo jest to epoka, w której formuje się pewien typ myślenia bliski współczesności. (…) Bo wtedy przecież pojawia się inteligent polski i wszystkie jego rozterki. Bo wyłaniają się wówczas podziały, które do dziś nie straciły swego znaczenia”. I to jest częściowa odpowiedź na powyższe pytanie, bo przecież 34 lata po tamtej rozmowie, wspomniane podziały nadal nie straciły na znaczeniu.