A co, jeśli Jakub Żulczyk ma rację?

Jakub Żulczyk (rocznik 1983) stał się pierwszym od niepamiętnych czasów pisarzem, któremu grozi kara więzienia z powodów politycznych. Warto skorzystać z tej okazji by przywołać tę postać nowego pokolenia polskiej literatury.

Z wykształcenia jest amerykanistą i to odzwierciedliło się już w jego debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” (2006). Wykorzystał w niej charakterystyczny dla kultury amerykańskiej (w tym literatury i filmu) motyw podróży („powieść drogi”), pamiętny m.in. z powieści (James Leo Herlihy, 1965) i filmu (John Schlesinger) „Nocny kowboj” (1969), a także ze słynnej historii Bonnie and Clyde. Ta historia podróży dwojga młodych ludzi przepojona jest odniesieniami do popkultury amerykańskiej, powieści, utworów muzycznych, gier komputerowych itd. Opublikowane w 2008 roku „Radio Armagedon” opowiada o licealnym zespole rockowym i zostało zaliczone do tzw. nurtu „emo”, jako pierwsza polska powieść z tego gatunku. ( „Seks, narkotyki, anarchia, nihilizm, przemoc, muzyka punk i młodość pod znakiem trupiej czaszki” – obraz młodzieży wchodzącej w życie po roku 1989).
W kolejnych latach Żulczyk poświęcił się literaturze gatunkowej, a konkretnie horrorowi, thrillerowi, powieści kryminalnej i fantastyczno-przygodowej, ale nie stronił także od – swoistego – realizmu („Instytut”, 2010, „Zmorojewo” 2011, „Świątynia”, 2011, „Ślepnąc od świateł”, 2014, zekranizowana jako serial telewizyjny, „Wzgórze psów”, 2017). Przynależna formalnie do gatunku fantastyki ostatnia powieść Żulczyka („Czarne słońce”, 2019) nosi cechy zakamuflowanej, dystopijnej powieści politycznej, opowiadając o odseparowanym od Europy kraju rządzonym przez Ojca Premiera (główny bohater to faszysta Gruz). Sam autor określił tę powieść jako utwór napisany „przeciwko Kościołowi w Polsce, bo obrzydza mnie, jako człowieka i obywatela, to, co potrafię usłyszeć ze strony kapłanów”. Z prawej strony sceny politycznej publicystyki okrzyknięto ją jako „antypolską” i „antychrześcijańską”. Sam autor przyznał, że jest antynacjonalistyczna, antyfaszystowska i antyteokratyczna.
Jakub Żulczyk, m.in. obok Doroty Masłowskiej, Mirosława Nahacza, Dawida Bieńkowskiego czy Jarosława Shuty należy do pokolenia (urodzonych w latach osiemdziesiątych) pisarzy głęboko zanurzonych w popkulturze i codzienności po przełomie wieków, pisarzy oddających trafnie ducha tych czasów. Jak napisano o tej generacji na stronie culture.pl, ich pisarstwo „opowiada historie o młodych ludziach, po części wpisujące się w głośną w tamtym czasie dyskusję o „generacji nic” – pozbawionej ideałów, skrzywdzonej przez kapitalizm, nieumiejącej budować trwałych więzi”. Stąd, przy wszystkich różnicach między poszczególnymi pisarzami tej generacji, łączy ich, nigdy wcześniej nie występujące w tym stopniu w polskiej prozie, zanurzenie we współczesnym języku kolokwialnym, mówionym, oraz w znakach i przedmiotach wytwarzanych przez cywilizację codzienności. Ich charakterystycznym atrybutem jest – zasadniczo – brak odniesień do przeszłości, do rozmaitych klasycznych imponderabiliów, takich jak kondycja narodu, patriotyzm, tradycyjnie rozumiane kategorie społeczne, obyczajowe i psychologiczne itp. Ten krąg pisarzy określano też jako „banalistów”, a niektórzy z nich, w tym Żulczyk skupieni byli wokół pisma „Lampa i iskra boża” Pawła Dunina-Wąsowicza.
O swojej powieści „Ślepnąc od świateł” Żulczyk powiedział: „Chciałem napisać książkę o upadku złudzeń. O tym, jak bardzo chcemy swoje życie wyreżyserować, coś osiągnąć. A po to głównie przyjeżdża się do Warszawy. Żeby zrobić karierę, zmienić życie na lepsze, wspinać się po jakiejś drabinie. Zresztą taką potrzebę mają w sobie nie tylko przyjezdni. W tym sensie ta powieść mogła się wydarzyć tylko tu”. Krytyk Piotr Kofta tak napisał o niej: „Współczesna Warszawa u Żulczyka jest jak Los Angeles lat 50. sportretowane przez Jamesa Ellroya: przykryta wieczną nocą, ogarnięta gorączką złota, pulsująca od zbrodni i pożądania, podkręcona i odurzona kokainą. Historia dilera, który żyje iluzją, że uda mu się przejść przez to piekło suchą nogą, to, jak dla mnie, powieść sezonu”.
Jakub Żulczyk, który w dziennikarskim, początkowym okresie swojej działalności udziełał się publicystycznie w wielu tytułach prasowych, koncentruje się obecnie na intensywnej aktywności w mediach społecznościowych, gdzie ostro krytykuje obecną władzę PiS i Kościół katolicki. („Gospel of inhumanity, nieludzka Ewangelia. PiS to tylko przechwytuje do doraźnych celów politycznych. Dlatego nie wydaje mi się, żeby moja książka była antypisowska. Ale żeby było jasne: „Czarne słońce” to nie jest książka antychrześcijańska. (…) Może ja się nie do końca identyfikuję jako chrześcijanin, ale jednak „Czarne słońce” to książka chrześcijańska i taka miała być” – powiedział w jednym z wywiadów). Powieść pełna jest pasji skierowanej przeciw faszyzmowi, przemocy i teokracji. Pisarz poparł też m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet, krytykuje wyłączenie kościołów spod lockdownu pandemicznego, działalność ministerstwa edukacji pod kierownictwem katolicko-nacjonalistycznego fundamentalisty itd.
W 2017 roku Jakub Żulczyk uzyskał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur, (z których pochodzi – urodził się w Szczytnie) za „Wzgórze psów”), a w roku 2018 Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W 2014 roku kandydował do Paszportów „Polityki”.