Psy wojny nigdy nie zasypiają

Gdy widzę głupie pyski Adriana, Błaszczaka i Maciera ubranych we wdzianka moro i paradujących po koszarach i poligonach, to przypominają mi się durni CK austro-węgierscy generałowie, lejtnanci i feldkuraci z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. A czasem snuje mi się koszmarne, psychopatyczne marzenie, że napada na Polskę Rosja, kładzie nas na łopatki w ciągu doby, a Adrian, Błaszczak i Macier wieją z kraju w tych swoich mundurkach moro, robiąc w spodnie przed specnazem.

Żarcik. Nikomu tego nie życzę. Byłaby to jednak godzina prawdy o rzeczywistej wartości ich defilad i dętych przemówień. Ręczę, że te „psy wojny” czmychałyby jak zestrachane kundelki ( mieliśmy już okazję widzieć w telewizji, jak Adrian zadrżał i schylił głowę w momencie wystrzału artyleryjskiego). Twarzą w twarz przeciw specnazowi stanęliby tylko najgodniejsi szacunku oficerowie i żołnierze, dla których, choć nie cierpię militaryzmu, zawsze mam szacunek.
O wojnie jak wiadomo najprzyjemniej gada się przy herbacie i ciastku. „Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę” – tak brzmi najgłupsze zdanie rzymskiego poety Horacego. Także grecki retor Demostenes chwalił wojnę. Nie wszystko w pogańskim antyku było mądre. Wojna to także ulubione zajęcie chrześcijan i katolików. Ksiądz Piotr Skarga chwalił wojnę, ojciec Innocenty Bocheński (wśród chwalców wojny jest nadreprezentacja klechów). Byli wręcz jej apologetami, a kapelani do dziś kropią kropidłem armaty i czołgi. Znamienne tylko, że żaden z wymienionych mądrali nie zdechł w męczarniach na polu bitwy. O wojnie można by bez końca. Gdy byłem durnym szczeniakiem w latach 60-tych w PRL, na ulicach polskich miast w wielu miejscach widniało hasło „Nigdy więcej wojny”. Wydawało mi się dziwne, bo przecież wojna oglądana w kinie czy w telewizji, była taka atrakcyjna („Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, „Działa Nawarony”) i taka zabawna („Kierunek Berlin” i rozmaite komedie wojenne w rodzaju „Gdzie jest generał”). Nie znałem wtedy ani „Ognia” Henri Barbusse’a, ani „Podróży do kresu nocy” Ferdynanda Celine. A nawet gdybym znał, to i tak niczego bym szczeniackim rozumkiem nie pojął. Dlatego gdy dziś widzę młodziutkich „terytorialsów” Macierewicza, może nawet jeszcze prawiczków, ale już przyuczanych do strzelania z patyków i rzucania kamieniami z braku granatów, to mi się nóż w kieszeni otwiera.
„Oblicza wojny” Magdaleny M. Baran, to lekko (w sensie stylu narracji) i atrakcyjnie napisana rzecz wojnie, a raczej o tym, jak w historii, tradycji, religii, sztuce wojnę postrzegano i się postrzega. Jak zmieniały się interpretacje fenomenu wojny. „Po drugiej wojnie światowej często można było usłyszeć zaklęcia: „Nigdy więcej wojny”. Dziś nadzieja zawarta w tym haśle zanika. Coraz więcej jest oznak tego, że stoimy w obliczu nowych wojen: klasycznych, domowych, zimnych i gorących, hybrydowych, ekonomicznych, informacyjnych terrorystycznych”. I właśnie rozmaitym definicjom, ujęciom i aspektom wojen poświęciła autorka swoją książkę, opisując w kolejnych rozdziałach „oblicza dzisiejszej wojny”, „wojnę sprawiedliwą” jako „oksymoron”, „sakralizację wojny” czyli „wojny święte” czy „sprawiedliwe” na przestrzeni dziejów, a także o „dehumanizacji” wojny, polegającej na postępowaniu procesu narastania jej depersonalizacji, wynikającej m.in. z postępu technologicznego, co po raz pierwszy w wielkiej skali zaznaczyło się w Wielkiej Wojnie 1914-1918, coraz bardziej wyłączającego „czynnik ludzki” na rzecz wojennego przemysłu śmierci. O wojnie pisali wielcy myśliciele, których autorka obicie przywołuje, od Heraklita, przez Tukidydesa („Wojna peloponeska”), Juliusza Cezara („O wojnie galijskiej”), Hugo Grotiusa, Thomasa Hobbesa, Emmanuela Kanta po Rafała Lemkina czy Michaela Walzera. Pisali też o niej wielcy poeci: od Homera w „Iliadzie”, poprzez nieznanego pierwotnego twórcę „Pieśni o Rolandzie”, Williama Szekspira (głównie „Kroniki”, a także „Makbet” czy „Juliusz Cezar”, z którego pochodzi słynna fraza o „psach wojny”), a także niezliczone zastępy piewców wojen w wiekach średnich i nowożytnych (prawie każdy kraj czy nacja miały swój koronny poemat o jakimś sławnej wiktorii bitewnej, n.p. polska „Wojna chocimska” Wacława Potockiego ) po „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja, narodziny literatury i sztuki antywojennej, od sławnych malowideł – „Okropności wojny” Francisco Goi po „Guernikę” Picassa czy antywojenną prozę Remarque’a („Na Zachodzie bez zmian”), Barbusse’a („Ogień”), Celine’a („Powrót do kresu nocy”), czy Izaaka Babla a także naszego Andrzeja Struga („Żółty Krzyż”) czy antywojenne kino (n.p. „Towarzysze broni” Jean Renoira). Jednak antywojenna fala w sztuce pozostała na marginesie odbioru, bo do naszych czasów wzięcie ma kino (głównie amerykańskie) pokazujące wojnę jako ekscytującą przygodę, a gatunek komedii wojennej nadal cieszy się wielką popularnością („Złoto dla zuchwałych”), podobnie jak bajkowe fantazje na motywach wojennych („Gwiezdne wojny”). Niezmienną też popularnością cieszy się drwina z wojny i wojskowych obyczajów (nawet o tak starej metryce jak „Przygody dobrego wojaka Szwejka”) czy „CK Dezerterzy” w filmie. Przykładem dwuznacznego stosunku do wojny jest sławny film Francisa Forda Coppoli „Czas Apokalipsy”. Z jednej strony ma on rysy antywojenne, z drugiej jednak wyczuwa się w nim fascynację „okrutnym pięknem” wojny, co wyraża się w jej niemal perwersyjnej estetyzacji (n.p. scena nalotu śmigłowców amerykańskich na wietnamską wieś przy akompaniamencie „Walkirii” Wagnera).
Temat wojny jest zatem w sztuce niezwykle bogaty i rozległy, można by rzec, że obok miłości i zbrodni należy do najczęstszych motywów w literaturze i innych sztukach, a też jest, jak widać, bardzo inspirujący artystycznie. Zajmuje też nauki społeczne i humanistyczne. Jednak kluczowy, a może najciekawszy w świetnej książce Magdaleny M. Baran jest przedostatni rozdział zatytułowany „Słodko i zaszczytnie… – rzecz o mitologizacji wojny”. „Co, gdy ojczyzna to już nie przedmiot miłości, nie przedmiot wyznania patriotycznej wiary, ale nacjonalistyczny potwór z upodobaniem tropiący najdrobniejsze przejawy inności, polujący na odmienność, i w imię ochrony wykrzywionego w lustrze obrazu wspólnoty narodowej mordujący, wzniecający konflikty, prowadzący swój naród w ramiona wewnętrznej lub zewnętrznej wojny” – napisała autorka. To właśnie ten „nacjonalistyczny potwór” zawłaszczył sławną frazę z pieśni Horacego, czyli z czasów w końcu przednacjonalistycznych: „dulce et decorum est pro patria mori”, (przerabiając ją także na inne frazy, a to „Gott mit uns”, a to „Bóg, Honor, Ojczyzna”). Towarzyszyło temu pojawienie się ludzi wprost głoszących pochwałę wojny, takich jak teoretyk wojny Carl von Clausewitz, czy literaturze, Ernst Jűnger. Kiedy dziś widzimy i słyszymy o militaryzacji umysłów młodych ludzi w Polsce przez macierewiczową formację OTK, to marzy mi się, aby ktoś dotarł do nich, upojonych jak to wielu młodych ludzi narkotykiem, jakim była perspektywa wojennej „przygody” (podobny przypadek z roku 1914 we Francji opisał kanadyjski historyk Modris Eksteins w kapitalnym „Święcie wiosny”), chciałbym, żeby ktoś dotarł do nich z takim oto fragmentem mini powieści Jeana Echenoz „1914”: „Odłamki posiekały ordynansa kapitana na sześć kawałków, łącznikowi odcięły głowę (…) poszatkowały rozmaitych żołnierzy pod rozmaitymi kątami i przecięły wzdłuż ciało wywiadowcy (…) Jak na tablicy anatomicznej zobaczył przekrój wszystkich jego narządów, od mózgu po miednicę (…) wymiotując ze strachu i wstrętu na własne buty, tkwiące po kostki w błocie”. I jeszcze taki oto fragment wiersza Wilfreda Owena: „nie opowiadałbyś, przyjacielu, z tym zapałem wzniosłym, dzieciakom, co chwały desperacko żądne starego Kłamstwa, jak to Dulce et Decorum Est pro patria mori”. Książkę kończy rozdział „Lepszy czas pokoju”, ale to już zupełnie inny temat.

Magdalena M. Baran – „Oblicza wojny”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 203, ISBN 978-83-66095-03-8

Brakująca Litera

Niezależny plebiscyt na polską Książkę Roku.
Do piątku jeszcze można oddać głos na ulubioną książkę!

Większość książkowych rankingów opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji, najczęściej przy współudziale liczących się na rynku Wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. Zdarza się, że z powodu braku należytego rozgłosu wiele wartościowych książek przechodzi bez echa. Bywa, że dopiero czysty przypadek sprawia, że trafiają one, często po latach, do rąk Czytelników.
Dlatego mając na względzie ów smutny fakt, postanowiłam zainicjować i wcielić w życie pomysł krążący w świecie literackim od wielu lat, organizując konkurs literacki w formie rankingu, zupełnie inny i niezależny od pozostałych, dając szansę KAŻDEJ polskiej publikacji wydanej w minionym roku, nie tylko tej promowanej. Każdej, która z subiektywnych względów zapadła w serce Czytelników.
Za nami I edycja tego nietypowego konkursu. „Brakująca Litera” 2017 przyciągnęła 80 tys. obserwujących, a w pierwszym jego etapie zagłosowało 11 600 osób, oddając prawie 20 tys. głosów. Nie spodziewałam się tak wielkiego zainteresowania, ale zarazem utwierdziło mnie ono w przekonaniu, że ten plebiscyt był potrzebny. Zwieńczyło go wręczenie statuetki zwycięzcy i dyplomów wyróżnionym, które odbyło się 19 maja w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40A w Warszawie.
Wszystko to sprawiało, że z pomocą współorganizatorki, patronów medialnych oraz bibliotek, blogerów i instytucji kultury, z ogromnym zapałem do pracy i nadzieją, że uda się osiągnąć kolejne cele, rozpoczęłam II edycję konkursu, którego II etap upływa 8 marca 2018 roku i polega na głosowaniu na maksymalnie trzy spośród zgłoszonych w I etapie 80 książek.
Dziesięć publikacji z największą ilością głosów zakwalifikuje się do ścisłego finału. Wtenczas czytać je będzie siedmioosobowe jury, które, jak w minionym roku – przyzna statuetkę zwycięzcy i dyplomy wyróżnionym Autorom.
Która z książek zasłuży na miano „Brakującej Litery” w książkowym alfabecie 2018 roku? Tego dowiemy się już wkrótce.

Więcej informacji na stronie: http://brakujaca-litera.pl/ i na Facebooku: https://www.facebook.com/brakujacalitera/

Wychowanie w bibliotece i koniec marzeń o idylli Recenzja

We wstępnym rozdziale tego zbioru, zatytułowanym „Proszę nie czytać przy jedzeniu”, Marta Wyka, wybitna historyk i krytyczka literatury z Uniwersytetu Jagiellońskiego daje do zrozumienia, że będzie on silnie podszyty elementem wspomnieniowym. Zwłaszcza, gdy przywołuje zamierzchłe rozmowy z Tomaszem Burkiem o młodzieńczych lekturach francuskich (n.p. o „Rodzinie Thibault” R.M. du Garda czy prozie Fourniera i Radigueta), ale też niefrancuskich, choćby o „Czarnych skrzydłach” Kadena Bandrowskiego czy Teodorze Klonie (Stefan Kisielewski) i jego „Zbrodni w dzielnicy Północnej”. Prawdę jednak powiedziawszy, recenzje kilku niedawno wydanych książek, które tworzą część „Książki przebrane”, przebiegłem dość szybko, podobnie jak szkice o Marii Dąbrowskiej, Wisławie Szymborskiej czy Ewie Lipskiej i zmierzałem przede wszystkim do obszernych „francuskich” partii książki, poświęconych Albertowi Camus ale także Janowi Błońskiemu jako jednemu z najbardziej wnikliwych i kompetentnych odbiorców i komentatorów literatury francuskiej w Polsce, o czym niestety można mówić dziś już tylko w czasie przeszłym. Odsyłam czytelników do szczegółów rozważań Wyki o Camusie ( w tym m.in. o jego relacjach z Czesławem Miłoszem czy o jego roli w kulturze francuskiej), bo ich problematyka jest zbyt złożona, by ją tu zreferować, a poza tym zajmuje lwią część zbioru. Odniosę się tylko do wstępnej uwagi Wyki poświęconej „Obcemu” Camusa: „Nikt, jak się wydaje, nie odkrył jeszcze, na czym polega trwająca od lat czterdziestych ubiegłego stulecia siła tego tekstu”. Otóż to! Zadziwiająco koresponduje ta uwaga z moją własną fascynacją „Obcym” z czasów młodzieńczych, co „zaowocowało” moim wypracowaniem na jego temat w ramach egzaminu wstępnego z języka polskiego do liceum ogólnokształcącego. Dla mnie też pozostała tajemnicą przyciągająca siła tego tekstu dla ówczesnego 15-latka (1972). Camus Wykę najwyraźniej bardzo fascynuje skoro poświęciła mu tak wiele miejsca w swoim zbiorze, ale sama zauważa, że „nie ma już tamtych emocji”, które żyły w latach 50-tych i 60-tych wokół postaci Camusa. Obawiam się, że nie ma już także tamtych myśli i tamtych humanistycznych złudzeń i że twórczość twórcy „Obcego”, „Upadku” czy „Kaliguli”, przy wszystkich jej walorach literackich, możemy dziś odbierać już tylko jako część archiwum historii myśli i literatury. Można oczywiście pocieszać się uniwersalizmem niektórych aspektów postawy i dzieła Camusa, ale to jest ten poziom uniwersalizmu, który pasuje do wszystkich czasów, ale niczego już ani nie wyjaśnia, ani tym bardziej nie załatwia, ani nawet w niczym nie pomaga. Po prostu, ten rodzaj wrażliwości etycznej i filozoficznej, którą reprezentował Camus, przeszła do lamusa, a nawet jeśli jeszcze istnieje, to już nie jak niegdyś, w centrum debaty, ale w jej niszach, na jej marginesach. Jak mówił pewien znany krakowski ksiądz w najkrótszym kazaniu świata: „Bracia i siostry! Chamiejemy”. Wyka deklaruje się jako frankofilka i obszernie opowiada o swoich fascynacjach Francją i jej literaturą, z którą przygoda, tak jak i w przypadku piszącego te słowa, zaczęła się od „Hrabiego Monte Christo” i „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumasa-ojca. Jednak najciekawszy tekst tego zbioru to „Żal po Francji”, poświęcony głośnej książce Erica Zemmoura „Francuskie samobójstwo” (2014). Kto zna esej „O Francji” Emila Ciorana 1943 roku, ten wie, że Zemmour nie odkrył Ameryki, a jedynie opisał to, co stało się z Francją w latach 1970-2007, to co nazywa zadawaniem sobie przez Francję od lat „dobrowolnej śmierci. Zemmour powiada, że „Francuzi nie rozpoznają już Francji. A przecież V Republika funkcjonuje od pięćdziesięciu lat (dziś już 60 – przyp. KL), kraj cieszy się pokojem, media informują, politycy wchodzą w spory, aktorzy i piosenkarze zabawiają, nogi paryżanek wciąż olśniewają męskie głowy. Tak literacko wygląda w języku Zemmoura Francja „zewnętrzna”, którą przywykło się kochać. W rzeczywistości jednak Francja przypomina starą kamienicę, której fasada została sklasyfikowana jako zabytek, ale wnętrze podlega stopniowej dewastacji, powodowanej przez gust nowoczesny, potrzebę szybkich korekt przestrzeni, również mieszkalnej, sztucznie dzielonej za pomocą rozmaitych przegród. V Republika jest budowlą potiomkinowską, zrobioną z kartonu…”. Obawiam się, że dziś, po czterech latach od wydania „Francuskiego samobójstwa” jest tylko gorzej. Pokój kraju nie jest już tak oczywisty od czasu buntu „żółtych kamizelek”, specyficznie francuskiej sztuki piosenkarskiej i aktorskiej już dawno nie ma, utonęła w zalewie amerykanizacji, a odsłanianie nóg w danych stylu przez paryżanki to wspomnienie z czasów Brigitte Bardot, a co najmniej Jane Birkin. Owszem, media informują, a politycy wschodzą w spory, tyle że nic istotnego z tego nie wynika, jak w Polsce skądinąd. Zemmour uważa, że Francja ostatecznie przechyliła się w stronę dekadencji po ustąpieniu de Gaulle’a w 1969 roku, ostatniego polityka, który pilnował trwałości francuskiego dziedzictwa. Później, wraz z globalizacją było już tylko gorzej. Zemmour jest wrogiem lewicy, więc to ją głównie, od Komuny Paryskiej, o to obwinia, ale choć trudno się zgodzić z tym niesprawiedliwym osądem, to dekadencja i utrata wiary w siłę tego narodu, w odbudowanie jego dawnej potęgi cywilizacyjnej, kulturowej, duchowej, ideowej jest faktem, to się we Francji czuje organoleptycznie. Francuzi stali się bierni, apatyczni, nie wierzą już we Francję. Także Paryż, niegdyś stolica duchowa świat, stracił swoją pozycję: „Niegdyś była ożywczym źródłem inspiracji artystów wielu narodowości – teraz, w ujęciu Zemmoura, działanie metropolii okazuje się niszczące. „Paryż będzie zawsze Paryżem”, zapewniała bardzo popularna piosenka. Degradacja miejsca i pozbawienie go cech kulturotwórczych bądź twórczość stymulujących okazuje się chorobą przenoszoną przez cały naród” pisze Wyka i przywołuje przy okazji film, który był najpełniejszą ekspresją ostatniego okresu optymizmu francuskiego, ery Pompidou, czyli „Vincent, Francois, Paul i inni” Claude Sauteta (1974), gdzie trzej aktorzy, Michel Piccoli, Yves Motand i Serge Reggiani, potomkowie włoskich imigrantów, doskonale, z wielkim sukcesem asymilowani, grają jakby swój sukces, bo – jak napisał Zemmour – „stali się doskonałymi modelami Francuzów, śpiewali, bawili się, ucztowali i kochali w języku Racine’a, z werwą Moliera, w duchu Kartezjusza”. „W ciągu nadchodzących lat – konkluduje Wyka za Zemmourem – nastąpiła ich powtórna śmierć, a geniusz francuski odszedł w cień”. Jak napisano w Księdze Ezechiela, którego przytoczył Zemmour: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły ich synom”.Tym razem już bezpowrotnie po tym łabędzim śpiewie i ostatniej idylli ery Pompidou. Wyka nazywa Zemmoura „płaczką na francuskiej mogile („Francja usypia, Francja umiera”). Wyka patrzy na Francje, co oczywiste, z polskiej perspektywy. Ja, co zrozumiałe, także. Dlatego dodam cierpko: nie mamy co cieszyć się z cudzego nieszczęścia, bo i przed nami nie ma świetlanej przyszłości. Przy czym Francuzi przynajmniej użyli co wlezie. Tego co zjedli, wypili i wyśpiewali nikt im już nie odbierze. Nam nie będzie dane przeżyć czasu nawet nieco tylko podobnego do sautetowskiej idylii. Nie to niebo, nie ten klimat, nie to wino. Tak jak dziecięcym wspomnieniem zakazu czytania przy stole zaczyna się zbiór mary Wyki, tak też dziecięcym wspomnieniem kończy. To wspomnienie z rodzinnych, podkrakowskich Krzeszowic, małej ojczyzny jej ojca, wybitnego historyka i teoretyka literatury Kazimierza Wyki. I tak się kółko tego zbioru intymnie i prywatnie się zamyka.

 

Marta Wyka – „Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackie”, Wydawnictwo Literackie Kraków, 2018, str. 211, ISBN 978-83-08-06466-5.

Szlachcic Słowacki zmaga się z tradycją swojej klasy Recenzja

Juliusza Słowackiego uważa się za – być może – najbardziej nowoczesnego z wielkich wieszczów polskiego romantyzmu. Głośne i poniekąd prekursorskie studium na ten temat napisała przed laty Marta Piwińska („Juliusz Słowacki od duchów”, 1992). Jego nowatorskie przeczucia co do rozwoju cywilizacji miejskiej, początków kultury industrialnej i popularnej mogą dziś budzić prawdziwy podziw, jako przejawy genialnej przenikliwości poety. Jeśli jednak spojrzeć na jego twórczość dramatyczną i na jego poematy z tematycznego punktu widzenia, to poza „Kordianem” i „Fantazym” są one pogrążone w przeszłości, historycznie relatywnie bliskiej poecie („Horsztyński”, „Sen srebrny Salomei”, „Ksiądz Marek”), bardzo odległej („Mazepa”, „Książę Niezłomny”, „Złota Czaszka”, „Samuel Zborowski”) czy zamierzchłej a przy tym mitycznej („Balladyna”, „Lilla Weneda”). Przeszłość obecna jest także w jego wielkich poematach i powieściach poetyckich jak „Jan Bielecki”, „Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu”, „Beniowski” czy „Preliminaria peregrynacji do Ziemi Świętej JO. Księcia Radziwiłła Sierotki”, „Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa”, „Konrad Wallenrod” czy „Grażyna”. Oznacza to, że współczesność swej poezji i swej myśli kreował Słowacki nie w bezpośrednim odniesieniu do rzeczywistości, w której żył, lecz poprzez odniesienie do świata przeszłości, w tym w szczególności do polskiej tradycji szlacheckiej, której był zarazem spadkobiercą i surowym krytykiem.
Marzena Kryszczuk napisała fascynujące studium na ten temat. Autorka wędruje poprzez utwory Słowackiego, bądź to sama, bądź w towarzystwie licznych przywoływanych interpretatorów, śledząc najrozmaitsze postawy, odniesienia, kontrapunkty poety w stosunku do szlacheckiej tradycji, jego spory i dyskusje z nią, także w konfrontacji z utworami innych autorów. Głębokie i skomplikowane pokłady odniesień Słowackiego do szlacheckiej tradycji pokazuje Marzena Kryszczuk w różnych ujęciach i konfiguracjach. Ujęła je też jako sekwencję rozciągającą się od zmagań poety z tradycją szlachecką i trudnościami jej przyjęciem (interioryzacją), poprzez jej oswojenie, aż po jej twórcze wykorzystanie dla wizji przyszłości, nie wykluczającej jednak dystansu poety do tej tradycji. I tak o „Janie Bieleckim” napisała jako o formie zastosowania skotyzmu (Walter Scott) i byronizmu do ukazywania przeszłości sarmackiej. Nad „Królem Ladawy” pochyliła się w kontekście atrakcyjności sarmackiej dawności w odbiorze cudzoziemskim (dotyczy to też „Mazepy”, motywu przyswojonego na gruncie francuskim). W „Horsztyńskim” dostrzegła sposób ukazywania przeszłości w perspektywie szekspirowskiej. „Poema Piasta Dantyszka” to dla Kryszczuk pretekst do spojrzenia na przeszłość w konwencji ludowo-szlacheckiej fantastyki, a „poemat o księciu Radziwille „Panie Kochanku” („Preliminaria…”) jako na formę poetyckiej zabawy poprzez bezpośrednie nawiązanie do gawędy szlacheckiej. W części drugiej studium autorka ukazuje poszukiwanie przez Słowackiego form dla pokazania kultury szlacheckiej w dramacie, w tym w szczególności postaci króla („Mazepa”, „Jan Kazimierz”). O „Złotej Czaszce” pisze jako o odpowiedzi Słowackiego na mickiewiczowskiego Pana Tadeusza”. W postaci księdza Marka odnajduje autorka wyraz poszukiwania przez Słowackiego przewodnika po sarmackiej przeszłości. W analizach „Księdza Marka” i „Snu srebrnego Salomei” akcentuje Kryszczuk zagadnienie opozycji progresywizmu i tradycjonalizmu. Podkreśla jednak także fascynację poety estetyką sarmatyzmu i dekoracyjną teatralnością tego świata, tak kapitalnie przez niego odmalowaną. W rozdziale „Mistyczny polityk” analizuje autorka późny okres życia i twórczości Słowackiego, kiedy to wyraził swoje kluczowe poglądy na ideę narodu, wypowiedział przesłanie do emigracji polskiej i podjął polemikę z Zygmuntem Krasińskim. Autorka podjęła też takie szczegółowe zagadnienia natury formalnej, jak temat „calderonizmu” jako zastosowanej przez Słowackiego formy stworzenia szlacheckiego obrazu przeszłości. Ostatni rozdział swojej pracy poświęciła autorka motywowi Słowiańszczyzny jako utopijnemu ideałowi społecznemu, który Słowackiemu był bliski. Marzena Kryszczuk zwraca uwagę na sprzeczności w obrazie sarmatyzmu w perspektywie poety. Z jednej strony odnosił się do niego z radykalnym krytycyzmem, widząc ciężkie grzechy sarmackich awanturników, takie jak pycha, rozpasanie anarchicznego indywidualizmu szlacheckiego, pogarda dla prawa, z drugiej sarmatyzm go fascynował, co prowadziło go do jego idealizacji w osobach księcia Radziwiłła „Sierotki”, którego wykreował na sarmackiego herosa, wcielenie wielkiego pana czy personalny archetyp polskości, czyniąc to samo względem postaci karmelity księdza Marka i idealizując Konfederację Barską. W finale pracy autorka rekapituluje swoje gruntowne analizy, rozważania i interpretacje: „Zmagania z tradycją szlachecką ukazują Słowackiego jako artystę, który podjął się najważniejszych zadań swej epoki: stworzenia dzieła o charakterze narodowym i jednocześnie o ambicjach uniwersalnych. Taką szansę dawało, według Słowackiego, połączenie swojskości z europejskim dyskursem, partykularyzmu z uniwersalnością. Zwrot ku przeszłości ma sens, żeby wzmocnić fundament, pozwalający się w nowoczesność”, choć Słowacki zauważał, że „szlachecki świat umiera” (w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” widział elegię na tę śmierć), a dokonują się „narodziny industrialnej cywilizacji”. Ciekawe przesłanie w kontekście naszych współczesnych czasów, nieprawdaż? A wędrówka z Marzeną Kryszczuk przez bogactwo artystyczne i myślowe, przez sprzeczności, meandry, paradoksy twórczości Juliusza Słowackiego jest fascynująca.

 

Marzena Kryszczuk„Juliusz Słowacki wobec tradycji szlacheckiej”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2011, str. 305, ISBN 978-83-61552-47-5.

Kobiety starego świńtucha Recenzja

W swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”.

 

Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwoltury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

 

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6.

Esencja kryminału Recenzja

Gatunek powieści kryminalnej stał się popularny u swojego zarania, sięgającego połowy XIX wieku, i tak pozostaje do dziś.

 

Zapewne jednak bardzo niewielu miłośników gatunku wie (co to ich w końcu obchodzi), że mniej więcej w ostatniej dekadzie gatunek ten stał przedmiotem szczególnie nasilonego zainteresowania naukowej humanistyki, obiektem analiz literaturoznawczych, antropologicznych, socjologicznych, psychologicznych, filozoficznych nawet. Nie tak dawno omawiałem tu choćby dwutomowy zbiór szkiców poświęconych gatunkowi powieści kryminalnej w różnych aspektach i klasyfikacjach wewnątrzgatunkowych – gatunek ma już swoją zróżnicowaną klasyfikację z cała gamą podklasyfikacji, podgatunków, etc. niczym fauna i flora („Literatura kryminalna. Śledztwo w sprawie gatunków”, 2014), a także studium „Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna i narodziny nowoczesności 1841-1941” Tadeusza Cegielskiego (2014), czy pracę innego obok niego polskiego teoretyka i zarazem praktyka „kryminału”, Mariusza Czubaja („Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne” (2010). A wystarczy sięgnąć do pracy Adama Regiewicza, o której tu będzie mowa, by przekonać się, że literatura przedmiotu jest bogata i obejmuje także rzeczy o starszej metryce, choćby popularną „Powieść kryminalną. Wszystko o…” Jerzego Siewierskiego (1979), też praktyka gatunku) czy rozważania o powieści kryminalnej autorstwa Rogera Callois.

We wstępie do studium „Pomiędzy zbrodniami. Komparatystyka na tropach kryminału”, Adam Regiewicz napisał: „W tej książce chciałbym postawić (…) tezę, w odniesieniu do statusu powieści kryminalnej we współczesnej komunikacji literackiej. Sądzę bowiem, że obecnie opowieści kryminalne, detektywistyczne czy śledcze są w gruncie rzeczy opowieściami o współczesnym społeczeństwie: jego gustach, modach, smaku, zwyczajach i obyczajach, rytuałach, jego tematach tabu. Mówiąc inaczej, powieść tego typu jest dzisiaj rodzajem diagnozy, kamieniem probierczym życia obyczajowego, termometrem, za pomocą którego mierzy się stan temperatury społecznej”. Regiewicz przywołuje też wspomnianą publikację Siewierskiego, który w analizie polskiej powieści kryminalnej pisał, że „już wielokrotnie zauważono, że nasze „kryminały” pełnią na marginesie swych funkcji rozrywkowych (i założonych dydaktycznych) także niebłahą rolę dokumentacyjną. Obraz realiów życia najrozmaitszych środowisk, wygnany w praktyce z „poważnej” literatury, znalazł swoje miejsce w literaturze kryminalnej.

Gdy za kilkadziesiąt lat historyk obyczajów zapragnie zbadać, jak ubierali się, co jedli, z czego się śmiali i jakich powiedzonek używali ludzie nam współcześni, to na kartkach „poważnej” literatury, stworzonej w naszych czasach, nie znajdzie zbyt wiele interesującego materiału. Powieści kryminalne będą za to prawdziwą kopalnią tego rodzaju wiadomości”. Słowa Siewierskiego mają już czterdziestoletnią metrykę, więc nieco się zdezaktualizowały (choćby z powodu pojawienia się nowych mediów, które dokumentują codzienność i wypychają z tej roli literaturę), ale to nie znaczy, że zdezaktualizowały się zupełnie. Kto wie, czy niesłabnąca popularność, a co za nią idzie podaż gatunku powieści kryminalnej, nie bierze się tyleż z zamiłowania do śledzenia kryminalnych i sensacyjnych, fikcyjnych intryg, co także z poszukiwania w niej obrazu współczesności (a ludzie to lubią, o czym świadczy popularność telewizyjnych seriali obyczajowych typu „M jak milość” czy „Na Wspólnej”. Adam Regiewicz, profesor literaturoznawca z Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, specjalista w zakresie komparatystyki kulturowej, zajął się wprost ową materią codziennego życia w „kryminale”. Analizując i przywołując dziesiątki „kryminałów”, ukazuje w kolejnych szkicach takie strefy tworzywa narracyjnego gatunku, jak „czas wolny” detektywów, życie religijne śledczych i zbrodniarzy, ich życie erotyczne, przestrzenie, w których się poruszają, ich menu kulinarne, sposób ubierania się, zamiłowania muzyczne, relacje ze zwierzętami, a o kawie i papierosach pisze jako o odrębnych „bohaterach drugiego planu” (w jednej z moich ulubionych powieści kryminalnych – „Ostatni śmieje się morderca” Roberta Lande – drukowanej w odcinkach m.in. na łamach „Kuriera Lubelskiego” zimą 1964/1965, nadinspektor Edgar Codling wchłania papierosy i kawę, także mrożoną, bo panuje upał, z intensywnością niemal karykaturalną, wręcz parodystyczną). Regiewicz kreśli też obraz Śląska („Śląsk Zły”) jako szczególnej scenerii polskiego kryminału.

Przyznam z całą szczerością, że choć mimo wszystko nie jestem jakimś szczególnym konsumentem, a tym bardziej admiratorem współczesnego kryminału (staroświecko, niezmiennie najbardziej lubię Conan Doyle’a, Chandlera, Hammetta, Chase’a i tym podobnych), ale zawsze – nie tylko studium Regiewicza – czytam z pasją owe analizy gatunku. Jest to co prawda pewnego rodzaju droga na skróty, która zwalnia od czytania dziesiątków tytułów, daje esencję tworzywa, narracji, tematyki i problematyki gatunku, ale w końcu liczy się to, że w końcu „kryminał” jest górą, bo jeśli nie będąc namiętnym fanem gatunku, czyta się o nim z pasją, to też wiele mówi. Czy czytelnikom gatunku, którzy w 99,9 procenta, jego teorią się nie zajmują, najczęściej o niej nie wiedzą, a gdy wiedzą, to nie są nią zainteresowani, lektura n.p. znakomitego studium Adama Regiewicza popsułaby bezpośrednią przyjemność prostej lektury kryminału? Być może niektórym tak, ale o ile mi wiadomo, ginekolodzy na ogół nie cierpią na znużenie płcią damską. Mnie w każdym razie lektura tego rodzaju studiów do lektury powieści zdecydowanie zachęca. I zachęcam do przeczytania tego wybornego studium, który jest pasjonującą lekcją nie tylko przyjemnej, ale i bogatszej, bardziej esencjonalnej niż przeciętna, lektury kryminału.

 

Adam Regiewicz – „Pomiędzy zbrodniami. Komparatystyka na tropach kryminału”, Katedra, Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 540, ISBN 978-83-65155-72-6.

Pasztecisko w barokowym labiryncie

…czyli filozoficzny antykryminał napisany w rzymskim plebejskim dialekcie, z którym przez lata żaden tłumacz nie odważył się zmierzyć.

 

Momentu dotarcia do polskiego czytelnika swojej najwybitniejszej powieści, „Quer pasticciaccio brutto de via Merulana” (1957) Carlo Emilio Gadda (1893-1973) nie doczekał, bo i właściwie nie mógł doczekać, jako że ten moment nastąpił pół wieku (dokładnie 61 lat) po ukazaniu się jej w oryginale włoskim. I właśnie w aspekcie językowym tkwi przyczyna tego opóźnienia. W notce do wydanego w 1973 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy tomu opowiadań Gaddy „Pożar na ulicy Kepplera”, „Quer pasticciaccio brutto…” wzmiankowana jest jako pastisz powieści kryminalnej, antykryminał filozoficzny napisany w rzymskim, plebejskim dialekcie miejskim zwanym romanesco. Dziś dialektu romanesco raczej się w Rzymie nie uświadczy, podobnie jak świata, który Gadda opisał, ale nieprzeciętne trudności przekładowe pozostały i to one sprawiały, że przez lata nikt z polskich tłumaczy literatury włoskiej nie podjął się tego katorżniczego wysiłku.

 

W poszukiwaniu językowego klucza

Zdecydowała się na to w końcu tłumaczka literatury francuskiej i włoskiej Anna Wasilewska, która temu zadaniu poświęciła kilka lat. Największa trudność translatorska polegała na znalezieniu polskiego literackiego ekwiwalentu dla nieklasycznej, plebejskiej włoszczyzny romancesco. Nawet znalezienie odpowiedniego polskiego ekwiwalentu tytułu było trudne. Tłumaczka zdecydowała się na frazę „Niezły pasztet na via Merulana”, choć równie dobrze i może bardziej w stylu romanesco pobrzmiewałoby polskie „pasztecisko”. Jednak, jak zauważa w posłowiu sama tłumaczka, nie znalazłszy w polszczyźnie żadnego ekwiwalentu stylistycznego i leksykalnego zdecydowała się na deformacje brzemieniowe, fonetyczne, w warstwie wymowy, typowe dla dialektów plebejskich, a także elementy takowego słownictwa. Zastosowanie którejś z gwar polskich, n.p. warszawskiej, krakowskiej czy śląskiej, w trybie podobnym, w jakim Boy zastosował język Reja, Kochanowskiego oraz polskiego baroku jako klucza do przekładu „Żywotów pań swawolnych” Brantome’a, a Gombrowicz staropolszczyznę i mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” jako język „Transatlantyku”, w tym przypadku byłoby zabiegiem sztucznym i fałszywie brzmiącym.

 

Makaroniczny „kosmos” Gaddy

Proza Gaddy, w tym w szczególności „Quer pasticciaccio…”, wprowadziła włoską prozę, ciągle żyjącą w cieniu Manzoniego na nowe szlaki, także eksperymentalne, awangardowe. Dokonana przez niego emancypacja języka prozy czyni go pisarzem pokrewnym Joyce’owi czy Celine’owi. „Pisarstwo Gaddy stara się ogarnąć rzeczywistość w całej jej złożoności, rzeczywistość postrzeganą jako magmę, kakofonię, labirynt, który wymyka się próbom metodycznego poznania, wymyka się wszelkim myślowym kodom, systemom i ideologiom – pisze A. Wasilewska – Gadda opisuje świat małostkowych uczuć, śmiesznych ambicji, komicznych obyczajów, okrutnych upodobań, świat zarazem groteskowy i patetyczny, rozpięty na współrzędnych głupoty i cierpienia, głównych elementach ludzkiej egzystencji, z których jedno nie umniejsza drugiego. To świat, w którym archetypiczny system wartości całkowicie rozmija się z pragmatyką życia. Owa rzeczywistość, fragmentaryczna i zatomizowana, pozbawiona hierarchii i spajającej więzi, domaga się nowych form literackich. Niesmak, czy wręcz obrzydzenie Gaddy do „powszechnego imbecylizmu świata” przemienia się w jego pisarstwie w kategorię estetyczną, nie kategorię moralną. Ponieważ opis tego świata konwencje te rozsadza; posługuje się wszystkimi rejestrami języka, z łatwością przechodzi od tonacji wysokiej do niskiej, wprowadza dialekt i żargon, neologizmy i onomatopeje, miesza gatunki literackie, przedrzeźnia style językowe, osiągając przy tym zamierzony efekt parodystycznej hiperboli, groteskowej deformacji. Stał się twórcą osobnego języka, który do literatury przeszedł po nazwą „barrocco” czy „maccheronismo gaddiano”. Tak sformułowany przez tłumaczkę światopogląd artystyczno-epistemologiczny Gaddy wyznaje także główny bohater powieści, komisarz Ingravallo, policjant-intelektualista, który wypadki tego świata postrzega jako „wir, krytyczny, cykloniczny punkt w świadomości świata, miejsce, w którym zbiegło się wiele przyczyn”. Dla komisarza „nie ma jednej przyczyny zjawisk, ponieważ na rzeczywistość składa się wiele elementów, które tworzą struktury bardziej złożone”. Wnikliwemu czytelnikowi tego antykryminału nie trzeba chyba tłumaczyć, jakie musi to mieć konsekwencje dla sposobu prowadzenia śledztwa przez Ingravallo. „Powieść kryminalna Gaddy, która powinna jak najszybciej zmierzać do wyjaśnienia zagadki, rozpada się na wiele luźnych epizodów. Świat wyzbyty jest centrum, każdy z wplecionych wątków pobocznych, które opóźniają narrację, zyskuje więc walor swoistego centrum” – zauważa tłumaczka. A po prawdzie cała ta intryga kryminalna zaczynająca się od trupa młodej kobiety w jednej z kamienic przy rzymskiej via Merulana, ulicy łączącej bazyliki San Giovanni in Laterano i Santa Maria Maggiore to – by nie oddalić się zbytnio od poetyki powieści – „pic na wodę, fotomontaż”. To znaczy trup jest niby prawdziwy, nie oniryczny, ale stanowi tylko punkt wyjścia, osnowę. Trup jest tylko pretekstem do merulańskiej odysei miejskiej, która jest jednocześnie odyseją ludzką. Istotą tej powieści jest też polifonia. „Pasztet”, to utwór wielogłosowy i ta wielogłosowość ma zobrazować wielorakość form życia i ich wzajemnych interferencji”, „przypomina tort: każdy jego kęs, złożony z wielu warstw, ma dać wyobrażenie o całości. Ale jest to tort przepuszczony przez maszynkę, zatracający podział na warstwy poziome”. Jednocześnie jednak Wasilewska zwraca uwagę, że cały ten chaos, to językowe rozpasanie, „zapętlona i meandryczna składnia podlegają żelaznej dyscyplinie” i nie wymykają się Gaddzie spod pióra.

 

A chciał być porządnym realistą…

Co ciekawe, o czym zaświadczył Italo Calvino, Gadda zamyślał, by napisać klasyczną, konwencjonalną powieść realistyczną w duchu XIX wieku. „Jednakże pojmowanie rzeczywistości jako struktury barokowej nieustannie rozsadzało pod jego piórem ciągłość narracji na rzecz wtrąceń i dygresji – pisze w posłowiu A. Wasilewska – Miało to swoje konsekwencje także w doborze środków wyrazu. Gadda sięga do wszelkich zasobów języka i tradycji literackich, żeby opisać to, czego właściwie opisać się nie da. Buduje swoje powieściowe „groviglio” zarówno na poziomie sytuacji fabularnych, jak w warstwie intertekstualnej, bo skoro wszystkie rzeczy połączone są ze sobą siecią niewidocznych nitek, to splątana jest nie tylko materia świata, splątana jest także materia literacka. Stąd częste odwołania do słów innych pisarzy”.

 

Intertekstualność

Intertekstualność ani nie była odkryciem Gaddy, ani nie umarła wraz z nim. Pierwszym wielkim intertekstualnym dziełem literatury była „Boska komedia” Dantego, do której też Gadda nawiązuje. Intertekstualna bywała poezja Juliusza Słowackiego („Beniowski”). Arcydziełem intertekstualności jest „Ulisses” Jamesa Joyce’a. Intertekstualność można napotkać w „Życiu i myślach Tristrama Shandy” Laurence Sterne’a, w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego, w „Doktorze Faustusie” Thomasa Manna, ale i w literaturze naszych czasów, u Thomasa Pynchona, u Teodora Parnickiego czy w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk. A ponieważ, jak zauważa Wasilewska, w intertekstualności Gaddy centrum stanowi kultura i literatura włoska, więc tak jak przy całej swojej kontrze do polskości Gombrowicz jest pisarzem „arcypolskim”, tak Gadda jest pisarzem „arcywłoskim”.

 

Via Merulana 218

Ponieważ jednak „Pasztet” jest nie tylko antykryminałem filozoficznym, ale przez gatunkowe osadzenie ociera się o prozę popularną, warto też spojrzeć na tę powieść jako rzecz o Rzymie. Jednak przewodnikiem po Wielkim Mieście, takim jak „Anioły i demony” Dana Browna być nie może. I nie dlatego, że Rzymu Gaddy i – jak powiada tłumaczka – jego „zaropiałych kamienic” i tamtego rzymskiego ludu już nie ma. Także dlatego, że topograficzny „kosmos” „Pasztetu” zamyka się właściwie w przestrzeni jednej ulicy. Zawsze jednak można pójść na via Merulana 218, pod kamienicę, gdzie Gadda usytuował trupa, a nawet wejść do środka i być może natknąć się na jej mieszkańca, który z przyjazno-pobłażliwym uśmieszkiem rzuci pod nosem: O, miłośnicy Gaddy”.

 

Carlo Emilio Gadda – „Niezły pasztet na via Merulana”, przekł. Anna Wasilewska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str.

Jerzy Putrament – homo politicus na szlaku literatury

Proza Jerzego Putramenta, wieloletniego wiceprezesa Związku Literatów Polskich, a poza tym człowieka niezliczonych funkcji środowiskowych i politycznych, znajduje się od lat w sferze najmroczniejszego cienia. Dawno już wyrzucona z list lektur, kompletnie zapomniana, nieobecna w księgarniach, bo nie wznawiana i znikająca z bibliotek publicznych. Jednak jeszcze grubo przedtem, nim nad jego pisarstwem zapadła ciężka cisza zapomnienia, utarła się opinia o nim, że był pisarzem słabym, który z partyjnej kariery politycznej w Polsce Ludowej uczynił podpórkę dla swej pozycji i roli w literaturze.

 

Korzystając z okazji 32. (a więc bynajmniej nie okrągłej) rocznicy śmierci Jerzego Putramenta (14.11.1910 – 23.06.1986) postanowiłem zaprzeczyć tym opiniom, przypominając jego twórczość, a przy okazji jej niewątpliwe walory. Imperatyw powracania do lektury niektórych jego powieści, choćby „Września”, „Rzeczywistości” czy „Małowiernych”, a także jego pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”, skłonił mnie do zastanowienia się nad tym, co mnie do tych zupełnie przecież spontanicznych powrotów skłania. Bo przecież nie przekora ani wyłącznie mój indywidualny literacki gust o tym stanowią, jako że i ta pierwsza i ten drugi stanowią kryteria, najoględniej rzecz ujmując, dalece niewystarczające.

 

„Zły poeta”, „zły prozaik”, demoniczny Gamma, zły towarzysz „Pucio”

Otóż w moim odbiorze, choć od razu zaznaczam, że nie tylko w moim, Putrament był dobrym, często bardzo dobrym, na pewno warsztatowo profesjonalnym, a fragmentami nawet wybitnym pisarzem. A że są pośród jego literackich prac rzeczy słabsze, a także słabe – to nie ulega wątpliwości. Tyle tylko, że zaoferuję tzw. konia z rzędem temu (bardzo anachroniczna figura stylistyczna, ale nie mam na podorędziu innej), kto wskaże pisarza, także pośród koronowanych literackich wielkości wszechczasów, który nie miałby na swoim koncie twórczym rzeczy słabych lub nawet bardzo słabych, czasem niedojrzałych owoców młodości, czasem – pisarskiego wyczerpania.

Ojcem złej, lekceważącej, a nawet wrogiej recepcji Putramenta jako pisarza, otaczającej go złej famy, był Czesław Miłosz, który uczynił go jednym z czterech bohaterów sławnego (czy, jeśli kto woli, osławionego) pamfletu „Zniewolony umysł” (1951), portretując go jako Gammę. Miłosz, przedwojenny, wileński kolega Putramenta z literackiego pisma „Żagary”, o jego pisaniu wyrażał się tak: „Jego utwory zbywano milczeniem. W istocie był w nich jakiś niedowład talentu. Gamma miał tę umiejętność techniki, jakiej wymagała nowoczesna poezja, ale to co pisał, było jak nieruchoma sadzawka (…) wiersze Gammy były układanką starannie dobranych metafor i właściwie nie wyrażały nic”. I dalej: „Myślę, że pisząc swoje wiersze pozbawione namiętności czuł się źle. Nie był stworzony do literatury. Zasiadając nad papierem czuł w sobie pustkę. Nie był w stanie przeżywać upojeń pisarza – ani upojeń procesu twórczego ani upojeń nasyconej ambicji”./”mógł być nastrojony tylko na jeden ton”/ „wie, że to co pisze, to drewno” / „Gamma grał w brydża nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że uwalniało go to od znalezienia się sam na sam z ćwiartką niezapisanego papieru”/”czuł się pusty jak sito, przez które wieje wiatr”. Odnosząc się do jednego tylko utworu prozatorskiego Putramenta, do „Rzeczywistości”, zarzucił mu, że nie dostało się do tej powieści nic z „malowniczości” przedwojennego Wilna, co miało być jednym z dowodów na jedną ze słabości jego pisarstwa – braku daru zmysłowości i bezbarwność, ograniczenie wyłącznie do relacji o zdarzeniach i ludziach. I tylko w jednym miejscu Miłosz uczciwie zauważał, że „w ciągu tych lat stał się lepszym pisarzem niż był przed wojną”, choć dodawał od razu, że „jego nieduży talent nie mógł istnieć bez podpory doktryny”, co akurat jest w najlepszym razie tzw. półprawdą, a w odniesieniu do niektórych utworów nawet nieprawdą zupełną. W swoim wstępie do „Dzieł zebranych” Putramenta, których edycja rozpoczęła się w 1979 roku, znakomity krytyk Wacław Sadkowski tak odniósł się do kwestii stylu pisarza: „Przez wiele lat (…) Putrament programowo lekceważył styl, traktował go jako robocze narzędzie, które powinno być tu i ówdzie wyszczerbione, zabrudzone i w ogóle sposobne do ciężkiej pracy (…)”

Nie da się nie zauważyć, że przywołana wcześniej miłoszowa psychoanaliza pisarskiej jaźni Putramenta jest tyleż efektowna, by nie powiedzieć efekciarska, co żywcem wyrastająca z romantycznego widzenia procesu twórczego, a zatem już w momencie jej pisania mocno anachroniczna. Jak wyżej obiecałem, zajmę się tu tylko pracą literacką Putramenta, więc tylko w prawdziwie telegraficznym skrócie, dla porządku przypomnę, że związany z młodoliterackim, głównie poetyckim środowiskiem Wilna lat trzydziestych (wspomniane „Żagary”) lewicowy, komunizujący student Putrament znalazł się także w orbicie kierowanego przez Henryka Dembińskiego pisma „Po prostu”, cudem uniknął procesu sądowego i więzienia, a po kliku latach wojenne losy rzuciły go, via Lwów, do ZSRR, gdzie znalazł się, obok m.in. Wandy Wasilewskiej i Włodzimierza Sokorskiego wśród założycieli Związku Patriotów Polskich i został oficerem politycznym I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Po powojennym powrocie do kraju podjął działalność dziennikarską i polityczną, która, po kilkuletnim epizodzie dyplomatycznym w Szwajcarii i we Francji zawiodła go na długie lata na krzesło członka Komitetu Centralnego PZPR, w końcu, począwszy od 1959 roku na stanowisko wiceprezesa Związku Literatów Polskich u boku Jarosława Iwaszkiewicza, aż do jego śmierci w roku 1980. To właśnie ta rola, przez nieprzychylnych mu określana jako rola „partyjnego nadzorcy pisarzy i literatury” przysporzyła mu złej sławy, sławy – dodajmy – co prawda do pewnego stopnia oddającej charakter jego roli, co nie znaczy, że w zupełności zasłużonej, a już na pewno w dużym stopniu dalekiej od sprawiedliwości i od zwykłego szacunku dla faktów oraz elementarnego obiektywizmu. Taka właśnie jednostronna ocena osoby i roli Putramenta dominowała wśród nieprzyjaciół PRL przez cały okres jej istnienia, znajdując odbicie w licznych publikacjach (bezdebitowych) w kraju i emigracyjnych. Po zmianie ustrojowej 1989 roku ocena ta nabrała cechy oficjalnej legitymizacji, a tych którzy chcieliby poznać literę i ducha oraz kwintesencję tej oceny odsyłam do, epigońskiego w stosunku do pamfletu Miłosza, rozdziału popularnej książki Sławomira Kopera „Życie prywatne elit władzy PRL”, zatytułowanego „Towarzysz „Pucio”, a poświęconego właśnie Putramentowi. Jest tam portret cokolwiek demonicznego i apodyktycznego aparatczyka (skłonnego co prawda – co autor zauważa – do altruistycznych odruchów „dobrego paniska” i suwerennych zachowań w życiu partyjnym), z pominięciem jego pisarstwu.

 

Intrygujące „Pół wieku”

Moje osobiste pierwsze spotkanie z pisarstwem Putramenta nie zaczęło się od lektury prozy powieściowej, lecz od pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”. Lektury jeszcze bardzo młodzieńczej i niedojrzałej, ale fascynującej. We wspomnianym „Zniewolonym umyśle” Miłosz pomieścił też takie zdanie o Putramencie: „Brak skrępowania, z jakim mówił o sprawach uważanych przez innych komunistów za drażliwe, budził zaufanie u rozmówców”. Kiedy je po wielu latach od tamtej lektury przeczytałem, uświadomiłem sobie źródło tamtej fascynacji lekturą „Pół wieku”. Przyzwyczajony do wszechobecnej w radiu, telewizji i prasie tzw. socjalistycznej nowomowy partyjnej (moje dzieciństwo i młodość to czasy gomułkowskie i gierkowskie) znalazłem w języku i stylu partyjnego bądź co bądź pisarza-dygnitarza, jakąś niespotykaną na ogół wokoło tonację swobodnej nieoficjalności, jakiś ton gawędziarskiej poufałości i dezynwoltury w czynieniu uwag o nudnych i drętwych referatach sekretarzy partyjnych, o ziewaniu na zebraniach, o nudnych i niedorzecznych mowach niektórych dygnitarzy – tych samych dygnitarzy i sekretarzy, o których w ówczesnych mediach wyrażano się na ogół w tonie zbliżonym do nabożnego szacunku. Putrament swoich kolegów i towarzyszy ze świata partii ukazywał w „nieheroicznych pozach” (W. Sadkowski). Bogate walory faktograficzne „Pół wieku” były dla mnie wtedy na drugim planie, doceniłem je po latach, znajdując satysfakcję także w tym, że tak wymagający krytyk literacki jak Tomasz Burek wysoko ocenił walory kronikarskie tego cyklu, choć z drugiej strony ukłuł autora szpilą zarzutu o „pustą tożsamość”. Gdy podjąłem moją pierwszą lekturę „Pół wieku” istniały wtedy tylko trzy pierwsze tomy: „Młodość”, „Wojna” i „Zagranica”, ale odtąd, przez lata z przyjemnością sięgałem po ukazujące się co kilka lat kolejne tomy, obejmujące kolejne okresy działalności pisarskiej i politycznej autora w Polsce Ludowej. Wacław Sadkowski napisał o „Pół wieku”, że to „nowoczesna” pod każdym względem powieść o własnych wspomnieniach” (przez analogię do „powieści o powieści”). „Jest to po prostu powieść o Putramencie, o jego własnym życiu, ujęta w kształt kompozycyjny wspomnień czy pamiętników” – pisał znakomity krytyk.
Nawiasem – nie tylko w pamiętnikarskich ocenach dygnitarzy partyjnych wyrażała się odważna bezceremonialność Putramenta. Jako redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Literatura” (1972-1986) regularnie publikował na jej łamach zapiski Jerzego Andrzejewskiego, w okresie gdy twórca „Popiołu i diamentu” był już mocno zaangażowanym współzałożycielem i działaczem Komitetu Obrony Robotników, który jako pierwsza jawnie działająca organizacja opozycyjna rzucił wyzwanie ekipie Edwarda Gierka i władzy PZPR. W tamtych warunkach politycznych gest ten bardzo wiele znaczył i z pewnością nie należał do łatwych czy mało kosztownych i był świadectwem swoistej suwerenności, na którą Putrament potrafił się zdobyć.

 

Szlachcic litewski w KC

Było w nim coś z hałaśliwego, zadzierzystego, jowialnego, ale i zaczepnego, niepokornego litewskiego szlachcica, co podkreślał także tzw. wileński akcent jego wymowy. Ponadto nazwisko Putrament pojawia się, wśród innych nazwisk litewskiej szlachty, na kartach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, o czym zdarzało mu się wspominać z nutką wyczuwalnej satysfakcji.
Mieczysław Wojtczak, w latach siedemdziesiątych wiceminister kultury i sztuki oraz szef kinematografii, autor cenionych książek poświęconych wzajemnym oddziaływaniom kultury i polityki w czasach Polski Ludowej, którego z Putramentem łączyły relacje służbowe i przyjacielskie wspomina go jako działacza, który nigdy nie należał do tzw. potulnych: – Toczył ostre spory z własnym środowiskiem literackim, ale jednocześnie potrafił ostro bronić swobód twórczych i liberalnej, na ile to było możliwe, polityki kulturalnej, więc wchodził także w konflikty z wysokiej rangi towarzyszami z KC i kierownictwa partii. Dlatego bywał nielubiany po obu stronach. W 1949 roku, kiedy pod przewodem Jakuba Bermana zainicjowano doktrynę socjalistycznego realizmu w kulturze, wysłał z Paryża, gdzie był wtedy ambasadorem, list, w którym krytykował zatwierdzony przez komisję KC film „Robinson warszawski”, zarzucając mu wulgarne upolitycznienie i przestrzegał, że skompromituje on za granicą polską kinematografię. Wpłynęło to później na przerwanie jego kariery dyplomatycznej. Lata później bronił też przed posłaniem na półkę filmu Skolimowskiego „Ręce do góry”, bo uważał go za ciekawy głos na temat polskiego stalinizmu. Jeszcze później, jako jedyny członek KC, wystąpił na plenum w obronie „Człowieka z marmuru” Wajdy. Był człowiekiem odważnym, potrafiącym zachować się suwerennie, nie bał się narażać, bronić swojego zdania – wspomina M. Wojtczak.

 

„Śmierć Hektora” i fiasko metempsychozy

Wspomniane wcześniej cierpkie i deprecjonujące uwagi Miłosza o walorach (czy raczej ich braku) poezji młodego Putramenta były o tyle trafieniem kulą w płot, że ich obiekt był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru, zmysłem autoironii i sam, bez pomocy kolegi, wybitnego w przyszłości poety, rozumiał, że ta gałąź pisania nie jest jego mocną stroną. Dowcipnie nawiązując do ambitnych marzeń swojej matki, która w fakcie, że jej syn urodził się siedem dni po śmierci Lwa Tołstoja na stacji Astapowo i w końcu nie w astronomicznej odległości od tego miejsca ( w Mińsku Białoruskim czyli także w Cesarstwie Rosyjskim) upatrywała źródła nadziei na to, że dusza twórcy „Wojny i pokoju” metodą metempsychozy zamieszka w ciele jej rodzonego Jurka, Putrament wspominał po latach z finezyjną autodrwiną: „Próbowałem więc wyróżnić się wśród rywali do spadku tołstojowskiego (…) Zapełniałem jeden po drugim zeszyty wierszami na tematy liryczne, satyryczne i historyczne. Przez jakiś czas zdawało mi się, że dusza Tołstoja zaczyna przecież puszczać we mnie pędy. W czwartej klasie napisałem trzynastozgłoskowcem dramat pt. „Śmierć Hektora”. W siódmej zacząłem pisać sonety podwójnie rymowane, lubowałem się w męskich rymach, wreszcie targnąłem się na triolety. Pojechałem na uniwersytet pełen zapału i pewności: Tołstoj się we mnie nie zmarnuje. (…) Jako mistrz miasta Lidy w podwójnie rymowanym sonecie pałałem niecierpliwością zmierzenia się z luminarzami innych Suwałk czy Kobryniów”. Wspomnienie to spuentował Putrament uwagą, że „wszystko to nadaje się w sam raz do śmietnika”, a „metempsychoza wzięła w łeb”. Autoironia towarzyszyła zresztą Putramentowi przez całe życie, choćby we fragmencie „Pół wieku”, w którym wspominając ceremonię składania listów uwierzytelniających prezydentowi Szwajcarii, rysował taki oto, odrobinę gogolowski obrazek: „Idę w („błazeńskim”, napisałem wtedy, dziś bym chyba wymyślił inny przymiotnik) cylindrze odpowiadając na liczne ukłony”.

 

Proza bez metempsychozy

Toteż choć w 1951 roku zdecydował się Putrament na wydanie tomu swoich wierszy, było to zapewne jedynie czymś w rodzaju pożegnania z tą bronią literacką i od tej pory zajął się wyłącznie (na literackiej ścieżce swojej aktywności) prozą nowelistyczną i powieściową. Już w pierwszych opowiadaniach z 1945 roku („Święta kulo” i „Początek eposu”) objawiły się walory jego stylu: zwięzłość, lakoniczność, dar wnikliwej obserwacji, obrazowość, także w opisach przyrody, choć nie nazbyt zmysłowa, ale także kipiąca pasja moralna, egzystencjalna, polityczna, rozmach, jak również drwina, sarkazm i groteska, które należały do najmocniejszych stron jego pisarskiej marki. Krytyk literacki Jerzy Wyszomirski ujął cechy prozy Putramenta określeniem „ostrowidztwo”, a krytyk francuski Jean B. Neveux nazwał oba opowiadania „arcydziełami mimo pozornej oschłości stylu, wywołującymi silniejsze wzruszenia, niż mogłyby to uczynić popisy krasomówcze”. Tę ocenę odniósł Neveux zapewne przede wszystkim do „Święta kulo”, w którym pisarz objawił mistrzostwo w ukazywaniu człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Nieprzypadkowo podczas studiów polonistycznych w Wilnie Putrament napisał pracę dyplomową poświęconą analizie struktury opowiadań Bolesława Prusa. „Małe formy” nie tylko były mu bliskie jako czytelnikowi, ale sam osiągnął w nich dużą biegłość, a momentami mistrzostwo i być może osiągnąłby znacznie więcej na polu „metempsychozy” z Maupassantem, Czechowem czy Prusem na zapleczu, gdyby nie fakt, że zarzucił ten gatunek na rzecz dużej formy, czyli powieści, głównie społeczno-politycznej.

 

„Rzeczywistość”, „Wrzesień”, Rozstaje”

Choć rację miał Miłosz, zarzucając powieści „Rzeczywistość” (1947) brak zmysłowego i rodzajowego obrazu Wilna, to przecież niekoniecznie należało robić z tego zarzut autorowi. Putrament zamyślił tę pracę jako powieść polityczną, czy może polityczno-publicystyczną „z kluczem”, nawiązującą do doświadczeń autobiograficznych, w tym do procesu lewicowej młodzieży wileńskiej oskarżonej o sympatie komunistyczne i raczej świadomie stronił od „nastrojów”, od klimatów, zapachów i uczuć wileńskich, a także od psychologii, zwłaszcza introspekcyjnej. Jednak postacie powieści były ciekawie zindywidualizowane, akcja dynamiczna, struktura utworu spójna. O ile „Rzeczywistość” była powieścią dość kameralną, zamkniętą w kilku spojonych ze sobą wątkach i postaciach, o tyle „Wrzesień” (1953) miał już cechy panoramy polskiego Września 1939 roku. „Obraz skomponowany na sposób filmowy zagrał pełnią barw. Chaos i zamęt ostatnich dni sierpnia i pierwszych dni września znalazły w tej powieści tchnące prawdą odzwierciedlenie, tym bardziej, że autor nie znał tych dni warszawskich z własnych przeżyć” – napisała Maria Wisłowska, autorka krótkiej monografii twórczości Putramenta (1966). Wybitnym walorem tej powieści były partie groteskowo-satyryczne, wykorzystane w obrazie sanacyjnej elity polityczno-dowódczej, a jej walory wielkim uznaniem podkreślił wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig, stwierdzając w recenzji dla „Kunst und Literatur” (1957), że „nazwisko Jerzego Putramenta stawia od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki”. Słabsze od tych dwóch powieści były „Rozstaje” (1954), zbyt odzwierciedlające w swej strukturze zasady realizmu socjalistycznego, zwłaszcza w biało-czarnym obrazie walczących stron. Niezależnie od tego, rysunek postaci Turonia, okrutnego, brutalnego i władczego dowódcy z tzw. antykomunistycznego podziemia, czyli „leśnych”, dziś patetycznie pasowanych przez władzę na „żołnierzy wyklętych”, który wtedy mógł się wydawać rysunkiem skrajnie przeczernionym dla celów ideologiczno-propagandowych, osobliwie dziś koresponduje z ciemnymi kartami tej idealizowanej i otaczanej quasi-religijnym, fałszywym kultem formacji.

 

„Pasierbowie”, „Odyniec” i wolty gatunkowe

Ten sam nurt prozy skoncentrowanej tematycznie na dramatycznych latach powojennego czasu „utrwalania władzy ludowej” i związanych z tym dylematów, dramatów i tragedii kontynuował Putrament w „Pasierbach” (1963) i „Odyńcu” (1964). W tej drugiej po raz pierwszy znalazła odzwierciedlenie kwestia, która wyraźnie nurtowała pisarza, bo podjął ją ponownie, bardziej gruntownie w „Bołdynie”, zagadnienie kultu jednostki i proces wyradzania się ludzi ideowych, z gruntu szlachetnych w samowładców i tyranów politycznych. W roku 1956 roku pisarz zastosował „na chwilę” płodozmian gatunkowy i wydał „Wakacje”, powieść dla młodzieży, której przygodowo-sensacyjna, wartka i pełna humoru akcja z młodocianymi bohaterami na pierwszym planie rozgrywa się „w krainie czarów” czyli na ukochanych putramentowych Mazurach, których natura przypominała mu krajobraz białoruskiej i wileńskiej młodości. Kolejnymi woltami gatunkowymi były „Strachy w Biesalu” (1958), powieść kryminalna z „przymrużeniem oka”, rodzaj pastiszu prozy Agaty Christie oraz „Arka Noego” (1960), fabularyzowany reportaż o tematyce „terrorystycznej”, bo poświęcony wybuchowi bomby w samolocie połączony z panoramą współczesnej tematyki moralnej, psychologicznej, religijnej i społecznej. W tej niepolitycznej prozie lekkość pióra, lapidarność, barwność i plastyczność stylu oraz wysoką próbę talentu Putramenta widać najwyraźniej. Niezmiennie jednak pozostawał surowy i samokrytyczny w ocenie swojego pisarstwa. Wspominając o codziennej porannej porcji pracy pisarskiej, rzadko rezygnował ze zdań w rodzaju: „Zawsze to samo: przecież niedobre, com dzisiaj zrobił…”. W „Pasierbach” i „Odyńcu” objawił Putrament inny jeszcze, i dla wielu mogący być zaskoczeniem rys jego talentu: znajomość psychiki kobiecej i dar oddania w prozie jej komplikacji. Ten twardy, gwałtowny, bardzo „męski”, „samczy” nawet mężczyzna miał dar wzruszającego oddawania kobiecych emocji miłosnych jak mało który z powojennych polskich pisarzy. Przywołana wcześniej Maria Wisłowska napisała nawet o „Odyńcu” jako o – także – „iście flaubertowskim studium duszy kobiecej”, ale i przywołuje z tej powieści kolejną erupcję daru groteskowo-satyrycznego pisarza w obrazie „zwariowanego domku na Saskiej Kępie”, nawiasem mówiąc mogącego wzbudzić skojarzenie z jednym z wątków gombrowiczowskiej „Ferdydurke”. Inni autorzy, krytycy i okazjonalni recenzenci, którzy pisali o prozie Putramenta, wspominali też o innych rysach jej stylu i tematyki: bliskości z naturą, a nawet miłości do niej (Stanisław Grochowiak, Jarosław Iwaszkiewicz), nostalgicznym smutku przenikającym zewnętrzną, chłodną rzeczowość cyklu „Pół wieku” (Lesław M. Bartelski), wyczulenia na wielkie tematy i postacie Historii oraz talent do kreślenia indywidualnych portretów (Janusz Wilhelmi), iście kresowego daru gawędziarskiego (Tadeusz Bujnicki), co nawiasem mówiąc zabawnie koresponduje z wspomnianym wyżej sarmacko-kresowym rysem osobowości i stylu bycia pisarza.

Wacław Sadkowski pisał o powieści „Puszcza”, że wbrew znanej chropowatości stylu Putramenta, jest to proza „przemyślnie wystylizowana”, „finezyjna igraszka stylistyczna”. Pisząc o „Pasierbach” wspominany wcześniej Jean B. Neveux tak podsumowywał cechy tej prozy en general: „Putrament umie opowiadać, umie przyspieszać nagle akcję w kilku wierszach, ażeby potem na kilku stronicach zwolnić jej tok; jego powieść przypomina napady gorączki, nasilającej się coraz bardziej i pozostawiającej wyczerpanie, bezsilność i stan prawie beznadziejny.
Żadna z postaci powieściowych nie jest ani bez zastrzeżeń sympatyczna, ani całkiem antypatyczna, autor unika ułatwionego dualizmu utworów „zaangażowanych”; sądzę, ze spod jego pióra wyszło arcydzieło, mogące stanąć w jednym szeregu nielicznych arcydzieł, jakie dała nam literatura powojenna; nie obawiam się porównać go ze Stendhalem i Fitzgeraldem”.
Jeśli ktoś myśli, że łatwo było i jest znaleźć pośród z urodzenia złośliwych francuskich krytyków, kogoś skłonnego do bezinteresownych komplementów (12 lat po opuszczeniu przez Putramenta gmachu ambasady polskiej w Paryżu), to się głęboko myli.

 

„Małowierni”

Kolejną dużą powieścią polityczną o tematyce krajowej, jaką dał czytelnikom Jerzy Putrament byli „Małowierni” (1967). We wspomnianym wstępie do wydania „Dzieł zebranych” pisarza, Wacław Sadkowski napisał o niej bardzo krytycznie: „Z perspektywy lat, które minęły od chwili pojawienia się tej powieści, widać już wyraźnie, że jako „roman a clé”, powieść z kluczem zdezaktualizowała się zupełnie, pozostała nieciekawą i banalną plotką o nieciekawych ludziach, z którymi los zetknął autora w latach pięćdziesiątych, określanych w języku politycznym okresem „kultu jednostki”.

W wizji współczesności, tworzonej przez Putramenta, w całym jego pisarstwie, ta powieść pozostanie raczej błahym epizodem o nikłej nośności metaforycznej”.
Z oceną sformułowaną przez znakomitego krytyka i wybornego znawcy literatury wypada się generalnie zgodzić; „Małowierni” są artystycznie niewątpliwie słabszą prozą niż „Bołdyn”, „Pasierbowie” czy „Odyniec”. Trzeba jednak pamiętać, że Sadkowski formułował swoją ocenę blisko czterdzieści lat temu, mniej więcej ćwierć wieku od czasu akcji „Małowiernych” i wtedy rzeczywiście można było odbierać tę prozę jako mocno zwietrzałą publicystykę. Dziś, po upływie ponad sześćdziesięciu lat od czasu akcji powieściowej walor „Małowiernych” jako „powieści z kluczem” przebrzmiał już całkowicie i może mieć jakiekolwiek znaczenie jedynie dla garstki koneserów literackich archiwaliów. A jednak paradoksalnie, mimo to, skłonny jestem zaryzykować ocenę, że powieść ta wraz z upływem lat nabrała nieco wartości, jako obraz osaczenia i osamotnienia jednostki poddanej potężnemu, brutalnemu ciśnieniu systemu politycznego. A będąc, po dziesięcioleciach wysypu – mogącego budzić nawet doznanie przesytu – literatury poświęconej okresowi stalinowskiemu, wolną od jakichś szczególnych od niej oczekiwań, powieść „Małowierni” nabrała cech swoistej psychodramy politycznej, która wraz z upływem czasu zyskała nawet co nieco na „nośności metaforycznej”, której przed czterdziestu laty zabrakło w tym utworze Wacławowi Sadkowskiemu.

 

„Akropolis” i „Wybrańcy” – pisarz „nieuleczalnie” polityczny

Mimo gatunkowych „skoków w bok” pozostał Putrament wierny swojej największej pasji – pisarskiej i życiowej: polityce. O ile jednak „Akropolis” (1975) jest stricte politycznym, niemal reportażowym portretem powojennej wojny domowej w Grecji, o tyle cykl „Wybrańcy”, który zaczął pisać pod koniec lat siedemdziesiątych, mający cechy powieści z kluczem i PRL-owskiego fresku społeczno-politycznego, jest silnie nasycony tworzywem psychologicznym, uwzględniającym wrażliwość duchową, osobistą, nieraz sentymentalną pisarza.

 

Życiopisanie i élan vital Jerzego Putramenta

Za życia Jerzego Putramenta określenie „życiopisanie” nie istniało. Powstało dużo później na określenie typu pisarstwa, które oparte jest na realnej egzystencji pisarza i stanowi jej niejako bezpośredni zapis, podążanie za nią. Nie mam pewności, czy pełną rację miał W. Sadkowski, gdy pisał, że „zaryzykować można by wręcz przypuszczenie, że Putrament nie byłby w stanie chyba w ogóle pisać, gdyby nie uprawiał tej bogatej działalności społecznej, w której formowała się jego osobowość, jego stosunek do życia, ludzi, sztuki”. Nie mam tej pewności (Sadkowski zresztą też jej nie miał, o czym świadczy przypuszczający tryb jego sformułowania), jako że Putrament udowodnił, iż nie jest mu zupełnie obce tworzywo prozy kreacyjnej. Niewątpliwie jednak siła putramentowego pisarstwa byłaby nieporównywalnie słabsza, gdyby nie to stałe „turbodoładowanie”, które czerpał z przeżywanej i obserwowanej rzeczywistości, nade wszystko politycznej oraz ze swojej dynamicznej osobowości i przyrodzonego aktywizmu homo faber, ze swojego „élan vital”.