Chińskie i polskie pisarki na temat równości i różnorodności w literaturze

Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich i Ambasada Chin w Polsce zaprosiły w grudniu trzy znane chińskie pisarki oraz trzy polskie pisarki do dyskusji na temat równości i różnorodności w perspektywie literatury kobiecej. W wydarzeniu wzięły udział: Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Sylwia Chutnik, Lu Min, Cui Manli oraz Dian. Profesorka Zhang Li z Pekińskiego Uniwersytetu Normalnego była gospodynią tej dyskusji.

Chińskie i polskie pisarki stwierdziły w swoich wystąpieniach, że równość i różnorodność istnieją nie tylko w literaturze, ale także we wszystkich aspektach kultury, dlatego kwestie płci są bardzo ważnym tematem. Opierając się na własnych doświadczeniach, oznajmiły, że pisarka powinna mieć własną odpowiedzialność za wyrażanie swojego literackiego głosu i opinii.
Sylwia Chutnik to dziennikarka, feministka, działaczka społeczna, jedna z najbardziej uznanych polskich pisarek. Autorka książek (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet”, „Dzidzi”, „Cwaniar”, czy „Smutku cinkciarza”), a także sztuk dramatycznych (m.in. „Muranooo”, „Aleksandra” ). W swojej twórczości Chutnik odwołuje się często do tematów feministycznych oraz koncepcji płci kulturowej (gender). Porusza także kwestie związane z historyczną i kulturową traumą.
„Współczesna proza pisana przez kobiety jest pełna refleksji dotyczących tego, w jaki sposób żyjemy i chcemy żyć. Zadaje pytania o to, gdzie w całej tej narracji jest mężczyzna i czy wieloletnie karmienie nas bajkami nie przyniosło złego zakończenia ”– powiedziała Chutnik podczas debaty.
Lu Min to autorka powieści „Ucieczka na księżyc”, „Kolacja dla sześciu osób”, „Żniwiarz snów”, „Fikcyjna rodzina”, „Nocne rozmowy o hormonach”, „Ojciec na ścianie” i 30 innych dzieł. Pisarka znalazła się w rankingu 20 Mistrzów Przyszłości „Literatury Ludowej”, a także została wybrana do grona Tajwan United Literature Chinese Fiction Circle „20 under 40”. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na język niemiecki, francuski, japoński, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i arabski.
Lu Min powiedziała podczas dyskusji, że „celem nie powinno być podkreślenie kobiecego sposobu pisania lub kobiecej narracji ani czynienie z kobiet główny temat utworów”. „Wręcz przeciwnie, problem nierówności płci sam w sobie jest jednym z największych problemów społecznych, który dotyczy każdego człowieka i dlatego też pojawia się on często w literaturze” – podkreśliła. „Jako pisarze, mężczyźni i kobiety, powinniśmy znaleźć najbardziej odpowiedni sposób, aby przekazać i opisać dawne czasy oraz indywidualne doświadczenia” – dodała Lu Min.
Grażyna Plebanek to pisarka i publicystka. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”, a także jest felietonistką dla „Polityki”, „Wysokich Obcasów Extra” i magazynu „Trendy”. Publikowała też m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”.
Grażyna Plebanek podczas debaty wspomniała historię o swojej babci i matce, które były niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z mężczyznami. „Jako pierwsza z nas trzech skończyłam studia. Jako pierwsza robię zawodowo to, co sobie wymarzyłam. Wydawałoby się, że moja płeć w XXI wieku nie będzie odmiennością, która stanie na drodze równości. Ale kiedy opublikowałam moją pierwszą powieść, dziennikarki i dziennikarze pytali, czy piszę literaturę kobiecą” – stwierdziła pisarka. „Literatura to literatura – odpowiadałam – Literatura nie ma płci” – zaznaczyła Plebanek. „Moich kolegów pisarzy nikt nie pyta o to, czy piszą literaturę męską. To, co piszą jest z założenia uniwersalne. A moje pisanie wymaga przymiotnika określającego płeć” – dodała.
Urodzona w Nankinie Cui Manli jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest autorką między innymi dwuczęściowej powieści „Wzloty i upadki”, a także „Ulubiony” czy „Epoka kolorowego szkła” oraz zbiorów opowiadań pod tytułem „Wiara Kaki”. W 2009 roku „Epoka kolorowego szkła” zdobyła nagrodę za najlepszą powieść przyznawaną przez Grupę Wydawniczą Pisarzy Chińskich. Jej utwory były tłumaczone m.in. na język angielski, koreański i japoński.
Cui Manli twierdzi, że jej rodzinne miasto Nankin szczególnie szanuje kobiety oraz je bardzo kocha. „ >Sen czerwonego pawilonu< jest jedną ze znanych chińskich powieści klasycznych. Jej autor Cao Xueqin właśnie w tym mieście spędził swoje dzieciństwo. Główny bohater utworu Jiao Baoyu niezmiernie kocha i wielbi kobiety. W Nankinie mężczyźni są dumni z bycia takim jak Jiao Baoyu.
Manuela Gretkowska to pisarka, scenarzystka, felietonistka, działaczka społeczna, założycielka Partii Kobiet. Zadebiutowała w 1991 roku powieścią „My zdies’ emigranty”. Na jej dorobek literacki składają się takie dzieła jak: „Namiętnik”, „Silikon”, „Polka”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Europejka”, „Obywatelka”. Powieść „Polka” doczekała się nominacji do Nagrody Literackiej „Nike”. Jej książki tłumaczone były na języki: węgierski, serbski, ukraiński, litewski, rosyjski, niemiecki, hiszpański i fiński.
Manuela Gretkowska przypominała swój pierwszy pobyt w Chinach 30 parę lat temu i historię Marii Skłodowskiej-Curie. „Mówię dlatego o historii Marii Skłodowskiej-Curie bo była kobietą, i jej dwudziestowieczne odkrycie promieniotwórczości umożliwiło prześwietlanie tego co ukryte w ludzkim ciele: kości, narządów. Tak samo jak pisarstwo kobiet od XX wieku pokazuje to co było dotychczas ukryte dla literatury” – stwierdziła. Jej zdaniem, literatura kobiet jest takim nowoczesnym Nüshu, czyli językiem, który stworzyły Chinki z prowincji Hunan. Według Gretkowskiej służy on do porozumienia się poza oficjalnym językiem, do przekazania kobiecego doświadczenia, ale też do porozumienia ze światem mężczyzn” – dodała pisarka.
Di An (właściwie Li Di’an) jest przedstawicielką pisarek urodzonych w latach 80. Absolwentka Szkoły Zaawansowanych Badań w Naukach Społecznych w Paryżu. Jest autorką powieści, w tym m.in. „Rozsądny człowiek” (wyd. ang. „The Reasonable Man”) oraz „Pożegnanie z Niebem” (wyd. ang. „Ashes to Ashes”) i zbiorów opowiadań. W 2018 roku za powieść „Ulica Jingheng” otrzymała Ludową Nagrodę Literacką za Najlepszą Powieść.
„Gdy pomyślę, że moi polscy przyjaciele ze studiów sięgnęli może kiedyś po wasze książki, a może nawet czytają je w tej chwili, robi mi się ciepło na sercu. Mam od dawna nadzieję, że kiedy ludzie będą o mnie myśleć to na pierwszym miejscu będzie moja twórczość, a nie płeć” – powiedziała najmłodsza pisarka biorąca udział w debacie.
Profesorka Zhang Li jest wykładowczynią na Wydziale Filologii Chińskiej Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest autorką książek „Początek pisania współczesnych chińskich kobiet”, „Odbicie sióstr w lustrze”, „Człowiek trzymający płomyk”, „Opowiadania o podróżnikach”. Otrzymała nagrodę za najlepszą prozę napisaną w języku chińskim. Jej utwór znalazł się na liście dziesięciu najbardziej wpływowych książek. Pisanie kobiet i kobieca perspektywa mają znaczenie dla zachowania niezależnego głosu kobiet – stwierdziła profesorka. „Ponieważ nie piszemy tylko dla siebie, ale musimy pisać dla czytelników z przyszłości” – zaznaczyła.
Zarówno Chinki, jak i Polki, dążą do równości i osiągnięcia równego statusu społecznego. Według chińskiej pisarki Cui Manli, aby promować postęp kobiet i równość, a ograniczać różnice, to kobiety powinny prowadzić dyskusje i osiągać konsensus. W tej kwestii twórczość literacka pisarek jest nadzieją i przyszłością kobiet na całym świecie.

Ludwik Flaszen (1930-2020) „Teatr ubogi”, umysł przebogaty

W Paryżu zmarł 24 października Ludwik Flaszen, bardzo niezwykła i bardzo swoista postać polskiej i europejskiej kultury. Był krytykiem teatralnym i literackim, eseistą, tłumaczem, teatrologiem i reżyserem. Był też współpracownikiem Jerzego Grotowskiego i współzałożycielem (1959) oraz kierownikiem literackim jego wrocławskiego Teatru 13 Rzędów, przemianowanego później na Teatr Laboratorium, a w latach osiemdziesiątych jego dyrektorem, choć przede wszystkim współtwórcą doktryny teatralnej tego teatru, autorem terminu „teatr ubogi”, którego użył w komentarzu do przedstawienia „Akropolis”.

Urodził się w Krakowie w Krakowie 4 czerwca 1930 roku, ale czas II wojny światowej spędził w ZSRR. Po ukończeniu po wojnie studiów na krakowskiej polonistyce zadebiutował w 1948 roku na łamach „Przekroju”.
Jego działalność krytyczna na łamach prasy była bardzo intensywna. Na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” prowadził rubrykę „Z notatnika szalonego recenzenta”. Był też m.in. kierownikiem literackim Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Należał w tym okresie do tzw. krakowskiej szkoły krytyków, wraz z Janem Błońskim, Andrzejem Kijowskim i Konstantym Puzyną. Z uwagi na bezkompromisową pryncypialność z jaką głosił swoje poglądy, w środowisku teatralnym w Krakowa nazywano Flaszena „Robespierre’em”.
Był prekursorem krytyki schematyzmu literatury socrealizmu, czemu już w 1951 roku dał wyraz w głośnym tekście „Nowy Zoil, czyli o schematyzmie”. Literacko zadebiutował w 1958 roku prozą eseistyczną „Głowa i mur”, zatrzymaną przez cenzurę.
Duży rozgłos w środowiskach literackich zdobyła w 1971 roku jego eseistyczna książka „Cyrograf”, niezwykle wyrafinowany, wielostronny, skomplikowany intelektualnie esej o rozmaitych zjawiskach kultury, głównie teatralnej, który doczekał się także wydania francuskiego w 1989 roku. Od 1984 mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził bogatą działalność teatralną, pedagogiczną i reżyserską.
Interesowała go tylko wielka literatura wielkich problemów (m.in. Dostojewski czy Ajschylos). Reżyserował gościnnie także w Polsce, m.in. Swoją wersję „Biesów” w Starym Teatrze w Krakowie („Mały Plutarch żywotów nieudanych”,1995). Miał także ścisłe związki z kulturą włoską i w tym kraju krzewił po śmierci Grotowskiego w 1997 roku tradycję jego teatru, jako spadkobierca jego idei.
Opublikował wydane w kilku językach liczne teksty o Grotowskim i jego teatrze. Był współautorem wydanej we Włoszech antologii Teatru Laboratorium. Napisał także m.in. „Teatr skazany na magię” (1983). Był także tłumaczem, głównie literatury rosyjskiej XIX i XX wieku, w tym tekstów Michała Bachtina, ale także z języka rosyjskiego. Był laureatem wielu nagród za dokonania na polu kultury.
Od 2018 roku w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego działa bardzo bogata Czytelnia im. Ludwika Flaszena, zawierająca wiele bezcennych i unikalnych wydań książkowych w wielu językach.
Powyższy, „telegraficzny” skrót dokonań Ludwika Flaszena słabo oddaje bogatą, czasami czyniącą wrażenie mistycznej, osobowość tego oryginalnego myśliciela-artysty, ogrom jego wiedzy i niezwykle kreatywny, choć dość hermetyczny umysł, pracujący tylko na najwyższych diapazonach, co sprawia, że kontakt z jego imponującą twórczością, zarówno krytyczną, eseistyczną jak i teatralną, choć fascynujący, nigdy nie był i nie będzie łatwy.

Pandemiczna jesień Aleksandra Puszkina

Jesień 1830 roku zapisała się w życiu Puszkina i w dziejach literatury rosyjskiej w sposób szczególny. Ostatniego dnia sierpnia (wedle obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, „spóźniającego się” wtedy w stosunku do naszego gregoriańskiego o 12 dni) Puszkin wyjechał z Moskwy, by w związku ze zbliżającym się ślubem z młodziutką i przepiękną Natalią Gonczarową objąć w posiadanie przekazany mu przez ojca rodzinny majątek w Bołdinie w okolicach Niżniego Nowogrodu.

Miał nadzieję, że z koniecznymi formalnościami upora się w miesiąc – tymczasem bołdinowski pobyt wydłużył się aż trzykrotnie. Powodem była grasująca wtedy w Rosji (a następnie też w znacznej części Europy środkowej i zachodniej) i właśnie opanowująca Moskwę pandemia cholery – ta sama, która niebawem odbierze życie między innymi zbiegłemu z Warszawy po wybuchu powstania listopadowego wielkiemu księciu Konstantemu Pawłowiczowi oraz głównodowodzącemu wojsk wysłanych dla zdławienia powstania feldmarszałkowi Iwanowi Dybiczowi i która ogółem pochłonie w Rosji około dwieście tysięcy istnień ludzkich. Dla pozbawionego możliwości powrotu do Moskwy trzydziestojednoletniego wówczas poety ten trzymiesięczny przymusowy pobyt w Bołdinie stał się okresem niezwykłej eksplozji geniuszu twórczego; jesień zawsze bywała dlań bardzo owocna, teraz jednak dokonało się coś doprawdy niezwykłego. Dość powiedzieć, że Puszkin ukończył wtedy swoje opus magnum – pisanego przez siedem lat i częściowo już opublikowanego „Eugeniusza Oniegina”, że napisał cztery jednoaktowe sztuki nazwane później „małymi tragediami”, że stworzył tak ważny dla rozwoju rosyjskiej prozy cykl nowel „Opowieści Biełkina”, że napisał kilka innych poematów i opowiadań oraz szereg znakomitych wierszy.
*
Najważniejsze było oczywiście ukończenie „Eugeniusza Oniegina” – owej „encyklopedii życia rosyjskiego”, jak dzieło to określił Wissarion Bieliński, gdzie w osobie tytułowego bohatera po raz pierwszy pojawiła się tak charakterystyczna dla całej dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej postać „zbędnego człowieka” – człowieka zmarnowanych szans i możliwości, owładniętego poczuciem niespełnienia, wiodącego żywot bez ideałów i bez celu, sceptyka i egoisty. Opowieść o Onieginie przyobleczona została w specjalnie dla niej stworzoną wyrafinowaną formę wierszową – strofę zwaną „onieginowską”, składającą się z czternastu czterostopowych wersów jambicznych, połączonych skomplikowanym układem rymów. Lektura tej poezji w oryginale – to rozkosz zaiste niewymowna; przecież – przypomnijmy – mamy w Polsce i świetne dzieła tego tłumaczenia, jak ponadstuletni przekład Leo Belmonta, następnie (choć niepełny) Juliana Tuwima, potem klasyczny już Adama Ważyka.
Czymś niezwykłym są też napisane w Bołdinie w ciągu dwóch tygodni cztery „małe tragedie”, o których Anna Achmatowa napisała, że „być może w żadnym z dzieł światowej poezji wiejące zgrozą kwestie moralne nie zostały postawione tak ostro jak tutaj”. Trzy pierwsze tragedie są psychologicznymi studiami wielkich ludzkich namiętności. W „Skąpym rycerzu” jest nią żądza bogactwa – chorobliwie skąpy wobec swego syna ojciec doprowadza do tragicznej z nim konfrontacji. „Mozart i Salieri”, oparty na legendarnym przekazie o rzekomym otruciu genialnego kompozytora przez mniej utalentowanego rywala, stanowi studium zawiści. „Gość kamienny” z kolei to oryginalna parafraza tak obficie obecnego w literaturze europejskiej mitu o Don Juanie, w której uwodziciela i Donnę Annę łączy uszlachetniająca miłość. Od tej trójki odbiega czwarta „mała tragedia” – „Uczta podczas dżumy”, wyraźnie związany z ówczesną sytuacją Puszkina przekład-parafraza sceny z pierwszego aktu dramatu angielskiego poety Johna Wilsona „The City of the Plague” (1816), opowieść o uczcie w czasie szalejącej epidemii, dopełniona przez Puszkina dwiema nieistniejącymi w oryginale wstawkami – Pieśnią Mary i Pieśnią Przewodniczącego, dumnym hymnem na cześć dżumy, która pozwala śmiałej jednostce zmierzyć się z losem, dowieść swej siły:
„Wszystko, czym grozi moc straszliwa,
Dla śmiertelnego serca skrywa
Rozkosze niepojęte! Może
Nieśmiertelności obietnicę!
Szczęśliwy, kto w przerażeń porze
Poznawać mógł ich tajemnice!
Więc sławmy Dżumę! Chwała Dżumie!
Nas nie przestraszą mroki trumien,
Na śmierci zew – nie chwyci drżenie.”
(przekład Juliana Tuwima)
Do „Małych tragedii” rosyjskie teatry wracają po dziś dzień; nasza telewizja przed laty pokazywała ich wspaniałą rosyjską adaptację telewizyjną, dokonaną w roku 1980 z okazji 150-lecia „bołdinowskiej jesieni” przez Michaiła Szwejcera, z udziałem plejady największych rosyjskich aktorów z Innokientijem Smoktunowskim i Władimirem Wysockim na czele. Dziś można ją też bez trudu obejrzeć w internecie, podobnie jak bez trudu można także tam znaleźć najpiękniejszą w ostatnich latach teatralną adaptację „Eugeniusza Oniegina” – uhonorowany „Złotą Maską” i obwożony po całym świecie, zrealizowany w 2013 roku spektakl moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa, reżyserowany przez Rimasa Tuminasa.
*
„Bołdinowska jesień” okazała się też niezwykle ważna dla muzyki – powstałe wtedy utwory stały się kanwą dla całej plejady wartościowych, a niekiedy wybitnych, rosyjskich i nie tylko rosyjskich oper. Prym wiedzie tu oczywiście kongenialny wobec literackiego pierwowzoru „Eugeniusz Oniegin” Piotra Czajkowskiego (1878), wciąż z upodobaniem grywany i słuchany na wszystkich kontynentach, w ostatniej dekadzie piętnaste pod względem ilości wykonań (blisko dwa i pół tysiąca) dzieło operowe na świecie. Po Czajkowskim sięgnąć do „Oniegina” już nikt się nie ośmielił – za to „Małe tragedie” mają swych operowych wersji całą plejadę. Aleksander Dargomyżski w swym nowatorskim, zrywającym z wszechpanowaniem arii na rzecz melodyzowanego recytatywu „Gościu kamiennym” (1869) wykorzystał tekst tragedii Puszkina w całości i praktycznie bez zmian, co w operowej praktyce tamtych lat było ewenementem. Po „Mozarta i Salieriego” sięgnął Nikołaj Rimski-Korsakow (1897); Salieriego w tej operze śpiewały największe rosyjskie basy, od Fiodora Szalapina po Jewgienija Niestierienkę. „Skąpego rycerza” w 1906 roku wziął na warsztat Siergiej Rachmaninow. Pośród kompozytorów obcych wymienić warto Włochów: Giana Francesca Malipiera (oparty na „Gościu kamiennym” jego „Don Giovanni”, 1963) czy też Jacopa Napolego („Skąpy baron”, 1970).
Ale w dwudziestym stuleciu twórców operowych bodaj najbardziej z tych czterech tragedii fascynowała „Uczta podczas dżumy”. Rozpoczął syn Polki i uczeń Moniuszki, potem gorliwy w Rosji naszego kompozytora promotor Cezar Cui (jego opera powstała w roku 1900); trzy lata później sięgnął po „Ucztę…” Siergiej Prokofiew, nie wychodząc wszakże poza fortepianowe szkice. Opero-balet na kanwie utworu Puszkina w 1935 roku skomponował Arthur Lourié, jeden z protagonistów rosyjskiej awangardy muzycznej pierwszych dziesięcioleci ubiegłego wieku, po rewolucji październikowej kierujący w Ludowym Komisariacie Oświaty wydziałem muzyki, przez pewien czas towarzysz życia Achmatowej, od 1922 roku emigrant. Kolejne operowe wersje „Uczty…” wyszły spod pióra m. in. Borysa Asafiewa (1940), Aleksandra Goldenweisera (1942), Jeleny Firsowej (1972), bodaj ostatnia została skomponowana w 1984 roku (jako część tryptyku ”Prorok”, zawierającego też „Gościa kamiennego”) przez jekatierinburskiego twórcę Władimira Kobiekina. Obfitość to znamienna…

Księga Wyjścia (60)

Ballada literacka.

Wreszcie jest. Udało się, moja nowa książka opuściła drukarnię i zadebiutuje już w tę sobotę na targach książki. Ale po kolei – jestem jeszcze pod wpływem emocji.
Jeśli nie macie innych planów, to zapraszam w sobotę (05.09.2020) na targi książki – warszawska ADA przy ulicy Puławskiej 37. Będę tam ze wspomnianą publikacją w okolicy stoiska Spółdzielni Socjalnej „Faktoria”.
„Utwory żebrane, powrót z dna”, to zbiór felietonów, dzienników i opowiadań – inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami, a także lekko zmienione wydanie poprzedniej książki „Z dna”. Teksty już gdzieś publikowane i te, których jeszcze nikt nie czytał – poza redakcją i korektą oczywiście. Nawet te publikowane mają tę wadę, że są bardzo ulotne, a ich żywot jest bardzo krótki. Zarówno te spisane na FB, jak i w prasie. Przelatują i znikają gdzieś w niepamięci. Fajnie jest wrócić do niektórych i jeśli układają się w całość, to połączyć w jedną wielką publikację. Wielką, bo łącznie wyszło ponad trzysta stron.
Ułożonych w pewnego rodzaju tryptyk – upadek, życie na dnie i mozolna próba wygrzebania na powierzchnię.
Trudno skupić się na czymś innym w chwili, gdy dowiedziałem się, że po miesiącach starań i zabiegów udało się doprowadzić tę sprawę do końca. Ale tak, wreszcie książka opuściła maszyny drukarskie. Napiszę więc o całym procesie tworzenia i wydania książki. Jak to wygląda z mojej perspektywy i jakie procesy zachodzą w mojej głowie.
Wspominałem już kiedyś, że łatwiej napisać książkę, niż ją wydać. Przynajmniej komuś takiemu jak ja. Pisanie to praca twórcza, porywająca i pochłaniająca. Do tego stopnia, że czasami w szale pisania, zapominam o jedzeniu, piciu, porze dnia lub nocy. W ogóle nie mam poczucia upływającego czasu. Bywa, że siedzę godzinę lub dwie z nieodpalonym papierosem w ustach. Nawet jeśli siedzę przed monitorem kilkanaście godzin, to tego nie kontroluję. Zmęczenie przychodzi później. Dużo później, już po napisaniu sczytaniu i wielokrotnych przeróbkach.
Wydanie jest natomiast koszmarem. Wyrobiłem sobie już nawet pewien schemat stałych błędów, które zawsze popełniam. Chociaż nigdy się nie sprawdzają, to za każdym razem ślepo brnę w to samo bagno.
Najpierw planuję wydać samodzielnie, piszę do różnych drukarni, oni odsyłają mi oferty, z których niewiele rozumiem. Jakieś tabelki, wyliczenia – VAT-y, brutto, cenę za ilość – tyle egzemplarzy – za tyle, ale jeśli zamówię więcej to będzie taniej – to znaczy będzie drożej ale wyjdzie taniej, bo za jedną mniej – ogarniacie? Ja pomału już tak, ale miałem kłopoty. Potem gramatura papieru, rodzaj okładki, ile kolorów, jaki format i objętość. Przyznacie, że to wymaga ogromnej determinacji i zacięcia. Zaczynam wtedy pomału głupieć. Najczęściej mam ochotę wyrzucić komputer, wykasować wszystko i położyć się spać. Jestem jednak uparty, więc mimo ogromnej niechęci drążę dalej.
Gdy już rozszyfruje wszystko, przekalkuluję i zamierzam dogadywać się z wybraną drukarnią, która zaoferowała „najlepsze” warunki (według mnie, co wcale nie musi być prawdą) przypominam sobie, że muszę jeszcze zdobyć ISBN – to taki indywidualny numer identyfikacyjny, nadawany przez Bibliotekę Narodową, każdej wydanej w Polsce książce. Coś jak rejestracja w samochodzie.
Po wydrukowaniu należy również wysłać im natychmiast określoną ilość egzemplarzy, nie jestem pewien, ale zgodnie z przepisami chyba pięć. Potem przychodzi kolejna refleksja, że jeśli wydam sam, to żadna hurtownia ich ode mnie nie weźmie i pozostanie mi jedynie samodzielna sprzedaż przez Internet, ewentualnie kilka zaprzyjaźnionych księgarni, również internetowych.
Wtedy zwykle ktoś znajomy, ma znajomego, który zna kogoś, kto ma wydawnictwo.
I znowu cały proces od nowa, negocjacje, ustalania, okładka, format, papier, nakład (znowu zaczynam głupieć). Wreszcie wydawałoby się, że mamy wszystko omówione. Gdy oddycham z ulgą okazuje się, że jeszcze wydawnictwo daje to do własnej korekty – chociaż już były trzy – i odsyła mi do zaakceptowania. Koszmar. Zwłaszcza, gdy trafi się na korektora, który uwielbia interpunkcje „zgodne z zasadami”.
Mam do tego trochę inne podejście. Wszelkie kropki i przecinki są jedynie narzędziem w rękach autora, nie zaś obowiązującą i nienaruszalną regułą, zasadą, że przed każdym „a, że, który…” stawiamy przecinek. Nie, nie zawsze. Często przecinki i kropki określają zarówno sens, jak i ekspresję zdania.
Doskonałym przykładem, który często w takich przypadkach przytaczam jest historia o tym, jak przecinek uratował człowiekowi życie.
Ambasador i namiestnik carski – czyli praktycznie władca Polski – Nikołaj Repnin, prywatnie był kochankiem księżnej Izabelli Czartoryskiej. Romans ten akceptował mąż magnatki, tym bardziej, że Adam Kazimierz też święty nie był i liczył na łaskę carycy, a co za tym idzie królewską koronę. Niestety, Stanisław August był lepszy.
Wracając do tematu, gdy pewnego razu Repnin przyjechał do Puław odwiedzić księżną Izabellę, trochę się u niej zasiedział. Ale ponieważ zarówno poczta jak i telegraf działały nienagannie, mógł sprawować swój urząd z prowincji. Pewnego dnia wśród przywiezionej przez kuriera korespondencji znalazła się, napisana przez skazanego na śmierć więźnia politycznego, prośba o ułaskawienie.
Repnin niewiele myśląc, podyktował depeszę o treści:
„Ułaskawić nie wolno, rozstrzelać!”. Sprytna Izabella Czartoryska przekupiła telegrafistę, by jedynie w innym miejscu postawił przecinek. Po drobnej korekcie zdanie miało dokładnie to samo brzmienie, ale zupełnie inny sens i wyglądało tak:
„Ułaskawić, nie wolno rozstrzelać!”. Tym sposobem uratowała biedakowi życie.
Nie wiem czy kiedykolwiek Repnin zorientował się w tej intrydze. Z całą pewnością nie wyciągnął konsekwencji wobec księżnej, tym bardziej, że w międzyczasie zaszła z nim w ciążę.
Owocem tego romansu był nikt inny, tylko sam Adam Jerzy Czartoryski, o czym świadczyło nieodparte podobieństwo do namiestnika, relacje współczesnych i ciągła nieobecność Adama Kazimierza, który był zajęty intrygami elekcyjnymi i związanymi z nimi erekcyjnymi, którymi to rywalizował ze Stanisławem Augustem o względy carycy. Stanisław okazał się najwyraźniej lepszy. A mimo to Adam Kazimierz do końca trzymał gardę i udawał, że dziecko – niezależnie kto je spłodził – jest jego, czym narażał się na publiczną śmieszność.
Tak na marginesie, działająca w zażyłej komitywie z ministrem kultury – Piotrem Glińskim, Fundacja Czartoryskich odwołuje się do tej gałęzi rodu, pochodzącej właśnie od Adama Jerzego. Śmiało wiec można wysnuć tezę, ze kupując „Damę z łasiczką”, oraz przez inne dotacje minister zasilił kasę spadkobierców rosyjskiego arystokraty.
Jak widzicie przecinek ma nieprawdopodobną moc i ogromne znaczenie. Jest w stanie ocalić życie, a co dopiero wpłynąć na treść i sens książki. Właśnie dlatego po kolejnej korekcie, raz jeszcze musiałem znowu wszystko uważnie przeczytać. Potem drukarnia i czekanie na swoją kolej, ponieważ zależało mi bardzo na tych targach, czekałem naprawdę niecierpliwie. Na całe szczęście wszystko wyszło o czasie, choć mocno spóźnione – co wcale nie jest paradoksem. Podobnie jak to, że pasja, talent, wiedza, doświadczenie i umiejętność przeniesienia tego na papier, są obecnie najmniej ważne na współczesnym rynku wydawniczym.

„Pogranicze powieści”

W historii polskiej krytyki literackiej „Pogranicze powieści” Kazimierza Wyki jest nie od dziś pozycją klasyczną, nie tylko z uwagi na rangę intelektualną i uniwersytecką autora w dziejach polskiej teorii literatury. Także z uwagi na syntetyzujący charakter tego głosu, mający ambicje, jak na tamten moment, ujęcia całościowego niektórych ważnych zagadnień polskiej literatury XX wieku.

W znaczącym stopniu jest to zbiór już tylko dokumentalny, bo trudno za inny uznać tom, który światło dzienne ujrzał w 1948 roku (!). Wszakże ja mam przed sobą wydanie II i rozszerzone z 1974 roku, czyli późniejsze o lat 26. To zaznaczenie perspektywy czasowej jest istotne, bo pokazuje rytm ważności w ówczesnej literaturze.
Podkreślam słowo „ówczesnej”, ponieważ fakt, że od wydania II, rozszerzonego upłynęło już 46 lat czyli bez mała dwa razy więcej niż między pierwszym a drugim wydaniem, nie jest już determinujący w decydującym stopniu, bo determinujący jest przede wszystkim fakt radykalnej zmiany (czytaj: radykalnej redukcji) pozycji literatury w dyskursie współczesnym.
W 1974 roku, 26 lat po pierwszym wydaniu, „Pogranicze powieści” było jeszcze odbierane jako głos w ramach literatury współczesnej. Dziś (odpowiednio 72 i 46 lat później) jest już tylko głosem z przeszłości. Pewnie z tego powodu niniejszy tekst może być potraktowany jako sentymentalne (?) nawiązanie do archiwum, a w gorszym razie jako niepoprawny paseizm.
Jest może jednak, jeden, poza ściśle archiwalnym, argument na rzecz przypomnienia zbioru Wyki. Tym argumentem jest wzgląd na niezwykły wprost pietyzm i rzetelność w potraktowaniu przez autora strefy poddawanej analizie. Innymi słowy: nie tyle przedmiot analiz, z bardzo już z zaprzeszłej epoki jest tu istotny, ile sposób, w jaki autor traktował analizowaną materię. Sposób już właściwie dziś nie praktykowany, a jeśli, to śladowo.
Przede wszystkim uderza rozległy zakres tematyczny „Pogranicza powieści”. Podczas gdy współcześni autorzy zbiorów tekstów poświęconych literaturze współczesnej skłonni są zamykać się zarówno w wąskiej perspektywie czasowej, jak i gatunkowo-tematycznej, Kazimierz Wyka sięga rozległym gestem. Otwierają tom trzy eseje zarysowujące generalne idee związane z literaturą ujęte w nadtytuł „Zapowiedzi i postulaty”. W „Tragiczności, drwinie i realizmie” Wyka stawia tezę (pamiętajmy, że to rok 1948), że polska literatura, której klimat, „aura psychiczna” był dotąd determinowany przez tytułowe: tragiczność i drwinę. W tę pierwszą aurę wpisał Wyka n.p. Czesława Miłosza czy Jerzego Andrzejewskiego, w tę drugą Konstantego I. Gałczyńskiego czy Witolda Gombrowicza, a Witkacego jako postać dwoistą w tym względzie. Obszernie definiując cechy gatunku prozy realistycznej Wyka odwoływał się do rozmaitych źródeł, m.in. do Lukacsa, autora studium „Powieść jako mieszczańska epopeja”. W innym szkicu odwołał się też do tytułowych „żywotnych tradycji prozy polskiej” czyli do pozytywizmu.
Po wielu latach wiemy, że postulaty i oczekiwania Wyki nie spełniły się, przynajmniej na miarę jego oczekiwań i realizm nie stał się markową specjalnością polskiej literatury, ale warto odnotować po dziesięcioleciach, że takie aspiracje niektórych ożywiały.
W trzecim szkicu z wstępnej części zastanawiał się nad różnicami w kształtowaniu się rzeczywistości artystycznej w Polsce i Europie po pierwszej i drugiej wojnie światowej. W części „Sprawdzenie”, zgodnie z tytułem Wyka sprawdzał powieść w aspekcie „pogranicza powieści”, pokazując jak nieoczywisty jest postulat realizmu, gdyż realizm „niejedno ma imię”, a sposobów na to jak i z jakich składników jest budowany jest właściwie tyle, ilu prozaików parających się tym gatunkiem. Znaczącą część „Sprawdzeń” poświęcił Wyka obrazowi wojny i okupacji w prozie powojennej ( m.in. „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, „Droga wiodła przez Narvik” Ksawerego Pruszyńskiego, „Wielki Tydzień” Jerzego Andrzejewskiego, „Z kraju milczenia” Jerzego Andrzejewskiego, „Krajobraz niewzruszony” Kornela Filipowicza, „Śmierć liberała” Artura Sandauera, „Pożegnanie z Marią” Tadeusza Borowskiego, „Święta kulo” Jerzego Putramenta, „Czas nieludzki” Stefana Otwinowskiego czy „Miasto niepokonane” Kazimierza Brandysa).
Pokazał przy tym całą subiektywną różnorodność obrazów tego samego czasu pokazanych przez pryzmat różnych osobowości pisarskich. Jednak chyba najważniejszy i z różnych powodów najciekawszy jest szkic „Rozrachunki inteligenckie”, który to tytuł wszedł zresztą jako fraza do języka dyskusji wokół postalinowskich, popaździernikowych rozliczeń. Poświęcił je Wyka czterem najważniejszym powieściom podejmującym owe „rozrachunki”: „Drewnianemu koniowi” Kazimierza Brandysa, „Jezioru Bodeńskiemu” Stanisława Dygata, „Sedanowi” Pawła Hertza i „Sprzysiężeniu” Stefana Kisielewskiego. Przed omówieniem tych powieści określił skład „roztworu inteligenckiego” w obszarze literatury. Za powieść „najgłębiej zanurzoną w tym roztworze” uznał Wyka „Sprzysiężenie” Kisielewskiego.
Inteligenckość tej powieści polega zdaniem Wyki na tym, że jest ona „zbudowana na paradoksie i antynomii. Na paradoksie, czyli trybie dowodzenia rozmyślnie i przekornie odbiegającym od przyjętych sposobów dowodzenia. (…) Na antynomii, czyli stawianiu na równym planie dwóch tez całkowicie sprzecznych, a równie serio udowodnionych. Postulat Irzykowskiego, że każdy krytyk powinien umieć napisać o tym samym utworze dwie sprzeczne recenzje, jedną pochlebną, drugą ganiącą jest stawianiem antynomii jako ideału krytyki”. Owe paradoksy i antynomie uczynił Kisielewski istotą świadomości głównego bohatera swojej powieści, Zygmunta, będącego swoistym, modzieńczym porte parole autora „Sprzysiężenia”. Oto jeden z passusów wprowadzających czytelnika w świat duchowy powieści: „Nieświadomie może osią światopoglądu Zygmunta była myśl, że wszystko co istnieje, wszystko co się odbywa na świecie – musi mieć jakiś ukryty, często na pozór niedostrzegalny, niezrozumiały cel, cel i sens – świat na pewno nie jest nonsensem, nie może istnieć nonsens tak konsekwentnie zbudowany.
Myśl kształtująca świat jest zapewne bardzo prosta, choć zarazem może być perfidna, odwrócona, po prostu paradoksalna: paradoks bywa prosty, będąc zarazem zawiłym – synteza odwrotności, synteza przeciwieństw, prostota i zawiłość, sens i bezsens, cel i bezcelowość, zorganizowany chaos, bezładna na pozór mnogość i prosty w istocie schemat, rozkosz i męka, dążenie i nieosiągalność – wszystko to ułamki, odpadki, etykiety, slogany, puste nazwy myśli i przeżyć przepuszczone przez pryzmat umęczonej, niezwykle wrażliwej i zarazem żywotnej, skręcającej się jak komórka plazmy duszy tworzyło jakiś dręczący, absurdalny fotomontaż, makabrycznie autonomiczny, pozornie głęboki, a w istocie jałowy świat udręki duchowej…”. Inteligenta – dodajmy, bo jaźń i świadomość Zygmunta jest kwintesencją inteligenckości. Kisielewski – stwierdzał Wyka – uczynił z postawy inteligenckiej chirurgię intelektualną”. W „Jeziorze Bodeńskim”, „Sedanie” i „Drewnianym koniu” mamy do czynienia z innymi odmianami syndromu inteligenckiego.
W tym pierwszym występuje on jako egotyzm intelektualny i wzruszeniowy, a jednym z wyrazów tego egotyzmu jest postrzeganie świata, rzeczywistości jako widowiska obserwowanego z dystansu. W „Drewnianym koniu” inteligencki bohater próbuje, bezskutecznie, wydobyć się ze „skorupy wyosobnienia i osamotnienia”, a w „Sedanie” pisarz opisuje „morfologię świadomości, samotnictwa inteligenta podróżującego i przesyconego wyobraźnią erudycyjno-estetyczną”. I właśnie „Sedan” uznał Wyka za swoisty katalog odmian egotyzmu inteligenckiego.
„Mury Jerycha” Tadeusza Brezy przeanalizował jako „powieść o polityce” a nie „powieści politycznej” i tak definiuje tę różnicę: „Kto by w tej książce szukał miejsc, w jakich życie polityki styka się z codziennym życiem prostego człowieka, a ileż takich scen mamy n.p. w powieściach politycznych Kadena-Bandrowskiego, ten ich nie znajdzie. Powieść Brezy jest napisana, żeby tak powiedzieć, odgórnie. Kto natomiast będzie szukał, jak się aranżuje akcje polityczne (…) ten widowisko podobne znajdzie w „Murach Jerycha” w wydaniu ze wszech miar interesującym”. Dużo też miejsca poświęcił Wyka językowi, stylistyce tej powieści, określając ją jako „barokową” i formułując termin „zarośla werbalistyczne”. Szkic „Oblicze świata” poświęcony jest problematyce niektórych nowel i wrażliwości Jarosława Iwaszkiewicza. O „powieści piastowskiej” traktuje szkic o „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa i „Srebrnych orłach” Teodora Parnickiego i także w tym tekście imponuje empiryczny sposób odniesienia do utworów literackich, dawno już zapomniany i w piśmiennictwie o literatury niemal nieobecny – drobiazgowe analizy powieściowej treści i tworzywa. Osobne szkice poświęcone są „żołnierskiej gromadzie” i obrazowi wsi w literaturze, na przykładzie choćby „Kordiana i chama” Leona Kruczkowskiego.
W zbiorze „Dopowiedzenia” mnóstwo różności, o krytyce, o poezji, ciekawe powroty do wielkiej klasyki (n.p. do „Klubu Pickwicka” Dickensa) oraz kilka recenzji z późniejszego okresu, dołączonych do omawianego tu rozszerzonego wydania „Pogranicza powieści” z 1974 roku.

Literatura po 1989 roku na polskich szlakach

Problematyka drugiego tomu szkiców o nowej sytuacji literatury polskiej po 1989 roku skoncentrowana jest wokół pięciu generalnych tematów: rzeczywistości PRL, feminizmu i ruchów LGBT, dyskusji i konfliktu wokół sprawy Jedwabnego, dyskusji i konfliktu wokół katastrofy smoleńskiej oraz roli Kościoła katolickiego w Polsce.

W pierwszym kręgu, autorki (Anna Kowalska, Katarzyna-Nadana-Sokołowska, Anna Sobolewska) zajęły się literaturą (w jednym przypadku filmem dokumentalnym) poświęconą tematycznie PRL w aspekcie codzienności, społecznego awansu, konfliktów społeczno-politycznych, ale także postrzegania tego okresu przez pryzmat nostalgii i mitologizacji.
Krąg drugi szkiców dotyka literatury emancypacyjnej, problemów myśli feministycznej, tożsamości i praw kobiet (z prawem do aborcji na czele), tożsamości i praw mniejszości seksualnych, co pokazane jest poprzez analizę najważniejszych zjawisk literackich podejmujących te kwestie, począwszy od „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak (1994), głośnej swego czasu powieści, która zapoczątkowała ten nurt.
Przedmiotem analizy w tym zakresie są też „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk, „Nigdy więcej” Katarzyny Grocholi, a nawet proza fantastyczna Andrzeja Sapkowskiego.
Analiza zagadnień związanych ze sprawą jedwabnego i, szerzej, relacji polsko-żydowskich skoncentrowana jest wokół gruntownych omówień (dokonanych przez Tomasza Żukowskiego i Katarzynę Chmielewską) takich tytułów, jak „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, „My z Jedwabnego” Anny Bikont, „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka, a także filmów: dokumentalnych „Sąsiadów” Agnieszki Arnold, „Idy” Pawła Pawlikowskiego, „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego.
Katarzyna Buszkowska zajęła się zagadnieniem „pedagogiki wstydu” i „bitwy o pamięć”, która była wyrazem przeciwstawienia „pedagogice wstydu” pedagogiki „dumy narodowej”. Blok tekstów poświęconych obrazowi katastrofy smoleńskiej w aspektach językowych, symbolicznych, retorycznych zawiera analizy m.in. bydgoskiego widowiska teatralnego Pawła Wodzińskiego „Mickiewicz. Dziady. Performance”, w którym, rok po katastrofie, reżyser stworzył, w formie spektaklu żałoby, rozbudowaną metaforę fenomenu, który legł u podstaw zbudowania „religii smoleńskiej”.
Ten temat podjęła Katarzyna Buszkowska, a T. Żukowski, K. Nadana-Sokołowska, Zygmunt Ziątek, Anna Sobolewska, Anna Jakubas, Jerzy Zygmunt Szeja zajęli się analizą „prozy smoleńskiej”, zarówno tej apologetycznej wobec kultu smoleńskiego (n.p. „Oszołomy” Martyny Ochnik), jako i wobec niego krytycznej, jak „Wiwarium” Jarosława Kamińskiego, ale też problematyzującej zagadnienie, jak „Spotkałam kiedyś prawdziwego hipstera” Maryny Miklaszewskiej czy „Fausteria” Wojciecha Szydy. Autorzy przeanalizowali też prace (filmy i książki) o charakterze dokumentacyjnym ( w rozumieniu: dokumentowania opinii i poglądów), zarówno autorstwa dziennikarzy skrajnie zaangażowanych po stronie „kultu smoleńskiego” (Jan Pospieszalski, Ewa Stankiewicz), jak i problematyzujących i traktujących zjawisko w sposób obiektywizujący (n.p. Ewa Ewart czy Anna Ferens).
Zbiór kończy szkic Katarzyny Sokołowskiej-Nadanej, „Debata, której nie było. Kościół katolicki w Polsce”.
Autorka rozpoczyna tekst od podstawowych danych, także statystycznych, obrazujących sytuację Kościoła kat. w Polsce w roku 2017, pokazuje go jako podstawowe „wyobrażenie tożsamościowe”, jego strategię po roku 1956, stosunek do państwa liberalno-demokratycznego i relacje z lewicą, zawłaszczanie przez Kościół, przy wsparciu prawicy, sfery publicznej i omawia ten nurt literatury po 1989 roku, który odnosił się do szeroko rozumianych zagadnień roli, także kulturowo-obyczajowej, Kościoła katolickiego w Polsce, zarówno wobec niego aprobatywnie (m.in. Bronisław Wildstein, Andrzej Horubała), jak również krytycznie i problematyzująco (m.in. Kinga Dunin, Jerzy Sosnowski, Ewa Madeyska, Grażyna Plebanek, Marta Dzido czy Olga Tokarczuk). Szkic Katarzyny Nadanej-Sokołowskiej to bardzo dobry punkt wyjścia do debaty, której brak autorka zasygnalizowała w tytule. Przy czym w ciągu trzech lat, które właśnie upływają od ukazania się tej edycji, tematów do takiej debaty (n.p. tych podjętych w filmach braci Sekielskich) przybyło.

„ Debaty po roku 1989. Literatura w procesach komunikacji w stronę nowej syntezy (2)”, pod red. Maryli Hopfinger, Zygmunta Ziątka i Tomasza Żukowskiego, IBL PAN Wydawnictwo, warszawa 2017, str. 507, ISBN 978-83-65832-31-3

Kanon nie jest raz na zawsze

Nie jest tak, że wystarczy przeczytać dzieła Sienkiewicza i Mickiewicza, i już można uznać się za człowieka kulturalnego – z prof. dr. hab. Anną Nasiłowską, krytyczką, prozaiczką i literaturoznawczynią, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Przed laty często powracały w przestrzeni publicznej dyskusje o kanonie lektur szkolnych, choć ostatnimi czasy jakoś ucichły. Jednak w czasie matur temat ten nabiera aktualności. Jaki jest Pani pogląd na tę kwestię? Czy kanon ma sens, czy jego egzekwowanie jest realistyczne, a jeśli tak, to według jakich kryteriów taki kanon powinien być ułożony?
W moim przekonaniu młody człowiek powinien wynieść ze szkoły wyobrażenie i rozeznanie, co jest w kulturze ważne. Dlatego nie chodzi tylko o lektury, które ma mieć za sobą, ale także o to, co powinien jeszcze w przyszłości przeczytać. Byłyby to wskazówki na całe życie, ponieważ być może to tylko szkoła stwarza jedyną i niepowtarzalną okazją uzyskania ich przez ucznia. Kanon nie powinien być więc zamknięty i raz na zawsze określony. Nie jest tak, że wystarczy przeczytać dzieła Sienkiewicza i Mickiewicza, i już można uznać się za człowieka kulturalnego. To jest zawsze zadanie, które stoi przed nami. Jeśli bowiem zastanowimy się nad tym, co jest ważne z klasyki powieści XX wieku, to okaże się, że trzeba w pewnym momencie przeczytać i Joyce’a, i Prousta, i Faulknera i tak dalej. Już te nazwiska wskazują, że nie jest to zadanie na siły ucznia szkoły średniej, natomiast powinien on wynieść przekonanie, że tą ścieżką można podążać i że coś jest w przyszłości do dopełnienia. To jest także kwestia wyboru odpowiedniego czasu lektury, bo na Prousta trzeba przeznaczyć może całe wakacje, bo i lektura obszerna, i wielkie przedsięwzięcie duchowe. Od szkoły powinniśmy też oczekiwać wyrobienia przekonania co jest ważne, a co niezbędne. Niestety w ramach reformy ograniczono listę lektur. Zasada mniej wiadomości, więcej umiejętności niekoniecznie jednak sprawdza się w humanistyce.
Czy testy jako forma egzaminu sprawdzają się w przypadku przedmiotów humanistycznych?
Zupełnie nie. One są nieszczęściem ciążącym nad polską szkołą, bo wymagaj wiedzy bardzo zamkniętej, punktowej, a taka jest sprzeczna z paradygmatem wiedzy humanistycznej. Testy mierzą stopień opanowania średnich umiejętności, bardzo wystandaryzowanych. Inteligentny uczeń wie, że nie powinien iść na całość i prezentować swoich własnych przemyśleń czy oryginalnych opinii. Wie, że musi wykonać to, czego od niego oczekuje i tylko to. Przygotowywanie się pod kątem testów przeobraziło cały sposób nauczania literatury w szkole, bo nauczyciel jest rozliczany z wymiernych efektów nauczania. Nie kształtuje natomiast świadomych odbiorców kultury, jakimi uczniowie powinni być przez całe życie.
Powróćmy do kanonu lektur. Jakie powinny być proporcje w kanonie lektur. Jakie tytuły powinny dominować, polskie, zgodnie z kryterium kształcenia polonocentrycznego czy może powinna być równowaga między literaturą polską a powszechną. Jakie też powinny być proporcje ilościowe między klasyką a literaturą współczesną i tak dalej?
To bardzo trudny problem, bo czasu w trzyletnim liceum jest niewiele. W pierwszym roku „przerabia się” literaturę najdawniejszą, w drugim romantyzm i pozytywizm, więc na rzeczy współczesne nie starcza czasu. Są jednak zjawiska z kręgu literatury współczesnej, które są niezbywalną częścią kanonu, jak choćby mówiąca o granicach człowieczeństwa proza Tadeusza Borowskiego czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Przespacerujmy się skrótami, co już powoduje wielkie uproszczenie, przez kanon literatury najdawniejszej. Czy literaturę antyczną warto uczniom polecać do czytania?
Warto, i nie jest to aż takie trudne, bo nowe przekłady odświeżają jej język. Większe są problemy ze średniowieczem i renesansem. Nie ułatwia ich rozwiązania np. słaby przekład „Boskiej Komedii” Dantego, ale powstał nowy, lepszy. Jest natomiast kłopot z polską klasyką. Sienkiewicz na przykład jest słabo rozumiany i nie bardzo lubiany. Jego język jest bardzo bogaty i przez to dla większości uczniów trudny do zrozumienia, a nie sposób dokonywać przekładów naszej klasyki na język współczesny.
A co z wielką prozą dziewiętnastowieczną? Z Balzakiem, Flaubertem, Stendhalem, Dickensem, Tołstojem, Dostojewskim itd.? Ale też z takim dziełem jak „Faust” Goethego?
Każdy z tych autorów jest niezbywalny, ale co zrobić z poleceniem młodzieży przeczytania n.p. „Wojny i pokoju”. Wypada chyba zgodzić się na zastąpienie w niektórych przypadkach lektur – ekranizacjami filmowymi. Z literatury światowej wybór w szkolnym zestawie jest niewielki i stanowi to akt zaufania do nauczycieli, że wybiorą to, co najcenniejsze. Jeśli jednak nauczyciel wybierze z polskiej prozy XIX wieku n.p. „Lalkę” Prusa, to powstaje nowy problem. Przecież by zrozumieć i dojrzale odczytać tę wielowarstwową powieść, trzeba mieć wyposażenie humanistyczne, znać kontekst kulturowy, polityczny, duchowy, styl, nastrój epoki. To jest przecież nie do wyegzekwowania od 99 procent uczniów. To ogromny problem. Lektura takiej powieści jest jak przedzieranie się przez fascynującą „magmę”. Tymczasem wspomniany już nieszczęsny system testowy preferuje wiedzę quizową, kto jak był ubrany, ile kosztowała kamienica itd. Spotkałam się z humorystycznym przykładem odpowiedzi ucznia, który określenie „musiał wypić piwo, którego wszyscy nawarzyli” zinterpretował tak, że Wokulski został piwowarem.
Zajmuje się Pani naukowo literaturą XX wieku. Jednym z jej najwybitniejszych nazwisk jest Witold Gombrowicz, pisarz, który wszedł do krwioobiegu polskiej literatury nie tylko dzięki kunsztowi pisarskiemu, ale także dlatego, że poddał oryginalnej krytyce kanoniczną tradycję polską. Moim zdaniem nieprzeczytanie i nieprzemyślenie Gombrowicza stanowi lukę uniemożliwiającą zrozumienie kluczowych zagadnień polskiego kodu kulturowego…
Brak znajomości problematyki twórczości Gombrowicza, choćby na podstawowym poziomie, który nazwałabym „kanonicznym”, rzeczywiście uniemożliwia pełne objęcie horyzontu polskiej kultury. Za ministra edukacji Giertycha przeżyliśmy próbę wyrzucenia Gombrowicza z listy lektur licealnych. Wiem, że nauczyciele na ogół nie lubi ”Ferdydurke”, bo jest to powieść przeciwko szkole, więc dość kłopotliwa dla nich. Przeżyłam czasy, kiedy Gombrowicza nie było na liście lektur, ale świetnie się go czytało pod ławką. Zgodziłabym się na to, by w szkole czytać jego „Dziennik”, a resztę zostawić dla chętnych. „Dziennik” wspaniale wprowadza w jego biografię, idee niektórych utworów i w myślowe prądy europejskie, z którymi Gombrowicz miał do czynienia, a poza tym daje uczniowi zetknięcie z ważnym gatunkiem literatury XX wieku, jakim jest dziennik.
Czym zatem, wobec dramatycznej konieczności wyboru spośród wielkiego bogactwa, powinien być kanon lektur szkolnych?
Nie jest możliwe stworzenie sztywnej listy n.p. dwudziestu czy nawet pięćdziesięciu tytułów, po których przeczytaniu zyskuje się „gotowe” wyposażenie humanistyczne. Widzę kanon raczej jako obraz pewnej sieci powiązań i jako pewne zadanie na przyszłość. Tradycja literacka, to z jednej strony tradycja o charakterze zachowawczym, a z drugiej tradycja buntownicza intelektualnie i społecznie, obrazoburcza. Tę pierwszą w literaturze polskiej reprezentuje Sienkiewicz, tę drugą Gombrowicz, choć i on już jest ucukrowanym klasykiem.
Jakie proporcje powinny być zachowane w kanonie między tymi dwiema ścieżkami?
Jedno bez drugiego nie ma sensu. Nie można się buntować przeciw obecności Sienkiewicza, bo bez niego nie było by Gombrowicza. Żeby zrozumieć „Transatlantyk”, trzeba znać i Sienkiewicza, i mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” i „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska z jego cudownym językiem narracji sarmackiej. Zresztą, dziś jesteśmy być może w innym punkcie niż Gombrowicz i trzeba się buntować przeciwko czemuś innemu.
Czy tradycja literacka ma był ołtarzem, jak chcą kulturowi konserwatyści czy zachętą do poszukiwania cennych, nie zadekretowanych jakości?
W literaturze polskiej mamy niewiele leżących na piedestale martwych świętości. W „Panu Tadeuszu” czy „Dziadach” jest ogromny potencja¸ ironii i wieloznaczności, a utwory te zachęcają do wejścia z nimi w dialog.
Być może najważniejszy, najbardziej nośny nurt na całej przestrzeni dziejów polskiej literatury, czyli romantyzm, jest napisany w języku bardzo hermetycznym. Czy on jest dziś przetłumaczalny na naszą współczesność?
Romantyzm jest niezbędny dla zrozumienia, czym jesteśmy i dlaczego jesteśmy tak dziwnym narodem. Romantyzm to nie jest martwa literatura narodowa, lecz także liryka, w której jest wiele przestrzeni dla uczuć, dla indywidualności i odkrywania siebie. Także u Sienkiewicza, pisarza bardzo tradycyjnego i patriotycznego, można dziś doczytać się wielu nowych znaczeń. Wspominał o tym choćby emigracyjny, bardzo rozwichrzony, niepodległy duchowo pisarz jak Andrzej Bobkowski w pisanych w Paryżu wspaniałych „Szkicach piórkiem”.
Co do kanonu powinno wejść z literatury okresu Polski Ludowej?
Z tego okresu zostało całkiem sporo. Wymienię tylko choćby „Austerię” Juliana Stryjkowskiego, czy „Małą Apokalipsę” Tadeusza Konwickiego, która wprowadza w sam środek pewnego fundamentalnego w tamtej Polsce sporu. Świetne są opowiadania Adolfa Rudnickiego. Dobrym pisarzem był Tadeusz Breza, ale tej klasy pisarzy mieliśmy więcej. Wybitny był Teodor Parnicki, ale on tworzył wersje oboczne historii, nieprzyswajalne przy braku znajomości wersji kanonicznej. Wymieniałabym też prozę Wiesława Myśliwskiego, choć jego kunsztowne opowieści są też pożegnaniem z pewną kulturą. Oczywiście absolutną podstawą poezji i dramatu współczesnego pozostaje Tadeusz Różewicz, także autor niesłusznie zapomnianych opowiadań.
A proza noblistki Olgi Tokarczuk?
Rozmawiamy jednak o kanonie, a o nim możemy mówić w kontekście autorów, których twórczość jest już zamknięta. Olga Tokarczuk jest ciągle czynną pisarką. Na pewno ma swoje ważne miejsce w literaturze współczesnej.
Czy można w dzisiejszej, migotliwej, zmiennej rzeczywistościzrealizować stary postulat i napisać powieść syntetyzującą naszą epokę, „Lalkę” XX wieku?
To jest pomysł dość archaiczny artystycznie, ale jeśli potraktować rzecz z całym dobrodziejstwem inwentarza i przemyśleć całą tradycję, teoretycznie wszystko jest możliwe. Wątpię, by Bolesław Prus pisząc „Lalkę” miał poczucie, że pisze o świecie ustalonych wartości, stabilnym. W powieściach współczesnych będących namiastką takich ujęć celują pisarze identyfikujący się z prawicą, jak Bronisław Wildstein czy Rafał Ziemkiewicz. Dają oni tradycyjne powieściowe ujęcia sięgające do okresu PRL z przemianami ideowymi bohaterów. Osobną kwestią jest wartość artystyczna tej prozy…
Jaką rangę przydałaby Pani literaturze emigracyjnej?
Tamci pisarze nie mogli na obczyźnie trwać w krwiobiegu rzeczywistości polskiej i po części wypadli z ciągłości kulturowej. N.p. eseje Stanisława Stempowskiego są doskonałe, ale były adresowane do kulturalnego czytelnika, który właściwie przestał istnieć i wpisane w czas oraz świat, który minął. Także ta wspaniała literatura epistolograficzna, w ostatnich latach wydawana, listy Giedroycia do Bobkowskiego, Jeleńskiego, Mieroszewskiego i innych, wywołuje we mnie nostalgię, że nie ma już ludzi, którzy pisali takie listy.
Jak to umieścić w kanonie?
Tylko przez antologię fragmentów. Innego wyjścia nie widzę. Fragmentacja powieści jest zabiegiem bardzo redukującym, ale prezentacja wyboru z dzienników czy listów – do przyjęcia. Poza tym – konieczne są antologie poetyckie. Uczniom można przekazać problemy zawarte w literaturze, od wielkiej biedy nawet bez czytania jej przez nich.
Czy jednak da się przekazać, zaszczepić to, co najcenniejsze w czytaniu, dar smakowania literatury jako jakości estetycznej?
Nie wszystko jest dla wszystkich. Ważne jest, żeby szkoła otworzyła ścieżki do różnych krain literackich i uwrażliwiła go na różne wartości estetyczne.
Dziękuję za rozmowę.

Anna Nasiłowska (ur. 1958) – krytyczka i literaturoznawczyni, profesor w Instytutu Badań Literackich PAN. Autorka książek o literaturze i tomów prozy. Ma na koncie takie tytuły, jak „Kazimierz Wierzyński” (1991), „Miasta” (1993), „Domino” (1995), „Trzydziestolecie 1914-1944” (1995), „Literatura współczesna. Podręcznik dla szkół ponadpodstawowych” (1997), „Persona liryczna” (2000), „Księga początku” (2002), „Jean Paul Sartre i Simone de Beauvoir” (2006), „Literatura okresu przejściowego. 1976-1996” (2007), „Wielka Wymiana Widoków” (2008), „Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie. Antologia” (2009), „Dyskont słów” (2016), „Historia literatury polskiej” (2019).

Pisarskie i życiowe gry Jerzego Pilcha

Jerzy Pilch (1952-2020)

Jerzy Pilch był chyba (używam słowo „chyba”, gdybym jakieś zjawisko przeoczył) pierwszym polskim pisarzem epoki nowych mediów, który funkcjonował równolegle, właściwie symetrycznie jako dziennikarz, nie w rudymentarnym znaczeniu tego słowa jako reporter dostarczający informacji z rzeczywistości, „prosto od krowy”, lecz jako dziennikarz-felietonista tę rzeczywistość komentujący.

Nawet data jego pisarskiego „objawienia się” mu pomogła, jako że jego krajowe zaistnienie przypadło dokładnie na przełom lat 1988/1989. Podobne mechanizmy po 1989 roku rządziły boomem pisarskim Janusza Głowackiego, ale ten (starszy o 14 lat) zaczynał drogę pisarską na początku lat sześćdziesiątych, w zupełnie innych warunkach.
Zawsze oczywiście można przywołać postać Bolesława Prusa, największego dziennikarza wśród pisarzy i największego pisarza wśród dziennikarzy, a także spore grono pisarzy, którzy parali się pisaniem do prasy. Jednak chociaż twórca „Lalki” pisał do prasy „Kroniki tygodniowe”, to ich ranga na skali jego twórczości mimo wszystko nie da się porównać z klasą i rezonansem jego największych powieści. Dopiero bowiem Pilchowi dana była możliwość wykorzystania w tym stopniu mediów, także elektronicznych, do zbudowania pisarskiej pozycji. Można chyba nawet zaryzykować tezę, że Pilch był jako błyskotliwy felietonista sławniejszy i popularniejszy niż jako prozaik.
Czy wspomniane wyżej okoliczności mają jednak jakiś wpływ na charakter prozatorskich dokonań Pilcha? Nie należy tego wpływu przeceniać, ale niewątpliwie występował. Pilch zadebiutował w 1988 roku jako autor zbioru opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” wydanych w emigracyjnej londyńskiej oficynie „Puls”, która rok później przyniosła mu nagrodę imienia Kościelskich. Wkrótce potem został bardzo czytanym felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, krakowskiego pisma katolickiej inteligencji, które od lat odgrywało rolę nieformalnego ośrodka intelektualnej opozycji politycznej w PRL. I właśnie nie tyle fakt uzyskania nagrody im. Kościelskich, ile wejście w krąg bliski bardzo sprawnym przedsiębiorstwom wydawniczym, jakim były „Znak” i „Wydawnictwo Literackie” stało się dla Pilcha pierwszą skuteczną dźwignią promocyjną. Po kilku latach nastąpiła „wolta ideowa” pisarza, który odszedł z „TP” i podjął współpracę z tygodnikiem „Polityka” (na wiele lat) i z „Hustlerem” (na krótko), jeszcze później sympatyzował z „Gazetą Wyborczą”, a przyznanie mu w 2001 roku nagrody „Nike” za powieść „Pod Mocnym Aniołem”, na szereg lat uczyniło tę właśnie gazetę promocyjną dźwignią jego prozy. Całe to zjawisko opisał Krzysztof Uniłowski w szkicu „Pisarz jako gwiazdor”.
Bo rzeczywiście, istnienie Pilcha jako pisarza nie rządziło się tradycyjnym schematem: edycja – recenzje – książka na półkach w oczekiwaniu na czytelników. Pilch stał się pisarską gwiazdą, celebrytą, showmenem, uczestnikiem showbiznesu, eksploatującym w pisanych tekstach i w udzielanych wywiadach wątki osobiste, m.in. związane z jego chorobą alkoholową czy życiem erotycznym, co czyniło go częstym bohaterem barwnych mediów plotkarskich. W tekście „Tak czy owak Pilch” („GW”, 2004), Przemysław Czapliński napisał sarkastycznie: „Miałem koszmarny sen. Śniło mi się, że Jerzy Pilch wydał nową książkę. Wydawca, zanim książka się ukazała, opublikował jej fragmenty we wszystkich znaczących gazetach, a kilka gazet – tylko w tym celu – powołał do życia. Z koszmaru mojego Jerzy Pilch – człowiek wielkiej wrażliwości, pisarz zgłodniały, pisarz zgłodniały kontaktu z czytelnikami, delikatny i subtelny polemista zawsze zainteresowany krytycznymi uwagami o swoich książkach – wyłaniał się jako pisarz gniewny, okrutny, medialnie wszechwładny. (…) Kiedy koszmar się pogłębiał, nagle przyniósł pocieszenie (…) powieść będzie bestsellerem niezależnie od wartości, a krytyka nie zaszkodzi poczytności”. Ten tekst ukazał się już po tym, gdy pisarz podpisał „gwiazdorski” kontrakt na wydawanie kolejnych powieści w koncernie wydawniczym Bertelsmana. Przy tych wszystkich perypetiach personalnych oraz zmianach wydawniczych i promocyjnych patronów, a także całym merkantylnym wymiarze jego funkcjonowania, Pilch, krytykowany też czasem za „wtórność, powierzchowność, efekciarstwo, „felietonowość”, ciągle pozostawał jednocześnie, mocą paradoksu, pisarzem odzwierciedlającym, do pewnego stopnia, „wizerunek pisarza narodowego, będącego zgrupowaniem takich cech, jak: olimpijskość, autorytet, powaga, głębia czy zatroskanie” (D. Nowacki). W 2001 roku „Polityka” ogłosiła czytelniczą zabawę „Napisz powieść z Pilchem”, interakcyjną zabawę zbiorową polegającą na konstruowaniu przez dziesiątki czytelników powieści w oparciu o zainicjowany przez moderującego pisarza początek. Dwa lata później „Polityka” ogłosiła ogólnopolski konkurs literacki na opowiadanie, którego jednoosobowym jury był Pilch i którego owocem była antologia wybranych opowiadań, „Pisz do Pilcha! Opowiadań współczesnych trzydzieści i trzy” (2005). Fakt sięgnięcia po szerszą rzeszę czytelników czynił z Pilcha już nie tylko pisarza, ale ludycznego guru literatury. Choć anima naturaliter intelektualista, stał się pisarzem (jak na polskie warunki) popularnym, niemal tak, jak popularnymi pisarkami stały się nieco później autorki prozy „romantycznej” z Katarzyną Grocholą czy Małgorzatą Kalicińską na czele, pisarzem obficie obecnym w mediach elektronicznych coraz dynamiczniej się rozwijających.
Utworem, który jako pierwszy po „Wyznaniach” ugruntował pozycję Pilcha był „Spis cudzołożnic” (1993), zekranizowany przez Jerzego Stuhra, jedyna prawdziwa powieść krakowska pisarza, tak jak „Miasto utrapienia” (2004) jest powieścią warszawską. Pilch był bardzo płodny i wydawał kolejne powieści zazwyczaj co dwa lata, a nieraz częściej, m.in.: „Inne rozkosze” (1995), „Tysiąc spokojnych miast” (1997), „Bezpowrotnie utracona leworęczność” (1998), „Marsz Polonia” (2008), „Wiele demonów” (2012), „Portret młodej Wenecjanki” (2017), „Żywego ducha” (2018), „Żółte światło” (2019) Z formalnego punktu widzenia proza Pilcha, choć naszpikowana tworzywem realistycznym, daleka jest od typowego realistycznego mimetyzmu. Krytyk Dariusz Nowacki pisał o tej prozie, że to „narracje pozbawione uciążliwych pretensji i jednocześnie takie, których żywiołem jest wdzięk stylu, uroda radosnej fabulacji, smak anegdoty uchylającej się właściwie od budowania obrazu świata, anegdoty ważnej jedynie jako gawędziarski akt mowy”. I rzeczywiście u Pilcha wyczuwa się przyjemność samego aktu opowiadania, przyjemność posługiwania się wyrafinowanym „pieniącym się” stylem, który – w drodze wzajemności – budził podobną przyjemność w czytelnikach. Jan Błoński zwracał uwagę na mimetyczność pilchowej prozy. Na przykładzie „Spisu cudzołożnic” zauważał, że pisarz niczego właściwie nie odtwarza, przeciwnie, to odmiany mówienia (a więc utarte zwroty, pospolite przenośnie, literackie przytoczenia, różnice wysokości stylu i tym podobne) rodzą niejako zdarzenia i postacie, czy też ogólniej – niemal jawnie budują „świat przedstawiony”. Rzeczywiście, mimetycznego „świata przedstawionego” w prozie Pilcha właściwie nie ma, on jest tylko w głowie pisarza. Powieści Pilcha trudno, a właściwie w ogóle nie sposób opowiedzieć, streścić. Krytyk Piotr Śliwiński pisał, że jedynym celem pisarskim Pilcha jest opowieść kontynuować, „powielać, podtrzymywać, przedłużać. Istotności, zarysowujące się tu i ówdzie w tekście powieści, ostatecznie rozpływają się w gadaniu. Zawiązki dramatu okazują się zawiązkami okresów oratorskich, konstrukcja świata zaś ma charakter syntaktyczny”. Widać to wyraźnie na przykład w „Tysiącu spokojnych miast”, gdzie „sensacyjna” jako zamysł osnowa w postaci konceptu groteskowego zamachu pewnego szarego obywatela na Władysława Gomułkę, roztapia się, rozpływa w owym „gadaniu”, w rozszczepianiu się akcji i wątków, w ich zawieszaniu, na stosowaniu trybu przypuszczalnego, warunkowego, na wędrowaniu fragmentów „akcji” w labirynty i zakola, z których już ona nie wychodzi, na zastępowaniu wspomnienia zmyśleniem, na rozdzielaniu ról autora, narratora i bohaterów powieści, na żonglowaniu własną osobą poprzez grę własnymi „sobowtórami” i na innych tym podobnych zabiegach. Krzysztof Uniłowski w przywołanym wcześniej szkicu o Pilchu jako o „pisarzu-gwiazdorze” określa to jako „retoryczną nadorganizację tekstu”, jego narrację jako „autonomizującą się” i „autogeneratywną”, „wspartą na retorycznych wzorach homiletyki”, a formułę jego powieści jako formułę „niedokończonego projektu”. Przy czym wszystkich tych zabiegów Pilch nie kamuflował, nie skrywał przed czytelnikiem, lecz otwarcie je deklarował. Nie sposób też przy tej okazji nie wspomnieć o takich tematycznych „nadreprezentacjach” w jego prozie i felietonach, jakimi były: jego rodzinna, ewangelicka Wisła oraz piłka nożna, którą wielbił miłością wariacką i niezmordowaną, chyba nade wszystko.
Lubię prozę Pilcha, lubiłem dawać się wpuszczać w jego gry, padać ofiarą jego „manipulacji”, jego drwinek z czytelnika. Chyba jednak jeszcze bardzie lubiłem go jako felietonistę. Jego felieton z „ciastkiem” w tytule ( tygodnik „Polityka”, 1999), to mistrzostwo felietonowego świata. Jego koncept polegał na użyciu „broni atomowej”, by niczym Jowisz Gromowładny, za byle głupstwo frazeologiczne zbesztać młodszego kolegę po piórze z prawicowego pisma. W tym roku ukazał się Pilcha tom „60 felietonów najjadowitszych”. Jeszcze do nich nie zajrzałem. Może jest tam ten felieton. Urodzony 10 sierpnia 1952 roku w Wiśle, zmarł w Kielcach 29 maja 2020.

Luis Sepulveda – pisarz, rewolucjonista, ekolog

Odnoszę wrażenie,że w ostatnim czasie odchodzi z tego świata wyjątkowo dużo znanych i wybitnych ludzi. Nie tylko w Polsce,lecz w całym świecie. Pewnym symbolem była śmierć Krzysztofa Pendereckiego. W minionych dniach zmarli m.in.: dr Krystyna Łybacka-długoletnia posłanka, eurodeputowana, była minister edukacji i sportu,a także prof. Janusz Symonides – prawnik i długoletni dyrektor PISM-u (Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Symboliczny stał się dla mnie też zgon na koronawirusa w wieku 71 lat w Oviedo (w Asturii) chilijskiego twórcy (pisarza, dziennikarza, człowieka filmu), działacza lewicy oraz alterglobalisty – Luisa Sepulvedy.

Poczynając od lat 60, a zwłaszcza w dekadzie lat 70. i 80., ogromną popularność w świecie (w Europie bodaj największą we Francji i Polsce) zaczęła zdobywać literatura Ameryki Łacińskiej. Jej twórcy (poeci i powieściopisarze) odnoszący wielkie sukcesy,wywodzili się z różnych krajów i szereg z nich zasłużenie zostało wyróżnionych Nagrodami Nobla.
Wspomnę tylko niektórych:Jorge Luis Borges i Julio Cortazar z Argentyny,Paulo Coelho z Brazylii,Gabriela Mistral i Pablo Neruda z Chile, Miguel Angel Asturias z Gwatemali, Alejo Carpentier z Kuby, Gabriel Garcia Marquez z Kolumbii (nota bene autor „Miłości w czasach zarazy”), Carlos Fuentes i Octavio Paz z Meksyku, Mario Vargas Llosa z Peru. Do ich popularności nad Wisłą przyczynili się w dużym stopniu znakomici tłumacze z hiszpańskiego i portugalskiego, m.in. Carlos Marrodan Casas, Kalina Wojciechowska czy Grażyna Grudzińska).
Sepulveda był i jest nad Wisłą mniej znany niż wspomniana przeze mnie czołówka autorów latynoamerykańskich, ale życiorys miał wyjątkowy. Bogatszy niż Hemingway, którego uważał za swego mistrza.
Wnuk andaluzyjskiego anarchisty zmuszonego uciec do Ekwadoru,a następnie do Chile, oraz Indianki Mapuche działał w młodzieżówce komunistycznej. Za rządów prezydenta Allende był jednym z jego ochroniarzy,a po zamachu gen. Pinocheta we wrześniu 1973 r. aresztowano go, brutalnie torturowano i skazano na 28 lat więzienia.
Po prawie 3 latach,dzięki wstawiennictwu Amnesty International, otrzymał w Szwecji azyl polityczny, lecz postanowił wrócić do Ameryki Południowej.Pobyt u Indian Shuarów w 1978 r. posłużył mu do badania wpływu kolonizacji i stworzył materię do pierwszej powieści.
Wkrótce potem trafił do Nikaragui, gdzie w brygadzie im. Simona Bolivara uczestniczył w walce zbrojnej z dyktaturą Somozów po stronie sandinistów (FSLN). Jednak coraz częściej wykazywał rozczarowanie tym,że-jak pisał-”piękne rewolucje kończą się piekłem z powodu wiecznych ułomności: dogmatyzmu,uniformizacji i braku twórczej szlachetności”. Osobiście wcale mu się nie dziwiłem. Gdy patrzy się np. na Nikaraguę (odwiedzałem ten kraj w 1983r.,w okresie euforii rewolucyjnej) to były lider sandinistów Daniel Ortega (prezydent w latach 1985-90 i od I 2007 r.) kompletnie zmienił front. Z rewolucjonisty stał się czystej wody prawicowcem między innymi żonę Rosario Murillo uczynił swoim zastępcą i całkowicie zakazał aborcji.
Luis Sepulveda miał też skomplikowane życie osobiste-kilka żon,sporo dzieci,a mieszkał m.in. w Hamburgu i Paryżu. Zdecydował się nie wracać do Chile,choć uważnie śledził sytuację w swej ojczyźnie. W 1996r. postanowił osiąść w Gijon,w Asturii-na północy Hiszpanii.
Wcześniej współpracował też z Greenpeace, pływając m.in. na statkach tej organizacji. Mnie zainteresował także dlatego, iż uważam Chile za jedno z najciekawszych i najpiękniejszych państw świata. Odwiedzałem również Patagonię, której poświęcił dwie książki:”Express Patagonia” i „Podróż do świata na końcu świata”. Warto pamiętać, iż w fantastycznej stolicy argentyńskiej Patagonii – Ushuaia (jej chilijskim odpowiednikiem jest równie ciekawe Punta Arenas)znajduje się „oficjalny koniec świata” i też kursuje tam „kolej na końcu świata.
Książki Sepulvedy przełożono na ok. 60 języków. Kilka z nich także na polski, np. „O starym człowieku, co czytał romanse”, „Historia o mewie i kocie,który ją uczył latać:Dla dzieci od lat 8 do 88”, czy „Niemy Uzbek”. Warto przetłumaczyć kilka innych,w tym bodaj ostatnią „Koniec historii” (z 2017 r.) – będącą rozrachunkiem z juntą chilijską.

Lewica winna bronić inteligenckiego ethosu

– Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce z prof. Krzysztofem Kłosińskim, historykiem i teoretykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W zeszłym roku upłynęła 50 rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, ukazała się też jego pierwsza, obszerna, dwutomowa biografia autorstwa Klementyny Suchanow. Przeszła jednak bez większego echa. Gombrowicz przestał być istotną postacią w publicznej debacie?
Bez przemyślenia Gombrowicza i bez tej całej sfery krytyki wizji sienkiewiczowskiej, którą zapoczątkował Prus i kilku jego współczesnych, w tym Stanisław Brzozowski w „Legendzie Młodej Polski”, trudno mówić o świadomym udziale w polskiej sferze życia umysłowego, w nowoczesnej świadomości polskiej. Bunt Gombrowicza przeciw Sienkiewiczowi to główny węzeł nowoczesnej świadomości polskiej inteligencji. Z kolei Gombrowicz jest nielubiany przez pewne kręgi polskiej – powiedzmy to tak ogólnie – konserwatywnej prawicy. Jest coś groźniejszego, co się za tymi głosami kryje. Radykalne nastawienie antyinteligenckie. Stosunek do Sienkiewicza był od samego początku kryterium stosunku do polskości: czy ma być ona tradycjonalistyczna, katolicka, „przedmurzowa” (Matka Boska kiwa z nieba Longinusowi obcinającemu głowy poganom), czy nowoczesna, laicka. Właśnie w dyskusji z Sienkiewiczem kształtował się ten drugi model – od Prusa, przez Brzozowskiego, po Gombrowicza. I on budował ethos inteligenta. Polski inteligent mówił Gombrowiczem, bo to mu dawało immunologiczną odporność na nowomowę.
Sienkiewicza nie lubi Pan czytać?
Tak się złożyło, że na uroki Sienkiewicza jestem dość uodporniony. Mój ojciec był partyzantem i, jak wielu partyzantów, lubował się w Sienkiewiczu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam więc liczne wieczorne czytania Sienkiewicza i tę jakże niezdrową egzaltację, która polegała na totalnym odlocie, czyli całkowitej ucieczce od rzeczywistości (ojciec miał za sobą stalinowskie więzienie). Ale rzecz nie w moim upodobaniu do Sienkiewicza, czy jego braku, lecz w tym, że to nie jest pisarz, który powinien koronować szkolny kanon polskiej literatury. Wizja sienkiewiczowska jest już bardzo anachroniczna i pokazuje – jak mówił Brzozowski – Polskę „zdziecinniałą”.
W dużym stopniu zgadzam się, aczkolwiek n.p. badaczka z Białegostoku, profesor Jolanta Sztachelska przekonuje w swoich pracach, że Sienkiewicz nie był aż tak zakamieniałym konserwatystą za jakiego się go uważa, lecz umiarkowanym sceptykiem, który pod kostiumem tradycjonalisty skrywał całkiem nowoczesne spojrzenie na świat. A ponieważ Sienkiewicz należy do kanonu, mam pytanie o sens koncepcji kanonu lektur jako takiego. Kanon z założenia jest zbiorem wyselekcjonowanych, zadekretowanych, odświętnie wypucowanych najlepszych okazów literatury, a przecież kultura, literatura to gęsty, „nieplewiony” ogród „okazów” bardzo zróżnicowanych, także jakościowo, to całość, w jej splątaniu, w sprzecznościach. Czy można zrozumieć literaturę pomijając to splątanie?
No właśnie, nie można, bo wtedy ta perspektywa się zawęża, redukuje, chociaż ze względu na realia trzeba się pogodzić z tym, że na poziomie edukacji szkolnej nie da się przekazać uczniom całego dziedzictwa w jego złożoności. To jednak nie oznacza, że można proponować takie rzeczy, jak usunięcie z kanonu Gombrowicza, giganta literatury nowoczesnej, by na jego miejsce wprowadzać pisarza drugorzędnego, jak Jan Dobraczyński, pod pretekstem, że tamten był „niepatriotyczny”, a ten jest „patriotyczny”. Podobne kryteria mają tę wadę, że ich sens zależy od tego, kto mówi. Dla mnie jest, np. odwrotnie: Gombrowicz jest heroiczny w swoim przemyśleniu polskości i narzucaniu się z nią światu, a Dobraczyński to konformista. Kryteria moralne nie powinny być jednak mieszane z estetycznymi, podstawowymi w literaturze.
Jeśli by poważnie przyjąć postulat przekazywania wiedzy o literaturze jako odzwierciedlenie ewolucji kultury, polityki, społecznej świadomości etc., to może należało by wprowadzić do kanonu także np. literaturę okresu socrealizmu, by pokazać, jaki obraz świata pokazywała czytelnikowi?
To jest kwestia lektury: mamy sporo świetnych interpretacji socrealizmu w humanistyce, w szkole natomiast ten nurt jest niczym upiór, widmo. Potępia się go jak diabła i tyle. Swego czasu przeczytałem „Władzę” Tadeusza Konwickiego jako powieść o człowieku, któremu owa tytułowa „Władza” stawia alternatywę: albo jesteś z nami jako istota rozumna, albo przeciw nam jako „pełne zadziorów ciało”. Przecież Miłosz stawiał tę samą diagnozę w „Zniewolonym umyśle”.
Tylko, że wprowadzając socrealizm do kanonu otwieramy pytanie – a dlaczego nie inne nurty w literaturze? Może zwyczajnie zadowalający kanon dla szkoły jest niemożliwy?
Zadowalający na pewno nie. Można się jedynie zbliżać do jakiegoś wyobrażonego, idealnego modelu. Na marginesie dzisiejszych sporów przypomnę wielką przegraną w pojedynku Kochanowski – Rej. Narodowa w swoim profilu szkolna historia literatury zrobiła z tego drugiego zdziecinniałego idiotę. Tak, na przykład, spreparowano „Krótką rozprawę ”, żeby dzieci czytały o „liczeniu jajec”, a nie o systemie wartości obowiązujących obywateli Republiki. Bo Rej był inny, protestancki. I tak to trwa do dziś.
Czy jest możliwe wskazanie jakichś charakterystycznych, wiodących tematów klasycznej polskiej literatury, wiodących obsesji, jakiegoś rdzenia?
Jednego na pewno nie, na to jest zbyt zróżnicowana, ale akurat przychodzi mi na myśl pewien bardzo znamienny motyw, bardzo w polskiej literaturze zauważalny, motyw pogardy. Sięgam ciągle do jednej z najwspanialszych powieści polskich, być może najwspanialszej, czyli do „Lalki” Prusa. Mogę powiedzieć, że żyję z tą książką za pana brat. Jest ona oczywiście niebywale wielowarstwowa, mówi o miłości, o przemijaniu, u fundamentalnych zjawiskach życia, ale wydaje mi się, że tym, o czym ona tak naprawdę opowiada, jest pogarda. Bogatego do biednego, dobrze urodzonego do źle urodzonego i na odwrót. Przecież kluczowa relacja w tej powieści – między Izabelą a Wokulskim – to w istocie rzeczy stosunek pogardy. Bohaterowie są dla siebie stworzeni, tak jak stworzeni są dla siebie energiczny Wokulski i tęskniąca za rozwojem Warszawa. I co z tego? I nic. Najpierw jego dosięga pogarda, a potem on uczy się gardzić. Widzi przyszłą Polskę jako „pokolenie urodzone i wychowane na tym śmietniku, z matki okrytej wysypką i beznosego ojca!”. Mówi na końcu o Izabeli: „Tak pogardzam i jeszcze ją kocham!”. A jakim mistrzem pogardy jest Sienkiewicz! Wydaje mi się, że pogarda jest bardzo charakterystycznym motywem emocjonalnym, by nie powiedzieć duchowym, polskiej kultury, polskiej obyczajowości – pogarda do tego, który jest „niżej”, komu można przypisać gorszość. Bardzo wiele pisał o niej Żeromski, choćby w „Ludziach bezdomnych” czy „Popiołach”. Wspaniale pokazała ten temat profesor Maria Janion w swojej książce „Niesamowita Słowiańszczyzna”, eksponując właśnie naszą pogardę dla siebie jako Słowian. Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce. To są nasze skrzywienia, które właśnie pisarze inteligenccy, z tego nurtu anty – sienkiewiczowskiego, pomagają nam diagnozować i leczyć.
Czy nie jest tak, że owa pogarda, o której Pan mówi, stanowi jedną z kluczowych barier modernizacji polskiego społeczeństwa, barier na drodze do stawania się społeczeństwem demokratycznym z ducha, a nie tylko z procedur?
Myślę, że tak, bo pogarda jest cechą społeczeństwa anachronicznego, zaskorupiałego, ale ja bym tej cechy nie przypisywał społeczeństwu en bloc, bo w nim jest wiele rozumności, lecz części elit rządzących, ludzi, którzy z rozniecania pogardy uczynili instrument walki politycznej.
Jest Pan badaczem i znawcą literatury XX, ale i XIX wieku? W jakim stopniu ta literatura wypełnia cechę aktualności, a w jakim jest już tylko zabytkiem literackim przeszłości?
Wszystko zależy od klasy dzieła. Wspomniana przeze mnie wcześniej „Lalka”, choć opowiada o XIX-wiecznej Warszawie, ma nam sporo do powiedzenia o nas dziś. Zależy, czy pod warstwą bezpośredniej narracji autorzy dawnej literatury zapisali doświadczenia ponadczasowe, albo takie, których sens dopiero my, po wielu dziesięcioleciach, możemy odkryć.
Nieprzypadkowo uczyniłem uwagę, że jako profesor literatury specjalizuje się Pan w dużym stopniu w literaturze wieku XIX, ponieważ, na zasadzie pewnego kontrapunktu, komentował Pan kiedyś, w duecie z Kazimierą Szczuką, w telewizyjnym programie „Wydanie drugie poprawione”, zjawiska literatury współczesnej. 45 lat temu ukazała się głośna książka Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony”, w której autorzy postawili literaturze okresu PRL zarzut, że nie daje pełnego obrazu rzeczywistości, co zresztą nie było bynajmniej wyłącznie zakamuflowanym zarzutem natury politycznej, lecz postulatem formułowanym przede wszystkim z punktu widzenia krytyki literackiej. Czy z tego punktu widzenia literatura powstająca po 1989 roku zadowala Pana?
Generalnie rzecz biorąc zadowala. Myślę, że jeśli rozejrzymy się po krajobrazie naszej literatury, to ona w sposób cząstkowy odnosi się do najważniejszych zagadnień życia w Polsce, od kwestii tożsamościowych, poprzez społeczne, obyczajowe, kulturowe, polityczne. Choć, oczywiście, nie wszystko, co istotne, zostało przez nią objęte, sądzę, że literatura współczesna wypełnia to podstawowe zobowiązanie, żeby pokazać może nie tyle obraz naszej rzeczywistości, ile to, jak go dziś budujemy. Dlatego też chyba nie doczekamy się realizacji tej tęsknoty, która od czasu do czasu gdzieś się odzywa, by powstała powieść-summa, jakaś epicka synteza naszych czasów, „Lalka” naszej epoki. A nie powstanie, bo nie ma już jednej narracji, której pretensje do prawdy moglibyśmy wszyscy uznać. Zresztą wtedy też nie było, tylko nam się tak wydawało.
Nie wiem, czy zgodzi się Pan z uwagą, że w Polsce doszło do uderzającej zamiany ról. Dyskurs o literaturze, w którym przez wiele dziesięcioleci, także w dwudziestoleciu międzywojennym istotną rolę odgrywali krytycy związani tak czy inaczej z lewicą, został dziś całkowicie opanowany przez publicystów politycznie identyfikujących się z prawicą, konserwatyzmem czy liberalizmem. Dlaczego lewica prawie całkowicie wycofała się z tej sfery?
Tego nie wiem, ale zgadzam się, że tak jest i uporczywi się nie zmienia. Ubolewam nad tym, bo sam mam sympatie lewicowe. Myślę, że powszechne dziś nie-przyznawanie się kultury do lewicowości jest efektem PRL-u, kiedy system polityczny był generalnym zawiadowcą kultury, kiedy istniała instytucjonalna cenzura, a twórcy przechodzili do demokratycznej opozycji. Świat kultury uległ stereotypom, że lewica równa się komuna, bolszewicy, zamordyści. A przecież lewica to tradycja Żeromskiego, Brzozowskiego, Struga, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Lipskiego. W XX wieku panował pogląd, że miejsce intelektualisty jest raczej na lewicy. Jak zresztą można poza tym kontekstem zrozumieć rolę intelektualistów w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Myślę, że cały ten wybryk ze spisem lektur spowoduje otrząśnięcie się z podobnych stereotypów.
Kiedy przed laty wybuchła afera po wyrugowaniu Gombrowicza z listy lektur szkolnych dzwoniłem do różnych znawców literatury, ludzi kultury, ale do jednego ze znawców tego pisarza, Włodzimierza Boleckiego nie zadzwoniłem, choć bardzo cenię jego dokonania intelektualne, w tym na niwie eseistyki literackiej, bo byłem przekonany, że z powodów politycznych odmówi komentarza „Trybunie”…
Myślę sobie, że to nie jest dobre zjawisko, to zamykanie się intelektualistów w swoich ideowych okopach. To jest sprzeczne z naturą życia intelektualnego, którego celem jest nieskrępowany dialog bez uprzedzeń. Spowodowało to zanik debaty, o którym już wspominaliśmy. Dialog ze swoimi jest na ogół monologiem. Dotyczy to, niestety, obu stron. Wszyscy, jakby to ujął Gombrowicz, rozchodząsię „z gębami w rękach”. Lewica ciągle boi się odezwać, bo nie chce (jak to przy innej okazji powiedział kiedyś prezydent Francji Chirac) stracić szansy, żeby siedzieć cicho. A powinna wystąpić przeciw usuwaniu z tradycji ethosu inteligenckiego.
Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Kłosiński – ur. 21 marca 1951 w Krakowie; od 1991 w Instytucie Nauk Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 2008-2016 – dyrektor). W 2007 objął funkcję przewodniczącego Komitetu Nauk o Literaturze PAN. W latach 2005–13 wykładał w Instytucie Kultury i Komunikowania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Uczony o wszechstronnych, międzydyscyplinarnych badawczych zainteresowaniach humanistycznych. Publikacje, to m.in. „Wokół historii maniaków (Romana Jaworskiego” (1992), zbiory szkiców krytycznych: „Eros, dekonstrukcja, polityka” (2000), „Poezja żalu” (2001), „W stronę inności” (2006), a także dziesiątki tekstów w czasopismach i książkach zbiorowych. Jako tłumacz, z języka angielskiego przełożył „Ciężki dzień na szafocie”, opowiadania Alfreda Hitchcocka, a z języka francuskiego „Lektury” Rolanda Barthesa oraz „Pismo i różnica”, eseje Jacquesa Derridy. W telewizji TVN, w latach 2004-2009 prowadził, wraz z Kazimierą Szczuką, cieszącą się dużą popularnością cotygodniową audycję pt. „Wydanie drugie poprawione”, poświęconą krytyce współczesnej literatury polskiej; za udział w tym programie otrzymał w 2007 nagrodę Pikowy Laur, przyznawaną podczas Targów Książki w Krakowie za najlepszą prezentację książek w mediach elektronicznych.