Wokół zawartości i kontekstów „Września” Jerzego Putramenta

Minęła 82, okrągła rocznica agresji Niemiec na Polskę, czyli wybuchu II wojny światowej 1 września 1939 roku. Świat jest inny, Polska jest inna, Niemcy są radykalnie inne, inaczej na ogół prowadzone są wojny, ale są też i pewne podobieństwa. Polska skłócona jest w mniejszym czy większym stopniu ze swoimi sąsiadami, z Niemcami, Czechami, Rosją, Białorusią. Relacje z małą Słowacją są, póki co, neutralne, a z Ukrainą może być różnie mimo obecnych pozorów sielanki. Tylko na północy za brudnym i martwiejącym Bałtykiem jest odległa, bardziej mentalnie i antropologicznie niż geograficznie, obca Szwecja.

„Larwa narodu”?
No i jeszcze jedno: w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej Polska jest, z grubsza biorąc, w punkcie wyjścia z 1939 roku czyli generalnie poza jej specjalnym zainteresowaniem. A rząd PiS i jego propaganda traktuje swojego niedawnego Supersojusznika już niemal jak wroga i nabijają się z Joe Bidena niemal jak niegdysiejsi „antykomuniści” z Leonida Breżniewa. Poza tym Polska jest też, podobnie jak w 1939 roku, bezbronna militarnie, co wykazał wynik symulacji agresji rosyjskiej, a pomoc NATO wcale nie taka oczywista. Polska jest więc dość podobnie jak w 1939 roku (praktycznie, nie formalnie) – osamotniona. Wakacje 1939 roku były co prawda generalnie spokojniejsze niż tegoroczne, ale wtedy nie było TVPiS, TVN24, Polsatu i internetu, czyli wszędobylskiej polityki transmitowanej na okrągło. Nawet radio było jeszcze w powijakach. Czy zmierzam do tego, by ogłosić, iż przewiduję powtórkę z września 1939 roku? Nie mnie to oceniać, ale skojarzeń trudno uniknąć, choć historia nigdy się nie powtarza w tym samym kształcie. Obawiam się też, że gdyby doszło do nieszczęścia, nie byłaby to piękna klęska jak z pisowskich malowanek dla grzecznych dzieci. Przebieg zdarzeń przypominałby raczej ten obraz kampanii wrześniowej, który odmalowali w swoich powieściach: Stefan Kisielewski w „Sprzysiężeniu”, Jan Józef Szczepański w „Polskiej jesieni” i Jerzy Putrament we „Wrześniu”. Tej ostatniej będą poświęcone poniższe uwagi.
Zaraza polskości
„Ożywa przed czytelnikiem cały teatr kampanii, jego decydujące szlaki, jej szybkie wydarzenia – pisał młody krytyk Andrzej Wasilewski w swoim szkicu o powieści tuż po jej ukazaniu się (1952) – Poznajemy myśl operacyjną sanacyjnych dowódców i uczestniczymy w losach poszczególnych armii, doświadczenia różnych warstw narodu i ludu warszawskich przedmieść, chłopstwa, drobnomieszczan zamarłych miasteczek dwudziestolecia, inteligencji mieszczańskiej różnego kalibru, przywódców sanacyjnej kliki i przedstawicieli najlepszych sił narodu – komunistów”.
To generalna kwantyfikacja. Wasilewski zwraca jednak uwagę na niezwykle ciekawe konstatacje polityczne zawarte w powieści. Józef Beck, jedna z realnych postaci pojawiających się we „Wrześniu”, mówi o Polsce jako o „nikczemnym kraiku”. Krytyk zwraca uwagę, że „ostatnie dni sanacji to okres szczytowego natężenia jej łajdactw”. Wspomina o postaci Knothego, „generała sprzątniętego przed „Dwójkę” za odważną krytykę samobójczego planu obrony”. „Z drugiej strony Becki, Rydze, Burdy i Rąbicze. Bankier Vestri, „dziennikarka reżimu Gaysse i „ludowcy” w rodzaju Kulibaby” – pisze Wasilewski i dodaje: „O ile reprezentanci sanacji przedstawieni zostali z doskonałą ostrością i plastyką, to przedstawicielom ludu brak tej pełni”. „Największą siłą Putramenta jest demaskatorstwo, słabiej wypadają w niej ciepłe, przyjazne, przejmujące odblaskiem czystego życia”. „Dialogi pulsują dramatyzmem”.
Dialogi rzeczywiście pulsują dramatyzmem, a nawet błyskotliwością. Szwajcarski bankier Vestri w rozmowie z senatorem Potockim mówi: „Niech pan powie, hrabio, w czym się kryje ta zaraza polskości? Chwilami myślę, że to coś w rodzaju malarii. Człowiek przyjeżdża tutaj, jakby nigdy nic, zrobić jakiś interes, zgarnąć pieniądze i jechać do spokojnych, kulturalnych krajów, aby przetrawić łup. Zrazu Polska działa na niego odpychająco. To towarzystwo warszawskie zapatrzone w jakieś tam zagranice jak jacyś Rumuni. Ta bida, niechlujstwo i jednocześnie zarozumiałość. (…) A jednocześnie przekonanie, że Polska jest pępkiem świata. Bezmyślny, zwierzęcy patriotyzm. I przy tym zupełny brak zmysłu politycznego. Kłótnie i swary wszystkich ze wszystkimi. I jednoczesne zgodne i zgrane pchanie tej ukochanej ponad wszystko ojczyzny do wielkiej katastrofy”.
Polacy jak dzieci – bawią się
Skąd się to bierze?”. (…) „Wie pan (…) chwilami zdaje mi się, że to po prostu dzieci. (…) Są takie meksykańskie bodaj salamandry, które całe życie spędzają w stadium larwy. Może i z Polską jest podobnie? Po prostu larwa narodu, coś jej tam przeszkodziło, czegoś zabrakło, czegoś było za dużo i normalne przekształcanie się zahamowało. To by tłumaczyło tę nieodpartą atrakcyjność Polaków. Dzieci są brudne, źle wychowane, zarozumiałe, krzykliwe, porywcze i łatwo zapominające, okrutne. Ale są dziećmi. Polacy tylko bawią się – w wojsko, w rząd, w wielkie mocarstwo”.
Bardzo obszerną i drobiazgową analizę „Września” zawarł Ryszard Matuszewski w szkicu „Powieść o klęsce wrześniowej”, zwracając uwagę przede wszystkim na wybitne walory jej warstwy satyrycznej, sarkastycznej, pamfletowej, momentami marionetkowej, ogarniającej polityczne i wojskowe sanacyjnej „góry” i słabość artystyczną scen ukazujących świat pozytywny: ludu, chłopów, robotników, a także komunistów (po nazwiskami Kalwego i Walczaka skrywają się Alfred Lampe i Marian Buczek): „Klika sanacyjna, cywilna i wojskowa, reprezentowana jest przez kapitalne postacie dwu „szarych eminencji” reżimu, Rąbicza i Burdę, wraz z ich otoczeniem politycznym i domowym, ich „świtą” i żonami bądź kochankami. Jest wspaniała postać odsuniętego na bok „starego legionisty” Friedenberga. Szereg postaci wyższych i niższych wojskowych: „dwójkarz” Ślizowski, wywindowani przez reżim „sztabowcy” i „liniowcy”, i młody sanacyjny narybek oficerski. I mała totumfacka płotka dziennikarska – Gaysse-Tarnobrzeska, i drobni urzędnicy, i policja”. Matuszewski odrzuca jednak zarzut o „kadenizm” „Września”, czyli pokrewieństwa stylistyczne z prozą Juliusza Kadena-Bandrowskiego. „Językowe podobieństwa naraziły powieść Putramenta, wówczas kiedy drukowano ją w odcinkach, na niesłuszny, bo ogólnikowo formułowany zarzut naturalistyczno-ekspresjonistycznego rozwichrzenia stylu, przypominającego przedwojenne powieści Kadena Bandrowskiego. Zarzut był niesłuszny, bo styl Kadena wiązał się z całą jego postawą ideową, był konsekwentnym jej odpowiednikiem, zacierał celowo oblicze postaci, sprowadzając ich działanie do biologicznych odruchów. Nic podobnego nie ma u Putramenta, którego postaciami rządzą nie zafałszowane dyrektywy myślowo-ideologiczne”.
Opinie Zweiga i Wańkowicza
Warto przeczytać „Wrzesień” zarówno po raz pierwszy, jak i w ramach powtórki. Piszący te słowa co pewien czas powraca do tej powieści z satysfakcją jak rzadko do innych. To musi coś znaczyć, bo do złej prozy nie wracałoby się tak chętnie, a to świadczy o tym, że Putrament był, wbrew nienawidzącemu mu go „antykomunistycznemu” koleżeństwu po pisarskim fachu, naprawdę dobrym pisarzem, któremu przylepiono „gębę” nieutalentowanego grafomana i aparatczyka. W przypadku zaś „Września” okazał się pisarzem bardzo wybitnym. A wielu z tych „nieskazitelnych” pozostawiło po sobie jedynie nie nadające się do czytania nudy na pudy.
„Nazwisko Jerzego Putramenta stawiam od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki, która zakończyła się naszą erą atomową” – napisał wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig w swoim tekście o „Wrześniu”. W „Prosto od krowy” Melchior Wańkowicz nazwał „Wrzesień” „Generałem Barczem na czerwono”.
Po 82 latach od czasu akcji powieści i po 69 latach jakie upłynęły od jego wydania, „Wrzesień” Putramenta, choć w warstwie stricte historycznej i personalnej już tylko dokumentem epoki, to w swej warstwie artystycznej ciągle uderza świeżością i atrakcyjnością, dynamiką i prawdą. A przede wszystkim jest w niej walor i duch metafory oddającej z rzadką trafnością klimat i esencję „polskości”, „kompleksu polskiego”, konfrontację polskiej żywotności i zarozumialstwa z brutalnymi wyzwaniami historii, w tym polskiego zachowania w obliczu klęski.

Biskup – łotr

Literatura oldskul w oświetleniu współczesnym.

Czy ci, którzy czytają stare książki (w tym akurat przypadku mam na myśli stare wydania sprzed kilkudziesięciu lat, a nie jedynie metrykę samych tekstów), czytają je dlatego, że mają upodobanie do „grzebania się w starociach”, w ich antykwarycznym charakterze, czy, przeciwnie, w rzeczach dawno wydanych, a jeszcze wcześniej napisanych próbują znajdować jakieś treści czy akcenty współczesne lub interesujące ze współczesnego punktu widzenia. Pewni są i tacy i tacy, a może i tacy, których motywuje jedno i drugie, a zawsze jakaś niespodzianka może nas spotkać.
Trzymam w dłoniach tom „Ogrody i poeci” Lucjana Siemieńskiego. Kto zacz Lucjan Siemieński? prozaik, poeta, publicysta, tłumacz, który żył w latach 1807-1877. Nie dość, że zamierzchła staroć, to jeszcze na dodatek autor nie z pierwszego, lecz najwyżej drugiego, jeśli nie trzeciego szeregu pisarzy. Ale i egzemplarz nie świeżej produkcji, bo rzecz wydana, przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1955 roku. Egzemplarz rozpada mi się w dłoniach na kilka cząstek, okładkę musiałem umocnić na starym miejscu za pomocą kleju, już odpadała od korpusu książki. Do tego stary „kwaśny” papier pęka i kruszy się jak wigilijny opłatek, gdy się n.p. zagnie rożek strony, a gdy rozcinam „ostrzem” zakładki strony broszurowo spojone , techniką stosowaną w tamtych czasach, także w przypadku czasopism – na spodnie sypie mi się papierowy pył i wiórki, niczym trociny podczas piłowania drewna.
Co znajduję w tym zbiorze, którego dokonała młodziutka wtedy, 29-letnia Maria Janion, przyszła wielka uczona-humanistka. Na początek „Dumki” ukraińskie. Czytam pierwszą, „Kniaź Dymitr Wiśniowiecki”. „Kniaź z Wiśniowca w Czarnej wieży/ Na barłogu zgniłem leży;/Stepem jemu – cztery ściany,/ A dumkami – brzęk w kajdany,/A drużyną jedno chłopię/”Hej pacholę! Dość twej wiary/ Ja już tobą nie wytropię/Ani ordy, ni galary/Bisurmańskie w Dniepr zatopię; wróć pacholę, na Podole”.
Uff, ciężko się to dziś czyta, bo i tematyka i polszczyzna niesamowicie odległe, zaprzeszłe. Przedzieram się przez te wszystkie „Młode kozaki wyjeżdżające na łowy”, „Konania Kozaka”, „Pochody kozackie” („Doroszeńko przodem rusza,/ za wodzem młódź hoża,/Wszystka z Zaporoża/Hulaj dusza”). I tak ponad trzydzieści stron. Lektura „Wierszy różnych” nie jest łatwiejsza. Łzy, męczennicy, pustelnicy, skargi wieszcza, wieszczby, gęśle, śpiewy miłosne („Więc otwieram usta drżące, słówko: „kocham”, już, już padnie…”), znów jakaś a to dumka, a to tajemnica z czasów panowania Popiela w Gnieźnie czy Kruświcy. Na trzecim etapie lektury pojawiają się opowiadania. „Wieś Serby. Opowieść ukraińska”, też jakby dumka tyle że prozą. „Ogrody i poeci” – rzecz o poecie Stanisławie Trembeckim, bardzo malowniczej postaci, który w młodości prowadził awanturnicze życie w Paryżu (hulanki i pojedynki z francuskimi markizami), później był przyjacielem króla Stasia i uczestnikiem jego „obiadów czwartkowych” w pałacu w Łazienkach, a na starość znalazł opiekę u ex-targowiczanina Szczęsnego Potockiego w jego majątku Zofiówka na Ukrainie. Dalej „Królewicz arrakański w Galicji”, „Przygoda podróżnika”, „Ekonom”, „Pobyt na Litwie i ostatnie chwile Szymona Konarskiego”, czyli takie różne ukraińskie i sentymentalne patriotyczne bajędy. Publicystyka też już pokryta grubą warstwą kurzu. Już tracę nadzieję na to, że natrafię na cokolwiek korespondującego ze współczesnością, aż tu nagle natykam się na fragment, który mnie (odrobinę) ożywia. W opowiadaniu „Panna Antonina P.” o odwiecznym „patriotyzmie” polskiego kleru katolickiego. Jest rok 1809. Wojska austriackie wkraczają do Lwowa, na krótko odzyskanego przez społeczność polską. Na cześć Austriaków „Te deum laudamus” odprawia polski arcybiskup rzymsko-katolicki Kicki (razem zresztą z arcybiskupami obrządku ruskiego i ormiańskiego). „Te Deum laudamus” zaintonowane przez kapłana, co w swoim czasie dawał patriotyzmu dowody, co w duszy nienawidzi Austriaków – a dziś, jak ów Piotr, wypiera się swojej przeszłości, bluźni świętości sprawy i mniej okazuje charakteru niż przeklętej pamięci biskup chełmski, zmuszony bagnetami do śpiewania dziękczynnego hymnu po zwycięstwie Kościuszki – czytamy w opowiadaniu – Hańba duchowieństwu! Że prawie zawsze płaszczy się najeźdźcy, choćby jego własną religię obalał”. I fragment rozmowy kilku osób o rzeczonym arcybiskupie: „- Łotr! Nie ujdzie szubienicy, nasi jeszcze powrócą”. Taki klimat oburzenia na zdradziecką postawę arcybiskupa dominuje w tym opowiadaniu, choć Siemieński nie był żadnym społecznym radykałem, ani „czerwieńcem” w rodzaju Stanisława Worcella czy Tadeusza Krępowieckiego, a zaledwie umiarkowanym szlacheckim demokratą, generalnie dość ciasnym i konserwatywnym.
Fałszywa legenda
Takich świadectw zaprzaństwa kleru, jego kłamstw i wszelakiej niemoralności jest w polskiej literaturze XIX-wiecznej bardzo wiele. Dopiero w latach Polski Ludowej, za czasów Wyszyńskiego i Wojtyły udało się klerowi stworzyć fałszywą, skrajnie wyidealizowaną legendę o jego nieskazitelnym patriotyzmie i szlachetności i wszelkich innych cnotach moralnych tej „nadzwyczajnej kasty”. I ta legenda zachowywała żywotność przez wiele dziesięcioleci. Do starych ksiąg mało kto sięgał, a młodzież szkolną karmiono przekazem o „heroicznej ofiarze ojca Kolbe”, czy mickiewiczowskiego księdza Piotra z „Dziadów”. Wbrew fałszywej legendzie polski XIX-wiek nie był taki powszechnie i prawomyślnie katolicki jak o tym propaganda katolicka niezmiennie przekonuje szerokie kręgi odbiorców. Najwięksi pisarze tamtej epoki byli albo bardzo letnimi katolikami, albo agnostykami, względnie, nawet, ateistami. Dwaj najwięksi wieszcze: Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, byli właściwie kacerzami, heretykami, a na pewno nie prawowiernymi, ortodoksyjnymi katolikami. Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa byli obojętni religijnie. Henryk Sienkiewicz, wbrew wielu powszechnie znanym pozorom, także daleki był od radykalnej dewocji. Józef Ignacy Kraszewski był katolikiem, ale bardzo krytycznie odnosił się do kleru, był wręcz antyklerykałem i był przez niego nielubiany mimo swoich powszechnie uznawanych zasług dla krzewienia uczuć narodowych i patriotycznych (kler zbojkotował obchody jego sławnego jubileuszu pracy pisarskiej). Maria Konopnicka, jakby w kontraście do swojego wizerunku poczciwej poetki dla „katolickiej dziatwy”, była radykalną antyklerykałką, przedmiotem nienawistnych ataków klerykalno-konserwatywnej reakcji, w tym reprezentującego jej opinię pisma „Rola”. Katolikami, ale bardzo krytycznie odnoszącymi się do kleru był też Stefan Żeromski czy Stanisław Wyspiański. Literatura, poezja i publicystyka XIX-wieku, szczególnie w okresie przełomu pozytywistycznego, przepełniona jest licznymi tekstami, świadczącymi o sile i powszechności prądów laickich, sekularnych, w życiu społecznym i intelektualnym pod zaborami. Także radykalnie laicki krąg środowisk opisane przez Bohdana Cywińskiego w jego słynnym eseju „Rodowody niepokornych” (1971) było żywym dowodem na to, jak silne wpływy w katolickim społeczeństwie polskim mimo silnej reakcji kołtuńsko-reakcyjno-klerykalnej wspieranej przez endecję. Żywa była też wśród opinii patriotycznej pamięć o wrogim na ogół stosunku hierarchii Kościoła katolickiego do Powstania Listopadowego (postawa papieża Grzegorza XVI, zmetaforyzowana w postaci Papieża w „Kordianie” Juliusza Słowackiego), a także niechęci istotnej części biskupów katolickich do Powstania Styczniowego (co pokazała Maria Jehanne-Wielopolska w powieści „Kryjaki” (1913). Żywa była też pamięć biskupów-targowiczan, powieszonych w Warszawie i Wilnie podczas Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 roku. Model późniejszego „Polaka-katolika” i dewocja, rozumiane jako modelowe zachowanie, były w XIX wieku zaledwie w fazie embrionalnej. Tak antyklerykalną i sceptyczną religijnie jak w XIX wieku, inteligencja polska już nigdy później nie była. Dopiero rozplenienie się dmowszczyzny na przełomie XIX i XX wieku, w szczególności po rewolucji 1905 roku oraz rozpowszechnienie hasła „pana Romana” o „Polaku-katoliku” w szerokich kręgach podatnych na jego ideologię, głównie na wsi i wśród drobnomieszczaństwa. Zmieniło to wektor wpływów i utorowało Kościołowi katolickiemu drogę do odwojowania złej prasy, jaką miał w XIX w. wśród zdecydowanej większości świadomej części społeczeństwa i do zbudowania postaw jego zakłamanej, idealistycznej, „anielskiej” legendy. Kościołowi udawało się ją utrzymywać do naszych czasów, ale wygląda na to, że w szczególności zjawiska demaskacja kościelnej pedofilii stała się początkiem końca panowania tej legendy, nas którą zdecydowana większość młodego pokolenia jest już niepodatna. Warto czasem zajrzeć do i starych książek, bo można w nich znaleźć perełki-niespodzianki, jak cenne monety zagrzebane kurzu strychu czy piwnicy.

Komuna Paryska w literaturze

150 rocznica Komuny Paryskiej została w „Dzienniku Trybuna” uhonorowana godnie tekstami Lecha Fabiańczyka, opartymi na źródłach historiograficznych. Pamięć tego wielkiego rewolucyjnego zrywu odzwierciedliła się też jednak w literaturze pięknej, w powieści, dramacie, poezji.

Tednat Komuny Zola podjął w powieści „Klęska” („La debacle” – 1892) Emil Zola, choć jest to odniesienie cząstkowe, zdawkowe, jako że większość narracji pisarz poświęcił wojnie francusko-pruskiej zakończonej klęską Francji pod Sedanem we wrześniu 1870 roku.
Chłód Zoli
Osiowy motyw personalny tej powieści koncentruje się na wątku „bratobójstwa”, co oddaje istotę Komuny jako wojny domowej. Dwaj bohaterowie, Jan i Maurycy biorą udział w wojnie jako żołnierze armii francuskiej i obaj trafiają do niewoli. Choć dzieli ich format umysłowy i światopogląd (Jan jest człowiekiem prostym i nacjonalistą, a Maurycy intelektualistą i internacjonalistą) między obydwoma towarzyszami broni rodzi się przyjaźń. Obu też udaje się z niewoli pruskiej uciec. Jednak Jan wraca do Prusaków po tym, jak ogłaszają oni możliwość legalnego powrotu do francuskich oddziałów, tzw. „wersalskich”, tłumiących zryw Komuny. Maurycy natomiast wstępuje w Paryżu do Gwardii Narodowej i bierze udział w walkach w oddziałach komunardów. Tragiczny los styka ich na barykadzie – Jan zabija Maurycego. Zola nie objawił się w powieści jako piewca Komuny. Choć był krytykiem wielkiej burżuazji i Napoleona III, zajął postawę, nazwijmy ją, „symetrystyczną” – potępił zarówno rozstrzeliwanie zakładników przez komunardów jak i krwawą pacyfikację Komuny.
Gorący Vallés
Namiętną apoteozą Komuny jest natomiast wcześniejszy o kilkanaście lat trójksiąg powieściowy Julesa Vallés, „Jacques Vingtras” (1879-86), a ściśle jego trzeci tom, zatytułowany „Zbuntowany” („L’insurgé)”, w całości jej poświęcony. Vallés brał w niej czynny udział, a tom poprzedził dedykacją: „Wszystkim tym, którzy jako ofiary krzywdy społecznej chwycili za broń przeciw źle urządzonemu światu i stworzyli, pod sztandarem Komuny wielką federację niedoli – ofiaruję tę książkę”. O tej powieści napisał w 1941 roku, dla lwowskich „Nowych Widnokręgów” Tadeusz Boy-Żeleński w tekście „Jules Vallés i jego trylogia”. Oto jego fragmenty: „Pół tomu wypełniają echa wojny, oblężenie Paryża, podziemne przygotowania, nabrzmiewanie sytuacji. Aż wreszcie – 18 marca 1871. Zaczyna się. Pułk liniowego wojska przeszedł na stronę ludu. Jeden generał zmasakrowany, drugi pod ściankę. Takie wieści przynoszą Vallésowi koledzy. Posłuchajmy jego samego, okrzyku, jaki mu się wydziera mimo zgrozy przed rozlewem krwi: „No tak! To Rewolucja! Nadeszła więc ta chwila, oczekiwana i upragniona od pierwszego okrucieństwa ojca, od pierwszego uderzenia w twarz ręką belfra, od pierwszego dnia bez chleba, od pierwszej nocy bez dachu – oto odwet za szkołę, za nędzę, (…) Zważmy ten krzyk; w nim jest cały Vallés. Wspominałem, że w poprzednim tomie nie znajdziemy żadnych śladów ewolucji umysłowej w duchu naukowego socjalizmu; rewolucja, Komuna, trupy, to dla niego wyzwolenie z urazów dzieciństwa, odwet nie tylko za grudzień, ale za dom, za życie. (…) Odtąd, od 18 marca 1871, aż do końca zmienia się on (trzeci tom – przyp. K.L.) w dziennik Komuny. Pisany jest zapewne ex post, ze wspomnień; ale wspomnienia te barwią się tak żywo gorączką chwili, że czytając czujemy się jak gdyby przeniesieni w ogień walki. (…) Kończy się ten tom (…) porażką Komuny. Gdy wersalczycy weszli już do Paryża i rozpoczęły się okrutne represje, Vallés, widząc, że wszystko stracone, ukrywa się, potem goli brodę i próbuje się wymknąć z miasta na wozie. Jacyś żołnierze rzucili na ten wóz rannego z poleceniem dowiezienia go do ambulansu; ranny umarł, ale trup jego stanowi cenną legitymację. Vallés objeżdża z trupem miasto, aż wreszcie znajduje jakiś mniej strzeżony punkt i wymyka się. (…) umiera w r. 1885, pogrzeb jego jest wielką manifestacją ludowego Paryża. (…) był jednym z najgłośniejszych, najwpływowszych publicystów swojej epoki. Jedyną atmosferą, w której mógł żyć i działać, była atmosfera walki, namiętności, gorączki i styl jego urabiał się w tej walce; działalność jego jako publicysty, ta, która najwięcej dawała mu rozgłosu, jest dziś najbardziej martwą w jego spuściźnie. Ona to ściągnęła nań ostry sąd Engelsa, który (…) nazywa go frazesowiczem literackim. Zdaje się, że Vallés, kiedy wyszedł poza sferę swoich młodocianych wspomnień, urazów i obsesji, niewiele miał do powiedzenia. Ale zostawił jedną książką godną wielkiego pisarza; tę właśnie (…)”.
Boya poniósł publicystyczny temperament, a miejsce rzetelnej analizy trylogii o Jakubie Vingtras zajęły szydercze szarże i analiza namiętnej, gorączkowej osobowości pisarza. Zarzucał Vallésowi krańcowy emocjonalizm, brak refleksji intelektualnej. Krytycy marksistowscy zarzucali mu brak refleksji społecznej i systemowej. Rzeczywiście – gdy czyta się „Jakuba Vingtrasa”, który w 1951 roku ukazał się po polsku w przekładzie Juliana Rogozińskiego, uderza gwałtowny, gorączkowy styl tej prozy. Próżno w niej szukać socjologicznych, klasowych czy historiozoficznych analiz. Jest ona hymnem na cześć walki za wszelką cenę i dokumentem atmosfery, którą czas Komuny emanował. Wbrew temu co można by przypuszczać, powieści i wątków poświęconych Komunie nie jest w literaturze francuskiej zbyt wiele. Warto więc wymienić też wydaną w 1998 roku powieść Jeana Vautrin „Krzyk ludu” (tytuł nawiązujący do pisma wydawanego przez Vallésa), choć należy ona raczej do prozy popularnej niż artystycznej. Rysownik Jacques Tardi przerobił ją na popularny komiks, wydany także w języku polskim. Tematykę Komuny spotykamy też w poezji, n.p w pieśniach „Krwawy tydzień” („La semaine sanglante”) czy „Komuna walczy” („La commune est en lutte”).
Polacy o Komunie
Ślady Komuny Paryskiej są też w literaturze polskiej. Być może pierwszym polskim pisarzem, który umieścił w swojej powieści ten wątek, był Józef Ignacy Kraszewski. Ostatni rozdział powieści „Szalona” (1879) rozgrywa się w Paryżu – dokąd los rzucił tytułową bohaterkę Zonię – dotyczy ostatnich chwil Komuny. „Kto te dni grozy i sądu przeżył w stolicy Francji i był świadkiem ostatniej walki zrozpaczonej i oszalałej Komuny z wojskiem (…) mszczącym się za klęskę poniesioną od wroga, ten dni tych grozy nie zapomni póki żywota” – rozpoczyna Kraszewski rozdział paryski – Komuna w konwulsyjnych, ostatnich drganiach wściekle się mściła za za własne szały na wszystkim , co ją otaczało, chciała, aby z nią ginął świat, miasto, skarby, pamiątki (…) Paryż gorzał, na wieczornym niebie olbrzymią roztaczając łunę, płomienie i dymy buchały do góry, powietrze przejęte było zgorzeliną, smrodem petrolu, dymami prochu, wonią krwi, która rynsztokami płynęła i w kałużach ścinała się po ulicach… (…) Trupy zalegały podwórza, barykadowały przejścia, rzędami stały oparte o mury, (..,) walały się po ogrodach. Młodzież, starców, kobiety, dzieci, matki z niemowlętami u piersi widać było wśród tych stosów zwłok (…) Tego wieczora miasto było jak cmentarz i trupiarnia (…) W maleńkiej uliczce, w sąsiedztwie zdobytego cmentarza Pére-Lachaise, odgrywał się dramat, jakich ten dzień liczył tysiące (…)” – to tylko próbka stylu opisu.
Epizod poświęcony Komunie znalazł się też w „Płomieniach” (1908) Stanisława Brzozowskiego w rozdziale „Katia”. „Kto wie, czym jest historia nowoczesna, niech się zapatrzy w ten widok miasta bohaterów i myślicieli – oddanego na łup zniszczenia przez plugawego karła. Skrofuliczny, przeżarty przez cynizm starzec Thiers – morderca ludu – to symboliczna postać nowoczesnego mieszczaństwa. (…) Paryż, święte miasto ludzkości, nigdy nie był tak wielki, jak za czasów niezapomnianej Komuny. Rozpaczliwa walka ludu oczyściła atmosferę. (…) Paryż narodził się znów pod armatami i bombami jako stolica rozumu i ludzkości. (…) Paryż się nie podda – wołała, kiedy wersalczycy wchodzili – Paryż się nie podda. My nie możemy, nie chcemy żyć w niewoli, umrzemy, zginiemy, by istnieć w pamięci, jako wielkie miasto przyszłości, stolica swobody! I z pochodnią w ręku biegła podpalać gmachy, wołała o proch, dynamit, naftę. – Zginąć, zginąć pod gruzami, a nie żyć w niewoli! (…) Ulica za ulicą wpadała w ręce wersalczyków. (…) Katia przechodziła od barykady do barykady. – Nie poddamy się, nie poddamy się, umrzemy wolni. „Elle ne se rend pas, la Commune de Paris!”.
Ten okrzyk przyjął za motto swojego wspaniałego, romantycznego w stylu i duchu poematu „Komuna Paryska” Władysław Broniewski. Napisany w 1929 roku, ukazał się drukiem dopiero w u schyłku lat czterdziestych. Dzieje Komuny zafascynowały nawet prawicowego, konserwatywnego pisarza, jakim był Adolf Nowaczyński, który w 1926 roku wydał dramat historyczny „Komendant Paryża”, poświęcony Jarosławowi Dąbrowskiemu w dniach Komuny i bynajmniej nie był to pamflet na głównego bohatera. Ten sam tytuł nosi monumentalna, socrealistyczna opera Witolda Rudzińskiego, skomponowana do libretta Tadeusza Marka, której premiera odbyła się w Poznaniu w 1960 roku. Tytuł budzi skojarzenie z dramatem Nowaczyńskiego, a poza tym pojawiają się z nim wątki mogące nasuwać podejrzenie, że autor libretta inspirował się jego utworem, lecz nazwisko Nowaczyńskiego w metryce opery się nie pojawia. W 1971 roku, w 100 rocznicę Komuny, miała miejsce premiera filmu „Jarosław Dąbrowski”, zakrojone na panoramiczny „supergigant”, epickie widowisko w reżyserii Bohdana Poręby. Zrealizowany z ogromnym nakładem sił i środków, z liczną obsadą (w roli tytułowej Zygmunt Malanowicz), film nie porywa jednak ani artystycznie, ani emocjonalnie, a razi historycznym schematyzmem rodem ze szkolnego podręcznika do historii.

Marcel Proust – rewolucjonista literatury

Pisanie o Marcelu Prouście (1871-1922) poza przestrzenią literatury przedmiotu, historii literatury, etc., a już zwłaszcza w gazecie codziennej, a nie w periodyku krytyczno-literackim może wydać się pomysłem dość wątpliwym co do sensu. Stąd kilka zdań usprawiedliwienia.

W 150 rocznicę jego urodzin, która przypada dokładnie na 10 lipca, warto może jednak przypomnieć historyczne, a nawet epokowe znaczenie tego pisarza, bowiem niewielu jest twórców literatury, którzy w tym stopniu co Proust, nie tylko odcisnęli na niej potężne piętno, ale też bardzo ją zrewolucjonizowali, zmodyfikowali jej DNA. Zapewne pod tym względem porównywalne znaczenie można przypisać Jamesowi Joyce i jego, wydanemu w roku śmierci Prousta (1922), „Ulissesowi” i być może kilku jeszcze innym dziełom, ale w tym wąskim gronie rola Prousta jest szczególna.
Rzecz jasna, ze swoim pochodzeniem społecznym, sylwetką psychofizyczną i wizerunkiem wykwintnego bywalca paryskich salonów z czasów „la belle epoque” może się on wydawać wątpliwym kandydatem do miana rewolucjonisty w jakiejkolwiek kategorii, ale nie zmienia to faktu, że ten wyrafinowany dandys dokonał w literaturze (i szerzej – w kulturze) rzeczy wielkich i – co najważniejsze – brzemiennych w skutki. A poza tym wiele mówi to, że egzemplarze jego książek znalazły się wśród tych, które spłonęły na hitlerowskim stosie w 1933 roku.
Znaczenie Prousta koncentruje się głównie wokół jego wielotomowej powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” (1913-1927), dzieła, które zrewolucjonizowało sens literatury, perspektywę patrzenia na nią, najszerzej rozumianą „alchemię” pisania, ale także perspektywę spojrzenia na nią z czytelniczego punktu widzenia. Oczywiście początkowo procesy te obejmowały bardzo wąski i elitarny nurt sztuki literackiej i dopiero z czasem przeniknęły do jej szerszych przestrzeni.
Nawet jednak w przestrzeni zajmowanej przez elity literatury i krytyki, znaczenie i świadomość doniosłej roli Prousta z trudnością przebijała się do szerszej świadomości, o czym świadczą choćby bariery, na jakie kolejne tomy jego dzieła napotykały w procesie wydawniczym, a także słabe echo ze strony publiczności czytającej. Z tego akurat punktu widzenia Proust należy do licznego grona twórców, którzy do literackiej „sławy i chwały” przeszli przez „czyściec” niedocenienia.
W niniejszym tekście pominę całkowicie bogatą problematykę dzieła Prousta, pominę tło czyli epokę, w której przyszło mu tworzyć. Pominę też jego biografię osobistą i inne jego dzieła niż „W poszukiwaniu…”. Podjęcie w tym miejscu próby syntezy życia i twórczości tego twórcy nie jest – z licznych i oczywistych względów – ani możliwe, ani celowe. Proustowi i jego dziełu poświęcono setki książek i tysiące artykułów napisanych w dziesiątkach krajów.
Kogo dzieło Prousta zainteresuje i chciałby zapoznać się z nim szerzej niż tylko przez pryzmat lektury własnej, ten może sięgnąć choćby do jego biografii autorstwa Georgesa D. Paintera, do wspaniałego eseju André Maurois „W poszukiwaniu Prousta”, do tekstów Vladimira Nabokova, do „Prousta w oczach krytyki światowej” Jana Błońskiego, do „Prousta i jego świata” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, czy do poświęconych mu passusów w syntezach dziejów literatury francuskiej. Sam ograniczę się tylko do formalnego wymiaru jego dzieła, w którym streszcza się epokowy, nowatorski, rewolucyjny wymiar jego dzieła. Pragnąc uchwycić i uwiecznić ruch człowieka w przestrzeni czasu, a także „zatrzymać rzeczywistość” w tworzywie literatury, Proust przystąpił do tego dzieła w kontrze do tradycyjnej literatury. Przede wszystkim odrzucił tradycyjną sztukę literatury, której celem było odtworzenie obrazu rzeczywistości, czyli klasyczny, mimetyczny realizm uformowany w XIX wieku.
Obiektem jego zainteresowania i tworzywem jego pisania stała się świadomość, a w jej ramach zarówno procesy myślowe, jak i wrażenia, emocje i wszelkie inne doznania ludzkiej psyche. Józef Heistein, w swojej „Literaturze francuskiej XX wieku” ujął to tak, że u Prousta „koncepcja powieści nie polega na odtworzeniu jakiejś historii czyjegoś życia lub na obiektywnym opisie rzeczywistości, jak to miało miejsce w powieści; przedmiotom, postaciom, wydarzeniom umieszczonym w świecie przedstawionym dzieła musi towarzyszyć refleksja o sposobie ich przekształcenia w elementy świata sztuki”. Punktem wyjścia i przedmiotem wyjścia dla Prousta była nie rzeczywistość zewnętrzna, lecz wewnętrzna. Nowością wniesioną przez jego dzieło było też uczynienie siebie, czyli autora, jednym z bohaterów – choć poniekąd „niewidzialnym” – dzieła. I tegoż dzieła autonomiczność.
Do tego dochodzi postrzeganie rzeczywistości, radykalnie odbiegające od porządkującej metody tradycyjnej literatury, lecz zgodne z realną naturą naszego, ludzkiego postrzegania świata, myślenia, odczuwania, zapamiętywania itd. Te procesy dokonujące się w ludzkim umyśle nie dokonują się nie tak jak w tradycyjnej narracji – w sposób uporządkowany i linearny, lecz zazwyczaj całkowicie przypadkowy i chaotyczny. Wiążą się z licznymi powtórzeniami, wybiórczością, z całkowitym pominięciem jakichkolwiek racjonalnych hierarchii i znaczeń. Bo przecież ludzkie myślenie, ludzka świadomość nie jest linearna, lecz raczej przypomina sekwencje następujących po sobie „linków”. Portrety postaci nie tylko dalekie są od jednoznaczności i statyczności, ale tak jak w realnych procesach psychicznych postrzegamy je cząstkowo, etapami, drogą prób i błędów, zarówno w wymiarze własnym, jak i przez pryzmat spojrzenia innych postaci.
Można powiedzieć, że Proust odzwierciedlił w tworzywie „W poszukiwaniu straconego czasu” całe skomplikowanie, chaos, przypadkowość ludzkich procesów psychicznych, myślowych, emocjonalnych, percepcyjnych, zaś postacie – jak zauważył Heistein – „nie są jednostkami autonomicznymi (jak postacie u największych nawet autorów tradycyjnej literatury – jak n.p. Odyseusz, Rastignac czy pan Pickwick – przyp. KL), lecz „nie istnieją w rzeczywistości, ale tylko w percepcji autora”. „Inna też – dodaje Heistein – jest zasada motywacji postępowania postaci. Motywacja nie jest ujawniona, lecz poszukiwana przez narratora, który, by ją znaleźć, wgłębia się nie w psychikę postaci, lecz własną”.
Przywołane atrybuty dzieła Prousta to tylko nieliczne przykłady zaczerpnięte z niezwykle bogatego katalogu i nie wystarczyłoby tu miejsca na to, by je nawet tylko enumeratywnie wyliczyć. Ten sposób konstruowania dzieła literackiego sprawił, że w przeciwieństwie do tradycyjnej literatury, która zmierzała do pewnej „konwergencji”, do kondensacji sensu w poszczególnych dziełach, proza Prousta, naśladując prawdziwą naturę ludzkiego postrzegania, zmierzała do „dywergencji”, niejako w „nieskończoność” się rozszerzając, na wielu poziomach, niczym skomplikowana, wielopiętrowa i wieloczynnikowa konstrukcja, nigdy nie domknięta, nigdy nie dokończona.
Brak „koherencji” składników dzieła, brak ich wzajemnej spoistości, mieszanie się wzajemne wszelakich aktów psychicznych, przeżytych i antycypowanych, snu i jawy, marzeń i rzeczywistości itd., itd., owa polifoniczność dzieła Prousta była co prawda świadomie zamierzona i zrealizowana, ale uzyskany efekt chaosu, jako głównego atrybutu funkcjonowania ludzkiej świadomości był tym, co wpłynęło na losy i kształt literatury artystycznej „po Prouście”. W „W poszukiwaniu straconego czasu” Proust nie do końca jednak odwrócił się od tradycyjnej literatury.
Dokonał niejako syntezy dotychczasowych gatunków pisarstwa. Zatarł też granicę między rzeczywistością a jej postrzeganiem. „Zamiast rozwijać nić intryg, które czytelnik miał śledzić, Proust zaproponował (…) tworzywo płynne, enigmatyczne, zlepione z rzeczywistości i wyobraźni”, a „reprodukcję obrazu świata zastąpił własnym wyobrażeniem”.
Sto lat po śmierci Marcela Prousta można stwierdzić, że ilekroć na naszej czytelniczej drodze napotykamy dzieła literackie nieoczywiste, odległe od banalnego realizmu i od „dobrze skrojonej prozy”, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, za to przepełnione choćby „strumieniem świadomości” i odznaczające się zamierzonym chaosem narracji, to warto choć przez chwile pomyśleć, że należą one do – zazwyczaj dalekiego i bardzo często nieudanego, ale jednak – dalekiego potomstwa Prousta jako rewolucyjnego twórcy modelu nowoczesnej literatury.
Nowoczesnej, to nie znaczy najbardziej popularnej, co nie zmienia faktu, że na ślady proustowskiej rewolucji w literaturze, na stworzony przez niego jej nowy DNA, można natrafić w najbardziej nawet trywialnej konfekcji literackiej.
Bo o literaturze mijającego właśnie stulecia „po Prouście” bez przesady możemy powiedzieć – i pisarze, i czytelnicy – że „my wszyscy z niego”. Był w literaturze tym, kim Kopernik w astronomii. Jeśli porównać Prousta do gigantycznego jeziora, to niniejszym zaczerpnąłem z niego jedną małą szklaneczkę. Świat pokazany przez Prousta jest już tylko Pompeją albo Atlantydą, ale jego duch jest w literaturze nieśmiertelny.

To się czyta – rozwój literatury internetowej w Chinach

Kiedy Ziemia nagle zniknęła, zostało tylko dwóch ludzi – astronauta ze stacji Kunlun na Marsie oraz naukowiec ze stacji kosmicznej i robot – kot AI. Jak pokonają trudności i przeżyją na Marsie?

„Zginą na Marsie” pisarza tworzącego w internecie „Tianrui Shuofu” opowiada szaloną historię z gatunku fantastyki naukowej. Aby pokazać logikę oraz prawdopodobieństwo swojej historii, autor załączył blisko sto przypisów.
Autor „Zginą na Marsie”, Tianrui Shuofu wspomniał, że inspiracją do jego powieści był obraz astronauty obserwującego eksplozję Ziemi z powierzchni Księżyca. Rozważania na temat tego, co by się stało, gdyby zobaczył eksplozję Ziemi na obcej planecie rozbudziły jego wyobraźnię.
Można powiedzieć, że Tianrui Shuofu jest jedną z reprezentatywnych postaci chińskiej literatury internetowej w ostatnich latach. Jako pisarz urodzony po 1995 roku, Tianrui Shuofu podejmował wiele tematów literackich w gatunku fantasy historycznego, fikcji o tematyce gier komputerowych, science fiction itd. Na uczelni studiował biologię, jednak ze względu na swoje zainteresowania zajął się pisaniem literatury internetowej. Na początku miał wiele niepowodzeń, ale science fiction stała się kluczem otwierającym mu drogę do pisarstwa online. Jego główne dzieło „Zginą na Marsie” zdobyło nagrodę dla najlepszej literatury internetowej w 30. edycji Chińskiej Fantastyki Naukowej – „Galaxy Award”. Nagroda Chińskiej Fantastyki Naukowej jest najwyższym wyróżnieniem w tej dziedzinie. Jego późniejsze dzieło science fiction pt. „Brak głosu z Tytana”, również odbiło się szerokim echem wśród chińskich czytelników.
Według „Raportu rozwoju chińskiej literatury online 2020 r.” 80 proc. nowych pisarzy internetowych urodziło się po 1995 roku. Nowa generacja pisarzy urodzonych po roku 1990 stała się główną siłą napędową literatury internetowej.
Raport rozwoju chińskiej literatury online 2020 r., opracowany przez Chińską Akademię Nauk Społecznych i Stowarzyszenie Chińskich Pisarzy, przedstawia pełny obraz chińskiej literatury internetowej, będącej ważnym źródłem treści nie tylko dla chińskich czytelników ale także dla globalnej publiczności.
W 2018 i 2019 roku 21 proc. z 309 hitowych seriali telewizyjnych i filmów powstało w oparciu o literaturę internetową, a wśród 100 najpopularniejszych filmów i seriali telewizyjnych odsetek ten sięga aż 42 proc. .
Słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku była „zmiana”, w tym: zmiana autorów, zmiana czytelników literatury online oraz zmiana modeli biznesowych w tej dziedzinie. Jednocześnie nastąpiła poprawa perspektyw rozwoju kariery autorów literatury online i nieustanny dopływ inspiracji.
Jeśli chodzi o krajowy rynek, literatura internetowa utrzymała tempo wzrostu pod względem liczby pisarzy, czytelników, dochodów, podczas gdy wiele innych branż zmagało się z epidemią COVID-19.
W raporcie podano, że do końca 2020 roku Chiny miały 989 milionów użytkowników Internetu, z czego 467 milionów czytało literaturę online. W grudniu 2020 r. liczba czytelników literatury online była o 4,75 miliona większa niż w marcu 2020 r. W raporcie stwierdzono, że wartość całego cyfrowego rynku czytelniczego sięgnie 41,6 miliarda juanów (6,4 miliarda dolarów) w 2021 roku.
Około 80 procent nowych pisarzy online w 2020 roku to tak zwane pokolenie Z, czyli urodzone w latach 1995-2009. Pokolenie Z, znane jako generacja Internetu, stanowi również 60 procent wszystkich czytelników stron internetowych i użytkowników platform należących do ChinaLiterature Corp., jednej z wiodących firm w tej branży. W sumie 8,9 miliona pisarzy zarejestrowało się w China Literature w 2020 roku, o 800 tysięcy więcej w porównaniu z rokiem 2019.
Według raportu, tradycyjnie preferowane są romanse osadzone w starożytnych czasach oraz adaptacje powieści historyczno-fantastycznych, ale prace koncentrujące się na współczesnych realiach też zyskują popularność.
Jeśli chodzi o globalny rynek, do 2019 roku fani z 40 krajów i regionów położonych wzdłuż „Pasa i Szlaku” przetłumaczyli i przeczytali ponad 10 000 chińskich tytułów literatury online. W raporcie zacytowano dane iResearch, z których wynika, że ​​wartość zagranicznego rynku chińskiej literatury internetowej osiągnęła 460 milionów juanów.
Webnovel.com, wiodąca platforma dla zagranicznych czytelników w ramach China Literature, odnotowała łącznie ponad 73 miliony odwiedzin. Każdego dnia generowano tam blisko 50 000 komentarzy czytelników dotyczących ulubionych dzieł.
Znaczący wzrost odnotowano w przypadku autorów zagranicznych, którzy piszą oryginalne historie online, zbliżone stylem do chińskich powieści internetowych, których są fanami. Witryna Webnovel.com przyciągnęła już 100 000 zagranicznych pisarzy, którzy od kwietnia 2018 r. stworzyli ponad 160 000 utworów literatury online. Większość pisarzy zagranicznych pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Północnej, a liczba pisarek jest nieco większa niż pisarzy płci męskiej.
Jak wspomniano powyżej, słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku był „zmiana”, zmiana pojawiła się także w systemie oceny autorów literatury online i ich utworów.
Literatura internetowa rozwija się w Chinach od 20 lat. Ranking autorów literatury internetowej w przeszłości odzwierciedlał głównie ogólny status autorów literatury internetowej w minionym okresie. Obecnie Index Pisarzy Literatury Online opublikowany przez Grupę Yuewen służy do oceny twórców literatury internetowej w różnych aspektach, w tym pod względem rozwoju IP i ekonomii fanów, dzięki czemu system pomiaru literatury internetowej jest bardziej zgodny z nowymi standardami w „Erze IP”.
W maju Grupa Yuewen opublikowała listę „pisarzy guru”(Dashen Zuojia) i listę „pisarzy platynowych”(Baijin Zuojia) 2021 roku (najlepszych autorów literatury online) oraz Indeks Pisarzy Literatury Online. Można powiedzieć, że są to najbardziej miarodajne listy rankingowe literatury internetowej.
Zastępca dyrektora Instytutu Badań nad Literaturą Internetową Stowarzyszenia Chińskich Pisarzy i dyrektor Międzynarodowego Centrum Badań nad Literaturą Internetową Uniwersytetu Pedagogicznego w Hangzhou, Xia Lie powiedział, że system wyboru „pisarzy guru” i „pisarzy platynowych” nie tylko odzwierciedla aktualne wyniki autorów literatury online oraz oceny dla tych autorów, ma także znaczenie dla opracowania kanonu literatury internetowej. Index Pisarzy Literatury Online jest również ważnym wskaźnikiem, który dynamicznie odzwierciedla sytuację branży literatury online. Index ten zapewnia skuteczne wsparcie dla badań w dziedzinie literatury online.

Bez minimum moralności w polityce zaleje nas tsunami

Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce – z profesorem Leszkiem Szarugą, historykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jest Pan autorem zbioru esejów o współczesnej powieści politycznej…
Ściśle biorąc polityczno-historycznej. Starałem się udowodnić, że historia była w tych powieściach tylko maska dla współczesnej koncepcji społeczeństwa. Można wyróżnić dwa typy tych powieści: ściśle historyczną, w której autor stara się odtworzyć, zrekonstruować realia przeszłości oraz taka, w której historia jest tylko maską, dzięki czemu można mówić o współczesności przyjmując dystans opowieści historycznej. N.p. Władysław Terlecki pisząc o wyborach politycznych po powstaniu styczniowym pisał o nich w gruncie rzeczy jako o wyborach paralelnych do tych, których dokonywało się w PRL. A wcześniej, w „Faraonie” Prus analizował w gruncie rzeczy uniwersalne, a więc także jemu współczesne mechanizmy władzy, ubrane w kostium starożytnego Egiptu. Z kolei Jarosław Iwaszkiewicz zawarł w swoich „Czerwonych tarczach” swoją krótkotrwałą fascynację ideą państwa narodowego i koncepcjami wybitnego niemieckiego pisarza i poety Stefana Georga, którego naziści uznali za swego, ale który zmarł w 1934 roku.
O takim kostiumie często mówiło się w PRL…
Bo w tamtym okresie nie istniało piśmiennictwo polityczne wyrażające zróżnicowane idee, literatura w typie pism Skargi czy Frycza-Modrzewskiego. Monopol na takie piśmiennictwo miała jedna, rządząca opcja. Inne, posługując się ezopowym językiem, wyrażały się w powieściach politycznych. Jedynym – od biedy – autorem, który nie korzystał z języka ezopowego i reagował w miarę bieżąco na współczesność, a i to też zazwyczaj poza zasięgiem cenzury bądź za granicą. Jacek Bocheński napisał natomiast językiem ezopowym dwie ważne powieści polityczne: „Boskiego Juliusza” i „Nazo poetę”. Nie chcę powiedzieć, że to dobrze, że była cenzura, ale ten stan sprzyjał poziomowi literackiemu, artystycznemu prozy, ćwiczeniom warsztatowym.
Czym miała by być powieść polityczna dziś, w epoce wszechobecności polityki w mediach, w epoce zasadniczej – choć na pewno nie stuprocentowej – jawności życia politycznego?
Czymś takim jak „Przedwiośnie” Żeromskiego czy „Opowieści biograficzne” Berenta czy wizja przyszłości, jaka pojawia się w powieściach Witkacego. Czyli stawieniem zasadniczych pytań ideowych, pytań o sens polityki. Ta pełna transparentność polityki jest pozorem. Nie znamy prawdziwych realiów polityki. Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce.
Autorzy powieści historyczno-politycznych stosowali różne języki narracji: „Faraon” czy „Przedwiośnie” to dość klasyczna proza epicka, „Boski Juliusz” to rodzaj pamfletu, ironicznej narracji odautorskiej, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa to zbiór niby-listów pisanych w stylistyce różnych epok na przestrzeni dwustu lat. Jaki wzór formalny, językowy pasowałby do obecnej rzeczywistości?
Wskazałbym może powieści budujące historie alternatywne, n.p. Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Michalskiego, Andrzeja Horubałę, którego „Umoczeni” są swoistym odpowiednikiem „Generała Barcza” Kadena-Bandrowskiego, przy zachowaniu wszystkich proporcji. Kaden był ideowym piłsudczykiem, który napisał powieść demaskująca piłsudczyznę. Prawicowiec Horubała opisał swoje środowisko w sposób demaskatorski.
Na ogół w powieściach politycznych czy polityczno-historycznych nie pojawiają się realne postacie pod swoimi autentycznymi nazwiskami. Czy jest sens, by napisać powieść polityczną wprost, o Tusku czy Kaczyńskim?
Jeżeli byłaby dobrze napisana, to czemu nie, ale to było by daleko idące ograniczenie warsztatowe. Trzeba albo pisać reportaże o realnych postaciach, albo prozę kreacyjną dająca pole do popisu artystycznego. Powieść polityczna może być odwzorowaniem, lustrem rzeczywistości, może być interwencyjna, demaskatorska, a może być zdaniem sprawy z wizji pisarza, mieć wymiar filozoficzny, dotykać filozofii polityki, zależności polityki i moralności. To ostatnie zagadnienie staje się coraz ważniejsze. Wylano morze atramentu, by udowodnić brak związku między polityką a moralnością. Jeśli jednak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia podniesie się fala tsunami i zaleje politykę i nas jednocześnie. Z drugiej strony nie powinno się też w polityce przesadzać z moralizowaniem, bo wtedy dochodzi do różnego rodzaju „sanacji”, których skutki znamy.
W Pana esejach „Dochodzenie do siebie” napisał Pan o zjawisku budowania się na nowo literatury polskiej po wielkiej „wędrówce ludów” 1945 roku, po przesunięciu się granic, o nowych tożsamościach na Ziemiach Odzyskanych. Jest to w powieściach gdańskich Chwina czy Huellego…
Także w powieściach szczecińskich Artura Liskowackiego i Ingi Iwasiów, wrocławskich kryminałach Marka Krajewskiego, w kręgu „Borussi” w Olsztynie. Jest taki esej Andrzeja zawady „Breslaw”, w którego tytule łączą się nazwy polska i niemiecka tego miasta. Poza tym oczywiście Jarosław Marek Rymkiewicz z jego eseistycznymi powieściami litewskimi. Jest też pismo Pawła Helle „Nyni”, poświęcone Gdyni i Kaszubom. Andrzej Stasiuk buduje o mit Międzymorza tożsamość regionu dawnej Galicji, Beskidów, Karpat.
Czasem jednak daje się zauważyć przemilczanie, n.p. niemieckiej przeszłości obecnych polskich miast. W Elblągu i Sopocie widziałem uliczne wystawy pamiątkowe z fotografiami sprzed wojny, z przełomu wieków. Przedstawiają przedwojenny Elbingen i Zopott tak, jakby były polskimi miastami. Nie razi to Pana?
Powiem szczerze, że nie. To jest przechodzenie do porządku dziennego nad konfliktami. Pewien niemiecki burmistrz Szczecina zdobył drugie miejsce w plebiscycie obecnych szczecinian. Wspomnianą przez Pana książkę pisałem przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Jesteśmy świadkami dwóch procesów: budowania, odtwarzania tożsamości lokalnej oraz budowania tożsamości europejskiej. To są różne wektory, częściowo rozbieżne, ale nie w całości, bo tożsamość europejska jest tożsamością regionów. W Niemczech np. jest ważne pojęcie Heimatu, czyli małej ojczyzny. A nawiązując do głośnego niedawno sporu o tożsamość Śląska – nie zapominajmy, że przed wojną Śląsk miał autonomię, swój parlament.
Czy ta literatura dalej się tworzy i będzie tworzyć?
Myślę, że tak. Ukazywało się takie pismo „Łabuzi”, na Pomorzu, w Łobzi. Autorzy tego pisma dążyli do odtworzenia tradycji tego miasteczka od XII wieku. W kolejnych rocznikach „Odry” widać jak bardzo jest to wrocławskie pismo, także wymiarze niemieckości tego miasta. My jesteśmy krajem przesuniętym ze wschodu na zachód. Literatura kresowa jest próbą rekonstrukcji pamięci Kresów, a literatura zachodniopomorska czy dolnośląska rekonstruuje niepolską przeszłość dzisiejszych polskich ziem i opisuje ich nową tożsamość. Jest takie opowiadanie Mirosława Spychalskiego, w którym niemiecki turysta przyjeżdża do Wrocławia i widzi rozbieraną, starą kamienicę, w której mieszkał. I prosi robotnika o wpuszczenie do środka. Robotnik mówi o tym majstrowi i chwali się, że dostał za to dwadzieścia marek. Na to majster uderza go w twarz wołając z lwowska: „Ty łobuzie, wspomnień się nie sprzedaje”. W prozie Liskowackiego „Eine kleine” jest opisana mało znany fakt – próba utrzymania się Niemców w Szczecinie do 1955 roku, ich samoorganizacja. To niewiarygodne dla ludzi z innych regionów Polski, ale wielu mieszkańców siedziało tam na walizkach aż do podpisania traktatu z Niemcami w 1990 roku. Sam napisałem trochę szczecińską powieść „Zdjęcie”, a teraz kończę powieść, której bohaterem jest prawdziwy Szczecin. O ludziach Francuskiej Gminy Narodowej na Pomorzu Zachodnim. To potomkowie uciekinierów z Francji po nocy świętego Bartłomieja, osadzeni przez Prusaków w Berlinie i Szczecinie. Odcisnęło się to w planie Szczecina – ma on gwiaździsty układ ulic i placów, jak Paryż. Oni tam siedzą kilkaset lat. To jedyni z Niemców przedwojennych to niegdysiejsi Francuzi. Jedyni dzisiejsi prawdziwi szczecinianie, nie licząc tych, którzy jak ja tam się urodzili. W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, w których została zachowana wielowiekowa tożsamość miejsca i ludzi, którzy tam żyją. To Kraków, Poznań, Kielce, Katowice. Cała reszta jest zasiedlona na nowo, jest osiemdziesiąt procent ludności napływowej. Wystarczy wymienić Warszawę, której tradycja przetrwała na Pradze, a nie na lewym brzegu. Stworzyło się nowe społeczeństwo warszawskie.
A jakie wektory polskiej literatury przewiduje pan po wyczerpaniu się tematów, o których mówiliśmy, związanych z historią „pograniczną”?
Nie umiem wróżyć. Zdecyduje o tym sama literatura.
W tym roku minie110 rocznica urodzin Czesława Miłosza. Jaki jest Pana indywidualny pogląd na jego rolę w kulturze polskiej?
Tego, kim jest Miłosz, na pewno dowiemy się za 20-30 lat. To był pisarz bardzo silnie związany z polskością, mający wyraźną wizję polskości. I próbujący wskazać, co tej wizji przeszkadza. Koncentrował się przede wszystkim na krytyce stereotypu polskości. Podobnie jak Gombrowicz wzywał Polaków do życia na własny rachunek, nie na rachunek ojczyzny. Pokazywał, że jednostka i jej suwerenność jest ważniejsza niż związki narodowe, plemienne czy polityczne.
Jakie są dla Pana najważniejsze teksty Miłosza?
„Traktat moralny”, „Traktat poetycki” i „Traktat teologiczny”. One są kośćcem jego twórczości. Powojenny „Traktat moralny” jest ostrzeżeniem, zgodnie z duchem conradowskim, że szykuje się „jądro ciemności”. „Traktat poetycki” jest pokazaniem korzeni Polski współczesnej. „Traktat teologiczny” to próba pokazania sytuacji jednostki wobec transcendencji, jednostki oczyszczonej z tego co doraźne i historyczne, wobec niewiadomego, nicości, Boga, jakkolwiek to nazwać. Przełomowym dla Miłosza momentem było podjęcie się tłumaczenia Biblii. Stary człowiek, który uczy się hebrajskiego, aby tłumaczyć Biblię, jako kolejny poeta po Janie Kochanowskim, poszukuje w tym nowej polszczyzny. Miłosz mówił, że poezja powinna mówić językiem bardziej ludzkim, co nieco rymuje się z powojennym wezwaniem Różewicza, że trzeba mówić językiem ludzkim, bo język muz jest martwy. To wyraz przekonania o końcu mitu artysty, który był u początków XX wieku. Mowa jest o tym choćby w „Ziemi Urlo”. Miłosz to jeden z nielicznych pisarzy, którzy poza tym, że był obdarzony talentem, posiadł wiedzę, zdumiewającą. I którego doświadczenie życiowe nauczył, jak żyć wśród innych. Rzucał wyzwania sobie, polskości, europejskości. Wzywał do sprawdzania swojej tożsamości, konfrontowania się ze stereotypami.
Wielka ranga Miłosza nie unieważnia pytania o jego wielkość jako poety…
Bywał wielkim poetą, n.p. w „Poemach naiwnych”. Czy we wspaniałym, genialnie, krystalicznie prostym wierszu „Uczciwe opisanie samego siebie na lotnisku w Indianapolis” o erotyce, jako motorze egzystencjalnym w całym jego życiu. Lubię jego nowatorski tom „Miasto bez imienia”. Mniej lubię jego fascynację formami klasycznymi, męczy mnie.
Jest też autorem ważnej powieści politycznej, „Zdobycie władzy”. Jak ją Pan sytuuje?
Zastanawiam się, w jakim stopniu jest ona odpowiedzią na „Popiół i diament”. O ile powieść Andrzejewskiego jest aktem pisarza „wierzącego”, próbą stworzenia mitu założycielskiego powojennej Polski, niezależnie od tego czy ją nazwiemy komunistyczną, socjalistyczną czy inaczej, to Miłosz nie miał złudzeń i odpowiedział demaskatorsko. To nie jest dobra powieść, lecz klasyczna rzecz interwencyjna, w odróżnieniu od świetnej „Doliny Issy”.
A „Umysł zniewolony”?
Rzecz doraźna, dziś cenna raczej archiwalnie. Jerzy Giedroyć był przeciwko jej wznawianiu.
Nie trzeba będzie weryfikować za wiele lat biografii Miłosza napisanej przez Andrzeja Franaszka?
Nie sądzę. To nie jest rozprawa o twórczości, lecz biografia, być może jakieś fakty jeszcze zostaną odkryte, może w korespondencji.
Dziękuję za rozmowę.

Leszek Szaruga (Aleksander Wirpsza) – ur. 28 lutego 1946 w Krakowie – poeta, tłumacz niemieckiej poezji, wykładowca uniwersytecki, historyk literatury, krytyk literacki. Syn zmarłego na emigracji w Niemczech poety, krytyka, tłumacza i prozaika Witolda Wirpszy. W latach 70. i 80. redaktor pism drugiego obiegu — takich jak „Puls”, „Wezwania”. W latach 1979-1989 współpracował z sekcją polską Radia Wolna Europa (pod pseudonimami: Jan Krajnik, Krzysztof Powoski). Od 1979 r. współpracował z paryską „Kulturą”, Pod koniec istnienia pisma był w nim szefem działu poezji. W latach 1987-1990 mieszkał w Berlinie Zachodnim, gdzie współpracował z sekcjami polskimi BBC oraz Deutsche Welle oraz czasopismami emigracyjnymi. Redaktor pism „Nowaja Polsza” oraz „Przegląd Polityczny”. Laureat Nagrody Kościelskich (1986) oraz nagrody literackiej „Kultury” (1999). Autor szeregu tomików poezji oraz m.in. zbiorów esejów krytyczno-literackich „Własnymi słowami”, „Szkoła polska”, „Dochodzenie do siebie”, „Współczesna powieść polityczna”, a także tomu wspomnień „Podróż mego życia”. W 2009 roku uhonorowany medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Między „okopami świętej trójcy” a postmodernizmem

Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna – z profesorem Andrzejem Wernerem, krytykiem, eseistą, historykiem literatury, profesorem w Instytucie Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Po 25 latach od pierwszego wydania ponownie ukazał się Pana głośny i dyskutowany swego czasu esej „Polskie, arcypolskie…”, książka fundamentalna dla zrozumienia istotnych zjawisk polskiej kultury drugiej połowie XX wieku. Z kolei od drugiego wydania też mięło już sporo czasu. Na ile zawarte w tym eseju zagadnienia są dziś żywe a na ile dotyczy on kwestii zaprzeszłych, związanych z dylematami okresu po 1945 roku. Na ile tematyka „Popiołu i diamentu” Andrzejewksiego/Wajdy, powojennych dylematów czy poezji Tadeusza Borowskiego może jeszcze zainteresować szerszy krąg czytelniczy?
Można podjąć próbę zweryfikowania tego, o co pan pyta. „Polskie, arcypolskie” nie mieściło się w samym założeniu w kręgu ówcześnie podejmowanych wyborów politycznych, co było wtedy obrazoburcze. Podważałem sposób myślenia ludzi których ceniłem, szanowałem i z którymi się identyfikowałem w szeroko pojmowanym ruchu zbiorowym. Postanowiłem jednak przyjrzeć się zjawiskom, które mnie interesowały, w sposób całkowicie niezależny politycznie. Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna. Cenię sobie tę niewygodę.
W okresie ożywienia się mitów romantycznych po 13 grudnia 1981, w czasach stężonej demonstracji polskości pisał w Pan w „Polskim arcypolskim” o słabnięciu substancjalności polskości. To było w jednej strony trochę profetyczne, ale z drugiej strony po katastrofie smoleńskiej pojawiła się jakby nowa forma substancjalności polskiej – agresywny, sarmacki, antypatyczny ruch smoleński, „obrońcy krzyża” etc. Jak ta książka wpisuje się dziś w te konteksty?
Tę formę rytualnej pseudosubstancjalności kultura polska zawsze posiadała. W XIX wieku obok Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, później Żeromskiego, Brzozowskiego istniały i były kultywowane formy żałobne, martyrologiczne. Ja je nazywam kulturą masową wielkich idei. Kultura protestowała przeciwko temu, że przywołam Brzozowskiego, walczącego z płaczliwą martyrologią, zastępującą prawdziwą pracę duchową i materialną. Dziś doszło do paroksyzmu tego zjawiska. W czasach o których traktuje „Polskie, arcypolskie”, protest czy wręcz szyderstwo z takiej rytualnej formy polskiego ducha była etosem i dużej, wówczas szczególnie ważnej części polskiej literatury, a także polskiej szkoły filmowej, Jej najbliższym antenatem był oczywiście Gombrowicz. Ta negacja zastąpiła jednak pytanie o samą naturę substancjalności. Czy nie wylano dziecka z kąpielą? To było niewygodne dla tych ludzi, z którymi trzymałem sztamę w walce przeciwko martwym pokładom świadomości narodowej. Wydawało mi się, że czasy „Solidarności” są pretekstem, by o tym inaczej myśleć. Trochę się przeliczyłem. W Polsce obecnej te nożyce między dwoma sposobami myślenia i reagowania jeszcze bardziej się rozwarły. Pokazały odrażającą i pustą formę rytualności. Pustą, bo nie odwołuje się do wartości, ale do doraźnej walki politycznej. Wtedy też jej nie było, ale wtedy był prosty podział na władze i „Solidarność”. Chciałem wyjść poza ten schemat i chyba mi się udało. Przy czym przypomniałem cenionym przeze mnie pisarzom pewne przejawy indoktrynacji, której ulegli. Z drugiej strony, nie zajmowałem się literaturą partyjną, którą uważałem za barachło. Chciałem natomiast wzmocnić te wartości, które instrumentalnie wykorzystał Moczar i jego działający w kulturze poplecznicy, zohydzając język z nimi związany. Nie wyciągałem i nie piętnowałem grzechów, nie sytuowałem się koło „Hańby domowej” Trznadla. Uznałem, że żyliśmy pewnym czasie, z którym każdy, kto ma taką potrzebę, może się sam rozliczyć. A ponad wszystko uważałem i uważam, że kultura w moim przekonaniu nie żywi się półprawdami, nawet jeśli rozgrywa partię słuszną politycznie.
A dziś, w odmiennych warunkach, na czym by polegała Pana niezależność?
Na trzymaniu się na dystans zarówno do „okopów świętej trójcy” z procesjami i sztandarami, jak i do sztuki postmodernistycznej, która nic nie znaczy w życiu zbiorowym. Ta ostatnia też ucieka od realnego świata w krainę gier językowych i pojęciowych. Tymczasem mamy problemy rzeczywiste, nie tylko pozorne. Kultura musi się ustosunkować i do jednego i do drugiego zjawiska.
Pana książka adresowana była do odbiorcy elitarnego, o przygotowaniu humanistycznym, zorientowanego w naturze „kompleksu polskiego”. Czy ta publiczność jeszcze istnieje jako zbiorowość, jako zjawisko, z właściwym jej stylem odbioru kultury jako czegoś fundamentalnego w życiu społeczeństwa i – excusez le mot – narodu? Czy istnieje pasmo społeczne, w którym jeszcze dziś ta książka wywołuje rezonans myślowy?
To trudne pytanie. Jednak obcując z niektórymi środowiskami zauważam u nich przywiązanie do źródeł, które i dla mnie były ważne. Na pewno jednak wiele się zmieniło od czasu pisania tej książki. Nastąpiło umasowienie kultury, jej zamiana w spektakl, w którym opowiada się historyjki. Także wyższa, elitarna kultura coraz częściej wychodzi poza wartości, takie, które są tematem mojej książki. Skoro bowiem wartości uzależnione są wyłącznie od wymiennych języków, których możemy używać, przestają należeć do sfery obowiązującej. Myślę jednak, że ciągle są ludzie, którzy myślą wartościami. Ta potrzeba chyba nie zginie. Leszek Kołakowski ostatnie lata swojego życia starał się nas o tym przekonać. Jak pan zapewne zauważył, tytuł „Polskie, arcypolskie” to parafraza „Ludzkiego, arcyludzkiego” Nietzschego. I pojawia się w mojej książce Diabeł. Dlaczego? Bo ta krytyka, która zniszczyła język mówienia o wartościach jest bardzo mądra, bardzo przeze mnie szanowana, ale szkodliwa. Ten Diabeł podpowiada młodym humanistom tylko opisywanie świata takim, jaki jest, bez rozróżniania dobrego od złego, bez odróżniania kultury wysokiej i niskiej. Tak jest we wszystkich innych dziedzinach sztuki i humanistyki. Stąd ważna dla tej książki metafora Diabła. Diabła z „Doktora Faustusa” Manna. Herbert pisał, że ten Diabeł szczególnie upodobał sobie artystów. Nie wiem, czy to jeszcze jest czytelne, ale w rejonach metakulturowych, o których rozmawiamy, na pewno ważne. Wracając do pana pytania – są środowiska, które temu wypraniu z wartości starają się przeciwstawić. Takie reduty. Ja je przyjmuję z nadzieją, choć czasem z nimi polemizuję, gdy niebezpiecznie zbliżają się do absolutyzacji pewnych wartości.
„Polskie arcypolskie”, to poza wszystkim zapis pewnej formy polskiej w pewnym, ściśle określonym czasie historycznym. Andrzej Mencwel mówił mi obszernej rozmowie, że „Polska zmienia formę”. Formę, skarykaturyzowaną przez Gombrowicza w „Pornografii” i „Kosmosie” w postaci szlacheckiego dworku. Jaką formę ma Polska dziś?
To trudne pytanie, bo nie ma już jednej formy, ale wiele form. Nie wiem, czy mają wspólny mianownik. Diagnoza wymagałaby gruntownych studiów socjologiczno-antropologicznych. Ponieważ jednak pan mnie prowokuje do metafory, to powiem, że metaforą Polski może być dziś supermarket. Trzeba by jednak pokopać głębiej, bo ta metafora wyraża właściwie bezformie, dowolność. A może mamy do czynienia z wieloloformiem? Samo zjawisko nie jest nowe, ale przyjęło współcześnie monstrualne rozmiary. Podejmował ten temat Jan Józef Szczepański w ”Przed nieznanym trybunałem”. W czasach, kiedy metaforą Polski mógł być szlachecki dworek, również istniała wielość. Dworki zamieszkiwali bardzo różni ludzie.
Jaką rolę w wyposażaniu młodego pokolenia w wiedzę i kryteria może odegrać szkoła?
Zauważam, że młodym ludziom, poczynając od liceum aż po pierwsze lata studiów wielką trudność sprawia wejście w tryb myślenia historycznego. Dla wielu z nich historia to archeologia. Na szczęście ciągle jeszcze szkoła i studia humanistyczne próbują uczyć myślenia historycznego. Bez tego znajdziemy się w pułapce zabsolutyzowanej teraźniejszości. Myślę jednak, że myślenie o kulturze da się sprowadzić do metafory Miłosza o życiu na wyspach, tzn. będzie to dotyczyło tylko niektórych środowisk, które będą przechowywały pewne istotne wartości i dyskutowały o nich. Bez iluzji – większość ludzkości będzie poza tym.
Czy opierając się na doświadczeniach i przemyśleniach z minionych dwudziestu lat zdecydowałby się Pan napisać dalszy ciąg „Polskiego, arcypolskiego”?
Ja nie. Nie ma już klimatu odpowiedniego, by podjąć się takiego zadania. Literatura i film są już z innej bajki. Nie stanowią pretekstu do całościowego ujęcia zagadnienia, a przy tym z nadzieją, że będzie publiczność. Może jednak takiego zadania podejmie się ktoś inny?
Dziękuję za rozmowę.
Andrzej Werner – ur. 14 września 1940r. w Warszawie – krytyk literacki i filmowy, historyk literatury, eseista, profesor nauk humanistycznych w Instytucie Badań Literackich PAN, od 1977 działacz opozycji związany z kręgiem KSS KOR, w latach 80-tych działał w drugim obiegu wydawniczym. Opublikował: „Zwyczajna apokalipsa: Tadeusz Borowski i jego wizja świata obozów” (1971), „Polskie, arcypolskie …” (1987), „Pasja i nuda” (1991), „Dekada filmu” (1997), „Krew i atrament” (1997), „To jest kino” (1999), „Wysoko, nie na palcach : o pisarstwie Jana Józefa Szczepańskiego” (2003) .

A co, jeśli Jakub Żulczyk ma rację?

Jakub Żulczyk (rocznik 1983) stał się pierwszym od niepamiętnych czasów pisarzem, któremu grozi kara więzienia z powodów politycznych. Warto skorzystać z tej okazji by przywołać tę postać nowego pokolenia polskiej literatury.

Z wykształcenia jest amerykanistą i to odzwierciedliło się już w jego debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” (2006). Wykorzystał w niej charakterystyczny dla kultury amerykańskiej (w tym literatury i filmu) motyw podróży („powieść drogi”), pamiętny m.in. z powieści (James Leo Herlihy, 1965) i filmu (John Schlesinger) „Nocny kowboj” (1969), a także ze słynnej historii Bonnie and Clyde. Ta historia podróży dwojga młodych ludzi przepojona jest odniesieniami do popkultury amerykańskiej, powieści, utworów muzycznych, gier komputerowych itd. Opublikowane w 2008 roku „Radio Armagedon” opowiada o licealnym zespole rockowym i zostało zaliczone do tzw. nurtu „emo”, jako pierwsza polska powieść z tego gatunku. ( „Seks, narkotyki, anarchia, nihilizm, przemoc, muzyka punk i młodość pod znakiem trupiej czaszki” – obraz młodzieży wchodzącej w życie po roku 1989).
W kolejnych latach Żulczyk poświęcił się literaturze gatunkowej, a konkretnie horrorowi, thrillerowi, powieści kryminalnej i fantastyczno-przygodowej, ale nie stronił także od – swoistego – realizmu („Instytut”, 2010, „Zmorojewo” 2011, „Świątynia”, 2011, „Ślepnąc od świateł”, 2014, zekranizowana jako serial telewizyjny, „Wzgórze psów”, 2017). Przynależna formalnie do gatunku fantastyki ostatnia powieść Żulczyka („Czarne słońce”, 2019) nosi cechy zakamuflowanej, dystopijnej powieści politycznej, opowiadając o odseparowanym od Europy kraju rządzonym przez Ojca Premiera (główny bohater to faszysta Gruz). Sam autor określił tę powieść jako utwór napisany „przeciwko Kościołowi w Polsce, bo obrzydza mnie, jako człowieka i obywatela, to, co potrafię usłyszeć ze strony kapłanów”. Z prawej strony sceny politycznej publicystyki okrzyknięto ją jako „antypolską” i „antychrześcijańską”. Sam autor przyznał, że jest antynacjonalistyczna, antyfaszystowska i antyteokratyczna.
Jakub Żulczyk, m.in. obok Doroty Masłowskiej, Mirosława Nahacza, Dawida Bieńkowskiego czy Jarosława Shuty należy do pokolenia (urodzonych w latach osiemdziesiątych) pisarzy głęboko zanurzonych w popkulturze i codzienności po przełomie wieków, pisarzy oddających trafnie ducha tych czasów. Jak napisano o tej generacji na stronie culture.pl, ich pisarstwo „opowiada historie o młodych ludziach, po części wpisujące się w głośną w tamtym czasie dyskusję o „generacji nic” – pozbawionej ideałów, skrzywdzonej przez kapitalizm, nieumiejącej budować trwałych więzi”. Stąd, przy wszystkich różnicach między poszczególnymi pisarzami tej generacji, łączy ich, nigdy wcześniej nie występujące w tym stopniu w polskiej prozie, zanurzenie we współczesnym języku kolokwialnym, mówionym, oraz w znakach i przedmiotach wytwarzanych przez cywilizację codzienności. Ich charakterystycznym atrybutem jest – zasadniczo – brak odniesień do przeszłości, do rozmaitych klasycznych imponderabiliów, takich jak kondycja narodu, patriotyzm, tradycyjnie rozumiane kategorie społeczne, obyczajowe i psychologiczne itp. Ten krąg pisarzy określano też jako „banalistów”, a niektórzy z nich, w tym Żulczyk skupieni byli wokół pisma „Lampa i iskra boża” Pawła Dunina-Wąsowicza.
O swojej powieści „Ślepnąc od świateł” Żulczyk powiedział: „Chciałem napisać książkę o upadku złudzeń. O tym, jak bardzo chcemy swoje życie wyreżyserować, coś osiągnąć. A po to głównie przyjeżdża się do Warszawy. Żeby zrobić karierę, zmienić życie na lepsze, wspinać się po jakiejś drabinie. Zresztą taką potrzebę mają w sobie nie tylko przyjezdni. W tym sensie ta powieść mogła się wydarzyć tylko tu”. Krytyk Piotr Kofta tak napisał o niej: „Współczesna Warszawa u Żulczyka jest jak Los Angeles lat 50. sportretowane przez Jamesa Ellroya: przykryta wieczną nocą, ogarnięta gorączką złota, pulsująca od zbrodni i pożądania, podkręcona i odurzona kokainą. Historia dilera, który żyje iluzją, że uda mu się przejść przez to piekło suchą nogą, to, jak dla mnie, powieść sezonu”.
Jakub Żulczyk, który w dziennikarskim, początkowym okresie swojej działalności udziełał się publicystycznie w wielu tytułach prasowych, koncentruje się obecnie na intensywnej aktywności w mediach społecznościowych, gdzie ostro krytykuje obecną władzę PiS i Kościół katolicki. („Gospel of inhumanity, nieludzka Ewangelia. PiS to tylko przechwytuje do doraźnych celów politycznych. Dlatego nie wydaje mi się, żeby moja książka była antypisowska. Ale żeby było jasne: „Czarne słońce” to nie jest książka antychrześcijańska. (…) Może ja się nie do końca identyfikuję jako chrześcijanin, ale jednak „Czarne słońce” to książka chrześcijańska i taka miała być” – powiedział w jednym z wywiadów). Powieść pełna jest pasji skierowanej przeciw faszyzmowi, przemocy i teokracji. Pisarz poparł też m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet, krytykuje wyłączenie kościołów spod lockdownu pandemicznego, działalność ministerstwa edukacji pod kierownictwem katolicko-nacjonalistycznego fundamentalisty itd.
W 2017 roku Jakub Żulczyk uzyskał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur, (z których pochodzi – urodził się w Szczytnie) za „Wzgórze psów”), a w roku 2018 Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W 2014 roku kandydował do Paszportów „Polityki”.

Chińskie i polskie pisarki na temat równości i różnorodności w literaturze

Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich i Ambasada Chin w Polsce zaprosiły w grudniu trzy znane chińskie pisarki oraz trzy polskie pisarki do dyskusji na temat równości i różnorodności w perspektywie literatury kobiecej. W wydarzeniu wzięły udział: Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Sylwia Chutnik, Lu Min, Cui Manli oraz Dian. Profesorka Zhang Li z Pekińskiego Uniwersytetu Normalnego była gospodynią tej dyskusji.

Chińskie i polskie pisarki stwierdziły w swoich wystąpieniach, że równość i różnorodność istnieją nie tylko w literaturze, ale także we wszystkich aspektach kultury, dlatego kwestie płci są bardzo ważnym tematem. Opierając się na własnych doświadczeniach, oznajmiły, że pisarka powinna mieć własną odpowiedzialność za wyrażanie swojego literackiego głosu i opinii.
Sylwia Chutnik to dziennikarka, feministka, działaczka społeczna, jedna z najbardziej uznanych polskich pisarek. Autorka książek (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet”, „Dzidzi”, „Cwaniar”, czy „Smutku cinkciarza”), a także sztuk dramatycznych (m.in. „Muranooo”, „Aleksandra” ). W swojej twórczości Chutnik odwołuje się często do tematów feministycznych oraz koncepcji płci kulturowej (gender). Porusza także kwestie związane z historyczną i kulturową traumą.
„Współczesna proza pisana przez kobiety jest pełna refleksji dotyczących tego, w jaki sposób żyjemy i chcemy żyć. Zadaje pytania o to, gdzie w całej tej narracji jest mężczyzna i czy wieloletnie karmienie nas bajkami nie przyniosło złego zakończenia ”– powiedziała Chutnik podczas debaty.
Lu Min to autorka powieści „Ucieczka na księżyc”, „Kolacja dla sześciu osób”, „Żniwiarz snów”, „Fikcyjna rodzina”, „Nocne rozmowy o hormonach”, „Ojciec na ścianie” i 30 innych dzieł. Pisarka znalazła się w rankingu 20 Mistrzów Przyszłości „Literatury Ludowej”, a także została wybrana do grona Tajwan United Literature Chinese Fiction Circle „20 under 40”. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na język niemiecki, francuski, japoński, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i arabski.
Lu Min powiedziała podczas dyskusji, że „celem nie powinno być podkreślenie kobiecego sposobu pisania lub kobiecej narracji ani czynienie z kobiet główny temat utworów”. „Wręcz przeciwnie, problem nierówności płci sam w sobie jest jednym z największych problemów społecznych, który dotyczy każdego człowieka i dlatego też pojawia się on często w literaturze” – podkreśliła. „Jako pisarze, mężczyźni i kobiety, powinniśmy znaleźć najbardziej odpowiedni sposób, aby przekazać i opisać dawne czasy oraz indywidualne doświadczenia” – dodała Lu Min.
Grażyna Plebanek to pisarka i publicystka. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”, a także jest felietonistką dla „Polityki”, „Wysokich Obcasów Extra” i magazynu „Trendy”. Publikowała też m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”.
Grażyna Plebanek podczas debaty wspomniała historię o swojej babci i matce, które były niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z mężczyznami. „Jako pierwsza z nas trzech skończyłam studia. Jako pierwsza robię zawodowo to, co sobie wymarzyłam. Wydawałoby się, że moja płeć w XXI wieku nie będzie odmiennością, która stanie na drodze równości. Ale kiedy opublikowałam moją pierwszą powieść, dziennikarki i dziennikarze pytali, czy piszę literaturę kobiecą” – stwierdziła pisarka. „Literatura to literatura – odpowiadałam – Literatura nie ma płci” – zaznaczyła Plebanek. „Moich kolegów pisarzy nikt nie pyta o to, czy piszą literaturę męską. To, co piszą jest z założenia uniwersalne. A moje pisanie wymaga przymiotnika określającego płeć” – dodała.
Urodzona w Nankinie Cui Manli jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest autorką między innymi dwuczęściowej powieści „Wzloty i upadki”, a także „Ulubiony” czy „Epoka kolorowego szkła” oraz zbiorów opowiadań pod tytułem „Wiara Kaki”. W 2009 roku „Epoka kolorowego szkła” zdobyła nagrodę za najlepszą powieść przyznawaną przez Grupę Wydawniczą Pisarzy Chińskich. Jej utwory były tłumaczone m.in. na język angielski, koreański i japoński.
Cui Manli twierdzi, że jej rodzinne miasto Nankin szczególnie szanuje kobiety oraz je bardzo kocha. „ >Sen czerwonego pawilonu< jest jedną ze znanych chińskich powieści klasycznych. Jej autor Cao Xueqin właśnie w tym mieście spędził swoje dzieciństwo. Główny bohater utworu Jiao Baoyu niezmiernie kocha i wielbi kobiety. W Nankinie mężczyźni są dumni z bycia takim jak Jiao Baoyu.
Manuela Gretkowska to pisarka, scenarzystka, felietonistka, działaczka społeczna, założycielka Partii Kobiet. Zadebiutowała w 1991 roku powieścią „My zdies’ emigranty”. Na jej dorobek literacki składają się takie dzieła jak: „Namiętnik”, „Silikon”, „Polka”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Europejka”, „Obywatelka”. Powieść „Polka” doczekała się nominacji do Nagrody Literackiej „Nike”. Jej książki tłumaczone były na języki: węgierski, serbski, ukraiński, litewski, rosyjski, niemiecki, hiszpański i fiński.
Manuela Gretkowska przypominała swój pierwszy pobyt w Chinach 30 parę lat temu i historię Marii Skłodowskiej-Curie. „Mówię dlatego o historii Marii Skłodowskiej-Curie bo była kobietą, i jej dwudziestowieczne odkrycie promieniotwórczości umożliwiło prześwietlanie tego co ukryte w ludzkim ciele: kości, narządów. Tak samo jak pisarstwo kobiet od XX wieku pokazuje to co było dotychczas ukryte dla literatury” – stwierdziła. Jej zdaniem, literatura kobiet jest takim nowoczesnym Nüshu, czyli językiem, który stworzyły Chinki z prowincji Hunan. Według Gretkowskiej służy on do porozumienia się poza oficjalnym językiem, do przekazania kobiecego doświadczenia, ale też do porozumienia ze światem mężczyzn” – dodała pisarka.
Di An (właściwie Li Di’an) jest przedstawicielką pisarek urodzonych w latach 80. Absolwentka Szkoły Zaawansowanych Badań w Naukach Społecznych w Paryżu. Jest autorką powieści, w tym m.in. „Rozsądny człowiek” (wyd. ang. „The Reasonable Man”) oraz „Pożegnanie z Niebem” (wyd. ang. „Ashes to Ashes”) i zbiorów opowiadań. W 2018 roku za powieść „Ulica Jingheng” otrzymała Ludową Nagrodę Literacką za Najlepszą Powieść.
„Gdy pomyślę, że moi polscy przyjaciele ze studiów sięgnęli może kiedyś po wasze książki, a może nawet czytają je w tej chwili, robi mi się ciepło na sercu. Mam od dawna nadzieję, że kiedy ludzie będą o mnie myśleć to na pierwszym miejscu będzie moja twórczość, a nie płeć” – powiedziała najmłodsza pisarka biorąca udział w debacie.
Profesorka Zhang Li jest wykładowczynią na Wydziale Filologii Chińskiej Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest autorką książek „Początek pisania współczesnych chińskich kobiet”, „Odbicie sióstr w lustrze”, „Człowiek trzymający płomyk”, „Opowiadania o podróżnikach”. Otrzymała nagrodę za najlepszą prozę napisaną w języku chińskim. Jej utwór znalazł się na liście dziesięciu najbardziej wpływowych książek. Pisanie kobiet i kobieca perspektywa mają znaczenie dla zachowania niezależnego głosu kobiet – stwierdziła profesorka. „Ponieważ nie piszemy tylko dla siebie, ale musimy pisać dla czytelników z przyszłości” – zaznaczyła.
Zarówno Chinki, jak i Polki, dążą do równości i osiągnięcia równego statusu społecznego. Według chińskiej pisarki Cui Manli, aby promować postęp kobiet i równość, a ograniczać różnice, to kobiety powinny prowadzić dyskusje i osiągać konsensus. W tej kwestii twórczość literacka pisarek jest nadzieją i przyszłością kobiet na całym świecie.

Ludwik Flaszen (1930-2020) „Teatr ubogi”, umysł przebogaty

W Paryżu zmarł 24 października Ludwik Flaszen, bardzo niezwykła i bardzo swoista postać polskiej i europejskiej kultury. Był krytykiem teatralnym i literackim, eseistą, tłumaczem, teatrologiem i reżyserem. Był też współpracownikiem Jerzego Grotowskiego i współzałożycielem (1959) oraz kierownikiem literackim jego wrocławskiego Teatru 13 Rzędów, przemianowanego później na Teatr Laboratorium, a w latach osiemdziesiątych jego dyrektorem, choć przede wszystkim współtwórcą doktryny teatralnej tego teatru, autorem terminu „teatr ubogi”, którego użył w komentarzu do przedstawienia „Akropolis”.

Urodził się w Krakowie w Krakowie 4 czerwca 1930 roku, ale czas II wojny światowej spędził w ZSRR. Po ukończeniu po wojnie studiów na krakowskiej polonistyce zadebiutował w 1948 roku na łamach „Przekroju”.
Jego działalność krytyczna na łamach prasy była bardzo intensywna. Na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” prowadził rubrykę „Z notatnika szalonego recenzenta”. Był też m.in. kierownikiem literackim Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Należał w tym okresie do tzw. krakowskiej szkoły krytyków, wraz z Janem Błońskim, Andrzejem Kijowskim i Konstantym Puzyną. Z uwagi na bezkompromisową pryncypialność z jaką głosił swoje poglądy, w środowisku teatralnym w Krakowa nazywano Flaszena „Robespierre’em”.
Był prekursorem krytyki schematyzmu literatury socrealizmu, czemu już w 1951 roku dał wyraz w głośnym tekście „Nowy Zoil, czyli o schematyzmie”. Literacko zadebiutował w 1958 roku prozą eseistyczną „Głowa i mur”, zatrzymaną przez cenzurę.
Duży rozgłos w środowiskach literackich zdobyła w 1971 roku jego eseistyczna książka „Cyrograf”, niezwykle wyrafinowany, wielostronny, skomplikowany intelektualnie esej o rozmaitych zjawiskach kultury, głównie teatralnej, który doczekał się także wydania francuskiego w 1989 roku. Od 1984 mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził bogatą działalność teatralną, pedagogiczną i reżyserską.
Interesowała go tylko wielka literatura wielkich problemów (m.in. Dostojewski czy Ajschylos). Reżyserował gościnnie także w Polsce, m.in. Swoją wersję „Biesów” w Starym Teatrze w Krakowie („Mały Plutarch żywotów nieudanych”,1995). Miał także ścisłe związki z kulturą włoską i w tym kraju krzewił po śmierci Grotowskiego w 1997 roku tradycję jego teatru, jako spadkobierca jego idei.
Opublikował wydane w kilku językach liczne teksty o Grotowskim i jego teatrze. Był współautorem wydanej we Włoszech antologii Teatru Laboratorium. Napisał także m.in. „Teatr skazany na magię” (1983). Był także tłumaczem, głównie literatury rosyjskiej XIX i XX wieku, w tym tekstów Michała Bachtina, ale także z języka rosyjskiego. Był laureatem wielu nagród za dokonania na polu kultury.
Od 2018 roku w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego działa bardzo bogata Czytelnia im. Ludwika Flaszena, zawierająca wiele bezcennych i unikalnych wydań książkowych w wielu językach.
Powyższy, „telegraficzny” skrót dokonań Ludwika Flaszena słabo oddaje bogatą, czasami czyniącą wrażenie mistycznej, osobowość tego oryginalnego myśliciela-artysty, ogrom jego wiedzy i niezwykle kreatywny, choć dość hermetyczny umysł, pracujący tylko na najwyższych diapazonach, co sprawia, że kontakt z jego imponującą twórczością, zarówno krytyczną, eseistyczną jak i teatralną, choć fascynujący, nigdy nie był i nie będzie łatwy.