Maski historii i polityki

20 lat temu, 3 maja 1999 roku zmarł Władysław Lech Terlecki (1933-1999).

„Uważam się za pisarza politycznego, którego interesuje kształtowanie się procesu politycznego” – powiedział kiedyś Władysław Lech Terlecki. I rzeczywiście, najwybitniejsze dokonania tego pisarza koncentrują się w prozie, która właśnie fermenty natury politycznej, bo tak należy rozumieć sens użytego przez niego słowa „proces”, niekoniecznie najściślej rozumiane, ma za temat politykę. Wypada więc uznać Terleckiego raczej za pisarza politycznego właśnie, a nie historycznego, bo jak sam zauważył w innym miejscu, historię traktuje „pretekstowo”. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Jacek Łukasiewicz dostrzegał u Terleckiego także fascynację historią jako taką. Jego książki – zwłaszcza w latach 70-tych – towarzyszyły gorącym dyskusjom na temat polskich postaw ideowych (spór między romantyzmem a pragmatyzmem), nakłaniały do prawdziwego, a nie legendarnego poznania skomplikowanych dziejów Polski.
Jak to często bywało w tamtych czasach, ten polonista-erudyta, mózgowiec, skłonny do spekulatywnych rozważań urodzony intelektualista, został posłany do reportażu, który był wtedy niemal doktrynalnie traktowany jako niezbędny życiowy chrzest początkującego literata czy dziennikarza. Jego wydawniczym debiutem reporterskim był tom „Kocie łby” (1956), a dwa lata później ukazał się tom jego opowiadań „Podróż na wierzchołku nocy” (1958) nasycony dość zadziwiającą w jego wieku (25 lat) fascynacją motywami śmierci, starości, winy, kary, zabójstw, samobójstw, udręk moralnych i tak dalej, czyli motywami, które przeniósł do dojrzałej prozy późniejszej. Dopełnieniem tej początkowej fazy jego twórczości i jej tematyki był tom opowiadań „Pożar” (1962).

„Spisek”. Początek cyklu „styczniowego”

W 1966 roku ukazała się niewielka powieść „Spisek”, która otworzyła wielki cykl „styczniowy 1863” Terleckiego i w której w dość już rozwiniętej formie wyraziły się najważniejsze cechy jego późniejszej, najznakomitszej prozy. Jej tematem jest tzw. sprawa Stefana Bobrowskiego, pierwszego przywódcy „czerwonych” w Powstaniu Styczniowym, zastrzelonego w sprowokowanym pojedynku, w którym nie miał żadnych szans jako człowiek prawie niewidomy i bez umiejętności strzelania.
W tej bezsensownej śmierci wybitnie utalentowanego działacza wyraża się charakterystyczna dla tych czasów antynomia. Antyromantyczny, sceptyczny chłodny, rzeczowy, logiczny intelektualista Bobrowski, jeden z przywódców romantycznego zrywu, biernie ulega fatalizmowi prowadzącemu go ku bezsensownej śmierci w pojedynku, absurdalnym wytworze chorej, ekstremalnej kultury opartej na „etyce honoru” i dopełnia udziału w nonsensie śmiercionośnej konwencji.
W „Spisku” objawia się też charakterystyczna dla Terleckiego forma literacka, psychodrama (tak ją określił Jan Błoński), solipsystyczne „dzianie się w głowie”, rozmyślania Bobrowskiego w czasie jazdy pociągiem, które zastępują „klasyczną” akcję. Michał Sprusiński określił prozę Terleckiego jako „prozę atmosfery desperacji i samotności”. Także w „Spisku” po raz pierwszy objawia się „letargiczność” narracji charakterystycznej dla Terleckiego, jej usytuowanie na granicy jawy i snu. Objawiły się też w „Spisku”, na co zwrócił uwagę Błoński, inne znamienne motywy, Krytyk zwracał też uwagę na inne obsesyjne motywy w prozie Terleckiego: zamknięcia, osaczenia, daremnego oczekiwania, bezsilności, fatalizmu.
Historia dramatycznie ciemna
Terlecki „wybudował świat prozy bardzo gęstej, o rozległych odniesieniach duchowych, a także pełnej tajemnicy. Uważał bowiem, że „historia nie jest jasna, jest dramatycznie ciemna”. Z tym wiąże się pewien aspekt jego formy pisarskiej. Jak pisał o nim we wspomnieniu pośmiertnym Stanisław Stanuch, Terlecki „nie ułatwiał czytelnikom zadania”. Lektura jego powieści wymaga szczególnej uwagi i „czujności”, choćby tylko dlatego, że jej „lita”, zgęszczona struktura narracyjna sprawia, iż nie zawsze łatwo jest oddzielić od siebie kwestie dialogujących postaci, a także poszczególne sekwencje, epizody, wątki.
To był jeden z powodów, dla których proza Terleckiego „nie miała za grosz pierwiastka komercyjnego czy koniunkturalnego” (St. Stanuch). „Mówiono o nim, że jest nudny – istotnie, fabuła jest tu zawsze czymś w gruncie rzeczy drugorzędnym, a przecież od jego letargicznych książek trudno się oderwać”.
Pomiędzy „Spiskiem” a kolejną odsłoną cyklu „styczniowego” Terlecki „odskoczył” tematycznie w inne rejestry. Najpierw w eklektyczny tematycznie zbiór opowiadań „Sezon w pełni” (1967), a następnie w powieść „Gwiazda Piołun” (1968) o ostatnich dniach życia Witkacego, choć nie jest on wymieniony z nazwiska. Jego wrześniowa ucieczka w nieznane pośród dokonującej się wokół Apokalipsy, tej którą przewidział i poniekąd sobie wywróżył, była tylko inną, późniejszą historycznie odsłoną tragicznego fatalizmu losu polskiego. Jednak pisarz – na co zwróciła uwagę Helena Zaworska – podejmuje też fenomen niedostosowania wyobrażeń intelektualisty do rzeczywistości, rozbieżności między Apokalipsą wyobrażoną i realną.

Śledztwo jako czynność
psycho-filozoficzna

W 1970 roku ukazała się powieść „Dwie głowy ptaka”. Jej głównym protagonistą jest inny wybitny działacz Powstania Styczniowego, naczelnik Warszawy Aleksander Waszkowski, osadzony w Cytadeli. Temat tworzą jego przesłuchania, prowadzone w ramach śledztwa przez pułkownika Tuchołko, postać która przewija się przez „styczniową” prozę. Obszerne sekwencje przesłuchań stanowią w prozie Terleckiego bardzo istotny składnik. Są to właściwie, głównie po stronie śledczego, filozoficzne dywagacje na pograniczu filozofii państwa i władzy oraz historiozofii, połączone z introspekcją psychologiczną.
Postaci śledczego-filozofa towarzyszy w powieściach figura, którą sam pisarz nazwał „szpiclem-filozofem”. Głównym motywem jest tu zdrada i jej względność. Waszkowski zwątpił w sens i szanse Powstania, więc pragnie przyczynić się do położenia kresu daremnej ofierze powstańczej. Czyni to ułatwiając władzom rosyjskim odzyskanie skarbu Królestwa, co przekreśli możliwość kontynuowania konspiracji. Z jednej strony jest to zdrada, z drugiej, w pojęciu Waszkowskiego, „błogosławiona wina”, która położy kres dalszemu upływowi polskiej krwi. Jednak ani Terlecki, ani jego bohater nie dokonują tu moralnego rozstrzygnięcia. Bohater nie doznaje komfortu „błogosławionej winy”. Wszystko zawieszone jest we względności i wieloznaczności.
Powroty do „stycznia” i wędrówki w nowe rejony
I znów Terlecki czyni tematyczne interludium w postaci powieści „Pielgrzymi” (1972). Rzecz o pielgrzymce do Częstochowy, mieście urodzenia pisarza, można potraktować jako satyrę na trywialne profanum pustoszące religijność, ale jest to też rodzaj antyewangelicznej przypowieści, pełnego groteski i szyderstwa moralitetu.
W 1973 roku ukazał się „Powrót z Carskiego Sioła”, rodzaj powieści spojonej z odrębnych całości. Pojawiają się takie postacie jak Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Aleksander Wielopolski, namiestnik Lüders, Oskar Awejde. Tu też dotyka pisarz problemu zdrady, ale też nietzscheańskiego kultu siły, antynomii między politycznym realizmem a daremną ofiarą.
O rok późniejszy „Czarny romans” (1974), zbudowany jest w konwencji powieści kryminalnej, w której sprawcę znamy w punkcie wyjścia, a tropiona jest jedynie motywacja mordercy. Historia oparta na autentycznym romansie polskiej aktorki Marii Wisnowskiej i rosyjskiego kadeta Barteniewa dotyka tyleż kulturowego konfliktu i wzajemnej obcości polsko-rosyjskiej, ile motywów panującego w kulturze i nastroju elit modernizmu, z nietzscheańską ideą „woli mocy”. To jednocześnie portret Polaków tej epoki w optyce Rosjanina i nie jest to portret pochlebny.
Piętno epoki modernistycznej zaznacza się też w najbardziej chyba dojrzałej prozie tego okresu twórczości Terleckiego, jaką jest powieść „Odpocznij po biegu”, osnuta na kryminalnej kanwie słynnej sprawy Macocha (w powieści nosi imię Sykstus), jasnogórskiego paulina, który zamordował męża swej kochanki. Właściwym bohaterem tej powieści jest jednak przysłany z Petersburga do Częstochowy (kolejny powrót rodzinnego miasta pisarza do jego prozy) sędzia śledczy, który dostrzega w tej sprawie szansę na uderzenie w Kościół katolicki, uważany za istotną przeszkodę na drodze „zruszczenia” Polaków. Ta śledcza psychodrama jest też dla Terleckiego pretekstem do pokazania potęgi miłości i pożądania cielesnego, jako sił nadrzędnych nad wszystkim.

Proza „gęsta”

Na przykładzie tej powieści Andrzej Mencwel wnikliwie analizował właściwości formalne prozy Terleckiego, której naczelną cechę określał jako „gęstość”, lecz nie gęstość anegdoty (ta była raczej skromna), lecz gęstość faktury narracyjnej: „W prozie autora „Czarnego romansu” rzuca się w oczy to, że każda wypowiedź uzyskuje swój dialogowy charakter przez pojawienie się wewnątrz świadomości drugiej postaci (…) Terlecki nie opowiada rozmowy Iwana Fiodorowicza z ojcem Sykstusem, lecz przypomnienie i refleksję wewnętrzną Iwana Fiodorowicza na temat tej rozmowy (…) Niektóre złożenia tych wewnętrznych refleksji są jeszcze bardziej skomplikowane, niekiedy wielostopniowe, stąd też nakładanie się na siebie poszczególnych perspektyw narracyjnych, ich dialogizacja stają się wybitnie złożone. A ponieważ narratorem jest ktoś wobec Iwana Fiodorowicza jako postaci głównej zewnętrzny, kto jakby przypomina sobie tegoż sędziego i całą związaną z nim oraz ojcem Sykstusem sprawę – każda wielostopniowa tkanina opowieści o procesach psychicznych pojawia się właściwie wewnątrz zasadniczego dla nich wszystkich wspomnienia jakiegoś nieokreślonego, ale obecnego stale narratora. W świadomości zaś, w przypomnieniu, kształty rzeczy się zacierają (…) Ponieważ z kolei każdy szczegół niejako pojawia się tutaj nie poprzez jedno wspomnienie, lecz poprzez wiele nałożonych na siebie takich przebiegów wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, w każdej z nich współobecnych. To ta właściwość prozy Terleckiego, od dawna już cyzelowana, a w „Odpocznij po biegu” doprowadzona do doskonałości, nadaje ową, tak narzucającą się w lekturze gęstość atmosferze Częstochowy początku wieku (…)”

W głąb pisarskiego sezamu. Od Wielopolskiego do Szpicbródki

W 1977 wraca pisarz do tematyki okołopowstańczej. W zbiorze czterech opowiadań „Rośnie las”, obok Mickiewicza w Lozannie, pojawia się margrabia Wielopolski na drezdeńskim wygnaniu, jako duchowa i fizyczna ruina własnych planów, zniszczonych przez nierozumny naród. Ta nowela, zatytułowana „Drezno”, została później rozwinięta przez Terleckiego w znakomitą sztukę „Cyklop”, podobnie jak formę sceniczną nadał też „Odpocznij po biegu” i „Dwom głowom ptaka” – wszystkie doczekały się interesujących inscenizacji teatralnych. I znów pojawia się interludium tematyczne w postaci współczesnej powieści „Wczesny powrót” (1978), ale nie ma ono tej siły, co kolejne odsłony cyklu „styczniowego”. A po nim, „Zwierzęta zostały opłacone” (1980), powieść osnuta wokół sprawy Stanisława Brzozowskiego. Tu ponownie pojawia się obsesyjny motyw winy i jej względności, kary, odpowiedzialności.
Terleckiego bardzo pociągała forma powieści kryminalnej czy sensacyjnej, także tej stosowanej wprost, nie jako parabola, stąd w tym samym roku 1980 ukazały się „Trzy etiudy kryminalne”, ale niedługo po nich powieść „Cień karła, cień olbrzyma”, o Lwie Tołstoju, o geniuszu opętanym przez otaczającą go nicość ludzką, ale też ze współczesnym planem dotykającym aspektu politycznego lat siedemdziesiątych, z postacią „Ślepego”, partyjnego dygnitarza, w której Piotr Kuncewicz dopatrywał się pierwowzoru w osobie Władysława Gomułki.
W roku 1984 ukazały się dwie ważne powieści Terleckiego. „Pismak” jest bardziej nieokreślony w przesłaniu artystycznym. Ta powieść ma coś z autotematycznej gry literackiej, ponieważ bohaterem jest dziennikarz pragnący zostać pisarzem i odzwierciedlić w pisanej powieści pobyt w więzieniu. Pojawia się też znany z „Odpocznij po biegu” eks-zakonnik Macoch, tu jako współwięzień głównego bohatera i – także jako towarzysz z więziennej celi – słynny kasiarz Szpicbródka, w tym przypadku bardziej jako postać ówczesnej literatury rozrywkowej, bohater groszowej prasy, niż jako postać z krwi i kości. Do tego jest motyw ateizmu i bluźnierstwa jako starego zjawiska przybierającego nowy kształt w epoce narodzin masowej prasy.
„Lament” (1984), to ostatnia, wieńcząca powieść cyklu „styczniowego”. Jest to obraz kresu Powstania, jego dogorywania i degrengolady w ponurej, elegijnej atmosferze krańcowego pesymizmu, intryg i szerzącej zdrady. W 1988 roku ukazała się „Drabina Jakubowa”, pierwsza literacka podróż Terleckiego w wiek XVIII, w czasy stanisławowskie. To napisana w formie wolterowskiej powiastki filozoficznej historia misji arystokraty-agenta, wysłanego z listem od króla Stanisława Augusta do carycy Katarzyny. Terlecki wprowadza tu nietypowe dla siebie dziwaczne figury i sytuacje, w konwencji powieści łotrzykowskiej. Jest m.in. sługa-karzeł, militarny maniak, klasztor opanowany przez szatana, i oczywiście mnóstwo szpicli i agentów. A jednak ta na pozór atrakcyjna galeria osobliwości niezbyt posłużyła prozie Terleckiego. W odróżnieniu od ascetycznej surowości powieści styczniowych, „barok” postaci i motywów z „Drabiny Jakubowej” wybrzmiał mocno sztucznie. Jakby pisarz niezbyt dobrze się czuł w łotrzykowskiej konwencji nadmiernego „bogactwa”, malowniczości, przesady narracyjnej i nazbyt wymyślnej narracji, jakby jego żywiołem była raczej powaga, oszczędność, asceza, pewna surowość i letargiczność, niż literackie „cuda na kiju”.
Jednak już w tym samym roku 1988 ukazał się także „Wieniec dla sprawiedliwego”, znów ascetyczne studium śledztwa i jaźni sędziego śledczego. W roku 1989 ukazała się powieść „Laur i cierń”, osnuta wokół postaci i roli Józefa Ignacego Kraszewskiego, przy czym postać sławnego polihistora polskiej literatury XIX wieku i jednego z najważniejszych ówcześnie depozytariuszy polskiej pamięci, nie jest tu pretekstem do opowieści biograficznej o autorze „Starej baśni”, lecz ogniskuje w sobie istotne zagadnienia, dylematy i sprzeczności polskie XIX wieku z problemami europejskimi w tle. Bohaterem ostatniej powieści Terleckiego, która ukazała się w roku jego śmierci, „Wyspy kata” (1999), jest Walerian Łukasiński.

Z dala od patriotycznego schematyzmu

To co uderzało w jego prozie, to daleki od patriotycznego schematyzmu rysunek postaci zaborców. Mówił o tym sam Terlecki: „Literatura polska powstająca w warunkach niewoli przekazała nam obraz zaborcy w jaskrawym skrzywieniu. Jest to zwykle patologiczne, głupie bydlę. Robiła tak ze zrozumiałych powodów, aby nie demonizować zła, z którym podejmowała wtedy totalną walkę. Ale też bardzo odbiegała od prawdy. Myśmy przegrywali z ludźmi, którzy posiadali dużą inteligencję, którzy przerastali nas nie tylko środkami represji, jakie pozostawały w ich rękach, ale również przenikliwością, zwykłą mądrością”.
Co znamienne, proza Terleckiego , choć tak wątła w klasyczną fabułę, tak intelektualna, spekulatywna, wzbudziła zainteresowanie także wybitnych filmowców. „Zwierzęta zostały opłacone” zaadaptował na film „W biały dzień” Edward Żebrowski (1981), Wojciech Jerzy Has zekranizował „Pismaka” (1985), a Henryk Kluba – „Gwiazdę Piołun” (1989). Terlecki był też autorem wielu słuchowisk radiowych, których tematyka skoncentrowana była na współczesnych problemach psychologicznych i moralnych. Jednak drugim co do znaczenia segmentem jego twórczości była dramaturgia. Jego utwory pisane dla sceny były przeważnie dramaturgicznymi wersjami jego utworów prozatorskich, choć napisał też kilka dramatów „samoistnych”, o tematyce współczesnej.
Dramat „Dwie głowy ptaka” nosi ten sam tytuł, co powieść o ostatnim powstańczym naczelniku Warszawy Aleksandrze Waszkowskim. „Cyklop” to dramaturgiczne przetworzenie noweli „Drezno”, w której czas emigracyjnego dogorywania upadłego Aleksandra Wielopolskiego stanowi ramę retrospekcji poświęconej jego roli, jaką odegrał w Królestwie Polskim w latach 1862-1863. „Krótka noc”, to dramaturgiczny „sequel” tematu podjętego w „Spisku”. „Dragon”, to dalece przetworzona historia z „Czarnego romansu”. Na formę sceniczną przerobił też Terlecki powieść „Odpocznij po biegu”.
Dramaty Terleckiego są wysokiej próby, ale naznaczone pewną słabością, którą wyłożyła badaczka jego twórczości Anna Błaszkiewicz: „powieść Terleckiego rozpisana na głosy traci – i to dużo. (…) Może się to wydać paradoksem, skoro wszystkie skonstruowane są dialogowo. Ale dialog ten przynależy do wewnętrznego świata utworu i nie nadaje się do głośnej artykulacji. Rozpisany na role, wyrwany z tkanki powieściowej – traci swój dynamizm i staje się sztucznym narzędziem autorskiego wywodu. W powieści „Spisek” istotę stanowi napięcie między wewnętrznymi rozterkami, dramatem zwątpienia Bobrowskiego, powstańczego naczelnika Warszawy, a zewnętrzną rolą, którą wciąż wypełnia, wbrew wszystkiemu, z powodów moralnych. W wersji dramaturgicznej ten podskórny nurt procesu myślowego i duchowego jest skryty, co zmienia pierwotny sens utworu. Naoczność przedstawienia scenicznego utrudnia też uwypuklenie tego, czemu sprzyja forma powieściowa, na przykład demaskacji mitów, stanowiącej ideową istotę antyheroicznej, choć nie szyderczej postawy pisarza.
Alina Sordyl, napisała w szkicu o „Bohaterze” sztuk Władysława Terleckiego” (na przykładzie „Dwóch głów ptaka”, nazwanych dramatem wyboru i „Cyklopa” określonego jako tragedia rozpoznania) o „mało dramatycznym dialogu nadmiernie obciążonym funkcją informacyjną w związku z dostarczeniem wiedzy o okolicznościach wydarzeń i kulisach polityki (…), który „przyczynił się do zniszczenia potencjalnego napięcia wielu sytuacji i scen. Pozbawiony przeważnie naturalnego toku, pointowany ogólnikami i operujący współczesną, zużytą frazeologią polityczną, zniweczył w dużej mierze wrażenie indywidualnie doświadczanej przez postacie historii. Odebrał tekstowi walor artystycznej prawdy”.

Aktualność tej prozy
– podziały polskie

Czy 20 lat po śmierci Terleckiego, jego utwory zanurzone w historii (choćby i traktowanej jako maska współczesności) zachowały ową specyficzną aktualność sprzed lat (bo walory kunsztownej literackiej formy jego prozy nie zwietrzały)? Jako odpowiedź na to pytanie mogą posłużyć słowa samego pisarza podczas przeprowadzonej w 1985 r. przez Magdalenę Bajer dla „Tygodnika Powszechnego” rozmowy z udziałem także Marii Janion, Andrzeja Wajdy i Witolda Zalewskiego: „A dlaczego Powstanie Styczniowe? Bo jest to epoka, w której formuje się pewien typ myślenia bliski współczesności. (…) Bo wtedy przecież pojawia się inteligent polski i wszystkie jego rozterki. Bo wyłaniają się wówczas podziały, które do dziś nie straciły swego znaczenia”. I to jest częściowa odpowiedź na powyższe pytanie, bo przecież 34 lata po tamtej rozmowie, wspomniane podziały nadal nie straciły na znaczeniu.

Brakująca litera – znaleziona

Głosami jurorów Grand Prix i tytuł Książka Roku „Brakująca Litera” 2019 otrzymuje: Krzysztof Bochus za powieść pt „Szkarłatna głębia”, Wydawnictwo MUZA SA.
Wyróżnienie: Bianka Kunicka-Chudzikowska, „Najprawdziwsza fikcja”, Wydawnictwo Oficynka.
Ósmy juror i wyróżnienie Czytelników także przypadło Pani Biance Kunickiej-Chudzikowskiej za „Pobrudzone szminką”, która cieszy się przychylnością 49,8 proc. głosujących.
Składamy Państwu serdeczne gratulacje i informujemy, że gala zwieńczająca II edycję konkursu odbędzie się 25 maja (sobota) 2019 r o godzinie 14.30 w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI w Dzielnicy Mokotów przy ul. Tynieckiej 40 A w Warszawie, na którą serdecznie zapraszamy nie tylko laureatów, ale także uczestników obu edycji oraz sympatyków literowego plebiscytu.
Przy tej okazji serdecznie dziękujemy Pani Elżbiecie Frankiewicz, naszemu Dobremu Duchowi, za przychylność i pomoc w organizacji tego ważnego dnia.
Przypomnijmy, że „Brakująca Litera” jest plebiscytem niezależnym, który nie opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji, najczęściej przy współudziale liczących się na rynku wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. W nim decydujący głos mają czytelnicy. Odbywa się on w dwu fazach. W pierwszej czytelnicy mogą zgłaszają książki, w drugim zaś mogą głosować na trzy spośród nich. Ostateczną decyzję podejmuje siedmioosobowe jury. „Ósmy juror” to decyzja głosujących.

Krzysztof Bochus – „Szkarłatna głębia”, MUZA, Warszawa 2018, str. 416, ISBN 978-83-287-0959-1.
Bianka Kunicka-Chudzikowska – „Najprawdziwsza fikcja”, Oficynka, Warszawa 2018, str. 334, ISBN 978-83-658-9148-8.
Bianka Kunicka-Chudzikowska – Pobrudzone szminką”, Strofa, Warszawa 2018, str. 120, ISBN 978-83-951-0430-5.

Nieprzyjemny łoskot maszyn

Antologia, którą trudno przegapić

Czas romantyzmu zbiegł się w czasie z pionierską fazą budowy kapitalizmu i początkami tworzenia się cywilizacji przemysłowej. Budowa pierwszego nowoczesnego parowozu George’a Stephensona przypada na rok 1829 czyli samo apogeum romantyzmu w kulturze, to także dynamiczny rozwój kapitalizmu spekulacyjnego, sieci bankowej, etc. W tomie „Romantyczny antykapitalizm” wydanym w ramach znakomitej serii „Nowa Biblioteka Romantyczna” autorzy pomieścili antologię tych tekstów (proza literacka, poezja, rozważania myślicielskie) z epoki, które zawierały w sobie ładunek krytyki nowej kapitalistycznej cywilizacji.
Wbrew tytułowi nie są to tylko teksty romantycznych krytyków kapitalizmu, rządów pieniądza i cywilizacji przemysłowej jak Johann Wolfgang Goethe, Zygmunt Krasiński, Adam Mickiewicz, Friedrich Schiller, George Byron, Victor Hugo, Percy Shelley, Novalis, Heinrich Heine, Aleksander Puszkin, Cyprian Kamil Norwid, Edward Dembowski, Stendhal, ale także pisarzy i myślicieli nie wiązanych z romantyzmem, takich jak Marks, Engels, Pierre Proudhon, Piotr Ściegienny, Róża Luksemburg, Piotr Kropotkin, Fiodor Dostojewski, Charles Dickens i inni, których jednak łączył z romantyzmem sceptycyzm, lęk, czy nienawiść do nowej cywilizacji miast, hałaśliwych maszyn oraz fabryk porównywanych do piekła. Ów sceptycyzm czy niechęć miał swoje źródła zarówno w negatywnych doświadczeniach z lichwiarzami, bankierami, dyktaturą pieniądza, będącą zamaskowaną przemocą, jak i na uwielbieniu dla cywilizacji rustykalnej, opartej na ziemi (rodzaj romantycznego fizjokratyzmu), na naturze, na jej uwielbieniu, co wyrażało się choćby u Novalisa, Mickiewicza czy Thoreau („Walden”), w niechęci do świata odczarowanego, strywializowanego, odartego z tajemnicy i intuicji (Edgar A. Poe, H.Ch. Andersen czy E.T.A. Hoffman), czy na naukowej analizie klasowej i mechanizmów kapitalizmu (Marks, Engels, Luksemburg, Kropotkin).
Antologia poprzedzona jest wstępnym esejem poświęconym syntezie fenomenu romantycznego antykapitalizmu w prozie i poezji. Rozpoczyna go opis sceny, gdy wędrujący po lasach i łąkach w poszukiwaniu ziół Jean Jacques Rousseau zaczyna słyszeć dokuczliwy hałas, który emituje, jak się okazuje, manufaktura pończoch. Jest w nim także mowa o „ekonomiach romantycznych”, będących przeciwieństwem ekonomii klasycznej opartej na pracy i oszczędzaniu, a przeciwstawiających jej ekonomię opartej na nieograniczonym korzystaniu z dóbr, zdolności do marnotrawstwa, wyrastających z przekonania, że „świat jest aż chory od bogactw”, a te oparte na energii w najszerszym, „solarnym” znaczeniu.

Katarzyna Czeczot, Michał Pospiszyl – „Romantyczny antykapitalizm”, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Nowa Biblioteka Romantyczna pod red. Marty Zielińskiej, Warszawa 2019, str. 343, ISBN 978-83-66076-27-3.

Psy wojny nigdy nie zasypiają

Gdy widzę głupie pyski Adriana, Błaszczaka i Maciera ubranych we wdzianka moro i paradujących po koszarach i poligonach, to przypominają mi się durni CK austro-węgierscy generałowie, lejtnanci i feldkuraci z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. A czasem snuje mi się koszmarne, psychopatyczne marzenie, że napada na Polskę Rosja, kładzie nas na łopatki w ciągu doby, a Adrian, Błaszczak i Macier wieją z kraju w tych swoich mundurkach moro, robiąc w spodnie przed specnazem.

Żarcik. Nikomu tego nie życzę. Byłaby to jednak godzina prawdy o rzeczywistej wartości ich defilad i dętych przemówień. Ręczę, że te „psy wojny” czmychałyby jak zestrachane kundelki ( mieliśmy już okazję widzieć w telewizji, jak Adrian zadrżał i schylił głowę w momencie wystrzału artyleryjskiego). Twarzą w twarz przeciw specnazowi stanęliby tylko najgodniejsi szacunku oficerowie i żołnierze, dla których, choć nie cierpię militaryzmu, zawsze mam szacunek.
O wojnie jak wiadomo najprzyjemniej gada się przy herbacie i ciastku. „Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę” – tak brzmi najgłupsze zdanie rzymskiego poety Horacego. Także grecki retor Demostenes chwalił wojnę. Nie wszystko w pogańskim antyku było mądre. Wojna to także ulubione zajęcie chrześcijan i katolików. Ksiądz Piotr Skarga chwalił wojnę, ojciec Innocenty Bocheński (wśród chwalców wojny jest nadreprezentacja klechów). Byli wręcz jej apologetami, a kapelani do dziś kropią kropidłem armaty i czołgi. Znamienne tylko, że żaden z wymienionych mądrali nie zdechł w męczarniach na polu bitwy. O wojnie można by bez końca. Gdy byłem durnym szczeniakiem w latach 60-tych w PRL, na ulicach polskich miast w wielu miejscach widniało hasło „Nigdy więcej wojny”. Wydawało mi się dziwne, bo przecież wojna oglądana w kinie czy w telewizji, była taka atrakcyjna („Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, „Działa Nawarony”) i taka zabawna („Kierunek Berlin” i rozmaite komedie wojenne w rodzaju „Gdzie jest generał”). Nie znałem wtedy ani „Ognia” Henri Barbusse’a, ani „Podróży do kresu nocy” Ferdynanda Celine. A nawet gdybym znał, to i tak niczego bym szczeniackim rozumkiem nie pojął. Dlatego gdy dziś widzę młodziutkich „terytorialsów” Macierewicza, może nawet jeszcze prawiczków, ale już przyuczanych do strzelania z patyków i rzucania kamieniami z braku granatów, to mi się nóż w kieszeni otwiera.
„Oblicza wojny” Magdaleny M. Baran, to lekko (w sensie stylu narracji) i atrakcyjnie napisana rzecz wojnie, a raczej o tym, jak w historii, tradycji, religii, sztuce wojnę postrzegano i się postrzega. Jak zmieniały się interpretacje fenomenu wojny. „Po drugiej wojnie światowej często można było usłyszeć zaklęcia: „Nigdy więcej wojny”. Dziś nadzieja zawarta w tym haśle zanika. Coraz więcej jest oznak tego, że stoimy w obliczu nowych wojen: klasycznych, domowych, zimnych i gorących, hybrydowych, ekonomicznych, informacyjnych terrorystycznych”. I właśnie rozmaitym definicjom, ujęciom i aspektom wojen poświęciła autorka swoją książkę, opisując w kolejnych rozdziałach „oblicza dzisiejszej wojny”, „wojnę sprawiedliwą” jako „oksymoron”, „sakralizację wojny” czyli „wojny święte” czy „sprawiedliwe” na przestrzeni dziejów, a także o „dehumanizacji” wojny, polegającej na postępowaniu procesu narastania jej depersonalizacji, wynikającej m.in. z postępu technologicznego, co po raz pierwszy w wielkiej skali zaznaczyło się w Wielkiej Wojnie 1914-1918, coraz bardziej wyłączającego „czynnik ludzki” na rzecz wojennego przemysłu śmierci. O wojnie pisali wielcy myśliciele, których autorka obicie przywołuje, od Heraklita, przez Tukidydesa („Wojna peloponeska”), Juliusza Cezara („O wojnie galijskiej”), Hugo Grotiusa, Thomasa Hobbesa, Emmanuela Kanta po Rafała Lemkina czy Michaela Walzera. Pisali też o niej wielcy poeci: od Homera w „Iliadzie”, poprzez nieznanego pierwotnego twórcę „Pieśni o Rolandzie”, Williama Szekspira (głównie „Kroniki”, a także „Makbet” czy „Juliusz Cezar”, z którego pochodzi słynna fraza o „psach wojny”), a także niezliczone zastępy piewców wojen w wiekach średnich i nowożytnych (prawie każdy kraj czy nacja miały swój koronny poemat o jakimś sławnej wiktorii bitewnej, n.p. polska „Wojna chocimska” Wacława Potockiego ) po „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja, narodziny literatury i sztuki antywojennej, od sławnych malowideł – „Okropności wojny” Francisco Goi po „Guernikę” Picassa czy antywojenną prozę Remarque’a („Na Zachodzie bez zmian”), Barbusse’a („Ogień”), Celine’a („Powrót do kresu nocy”), czy Izaaka Babla a także naszego Andrzeja Struga („Żółty Krzyż”) czy antywojenne kino (n.p. „Towarzysze broni” Jean Renoira). Jednak antywojenna fala w sztuce pozostała na marginesie odbioru, bo do naszych czasów wzięcie ma kino (głównie amerykańskie) pokazujące wojnę jako ekscytującą przygodę, a gatunek komedii wojennej nadal cieszy się wielką popularnością („Złoto dla zuchwałych”), podobnie jak bajkowe fantazje na motywach wojennych („Gwiezdne wojny”). Niezmienną też popularnością cieszy się drwina z wojny i wojskowych obyczajów (nawet o tak starej metryce jak „Przygody dobrego wojaka Szwejka”) czy „CK Dezerterzy” w filmie. Przykładem dwuznacznego stosunku do wojny jest sławny film Francisa Forda Coppoli „Czas Apokalipsy”. Z jednej strony ma on rysy antywojenne, z drugiej jednak wyczuwa się w nim fascynację „okrutnym pięknem” wojny, co wyraża się w jej niemal perwersyjnej estetyzacji (n.p. scena nalotu śmigłowców amerykańskich na wietnamską wieś przy akompaniamencie „Walkirii” Wagnera).
Temat wojny jest zatem w sztuce niezwykle bogaty i rozległy, można by rzec, że obok miłości i zbrodni należy do najczęstszych motywów w literaturze i innych sztukach, a też jest, jak widać, bardzo inspirujący artystycznie. Zajmuje też nauki społeczne i humanistyczne. Jednak kluczowy, a może najciekawszy w świetnej książce Magdaleny M. Baran jest przedostatni rozdział zatytułowany „Słodko i zaszczytnie… – rzecz o mitologizacji wojny”. „Co, gdy ojczyzna to już nie przedmiot miłości, nie przedmiot wyznania patriotycznej wiary, ale nacjonalistyczny potwór z upodobaniem tropiący najdrobniejsze przejawy inności, polujący na odmienność, i w imię ochrony wykrzywionego w lustrze obrazu wspólnoty narodowej mordujący, wzniecający konflikty, prowadzący swój naród w ramiona wewnętrznej lub zewnętrznej wojny” – napisała autorka. To właśnie ten „nacjonalistyczny potwór” zawłaszczył sławną frazę z pieśni Horacego, czyli z czasów w końcu przednacjonalistycznych: „dulce et decorum est pro patria mori”, (przerabiając ją także na inne frazy, a to „Gott mit uns”, a to „Bóg, Honor, Ojczyzna”). Towarzyszyło temu pojawienie się ludzi wprost głoszących pochwałę wojny, takich jak teoretyk wojny Carl von Clausewitz, czy literaturze, Ernst Jűnger. Kiedy dziś widzimy i słyszymy o militaryzacji umysłów młodych ludzi w Polsce przez macierewiczową formację OTK, to marzy mi się, aby ktoś dotarł do nich, upojonych jak to wielu młodych ludzi narkotykiem, jakim była perspektywa wojennej „przygody” (podobny przypadek z roku 1914 we Francji opisał kanadyjski historyk Modris Eksteins w kapitalnym „Święcie wiosny”), chciałbym, żeby ktoś dotarł do nich z takim oto fragmentem mini powieści Jeana Echenoz „1914”: „Odłamki posiekały ordynansa kapitana na sześć kawałków, łącznikowi odcięły głowę (…) poszatkowały rozmaitych żołnierzy pod rozmaitymi kątami i przecięły wzdłuż ciało wywiadowcy (…) Jak na tablicy anatomicznej zobaczył przekrój wszystkich jego narządów, od mózgu po miednicę (…) wymiotując ze strachu i wstrętu na własne buty, tkwiące po kostki w błocie”. I jeszcze taki oto fragment wiersza Wilfreda Owena: „nie opowiadałbyś, przyjacielu, z tym zapałem wzniosłym, dzieciakom, co chwały desperacko żądne starego Kłamstwa, jak to Dulce et Decorum Est pro patria mori”. Książkę kończy rozdział „Lepszy czas pokoju”, ale to już zupełnie inny temat.

Magdalena M. Baran – „Oblicza wojny”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 203, ISBN 978-83-66095-03-8

Brakująca Litera

Niezależny plebiscyt na polską Książkę Roku.
Do piątku jeszcze można oddać głos na ulubioną książkę!

Większość książkowych rankingów opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji, najczęściej przy współudziale liczących się na rynku Wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. Zdarza się, że z powodu braku należytego rozgłosu wiele wartościowych książek przechodzi bez echa. Bywa, że dopiero czysty przypadek sprawia, że trafiają one, często po latach, do rąk Czytelników.
Dlatego mając na względzie ów smutny fakt, postanowiłam zainicjować i wcielić w życie pomysł krążący w świecie literackim od wielu lat, organizując konkurs literacki w formie rankingu, zupełnie inny i niezależny od pozostałych, dając szansę KAŻDEJ polskiej publikacji wydanej w minionym roku, nie tylko tej promowanej. Każdej, która z subiektywnych względów zapadła w serce Czytelników.
Za nami I edycja tego nietypowego konkursu. „Brakująca Litera” 2017 przyciągnęła 80 tys. obserwujących, a w pierwszym jego etapie zagłosowało 11 600 osób, oddając prawie 20 tys. głosów. Nie spodziewałam się tak wielkiego zainteresowania, ale zarazem utwierdziło mnie ono w przekonaniu, że ten plebiscyt był potrzebny. Zwieńczyło go wręczenie statuetki zwycięzcy i dyplomów wyróżnionym, które odbyło się 19 maja w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40A w Warszawie.
Wszystko to sprawiało, że z pomocą współorganizatorki, patronów medialnych oraz bibliotek, blogerów i instytucji kultury, z ogromnym zapałem do pracy i nadzieją, że uda się osiągnąć kolejne cele, rozpoczęłam II edycję konkursu, którego II etap upływa 8 marca 2018 roku i polega na głosowaniu na maksymalnie trzy spośród zgłoszonych w I etapie 80 książek.
Dziesięć publikacji z największą ilością głosów zakwalifikuje się do ścisłego finału. Wtenczas czytać je będzie siedmioosobowe jury, które, jak w minionym roku – przyzna statuetkę zwycięzcy i dyplomy wyróżnionym Autorom.
Która z książek zasłuży na miano „Brakującej Litery” w książkowym alfabecie 2018 roku? Tego dowiemy się już wkrótce.

Więcej informacji na stronie: http://brakujaca-litera.pl/ i na Facebooku: https://www.facebook.com/brakujacalitera/

Wychowanie w bibliotece i koniec marzeń o idylli Recenzja

We wstępnym rozdziale tego zbioru, zatytułowanym „Proszę nie czytać przy jedzeniu”, Marta Wyka, wybitna historyk i krytyczka literatury z Uniwersytetu Jagiellońskiego daje do zrozumienia, że będzie on silnie podszyty elementem wspomnieniowym. Zwłaszcza, gdy przywołuje zamierzchłe rozmowy z Tomaszem Burkiem o młodzieńczych lekturach francuskich (n.p. o „Rodzinie Thibault” R.M. du Garda czy prozie Fourniera i Radigueta), ale też niefrancuskich, choćby o „Czarnych skrzydłach” Kadena Bandrowskiego czy Teodorze Klonie (Stefan Kisielewski) i jego „Zbrodni w dzielnicy Północnej”. Prawdę jednak powiedziawszy, recenzje kilku niedawno wydanych książek, które tworzą część „Książki przebrane”, przebiegłem dość szybko, podobnie jak szkice o Marii Dąbrowskiej, Wisławie Szymborskiej czy Ewie Lipskiej i zmierzałem przede wszystkim do obszernych „francuskich” partii książki, poświęconych Albertowi Camus ale także Janowi Błońskiemu jako jednemu z najbardziej wnikliwych i kompetentnych odbiorców i komentatorów literatury francuskiej w Polsce, o czym niestety można mówić dziś już tylko w czasie przeszłym. Odsyłam czytelników do szczegółów rozważań Wyki o Camusie ( w tym m.in. o jego relacjach z Czesławem Miłoszem czy o jego roli w kulturze francuskiej), bo ich problematyka jest zbyt złożona, by ją tu zreferować, a poza tym zajmuje lwią część zbioru. Odniosę się tylko do wstępnej uwagi Wyki poświęconej „Obcemu” Camusa: „Nikt, jak się wydaje, nie odkrył jeszcze, na czym polega trwająca od lat czterdziestych ubiegłego stulecia siła tego tekstu”. Otóż to! Zadziwiająco koresponduje ta uwaga z moją własną fascynacją „Obcym” z czasów młodzieńczych, co „zaowocowało” moim wypracowaniem na jego temat w ramach egzaminu wstępnego z języka polskiego do liceum ogólnokształcącego. Dla mnie też pozostała tajemnicą przyciągająca siła tego tekstu dla ówczesnego 15-latka (1972). Camus Wykę najwyraźniej bardzo fascynuje skoro poświęciła mu tak wiele miejsca w swoim zbiorze, ale sama zauważa, że „nie ma już tamtych emocji”, które żyły w latach 50-tych i 60-tych wokół postaci Camusa. Obawiam się, że nie ma już także tamtych myśli i tamtych humanistycznych złudzeń i że twórczość twórcy „Obcego”, „Upadku” czy „Kaliguli”, przy wszystkich jej walorach literackich, możemy dziś odbierać już tylko jako część archiwum historii myśli i literatury. Można oczywiście pocieszać się uniwersalizmem niektórych aspektów postawy i dzieła Camusa, ale to jest ten poziom uniwersalizmu, który pasuje do wszystkich czasów, ale niczego już ani nie wyjaśnia, ani tym bardziej nie załatwia, ani nawet w niczym nie pomaga. Po prostu, ten rodzaj wrażliwości etycznej i filozoficznej, którą reprezentował Camus, przeszła do lamusa, a nawet jeśli jeszcze istnieje, to już nie jak niegdyś, w centrum debaty, ale w jej niszach, na jej marginesach. Jak mówił pewien znany krakowski ksiądz w najkrótszym kazaniu świata: „Bracia i siostry! Chamiejemy”. Wyka deklaruje się jako frankofilka i obszernie opowiada o swoich fascynacjach Francją i jej literaturą, z którą przygoda, tak jak i w przypadku piszącego te słowa, zaczęła się od „Hrabiego Monte Christo” i „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumasa-ojca. Jednak najciekawszy tekst tego zbioru to „Żal po Francji”, poświęcony głośnej książce Erica Zemmoura „Francuskie samobójstwo” (2014). Kto zna esej „O Francji” Emila Ciorana 1943 roku, ten wie, że Zemmour nie odkrył Ameryki, a jedynie opisał to, co stało się z Francją w latach 1970-2007, to co nazywa zadawaniem sobie przez Francję od lat „dobrowolnej śmierci. Zemmour powiada, że „Francuzi nie rozpoznają już Francji. A przecież V Republika funkcjonuje od pięćdziesięciu lat (dziś już 60 – przyp. KL), kraj cieszy się pokojem, media informują, politycy wchodzą w spory, aktorzy i piosenkarze zabawiają, nogi paryżanek wciąż olśniewają męskie głowy. Tak literacko wygląda w języku Zemmoura Francja „zewnętrzna”, którą przywykło się kochać. W rzeczywistości jednak Francja przypomina starą kamienicę, której fasada została sklasyfikowana jako zabytek, ale wnętrze podlega stopniowej dewastacji, powodowanej przez gust nowoczesny, potrzebę szybkich korekt przestrzeni, również mieszkalnej, sztucznie dzielonej za pomocą rozmaitych przegród. V Republika jest budowlą potiomkinowską, zrobioną z kartonu…”. Obawiam się, że dziś, po czterech latach od wydania „Francuskiego samobójstwa” jest tylko gorzej. Pokój kraju nie jest już tak oczywisty od czasu buntu „żółtych kamizelek”, specyficznie francuskiej sztuki piosenkarskiej i aktorskiej już dawno nie ma, utonęła w zalewie amerykanizacji, a odsłanianie nóg w danych stylu przez paryżanki to wspomnienie z czasów Brigitte Bardot, a co najmniej Jane Birkin. Owszem, media informują, a politycy wschodzą w spory, tyle że nic istotnego z tego nie wynika, jak w Polsce skądinąd. Zemmour uważa, że Francja ostatecznie przechyliła się w stronę dekadencji po ustąpieniu de Gaulle’a w 1969 roku, ostatniego polityka, który pilnował trwałości francuskiego dziedzictwa. Później, wraz z globalizacją było już tylko gorzej. Zemmour jest wrogiem lewicy, więc to ją głównie, od Komuny Paryskiej, o to obwinia, ale choć trudno się zgodzić z tym niesprawiedliwym osądem, to dekadencja i utrata wiary w siłę tego narodu, w odbudowanie jego dawnej potęgi cywilizacyjnej, kulturowej, duchowej, ideowej jest faktem, to się we Francji czuje organoleptycznie. Francuzi stali się bierni, apatyczni, nie wierzą już we Francję. Także Paryż, niegdyś stolica duchowa świat, stracił swoją pozycję: „Niegdyś była ożywczym źródłem inspiracji artystów wielu narodowości – teraz, w ujęciu Zemmoura, działanie metropolii okazuje się niszczące. „Paryż będzie zawsze Paryżem”, zapewniała bardzo popularna piosenka. Degradacja miejsca i pozbawienie go cech kulturotwórczych bądź twórczość stymulujących okazuje się chorobą przenoszoną przez cały naród” pisze Wyka i przywołuje przy okazji film, który był najpełniejszą ekspresją ostatniego okresu optymizmu francuskiego, ery Pompidou, czyli „Vincent, Francois, Paul i inni” Claude Sauteta (1974), gdzie trzej aktorzy, Michel Piccoli, Yves Motand i Serge Reggiani, potomkowie włoskich imigrantów, doskonale, z wielkim sukcesem asymilowani, grają jakby swój sukces, bo – jak napisał Zemmour – „stali się doskonałymi modelami Francuzów, śpiewali, bawili się, ucztowali i kochali w języku Racine’a, z werwą Moliera, w duchu Kartezjusza”. „W ciągu nadchodzących lat – konkluduje Wyka za Zemmourem – nastąpiła ich powtórna śmierć, a geniusz francuski odszedł w cień”. Jak napisano w Księdze Ezechiela, którego przytoczył Zemmour: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły ich synom”.Tym razem już bezpowrotnie po tym łabędzim śpiewie i ostatniej idylli ery Pompidou. Wyka nazywa Zemmoura „płaczką na francuskiej mogile („Francja usypia, Francja umiera”). Wyka patrzy na Francje, co oczywiste, z polskiej perspektywy. Ja, co zrozumiałe, także. Dlatego dodam cierpko: nie mamy co cieszyć się z cudzego nieszczęścia, bo i przed nami nie ma świetlanej przyszłości. Przy czym Francuzi przynajmniej użyli co wlezie. Tego co zjedli, wypili i wyśpiewali nikt im już nie odbierze. Nam nie będzie dane przeżyć czasu nawet nieco tylko podobnego do sautetowskiej idylii. Nie to niebo, nie ten klimat, nie to wino. Tak jak dziecięcym wspomnieniem zakazu czytania przy stole zaczyna się zbiór mary Wyki, tak też dziecięcym wspomnieniem kończy. To wspomnienie z rodzinnych, podkrakowskich Krzeszowic, małej ojczyzny jej ojca, wybitnego historyka i teoretyka literatury Kazimierza Wyki. I tak się kółko tego zbioru intymnie i prywatnie się zamyka.

 

Marta Wyka – „Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackie”, Wydawnictwo Literackie Kraków, 2018, str. 211, ISBN 978-83-08-06466-5.

Szlachcic Słowacki zmaga się z tradycją swojej klasy Recenzja

Juliusza Słowackiego uważa się za – być może – najbardziej nowoczesnego z wielkich wieszczów polskiego romantyzmu. Głośne i poniekąd prekursorskie studium na ten temat napisała przed laty Marta Piwińska („Juliusz Słowacki od duchów”, 1992). Jego nowatorskie przeczucia co do rozwoju cywilizacji miejskiej, początków kultury industrialnej i popularnej mogą dziś budzić prawdziwy podziw, jako przejawy genialnej przenikliwości poety. Jeśli jednak spojrzeć na jego twórczość dramatyczną i na jego poematy z tematycznego punktu widzenia, to poza „Kordianem” i „Fantazym” są one pogrążone w przeszłości, historycznie relatywnie bliskiej poecie („Horsztyński”, „Sen srebrny Salomei”, „Ksiądz Marek”), bardzo odległej („Mazepa”, „Książę Niezłomny”, „Złota Czaszka”, „Samuel Zborowski”) czy zamierzchłej a przy tym mitycznej („Balladyna”, „Lilla Weneda”). Przeszłość obecna jest także w jego wielkich poematach i powieściach poetyckich jak „Jan Bielecki”, „Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu”, „Beniowski” czy „Preliminaria peregrynacji do Ziemi Świętej JO. Księcia Radziwiłła Sierotki”, „Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa”, „Konrad Wallenrod” czy „Grażyna”. Oznacza to, że współczesność swej poezji i swej myśli kreował Słowacki nie w bezpośrednim odniesieniu do rzeczywistości, w której żył, lecz poprzez odniesienie do świata przeszłości, w tym w szczególności do polskiej tradycji szlacheckiej, której był zarazem spadkobiercą i surowym krytykiem.
Marzena Kryszczuk napisała fascynujące studium na ten temat. Autorka wędruje poprzez utwory Słowackiego, bądź to sama, bądź w towarzystwie licznych przywoływanych interpretatorów, śledząc najrozmaitsze postawy, odniesienia, kontrapunkty poety w stosunku do szlacheckiej tradycji, jego spory i dyskusje z nią, także w konfrontacji z utworami innych autorów. Głębokie i skomplikowane pokłady odniesień Słowackiego do szlacheckiej tradycji pokazuje Marzena Kryszczuk w różnych ujęciach i konfiguracjach. Ujęła je też jako sekwencję rozciągającą się od zmagań poety z tradycją szlachecką i trudnościami jej przyjęciem (interioryzacją), poprzez jej oswojenie, aż po jej twórcze wykorzystanie dla wizji przyszłości, nie wykluczającej jednak dystansu poety do tej tradycji. I tak o „Janie Bieleckim” napisała jako o formie zastosowania skotyzmu (Walter Scott) i byronizmu do ukazywania przeszłości sarmackiej. Nad „Królem Ladawy” pochyliła się w kontekście atrakcyjności sarmackiej dawności w odbiorze cudzoziemskim (dotyczy to też „Mazepy”, motywu przyswojonego na gruncie francuskim). W „Horsztyńskim” dostrzegła sposób ukazywania przeszłości w perspektywie szekspirowskiej. „Poema Piasta Dantyszka” to dla Kryszczuk pretekst do spojrzenia na przeszłość w konwencji ludowo-szlacheckiej fantastyki, a „poemat o księciu Radziwille „Panie Kochanku” („Preliminaria…”) jako na formę poetyckiej zabawy poprzez bezpośrednie nawiązanie do gawędy szlacheckiej. W części drugiej studium autorka ukazuje poszukiwanie przez Słowackiego form dla pokazania kultury szlacheckiej w dramacie, w tym w szczególności postaci króla („Mazepa”, „Jan Kazimierz”). O „Złotej Czaszce” pisze jako o odpowiedzi Słowackiego na mickiewiczowskiego Pana Tadeusza”. W postaci księdza Marka odnajduje autorka wyraz poszukiwania przez Słowackiego przewodnika po sarmackiej przeszłości. W analizach „Księdza Marka” i „Snu srebrnego Salomei” akcentuje Kryszczuk zagadnienie opozycji progresywizmu i tradycjonalizmu. Podkreśla jednak także fascynację poety estetyką sarmatyzmu i dekoracyjną teatralnością tego świata, tak kapitalnie przez niego odmalowaną. W rozdziale „Mistyczny polityk” analizuje autorka późny okres życia i twórczości Słowackiego, kiedy to wyraził swoje kluczowe poglądy na ideę narodu, wypowiedział przesłanie do emigracji polskiej i podjął polemikę z Zygmuntem Krasińskim. Autorka podjęła też takie szczegółowe zagadnienia natury formalnej, jak temat „calderonizmu” jako zastosowanej przez Słowackiego formy stworzenia szlacheckiego obrazu przeszłości. Ostatni rozdział swojej pracy poświęciła autorka motywowi Słowiańszczyzny jako utopijnemu ideałowi społecznemu, który Słowackiemu był bliski. Marzena Kryszczuk zwraca uwagę na sprzeczności w obrazie sarmatyzmu w perspektywie poety. Z jednej strony odnosił się do niego z radykalnym krytycyzmem, widząc ciężkie grzechy sarmackich awanturników, takie jak pycha, rozpasanie anarchicznego indywidualizmu szlacheckiego, pogarda dla prawa, z drugiej sarmatyzm go fascynował, co prowadziło go do jego idealizacji w osobach księcia Radziwiłła „Sierotki”, którego wykreował na sarmackiego herosa, wcielenie wielkiego pana czy personalny archetyp polskości, czyniąc to samo względem postaci karmelity księdza Marka i idealizując Konfederację Barską. W finale pracy autorka rekapituluje swoje gruntowne analizy, rozważania i interpretacje: „Zmagania z tradycją szlachecką ukazują Słowackiego jako artystę, który podjął się najważniejszych zadań swej epoki: stworzenia dzieła o charakterze narodowym i jednocześnie o ambicjach uniwersalnych. Taką szansę dawało, według Słowackiego, połączenie swojskości z europejskim dyskursem, partykularyzmu z uniwersalnością. Zwrot ku przeszłości ma sens, żeby wzmocnić fundament, pozwalający się w nowoczesność”, choć Słowacki zauważał, że „szlachecki świat umiera” (w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” widział elegię na tę śmierć), a dokonują się „narodziny industrialnej cywilizacji”. Ciekawe przesłanie w kontekście naszych współczesnych czasów, nieprawdaż? A wędrówka z Marzeną Kryszczuk przez bogactwo artystyczne i myślowe, przez sprzeczności, meandry, paradoksy twórczości Juliusza Słowackiego jest fascynująca.

 

Marzena Kryszczuk„Juliusz Słowacki wobec tradycji szlacheckiej”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2011, str. 305, ISBN 978-83-61552-47-5.

Kobiety starego świńtucha Recenzja

W swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”.

 

Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwoltury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

 

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6.

Esencja kryminału Recenzja

Gatunek powieści kryminalnej stał się popularny u swojego zarania, sięgającego połowy XIX wieku, i tak pozostaje do dziś.

 

Zapewne jednak bardzo niewielu miłośników gatunku wie (co to ich w końcu obchodzi), że mniej więcej w ostatniej dekadzie gatunek ten stał przedmiotem szczególnie nasilonego zainteresowania naukowej humanistyki, obiektem analiz literaturoznawczych, antropologicznych, socjologicznych, psychologicznych, filozoficznych nawet. Nie tak dawno omawiałem tu choćby dwutomowy zbiór szkiców poświęconych gatunkowi powieści kryminalnej w różnych aspektach i klasyfikacjach wewnątrzgatunkowych – gatunek ma już swoją zróżnicowaną klasyfikację z cała gamą podklasyfikacji, podgatunków, etc. niczym fauna i flora („Literatura kryminalna. Śledztwo w sprawie gatunków”, 2014), a także studium „Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna i narodziny nowoczesności 1841-1941” Tadeusza Cegielskiego (2014), czy pracę innego obok niego polskiego teoretyka i zarazem praktyka „kryminału”, Mariusza Czubaja („Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne” (2010). A wystarczy sięgnąć do pracy Adama Regiewicza, o której tu będzie mowa, by przekonać się, że literatura przedmiotu jest bogata i obejmuje także rzeczy o starszej metryce, choćby popularną „Powieść kryminalną. Wszystko o…” Jerzego Siewierskiego (1979), też praktyka gatunku) czy rozważania o powieści kryminalnej autorstwa Rogera Callois.

We wstępie do studium „Pomiędzy zbrodniami. Komparatystyka na tropach kryminału”, Adam Regiewicz napisał: „W tej książce chciałbym postawić (…) tezę, w odniesieniu do statusu powieści kryminalnej we współczesnej komunikacji literackiej. Sądzę bowiem, że obecnie opowieści kryminalne, detektywistyczne czy śledcze są w gruncie rzeczy opowieściami o współczesnym społeczeństwie: jego gustach, modach, smaku, zwyczajach i obyczajach, rytuałach, jego tematach tabu. Mówiąc inaczej, powieść tego typu jest dzisiaj rodzajem diagnozy, kamieniem probierczym życia obyczajowego, termometrem, za pomocą którego mierzy się stan temperatury społecznej”. Regiewicz przywołuje też wspomnianą publikację Siewierskiego, który w analizie polskiej powieści kryminalnej pisał, że „już wielokrotnie zauważono, że nasze „kryminały” pełnią na marginesie swych funkcji rozrywkowych (i założonych dydaktycznych) także niebłahą rolę dokumentacyjną. Obraz realiów życia najrozmaitszych środowisk, wygnany w praktyce z „poważnej” literatury, znalazł swoje miejsce w literaturze kryminalnej.

Gdy za kilkadziesiąt lat historyk obyczajów zapragnie zbadać, jak ubierali się, co jedli, z czego się śmiali i jakich powiedzonek używali ludzie nam współcześni, to na kartkach „poważnej” literatury, stworzonej w naszych czasach, nie znajdzie zbyt wiele interesującego materiału. Powieści kryminalne będą za to prawdziwą kopalnią tego rodzaju wiadomości”. Słowa Siewierskiego mają już czterdziestoletnią metrykę, więc nieco się zdezaktualizowały (choćby z powodu pojawienia się nowych mediów, które dokumentują codzienność i wypychają z tej roli literaturę), ale to nie znaczy, że zdezaktualizowały się zupełnie. Kto wie, czy niesłabnąca popularność, a co za nią idzie podaż gatunku powieści kryminalnej, nie bierze się tyleż z zamiłowania do śledzenia kryminalnych i sensacyjnych, fikcyjnych intryg, co także z poszukiwania w niej obrazu współczesności (a ludzie to lubią, o czym świadczy popularność telewizyjnych seriali obyczajowych typu „M jak milość” czy „Na Wspólnej”. Adam Regiewicz, profesor literaturoznawca z Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, specjalista w zakresie komparatystyki kulturowej, zajął się wprost ową materią codziennego życia w „kryminale”. Analizując i przywołując dziesiątki „kryminałów”, ukazuje w kolejnych szkicach takie strefy tworzywa narracyjnego gatunku, jak „czas wolny” detektywów, życie religijne śledczych i zbrodniarzy, ich życie erotyczne, przestrzenie, w których się poruszają, ich menu kulinarne, sposób ubierania się, zamiłowania muzyczne, relacje ze zwierzętami, a o kawie i papierosach pisze jako o odrębnych „bohaterach drugiego planu” (w jednej z moich ulubionych powieści kryminalnych – „Ostatni śmieje się morderca” Roberta Lande – drukowanej w odcinkach m.in. na łamach „Kuriera Lubelskiego” zimą 1964/1965, nadinspektor Edgar Codling wchłania papierosy i kawę, także mrożoną, bo panuje upał, z intensywnością niemal karykaturalną, wręcz parodystyczną). Regiewicz kreśli też obraz Śląska („Śląsk Zły”) jako szczególnej scenerii polskiego kryminału.

Przyznam z całą szczerością, że choć mimo wszystko nie jestem jakimś szczególnym konsumentem, a tym bardziej admiratorem współczesnego kryminału (staroświecko, niezmiennie najbardziej lubię Conan Doyle’a, Chandlera, Hammetta, Chase’a i tym podobnych), ale zawsze – nie tylko studium Regiewicza – czytam z pasją owe analizy gatunku. Jest to co prawda pewnego rodzaju droga na skróty, która zwalnia od czytania dziesiątków tytułów, daje esencję tworzywa, narracji, tematyki i problematyki gatunku, ale w końcu liczy się to, że w końcu „kryminał” jest górą, bo jeśli nie będąc namiętnym fanem gatunku, czyta się o nim z pasją, to też wiele mówi. Czy czytelnikom gatunku, którzy w 99,9 procenta, jego teorią się nie zajmują, najczęściej o niej nie wiedzą, a gdy wiedzą, to nie są nią zainteresowani, lektura n.p. znakomitego studium Adama Regiewicza popsułaby bezpośrednią przyjemność prostej lektury kryminału? Być może niektórym tak, ale o ile mi wiadomo, ginekolodzy na ogół nie cierpią na znużenie płcią damską. Mnie w każdym razie lektura tego rodzaju studiów do lektury powieści zdecydowanie zachęca. I zachęcam do przeczytania tego wybornego studium, który jest pasjonującą lekcją nie tylko przyjemnej, ale i bogatszej, bardziej esencjonalnej niż przeciętna, lektury kryminału.

 

Adam Regiewicz – „Pomiędzy zbrodniami. Komparatystyka na tropach kryminału”, Katedra, Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 540, ISBN 978-83-65155-72-6.

Pasztecisko w barokowym labiryncie

…czyli filozoficzny antykryminał napisany w rzymskim plebejskim dialekcie, z którym przez lata żaden tłumacz nie odważył się zmierzyć.

 

Momentu dotarcia do polskiego czytelnika swojej najwybitniejszej powieści, „Quer pasticciaccio brutto de via Merulana” (1957) Carlo Emilio Gadda (1893-1973) nie doczekał, bo i właściwie nie mógł doczekać, jako że ten moment nastąpił pół wieku (dokładnie 61 lat) po ukazaniu się jej w oryginale włoskim. I właśnie w aspekcie językowym tkwi przyczyna tego opóźnienia. W notce do wydanego w 1973 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy tomu opowiadań Gaddy „Pożar na ulicy Kepplera”, „Quer pasticciaccio brutto…” wzmiankowana jest jako pastisz powieści kryminalnej, antykryminał filozoficzny napisany w rzymskim, plebejskim dialekcie miejskim zwanym romanesco. Dziś dialektu romanesco raczej się w Rzymie nie uświadczy, podobnie jak świata, który Gadda opisał, ale nieprzeciętne trudności przekładowe pozostały i to one sprawiały, że przez lata nikt z polskich tłumaczy literatury włoskiej nie podjął się tego katorżniczego wysiłku.

 

W poszukiwaniu językowego klucza

Zdecydowała się na to w końcu tłumaczka literatury francuskiej i włoskiej Anna Wasilewska, która temu zadaniu poświęciła kilka lat. Największa trudność translatorska polegała na znalezieniu polskiego literackiego ekwiwalentu dla nieklasycznej, plebejskiej włoszczyzny romancesco. Nawet znalezienie odpowiedniego polskiego ekwiwalentu tytułu było trudne. Tłumaczka zdecydowała się na frazę „Niezły pasztet na via Merulana”, choć równie dobrze i może bardziej w stylu romanesco pobrzmiewałoby polskie „pasztecisko”. Jednak, jak zauważa w posłowiu sama tłumaczka, nie znalazłszy w polszczyźnie żadnego ekwiwalentu stylistycznego i leksykalnego zdecydowała się na deformacje brzemieniowe, fonetyczne, w warstwie wymowy, typowe dla dialektów plebejskich, a także elementy takowego słownictwa. Zastosowanie którejś z gwar polskich, n.p. warszawskiej, krakowskiej czy śląskiej, w trybie podobnym, w jakim Boy zastosował język Reja, Kochanowskiego oraz polskiego baroku jako klucza do przekładu „Żywotów pań swawolnych” Brantome’a, a Gombrowicz staropolszczyznę i mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” jako język „Transatlantyku”, w tym przypadku byłoby zabiegiem sztucznym i fałszywie brzmiącym.

 

Makaroniczny „kosmos” Gaddy

Proza Gaddy, w tym w szczególności „Quer pasticciaccio…”, wprowadziła włoską prozę, ciągle żyjącą w cieniu Manzoniego na nowe szlaki, także eksperymentalne, awangardowe. Dokonana przez niego emancypacja języka prozy czyni go pisarzem pokrewnym Joyce’owi czy Celine’owi. „Pisarstwo Gaddy stara się ogarnąć rzeczywistość w całej jej złożoności, rzeczywistość postrzeganą jako magmę, kakofonię, labirynt, który wymyka się próbom metodycznego poznania, wymyka się wszelkim myślowym kodom, systemom i ideologiom – pisze A. Wasilewska – Gadda opisuje świat małostkowych uczuć, śmiesznych ambicji, komicznych obyczajów, okrutnych upodobań, świat zarazem groteskowy i patetyczny, rozpięty na współrzędnych głupoty i cierpienia, głównych elementach ludzkiej egzystencji, z których jedno nie umniejsza drugiego. To świat, w którym archetypiczny system wartości całkowicie rozmija się z pragmatyką życia. Owa rzeczywistość, fragmentaryczna i zatomizowana, pozbawiona hierarchii i spajającej więzi, domaga się nowych form literackich. Niesmak, czy wręcz obrzydzenie Gaddy do „powszechnego imbecylizmu świata” przemienia się w jego pisarstwie w kategorię estetyczną, nie kategorię moralną. Ponieważ opis tego świata konwencje te rozsadza; posługuje się wszystkimi rejestrami języka, z łatwością przechodzi od tonacji wysokiej do niskiej, wprowadza dialekt i żargon, neologizmy i onomatopeje, miesza gatunki literackie, przedrzeźnia style językowe, osiągając przy tym zamierzony efekt parodystycznej hiperboli, groteskowej deformacji. Stał się twórcą osobnego języka, który do literatury przeszedł po nazwą „barrocco” czy „maccheronismo gaddiano”. Tak sformułowany przez tłumaczkę światopogląd artystyczno-epistemologiczny Gaddy wyznaje także główny bohater powieści, komisarz Ingravallo, policjant-intelektualista, który wypadki tego świata postrzega jako „wir, krytyczny, cykloniczny punkt w świadomości świata, miejsce, w którym zbiegło się wiele przyczyn”. Dla komisarza „nie ma jednej przyczyny zjawisk, ponieważ na rzeczywistość składa się wiele elementów, które tworzą struktury bardziej złożone”. Wnikliwemu czytelnikowi tego antykryminału nie trzeba chyba tłumaczyć, jakie musi to mieć konsekwencje dla sposobu prowadzenia śledztwa przez Ingravallo. „Powieść kryminalna Gaddy, która powinna jak najszybciej zmierzać do wyjaśnienia zagadki, rozpada się na wiele luźnych epizodów. Świat wyzbyty jest centrum, każdy z wplecionych wątków pobocznych, które opóźniają narrację, zyskuje więc walor swoistego centrum” – zauważa tłumaczka. A po prawdzie cała ta intryga kryminalna zaczynająca się od trupa młodej kobiety w jednej z kamienic przy rzymskiej via Merulana, ulicy łączącej bazyliki San Giovanni in Laterano i Santa Maria Maggiore to – by nie oddalić się zbytnio od poetyki powieści – „pic na wodę, fotomontaż”. To znaczy trup jest niby prawdziwy, nie oniryczny, ale stanowi tylko punkt wyjścia, osnowę. Trup jest tylko pretekstem do merulańskiej odysei miejskiej, która jest jednocześnie odyseją ludzką. Istotą tej powieści jest też polifonia. „Pasztet”, to utwór wielogłosowy i ta wielogłosowość ma zobrazować wielorakość form życia i ich wzajemnych interferencji”, „przypomina tort: każdy jego kęs, złożony z wielu warstw, ma dać wyobrażenie o całości. Ale jest to tort przepuszczony przez maszynkę, zatracający podział na warstwy poziome”. Jednocześnie jednak Wasilewska zwraca uwagę, że cały ten chaos, to językowe rozpasanie, „zapętlona i meandryczna składnia podlegają żelaznej dyscyplinie” i nie wymykają się Gaddzie spod pióra.

 

A chciał być porządnym realistą…

Co ciekawe, o czym zaświadczył Italo Calvino, Gadda zamyślał, by napisać klasyczną, konwencjonalną powieść realistyczną w duchu XIX wieku. „Jednakże pojmowanie rzeczywistości jako struktury barokowej nieustannie rozsadzało pod jego piórem ciągłość narracji na rzecz wtrąceń i dygresji – pisze w posłowiu A. Wasilewska – Miało to swoje konsekwencje także w doborze środków wyrazu. Gadda sięga do wszelkich zasobów języka i tradycji literackich, żeby opisać to, czego właściwie opisać się nie da. Buduje swoje powieściowe „groviglio” zarówno na poziomie sytuacji fabularnych, jak w warstwie intertekstualnej, bo skoro wszystkie rzeczy połączone są ze sobą siecią niewidocznych nitek, to splątana jest nie tylko materia świata, splątana jest także materia literacka. Stąd częste odwołania do słów innych pisarzy”.

 

Intertekstualność

Intertekstualność ani nie była odkryciem Gaddy, ani nie umarła wraz z nim. Pierwszym wielkim intertekstualnym dziełem literatury była „Boska komedia” Dantego, do której też Gadda nawiązuje. Intertekstualna bywała poezja Juliusza Słowackiego („Beniowski”). Arcydziełem intertekstualności jest „Ulisses” Jamesa Joyce’a. Intertekstualność można napotkać w „Życiu i myślach Tristrama Shandy” Laurence Sterne’a, w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego, w „Doktorze Faustusie” Thomasa Manna, ale i w literaturze naszych czasów, u Thomasa Pynchona, u Teodora Parnickiego czy w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk. A ponieważ, jak zauważa Wasilewska, w intertekstualności Gaddy centrum stanowi kultura i literatura włoska, więc tak jak przy całej swojej kontrze do polskości Gombrowicz jest pisarzem „arcypolskim”, tak Gadda jest pisarzem „arcywłoskim”.

 

Via Merulana 218

Ponieważ jednak „Pasztet” jest nie tylko antykryminałem filozoficznym, ale przez gatunkowe osadzenie ociera się o prozę popularną, warto też spojrzeć na tę powieść jako rzecz o Rzymie. Jednak przewodnikiem po Wielkim Mieście, takim jak „Anioły i demony” Dana Browna być nie może. I nie dlatego, że Rzymu Gaddy i – jak powiada tłumaczka – jego „zaropiałych kamienic” i tamtego rzymskiego ludu już nie ma. Także dlatego, że topograficzny „kosmos” „Pasztetu” zamyka się właściwie w przestrzeni jednej ulicy. Zawsze jednak można pójść na via Merulana 218, pod kamienicę, gdzie Gadda usytuował trupa, a nawet wejść do środka i być może natknąć się na jej mieszkańca, który z przyjazno-pobłażliwym uśmieszkiem rzuci pod nosem: O, miłośnicy Gaddy”.

 

Carlo Emilio Gadda – „Niezły pasztet na via Merulana”, przekł. Anna Wasilewska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str.