To się czyta – rozwój literatury internetowej w Chinach

Kiedy Ziemia nagle zniknęła, zostało tylko dwóch ludzi – astronauta ze stacji Kunlun na Marsie oraz naukowiec ze stacji kosmicznej i robot – kot AI. Jak pokonają trudności i przeżyją na Marsie?

„Zginą na Marsie” pisarza tworzącego w internecie „Tianrui Shuofu” opowiada szaloną historię z gatunku fantastyki naukowej. Aby pokazać logikę oraz prawdopodobieństwo swojej historii, autor załączył blisko sto przypisów.
Autor „Zginą na Marsie”, Tianrui Shuofu wspomniał, że inspiracją do jego powieści był obraz astronauty obserwującego eksplozję Ziemi z powierzchni Księżyca. Rozważania na temat tego, co by się stało, gdyby zobaczył eksplozję Ziemi na obcej planecie rozbudziły jego wyobraźnię.
Można powiedzieć, że Tianrui Shuofu jest jedną z reprezentatywnych postaci chińskiej literatury internetowej w ostatnich latach. Jako pisarz urodzony po 1995 roku, Tianrui Shuofu podejmował wiele tematów literackich w gatunku fantasy historycznego, fikcji o tematyce gier komputerowych, science fiction itd. Na uczelni studiował biologię, jednak ze względu na swoje zainteresowania zajął się pisaniem literatury internetowej. Na początku miał wiele niepowodzeń, ale science fiction stała się kluczem otwierającym mu drogę do pisarstwa online. Jego główne dzieło „Zginą na Marsie” zdobyło nagrodę dla najlepszej literatury internetowej w 30. edycji Chińskiej Fantastyki Naukowej – „Galaxy Award”. Nagroda Chińskiej Fantastyki Naukowej jest najwyższym wyróżnieniem w tej dziedzinie. Jego późniejsze dzieło science fiction pt. „Brak głosu z Tytana”, również odbiło się szerokim echem wśród chińskich czytelników.
Według „Raportu rozwoju chińskiej literatury online 2020 r.” 80 proc. nowych pisarzy internetowych urodziło się po 1995 roku. Nowa generacja pisarzy urodzonych po roku 1990 stała się główną siłą napędową literatury internetowej.
Raport rozwoju chińskiej literatury online 2020 r., opracowany przez Chińską Akademię Nauk Społecznych i Stowarzyszenie Chińskich Pisarzy, przedstawia pełny obraz chińskiej literatury internetowej, będącej ważnym źródłem treści nie tylko dla chińskich czytelników ale także dla globalnej publiczności.
W 2018 i 2019 roku 21 proc. z 309 hitowych seriali telewizyjnych i filmów powstało w oparciu o literaturę internetową, a wśród 100 najpopularniejszych filmów i seriali telewizyjnych odsetek ten sięga aż 42 proc. .
Słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku była „zmiana”, w tym: zmiana autorów, zmiana czytelników literatury online oraz zmiana modeli biznesowych w tej dziedzinie. Jednocześnie nastąpiła poprawa perspektyw rozwoju kariery autorów literatury online i nieustanny dopływ inspiracji.
Jeśli chodzi o krajowy rynek, literatura internetowa utrzymała tempo wzrostu pod względem liczby pisarzy, czytelników, dochodów, podczas gdy wiele innych branż zmagało się z epidemią COVID-19.
W raporcie podano, że do końca 2020 roku Chiny miały 989 milionów użytkowników Internetu, z czego 467 milionów czytało literaturę online. W grudniu 2020 r. liczba czytelników literatury online była o 4,75 miliona większa niż w marcu 2020 r. W raporcie stwierdzono, że wartość całego cyfrowego rynku czytelniczego sięgnie 41,6 miliarda juanów (6,4 miliarda dolarów) w 2021 roku.
Około 80 procent nowych pisarzy online w 2020 roku to tak zwane pokolenie Z, czyli urodzone w latach 1995-2009. Pokolenie Z, znane jako generacja Internetu, stanowi również 60 procent wszystkich czytelników stron internetowych i użytkowników platform należących do ChinaLiterature Corp., jednej z wiodących firm w tej branży. W sumie 8,9 miliona pisarzy zarejestrowało się w China Literature w 2020 roku, o 800 tysięcy więcej w porównaniu z rokiem 2019.
Według raportu, tradycyjnie preferowane są romanse osadzone w starożytnych czasach oraz adaptacje powieści historyczno-fantastycznych, ale prace koncentrujące się na współczesnych realiach też zyskują popularność.
Jeśli chodzi o globalny rynek, do 2019 roku fani z 40 krajów i regionów położonych wzdłuż „Pasa i Szlaku” przetłumaczyli i przeczytali ponad 10 000 chińskich tytułów literatury online. W raporcie zacytowano dane iResearch, z których wynika, że ​​wartość zagranicznego rynku chińskiej literatury internetowej osiągnęła 460 milionów juanów.
Webnovel.com, wiodąca platforma dla zagranicznych czytelników w ramach China Literature, odnotowała łącznie ponad 73 miliony odwiedzin. Każdego dnia generowano tam blisko 50 000 komentarzy czytelników dotyczących ulubionych dzieł.
Znaczący wzrost odnotowano w przypadku autorów zagranicznych, którzy piszą oryginalne historie online, zbliżone stylem do chińskich powieści internetowych, których są fanami. Witryna Webnovel.com przyciągnęła już 100 000 zagranicznych pisarzy, którzy od kwietnia 2018 r. stworzyli ponad 160 000 utworów literatury online. Większość pisarzy zagranicznych pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Północnej, a liczba pisarek jest nieco większa niż pisarzy płci męskiej.
Jak wspomniano powyżej, słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku był „zmiana”, zmiana pojawiła się także w systemie oceny autorów literatury online i ich utworów.
Literatura internetowa rozwija się w Chinach od 20 lat. Ranking autorów literatury internetowej w przeszłości odzwierciedlał głównie ogólny status autorów literatury internetowej w minionym okresie. Obecnie Index Pisarzy Literatury Online opublikowany przez Grupę Yuewen służy do oceny twórców literatury internetowej w różnych aspektach, w tym pod względem rozwoju IP i ekonomii fanów, dzięki czemu system pomiaru literatury internetowej jest bardziej zgodny z nowymi standardami w „Erze IP”.
W maju Grupa Yuewen opublikowała listę „pisarzy guru”(Dashen Zuojia) i listę „pisarzy platynowych”(Baijin Zuojia) 2021 roku (najlepszych autorów literatury online) oraz Indeks Pisarzy Literatury Online. Można powiedzieć, że są to najbardziej miarodajne listy rankingowe literatury internetowej.
Zastępca dyrektora Instytutu Badań nad Literaturą Internetową Stowarzyszenia Chińskich Pisarzy i dyrektor Międzynarodowego Centrum Badań nad Literaturą Internetową Uniwersytetu Pedagogicznego w Hangzhou, Xia Lie powiedział, że system wyboru „pisarzy guru” i „pisarzy platynowych” nie tylko odzwierciedla aktualne wyniki autorów literatury online oraz oceny dla tych autorów, ma także znaczenie dla opracowania kanonu literatury internetowej. Index Pisarzy Literatury Online jest również ważnym wskaźnikiem, który dynamicznie odzwierciedla sytuację branży literatury online. Index ten zapewnia skuteczne wsparcie dla badań w dziedzinie literatury online.

Bez minimum moralności w polityce zaleje nas tsunami

Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce – z profesorem Leszkiem Szarugą, historykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jest Pan autorem zbioru esejów o współczesnej powieści politycznej…
Ściśle biorąc polityczno-historycznej. Starałem się udowodnić, że historia była w tych powieściach tylko maska dla współczesnej koncepcji społeczeństwa. Można wyróżnić dwa typy tych powieści: ściśle historyczną, w której autor stara się odtworzyć, zrekonstruować realia przeszłości oraz taka, w której historia jest tylko maską, dzięki czemu można mówić o współczesności przyjmując dystans opowieści historycznej. N.p. Władysław Terlecki pisząc o wyborach politycznych po powstaniu styczniowym pisał o nich w gruncie rzeczy jako o wyborach paralelnych do tych, których dokonywało się w PRL. A wcześniej, w „Faraonie” Prus analizował w gruncie rzeczy uniwersalne, a więc także jemu współczesne mechanizmy władzy, ubrane w kostium starożytnego Egiptu. Z kolei Jarosław Iwaszkiewicz zawarł w swoich „Czerwonych tarczach” swoją krótkotrwałą fascynację ideą państwa narodowego i koncepcjami wybitnego niemieckiego pisarza i poety Stefana Georga, którego naziści uznali za swego, ale który zmarł w 1934 roku.
O takim kostiumie często mówiło się w PRL…
Bo w tamtym okresie nie istniało piśmiennictwo polityczne wyrażające zróżnicowane idee, literatura w typie pism Skargi czy Frycza-Modrzewskiego. Monopol na takie piśmiennictwo miała jedna, rządząca opcja. Inne, posługując się ezopowym językiem, wyrażały się w powieściach politycznych. Jedynym – od biedy – autorem, który nie korzystał z języka ezopowego i reagował w miarę bieżąco na współczesność, a i to też zazwyczaj poza zasięgiem cenzury bądź za granicą. Jacek Bocheński napisał natomiast językiem ezopowym dwie ważne powieści polityczne: „Boskiego Juliusza” i „Nazo poetę”. Nie chcę powiedzieć, że to dobrze, że była cenzura, ale ten stan sprzyjał poziomowi literackiemu, artystycznemu prozy, ćwiczeniom warsztatowym.
Czym miała by być powieść polityczna dziś, w epoce wszechobecności polityki w mediach, w epoce zasadniczej – choć na pewno nie stuprocentowej – jawności życia politycznego?
Czymś takim jak „Przedwiośnie” Żeromskiego czy „Opowieści biograficzne” Berenta czy wizja przyszłości, jaka pojawia się w powieściach Witkacego. Czyli stawieniem zasadniczych pytań ideowych, pytań o sens polityki. Ta pełna transparentność polityki jest pozorem. Nie znamy prawdziwych realiów polityki. Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce.
Autorzy powieści historyczno-politycznych stosowali różne języki narracji: „Faraon” czy „Przedwiośnie” to dość klasyczna proza epicka, „Boski Juliusz” to rodzaj pamfletu, ironicznej narracji odautorskiej, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa to zbiór niby-listów pisanych w stylistyce różnych epok na przestrzeni dwustu lat. Jaki wzór formalny, językowy pasowałby do obecnej rzeczywistości?
Wskazałbym może powieści budujące historie alternatywne, n.p. Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Michalskiego, Andrzeja Horubałę, którego „Umoczeni” są swoistym odpowiednikiem „Generała Barcza” Kadena-Bandrowskiego, przy zachowaniu wszystkich proporcji. Kaden był ideowym piłsudczykiem, który napisał powieść demaskująca piłsudczyznę. Prawicowiec Horubała opisał swoje środowisko w sposób demaskatorski.
Na ogół w powieściach politycznych czy polityczno-historycznych nie pojawiają się realne postacie pod swoimi autentycznymi nazwiskami. Czy jest sens, by napisać powieść polityczną wprost, o Tusku czy Kaczyńskim?
Jeżeli byłaby dobrze napisana, to czemu nie, ale to było by daleko idące ograniczenie warsztatowe. Trzeba albo pisać reportaże o realnych postaciach, albo prozę kreacyjną dająca pole do popisu artystycznego. Powieść polityczna może być odwzorowaniem, lustrem rzeczywistości, może być interwencyjna, demaskatorska, a może być zdaniem sprawy z wizji pisarza, mieć wymiar filozoficzny, dotykać filozofii polityki, zależności polityki i moralności. To ostatnie zagadnienie staje się coraz ważniejsze. Wylano morze atramentu, by udowodnić brak związku między polityką a moralnością. Jeśli jednak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia podniesie się fala tsunami i zaleje politykę i nas jednocześnie. Z drugiej strony nie powinno się też w polityce przesadzać z moralizowaniem, bo wtedy dochodzi do różnego rodzaju „sanacji”, których skutki znamy.
W Pana esejach „Dochodzenie do siebie” napisał Pan o zjawisku budowania się na nowo literatury polskiej po wielkiej „wędrówce ludów” 1945 roku, po przesunięciu się granic, o nowych tożsamościach na Ziemiach Odzyskanych. Jest to w powieściach gdańskich Chwina czy Huellego…
Także w powieściach szczecińskich Artura Liskowackiego i Ingi Iwasiów, wrocławskich kryminałach Marka Krajewskiego, w kręgu „Borussi” w Olsztynie. Jest taki esej Andrzeja zawady „Breslaw”, w którego tytule łączą się nazwy polska i niemiecka tego miasta. Poza tym oczywiście Jarosław Marek Rymkiewicz z jego eseistycznymi powieściami litewskimi. Jest też pismo Pawła Helle „Nyni”, poświęcone Gdyni i Kaszubom. Andrzej Stasiuk buduje o mit Międzymorza tożsamość regionu dawnej Galicji, Beskidów, Karpat.
Czasem jednak daje się zauważyć przemilczanie, n.p. niemieckiej przeszłości obecnych polskich miast. W Elblągu i Sopocie widziałem uliczne wystawy pamiątkowe z fotografiami sprzed wojny, z przełomu wieków. Przedstawiają przedwojenny Elbingen i Zopott tak, jakby były polskimi miastami. Nie razi to Pana?
Powiem szczerze, że nie. To jest przechodzenie do porządku dziennego nad konfliktami. Pewien niemiecki burmistrz Szczecina zdobył drugie miejsce w plebiscycie obecnych szczecinian. Wspomnianą przez Pana książkę pisałem przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Jesteśmy świadkami dwóch procesów: budowania, odtwarzania tożsamości lokalnej oraz budowania tożsamości europejskiej. To są różne wektory, częściowo rozbieżne, ale nie w całości, bo tożsamość europejska jest tożsamością regionów. W Niemczech np. jest ważne pojęcie Heimatu, czyli małej ojczyzny. A nawiązując do głośnego niedawno sporu o tożsamość Śląska – nie zapominajmy, że przed wojną Śląsk miał autonomię, swój parlament.
Czy ta literatura dalej się tworzy i będzie tworzyć?
Myślę, że tak. Ukazywało się takie pismo „Łabuzi”, na Pomorzu, w Łobzi. Autorzy tego pisma dążyli do odtworzenia tradycji tego miasteczka od XII wieku. W kolejnych rocznikach „Odry” widać jak bardzo jest to wrocławskie pismo, także wymiarze niemieckości tego miasta. My jesteśmy krajem przesuniętym ze wschodu na zachód. Literatura kresowa jest próbą rekonstrukcji pamięci Kresów, a literatura zachodniopomorska czy dolnośląska rekonstruuje niepolską przeszłość dzisiejszych polskich ziem i opisuje ich nową tożsamość. Jest takie opowiadanie Mirosława Spychalskiego, w którym niemiecki turysta przyjeżdża do Wrocławia i widzi rozbieraną, starą kamienicę, w której mieszkał. I prosi robotnika o wpuszczenie do środka. Robotnik mówi o tym majstrowi i chwali się, że dostał za to dwadzieścia marek. Na to majster uderza go w twarz wołając z lwowska: „Ty łobuzie, wspomnień się nie sprzedaje”. W prozie Liskowackiego „Eine kleine” jest opisana mało znany fakt – próba utrzymania się Niemców w Szczecinie do 1955 roku, ich samoorganizacja. To niewiarygodne dla ludzi z innych regionów Polski, ale wielu mieszkańców siedziało tam na walizkach aż do podpisania traktatu z Niemcami w 1990 roku. Sam napisałem trochę szczecińską powieść „Zdjęcie”, a teraz kończę powieść, której bohaterem jest prawdziwy Szczecin. O ludziach Francuskiej Gminy Narodowej na Pomorzu Zachodnim. To potomkowie uciekinierów z Francji po nocy świętego Bartłomieja, osadzeni przez Prusaków w Berlinie i Szczecinie. Odcisnęło się to w planie Szczecina – ma on gwiaździsty układ ulic i placów, jak Paryż. Oni tam siedzą kilkaset lat. To jedyni z Niemców przedwojennych to niegdysiejsi Francuzi. Jedyni dzisiejsi prawdziwi szczecinianie, nie licząc tych, którzy jak ja tam się urodzili. W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, w których została zachowana wielowiekowa tożsamość miejsca i ludzi, którzy tam żyją. To Kraków, Poznań, Kielce, Katowice. Cała reszta jest zasiedlona na nowo, jest osiemdziesiąt procent ludności napływowej. Wystarczy wymienić Warszawę, której tradycja przetrwała na Pradze, a nie na lewym brzegu. Stworzyło się nowe społeczeństwo warszawskie.
A jakie wektory polskiej literatury przewiduje pan po wyczerpaniu się tematów, o których mówiliśmy, związanych z historią „pograniczną”?
Nie umiem wróżyć. Zdecyduje o tym sama literatura.
W tym roku minie110 rocznica urodzin Czesława Miłosza. Jaki jest Pana indywidualny pogląd na jego rolę w kulturze polskiej?
Tego, kim jest Miłosz, na pewno dowiemy się za 20-30 lat. To był pisarz bardzo silnie związany z polskością, mający wyraźną wizję polskości. I próbujący wskazać, co tej wizji przeszkadza. Koncentrował się przede wszystkim na krytyce stereotypu polskości. Podobnie jak Gombrowicz wzywał Polaków do życia na własny rachunek, nie na rachunek ojczyzny. Pokazywał, że jednostka i jej suwerenność jest ważniejsza niż związki narodowe, plemienne czy polityczne.
Jakie są dla Pana najważniejsze teksty Miłosza?
„Traktat moralny”, „Traktat poetycki” i „Traktat teologiczny”. One są kośćcem jego twórczości. Powojenny „Traktat moralny” jest ostrzeżeniem, zgodnie z duchem conradowskim, że szykuje się „jądro ciemności”. „Traktat poetycki” jest pokazaniem korzeni Polski współczesnej. „Traktat teologiczny” to próba pokazania sytuacji jednostki wobec transcendencji, jednostki oczyszczonej z tego co doraźne i historyczne, wobec niewiadomego, nicości, Boga, jakkolwiek to nazwać. Przełomowym dla Miłosza momentem było podjęcie się tłumaczenia Biblii. Stary człowiek, który uczy się hebrajskiego, aby tłumaczyć Biblię, jako kolejny poeta po Janie Kochanowskim, poszukuje w tym nowej polszczyzny. Miłosz mówił, że poezja powinna mówić językiem bardziej ludzkim, co nieco rymuje się z powojennym wezwaniem Różewicza, że trzeba mówić językiem ludzkim, bo język muz jest martwy. To wyraz przekonania o końcu mitu artysty, który był u początków XX wieku. Mowa jest o tym choćby w „Ziemi Urlo”. Miłosz to jeden z nielicznych pisarzy, którzy poza tym, że był obdarzony talentem, posiadł wiedzę, zdumiewającą. I którego doświadczenie życiowe nauczył, jak żyć wśród innych. Rzucał wyzwania sobie, polskości, europejskości. Wzywał do sprawdzania swojej tożsamości, konfrontowania się ze stereotypami.
Wielka ranga Miłosza nie unieważnia pytania o jego wielkość jako poety…
Bywał wielkim poetą, n.p. w „Poemach naiwnych”. Czy we wspaniałym, genialnie, krystalicznie prostym wierszu „Uczciwe opisanie samego siebie na lotnisku w Indianapolis” o erotyce, jako motorze egzystencjalnym w całym jego życiu. Lubię jego nowatorski tom „Miasto bez imienia”. Mniej lubię jego fascynację formami klasycznymi, męczy mnie.
Jest też autorem ważnej powieści politycznej, „Zdobycie władzy”. Jak ją Pan sytuuje?
Zastanawiam się, w jakim stopniu jest ona odpowiedzią na „Popiół i diament”. O ile powieść Andrzejewskiego jest aktem pisarza „wierzącego”, próbą stworzenia mitu założycielskiego powojennej Polski, niezależnie od tego czy ją nazwiemy komunistyczną, socjalistyczną czy inaczej, to Miłosz nie miał złudzeń i odpowiedział demaskatorsko. To nie jest dobra powieść, lecz klasyczna rzecz interwencyjna, w odróżnieniu od świetnej „Doliny Issy”.
A „Umysł zniewolony”?
Rzecz doraźna, dziś cenna raczej archiwalnie. Jerzy Giedroyć był przeciwko jej wznawianiu.
Nie trzeba będzie weryfikować za wiele lat biografii Miłosza napisanej przez Andrzeja Franaszka?
Nie sądzę. To nie jest rozprawa o twórczości, lecz biografia, być może jakieś fakty jeszcze zostaną odkryte, może w korespondencji.
Dziękuję za rozmowę.

Leszek Szaruga (Aleksander Wirpsza) – ur. 28 lutego 1946 w Krakowie – poeta, tłumacz niemieckiej poezji, wykładowca uniwersytecki, historyk literatury, krytyk literacki. Syn zmarłego na emigracji w Niemczech poety, krytyka, tłumacza i prozaika Witolda Wirpszy. W latach 70. i 80. redaktor pism drugiego obiegu — takich jak „Puls”, „Wezwania”. W latach 1979-1989 współpracował z sekcją polską Radia Wolna Europa (pod pseudonimami: Jan Krajnik, Krzysztof Powoski). Od 1979 r. współpracował z paryską „Kulturą”, Pod koniec istnienia pisma był w nim szefem działu poezji. W latach 1987-1990 mieszkał w Berlinie Zachodnim, gdzie współpracował z sekcjami polskimi BBC oraz Deutsche Welle oraz czasopismami emigracyjnymi. Redaktor pism „Nowaja Polsza” oraz „Przegląd Polityczny”. Laureat Nagrody Kościelskich (1986) oraz nagrody literackiej „Kultury” (1999). Autor szeregu tomików poezji oraz m.in. zbiorów esejów krytyczno-literackich „Własnymi słowami”, „Szkoła polska”, „Dochodzenie do siebie”, „Współczesna powieść polityczna”, a także tomu wspomnień „Podróż mego życia”. W 2009 roku uhonorowany medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Między „okopami świętej trójcy” a postmodernizmem

Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna – z profesorem Andrzejem Wernerem, krytykiem, eseistą, historykiem literatury, profesorem w Instytucie Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Po 25 latach od pierwszego wydania ponownie ukazał się Pana głośny i dyskutowany swego czasu esej „Polskie, arcypolskie…”, książka fundamentalna dla zrozumienia istotnych zjawisk polskiej kultury drugiej połowie XX wieku. Z kolei od drugiego wydania też mięło już sporo czasu. Na ile zawarte w tym eseju zagadnienia są dziś żywe a na ile dotyczy on kwestii zaprzeszłych, związanych z dylematami okresu po 1945 roku. Na ile tematyka „Popiołu i diamentu” Andrzejewksiego/Wajdy, powojennych dylematów czy poezji Tadeusza Borowskiego może jeszcze zainteresować szerszy krąg czytelniczy?
Można podjąć próbę zweryfikowania tego, o co pan pyta. „Polskie, arcypolskie” nie mieściło się w samym założeniu w kręgu ówcześnie podejmowanych wyborów politycznych, co było wtedy obrazoburcze. Podważałem sposób myślenia ludzi których ceniłem, szanowałem i z którymi się identyfikowałem w szeroko pojmowanym ruchu zbiorowym. Postanowiłem jednak przyjrzeć się zjawiskom, które mnie interesowały, w sposób całkowicie niezależny politycznie. Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna. Cenię sobie tę niewygodę.
W okresie ożywienia się mitów romantycznych po 13 grudnia 1981, w czasach stężonej demonstracji polskości pisał w Pan w „Polskim arcypolskim” o słabnięciu substancjalności polskości. To było w jednej strony trochę profetyczne, ale z drugiej strony po katastrofie smoleńskiej pojawiła się jakby nowa forma substancjalności polskiej – agresywny, sarmacki, antypatyczny ruch smoleński, „obrońcy krzyża” etc. Jak ta książka wpisuje się dziś w te konteksty?
Tę formę rytualnej pseudosubstancjalności kultura polska zawsze posiadała. W XIX wieku obok Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, później Żeromskiego, Brzozowskiego istniały i były kultywowane formy żałobne, martyrologiczne. Ja je nazywam kulturą masową wielkich idei. Kultura protestowała przeciwko temu, że przywołam Brzozowskiego, walczącego z płaczliwą martyrologią, zastępującą prawdziwą pracę duchową i materialną. Dziś doszło do paroksyzmu tego zjawiska. W czasach o których traktuje „Polskie, arcypolskie”, protest czy wręcz szyderstwo z takiej rytualnej formy polskiego ducha była etosem i dużej, wówczas szczególnie ważnej części polskiej literatury, a także polskiej szkoły filmowej, Jej najbliższym antenatem był oczywiście Gombrowicz. Ta negacja zastąpiła jednak pytanie o samą naturę substancjalności. Czy nie wylano dziecka z kąpielą? To było niewygodne dla tych ludzi, z którymi trzymałem sztamę w walce przeciwko martwym pokładom świadomości narodowej. Wydawało mi się, że czasy „Solidarności” są pretekstem, by o tym inaczej myśleć. Trochę się przeliczyłem. W Polsce obecnej te nożyce między dwoma sposobami myślenia i reagowania jeszcze bardziej się rozwarły. Pokazały odrażającą i pustą formę rytualności. Pustą, bo nie odwołuje się do wartości, ale do doraźnej walki politycznej. Wtedy też jej nie było, ale wtedy był prosty podział na władze i „Solidarność”. Chciałem wyjść poza ten schemat i chyba mi się udało. Przy czym przypomniałem cenionym przeze mnie pisarzom pewne przejawy indoktrynacji, której ulegli. Z drugiej strony, nie zajmowałem się literaturą partyjną, którą uważałem za barachło. Chciałem natomiast wzmocnić te wartości, które instrumentalnie wykorzystał Moczar i jego działający w kulturze poplecznicy, zohydzając język z nimi związany. Nie wyciągałem i nie piętnowałem grzechów, nie sytuowałem się koło „Hańby domowej” Trznadla. Uznałem, że żyliśmy pewnym czasie, z którym każdy, kto ma taką potrzebę, może się sam rozliczyć. A ponad wszystko uważałem i uważam, że kultura w moim przekonaniu nie żywi się półprawdami, nawet jeśli rozgrywa partię słuszną politycznie.
A dziś, w odmiennych warunkach, na czym by polegała Pana niezależność?
Na trzymaniu się na dystans zarówno do „okopów świętej trójcy” z procesjami i sztandarami, jak i do sztuki postmodernistycznej, która nic nie znaczy w życiu zbiorowym. Ta ostatnia też ucieka od realnego świata w krainę gier językowych i pojęciowych. Tymczasem mamy problemy rzeczywiste, nie tylko pozorne. Kultura musi się ustosunkować i do jednego i do drugiego zjawiska.
Pana książka adresowana była do odbiorcy elitarnego, o przygotowaniu humanistycznym, zorientowanego w naturze „kompleksu polskiego”. Czy ta publiczność jeszcze istnieje jako zbiorowość, jako zjawisko, z właściwym jej stylem odbioru kultury jako czegoś fundamentalnego w życiu społeczeństwa i – excusez le mot – narodu? Czy istnieje pasmo społeczne, w którym jeszcze dziś ta książka wywołuje rezonans myślowy?
To trudne pytanie. Jednak obcując z niektórymi środowiskami zauważam u nich przywiązanie do źródeł, które i dla mnie były ważne. Na pewno jednak wiele się zmieniło od czasu pisania tej książki. Nastąpiło umasowienie kultury, jej zamiana w spektakl, w którym opowiada się historyjki. Także wyższa, elitarna kultura coraz częściej wychodzi poza wartości, takie, które są tematem mojej książki. Skoro bowiem wartości uzależnione są wyłącznie od wymiennych języków, których możemy używać, przestają należeć do sfery obowiązującej. Myślę jednak, że ciągle są ludzie, którzy myślą wartościami. Ta potrzeba chyba nie zginie. Leszek Kołakowski ostatnie lata swojego życia starał się nas o tym przekonać. Jak pan zapewne zauważył, tytuł „Polskie, arcypolskie” to parafraza „Ludzkiego, arcyludzkiego” Nietzschego. I pojawia się w mojej książce Diabeł. Dlaczego? Bo ta krytyka, która zniszczyła język mówienia o wartościach jest bardzo mądra, bardzo przeze mnie szanowana, ale szkodliwa. Ten Diabeł podpowiada młodym humanistom tylko opisywanie świata takim, jaki jest, bez rozróżniania dobrego od złego, bez odróżniania kultury wysokiej i niskiej. Tak jest we wszystkich innych dziedzinach sztuki i humanistyki. Stąd ważna dla tej książki metafora Diabła. Diabła z „Doktora Faustusa” Manna. Herbert pisał, że ten Diabeł szczególnie upodobał sobie artystów. Nie wiem, czy to jeszcze jest czytelne, ale w rejonach metakulturowych, o których rozmawiamy, na pewno ważne. Wracając do pana pytania – są środowiska, które temu wypraniu z wartości starają się przeciwstawić. Takie reduty. Ja je przyjmuję z nadzieją, choć czasem z nimi polemizuję, gdy niebezpiecznie zbliżają się do absolutyzacji pewnych wartości.
„Polskie arcypolskie”, to poza wszystkim zapis pewnej formy polskiej w pewnym, ściśle określonym czasie historycznym. Andrzej Mencwel mówił mi obszernej rozmowie, że „Polska zmienia formę”. Formę, skarykaturyzowaną przez Gombrowicza w „Pornografii” i „Kosmosie” w postaci szlacheckiego dworku. Jaką formę ma Polska dziś?
To trudne pytanie, bo nie ma już jednej formy, ale wiele form. Nie wiem, czy mają wspólny mianownik. Diagnoza wymagałaby gruntownych studiów socjologiczno-antropologicznych. Ponieważ jednak pan mnie prowokuje do metafory, to powiem, że metaforą Polski może być dziś supermarket. Trzeba by jednak pokopać głębiej, bo ta metafora wyraża właściwie bezformie, dowolność. A może mamy do czynienia z wieloloformiem? Samo zjawisko nie jest nowe, ale przyjęło współcześnie monstrualne rozmiary. Podejmował ten temat Jan Józef Szczepański w ”Przed nieznanym trybunałem”. W czasach, kiedy metaforą Polski mógł być szlachecki dworek, również istniała wielość. Dworki zamieszkiwali bardzo różni ludzie.
Jaką rolę w wyposażaniu młodego pokolenia w wiedzę i kryteria może odegrać szkoła?
Zauważam, że młodym ludziom, poczynając od liceum aż po pierwsze lata studiów wielką trudność sprawia wejście w tryb myślenia historycznego. Dla wielu z nich historia to archeologia. Na szczęście ciągle jeszcze szkoła i studia humanistyczne próbują uczyć myślenia historycznego. Bez tego znajdziemy się w pułapce zabsolutyzowanej teraźniejszości. Myślę jednak, że myślenie o kulturze da się sprowadzić do metafory Miłosza o życiu na wyspach, tzn. będzie to dotyczyło tylko niektórych środowisk, które będą przechowywały pewne istotne wartości i dyskutowały o nich. Bez iluzji – większość ludzkości będzie poza tym.
Czy opierając się na doświadczeniach i przemyśleniach z minionych dwudziestu lat zdecydowałby się Pan napisać dalszy ciąg „Polskiego, arcypolskiego”?
Ja nie. Nie ma już klimatu odpowiedniego, by podjąć się takiego zadania. Literatura i film są już z innej bajki. Nie stanowią pretekstu do całościowego ujęcia zagadnienia, a przy tym z nadzieją, że będzie publiczność. Może jednak takiego zadania podejmie się ktoś inny?
Dziękuję za rozmowę.
Andrzej Werner – ur. 14 września 1940r. w Warszawie – krytyk literacki i filmowy, historyk literatury, eseista, profesor nauk humanistycznych w Instytucie Badań Literackich PAN, od 1977 działacz opozycji związany z kręgiem KSS KOR, w latach 80-tych działał w drugim obiegu wydawniczym. Opublikował: „Zwyczajna apokalipsa: Tadeusz Borowski i jego wizja świata obozów” (1971), „Polskie, arcypolskie …” (1987), „Pasja i nuda” (1991), „Dekada filmu” (1997), „Krew i atrament” (1997), „To jest kino” (1999), „Wysoko, nie na palcach : o pisarstwie Jana Józefa Szczepańskiego” (2003) .

A co, jeśli Jakub Żulczyk ma rację?

Jakub Żulczyk (rocznik 1983) stał się pierwszym od niepamiętnych czasów pisarzem, któremu grozi kara więzienia z powodów politycznych. Warto skorzystać z tej okazji by przywołać tę postać nowego pokolenia polskiej literatury.

Z wykształcenia jest amerykanistą i to odzwierciedliło się już w jego debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” (2006). Wykorzystał w niej charakterystyczny dla kultury amerykańskiej (w tym literatury i filmu) motyw podróży („powieść drogi”), pamiętny m.in. z powieści (James Leo Herlihy, 1965) i filmu (John Schlesinger) „Nocny kowboj” (1969), a także ze słynnej historii Bonnie and Clyde. Ta historia podróży dwojga młodych ludzi przepojona jest odniesieniami do popkultury amerykańskiej, powieści, utworów muzycznych, gier komputerowych itd. Opublikowane w 2008 roku „Radio Armagedon” opowiada o licealnym zespole rockowym i zostało zaliczone do tzw. nurtu „emo”, jako pierwsza polska powieść z tego gatunku. ( „Seks, narkotyki, anarchia, nihilizm, przemoc, muzyka punk i młodość pod znakiem trupiej czaszki” – obraz młodzieży wchodzącej w życie po roku 1989).
W kolejnych latach Żulczyk poświęcił się literaturze gatunkowej, a konkretnie horrorowi, thrillerowi, powieści kryminalnej i fantastyczno-przygodowej, ale nie stronił także od – swoistego – realizmu („Instytut”, 2010, „Zmorojewo” 2011, „Świątynia”, 2011, „Ślepnąc od świateł”, 2014, zekranizowana jako serial telewizyjny, „Wzgórze psów”, 2017). Przynależna formalnie do gatunku fantastyki ostatnia powieść Żulczyka („Czarne słońce”, 2019) nosi cechy zakamuflowanej, dystopijnej powieści politycznej, opowiadając o odseparowanym od Europy kraju rządzonym przez Ojca Premiera (główny bohater to faszysta Gruz). Sam autor określił tę powieść jako utwór napisany „przeciwko Kościołowi w Polsce, bo obrzydza mnie, jako człowieka i obywatela, to, co potrafię usłyszeć ze strony kapłanów”. Z prawej strony sceny politycznej publicystyki okrzyknięto ją jako „antypolską” i „antychrześcijańską”. Sam autor przyznał, że jest antynacjonalistyczna, antyfaszystowska i antyteokratyczna.
Jakub Żulczyk, m.in. obok Doroty Masłowskiej, Mirosława Nahacza, Dawida Bieńkowskiego czy Jarosława Shuty należy do pokolenia (urodzonych w latach osiemdziesiątych) pisarzy głęboko zanurzonych w popkulturze i codzienności po przełomie wieków, pisarzy oddających trafnie ducha tych czasów. Jak napisano o tej generacji na stronie culture.pl, ich pisarstwo „opowiada historie o młodych ludziach, po części wpisujące się w głośną w tamtym czasie dyskusję o „generacji nic” – pozbawionej ideałów, skrzywdzonej przez kapitalizm, nieumiejącej budować trwałych więzi”. Stąd, przy wszystkich różnicach między poszczególnymi pisarzami tej generacji, łączy ich, nigdy wcześniej nie występujące w tym stopniu w polskiej prozie, zanurzenie we współczesnym języku kolokwialnym, mówionym, oraz w znakach i przedmiotach wytwarzanych przez cywilizację codzienności. Ich charakterystycznym atrybutem jest – zasadniczo – brak odniesień do przeszłości, do rozmaitych klasycznych imponderabiliów, takich jak kondycja narodu, patriotyzm, tradycyjnie rozumiane kategorie społeczne, obyczajowe i psychologiczne itp. Ten krąg pisarzy określano też jako „banalistów”, a niektórzy z nich, w tym Żulczyk skupieni byli wokół pisma „Lampa i iskra boża” Pawła Dunina-Wąsowicza.
O swojej powieści „Ślepnąc od świateł” Żulczyk powiedział: „Chciałem napisać książkę o upadku złudzeń. O tym, jak bardzo chcemy swoje życie wyreżyserować, coś osiągnąć. A po to głównie przyjeżdża się do Warszawy. Żeby zrobić karierę, zmienić życie na lepsze, wspinać się po jakiejś drabinie. Zresztą taką potrzebę mają w sobie nie tylko przyjezdni. W tym sensie ta powieść mogła się wydarzyć tylko tu”. Krytyk Piotr Kofta tak napisał o niej: „Współczesna Warszawa u Żulczyka jest jak Los Angeles lat 50. sportretowane przez Jamesa Ellroya: przykryta wieczną nocą, ogarnięta gorączką złota, pulsująca od zbrodni i pożądania, podkręcona i odurzona kokainą. Historia dilera, który żyje iluzją, że uda mu się przejść przez to piekło suchą nogą, to, jak dla mnie, powieść sezonu”.
Jakub Żulczyk, który w dziennikarskim, początkowym okresie swojej działalności udziełał się publicystycznie w wielu tytułach prasowych, koncentruje się obecnie na intensywnej aktywności w mediach społecznościowych, gdzie ostro krytykuje obecną władzę PiS i Kościół katolicki. („Gospel of inhumanity, nieludzka Ewangelia. PiS to tylko przechwytuje do doraźnych celów politycznych. Dlatego nie wydaje mi się, żeby moja książka była antypisowska. Ale żeby było jasne: „Czarne słońce” to nie jest książka antychrześcijańska. (…) Może ja się nie do końca identyfikuję jako chrześcijanin, ale jednak „Czarne słońce” to książka chrześcijańska i taka miała być” – powiedział w jednym z wywiadów). Powieść pełna jest pasji skierowanej przeciw faszyzmowi, przemocy i teokracji. Pisarz poparł też m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet, krytykuje wyłączenie kościołów spod lockdownu pandemicznego, działalność ministerstwa edukacji pod kierownictwem katolicko-nacjonalistycznego fundamentalisty itd.
W 2017 roku Jakub Żulczyk uzyskał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur, (z których pochodzi – urodził się w Szczytnie) za „Wzgórze psów”), a w roku 2018 Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W 2014 roku kandydował do Paszportów „Polityki”.

Chińskie i polskie pisarki na temat równości i różnorodności w literaturze

Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich i Ambasada Chin w Polsce zaprosiły w grudniu trzy znane chińskie pisarki oraz trzy polskie pisarki do dyskusji na temat równości i różnorodności w perspektywie literatury kobiecej. W wydarzeniu wzięły udział: Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Sylwia Chutnik, Lu Min, Cui Manli oraz Dian. Profesorka Zhang Li z Pekińskiego Uniwersytetu Normalnego była gospodynią tej dyskusji.

Chińskie i polskie pisarki stwierdziły w swoich wystąpieniach, że równość i różnorodność istnieją nie tylko w literaturze, ale także we wszystkich aspektach kultury, dlatego kwestie płci są bardzo ważnym tematem. Opierając się na własnych doświadczeniach, oznajmiły, że pisarka powinna mieć własną odpowiedzialność za wyrażanie swojego literackiego głosu i opinii.
Sylwia Chutnik to dziennikarka, feministka, działaczka społeczna, jedna z najbardziej uznanych polskich pisarek. Autorka książek (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet”, „Dzidzi”, „Cwaniar”, czy „Smutku cinkciarza”), a także sztuk dramatycznych (m.in. „Muranooo”, „Aleksandra” ). W swojej twórczości Chutnik odwołuje się często do tematów feministycznych oraz koncepcji płci kulturowej (gender). Porusza także kwestie związane z historyczną i kulturową traumą.
„Współczesna proza pisana przez kobiety jest pełna refleksji dotyczących tego, w jaki sposób żyjemy i chcemy żyć. Zadaje pytania o to, gdzie w całej tej narracji jest mężczyzna i czy wieloletnie karmienie nas bajkami nie przyniosło złego zakończenia ”– powiedziała Chutnik podczas debaty.
Lu Min to autorka powieści „Ucieczka na księżyc”, „Kolacja dla sześciu osób”, „Żniwiarz snów”, „Fikcyjna rodzina”, „Nocne rozmowy o hormonach”, „Ojciec na ścianie” i 30 innych dzieł. Pisarka znalazła się w rankingu 20 Mistrzów Przyszłości „Literatury Ludowej”, a także została wybrana do grona Tajwan United Literature Chinese Fiction Circle „20 under 40”. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na język niemiecki, francuski, japoński, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i arabski.
Lu Min powiedziała podczas dyskusji, że „celem nie powinno być podkreślenie kobiecego sposobu pisania lub kobiecej narracji ani czynienie z kobiet główny temat utworów”. „Wręcz przeciwnie, problem nierówności płci sam w sobie jest jednym z największych problemów społecznych, który dotyczy każdego człowieka i dlatego też pojawia się on często w literaturze” – podkreśliła. „Jako pisarze, mężczyźni i kobiety, powinniśmy znaleźć najbardziej odpowiedni sposób, aby przekazać i opisać dawne czasy oraz indywidualne doświadczenia” – dodała Lu Min.
Grażyna Plebanek to pisarka i publicystka. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”, a także jest felietonistką dla „Polityki”, „Wysokich Obcasów Extra” i magazynu „Trendy”. Publikowała też m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”.
Grażyna Plebanek podczas debaty wspomniała historię o swojej babci i matce, które były niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z mężczyznami. „Jako pierwsza z nas trzech skończyłam studia. Jako pierwsza robię zawodowo to, co sobie wymarzyłam. Wydawałoby się, że moja płeć w XXI wieku nie będzie odmiennością, która stanie na drodze równości. Ale kiedy opublikowałam moją pierwszą powieść, dziennikarki i dziennikarze pytali, czy piszę literaturę kobiecą” – stwierdziła pisarka. „Literatura to literatura – odpowiadałam – Literatura nie ma płci” – zaznaczyła Plebanek. „Moich kolegów pisarzy nikt nie pyta o to, czy piszą literaturę męską. To, co piszą jest z założenia uniwersalne. A moje pisanie wymaga przymiotnika określającego płeć” – dodała.
Urodzona w Nankinie Cui Manli jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest autorką między innymi dwuczęściowej powieści „Wzloty i upadki”, a także „Ulubiony” czy „Epoka kolorowego szkła” oraz zbiorów opowiadań pod tytułem „Wiara Kaki”. W 2009 roku „Epoka kolorowego szkła” zdobyła nagrodę za najlepszą powieść przyznawaną przez Grupę Wydawniczą Pisarzy Chińskich. Jej utwory były tłumaczone m.in. na język angielski, koreański i japoński.
Cui Manli twierdzi, że jej rodzinne miasto Nankin szczególnie szanuje kobiety oraz je bardzo kocha. „ >Sen czerwonego pawilonu< jest jedną ze znanych chińskich powieści klasycznych. Jej autor Cao Xueqin właśnie w tym mieście spędził swoje dzieciństwo. Główny bohater utworu Jiao Baoyu niezmiernie kocha i wielbi kobiety. W Nankinie mężczyźni są dumni z bycia takim jak Jiao Baoyu.
Manuela Gretkowska to pisarka, scenarzystka, felietonistka, działaczka społeczna, założycielka Partii Kobiet. Zadebiutowała w 1991 roku powieścią „My zdies’ emigranty”. Na jej dorobek literacki składają się takie dzieła jak: „Namiętnik”, „Silikon”, „Polka”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Europejka”, „Obywatelka”. Powieść „Polka” doczekała się nominacji do Nagrody Literackiej „Nike”. Jej książki tłumaczone były na języki: węgierski, serbski, ukraiński, litewski, rosyjski, niemiecki, hiszpański i fiński.
Manuela Gretkowska przypominała swój pierwszy pobyt w Chinach 30 parę lat temu i historię Marii Skłodowskiej-Curie. „Mówię dlatego o historii Marii Skłodowskiej-Curie bo była kobietą, i jej dwudziestowieczne odkrycie promieniotwórczości umożliwiło prześwietlanie tego co ukryte w ludzkim ciele: kości, narządów. Tak samo jak pisarstwo kobiet od XX wieku pokazuje to co było dotychczas ukryte dla literatury” – stwierdziła. Jej zdaniem, literatura kobiet jest takim nowoczesnym Nüshu, czyli językiem, który stworzyły Chinki z prowincji Hunan. Według Gretkowskiej służy on do porozumienia się poza oficjalnym językiem, do przekazania kobiecego doświadczenia, ale też do porozumienia ze światem mężczyzn” – dodała pisarka.
Di An (właściwie Li Di’an) jest przedstawicielką pisarek urodzonych w latach 80. Absolwentka Szkoły Zaawansowanych Badań w Naukach Społecznych w Paryżu. Jest autorką powieści, w tym m.in. „Rozsądny człowiek” (wyd. ang. „The Reasonable Man”) oraz „Pożegnanie z Niebem” (wyd. ang. „Ashes to Ashes”) i zbiorów opowiadań. W 2018 roku za powieść „Ulica Jingheng” otrzymała Ludową Nagrodę Literacką za Najlepszą Powieść.
„Gdy pomyślę, że moi polscy przyjaciele ze studiów sięgnęli może kiedyś po wasze książki, a może nawet czytają je w tej chwili, robi mi się ciepło na sercu. Mam od dawna nadzieję, że kiedy ludzie będą o mnie myśleć to na pierwszym miejscu będzie moja twórczość, a nie płeć” – powiedziała najmłodsza pisarka biorąca udział w debacie.
Profesorka Zhang Li jest wykładowczynią na Wydziale Filologii Chińskiej Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest autorką książek „Początek pisania współczesnych chińskich kobiet”, „Odbicie sióstr w lustrze”, „Człowiek trzymający płomyk”, „Opowiadania o podróżnikach”. Otrzymała nagrodę za najlepszą prozę napisaną w języku chińskim. Jej utwór znalazł się na liście dziesięciu najbardziej wpływowych książek. Pisanie kobiet i kobieca perspektywa mają znaczenie dla zachowania niezależnego głosu kobiet – stwierdziła profesorka. „Ponieważ nie piszemy tylko dla siebie, ale musimy pisać dla czytelników z przyszłości” – zaznaczyła.
Zarówno Chinki, jak i Polki, dążą do równości i osiągnięcia równego statusu społecznego. Według chińskiej pisarki Cui Manli, aby promować postęp kobiet i równość, a ograniczać różnice, to kobiety powinny prowadzić dyskusje i osiągać konsensus. W tej kwestii twórczość literacka pisarek jest nadzieją i przyszłością kobiet na całym świecie.

Ludwik Flaszen (1930-2020) „Teatr ubogi”, umysł przebogaty

W Paryżu zmarł 24 października Ludwik Flaszen, bardzo niezwykła i bardzo swoista postać polskiej i europejskiej kultury. Był krytykiem teatralnym i literackim, eseistą, tłumaczem, teatrologiem i reżyserem. Był też współpracownikiem Jerzego Grotowskiego i współzałożycielem (1959) oraz kierownikiem literackim jego wrocławskiego Teatru 13 Rzędów, przemianowanego później na Teatr Laboratorium, a w latach osiemdziesiątych jego dyrektorem, choć przede wszystkim współtwórcą doktryny teatralnej tego teatru, autorem terminu „teatr ubogi”, którego użył w komentarzu do przedstawienia „Akropolis”.

Urodził się w Krakowie w Krakowie 4 czerwca 1930 roku, ale czas II wojny światowej spędził w ZSRR. Po ukończeniu po wojnie studiów na krakowskiej polonistyce zadebiutował w 1948 roku na łamach „Przekroju”.
Jego działalność krytyczna na łamach prasy była bardzo intensywna. Na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” prowadził rubrykę „Z notatnika szalonego recenzenta”. Był też m.in. kierownikiem literackim Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Należał w tym okresie do tzw. krakowskiej szkoły krytyków, wraz z Janem Błońskim, Andrzejem Kijowskim i Konstantym Puzyną. Z uwagi na bezkompromisową pryncypialność z jaką głosił swoje poglądy, w środowisku teatralnym w Krakowa nazywano Flaszena „Robespierre’em”.
Był prekursorem krytyki schematyzmu literatury socrealizmu, czemu już w 1951 roku dał wyraz w głośnym tekście „Nowy Zoil, czyli o schematyzmie”. Literacko zadebiutował w 1958 roku prozą eseistyczną „Głowa i mur”, zatrzymaną przez cenzurę.
Duży rozgłos w środowiskach literackich zdobyła w 1971 roku jego eseistyczna książka „Cyrograf”, niezwykle wyrafinowany, wielostronny, skomplikowany intelektualnie esej o rozmaitych zjawiskach kultury, głównie teatralnej, który doczekał się także wydania francuskiego w 1989 roku. Od 1984 mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził bogatą działalność teatralną, pedagogiczną i reżyserską.
Interesowała go tylko wielka literatura wielkich problemów (m.in. Dostojewski czy Ajschylos). Reżyserował gościnnie także w Polsce, m.in. Swoją wersję „Biesów” w Starym Teatrze w Krakowie („Mały Plutarch żywotów nieudanych”,1995). Miał także ścisłe związki z kulturą włoską i w tym kraju krzewił po śmierci Grotowskiego w 1997 roku tradycję jego teatru, jako spadkobierca jego idei.
Opublikował wydane w kilku językach liczne teksty o Grotowskim i jego teatrze. Był współautorem wydanej we Włoszech antologii Teatru Laboratorium. Napisał także m.in. „Teatr skazany na magię” (1983). Był także tłumaczem, głównie literatury rosyjskiej XIX i XX wieku, w tym tekstów Michała Bachtina, ale także z języka rosyjskiego. Był laureatem wielu nagród za dokonania na polu kultury.
Od 2018 roku w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego działa bardzo bogata Czytelnia im. Ludwika Flaszena, zawierająca wiele bezcennych i unikalnych wydań książkowych w wielu językach.
Powyższy, „telegraficzny” skrót dokonań Ludwika Flaszena słabo oddaje bogatą, czasami czyniącą wrażenie mistycznej, osobowość tego oryginalnego myśliciela-artysty, ogrom jego wiedzy i niezwykle kreatywny, choć dość hermetyczny umysł, pracujący tylko na najwyższych diapazonach, co sprawia, że kontakt z jego imponującą twórczością, zarówno krytyczną, eseistyczną jak i teatralną, choć fascynujący, nigdy nie był i nie będzie łatwy.

Pandemiczna jesień Aleksandra Puszkina

Jesień 1830 roku zapisała się w życiu Puszkina i w dziejach literatury rosyjskiej w sposób szczególny. Ostatniego dnia sierpnia (wedle obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, „spóźniającego się” wtedy w stosunku do naszego gregoriańskiego o 12 dni) Puszkin wyjechał z Moskwy, by w związku ze zbliżającym się ślubem z młodziutką i przepiękną Natalią Gonczarową objąć w posiadanie przekazany mu przez ojca rodzinny majątek w Bołdinie w okolicach Niżniego Nowogrodu.

Miał nadzieję, że z koniecznymi formalnościami upora się w miesiąc – tymczasem bołdinowski pobyt wydłużył się aż trzykrotnie. Powodem była grasująca wtedy w Rosji (a następnie też w znacznej części Europy środkowej i zachodniej) i właśnie opanowująca Moskwę pandemia cholery – ta sama, która niebawem odbierze życie między innymi zbiegłemu z Warszawy po wybuchu powstania listopadowego wielkiemu księciu Konstantemu Pawłowiczowi oraz głównodowodzącemu wojsk wysłanych dla zdławienia powstania feldmarszałkowi Iwanowi Dybiczowi i która ogółem pochłonie w Rosji około dwieście tysięcy istnień ludzkich. Dla pozbawionego możliwości powrotu do Moskwy trzydziestojednoletniego wówczas poety ten trzymiesięczny przymusowy pobyt w Bołdinie stał się okresem niezwykłej eksplozji geniuszu twórczego; jesień zawsze bywała dlań bardzo owocna, teraz jednak dokonało się coś doprawdy niezwykłego. Dość powiedzieć, że Puszkin ukończył wtedy swoje opus magnum – pisanego przez siedem lat i częściowo już opublikowanego „Eugeniusza Oniegina”, że napisał cztery jednoaktowe sztuki nazwane później „małymi tragediami”, że stworzył tak ważny dla rozwoju rosyjskiej prozy cykl nowel „Opowieści Biełkina”, że napisał kilka innych poematów i opowiadań oraz szereg znakomitych wierszy.
*
Najważniejsze było oczywiście ukończenie „Eugeniusza Oniegina” – owej „encyklopedii życia rosyjskiego”, jak dzieło to określił Wissarion Bieliński, gdzie w osobie tytułowego bohatera po raz pierwszy pojawiła się tak charakterystyczna dla całej dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej postać „zbędnego człowieka” – człowieka zmarnowanych szans i możliwości, owładniętego poczuciem niespełnienia, wiodącego żywot bez ideałów i bez celu, sceptyka i egoisty. Opowieść o Onieginie przyobleczona została w specjalnie dla niej stworzoną wyrafinowaną formę wierszową – strofę zwaną „onieginowską”, składającą się z czternastu czterostopowych wersów jambicznych, połączonych skomplikowanym układem rymów. Lektura tej poezji w oryginale – to rozkosz zaiste niewymowna; przecież – przypomnijmy – mamy w Polsce i świetne dzieła tego tłumaczenia, jak ponadstuletni przekład Leo Belmonta, następnie (choć niepełny) Juliana Tuwima, potem klasyczny już Adama Ważyka.
Czymś niezwykłym są też napisane w Bołdinie w ciągu dwóch tygodni cztery „małe tragedie”, o których Anna Achmatowa napisała, że „być może w żadnym z dzieł światowej poezji wiejące zgrozą kwestie moralne nie zostały postawione tak ostro jak tutaj”. Trzy pierwsze tragedie są psychologicznymi studiami wielkich ludzkich namiętności. W „Skąpym rycerzu” jest nią żądza bogactwa – chorobliwie skąpy wobec swego syna ojciec doprowadza do tragicznej z nim konfrontacji. „Mozart i Salieri”, oparty na legendarnym przekazie o rzekomym otruciu genialnego kompozytora przez mniej utalentowanego rywala, stanowi studium zawiści. „Gość kamienny” z kolei to oryginalna parafraza tak obficie obecnego w literaturze europejskiej mitu o Don Juanie, w której uwodziciela i Donnę Annę łączy uszlachetniająca miłość. Od tej trójki odbiega czwarta „mała tragedia” – „Uczta podczas dżumy”, wyraźnie związany z ówczesną sytuacją Puszkina przekład-parafraza sceny z pierwszego aktu dramatu angielskiego poety Johna Wilsona „The City of the Plague” (1816), opowieść o uczcie w czasie szalejącej epidemii, dopełniona przez Puszkina dwiema nieistniejącymi w oryginale wstawkami – Pieśnią Mary i Pieśnią Przewodniczącego, dumnym hymnem na cześć dżumy, która pozwala śmiałej jednostce zmierzyć się z losem, dowieść swej siły:
„Wszystko, czym grozi moc straszliwa,
Dla śmiertelnego serca skrywa
Rozkosze niepojęte! Może
Nieśmiertelności obietnicę!
Szczęśliwy, kto w przerażeń porze
Poznawać mógł ich tajemnice!
Więc sławmy Dżumę! Chwała Dżumie!
Nas nie przestraszą mroki trumien,
Na śmierci zew – nie chwyci drżenie.”
(przekład Juliana Tuwima)
Do „Małych tragedii” rosyjskie teatry wracają po dziś dzień; nasza telewizja przed laty pokazywała ich wspaniałą rosyjską adaptację telewizyjną, dokonaną w roku 1980 z okazji 150-lecia „bołdinowskiej jesieni” przez Michaiła Szwejcera, z udziałem plejady największych rosyjskich aktorów z Innokientijem Smoktunowskim i Władimirem Wysockim na czele. Dziś można ją też bez trudu obejrzeć w internecie, podobnie jak bez trudu można także tam znaleźć najpiękniejszą w ostatnich latach teatralną adaptację „Eugeniusza Oniegina” – uhonorowany „Złotą Maską” i obwożony po całym świecie, zrealizowany w 2013 roku spektakl moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa, reżyserowany przez Rimasa Tuminasa.
*
„Bołdinowska jesień” okazała się też niezwykle ważna dla muzyki – powstałe wtedy utwory stały się kanwą dla całej plejady wartościowych, a niekiedy wybitnych, rosyjskich i nie tylko rosyjskich oper. Prym wiedzie tu oczywiście kongenialny wobec literackiego pierwowzoru „Eugeniusz Oniegin” Piotra Czajkowskiego (1878), wciąż z upodobaniem grywany i słuchany na wszystkich kontynentach, w ostatniej dekadzie piętnaste pod względem ilości wykonań (blisko dwa i pół tysiąca) dzieło operowe na świecie. Po Czajkowskim sięgnąć do „Oniegina” już nikt się nie ośmielił – za to „Małe tragedie” mają swych operowych wersji całą plejadę. Aleksander Dargomyżski w swym nowatorskim, zrywającym z wszechpanowaniem arii na rzecz melodyzowanego recytatywu „Gościu kamiennym” (1869) wykorzystał tekst tragedii Puszkina w całości i praktycznie bez zmian, co w operowej praktyce tamtych lat było ewenementem. Po „Mozarta i Salieriego” sięgnął Nikołaj Rimski-Korsakow (1897); Salieriego w tej operze śpiewały największe rosyjskie basy, od Fiodora Szalapina po Jewgienija Niestierienkę. „Skąpego rycerza” w 1906 roku wziął na warsztat Siergiej Rachmaninow. Pośród kompozytorów obcych wymienić warto Włochów: Giana Francesca Malipiera (oparty na „Gościu kamiennym” jego „Don Giovanni”, 1963) czy też Jacopa Napolego („Skąpy baron”, 1970).
Ale w dwudziestym stuleciu twórców operowych bodaj najbardziej z tych czterech tragedii fascynowała „Uczta podczas dżumy”. Rozpoczął syn Polki i uczeń Moniuszki, potem gorliwy w Rosji naszego kompozytora promotor Cezar Cui (jego opera powstała w roku 1900); trzy lata później sięgnął po „Ucztę…” Siergiej Prokofiew, nie wychodząc wszakże poza fortepianowe szkice. Opero-balet na kanwie utworu Puszkina w 1935 roku skomponował Arthur Lourié, jeden z protagonistów rosyjskiej awangardy muzycznej pierwszych dziesięcioleci ubiegłego wieku, po rewolucji październikowej kierujący w Ludowym Komisariacie Oświaty wydziałem muzyki, przez pewien czas towarzysz życia Achmatowej, od 1922 roku emigrant. Kolejne operowe wersje „Uczty…” wyszły spod pióra m. in. Borysa Asafiewa (1940), Aleksandra Goldenweisera (1942), Jeleny Firsowej (1972), bodaj ostatnia została skomponowana w 1984 roku (jako część tryptyku ”Prorok”, zawierającego też „Gościa kamiennego”) przez jekatierinburskiego twórcę Władimira Kobiekina. Obfitość to znamienna…

Księga Wyjścia (60)

Ballada literacka.

Wreszcie jest. Udało się, moja nowa książka opuściła drukarnię i zadebiutuje już w tę sobotę na targach książki. Ale po kolei – jestem jeszcze pod wpływem emocji.
Jeśli nie macie innych planów, to zapraszam w sobotę (05.09.2020) na targi książki – warszawska ADA przy ulicy Puławskiej 37. Będę tam ze wspomnianą publikacją w okolicy stoiska Spółdzielni Socjalnej „Faktoria”.
„Utwory żebrane, powrót z dna”, to zbiór felietonów, dzienników i opowiadań – inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami, a także lekko zmienione wydanie poprzedniej książki „Z dna”. Teksty już gdzieś publikowane i te, których jeszcze nikt nie czytał – poza redakcją i korektą oczywiście. Nawet te publikowane mają tę wadę, że są bardzo ulotne, a ich żywot jest bardzo krótki. Zarówno te spisane na FB, jak i w prasie. Przelatują i znikają gdzieś w niepamięci. Fajnie jest wrócić do niektórych i jeśli układają się w całość, to połączyć w jedną wielką publikację. Wielką, bo łącznie wyszło ponad trzysta stron.
Ułożonych w pewnego rodzaju tryptyk – upadek, życie na dnie i mozolna próba wygrzebania na powierzchnię.
Trudno skupić się na czymś innym w chwili, gdy dowiedziałem się, że po miesiącach starań i zabiegów udało się doprowadzić tę sprawę do końca. Ale tak, wreszcie książka opuściła maszyny drukarskie. Napiszę więc o całym procesie tworzenia i wydania książki. Jak to wygląda z mojej perspektywy i jakie procesy zachodzą w mojej głowie.
Wspominałem już kiedyś, że łatwiej napisać książkę, niż ją wydać. Przynajmniej komuś takiemu jak ja. Pisanie to praca twórcza, porywająca i pochłaniająca. Do tego stopnia, że czasami w szale pisania, zapominam o jedzeniu, piciu, porze dnia lub nocy. W ogóle nie mam poczucia upływającego czasu. Bywa, że siedzę godzinę lub dwie z nieodpalonym papierosem w ustach. Nawet jeśli siedzę przed monitorem kilkanaście godzin, to tego nie kontroluję. Zmęczenie przychodzi później. Dużo później, już po napisaniu sczytaniu i wielokrotnych przeróbkach.
Wydanie jest natomiast koszmarem. Wyrobiłem sobie już nawet pewien schemat stałych błędów, które zawsze popełniam. Chociaż nigdy się nie sprawdzają, to za każdym razem ślepo brnę w to samo bagno.
Najpierw planuję wydać samodzielnie, piszę do różnych drukarni, oni odsyłają mi oferty, z których niewiele rozumiem. Jakieś tabelki, wyliczenia – VAT-y, brutto, cenę za ilość – tyle egzemplarzy – za tyle, ale jeśli zamówię więcej to będzie taniej – to znaczy będzie drożej ale wyjdzie taniej, bo za jedną mniej – ogarniacie? Ja pomału już tak, ale miałem kłopoty. Potem gramatura papieru, rodzaj okładki, ile kolorów, jaki format i objętość. Przyznacie, że to wymaga ogromnej determinacji i zacięcia. Zaczynam wtedy pomału głupieć. Najczęściej mam ochotę wyrzucić komputer, wykasować wszystko i położyć się spać. Jestem jednak uparty, więc mimo ogromnej niechęci drążę dalej.
Gdy już rozszyfruje wszystko, przekalkuluję i zamierzam dogadywać się z wybraną drukarnią, która zaoferowała „najlepsze” warunki (według mnie, co wcale nie musi być prawdą) przypominam sobie, że muszę jeszcze zdobyć ISBN – to taki indywidualny numer identyfikacyjny, nadawany przez Bibliotekę Narodową, każdej wydanej w Polsce książce. Coś jak rejestracja w samochodzie.
Po wydrukowaniu należy również wysłać im natychmiast określoną ilość egzemplarzy, nie jestem pewien, ale zgodnie z przepisami chyba pięć. Potem przychodzi kolejna refleksja, że jeśli wydam sam, to żadna hurtownia ich ode mnie nie weźmie i pozostanie mi jedynie samodzielna sprzedaż przez Internet, ewentualnie kilka zaprzyjaźnionych księgarni, również internetowych.
Wtedy zwykle ktoś znajomy, ma znajomego, który zna kogoś, kto ma wydawnictwo.
I znowu cały proces od nowa, negocjacje, ustalania, okładka, format, papier, nakład (znowu zaczynam głupieć). Wreszcie wydawałoby się, że mamy wszystko omówione. Gdy oddycham z ulgą okazuje się, że jeszcze wydawnictwo daje to do własnej korekty – chociaż już były trzy – i odsyła mi do zaakceptowania. Koszmar. Zwłaszcza, gdy trafi się na korektora, który uwielbia interpunkcje „zgodne z zasadami”.
Mam do tego trochę inne podejście. Wszelkie kropki i przecinki są jedynie narzędziem w rękach autora, nie zaś obowiązującą i nienaruszalną regułą, zasadą, że przed każdym „a, że, który…” stawiamy przecinek. Nie, nie zawsze. Często przecinki i kropki określają zarówno sens, jak i ekspresję zdania.
Doskonałym przykładem, który często w takich przypadkach przytaczam jest historia o tym, jak przecinek uratował człowiekowi życie.
Ambasador i namiestnik carski – czyli praktycznie władca Polski – Nikołaj Repnin, prywatnie był kochankiem księżnej Izabelli Czartoryskiej. Romans ten akceptował mąż magnatki, tym bardziej, że Adam Kazimierz też święty nie był i liczył na łaskę carycy, a co za tym idzie królewską koronę. Niestety, Stanisław August był lepszy.
Wracając do tematu, gdy pewnego razu Repnin przyjechał do Puław odwiedzić księżną Izabellę, trochę się u niej zasiedział. Ale ponieważ zarówno poczta jak i telegraf działały nienagannie, mógł sprawować swój urząd z prowincji. Pewnego dnia wśród przywiezionej przez kuriera korespondencji znalazła się, napisana przez skazanego na śmierć więźnia politycznego, prośba o ułaskawienie.
Repnin niewiele myśląc, podyktował depeszę o treści:
„Ułaskawić nie wolno, rozstrzelać!”. Sprytna Izabella Czartoryska przekupiła telegrafistę, by jedynie w innym miejscu postawił przecinek. Po drobnej korekcie zdanie miało dokładnie to samo brzmienie, ale zupełnie inny sens i wyglądało tak:
„Ułaskawić, nie wolno rozstrzelać!”. Tym sposobem uratowała biedakowi życie.
Nie wiem czy kiedykolwiek Repnin zorientował się w tej intrydze. Z całą pewnością nie wyciągnął konsekwencji wobec księżnej, tym bardziej, że w międzyczasie zaszła z nim w ciążę.
Owocem tego romansu był nikt inny, tylko sam Adam Jerzy Czartoryski, o czym świadczyło nieodparte podobieństwo do namiestnika, relacje współczesnych i ciągła nieobecność Adama Kazimierza, który był zajęty intrygami elekcyjnymi i związanymi z nimi erekcyjnymi, którymi to rywalizował ze Stanisławem Augustem o względy carycy. Stanisław okazał się najwyraźniej lepszy. A mimo to Adam Kazimierz do końca trzymał gardę i udawał, że dziecko – niezależnie kto je spłodził – jest jego, czym narażał się na publiczną śmieszność.
Tak na marginesie, działająca w zażyłej komitywie z ministrem kultury – Piotrem Glińskim, Fundacja Czartoryskich odwołuje się do tej gałęzi rodu, pochodzącej właśnie od Adama Jerzego. Śmiało wiec można wysnuć tezę, ze kupując „Damę z łasiczką”, oraz przez inne dotacje minister zasilił kasę spadkobierców rosyjskiego arystokraty.
Jak widzicie przecinek ma nieprawdopodobną moc i ogromne znaczenie. Jest w stanie ocalić życie, a co dopiero wpłynąć na treść i sens książki. Właśnie dlatego po kolejnej korekcie, raz jeszcze musiałem znowu wszystko uważnie przeczytać. Potem drukarnia i czekanie na swoją kolej, ponieważ zależało mi bardzo na tych targach, czekałem naprawdę niecierpliwie. Na całe szczęście wszystko wyszło o czasie, choć mocno spóźnione – co wcale nie jest paradoksem. Podobnie jak to, że pasja, talent, wiedza, doświadczenie i umiejętność przeniesienia tego na papier, są obecnie najmniej ważne na współczesnym rynku wydawniczym.

„Pogranicze powieści”

W historii polskiej krytyki literackiej „Pogranicze powieści” Kazimierza Wyki jest nie od dziś pozycją klasyczną, nie tylko z uwagi na rangę intelektualną i uniwersytecką autora w dziejach polskiej teorii literatury. Także z uwagi na syntetyzujący charakter tego głosu, mający ambicje, jak na tamten moment, ujęcia całościowego niektórych ważnych zagadnień polskiej literatury XX wieku.

W znaczącym stopniu jest to zbiór już tylko dokumentalny, bo trudno za inny uznać tom, który światło dzienne ujrzał w 1948 roku (!). Wszakże ja mam przed sobą wydanie II i rozszerzone z 1974 roku, czyli późniejsze o lat 26. To zaznaczenie perspektywy czasowej jest istotne, bo pokazuje rytm ważności w ówczesnej literaturze.
Podkreślam słowo „ówczesnej”, ponieważ fakt, że od wydania II, rozszerzonego upłynęło już 46 lat czyli bez mała dwa razy więcej niż między pierwszym a drugim wydaniem, nie jest już determinujący w decydującym stopniu, bo determinujący jest przede wszystkim fakt radykalnej zmiany (czytaj: radykalnej redukcji) pozycji literatury w dyskursie współczesnym.
W 1974 roku, 26 lat po pierwszym wydaniu, „Pogranicze powieści” było jeszcze odbierane jako głos w ramach literatury współczesnej. Dziś (odpowiednio 72 i 46 lat później) jest już tylko głosem z przeszłości. Pewnie z tego powodu niniejszy tekst może być potraktowany jako sentymentalne (?) nawiązanie do archiwum, a w gorszym razie jako niepoprawny paseizm.
Jest może jednak, jeden, poza ściśle archiwalnym, argument na rzecz przypomnienia zbioru Wyki. Tym argumentem jest wzgląd na niezwykły wprost pietyzm i rzetelność w potraktowaniu przez autora strefy poddawanej analizie. Innymi słowy: nie tyle przedmiot analiz, z bardzo już z zaprzeszłej epoki jest tu istotny, ile sposób, w jaki autor traktował analizowaną materię. Sposób już właściwie dziś nie praktykowany, a jeśli, to śladowo.
Przede wszystkim uderza rozległy zakres tematyczny „Pogranicza powieści”. Podczas gdy współcześni autorzy zbiorów tekstów poświęconych literaturze współczesnej skłonni są zamykać się zarówno w wąskiej perspektywie czasowej, jak i gatunkowo-tematycznej, Kazimierz Wyka sięga rozległym gestem. Otwierają tom trzy eseje zarysowujące generalne idee związane z literaturą ujęte w nadtytuł „Zapowiedzi i postulaty”. W „Tragiczności, drwinie i realizmie” Wyka stawia tezę (pamiętajmy, że to rok 1948), że polska literatura, której klimat, „aura psychiczna” był dotąd determinowany przez tytułowe: tragiczność i drwinę. W tę pierwszą aurę wpisał Wyka n.p. Czesława Miłosza czy Jerzego Andrzejewskiego, w tę drugą Konstantego I. Gałczyńskiego czy Witolda Gombrowicza, a Witkacego jako postać dwoistą w tym względzie. Obszernie definiując cechy gatunku prozy realistycznej Wyka odwoływał się do rozmaitych źródeł, m.in. do Lukacsa, autora studium „Powieść jako mieszczańska epopeja”. W innym szkicu odwołał się też do tytułowych „żywotnych tradycji prozy polskiej” czyli do pozytywizmu.
Po wielu latach wiemy, że postulaty i oczekiwania Wyki nie spełniły się, przynajmniej na miarę jego oczekiwań i realizm nie stał się markową specjalnością polskiej literatury, ale warto odnotować po dziesięcioleciach, że takie aspiracje niektórych ożywiały.
W trzecim szkicu z wstępnej części zastanawiał się nad różnicami w kształtowaniu się rzeczywistości artystycznej w Polsce i Europie po pierwszej i drugiej wojnie światowej. W części „Sprawdzenie”, zgodnie z tytułem Wyka sprawdzał powieść w aspekcie „pogranicza powieści”, pokazując jak nieoczywisty jest postulat realizmu, gdyż realizm „niejedno ma imię”, a sposobów na to jak i z jakich składników jest budowany jest właściwie tyle, ilu prozaików parających się tym gatunkiem. Znaczącą część „Sprawdzeń” poświęcił Wyka obrazowi wojny i okupacji w prozie powojennej ( m.in. „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, „Droga wiodła przez Narvik” Ksawerego Pruszyńskiego, „Wielki Tydzień” Jerzego Andrzejewskiego, „Z kraju milczenia” Jerzego Andrzejewskiego, „Krajobraz niewzruszony” Kornela Filipowicza, „Śmierć liberała” Artura Sandauera, „Pożegnanie z Marią” Tadeusza Borowskiego, „Święta kulo” Jerzego Putramenta, „Czas nieludzki” Stefana Otwinowskiego czy „Miasto niepokonane” Kazimierza Brandysa).
Pokazał przy tym całą subiektywną różnorodność obrazów tego samego czasu pokazanych przez pryzmat różnych osobowości pisarskich. Jednak chyba najważniejszy i z różnych powodów najciekawszy jest szkic „Rozrachunki inteligenckie”, który to tytuł wszedł zresztą jako fraza do języka dyskusji wokół postalinowskich, popaździernikowych rozliczeń. Poświęcił je Wyka czterem najważniejszym powieściom podejmującym owe „rozrachunki”: „Drewnianemu koniowi” Kazimierza Brandysa, „Jezioru Bodeńskiemu” Stanisława Dygata, „Sedanowi” Pawła Hertza i „Sprzysiężeniu” Stefana Kisielewskiego. Przed omówieniem tych powieści określił skład „roztworu inteligenckiego” w obszarze literatury. Za powieść „najgłębiej zanurzoną w tym roztworze” uznał Wyka „Sprzysiężenie” Kisielewskiego.
Inteligenckość tej powieści polega zdaniem Wyki na tym, że jest ona „zbudowana na paradoksie i antynomii. Na paradoksie, czyli trybie dowodzenia rozmyślnie i przekornie odbiegającym od przyjętych sposobów dowodzenia. (…) Na antynomii, czyli stawianiu na równym planie dwóch tez całkowicie sprzecznych, a równie serio udowodnionych. Postulat Irzykowskiego, że każdy krytyk powinien umieć napisać o tym samym utworze dwie sprzeczne recenzje, jedną pochlebną, drugą ganiącą jest stawianiem antynomii jako ideału krytyki”. Owe paradoksy i antynomie uczynił Kisielewski istotą świadomości głównego bohatera swojej powieści, Zygmunta, będącego swoistym, modzieńczym porte parole autora „Sprzysiężenia”. Oto jeden z passusów wprowadzających czytelnika w świat duchowy powieści: „Nieświadomie może osią światopoglądu Zygmunta była myśl, że wszystko co istnieje, wszystko co się odbywa na świecie – musi mieć jakiś ukryty, często na pozór niedostrzegalny, niezrozumiały cel, cel i sens – świat na pewno nie jest nonsensem, nie może istnieć nonsens tak konsekwentnie zbudowany.
Myśl kształtująca świat jest zapewne bardzo prosta, choć zarazem może być perfidna, odwrócona, po prostu paradoksalna: paradoks bywa prosty, będąc zarazem zawiłym – synteza odwrotności, synteza przeciwieństw, prostota i zawiłość, sens i bezsens, cel i bezcelowość, zorganizowany chaos, bezładna na pozór mnogość i prosty w istocie schemat, rozkosz i męka, dążenie i nieosiągalność – wszystko to ułamki, odpadki, etykiety, slogany, puste nazwy myśli i przeżyć przepuszczone przez pryzmat umęczonej, niezwykle wrażliwej i zarazem żywotnej, skręcającej się jak komórka plazmy duszy tworzyło jakiś dręczący, absurdalny fotomontaż, makabrycznie autonomiczny, pozornie głęboki, a w istocie jałowy świat udręki duchowej…”. Inteligenta – dodajmy, bo jaźń i świadomość Zygmunta jest kwintesencją inteligenckości. Kisielewski – stwierdzał Wyka – uczynił z postawy inteligenckiej chirurgię intelektualną”. W „Jeziorze Bodeńskim”, „Sedanie” i „Drewnianym koniu” mamy do czynienia z innymi odmianami syndromu inteligenckiego.
W tym pierwszym występuje on jako egotyzm intelektualny i wzruszeniowy, a jednym z wyrazów tego egotyzmu jest postrzeganie świata, rzeczywistości jako widowiska obserwowanego z dystansu. W „Drewnianym koniu” inteligencki bohater próbuje, bezskutecznie, wydobyć się ze „skorupy wyosobnienia i osamotnienia”, a w „Sedanie” pisarz opisuje „morfologię świadomości, samotnictwa inteligenta podróżującego i przesyconego wyobraźnią erudycyjno-estetyczną”. I właśnie „Sedan” uznał Wyka za swoisty katalog odmian egotyzmu inteligenckiego.
„Mury Jerycha” Tadeusza Brezy przeanalizował jako „powieść o polityce” a nie „powieści politycznej” i tak definiuje tę różnicę: „Kto by w tej książce szukał miejsc, w jakich życie polityki styka się z codziennym życiem prostego człowieka, a ileż takich scen mamy n.p. w powieściach politycznych Kadena-Bandrowskiego, ten ich nie znajdzie. Powieść Brezy jest napisana, żeby tak powiedzieć, odgórnie. Kto natomiast będzie szukał, jak się aranżuje akcje polityczne (…) ten widowisko podobne znajdzie w „Murach Jerycha” w wydaniu ze wszech miar interesującym”. Dużo też miejsca poświęcił Wyka językowi, stylistyce tej powieści, określając ją jako „barokową” i formułując termin „zarośla werbalistyczne”. Szkic „Oblicze świata” poświęcony jest problematyce niektórych nowel i wrażliwości Jarosława Iwaszkiewicza. O „powieści piastowskiej” traktuje szkic o „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa i „Srebrnych orłach” Teodora Parnickiego i także w tym tekście imponuje empiryczny sposób odniesienia do utworów literackich, dawno już zapomniany i w piśmiennictwie o literatury niemal nieobecny – drobiazgowe analizy powieściowej treści i tworzywa. Osobne szkice poświęcone są „żołnierskiej gromadzie” i obrazowi wsi w literaturze, na przykładzie choćby „Kordiana i chama” Leona Kruczkowskiego.
W zbiorze „Dopowiedzenia” mnóstwo różności, o krytyce, o poezji, ciekawe powroty do wielkiej klasyki (n.p. do „Klubu Pickwicka” Dickensa) oraz kilka recenzji z późniejszego okresu, dołączonych do omawianego tu rozszerzonego wydania „Pogranicza powieści” z 1974 roku.

Literatura po 1989 roku na polskich szlakach

Problematyka drugiego tomu szkiców o nowej sytuacji literatury polskiej po 1989 roku skoncentrowana jest wokół pięciu generalnych tematów: rzeczywistości PRL, feminizmu i ruchów LGBT, dyskusji i konfliktu wokół sprawy Jedwabnego, dyskusji i konfliktu wokół katastrofy smoleńskiej oraz roli Kościoła katolickiego w Polsce.

W pierwszym kręgu, autorki (Anna Kowalska, Katarzyna-Nadana-Sokołowska, Anna Sobolewska) zajęły się literaturą (w jednym przypadku filmem dokumentalnym) poświęconą tematycznie PRL w aspekcie codzienności, społecznego awansu, konfliktów społeczno-politycznych, ale także postrzegania tego okresu przez pryzmat nostalgii i mitologizacji.
Krąg drugi szkiców dotyka literatury emancypacyjnej, problemów myśli feministycznej, tożsamości i praw kobiet (z prawem do aborcji na czele), tożsamości i praw mniejszości seksualnych, co pokazane jest poprzez analizę najważniejszych zjawisk literackich podejmujących te kwestie, począwszy od „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak (1994), głośnej swego czasu powieści, która zapoczątkowała ten nurt.
Przedmiotem analizy w tym zakresie są też „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk, „Nigdy więcej” Katarzyny Grocholi, a nawet proza fantastyczna Andrzeja Sapkowskiego.
Analiza zagadnień związanych ze sprawą jedwabnego i, szerzej, relacji polsko-żydowskich skoncentrowana jest wokół gruntownych omówień (dokonanych przez Tomasza Żukowskiego i Katarzynę Chmielewską) takich tytułów, jak „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, „My z Jedwabnego” Anny Bikont, „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka, a także filmów: dokumentalnych „Sąsiadów” Agnieszki Arnold, „Idy” Pawła Pawlikowskiego, „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego.
Katarzyna Buszkowska zajęła się zagadnieniem „pedagogiki wstydu” i „bitwy o pamięć”, która była wyrazem przeciwstawienia „pedagogice wstydu” pedagogiki „dumy narodowej”. Blok tekstów poświęconych obrazowi katastrofy smoleńskiej w aspektach językowych, symbolicznych, retorycznych zawiera analizy m.in. bydgoskiego widowiska teatralnego Pawła Wodzińskiego „Mickiewicz. Dziady. Performance”, w którym, rok po katastrofie, reżyser stworzył, w formie spektaklu żałoby, rozbudowaną metaforę fenomenu, który legł u podstaw zbudowania „religii smoleńskiej”.
Ten temat podjęła Katarzyna Buszkowska, a T. Żukowski, K. Nadana-Sokołowska, Zygmunt Ziątek, Anna Sobolewska, Anna Jakubas, Jerzy Zygmunt Szeja zajęli się analizą „prozy smoleńskiej”, zarówno tej apologetycznej wobec kultu smoleńskiego (n.p. „Oszołomy” Martyny Ochnik), jako i wobec niego krytycznej, jak „Wiwarium” Jarosława Kamińskiego, ale też problematyzującej zagadnienie, jak „Spotkałam kiedyś prawdziwego hipstera” Maryny Miklaszewskiej czy „Fausteria” Wojciecha Szydy. Autorzy przeanalizowali też prace (filmy i książki) o charakterze dokumentacyjnym ( w rozumieniu: dokumentowania opinii i poglądów), zarówno autorstwa dziennikarzy skrajnie zaangażowanych po stronie „kultu smoleńskiego” (Jan Pospieszalski, Ewa Stankiewicz), jak i problematyzujących i traktujących zjawisko w sposób obiektywizujący (n.p. Ewa Ewart czy Anna Ferens).
Zbiór kończy szkic Katarzyny Sokołowskiej-Nadanej, „Debata, której nie było. Kościół katolicki w Polsce”.
Autorka rozpoczyna tekst od podstawowych danych, także statystycznych, obrazujących sytuację Kościoła kat. w Polsce w roku 2017, pokazuje go jako podstawowe „wyobrażenie tożsamościowe”, jego strategię po roku 1956, stosunek do państwa liberalno-demokratycznego i relacje z lewicą, zawłaszczanie przez Kościół, przy wsparciu prawicy, sfery publicznej i omawia ten nurt literatury po 1989 roku, który odnosił się do szeroko rozumianych zagadnień roli, także kulturowo-obyczajowej, Kościoła katolickiego w Polsce, zarówno wobec niego aprobatywnie (m.in. Bronisław Wildstein, Andrzej Horubała), jak również krytycznie i problematyzująco (m.in. Kinga Dunin, Jerzy Sosnowski, Ewa Madeyska, Grażyna Plebanek, Marta Dzido czy Olga Tokarczuk). Szkic Katarzyny Nadanej-Sokołowskiej to bardzo dobry punkt wyjścia do debaty, której brak autorka zasygnalizowała w tytule. Przy czym w ciągu trzech lat, które właśnie upływają od ukazania się tej edycji, tematów do takiej debaty (n.p. tych podjętych w filmach braci Sekielskich) przybyło.

„ Debaty po roku 1989. Literatura w procesach komunikacji w stronę nowej syntezy (2)”, pod red. Maryli Hopfinger, Zygmunta Ziątka i Tomasza Żukowskiego, IBL PAN Wydawnictwo, warszawa 2017, str. 507, ISBN 978-83-65832-31-3