Koniec dialogu społecznego?

W cieniu ustaw antykryzysowych, które najsilniej obciążają pracowników i praktycznie zostawiają na lodzie zatrudnionych na śmieciówkach, PiS przepchnął jeszcze zmianę w ustawie o dialogu społecznym.

Na mocy poprawek nr 180 i 200 zaproponowanych podczas nocnego głosowania premier uzyskał dodatkowe uprawnienia w zakresie kształtowania składu Rady Dialogu Społecznego. W okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii będzie mógł odwołać dowolnego członka Rady, czy to reprezentującego stronę rządową, czy to przedstawiciela biznesu, czy związków zawodowych. O wykluczenie dowolnej osoby będą mogły zawnioskować reprezentowane w radzie organizacje, ale premier będzie też mógł działać bez niczyjego wniosku.

Związki i biznes: to skandal

Organizacje pracodawców i związki zawodowe są zgodne: to skandal. Zwłaszcza w kontekście powodów, na jakie będzie mógł się powołać premier, decydując o wyeliminowaniu członka Rady. Wskazano dwa: złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego oraz „sprzeniewierzanie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

– Władza PiS, w obliczu pandemii koronawirusa, postanowiła jeszcze bardziej zewrzeć swoje szeregi – nie ma wątpliwości Piotr Ostrowski z OPZZ. W końcu tzw. tarcza antykryzysowa rządu Morawieckiego była krytykowana zarówno przez organizacje pracownicze, jak i przez przedsiębiorców. Nietrudno sobie teraz wyobrazić sytuację, w której bardziej konsekwentni i mniej ulegli wobec rządowej propagandy przedstawiciele strony społecznej będą wypraszani za drzwi, oskarżani o uniemożliwianie „dialogu”.

Rząd zaś będzie kontynuował swoje „negocjacje” np. tylko z przedstawicielami bardziej spolegliwych organizacji biznesowych i z „Solidarnością”, która swoją lojalność wobec PiS udowadnia na każdym kroku.

Ciągle bez ochrony

Zdaniem przedsiębiorców, zanim, dość zresztą dziurawa, „tarcza antykryzysowa” zacznie obowiązywać, wielu z nich może upaść.

Rząd PiS wciąż nie wdrożył „tarczy antykryzysowej”, mającej chronić przedsiębiorstwa w Polsce przed skutkami epidemii koronawirusa.

Sytuacja robi się jednak coraz bardziej nagląca, trzeba działać, a więc Zakład Ubezpieczeń Społecznych wprowadził pierwsze rozwiązania, które powinny łagodzić problemy firm w naszym kraju. Budzą one jednak liczne zastrzeżenia tych, do których są adresowane.

I tak, przyjęte zostało rozwiązanie, zgodnie z którym, jeśli firma z powodu epidemii ma problemy, aby zapłacić bieżące składki lub należności – mimo zawartej już z ZUS umowy o rozłożeniu zadłużenia na raty bądź odroczeniu terminu płatności –  to może skorzystać z tzw. uproszczonych form pomocy.

Polegają one na odroczeniu o trzy miesiące terminu płatności składek, za okres od lutego do kwietnia 2020 r. – oraz na wydłużeniu o trzy miesiące terminu realizacji zawartej już z ZUS umowy, w której płatności rat bądź składek wyznaczono w okresie od marca do maja 2020 r. 

Jak informuje Warszawska Izba Gospodarcza, aby skorzystać z takiego odroczenia, należy złożyć odpowiedni wniosek. We wniosku trzeba wskazać, w jaki sposób epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację finansową firmy i brak możliwości terminowego opłacenia należności. Następnie trzeba uzupełnić dokumentację o dodatkowe dokumenty dotyczące ewentualnego korzystania z pomocy publicznej. Jak widać, formalności jest niemało. Jeżeli w ciągu trzech miesięcy sytuacja finansowa przedsiębiorstwa nie ulegnie poprawie, będzie możliwość wystąpienia z wnioskiem o przedłużenie odroczenia.

Dodatkowo ZUS planuje wstrzymanie działań egzekucyjnych dotyczących należności od lutego do kwietnia 2020 r. Wstrzymanie egzekucji dotyczy jednak tylko aktywnych płatników, którzy do końca stycznia 2020 r. nie zalegali z opłacaniem żadnych składek.

Wszystkie te rozwiązania nie budzą entuzjazmu osób prowadzących działalność gospodarczą. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że działania ZUS są: „absolutnie niewystarczające”. Wskazuje, iż odroczenie terminu płatności składek oznacza, że za trzy miesiące przedsiębiorcy zostaną obarczeni podwójnymi kosztami składek – a to może mieć fatalny wpływ na kondycję ich firm oraz tempo przywracania polskiej gospodarki do stanu normalności po kryzysie.

ZPiP uważa, że mikro przedsiębiorstwa, w których płatnik jest jednocześnie ubezpieczonym, powinny mieć możliwość zawieszenia płatności składek za okres od lutego bieżącego roku,  na okres od dwóch miesięcy z możliwością przedłużenia tego okresu. Czas zawieszenia nie byłby wliczany w okres składkowy.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaapelował więc o wdrożenie pakietu rozwiązań, dotyczącego ulg i umorzeń długów wobec ZUS.

Cezary Kaźmierczak, prezes ZPiP mówi:  – Jeśli ktoś chce wyłożyć mikro i mały biznes, to niech dalej lansuje pomysły “odroczenia płatności ZUS”. Wówczas ci, którzy przetrwają teraz, mogą paść pod ciężarem skumulowanych długów w czasie odbudowy gospodarki. ZUS dla mikro i małych firm należy zawiesić do czerwca (bez wliczania tego w okres składkowy.

Przedsiębiorcy wskazują także, że już sam czas ograniczenia terminów odroczeń i zawieszeń proponowanych przez ZUS jedynie na miesiące luty – kwiecień 2020 r. budzi poważne wątpliwości. Perturbacje związane z stanem zagrożenia epidemiologicznego, mogą mieć przecież wpływ na działanie firm w znacznie dłuższym okresie.

Zdaniem ZPiP, Zakład Ubezpieczeń Społecznych powinien również ponosić całkowity koszt wypłacania wynagrodzenia chorobowego dla pracowników poddanych obowiązkowej kwarantannie – od pierwszego dnia trwania kwarantanny.

Przedsiębiorcy mają oczywiście swoje racje. Ale trzeba też pamiętać, że możliwości finansowe ZUS-u, utrzymywanego ze składek pracowników, nie są nieograniczone. A wszelkie – tak optymistyczne jak i pesymistyczne – scenariusze finansowania ubezpieczeń Polaków w kolejnych latach, przewidują, że konieczny będzie wzrost dotacji z budżetu państwa do ZUS. Z tego coraz bardziej pękającego w szwach budżetu, zasilanego pieniędzmi podatników. Cała ta kasa nie jest więc bez dna.

Uciekanie przed złodziejem

Proste recepty i rozwiązania lubię. Uważam, że to nie tyle świat jest skomplikowany, co ludzie go niepotrzebnie komplikują. Robią to zazwyczaj dlatego, że tylko nieliczna grupa posiądzie umiejętność objaśniania skomplikowanego świata maluczkim, dzięki czemu będzie mogła robić co jej się żywnie podoba-w imieniu prawa. Jak w przypadku systemu podatkowego; im bardziej skomplikowany, tym państwo bardziej skorumpowane i niewydolne.

Adrian Zandberg, mówiąc o przedsiębiorcach którzy uciekali do rajów podatkowych a teraz chcą pomocy polskiego państwa w obliczu zarazy ma rację i jej nie ma jednocześnie. Bo sprawa z pozoru jedynie wydaje się prosta w obsłudze. Powiedział niedawno lider Razem, że ten kto płacił podatki poza Polską, a dziś chce, żeby polski rząd zwolnił go z danin na rzecz ZUS-u itp. powinien raczej zwrócić się o pomoc do rządu kraju, w którym odprowadzał podatek dochodowy. I to jest rzeczywiście, proste i jasne postawienie sprawy, które ja szanuję i doceniam. Żadne tam, wicie-rozumicie, ogrodziwszy, w innych okolicznościach, to i może. Nic z tych rzeczy. Jasny, prosty i brutalny przekaz. Nie wspierałeś Państwa podatkami, teraz ono nie będzie wspierać Ciebie. Giń. Jest jednak jedno ale.
Ludzie mają w naturze asekuranctwo. Boją się niepotrzebnego ryzyka i starają się unikać niepewnych sytuacji. Zwłaszcza, jeśli idzie o własne pieniądze. Są oczywiście oszuści i nałogowi hazardziści, uzależnieni od giełdy i przekrętu, ale w większości, ludzie nie lubią ryzykować utraty tego, na co ciężko pracowali. Przedsiębiorca zakłada firmę. Pracuje na jej dobrostan pół życia. Kiedy zaczyna wychodzić na prostą, bo miał to szczęście, że nie zbankrutował w początkach jej działalności, do gry wkracza państwo z maszynką fiskalną, żeby ogolić człowieka, tak jak baca goli owce na hali. Przedsiębiorca może zacisnąć zęby i dać się strzyc pod włos, licząc, że może tym razem nie będzie za bardzo bolało. Ale boli zawsze. Co miesiąc. Na początku bolało bardzo, a teraz już tylko boli. Państwo strzyże równo z trawą. Gdyby był mikroprzedsiębiorcą albo wielkim molochem, miałby to gdzieś. Ale że jest średniej wielkości graczem z ambicjami, to musi coś zrobić. Inaczej go zjedzą. Postanawia, że nie będzie się dawał więcej golić. Rejestruje działalność na Antylach Holenderskich. Płaci tam śmieszny podatek w stosunku do tego, co musiałby zapłacić u nas. Zarabia, bo, do ciężkiego wała, od tego jest. Daje ludziom robotę. A że nie daje do aparatu administracyjno-urzędniczego tyle, ile aparat chciałby przeżreć, choć i tak nigdy nie będzie nasycony-to, w moim odczuciu, czyn ze wszech miar patriotyczny. Im szybciej bowiem ta hydra fiskusowa padnie, tym ludziom więcej pieniędzy zostanie w kieszeni.

Nie jest więc do końca tak, w moim odczuciu, że przedsiębiorca ucieka z podatkami dlatego, że chce stawiać dla siebie kolejne pałace, a ludziom płacić miską ryżu. Oczywiście, nie ma się co czarować, są u nas i tacy. Dzieje się tak dlatego, że to Państwo wypycha człowieka z rynku swoimi półmafijnymi działaniami. Każe żyłować się i płacić wysokie daniny-z roku na rok wyższe. Nie dziwota, że ludzie płacić nie chcą. Przekonywanie ich argumentem, że z tego co zapłacą, sfinansuje się żłobki, przedszkola i nowe drogi to pustosłowie. Ludzie, jeśli mają oczy, widzą, na co idą ich podatki. Na kolejne urzędy, urzędników, na pensje dla nich i roczne nagrody. Nic więc w tym dziwnego, że nie chcą płacić na darmozjadów. Sam, rok w rok, dokładam do interesu. Co roku więcej. Nie kombinuję z odliczeniami, ale zaczynam się nad tym zwolna zastanawiać, bo żeby nakapać do skarbca tyle, ile poborca wyliczy, muszę w roku zagrać kilka-kilkanaście koncertów za darmo. A jakbym miał taki malutki interes na Barbadosie…

Sama procedura wyrejestrowania i jej czasochłonność mnie przeraża. Państwo mam akurat w głębokim poważaniu. Jeśli jednak moje dochody byłyby o jedno zero większe, poważnie bym się zastanowił nad zmianą kraju w którym płacę podatek.

Trudno mieć pretensję do człowieka, że nie chce się dawać okradać złodziejowi. Trzeba raczej robić tak, żeby złodzieja zresocjalizować i uczynić z niego sumiennego buchaltera, co to zabiera tyle, żeby starczyło na szkoły, drogi i posiłki dla biednych, ale nie więcej. To już robota dla polityków. A granie na państwowym, patriotycznym bębenku nie jest akuratnie dobrą melodią do tej zmiany.

Robią nas na szaro

Działalność rządu Prawa i Sprawiedliwości spowodowała, że zaczął się rozrost szarej strefy w naszym kraju.

Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych przedstawił raport poświęcony zjawisku szarej strefy gospodarczej w Polsce. Skutki szarej strefy są odczuwane w różnym stopniu przez wszystkich uczestników życia gospodarczego.

Po pierwsze, budżet państwa nie uzyskuje części należnych mu podatków i innych danin.

Po drugie, przedsiębiorcy działający na rynku są zmuszani do zmagań z nieuczciwą konkurencją, co ogranicza ich przychody i zyski, powoduje frustracje i może prowadzić do wymuszonych działań w szarej strefie.

Po trzecie, osoby pracujące w szarej strefie (na czarno) pozostają poza systemem zabezpieczenia społecznego, odnosząc krótkotrwałe pozorne korzyści finansowe, kosztem utraty przywilejów płynących z uczestnictwa w tym systemie.

Po czwarte, konsumenci są narażani na zakupy towarów i usług niespełniających standardów określanych w przepisach, niekiedy zagrażających ich zdrowiu czy nawet życiu.

Dwa miesiące z hakiem

Instytut ogłosił 4 marca 2020 roku dniem wyjścia z szarej strefy gospodarczej. Gdyby symbolicznie skumulować całoroczną działalność w szarej strefie, to okres ten trwałby 64 dni. W ciągu pozostałych do końca roku 302 dni wszelka działalność gospodarcza w Polsce byłaby już prowadzona w oficjalnej gospodarce. Oznacza to prognozę udziału szarej strefy w 2020 r. na poziomie 17,4 proc. produktu krajowego brutto. W ubiegłym roku dzień ten przypadł również 4 marca, jednak 2019 rok nie był przestępny.

W 2017 r. (dokładnych nowszych danych jeszcze nie ma) zwiększyła się zarówno bezwzględna liczba osób podejmujących pracę nierejestrowaną, jak i ich odsetek w ogólnej liczbie pracujących – z 4,4 proc. w 2014 r. do 5,4 proc. w 2017.

Badania GUS pokazują, że na czarno pracuje zdecydowanie więcej mężczyzn niż kobiet, przeważają osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym i zjawisko to dotyczy podobnej liczby mieszkańców wsi i miast. Najwięcej osób deklaruje pracę na czarno w miesiącach letnich (między majem i wrześniem), co w dużej mierze wynika z sezonowości części podejmowanych zajęć.

Wśród pracujących na czarno w 2017 roku ponad 52 procent deklarowało, że jest to dla nich tylko dodatkowe źródło dochodów, uzupełniające dochody z pracy głównej. Pozostali (niespełna 48 proc.) traktowali pracę nierejestrowaną jako podstawowe źródło dochodów.

Za dużo przepisów

Główne przyczyny powstawania szarej strefy to nadmiar regulacji oraz wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Najistotniejsze z punktu widzenia przedsiębiorców są oczywiście koszty wynikające z wysokich obciążeń podatkowych, ale istotna jest także wysokość innych opłat związanych z prowadzeniem działalności – zarówno różnego rodzaju obowiązkowych opłat administracyjnych, jak i kosztów wynikających z innych obowiązków nałożonych na przedsiębiorców (np. zakupu kasy fiskalnej).

Inna bardzo ważna kategoria kosztów związana jest z zatrudnianiem pracowników – chodzi przede wszystkim o obciążenia płac (składki na ubezpieczenia społeczne), a także o wysokość ustawowej płacy minimalnej. Im wyższe są te koszty prowadzenia legalnej działalności, tym większa skłonność przedsiębiorców do przenoszenia działalności w szarą strefę.

Czynnikiem prowadzącym do rozwoju szarej strefy jest również przeregulowanie gospodarki. Przykłady nadmiernych regulacji można mnożyć. Chodzi między innymi o obowiązkowe koncesje i zezwolenia potrzebne do prowadzenia niektórych rodzajów działalności (m.in. niektóre zawody prawnicze, przewozy taksówkami), nadmiar obowiązkowych formularzy i deklaracji podatkowych czy też zbyt dużą liczbę kontroli prowadzonych przez różnego rodzaju państwowe instytucje.

Przedsiębiorców do oficjalnego działania zniechęcają też często nadmiernie rozbudowane przepisy i obowiązki związane z bezpieczeństwem pracy, ochroną środowiska czy normami technicznymi i jakościowymi, obowiązujące w konkretnych branżach. Ważny, bardziej ogólny aspekt wiąże się też z przejrzystością prawa gospodarczego, a w szczególności systemu podatkowego. Im bardziej skomplikowany jest bowiem system podatkowy, tym większa skłonność przedsiębiorców do unikania opodatkowania. Wyraźnym przykładem nadmiernego skomplikowania systemu podatkowego są regulacje dotyczące VAT.

Skuteczny atak PiS na praworządność

Obecna ekipa osiągnęła to, że sądy w naszym kraju pracują coraz wolniej i są coraz mniej niezależne. Szkodzi to sprawiedliwości, Polakom i polskiej gospodarce.

W Polsce od lat zwraca się uwagę na zjawisko przewlekłości postępowań sądowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że do 2015 roku (czyli przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość) obserwowany był tu pewien postęp.
Działania rozpoczęte przez rząd zjednoczonej prawicy po 2015 r. nie rozwiązują problemu przewlekłości postępowań sądowych. Co więcej, niektóre dane krajowe wskazują wręcz na pogorszenie w tym obszarze, jednocześnie tworząc nowy problem – braku niezależności sądów. Nie jest to opinia tylko prawników – ankiety prowadzone wśród przedsiębiorców również wskazują, że po 2015 roku coraz gorzej oceniają oni niezależność sądów.
Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku. Spadek praworządności wynikał nie tylko z ataków na niezależność sądów, ale także z pogorszenia jakości procesu legislacyjnego: zwłaszcza ekspresowego uchwalania ustaw, które drastycznie zmieniały funkcjonowanie różnych sektorów, od elektrowni wiatrowych, przez handel, banki, branżę farmaceutyczną, spożywczą, aż po apteki. Do tego jeszcze należy dodać agresywne działania w obszarze systemu podatkowego.
Łącznie wszystko to zwiększyło to do tego stopnia niepewność w gospodarce, że przedsiębiorcy profilaktycznie ograniczyli inwestycje pomimo bardzo dobrej koniunktury – co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw Unii Europejskiej. Pomimo pewnego odbicia w ubiegłym roku, stopa inwestycji prywatnych w Polsce pozostaje niepokojąco niska, co ogranicza długookresowe perspektywy naszej gospodarki – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Próby rządu zjednoczonej prawicy podporządkowania sądów większości parlamentarnej budzą głębokie obawy dotyczące podziału władzy i ustrojowych podstaw demokratycznego państwa. Niezależnie od tych uzasadnionych obaw, nie można zapominać o kluczowym znaczeniu jakości sądownictwa dla rozwoju gospodarczego.
Liczne badania dokumentują istotne znaczenie różnych aspektów jakości sądów dla rozwoju gospodarczego. I tak prof. prof. Robert J. Barrro, Yvan Guilemette i David Turner na szerokim panelu krajów pokazują istotny związek szeroko rozumianej praworządności i wzrostu gospodarczego.
Prof. prof. Stefan Voigt, Lars P. Feld, Jerg Gutmann koncentrują się na faktycznej niezależności sądów i pokazuje, że ma ona silny pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy. Do takich samych wyników dochodzą prof. Julio Rios-Figueroa i Jeffrey K. Staton, którzy sprawdzają różne miary niezależności sądów (szerszy przegląd literatury o znaczeniu niezależności sądów dla gospodarki: Łaszek, Tatała i Toczyński 2017 r.).
Prof. Nathan Nunn na panelu międzynarodowym szacuje, że efektywność egzekwowania kontraktów ma większe znaczenie dla struktury eksportu krajów, niż ich zasoby kapitału rzeczowego i ludzkiego. Efektywne sądy pozwalają firmom na znacznie dalej idącą specjalizację i bardziej zaawansowany eksport.
Prof. prof. Krishna B. Kumar, Raghuran G. Rajan, Luigi Zingales badając 15 państw Unii Europejskiej wskazują, że silniejsze instytucje i sprawniejsze sądy sprzyjają większym rozmiarom firm. Efekt jest szczególnie silny w tych branżach, które inwestują przede wszystkim w dobra niematerialne, a nie fizyczny kapitał. Jest to wątek szczególnie istotny w przypadku naszej gospodarki, którą charakteryzuje nadreprezentacja mało wydajnych mikroprzedsiębiorstw (patrz szerzej: Łaszek i Trzeciakowski 2018 r.).
Przewlekłość postępowań sądowych od lat jest problemem dla gospodarki w Polsce. Niestety działania obecnego rządu w żaden sposób go nie rozwiązują, jednocześnie tworząc nowy problem poprzez ograniczenie niezależności sądów.

Kolejna złamana obietnica PiS

Jeszcze żadna propozycja nie wywołała tak skoncentrowanego nasilenia agresywnego kłamstwa ze strony ludzi bogatych i ich lobbystów, jak słuszny projekt zniesienia limitu wpłat składek na ZUS.

Najbardziej znamiennym przypadkiem odwoływania PiS-owskich obietnic przedwyborczych jest rezygnacja z zniesienia limitu wpłacania najwyżej trzydziestokrotności składek na ZUS. Pokazuje to bowiem, że w Polsce sojusz ludzi bogatych jest ponadpartyjny i nie ma żadnego związku z światopoglądem czy rozmaitymi, rzekomo wyznawanymi wartościami.
Chęć dalszego nabijania sobie kabzy kosztem osób niezamożnych łączy wszystkich bogatych, niezależnie od tego czy są z PiS, PO, PSL, kawiorowej lewicy czy jakiejkolwiek innego ugrupowania. A ponieważ władza w naszym kraju także składa się głównie z ludzi bogatych, więc lobbing na rzecz interesów najzamożniejszej grupy obywateli jest zawsze skuteczny.
PiS przed wyborami złożyło wiele obietnic nierealnych i niepoważnych, ale akurat ta była rozsądna (może dlatego prominenci PiS odwołali ją jako jedną z pierwszych).
Nie ma przecież żadnego uzasadnienia, dlaczego ludzie zarabiający nawet setki tysięcy złotych miesięcznie mają płacić takie same składki na ZUS jak ci, co zarabiają dużo mniej. I dlaczego ktoś, kto ma rosnące zarobki ale nie przekraczające trzydziestokrotności średniej płacy będzie także płacił rosnące składki – lecz ten, którego zarobki zaczną przewyższać granicę trzydziestu średnich pensji nie zapłaci składek nawet o grosz wyższych.
Oczywiste, logiczne i sprawiedliwe jest przecież to, że składki na ubezpieczenie społeczne powinny stanowić stały i niezmienny odsetek zarobków. Gdy więc ktoś zaczyna zarabiać, dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy więcej, to i jego składki na ubezpieczenie społeczne powinny wzrastać dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy. Jest to zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej – a Polska, zgodnie z art. 2 Konstytucji jest państwem urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Finansowe uprzywilejowanie ludzi najbogatszych, polegające na ich zwolnieniu z płacenia części składek na ZUS jest więc całkowicie sprzeczne z ustawą zasadniczą. Prominenci PiS pokazywali już jednak nieraz, gdzie mają Konstytucję RP.

Festiwal kłamstw

Pomysł zniesienia limitu spowodował bezprecedensową kampanię kłamstw i fałszywych argumentów. Jeszcze żadna z propozycji zmian prawnych zgłoszonych w ostatniej dekadzie nie wywołała tak skoncentrowanego ataku ze strony ludzi zamożnych i wynajętych przez nich lobbystów.
Na przykład, na Onecie regularnie pojawiały się ataki na ten pomysł, mające stwarzać wrażenie, że jakoby wszyscy protestują przeciw zniesieniu limitu. Mogliśmy więc tam m.in. przeczytać: „Przeciwko tej reformie rządu protestują wszyscy. Takiej jedności dawno nie obserwowaliśmy. I przedsiębiorcy, i związkowcy, i eksperci, i główny ekonomista ZUS, i nawet niektóre osoby z rządu. Wszyscy dostrzegają zagrożenia, które mogą pojawić się po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS”.
To oczywista lipa. W rzeczywistości, żaden uczciwy ekonomista nie protestował przeciw zniesieniu limitu. I, naturalnie, nie ma żadnych zagrożeń, które by się z tym wiązały.
Są to tylko bzdury i kłamstwa. Jeżeli ktoś protestuje przeciw zniesieniu limitu to jedynie ludzie najbogatsi i opłaceni przez nich lobbyści, oraz paru wynajętych i opłaconych, tzw. niezależnych ekspertów. Wicepremier Jarosław Gowin, broniąc limitu, także reprezentuje ludzi bogatych.
Nikt rozsądny, z ugruntowaną pozycją naukową, nie protestuje przeciw zniesieniu limitu – bo wie, że to pomysł słuszny i rozumny. Wynajęci publicyści straszą zagrożeniem dla przyszłości gospodarczej Polski i ucieczką najlepszych, wysoko opłacanych specjalistów.
Ale dochody przekraczające trzydzieści średnich płac osiągają w naszym kraju nie specjaliści lecz najzamożniejsi właściciele przedsiębiorstw. Nie będzie więc żadnej ucieczki tych specjalistów. A jeżeli przyszłość gospodarcza Polski będzie zagrożona to na pewno nie z powodu, że garstka ludzi bogatych będzie musiała płacić nieco wyższe składki.
O opiniach przedsiębiorców nie ma co mówić, bo oni rozumują prosto, mając na względzie wyłącznie swój interes finansowy: chcą od nas żebyśmy więcej płacili, więc trzeba to zwalczać. I oczywiście, jak to przedsiębiorcy, postanowili walczyć kosztem ludzi mniej zarabiających. Zagrozili więc, że jeśli będą musieli płacić wyższe składki na ZUS, obniżą swym pracownikom wynagrodzenia o 11 proc. (tak to sobie wyliczyli).
Federacja Przedsiębiorców Polskich wręcz oświadczyła, że pomysł zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS: „uderzy w najbiedniejszych”. To stwierdzenie poraża swym cynizmem. W rzeczywistości zniesienie limitu uderzy (dodajmy, że bardzo lekko) w najbogatszych – i dlatego stosują oni wszelkie chwyty by temu zapobiec.

Targowica wiecznie żywa

Przedsiębiorcy zapytali też, retorycznie, skąd mają wziąć pieniądze na sfinansowanie wyższych składek na ZUS?
Cóż, odpowiedź jest prosta: będą mieć trochę mniejsze zyski, żeby w przyszłości mieć większe emerytury. Nieco uszczuplą swe aktualne dochody, by w starszym wieku otrzymywać wyższe świadczenia. Zrobią więc dokładnie to samo, do czego namawia się ludzi zarabiających grosze: żeby odkładali dodatkowo ze swych marnych pensji, aby pod koniec życia nie popaść w biedę.
Róznica jest taka, że w Polsce klasa posiadająca ma z czego odkładać na swe przyszłe emerytury. Te nieco wyższe składki na ZUS mogłaby więc płacić bez problemu – ale oczywiście nie chce.
A jeśli komuś przeszkadza widmo dostawania w przyszłości wysokich emerytur, to niech przeznacza ich część na cele charytatywne albo zwróci do budżetu (w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za los kraju, która jakoby cechuje przedsiębiorców, inteligentów i wszelkich innych groszorobów zgarniających dużą kasę). Pobieranie wysokich emerytur nie jest obowiązkiem!
Jedynym rzeczywistym zagrożeniem jakie niesie ze sobą zniesienie limitu jest właśnie to, że ludzie bogaci musieliby płacić nieco większe niż dotychczas składki na ubezpieczenie społeczne. I to jest dla nich tak straszne, ze limitu bronili jak niepodległości – a w rzeczywistości, dużo bardziej zajadle niż broniliby zagrożonej niepodległości.
Skojarzenia z Targowicą są tu oczywiste – pod koniec osiemnastego wieku magnateria miała w nosie niepodległość Rzeczypospolitej oraz los biedniejszych warstw narodu. Chodziło jej tylko o to, żeby nadal nie płacić podatków jak za Sasów i nie ponosić żadnych ciężarów na rzecz państwa. Niestety, nasze dzisiejsze pożal się Boże „elity” także są dokładnie skażone tym szlacheckim sposobem na życie.
Lobby ludzi bogatych wmawia mniej zamożnym Polakom, że powinni odkładać część swych zarobków, żeby mieć wyższe emerytury. Sami bogaci jednak jakoś nie chcą odkładać więcej na swe emerytury – i zwalczyli pomysł zniesienia limitu, który miał im to umożliwić. Argumentują, że wystarczą im takie emerytury, jakie wypracują przy swych obecnych zarobkach. Ale te zarobki, choć nieporównanie wyższe niż ich przyszłe emerytury, jednak im nie wystarczają. Nie godzą się więc nawet na minimalne uszczuplenie swych dochodów poprzez zwiększenie składek.

Jeden sprawiedliwy

W całym tym festiwalu kłamstwa i fałszu nie można pominąć głosu jednego sprawiedliwego. Okazał się nim wicepremier Jacek Sasin, który stwierdził: „Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć: to jest rozwiązanie, które w żadnym wypadku nie zmienia na gorsze sytuacji absolutnie zdecydowanej części osób, które pracują czy prowadzą działalność gospodarczą”. Niestety, był to głos wołającego na puszczy.
Najczęstszym chyba kłamstwem powtarzanym w obronie limitu jest opinia, że wyższe emerytury, jakie w wyniku podniesienia składek będzie się wypłacać garstce bogaczy, zrujnują finanse państwa i spowodują załamanie systemu emerytalnego. To kolejna oczywista bujda. Nie ma bowiem żadnej uczciwej symulacji, która pokazywałaby, że skutki zniesienia limitu będą zagrażać stabilności ZUS.
A zresztą, jeżeli jest jednak choćby cień przypuszczenia, że sprawdzi się taki scenariusz, można z łatwością tego uniknąć. Wystarczy wprowadzić przepis, że ludzie bogaci będą płacić wyższe składki na ZUS także po przekroczeniu trzydziestokrotności średniej pensji – ale emerytury będą dostawać takie, jakby ich zarobki nie przekroczyły tej granicy. Można to zrobić w całkowitej zgodzie z Konstytucją.
Bogaci, w poczuciu swej głębokiej odpowiedzialności za losy ojczyzny powinni sami zaproponować takie rozwiązanie. Sytuacja wymaga, by drobną częścią swych gigantycznych dochodów podzielili się z Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Z pewnością to zrozumieją. A gdyby nie, to państwo ma narzędzia, by im w tym pomóc – ale potrzebny byłby do tego inny rząd.

Nie zawieszać pochopnie

Dla mikroprzedsiębiorców uiszczanie składek ZUS to nieprzyjemny obowiązek zwłaszcza wtedy, gdy ich sezonowe biznesy przynoszą niskie – lub zerowe – przychody.

Gdy interes nie idzie tak jak tego oczekuje właściciel, prawo umożliwia czasowe zawieszenie działalności i jej „odwieszenie” w momencie gdy sytuacja rynkowa będzie korzystniejsza.
A w okresie jesiennym wiele firm z tej możliwości korzysta. Poza wspomnianym ZUS-em, przedsiębiorca nie musi także odprowadzać zaliczek na podatek dochodowy i nie ma obowiązku składania deklaracji VAT (są wyjątki). Jednak mimo finansowych zalet, mało kto zdaje sobie sprawę z jednej przykrej wady – zawieszenie działalności gospodarczej zmniejsza zdolność kredytową. Taka „odwieszona” działalność gospodarcza jest traktowana przez kredytodawców w zasadzie tak samo, jak firma założona na nowo, co przekłada się na możliwości pozyskania finansowania. Niektórzy kredytodawcy obsługują tylko firmy o odpowiednio długim stażu. Niezależnie więc, jak długo prowadziło się działalność przed jej zawieszeniem – pół roku czy 15 lat – to zawieszenie „zeruje” staż firmy. Może się więc okazać, że zawieszenie działalności gospodarczej odetnie przedsiębiorcę, na jakiś czas, od atrakcyjnych źródeł finansowania. To tym ważniejsze, że kredyt na działalność gospodarczą jest i tak relatywnie trudno dostępny.
Zawieszenie działalności gospodarczej może być także wskazówką dla kredytodawcy, mówiącą mu o sytuacji finansowej firmy. Większość przedsiębiorców decyduje się na to, gdy osiągają niesatysfakcjonujące przychody. Warto jednak zastanowić się czy zawieszenie działalności to dobry pomysł, zwłaszcza jeśli ktoś planuje w niedalekiej przyszłości złożenie wniosku o kredyt.

A jednak się kręci

Wszystkie wskaźniki wskazują na to, że koniunktura w polskiej gospodarce jest coraz gorsza. Mimo to nie grozi nam gwałtowne spowolnienie, a tempo wzrostu w tym roku nie spadnie poniżej 4 proc.

Najważniejszy dla oceny perspektyw gospodarczych naszego kraju, tzw. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej Głównego Urzędu Statystycznego (SI), uległ we wrześniu 2019 r. nieznacznemu pogorszeniu i wyniósł 100,2 (100,4 w sierpniu tego roku).
To niby niewielki regres – ale w stosunku do września 2018 r. wartości wszystkich składowych tego wskaźnika koniunktury są niższe.

Obawy o sprzedaż

Dane potwierdzają gorsze nastroje przedsiębiorców, co jest wynikiem zarówno niepewności zewnętrznej, jak i czynników ryzyka na rynku krajowym.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, prognozy i oceny zazwyczaj z niewielkim wyprzedzeniem pokazują kierunek zmian w gospodarce. Wskaźniki koniunktury od kilku miesięcy pogarszały się, a to zapowiada gorsze wyniki w poszczególnych sektorach gospodarki realnej.
Najsilniejszemu pogorszeniu uległa sytuacja w handlu detalicznym. Dotyczy to szczególnie sprzedaży sfinalizowanej w ostatnich trzech miesiącach. Bardziej ostrożne są również oczekiwania dotyczące sprzedaży w ostatnich miesiącach bieżącego roku.
Oceny dotyczące sytuacji w przetwórstwie przemysłowym i w usługach kształtują się na poziomie zbliżonym do notowanego w poprzednim miesiącu. Warto jednak zwrócić uwagę, że pogorszeniu uległa ocena bieżącego portfela zamówień (krajowego i zagranicznego). Natomiast prognozy produkcji są mniej pesymistyczne od formułowanych w sierpniu. Producenci zgłaszają co najwyżej niedobory zapasów wyrobów gotowych.
W sektorze budowlanym utrzymują się pozytywne oceny dotyczące wielkości zamówień zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym.

Trochę więcej pesymizmu

W porównaniu z ubiegłym rokiem, wśród ankietowanych przedsiębiorców widoczny jest nieco większy pesymizm. Czy mają rację? Coraz więcej argumentów przemawia za tym, że tak.
Brak wyraźnych oznak przemawiających za poprawą koniunktury wynika zarówno z czynników zagranicznych, jak i krajowych. Kluczowa dla polskiego eksportu gospodarka Niemiec wchodzi w okres recesji, co musi negatywnie wpłynąć na wartość polskiego eksportu. Widać to już dziś między innymi na przykładzie sektora samochodowego. Podobna sytuacja widoczna jest również w największych gospodarkach: Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Zadecydują zmiany po wyborach

Jeszcze przed wakacjami, w czerwcu, Bank Światowy obniżył prognozy światowego wzrostu produktu krajowego brutto o prawie 1 punkt procentowy, do 2,9 proc. W głównej mierze jest to efekt konfliktów handlowych, jak również niepewność związana z efektami Brexitu. Przypomnijmy również, że w ostatnich miesiącach sytuacja na rynkach finansowych wskazywała na możliwość wystąpienia scenariusza recesji na świecie.
Poczucie niestabilności warunków, w jakich przedsiębiorcy prowadzą działalność gospodarczą, ma również wpływ na kształtowanie się wartości wskaźników koniunktury gospodarczej w Polsce. Oprócz spraw związanych z rynkiem pracy oraz malejącą skalą zamówień, ankietowani przedsiębiorcy wskazują na rosnącą niepewność związaną z regulacjami, jakie mogą pojawić się po październikowych wyborach parlamentarnych. Także niepewność odnosząca się do skali obciążeń fiskalnych w przyszłym roku z pewnością nie sprzyja pozytywnym ocenom odnoszącym się do przyszłości. Sytuacja mogłaby ulec zmianie najwcześniej po pierwszym kwartale 2020 roku.

Nie ma o czym gadać

Nie i już! Organizacje przedsiębiorców w Polsce nie chcą nawet rozmawiać o tym, żeby składki na ZUS mogły wzrastać proporcjonalnie do wzrostu dochodów ich firm.

Przedsiębiorcy podkreślają, że spośród wszystkich postulatów, które padły podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, największe ich obawy wzbudziła zapowiedź uzależnienia wysokości składek ZUS dla przedsiębiorców, od osiąganych przez nich dochodów.
Propozycja ta brzmiała logicznie i jest dość sprawiedliwa, bo niby dlaczego, w sytuacji, gdy mamy w praktyce liniowy podatek dochodowy (98 proc. obywateli płaci go według pierwszej stawki), także składki na ZUS muszą być liniowe?
Może proporcjonalny wzrost składek na ZUS pozwoliłby na zwiększenie nakładów na opiekę medyczną, doprowadzoną do skrajnej zapaści przez rządy Prawa i Sprawiedliwości?.
Proporcjonalny ZUS oznaczałby też pożądane uszczuplenie dochodów ludzi najzamożniejszych, co dobrze służyłoby ograniczeniu nierówności społecznych i ekonomicznych w Polsce.
Organizacje przedsiębiorców biadolą jednak, że wiązałoby się to ze skokowym wzrostem obciążeń dla ogromnej części przedsiębiorców w Polsce, w tym m.in. relatywnie dobrze zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów i innych przedstawicieli tzw. klasy średniej.
Z dużą ulgą przyjęli oni zatem wyjaśnienia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz, zgodnie z którymi propozycja zmiany zasad ustalania wysokości składek na ZUS skierowana jest wyłącznie do przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody i korzystających w tej chwili z preferencji tzw. małego ZUS.

Społeczna niesprawiedliwość

Przedsiębiorcy twierdzą: „Nie ulega wątpliwości, że dla rozwiniętych,sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych, ryczałtowy ZUS jest modelem korzystnym. Znajduje to swoje, dosyć oczywiste, uzasadnienie – przedsiębiorcy sami odpowiadają za uiszczane składki, sami ponoszą ryzyko prowadzonej działalności, a także są bardziej skłonni do oszczędzania środków na własną rękę, bądź inwestowania ich.”.
Trzeba to sprostować. Ryczałtowy ZUS jest korzystny nie dla „sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych”, lecz dla majątków przedsiębiorców i ich rodzin, co nie musi mieć niczego wspólnego z efektywnością działań gospodarczych w Polsce. Przeciwnie, obniżka dochodów zmusiłaby przedsiębiorców do większej aktywności gospodarczej, co dobrze posłużyłoby rozwojowi naszego kraju. Mniej mieliby czasu na prymitywne popisywanie się swymi możliwościami finansowymi.
Organizacje przedsiębiorców dodają – cynicznie ale prawdziwie – że proporcjonalny ZUS powoduje, iż przedsiębiorcy osiągający wyższe dochody płacą składki w wysokości proporcjonalnie niższej, niż etatowi pracownicy. Święte słowa! I właśnie tę niesprawiedliwość trzeba w końcu zmienić.

Proporcjonalnie – i dla wszystkich

Stały, przymusowy ZUS niezależny od osiąganych dochodów, stanowił do tej pory szczególny problem dla dwóch grup przedsiębiorców. Pierwszą z nich są ci, którzy dopiero zaczynają prowadzić działalność gospodarczą. Perspektywa opłacania stałej składki co miesiąc, niezależnie od tego, czy uda się w danym okresie wygenerować jakikolwiek dochód, wiele osób odwiodła od otworzenia własnego biznesu, innych z kolei zmusiła do zamykania swoich działalności. Problem ten został jednak już w pełni wyeliminowany – przedsiębiorcy mogą przez 24 miesiące opłacać składki ZUS na preferencyjnych warunkach (z dużo niższą podstawą wymiaru), a przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności, w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne (opłaca się w tym czasie wyłącznie składkę zdrowotną).
W rezultacie, nowe firmy mają dwa i pół roku na osiągnięcie poziomu rozwoju, który umożliwi im opłacanie składek na ZUS w pełnej wysokości. Wydaje się, że to czas absolutnie wystarczający do tego, by stwierdzić czy dany pomysł na biznes ma w danych realiach rynkowych rację bytu.
Druga grupa firm, dla których ryczałtowy ZUS stanowi problem, to przedsięwzięcia prowadzone „dla utrzymania”, z natury generujące niewielkie dochody. W ich zakres wchodzą wszelkie drobne usługi, świadczone przez osoby prowadzące działalność gospodarczą dlatego, że nie mają innego wyboru, w ramach swoistego substytutu dla etatu, którego zostali pozbawieni. Z punktu widzenia tych ludzi, kluczowe było wprowadzenie tzw. małego ZUS-u, uzależniającego wysokość opłacanych składek od osiągniętych przychodów.
W ramach małego ZUS-u, przedsiębiorca oblicza przeciętny miesięczny przychód za rok poprzedni i mnoży go przez specjalny mnożnik ogłaszany przez prezesa ZUS, uzyskując tym samym kwotę stanowiącą podstawę wymiaru składek.
System jest skonstruowany tak, by najniższa podstawa wymiaru składek była równa preferencyjnej podstawie składek obowiązującej przez pierwsze 24 miesiące prowadzenia firmy. Skomplikowane to oraz nie chroni w pełni tych, którzy mają pecha i nie osiągali ostatnio dochodów.
Dlatego słuszna jest deklaracja rządu PiS, że modyfikacja składek w kierunku ZUS proporcjonalnego i uzależnionego od dochodu dotyczyć będzie najdrobniejszych rodzajów działalności. To jednak zdecydowanie nie wystarcza. System ubezpieczeń społecznych dla przedsiębiorców powinien w pełni stanowić model proporcjonalny, zarówno dla firm wielkich, jak i najmniejszych.

Poświęćcie głowę Gowina!

Polscy przedsiębiorcy nie chcą nawet rozmawiać o pomysłach wprowadzenia bardziej proporcjonalnego ZUS dla większych firm. „Podkreślamy – jakakolwiek dyskusja o proporcjonalnych składkach na ZUS dla wszystkich firm jest niebywale groźna” – ostrzega Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, wskazując, że dyskusja ta wiązałaby się potencjalnie z radykalnym wzrostem obciążeń polskich firm. Na to zaś nie ma i nigdy nie będzie ich zgody.
Przedsiębiorcy bardzo się więc cieszą, że obecny rząd nie planuje działań w tym kierunku. Niestety, rząd PiS, który tradycyjnie podejmuje działania antyspołeczne, wymierzone w interesy pracowników najemnych, ugiął się przed oznakami niezadowolenia wyrażanym przez reprezentantów świata biznesu – i zarzeka się, że nie planuje powszechnego wprowadzenia proporcjonalnych składek dla działalności gospodarczej.
Pozostaje nadzieja, że po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS, dramatyczna sytuacja budżetu państwa zmusi jednak władzę do zweryfikowania tych zapewnień – i spowoduje wreszcie wprowadzenie proporcjonalnego ZUS-u także dla większych przedsiębiorców. Ostatnio Jarosław Gowin zadeklarował, że jego tak zwany „obóz polityczny” nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców – i jest to zupełnie oczywiste. Stwierdził też, że kładzie za to swoją głowę polityczną na szali.
„Głowa polityczna” Jarosława Gowina jest niewiele warta – więc istnieje spora nadzieja, że rząd PiS zdecyduje się na jej poświęcenie, w zamian za sprawiedliwszy i służący dobru Polaków, system ubezpieczeń społecznych.

Ich zdaniem, naturalnie za wysoka

Projekt podniesienia płacy minimalnej do 3 tys zł brutto na koniec przyszłego roku wywołał naturalnie dezaprobatę naszych przedsiębiorców.

Płaca minimalna wzrośnie w Polsce do 3 tys. zł brutto na koniec 2020 roku i do 4 tys. zł brutto na koniec 2023 r., zapowiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości.
Przedsiębiorcy, ustami prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, wskazują, że niesie to za sobą rozliczne zagrożenia, mogące wystąpić już w 2021 r. Chodzi o sporą grupę osób, bo zatrudnionych w oparciu o minimalne wynagrodzenie za pracę jest w Polsce około 1,4 mln osób. Jak twierdzi ekspert BCC, reakcją przedsiębiorstw byłoby zmniejszenie zatrudnienia osób z niskimi kwalifikacjami, czyli wzrost bezrobocia w tej grupie osób – oraz silniejszy wzrost cen produktów i usług tych przedsiębiorstw, na pokrycie zwiększonych kosztów.
Warto zapytać, jakim cudem przedsiębiorcy, którzy już dziś narzekają na niedobór rąk do pracy, zdołają jeszcze zmniejszyć zatrudnienie? Na to pytanie pan profesor jednak nie odpowiada.
Inną konsekwencją mógłby być wzrost inflacji z obecnych blisko 3 proc. do około 9 proc. Przedsiębiorców warto jednak uspokoić. Przyszły rok to już będzie po wszystkich wyborach, więc nikt, (a zwłaszcza liderzy PiS o ile zachowają władzę) nie będzie się śpieszyć z podnoszeniem płacy minimalnej.