Polski biznes pocztą stoi

Ze skarg przedsiębiorców wynika, że polska gospodarka może się zawalić, jeśli wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia usług sklepowo-pocztowych w dni świąteczne.

 

Przedsiębiorcy krytykują pomysł dalszego ograniczania świątecznego handlu. Ograniczenia mają objąć te firmy, które pod płaszczykiem usług pocztowych, prowadziły normalną sprzedaż sklepową.
Ich zdaniem, planowana nowelizacja ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest przykładem nieprzemyślanych działań legislacyjnych, których negatywne skutki odczują zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci.

 

Usługi pocztowe są potrzebne

Przedsiębiorcy żalą się, że skoro mieli oni podpisane umowy z operatorem pocztowym na długo przed wejściem w życie przepisów o ograniczeniu handlu, to z pewnością nie było ich intencją obchodzenie prawa, które wówczas jeszcze nie istniało.
„Wprowadzane nowelizacją obostrzenia, uniemożliwiające handel w niedzielę przedsiębiorcom świadczącym – zgodnie z prawem – usługi pocztowe podważa zaufanie obywatela do państwa i stanowionej przez nie legislacji” – wskazują. A przecież, stabilność prawa stanowi kluczową wartość dla prowadzenia biznesu, planowania jego rozwoju i długofalowych inwestycji. Prawo wprowadzane bez zachowania właściwego vacatio legis, pochopnie i bez rzetelnej oceny stanowi zaprzeczenie zasad działania demokratycznego państwa służącego obywatelom.
Nie tylko przedsiębiorcy są przeciwni zmianom w ustawie, ale również ponoć i konsumenci. Ostatnie sondaże (wykonane na zamówienie przedsiębiorców) mają pokazywać, że 71 proc. Polaków uznaje zakaz handlu za naruszenie ich swobody konsumenckiej, a aż 65 proc. jest za postulatem – wielokrotnie podnoszonym przez branżę handlową – aby wprowadzić regulacje umożliwiające pracownikom korzystanie z dwóch wolnych niedziel przy jednoczesnym zachowaniu możliwości robienia zakupów.

 

Doprowadzicie nas do bankructwa

Już są sygnały świadczące o zbliżającym się zakończeniu cyklu wysokiej koniunktury gospodarczej, dynamika sprzedaży spada – więc nie można liczyć, że zmiany prawne przypadające na szczyt koniunkturalny pozostaną bez wpływu na gospodarkę narodową, gdy sytuacja ekonomiczna się pogorszy. – wskazują przedsiębiorcy.
Tymczasem, uchwalane właśnie prawo będzie mieć długofalowy wpływ na rodzimych przedsiębiorców, którzy przez wiele lat pracowali na rozwój swoich biznesów i z pewnością nie chcieliby, aby zła legislacja doprowadziła ich do bankructwa. Wciąż nie przedstawiono analiz ekonomicznych dotyczących wpływu dotychczasowych ograniczeń na gospodarkę – a już są planowane następne.

 

Pozwólcie sprzedawać znaczki

Przedsiębiorcy zarzucają też rządowi, że zmiany dotyczące sklepów świadczących usługi pocztowe są całkowicie sprzeczne z ideą Konstytucji Biznesu, która wyraźnie mówi, że co nie jest prawnie zabronione jest dozwolone.
Podnoszą, że uparte dążenie do zaostrzenia ustawy jest lekceważeniem głosu społecznego, racji ekonomicznych, a nawet prawnych. Wprowadzanie obostrzeń bez rzetelnej oceny obecnych zmian legislacyjnych i ich skutków jest działaniem pochopnym i stoi w sprzeczności z konstytucyjną zasadą państwa prawa.
Według nich, nowelizowanie ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest „krótkowzrocznym łataniem złej regulacji w imię bieżących potrzeb”. Apelują zatem o zawieszenie prac nad nowelizacją ustawy, która od początku była przykładem złego i społecznie szkodliwego prawodawstwa.
Jak wynika z wszystkich tych wywodów, prowadzenie świątecznych usług pocztowych to być albo nie być dla większości polskich przedsiębiorców. Kto by to pomyślał?

Rząd szkodzi przedsiębiorcom PROBLEMY PRZEDSIĘBIORCÓW

Zmiany prawne, wprowadzone w 2018 roku spędzają sen z powiek sporej części mikro, małych i średnich firm.

 

Z badań wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się podzielonej płatności podatku od towarów i usług, tzw. split payment (14 proc. wskazań).
Negatywnie na sytuację firmy w opinii 13 proc. przedstawicieli MŚP, mogą wpłynąć zmiany dotyczące zaostrzenia ochrony danych osobowych (tzw. RODO).
Natomiast co dwudziesty zapytany obawia się wymogu dotyczącego podpisu elektronicznego.
Takie są wyniki ogólnopolskiego sondażu przygotowywanego przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa mikro, małych i średnich firm, odbyło się ono we wrześniu tego roku.

 

Będzie trudniej

– To bardzo istotne zmiany, które rzutują zarówno na ten najmniejszy jak i korporacyjny biznes. O ile jednak w przypadku dużych firm, najczęściej działają wydzielone komórki zajmujące się prawem czy informatyzacją, które analizują bieżące zmiany i wprowadzają je w życie firmy, o tyle mikroprzedsiębiorcy w jednych rękach skupiają wiele różnych obowiązków. Tutaj nikt nie ma czasu, żeby codziennie poświęcać czas na lekturę przepisów. Stąd ważne jest, aby zmiany prawa w Polsce odbywały się z uwzględnieniem interesów i możliwości wszystkich stron zainteresowanych – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Trzeba pamiętać, że obecnie największym problemem większości firm w Polsce jest ograniczona dostępność pracowników oraz stopniowo rosnąca presja płacowa, na co wskazała połowa zapytanych przedsiębiorców.
Jednak i trzy wymienione wcześniej czynniki mogą wpłynąć negatywnie na kondycję i dalszy rozwój przedsiębiorczości w naszym kraju.

 

Dłuższe czekanie, więcej pracy

Jeżeli chodzi o split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności, to nowe przepisy obowiązują od 1 lipca 2018 r. i – mogą mieć istotny wpływ na sposób płatności za faktury.
W praktyce chodzi o to, że kwota netto płatności za usługi i towary jest wpłacana na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty podatku od towarów i usług (VAT) – na oddzielny rachunek VAT-owski. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisów zależy od dokonującego zapłaty, więc rozdzielenie rachunków nie jest obowiązkowe).
Jeśli jednak, czego należy się spodziewać, kontrahenci zdecydują się na wpłacanie pieniędzy na dwa oddzielne rachunki, to najbardziej obawiają się tego mikroprzedsiębiorcy (zatrudniający najwyżej do 5 osób). Wśród nich około 20 proc. wskazuje, że mechanizm podzielonej płatności może wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Boją się oni zwłaszcza pogorszenia płynności finansowej, co może być związane z opóźnieniami wpłat od kontrahentów, a także z zwiększonymi obowiązkami administracyjnymi.
Na drugim biegunie są średnie firmy – tylko 8 proc. obaw. Biorąc pod uwagę branże, to pesymistów jest najwięcej w produkcji i usługach (po 17 proc.), a najmniej wśród hotelarzy i restauratorów – 4 proc.
Przedstawiciele sektora małych i średnich przedsiębiorstw niewiele mniej niż mechanizmu podzielonej płatności, obawiają się RODO – czyli unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych.

 

Kłopotliwa ochrona danych

RODO weszło w życie w maju 2016 r., ale przedsiębiorcy mieli dwa lata czasu na dostosowanie swoich struktur i procedur do nowych przepisów – dlatego nowe przepisy są bezpośrednio stosowane dopiero od 25 maja tego roku. Rozporządzenie wprowadza szereg nowych obowiązków w obszarze ochrony danych osobowych klientów, kontrahentów, pracowników czy kandydatów do pracy – oraz poważne sankcje finansowe za ich nieprzestrzeganie. Obawy firm nie są wiec bezpodstawne.
Najbardziej za pan brat z RODO są średnie firmy – wśród nich tylko 4 proc. obawia się nowych regulacji. Za to wśród małych firm ten odsetek jest zdecydowanie wyższy i wynosi ponad 18 proc. Wśród badanych branż, RODO może najbardziej negatywnie wpłynąć na kondycję firm usługowych (21 proc. wskazań) oraz hotelarskich, restauracyjnych i cateringowych (18 proc.). Najmniej tej regulacji obawia się przemysł (4 proc.).
Trzecią prawną barierą, której na razie obawia się tylko 5 proc. mikro, małych i średnich firm (z tym, że nie dotyczy ona tych najmniejszych firm), jest wymóg stosowania podpisu elektronicznego. Od 21 lipca muszą z niego korzystać w kontaktach z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych ci przedsiębiorcy, którzy rozliczają składki więcej niż 5 osób. Nie obowiązuje to więc mikroprzedsiębiorców. Pozostali musieli wykupić bezpieczny podpis elektroniczny dla celów stosowania go w kontaktach z ZUS.
Podpis elektroniczny jest składany za pomocą specjalnej karty procesorowej lub tokena oraz stosownego oprogramowania. Pod względem prawnym, kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny z podpisem własnoręcznym. Można go stosować między innymi do podpisywania umów i dokumentów czy składania deklaracji podatkowych. Jego instalacja wiąże się jednak z kosztem. Najbardziej e-podpisu obawiają się podmioty zatrudniające od 5 do 9 pracowników (7 proc. wskazań), najmniej zaś – średnie firmy (2 proc.).

UOKiK kontra ustawiacze Praktyki ograniczające konkurencję

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wykrył w tym miesiącu próby ustawienia kilku przetargów – i w trzech postępowaniach postawił zarzuty ośmiu przedsiębiorcom.

 

W efekcie ich działań szpitale i więzienia mogły, z pieniędzy podatników, przepłacać za dostawę żywności.
UOKiK przypuszcza, że zastosowany został tu mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert. Jeżeli propozycje uczestników zmowy są najkorzystniejsze, wówczas zwycięzca przetargu rezygnuje z podpisania umowy po to, żeby zamawiający wybrał droższą ofertę drugiego uczestnika zmowy. Zysk dzielą między siebie i nie muszą konkurować.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podejrzewa, że taką metodę stosowali przedsiębiorcy, którzy startowali w przetargach na dostawę owoców oraz warzyw i ich przetworów do instytucji publicznych takich jak szpitale i zakłady karne. Wszczęto przeciwko nim postępowania.
Chodzi o właścicieli niewielkich firm rolno-spożywczych z miejscowości Kamionka, Kobyle, Mareza, Orneta oraz Podgórki w województwach pomorskim i warmińsko-mazurskim. UOKiK utrzymuje, że ma dowody, iż przedsiębiorcy ci usiłowali wpłynąć m.in. na wyniki przetargów organizowanych przez zakłady karne w Sztumie, Kwidzyniu i Czarnem oraz szpitale w Gdańsku i Starogardzie Gdańskim .
Za stosowanie podobnych praktyk ograniczających konkurencję, grozi kara finansowa do 10 proc. obrotu. Niełatwo to jednak udowodnić – dlatego UOKiK stale przypomina o swoim programie pozyskiwania informacji od tzw. anonimowych sygnalistów (kiedyś zwanych donosicielami) – i zachęca, by każdy kto coś wie o praktykach ograniczających konkurencję, zawiadamiał o nich Urząd. Pożądane są zwłaszcza informacje napływające od byłych i obecnych pracowników firm naruszających prawo.
UOKiK nie wspomina o nagrodach dla „sygnalistów” – i chyba słusznie, bo znając skłonność naszego społeczeństwa do bezinteresownego składania tzw. obywatelskich donosów, można mieć pewność, że żadne zachęty materialne nie są im potrzebne.

Na przedsiębiorców nie wystarczy sam kij

Administracja skarbowa zapomniała, że czasami potrzebna jest także i marchewka. To warzywo na razie jest obecne tylko w oficjalnych deklaracjach rządu.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizujący ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej.
Służby fiskalne mają otrzymać większe uprawnienia, aby skuteczniej walczyć z przestępcami podatkowymi. Niepokojące jest to, że rząd od pewnego momentu otwarcie hołduje teorii, że aby zmusić do płacenia podatków, wystarczy kij. Bo kto by tam przedsiębiorcom rzucał marchewkę. Ostrożnie! Takie podejście bardzo szybko może przynieść odwrotne rezultaty.

 

Godzenie ognia z wodą

Z jednej strony mamy ze strony rządu deklaracje, że skarbówka będzie przyjazna przedsiębiorcom, mamy też rzecznika tychże przedsiębiorców w osobie posła Adama Abramowicza. Mamy zapowiedź tzw. matrycy VAT-owskiej, która uprości regulację tego podatku i sprawi, że właścicielom firm na twarzy na stałe zagości szeroki uśmiech.
Ale z drugiej strony mamy sukcesywnie wdrażane rozszerzenie uprawnień fiskusa – i kolejne rozwiązania, których celem jest uszczelnienie systemu podatkowego, ale które zwiększają koszty działalności firm.
Słowem, trwa usilna praca nad pogodzeniem ognia z wodą. Trochę wygląda to tak, jakby ogłaszać, że policja będzie bardziej przyjazna obywatelom, a jednocześnie ogromnie zwiększać uprawnienia funkcjonariuszy. Może w teorii da się to jakoś uzasadnić, ale w praktyce nigdy to nie wychodzi.
Odwołam się do prawa karnego. Są różne szkoły – jedni karniści uważają, że surowe wyroki nic nie dadzą, lepsza jest prewencja i dobra resocjalizacja, inni sądzą, że wysoka kara za poważne przestępstwa nie wyklucza innych działań.
Ale ze świecą szukać karnisty, który głosi, że jedynym panaceum na przestępczość są surowe wyroki i ogromne uprawnienia policji oraz prokuratury.
Albo, że podejrzanego, dajmy na to, o oszustwo policja powinna trzymać na dołku przez tydzień bez zgody sądu – a jak się już przyzna, to powędruje na 10 lat do ciężkiego więzienia. Takiego poglądu nikt poważny nie podziela.
Dlaczego wobec tego z całą powagą głosi się pogląd, że przestępczość podatkową zwalczy się dzięki większym prerogatywom fiskusa, surowym karom i pomysłom typu przejęcie firmy przez prokuraturę w zarządzanie?
To tak, jakby nie było żadnego związku między kształtem systemu podatkowego w danym kraju a ściągalnością podatków.

 

Metoda nieustającej kontroli

Nawet nie śmiem podejrzewać decydentów o to, że wychodzą z założenia, iż przedsiębiorcy mają we krwi kantowanie państwa, więc nie warto iść im na rękę. Podejrzewam natomiast co innego.
Otóż po tym, jak faktycznie udało się zmniejszyć lukę w VAT, nasi rządzący uwierzyli, że znaleźli wzór na kwadraturę koła, czyli uniwersalny sposób na zwiększenie przychodów z podatków. Metodą samej nieustającej kontroli. A ten, jak mawiał klasyk, zawrót głowy od sukcesu może Polskę sporo kosztować.
Wadą polskiego systemu podatkowego nie jest nadmierna wysokość danin. Przynajmniej na tle innych państw europejskich. Owszem, zawsze gdzieś można by było je obniżyć, ale nie przesadzajmy, nie jest tragicznie.
Podstawową wadą jest jego niespójność i nieprzejrzystość, a także brak odpowiednich zachęt do rozwijania biznesu.

 

Jakby się czas zatrzymał

Celem podatków jest nie tylko napełnienie państwowej kasy – tak było kilka wieków temu. Jednym z ważniejszych celów polityki podatkowej jest skuteczne zachęcenie do rozwoju. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia: jeżeli dzisiaj cię nie złupię i umożliwię ci zwiększenie przychodów, to jutro sobie zrekompensuję to z nawiązką.
A u nas – czas jakby się zatrzymał. Jasne, są kolejne zapowiedzi, są małe ruchy, jak obniżony CIT dla najmniejszych firm. Najmniejsi przedsiębiorcy działają zwykle w formie działalności gospodarczej, a nie rejestrują spółek, ale to szczegół.
Co jednak z akcyzą, która zwiększana, wzmacnia szarą strefę? Co z faktycznymi udogodnieniami dla rozkręcających własny biznes?
Stawianie tylko na kontrolę doraźnie zwiększy ściągalność podatków – zapewne tak będzie. Jednak zahamuje rozwój przedsiębiorczości i w konsekwencji sprawi, że w długofalowej perspektywie do budżetu wpłynie mniej.
W przypadku prawa karno-skarbowego jest dokładnie tak, jak w przypadku prawa karnego: surowe regulacje mogą doraźnie zmniejszyć przestępczość, ale skłaniają do wypracowania skuteczniejszych mechanizmów uniknięcia konsekwencji. Na końcu przegrywa interes publiczny.

Małe firmy – wielki wyzysk

Politycy wszystkich opcji od lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa to nasze największe bogactwo, o które państwo powinno się troszczyć.

 

Kolejne rządy ogłaszają programy wsparcia dla małych firm, proponują im ulgi, zwolnienia i dopłaty. Rząd Prawa i Sprawiedliwości ze wsparcia dla mikroprzedsiębiorstw uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla małych, polskich firm i osłabienia dużych przedsiębiorstw zagranicznych.
Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że sytuacja w małych firmach jest znacznie gorsza niż w tych większych. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne.
W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych.
Z perspektywy pracowników kluczowe jest to, że w ubiegłym roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Rok wcześniej średnia płaca w najmniejszych firmach wynosiła 2577 zł. W ciągu roku nastąpił wzrost wynagrodzeń o 8,7 proc., co wiązało się przede wszystkim ze wzrostem płacy minimalnej. Mimo to wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w ubiegłym roku wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej!
Jednocześnie GUS zwraca uwagę, że do branż o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach należą zakwaterowanie i gastronomia – 2393 zł, transport i gospodarka magazynowa – 2524 zł, budownictwo – 2548 zł, handel i naprawa pojazdów samochodowych – 2709 zł. We wszystkich tych sektorach istnieje przepaść między poziomem wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach.
Warto w tym kontekście zbadać sytuację w handlu i w sektorze napraw pojazdów samochodowych, ponieważ na tym obszarze władza szczególnie mocno podkreśla potrzebę umacniania małych, polskich firm. Tymczasem w placówkach tego rodzaju zatrudniających ponad 9 osób średnie płace w ubiegłym roku wynosiły średnio 4206 zł, czyli o 1497 zł więcej niż w mikroprzedsiębiorstwach. Przesuwanie siły roboczej z dużych sklepów do mniejszych jest więc dla pracowników niekorzystnym rozwiązaniem. Dotyczy to też planowanego w ustawie o handlu w niedzielę zwiększenia zatrudnienia w placówkach gastronomicznych. W tych ostatnich płace należą do najniższych na rynku. Trudno więc tu mówić o dobrej zmianie.
Umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach ma tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Praktycznie nie istnieją tam związki zawodowe, a łamanie prawa pracy jest codziennością. Na dodatek do większości z nich nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji Pracy – pracodawca zazwyczaj jest w nich samowolnym panem, który bez żadnych konsultacji narzuca warunki pracy pracownikom. Stąd gigantyczna skala bezprawia i nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny. Dotyczy to też handlu, w tym handlu w niedzielę. W 2016 roku PIP zbadała przestrzeganie zakazu pracy w placówkach handlowych w święta. Okazało się, że największe placówki handlowe znacznie rzadziej łamią przepisy niż te małe. Już wtedy małe sklepy omijały przepisy, nie pozwalając pracownikom odpoczywać w święta. Od niedawna rząd dał im premię za eksploatację pracowników i postanowił umocnić ich pozycję na rynku.
Duża rola mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz o jej słabości. W Unii Europejskiej najbardziej rozdrobnione gospodarki mają kraje śródziemnomorskie, które od lat borykają się z kryzysem. Najwięcej firm na świecie mają zaś najbiedniejsze kraje afrykańskie, w których odsetek przedsiębiorców wśród dorosłych mieszkańców jest najwyższy.

Jesteśmy krajem innowacyjnym inaczej

W rządowej propagandzie gospodarczej nie ma celu ważniejszego od innowacyjności. I chyba bardziej zaniedbywanego.

 

Nasz kraj jest poniekąd fenomenem na skalę światową. Mamy bowiem około 60 instrumentów finansowego wsparcia, ze środków publicznych, przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. A skutek funkcjonowania tych wszystkich instrumentów jest żaden.
„Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” – stwierdza jednoznacznie Najwyższa Izba Kontroli w swym najnowszym raporcie. Pomoc ta nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach.
Nie uległa też zmianie pozycja Polski w rankingu innowacyjności prowadzonym przez Komisję Europejską. Nasz kraj od lat zajmuje w nim miejsca 25 – 26, wśród 28 badanych państw europejskich.

 

Wszystko jest innowacyjnością

Pieniądze publiczne o których wyżej mowa to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz budżetowymi.
Innym ważnym rozdzielnikiem państwowej kasy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które w teorii ma wspierać politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa.
W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą też udzielać urzędy marszałkowskie ze środków rozlicznych Regionalnych Programów Operacyjnych.
Na badania, innowacje i rozwój idą duże pieniądze – ponad 60 mld zł rocznie, choć dokładnie nie wiadomo ile, bo nikt nigdy tego dokładnie nie policzył. I ciągle słychać opinie, że to za mało, bo wydatki na cele powinny być prawie dwa razy większe.
Rzecz w tym, że gdyby były i pięć razy większe to też nic by to nie zmieniło. W naszym kraju można bowiem wszystko uznać za innowacyjność, badania i rozwój – i wyciągnąć na ten cel godziwe pieniądze.
Innowacyjnym projektem (zapewne o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki) był na przykład „Szlak konny województwa łódzkiego”.
Jeszcze większy potencjał unikalnych nowości z pewnością zawierał w sobie projekt modernizacji wyposażenia dyskoteki w województwie małopolskim, zaprezentowany jako unikalny na skalę światową, poprzez zmodernizowanie tejże dyskoteki za sprawą zainstalowania nowoczesnych urządzeń technicznych. I oczywiście urzędnicy zaakceptowali pomysł, a właścicielom dyskoteki udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 1 923,9 tys.

 

Wydawać tak, by się nikt nie czepiał

W Polsce na rzekomą działalność innowacyjną wydaje się dużo i chętnie. Wszyscy są tym bowiem zainteresowani.
Pomysłodawcy – bo chcą oczywiście dostać jak najwięcej kasy na swoją działalność; urzędnicy – bo szybko pragną rozdysponować pieniądze na innowacyjność i badania, dzięki czemu mogą chwalić się, jak to sprawnie wspierają w ten sposób rozwój naszego kraju, a przy okazji uzyskać i coś dla siebie od wdzięcznego przedsiębiorcy. Sprzyja temu odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „innowacyjność” uprawiane w propagandzie rządu PiS.
Mamy więc typowe wsie potiomkinowskie: innowacje i badania to w Polsce fikcja, wszyscy o tym wiedzą (łącznie z rządem) – ale wszyscy są zadowoleni, bo pieniądze idące na te cele są bardzo realne, zaś dla władzy najważniejszy jest efekt propagandowy, gdyż to dzięki niemu wygrywa się u nas wybory.
„Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki” – krytycznie zauważa NIK.
Kontrolerzy wyraźnie się czepiają. A niby dlaczego w Polsce miałoby się przeznaczać duże pieniądze na „projekty o wysokim potencjale innowacyjnym”? Żeby je zmarnować?
Przecież takie autentycznie innowacyjne projekty mogłyby nie wypalić, za uzyskane pieniądze niczego nie udałoby się stworzyć, byłyby pretensje i zarzuty o niegospodarność. Lepiej więc wydać tę kasę na coś co na pewno się uda, jak wspomniany szlak konny czy wyposażenie dyskoteki. Wtedy nikt nie będzie mieć o nic pretensji.
Tak więc kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniają w Polsce promocji najbardziej innowacyjnych projektów.
Programy nie preferują unikalnych produktów lub technologii, czy wyższej konkurencyjności. NIK zaobserwował to na przykład w procedurze oceny wniosków – np. w jednym z innowacyjnych jakoby programów, za spełnienie kryterium „innowacyjność” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania.
Średnio w tzw. innowacyjnych projektach waga samej innowacyjności stanowi tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji. Jak zarzuca NIK, nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o rodzaju i skali proponowanych innowacji. Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen.
W rezultacie, rzekomo innowacyjne projekty odznaczały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji.
W wyniku takiej polityki, nasz kraj wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach we wspomnianych rankingach innowacyjności, zaś nasza gospodarka rozwija się nie dzięki cennym pomysłom lecz w wyniku w miarę sprawnego wykonywania tego co wymyślają inni.

 

W pułapce średniego wzrostu

Główne przyczyny słabości polskiej innowacyjności od lat są takie same – brak przemyślanej strategii, źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej nowatorskich projektów, brak zaangażowania w rozwój autentycznej innowacyjności, na której nikomu nie zależy.
Liczy się za to innowacyjność pozorna, bo to dzięki niej można efektywnie przepompowywać pieniądze podatników do prywatnych kieszeni. Zyskują też przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów wsparcia – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. A że nie nie jest to produkcja czegokolwiek innowacyjnego, to cóż z tego?
I właśnie dlatego w Polsce nie udaje się stworzenie i wypromowanie jakichkolwiek projektów o nowatorskim charakterze, czy wykreowanie produktów będących marką polskiej gospodarki.
Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu – czyli tym, że po wykorzystaniu aktualnego potencjału produkcyjnego i efektu tańszej siły roboczej, nie będzie już innych możliwości rozwojowych.
U nas tak się już dzieje – wiadomo, że w kolejnych latach polska gospodarka będzie rozwijać się wolniej. Lekarstwem na to mogą być właśnie innowacje – nowoczesne wyroby i usługi podbijające rynki i zdobywające klientów. W Polsce jednak brak takich wyrobów i usług. Tymczasem w krajach rozwiniętych aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem i wykorzystaniem innowacji.

 

Umiemy wydawać cudze

Według danych rządowych, jakiekolwiek działania innowacyjne w Polsce są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach i przede wszystkim dzięki wsparciu państwa.
Jak wykazała kontrola NIK, przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia. Świadczy to tylko o ich rozsądku: nie chcieli topić własnych pieniędzy w czymś niepewnym i zagrożonym klapą. Pieniądze państwowe to co innego…
Wydawanie pieniędzy publicznych jest u nas dobrze rozwinięte i funkcjonuje bez zarzutu. Jak stwierdziła NIK, „rozdysponowanie środków na badania, innowacje i rozwój następuje sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie”.
O tak, nasi urzędnicy i przedsiębiorcy doskonale sobie radzą z szybkim wydawaniem cudzych pieniędzy. Innowacyjne efekty tych wydatków są wprawdzie niezauważalne, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele.

 

Imigranci, a interes gospodarki

Przedsiębiorcy chcą wpuszczać do naszego kraju uchodźców ekonomicznych – ale nie z każdego kierunku. Tym z południa wolą powiedzieć „nie”

 

Polski rząd, a także i społeczeństwo, uważają, że do Polski można ewentualnie wpuszczać bardzo ograniczone liczby uchodźców, którym rzeczywiście zagraża śmierć.
Nie wolno natomiast godzić się na przyjmowanie uchodźców ekonomicznych, pragnących w naszym kraju pracować i poprawiać swój status materialny.

 

Przyjeżdżajcie i pracujcie

Zupełnie inaczej sądzą polscy przedsiębiorcy, opowiadając się właśnie za tym, aby do Polski wpuszczać imigrantów zarobkowych.
„Związek Przedsiębiorców i Pracodawców jest przekonany, że Polska potrzebuje imigrantów pracujących – jest to obiektywny fakt wynikający z danych demograficznych” – stwierdza organizacja przedsiębiorców.
Ich zdaniem, deficytu ludności w wieku produkcyjnym, który w ciągu najbliższych dekad będzie się jedynie pogłębiał, nie da się w tym momencie uzupełnić prostym zwiększeniem liczby żywych urodzeń. Konieczna jest absorpcja ludności z zewnątrz.
Przedsiębiorcom chodzi oczywiście o to, by mieć więcej rąk do pracy – a jednocześnie nie chcą, co poniekąd zrozumiałe, zastosować prostego i skutecznego sposobu zachęcania do pracy, jakim byłoby radykalne podniesienie zarobków.
Są one w Polsce wciąż bardzo niskie i niech nikogo tu nie zmyli rosnąca średnia płaca w przedsiębiorstwach, która jest badana tylko w większych zakładach i osiąga ją niespełna jedna trzecia wszystkich pracujących rodaków.

 

Nie wszystkich chcemy

Przyzwolenie ze strony przedsiębiorców na import imigrantów zarobkowych, nie dotyczy jednak ludzi z kręgu innej wiary i kultury.
„Charakterystyka części imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki każe twierdzić, że ich przymusowe przyjęcie przez nasz kraj, byłoby sprzeczne z racją stanu i interesem polskiej gospodarki” – oświadcza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
W tym punkcie ich opinie są więc zgodne z działaniami rządu. Dlatego przedsiębiorcy z dużym zadowoleniem przyjmują ustalenia szczytu w Brukseli odnoszące się do kwestii relokacji imigrantów wewnątrz Unii Europejskiej.
Ich zdaniem, zdecydowana postawa polskiego rządu się opłaciła. Udało się bowiem m doprowadzić do zahamowania szkodliwego pomysłu przymusowej relokacji imigrantów. Zamiast tego potrzebna jest dyskusja o rozsądnej polityce imigracyjnej wewnątrz Unii Europejskiej, do czego ustalenia decydentów unijnych mogą być bardzo dobrym wstępem.
Trzy lata temu, główni decydenci w ramach Unii Europejskiej zdecydowali się zaproponować ów mechanizm przymusowej relokacji imigrantów. Gdyby został on przyjęty, Polska byłaby zmuszona do przyjęcia na swoje terytorium określonej liczby uciekinierów i objęcia ich opieką.

 

Większość od razu wyjedzie

A tymczasem, dyskutować trzeba nad polityką imigracyjną, uwzględniającą potrzeby rynku pracy.
Wydaje się jednak, że polskie obawy przed takim rozwiązaniem były nieco przesadzone. Rzecz w tym, że ci imigranci nieszczególnie uważali nasz kraj, jako miejsce docelowe swojej tułaczki – z reguły kierowali się oni w stronę Niemiec, Anglii albo Francji, gdzie mogli liczyć na bogate wsparcie socjalne.
Wprawdzie dla Polski, będącej wciąż państwem dużo uboższym, niż najbardziej rozwinięte gospodarki Unii Europejskiej, obciążenie finansowe wynikające z przymusowego przyjęcia imigrantów, byłoby nieproporcjonalnie wysokie – ale wypada mieć nadzieję, że krótkotrwałe. Przecież duża część z tych pięciu tysięcy imigrantów, których tak nie chcieliśmy przyjąć, od razu uciekłaby z Polski na zachód, gdzie są już ich rodziny.

Znajdziemy na was haka

Postanie państwowy rejestr dłużników, mający, jak zapowiada rząd, ułatwiać piętnowanie alimenciarzy. W rzeczywistości chodzi jednak o to, by rząd mógł gromadzić wszelkie informacje o osobach mających kłopoty finansowe. Taka wiedza zawsze może się przydać.

 

W Polsce powstanie nowa instytucja, piętnująca dłużników zalegających z terminami. Rząd przyjął bowiem projekt ustawy powołujący Krajowy Rejestr Zadłużonych.
Pomysł nie jest nowy. Ministerstwo Sprawiedliwości już od ponad roku obiecywało powstanie tego rejestru.

 

Lista jawna i powszechna

W rejestrze ujawniane będą dane wszelkich osób, wobec których prowadzi się postępowania restrukturyzacyjne i upadłościowe, oraz tych, przeciwko którym była prowadzona bezskuteczna egzekucja komornicza. Ze względów propagandowych, podkreśla się jednak, że chodzi o osoby nie płacące alimentów.
Dlatego właśnie Ministerstwo Sprawiedliwości oświadczyło, że ten projekt ustawy został stworzony głównie na potrzeby ścigania alimenciarzy. To właśnie dłużnicy alimentacyjni, jak zapowiada ministerstwo, mają być bowiem wpisywani do Krajowego Rejestru Zadłużonych – w całości jawnego i dostępnego przez internet.
Zdaniem resortu sprawiedliwości będzie to ważny krok w zwiększaniu skuteczności ściągania alimentów. Rejestr ten zastąpi obecnie obowiązujące, nieskuteczne zdaniem ministerstwa, rozwiązania.
Dziś rodzice, którzy nie wywiązują się z obowiązku alimentacyjnego, także są wpisywani na karną listę – trafiają oni do Rejestru Dłużników Niewypłacalnych, stanowiącego część Krajowego Rejestru Sądowego. Wpisywani są tu jednak tylko alimenciarze, od których nie udało się ściągnąć żadnych pieniędzy, tacy co do których egzekucja komornicza okazała się bezskuteczna – i przez okres dłuższy niż 6 miesięcy nie wyegzekwowano od nich ani złotówki zaległości alimentacyjnych. Ponadto dostęp do Rejestru Dłużników Niewypłacalnych nie jest wystarczająco prosty ani szybki.
Wpis do tego rejestru nie zwiększał ściągalności alimentów, gdyż tak jak byli oni dłużnikami niewypłacalnymi, tak pozostawali nimi nadal. Potwierdziła to ankieta przeprowadzona wśród urzędników samorządowych, odpowiedzialnych za postępowania wobec dłużników alimentacyjnych. 85 proc. respondentów oceniło, że RDN nie jest skutecznym sposobem dyscyplinowania dłużników.
W związku z tym, jak chce rząd, od 1 lutego 2019 r. dotychczasowy Rejestr Dłużników Niewypłacalnych miałby zostać zastąpiony przez w pełni nowoczesny, całkowicie jawny i powszechnie dostępny Krajowy Rejestr Zadłużonych. Będzie on obejmować oczywiście nie tylko alimenciarzy lecz wszystkich dłużników, gdyż RDN w ogóle przestanie istnieć.

 

W obronie biednych dzieci?

Zdaniem części specjalistów jest to wylewanie dziecka z kąpielą, gdyż w ten sposób zniknie osobna baza informacji o wszelkich dłużnikach, którzy są niewypłacalni. Ministerstwu Sprawiedliwości zależy jednak na efekcie propagandowym, jakim będzie pokazanie, iż resort nie ma litości wobec alimenciarzy i nie będzie utrudniać dostępu do ich danych osobowych.
„Ministerstwo Sprawiedliwości konsekwentnie staje w obronie dzieci, których rodzice odmawiają wywiązywania się z obowiązku alimentacyjnego. Krajowy Rejestr Zadłużonych stanie się istotnym elementem wzmacniającym egzekucję świadczeń alimentacyjnych. Będą w nim ujawniane informacje o osobach, wobec których toczy się egzekucja świadczeń alimentacyjnych (lub należności budżetu państwa z tytułu świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego), a zaległość jest dłuższa niż trzy miesiące” – oświadczyło Ministerstwo Sprawiedliwości. Czyli, już nie pół roku zaległości, lecz okres dwa razy krótszy.
Zdaniem ministerstwa, wpis do Krajowego Rejestru Zadłużonych ma zmotywować dłużnika do wywiązywania się ze swych obowiązków. To dosyć naciągane rozumowanie, bo trudno pojąć, jakimś cudem ktoś, kto od sześciu miesięcy jest niewypłacalnym alimenciarzem, zacznie płacić te alimenty po przeniesieniu jego danych z trudniej dostępnego Rejestru Dłużników Niewypłacalnych do łatwiej dostępnego Krajowego Rejestru Zadłużonych. Ministerstwo i rząd uważają jednak, iż dopingujący powinien być sam fakt podania publicznej informacji o niewywiązywaniu się z powinności wobec własnego dziecka.
Umieszczony w KRZ dłużnik musi też liczyć się z takimi konsekwencjami, jak utrudnienie lub uniemożliwienie otrzymania kredytu i zakupu na raty, czy obniżenie wiarygodności w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej.
Projektowane rozwiązanie zakłada, że dane o dłużnikach alimentacyjnych będą zamieszczane w rejestrze przez komornika prowadzącego postępowanie egzekucyjne. W przypadku zaś gdy komornik nie prowadzi postępowania egzekucyjnego, informacje zamieszcza organ, który wypłacił świadczenia alimentacyjne, przyznawane w przypadku bezskutecznej egzekucji od alimenciarza. Dane o osobach zalegających ze spłatą świadczeń alimentacyjnych automatycznie przestaną być ujawniane dopiero po siedmiu latach od ukończenia postępowania egzekucyjnego lub spłaty całej należności.

 

Wszyscy mogą być wpisani

Publikowanie danych o dłużnikach alimentacyjnych to w rzeczywistości tylko drobny ułamek planowanych funkcji Krajowego Rejestru Zadłużonych. Mają być w nim również ujawniane firmy znajdujące się w postępowaniu upadłościowym i restrukturyzacyjnym, osoby objęte upadłością konsumencką, dłużnicy z umorzonym postępowaniem egzekucyjnym. Będą tu również zamieszczane orzeczenia o zakazie prowadzenia działalności gospodarczej.
W teorii, KRZ będzie więc obejmował dane, związane z brakiem wypłacalności lub zagrożeniem niewypłacalnością, istotne dla bezpieczeństwa obrotu gospodarczego. W praktyce, stanie się potężną bazą danych o ludziach, którzy także nie ze swej winy, wpadli w kłopoty finansowe i można to przeciw nim wykorzystać. Aby dane do nowego rejestru mogły spływać szybciej, nastąpi cyfryzacja postępowania upadłościowego oraz restrukturyzacyjnego. Wnioski i dokumenty będą składane drogą elektroniczną, co znacznie usprawni te postępowania – a także komunikację ich uczestników z sądem.
Także akta postępowań restrukturyzacyjnych oraz upadłościowych będą prowadzone w formie elektronicznej – dostęp do nich będzie możliwy zarówno w czytelni akt w sądzie, jak i przez stworzenie ogólnodostępnego portalu internetowego.
Składanie wniosków elektronicznych będzie obowiązkowe jednak tylko dla firm. Inni, na przykład ci co ogłosili upadłość konsumencką, będą mogli nadal składać wnioski na papierze lub ustnie, w biurze podawczym każdego sądu. Ważną zmianą będzie rezygnacja z dotychczasowego obowiązku publikowania ogłoszeń związanych z upadłością i restrukturyzacją w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, co wiąże się dziś z kosztami dla przedsiębiorców.
Przyjęte rozwiązania w przyszłości mają umożliwić włączenie Polski do systemu łączącego rejestry upadłości krajów Unii Europejskiej. Na system ten będą składać się poszczególne rejestry upadłości oraz europejski portal „e-Sprawiedliwość”, pełniący rolą centralnego elektronicznego punktu dostępu do informacji. System miałby oferować funkcję wyszukiwania dłużników we wszystkich językach urzędowych UE.

 

Uczciwi niech się nie boją

Rząd oświadcza, że stworzenie nowego rejestru dłużników ma służyć dobru przedsiębiorców. Szybsze umieszczenie jakiejś firmy w takim rejestrze powinno, według rządu, pomóc w przeprowadzeniu naprawy zadłużonego przedsiębiorstwa i zapobieżeniu jego likwidacji. To zaś oznaczać będzie możliwość nieprzerwanego realizowania kontraktów i utrzymania miejsc pracy. Przedsiębiorcy nie do końca są jednak przekonani, że możliwość szybkiego znalezienia się na ogólnodostępnej czarnej liście rzeczywiście jest dla ich dobra. Ale, jak wielokrotnie w różnych sytuacjach oświadczał rząd, uczciwi przedsiębiorcy nie powinni się niczego obawiać.
Rządowe enuncjacje sprawiają takie wrażenie, jakby w Polsce nie istniał dotychczas żaden rejestr dłużników i dopiero ekipa PiS postanowiła nadrobić tę zaległość. To oczywiście nieprawda. Oprócz przewidzianego do likwidacji Rejestru Dłużników Niewypłacalnych, stworzonego jeszcze w 1997 r przez rząd SLD, a więc źle widzianego przez PiS, w naszym kraju jest jeszcze kilka podobnych rejestrów. Wymieńmy tu np. Krajowy Rejestr Długów, Rejestr Dłużników czy Biura Informacji Gospodarczej. Są to jednak instytucje, których właścicielami są przedsiębiorstwa prywatne, głównie z branży finansowej.
Rządowi PiS zależy natomiast na stworzeniu państwowego, czyli własnego rejestru, w którym będzie mógł gromadzić powszechne informacje o ludziach mających kłopoty finansowe (nie tylko o dłużnikach niewypłacalnych) – i w każdej chwili wykorzystywać je bez ograniczeń, jeśli uzna to za przydatne.

Preferencje na papierze

W ekipie premiera Mateusza Morawieckiego słowo „innowacyjność” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Nic jednak z tego nie wynika.

 

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Ma wkrótce trafić i do Polski, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców, wydaje się skórką niewartą wyprawki.
Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność.

 

Prochu nie wymyślamy

Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Większość państw wyprzedzających Polskę w tym zestawieniu KE, oferuje korzystniejsze rozwiązania biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Chodzi zwłaszcza o system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wzory przemysłowe czy znaki towarowe.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów, stawką maksymalnie 4 proc.
Rządowa propozycja takiej preferencyjnej stawki miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

 

Obietnice a rzeczywistość

Państwa oferują różne zakresy ulg. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla wszelkich innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.
Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania tzw. optymalizacji podatkowej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by Polska stała się niemal rajem podatkowym na tle innych państw.
Czy jednak zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych, stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców. Dotychczas bowiem nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych.
Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy, koszty poniesione w związku z jej tworzeniem, a także udzielone w tym celu ulgi.
System będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców – ocenia Kancelaria Prawna Skarbiec. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23 na 22 proc.

 

Swoboda tworzenia

Tymczasem, o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka podatku dochodowego od firm innowacyjnych w Holandii wynosi 5 proc., a na Cyprze – tylko 2,5 proc.
Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.
Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie, nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój. Zdaniem Kancelarii Prawnej Skarbiec, innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy przeprowadzały prace badawcze w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki podatku dochodowego. Dlatego OECD ograniczyła możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innowacyjnych. Przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.
Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć preferencjami. Ale to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Co można bowiem zrobić, gdy urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?