Kolejna złamana obietnica PiS

Jeszcze żadna propozycja nie wywołała tak skoncentrowanego nasilenia agresywnego kłamstwa ze strony ludzi bogatych i ich lobbystów, jak słuszny projekt zniesienia limitu wpłat składek na ZUS.

Najbardziej znamiennym przypadkiem odwoływania PiS-owskich obietnic przedwyborczych jest rezygnacja z zniesienia limitu wpłacania najwyżej trzydziestokrotności składek na ZUS. Pokazuje to bowiem, że w Polsce sojusz ludzi bogatych jest ponadpartyjny i nie ma żadnego związku z światopoglądem czy rozmaitymi, rzekomo wyznawanymi wartościami.
Chęć dalszego nabijania sobie kabzy kosztem osób niezamożnych łączy wszystkich bogatych, niezależnie od tego czy są z PiS, PO, PSL, kawiorowej lewicy czy jakiejkolwiek innego ugrupowania. A ponieważ władza w naszym kraju także składa się głównie z ludzi bogatych, więc lobbing na rzecz interesów najzamożniejszej grupy obywateli jest zawsze skuteczny.
PiS przed wyborami złożyło wiele obietnic nierealnych i niepoważnych, ale akurat ta była rozsądna (może dlatego prominenci PiS odwołali ją jako jedną z pierwszych).
Nie ma przecież żadnego uzasadnienia, dlaczego ludzie zarabiający nawet setki tysięcy złotych miesięcznie mają płacić takie same składki na ZUS jak ci, co zarabiają dużo mniej. I dlaczego ktoś, kto ma rosnące zarobki ale nie przekraczające trzydziestokrotności średniej płacy będzie także płacił rosnące składki – lecz ten, którego zarobki zaczną przewyższać granicę trzydziestu średnich pensji nie zapłaci składek nawet o grosz wyższych.
Oczywiste, logiczne i sprawiedliwe jest przecież to, że składki na ubezpieczenie społeczne powinny stanowić stały i niezmienny odsetek zarobków. Gdy więc ktoś zaczyna zarabiać, dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy więcej, to i jego składki na ubezpieczenie społeczne powinny wzrastać dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy. Jest to zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej – a Polska, zgodnie z art. 2 Konstytucji jest państwem urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Finansowe uprzywilejowanie ludzi najbogatszych, polegające na ich zwolnieniu z płacenia części składek na ZUS jest więc całkowicie sprzeczne z ustawą zasadniczą. Prominenci PiS pokazywali już jednak nieraz, gdzie mają Konstytucję RP.

Festiwal kłamstw

Pomysł zniesienia limitu spowodował bezprecedensową kampanię kłamstw i fałszywych argumentów. Jeszcze żadna z propozycji zmian prawnych zgłoszonych w ostatniej dekadzie nie wywołała tak skoncentrowanego ataku ze strony ludzi zamożnych i wynajętych przez nich lobbystów.
Na przykład, na Onecie regularnie pojawiały się ataki na ten pomysł, mające stwarzać wrażenie, że jakoby wszyscy protestują przeciw zniesieniu limitu. Mogliśmy więc tam m.in. przeczytać: „Przeciwko tej reformie rządu protestują wszyscy. Takiej jedności dawno nie obserwowaliśmy. I przedsiębiorcy, i związkowcy, i eksperci, i główny ekonomista ZUS, i nawet niektóre osoby z rządu. Wszyscy dostrzegają zagrożenia, które mogą pojawić się po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS”.
To oczywista lipa. W rzeczywistości, żaden uczciwy ekonomista nie protestował przeciw zniesieniu limitu. I, naturalnie, nie ma żadnych zagrożeń, które by się z tym wiązały.
Są to tylko bzdury i kłamstwa. Jeżeli ktoś protestuje przeciw zniesieniu limitu to jedynie ludzie najbogatsi i opłaceni przez nich lobbyści, oraz paru wynajętych i opłaconych, tzw. niezależnych ekspertów. Wicepremier Jarosław Gowin, broniąc limitu, także reprezentuje ludzi bogatych.
Nikt rozsądny, z ugruntowaną pozycją naukową, nie protestuje przeciw zniesieniu limitu – bo wie, że to pomysł słuszny i rozumny. Wynajęci publicyści straszą zagrożeniem dla przyszłości gospodarczej Polski i ucieczką najlepszych, wysoko opłacanych specjalistów.
Ale dochody przekraczające trzydzieści średnich płac osiągają w naszym kraju nie specjaliści lecz najzamożniejsi właściciele przedsiębiorstw. Nie będzie więc żadnej ucieczki tych specjalistów. A jeżeli przyszłość gospodarcza Polski będzie zagrożona to na pewno nie z powodu, że garstka ludzi bogatych będzie musiała płacić nieco wyższe składki.
O opiniach przedsiębiorców nie ma co mówić, bo oni rozumują prosto, mając na względzie wyłącznie swój interes finansowy: chcą od nas żebyśmy więcej płacili, więc trzeba to zwalczać. I oczywiście, jak to przedsiębiorcy, postanowili walczyć kosztem ludzi mniej zarabiających. Zagrozili więc, że jeśli będą musieli płacić wyższe składki na ZUS, obniżą swym pracownikom wynagrodzenia o 11 proc. (tak to sobie wyliczyli).
Federacja Przedsiębiorców Polskich wręcz oświadczyła, że pomysł zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS: „uderzy w najbiedniejszych”. To stwierdzenie poraża swym cynizmem. W rzeczywistości zniesienie limitu uderzy (dodajmy, że bardzo lekko) w najbogatszych – i dlatego stosują oni wszelkie chwyty by temu zapobiec.

Targowica wiecznie żywa

Przedsiębiorcy zapytali też, retorycznie, skąd mają wziąć pieniądze na sfinansowanie wyższych składek na ZUS?
Cóż, odpowiedź jest prosta: będą mieć trochę mniejsze zyski, żeby w przyszłości mieć większe emerytury. Nieco uszczuplą swe aktualne dochody, by w starszym wieku otrzymywać wyższe świadczenia. Zrobią więc dokładnie to samo, do czego namawia się ludzi zarabiających grosze: żeby odkładali dodatkowo ze swych marnych pensji, aby pod koniec życia nie popaść w biedę.
Róznica jest taka, że w Polsce klasa posiadająca ma z czego odkładać na swe przyszłe emerytury. Te nieco wyższe składki na ZUS mogłaby więc płacić bez problemu – ale oczywiście nie chce.
A jeśli komuś przeszkadza widmo dostawania w przyszłości wysokich emerytur, to niech przeznacza ich część na cele charytatywne albo zwróci do budżetu (w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za los kraju, która jakoby cechuje przedsiębiorców, inteligentów i wszelkich innych groszorobów zgarniających dużą kasę). Pobieranie wysokich emerytur nie jest obowiązkiem!
Jedynym rzeczywistym zagrożeniem jakie niesie ze sobą zniesienie limitu jest właśnie to, że ludzie bogaci musieliby płacić nieco większe niż dotychczas składki na ubezpieczenie społeczne. I to jest dla nich tak straszne, ze limitu bronili jak niepodległości – a w rzeczywistości, dużo bardziej zajadle niż broniliby zagrożonej niepodległości.
Skojarzenia z Targowicą są tu oczywiste – pod koniec osiemnastego wieku magnateria miała w nosie niepodległość Rzeczypospolitej oraz los biedniejszych warstw narodu. Chodziło jej tylko o to, żeby nadal nie płacić podatków jak za Sasów i nie ponosić żadnych ciężarów na rzecz państwa. Niestety, nasze dzisiejsze pożal się Boże „elity” także są dokładnie skażone tym szlacheckim sposobem na życie.
Lobby ludzi bogatych wmawia mniej zamożnym Polakom, że powinni odkładać część swych zarobków, żeby mieć wyższe emerytury. Sami bogaci jednak jakoś nie chcą odkładać więcej na swe emerytury – i zwalczyli pomysł zniesienia limitu, który miał im to umożliwić. Argumentują, że wystarczą im takie emerytury, jakie wypracują przy swych obecnych zarobkach. Ale te zarobki, choć nieporównanie wyższe niż ich przyszłe emerytury, jednak im nie wystarczają. Nie godzą się więc nawet na minimalne uszczuplenie swych dochodów poprzez zwiększenie składek.

Jeden sprawiedliwy

W całym tym festiwalu kłamstwa i fałszu nie można pominąć głosu jednego sprawiedliwego. Okazał się nim wicepremier Jacek Sasin, który stwierdził: „Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć: to jest rozwiązanie, które w żadnym wypadku nie zmienia na gorsze sytuacji absolutnie zdecydowanej części osób, które pracują czy prowadzą działalność gospodarczą”. Niestety, był to głos wołającego na puszczy.
Najczęstszym chyba kłamstwem powtarzanym w obronie limitu jest opinia, że wyższe emerytury, jakie w wyniku podniesienia składek będzie się wypłacać garstce bogaczy, zrujnują finanse państwa i spowodują załamanie systemu emerytalnego. To kolejna oczywista bujda. Nie ma bowiem żadnej uczciwej symulacji, która pokazywałaby, że skutki zniesienia limitu będą zagrażać stabilności ZUS.
A zresztą, jeżeli jest jednak choćby cień przypuszczenia, że sprawdzi się taki scenariusz, można z łatwością tego uniknąć. Wystarczy wprowadzić przepis, że ludzie bogaci będą płacić wyższe składki na ZUS także po przekroczeniu trzydziestokrotności średniej pensji – ale emerytury będą dostawać takie, jakby ich zarobki nie przekroczyły tej granicy. Można to zrobić w całkowitej zgodzie z Konstytucją.
Bogaci, w poczuciu swej głębokiej odpowiedzialności za losy ojczyzny powinni sami zaproponować takie rozwiązanie. Sytuacja wymaga, by drobną częścią swych gigantycznych dochodów podzielili się z Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Z pewnością to zrozumieją. A gdyby nie, to państwo ma narzędzia, by im w tym pomóc – ale potrzebny byłby do tego inny rząd.

Nie zawieszać pochopnie

Dla mikroprzedsiębiorców uiszczanie składek ZUS to nieprzyjemny obowiązek zwłaszcza wtedy, gdy ich sezonowe biznesy przynoszą niskie – lub zerowe – przychody.

Gdy interes nie idzie tak jak tego oczekuje właściciel, prawo umożliwia czasowe zawieszenie działalności i jej „odwieszenie” w momencie gdy sytuacja rynkowa będzie korzystniejsza.
A w okresie jesiennym wiele firm z tej możliwości korzysta. Poza wspomnianym ZUS-em, przedsiębiorca nie musi także odprowadzać zaliczek na podatek dochodowy i nie ma obowiązku składania deklaracji VAT (są wyjątki). Jednak mimo finansowych zalet, mało kto zdaje sobie sprawę z jednej przykrej wady – zawieszenie działalności gospodarczej zmniejsza zdolność kredytową. Taka „odwieszona” działalność gospodarcza jest traktowana przez kredytodawców w zasadzie tak samo, jak firma założona na nowo, co przekłada się na możliwości pozyskania finansowania. Niektórzy kredytodawcy obsługują tylko firmy o odpowiednio długim stażu. Niezależnie więc, jak długo prowadziło się działalność przed jej zawieszeniem – pół roku czy 15 lat – to zawieszenie „zeruje” staż firmy. Może się więc okazać, że zawieszenie działalności gospodarczej odetnie przedsiębiorcę, na jakiś czas, od atrakcyjnych źródeł finansowania. To tym ważniejsze, że kredyt na działalność gospodarczą jest i tak relatywnie trudno dostępny.
Zawieszenie działalności gospodarczej może być także wskazówką dla kredytodawcy, mówiącą mu o sytuacji finansowej firmy. Większość przedsiębiorców decyduje się na to, gdy osiągają niesatysfakcjonujące przychody. Warto jednak zastanowić się czy zawieszenie działalności to dobry pomysł, zwłaszcza jeśli ktoś planuje w niedalekiej przyszłości złożenie wniosku o kredyt.

A jednak się kręci

Wszystkie wskaźniki wskazują na to, że koniunktura w polskiej gospodarce jest coraz gorsza. Mimo to nie grozi nam gwałtowne spowolnienie, a tempo wzrostu w tym roku nie spadnie poniżej 4 proc.

Najważniejszy dla oceny perspektyw gospodarczych naszego kraju, tzw. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej Głównego Urzędu Statystycznego (SI), uległ we wrześniu 2019 r. nieznacznemu pogorszeniu i wyniósł 100,2 (100,4 w sierpniu tego roku).
To niby niewielki regres – ale w stosunku do września 2018 r. wartości wszystkich składowych tego wskaźnika koniunktury są niższe.

Obawy o sprzedaż

Dane potwierdzają gorsze nastroje przedsiębiorców, co jest wynikiem zarówno niepewności zewnętrznej, jak i czynników ryzyka na rynku krajowym.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, prognozy i oceny zazwyczaj z niewielkim wyprzedzeniem pokazują kierunek zmian w gospodarce. Wskaźniki koniunktury od kilku miesięcy pogarszały się, a to zapowiada gorsze wyniki w poszczególnych sektorach gospodarki realnej.
Najsilniejszemu pogorszeniu uległa sytuacja w handlu detalicznym. Dotyczy to szczególnie sprzedaży sfinalizowanej w ostatnich trzech miesiącach. Bardziej ostrożne są również oczekiwania dotyczące sprzedaży w ostatnich miesiącach bieżącego roku.
Oceny dotyczące sytuacji w przetwórstwie przemysłowym i w usługach kształtują się na poziomie zbliżonym do notowanego w poprzednim miesiącu. Warto jednak zwrócić uwagę, że pogorszeniu uległa ocena bieżącego portfela zamówień (krajowego i zagranicznego). Natomiast prognozy produkcji są mniej pesymistyczne od formułowanych w sierpniu. Producenci zgłaszają co najwyżej niedobory zapasów wyrobów gotowych.
W sektorze budowlanym utrzymują się pozytywne oceny dotyczące wielkości zamówień zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym.

Trochę więcej pesymizmu

W porównaniu z ubiegłym rokiem, wśród ankietowanych przedsiębiorców widoczny jest nieco większy pesymizm. Czy mają rację? Coraz więcej argumentów przemawia za tym, że tak.
Brak wyraźnych oznak przemawiających za poprawą koniunktury wynika zarówno z czynników zagranicznych, jak i krajowych. Kluczowa dla polskiego eksportu gospodarka Niemiec wchodzi w okres recesji, co musi negatywnie wpłynąć na wartość polskiego eksportu. Widać to już dziś między innymi na przykładzie sektora samochodowego. Podobna sytuacja widoczna jest również w największych gospodarkach: Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Zadecydują zmiany po wyborach

Jeszcze przed wakacjami, w czerwcu, Bank Światowy obniżył prognozy światowego wzrostu produktu krajowego brutto o prawie 1 punkt procentowy, do 2,9 proc. W głównej mierze jest to efekt konfliktów handlowych, jak również niepewność związana z efektami Brexitu. Przypomnijmy również, że w ostatnich miesiącach sytuacja na rynkach finansowych wskazywała na możliwość wystąpienia scenariusza recesji na świecie.
Poczucie niestabilności warunków, w jakich przedsiębiorcy prowadzą działalność gospodarczą, ma również wpływ na kształtowanie się wartości wskaźników koniunktury gospodarczej w Polsce. Oprócz spraw związanych z rynkiem pracy oraz malejącą skalą zamówień, ankietowani przedsiębiorcy wskazują na rosnącą niepewność związaną z regulacjami, jakie mogą pojawić się po październikowych wyborach parlamentarnych. Także niepewność odnosząca się do skali obciążeń fiskalnych w przyszłym roku z pewnością nie sprzyja pozytywnym ocenom odnoszącym się do przyszłości. Sytuacja mogłaby ulec zmianie najwcześniej po pierwszym kwartale 2020 roku.

Nie ma o czym gadać

Nie i już! Organizacje przedsiębiorców w Polsce nie chcą nawet rozmawiać o tym, żeby składki na ZUS mogły wzrastać proporcjonalnie do wzrostu dochodów ich firm.

Przedsiębiorcy podkreślają, że spośród wszystkich postulatów, które padły podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, największe ich obawy wzbudziła zapowiedź uzależnienia wysokości składek ZUS dla przedsiębiorców, od osiąganych przez nich dochodów.
Propozycja ta brzmiała logicznie i jest dość sprawiedliwa, bo niby dlaczego, w sytuacji, gdy mamy w praktyce liniowy podatek dochodowy (98 proc. obywateli płaci go według pierwszej stawki), także składki na ZUS muszą być liniowe?
Może proporcjonalny wzrost składek na ZUS pozwoliłby na zwiększenie nakładów na opiekę medyczną, doprowadzoną do skrajnej zapaści przez rządy Prawa i Sprawiedliwości?.
Proporcjonalny ZUS oznaczałby też pożądane uszczuplenie dochodów ludzi najzamożniejszych, co dobrze służyłoby ograniczeniu nierówności społecznych i ekonomicznych w Polsce.
Organizacje przedsiębiorców biadolą jednak, że wiązałoby się to ze skokowym wzrostem obciążeń dla ogromnej części przedsiębiorców w Polsce, w tym m.in. relatywnie dobrze zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów i innych przedstawicieli tzw. klasy średniej.
Z dużą ulgą przyjęli oni zatem wyjaśnienia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz, zgodnie z którymi propozycja zmiany zasad ustalania wysokości składek na ZUS skierowana jest wyłącznie do przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody i korzystających w tej chwili z preferencji tzw. małego ZUS.

Społeczna niesprawiedliwość

Przedsiębiorcy twierdzą: „Nie ulega wątpliwości, że dla rozwiniętych,sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych, ryczałtowy ZUS jest modelem korzystnym. Znajduje to swoje, dosyć oczywiste, uzasadnienie – przedsiębiorcy sami odpowiadają za uiszczane składki, sami ponoszą ryzyko prowadzonej działalności, a także są bardziej skłonni do oszczędzania środków na własną rękę, bądź inwestowania ich.”.
Trzeba to sprostować. Ryczałtowy ZUS jest korzystny nie dla „sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych”, lecz dla majątków przedsiębiorców i ich rodzin, co nie musi mieć niczego wspólnego z efektywnością działań gospodarczych w Polsce. Przeciwnie, obniżka dochodów zmusiłaby przedsiębiorców do większej aktywności gospodarczej, co dobrze posłużyłoby rozwojowi naszego kraju. Mniej mieliby czasu na prymitywne popisywanie się swymi możliwościami finansowymi.
Organizacje przedsiębiorców dodają – cynicznie ale prawdziwie – że proporcjonalny ZUS powoduje, iż przedsiębiorcy osiągający wyższe dochody płacą składki w wysokości proporcjonalnie niższej, niż etatowi pracownicy. Święte słowa! I właśnie tę niesprawiedliwość trzeba w końcu zmienić.

Proporcjonalnie – i dla wszystkich

Stały, przymusowy ZUS niezależny od osiąganych dochodów, stanowił do tej pory szczególny problem dla dwóch grup przedsiębiorców. Pierwszą z nich są ci, którzy dopiero zaczynają prowadzić działalność gospodarczą. Perspektywa opłacania stałej składki co miesiąc, niezależnie od tego, czy uda się w danym okresie wygenerować jakikolwiek dochód, wiele osób odwiodła od otworzenia własnego biznesu, innych z kolei zmusiła do zamykania swoich działalności. Problem ten został jednak już w pełni wyeliminowany – przedsiębiorcy mogą przez 24 miesiące opłacać składki ZUS na preferencyjnych warunkach (z dużo niższą podstawą wymiaru), a przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności, w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne (opłaca się w tym czasie wyłącznie składkę zdrowotną).
W rezultacie, nowe firmy mają dwa i pół roku na osiągnięcie poziomu rozwoju, który umożliwi im opłacanie składek na ZUS w pełnej wysokości. Wydaje się, że to czas absolutnie wystarczający do tego, by stwierdzić czy dany pomysł na biznes ma w danych realiach rynkowych rację bytu.
Druga grupa firm, dla których ryczałtowy ZUS stanowi problem, to przedsięwzięcia prowadzone „dla utrzymania”, z natury generujące niewielkie dochody. W ich zakres wchodzą wszelkie drobne usługi, świadczone przez osoby prowadzące działalność gospodarczą dlatego, że nie mają innego wyboru, w ramach swoistego substytutu dla etatu, którego zostali pozbawieni. Z punktu widzenia tych ludzi, kluczowe było wprowadzenie tzw. małego ZUS-u, uzależniającego wysokość opłacanych składek od osiągniętych przychodów.
W ramach małego ZUS-u, przedsiębiorca oblicza przeciętny miesięczny przychód za rok poprzedni i mnoży go przez specjalny mnożnik ogłaszany przez prezesa ZUS, uzyskując tym samym kwotę stanowiącą podstawę wymiaru składek.
System jest skonstruowany tak, by najniższa podstawa wymiaru składek była równa preferencyjnej podstawie składek obowiązującej przez pierwsze 24 miesiące prowadzenia firmy. Skomplikowane to oraz nie chroni w pełni tych, którzy mają pecha i nie osiągali ostatnio dochodów.
Dlatego słuszna jest deklaracja rządu PiS, że modyfikacja składek w kierunku ZUS proporcjonalnego i uzależnionego od dochodu dotyczyć będzie najdrobniejszych rodzajów działalności. To jednak zdecydowanie nie wystarcza. System ubezpieczeń społecznych dla przedsiębiorców powinien w pełni stanowić model proporcjonalny, zarówno dla firm wielkich, jak i najmniejszych.

Poświęćcie głowę Gowina!

Polscy przedsiębiorcy nie chcą nawet rozmawiać o pomysłach wprowadzenia bardziej proporcjonalnego ZUS dla większych firm. „Podkreślamy – jakakolwiek dyskusja o proporcjonalnych składkach na ZUS dla wszystkich firm jest niebywale groźna” – ostrzega Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, wskazując, że dyskusja ta wiązałaby się potencjalnie z radykalnym wzrostem obciążeń polskich firm. Na to zaś nie ma i nigdy nie będzie ich zgody.
Przedsiębiorcy bardzo się więc cieszą, że obecny rząd nie planuje działań w tym kierunku. Niestety, rząd PiS, który tradycyjnie podejmuje działania antyspołeczne, wymierzone w interesy pracowników najemnych, ugiął się przed oznakami niezadowolenia wyrażanym przez reprezentantów świata biznesu – i zarzeka się, że nie planuje powszechnego wprowadzenia proporcjonalnych składek dla działalności gospodarczej.
Pozostaje nadzieja, że po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS, dramatyczna sytuacja budżetu państwa zmusi jednak władzę do zweryfikowania tych zapewnień – i spowoduje wreszcie wprowadzenie proporcjonalnego ZUS-u także dla większych przedsiębiorców. Ostatnio Jarosław Gowin zadeklarował, że jego tak zwany „obóz polityczny” nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców – i jest to zupełnie oczywiste. Stwierdził też, że kładzie za to swoją głowę polityczną na szali.
„Głowa polityczna” Jarosława Gowina jest niewiele warta – więc istnieje spora nadzieja, że rząd PiS zdecyduje się na jej poświęcenie, w zamian za sprawiedliwszy i służący dobru Polaków, system ubezpieczeń społecznych.

Ich zdaniem, naturalnie za wysoka

Projekt podniesienia płacy minimalnej do 3 tys zł brutto na koniec przyszłego roku wywołał naturalnie dezaprobatę naszych przedsiębiorców.

Płaca minimalna wzrośnie w Polsce do 3 tys. zł brutto na koniec 2020 roku i do 4 tys. zł brutto na koniec 2023 r., zapowiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości.
Przedsiębiorcy, ustami prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, wskazują, że niesie to za sobą rozliczne zagrożenia, mogące wystąpić już w 2021 r. Chodzi o sporą grupę osób, bo zatrudnionych w oparciu o minimalne wynagrodzenie za pracę jest w Polsce około 1,4 mln osób. Jak twierdzi ekspert BCC, reakcją przedsiębiorstw byłoby zmniejszenie zatrudnienia osób z niskimi kwalifikacjami, czyli wzrost bezrobocia w tej grupie osób – oraz silniejszy wzrost cen produktów i usług tych przedsiębiorstw, na pokrycie zwiększonych kosztów.
Warto zapytać, jakim cudem przedsiębiorcy, którzy już dziś narzekają na niedobór rąk do pracy, zdołają jeszcze zmniejszyć zatrudnienie? Na to pytanie pan profesor jednak nie odpowiada.
Inną konsekwencją mógłby być wzrost inflacji z obecnych blisko 3 proc. do około 9 proc. Przedsiębiorców warto jednak uspokoić. Przyszły rok to już będzie po wszystkich wyborach, więc nikt, (a zwłaszcza liderzy PiS o ile zachowają władzę) nie będzie się śpieszyć z podnoszeniem płacy minimalnej.

Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Mikroprzedsiębiorcy się zadłużają

Jednoosobowa działalność gospodarcza jest bardzo wrażliwa na konsekwencje problemów finansowych.

Krajowy Rejestr Długów opublikował niedawno dane, dotyczące zadłużenia firm prowadzonych jako jednoosobowa działalność gospodarcza. Okazuje się, że 76 proc. firm mających problem z regulowaniem zobowiązań to właśnie przedsiębiorcy prowadzący drobny biznes w tej formie. Czy to „tylko 76 proc. ” czy „aż 76 proc. ”?

Niestety, wydaje się, że to drugie. Jednoosobowe działalności gospodarcze stanowią blisko 90 proc. ogółu polskich przedsiębiorstw. Z tego punktu widzenia fakt, że stanowią one tylko 76 proc. zarejestrowanych dłużników, powinien dobrze o nich świadczyć. Niestety, rzeczywistość mikroprzedsiębiorców jest zdecydowanie mniej różowa. Jak można wyczytać z danych KRD, największa część ich zobowiązań to długi wobec sektora finansowego.

Tymczasem zaledwie co czwarte mikroprzedsiębiorstwo korzysta z kredytu bankowego. Mimo więc stosunkowo rzadkiego korzystania z zewnętrznego finansowania, mikroprzedsiębiorcy są bardzo licznie reprezentowani wśród dłużników. Znaczącym problemem są zatory płatnicze. Dla mikrofirm są one szczególnie groźne, bo mając niewielką bazę klientów, opóźnienie płatności nawet od jednego z nich może być poważnym ciosem dla płynności finansowej. Niestety, małe firmy niewiele robią, by sobie pomóc. Zatory płatnicze to zwłaszcza zmora branży budowlanej – i drobni przedsiębiorcy z tej branży nie mogą zakładać, że ich unikną. Zamiast jednak zawczasu zapewnić finansowanie, często robią to dopiero wtedy, gdy pojawią się kłopoty. Wtedy jednak każdy tydzień braku finansowania to pogłębianie problemów.

Niestety, częsta jest także kombinacja nadmiernego optymizmu i braku umiejętności prognozowania. Szczególnie uwydatnia się to w działaniu doraźnym, podejmowanym bez wcześniejszej analizy: gdy pojawia się na przykład możliwość okazyjnego zakupu towaru, przedsiębiorca od razu sięga po kredyt, nie próbując nawet kalkulować ryzyka. Zbyt często kończy się to zamrożeniem środków w niesprzedanych zapasach i kredytem do spłacenia. Podobnie, o finansowanie często starają się nowo założone firmy, nie mogące pochwalić się ani stabilnymi przychodami, ani nawet odpowiednią bazą klientów.

Zaciąganie zobowiązań w ich przypadku to proszenie się o kłopoty. Pojawiają się także zobowiązania nieodpowiednie do skali działalności, na przykład leasing drogiego samochodu, gdy firma generuje już stabilne, ale wciąż niskie zyski. Niefrasobliwość objawia się także w podejściu do umów. Ze święcą szukać mikroprzedsiębiorcy, który przed zawarciem dużej umowy skonsultuje ją z prawnikiem. Ba – regularnie zdarza się, że nawet sam dokładnie jej nie przeczyta.

Obserwujemy także niemałą grupę przedsiębiorców, którzy składają – dosłownie – dziesiątki wniosków o kredyt, w różnych instytucjach. Świadczy to zwykle o desperacji i próbach ratowania firmy długiem. Niestety w takiej sytuacji jest to zwykle pogłębianie spirali zadłużenia, a kredyt, zamiast być ostatnią deską ratunku, ciągnie dłużnika na dno.

Niedostatek pracowników to lipa

Coraz częściej powtarza się, że w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy. Okazuje się jednak, że to nieprawda.

Jak wynika z badania (przeprowadzonego na zlecenie Otto Work Force) pracodawcy określają problem braku pracowników jako niezbyt poważny.
Nie jest więc prawdą, że na naszym rynku pracy na wagę złota są już nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni.

Po prostu lepiej płaćcie

Nie zmienia to faktu, że przedsiębiorstwa mogą mieć pewne trudności z szybkim znalezieniem pracowników.
Polski pracodawca idzie poniekąd z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków.
Siatka płac w wielu firmach jest jednak mało elastyczna, więc za te kompetencje trudno uzyskać odpowiednie wynagrodzenie, co jest mało zachęcające dla potencjalnych pracowników. Pod względem płacowym nasi pracodawcy jakoś nie chc iść z duchem czasu.
Zatrudniający ponoć prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy, a pracownicy mogą liczyć na rozmaite benefity.
Szkoda, że pracodawcom jakoś nie przychodzi do głowy, że najlepszym benefitem byłaby po prostu wyższa pensja, zachęcająca do pozostania w firmie.

Problem niewielkiej wagi

W skali od 1 („nie mamy problemów”) do 5 („mamy bardzo duże problemy”) pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników zaledwie na 3,16.
Waga tego problemu jest zatem niewielka, jedynie dostateczna – a nie duża czy bardzo duża.
Może przyszedłby więc już czas, by zerwać z opowiadaniem bajek o niedostatku pracowników, inicjowanym przez pracodawców, którzy chcą płacić ludziom możliwie jak najmniej.
Duże przedsiębiorstwa wyceniły wagę problemu braku pracowników na 3,13. Jeszcze niżej wyceniają go przedsiębiorstwa średnie (3,03) oraz małe (zaledwie 2,69). Pytanie więc, kto zawyża tę średnią do 3,16, skoro firmy duże, średnie i małe niżej oceniają wagę problemu braku pracowników?. Raport z wspomnianego badania niestety nie daje na to odpowiedzi.

Ludzi trzeba szkolić

Jeśli pracodawcy w ogóle narzekają na niedostatek rąk do pracy, to przeszkadza im niedopasowanie poziomu kompetencji zatrudnionych do potrzeb przedsiębiorstwa.
Pracodawcom warto podpowiedzieć, że jest to problem stary jak świat i występujący wszędzie. Znanym i sprawdzonym lekarstwem są tu szkolenia, organizowane przez pracodawców.
Przedsiębiorcy narzekają też jednak, że ich podwładni mają problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi.
Widocznie nie potrafią znaleźć bodźców, które orientowałyby zatrudnionych na ów „cel biznesowy” oraz zachęcały do rozwijania kompetencji wielokulturowych i zachęcały do działania w wielokulturowym środowisku.
Z drugiej strony, polscy pracownicy nie są zwykle wzorem wybitnych kompetencji i rzeczywiście może brakować im umiejętności wspólnego rozwiązywania problemów, pracy w grupie, znajomości języków i technik cyfrowych.
Problemem, który trudno od razu rozwiązać przez podnoszenie płac, mogą być też niedostatki w zakresie kompetencji analitycznych.
Tymczasem zaś, praca z najnowszymi technologiami oraz dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej nowoczesnej profesji.

Hydraulicy wyjechali

Dziś w Polsce sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę. Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny.
Jednocześnie, wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta w Polsce popyt na pracowników fizycznych. Przedsiębiorcom coraz trudniej jest też znaleźć podwładnych mających zaawansowane umiejętności cyfrowe: programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach informatycznych.
Ze względu na otwarcie granic i znacznie lepsze zarobki u naszych zachodnich i północnych sąsiadów, zatrudniający narzekają także na niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych, w szczególności hydraulików (prawie wszyscy wyjechali do Francji?) oraz elektryków i montażystów.

Gdzie ci przyzwyczajeni?

Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy konkretnie najczęściej poszukują przedstawicieli następujących profesji: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.
Przedsiębiorcy starają się znaleźć różne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują zatrudnionym dodatkowe programy rozwojowe i ścieżki kariery, przeprowadzają (wedle tego co sami mówią) rozmaite szkolenia , a także proponują dodatkowe benefity.
„Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej. Multisport i opieka medyczna to już standard” – stwierdza raport z badania Otto Work Force.
Nietrudno zauważyć, że powszechne odczucia są zupełnie inne i konia z rzędem temu, kto w Polsce znajdzie rzesze pracowników przyzwyczajonych do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej, traktujących to jako standard. Widocznie, mimo, że jest to jeden kraj, są w nim różne światy i różne sposoby oglądu rzeczywistości.
Warto zauważyć, że zaledwie połowa polskich firm (49 proc. ) deklaruje, że oferuje pracownikom karty sportowe i dodatkową opiekę medyczną. Nie wiadomo też, na jakich warunkach. Jeszcze mniej (46 proc. ) proponuje wprowadzanie dodatkowych ubezpieczeń grupowych. Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który powinien uświadomić sobie, że nadchodzi czas, gdy będzie musiał zabiegać o personel z określonymi kompetencjami.
Wysokie zarobki i cykliczne premie z pewnością mogą okazać się najlepszym sposobem, by zachęcać do zatrudnienia w danej firmie.

System do uproszczenia

Setki stawek, sprzeczne przepisy, rozmaite interpretacje. Polskie podatki to dżungla, przez którą niezwykle trudno przebrnąć.

Czasami warto spojrzeć na różne rodzaje ludzkiej działalności z podatkowego punktu widzenia. Na przykład na wesołe miasteczka – co ma pewne uzasadnienie, bo polski system podatkowy wygląda trochę tak jak by go przygotowywała osoba kręcąca się w kółko na karuzeli lub tracąca zmysły w diabelskim młynie.
Mało kto jest świadomy tego, że niemal każdy, kto w wesołym miasteczku prowadzi usługi rozrywkowe jest opodatkowany inną stawką podatkową. Z bliżej nieznanych we współczesnej gospodarce przyczyn, osoba prowadząca karuzelę, płaci inną stawkę podatkową, niż posiadacz zjeżdżalni typu Gigant.
Inny podatek zapłaci jednak właściciel zjeżdżalni przewoźnej. Pałac strachów i labirynt są zaś opodatkowane inną stawką niż ściana emocji. Należałoby także zapytać, dlaczego stawka opodatkowania pałacu strachu jest o 27 razy wyższa, niż w przypadku gabinetu luster.
Lista absurdów podatkowych oczywiście na tym się nie kończy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Rekordy w ilości przepisów

Polski system podatkowy uchodzi za skomplikowany, a przepisy za nieuzasadnione, zagmatwane i obszerne. Prawo jest także niestabilne. W ostatnich latach powstała w naszym kraju rekordowa liczba stron nowych przepisów prawnych.
Od lat też Polska notuje niskie pozycje w rankingach prostoty prowadzenia działalności gospodarczej, m.in. Doing Business czy Paying Taxes. Czas potrzebny na opłacenie podatków w naszym kraju nie ulega skróceniu.
Problem jest coraz bardziej dotkliwy. Nie tylko dlatego, że pozycja Polski w międzynarodowych rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej spada, ale i dlatego, że prowadzenie firmy jest rozpowszechnioną formą aktywności gospodarczej w naszym kraju, więc nielogiczności systemu podatkowego sprawiają kłopoty dużej grupie ludzi.
– Opodatkowanie przedsiębiorców w Polsce jest nieefektywne. Rozwiązania fiskalne przewidziane dla działalności gospodarczej są mnogie, niespójne, nieefektywne i blokują rozwój przedsiębiorczości – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.
– Widzimy, że brakuje woli politycznej do odważnych zmian. W związku z tym ZPP chce zaproponować zmianę, która nie jest rewolucyjna. Jest natomiast prosta i szybka do wdrożenia. Niewielkim nakładem ustawodawczym, uprościmy zasady prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a w konsekwencji, poprawimy pozycję Polski w rankingach swobody prowadzenia firm – mówi Piotr Palutkiewicz, ekspert Związku.

Mniej stawek w karcie

Obszarem w którym ZPP postuluje zmiany są między innymi zapisy dotyczące Karty Podatkowej.
– Popularność Karty Podatkowej spada. Jest to konsekwencja, zmieniającego się charakteru współczesnej gospodarki, spadającej popularności zawodów rzemieślniczych, jak i skomplikowania przepisów dotyczących Karty. Dodatkowo ta forma podatkowa przynosi znikome wpływy budżetowe, w 2017 roku było to niespełna 69 mln zł – zauważa Piotr Palutkiewicz.
ZPP uważa, że stawki podatkowe ujęte w Karcie Podatkowej są „absurdalne i mnogie”.
Tabela ze stawkami podatkowymi dla przedsiębiorców rozliczających się wg zapisów Karty Podatkowej liczy 35 stron, a stawki w obrębie jednego zawodu często różnią się o kilkanaście złotych.
– Dla trzech pierwszych zawodów w tej tabeli (usługi ślusarskie, usługi w zakresie wyrobu i naprawy naczyń blaszanych i usługi rusznikarskie) znajdziemy 26 różnych stawek podatkowych. Same tylko usługi ślusarskie mogą być opodatkowane 12 różnymi stawkami ryczałtu od przychodów ewidencjowanych – dodaje Palutkiewicz.
Przykładem nielogicznego skomplikowania mogą być także wspomniane na początku wesołe miasteczka i ogromne zróżnicowanie opodatkowania oferowanych tam atrakcji.
– Określenie właściwej stawki podatkowej wymaga decyzji Urzędu Skarbowego. To pochłania czas nie tylko przedsiębiorców, ale i administracji podatkowej – mówi Cezary Kaźmierczak.
ZPP proponuje uproszczenie stawek Karty Podatkowej. Chodzi o likwidację zróżnicowania stawek w zależności od liczby zatrudnionych i w zależności od wielkości miejscowości, w której prowadzona jest działalność.
Stawki miesięczne miałyby być bardziej spójne i uproszczone. Na przykład dla transportu oraz działalności usługowej i wytwórczo-usługowej miałyby wynosić 190 zł. Dla handlu detalicznego i gastronomii – 390 zł.
Wracając zaś do wspomnianych wesołych miasteczek, ZPP rekomenduje (widocznie wesołe miasteczka są sprawą ważną dla wielu członków Związku), aby karuzele były objęte stawką 9 zł od każdego miejsca, a huśtawki, kolejki, zjeżdżalnie i urządzenia zręcznościowe stawką 90 zł od każdego urządzenia.

Skomplikowane uproszczenie

Karta podatkowa jest definiowana jako „uproszczona metoda wymiaru i poboru należności podatkowych”. W rzeczywistości jednak jest ona nadzwyczaj skomplikowana – i wszelkie propozycje upraszczające wydają się godne uwagi.
Oczywiście ZPP zgłasza swe propozycje w interesie przedsiębiorców, a nie budżetu państwa. Jak zauważa Związek, „z uwagi na niskie przychody budżetowe z tytułu karty podatkowej oraz jej spadającą popularność, rekomendowane rozwiązanie nie przyczyni się do zauważalnego spadku dochodów publicznych”. Z tego stwierdzenia jasno wynika, że zauważalny spadek dochodów publicznych oczywiście nastąpi. Jednak uproszczenie przepisów podatkowych może jednocześnie zmniejszyć szarą strefę, co też nie jest bez
znaczenia.
– Możemy nic nie zmieniać, ale nie dziwmy się później, że Polska spada w rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej oraz skomplikowania przepisów prawnych i podatkowych – podsumowuje ekspert Piotr Palutkiewicz.
Inna sprawa, że akurat nikt się temu nie dziwi.

We wszystkim jesteśmy przeciętni

Rząd musi podjąć bardziej aktywne i przemyślane działania na rzecz polskiej gospodarki. Powinniśmy się wreszcie skoncentrować na kilku wybranych dziedzinach.

Polska gospodarka jest na rozdrożu. Dotychczasowymi motorami rozwoju były w uproszczeniu, niskie koszty, w tym przede wszystkim niskie koszty pracy oraz inteligencja operacyjna i motywacja polskich przedsiębiorców. Niskie koszty pracy mamy już za sobą. Pozostałe atrybuty nadal możemy uznawać za naszą przewagę konkurencyjną.
Jak zatem konkurować? Aby wygrać trzeba robić coś albo lepiej, albo inaczej, albo taniej. To samo jest w konkurencji między państwami. “Taniej” mamy już za sobą.
Czy możemy “lepiej” wątpię – 50 letnia przerwa w ciągłości rozwoju nam na to nie pozwala. Gdy Zachód akumulował kapitał, doskonalił technologie, systemy zarządzania, zdobywał know how – my doskonaliliśmy się w polowaniu na papier toaletowy w sklepach. Nie jesteśmy w stanie konkurować z Zachodem kapitałem czy technologiami – bo ich zwyczajnie nie mamy. Musimy wybrać inne dziedziny, w których realnie możemy osiągnąć przewagę.
Według mnie narzędziami naszej konkurencji powinny być:
Konkurencja prawno-instytucjonalna – należy stworzyć najlepsze na świecie instytucje otoczenia biznesu, w tym sądownictwo oraz najlepsze i najprostsze prawo gospodarcze i podatkowe na świecie. Tworzyć akty prawne, jako pierwsi na świecie, dla nowych dziedzin (np. samochody autonomiczne). Jeśli będziemy jednym z najlepszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej – zbiegną nam się przedsiębiorcy i innowatorzy z całego świata. Uwolni to też pełny potencjał inteligencji operacyjnej polskich przedsiębiorców. Jest to możliwe – wystarczy wola polityczna.
Pracownicy – w XIX wieku pracownicy sunęli ze wszystkich stron do fabryk. W XXI wieku fabryki suną tam gdzie są pracownicy. Polska powinna zastosować bardzo agresywną politykę demograficzną, żeby Polki chciały rodzić drugie i trzecie dziecko. Dążyć do standardu polskiej rodziny 2+3. To co do tej pory jest robione – chwała za to – to działalność bardzo lajtowa. Trzeba znacznie bardziej agresywnie. Jeśli chodzi o mnie jestem gotowy poprzeć wyłączanie o 18.00 światła w soboty (w ramach sprzyjania większej dzietności), jednak taka działalność może przynieść owoce za 25 lat. Teraz trzeba podjąć realne działania na rzecz ściągnięcia Polaków z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Brazylii.
Jak wykonamy punkt pierwszy i staniemy się rajem dla działalności gospodarczej na świecie – może wrócić ich nawet milion. Kolejne narzędzie to suwerenna polityka imigracyjna i przyjmowanie oraz asymilowanie imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków tj. z Wietnamu, Białorusi i Ukrainy, w ilościach potrzebnych naszej gospodarce. Celem naszej polityki demograficznej powinno być 50 milionów obywateli Polski w 2050 roku.
Potrzebujemy też bardziej aktywnej i przemyślanej polityki oraz działania rządu. Przede wszystkim na forum Unii Europejskiej. Musimy stanowczo i agresywnie przystąpić do pełnego wdrożenia unijnej dyrektywy usługowej. Polskie przedsiębiorstwa są dyskryminowane, zwłaszcza we Francji, metodami najróżniejszymi – poczynając od legalnych na nielegalnych kończąc. Zamknięcie firmy na podstawie anonimowego donosu na pół roku do wyjaśnienia to standard.
Ponad 10-letnie wysiłki Polski na forum UE nie przyniosły żadnych efektów. Trzeba zastosować retorsje wobec krajów, które z nami tak postępują – i zakomunikować im wyraźnie, że ich firmy będą mogły bez przeszkód działać w Polsce, jeśli nasze będą mogły działać u nich. Na tym poprzestanę, ale powinniśmy przestać się cackać i dawać się tak traktować. Jeśli nie zareagujemy – będzie tylko gorzej. Rząd musi zacząć działać zdecydowanie.
Pomoc publiczna dla biznesu. Nie mamy za dużo pieniędzy, to tym bardziej te które mamy powinniśmy wydawać rozsądnie. Tymczasem wydajemy je od sasa do lasa. Trudno dostrzec w tym jakąś strategię i myśl. Znaczna część tych środków trafia do… międzynarodowych koncernów!!! Zachowujemy się jakbyśmy chcieli wszystkiego naraz. Izrael, jak powstawał postawił na cztery obszary: hydrologię, optykę, przemysł zbrojeniowy i rolnictwo – i na tym skoncentrował wszystkie pieniądze i wysiłki. Dzisiaj sprzedaje 1 kg nasion pomidorów rosnących na pustyni za 100 tysięcy dolarów, a z ich optyki muszą korzystać wszystkie arabskie armie.
Musimy zrezygnować z megalomanii i gigantomanii i wybrać kilka dziedzin, w które skierujemy, to co mamy. Powinny to być raczej dziedziny nowe – nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś szanse z Niemcami np. w silnikach Diesla. Jakie to dziedziny to odrębna dyskusja, ale nie powinno być ich na pewno więcej niż pięć.
Oczywiście już słyszę ten śmiech, że się nie da, niemożliwe, na pewno się nie uda etc. etc. Przyzwyczajony jestem – całe lata 80. słyszałem, że komunizmu nie da się obalić, a na pomysł wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski, co poniektórzy tarzali się ze śmiechu po podłodze. Każdy naród ma to na co zasługuje. My też. Musimy zerwać z naszą chorobą przeciętności. We wszystkim jesteśmy przeciętni. Wszystko w naszych rękach.