Polska kolejowa afera podkładowa

Trzy ważne służby państwowe od wielu lat zajmują się sprawą jednego przekrętu przy dostawach do PKP. I zajmować się będą jeszcze długo.
W wielu krajach zdarzały się w przeszłości przekręty związane z dostawami podkładów kolejowych i nasz kraj raczej nie jest tu wyjątkiem. Niedawno prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny nałożył łącznie prawie 13,5 mln zł kary na sześciu producentów drewnianych podkładów kolejowych.
Ukarani przedsiębiorcy w przeszłości zawarli, zdaniem UOKiK, zmowę przetargową na dostawę tych produktów dla państwowej firmy PKP Polskie Linie Kolejowe. Chodziło o niemałe kwoty, bo wartość dostarczanych podkładów miała wynieść około 120 mln złotych. Miała – ale zmowa w praktyce nie doszła do skutku, gdyż szefowie PKP PLK na wieść o podejrzeniach dotyczących nieprawidłowości w przetargu, unieważnili go.
Warto dodać, że ani PKP PLK, ani tym bardziej UOKiK nie musiały się wykazywać specjalnymi talentami detektywistycznymi, aby dojść do wniosku, że z tym przetargiem na dostawy podkładów może być coś nie tak. Sprawą od dawna zajmowała się bowiem Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która już w 2014 r. poinformowała, iż w wyniku prowadzonych działań zatrzymano dziewięciu podejrzanych pod zarzutem zmowy przetargowej. Czyn zarzucany im polegał na „działaniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” w związku z ogłoszeniem przez PKP PLK przetargu na dostawę w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych.
ABW przekazała zebrane przez siebie dowody Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie, która wszczęła śledztwo i potwierdziła ustalenia ABW, uznając, że producenci drewnianych podkładów kolejowych przystępujący do przetargu nieograniczonego mieli się porozumieć w sprawie wysokości ofert – tak aby wygrała z góry ustalona firma. Polegało to na eliminowaniu konkurencji oraz jednoczesnym podwyższaniu cen oferowanych produktów.
Przetargi organizowane w Polsce generalnie nie są zbyt uczciwe, ale nie wiadomo, czy sprawa tych podkładów nie jest jednak dęta. Minęło bowiem ponad sześć lat, a o jakimkolwiek wyroku sądowym głucho.
W każdym razie, pracownicy UOKiK nie mieli zbyt trudnego zadania do wykonania, bo jeśli chodzi o wspomnianą podkładową zmowę przetargową, to w praktyce powtórzyli ustalenia ABW, korzystając z zebranych już dowodów. Ciekawe, dlaczego zajęło im to aż sześć lat? Jak widać, młyny konkurencyjności i sprawiedliwości mielą u nas wyjątkowo powoli.
Wreszcie jednak, po sześciu latach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił, jak konkretnie miała wyglądać zmowa. Otóż, wedle materiałów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wzięły w niej udział następujące firmy: Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów wraz ze spółkami zależnymi – Trade-Port i Nasycalnią Podkładów w Czeremsze, a także ThyssenKrupp GFT Polska, Track Tec oraz Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim.
Wszystkie te przedsiębiorstwa uczestniczyły we wspomnianym przetargu organizowanym przez PKP PLK na dostawy w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych. Byli to jedyni w Polsce przedsiębiorcy, którzy mogli dostarczyć ten nieskomplikowany produkt zamawiającemu. Przetarg podzielony był na dwa zadania, na których rozstrzygnięcia usiłowali wpłynąć uczestnicy zmowy.
Nieuczciwi przedsiębiorcy jakoby ustalili, że firmy ThyssenKrupp i Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów utworzą konsorcjum i razem z Track Tec złożą oferty na obydwa zadania. Pozostali przedsiębiorcy mieli nie brać udziału w przetargu, ponieważ udział większej liczby oferentów oznaczałby konieczność rywalizacji w aukcji elektronicznej. Pierwsze zadanie wygrać miał Track Tec, a drugie konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Łączna liczba podkładów dostarczanych w obu tych zadaniach miała zostać podzielona w stosunku: 45 proc. dla Track Tec i 55 proc. dla konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Ponadto ceny podkładów w składanych ofertach miały wzrosnąć w stosunku do cen z 2013 r. o 3 proc. dla dostaw w roku 2014 i o 5 proc. w 2015 r.
Podmioty, które nie wystartowały w przetargu miały uczestniczyć w realizacji zamówienia. W ramach zadania drugiego faktyczne dostawy miały być wykonywane w równych częściach przez Nasycalnię w Koźminie i Nasycalnię w Czeremsze. Dostawy wyposażenia i dodatkowych akcesoriów do podkładów (głównie śrub i nakrętek) dla obu zadań miały być realizowane przy udziale Trade-Port.
Ustalenia były dokonywane w latach 2013-2014 w trakcie spotkań w hotelach i restauracjach w Katowicach, Krakowie i Warszawie oraz rozmów telefonicznych. Inicjatorami zmowy byli Track Tec i KZN Bieżanów. Początkowo porozumienie dotyczyło tylko tych podmiotów, potem nakłonili oni do udziału innych przedsiębiorców. – W materiałach zebranych w czasie naszego postępowania doskonale widać mechanizm niedozwolonego porozumienia. Przedsiębiorcy uzgodnili pomiędzy sobą, którzy z nich wezmą udział w poszczególnych zadaniach w ramach przetargu oraz kto jaką kwotę zaproponuje. Ustalono zatem w ramach porozumienia nie tylko warunki finansowe dostaw, ale także podział prac – bowiem podmioty niewyłonione w przetargu miały następnie realizować projekt razem z tymi, którym przypadło zamówienie. W zmowie wzięli udział wszyscy przedsiębiorcy, którzy byli wówczas w stanie złożyć ofertę, co oznacza, że zamawiający nie miał możliwości uczciwego wyboru wykonawcy – uważa prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Jak widać, mówiąc o „materiałach zebranych w czasie naszego postępowania” szef UOKiK nie zechciał zauważyć, że jego urząd miał sprawę podkładów podaną na widelcu przez ABW i Prokuraturę Apelacyjną.
Celem wspomnianej zmowy było uniknięcie rywalizacji o zamówienie oraz zapewnienie wyższej ceny za realizację zamówienia. Plan ten jak wiemy się nie powiódł bo firma PKP PLK unieważniła przetarg gdy doszły do niej słuchy o podejrzeniu zmowy.
Prezes Tomasz Chróstny wymierzył następujące kary uczestnikom zmowy przetargowej: Track Tec z Warszawy – 7 579 902,27 zł, Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów – 2 948 654,16 zł, Nasycalnia Podkładów w Czeremsze – 1 543 545,62 zł, Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim – 1 312 465,85 zł, ThyssenKrupp GFT Polska – 83 269,76 zł, Trade-Port z Katowic – tylko 4 484,25 zł.
Decyzja nie jest prawomocna, przysługuje od niej odwołanie do sądu – które z pewnością nastąpi, bo ukarani przedsiębiorcy zapewniają, iż nie można mówić o żadnej zmowie mającej naruszać warunki konkurencji. Nie wiadomo zatem, jakim wynikiem i za ile lat w rzeczywistości zakończy się ta sprawa.

Przyszłość energetyki odnawialnej

Najlepsze perspektywy rozwoju mają przed sobą instalacje fotowoltaiczne.
Od wprowadzenia w Polsce w 2015 roku regulacji korzystnych dla odnawialnych źródeł energii, widać́ z roku na rok wzrost liczby i mocy tych instalacji w naszym systemie elektroenergetycznym. Dominującą rolę pełni tu fotowoltaika. Pojawiają się nawet prognozy, że na koniec bieżącego roku Polska zajmie piąte miejsce w Europie pod względem przyrostu nowych mocy w panelach fotowoltaicznych.
Natomiast Instytut Energetyki Odnawialnej w raporcie pt. „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019” wskazuje, że udział największej grupy odbiorców instalacji fotowoltaicznych w Polsce jaką stanowią klienci indywidualni (gospodarstwa domowe), będzie spadał z ponad 50 proc. w 2019 roku do niecałych 45 proc. w 2030 r. na korzyść́ prosumentów biznesowych, których udział w 2030 r. wzrośnie do prawie 30 proc. Taka dynamika jasno oznacza też zapotrzebowanie na finansowanie tego typu instalacji.
Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że energia słoneczna uplasowała się dopiero na 6. miejscu pod względem produkcji odnawialnej energii elektrycznej w Polsce w 2019 r. (2,8 proc. udział w rynku). Jednak ten segment OZE w opinii ekspertów ma największe perspektywy rozwoju w najbliższych latach.
-Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa niejednokrotnie pokazały, że są motorem polskiej gospodarki, dlatego że twardo stąpają po ziemi i kierują się czystym pragmatyzmem. Nasze tegoroczne badanie pokazuje, że tak samo podchodzą do ekologii – powiedział Wojciech Przybył, członek zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego, autora badania pt „Zielona energia w MŚP pod lupą”.
Świadomość znaczenia źródeł odnawialnej energii wśród małych i średnich polskich przedsiębiorców jest bardzo wysoka. Wskazują przede wszystkim na fotowoltaikę, energię wodną i wiatrową. Biomasa i biogaz wymieniane były najrzadziej, bo ten rodzaj „zielonej energii”, choć kolorystycznie rzeczywiście najbliżej zbliżony do zielonego, trudno uznać za ekologiczny, że względu na jego szkodliwość dla stanu powietrza.
Tyle teoria, ale w praktyce zdecydowana większość polskich MŚP (95 proc.) nie korzysta z energii odnawialnej. Natomiast te firmy, które już decydują się na odnawialne źródła energii, wybierają głównie fotowoltaikę (4 proc.). Nieco lepiej zapowiada się przyszłość. 1 na 9 małych i średnich firm planuje korzystanie z OZE, zdecydowana większość w panele fotowoltaiczne.
W przypadku większych przedsiębiorstw ten kierunek jest zdecydowanie popularniejszy. Aż 30 proc. średnich firm w Polsce zamierza zainwestować w energię słoneczną, 5 proc. w wiatrową, a kolejne 5 proc. w pompy ciepła. Pamiętajmy jednak, że są to jeszcze tylko nie do końca konkretne plany.

Gospodarka 48 godzin

Ekopraktyka i teoria
Ekologiczna świadomość polskich przedsiębiorców jest na wysokim poziomie – niemal wszyscy (93 proc.) twierdzą, że ich branża ma wpływ na środowisko. Natomiast w praktyce tylko niespełna co drugi przedstawiciel sektora małych i średnich przedsiębiorstw deklaruje, że jego firma dba o klimat. Ponadto, firmy robią to z reguły tylko wtedy kiedy kiedy to się opłaca, oczekuje tego klient lub przepisy – i zajmują się dbaniem o środowisko o ile muszą i na najniższym wymaganym poziomie. Dlatego prawie wszystkie firmy segregują śmieci (99 proc.) i utylizują odpady (97 proc.). Działania, które nie są obowiązkowe, podejmowane są natomiast kilkakrotnie rzadziej. Tylko co czwarte małe i średnie przedsiębiorstwo współpracuje z firmami, które dbają o ekologię, co piąte prowadzi działania związane z lokalną społecznością lub eliminuje plastik z opakowań. Takie wyniki przynosi raport EFL „Zielona energia w MŚP pod lupą”. W praktyce, do zielonych inwestycji z rezerwą podchodzi aż 83 proc. firm. Najliczniejsza jest grupa przedsiębiorców – ekosceptyków, którzy dbają o środowisko, bo muszą. Stanowi ona 38 proc. mikro, małych i średnich firm. Na drugim końcu są przedsiębiorcy ekoodpowiedzialni, czyli realizujący proekologiczne zamierzenia z przekonania, że warto to robić – i robią zwykle więcej niż muszą. Takich przedsiębiorców jest dwukrotnie mniej niż ekosceptyków – 17 proc. Co czwarta mała i średnia firma w Polsce jest ekoodporna – nie troszczy się o klimat w ogóle. Zdecydowana większość polskich przedsiębiorstw w ogóle nie korzysta z energii odnawialnej. Przed takimi ekoinwestycjami powstrzymują ich przede wszystkim wysokie koszty oraz długi okres zwrotu. Także pojazdy wykorzystywane w działalności małych i średnich przedsiębiorstw nie przyczyniają się do poprawy klimatu. We flotach firmowych królują pojazdy spalinowe. Hybrydy to tylko 1 proc. aut, a napędy elektryczne nie występują niemal wcale. Podobnie jak z odnawialnymi źródłami elektrycznymi, zakup auta elektrycznego wiąże się ze zbyt wysokim kosztem, do tego ma mały zasięg, a sieć stacji ładowania w Polsce jest jeszcze mocno dziurawa. Taki właśnie jest dotychczasowy, bardzo żałosny bilans programu elektromobilności, szumnie zapowiadanego przez premiera Mateusza Morawieckiego.

Zatrudnieni nie pracujący
W drugim kwartale bieżącego roku 684 tys. osób w Polsce było formalnie zatrudnionych, ale w rzeczywistości nie pracowali bo ich zakład był zamknięty (najczęściej z powodu pandemii) – podaje Główny Urząd Statystyczny. Dzięki temu stopa bezrobocia w naszym kraju pozostaje niska, bo tych osób nie można zaliczyć do grona bezrobotnych. Rok wcześniej, w drugim kwartale 2019 r., takich osób formalnie zatrudnionych, a w praktyce niepracujących z powodu zamknięcia firmy, było tylko 7 tysięcy. Bezrobocie mamy więc niskie, ale za to dużą grupę osób zawodowo biernych. Ponadto wiele osób nie pracuje, bo jest na zwolnieniach lekarskich. W drugim kwartale tego roku grupa Polaków na zwolnieniach zwiększyła się o 84 tysiące w porównaniu z tym samym kwartałem 2019 r. – z 265 tys. do 349 tys. Tylko część z nich chorowała z powodu pandemii bo zakażeń koronawirusem w drugim kwartale było 32 tys.

W gospodarce potrzeba konkurencji

Przedsiębiorcy zamiast prowadzić uczciwą rywalizację, często ustalają, że nie będą konkurowali – i dzielą miedzy siebie terytorium, towary lub grupy klientów.
Umowy ograniczające konkurencję – co jest sprzeczne z prawem – mają w Polsce miejsce na każdym polu. Tym razem zaistniały na polu w sensie niemal dosłownym, bo porozumienia ograniczające konkurencję zawarli dwaj znaczący producenci pasz dla zwierząt hodowlanych: Polmass i Ekoplon.Podzielili miedzy sobą rynek, ograniczając odbiorcom swobodny wybór produktów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny nałożył na nich za to przewinienie kary finansowe w łącznej wysokości ponad 17 mln zł.
Podział rynku to jedna z najważniejszych praktyk ograniczających konkurencję. Oznacza on, że przedsiębiorcy zamiast prowadzić uczciwą rywalizację ustalają, że na danym obszarze nie będą konkurowali – i dzielą miedzy siebie terytorium, towary lub grupy klientów. W efekcie ich potencjalni kontrahenci tracą możliwość kupna produktów od wybranych sprzedawców. Tak było właśnie w przypadku producentów pasz dla zwierząt – firm Polmass i Ekoplon.
Z ustaleń UOKiK wynika, że przedsiębiorcy zawarli porozumienia dzielące polski rynek, w myśl których nie sprzedawali swoich produktów do klientów drugiego uczestnika zmowy, nawet jeśli potencjalny kontrahent sam się do nich zgłosił.
Porozumienia dotyczyły dwóch grup produktów paszowych stosowanych przy hodowli bydła – preparatów mlekozastępczych oraz mieszanek mineralno-witaminowych – i trwały w latach 2008-2016. Jak widać, trzeba było czterech lat, aby UOKiK zdołał zakończyć swoje dochodzenie.

-Zmowa pomiędzy Polmassem i Ekoplonem spowodowała, że hodowcy bydła czy sprzedawcy pasz nie mieli możliwości swobodnego wyboru produktów. Jeżeli byli wcześniej klientami jednej firmy, nie mogli kupić wyrobów drugiej. W efekcie doszło do zawężenia oferty rynkowej dla rolników i hodowców bydła oraz sprzedawców pasz – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd zdobył wiele dowodów na nieuczciwy podział rynku podczas przeszukania w siedzibach obu przedsiębiorstw. Z zebranych materiałów wynika, że ustalenia były dokonywane przede wszystkim pocztą elektroniczną. Przykładem jest wiadomość jednego z pracowników Polmassu, który potwierdza, że przedsiębiorcy uzgodnili, iż nie będą podejmowali współpracy, jeśli zgłosi się do nich kontrahent drugiego uczestnika zmowy. Oto jej treść: „Przy okazji nadmienię że pomimo chęci podjęcia współpracy przez niektóre wyżej wymienione firmy, nie złożyłem oferty i nie nawiązałem współpracy bo obligowały mnie zobowiązania partnerskie z Ekoplonem. W wyżej opisanej sytuacji bardzo proszę o zajęcie stanowiska przez firmę Ekoplon”.
Zasady współpracy i wspomnianych „zobowiązań partnerskich” obu przedsiębiorstw ustalany był również podczas regularnych spotkań, zarówno kierownictwa, jak i pracowników zmawiających się firm. Przedsiębiorcy wymienili się również listą klientów – była to dla nich informacja z kim nie zawierać umów.

-Porozumienie trwało wiele lat, przyniosło straty hodowcom i sprzedawcom pasz dla zwierząt. Stąd w decyzji nałożyłem wysokie kary dla przedsiębiorców – dodaje prezes Tomasz Chróstny.
Sankcje pieniężne dla obu przedsiębiorców wyniosły dokładnie: 12 445 185 zł dla Ekoplonu i 4 704 596 zł dla Polmassu. Obie kary są nieprawomocne, przedsiębiorstwa niemal na pewno odwołają się od nich do sądu. Ostateczny finał jest więc na razie niepewny.
To jeszcze nie koniec działań w tej sprawie. Jednocześnie trwa kolejne postępowanie, w którym UOKiK podejrzewa inny podział rynku przez Polmass – w tym przypadku dokonany razem ze spółką Agro-Netzwerk Polska.
UOKiK przy okazji informuje, że skruszeni przedsiębiorcy mogą uniknąć mocnego uderzenia po kieszeni za zmowę, dzięki programowi łagodzenia kar. Daje on przedsiębiorcy, a także menadżerom uczestniczącym w nielegalnym porozumieniu, szansę zyskania statusu nieco zbliżonego do świadka koronnego.
Z programu można skorzystać pod warunkiem współpracy z UOKiK – doniesienia na innych uczestników zmowy oraz dostarczenia dowodów lub informacji dotyczących niedozwolonego porozumienia. A niezależnie od kar wymierzonych przez UOKiK, każdy kto poniósł szkodę wskutek naruszenia prawa konkurencji może złożyć do sądu cywilnego pozew przeciwko wszelkim podmiotom, które złamały te przepisy.

Eksportuj albo giń?

Obecny kryzys dla myślących przedsiębiorców może stać się szansą na opłacalny rozwój handlu zagranicznego.
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że rozwój eksportu to kosztowne przedsięwzięcie. Szczególnie dziś sytuacja nie jest łatwa dla żadnego przedsiębiorcy. Kryzys spowodowany pandemią COVID-19 dotknął większość branż w Polsce.
Powolne odmrażanie gospodarki pozwala na ponowne rozpoczęcie sprzedaży i odrabianie strat, jednak prawie trzymiesięczny przestój w handlu oraz zamknięcie galerii i sklepów poza tymi pierwszej potrzeby, spowodowały problemy w wielu przedsiębiorstwach, szczególnie z płynnością finansową.
Aby odbić się od panującego teraz kryzysu, firmy będą musiały wykazać się innowacyjnością i elastycznością w osiągnięciu sprzedaży, która nadrobią ich straty. Eksport jest szansą na maksymalizację marży i zwiększenie dochodów. Właśnie teraz jest najlepszy czas na inwestycje w handel zagraniczny.
To, co dla jednych może być przeszkodą, dla innych może stać się okazją do rozwoju i osiągnięcia nowych korzyści. Łańcuchy dostaw, które do tej pory były stabilne od lat, z powodu pandemii zaczną teraz ulegać zmianie. Zagraniczni przedsiębiorcy będą szukać bezpiecznych dostawców i dywersyfikować kanały tak, aby nie być zależnym od jednego rynku. Jest to szansa dla polskich eksporterów, ale też i tych przedsiębiorców, którzy jeszcze nigdy nie eksportowali, na zawarcie kontraktów z kontrahentami szukającymi alternatywy dla towarów z Chin. Twarde ramy dotychczasowej wymiany handlowej ulegają teraz znaczącym zmianom.
Eksport może wspomóc firmę w okresie kryzysu. Natomiast program POPW 1.2 (Program Operacyjny Polska Wschodnia 2014-2020 – działanie 1.2 Internacjonalizacja MŚP) jest okazją do pozyskania dodatkowych środków na sfinansowanie takiego przedsięwzięcia.
Środki z dotacji można przeznaczyć m.in. na udział w targach i misjach gospodarczych, pozyskanie certyfikatów niezbędnych na danym rynku, zakup środków trwałych i wartości niematerialnych i prawnych w postaci oprogramowania oraz usługi doradcze i marketingowe związane z wchodzeniem na rynki zagraniczne.
Projekt ten jest skierowany do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z Polski Wschodniej, tj. województw warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, lubelskiego i podkarpackiego. Wartość dofinansowania może wynieść do 800 000 PLN netto i 85 proc. kosztów kwalifikowalnych, zaś sam program nie wymaga wskaźników w postaci wzrostu eksportu, co przy niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie jest dość istotne.
W pierwszej turze naboru zaledwie 55 firm złożyło wnioski o dofinansowanie. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzić będzie jeszcze jeden nabór w 2020 r. – ostatni w perspektywie UE 2014-2020. Na kolejną można czekać aż do dwóch lat, więc warto skorzystać z tej szansy. Druga runda naboru do konkursu POPW 1.2. trwać będzie od 4 sierpnia do 7 września. Proces przygotowania, wymaganego przy ubieganiu się o dofinansowanie, jest pracochłonny – warto więc zapoznać się z nim już dziś.
Warto też zapoznać się z ofertą pomocy w Urzędach Marszałkowskich poszczególnych województw, które również dysponują środkami publicznymi wspierającymi eksporterów.

Nadciąga fala bezrobocia

Polacy boją się straty pracy bardziej niż koronawirusa. Wiedzą, że urzędy pracy nie pomogą im w jej znalezieniu.

Tak jak fale tsunami poprzedzone są wstrząsami na dnie morza, tak epidemia COVID19 oraz restrykcje nałożone przez rząd na działalność gospodarczą spowodują dramatyczne zmiany na rynku pracy. Obecnie obserwujemy względny spokój, ale tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednimi narzędziami.
Statystyki bezrobocia (Głównego Urzędu Statystycznego, Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) nie są w stanie pokazać ani prędkości z jaką porusza się fala, ani jej wysokości. Tymczasem tsunami już ruszyło i porusza się z olbrzymią prędkością.
Ograniczenia w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i poruszania się oraz obawy związane z rozwojem pandemii odwróciły pozytywny trend na rynku pracy obserwowany przez ostatnie lata. Obecnie wchodzimy w okres, w którym przedsiębiorstwa szukają oszczędności poprzez obniżanie poziomu wynagrodzeń i wymiaru czasu pracy zatrudnionych oraz, w ostateczności, poprzez zwolnienia pracowników, zarówno indywidualne, jak i grupowe. Wpływa to na wzrost bezrobocia – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Choć obecnie znaczna ilość zatrudnionych nie pracuje lub pracuje w zmniejszonym wymiarze, a Urzędy Pracy zasypywane są wnioskami o rejestrację na liście bezrobotnych, to według opublikowanych przez MRPiPS danych z 6 maja 2020 wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego zachowuje się dość stabilnie: 5,7 proc. w końcu kwietnia br. (w marcu 5,4 proc. wg. GUS).
Po raz pierwszy od dłuższego czasu stopa bezrobocia przewyższa jego poziom w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 r. 5,4 proc.). Jednak dane te nie odzwierciedlają w pełni sytuacji na rynku pracy.
Załamanie w zatrudnieniu nie jest widoczne w statystykach bezrobocia. Część osób, które straciły pracę, pojawi się w statystykach urzędów pracy dopiero, gdy minie im okres wypowiedzenia zawarty w ramach umów o pracę (jeden lub trzy miesiące). Do pełnego obrazu stanu rynku pracy brakuje więc informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Podjęte decyzje o zwolnieniach zaczną być w większym stopniu widoczne w rejestrach bezrobotnych dopiero w czerwcu i kolejnych miesiącach, co będzie przypominać długą falę niszczycielskiego tsunami.
Istnieje też grupa osób, które z różnych względów nie zdecydują się na rejestrację w urzędach pracy i będą próbować samodzielnie znaleźć pracę. Tym bardziej, że kwota zasiłku dla bezrobotnych jest niewielka (przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, a przez kolejne – 676,40 zł). W większości są to osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilno-prawnych lub samozatrudnione, a więc przyzwyczajone do polegania na sobie.
Warto dodać, że same urzędy pracy nie mają opinii instytucji pomagającej w znalezieniu pracy. Ponadto proces rejestracji bezrobotnych jest w tej chwili opóźniony – wnioski można składać online oraz drogą pocztową, co dla części osób jest problemem. Dodatkowo, wewnętrzne procedury powodują, że rejestracja nie odbywa się w momencie złożenia wniosku, a gdy we wniosku brakuje jakiejś informacji, jej uzupełnienie (drogą elektroniczną) trwa i przeciąga proces rejestracji.
Powszechnie uważa się, że skutki COVID-19 na rynku pracy nie są natychmiastowe, co nie jest prawdą. Po prostu nie widzimy ich w statystykach – zauważa TEP. W związku z tym rząd, nie mając danych, nie jest w stanie przygotować właściwej odpowiedzi na pogarszającą się sytuację na rynku pracy.
Obecna sytuacja pokazuje, że niezbędna jest zmiana w klasyfikowaniu bezrobocia. Dostępne są co prawda wskaźniki obliczane na podstawie wyników BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), jednak badanie to jest realizowane kwartalnie. Aby móc reagować właściwie na pogarszającą się sytuację na rynku pracy niezbędne jest opracowanie wskaźnika, który pokazywałby sytuacje w ujęciu niemal z dnia na dzień, bądź z opóźnieniem tygodniowym, w tym uwzględniając osoby, które już straciły pracę, ale jeszcze nie są bezrobotne.
Z jednej strony socjalne zdobyczne w zakresie prawa pracy są uznawane za element Europejskiego Modelu Społecznego i zapobiegają sytuacji widocznej w USA, gdzie osoby zwalniane, błyskawicznie ustawiają się w kolejkach po świadczenia wynoszące około 600 USD na tydzień. Efekt to 33,5 miliona zarejestrowanych bezrobotnych (stopa bezrobocia prawie 15 proc., najwyższa w historii USA).
Z drugiej strony wydaje się, że gdy utrzymanie miejsc pracy staje się dla rządu ważniejsze niż negatywne konsekwencje utrzymywania „na siłę” zatrudnienia w przedsiębiorstwach, zachodzi obawa czy będzie to rozwiązanie efektywne. Rząd nie ma narzędzi, aby ocenić skutki swoich decyzji, dlatego może odwołać się tylko do przesłanek moralnych.
W czasach kryzysu elastyczny rynek pracy, jak w USA, prowadzi do mniejszego obciążenia przedsiębiorstw, większych wahań w zatrudnieniu, ale i szybkiego wzrostu zatrudnienia, gdy kryzys się kończy. W Polsce przeważa myślenie, że należy “ratować miejsca pracy” za wszelką cenę, ale za realizację tej myśli odpowiada przedsiębiorca, czasem wspierany przez rząd, czego przykładem jest m.in. najnowsza, dyskutowana i wywołująca kontrowersje propozycja zawieszenia stosunku pracy na trzy miesiące.
Tymczasem tylko co czwarty przedsiębiorca ma płynność finansową, która pomoże mu przetrwać więcej niż trzy najbliższe miesiące (raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego). Utrata płynności spowoduje porzucenie planów rozwoju, a nawet ograniczenie skali działania (downsizing). Utrzymywanie nieproduktywnych miejsc pracy jedynie pogarsza sytuację. Niezbędna jest większa elastyczność na rynku pracy w relacjach pracownik – pracodawca.
W marcu przedsiębiorcy zwlekali jeszcze ze zwolnieniami, licząc na uchwaloną 31 marca tarczę antykryzysową. Dlatego bezrobocie w statystykach jest jeszcze umiarkowane. Natomiast rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych (w tym brak programów dla bezrobotnych) spowodują najwyżej odsunięcie w czasie fali zwolnień, poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom, którzy utrzymają stan zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali szacunków, na ile warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia. Rząd twierdzi, że dzięki tarczy udało się już ochronić 250 tys. miejsc pracy, jednakże nie jest pewne, czy nie było to jedynie odsunięcie tsunami w czasie.
W najbliższych miesiącach stopa bezrobocia może wzrosnąć do poziomu ok. 8 proc., a do końca roku wyniesie ponad 10 proc., co oznacza, że bez pracy zostanie ponad 2 mln Polaków. Paradoksalnie do wzrostu rejestrowanego bezrobocia może przyczynić się zapowiadany wzrost kwoty zasiłku dla bezrobotnych – zmobilizuje do rejestracji część osób pozostających bez pracy, a część zniechęci do szukania pracy.

Gospodarka 48 godzin

Teatr złudzeń

Polska, od czterech lat wstająca ciągle z kolan (pytanie, kiedy wreszcie się podniesie?) pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, aktywnie przygotowuje się do odgrywania roli mocarstwa kosmicznego. Termin “odgrywanie roli” jest jak najbardziej uzasadniony, bo to tylko teatr, mający uzasadnić stworzenie stanowisk dla PiS-owskich krewnych i znajomych królika, wysoko opłacanych z pieniędzy podatników. Grupa takich lukratywnych stanowisk powstanie właśnie w wyniku decyzji Ministra Obrony Narodowej z dnia15 maja 2020 r.w sprawie ustanowienia Pełnomocnika Ministra Obrony Narodowej do Spraw Przestrzeni Kosmicznej. Kosmiczne zapewne będą też zarobki takiego pełnomocnika oraz członków jego zespołu. Polska pod rządami PiS kupiła już za ciężkie pieniądze prawo do użytkowania kawałka dna oceanicznego, co oczywiście było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Teraz, logicznie, przyszła więc pora na ekspansję w przeciwnym kierunku – i podbijanie kosmosu. A ponieważ o żadnym faktycznym podbijaniu nie może być mowy, bo Polska nie ma ku temu stosownych technologii ani możliwości produkcyjnych, więc pozostaje “podbój kosmosu” poprzez tworzenie cudacznych stanowisk, na których wybrańcy będą otrzymywać jak najbardziej realne pieniądze. Ów pełnomocnik kosmiczny ma w swym zakresie obowiązków: “opracowanie strategii wykorzystania przestrzeni kosmicznej, na podstawie której przedstawia Szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego propozycje dotyczące planowania, inicjowania, przygotowania, koordynowania i nadzorowania programów, projektów i procesów realizowanych w resorcie obrony narodowej w obszarze budowy zdolności Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej”. Oznacza to, że nasza dzielna armia powiększy się o kolejny rodzaj wojsk: wojska kosmiczne. Będą to wprawdzie wojska uziemione, pozbawione jakiejkolwiek możliwości działania w kosmosie, ale nazwa brzmi dumnie, uzasadniając stosownie wysokie apanaże dla pełnomocnika oraz jego ludzi. Z polską ekspansją kosmiczną będzie zaś kłopot, bo po pierwsze, nie mamy rakiet. Wprawdzie w tzw. mrocznych czasach komuny, gdy w Polsce jeszcze funkcjonował nowoczesny przemysł, konstruowano u nas własne rakiety, produkowane pod nazwą “Meteor” (wystrzeliwane na wysokość do 90 km) To już jednak odległa przeszłość, do której nasza gospodarka nigdy nie będzie w stanie nawiązać.

Zamach większości

Przedsiębiorcy chcą, by władza konsultowała ze stronami społecznymi swoje regulacje prawne, służące walce z koronawirusem. Na razie tego jednak brakuje. “Niestety, jak do tej pory, rząd wprowadza poszczególne instrumenty kierując się głównie własnym, bardzo zbiurokratyzowanym sposobem myślenia o pomocy dla przedsiębiorców. Co gorsza, poważnym zagrożeniem dla demokratycznych procedur legislacyjnych oraz autonomii partnerów społecznych stał się zamach sprawującej władzę większości parlamentarnej, przy aprobacie rządu, w postaci wrzutki poselskiej” – stwierdzają przedstawiciele Business Centre Club.

Władza skacze na kasę Polaków

Prawo i Sprawiedliwość pod pretekstem walki z koronawirusem wprowadziło przepisy, umożliwiające zabór prywatnej własności obywateli bez wyroku sądowego i decyzji prokuratora. To sposób obecnej ekipy na zmniejszenie deficytu.

Rzecznik Praw Obywatelskich krytykuje wprowadzenie do tarczy antykryzysowej przepisów karno-skarbowych, pozwalających naczelnikom urzędów skarbowych, celnych oraz szefowi Krajowej Administracji Skarbowej na pozbawianie obywateli własności, Chodzi tu o prawo do wydawania postanowień o nieodpłatnym przekazaniu dóbr, czyli innymi słowy przepadek rzeczy zatrzymanej, mający się taraz odbywać także w postępowaniu karnym-skarbowym, zanim jeszcze w ogóle zostanie stwierdzona czyjaś wina.
“Organy skarbowe nabywają zatem prawo do orzekania przepadku własności prywatnej i to jeszcze przed prawomocnym zakończeniem postępowania” – stwierdza RPO.
Władza wprowadziła zmiany w kodeksie karnym skarbowym (chodzi o jego art. 122), które oznaczają to, że organy skarbowe mogą swobodnie decydować o przekazaniu czyjegoś mienia na rzecz podmiotów leczniczych, państwowej straży pożarnej, sił zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, wojsk obrony terytorialnej, policji, straży granicznej oraz wszelkim instytucjom państwowym i samorządowym.
Czyli, w praktyce, teraz każdy PiS-owski urząd będzie się mógł obłowić na zaborze czyjegoś prywatnego mienia.
Nowych restrykcji szczególnie boją się przedsiębiorcy, mający uzasadnione prawo by oczekiwać, że w pierwszej kolejności PiS zasadzi się na ich majątki.
Pomysł, by organ administracji podatkowej pierwszej instancji mógł pozbawić przedsiębiorcę prawa własności w taki sposób, jak zaproponowany w tarczy antykryzysowej zasługuje na krytykę. Mamy obawy, że proponowane rozwiązanie będzie nadużywane i wprost ingeruje w taki fundament społeczeństwa jakim jest własność. Ponieważ nie ogłoszono konstytucyjnych stanów nadzwyczajnych – tego rodzaju ingerencja w prawo własności prywatnej nie może mieć miejsca – podkreśla np. organizacja przedsiębiorców Business Centre Club.
Władza oczywiście nie chwali się wprowadzeniem takich przepisów, ale gdy krytyka stała się powszechna, nie może też ich ukryć. Dlatego bagatelizuje wagę wprowadzanych zmian, kuriozalnie tłumacząc, że chodzi tu jedynie o to, aby można było szybciej wykorzystać skonfiskowany, nielegalny alkohol do produkcji środków dezynfekujących.
Oczywiście chodzi o coś zupełnie innego: o zmasowany skok władzy na prywatną własność Polaków. Świadczy o tym fakt, że Minister Sprawiedliwości właśnie zmienia regulamin urzędowania wszystkich powszechnych jednostek prokuratury, tak by sprawniej można było “zabezpieczać” przejęte mienie.
Ponadto, zgodnie z nowymi dyrektywami, od 21 kwietnia śledczy otrzymali nakaz przykładania jeszcze większej wagi do pochodzenia mienia podejrzanych. Korzyść majątkowa osiągnięta z ewentualnego przestępstwa ma byc ustalana już na początkowym etapie postępowania przygotowawczego.
Wiadomo oczywiście, że nie może być zgody na ukrywanie dóbr przez przestępców. Jednak przestępcą staje się jakakolwiek osoba dopiero po prawomocnym wyroku skazującym. Do tego czasu uważa się podejrzanego za niewinnego – słusznie wskazują przedsiębiorcy.
Zgodnie z nowymi przepisami, warunkiem zajęcia majątku nie musi już być wyrok skazujący. Tak zwana konfiskata rozszerzona obejmuje także własność osób, wobec których nie toczy się żadne postępowanie karne. Wystarczy, że są one w stanie w sposób wystarczający dla urzędnika skarbowego wykazać legalnego pochodzenia swego majątku.
Zdaniem BCC, to prokuratura powinna dowieść, że ktoś został właścicielem majątku w sposób bezprawny. Tymczasem, wprowadza się system, w którym to nieskazany wyrokiem sądu obywatel musi wykazać, że nikogo nie oszukał.
Może to być więc skierowane także przeciwko uczciwym przedsiębiorcom. “Prawo rekwirowania majątków przedsiębiorców w sytuacji tak dużej uznaniowości przyjętych rozwiązań oraz niesprzyjających warunków zewnętrznych, wynikających z pandemii koronawirusa, może dodatkowo wzmagać niepewność związaną z prowadzeniem działalności gospodarczej” – wskazuje BCC.
Natomiast prezes tej organizacji Marek Goliszewski, podkreśla, że konfiskata majątku i zmierzające do niej działania stoją w sprzeczności z art. 46 Konstytucji RP. Nie może być prewencyjnego represjonowania obywateli, które jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawnym.
A PiS, jak to PiS, oczywiście ma te wszystkie słowa krytyki w głębokim poważaniu.

Gospodarka 48 godzin

Optymiści gospodarczy
Organizacja przedsiębiorców Business Centre Club zaproponowała własny program odmrażania gospodarki, stworzony w o oparciu o badania opinii przedsiębiorców oraz konsultacje z Polskim Towarzystwem Epidemiologów i Chorób Zakaźnych. Według BCC, spadku dziennej liczby zachorowań możemy się spodziewać najwcześniej w połowie maja, co pokrywa się z prognozami Ministerstwa Zdrowia. Pojawienie się trendu spadkowego należy traktować jako punkt zwrotny. Jeżeli wystąpi w połowie maja będzie to jednak scenariusz optymistyczny. Pesymistyczny, oznacza przeciągnięcie się wzrostu liczby zakażeń do czerwca. Przyjmując scenariusz optymistyczny, następujące obszary gospodarki mogłyby ruszyć, jednakże przy pewnych zastrzeżeniach: hotele – z limitami liczby miejsc, sklepy w galeriach handlowych – początkowo z limitowaniem jednoczasowej liczby klientów i personelu w pomieszczeniach, zakłady fryzjerskie – z ograniczeniem usług do podstawowych i ich limitem czasowym oraz limitem liczby klientów w tym samym czasie. Nie należy traktować tożsamo salonów fryzjerskich i kosmetycznych. W tych drugich, kontakt miedzy klientem, a pracownikiem jest bliższy i dłuższy, więc stosowane środki ostrożności powinny być większe.
I to na razie tyle. Komunikacja międzynarodowa zależy od wielu uwarunkowań związanych z sytuacją w innych krajach. Kina i teatry mogłyby zostać zaś otwarte dopiero wówczas, gdy liczba zachorowań spadłaby do poziomu poniżej 50 dziennie. Trzeba jednak brać pod uwagę, że dane epidemiologiczne mogą być obarczone błędem z powodu zbyt małej liczby wykonywanych testów – stwierdza BCC. Aż 93,6 proc. przedsiębiorców uważa, że wznowienie działalności pod warunkiem korzystania (na koszt firmy) z maseczek, rękawiczek, środków dezynfekcyjnych itp. byłoby dla nich rozwiązaniem do zaakceptowania.
Przedsiębiorcy deklarują też, że chętnie wdrożą system dobrych praktyk związanych z ochroną i higieną miejsc pracy, które zabezpieczyłyby pracowników i klientów przed ryzykiem zakażenia koronawirusem, np.: zachowanie 2 metrów odstępu między pracownikami oraz między pracownikami i klientami, stosowanie rękawiczek, wprowadzenie wahadłowego trybu pracy w biurach (część pracowników na miejscu, część na pracy zdalnej), pomiar temperatury ciała pracowników przed przystąpieniem do pracy, obowiązkowe stosowanie maseczek. „Te propozycje działań już dzisiaj sprawdziły się w spożywczych placówkach handlowych. Wobec tego ich zastosowanie w innych dziedzinach nie powinno być problemem” – wskazuje Marek Goliszewski prezes BCC. Pytanie jednak, co na to wszystko pracownicy?

Przedsiębiorcy, wracajcie do pracy!

Administracja, zamiast – co najłatwiejsze – wprowadzać kolejne blokady działalności gospodarczej, powinna wreszcie znaleźć sposoby na jej ożywianie, mimo panującej epidemii.
Rząd musi natychmiast rozbudować Tarczę Antykryzysową o spójny program powrotu do pracy. Bez tego zaprzepaścimy nie tylko pieniądze przeznaczone na pomoc dla firm i pracowników, ale też dorobek lat odbudowy Polski – uważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, który w związku z tym przedstawił program powrotów Polaków do pracy.
Recepty na ożywienie gospodarki nic bowiem nie dadzą, jeśli przedsiębiorstwa nie powrócą do pracy. Państwo nie ma żadnych własnych pieniędzy i długo nie wytrzyma odcięte od wpływów podatkowych. Podatki same się nie płacą. Podatki płacą pracujący ludzie i firmy. Firmy muszą zatem wrócić do pracy. Inaczej zbankrutujemy – niezależnie od podatków, jakie zostaną wymyślone i nałożone oraz od deklarowanych programów pomocowych dla firm i pracowników.
Z szacunków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że polska gospodarka na skutek zamknięcia może być jednym z najbardziej dotkniętych rynków świata. Każdy kolejny tydzień to cofanie się w czasie, do epoki dwucyfrowego bezrobocia, pauperyzacji znacznej części społeczeństwa i przekreślonych szans kolejnego pokolenia młodych ludzi. Wirus w końcu zostanie pokonany i znakomita większość społeczeństwa nigdy nie znajdzie się nawet w grupie podwyższonego ryzyka. Większość nauczy się je minimalizować. Recesja natomiast zostanie w pamięci społecznej po wsze czasy – jako symbol rządów obecnej formacji politycznej.
ZPIP przygotował plan powrotu gospodarki do pracy. Plan składa się z trzech części, dotyczących: 1. przywracania działalności gospodarczej, 2. działania w zakresie zapobiegania i ograniczenia pandemii oraz 3. stworzenia Rządowego Centrum Zarządzania Sytuacją Kryzysową. Jak widać, przedsiębiorcy negatywnie oceniają dotychczasowe urzędy tego typu, czyli Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, Zespół Zarządzania Kryzysowego i Centrum Zarządzania Kryzysowego.
Co do przywracania działalności gospodarczej, to puktem wyjścia jest konstatacja, że obecny kryzys gospodarczy, będący wynikiem epidemii, został spowodowany wymuszonym przez okoliczności i decyzje administracyjne zatrzymaniem działalności gospodarczej znacznej części przedsiębiorstw.
W fabrykach, centrach logistycznych, firmach usługowych i transportowych pozostał „martwy majątek” (kapitał ruchomy i nieruchomy), który był ożywiany pracą zatrudnionych tam osób. Jednocześnie została większość zobowiązań, stanowiących koszty stałe, obciążających przedsiębiorstwa i przedsiębiorców. Utrzymanie takiego stanu grozi powszechnym bankructwem nie tylko całych sektorów gospodarki narodowej, ale wręcz państwa polskiego.
Dlatego też, zważywszy na poniesione straty w realnej gospodarce, ograniczenia kapitałowe i przeciążenie sektora finansów publicznych, powinny zostać stworzone warunki do mobilizacji wszystkich posiadanych w kraju zasobów pracy i możliwie efektywnego jej wykorzystania. Jak słusznie zauważył Adam Smith, to praca jest źródłem bogactwa narodów.
Szczęśliwie mamy w kraju duże grupy dobrze wykształconych i posiadających ogromne doświadczenie zawodowe pracowników. Należą do nich zwalniani obecnie pracownicy firm, które zatrzymały lub znacząco ograniczyły swoją działalność, młodzi emeryci i renciści, studenci oraz uczniowie techników i szkół branżowych. A także Polacy, którzy wrócili do kraju ze względu na pandemię w krajach dotychczasowego pobytu i pracownicy zagraniczni, przede wszystkim z państw naszych wschodnich sąsiadów.
Wszyscy oni stanowią niebagatelne zasoby dla gospodarki narodowej, które właściwie zaangażowane mogą nie tylko pozwolić na wyjście z kryzysu, ale również przywrócić właściwy potencjał wzrostu PKB.
Należy przyjąć harmonogram powrotów do pracy, biorąc pod uwagę dalsze ryzyko rozprzestrzeniania wirusa, wprowadzone obecnie obostrzenia w Polsce, oraz punkty odniesienia w postaci planów restartu gospodarek w innych państwach – uważa ZPiP, który rekomenduje trzy obszary działań:

  1. Wyznaczenie koordynatorów wojewódzkich, którzy na terenie danego województwa lub jego części określą regionalne standardy zachowania w wariantach dużego, średniego i małego zagrożenia. Większe obostrzenia funkcjonować powinny czasowo, jedynie na obszarach o większym ryzyku epidemiologicznym. Jednocześnie, rząd powinien luzować obostrzenia centralne, zgodnie z przyjętym wcześniej harmonogramem.
  2. Przyjęcie kalendarza „restartu” gospodarki i odejścia od wprowadzonych ograniczeń. Generalnie, zdaniem ZPiP, wszelkie ograniczenia dotyczące zarówno funkcjonowania przedsiębiorstw jak i zachowania się obywateli, powinny zostać całkowicie zniesione, w terminie od jednego do najwyżej pięciu tygodni. Jedynym wyjątkiem, który może pozostać na dłuższy okres jest ograniczenie odwiedzin w szpitalach i ośrodkach opiekuńczych.
  3. Konieczność powrotu dzieci do szkół i przeszkoli. Pozostaje oczywistym, że rodzice, nie będą mogli w pełnym stopniu powrócić do pracy w momencie, gdy pod swoją opieką posiadają potomstwo. Rekomenduje się zatem działania mające na celu pełne przywrócenie działania placówek oświatowych i wychowawczych. Jednakże w okresie powrotu do szkół powinny być wdrożone obostrzenia w postaci wprowadzenia stałej zmianowości klas (nauki na dwie zmiany), wyszkolenia personelu oświatowego, uczniów oraz studentów w zakresie środków zachowania bezpieczeństwa epidemiologicznego, powszechnych testów dla uczniów i studentów oraz szybkiej izolacji osób podejrzewanych o zarażenie.
    Dla zapobiegania i ograniczenia pandemii konieczne jest usprawnienie i doposażenie służby zdrowia: wprowadzenie powszechnych testów dla obywateli, rygorystyczne standardy sanitarne kontrolowane przez Sanepid w każdym szpitalu i lecznicy, zapewnienie darmowych środków do dezynfekcji, ochrony osobiste, dalsze promocja tele-medycyny w udzielaniu świadczeń medycznych, rozbudowa izolatoriów tak aby kwarantanną nie obejmować całych rodzin, dostęp do nieograniczonych testów dla służb medycznych tak aby jak najszybciej opuszczali kwarantanny lub aby do niej nie dochodziło (opracowanie szczegółowych wytycznych dotyczących powszechnego stosowania różnych rodzajów testów przez GIS).
    Inny problem to wypracowanie standardów bezpieczeństwa epidemiologicznego w miejscu pracy. Każdy pracodawca szacując skalę oraz ryzyko zachorowania, wraz z pracownikami powinien mieć standardy bezpieczeństwa, uwzględniające zwiększenie odstępów między stanowiskami pracy, dostępność maseczek, rękawiczek, środków dezynfekcyjnych, przyłbic i ekranów ochronnych, wprowadzenie częstych przerw sanitarnych, udostępnienie środków ochrony pracownikom także poza miejscem pracy oraz w drodze do i z pracy.
    Pożądane byłoby powszechniejsze wprowadzenie rotacji załóg, tak aby różne zmiany i zespoły nie miały ze sobą fizycznego kontaktu, wprowadzanie pracy zdalnej, łatwy dostęp do infolinii i wsparcia informacyjnego dla pracodawców i pracowników.
    Zdaniem przedsiębiorców z ZpiP, każda sytuacja kryzysowa, wymaga dostosowania programów i metod zarządczych do skali zagrożenia oraz powołania jednego, zintegrowanego centrum dowodzenia. Centrum to powinno przejąć inicjatywę w planowaniu i zarządzaniu strategicznym. Powinno być również ośrodkiem decyzyjnym dla jednostek wykonawczych, będących zarówno we własnych, jak i obcych zasobach. Takie rozwiązanie funkcjonalne i organizacyjne powinno być zastosowane przez polski rząd, poprzez utworzenie Rządowego Centrum Zarządzania Sytuacją Kryzysową.
    Centrum takie, zbudowane ponad istniejącymi urzędami i instytucjami państwowymi, będące swego rodzaju sztabem przygotowującym i przekazującym zadania do realizacji całemu aparatowi administracyjnemu państwa, powinno podlegać bezpośrednio pod naczelny organ władzy wykonawczej w państwie.
    Oceniając wszystkie te zamysły, można stwierdzić: łatwo to pomyśleć, ale znacznie trudniej wykonać.