Oczywiście chcą płacić jak najmniej

Przedsiębiorcy zapowiadają, że uwzględnią wyższe koszty działania w cenach swoich produktów i usług, co odczują konsumenci.
Przedsiębiorcy nie są zadowoleni z rozwiązań podatkowych proponowanych przez rząd PiS. Doceniają oni wprawdzie, że w wyniku licznych uwag środowiska biznesowego rząd dokonał rewizji części rozwiązań zawartych w projekcie nowej ustawie podatkowej, ale uważają, że wprowadzone do projektu zmiany są zdecydowanie zbyt płytkie.
„Zwracamy ponadto uwagę na tempo, w jakim powstaje nowa regulacja – łączny tekst projektu wniesionego do Sejmu liczy sobie niemal 700 stron. Wydaje się, że powinien on zostać poddany dodatkowym, kompleksowym konsultacjom społecznym, których czas trwania powinien odpowiadać wyjątkowej obszerności proponowanego aktu” – stwierdza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
ZPP jest zwolennikiem podatków przychodowych. Przedstawione rozwiązanie w postaci minimalnego podatku CIT liczonego od przychodu uważa więc za krok w dobrym kierunku. Docelowo proponuje jednak zastąpienie w ogóle podatku CIT powszechnym podatkiem przychodowym. Docenia też chęć skuteczniejszego opodatkowania międzynarodowych korporacji (a więc i wyrównania warunków konkurencji pomiędzy nimi, a polskimi małymi firmami).
Związek popiera zwiększenie kwoty wolnej od opodatkowania oraz waloryzację drugiego progu podatkowego i rozumie, że są to zmiany, które wymagają znalezienia źródeł finansowania. Nie zgadza się jednak na to, by koszty tej reformy ponosił prawie w całości polski mały biznes – i oczywiście zapowiada, że przedsiębiorcy uwzględnią wyższe koszty działania w cenach produktów i usług, przez co ostatecznie korzyści dla tej części konsumentów, dla której przewidziano obniżkę klina podatkowego, będą niższe niż zakładane.
„Jakkolwiek obniżenie stawki składki zdrowotnej dla osób prowadzących działalność gospodarczą i rozliczających się podatkiem liniowym z 9 proc. do 4,9 proc. jest zauważalną obniżką, tak w dalszym ciągu uważamy, że wprowadzenie takiej (pełnej) proporcjonalności to rozwiązanie uderzające bezpośrednio w polski biznes, a pośrednio – we wszystkich konsumentów. Zwiększone obciążenie firm to bowiem wyższe ceny produktów i usług, a Polacy już w tej chwili mierzą się z bezprecedensową od lat drożyzną” – podkreśla ZPP.
Zdaniem przedsiębiorców, jeżeli z jakichś przyczyn rząd uznaje za konieczne wprowadzenie proporcjonalności składki zdrowotnej dla firm, to jednak powinien istnieć jakiś kwotowy „sufit” sumy przeznaczanej przez przedsiębiorców co miesiąc na NFZ.
Mimo, że formalnie danina przeznaczana do tego Funduszu jest nazywana „składką”, jej wysokość nie determinuje w żaden sposób jakości bądź częstotliwości świadczenia zwrotnego. Innymi słowy, większe wpłaty do systemu opieki zdrowotnej nie wiążą się z indywidualnym podniesieniem jakości procedur.
Mając to na względzie przedsiębiorcy uważają, że maksymalny pułap składki powinien zostać ustanowiony i powiązany np. z wysokością minimalnej pensji. Składka zdrowotna powinna wynosić w skali miesiąca nie więcej, niż np. 35 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. W ten sposób skala podwyżek obciążeń przedsiębiorców (a więc i podwyżek cen) byłaby ograniczona.
Cóż, jest to trochę demagogiczne tłumaczenie, z którego wynika, że najlepiej, aby przedsiębiorcy w ogóle nie płacili żadnych podatków, bo wtedy ceny będą bardzo niskie i wszystkim będzie się żyło lepiej.

Sukces bonu – oczywisty acz niepełny

Ponad 2 mln polskich dzieci jeszcze nie skorzystały z bonu turystycznego. To zapewne najuboższe, cyfrowo wykluczone rodziny – te, dla których płacenie bonem byłoby szczególnie ważne.
Minęły kolejne wakacje w cieniu pandemii. Wielu Polaków zdecydowało się spędzić je w kraju i zapłacić za wypoczynek polskim bonem turystycznym. Świadczenie, którym zostało objętych ponad 7 milionów dzieci, miało stanowić pomoc finansową zarówno dla rodzin z dziećmi, jak i przedsiębiorców z branży turystycznej.
Pierwszy boom na tegoroczne wyjazdy z bonem przyniosły maj i czerwiec, tuż po zniesieniu obostrzeń w branży turystycznej. Na koniec czerwca liczba aktywowanych bonów wyniosła ponad 2 miliony i ponad 640 milionów złotych zrealizowanych płatności.
Zainteresowanie bonem nie słabło przez całe wakacje i tylko w ciągu 2 miesięcy liczba aktywacji wzrosła do 3 milionów a 2,6 miliona płatności zrealizowanych za pomocą bonu przyniosło już łącznie ponad 1,7 miliarda złotych, z czego ponad miliard wpłynął tylko w okresie wakacyjnych miesięcy. Z wypoczynku z polskim bonem turystycznym skorzystało już w sumie około 5 milionów dzieci.
– Polski Bon Turystyczny okazał się ogromnym sukcesem. Liczba aktywacji i wykorzystania bonu do opłacenia wakacyjnego wypoczynku pozwoliły wielu przedsiębiorcom częściowo odrobić straty z wielu poprzednich miesięcy. Wierzę, że pobudzony przez to rozwiązanie trend na turystykę krajową będzie nadal się utrzymywał, Polacy będą aktywnie podróżować także w niższych sezonach i te wakacje będą tylko punktem wyjścia do dalszej odbudowy dla całej branży – mówi Andrzej Gut-Mostowy wiceminister rozwoju i technologii
Warto tu dodać, że ten sukces był absolutnie oczywisty i przewidywalny, bo przecież jasne jest, że nikt nie zrezygnuje z możliwości zapłacenia mniej za wakacje. Dziwić należy się raczej temu, że rodzice aż ponad dwóch milionów polskich dzieci jeszcze nie zdecydowali się na skorzystanie z bonu turystycznego. Dość trudno to sobie wytłumaczyć.
Najprawdopodobniej chodzi tu o dzieci z najuboższych, wielodzietnych rodzin, czyli te, dla których możliwość płacenia bonem byłaby najbardziej pożądana. Skorzystanie z bonu turystycznego nie jest bowiem takie całkiem proste. Aby uzyskać bon, należy zarejestrować się w portalu PUE (Platforma Usług Elektronicznych) ZUS. Po rejestracji w PUE ZUS trzeba szukać specjalnej zakładki dla osób korzystających z bonu. Tam zostanie zweryfikowane, czy bon należy się danej rodzinie. W trakcie rejestracji trzeba podać aktualne dane kontaktowe, czyli email i numer telefonu komórkowego. Dla najuboższych, wykluczonych cyfrowo rodzin, które niejednokrotnie nie mają nawet komputera, ta droga często jest zamknięta. – Interesujące jest rozłożenie w czasie wypoczynku i płatności z wykorzystaniem bonu. W odróżnieniu od poprzednich lat, kiedy wyraźnie wyższa aktywność turystyczna zauważalna była w pierwszym miesiącu wakacji, płatności realizowane z bonem turystycznym rozkładały się równomiernie na lipiec i sierpień. Przedsiębiorcy turystyczni, którzy przystąpili do programu i przyjmują płatności bonem, w pełni skorzystali więc z ruchu turystów przez cały sezon i nie odczuli w sierpniu spadku liczby gości i przychodów – podkreśla Rafał Szlachta, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. To raczej zaskakujące stwierdzenie, bo wydawałoby się, że w Polsce, podobnie jak i w Europie Zachodniej, to sierpień staje się głównym miesiącem wakacyjnym. Ciekawe, czy POT ma jakieś twarde dane, pokazujące, że w minionych latach Polacy szli na urlopy głównie w lipcu?
Możliwość wykorzystania zniżki za sprawą polskiego bonu turystycznego nie kończy się wraz z tegorocznymi wakacjami. Wciąż można korzystać z niego płacąc za rozmaite atrakcje i jednodniowe wycieczki, nawet te bez noclegu (pod warunkiem, że w pakiecie znajdują się dwie różne usługi), wypady do miast, wycieczki szkolne, obozy, zielone szkoły czy turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z niepełnosprawnościami.
Bonem można płacić do końca marca 2022 roku – także i za wyjazdy planowane po tym terminie, o ile tylko płatność zostanie zrealizowana do 31 marca przyszłego roku. Jest to zatem jakaś szansa dla rodziców wspomnianych ponad dwóch milionów polskich dzieci, którzy dotychczas jeszcze nie skorzystali z szansy niższych opłat za usługi turystyczne. Przypomnijmy: bon to 500 zł przysługujące na każde dziecko do 18. roku życia, a w przypadku niepełnosprawności 1000 zł. Można nim płacić za pobyt w hotelu, pensjonacie, gospodarstwie agroturystycznym itp. – oczywiście tylko w Polsce.

Gospodarka 48 godzin

Nie idźcie tą drogą!
Organizacja przedsiębiorców Business Centre Club apeluje do rządu Prawa i Sprawiedliwości by zrezygnował z konfrontacyjnego kursu wobec władz Unii Europejskiej, grożącego faktycznym wyjściem naszego kraju z UE. Taki scenariusz byłby według BCC, katastrofalny dla Polski – zarówno ze względów gospodarczych jak i geopolitycznych. „Konsekwencje gospodarcze są dla przedsiębiorców, w tym członków BCC, oczywiste. Apelujemy do rządzących, aby ich nie ignorowali” – stwierdzają władze tej organizacji. Ponad 88 proc. ankietowanych przez BCC pracodawców deklaruje, że ich firmy odniosły korzyści z członkostwa Polski w Unii Europejskiej. 97 proc. niepokoi retoryka polskiego rządu, dezawuującego uwagi Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości UE w stosunku do układu organizacyjnego i prawnego polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tyle samo uważa, że polski wymiar sprawiedliwości nie uległ w ostatnich latach żadnej odczuwalnej poprawie. Przedsiębiorcy radzą (93,2 proc.) rządowi odstąpienie od konfrontacji z poglądami wszystkich państw członkowskich UE (z wyjątkiem Węgier). Ich zdaniem rząd PiS powinien przyjąć kompromisową postawę wobec oczekiwań państw UE w dziedzinie praworządności (82,4 proc.). Blisko 95 proc. ocenia jako realną zapowiedź UE, że zablokuje 58 mld euro dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw z Europejskiego Funduszu Odbudowy, a 96 proc. uważa, że rząd pozbawiony funduszy europejskich będzie rekompensował ten ubytek podnoszeniem podatków. Zdaniem przedsiębiorców, korekta polityki polskiego rządu wobec Unii Europejskiej powinna być szybka i logiczna, nakierowana bezpośrednio na rozwiązanie obecnego kryzysu i zakończenie tego kosztownego gospodarczo i prestiżowo sporu.

Trudne powroty
Jak wynika z danych Eurostatu, w ubiegłym, pandemicznym roku zdalnie zazwyczaj pracowało zaledwie 8,9 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Mimo że jest to wynik poniżej średniej dla Unii Europejskiej na poziomie 12,3 proc. to i tak jest zdecydowanie wyższy od tego odnotowanego w Polsce przed pandemią (po 4,6 proc. w 2018 i 2019). W skali wszystkich aktywnych zawodowo osób w Polsce, te 8,9 proc.to niewiele, ale w przypadku pracowników biurowych i umysłowych jest to znacznie większy odsetek, a część z nich pracuje zdalnie nieprzerwanie od kilkunastu miesięcy. Tegoroczny spadek liczby zachorowań na Covid-19 skłonił część firm do podjęcia decyzji o częściowym przywróceniu pracy stacjonarnej. Rośnie zagrożenie kolejną falą pandemii, jednak pracodawcy coraz częściej stawiają na pracę hybrydową, w różnych proporcjach jeśli chodzi o biuro i dom. Pracownicy wprawdzie cenią sobie możliwość pojawiania się w siedzibie firmy, to odgórne ustalenia i limity ograniczające pracę w domu często nie spotykają się z ich entuzjazmem. Poznali oni zalety długotrwałej pracy zdalnej, znaleźli swój sposób na organizację pracy w tym formacie i część z nich niechętnie wróci do biura w wymiarze 5, 4 a nawet 3 dni w tygodniu – choćby z powodu perspektywy stania w przerażających korkach na drodze do i z pracy. Wprawdzie są osoby, które nie przepadają za pracą z domu, to jednak spora grupa pracowników umysłowych nie wyobraża sobie powrotu do zasad obowiązujących przed pandemią, a trwały powrót do biura będzie stanowić dla nich nieprzyjemne wyzwanie.

Gospodarka 48 godzin

W idealnym stanie
Wygląda na to, że Polacy użytkują samochody najbardziej niezawodne w Europie i najdoskonalsze pod względem jakości. Okazuje się bowiem, że w naszym kraju, na prawie 19 mln technicznych badań pojazdów przeprowadzonych w 2020 r. jedynie 2,5 proc. zakończyło się wynikiem negatywnym. Przypomnijmy, że chodzi o okres już po wprowadzeniu zmian, mających jakoby bezwzględnie wykrywać usterki podczas okresowych badań w stacjach kontroli pojazdów. Tymczasem w Niemczech wśród 10 mln wylosowanych badań technicznych przeprowadzonych w okresie od czerwca 2017 r. do czerwca 2018 r., aż 20 proc. pojazdów nie zostało dopuszczonych do ruchu. Podobna tendencja jest na przykład w Finlandii, gdzie w latach 2017 – 2020 przeciętnie w jednym na pięć samochodów zostały stwierdzone poważne usterki techniczne, które wykluczyły badany pojazd z ruchu drogowego. Jak widać, straszliwymi rzęchami jeżdżą ci Niemcy i Skandynawowie… Nie to, co u nas.

Nic z tego nie będzie
Propagandowy, przedwyborczy program Prawa i Sprawiedliwości, określany mianem „Polskiego Ładu” może znacznie pogorszyć sytuację wielu firm w naszym kraju. Jak wskazuje Cezary Kaźmierczak, kierujący Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców, według ich obliczeń obciążenia podatkowe małych firm i mikroprzedsiębiorców wzrosną łącznie o około 30 proc., co będzie oznaczać największą podwyżkę podatków, jakiej kiedykolwiek doświadczyli. Rzekome reformy „Polskiego Ładu” motywowane są bowiem w całości politycznie, a ich skutkiem będzie podnoszenie cen przez drobnych przedsiębiorców oraz spadek oszczędności. Przedstawiciele ZPiP uważają, że obok samorządów i tzw. klasy średniej to właśnie drobni przedsiębiorcy poniosą największą część kosztów zapowiadanej przez propagandę rządową reformy podatkowej w ramach „Polskiego Ładu”. Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, opowiadanie o tym, że na zmianach w ramach „Polskiego Ładu” skorzysta na tym 18 mln podatników, to bajki o żelaznym wilku. Eksperci tonują te obawy, zwracając uwagę, że jeszcze wciąż nic nie wiadomo, jaki w rzeczywistości kształt przybiorą zmiany podatkowe. W istocie, przedsiębiorców i innych obawiających się „Polskiego Ładu” należy pocieszyć, że to są tylko przedwyborcze bajki, które najprawdopodobniej nigdy nie przybiorą żadnego obowiązującego kształtu. Rząd PiS już wielokrotnie pokazał, że swoje obietnice traktuje w kategorii baśni, mających chwilowo prezentować obecną ekipę w lepszym świetle. Nie należy więc przykładać żadnego znaczenia do obiecanek tej ekipy.

Wątpliwa zachęta
Rząd, pragnąc zachęcić Polaków do szczepienia się przeciwko COVID-19 przyjął projekt ustawy, która dotyczy utworzenia Funduszu Kompensacyjnego Szczepień Ochronnych. Fundusz ten ma zapewnić pacjentom możliwość uzyskania świadczenia pieniężnego w sytuacji wystąpienia niepożądanych działań po podaniu szczepionki. Świadczenia kompensacyjne będą przyznawane na podstawie decyzji Rzecznika Praw Pacjenta. Chodzi zatem o zapewnienie, że ci, których zdrowie będzie zrujnowane lub osłabione w wyniku szczepienia, zostaną zabezpieczeni finansowo. Wydaje się jednak, że ta ustawa wywoła skutek odwrotny do zamierzonego. Obywatele mogą uznać, że szczepienie przeciwko Covid-19 jest bardzo niebezpieczne, skoro rząd tworzy specjalny fundusz przeznaczony na pomoc dla ofiar szczepionki.

Gospodarka 48 godzin

Handel zagraniczny rośnie
Po pięciu miesiącach 2021 r. wśród głównych partnerów handlowych Polski nie odnotowano spadku w eksporcie, a w imporcie spadek nastąpił tylko ze Stanów Zjednoczonych – wskazuje Główny Urząd Statystyczny. Obroty z najważniejsza dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 65,4 proc. polskiego eksportu i 64,3 proc. importu. Wśród tej dziesiątki pierwsze miejsce zdecydowanie zajmują Niemcy. Udział Niemiec w polskim eksporcie wyniósł 28,9 proc., a w imporcie 21,6 proc. Zarabiamy na handlu z Niemcami, bo w pierwszych pięciu miesiącach tego roku dodatnie saldo Polski wyniosło 40,4 mld PLN (10,7 mld USD, 8,9 mld EUR) wobec zaledwie 29,9 mld PLN (7,5 mld USD, 6,9 mld EUR) w analogicznym okresie ubiegłego roku. Największy obrót towarowy Polska odnotowała z krajami rozwiniętymi. W naszym handlu zagranicznym ogółem nastąpił wzrost w prawie wszystkich grupach towarowych zarówno w imporcie, jak i w eksporcie. W polskim eksporcie największy wzrost dotyczył maszyn i urządzeń transportowych (o 38,4 proc.), surowców z wyjątkiem paliw (o 37,3 proc.), różnych wyrobów przemysłowych (o 32,8 proc.), olejów, tłuszczy, wosków zwierzęcych i roślinnych (o 30,8 proc.), paliw mineralnych, smarów i materiałów pochodnych (o 20,3 proc.), chemii i produktów pokrewnych (o 19,2 proc.), żywności i zwierząt żywych (o 9,2 proc. ) oraz napojów i tytoniu (o 2,2 proc.).
Z kolei w polskim imporcie największy wzrost zanotowano w towarach przemysłowych (o 32,4 proc.), oraz także w maszynach i urządzeniach transportowych (o 31,7 proc.), surowcach z wyjątkiem paliw (o 26,7 proc.), w chemikaliach i produktach pokrewnych (o 23,2 proc.), w paliwach mineralnych, smarach i materiałach pochodnych (o 17,6 proc.), w olejach, tłuszczach, woskach zwierzęcych i roślinnych (o 11,7 proc.), w napojach i tytoniu (o 8,3 proc.) oraz w żywności i zwierzętach żywych (o 6,1 proc.). Czyli, generalnie, zarówno sprzedajemy, jak i kupujemy coraz więcej tych samych grup towarów – co jest typowe dla gospodarki rynkowej.

Myślą już o wyborach
Minister finansów Tadeusz Kościński w ramach już przedwyborczych obietnic PiS, zapowiedział, że w przyszłym roku nastąpi podwyżka kwoty wolnej od podatku do poziomu 30 tys. złotych. Wedle jego wyliczeń, zyska na tym aż 18 mln podatników – z nadzieją, że część znich w związku z tym zechce zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość. Ponadto minister finansów stwierdził, że aż dwie trzecie emerytów przestanie w ogóle płacić podatek PIT. Zdaniem ministra, dla 90 proc. podatników, to jest dla 23 mln, zmiany które proponuje rząd są albo korzystne, albo neutralne. Tadeusz Kościński zapowiedział także, że od przyszłego roku przedsiębiorcy mają płacić składkę zdrowotną na takim samym poziomie jak pracownicy, ponieważ nie może być tak, że pracownicy, którzy zarabiają mniej od swoich pracodawców, płacą większą składkę zdrowotną. Przedsiębiorcy wszakże na tym nie stracą, ponieważ zostaną objęci tzw. estońskim podatkiem CIT, kolejnymi obniżkami ryczałtu oraz ulgami na innowacje oraz rozwój firm. W ten sposób, według ministra, przedsiębiorcy będą mogli osiągać jeszcze większe dochody – o ile oczywiście zechcą rozwijać i modernizować swoje firmy.

Żeby nie mogli kupić taniej

Zmowy przedsiębiorców przez wiele lat mogą przynosić im korzyści, ale nie zawsze wszyscy są zadowoleni, więc zdarzają się wpadki.

Jednym z najczęstszych porozumień, które ograniczają konkurencję, szkodząc w ten sposób konsumentom jest podział rynku. Przedsiębiorcy, zamiast prowadzić uczciwą (choćby w miarę) rywalizację ustalają, że na danym obszarze nie będą konkurowali – i dzielą między siebie terytorium, towary lub grupy klientów. W efekcie potencjalni klienci i kontrahenci tracą możliwość kupna produktów od wybranych sprzedawców. Brak konkurencji powoduje również utrzymywanie wyższych cen produktów lub usług.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał niedawno decyzję, w której stwierdził podział rynku przez spółki Polmass i Agro-Netzwerk Polska. Zmowa dotyczyła sprzedaży preparatów mlekozastępczych dla bydła, czyli mieszanek używanych do karmienia młodych zwierząt.
Cała ta zmowa dwóch przedsiębiorców wygląda na pozór trochę jak z piosenki „Sherlock Holmes”: W pewnym GS-ie kasjer Piotr Sianko spytał: – Prezesie, zrobimy manko? – Owszem – rzekł prezes – Było nie było, a łup zawiezę swoją kobyłą. Nie można jednak wykluczyć, że dla części hodowców, to wieloletnie porozumienie sprzedawców mieszanek do karmienia młodego bydła mogło przynieść jakieś wymierne straty – choć UOKiK niestety nie pokusił się o ich zbadanie i policzenie. – Postępowanie antymonopolowe wykazało, że przedsiębiorcy podzielili pomiędzy sobą rynek. Ustalili, że nie będą sprzedawać swoich produktów do odbiorców drugiego z uczestników zmowy, nawet jeśli potencjalny kontrahent sam się do nich zgłosi. Zmowa trwała siedem lat i przez ten okres hodowcy bydła czy sprzedawcy pasz nie mieli możliwości swobodnego wyboru preparatów. Jeżeli byli wcześniej klientami jednej firmy, nie mogli kupić wyrobów od drugiej. Brak rywalizacji o klienta sprzyjał utrzymaniu wyższych cen sprzedaży produktów – stwierdził prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Złowrogie porozumienie trwało od lipca 2010 r. do kwietnia 2017 r. W tym czasie przedsiębiorcy monitorowali, czy druga strona dotrzymuje ustalonych warunków i reagowali w sytuacji, gdy zmawiający się łamał warunki niedozwolonego porozumienia. Jednym z dowodów jest e-mail wysłany przez pracownika Polmassu do jednego z szefów firmy Agro-Netzwerk Polska. Oto jego treść: „Mam „info”, że kontynuujesz sprzedaż do Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej (…), co nam bardzo przeszkadza utrzymać z OSM dotychczasowe relacje handlowe. (…) Chciałbym abyśmy nadal trzymali się przyjętej zasady dotyczącej zakazu konkurowania ze sobą. (..) Moi doradcy bardzo się skarżą na taki stan współpracy, dlatego osobiście Ciebie proszę o „uzdrowienie” tej sytuacji i powrót do przyjętej zasady”. Jak widać, współpraca zmawiających się nie zawsze przebiegała harmonijnie i bez zgrzytów.
Informacje o szczegółach porozumienia, w tym korespondencję elektroniczną pomiędzy przedsiębiorcami, Urząd zdobył podczas przeszukania w siedzibach firm, a także od jednego ze „skruszonych” uczestników porozumienia. – Za udział w podziale rynku nałożyłem na spółkę Polmass sankcję w wysokości ponad 2,5 mln zł. Drugi z uczestników porozumienia – Agro-Netzwerk skorzystał z programu łagodzenia kar leniency. Spółka dostarczyła istotne dla postępowania dowody oraz w pełni współpracowała z Urzędem, dlatego zdecydowałem o odstąpieniu od nałożenia kary finansowej na tego przedsiębiorcę. Chcemy pokazać, że współpraca z Urzędem się opłaca – warto przyznać się do winy zanim samodzielnie zidentyfikujemy nieprawidłowości i rozpoczniemy nasze działania. Jednocześnie, kto poniósł szkodę w wyniku niedozwolonego porozumienia może w postępowaniu cywilnym żądać zadośćuczynienia od każdego z jej uczestników, także podmiotu zwolnionego z kary finansowej w ramach programu leniency – dodał prezes Tomasz Chróstny.
UOKiK zaprasza wszystkich przedsiębiorców i menadżerów zainteresowanych programem łagodzenia kar do kontaktu z Urzędem. Niech pamiętają, że jeśli doniosą na partnera zmowy, to ich kara może zostać darowana. UOKiK odpowiada także na anonimowe pytania dotyczące wniosków o łagodzenie kar.
To nie jest pierwsza decyzja dotycząca podziału rynku przez Polmass. W 2020 r. UOKiK już raz ukarał to przedsiębiorstwo za niedozwolone porozumienie z firmą Ekoplon. Nałożone wówczas sankcje wyniosły 12,4 mln zł dla Ekoplonu i 4,7 mln zł dla Polmassu. Ale jak na razie tamtej kary obie firmy nie zapłaciły – i tym razem też się na to nie zanosi. Decyzja UOKiK nie jest bowiem prawomocna, przysługuje od niej odwołanie do sądu.
Maksymalna kara za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję może wynieść do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy osiągniętego w roku poprzedzającym wydanie decyzji – ale aż taka jej wysokość jest raczej teoretyczna.

Przedsiębiorcy proszą o wsparcie

Tu nie wystarczy miłosierdzie gminy. Potrzebna jest systemowa pomoc ze strony rządu, który powinien odpowiadać za skutki swych działań.
Drobniejsi przedsiębiorcy pominięci w dotychczasowych tarczach antykryzysowych upominają się o wsparcie. Zorganizowali konferencję, na której razem z nimi wystąpił Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw Adam Abramowicz.
Przedsiębiorcy zaprezentowali na konferencji petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych, jaką wystosowali do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Zwrócili oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70 – 80 proc. nie otrzymały od rządu wsparcia, a powodem był m.in. nieodpowiedni numer w Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – Ci przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.
Przykładem może być działalność Magdaleny Leszczak-Wardęgi. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do pomocy z tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.
Wstrzymanie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były z kolei źródłem problemów firm Barbary Bielinowicz i Moniki Tęczy. Pierwsza z pań zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia, niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera.
Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.
Paweł Churzępa, jubiler, podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Podkreślił on, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie 2020 r. i w styczniu bieżącego – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą jednak składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.
Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy ale odmrożenie gospodarki pozwoliło wyjść na prostą. W ostatnim kwartale było wiele rezerwacji na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Ewelinę Szmit z przeważającej większości programów pomocowych.
Joanna Dłużniewska prowadzi firmę sprzedającą odzież. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70 proc. spadku obrotów, musi ona wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne ale nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.
Delegacja przedsiębiorców spotkała się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Ich petycja została podpisana przez ponad 2000 firm. Postuluje ona włączenie do tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 proc., bez względu na kod PKD. Wicepremier Gowin zapowiedział „podjęcie kroków”, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70 proc., niezależnie od ich kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Problem w tym, że pozycja Jarosława Gowina w rządzie nigdy nie była mocna, a teraz stała się już iluzoryczna. Na pomoc czekają zaś tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są już na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Gospodarka 48 godzin

Siewcy zła
„Zło atakuje. Atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród” – powiedział wicepremier Jarosław Kaczyński. W ten sposób prezes PiS dosyć surowo ale nadzwyczaj trafnie podsumował ponad pięcioletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Kończcie ten lockdown
Przedsiębiorcy z niepokojem przyjmują informacje, jakoby po 18 stycznia nadal miała być utrzymana blokada części branż. Jeżeli tak się stanie, to wiele małych i średnich przestanie istnieć, ich właściciele zbankrutują, a zatrudnieni przez nich ludzie stracą pracę – stwierdził Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego. Rzecznik zwrócił się do premiera z wnioskiem o rozważne podejmowanie dalszych decyzji rządu, mających na celu zwalczanie epidemii COVID-19, ze szczególnym uwzględnieniem konsekwencji gospodarczych, a zwłaszcza tych, które dotyczą działalności przedsiębiorstw. Zdaniem Adama Abramowicza od 18 stycznia rząd powinien wrócić do realizacji, zapowiedzianego przez premiera Morawieckiego w listopadzie zeszłego roku, planu powrotu do normalności z etapem stabilizacji. W swoim stanowisku Adam Abramowicz podkreślił też, że przeciąganie w czasie wypłacania rekompensat zamkniętym firmom grozi ograniczeniem rozporządzalnego dochodu przeciętnego gospodarstwa domowego już w niedalekiej przyszłości. Jeżeli rząd bezzwłocznie nie zmieni swego podejścia do problemu, wielu przedsiębiorców uzna, że nie ma w nim swego sprzymierzeńca – pisze w liście Adam Abramowicz. Zwrócił on też uwagę, że samo dyrektywne ograniczanie działalności tylko niektórych branż, przy zachowaniu pełnej aktywności pozostałych, stało się źródłem rosnącej frustracji, poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji w w środowisku przedsiębiorców. MŚP . Podał jako przykład funkcjonowanie dużych zakładów pracy i placów budowy, gdzie codziennie w szatniach, na korytarzach i halach spotykają się setki ludzi, a zamykane są małe i średnie firmy, w których zachowanie dystansu społecznego jest zdecydowanie łatwiejsze. W opinii Rzecznika MŚP trudno wytłumaczyć racjonalnie takie działanie. Powinniśmy powrócić do przedstawionego przez premiera w listopadzie planu powrotu do normalności, zwłaszcza że nazwał go Pan wtedy planem optymalnym, i wierzymy , że skoro został on przedstawiony opinii publicznej to był opracowany przez ludzi odpowiedzialnych i znających się na rzeczy. Gdybyśmy postępowali według tego planu to w chwili obecnej ilość zachorowań pozwalałaby, aby w części powiatów była strefa zielona, w części żółta, w części w czerwona i tylko w kilku obowiązywałby całkowity lockdown – podsumowuje w swoim piśmie do Mateusza Morawieckiego Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Śmiecie rządzą inflacją
Prezes Narodowego Banku Polskiego w ramach walki prowadzonej przez PiS z samorządami terytorialnymi, oskarżył je o znaczące podbijanie wskaźnika inflacji. Zdaniem prezesa Adama Glapińskiego wprowadzony w grudniu wzrost opłat za śmieci jest skandaliczny i nie może tak być. Prezes NBP podkreślił, że opłaty te wzrosły rok do roku o ponad 50 proc. Wskazał też, że na rynku wywozu śmieci panuje oligopol kilku firm zagranicznych, a cały ten obszar nie jest konkurencyjny. Jednocześnie, prezes NBP nie dostrzega wpływu na wzrost inflacji ze strony nowych opłat i podatków, wprowadzonych przez rząd PiS.

Cofamy się w rozwoju o dekadę

Niektóre z państw europejskich dość łatwo decydują się na zamknięcie gospodarki, gdyż jest to dla nich ekonomicznie trudny, ale nie zabójczy ruch. Dla polskiej gospodarki może jednak być zabójczy.
Przedsiębiorcy w Polsce są w coraz większej desperacji i zaczynają łamać narzucone przez rząd ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej, korzystając z tego, że nie mają one właściwej podstawy prawnej. Zaczęło się to w branży turystycznej i gastronomicznej, ale protest wobec polskiego lockdownu narasta niemal z każdym dniem.
Wyrazem nastrojów ludzi działających w gospodarce stał się między innymi list otwarty prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezarego Kaźmierczaka do premiera Mateusza Morawieckiego. Szef ZPiP pisze co następuje:
„Szanowny Panie Premierze, zwracam się do Pana z apelem o przywrócenie ogłoszonej w listopadzie mapy drogowej dotyczącej gospodarki w czasie pandemii. Ogłoszona mapa spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem, wskazywała jasne kryteria, którymi będzie kierował się rząd w zarządzaniu kryzysem COVID-19.
Niestety, na skutek jakichś wróżb – rząd bez słowa wytłumaczenia, wycofał się z mapy ogłaszając pełny lockdown. Czemu wróżb? Nie istnieje chyba żaden oficjalny dokument, badanie czy analiza, które wskazywałoby konieczność takiego rozwiązania. Pytałem o to wielu osób – nikt o niczym takim nie wie i nie słyszał.
Ja oczywiście rozumiem tą atmosferę, w której kompetencje i fachowość budowane są przez to kto głośniej i mocniej straszy. Ale naprawdę może czas się od tego wyzwolić – korzystając z rady Jacka Welcha: „Wierzymy Panu Bogu, pozostali proszeni są o pokazanie dowodów”. Pan poprosi ich o dowody. Puszczanie sobie filmów, to trochę za mało.
Wszystko wskazuje na to, że z pandemią przyjdzie nam jeszcze żyć jakiś czas. I trzeba mieć odwagę spojrzeć faktom w oczy – musimy się nauczyć z nią żyć. Albo cofnąć się w poziomie życia i rozwoju o dekadę lub dwie.
Panie Premierze! Nie stać nas dalej. Nie jesteśmy bogatym krajem zachodnim. Cena lockdownu (liczona jako ubytek produktu krajowego brutto) w Niemczech to 3,5 miliarda euro tygodniowo. Hipotetycznie zatem, dwa lata zamknięcia gospodarki to dla Niemców koszt około 360 miliardów euro. PKB per capita zmniejszyłby się z poziomu ok. 41 tysięcy euro do ok. 37 tysięcy euro.
Nominalny PKB per capita Polski w 2019 roku wynosił ok. 13 tysięcy euro. Innymi słowy, po dwóch latach lockdownu Niemcy zbiednieliby, ale wciąż byliby nominalnie prawie trzykrotnie zamożniejsi od Polaków w szczycie koniunktury – to pokazuje, że niektóre z państw europejskich stosunkowo łatwo decydują się na zamknięcie gospodarki, ponieważ jest to dla nich ekonomicznie trudny, ale nie zabójczy ruch.
Według deklaracji wicepremiera Jarosława Gowina, miesiąc lockdownu w Polsce to koszt 100 mld zł. Nawet zakładając, że realnie byłby on o połowę niższy i zbliżony do tego podawanego w szacunkach dla Niemiec, czyli wynosił 50 mld zł, skutkiem zamykania gospodarki jest w naszym przypadku nie względne zubożenie, lecz cofnięcie się w gospodarczym rozwoju o dekadę.
Przyjmując powyższą wartość możemy założyć, że każdy miesiąc lockdownu prowadzi do obniżenia PKB per capita o 2 proc. Innymi słowy, każdy kolejny miesiąc utrzymywania ograniczeń oznacza pogrzebanie połowy wzrostu gospodarczego osiągniętego w 2019 roku. Tak dalej się nie da. Z czego to sfinansujecie?
Nie zamkniecie COVID-19 w domach i zamkniętych firmach. Obok kryzysu pandemicznego fundujemy sobie gigantyczny kryzys gospodarczy. Jesteśmy na krawędzi rozlania się zarazy poza 50 dotkniętych sektorów. Czas biegnie w tygodniach, nie w miesiącach. Czas wracać do pracy (w reżimie DDM – czyli dystans, dezynfekcja, maseczka). Zróbmy to korzystając z listopadowej mapy. Z poważaniem”.
Ten apel szefa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców najprawdopodobniej pozostanie bez należytego odzewu. Rząd PiS nie zwykł bowiem wysłuchiwać uwag partnerów społecznych – a gdyby nawet zechciał wziąć je pod uwagę, to nieudolność obecnej ekipy nie pozwoli na racjonalne odmrożenie polskiej gospodarki.