Dlaczego zgaśnie Nowa Huta

ArcelorMittal wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Może na dziewięć miesięcy, może na rok, związkowcy obawiają się, że raczej na zawsze. Dopóki na horyzoncie majaczyło widmo wyborów, politycy stawali na głowie, by przekonać hutników, że chcą ratować ich miejsca pracy. Ale teraz jest już po wyborach.

We wtorek 12 listopada zwołano tzw. masówkę pracowników wielkiego pieca i stalowni w Nowej Hucie. Ogłoszono, że krakowski wielki piec zostanie wygaszony w nocy z 22 na 23 listopada. Według prezesa spółki ArcelorMittal Geerta Verbeecka produkcja przestała się opłacać.

– Poinformowano nas, że na globalnym rynku i tak ma miejsce nadprodukcja stali, a całą Unię Europejską czeka dodatkowo spowolnienie gospodarcze. Była mowa o wskaźnikach optymizmu gospodarczego, które są na najniższym poziomie od 2009 r. Do tego wojna handlowa z Chinami – opowiada Kacper Pluta, pracownik krakowskiej huty i aktywista Alternatywy Socjalistycznej.
Oficjalny komunikat spółki precyzuje: – Globalne hutnictwo boryka się z ogromną nadwyżką mocy produkcyjnych – obecnie wynosi ona ponad 400 mln ton. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Stali (Eurofer) popyt na stal w Europie spadnie w tym roku o 3.1 proc. Wcześniejsze prognozy wskazywały jedynie na spadek rzędu 0.4 proc.

Dla około ośmiuset pracowników zatrudnianych bezpośrednio przez ArcelorMittal Polska i dalszych kilkuset, którzy mają podpisane umowy z firmą zewnętrzną i zajmują się remontem maszyn czy sprzątaniem, to wiadomości dramatyczne. Nie pierwsze: załoga co najmniej od maja żyje w niepewności, co dalej z zakładem. Między złymi nowinami i tymi, które dają nadzieję.

Nierentowni

W maju 2019 r. zarzd ArcelorMittal Polska oznajmił, że wielki piec w Nowej Hucie stał się nierentowny i zostanie we wrześniu wygaszony, co najmniej na kilka miesięcy. – Decyzja [o wygaszeniu] poprzedzona została szczegółową analizą rynku, która potwierdziła osłabienie popytu na stal. Jest ona także podyktowana rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 oraz wysokim poziomem importu z krajów spoza Unii Europejskiej, a także bardzo wysokimi kosztami produkcji – ogłasza spółka. – Ceny uprawnień do emisji CO2 już przekroczyły 25 euro za tonę, co stanowi wzrost o ok. 230 proc. względem początku 2018 roku.

Związki zawodowe protestują, twierdzą, zarząd podjął decyzję bez żadnych konsultacji. Szykują protesty. Bez większego problemu udaje się też zainteresować sprawą polityków. Jest w końcu rok wyborczy, PiS chce konsekwentnie pokazywać się jako obrońca zwykłych ludzi, a PO, chcąc nie chcąc, musi próbować rywalizować z rządem na tym polu. – Związkowcy z krakowskiej huty rozmawiali z politykami różnych opcji o tym, by ratować zakład. Ludzie z różnych opcji, PiS i Platformy, zapewniali, że wielki piec nie zgaśnie, przyklejali się do pracowników, składali piękne obietnice – wspomina Kacper Pluta.

Jedną z obiecujących – choć ostrożnie, jakby wiedziała, jak cała sprawa się skończy – jest minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz. Opowiada mediom: na spotkaniach z koncernem przypomnę, ile ArcelorMittal zyskał na zakupie hut w Polsce (dziś w rękach koncernu jest 70 proc. polskiego hutnictwa). Przyznaje jednak, że tematem rozmów będzie również zaawansowanie prac legislacyjnych nad ustawą o rekompensatach dla przemysłu energochłonnego.

Gołym okiem widać, że to ten argument będzie bardziej przekonujący dla władz hutniczego giganta.

Związki chcą walczyć

Pod koniec lipca związkowcy demonstrują pod siedzibą firmy w Dąbrowie Górniczej. Ostrzegają, że wygaszenie wielkiego pieca w Krakowie to najprawdopodobniej dopiero początek, że zagrożone są też pozostałe działające jeszcze w Polsce huty: sosnowiecka, świętochłowicka, chorzowska, dąbrowska. Spotykają się z prezesem. A następnie odtrąbiają sukces.

„Ulegając presji związków zawodowych wspieranych przez ogólnopolską centralę, zarząd spółki podjął decyzję o bezterminowym wstrzymaniu planów wyłączenia wielkiego pieca” – to część komunikatu opublikowanego na stronie OPZZ. Przewodniczący NSZZ Pracowników ArcelorMittal S.A. Krzysztof Wójcik przekonuje, że to przywiezienie ponad tysiąca demonstrantów do Dąbrowy Górniczej zrobiło na Geercie Verbeecku wrażenie. Załoga po cichu komentuje, że związki przeceniają swoje znaczenie: koncern zgodził się ustąpić raczej ze względu na ustawę o rekompensatach, której, wyliczają pracownicy, będzie największym beneficjentem.

Ustawa skrojona pod huty

Regulacje wchodzą w życie 29 sierpnia. Prawo do rekompensat za zawarte w cenie energii koszty nabycia uprawnień do emisji CO2 otrzymuje na ich podstawie około 300 przedsiębiorstw z branż energochłonnych; obok hutnictwa chodzi m.in. o przemysł chemiczny i papierniczy. – Chcemy zmniejszyć ryzyko wyprowadzania produkcji za granicę oraz uczynić z Polski atrakcyjne miejsce do inwestycji przemysłowych. Ustawa, która zaczyna dziś obowiązywać, pomoże największym firmom, w przypadku których wydatki na energię stanowią nawet 40 proc. całkowitych kosztów. Tymczasem unijna polityka klimatyczno-energetyczna spowodowała skokowy wzrost cen uprawnień do emisji CO2 – tłumaczy sens ustawy komunikat Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Analitycy nie mają wątpliwości: całą ustawę, w myśl której budżet zwraca prywatnym firmom wydatki na wyższe ceny energii, napisano w zasadzie pod huty. Ale wątpliwości nie mają też związkowcy: jeśli Unia Europejska nie obniży cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ArcelorMittal i tak zrezygnuje z produkcji w Polsce.

– Wystąpiliśmy we wrześniu do naszych europarlamentarzystów, żeby tym się zajęli, ale do tej pory nikt się do nas nie odezwał. Tymczasem tylko tam może zostać podjęta decyzja o zmniejszeniu opłat za CO2 – mówił Roman Wątkowski, wiceprzewodniczący Komisji Robotniczej Hutników NSZZ „Solidarność” ArcelorMittal Poland S.A. Kraków, gdy na początku października krakowskie media znowu zaczęły spekulować o wygaszeniu wielkiego pieca. Podawano nawet datę – 25 października. Koncern stanowczo zaprzeczył. Na kilka tygodni.

Czy celowo zaczekał, aż partia, która wcześniej zagwarantowała mu przyjazną ustawę, wygra wybory?

Przeniesienie albo postojowe

Różnica między nowym komunikatem o wygaszaniu pieca a tymi z maja jest tylko taka, że zniknęły wzmianki o potrzebie wnoszenia wysokich opłat emisyjnych. Koncern zdaje się również bardziej stanowczo zapewniać, że nie ucierpią pracownicy huty. Konkretnie – ci zatrudniani przez ArcelorMittal bezpośrednio, bo za osoby z firm zewnętrznych oczywiście nie odpowiada.
Co dla każdego z członków załogi będą oznaczały słowa „pracownicy nie ucierpią”, ludzie dowiaduj się właśnie na indywidualnych rozmowach. Ok. 400-500 osób zostanie skierowanych do zakładów koncernu w Dąbrowie Górniczej, zaś kolejna grupa, podobnej liczebności, do walcowni i koksowni w Krakowie. Przejście do pracy w Dąbrowie Górniczej będzie oznaczało dla pracowników konieczność dodatkowych, półtoragodzinnych dojazdów do pracy, ale to przynajmniej gwarancja zachowania zarobków. Około stu pracowników znajdzie się bowiem na tzw. postojowym, co oznacza przymusową bezczynność i obniżenie pensji najpierw o jedną piątą, po dwóch tygodniach nawet o 40 proc. Najstarsi członkowie załogi najprawdopodobniej przejdą na emeryturę.

Związkowiec Krzysztof Wójcik nazywa 12 listopada „czarnym wtorkiem”. Mówi również, że wszyscy „dobroczyńcy” hutników, którzy przed wyborami deklarowali pomoc i opowiadali, jak zaawansowane są rozmowy z zarządem, teraz odwracają się od pracowników. Każą iść po informacje do zarządu. Chodziło tylko o głosy? – pyta raczej retorycznie.

Zarząd informacji udziela. – Nie jesteśmy w stanie podać daty, będziemy uważnie przyglądać się temu, co się dzieje na rynku – mówi Geert Verbeeck. Słabo mu idzie uspokajanie, niezbyt przekonująco brzmią sugestie, że w 2016 r. nowohucki wielki piec był remontowany i dlatego jego ponowne uruchomienie powinno pójść gładko.

Z mediami rozmawia również Roman Wątkowski. – Nie da się ukryć, nastroje są kiepskie, sytuacja jest zła. Rozmawialiśmy z ludźmi na każdej zmianie. W najbliższy poniedziałek zaczniemy wiecem pod bramą, a potem przejdziemy do centrum Nowej Huty – zapowiada. 21 listopada kolejna pikieta ma odbyć się pod urzędem wojewódzkim. Związki zastanawiają się również nad zaostrzeniem form protestu.

Pytam Kacpra Plutę o perspektywy ratowania zakładu, o skuteczną taktykę dla związków – Tu pomogłoby tylko zablokowanie całej huty – mówi.

Roman Wątkowski: Rząd zapewniał, że piec będzie pracował. Czujemy się oszukani. Również przez zarząd huty, który wyłączając piec, wymusza nasze kolejne naciski na rząd i UE.

Kto w Polsce przejmuje się oszukanymi pracownikami, zwłaszcza, gdy jest już po wyborach?

Pesymizm był uzasadniony

Okazało się, że wskaźnik, sygnalizujący stopniowe pogarszanie sytuacji w polskim przemyśle, mówił prawdę.

W czerwcu 2019 r. produkcja sprzedana przemysłu spadła o 2,9 proc. w stosunku do czerwca 2018 r. W stosunku do maja br. spadek był już znacznie silniejszy, bo o 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Czerwiec to zawsze był bardzo dobry miesiąc dla produkcji sprzedanej przemysłu w Polsce. Od 2005 r. spadła ona w czerwcu jedynie w 2009 r., co nie dziwi, bo był to rok silnego osłabienia gospodarki w wyniku kryzysu na rynkach finansowych na świecie.
Teraz nie mamy kryzysu, wręcz przeciwnie – gospodarka rośnie w tempie ok. 4,5 proc. w skali roku. A mimo to produkcja sprzedana przemysłu zaczęła spadać.
Mało nowych zamówień
Pogarszanie się sytuacji w przemyśle od listopada 2018 r. sygnalizował wskaźnik koniunktury PMI.
Jest to wskaźnik menadżerów, tworzony w oparciu o odpowiedzi na kwestionariusze przesyłane kadrze kierowniczej w ponad 200 firmach produkcyjnych, dotyczące kształtowania się sytuacji gospodarczej. Grupa respondentów ustalana jest w oparciu o udział ich branży w tworzeniu naszego produktu krajowego brutto i wielkości zatrudnienia w tych firmach.
Tego osłabienia pokazywanego przez wskaźnik koniunktury nie było natomiast widać w realnych danych – czyli w dynamice produkcji sprzedanej przemysłu, która od listopada 2018 r. do maja 2019 r. pokazywała siłę tego sektora gospodarki (produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio miesięcznie o ok. 6 proc.).
Zastanawiająca była tak duża i długo trwająca luka między niskimi ocenami bieżącej i najbliższej sytuacji w przemyśle, dokonywanymi przez menedżerów logistyki, a bardzo dobrymi realnymi wynikami produkcji sprzedanej przemysłu.
Dobre wyniki produkcji sprzedanej przemysłu pokazywane przez GUS były prawdopodobnie efektem finalizowania długoterminowych kontraktów przez przedsiębiorstwa przemysłowe. Słabe wskaźniki PMI sygnalizowały natomiast spadek nowych zamówień, przede wszystkim tych eksportowych, ale także krajowych.
Nietypowy, silny regres
Czerwcowe dane pokazują, że prawdopodobnie przemysł zakończył realizację starych kontraktów, a nowych nie przybywa na tyle, aby produkcja sprzedana rosła.
Na 34 działy przemysłu tylko w 14 odnotowano wzrost produkcji sprzedanej.
W grupie wykazującej spadki są branże eksportowe: produkcja pojazdów samochodowych (spadek o 8,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku), produkcja mebli (spadek o 6,2 proc.), produkcja metali, produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych.
Czerwiec to co prawda dopiero pierwszy miesiąc spadku produkcji sprzedanej przemysłu od kwietnia 2017 r., ale spadek ten był bardzo silny i nietypowy, bo nastąpił przy wysokim wzroście PKB, a także w miesiącu w którym spadków nie było, poza wspomnianym 2009 r.
To powinno niepokoić, bo przemysł generuje ok. 25 proc. wartości dodanej brutto i pracuje w nim 30 proc. pracowników w Polsce.
Niestety, nie mamy wpływu
Jak widać oceny menedżerów, wyrażane we wskaźniku PMI są budowane na solidnej wiedzy o tym, co dzieje się w ich branżach i w ich firmach. Uwzględniają nie tylko to, co już jest w portfelach zamówień, ale także to, co potencjalnie może do nich trafić. A tu oceny są pesymistyczne.
Polska gospodarka, w tym polski przemysł, nie są odporne na sytuację u naszych głównym partnerów biznesowych. Nie są też odporne na destabilizację sytuacji w polityce, przekładającą się na brak stabilności prawa, które jest podstawą działania firm.
Na sytuację u naszych zagranicznych partnerów biznesowych nie mamy wpływu, ale na stabilność polityczną i regulacyjną powinniśmy mieć. A tak nie jest.

Przemysł radzi sobie coraz lepiej

Kraje wysoko rozwinięte są skazane na wolniejszy rozwój. Polska, znajdując się na znacznie niższym pułapie, wciąż zachowuje szanse na znaczące przyśpieszenie.

Pierwsze pięć miesięcy tego roku pokazało, że polski przemysł ciągle dobrze sobie radzi – mimo spowolnienia w gospodarkach głównych partnerów handlowych w Unii Europejskiej, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu.
Na 34 działy naszego przemysłu, 27 odnotowało wzrost produkcji sprzedanej.

Przyśpieszamy, obywatele

Te dziedziny, które osiągnęły największy wzrost, to w większości branże eksportowe. Na przykład, produkcja sprzedana urządzeń elektrycznych wzrosła o 16,5 proc., pojazdów samochodowych o 12,6 proc., pozostałego sprzętu transportowego aż o prawie 37 proc., mebli o 9 proc.
W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku wzrost produkcji sprzedanej przemysłu wyniósł 7 proc. i był wyraźnie wyższy niż w tym samym okresie 2018 r. (6,1 proc.).
Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2019 r. była na poziomie produkcji kwietniowej, a jednocześnie o 7,7 proc. wyższa niż w maju 2018 r. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Jest to efekt stabilnej sytuacji na rynku konsumpcyjnym, ale przede wszystkim relatywnie wysokiej i rosnącej dynamiki produkcji sprzedanej dóbr inwestycyjnych.

Ruszyły się inwestycje

Dane dotyczące produkcji inwestycyjnej, tak majowe, jak w całym okresie od początku tego roku wskazują, że wzrost nakładów inwestycyjnych w gospodarce nie ma krótkookresowego charakteru. To oczywiste, jesteśmy przecież w trakcie realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych finansowanych ze środków unijnych.
Pytanie tylko, czy taką dynamikę uda się utrzymać, gdy budżet państwa i budżety samorządowe są obciążane coraz większymi wydatkami służącymi wyborczej walce politycznej?. Inwestycje infrastrukturalne wymagają bowiem współfinansowania ze środków własnych. A tych, po sfinansowaniu obietnic wyborczych, pozostaje coraz mniej.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy utrzyma się skłonność przedsiębiorstw do inwestycji. W pierwszym kwartale 2019 r. inwestycje te były o 21,7 proc. większe niż w pierwszym kwartale 2018 r.
Jednocześnie, od września 2018 r., czyli od siedmiu miesięcy płyną niepokojące sygnały od menedżerów z firm przemysłowych, wskazujące na rosnące obawy dotyczące przyszłości ich sektora.

Nastroje i rzeczywistość

Widzimy powiększającą się lukę między dynamiką produkcji sprzedanej przemysłu a wskaźnikiem PMI, stanowiącym ocenę kondycji sektora przemysłowego (dokonywaną na podstawie ankiet kierowanych do osób zarządzających 200 przedsiębiorstwami przemysłowymi w Polsce).
Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca – siła zmian produkcji sprzedanej przemysłu i wskaźnika PMI bywała różna, ale kierunek był podobny. Nawet przed kryzysem finansowym i w jego trakcie, w latach 2007-2009.

Kres szybkich wzrostów

W minionym roku branża leasingowa ustanowiła rekord, który się nie powtórzy.

Firmy leasingowe sfinansowały w 2018 r. dobra trwałe o wartości 82,6 mld zł, czyli aż o 21,8 proc. większej niż rok wcześniej. Ten rynek systematycznie rośnie od dziewięciu lat, w tym od sześciu lat rozwija się w tempie dwucyfrowym.
Wszystko wskazuje na to, że 2019 będzie dziesiątym rokiem wzrostów – choć zakończy się już tylko z jednocyfrową dynamiką.
Głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski będzie w tym roku popyt krajowy, korzystający z dobrej sytuacji na rynku pracy.
Przy bardzo niskiej stopie bezrobocia (3,5 proc. na koniec 2018 wg badania aktywności ekonomicznej ludności, dobrych nastrojach konsumenckich oraz utrzymującym się wzroście wynagrodzeń w firmach, wydatki konsumentów będą głównym motorem wzrostu.
Warto jednak podkreślić, że za sprawą coraz większych problemów firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, wyhamuje wzrost zatrudnienia w gospodarce. Z drugiej strony dynamikę konsumpcji prywatnej podbiją szacowane na ok. 20 mld PLN dodatkowe transfery socjalne w drugiej połowie roku.
Polska gospodarka będzie się również rozwijała za sprawą utrzymania aktywności sektora przemysłowego. Zapowiada to wzrost nowych zamówień w przemyśle, głównie jednak z rynku krajowego. Dane GUS pokazały średni wzrost łącznych zamówień w przemyśle o 11 proc. rok do roku, w IV kwartale 2018 r. . W rezultacie, produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu 2019 o 6,1 proc. r/r, po wzroście o 3,1 proc. r/r w poprzednim miesiącu. Dynamika rynku leasingu będzie w 2019 r. niższa niż wynikałoby to z trendów w polskiej gospodarce. Przyczynią się do tego nowe regulacje podatkowe. Od 1 stycznia ustawodawca wprowadził dla leasingu aut osobowych górne limity rat leasingowych, które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Obniży to wzrost wartości sfinansowanych pojazdów w 2019 r., a one stanowią największy segment rynku leasingowego w Polsce.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Nadal dość łatwo o pracę

Szybciej zaczęło rosnąć zatrudnienie na południu i wschodzie naszego kraju. Może to być sygnałem przyśpieszenia gospodarczego w tych regionach.

 

Przemysł, transport i logistyka oraz budownictwo to branże, w których firmy planują najbardziej zwiększyć zatrudnienie w pierwszym kwartale 2019 r.
Takie powinny więc być polskie „lokomotywy rozwoju” w początkach roku.

 

Stabilny rynek

Najwięcej pracowników będą poszukiwać pracodawcy w południowej i wschodniej Polsce. Początek roku to wciąż dobrym czas na poszukiwanie nowego zatrudnienia, choć ofert pracy będzie mniej niż w bieżącym kwartale.
Raport ManpowerGroup pokazuje plany zatrudnienia na pierwszy kwartał 2019 roku. 13 proc. firm chce powiększać swoje zespoły, podczas gdy 5 proc. planuje redukcję etatów (79 proc. nie przewiduje tu żadnych zmian). To sprawia, że prognoza netto zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy liczbą pracodawców deklarujących wzrost i spadek zatrudnienia wynosi plus 8 proc.
W praktyce wszystko więc wskazuje, że popyt na pracowników w okresie styczeń-marzec wciąż będzie bardzo silny.
Polski rynek pracy jest stabilny, a prognozy potwierdzają, że firmy jeszcze nie nasyciły się nowymi pracownikami i w najbliższych miesiącach nadal możemy się spodziewać dużej rywalizacji o kadry.
Jest to szczególnie widoczne w produkcji przemysłowej, która od lat jest najbardziej stabilnym sektorem rynku w Polce.

 

Przemysł wciąga ludzi

Firmy przemysłowe (prognoza netto zatrudnienia plus 21 proc) oraz związane z branżą logistyczną i transportem (plus 20 proc.) są w czołówce tych, którzy w pierwszym kwartale 2019 roku najczęściej będą poszukiwać nowych pracowników.
Plany związane ze znacznym powiększaniem swoich zespołów deklarują też pracodawcy z branży budowlanej (plus 15 proc.), związanej z kopalniami i przemysłem wydobywczym (plus 14 proc.) oraz handlem (plus 12 proc.).
Najmniejsze chęci zatrudnienia nowych pracowników zadeklarowały firmy związane z energetyką, gazownictwem i wodociągami (plus 2 proc.) oraz restauracje i hotele (plus 5 proc.).
Wśród sześciu regionów Polski najlepsze perspektywy zatrudnienia wskazali pracodawcy z południowej (plus 16 proc.) i południowo-zachodniej (plus 15 proc.) Polski. Kandydaci poszukujący pracy powinni też zwrócić uwagę na województwa we wschodniej (plus 13 proc.) Polsce. Tam na początku roku powinni mieć sprzyjającą sytuację.
Najsłabsze, ale nadal korzystne dla kandydatów i pracowników perspektywy zatrudnienia, wskazały firmy zlokalizowane w północnej części naszego kraju – plus 9 proc.

 

W Argentynie nie popracujesz

Polska z prognozą zatrudnienia na poziomie plus 12 proc. jest piątym rynkiem w regionie: Europa, Bliski Wschód i Afryka, gdzie w pierwszym kwartale 2019 r. będzie najłatwiej o pracę.
Najbardziej optymistyczne prognozy wskazali pracodawcy ze Słowenii (+19 proc.), Grecji (+18 proc.), Węgier i Rumunii (+15 proc. ). Najmniejsze chęci na powiększanie swoich zespołów wykazały firmy w Szwajcarii (+2 proc.).
Jak wygląda prognoza u naszych sąsiadów? W Słowacji pracodawcy wskazali wzrost zatrudnienia na poziomie +10 proc., w Niemczech +8 proc., zaś w Czechach +4 proc.
W ujęciu globalnym, spośród 44 przebadanych rynków najwyższy wynik uzyskano w Japonii (+27 proc.) i Tajwanie (+21 proc), a najsłabszy w Argentynie (-4 proc.).

Kto szuka, ten znajdzie

Deficyt rąk do pracy w naszym kraju jest mniejszy, niż mogłoby się to wydawać na podstawie opinii pracodawców.

 

W Polsce gdzieniegdzie zaczyna już być niełatwo o pracowników. Z największymi, choć jednak wciąż dość umiarkowanymi, trudnościami w pozyskiwaniu odpowiednich osób do pracy mierzą się firmy zlokalizowane w Polsce północnej – 59 proc. pracodawców z tego regionu ma problemy w rekrutacji pracowników.
Ponadto, kłopoty z zatrudnieniem dostrzega też ponad połowa przedsiębiorstw w Polsce południowej (woj. małopolskie i śląskie) oraz południowo-zachodniej (dolnośląskie i opolskie) – także 52 proc.

 

Dziś fizyczni rządzą

Jak widać, nawet w tych regionach naszego kraju gdzie o pracowników jest najtrudniej, jedynie niewiele ponad połowa firm wskazuje na problemy na rynku pracy.
Zdecydowanie mniejsze trudności z obsadzeniem stanowisk mają już przedsiębiorstwa z Polski wschodniej (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie) – 46 proc., oraz centralnej (łódzkie i mazowieckie) – 47 proc., mimo że ponoć w Warszawie pracodawcy wyrywają sobie z rąk ludzi chętnych do pracy.
Takie właśnie wyniki przynosi raport ManpowerGroup o sytuacji na rynku pracy, sporządzony na podstawie badania, w którym wzięła udział reprezentatywna grupa ponad 750 respondentów z Polski.. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach.
We wszystkich regionach kraju „łowcom głów” największe trudności sprawia znalezienie wykwalifikowanych pracowników fizycznych – bo z umysłowymi nie mają specjalnych problemów.

 

Kogo zaczyna brakować?

Jeśli chodzi o przedstawicieli konkretnych zawodów, to firmy z Polski północnej i południowej narzekają na brak chętnych do pracy w restauracjach i hotelach (zwłaszcza w sezonie turystycznym), zaś pracodawcy z Polski zachodniej – na niedobór pracowników służby zdrowia. Wszędzie w naszym kraju za mało jest elektryków, spawaczy, mechaników.
Na drugim miejscu na liście zawodów, w których najtrudniej o znalezienie specjalistów, znajdują się operatorzy produkcji i maszyn – ich brak sygnalizują szczególnie firmy w Polsce centralnej i zachodniej.
Pracodawcom z Polski wschodniej, południowej i północno-zachodniej równie duże trudności sprawia rekrutacja kierowców (pojazdów ciężarowych, budowlanych, a także autobusów).
Przedsiębiorstwa z Polski centralnej i północnej mają kłopoty w rekrutacji inżynierów, zaś firmy ze wschodu narzekają na brak kierowników i wysokiej klasy specjalistów (z różnych dziedzin).
W grupie stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia nowymi pracownikami, są również przedstawiciele handlowi, szczególnie pożądani w północno-zachodnim regionie naszego kraju (woj. wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie).
W Polsce wschodniej zlokalizowanych jest mniej zakładów produkcyjnych, a to właśnie te firmy najczęściej mówią o niedoborze pracowników o potrzebnych kwalifikacjach. Rolniczy charakter tej części kraju determinuje profil poszukiwanego kandydata. Podobne zależności widzimy w przypadku regionu centralnego i zachodniego, gdzie firmy liczniej niż w innych częściach kraju sygnalizują problemy związane z niedoborem operatorów produkcji i maszyn. Te regiony Polski wielu pracodawców z przemysłu wybrało na miejsce swoich fabryk. Niedobór na tych stanowiskach w niektórych zakładach sięga dziesiątek lub nawet setek pracowników – mówi Luiza Luranc, ekspert rynku pracy..
Deficyt pracowników służby zdrowia, zgłaszany zwłaszcza przez pracodawców z południowo-zachodniej Polski (woj. dolnośląskie i opolskie) może być z kolei skutkiem dużego zapotrzebowania na tych specjalistów za naszą zachodnią granicą, szczególnie w Niemczech. Tam stanowiska związane z ochroną zdrowia znajdują się na siódmym miejscu na liście 10 zawodów dotkniętych największym niedoborem w tym kraju.

 

Przesadzone problemy

Przedsiębiorstwa w Polsce zostały również zapytane o to, czy w stosunku do ubiegłego roku mają teraz więcej czy mniej trudności w obsadzaniu stanowisk nowymi pracownikami.
Sytuacja najbardziej, choć bynajmniej w nie tak wielkim stopniu, pogorszyła się w Polsce północnej (woj. kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie) – tam dla 37 proc. firm trudniej jest niż przed rokiem znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy; oraz w północno-zachodniej (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie) – pogorszenie zgłasza 31 proc. firm.
Wyraźnie widać więc, że nawet w tych dwóch rejonach, gdzie z powodu emigracji zarobkowej na Zachód, niedobór pracowników wzrósł najbardziej, zdecydowana większość pracodawców (63 proc. i 69 proc.) nie zauważyła żadnego pogorszenia sytuacji na rynku pracy.
Wręcz poprawiło się pod tym względem w regionie południowym (woj. małopolskie i śląskie) oraz wschodnim (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie), gdzie odpowiednio 6 proc. i 5 proc. przedsiębiorstw deklaruje obecnie mniej problemów w znalezieniu rąk do pracy, oczywiście za sprawą napływu tanich pracowników ze Wschodu.

 

Nie ma co narzekać

Wydaje się zatem, że pracodawcy w Polsce zdecydowanie demonizują kłopoty, jakie rzekomo mają z obsadzeniem stanowisk w swoich firmach. Robią zaś tak dlatego, aby skłonić rząd do wprowadzenia ułatwień w zatrudnianiu osób z innych krajów, zwłaszcza spoza naszej wschodniej granicy.
Tacy pracownicy – którzy mają dużo niższe koszty, bo przecież wydają u nas znacznie mniej od stałych mieszkańców kraju – bez problemów godzą się na gorsze zarobki, niż te, których oczekują Polacy. A to oczywiście oznacza czysty zysk dla naszych przedsiębiorców.
Tymczasem zaś, kompetentny raport wykazuje, że trudności z zatrudnieniem, podnoszone przez pracodawców w naszym kraju, są wyraźnie mniejsze, niż się powszechnie uważa.

Bajki pana premiera

Pan Premier Morawiecki jeździ po kraju o opowiada jak to ten rząd odbudowuje kraj ze zniszczeń po poprzednikach.

Będą nowe, polskie stocznie, nowe polskie samochody elektryczne, nowe statki, które rozsławią imię polskiego stoczniowca. Będzie repolonizacja przemysłu i banków. Będą nowe drogi, nowe lokomotywy, nowe śmigłowce dla armii i nowe pomniki wiadomo kogo sławiące. Będzie lepiej, dumniej i sprawiedliwiej. Naród wstaje z kolan i odbudowuje swój kraj. Drzyjcie skarlałe nacje i padajcie na kolana przed narodem, który właśnie z nich powstał i potężnieje z dnia na dzień.
Rzeczywistość jest znacznie skromniejsza. Nie słyszałem na razie o jakimś zrealizowanym dużym polskim projekcie gospodarczym. Media donoszą i eksperci oceniają, że te zapowiedzi to tylko propaganda w stylu położenia stępki pod budowę promu, na który nie ma jeszcze projektu i dokumentacji. Pieniędzy na budowę także.
Plany premiera można przyrównać do marzeń chłopca, który śni, że będzie Herkulesem, kosmonautą, dzielnym strażakiem i policjantem w jednym. Można mówić o jednym projekcie sfinansowanym z polskiego kapitału pochodzącego ze spółek skarbu państwa. Chodzi o Polską Fundację Narodową. Ten projekt jednak służy zupełnie czemu innemu i naszego narodowego bogactwa nie pomnoży.
Goszcząc ostatnio na wybrzeżu premier ponownie zapowiedział te wielkie sukcesy. Póki co w rejs dookoła świata ruszył nasz „Dar Młodzieży”.
Żaglowiec został zbudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ze składek młodzieży zorganizowanej w ZSMP, ZSMW itp. Dlatego nazywa się on tak właśnie.
By uwiarygodnić te zapowiedzi premier przecina wstęgi na inauguracji dużych inwestycji zagranicznych. Na Dolnym Śląsku grzał się w cieple Mercedesa, LG, Toyoty, Lufthansy itp. W oficjalnej propagandzie ci kapitaliści nie płacą podatków i oszukują Polaków. Nie rozumiem więc po co pan premier zadaje się z tymi krwiopijcami. Z utęsknieniem czekam aż premier w moim regionie otworzy zakład, który on wymyślił, i sfinansował z polskiego kapitału. Ale na razie nic na to nie wskazuje. Kapitał jest potrzebny do celów partyjnych. Dlatego uważam, że pan premier opowiada bajki, a rzeczywistość gospodarcza zagranicznym kapitelem stoi, a rząd chwali się danymi, które pokazują jak to nam tego zagranicznego kapitału przybywa. Kakofonia.