Rozwój w epoce kryzysów

Jak, przy obecnych trudnych uwarunkowaniach, skrócić dystans strategiczny dzielący nas od czołówki?

Początki światowego kryzysu zadłużenia sięgają roku 1971, kiedy to rząd Stanów Zjednoczonych kierowany przez prezydenta Nixona, zdecydował o zerwaniu związku między dolarem amerykańskim a złotem. Do tego czasu, od końca Wojen Napoleońskich, każdy kto chciał mieć więcej pieniędzy, musiał je albo zarobić, albo – ukraść.
W roku 1971 rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował, iż rozpocznie wydawać dolara amerykańskiego nie powiązanego ze złotem – co oznaczało, że od tego momentu dolar amerykański nie jest powiązany ze światem rzeczywistym, określonym ograniczonym czasem i ograniczonymi środkami.
Do tego czasu dochody były osiągane przez te ograniczone środki, ograniczony czas i ograniczoną wiedzę, co oznaczało, że ograniczone były także oszczędności i możliwość zadłużenia się. Realny pieniądz określał związki między przeszłością i przyszłością, dłużnikiem i wierzycielem, kupującym i dostawcą. Wskazywał też ludziom niewidzialną ręką, jak zmniejszać straty i zwiększać sprzedaż.
Tymczasem drukowane przez rząd dolary, pozwoliły na zrealizowanie pomysłu, by stymulować gospodarkę wydając bankom i ich klientom nie związane ze złotem pieniądze. Jak pisze Bill Bonner, drukowanie nielimitowanych, nie opartych o złoto dolarów, otworzyło drogę do oszustw – i do objęcia kierownictw centralnych banków przez lunatyków., którzy będą wiedzieli w gospodarce obsługującej 330 milionów obywateli, jakie oprocentowanie kredytów jest właściwe, i którzy uznają, że wprowadzenie ujemnych stóp procentowych to jest dobry pomysł.
Drukowanie dolarów nie powiązanych ze złotem pozwala w krótkim terminie osiągnąć boom – jako że klienci, biznesmeni, inwestorzy i salony samochodowe traktują te dolary jako realne pieniądze, zaś politycy są ponownie wybierani. Ten boom przenosi się oczywiście także na giełdę, gdzie pojawia się wzrost kursów akcji i innych papierów wartościowych. większych dochodów.
Pod stałą groźbą krachu
Ten sposób funkcjonowania systemu pieniężnego został przejęty także przez rządy innych krajów – i przez dziesiątki lat narastające bańki finansowe powodowały kolejne kryzysy gospodarcze, z najpoważniejszymi w roku 1929 i 2008.
Manipulowanie przez Rezerwę Federalną USA dolarem amerykańskim – walutą pełniącą również funkcje międzynarodowego środka rozliczeń – przez kolejne emisje i zmiany stopy procentowej – pozwoliły na utrzymanie gospodarki Stanów Zjednoczonych, ale także gospodarek innych krajów zachodnich, w tym Unii Europejskiej, bez recesji mimo upływu 11 lat od ostatniego kryzysu.
Skala wszystkich zadłużeń budżetu amerykańskiego, sięgających obecnie 60 bilionów dolarów, (zaś samego budżetu – 22 bilionów dolarów), przekroczyła możliwości ich spłat w przewidywalnym czasie. Dotyczy to też zadłużenia ludności w kredytach hipotecznych, studenckich i kartach kredytowych (14 bln dol). Z tego powodu kandydaci na prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej zapowiadają po wygraniu wyborów prezydenckich w 2020 roku darowanie ludności tych długów nie do spłacenia.
Powszechne darowanie długów nie mieści się w kategoriach systemu kapitalistycznego. W Stanach Zjednoczonych istnieje jednak specyficzna instytucja nazywana „American Jubilee”, pochodząca z tradycji żydowskiej, a konkretnie z zapisów Biblii, które przewidują powszechne podarowanie długów i zwolnienie niewolników. Na przestrzeni dziesiątków lat zapisy o Jubilee ratowały amerykańskich dłużników, nie będących w stanie spłacić swoich długów – hipotecznych, studenckich i kredytów z kart kredytowych. Z zapisów o Jubilee skorzystał m.in. rząd amerykański w roku 1844 i prezydent Nixon w 1971.
Proces rozwierania się nożyc między majątkiem osób biednych a właścicielami przedsiębiorstw i ziemi, gromadzącymi bogactwo stale trwa. Efektem rozwierania się tych nożyc jest wzrost zadłużenia amerykańskich rodzin. Obecnie grupa biednych Amerykanów ma zadłużenie sięgające 250 proc. ich dochodów, podczas kiedy w grupie 20 proc. bogatych to zadłużenie stanowi tylko 50 proc.
Fakt, iż kandydaci na prezydenta USA w 2020 r. myślą o przeprowadzeniu operacji „American Jubilee” pokazuje, jak głęboko negatywnie jest oceniane to rozwieranie się nożyc między bogatymi a biednymi w społeczeństwie amerykańskim.
Kryzys systemu kapitalistycznego
Rozwinięty setki lat temu pod wpływem filozofii liberalizmu i neoliberalizmu system kapitalistyczny, spowodował duży rozwój gospodarczy krajów zachodnich. Szczególne sukcesy osiągnęła pod tym względem najpierw Wielka Brytania, która stała się światowym mocarstwem, a po I Wojnie Światowej – Stany Zjednoczone które wyrosły na imperium.
W poszczególnych częściach świata wykształciły się – pod wpływem różnych czynników – różne odmiany systemu kapitalistycznego. Andrzej Szahaj w książce „Kapitalizm Wyczerpany” scharakteryzował te odmiany w sposób następujący:

  • wersję anglosaską (Wielka Brytania, USA, Irlandia) cechuje minimalna rola państwa, skrajny indywidualizm, społeczna nieodpowiedzialność biznesu (zysk jest jedynym celem), powszechne urynkowienie, niskie podatki, giełda źródłem finansowania przedsięwzięć, dominacja pracodawców, duże rozwarstwienie majątkowe;
  • wersję reńską (Niemcy, Austria, Szwajcaria) cechuje umiarkowana rola państwa, walka z monopolami, umiarkowany indywidualizm, ograniczona rola rynku, społeczna odpowiedzialność biznesu, dążenie do pełnego zatrudnienia, umiarkowanie wysokie podatki, banki jako źródło finansowania przedsięwzięć, ważna rola przemysłu, wysoki poziom ochrony socjalnej, dążenie do konsensusu pomiędzy pracodawcami i pracownikami., udział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami, umiarkowane rozwarstwienie społeczne, wysokie uzwiązkowienie;
  • wersję skandynawską (Szwecja, Finlandia, Norwegia, Dania) cechuje umiarkowana rola państwa, niewielki ale silny sektor państwowy, indywidualizm harmonizowany z zobowiązaniami wspólnotowymi, ograniczona rola rynku, społeczna odpowiedzialność biznesu, wysokie podatki, banki głównym źródłem finansowania przedsięwzięć, ważna rola przemysłu, bardzo wysoki poziom ochrony socjalnej i wysokie świadczenia socjalne, pomoc w otrzymaniu mieszkania,, dominacja zbiorowych układów pracy, niskie rozwarstwienie społeczne, wysokie uzwiązkowienie;
  • wersję azjatycką cechuje duża rola państwa, duży i silny sektor państwowy, planowanie, długoterminowa polityka przemysłowa, kolektywizm (dominacja wspólnoty nad jednostką), ograniczona rola rynku, niskie podatki, ścisła współpraca przedsiębiorstw z bankami, niski poziom ochrony socjalnej, niewielkie rozwarstwienie społeczne, niskie uzwiązkowienie.
    Jak widać z tego przeglądu, pomiędzy poszczególnymi odmianami są istotne różnice, które tłumaczą odmienność napięć społecznych w poszczególnych krajach i głębokość kryzysu systemu.
    Istota kryzysu systemu kapitalistycznego polega na tym, że od kilkudziesięciu lat rośnie rozwarstwienie społeczne między pracodawcami i pracownikami, powodowane brakiem wzrostu wynagrodzeń, które np.w Stanach Zjednoczonych uległy zamrożeniu od czterech dekad.
    Michael Snyder, jeden z czołowych analityków amerykańskich, określił obecną sytuację klasy średniej w USA jako Spiralę Śmierci: ”Konsumenci nigdy nie byli głębiej w długach, a bankructwa gwałtownie rosną”.
    Michael Snyder przytoczył za Amerykańską Rezerwą Federalną informację, że w 2018 r. 10 proc. Amerykanów kontrolowało 70 proc. bogactw kraju (wzrost z 60 proc. w 1989), zaś 1 proc. kontrolował 30 proc. bogactw kraju (wzrost z 23 proc. w tym samym czasie).
    W związku z kryzysem systemu kapitalistycznego przez kraje zachodnie przewalają się fale protestów pracowników walczących o różne aspekty ich wynagradzania. W ostatnich miesiącach najbardziej uporczywe były protesty „żółtych kamizelek” w Paryżu i innych miastach Francji.
    Aby usunąć skutki szoku
    Sposób przeprowadzenia transformacji w Polsce – z socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej – określony mianem terapii szokowej, oraz w trybie szokowym przeprowadzona prywatyzacja przemysłu państwowego (z likwidacją 1500 zakładów i z zwolnieniem z pracy 2 mln pracowników), spowodował ogromne straty w potencjale przemysłu i luki w sieci kooperacji przemysłowej.
    Zniknęły z polskiego horyzontu całe branże, zniknęły też jednostki zaplecza naukowo-technicznego i wdrożeniowego. Zgodnie z polityką „jak najmniej państwa” polikwidowano zespoły pracujących w resortach i zjednoczeniach specjalistów, znających specyfikę poszczególnych branż i znających się na zarządzeniu branżami przemysłu.
    Tymczasem, współczesna gospodarka wymaga profesjonalnego kierowania rozwojem przemysłu ze szczebla rządowego. Inwestorzy zwłaszcza zagraniczni, muszą być przez resorty ukierunkowani na realizację interesu narodowego, w oparciu o badania nad długofalowymi kierunkami rozwoju gospodarki.
    Konieczne działania państwa zaliczane do polityki przemysłowej opisał Andrzej Koźmiński w książce „Wyobraźnia Ekonomiczna”, powołując się na książkę Adama Nogi p.t. ”Teoria Przedsiębiorstw”.
    Wymienia on m.in.:
  • kształtowanie kierunków rozwoju gospodarki, zwłaszcza długofalowych wizji rozwoju
  • specjalne ustawodawstwo dla priorytetowych gałęzi i formułowanie dla nich konkretnych zadań,
  • organizacyjne środki wspierania wybranych gałęzi, zwłaszcza inicjowanie procesów konsolidacji, fuzji i przejęć,
  • minimalizacja ryzyka,
  • zamówienia rządowe i dotacje celowe,
  • wspieranie rozwoju technologicznego (zwłaszcza polityka naukowa i finansowanie wyselekcjonowanych programów badawczych),
  • prowadzenie badań podstawowych w laboratoriach finansowanych bezpośrednio z budżetu,
  • włączanie się państwa ad hoc w rozwiązywanie problemów technologicznych,
  • polityka przemysłowa wobec zagranicy, zwłaszcza ochrona krajowych gałęzi poprzez cła, kontyngenty i bariery pozacłowe
  • kontrola zagranicznych inwestycji bezpośrednich,
  • regulacja cen strategicznych (np. surowców i energii).
    W ciągu minionego 30-lecia zmienność rządów i resortów zajmujących się gospodarką oraz ignorancja osób powoływanych do kierowania tymi resortami, nie stworzyły warunków do realizacji wymienionych funkcji i stworzenia potrzebnych do tego odpowiednich zespołów specjalistów. Istniejące od 1990 r. Rządowe Centrum Badań strategicznych zostało w 2006 r. zlikwidowane przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza (PiS).
    Jako najbardziej drastyczne polskie zapóźnienia trzeba wymienić:
  • w energetyce – utrzymywanie monopolu energetyki węglowej i tworzenie przeszkód dla rozwoju energetyki opartej o źródła odnawialne;
  • w chemii – brak projektów odbudowania w wielkiej skali produkcji barwników i półproduktów do barwników, środków pomocniczych, poliuretanów oraz brak chemicznej przeróbki węgla na półprodukty chemiczne,
  • w motoryzacji – brak projektu utworzenia ośrodka badań i rozwoju przemysłu motoryzacyjnego dla przygotowania w sposób profesjonalny uruchomienia w skali przemysłowej produkcji polskiego osobowego samochodu elektrycznego i polskiego nowoczesnego autobusu elektrycznego;
  • w przemyśle taboru kolejowego – brak centrum badawczo-rozwojowego i wdrożeniowego dla przygotowania uruchomienia produkcji taboru kolejowego średnich i wielkich szybkości;
  • w przemyśle stoczniowym – brak centrum badawczo-projektowego dla przygotowania uruchomienia w skali przemysłowej budowy nowoczesnych wielkich jednostek do transportu gazu skroplonego i ropy, wielkich kontenerowców, promów i hotelowców;
  • w zarządzaniu przemysłem i energetyką – brak centrum badawczo-projektowego zdolnego do opracowania programów dla gospodarki narodowej, w rodzaju programu chemizacji gospodarki i programu rozwoju energetyki odnawialnej, przy wykorzystaniu nowoczesnych systemów symulacji komputerowej.
    Energetyka najpierw
    Po trzech dekadach transformacji głównym problemem strategicznym Polski jest kryzys polskiej energetyki. Na skutek starzenia się bloków węglowych w elektrowniach, w każdej chwili grożą Polakom oraz polskiej gospodarce masowe wyłączenia prądu. Jest to skutek działania mafii węglowej, która broni utrzymania działalności przynoszących straty kopalni węgla i w ostatnich latach zablokowała rozwój energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
    Skutkiem jest powstanie realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego i zwiększenie dystansu strategicznego dzielącego Polskę od sąsiednich Niemiec jeśli chodzi o udział energetyki opartej na źródłach odnawialnych w całym potencjale energetycznym kraju.
    W Niemczech 40 lat temu powstał wielomilionowy antyatomowy ruch obywatelski. Ruch ten wywarł tak silny nacisk na rząd Niemiec by zamknąć wszystkie pracujące elektrownie atomowe, że rząd musiał ulec. Termin końcowy tego procesu wyznaczono na 2022 r. .Wielomilionowy ruch antyatomowy działa nadal, pilnując także realizacji programu rozbudowy energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii – i organizuje kolejne demonstracje w przypadkach opóźnień w zamykaniu elektrowni atomowych czy w realizacji programu budowy energetyki wiatrowej i słonecznej.
    W wyniku tej działalności Niemcy osiągnęły potencjał energetyki wiatrowej i fotowoltaicznej na poziomie po 40 gigawatów, konkurując skutecznie ze Stanami Zjednoczonymi i lokując się za Chinami, które przodują w tej dziedzinie, dysponując już potencjałem ok. 100 gigawatów w samej energetyce fotowoltaicznej.
    Polski rząd musi natychmiast zdecydować o zatrzymaniu prac nad przygotowaniem budowy dwóch elektrowni atomowych, i o przeznaczeniu środków rezerwowanych na ten cel na rozbudowę energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
    Trzeba natychmiast znieść przepisy które zablokowały rozwój energetyki wiatrowej, wprowadzające nonsensowne normy, w jakich odległościach od zabudowań mieszkalnych wolno budować farmy wiatrowe, oraz uruchomić prace nad budową kilku elektrowni fotowoltaicznych, także o wielkiej o mocy 1 gigawata, na wzór takiej elektrowni budowanej na terenie Czernobyla przez firmy chińskie. Należy wydać też, na wzór Niemiec, przepisy promujące budowę i eksploatację milionów mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii, by wykorzystać istniejący potencjał 3,6 miliona tych instalacji z potencjałem 16 gigawatów.

Uruchomienie chińskich fabryk to znak stabilizacji globalnego łańcucha przemysłowego

Na początku lutego Firma Hyundai Motor musiała zawiesić własną linię produkcyjną z powodu tymczasowego przerwania dostaw części z Chin z powodu epidemii zapalenia płuc wywołanego przez nowego koronawirusa. 17 lutego, przy wznowieniu pracy niektórych chińskich producentów komponentów, a także przy wsparciu rządów Chin i Korei Południowej oraz innych czynników,
Firma Hyundai Motor postanowiła wznowić produkcję na większości swoich linii produkcyjnych.

Te dwie wiadomości pokazują ważną pozycję Chin w globalnym łańcuchu przemysłowym. W chwili, gdy zapobieganie epidemii i kontrola epidemii przynosi pozytywne wyniki, chińskie firmy wznawiają pracę i produkcję. Jest to ważne nie tylko dla samych przedsiębiorstw, ale także ważne dla utrzymania stabilnego działania łańcucha globalnego przemysłu i ochrony wspólnych interesów świata.
Około 10 lutego, pod warunkiem kontroli i zapobiegania zakażeniom koronawirusa, chińskie przedsiębiorstwa wznowiły produkcję. Obecnie, z wyjątkiem prowincji Hubei, przedsiębiorstwa w 30 innych prowincjach, regionach autonomicznych w Chinach kontynentalnych wznowiły pracę. Podejście rządu chińskiego do tego jest jasne: wzmocnienie zapobiegania i kontroli w obszarach, w których sytuacja epidemiologiczna jest szczególnie poważna lub obarczona wysokim ryzykiem, a nieepidemiczne obszary zapobiegania i kontroli powinny koordynować zapobieganie epidemii i kontrolę oraz przywracać porządek gospodarczy i społeczny.
Oznacza to, że Chiny nie rozluźniają zapobiegania i kontroli epidemii, ale jednocześnie szukają prawdy na podstawie faktów i opracowują zróżnicowane strategie według dzielnic i poziomów, aby zminimalizować wpływ tych działań na produkcję i życie ludzi oraz na globalny łańcuch przemysłu.
Raport Instytucji Globalnej McKinsey (McKinsey Global Institute) z 2019 roku umieścił ważny wniosek: zależność Chin od światowej gospodarki względnie maleje, a światowa zależność od chińskiej gospodarki stosunkowo rośnie. Fakty i liczby dowodzą również, że jako jedyny kraj na świecie ze wszystkimi kategoriami przemysłowymi, chiński łańcuch dostaw ma oczywiste zalety, przede wszystkim w globalnym łańcuchy dostaw w takich branżach jak artykuły gospodarstwa domowego, części high-tech, tkaniny i odzież, które są w dużym stopniu zależne od Chin.
Potwierdził to szef chińskiego producenta sprzętu gospodarstwa domowego Midea, w ostatnim wywiadzie: „W dzielnicy Shunde w mieście Foshan w prowincji Guangdong mamy ponad 3000 producentów sprzętu gospodarstwa domowego i branż wspierających. Uruchomiono maszyny Delcie Rzeki Perłowej, a globalny łańcuch przemysłowy się ustabilizuje. ”
Jednocześnie, z powodu przedłużenia obchodów Święta Wiosny, Chiny opóźniają wznowienie pracy, popyt na zasoby takie jak ropa naftowa i minerały osłabił się, co dotknęło również niektóre kraje. Raport badawczy opublikowany przez Departament Badań CITIC Papierów Wartościowych S.O.O. (CITIC Securities Company Limited) z 17 lutego pokazuje, że trzej główni importerzy ropy naftowej Arabia Saudyjska, Rosja, Iran, trzej główni importerzy rudy żelaza Australia, Brazylia, Indie, odczują znacznie wpływ spadającego popytu Chin.
Według raportu Instytucji Globalnej McKinsey Chiny są największym eksporterem dla 33 krajów i źródłem importu dla 65 krajów. Co zrobić, kiedy zagraniczne firmy z niepokojem czekają na chińskie surowce i komponenty, a praca chińskich przedsiębiorstw nie zostanie wznowiona na czas, aby wznowić produkcję? Co oznacza to dla zagranicznych firm, które uważają Chiny za ważny rynek zasobów?
To co zrobili Chiny w zapobieganiu i kontrolowaniu epidemii, jest odpowiedzialnym działaniem, aby świat mógł wykonać dobrą robotę. Chińskie przedsiębiorstwa wznowiły pracę i wznowiły produkcję jest odpowiedzialnym działaniem wobec świata.
Od rządu centralnego po samorządy lokalne Chiny podjęły szereg działań w celu zmniejszenia kosztów finansowania, preferencyjnych podatków i opłat oraz zapewnienia zatrudnienia, tworząc korzystne warunki dla przedsiębiorstw do wznowienia pracy. Gdy firma wznawia pracę, pracownicy muszą przejść szereg procedur kontroli i dezynfekcji, zanim będą mogli podjąć pracę. Jest to szczególna praktyka „koordynowania zapobiegania i kontroli epidemii oraz przywracania porządku gospodarczego i społecznego”.
Należy również zauważyć, że chociaż Chiny wielokrotnie potwierdziły znaczenie globalnego łańcucha przemysłowego, choć poczyniły one wielkie starania, aby zapewnić funkcjonowanie globalnego łańcucha przemysłowego, to wciąż są ludzie, którzy myślą o grze o sumie zerowej i nie chcą by Chiny szły w dobrym kierunku. Na przykład minister handlu USA Wilbur L. Ross Jr. stwierdził ostatnio, że wybuch epidemii w Chinach „pomógł” przyspieszyć powrót produkcji do Stanów Zjednoczonych.
Spójrzmy na firmę Apple, która posiada około 800 fabryk dostawców na całym świecie, z których około połowa znajduje się w Chinach. Większość produktów, w tym iPhone, jest wytwarzana w Chinach. 17 lutego w oświadczeniu Apple dla inwestorów stwierdzono, że wszyscy partnerzy produkujący iPhone’a w Chinach wznowili produkcję. Ze względu na wpływ epidemii Apple spodziewa się globalnego niedoboru podaży iPhone’a, ale firma podkreśla: „Uważam, że wpływ tej sytuacji na firmę jest tymczasowy”.
Podczas epidemii zagraniczne przedsiębiorstwa doceniły wysiłki Chin zmierzające do zapewnienia wznowienia pracy, zrozumiały także, że wpływ epidemii jest tymczasowy. Oczywiście przewaga chińskiego łańcucha przemysłowego nigdy nie zostanie utracona z powodu słów niektórych osób.
Tak właśnie powiedział Robert C. Merton, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii i profesor w Massachusetts Institute of Technology, w niedawnym liście otwartym do Chińczyków: „Jesteśmy optymistycznie nastawieni do długoterminowej poprawy chińskiej gospodarki i wierzymy, że po zwycięstwie z walce epidemii, Chiny będą potężniejsze”.

Polska krajem służących

W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja oraz brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką.

Po transformacji w roku 1989 z gospodarki planowej do gospodarki rynkowej, po likwidacji 1500 zakładów przemysłowych, w tym większości wielkich kompleksów przemysłowych i branżowych instytutów naukowo-badawczych, po utracie pracy przez 2 milionów pracowników, którzy musieli wyemigrować w poszukiwaniu pracy, po prywatyzacji i po sprzedaniu większości przedsiębiorstw państwowych inwestorom zagranicznym – z kraju producentów Polska stała się krajem służących tym inwestorom.
Wykorzystując niższe płace, inwestorzy zagraniczni w ciągu minionych trzech dziesięcioleci zainwestowali w Polnsce w wiele zakładów, kooperujących z zagranicznymi firmami – matkami, uruchamiając w Polsce montaż wyrobów finalnych na zagranicznych projektach i technologii. W wyniku tej współpracy, w ciągu trzech dziesięcioleci polska gospodarka wyrosła na liczącą się w Europie, który to proces uległ przyspieszeniu po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.
W ostatnich latach sytuacja Polski uległa znacznemu pogorszeniu w wyniku postępującego światowego procesu globalizacji. Została ona skonfrontowana z trapiącymi świat kryzysami, zwłaszcza z kryzysem klimatycznym, zadłużenia i z kryzysem gospodarki kapitalistycznej, wyrażającym się w rozwarciu nożyc między bogacącymi się elitami rządzącymi światem, a biedniejącymi miliardami osób pracujących.
W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja i brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką, czego skutkiem jest znaczne opóźnienie technologiczne wobec czołowych krajów zachodnich. Głównym problemem stał się kryzys polskiej energetyki, opartej na węglu, którego skutkiem stało się przodowanie Polski w truciu Polek i Polaków smogiem, bez perspektywy poprawy sytuacji w krótkim czasie. Efektem błędnej polityki energetycznej rządzących jest ogromny dystans strategiczny zwłaszcza wobec najbliższego sąsiada – Niemiec w strukturze miksu energetycznego. Niemcy mają już potencjał energetyki fotowoltaicznej wynoszący 40 gigawatów – równy potencjałowi całej polskiej energetyki – z planem osiągnięcia do 2050 r. udziału odnawialnych źródeł energii na poziomie 50 proc.

Dla skrócenia dystansu strategicznego trzeba wybudować w ich miejsce kilka wielkich elektrowni słonecznych (zamiast jądrowych), oraz z pomocą państwa – milion mikro-elektrowni fotowoltaicznych przez milion prosumentów. Trzeba też wykupić od koncernu Fiat fabrykę samochodów osobowych w Tychach i uruchomić tam, na polskich projektach i polskiej technologii, produkcję polskich osobowych samochodów elektrycznych w skali setek tysięcy sztuk rocznie.
Od polskich ekonomistów rządzący powinni móc oczekiwać konkretnych podpowiedzi, w jaki sposób zmniejszyć dystans strategiczny do sąsiadów w poszczególnych dziedzinach gospodarki, infrastruktury, edukacji i życia społecznego.
Kumulacja napięć
„Nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwania, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej wszystkiego – to wszystko doprowadziło nas do punktu, w którym skumulowanie napięć spowoduje przerażającą katastrofę” – pisał Leszek Kołakowski.
Trafnie zdiagnozował on przyczynę dramatu, w jakim znalazł się naród polski po 30 latach transformacji od socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej: 40 proc. wyborców, mimo zniszczenia podstaw praworządności i wielokrotnego złamania Konstytucji przez rządzących Polską w niedługim czasie ostatnich czterech lat, nadal ich popiera.
Setki lat pańszczyzny, podległości, niewoli i zniewolenia przez komunistów oraz luki w systemach edukacji pozostawiły w świadomości pokoleń Polek i Polaków tak ogromny negatywny ślad, że wystarczyło wpuścić im w ostatnich latach do kieszeni trochę żywej gotówki, by najistotniejsze kwestie istnienia Polski jako praworządnego państwa przestały mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Mimo odbudowania w ciągu minionego trzydziestolecia gospodarki po pełnym patologii procesie transformacji i prywatyzacji przemysłu, wejścia do Unii Europejskiej i do NATO, oraz wielokrotnego zwiększenia dochodów rodaków w tym czasie, oczekują oni jak najrychlejszego zrównania ich dochodów z dochodami osiąganymi przez obywateli Niemiec, „by sprawiedliwości za cierpienia narodu polskiego w minionych wiekach i latach stało się zadość”. Fakt iż wydajność pracy Niemców jest trzykrotnie wyższa od wydajności rodaków nie ma dla nich najmniejszego znaczenia.
Patologie opisane przez prof. Witolda Kieżuna w książce „Patologia transformacji”, źródłem których była ignorancja ówczesnego wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza (eksperta od kontrolowania inflacji) w dziedzinie zarządzania gospodarką, powodujące bezrobocie i emigrację milionów pracowników w poszukiwaniu pracy, pogorszyły jeszcze ich odczucie zlekceważenia ich losów. Opisała ten dramat Katarzyna Duda w książce „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Andrzej Szahaj rozdział w którym opisał to w książce „Kapitalizm wyczerpania”, zatytułował „Pamięć upokorzenia”.
Jak podkreśla autor, zabrakło wtedy szacunku i uznania dla ludzi pracy – w wielu zakładach przemysłowych pracowały wspaniałe zespoły pracowników, inżynierów i ekonomistów, dzięki którym ich przedsiębiorstwa były w czołówce kadry przemysłowej Europy. Wystarczy wymienić wielkie Zakłady Cegielskiego w Poznaniu i Pafawag we Wrocławiu, Stocznię Gdańską i Szczecińską, Zakłady Chemiczne Zachem w Bydgoszczy, Boruta w Zgierzu, Nową Hutę w Krakowie i Hutę Katowice czy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu, które tworzyły kręgosłup polskiej gospodarki. O ich zachowanie Leszek Balcerowicz i jego ekipa niestety nie potrafiły zadbać. Tych wielkich kompleksów przemysłowych i ich załóg już nie ma, a Polska jest skazana na import produktów, których nie potrafimy wyprodukować.
Płacimy zagranicznym inwestorom za kapitał włożony w uruchomienie w Polsce montowni wyrobów na zagranicznych technologiach, a zagranicznym producentom za produkty, które musimy importować.
Nasza deindustrializacja
Uprzemysłowienie Polski, w wyniku prywatyzacji i likwidacji 1500 zakładów przemysłowych zmniejszyło się prawie o połowę, a zatrudnienie spadło z 4,9 miliona osób w roku 1989 do 2,9 miliona osób w 2003 r. Uległy likwidacji prawie wszystkie kompleksy przemysłowe, z wyjątkiem rafinerii i zakładów nawozowych. Andrzej Karpiński ze swoim zespołem w wydanej w roku 2013 książce p.t. „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” jako główne przyczyny tego regresu określili:
– brak strategii przemysłowej,
– pośpiech w przeprowadzeniu reformy ustrojowej,
– błędy w doktrynie i wyjątkowo nieprzyjazny stosunek państwa do własnego przemysłu państwowego,
– błędy w prywatyzacji przemysłu państwowego,
– brak ochrony gruntów poprzemysłowych przed nieuzasadnionym przekształceniem ich w działki budowlane,
– wyjątkowe nasilenie tendencji do indywidualnego bogacenia się kosztem majątku publicznego.
Tę przeprowadzoną szokową transformację Witold Kieżun trafnie nazwał ekonomiczną neokolonizacją. Cytowany już Andrzej Szahaj sprecyzował 10 grzechów głównych ostatniego trzydziestolecia następująco:

  1. Dyktat neoliberalizmu (upodobnienie do kapitalizmu amerykańskiego)j
  2. Absolutyzacja wolności (wolność bez żadnych ograniczeń)
  3. Technokratyzm (bez uwzględnienia aspektów społecznych, kulturowych i psychologicznych),
  4. Osłabienie państwa („interwencja państwa psuje mechanizm samo-regulacyjny”, co poskutkowało m.in. wykluczeniem komunikacyjnym milionów obywateli)
  5. Uznanie państwa socjalnego jako przeżytek („bogactwo skapuje z góry, przypływ który podnosi wszystkie łódki”)
  6. Arogancki paternalizm elit (traktowanie dorosłych jak dzieci – rządzące elity zawsze wiedzą lepiej)
  7. Patologiczny indywidualizm(„każdy jest kowalem swojego losu”, „konkurencja jest panaceum na każde zło”, poniżanie tych, którym się nie udało), umowy śmieciowe, praca towarem jak każdy inny, coraz mniejszy kawałek wypracowywanego bogactwa trafia do pracowników)
  8. Nierówności (zarabiający mniej płacą relatywnie wyższe podatki niż zarabiający dobrze. nierówności majątkowe, płacowe, terytorialne)
  9. Złe ustawienie stosunków państwo-Kościół (państwo straciło niezależność, Kościół siłę moralną związaną z dokonywaniem ocen etycznych).
    Potrójne uzależnienie
    Andrzej Koźmiński w rozdziale zatytułowanym „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” w książce Elżbiety Mączyńskiej p.t. „Ekonomia i Polityka” tę patologiczną transformację określił jako przejście do gospodarki zależnej, która jest potrójnie uzależniona od otoczenia zewnętrznego:
    1) od eksportu, podwykonawstwa, kooperacji itp., czyli od dostępu do zagranicznych rynków,
    2) od importu zagranicznych oszczędności, czyli od zagranicznych inwestycji zarówno bezpośrednich , jak i portfelowych oraz od różnego rodzajów transferów finansowych (fundusze europejskie, przekazy emigrantów itp.),
    3) od importu siły roboczej, zwłaszcza kwalifikowanej.
    Elżbieta Mączyńska w cytowanej tu książce zamieściła jako kontrapunkt rozdział napisany przez Marcina Piątkowskiego, zatytułowany „W kierunku nowej instytucjonalnej teorii rozwoju gospodarczego: przykład sukcesu Polski”, w którym autor przedstawił okres transformacji jako bezprecedensowy sukces, którego głównym źródłem był silny konsensus społeczny, nazwany przez autora konsensusem warszawskim, i wysoka jakość elit, „które wiedziały, dokąd zmierzają i co chcą osiągnąć: pełną integrację Polski z Zachodem”. Marcin Piątkowski swoją diagnozę transformacji oparł głównie na liczbach mówiących o średnich dochodach mieszkańców Polski.
    Elżbieta Mączyńska zamieściła w swojej książce także złożony indeks zrównoważonego rozwoju społeczno-ekonomicznego, autorstwa Andrzeja K.Koźmińskiego, Adama Nogi, Katarzyny Piotrowskiej i Krzysztofa Zagorskiego. Indeks ALK (Akademii im. Leona Koźmińskiego) został przez zespół akademii opracowany, by wypełnić słabości wskaźnika produktu krajowego brutto, „który zbytnio upraszcza obraz stanu gospodarki i nie uwzględnia społecznych aspektów rozwoju”. Marcin Piątkowski w swojej pochwalnej diagnozie procesu transformacji w Polsce zupełnie nie uwzględnił właśnie całej społecznej strony tego procesu.
    Osobom które przeżyły okres transformacji, pogląd Marcina Piątkowskiego, iż źródłem sukcesu transformacji było porozumienie społeczne nazwane przez niego konsensusem warszawskim, a także wysokie kwalifikacje rządzących elit, nie może zostać przyjęty, ponieważ o konsensusie można tylko mówić w odniesieniu do Okrągłego Stołu i rozmów w Magdalence – wkrótce po nich konsensus się rozpadł i rozpoczęła się „wojna na górze”, która trwa do dzisiaj. Na temat kwalifikacji rządzących elit wypowiedział się w sposób kompetentny cytowany już Witold Kieżun.
    Rezultatem przedstawionej wyżej patologii transformacji stało się opóźnienie rozwoju technologii i techniki w stopniu, który postawił Polskę daleko za czołowymi krajami zachodnimi – i wymaga podjęcia przez rządzących konkretnych działań, zmierzających do znacznego przyspieszenia rozwoju polskiej gospodarki, zwłaszcza odbudowy wielkich kompleksów przemysłowych, by zmniejszyć dystans strategiczny jaki Polskę dzieli zwłaszcza od Niemiec.
    Na opisaną tu dramatyczną wewnętrzną sytuację Polski nakłada się, toczący świat i Europę, globalny kryzys, opisany przez Witolda Orłowskiego w książce „Świat do Przeróbki”, na który składają się światowy kryzys klimatyczny, światowy kryzys zadłużenia i światowy kryzys systemu kapitalistycznego.
    Światowy kryzys klimatyczny, grożący istnieniu cywilizacji w horyzoncie niewielu dziesięcioleci, został najlepiej opisany przez Naomi Klein w książce „To zmienia wszystko”. Zwróciła ona uwagę na starcie między ludźmi i środowiskami, które przyjęły sygnały naukowców przestrzegających przed lekceważeniem dziejących się rzeczywiście zmian klimatu i wynikającymi z nich zagrożeniami, a grupami interesu i elitami rządzącymi w niektórych krajach,, które nie chcą zrezygnować z zysków jakie ciągną z bezwzględnej eksploatacji dóbr natury.
    Wysiłki społeczności międzynarodowej by zapanować nad procesem ocieplania się klimatu trwają od dziesiątków lat i koncentrują się na płaszczyźnie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jej początek zaznaczyły Konferencja Stron ramowej konwencji NZ w sprawie zmian klimatu (1992) oraz 11 sesją Spotkania Stron Protokołu z Kioto (1997), których celem było zawarcie umowy oraz powszechnego porozumienia w kwestii zmian klimatu między wszystkimi państwami świata.
    Proces ratyfikacji wypracowanego w Kioto Protokołu wprawdzie ruszył, ale w niezbyt szybkim tempie, na tle wspomnianego wyżej konfliktu interesów pomiędzy stronami przekonanymi co do przyczyn ocieplania się klimatu w skali globalnej – a przeciwnikami tego poglądu. By proces ten przyspieszyć, została w Paryżu w 2015 r zwołana Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie klimatu, która przyjęła Porozumienie Paryskie precyzujące ustalenia Protokołu z Kioto, w której wzięło udział 146 państw. Ze względu na istniejący konflikt interesów ludzi i biznesu, Porozumienie Paryskie zakończyło się kolejnym kompromisem, w którym strony zapisały, że przy celu nie przekraczającym 2 stopni Celsjusza „dążą do uzyskania limitu wzrostu temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza”.
    Ruszył kolejny proces ratyfikacji Porozumienia, ale okazało się, że nawet tak kompromisowe sformułowanie nie mogło zostać zaakceptowane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który formalnie USA z Porozumienia Paryskiego wycofał. Jest oczywiste, że wobec ostrości konfliktu, państwa blokujące realizację Porozumienia Paryskiego zmienią swoje stanowisko tylko pod masowym naciskiem obywateli tych państw.
    Jak pisze Naomi Klein w swojej książce, „Zasadniczo chodzi o to, by przedstawić nie tylko alternatywny zestaw propozycji politycznych, lecz światopogląd konkurencyjny wobec tego, który tkwi w samym centrum kryzysu ekologicznego – światopogląd zakorzeniony we współzależności, a nie na hiper-indywidualiźmie, oparty na wzajemności i współpracy, a nie na dominacji i hierarchii. Potrzebujemy go nie tylko po to, by stworzyć warunki polityczne sprzyjające zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych, lecz także by poradzić sobie z nadciągającymi kataklizmami”.

Przemysł słabnie gospodarka kwitnie

Wskaźniki koniunktury się pogarszają, ale tempo polskiego rozwoju należy do najszybszych w Europie. Jak widać oceny to jedno, a rzeczywistość drugie.

W 2019 r. wskaźnik MI, prezentujący kondycję polskiego sektora przemysłowego, (oparty na opiniach kadry kierowniczej ponad 200 przedsiębiorstw przemysłowych) był najniższy od kryzysu na światowych rynkach finansowych w latach 2008-2009.
Od początku roku przedsiębiorcy sygnalizowali problemy z nowymi zamówieniami, szczególnie tymi płynącymi z rynków zagranicznych. To nie dziwi patrząc na kondycję gospodarek naszych głównych partnerów handlowych. Grudzień 2019 r. był 17-tym miesiącem z rzędu spadku zamówień od klientów z zagranicy.
W ostatnich miesiącach 2019 r. menedżerowie wskazywali jednak także na osłabienie popytu na polskim rynku, co zaskakuje ze względu na rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku wzrostu wynagrodzeń (o 6,7 proc. w ciągu 11 miesięcy), a także zwiększonych transferów socjalnych (dodatkowa emerytura, 500+ na każde dziecko) i obniżenia pierwszej stawki PIT do 17 proc.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, słabnące zamówienia przekładały się na spadki liczby nowych miejsc pracy. A rosnące koszty osłabiały standing finansowy firm przemysłowych. Wpływało to także na zmniejszenie zakupów przedsiębiorstw.
Prognozy dotyczące przyszłej produkcji były w końcu 2019 r. dosyć pesymistyczne – listopadowy i grudniowy odczyt wskaźnika przyszłej produkcji były jednymi z najsłabszych w 21-letniej historii badań PMI. To musi niepokoić z perspektywy 2020 r. Powodów do niepokoju jest znacznie więcej. Co prawda USA i Chiny jeszcze w styczniu mają podpisać pierwszą część porozumienia handlowego, które powinno wprowadzić większą przewidywalność na rynkach finansowych, i generalnie w gospodarce światowej. Jednak doświadczenia ostatnich dwóch lat każą ostrożnie podchodzić do finału porządkowania relacji między tymi dwiema największymi gospodarkami. Wiemy także, że z końcem stycznia Wlk. Brytania wyjdzie z Unii Europejskie. Nie wiemy jednak na jakich ostatecznie warunkach się to odbędzie, co ma ogromne znaczenie dla biznesu. Warto przypomnieć, że Wlk. Brytania to trzeci rynek dla polskich eksporterów, lokujemy tam około 6 proc. polskiego eksportu. W tych dwóch obszarach biznes wie zatem już nieco więcej, ale daleko jeszcze do stabilizacji.
Natomiast na własnym podwórku przedsiębiorstwa mają znacznie większy, bo już pewny, ból głowy. Chociażby koszty związane z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych w średnich firmach (od 1 stycznia) i małych firmach (od 1 lipca), drastyczny wzrost kosztów energii elektrycznej, wzrost kosztów paliwa w wyniku wzrostu opłaty paliwowej. Do tego dochodzi ciągła niepewność regulacyjna, polityczna i obawy związane z praworządnością, co z perspektywy biznesu ma ogromne znacznie.
Trudno się dziwić, że w pogarszającym się otoczeniu kadra kierownicza przedsiębiorstw przemysłowych coraz wyraźniej prezentuje swoje obawy. Zobaczymy to w słabości inwestycji firm, co odbije się silnie na dynamice wzrostu gospodarczego w 2020 r.
I co znacznie ważniejsze, na zdolności polskich przedsiębiorstw do konkurowania tak na rynkach zewnętrznych, jak i na naszym własnym rynku.

Państwowa firma idzie na dno

Kontrahenci agencji ST3 Offshore, zajmującej się produkcją elementów do elektrowni wiatrowych, od dwóch lat czekają na swoje pieniądze. Na lodzie pozostawieni zostali również pracownicy, a wszystko dzieje się pod okiem rządu.

Właścicielem ST3O jest bowiem fundusz inwestycyjny Mars, którego głównym udziałowcem jest skarb państwa.

Firma ST3 Offshore posiada jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych i systemów infrastruktury produkcyjnej w Europie. W 2015 r. zagraniczny inwestor postawił 120-metrową, najwyższą na Starym Kontynencie suwnicę bramową. Miał to być symbol reindustrializacji Szczecina. Dołożyło się również miasto, które specjalnie dla firmy zbudowało nowy most na Ostrów Brdowski, gdzie prowadzona była produkcja.

W 2017 r. podmiot trafił w ręce funduszu Mars, który miał się zająć jego rozwojem. Z takim powodzeniem, że ST3 Offshore znajduje się obecnie w stanie kroczącego bankructwa. Firma jest zadłużona, jej wierzyciele nie mogą się doprosić przelewów od dwóch lat. Na skraju plajty stanęło ponad 400 przedsiębiorstw kooperujących z agencją, Do końca roku miał zostać wdrożony układ pomiędzy wierzycielami a ST3O, niestety zarządcy zadłużonego podmiotu nie popisali się sprawnością.

– Agencja, pomimo upływu jutro wskazanego przez siebie terminu nie tylko nie sygnalizuje w żaden sposób woli przedłużenia zawartej z ST3 Offshore i Mars TFI umowy. Ale wręcz (składając wniosek o pisemne uzasadnienie postanowienia o zatwierdzeniu przyjętego układu) sama skutecznie blokuje jej wykonanie – poinformował mec. Patryk Zbroja, reprezentujący część wierzycieli.
Wspomniane porozumienie zostało zatwierdzone przez sąd i miało się uprawomocnić jeszcze w 2019 r., co umożliwiałoby otrzymanie przez spółkę 38 mln zł z Polskiej Agencji Rozwoju na rozkręcenie produkcji. Obecnie, mimo posiadania tak okazałej bazy, ST3O zajmuje się jedynie produkcją prostych elementów stalowych. Nie ma środków na wykonanie poważniejszych kontraktów i nie staje w ogóle do przetargów. Co zatem stanie się z 38 milionami? Prawdopodobnie zostaną przejęte przez wierzycieli.

Spółce grozi też 100 mln zł dofinansowania unijnego, które dostała na postawienie fabryki. Nie został bowiem spełniony podstawowy warunek przyznania środków – zatrudnienie 500 osób. Obecnie ST3 Offshore ma ok. 350 pracowników. których sytuacja również rysuje się fatalnie. Wypłaty za listopad dostali z opóźnieniem, w dwóch ratach i po interwencji lokalnych mediów. Zatrudnieni obawiają się, że pieniędzy za grudzień mogą nie zobaczyć w ogóle. Przedstawiciele wierzycieli przekonują, że spółka lada dzień ogłosić bankructwo.

Dlaczego zgaśnie Nowa Huta

ArcelorMittal wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Może na dziewięć miesięcy, może na rok, związkowcy obawiają się, że raczej na zawsze. Dopóki na horyzoncie majaczyło widmo wyborów, politycy stawali na głowie, by przekonać hutników, że chcą ratować ich miejsca pracy. Ale teraz jest już po wyborach.

We wtorek 12 listopada zwołano tzw. masówkę pracowników wielkiego pieca i stalowni w Nowej Hucie. Ogłoszono, że krakowski wielki piec zostanie wygaszony w nocy z 22 na 23 listopada. Według prezesa spółki ArcelorMittal Geerta Verbeecka produkcja przestała się opłacać.

– Poinformowano nas, że na globalnym rynku i tak ma miejsce nadprodukcja stali, a całą Unię Europejską czeka dodatkowo spowolnienie gospodarcze. Była mowa o wskaźnikach optymizmu gospodarczego, które są na najniższym poziomie od 2009 r. Do tego wojna handlowa z Chinami – opowiada Kacper Pluta, pracownik krakowskiej huty i aktywista Alternatywy Socjalistycznej.
Oficjalny komunikat spółki precyzuje: – Globalne hutnictwo boryka się z ogromną nadwyżką mocy produkcyjnych – obecnie wynosi ona ponad 400 mln ton. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Stali (Eurofer) popyt na stal w Europie spadnie w tym roku o 3.1 proc. Wcześniejsze prognozy wskazywały jedynie na spadek rzędu 0.4 proc.

Dla około ośmiuset pracowników zatrudnianych bezpośrednio przez ArcelorMittal Polska i dalszych kilkuset, którzy mają podpisane umowy z firmą zewnętrzną i zajmują się remontem maszyn czy sprzątaniem, to wiadomości dramatyczne. Nie pierwsze: załoga co najmniej od maja żyje w niepewności, co dalej z zakładem. Między złymi nowinami i tymi, które dają nadzieję.

Nierentowni

W maju 2019 r. zarzd ArcelorMittal Polska oznajmił, że wielki piec w Nowej Hucie stał się nierentowny i zostanie we wrześniu wygaszony, co najmniej na kilka miesięcy. – Decyzja [o wygaszeniu] poprzedzona została szczegółową analizą rynku, która potwierdziła osłabienie popytu na stal. Jest ona także podyktowana rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 oraz wysokim poziomem importu z krajów spoza Unii Europejskiej, a także bardzo wysokimi kosztami produkcji – ogłasza spółka. – Ceny uprawnień do emisji CO2 już przekroczyły 25 euro za tonę, co stanowi wzrost o ok. 230 proc. względem początku 2018 roku.

Związki zawodowe protestują, twierdzą, zarząd podjął decyzję bez żadnych konsultacji. Szykują protesty. Bez większego problemu udaje się też zainteresować sprawą polityków. Jest w końcu rok wyborczy, PiS chce konsekwentnie pokazywać się jako obrońca zwykłych ludzi, a PO, chcąc nie chcąc, musi próbować rywalizować z rządem na tym polu. – Związkowcy z krakowskiej huty rozmawiali z politykami różnych opcji o tym, by ratować zakład. Ludzie z różnych opcji, PiS i Platformy, zapewniali, że wielki piec nie zgaśnie, przyklejali się do pracowników, składali piękne obietnice – wspomina Kacper Pluta.

Jedną z obiecujących – choć ostrożnie, jakby wiedziała, jak cała sprawa się skończy – jest minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz. Opowiada mediom: na spotkaniach z koncernem przypomnę, ile ArcelorMittal zyskał na zakupie hut w Polsce (dziś w rękach koncernu jest 70 proc. polskiego hutnictwa). Przyznaje jednak, że tematem rozmów będzie również zaawansowanie prac legislacyjnych nad ustawą o rekompensatach dla przemysłu energochłonnego.

Gołym okiem widać, że to ten argument będzie bardziej przekonujący dla władz hutniczego giganta.

Związki chcą walczyć

Pod koniec lipca związkowcy demonstrują pod siedzibą firmy w Dąbrowie Górniczej. Ostrzegają, że wygaszenie wielkiego pieca w Krakowie to najprawdopodobniej dopiero początek, że zagrożone są też pozostałe działające jeszcze w Polsce huty: sosnowiecka, świętochłowicka, chorzowska, dąbrowska. Spotykają się z prezesem. A następnie odtrąbiają sukces.

„Ulegając presji związków zawodowych wspieranych przez ogólnopolską centralę, zarząd spółki podjął decyzję o bezterminowym wstrzymaniu planów wyłączenia wielkiego pieca” – to część komunikatu opublikowanego na stronie OPZZ. Przewodniczący NSZZ Pracowników ArcelorMittal S.A. Krzysztof Wójcik przekonuje, że to przywiezienie ponad tysiąca demonstrantów do Dąbrowy Górniczej zrobiło na Geercie Verbeecku wrażenie. Załoga po cichu komentuje, że związki przeceniają swoje znaczenie: koncern zgodził się ustąpić raczej ze względu na ustawę o rekompensatach, której, wyliczają pracownicy, będzie największym beneficjentem.

Ustawa skrojona pod huty

Regulacje wchodzą w życie 29 sierpnia. Prawo do rekompensat za zawarte w cenie energii koszty nabycia uprawnień do emisji CO2 otrzymuje na ich podstawie około 300 przedsiębiorstw z branż energochłonnych; obok hutnictwa chodzi m.in. o przemysł chemiczny i papierniczy. – Chcemy zmniejszyć ryzyko wyprowadzania produkcji za granicę oraz uczynić z Polski atrakcyjne miejsce do inwestycji przemysłowych. Ustawa, która zaczyna dziś obowiązywać, pomoże największym firmom, w przypadku których wydatki na energię stanowią nawet 40 proc. całkowitych kosztów. Tymczasem unijna polityka klimatyczno-energetyczna spowodowała skokowy wzrost cen uprawnień do emisji CO2 – tłumaczy sens ustawy komunikat Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Analitycy nie mają wątpliwości: całą ustawę, w myśl której budżet zwraca prywatnym firmom wydatki na wyższe ceny energii, napisano w zasadzie pod huty. Ale wątpliwości nie mają też związkowcy: jeśli Unia Europejska nie obniży cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ArcelorMittal i tak zrezygnuje z produkcji w Polsce.

– Wystąpiliśmy we wrześniu do naszych europarlamentarzystów, żeby tym się zajęli, ale do tej pory nikt się do nas nie odezwał. Tymczasem tylko tam może zostać podjęta decyzja o zmniejszeniu opłat za CO2 – mówił Roman Wątkowski, wiceprzewodniczący Komisji Robotniczej Hutników NSZZ „Solidarność” ArcelorMittal Poland S.A. Kraków, gdy na początku października krakowskie media znowu zaczęły spekulować o wygaszeniu wielkiego pieca. Podawano nawet datę – 25 października. Koncern stanowczo zaprzeczył. Na kilka tygodni.

Czy celowo zaczekał, aż partia, która wcześniej zagwarantowała mu przyjazną ustawę, wygra wybory?

Przeniesienie albo postojowe

Różnica między nowym komunikatem o wygaszaniu pieca a tymi z maja jest tylko taka, że zniknęły wzmianki o potrzebie wnoszenia wysokich opłat emisyjnych. Koncern zdaje się również bardziej stanowczo zapewniać, że nie ucierpią pracownicy huty. Konkretnie – ci zatrudniani przez ArcelorMittal bezpośrednio, bo za osoby z firm zewnętrznych oczywiście nie odpowiada.
Co dla każdego z członków załogi będą oznaczały słowa „pracownicy nie ucierpią”, ludzie dowiaduj się właśnie na indywidualnych rozmowach. Ok. 400-500 osób zostanie skierowanych do zakładów koncernu w Dąbrowie Górniczej, zaś kolejna grupa, podobnej liczebności, do walcowni i koksowni w Krakowie. Przejście do pracy w Dąbrowie Górniczej będzie oznaczało dla pracowników konieczność dodatkowych, półtoragodzinnych dojazdów do pracy, ale to przynajmniej gwarancja zachowania zarobków. Około stu pracowników znajdzie się bowiem na tzw. postojowym, co oznacza przymusową bezczynność i obniżenie pensji najpierw o jedną piątą, po dwóch tygodniach nawet o 40 proc. Najstarsi członkowie załogi najprawdopodobniej przejdą na emeryturę.

Związkowiec Krzysztof Wójcik nazywa 12 listopada „czarnym wtorkiem”. Mówi również, że wszyscy „dobroczyńcy” hutników, którzy przed wyborami deklarowali pomoc i opowiadali, jak zaawansowane są rozmowy z zarządem, teraz odwracają się od pracowników. Każą iść po informacje do zarządu. Chodziło tylko o głosy? – pyta raczej retorycznie.

Zarząd informacji udziela. – Nie jesteśmy w stanie podać daty, będziemy uważnie przyglądać się temu, co się dzieje na rynku – mówi Geert Verbeeck. Słabo mu idzie uspokajanie, niezbyt przekonująco brzmią sugestie, że w 2016 r. nowohucki wielki piec był remontowany i dlatego jego ponowne uruchomienie powinno pójść gładko.

Z mediami rozmawia również Roman Wątkowski. – Nie da się ukryć, nastroje są kiepskie, sytuacja jest zła. Rozmawialiśmy z ludźmi na każdej zmianie. W najbliższy poniedziałek zaczniemy wiecem pod bramą, a potem przejdziemy do centrum Nowej Huty – zapowiada. 21 listopada kolejna pikieta ma odbyć się pod urzędem wojewódzkim. Związki zastanawiają się również nad zaostrzeniem form protestu.

Pytam Kacpra Plutę o perspektywy ratowania zakładu, o skuteczną taktykę dla związków – Tu pomogłoby tylko zablokowanie całej huty – mówi.

Roman Wątkowski: Rząd zapewniał, że piec będzie pracował. Czujemy się oszukani. Również przez zarząd huty, który wyłączając piec, wymusza nasze kolejne naciski na rząd i UE.

Kto w Polsce przejmuje się oszukanymi pracownikami, zwłaszcza, gdy jest już po wyborach?

Pesymizm był uzasadniony

Okazało się, że wskaźnik, sygnalizujący stopniowe pogarszanie sytuacji w polskim przemyśle, mówił prawdę.

W czerwcu 2019 r. produkcja sprzedana przemysłu spadła o 2,9 proc. w stosunku do czerwca 2018 r. W stosunku do maja br. spadek był już znacznie silniejszy, bo o 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Czerwiec to zawsze był bardzo dobry miesiąc dla produkcji sprzedanej przemysłu w Polsce. Od 2005 r. spadła ona w czerwcu jedynie w 2009 r., co nie dziwi, bo był to rok silnego osłabienia gospodarki w wyniku kryzysu na rynkach finansowych na świecie.
Teraz nie mamy kryzysu, wręcz przeciwnie – gospodarka rośnie w tempie ok. 4,5 proc. w skali roku. A mimo to produkcja sprzedana przemysłu zaczęła spadać.
Mało nowych zamówień
Pogarszanie się sytuacji w przemyśle od listopada 2018 r. sygnalizował wskaźnik koniunktury PMI.
Jest to wskaźnik menadżerów, tworzony w oparciu o odpowiedzi na kwestionariusze przesyłane kadrze kierowniczej w ponad 200 firmach produkcyjnych, dotyczące kształtowania się sytuacji gospodarczej. Grupa respondentów ustalana jest w oparciu o udział ich branży w tworzeniu naszego produktu krajowego brutto i wielkości zatrudnienia w tych firmach.
Tego osłabienia pokazywanego przez wskaźnik koniunktury nie było natomiast widać w realnych danych – czyli w dynamice produkcji sprzedanej przemysłu, która od listopada 2018 r. do maja 2019 r. pokazywała siłę tego sektora gospodarki (produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio miesięcznie o ok. 6 proc.).
Zastanawiająca była tak duża i długo trwająca luka między niskimi ocenami bieżącej i najbliższej sytuacji w przemyśle, dokonywanymi przez menedżerów logistyki, a bardzo dobrymi realnymi wynikami produkcji sprzedanej przemysłu.
Dobre wyniki produkcji sprzedanej przemysłu pokazywane przez GUS były prawdopodobnie efektem finalizowania długoterminowych kontraktów przez przedsiębiorstwa przemysłowe. Słabe wskaźniki PMI sygnalizowały natomiast spadek nowych zamówień, przede wszystkim tych eksportowych, ale także krajowych.
Nietypowy, silny regres
Czerwcowe dane pokazują, że prawdopodobnie przemysł zakończył realizację starych kontraktów, a nowych nie przybywa na tyle, aby produkcja sprzedana rosła.
Na 34 działy przemysłu tylko w 14 odnotowano wzrost produkcji sprzedanej.
W grupie wykazującej spadki są branże eksportowe: produkcja pojazdów samochodowych (spadek o 8,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku), produkcja mebli (spadek o 6,2 proc.), produkcja metali, produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych.
Czerwiec to co prawda dopiero pierwszy miesiąc spadku produkcji sprzedanej przemysłu od kwietnia 2017 r., ale spadek ten był bardzo silny i nietypowy, bo nastąpił przy wysokim wzroście PKB, a także w miesiącu w którym spadków nie było, poza wspomnianym 2009 r.
To powinno niepokoić, bo przemysł generuje ok. 25 proc. wartości dodanej brutto i pracuje w nim 30 proc. pracowników w Polsce.
Niestety, nie mamy wpływu
Jak widać oceny menedżerów, wyrażane we wskaźniku PMI są budowane na solidnej wiedzy o tym, co dzieje się w ich branżach i w ich firmach. Uwzględniają nie tylko to, co już jest w portfelach zamówień, ale także to, co potencjalnie może do nich trafić. A tu oceny są pesymistyczne.
Polska gospodarka, w tym polski przemysł, nie są odporne na sytuację u naszych głównym partnerów biznesowych. Nie są też odporne na destabilizację sytuacji w polityce, przekładającą się na brak stabilności prawa, które jest podstawą działania firm.
Na sytuację u naszych zagranicznych partnerów biznesowych nie mamy wpływu, ale na stabilność polityczną i regulacyjną powinniśmy mieć. A tak nie jest.

Przemysł radzi sobie coraz lepiej

Kraje wysoko rozwinięte są skazane na wolniejszy rozwój. Polska, znajdując się na znacznie niższym pułapie, wciąż zachowuje szanse na znaczące przyśpieszenie.

Pierwsze pięć miesięcy tego roku pokazało, że polski przemysł ciągle dobrze sobie radzi – mimo spowolnienia w gospodarkach głównych partnerów handlowych w Unii Europejskiej, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu.
Na 34 działy naszego przemysłu, 27 odnotowało wzrost produkcji sprzedanej.

Przyśpieszamy, obywatele

Te dziedziny, które osiągnęły największy wzrost, to w większości branże eksportowe. Na przykład, produkcja sprzedana urządzeń elektrycznych wzrosła o 16,5 proc., pojazdów samochodowych o 12,6 proc., pozostałego sprzętu transportowego aż o prawie 37 proc., mebli o 9 proc.
W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku wzrost produkcji sprzedanej przemysłu wyniósł 7 proc. i był wyraźnie wyższy niż w tym samym okresie 2018 r. (6,1 proc.).
Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2019 r. była na poziomie produkcji kwietniowej, a jednocześnie o 7,7 proc. wyższa niż w maju 2018 r. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Jest to efekt stabilnej sytuacji na rynku konsumpcyjnym, ale przede wszystkim relatywnie wysokiej i rosnącej dynamiki produkcji sprzedanej dóbr inwestycyjnych.

Ruszyły się inwestycje

Dane dotyczące produkcji inwestycyjnej, tak majowe, jak w całym okresie od początku tego roku wskazują, że wzrost nakładów inwestycyjnych w gospodarce nie ma krótkookresowego charakteru. To oczywiste, jesteśmy przecież w trakcie realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych finansowanych ze środków unijnych.
Pytanie tylko, czy taką dynamikę uda się utrzymać, gdy budżet państwa i budżety samorządowe są obciążane coraz większymi wydatkami służącymi wyborczej walce politycznej?. Inwestycje infrastrukturalne wymagają bowiem współfinansowania ze środków własnych. A tych, po sfinansowaniu obietnic wyborczych, pozostaje coraz mniej.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy utrzyma się skłonność przedsiębiorstw do inwestycji. W pierwszym kwartale 2019 r. inwestycje te były o 21,7 proc. większe niż w pierwszym kwartale 2018 r.
Jednocześnie, od września 2018 r., czyli od siedmiu miesięcy płyną niepokojące sygnały od menedżerów z firm przemysłowych, wskazujące na rosnące obawy dotyczące przyszłości ich sektora.

Nastroje i rzeczywistość

Widzimy powiększającą się lukę między dynamiką produkcji sprzedanej przemysłu a wskaźnikiem PMI, stanowiącym ocenę kondycji sektora przemysłowego (dokonywaną na podstawie ankiet kierowanych do osób zarządzających 200 przedsiębiorstwami przemysłowymi w Polsce).
Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca – siła zmian produkcji sprzedanej przemysłu i wskaźnika PMI bywała różna, ale kierunek był podobny. Nawet przed kryzysem finansowym i w jego trakcie, w latach 2007-2009.

Kres szybkich wzrostów

W minionym roku branża leasingowa ustanowiła rekord, który się nie powtórzy.

Firmy leasingowe sfinansowały w 2018 r. dobra trwałe o wartości 82,6 mld zł, czyli aż o 21,8 proc. większej niż rok wcześniej. Ten rynek systematycznie rośnie od dziewięciu lat, w tym od sześciu lat rozwija się w tempie dwucyfrowym.
Wszystko wskazuje na to, że 2019 będzie dziesiątym rokiem wzrostów – choć zakończy się już tylko z jednocyfrową dynamiką.
Głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski będzie w tym roku popyt krajowy, korzystający z dobrej sytuacji na rynku pracy.
Przy bardzo niskiej stopie bezrobocia (3,5 proc. na koniec 2018 wg badania aktywności ekonomicznej ludności, dobrych nastrojach konsumenckich oraz utrzymującym się wzroście wynagrodzeń w firmach, wydatki konsumentów będą głównym motorem wzrostu.
Warto jednak podkreślić, że za sprawą coraz większych problemów firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, wyhamuje wzrost zatrudnienia w gospodarce. Z drugiej strony dynamikę konsumpcji prywatnej podbiją szacowane na ok. 20 mld PLN dodatkowe transfery socjalne w drugiej połowie roku.
Polska gospodarka będzie się również rozwijała za sprawą utrzymania aktywności sektora przemysłowego. Zapowiada to wzrost nowych zamówień w przemyśle, głównie jednak z rynku krajowego. Dane GUS pokazały średni wzrost łącznych zamówień w przemyśle o 11 proc. rok do roku, w IV kwartale 2018 r. . W rezultacie, produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu 2019 o 6,1 proc. r/r, po wzroście o 3,1 proc. r/r w poprzednim miesiącu. Dynamika rynku leasingu będzie w 2019 r. niższa niż wynikałoby to z trendów w polskiej gospodarce. Przyczynią się do tego nowe regulacje podatkowe. Od 1 stycznia ustawodawca wprowadził dla leasingu aut osobowych górne limity rat leasingowych, które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Obniży to wzrost wartości sfinansowanych pojazdów w 2019 r., a one stanowią największy segment rynku leasingowego w Polsce.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.