Sushi con carne

Donald Trump nim poszedł w cholerę, pokazał że facecjonistą jest. Proklamował 22 stycznia Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego. „Każde ludzkie życie jest darem dla świata. Każdy człowiek, urodzony czy nienarodzony, młody czy stary, zdrowy czy chory, jest stworzony na święty obraz Boga. Wszechmocny Stwórca daje każdemu człowiekowi wyjątkowe talenty, piękne sny i wspaniały cel. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia świętujemy cud ludzkiej egzystencji i odnawiamy nasze postanowienie budowania kultury życia, w której każdy człowiek w każdym wieku jest chroniony, ceniony i kochany” – dowcipkował e prezydenckiej proklamacji. Żeby spointować ją rozśmieszającym cały świat stwierdzeniem , że od pierwszego dnia urzędowania podejmował „historyczne działania mające na celu ochronę życia niewinnych ludzi w kraju i za granicą”.
Dlaczego to śmieszne jest?. A kto był prezydentem USA w 2019 roku lat 70. poprzedniego wieku. Drugi najtragiczniejszy wynik zanotowano w 2006 roku – wówczas masowych morderstw zanotowano 38.
211 zabitych w tych zabójstwach osób, nie jest jednak rekordową liczbą. Najwięcej, 224 ofiar, zanotowano w 2017 roku, głównie dzięki zamachowi w Las Vegas, gdy doszło do najtragiczniejszej we współczesnej historii USA strzelaniny. Wtedy w Białym Domu też przecież był Trump obrońca życia.
W minionym roku , czyli za prezydentury Trumpa, nawet Nowym Jorku, gdzie obowiązywał wiele miesięcy lockdown, też znacznie wzrosła przemoc. Odnotowano tam 462 zabójstw w porównaniu z 319 w roku 2019, co oznacza wzrost o 44.8 proc. Poprzednio najwięcej ludzi zginęło w Nowym Jorku w 2011 roku. Śmierć poniosło wówczas 515 osób.
W 2017 roku Stany Zjednoczone pobiły też rekord w śmiertelności z użyciem broni palnej. Niemal 40 tys. osób zginęło tam wtedy z powodu zabójstw na skutek strzału, jak i samobójstw. To najgorszy wynik od ponad 20 lat. Dało to również wynik 12 takich zgonów na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w 2010 roku współczynnik ten wynosił 10,1.
O tym, że z USA jest coś mocno nie tak świadczą wyniki z innych krajów. Choćby 0,2 osoby zabitej ze spluwy na 100 tys. mieszkańców w Japonii, 0,3 w Wielkiej Brytanii i 0,9 w Niemczech. Nawet w Kanadzie współczynnik ten wynosi 2,1.

Przejrzenie polskich serwisów z informacjami ze świata jest pouczające. Świat według polskich szacownych agencji i portali to Unia Europejska, po starej znajomości Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Czasem pojawi się Rosja, a to głównie po to, żeby przywalić Putinowi – choćby Nawalnym. Równie nieczęsto (jeśli akurat nie ma jakiegoś zamachu w Izraelu), pojawia się Bliski Wschód. Od wielkiego dzwonu mignie gdzieś nius o Chinach. Indonezja istnieje tylko jak gdzieś zaginie jej samolot.
W świecie według naszych mediów nie ma Ameryki Południowej, nie ma też Afryki, Australii z Oceanią, a Azja występuje bez Indochin, Indii i Japonii. Mały ten nasz świat się zrobił? Czy może żadnej redakcji nie stać na wypuszczenie dziennikarzy choćby tam, gdzie masowo (nawet w porze pandemii) docierają turyści. Dlatego dziś jak ktoś chce się czegoś ciekawego dowiedzieć o świecie to zostają mu niszowe portale i pełen fotek z podróży Facebook.
Gdyby zaś kogoś interesowało to, co interesuje polskich dziennikarzy poza plotkami z Waszyngtonu, opowieści z Unii i koronawirusa światowego, to wyjdzie, że nic. Wojna w Afryce Środkowej nie istnieje, Wojna w Rogu Afryki też nie. Ciągłe zadymy w niemal każdym zakątku Ameryki Łacińskiej również nikogo nie ruszają, w przeciwieństwie do śmierci Maradony.
Nie dziwmy się zatem, że niemające pojęcia o istnieniu świata innego niż mediach społeczeństwo, nie jest w stanie zauważyć, że to co zaproponował Polsce liberalizm przeniosło nas wprost do struktury społecznej panującej w Ameryce Południowej. Ta zaś charakteryzuje się tym, że demokrację zmienia już to na rządy populistów, już to na jakąś inną juntę.

Od wielu lat mnóstwo polityków chce wmówić ludziom, że Władimir Putin to idiota. Bo tylko idiota każe zabijać swoich przeciwników, po to, żeby wszyscy wiedzieli, że to on stał za morderstwami. Annę Politkowską w Rosji znała garstka ludzi. Dziennikarka nie miała zatem najmniejszych szans, by stać się dal Putina, kimś kogo trzeba się było pozbyć. A jednak ją zabito. Litwinienko naopowiadał po wyjeździe z Rosji wszystko co mógł. Miał na to dużo czasu, tak samo jak wielu innych pracowników rosyjskich służb, którzy przenieśli się na Zachód i tam żyją z opisywania tego co chcą czytać i słuchać miłośnicy wolności i demokracji. Ale to Liwinienkę potraktowano polonem i to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli, że to robota FSB. Po ataku Nowiczokiem” na kolejnego byłego agenta i jego rodzinę w Zjednoczonym Królestwie, kto chciał mógł dowiedzieć się, co to ten Nowiczok oraz to, że występuje on jedynie w Rosji i służy do zabijania ludzi niewygodnych dla Kremla.
Skoro jednak atak w Anglii nikogo nie zabił, a środek bojowy został zdekonspirowany, to dlaczego właśnie jego użyto do otrucia Aleksieja Nawalnego? Wytłumaczenie serwowane przez media mówi, że dlatego, że Putin boi się Nawalnego i postanowił do wyeliminować. I pewnie dlatego za Nawalnym jeździła od lat ta sama szpiegująca go na rzecz Kremla ekipa, której skład otoczenie Nawalnego dobrze znało. Potem zaś ktoś z dzielnych zabójców od Putina wykonał jego rozkaz i wlał Nowiczoka do butelki.
Zapewne dlatego, że rosyjskie służby nie mają pojęcia jak kogoś zabić, żeby nie został żaden ślad, że to zbrodnia a nie wypadek. Władimir Putin rządzi zatem strukturami zatrudniającymi kretynów, którzy nie mają pojęcia o mokrej robocie. Taka opinia przylgnęła do rosyjskich służb za sprawą mediów. Opinia ta oczywiście ma w sobie i to, że przełożonym takich kretynów nieudaczników, musi być jeszcze większy kretyn. Putin znaczy.
Nikt nie lubi być nazywany kretynem i idiotą. Putin też nie. I właśnie za to, a nie za wydumane poparcie społeczne dla Nawalnego ma do opozycjonisty pretensje. Dlatego zapuszkował go tuż po przylocie z Niemiec. Ale zamiast zesłać go na białe niedźwiedzie, Putin pozwala Nawalnemu nawet w pierdlu nie rozstawać się z komórką, dzięki której Nawalny jakby nie siedział.
Sushi prosi zatem, żeby ktoś wreszcie powiedział o co w tym wszystkim chodzi.

BRICS w warunkach pandemii

Na marginesie XII Konferencji „na szczycie” BRICS.

To było do przewidzenia – obecny podwójny kryzys globalny (pandemiczny i ekonomiczny) może stanowić przesłankę i unikalną sposobność dla zasadniczych przetasowań i usprawnień geopolitycznych, geostrategicznych i geoekonomicznych, które dokonują się na naszych oczach.
Pro memoria:
Stary świat powojenny (tzw. pojałtański), jego niewydolne instytucje i anachroniczne systemy odchodzą w mroki historii. Nie zdołały one obronić ludzkości przed niewymownymi ofiarami, strasznymi cierpieniami, wielkimi stratami, głębokimi dysproporcjami i groźnymi perturbacjami oraz brakiem pomyślnych perspektyw rozwojowych. Rodzi się Nowy Świat i Nowy (lepszy?) Ład Światowy. Jak by to ironicznie (acz realistycznie) nie brzmiało – obydwa obecne kryzysy stanowią bardzo silny bodziec oraz katalizator stymulujący i wymuszający pozytywne (oby!?) przemiany na Ziemi dające szanse uratowania naszej cywilizacji.
Wyrazem dokonujących się przemian są chociażby najnowsze wydarzenia międzynarodowe w skali makro (bezprecedensowo, wszystkie on–line), a mianowicie: XII Konferencja „na szczycie” BRICS w Moskwie i w pozostałych stolicach mocarstw członkowskich (17.11.2020 r.; Konferencja miała się odbyć 5 miesięcy wcześniej w Sankt Petersburgu, ale została przełożona z uwagi na pandemię), utworzenie Stowarzyszenia wolnego handlu RCEP (= Regional Comprehensive Economic Partnership) z udziałem 15 państw Azji/Pacyfiku (15.11.2020 r., na naradzie ASEAN w Wietnamie) oraz kolejna (już XV ) Konferencja „na szczycie” G-20 z centralą w stolicy Arabii Saudyjskiej, Riyadzie (21-22.11.2020 r.). (Nota bene: wszystkie mocarstwa członkowskie BRICS wchodzą w skład G20). Głównymi tematami makro obrad tych Konferencji były, naturalnie: zwalczanie pandemii, odrodzenie gospodarcze i zrównoważony rozwój oraz, w przypadku BRICS, budowanie nowego wielobiegunowego ładu światowego (multilateralizm). Wspomniane powyżej doniosłe wydarzenia międzynarodowe powodują lawinowy efekt kumulacyjny oraz stanowią solidne i wymowne wyrazy dokonujących się przemian globalnych, przyspieszając ich tempo. Koncepcja RCEP powstała na „szczycie” 10 państw ASEAN (Association of South East Asia Nations) w 2011 r., na wyspie Bali. Później dołączyło do nich jeszcze pięć państw na czele z Chinami. Docelowo – „piętnastka” RCEP, do której mogą przystąpić jeszcze Indie i in., zamierza zlikwidować 90 proc. opłat celnych na towary importowane w ramach tej Organizacji. Tworzy ona (łącznie) jeden z największych rynków na świecie – 30 proc. ludzkości (2,2 mld obywateli – producentów i konsumentów ) i, także, 30 proc. łącznego ŚPB (26,2 bln USD). Co na to Unia Europejska i inne regionalne ugrupowania gospodarcze, szczególnie amerykańskie, afrykańskie itp.?
Piszę ten wstęp pro memoria ( „ku pamięci”), szczególnie, młodych Czytelników, którzy nie znają, nie pamiętają, albo nie chcą znać czy pamiętać, co oznacza ww. wymieniony skrót BRICS. To pierwsze litery nazw wielkich mocarstw, które utworzyły tę wspólną Organizację: Brazil – Russia – India – China – South Africa. Jej bezprecedensowa (bowiem on–line) XII Konferencja „na szczycie” odbyła się pod rotacyjną prezydencją rosyjską, w Moskwie/Sankt Petersburgu; zaś przywódcy pozostałych mocarstw członkowskich przemawiali ze swoich siedzib w poszczególnych stolicach.
BRICS powstał w niezwykle trudnej i komplikującej się coraz bardziej sytuacji na świecie. Rozwija się on efektywnie na przekór rosnącym przeciwnościom losu i stara się pokonywać kolejne przeszkody rozwojowe. Jak podaje „Yearbook of International Organizations, 2017 – 2018”, na świecie istnieje ponad 67.000 rozmaitych organizacji międzynarodowych w 300 krajach i terytoriach. Prawie połowa z nich, to tzw. organizacje uśpione. Rzecz znamienna, iż – do tej – pory żadnej z tak licznych organizacji, z osobna, nawet ONZ, ani wszystkim razem, stalinowcom, neoliberałom, masonom i in. nie udało się ukierunkować rozwoju świata w stronę pozytywną, pokojową i bezpieczną oraz uwolnić ludzkość od wielkich nieszczęść, tragedii, patologii, pandemii i braku jasnych perspektyw. Obecnie BRICS, RCEP i in. biorą to zadanie na własne barki.
W kategoriach teoretycznych, koncepcję BRIC (jeszcze bez RPA,), sformułował, jako pierwszy, w roku 2001, prof. Jim O’Neill, główny ekonomista koncernu Goldman Sachs (sic!), prezes Goldman Sachs Asset Management, w publikacji pt.: „Building Better Global Economic BRIC”. Następnie, w roku 2003, przedstawił on prognozę futurologiczną, z której wynika, iż – do roku 2050 – gospodarki BRIC łącznie wysuną się na I miejsce w świecie, prześcigając najpierw Unię Europejską, a następnie USA i Japonię. Koncepcję J. O’Neill’a podjął w praktyce Prezydent Władimir Władimirowicz Putin i zainicjował dialog polityczny z partnerami (we wrześniu 2006 r.). W wyniku tego, I Konferencja BRIC „na szczycie” odbyła się w Jekatierinburgu (16 czerwca 2009 r.). Następnie, 24.12. 2010 r., do BRIC przystąpiła RPA (South Africa), w wyniku czego powstał BRICS, do którego pretenduje także Turcja , Grecja i in. Zresztą, Prezydent Turcji używa już, a priori, skrótu BRICST. I tak doczekaliśmy szczęśliwie do niedawnej XII Konferencji tego rodzaju. BRICS pracuje nie tylko na Konferencjach na najwyższym szczeblu; bowiem przez okrągły rok funkcjonują nieprzerwanie dziesiątki jego instytucji na szczeblach ministerialnych, resortowych i specjalistycznych zajmujące się wszystkimi najważniejszymi problemami nurtującymi i trapiącymi naszą cywilizację.
Łączny potencjał BRICS jest ogromny: prawie 3,6 mld ludności, 39,7 mln km kw. powierzchni, PKB (w kategoriach PPP) = 44,21 bln USD ( w tym PKB, PPP, Chin = 27,3 bln USD) itp. W sumie, dotychczasowy dorobek tej Organizacji jest bardzo bogaty i bardzo pożyteczny. Trudno byłoby wyobrazić, jak podle wyglądałby dziś świat bez BRICS!? Rozważane są koncepcje rozszerzenia jego składu (tzw. BRICS Plus) oraz kręgu współpracy z innymi państwami (tzw. Outreach Program), co stanowi zapowiedź totalnej innowacyjnej globalizacji funkcjonowania BRICS. Również prof. J. O’Neill kroczy dalej swym szlakiem i proponuje utworzenie nowego ugrupowania globalnego, tzw. Next Eleven z udziałem: Wietnamu, Turcji, Filipin, Pakistanu, Nigerii, Meksyku, Korei Płd., Iranu, Indonezji, Egiptu i Bangladeszu (źródło: „World Finance” z dnia 04.05.2020 r.). A gdzie Polska?
XII Konferencja „na szczycie”:
Jak zwykle, została ona poprzedzona skrupulatnymi przygotowaniami i staraniami rotacyjnej Prezydencji rosyjskiej, co spotkało się z uznaniem i z podziękowaniami ze strony pozostałych przywódców mocarstw członkowskich BRICS. Zresztą, termin Konferencji trzeba było przesunąć o 5 miesięcy – z uwagi na pandemię. Ramowy temat obrad określono następująco: „Globalna stabilność, wspólne bezpieczeństwo, innowacyjny rozwój”. Żeby lepiej uzmysłowić Czytelnikom zagadnienia makro (i – niektóre – mikro), którymi zajmuje się obecnie ta Organizacja, przedstawiam najpierw najważniejsze treści przemówień przywódców a następnie syntezę Deklaracji końcowej (tzw. Deklaracji moskiewskiej) uchwalonej jednomyślnie w wyniku obrad (jednomyślność – to wynik efektywnych prac przygotowawczych).
Prezydent Jair Messias Bolsonaro (Brazylia):
kluczowe znaczenie w walce z pandemią ma obecnie opracowanie i stosowanie odpowiedniej szczepionki; Brazylia stara się wyprodukować własną wersję takiej szczepionki. Niezbędne jest także zwiększenie efektywności współpracy w ramach BRICS („dla dobra obywateli”) celem zwalczania pandemii i skutków kryzysu gospodarczego. Ponadto, Organizacja powinna odgrywać „centralną rolę” w zakresie walki i pokonania pandemii. Nie należy „upolityczniać wirusa” lecz trzeba zreformować w trybie pilnym WHO (World Health Organization). Trzeba także radykalnie zmniejszyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Brazylia jest obiektem ostrych ataków ze strony handlarzy i złodziei drewna, którzy wycinają nielegalnie lasy amazońskie. Siły policyjne podejmują aktywne i zdecydowane przeciwdziałania w tej mierze.
Brazylia opowiada się za doskonaleniem współpracy wewnętrznej w ramach BRICS i za precyzyjnym określeniem nowych priorytetów. W tym celu należy zapewnić wolność w działaniach, kreatywność i przedsiębiorczość, rozszerzać wymianę handlową, także z udziałem sektora prywatnego, między mocarstwami członkowskimi BRICS. Kluczowe i fundamentalne znaczenie ma również zreformowanie organizacji międzynarodowych, np. Rady Bezpieczeństwa ONZ, demokratyzowanie systemu zarządzania sprawami globalnymi, usprawnienie metodologii dofinansowania (subsydiów) dla rolnictwa, kosztem przemysłu itp. J.M. Bolsonaro zaapelował też ponownie o udzielanie poparcia dla Brazylii, Indii i RPA celem ich włączenia, jako stałych członków, do składu RB ONZ oraz zapewnił o wspieraniu działań Indii – jako przyszłorocznego Przewodniczącego BRICS (poczynając od 01.01.2021 r.).
Prezydent Władimir Władimirowicz Putin (Rosja):
przemawiał jako pierwszy w charakterze ustępującego rotacyjnego Przewodniczącego BRICS i gospodarza XII Konferencji. W 2020 r. w BRICS zorganizowano 130 imprez merytorycznych i 25 narad na szczeblu ministerialnym. Priorytetem jest lepsza koordynacja poczynań pomiędzy mocarstwami BRICS. Jeszcze 5 lat temu, na Konferencji „na szczycie” w Ufie (2015 r.), omawiano współpracę w zakresie zwalczania chorób zakaźnych i utworzono mechanizm ostrzegawczy. W ślad za tym Rosja nawiązała współpracę z Chinami, z Indiami i z Brazylią. Obecnie, strona rosyjska zamierza uruchomić na wielką skalę i w trybie pilnym produkcję szczepionki Sputnik V oraz drugiej dostępnej już szczepionki – EpiVacCorona. BRICS-owski NDB (New Development Bank) przeznacza 10 mld USD na walkę z pandemią oraz 20 mld USD na realizację 62 wspólnych wielkich inwestycji.
W.W. Putin omówił też szczegółowo inne kluczowe poczynania z okresu Prezydencji rosyjskiej, jak np.: strategia partnerstwa gospodarczego BRICS do roku 2025, BRICS’ Network University, współpraca w zakresie kultury, nauki, sportu i turystyki. Podkreślił ważne znaczenie umacniania bezpieczeństwa w skali regionalnej, zwalczania terroryzmu międzynarodowego (strona rosyjska przedstawiła stosowny dokument ws. anty terroryzmu) i handlu narkotykami. Omówił niebezpieczną sytuację w Syrii oraz podkreślił ryzyko eskalacji napięcia w Iraku, w Afganistanie, w rejonie Zatoki Perskiej, w Libii, w Jemenie, a nawet w Nagornym Karabachu. W takiej sytuacji, zwiększa się znaczenie współpracy BRICS z innymi partnerami, np. w ramach procedury BRICS Plus i BRICS Outreach, szczególnie w zakresie doskonalenia łańcuchów wymiany wartości materialnych, otwartości handlu międzynarodowego, uruchomienia „zielonych korytarzy”, wolnych od wojen i sankcji – celem transportowania żywności, lekarstw itp. W.W. Putin zapowiedział także, iż XIII Konferencja „na szczycie” BRICS odbędzie się w Indiach, w 2021 r.
Premier Narendra Modi (Indie):
na początku przemówienia przywódca indyjski wyraził poparcie dla koncepcji multilateralizmu (wielobiegunowości) oraz potępił terroryzm stanowiący, jego zdaniem, największe zagrożenie dla świata. Choć nie wymienił Pakistanu z nazwy, dla wszystkich nie ulegało wątpliwości, iż była to aluzja do tego państwa, skonfliktowanego od dawna z Indiami. Premier uznał, iż BRICS ma do odegrania wielką rolę (major role) w zwalczaniu pandemii i w regeneracji gospodarczej świata, ale, w tym zakresie, Organizacja odczuwa pewien stres (napięcie). To, z kolei, uznano za bezimienną aluzję do Chin – w ślad za niedawnym starciem na granicy między obydwoma sąsiadującymi mocarstwami. N. Modi zaapelował o zwiększenie obrotów handlowych w ramach BRICS (do 50 mld USD) oraz zapowiedział utworzenie filii (oddziału) New Development Bank’u w Indiach, poczynając od 2021 r.
Konieczne jest zreformowanie Rady Bezpieczeństwa ONZ, WTO, WHO, MFW i innych organizacji międzynarodowych, których wiarygodność jest obecnie kwestionowana z uwagi na to, że reprezentują one poglądy stosownie do realiów sprzed 75 lat. Indie proszą pozostałych partnerów z BRICS o wspieranie ich kandydatury na stałego członka RB ONZ. Już od początku 2021 r. Indie zostaną wybrane na niestałego członka tej Rady i wówczas będą przyczyniać się do realizacji koncepcji reformatorskiego multilateralizmu („reformed multilateralizm”) i również do zreformowania RB ONZ.
Prezydent Xi Jinping (Chiny):
jak zwykle, przemówienie przywódcy chińskiego oczekiwane było z dużym zainteresowaniem i, jak zwykle, oczekiwanie to zostało spełnione. Na wstępie, Xi Jinping podkreślił potrzebę wspólnej reakcji BRICS na pandemię i na kryzys gospodarczy – największy od czasów wielkiego kryzysu światowego z lat 30-tych minionego stulecia. Choć obecnie szaleje unilateralizm i protekcjonizm, to nasze nadrzędne cele: pokój i rozwój, multilateralizm i globalizacja gospodarcza oraz wspólna przyszłość dla wszystkich pozostają niezmienione. W ślad za tym, Prezydent ChRL przedstawił 5 zasadniczych propozycji poczynań BRICS w nowej sytuacji, a mianowicie:
1.Realizować ideę multilateralizmu (wielobiegunowości), zapewnić pokój, stabilizację, równość, sprawiedliwość i zrównoważone bezpieczeństwo („sustainable security”) na świecie. Przestrzegać postanowienia Karty Narodów Zjednoczonych i zasady nieingerencji, zaś sprawy sporne regulować drogą konsultacji i negocjacji. 2. Umacniać solidarność i koordynację w walce z pandemią – w trosce o bezpieczeństwo i pomyślność obywateli. ChRL współpracuje już z Rosją i z Brazylią w III fazie testów klinicznych ze szczepionkami; do tej współpracy przyłączą się także Indie i RPA. Szczepionki będą dostarczane mocarstwom członkowskim BRICS. Chiny proponują zorganizowanie sympozjum specjalistycznego BRICS nt. roli medycyny tradycyjnej w walce z pandemią oraz opowiadają się przeciwko upolitycznianiu, oczernianiu i poszukiwaniu „kozła ofiarnego” w tych sprawach. Należy położyć kres praktykom „politycznego wirusa”; 3. Stosować zasady otwartości i innowacyjności w dążeniu do uzdrowienia gospodarki światowej. Jak wynika z danych MFW, stopa wzrostu gospodarczego świata wyniesie zaledwie 4,4 proc. w br.; zaś w wielu krajach rozwiniętych i rozwijających się będzie to „wzrost” ujemny (po raz pierwszy od 60 lat). Dlatego też pilnym zadaniem jest ustabilizowanie gospodarki światowej, koordynowanie polityki makroekonomicznej i kontrolowanie pandemii. Niedopuszczalne jest wykorzystywanie pandemii w celach „deglobalizacji”, separatyzmu gospodarczego czy „systemów równoległych”, co wyrządza szkody wszystkim ludziom.
Zamiast tego należy tworzyć otwartą gospodarkę światową, zwalczać protekcjonizm, wprowadzać nowe formy przedsiębiorczości i nowatorskie modele ekonomiczne oraz stosować innowacje technologiczne – w dążeniu do wspólnego rozwoju o wyższej jakości i o większej wytrzymałości. Chiny utworzą w mieście Xiamen ośrodek badawczy BRICS ws. nowej rewolucji technologicznej oraz pomyślnego rozwoju gospodarki cyfrowej („digital economy”). 4. Priorytetem w tych poczynaniach powinna być troska o dobrobyt społeczny i o zrównoważony rozwój globalny. To jest bowiem kluczem do wszystkiego. Kolejnym priorytetem jest likwidacja ubóstwa. Bank Światowy prognozuje spadek ŚPB per capita o 3,6 proc. w br. oraz wpadnięcie od 88 do 115 mln ludzi w skrajne ubóstwo; 5. Bardzo ważnym zadaniem jest także zapewnienie „zielonego rozwoju”, szczególnie zmniejszenie zużycia węgla jako paliwa energetycznego, oraz harmonii pomiędzy człowiekiem a przyrodą. Należy, w związku z tym, realizować, w dobrej wierze postanowienia Porozumienia Paryskiego, zwiększać pomoc dla krajów rozwijających się, szczególnie dla małych państw wyspiarskich, zmniejszać emisję CO2 do roku 2030, tak aby osiągnąć uniezależnienie od węgla („carbon neutrality”) do roku 2060.
Na zakończenie swego przemówienia, Prezydent Xi Jinping przedstawił krótką informację o doniosłych przemianach następujących obecnie w Chinach w życiu politycznym i społeczno – gospodarczym oraz w polityce zagranicznej po V Plenum XIX KC KPCh. Zmiany te określił mianem nowej filozofii rozwoju.
Prezydent Cyril Ramaphosa (RPA):
wyraził podziękowanie partnerom z BRICS za ich pomoc i solidarność w czasie pandemii oraz poparcie dla propozycji A. Guterres’a, Sekretarza Generalnego ONZ, ws. Nowego Ładu Globalnego („New Global Deal”). Zwrócił się też z prośbą o pakiet wsparcia („stimulus package”) dla państw afrykańskich w tym trudnym okresie. Zaapelował o zwiększenie roli New Development Bank oraz o utworzenie ośrodka badań nad szczepionkami w RPA. Wyraził również poparcie dla propozycji ustanowienia przez BRICS ośrodka ostrzegającego przed epidemiami. Ważnym zadaniem jest obecnie przyspieszenie realizacji zadań i celów BRICS Strategy for Economic Partnership 2025 oraz, szczególnie, zwiększenie pomocy dla RPA i dla całej Afryki w procesie industrializacji i podejmowania nowych inwestycji. Prezydent RPA wyraził też zdecydowane poparcie dla koncepcji multilateralizmu oraz dla przeprowadzenia niezbędnych reform w systemie ONZ, szczególnie RB ONZ, w WTO i w innych organizacjach międzynarodowych.
Deklaracja moskiewska:
Zgodnie z tradycją i z obecnymi potrzebami, ukoronowaniem obrad analizowanej Konferencji było uchwalenie Deklaracji końcowej. Stanowi ona syntetyczne i uogólnione ujęcie treści zawartych w ww. przemówieniach przywódców, w dokonaniach z minionego okresu oraz w planach na przyszłość. Bardzo ważnym elementem Deklaracji jest też analiza sytuacji globalnej, w której przyszło działać BRICS i żyć obywatelom Ziemi. Jest to dość obszerny dokument składający się z preambuły, z 4 rozdziałów merytorycznych i zawierający 97 punktów. Poniżej przedstawiam krótką analizę najważniejszych stwierdzeń i ocen zawartych w Deklaracji:
Rozdział I, pt.: „Zjednoczeni na rzecz lepszego świata”, nawiązuje do 75-tej rocznicy zakończenia II wojny światowej i utworzenia ONZ oraz uwypukla ważną rolę tej Organizacji i Karty Narodów Zjednoczonych w życiu międzynarodowym. BRICS wyraża poparcie dla multilateralizmu i wzywa organizacje międzynarodowe do działania w interesie wszystkich obywateli Ziemi. Złożono gratulacje Indiom z powodu wybrania tego mocarstwa na niestałego członka RB ONZ w latach 2021-22, wyrażono uznanie dla RPA z analogicznego tytułu (w latach 2019-20) oraz poparcie dla Brazylii, która będzie niestałym członkiem RB w latach 2022-23. Podkreślono potrzebę pilnego zreformowania ONZ, szczególnie RB, ZO (Zgromadzenia Ogólnego), Rady Ekonomiczno – Społecznej i in. oraz zwiększenia reprezentacji krajów rozwijających się w tych instytucjach. Wyrażono też uznanie dla pracowników służby zdrowia na świecie w czasie pandemii i podkreślono pilną potrzebę wytworzenia i stosowania odpowiednich szczepionek.
Rozdział II, pt.: „Polityka i bezpieczeństwo” – BRICS podkreśla, na wstępie, iż nawet w czasach pandemii jego działalność statutowa nie słabnie, szczególnie w zakresie utrwalania pokoju i bezpieczeństwa, zwalczania terroryzmu i trans granicznej przestępczości zorganizowanej oraz likwidowania ognisk zapalnych na świecie. Wygaszanie tych ognisk powinno dokonywać się metodami politycznymi i dyplomatycznymi, a nie siłowymi. I tak, np., BRICS opowiada się zdecydowanie za pilnym przedłużeniem ważności Układu rosyjsko – amerykańskiego (z 2010 r.) ws. redukcji ofensywnych broni strategicznych (nuklearnych) oraz za całkowitym zakazem broni bakteriologicznych i chemicznych.
Pokojowo i dyplomatycznie, na drodze negocjacji, należy też regulować jakże liczne i niebezpieczne ogniska zapalne, źródła napięć i konflikty na świecie, a mianowicie: Syria (bez stosowania siły), Palestyna – Izrael (wznowić negocjacje), Liban (potrzeba normalizacji), Irak (konieczność stabilizacji), Jemen (zakończyć starcia poprzez konstruktywny dialog), Zatoka Perska (zlikwidować napięcie), Afganistan (utworzyć pokojowo suwerenne państwo), Kaukaz (poparcie dla porozumienia azersko–ormiańskiego ws. Nagornego Karabachu), Półwysep Koreański (stabilizacja i denuklearyzacja), Afryka („African solutions to African problems), Libia (ustabilizowanie i normalizacja sytuacji), podobnie w Sudanie i w DR Konga.
BRICS wzywa także do zawarcia Konwencji (w ramach ONZ) ws. terroryzmu międzynarodowego, domaga się efektywnej współpracy w następujących dziedzinach: bezpieczeństwo internetowe (cyber security), rewolucja cyfrowa, ochrona dzieci przed agresją seksualną, przemyt narkotyków, zwalczanie korupcji i pranie brudnych pieniędzy.
Rozdział III, pt.: „Gospodarka i finanse. Współpraca międzyrządowa”. Poczynania i zamierzenia BRICS w tych dziedzinach są bardzo różnorodne, bogate i potrzebne światu. I tak, np.,: obecnie i po zakończeniu pandemii – doskonalić współpracę w ramach BRICS i na całym świecie celem zwalczania kryzysu gospodarczego i stymulowania wzrostu gospodarczego – dla dobra obywateli. Budować stabilny, bezpieczny i otwarty rynek globalny oraz bardziej wytrzymałe (trwałe) łańcuchy zaopatrzenia w skali globalnej; wspierać poczynania G20 także w zakresie uaktualnienia jego programu działania (G20 Action Plan); zaś MFW powinien zapewnić światu „finansową sieć bezpieczeństwa” oraz pomagać biednym krajom o poprzez kredyty; jeśli zaś chodzi o WTO (World Trade Organization), to wszyscy jego członkowie powinni unikać środków unilateralnych i protekcjonistycznych oraz stosować rozwiązania multilateralne. Natomiast BRICS-owski New Development Bank będzie starał się niwelować straty spowodowane przez pandemię i wyasygnuje 10 mld USD dla państw członkowskich Banku; jego skład powinien ulec rozszerzeniu.
Inne priorytety zawarte w Deklaracji: doskonalenie współpracy w zakresie handlu i inwestycji, gospodarka cyfrowa (internetowa), energia, niwelowanie strat poniesionych przez pandemię w zakresie turystyki, modernizacja rolnictwa (mocarstwa BRICS wytwarzają ok. 35 proc. światowej produkcji żywności), zmniejszenie skali strat i marnotrawienia płodów rolnych i żywności, utworzenie wspólnego ośrodka wczesnego ostrzegania przed epidemiami, nowoczesne kształcenie kadr („human capital”), zwalczanie unikania podatków (oszustw podatkowych), redukowanie ubóstwa, wspólne przeciwstawianie się klęskom żywiołowym, troska o różnorodność przyrodniczą („biodiversity) . Współpraca w zakresie polityki celnej. W Deklaracji zawarto też wyrazy poparcia dla BRICS-wskiego Stowarzyszenia Przedsiębiorczości Kobiet („BRICS Women Business Alliance”).
Rozdział IV, pt.: „Wymiana kulturalna i społeczna”. W rozdziale tym wyeksponowano znaczny postęp, niezależnie od pandemii, jaki dokonał się we współpracy w sferze kulturalnej, artystycznej, sportowej, filmowej, młodzieżowej, studenckiej, naukowo–technicznej, parlamentarnej i in. oraz we współdziałaniu między sądami najwyższymi, naczelnymi izbami kontroli i ministerstwami kultury państw BRICS. Zaproponowano utworzenie Rady ośrodków naukowo – badawczych BRICS (BRICS Think Tank Council).
Do Deklaracji dołączono dwa załączniki, z których 1 zawiera wykaz dokumentów, spotkań i kontaktów oficjalnych pomiędzy mocarstwami BRICS oraz najważniejszych imprez w okresie sprawozdawczym („BRICS „Cooperation Outcomes”, 39 pozycji); a 2 jest rejestrem wydarzeń, narad, imprez, konferencji i dokumentów, głównie w ramach współpracy społecznej, podczas Prezydencji rosyjskiej („Meetings held under the Chairmanship of the Russian Federation”,137 pozycji). Trzeba przyznać, że przedstawiony bilans dokonań BRICS w kluczowych dziedzinach i plany na przyszłość są przebogate i imponujące. Trzeba mieć dużo odwagi, poczucia odpowiedzialności i wyobraźni, aby zabierać się do realizacji tak poważnych zadań w tak trudnych czasach!
Jakie perspektywy?:
Nieustające zjawiska kryzysowe, szczególnie ekonomiczne, w XXI wieku uwypuklają i uzasadniają coraz bardziej potrzebę i efektywne funkcjonowanie takich organizacji międzynarodowych jak BRICS i in. Jeśli one nie zdołają wyprowadzić świata na prostą drogę rozwoju, to nikt inny temu nie podoła. Zresztą, skład tej Organizacji mówi sam za siebie. Skupia ona potężne, szybko rozwijające się i przyszłościowe mocarstwa Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Nowożytna historia świata zna najrozmaitsze organizacje międzynarodowe, ale takiej, jak BRICS jeszcze nie było. Jej utworzenie jest więc epokowym wydarzeniem bez precedensu, mającym, jak wykazuje dotychczasowa praktyka, duże szanse rozwoju i powodzenia. Systematycznie i dość szybko mocarstwa członkowskie kreują, doskonalą i modernizują założenia merytoryczne i programowe BRICS, z których wynika jednoznacznie, iż ich celem strategicznym jest budowanie nowego i lepszego świata oraz wyprowadzenie naszej cywilizacji z obecnej głębokiej zapaści rozwojowej i irracjonalnego nieładu systemowego wytworzonego przez wielki kapitał i kapitalizm północno-atlantycki, szczególnie przez jego odmianę neoliberalną.
W niniejszym opracowaniu zawarta jest dość szczegółowa choć krótka analiza okoliczności, które doprowadziły do powstania tej Organizacji oraz kolejnych etapów jej dynamicznego rozwoju w ostatnich 12 latach. Jego kamieniami milowymi są coroczne spotkania czterech prezydentów i premiera Indii „na szczycie”. BRICS działa już non stop przez całe okrągłe lata – bowiem pracują nieprzerwanie dziesiątki jego instytucji ministerialnych, resortowych i specjalistycznych zajmujących się priorytetowymi problemami nurtującymi naszą cywilizację. Proces doskonalenia, optymalizacji i decentralizacji BRICS następuje coraz szybciej. BRICS nie zamierza nikogo zastępować i wyręczać ani też nikomu odbierać chleba. Pragnie jedynie kreować nową lepszą, innowacyjną, multilateralną i humanistyczną jakość na kuli ziemskiej – niejako na gruzach systemowych i kryzysowych spowodowanych przez wielki kapitał północno-atlantycki i jego wiodących eksponentów. BRICS nie jest, ponadto, Organizacją elitarną czy też zamkniętą dla innych państw. Zresztą, lista chętnych kandydatów rozszerza się coraz bardziej. Nowych przyjęć nie należy wykluczać – zapewne nastąpią one po zakończeniu 1. etapu konsolidacji BRICS pod każdym względem.
Na początku lat 90-tych 20.wieku upadł postjałtański system dwubiegunowy (Wschód – Zachód, neoliberalizm – sowietyzm itp.). Zaś pod koniec 1.dekady 21.wieku załamał się jego spadkobierca – układ jednobiegunowy (USA). Oba te systemy, podobnie jak wszystkie poprzednie, okazały się poronione i niewydajne, powodując niezmierne nieszczęścia, straty i szkody dla prawie całej ludzkości. Korzystali na tym jedynie prominenci wielkiego kapitału i ich zausznicy. Po krachu obydwu ww. systemów powstała na świecie i w poszczególnych krajach bardzo szkodliwa próżnia systemowa, która przecież nie może trwać wiecznie. Także życie międzynarodowe nie znosi pustki. W świetle tego, utworzenie BRICS powinno być traktowane jako bardzo poważna i odważna próba usunięcia tej pustki oraz utworzenia nowego wielobiegunowego (multilateralizm), zrównoważonego i sprawiedliwego ładu na świecie. Jest to zadanie niezwykle trudne i bardzo odpowiedzialne na miarę naszej epoki i lepszej przyszłości.
Utworzenie BRICS stanowiło nie lada zaskoczenie dla wielkiego kapitału północno-atlantyckiego i dla neoliberalizmu – chociaż co bardziej światli politycy i intelektualiści zachodni prognozowali taki bieg wydarzeń. Od samego początku istnienia tej Organizacji, Zachód usiłował minimalizować jej znaczenie, prognozować niechybny upadek oraz, co gorsza, dążyć do maksymalnego osłabienia większości filarów BRICS, może z wyjątkiem Indii. Agresywna presja Zachodu dotyczy, przede wszystkim: Rosji (otaczanie łańcuchem państw prozachodnich, zwłaszcza proamerykańskich, które były kiedyś proradzieckie, strategia majdanowa, kryzys ukraiński, białoruski, sankcje, wyścig zbrojeń, czarna propaganda, wojny hybrydowe itp.); oraz Chin (próby osłabiania ich potencjału gospodarczego instrumentami kryzysowymi i protekcjonistycznymi, prowokacje polityczne, np., tajwańskie, hongkongskie, tybetańskie, ujgurskie, intensyfikacja napięcia polityczno-strategicznego na Dalekim Wschodzie, liczne – około 25 – bazy wojskowe US wokół Chin itp.).
Zaś w odniesieniu do Brazylii i do RPA stosowane są, głównie, metody presji ekonomiczno-finansowej i propagandowej, mające na celu osłabianie wzrostu gospodarczego oraz destabilizację finansową tych państw, podsycanie niepokojów społecznych i in. Jednym słowem, nie mogąc zniszczyć Organizacji – jako całości, jej przeciwnicy starają się osłabiać poszczególne filary, w nadziei, iż ich nadwyrężenie lub obalenie unicestwi całą strukturę. Skutki są jednak odwrotne od tych zamiarów. Działa efekt katalizatora. Bowiem, w miarę jak zwiększa się presja zachodnia (neoliberalna) na BRICS, Organizacja ta doskonali systematycznie swą działalność i umacnia swe wpływy w świecie. Jest to swoisty bezprecedensowy fenomen w historii naszej cywilizacji. Z punktu widzenia kapitału północno-atlantyckiego, sytuacja jest już nie do pozazdroszczenia, gdyż Zachód (NATO, UE, banki światowe i in.) nie wytrzymuje konkurencji z BRICS w kategoriach efektywności, innowacyjności, potencjału produkcyjnego, zasobów finansowych i pojemności rynku. Oraz, co więcej, rozwój Zachodu bez normalnej współpracy z BRICS byłby nie do pomyślenia – teraz i w przyszłości. Doskonale rozumie to, np., kierownictwo polityczne i przedsiębiorcy niemieccy, kooperując od dawien dawna z Chinami, z Rosją, z Indiami i z in. oraz odnosząc bardzo poważne korzyści wzajemne z tego tytułu.
Samo kojarzenie znaczenia i globalnych wpływów mocarstw członkowskich BRICS tylko z ramami tej Organizacji byłoby dalece niepełne i mylące. Bowiem, ich oddziaływanie i wpływy sięgają znacznie dalej i obejmują, praktycznie, cały świat. Wynika to z faktu przynależności tych mocarstw do ww. znanych organizacji międzynarodowych, typu ONZ, WTO, WHO, RCEP, G20 i in. oraz do wielu organizacji specjalistycznych o mniejszym zasięgu. I tak, np.: Brazylia należy do Organizacji Państw Ameryki Południowej i Karaibów oraz do Mercosur, Rosja – do Wspólnoty Niepodległych Państw i do Szanghajskiej Organizacji Współpracy, Indie – do Ruchu Państw Niezaangażowanych (120 krajów członkowskich i 17 państw obserwatorów) oraz do British Commonwealth of Nations (53 kraje), Chiny – do Szangajskiej Organizacji Współpracy oraz do Stowarzyszenia ASEAN + 3, do G17 + 1 oraz Afryka Południowa – do Unii Afrykańskiej.
Jednym słowem, są już wszelkie podstawy po temu, aby wiązać z BRICS uzasadnione nadzieje na pozytywną przebudowę świata i na jego pokojową przyszłość. Jest ona młodą organizacją globalną, nie skażoną błędami, przywarami i impotencją znanych instytucji postjałtańskich – typu: ONZ, UE, MFW i in. Może ona czerpać z pozytywnych wzorów oraz unikać negatywnych doświadczeń i „starych” błędów” poprzedniczek. Dlatego też możliwości jej konstruktywnego i nowatorskiego działania dla dobra całej ludzkości są ogromne. Ale, jednocześnie, skala współczesnych trudności, wynikających – chociażby – z konsekwencji kryzysu globalnego, szczególnie gospodarczego i pandemicznego oraz ze znacznego wzrostu napięcia na arenie międzynarodowej jest niespotykana od dawna. Jednakże, ogromny innowacyjny potencjał rozwojowy mocarstw członkowskich BRICS – każdego z osobna i wszystkich razem oraz ich determinacja programowa i aktywność praktyczna stanowią rękojmię powodzenia w staraniach i w dążeniach tej Organizacji do nowego optymalnego ładu na Ziemi oraz do zapewnienia lepszej przyszłości wszystkim ludziom.

Rosja w trzech odsłonach

To, co się dzieje w kraju rządzonym przez Władimira Władimirowicza, to nie tylko referendum umożliwiające rządzenie Putinowi o jeden dzień dłużej, niż grać zamierza WOŚP…

Cały świat odczuwa skutki pandemii w odniesieniu do gospodarki. Rosja nie jest wyjątkiem, ale nie tylko wirus jest jej zmartwieniem.
Pandemia i…
Akurat z pandemią Rosja daje sobie radę całkiem nieźle – liczba chorych spada, wzrasta za to liczba ozdrowieńców i testowanych. W leczeniu używane są już trzy lekarstwa w zależności od stadium choroby, prace nad szczepionką są na etapie testowania na ochotnikach. Ale co się tyczy dochodów obywateli, to państwo rosyjskie ma problem. A to przecież tylko początek kryzysu, a dotkliwe sankcje swoje też dokładają.
Naukowo Techniczne Centrum Perspektywa zajmujące się badaniami gospodarki opublikowało właśnie swoje niedawne badania. Wynika z nich, że Rosjanie boleśnie odczuwają zachwianie gospodarki w związku z atakiem wirusa.
Co piąty Rosjanin odnotował „znaczący spadek” dochodów w związku z pandemią. Co dziesiąty utracił zarobki całkowicie.
Liczba obywateli, których zarobek spadł poniżej 15 tysięcy rubli (830 zł) wzrosła z 38,1 proc. do 44,6 proc. Grupa Rosjan, która musi przeżyć za niewygórowaną sumę od 5 do 15 tysięcy rubli wzrosła z 31,2 proc. do 36,5 pro. Jednocześnie zwiększyła się grupa respondentów, których dochody plasują się między 15 tysięcy z 25 tysięcy rubli, ale o wiele mniej niż grupa biedniejszych: z 25,6 proc. do 28,2 proc.
Spada jednocześnie liczebność grup obywateli, którzy do tej pory zarabiali nieźle jak na rosyjskie warunki: w grupie dochodów 25-35 tysięcy rubli grupa zmniejszyła się z 15,3 proc. do 13 proc., z dochodem 35-50 tysięcy z 7,6 proc do 3,5 proc. Niewiele zwiększyła się grupa dobrze zarabiających (powyżej 100 tysięcy rubli) – z 1,8 proc. do 2,1 proc.
Sytuacja obywateli, którzy wpadli w pułapkę kryzysu może być o tyle trudna, że badania pokazują, iż 63 proc. Rosjan nie ma żadnych oszczędności, a ci, którzy je mają, w przypadku utraty dochodów mogą z tychże oszczędności utrzymać się do pół roku.
Wobec powyższych danych trudno się dziwić, że rosyjski odpowiednik Izby Obrachunkowej powiadomił, że plany, by obniżyć poziom biedy w Rosji do 10,8 proc (z ok. 16 proc.), może nie zostać osiągnięty.
Kurierzy największej sieci mają dość wyzysku
Delivery Club to największa obecnie sieć kurierska w Rosji. Zajmuje się przede wszystkim dostawą jedzenia, miesięcznie wykonując ponad 3,5 miliona zamówień, zatrudniając kilka tysięcy ludzie. Wyśrubowane normy doprowadziły do wybuchu.
Związek Zawodowy wezwał kurierów do zebrania się wczoraj pod siedzibą Mail.ru – firmy, która razem z państwowym Sbierbankiem stworzyła platformę zajmującą się dostawami kurierskimi. Wezwano do strajku w obronie około 300 swoich kolegów, którzy od dwóch miesięcy nie dostają wynagrodzenia, a także przeciwko wyśrubowanym normom, niedawno wprowadzonym (zwiększenie o ponad dwa razy stref dostawy) oraz nakładanym powszechnie drakońskim karom za uchybienia w pracy (m.in. można było dostać karę za „nieprzyjemny zapach kuriera”). Dużą część kurierów stanowią imigranci z postradzieckich republik radzieckich, słabo mówiący po rosyjsku, mieszkający w fatalnych warunkach, często zatrudnieni na umowach śmieciowych przez firmy zewnętrzne. Pracują, jak podaje „Novaya Gazeta” po 16 godzin na dobę i na takiej morderczej zmianie otrzymują równowartość około 100 złotych.
Pierwsze protesty wybuchły na początku lipca, ale po złagodzeniu sytuacji firma srogo rozprawiła się z organizatorami i uczestnikami protestów. Część z nich zwolniła, część pozbawiono zamówień, obniżono im zarobki i sytuacja wróciła do patologicznej normy. Obiecano zwrócić pieniądze za nałożone kary – nie zwrócono. Niektórzy z 300 osobowej grupy, którym firma nie płaci od dwóch miesięcy, nie maja gdzie mieszkać, bo nie płacą za miejsce do spania w wieloosobowym pokoju.
Miarka się jednak przebrała: związek zawodowy kurierów zwrócił się do prokuratury i państwowego Komitetu Śledczego z doniesieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Kurierzy, którzy zebrali się pod siedziba jednego z oddziałów mówią na nagraniu wideo: „Wszystkim salam alejkum, witam wszystkich. Zwracam się do naszego kierownictwa. Już dwa tygodnie nic nie jem, tylko chleb i wodę. (…) Od dawna mieszkam w lasach, parkach i innych miejscach”. Związek zawodowy „Kurier” w swoim komunikacie napisał: „Wzywamy wszystkich kurierów do masowego strajku 9 lipca! Informujemy kierownictwo kompanii Delivery Club o złożeniu doniesień o do Komitetu Śledczego o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 145.1 kodeksu karnego Rosji. (…) Karmimy całe miasto. Nasza praca musi być opłacana i chroniona. Zwycięstwo w tym strajku to pierwszy krok do godnych warunków pracy dla każdego!”
Firma Delivery Club, po początkowych unikach i próbach zastraszania protestujących, po nagłośnieniu protestu w mediach obiecała spełnienie żądań protestujących: przywrócenie poprzednich stref dostawy, zwrot pieniędzy za kary oraz lepsze warunki pracy.
Wysoki urzędnik państwowy zlecał zabójstwa?
To nawet jak na rosyjskie warunki wielki skandal. Policja zatrzymała gubernatora Kraju Chabarowskiego, Siergieja Furgala. Zarzuty są bardzo poważne i kompromitujące rosyjski system doboru kadr.
Kraj Chabarowski, administracyjna jednostka w Rosji jest czwartym co do wielkości krajem w Rosji. Jego powierzchnia ponad dwa razy przewyższa powierzchnię Polski. Graniczy z Chinami i stanowi ważną strategicznie i gospodarczo część Rosji.
Furgal jest utytułowanym politykiem z długim stażem. Lekarz z wykształcenia, deputowany do Dumy Państwowej trzech kadencji, piastował w niej odpowiedzialne funkcje. W 2018 roku wybrany na gubernatora Chabarowskiego Kraju. Absolwent Rosyjskiej Akademii Administracji Państwowej przy Prezydencie Rosji. Jest członkiem Liberalno Demokratycznej Partii Rosji (przewodniczący Władimir Żyrinowski).
9 lipca został zatrzymany pod zarzutem organizowania zabójstw na zlecenie i uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej, która te zabójstwa organizowała w latach 2004-2005. Miałby organizować zabójstwa dwóch biznesmenów Olega Bułatowa i Jewgenija Zori, a także być uczestnikiem zamachu na Aleksandra Smolskiego. Komitet Śledczy swoje zarzuty sformułowali opierając się na zeznaniach świadków, bezpośrednich uczestników morderstw lokalnych biznesmenów. Rosyjskie media informują, że według ich ustaleń, głównym źródłem obciążających zeznań jest Nikołaj Mistriukow, były deputowany lokalnej dumy, odpowiadający w grupie przestępczej za „siłowe” rozwiązywanie problemów.
Gubernator nie przyznał się do winy, Władimir Żyrinowski ze swojej strony oznajmił, że nie wierzy w winę Furgala i nie zamierzają „nigdy” pozbawiać go członkostwa w partii.
Rzecznik prezydenta Rosji poinformował, że na razie prezydent Putin nie podjął decyzji o pozbawieniu Furgala stanowiska gubernatora do momentu, do póki jego wina nie zostanie uprawdopodobniona przez niezależny sąd.
Poza gubernatorem zatrzymano jeszcze czworo podejrzanych, zatrzymano też dwóch lokalnych deputowanych chabarowskiej Dumy.
Poza sensacyjnym skandalem, bardziej dla rosyjskich władz niewygodne będzie pytanie, jak to się stało, że człowiek który działał w zmowie z bandytami na szeroką skalę i od lat, mógł zostać wieloletnim deputowanym i absolwentem prestiżowej uczelni dla urzędników państwowych? Czy nikt nie sprawdzał jego przeszłości, powiązań i podejrzeń? Albo fatalnie pracują służby kontrwywiadowcze, albo to dowód na ogromną skalę korupcji najważniejszych struktur rosyjskiego państwa.

Dyskryminacja jest problemem

Rok przed wybuchem antyrasistowskich zamieszek w USA, w Rosji Centrum im. Lewady zbadało sprawę dyskryminacji z różnych przyczyn w Rosji w ramach większego międzynarodowego projektu. Dostępne dopiero teraz wyniki są bardzo interesujące.

Ciekawa jest grupa pytanych – to ludzie w wieku 14-29 lat, którzy na hasła dyskryminacji z różnych względów są wrażliwsi niż starsze pokolenie.
Badanie to było częścią międzynarodowego projektu Fundacji im. Friedricha Eberta.
„Choć problem instytucjonalnej dyskryminacji rasowej nie jest charakterystyczny dla Rosji z powodów historycznych, demograficznych i politycznych, to jednak część naszych współobywateli przejawiała oznaki codziennego rasizmu (od jednej piątej do połowy pytanych w różnych hipotetycznych sytuacjach wolała zachować dystans wobec ciemnoskórych)” – czytamy w dokumencie.
Na pytanie: „czy był Pan/Pani kiedyś obiektem dyskryminacji?” najwięcej z pytanych, bo 22 proc. odpowiedziało „tak” i była to dyskryminacja z powodu wieku, drugim powodem (21 proc.) była sytuacja materialna.
Na trzecim miejscu była dyskryminacja z powodów płci – 16 proc.
Ze względu na przekonania polityczne dyskryminacje odczuwało 14 proc. pytanych, o jeden procent mniej odczuło dyskryminację z powodów aktywności społecznej, 11 proc. pytanych było dyskryminowanych z powodów etnicznego pochodzenia. Najmniej odczuwano dyskryminację z powodów orientacji seksualnej – jedynie 3 proc. pytanych zetknęło się z nią „często” lub „niekiedy”.
Gdy nachylić się nad problemem dyskryminacji ze względu na płeć, to 14 proc. zetknęło się z jej przejawami, ale kiedy rozdzielić grupę respondentów według płci właśnie, proporcje nieco się zmieniają: nieco więcej niż co piąta kobieta czuła się dyskryminowana, (22 proc.) i tylko co dziesiąty mężczyzna (9 proc.).
Natomiast na pytanie o dyskryminację z powodów etnicznych, co jest szczególnie ważne w wielonarodowym społeczeństwie rosyjskim, co 10 respondent odpowiedział, że był „czasem” lub „często” obiektem takowej. Jednak w rozbiciu na Rosjan i nie-Rosjan sprawa wygląda niego gorzej.
Tylko 8 proc. Rosjan było obiektem dyskryminacji etnicznej, zaś nie-Rosjanie odczuwali dyskryminację z powodu swojego pochodzenia częściej – 22 proc. z nich było dyskryminowanych.
Ciekawe, jak wyglądałyby wyniki tego samego badania w Rosji obecnie.

Flaczki Tygodnia

Po ciszy wyborczej nadszedł czas oczekiwania na wynik. Kiedy oddawaliśmy do druku to wydanie „Trybuny”, głosowanie jeszcze trwało. Z napływających informacji mogliśmy się jednego spodziewać – wysokiej frekwencji wyborczej.

Nie znamy jeszcze zwycięscy tego wyścigu. Ale już dzisiaj widzimy patologiczny charakter minionej kampanii wyborczej. Wyborów na prezydenta RP w czasie których kandydaci rzadko i skąpo mówili o swej rzeczywistej prezydenturze. O swoje wizji wykonywania konstytucyjnych uprawnień i obowiązków prezydenta RP.

W czasie kampanii wyborczej kandydaci na prezydenta RP przede wszystkim składali liczne i obfite obietnice, które formalnie mógłby zrealizować jedynie premier RP. Nie prezydent RP, bo nie mieściły się one w jego konstytucyjnych kompetencjach i zwyczajach sprawowania władzy.

Wielokrotnie też kandydaci na prezydenta RP prezentowali się jako liderzy partii lub ruchu politycznego. Jak przywódcy plemienni, odwołujący się do tej lepszej większości obywateli naszego kraju.
A przecież wedle nadal obowiązującej Konstytucji, i dobrych praktyk z czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, polski prezydent nie jest liderem partyjnym, tylko „ Pierwszym Obywatelem”. Zdeklarowanym, i zwykle starający się nim być, „Prezydentem wszystkich Polaków.

Patrząc na miniona kampanię można wywnioskować, że nowo wybrany prezydent będzie prezydentem jedynie głosującej na niego większości. Niewiele mniejsza, przegrana mniejszość może go za prezydenta nie uznawać, bojkotować nawet.
Jeżeli nowy prezydent będzie jednak chciał być tym „Pierwszym Obywatelem” i „Prezydentem Wszystkich Polaków”, to czeka go niezwykle trudne zadanie. Zaczynające się symbolicznym, demonstracyjnym wręcz, odcięciem pępowiny łączącej go z Matką- Partią.

Ta nie merytoryczna, fałszywa kampania wyborcza to efekt panujące w Polsce „mediokracji”, czyli patologicznej demokracji. To media, a ściślej ich dysponenci polityczni, narzucały tematy i problemy do dyskusji. Media kreowały wizerunki kandydatów, wzmacniały sympatie do nich. Media zamawiały sondaże poparcia dla kandydatów windując nimi swych faworytów i osłabiając konkurentów.

Tegoroczna kampania prezydencka dowiodła, że w czasach kampanii wyborczych nie ma w Polsce rzetelnych i bezstronnych mediów. Ani „publicznych”, bo te są tubą propagandową PiS, ani komercyjnych, bo te grają na prawicową opozycję i rządzące elity PiS.

Zapewne słabszy od spodziewanego wynik lewicowych kandydatów to efekt braku silnych lewicowych mediów. Lewica nie posiada ich, bo w przeciwieństwie do prawicy, nie dostrzegała i nie ostrzega, sensu ich posiadania. Efekty tego minimalizmu intelektualnego i organizacyjnego poznamy po wynikach dwóch lewicowych kandydatów. Brak silnych mediów lewicowych utrudnia też rozwój myśli politycznej i ideowej, tworzenia lewicowej tożsamości. No i „polityki historycznej”.

Polityka historyczna staje się dziś polityczną religią kultywowaną przez elity rządzące państwami. Postępująca laicyzacja doprowadziła do rozdziału instytucji państwa od kościołów. W republikach rządy nie pochodziły od woli boga, lecz ludu głosującego. Ideały demokracji zastąpiły wolę boga. Dziś obok zachodnioeuropejskich demokracji parlamentarnych istnieją autokratyczne „demokracje suwerenne”. W obu władza pochodzi z powszechnych wyborów, ale nie zawsze są one w pełni demokratyczne. Czasem ważniejsze jest kto liczy głosy niż na kogo zostały oddane. I właśnie kiedy władza pochodzi z nieortodoksyjnie demokratycznych wyborów, to szuka dodatkowych argumentów potwierdzających jej prawo do rządzenia.
Najczęściej są to dawne sukcesy dowodzące władczych kompetencji obecnych elit. Odwołanie się do plemiennej, narodowej wspólnoty. To naród teraz jest bogiem, który wybiera elity godne zarządzania jego państwem. Wtedy „polityka historyczną” staje się religią takiej narodowej wspólnoty.

W magazynie amerykańskich neokonserwatystów ” National Interest”, wydawany przez związanego z Kremlem lobbystę Dimitra Simisa vel Simesa, ukazał się niedawno artykuł prezydenta Władimira Putina. Ten długi tekst jawi się Katechizmem obecnej polityki historycznej Rosji. Firmowanym przez najwyższego kapłana nowej religii.
Jeszcze w średniowieczu filozof, matematyk, logik, a także święty kościoła kat. Jan Duns Szkot głosił, że w historii ważne są tylko wydarzenia zapisane, nie to co się wydarzyło naprawdę. Bo tylko zapisane fakty i ich interpretacje przechodzą „do historii”. Na tej prawdzie bazuje „polityka historyczna”.

Prezydent Putin pisze swą historię aby zaprzeczyć rezolucji Parlamentu Europejskiego z września 2019 roku, która obarczyła winą za wybuch II wojny światowej także stalinowską ZSRR. Tamta wojna wybuchła w efekcie kolaboracji Hitlera i Stalina, ukoronowanej paktem Ribbentrop – Mołotow. To przykre stwierdzenie dla władzy budującej swą legitymizację na historycznym zwycięstwie nad faszystowskimi Niemcami w 1945 roku.

Dlatego prezydent Putin cofa się do I wojny światowej i Traktatu Wersalskiego. Prawdziwie przypomina, że Traktat nie doprowadził do pokoju w Europie. Świat powersalski był tylko rozejmem między dwoma wojnami światowymi. Przypomina też haniebny rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku. Dokonany przy zgodzie Anglii, Francji, Włoch. I współudziale Polski.

To właśnie rozbiór Czechosłowacji był początkiem II wojny w putinowskiej historii. A sanacyjną Polska współwinną jej wybuchu. Bo była wtedy sojusznikiem Niemiec. Popierała antysemicką politykę Hitlera. Odmówiła pomocy Czechosłowacji. Uczestniczyła w jej rozbiorze. I właśnie dlatego ZSRR musiał kolaborować z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku. I dokonać rozbioru antysemickiej, profaszystowskiej Polski.

To prawda, że rządy sanacji popierały hitlerowski antysemityzm, ale czyniły to w latach trzydziestych, kiedy hitlerowcy chcieli Żydów wyrzucić z Niemiec, a nie wymordować ich w obozach śmierci. To prawda, że Polska współuczestniczyła w haniebnym rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Ale w rozbiorze tym uczestniczyły też Węgry. Dwukrotnie zagarniały czeskie i słowackie ziemie. W 1938 i w 1939 roku. Węgry do końca II wojny były też sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. O historycznej roli Węgier prezydent Putin ani słowem nie wspomniał, bo premier Orban jest najlepszym sojusznikiem prezydenta Putina w Unii Europejskiej i w NATO. Podobnie nie wspomina o radzieckiej agresji na Finlandię w 1940 roku, o „anschlussie” Litwy, Łotwy i Estonii przez stalinowskie ZSRR w 1940 roku oraz rumuńskiej Mołdawii. To wszystko działo się w czasach dwuletniej kooperacji niemiecko- radzieckiej.

Prezydent Putin pisze historię jak polityk historyczny. Maluje galerię obrazów, ikon nawet. Ale prawdziwa historia nie jest galerią statycznych obrazów. To ciąg wydarzeń wynikających z poprzednich, tworzących nowe fakty, radykalnie zmieniające świat. Zmieniają się rządy, powstają nowe sojusze. Imperia upadają, dawne kolonie zostają centrami świata. Dzięki agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku, dzięki wielkiemu wysiłkowi oraz wielkim ofiarom narodów ZSRR, koalicja antyhitlerowska wojnę wygrała. W 1945 roku ZSRR został mocarstwem. Współdecydował o losach globu.

Dziś prezydent Putina marzy o nowym „koncercie mocarstw”. Pisze; „
Naszym obowiązkiem – wobec wszystkich, którzy przyjmują odpowiedzialność polityczną, przede wszystkim przedstawicieli zwycięskich mocarstw w czasie II wojny światowej, jest zagwarantowanie, że system ten zostanie zachowany i ulepszony. Dzisiaj, podobnie jak w 1945 roku, ważne jest, aby pokazać wolę polityczną i wspólnie dyskutować o przyszłości. Nasi partnerzy – panowie Xi Jinping, Macron, Trump, Johnson – poparli rosyjską inicjatywę zaproponowaną na spotkaniu przywódców pięciu państw nuklearnych – stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Dziękujemy im za to i oczekujemy, że takie spotkanie będzie mogło odbyć się przy najbliższej okazji”.
Proponuję szczyt Rosji, Chin, Francji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, który pozwoli wyjść Rosji z roli obecnego, drugorzędnego mocarstwowa. Postuluje „wspólne przywiązanie do ducha sojuszu, wysokich humanistycznych ideałów i wartości, o które ojcowie i dziadkowie walczyli ramię w ramię./…/ Będzie to stanowić solidną podstawę do udanych negocjacji i wspólnych działań w celu wzmocnienia stabilności i bezpieczeństwa na planecie i osiągnięcia dobrobytu wszystkich państw.”

Czy pozostali światowi przywódcy uwierzą w tego wywoływanego przez prezydenta Putina „Ducha Sojuszu”?

Imitacyjny autorytaryzm i jego perspektywy

Paradoksem obecnej polityki polskiej jest to, że bardzo intensywnej rusofobii, której podporządkowana jest polska polityka wschodnia, towarzyszy wyraźna tendencja do naśladowania rosyjskiej wersji elekcyjnego autorytaryzmu w polityce wewnętrznej.

Kierunek zmian zachodzących w polskiej polityce od 2015 roku wyraźnie przypominają to, co dzieje się w Rosji od roku 2000, gdy po nieudanej prezydenturze Borysa Jelcyna władze przejął Włodzimierz Putin. Z lat mojej wczesnej młodości pamiętam okres podobnego naśladowania wzorów obcych (wtedy radzieckich) w Polsce po 1948 roku. Wtedy wynikało to z dwóch powodów: zależności Polski od ZSRR i fanatyzmu przedwojennych komunistów, w większości postrzegających system radziecki jako wzór do naśladowania. Wtedy jednak w ramach PZPR przebijał się, acz z trudem, nurt patriotyczny i reformatorski, którego dziełem w 1956 roku było zerwanie ze stalinowską ortodoksją i próba realizowania „polskiej drogi do socjalizmu”.

Podobieństwa obu systemów widoczne są w czterech podstawowych dziedzinach.

Po pierwsze: tak w Rosji, jak i w Polsce dokonuje się proces koncentracji władzy w ręku jednej partii, która zdobywszy władzę w wyniku wyborów systematycznie podporządkowuje sobie nie tylko cały aparat państwowy, ale także środki masowego przekazu (w tym zwłaszcza telewizję publiczną), prokuraturę i sądownictwo. W procesie tym rządzący stawiają przede wszystkim na polityczną dyspozycyjność awansowanych kadr, często kosztem ich zawodowych kompetencji.

Po drugie: w obu państwach prawdziwa władza skupiona jest w ręku jednego człowieka, w stosunku do którego inni dygnitarze państwowi odgrywają jedynie rolę wykonawców. W Rosji jest to o tyle mniej rażące, że przywódca jest wyposażonym w znaczne uprawnienia prezydentem, podczas gdy w Polsce jest jedynie wszechwładnym szefem rządzącej partii.
Po trzecie: w obu państwach rządzący pielęgnują ścisłe związki władzy państwowej z najsilniejszym kościołem i odwołują się do zasad religijnych dla umocnienia swej władzy. W obu także odwołują się do ideologii narodowej i do poczucia rzekomego zagrożenia ze strony zagranicy.
Po czwarte wreszcie: w obu państwach dokonuje się proces wykorzystywania wpływów politycznych dla umacniania pozycji ludzi władzy w sferze gospodarki, czego oczywistą konsekwencja jest proces wytwarzania się nowej warstwy uprzywilejowanej, dla której źródłem bogacenia się jest polityka.

Podobieństwa te nie powinny jednak przesłaniać istotnych różnic, które powodują, że polska wersja „naśladowczego autorytaryzmu” jest znacznie słabsza i mniej ustabilizowana niż jej rosyjski oryginał. Jest tak z kilku powodów.

Pierwszym jest siła tradycji demokratycznej w Polsce, co powoduje, że nastawienia autorytarne, choć ostatnio rosnące w siłę, są bez porównania słabsze niż w Rosji. Jest to konsekwencja historii – zarówno dawniejszej, jak i stosunkowo niedawnej. To w Polsce Ludowej pojawił się masowy ruch demokratycznej opozycji i to w Polsce Ludowej w rządzącej istniał stosunkowo silny prąd reformatorski. Również proces wychodzenia z systemu państwowego socjalizmu był w Polsce znacznie bardziej demokratyczny niż w Rosji, gdyż jego kluczowym momentem były negocjacje „okrągłego stołu”, nie bez powodu uważane w całym świecie za udany przykład „deliberatywnej demokracji”.

Druga różnica polega na tym, że rządzący Federacją Rosyjską Władimir Putin może wykazać się znaczącymi sukcesami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, czego nie da się powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim. Putin objął władzę, gdy gospodarka rosyjska była w stanie daleko posuniętego rozkładu i gdy trwała druga wojna czeczeńska. Zdołał rozwiązać oba te problemy. Jego popularność ogromnie wzrosła po przyłączeniu do Rosji Krymu, o czym świadczą nie tylko badania socjologów (w tym zwłaszcza moskiewskiego centrum socjologii i psychologii polityki kierowanego przez Helenę Szestopal), ale także wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Pięć lat rządów Prawa i Sprawiedliwości żadnymi porównywalnymi efektami nie może się wykazać.

Trzecia różnica wynika z innej sytuacji międzynarodowej obu państw. W Rosji hasło „wstawania z kolan”, dążenie do przeciwstawienia się światowej hegemonii USA i temu kierunkowi integracji europejskiej, który pozostawia Rosję poza jednocząca się Europą, trafiają na podatny grunt, gdy z Rosjanie nie bez powodu postrzegają własne państwo jako mocarstwo światowej, jednego z głównych zwycięzców drugiej wojny światowej. Nie jest winą Jarosława Kaczyńskiego, że w Polsce tak historia, jak i obecny potencjał, czynią politykę „wstawania z kolan” i przeciwstawiania się Unii Europejskiej żałosną karykaturą. Jest natomiast jego winą to, że w dla wewnętrznych (zresztą iluzorycznych) korzyści politycznych zatruwa myślenie Polaków o zewnętrznym świecie.

Czwarta różnica polega na tym, że opozycja w Polsce jest bez porównania silniejsza niż w Rosji. W ostatnich wyborach parlamentarnych padło na nią niemal milion głosów więcej niż na rządzącą Zjednoczoną Prawicę i jedynie podział opozycji (przy obowiązującym systemie d’Hondta) zapewnił kontynuacje rządów PiS. W Rosji nie do pomyślenia jest, by – jak w Polsce – we wszystkich wielkich miastach rządziły partie demokratycznej opozycji.
Piąta wreszcie różnica polega na jakości przywództwa. Putin jest najbardziej popularnym politykiem rosyjskim, Kaczyński należy do najmniej popularnych polityków polskich. Dla trwałości systemu autorytarnego jest to różnica zasadnicza.

Wszystko to powoduje, że wtórny, naśladowczy autorytaryzm polski stoi na niepewnych nogach. Polska nie musi naśladować Rosji, choć powinna dążyć do zbudowania z nią normalnych, wolnych od wrogości stosunków dobrego sąsiedztwa.

Auschwitz i Holokaust jako tło targów politycznych

Andrzej Duda narzeka, że nie dano mu przemówić na wielkim zjeździe głów państw, jakiego Izrael nigdy jeszcze w swej historii nie widział. Jeśli to mogłoby go pocieszyć, to organizatorzy nie przewidzieli też udziału ocalonych z Holokaustu, byłych więźniów Auschwitz i innych hitlerowskich obozów. „To nie jest wydarzenie publiczne, lecz dyplomatyczne” – argumentowali organizatorzy. Po prostu ów światowy szczyt służy raczej załatwianiu spraw bieżących.

Kiedy kilka miesięcy temu wyszło na jaw, że ocaleni będą mogli obejrzeć uroczystości w Jad Waszem najwyżej w telewizji, podniósł się w Izraelu krzyk. Trójka oficjalnych organizatorów szczytu – kancelaria izraelskiego prezydenta Reuvena Rivlina, jerozolimskie Jad Waszem i prywatna Fundacja Światowego Forum Holokaustu rosyjsko-izraelskiego miliardera Mosze Kantora – przyznała w końcu owym ocalonym 30 miejsc. Krzyk nie minął, bo 30 miejsc na 800 wydawało się zbyt symboliczne („to tylko ozdóbka!”), ale protesty i petycje nic nie pomogły. W zamian obiecano, że wszystkie przemówienia będą zaczynać się od witania ocalonych (co nie zostało jednak całkiem dotrzymane).
Gdybyśmy szukali innego pocieszenia, to zawsze możemy powiedzieć, że jednak polski prezydent przemówił na uroczystości: mianowicie w krótkim klipie otwierającym szczyt pokazano m.in. przemawiającego Aleksandra Kwaśniewskiego, jak krytykuje antysemityzm. Cóż, Kwaśniewski niedługo przed zakończeniem swej prezydencji uhonorował Mosze Kantora Orderem Zasługi RP, a potem został mianowany przez Kantora na czele jego Europejskiej Rady na rzecz Tolerancji i Pojednania, która ma walczyć z antysemityzmem (w 2015 r. Kwaśniewskiego zmienił Tony Blair, jednak Mosze Kantor pozostaje właścicielem).
Mosze Kantor należy (według Jerusalem Post) do ścisłej czołówki najbardziej wpływowych Żydów na świecie. Nie trzeba zresztą prasy, by to zauważyć: to m.in. szef Rady Politycznej Światowego Kongresu Żydów, szef Europejskiego Kongresu Żydów, szef Europejskiej Fundacji Żydów i szef Fundacji Światowego Forum Holokaustu, która należy do organizatorów dzisiejszych uroczystości. To również przekonany syjonista oraz dobry znajomy m.in. premiera Benjamina Netanjahu i prezydenta Władimira Putina. Kantor został rosyjskim miliarderem w czasach jelcynowskiego chaosu, kiedy wielu rzutkich i bezwzględnych ludzi błyskawicznie uwłaszczało się na poradzieckiej gospodarce.
Przytaknijmy PO-PiSowi!
W Polsce uważa się, że okazja do milczenia, którą organizatorzy szczytu koronowanych głów, prezydentów i premierów dawali Andrzejowi Dudzie, to spisek Putina. Prawda jest jednak taka, że nikt na świecie nie pragnął go tej okazji pozbawiać, nikt nie protestował. Zatrzymajmy się na oficjalnym wyjaśnieniu, dlaczego Duda ma siedzieć cicho: bo oprócz przywódców izraelskich i prezydenta niemieckiego, przemówią jedynie ci, którzy pokonali hitlerowskie Niemcy – alianci.
W odbiorze międzynarodowym Polska od wielu lat stawia się w rzędzie przegranych, a nie zwycięzców wojny. Jeśli cokolwiek zostało u nas wyzwolone, to najwyżej obóz Auschwitz, a i to – według Schetyny – wyzwolili go jacyś Ukraińcy. Według naszej polityki historycznej, byliśmy przegrani, gdyż po wojnie dalej byliśmy w niewoli. Do tego doszło polskie czczenie kolaborantów Hitlera, jak Brygada Świętokrzyska oraz niszczenie miejsc pamięci żołnierzy radzieckich, którzy zginęli walcząc z hitlerowcami. Tu trzeba powiedzieć, że pomysł, który Kantor podsunął Putinowi, był na swój sposób genialny. Pamiętajmy, że w Rosji krytykowano władze za milczące tolerowanie polskich wyskoków, jakby cokolwiek pijanych.
Pomysł więc, by w końcu przytaknąć naszemu PO-PiSowi: „tak, jesteście przegrani, jak Hitler i nazizm” nie miał problemu z zadziałaniem. Reakcja Putina nie była przecież pierwsza. Zimą zeszłego roku, przy okazji ustawy „pamięciowej” PiSu już premier Netanjahu oskarżał Polaków o kolaborację z hitlerowskimi Niemcami, a minister Katz powtarzał bon-mot o Polakach, którzy wyssali antysemityzm z matczynym mlekiem. Putin dorzucił, że już nasze dawne władze, te przedwojenne, przyklaskiwały Hitlerowi w kwestii żydowskiej. Kilka dni temu prezydent Rivlin przestrzegał „kraje Europy środkowo-wschodniej” przed chwaleniem hitlerowskich kolaborantów i chodziło mu m.in. o zdobycze umysłowe Morawieckiego i spółki. Dla innych podobnie: Polska sama, przez swą niepojętą politykę historyczną wypisała się z grupy aliantów i jeśli przegrała, to „tak, słusznie!”. Niech więc milczy.
Oczywiście nikt się przegranej Polski nie czepiał na jerozolimskich uroczystościach. Ze światowego punktu widzenia polskie kompleksy są nieistotne. Izraelowi bardzo zależy na przyjaźni Putina, bo jego wojsko jest po sąsiedzku, w Syrii. Izrael jest więc niejako w sytuacji Polski, lecz działa inaczej: nie ma np. problemu z postawieniem u siebie pomnika obrońcom Leningradu, który Putin z Netanjahu odsłaniali bezpośrednio przed uroczystością w Jad Waszem. Zresztą stawką szczytu są zupełnie inne sprawy.
Dyplomacja Izraela
Na dwa dni przed szczytem, który obfituje w wielostronne rozmowy bilateralne izraelskiej dyplomacji, Netanjahu ogłosił, że jego kraj anektuje całość żydowskich kolonii na palestyńskich terytoriach okupowanych. Doskonale wiedział, że nikt z zaproszonych nawet nie zapiszczy z jakimś protestem, kiedy jest mowa o Holokauście. Chodzi tu o walkę wyborczą: jego wyborczy rywal gen. Gantz obiecuje jedynie aneksję doliny Jordanu, więc Netanjahu poszedł z licytacją na całość, całość Zachodniego Brzegu Jordanu. Cóż, walczy o zwycięstwo wyborcze, bo inaczej pójdzie do więzienia: ciążą na nim oskarżenia prokuratury generalnej o różne przestępstwa finansowo-polityczne, więc musi ubiegać się o immunitet.
O tych planach się nie mówi. Natomiast Netanjahu z Rivlinem i Katzem rozmawiają seryjnie z delegacjami mocarstw o Iranie, który ich zdaniem należałoby jednak zaatakować. Innym tematem rozmów jest „skandal” związany z Międzynarodowym Trybunałem Karnym (MTK), który zastanawia się, czy nie wszcząć oficjalnego śledztwa przeciw Izraelowi o zbrodnie wojenne. Wtedy Netanjahu nie byłby oskarżony tylko o złodziejstwo i oszustwa, lecz również o masowe zbrodnie, tak samo zresztą jak Gantz i inni izraelscy politycy. Co prawda oskarżona o antysemityzm prokurator, która to prowadzi w MTK, tydzień temu grzecznie ogłosiła, że póki co „zawiesza” procedurę, ale Izraelczycy chcą się upewnić, że z niczym takim już nie wyskoczy.
W związku z nowymi planowanymi aneksjami, o których na razie wszyscy grzecznie milczą, Izrael i organizacje syjonistyczne na świecie ubiegają się o trwałe włączenie antysyjonizmu do definicji antysemityzmu. To był refren dzisiejszych uroczystości. Zdaniem Izraela, krytyka polityki izraelskiej powinna być zakazana i w zasadzie światowi przywódcy są w stanie się z tym zgodzić, w imię tzw. realpolitik. W końcu zależy na tym również Stanom Zjednoczonym. Uznały one w zeszłym roku, że w sumie żydowska kolonizacja terytoriów okupowanych „nie jest niezgodna” z prawem międzynarodowym. Na razie inne państwa zachodnie oficjalnie nie podzielają tego poglądu, ale to raczej kwestia czasu: mogą przełknąć też aneksje.
Izrael i Hitler
Bodaj największą ciekawostką bieżącego szczytu jest zgoda Izraela na inną politykę historyczną w kwestii antysemityzmu. Tuż przed szczytem amerykańscy republikanie podjęli rezolucję na temat jak najszerszego nauczania o Holokauście w USA i przyjęli tam punkt widzenia b. prezydenta Obamy, który 10 lat temu w tzw. przemówieniu kairskim powiązał utworzenie kolonialnego państwa żydowskiego z Holokaustem, co zostało zakwalifikowane jako antysemityzm. Mówienie, że państwo narodu żydowskiego powstało w ostatecznym rozrachunku jako konsekwencja Holokaustu, a więc morderczych myśli i czynów Adolfa Hitlera, było bardzo tępione. Oficjalnie to po prostu determinacja syjonistów doprowadziła do zgody świata na pojawienie się Izraela w Palestynie.
Rozumowanie republikanów zostało jednak bez problemu zaakceptowane, w przeciwieństwie do słów Obamy, gdyż wiąże się z podejściem do tego problemu izraelskiego dobroczyńcy Donalda Trumpa. Trump przekonuje, że czas rozwiązać problem palestyńsko-izraelski, jak to eufemistycznie ujmuje, poprzez ostateczne uznanie, że Palestyńczycy przegrali i już. Owszem, Holokaust wpłynął na powstanie Izraela, a zapłacić za to europejskie wydarzenie muszą Palestyńczycy. Mają stracić swoją ziemię i marzenie o swoim kraju, gdyż są przegranymi.
Ma się rozumieć, żaden Palestyńczyk, jako winny antysemityzmu, nie został zaproszony na dzisiejsze uroczystości. W czasie ich trwania armia izraelskiego reżimu apartheidu rutynowo zabiła kilku następnych w Strefie Gazy. Tak to pojęcie antysemityzmu przekształca się na naszych oczach wraz z polityką bliskowschodnią imperium amerykańskiego. Dzisiejszy zjazd w Jerozolimie jest wzruszającym wstępem do aneksji i wojny.

Głos niewiarka

Polityka historyczna staje się współczesną religią. Opium coraz bardziej znacjonalizowanych, ogłupianych przez media ludów. Narzędziem gry cynicznych polityków. Coraz częściej polityka historyczna zaczyna pełnić też rolę podobną do dawnej religii państwowej. Wedle XVII – cznej zasady „Cuius regio, eius religio”. Czyli „Czyj rząd, tego religia”.

Dzisiaj upolityczniona wizja przeszłości staje się częścią polityki elit rządzących. Najpierw wewnętrznej, ale też coraz częściej polityki zagranicznej. Stąd już krok do wojen quasi religijnych. Propagandowych starć napędzanych skonfliktowanymi politykami historycznymi.

Pan premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla prorządowego tygodnika „Do rzeczy” ogłosił wojnę polskiej polityki historycznej.
„Zaczynamy walczyć z antypolonizmem”, zagrzmiał.
„Polska zawsze stawała po stronie Dobra, a nie Zła”, tak syntetycznie, iście religijnie podsumował dzieje narodu polskiego.
Zatem każdy, kto teraz ujawni zbrodnie dokonane przez Polaków, albo chociaż niechlubne kary z dziejów polskiego narodu katolickiego, zostanie wliczony do grona wrogów. Piątej kolumny. A ponieważ jesteśmy na wojnie, to z takimi nie można się cackać.
Kulka w zdradziecki łeb i po kłopocie.
A dla umiarkowanych „antypolonistów” internowanie w specjalnych obozach.

Każdy polityczny taktyk wie, że mała, lokalna, najlepiej propagandowa wojenka znakomicie przykrywa wewnętrzne socjalne, gospodarcze klęski.
Dzięki wojnie polsko- ruskiej o antysemityzm i sprawstwo rozpętania Drugiej Wojny Światowej, pan premier Morawicki nie musi już tłumaczyć się z licznych klęsk swojej formacji politycznej.
Nie jest już pytany o totalną porażkę programu „Mieszkanie +”.
O klęskę programu „PKS w każdej gminie”.
O obiecany i niezmaterializowany polski samochód elektryczny.
O niezrealizowany program „Luxtorpeda”, czyli budowy kolei dużych prędkości.
O równie niezrealizowany program budowy promów przez szczecińskie stocznie.
A nawet o program modernizacji wojska polskiego, które zamienia się w wielką grupę rekonstrukcyjną konserwującą archaiczny sprzęt.

Na każdej wojnie, zawłaszcza propagandowej można się nieźle obłowić. Już dzisiaj widzimy rosnące zastępy zawodowych i amatorskich anty „antypolonistów”.
Rwą się do tego prorządowe, narodowo- katolickie media. Ministerstwa kultury i spraw zagranicznych. Fundacje zajmujące się obroną „Czci Narodu Polskiego”, a zwłaszcza „Boga, Honoru, Ojczyzny”.
Ponieważ wojna na polu polityk historycznych dotyczy zwykle sfery propagandowej to raz po raz pojawiają się wielkie, kosztowne, znane z filmu Stanisława Barei, propagandowe „Misie”. Raj dla przekrętów i malwersantów finansowych.
Honor Polski i Polaków nie ma limitu ceny. Zwłaszcza kiedy bój z antypolonizmem finansowany jest z publicznych, czyli naszych, wspólnych pieniędzy. Zapewne dzięki zaczepkom prezydenta Putina wielu aktywnych pogromców antypolonizmu rozwiąże swe problemy mieszkaniowe i komunikacyjne bez wyczekiwania na rządowe „Mieszkanie +”,czy czysto polski samochód elektryczny.
Pan premier Morawicki powinien podziękować prezydentowi Putinowi za pomoc w oszukiwaniu polskiego, przysłowiowego „ciemnego ludu”. Za podrzucanie gleby do rozwoju nowej, państwowej religii.

Wbrew wielkim oczekiwaniom, mobilizacji wszelkich anty „anty polonistycznych” sił i środków prezydent Putin olał swe antykolonistyczne obowiązki i nie antypolonił podczas jerozolimskiej Konferencji poświęconej Holocaustu.
Pan premier, pan prezydent, nawet pan prezes mogą teraz ogłosić swe historyczne zwycięstwo.

Ale z „antpolonizmem jest jak z trójgłowym smokiem. Odrąbiesz jeden łeb, a już kolejny odrasta. Nieustanna robota.

Laureat Nagrody Nobla Lech Wałęsa udzielił czternastego stycznia wywiadu w głównym dziennikowi I kanału rosyjskiej telewizji „Wremia”. Oświadczył tam, że Armia czerwona wyzwoliła Polskę spod okupacji. hitlerowskiej. Nie można, powiedział, mieszać porządków. Drugą Wojnę Światową wygrała Rosja, a wolność dla wielu państw Europy wywalczyły wojska radzieckie
Polskę utraciła swą suwerenności potem. Nie należy tego mylić z wyzwoleniem kraju, a zwłaszcza wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci w Oświęcimiu. Niezaproszenie Putina na obchody 75 -tej rocznicy wyzwolenia tego obozu jest głupotą i niegodziwością, powiedział były prezydent Polski.
Oświadczył też, że jeśli tylko zostanie zaproszony, to z przyjemnością uda się w tym roku do Moskwy na Paradę Zwycięstwa z okazji 75- tej rocznicy zakończenia II wojny światowej.

Jeśli prezydent Putin zaprosi prezydenta Wałęsę to zawodowi, prorządowi „anty anty poloniści” dostaną potężnego, propagandowego kopa. Wałęsa uchodzi na świecie za symbol wolnej suwerennej Polski. Pan prezes Kaczyński znany jest jedynie ze swych autorytarnych zapędów, pan prezydent Duda z firmowania ustawy o IPN cenzurującej badania nad Holocaustem, a pan premier z uprawiania zakłamanej polityki historycznej i hołdów dla żołnierzy antysemickiej, nacjonalistycznej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej.
Cóż wtedy pan premier Morawiecki z prezydentem Wałęsą uczyni?
Kulka w anty polonistyczny łeb, czy tylko internowanie?

Strach w Pałacu Prezydenckim

Pan prezydent Andrzej Duda powinien jechać do Jerozolimy. Aby podczas Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Yad Vashem z podniesionym czołem wysłuchać przemówienia prezydenta Putina. A potem powiedzieć swoje podczas konferencji prasowych i spotkań z żydowskimi organizacjami.

Aby rzec tam swoje pan prezydent powinien wiedzieć do ma powiedzieć. I pojechać do Jerozolimy nie sam. Mógłby zaprosić byłych prezydentów Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Wałęsę. Polskich naukowców zajmującymi się historią Żydów, zasłużonych dla relacji polsko- żydowskich, twórców kultury. Noblistkę Olgę Tokarczuk też. Każdy z nich spotkałby się w czasie obchodów ze znanymi środowiskami. Z rządzącymi i z opozycją. Z opiniotwórczymi autorytetami i przeróżnymi mediami. Wtedy głos Polski, rozpisany na różne tony, zabrzmiałby doniośle, przekonywująco i jednoznacznie.

Nieobecni nie mają racji. Każdy dziennikarz wie, że większa jest siła faktów, nawet „fake newsów”, niż wypowiadanych sprostowań. Podczas jerozolimskiej konferencji powstaną fakty. Cztery dni później podczas polskich uroczystości mogą być jedynie sprostowania. Jerozolimską konferencję zaszczyci wiceprezydent USA oraz przywódcy najważniejszych państw koalicji antyhitlerowskiej. Obchody polskie umili urzędnik administracji USA w randze ministra skarbu oraz niżsi rangą przywódcy antyhitlerowskich aliantów. Nietrudno zatem zgadnąć na które obchody 75-lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci przybędzie więcej dziennikarzy ze świata i które z nich znajdą się na czołówkach serwisów info.

Putinowska Rosja ruszyła na wojnę hybrydową z PiS Polską. Toczoną na polu polityk historycznych. Celem tej ekipy jest zjednoczenie Rosjan wokół historycznego zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pogromu hitlerowskich Niemiec w sojuszu z zachodnimi demokracjami, awansu ZSRR do grona światowych mocarstw. Kryształowość tegoż mitu zakłócają lata 1939-1941, sojuszu ZSRR z hitlerowskimi Niemcami.
Ponieważ ówczesna Polska była największą ofiarą tamtego sojuszu, o czym elity PiS stale i gromko przypominają, putinowskie elity chcą wykreować sanacyjną Polskę na bliskiego, agresywnego i antysemickiego sojusznika hitlerowskich Niemiec. I  tym uzasadnić agresję ZSRR we wrześniu 1939 roku.

Polska PiS nie wygra tej wojny z putinowską Rosją. Nie tylko dlatego, że pan prezydent zrejterował. Nie zaprosił prezydenta Putina na polskie obchody i nie ruszył do Jerozolimie. Prezydent Putin poszedł na wojnę z sanacyjną Polską aby zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji. Zasypać polityczne podziały, przykryć nią poważne, społeczne spory. Skoro kiedyś Wielka Wojna zjednoczyła ZSRR wokół Stalina, niech teraz wojna o tamtą Wojnę zjednoczy Rosję wokół Putina. Walczącego by wielką rosyjską wygraną uczynić nieśmiertelną.
Elity PiS czynią zaś cnotę z przegranej sprawy. Nie widzą Polski w gronie zwycięzców II wojny światowej. Uznają, że choć polskie wojsko walczyło po zwycięskiej stronie, to Polska tamtej wojny nie wygrała. Zamieniła jedynie okupację niemiecką na radziecką. Utraciła swe wschodnie kresy, zyskując tylko należne jej historycznie ziemie zachodnie. Stało się tak, bo była zdradzona. We wrześniu 1939 roku i w Jałcie 1945 roku. Wydana na pastwę Hitlera, a potem Stalina. Zgwałcona, poniżona i rozgrabiona.

Putinowska Rosja buduje swój mit zwycięskiego mocarstwa. Kaczyńska Polska tworzy mit państwa wiecznie krzywdzonego przez złych sąsiadów i zdradzanego przez wiarołomnych sojuszników.
Rosja Putina wyciąga swe ręce, aby znów grać w koncercie światowych mocarstw. Polska Kaczyńska wyciąga ręce po jałmużnę reparacji i kolejne zadośćuczynienia za minione krzywdy.

Prezydent Putin chce zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji wokół mocarstwowego mitu. Pan prezes Kaczyński tworzy mit cierpienia aby podzielić i skłócić Polaków. Zjednoczyć swoich przeciwko tym z „gorszego sorta”. Odrzuca pomoc opozycji. Nie zwołuje Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Toczy wojnę z prezydentem Putinem eskalując jednocześnie wojnę polsko- polską.

Ekipa Putina uderzyła w Polskę, bo elity PiS skłócone są z Unią Europejską i europejskimi sąsiadami. Z Izraelem i antyizraelskim Iranem. Ochłodziła relacje z Chinami. Jedyny europejski sojusznik pana prezesa, premier Orban, od lat gra w europejskiej drużynie Putnina. Resztki międzynarodowej reputacji kaczyńskej Polsk wiszą na łasce prezydenta Trumpa. Ile jest warta, przekonali się niedawno Kurdowie.

Elity PiS przegrają tę wojnę. Nie dlatego, że Rosja od lat buduje skuteczny system swej międzynarodowej propagandy. Polska zaś lekkomyślnie trwoni setki milionów złotych na przekręty rwaczy z Polskiej Fundacji Narodowej, syci się bajdurzeniem o „Mabenie” prezydenckiego doradcy  prof. Andrzeja Zybertowicza.
Elity PiS muszą tę  wojnę przegrać, bo same wypisują się z grona byłych antyhitlerowskich aliantów i obecnych demokracji Unii Europejskiej. Gloryfikują sanacyjną Polskę wzorującą się na faszystowskich Włochach. Dążącą do ograniczania demokracji parlamentarnej, autorytarnych wojskowych rządów i wysłaniu obywateli „gorszego sorta” na przysłowiowy Madagaskar. Gloryfikują ustami pana premiera Morawieckiego żołnierzy antysemickiej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej. Podsycają konflikty wokół mianowania dyrektora muzeum Polin. Stale rozpalają ksenofobiczne nastroje. Same dostarczają antypolskiej amunicji ekipie Putina.

W polityce historycznej nie chodzi o ustalenie prawdy, tylko stworzenie pozytywnego wizerunku państwa i narodu w kraju i za jego granicami.
Wojna polsko-ruska o papierowy żydowski Madagaskar i reputację skompromitowanej historycznie sanacji wzmocni politycznie ekipę prezydenta Putina. Ale pana prezesa Kaczyńskiego też. Każda z nich głosić będzie swoje zwycięstwo. U siebie. Ku pokrzepieniu swych serc i mobilizacji swych Wyborców.

W rzeczywistości ta hybrydowa wojenka ograniczy rzetelne badania historyczne, wprowadzi cenzurę polityczną w obu skonfliktowanych państwach. Wzmocni i utrwali negatywne stereotypy o oby narodach oraz mentalne mury utrudniając tym wszelką współpracę polsko-rosyjską.
Za granicą utrwali też pogląd, że Polska to państwo odwiecznej, nieracjonalnej rusofobii. Dlatego nie można powierzać Polakom tworzenia polityki wschodniej Unii Europejskiej. To pogłębi dodatkowo wyobcowanie Polski z europejskiej wspólnoty. A także mentalną służalczość wobec USA wśród elit PiS.

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski