Strach w Pałacu Prezydenckim

Pan prezydent Andrzej Duda powinien jechać do Jerozolimy. Aby podczas Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Yad Vashem z podniesionym czołem wysłuchać przemówienia prezydenta Putina. A potem powiedzieć swoje podczas konferencji prasowych i spotkań z żydowskimi organizacjami.

Aby rzec tam swoje pan prezydent powinien wiedzieć do ma powiedzieć. I pojechać do Jerozolimy nie sam. Mógłby zaprosić byłych prezydentów Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Wałęsę. Polskich naukowców zajmującymi się historią Żydów, zasłużonych dla relacji polsko- żydowskich, twórców kultury. Noblistkę Olgę Tokarczuk też. Każdy z nich spotkałby się w czasie obchodów ze znanymi środowiskami. Z rządzącymi i z opozycją. Z opiniotwórczymi autorytetami i przeróżnymi mediami. Wtedy głos Polski, rozpisany na różne tony, zabrzmiałby doniośle, przekonywująco i jednoznacznie.

Nieobecni nie mają racji. Każdy dziennikarz wie, że większa jest siła faktów, nawet „fake newsów”, niż wypowiadanych sprostowań. Podczas jerozolimskiej konferencji powstaną fakty. Cztery dni później podczas polskich uroczystości mogą być jedynie sprostowania. Jerozolimską konferencję zaszczyci wiceprezydent USA oraz przywódcy najważniejszych państw koalicji antyhitlerowskiej. Obchody polskie umili urzędnik administracji USA w randze ministra skarbu oraz niżsi rangą przywódcy antyhitlerowskich aliantów. Nietrudno zatem zgadnąć na które obchody 75-lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci przybędzie więcej dziennikarzy ze świata i które z nich znajdą się na czołówkach serwisów info.

Putinowska Rosja ruszyła na wojnę hybrydową z PiS Polską. Toczoną na polu polityk historycznych. Celem tej ekipy jest zjednoczenie Rosjan wokół historycznego zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pogromu hitlerowskich Niemiec w sojuszu z zachodnimi demokracjami, awansu ZSRR do grona światowych mocarstw. Kryształowość tegoż mitu zakłócają lata 1939-1941, sojuszu ZSRR z hitlerowskimi Niemcami.
Ponieważ ówczesna Polska była największą ofiarą tamtego sojuszu, o czym elity PiS stale i gromko przypominają, putinowskie elity chcą wykreować sanacyjną Polskę na bliskiego, agresywnego i antysemickiego sojusznika hitlerowskich Niemiec. I  tym uzasadnić agresję ZSRR we wrześniu 1939 roku.

Polska PiS nie wygra tej wojny z putinowską Rosją. Nie tylko dlatego, że pan prezydent zrejterował. Nie zaprosił prezydenta Putina na polskie obchody i nie ruszył do Jerozolimie. Prezydent Putin poszedł na wojnę z sanacyjną Polską aby zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji. Zasypać polityczne podziały, przykryć nią poważne, społeczne spory. Skoro kiedyś Wielka Wojna zjednoczyła ZSRR wokół Stalina, niech teraz wojna o tamtą Wojnę zjednoczy Rosję wokół Putina. Walczącego by wielką rosyjską wygraną uczynić nieśmiertelną.
Elity PiS czynią zaś cnotę z przegranej sprawy. Nie widzą Polski w gronie zwycięzców II wojny światowej. Uznają, że choć polskie wojsko walczyło po zwycięskiej stronie, to Polska tamtej wojny nie wygrała. Zamieniła jedynie okupację niemiecką na radziecką. Utraciła swe wschodnie kresy, zyskując tylko należne jej historycznie ziemie zachodnie. Stało się tak, bo była zdradzona. We wrześniu 1939 roku i w Jałcie 1945 roku. Wydana na pastwę Hitlera, a potem Stalina. Zgwałcona, poniżona i rozgrabiona.

Putinowska Rosja buduje swój mit zwycięskiego mocarstwa. Kaczyńska Polska tworzy mit państwa wiecznie krzywdzonego przez złych sąsiadów i zdradzanego przez wiarołomnych sojuszników.
Rosja Putina wyciąga swe ręce, aby znów grać w koncercie światowych mocarstw. Polska Kaczyńska wyciąga ręce po jałmużnę reparacji i kolejne zadośćuczynienia za minione krzywdy.

Prezydent Putin chce zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji wokół mocarstwowego mitu. Pan prezes Kaczyński tworzy mit cierpienia aby podzielić i skłócić Polaków. Zjednoczyć swoich przeciwko tym z „gorszego sorta”. Odrzuca pomoc opozycji. Nie zwołuje Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Toczy wojnę z prezydentem Putinem eskalując jednocześnie wojnę polsko- polską.

Ekipa Putina uderzyła w Polskę, bo elity PiS skłócone są z Unią Europejską i europejskimi sąsiadami. Z Izraelem i antyizraelskim Iranem. Ochłodziła relacje z Chinami. Jedyny europejski sojusznik pana prezesa, premier Orban, od lat gra w europejskiej drużynie Putnina. Resztki międzynarodowej reputacji kaczyńskej Polsk wiszą na łasce prezydenta Trumpa. Ile jest warta, przekonali się niedawno Kurdowie.

Elity PiS przegrają tę wojnę. Nie dlatego, że Rosja od lat buduje skuteczny system swej międzynarodowej propagandy. Polska zaś lekkomyślnie trwoni setki milionów złotych na przekręty rwaczy z Polskiej Fundacji Narodowej, syci się bajdurzeniem o „Mabenie” prezydenckiego doradcy  prof. Andrzeja Zybertowicza.
Elity PiS muszą tę  wojnę przegrać, bo same wypisują się z grona byłych antyhitlerowskich aliantów i obecnych demokracji Unii Europejskiej. Gloryfikują sanacyjną Polskę wzorującą się na faszystowskich Włochach. Dążącą do ograniczania demokracji parlamentarnej, autorytarnych wojskowych rządów i wysłaniu obywateli „gorszego sorta” na przysłowiowy Madagaskar. Gloryfikują ustami pana premiera Morawieckiego żołnierzy antysemickiej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej. Podsycają konflikty wokół mianowania dyrektora muzeum Polin. Stale rozpalają ksenofobiczne nastroje. Same dostarczają antypolskiej amunicji ekipie Putina.

W polityce historycznej nie chodzi o ustalenie prawdy, tylko stworzenie pozytywnego wizerunku państwa i narodu w kraju i za jego granicami.
Wojna polsko-ruska o papierowy żydowski Madagaskar i reputację skompromitowanej historycznie sanacji wzmocni politycznie ekipę prezydenta Putina. Ale pana prezesa Kaczyńskiego też. Każda z nich głosić będzie swoje zwycięstwo. U siebie. Ku pokrzepieniu swych serc i mobilizacji swych Wyborców.

W rzeczywistości ta hybrydowa wojenka ograniczy rzetelne badania historyczne, wprowadzi cenzurę polityczną w obu skonfliktowanych państwach. Wzmocni i utrwali negatywne stereotypy o oby narodach oraz mentalne mury utrudniając tym wszelką współpracę polsko-rosyjską.
Za granicą utrwali też pogląd, że Polska to państwo odwiecznej, nieracjonalnej rusofobii. Dlatego nie można powierzać Polakom tworzenia polityki wschodniej Unii Europejskiej. To pogłębi dodatkowo wyobcowanie Polski z europejskiej wspólnoty. A także mentalną służalczość wobec USA wśród elit PiS.

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Wojna pałaców

Wojna nas czeka, wojna z Rosją. Wojna na gesty, wojna na słowa. Medialna wojna hybrydowa. Pierwsze starcia mamy za sobą. Wygrała je ekipa pana prezesa Kaczyńskiego. Nie dlatego, że swą kompetencją i godnością osobistą pognębiła agresję słowną prezydenta Putina.

Wygrała je dla pana prezesa, JE ambasador USA Georgetta Mosbacher, która ekspresywnie skrytykowała kłamstwa prezydenta Rosji. Za to amerykańską ambasador i całą dyplomację USA bezpardonowo zaatakowały rosyjskie media i ich MSZ. Wtedy po stronie USA, czyli Polski też, stanęli ambasadorowie Izraela, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii oraz liczne europejskie media. I nawet poważni zachodni historycy.

Pierwszy raz w sporze o XX wieczną historię po stronie polskiej stanęło aż tylu zachodnich sojuszników. Ech, gdyby w sierpniu 1939 roku sanacja miała by ich aż tylu, to może agresja hitlerowska na Polskę zostałaby przesunięta na następne lata.

Cztery bitwy

Ale ten sukces to dopiero początek wielkiej wojny. Pierwsza jej „bitwa o pamięć” rozegra się w Jerozolimie podczas uroczystości z okazji 75 -lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci w Auschwitz- Birkenau. Dlaczego nie będzie to u nas, czyli na uroczystości zorganizowanej przez polską stronę w Auschwitz? Dlaczego ekipa pana prezesa Kaczyńskiego wiedząc o przyszłej wojnie propagandowej oddały pole walki ekipie prezydenta Putina? Dlaczego pozwoliła im wybrać teren walki, co od razu pogarsza szanse rządzącej Polską ekipy pana prezesa?

Druga bitwa rozegra się 9 maja w Moskwie. Cóż, wtedy ekipa Putina też będzie grała u siebie. Próba rozpoczęcia starcia 8 maja gdzieś bliżej Warszawy może skończyć się dla pana prezesa Kaczyńskiego medialnym niewypałem.

Trzecie starcie mogłaby wygrać ekipa PiS. Stulecie wojny polsko- radzieckiej z roku 1920, ostatniej poważnej wojny wygranej samodzielnie przez wojsko polskie, z góry gwarantuje powtórkę sukcesu. Podobnie jak czwarte starcie. Rozegrane we wrześniu 2020, w czasie kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej w Europie.

Dzięki tym dwóm rocznicom ekipa pana prezesa Kaczyńskiego mogłaby wygrać nawet tegoroczną wojnę medialną z ekipą prezydenta Putina. Pod warunkiem, gdyby była to tego należycie przygotowana. A wszystkie znaki na niebie, i zwłaszcza na ziemi, wskazują na kolejny festiwal fanfaronady i niekompetencji organizacyjnej. Nieróbstwo i wiarę w moc polskiej improwizacji.
Sierpień 2020 już za pół roku, a nadal nie ma potwierdzonej listy znakomitych, zagranicznych gości przybyłych na uroczystości. I wraz z nimi ekip dziennikarskich. Nie ma profesjonalnych publikacji historycznych napisanych przez uznanych na świecie historyków. Naprędce wydane, skompilowane przez prorządowych chałturników publikacje, niczego nie załatwią. Nie ma profesjonalnie zrealizowanego filmu poświęconemu wojnie. Nie ma też poświęconej jej gry komputerowej, form tak dzisiaj popularnej wśród młodych. Jest za to koszmarny projekt marmurowych kalesonów udających Łuk Triumfalny ku czci Zwycięzców Wojny 1920 roku, na szczęście nie zrealizowany.

Ekipa Kaczyńskiego chciałaby wygrać wojnę medialną z ekipą Putina, ale nie ma profesjonalnej armii. Ma swoje pospolite ruszenie w postacie przeróżnych, mniej lub bardziej szemranych firm, z Polska Fundacją Narodową na czele. Zbieraninę pazernych, łasych na kasę, nieskutecznych chałturników.

Samosie

Ekipa Kaczyńskiego marzy o wygraniu wojny z ekipą Putina, ale pragnie też tego triumfu tylko dla siebie.

Dlatego nie proponuje wspólnych działań politycznej opozycji. Nie zabiega o współpracę z licznych fachowcami, którzy są krytyczni wobec bieżącej polityki PiS. Nie ma nawet skromnego apelu ze strony rządzących obecnie Polską, apelu do opozycji o wspólne przeciwstawienie się agresji propagandowej ekipy Putina. Przeciwstawienie się kłamstwom propagowanym przez rosyjskie media. Nie ma propozycji współdziałania ponad politycznymi poglądami, partyjnymi sympatiami.

Dlatego los tegorocznej wojny ekipy prezydenta Putina z ekipą pana prezesa Kaczyńskiego zależy od reakcji międzynarodowych sojuszników obu ekip. Od woli prezydenta USA, kalkulacji premiera Izraela, nastrojów przywódców państw Unii Europejskiej. Sukces ekipy pana prezesa zależy od poparcia zachodnich sojuszników. Podobnie jak los rządzącej Polską sanacyjnej ekipy w końcu lat trzydziestych.

Wojna propagandowa ekipy prezydenta Putina z ekipą pana prezesa Kaczyńskiego to przede wszystkim wojna jednego pałacu z drugim. Źle się jednak stanie jeśli okazjonalna, propagandowa wojna elit politycznych stanie się wojną dwóch, bliskich od wieków narodów. Ekipy rządzące obu państwami przychodzą i odchodzą. Zasiana przez nie nienawiść między obu narodami może niestety pozostać na długo.

Osiem powodów, dla których Putin atakuje Polskę

To, co wygaduje Putin, jest oczywistym kłamstwem, fakt poza dyskusją, ale… Ale warto zastanowić się, dlaczego on to robi. „Wszelkie oświadczenia panów Morawieckiego i Dudy brzmią kiepsko, bo wszyscy wiedzą, na podstawie wielu przykładów, że ci dwaj panowie prawie zawsze kłamią. A stwierdzenie, że trzeba opierać się na prawdzie, w ustach osobnika, który łże jak PiS, zakrawa na farsę.

Po pierwsze,

Rosja prowadzi nowego rodzaju wojnę, wojnę hybrydową, przeciw Unii Europejskiej. Istotną częścią tej wojny jest dezinformacja i propaganda kłamstwa. Celem jest rozbicie jedności państw Unii, a następnie niszczenie ich po kolei.

Po drugie,

Putin postępuje jak drapieżnik atakujący stado. Wybrał najsłabszą sztukę i stara się ją oddzielić od reszty.

Po trzecie,

Putin wybrał Polskę, jako cel ataku, nieprzypadkowo.
Polska władza sama osłabiła swoją pozycję międzynarodową i sama sprowadziła swoją wiarygodność w okolice zera. Przez to Polska stała się łatwym celem ataku. Nielubianemu sojusznikowi mniej chętnie przychodzi się z pomocą.

Po czwarte,

Polska sama osłabiła swoją pozycję w dyskusji ukrywając, lub umniejszając, przez lata brzydkie fakty ze swojej historii. Niestety, wiarygodność musi być oparta na prawdzie. Gdyby nie zafałszowany obraz historii, w którym Polacy wyłącznie Żydów ratowali, a wrogiej lub obojętnej większości nie było, znacznie trudniej byłoby nas atakować kwestią antysemityzmu. Putin może nas atakować jako antysemitów, bo po tej polityce wszelkie zaprzeczenia brzmią mało wiarygodnie. Sami siebie pozbawiliśmy argumentów.

Po piąte,

Putin z tego samego powodu może używać argumentu zajęcia Zaolzia, bo nigdy tego wstydliwego faktu wystarczająco dobitnie nie potępiliśmy.

Po szóste,

wszelkie oświadczenia panów Morawieckiego i Dudy brzmią kiepsko, bo wszyscy wiedzą, na podstawie wielu przykładów, że ci dwaj panowie prawie zawsze kłamią. A stwierdzenie, że trzeba opierać się na prawdzie, w ustach osobnika, który łże jak PiS, zakrawa na farsę.

Po siódme,

Putin osiągnął przynajmniej jeden cel: zamiast uczciwego pochylenia się nad historią wywołał u PiS-owskiej władzy pseudopatriotyczną histerię puszenia się i nadymania, co jest kolejnym kamyczkiem osłabiającym szacunek do naszego kraju. Zamiast akademickich historyków i spokojnej dyplomacji świat znowu zobaczy na froncie walki ideologicznej neofaszystów i narodowców i pomyśli, że ten Putin jednak ma trochę racji.

Po ósme wreszcie,

już taoistyczny mistrz Laoze (LaoTsy), w szóstym wieku przed naszą erą, pisał, że ten, kto zna swoją wartość, nie musi jej udowadniać: „wielkiego się nie da poniżyć, małego się nie da wywyższyć”. Hurapatriotyczna dęta histeria działa dokładnie odwrotnie. Świadczy o słabości.
I to by było na tyle.

Putin, Kaczyński – dwa bratanki

Nerwowa i niespójna reakcja polskich władz na wypowiedzi Władimira Putina bierze się stąd, że PiS ma podobną wizję historii do rosyjskiego prezydenta: wypiera z niej niewygodne fakty i wyolbrzymia zasługi.

W swojej krytyce postępowania Polski w latach 30. XX wieku Putin niestety miał wiele racji. Polska zawarła porozumienie z Hitlerem, którego częścią było zajęcie Zaolzia. W całej dyskusji na temat historii stosunków z naszymi sąsiadami nikt nie wpadł na pomysł, że wypadałoby przeprosić Czechów za pakt z Hitlerem przeciwko nim. Chcemy być przepraszani, a sami nie umiemy rozliczyć się ze swoich historycznych win. Można się też spierać o to, co było początkiem II wojny światowej, ale jest historycznym faktem, że swoją ekspansję Hitler zaczął od aneksji Austrii i Czechosłowacji, a w rozbiorze tej drugiej Polska odegrała haniebną rolę przy poparciu prawie całego ówczesnego rządu.
Niestety jest też prawdą, że w Polsce lat 30. postawy antysemickie były bardzo rozpowszechnione. Getta ławkowe, pobicia żydowskich studentów, blokady w karierach zawodowych dla obywateli żydowskiego pochodzenia – wszystko to są historyczne fakty, będące częścią smutnego pejzażu II RP. Z dokumentów, których wiarygodność potwierdziła polska strona, wynika też, że ówczesny ambasador w Berlinie, Józef Lipski był antysemitą. Lipski powiedział, że postawiłby Hitlerowi pomnik, gdyby ten rozwiązał „zagadnienie żydowskie”. Trudno nie zgodzić się z Putinem, że to ohydne sformułowanie.
Co do diagnozy Putin więc nie kłamał. O wielu rzeczach jednak zapomniał. O czym? Oczywiście o grzechach swojego państwa. Pominął milczeniem pakt Ribbentrop-Mołotow, który przypieczętował sojusz nazistowskich Niemiec ze Związkiem Radzieckim, pominął wejście wojsk radzieckich do Polski 17 września 1939, pominął mord w Katyniu dokonany przez Armię Czerwoną na polskich oficerach, pominął też wiele antysemickich działań w polityce Stalina. Innymi słowy Putin sprawnie wypunktował winy władz przedwojennej Polski, a zarazem bezczelnie wyparł kompromitujące aspekty ówczesnej polityki władz radzieckich.
Trudno nie dostrzec podobieństwa narracji Putina do wizji historii polskich władz. PiS-owska propaganda od lat uparcie zaczarowuje rzeczywistość, głosząc wszem i wobec, że w Polsce nigdy nie było antysemityzmu i że Polacy w każdym konflikcie zbrojnym byli, są i będą największymi ofiarami i zarazem największymi bohaterami. To podejście manipulatorskie i zakłamujące rzeczywistość. Putin w relacjach z Polską przyjął identyczną postawę – wyolbrzymia wszystkie historyczne winy Polski, a usuwa jako niebyłe zbrodnie swojego kraju. Jeżeli chcemy wiarygodnie krytykować Putina i przekonująco obnażać stosowane przez niego nadużycia, musimy odejść od wybielania historii naszego kraju.
Przede wszystkim zaś traktowanie polityki zagranicznej jako licytacji, który naród jest najczystszy moralnie, nie daje szans na porozumienie. Zamiast brnąć w bezproduktywne spory z Rosją o wydarzenia sprzed 80 lat, lepiej spróbować wypracować z nią poprawne relacje, które pozwolą na uzyskanie korzyści w bieżącej polityce. Wychodzenie przed szereg w walce o przedłużanie sankcji wobec Rosji, demonstracyjne pomijanie Rosji w organizacji obchodów wybuchu drugiej wojny światowej czy naciski w Parlamencie Europejskim, by przyjmować uchwały o zrównaniu nazizmu i komunizmu – takie działania z pewnością nie służą ani partnerskim relacjom z Rosją, ani historycznej prawdzie. Służą wyłącznie pielęgnowaniu swojego zakompleksionego ego.

 

Putin nie bez racji

Zgodnie – media pisowskie i opozycji tzw. liberalnej oburzyły się rytualnie na wypowiedź prezydenta Rosji odnośnie „notatki Lipskiego” i współpracy II RP z III Rzeszą Adolfa Hitlera.

Wiadomo, w sprawach rosyjskich nietrudno o zgodny – przynajmniej werbalnie – „front narodowy ponad podziałami”. Jedni i drudzy zapędzili się na bezdroża w dziele idealizacji, a raczej samozakłamania w sferze przekazu dotyczącego historii Polski. Odezwały się marne skutki zakłamanej polityki historycznej, która w zasadniczych kwestiach PiS i Platformy Obywatelskiej aż tak bardzo nie różni. Krew wzburzyła im dodatkowo dosadna na sposób rosyjski poetyka wypowiedzi Władimira Putina, odmienna od charakterystycznego polsko-jezuickiego obłego stylu poprawności i obłudy. Być może, o ile ich wiedza na to pozwala, krew wzburzyło im też uświadomienie sobie, że zostali przyłapani na kłamstwie i samozakłamaniu, a to boli, to upokarza.
Oto bowiem Władimir Putin ma z punktu widzenia nagich faktów historycznych sporo racji w swojej wypowiedzi o polskim flircie, a nawet sojuszu z hitlerowską III Rzeszą aż do 1939 roku. Proszę uprzejmie: w 1934 roku Polska zawarła tzw. pakt o nieagresji z Niemcami, czyli mówiąc językiem dzisiejszym, układ o przyjaźni i współpracy. W czerwcu 1934 roku do Warszawy przybył z wizytą oficjalną Minister Propagandy III Rzeszy dr Josef Goebbels, który wygłosił odczyt, spotkał się w Resursie Obywatelskiej z elitą Warszawy (wśród przybyłych był pułkownik Walery Sławek, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego), a kilka dni później jego barwna fotografia, przedstawiająca go u boku Marszałka, ukazała się na okładce jednego z ówczesnych magazynów prasowych. W 1938 zaś roku Polska wraz z Hitlerem i Mussolinim wzięła udział i zainkasowała łup w monachijskim rozbiorze Czechosłowacji. Jeszcze w styczniu 1939 roku Polskę odwiedził hitlerowski minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop. Ta ostatnia była już co prawda tylko robieniem dobrej miny do złej gry, ale to nie zmienia zasadniczej wymowy postawy i intencji obozu sanacyjnego w stosunku do Niemiec. Dopiero kilka miesięcy później rząd Felicjana Sławoja-Składkowskiego porzucił złudzenia i flirt został zerwany, czego wyrazem była słynna, buńczuczna mowa Józefa Becka w Sejmie 5 maja 1939 roku.
W tej sytuacja jakaś tam antysemicka w wymowie notatka ambasadora Polski z Berlinie Józefa Lipskiego (przecież nie sfałszowana!), to betka, choć krytycy Putina uważają, że chce on zaszkodzić Polsce na forum międzynarodowym poprzez ponowne postawienie na porządku dnia sprawy polskiego antysemityzmu. A co, nie było polskiego antysemityzmu? Był i to mocno wybujały. Kto temu przeczy, ten jest kanalią i kłamcą. Przecież zapisek Lipskiego o należącym się Hitlerowi pomniku w Polsce nie zaistniał w próżni i nawet jeśli – jak twierdzą jego obrońcy – była w nim nuta ironii, niewiele to w jego wymowie akurat w tej kwestii zmienia. A to, że III Rzesza i ZSRR zblatowały się poprzez pakt Ribbentrop-Mołotow dla wykończenia „bękarta Traktatu Wersalskiego”, jak nazwał Polskę radziecki minister, to też niezaprzeczalny fakt. Jedno nie przeczy drugiemu.

Kłamstwo współodpowiedzialności Polemika

Szanowny Panie Redaktorze, piszę do Pana, bo czuje się w obowiązku zareagować na ignorancje i zafałszowania, jakie spostrzegłem w rubryce „Bigos noworoczny” w „Trybunie” z 30 grudnia 2019 roku, odnoszące się do bulwersującej wypowiedzi prezydenta Putina, jakoby Polska razem z Niemcami była współodpowiedzialn za rozpętanie II wojny światowej.

Szkoda czasu na komentowanie nonsensów i kłamstw prezydenta Federacji Rosyjskiej, ale jestem zdumiony, jak bądź co bądź, polska gazeta mogła zamieścić tekst w którym dopuściła się skandalicznej manipulacji wynikającej albo ze złej woli albo ignorancji i nieznajomości faktów historycznych. A stwierdzenie, że cyt. „..Władimir Putin ma z punktu widzenia nagich faktów sporo racji w swojej wypowiedzi o polskim flircie z Adolfem Hitlerem” jest po prostu skandaliczne. Żeby ocenić wypowiedź Putina i felietonu w „Trybunie” należy przedstawić kontekst sytuacji politycznej i militarnej w tamtym czasie.
Po zakończeniu Wielkiej Wojny i powstaniu odrodzonej Polski, Niemcy nie mogły się z tym faktem pogodzić. Uważały, że Polska stała się największym beneficjentem Traktatu Wersalskiego i to kosztem Republiki Weimarskiej. Stąd napięte stosunki niemiecko-polskie: wojna celna w latach 1925 – 1934, walki wywiadów, konszachty z Niemiec z ZSRR, uwieńczone traktatem w Rapallo w 1922 roku. Niemcy i Sowieci uważały się za „ skrzywdzonych” postanowieniami Traktatu Wersalskiego. Ponadto Polska była stale atakowana przez prasę i radio niemieckie.
Stosunki polsko niemiecki uległy diametralnej zmianie po dojściu do władzy Adolfa Hitlera w 1933 roku. Hitler był Austriakiem i w odróżnieniu od Prusaków nie był początkowo wrogo nastawiony do Polaków. Za największego wroga uważał Rosję komunistyczną i tam zamierzał budować dla Niemiec „przestrzeń życiową”, co dobitnie napisał w „Mein Kampf.” Ale przedtem zamierzał rozprawić się z „odwiecznym wrogiem” – Francją, z która miał stare porachunki. A sojusznikiem Francji była Polska, która na pewno przyśpieszyłaby Francji z pomocą.
Dlatego Hitler postanowił „zmiękczyć” Polskę i uczynić z niej posłusznego „sojusznika”. Trzecia Rzesza zerwała całkowicie współpracę ze Związkiem Sowieckim. W 1934 roku Niemcy zawarły z Polską układ o niestosowaniu przemocy w stosunkach wzajemnych. „Trybuna” błędnie go nazwała paktem o nieagresji , a już szczytem manipulacji było określenie , że był to „układ o przyjaźni i współpracy !” To prawda, że do Warszawy w 1934 roku przybył minister propagandy Niemiec Josef Goebbels, ale nie była to bynajmniej wizyta kurtuazyjna, co sugeruje tekst w „Trybunie”. Goebbels podpisał tak zwane porozumienie radiowe i prasowe, które zakończyło szkalowanie Polski przez media niemieckie. Prawdą jest również, że były wzajemne wizyty i rewizyty i że Hitler godnie uczcił śmierć marszałka Józefa Piłsudskiego. Ale po tej „wstępnej grze” Hitler wreszcie wyłożył karty na stół. Zaproponował Polsce przystąpienie do paktu antykominternowskiego (wymierzonemu przeciwko ZSRR), a w dowód lojalności Polska miała zgodzić się na włączenie Gdańska do Rzeszy i na połączenie Niemiec z Prusami Wschodnimi eksterytorialną autostradą, przebiegającą przez polskie Pomorze. Realnie patrząc żądania terytorialne nie były zbyt wygórowane, Gdańsk do Polski nie należał i zamieszkiwała w nim głównie ludność niemiecka, a nad autostradą (przebiegającą na estakadzie) można było zachować kontrolę. Jednak polski minister spraw zagranicznych Józef Beck, kierując się testamentem marszałka Piłsudskiego, żeby nie wiązać się z żadnym z wielkich sąsiadów, 5 maja 1939 roku, powiedział w polskim sejmie zdecydowanie NIE! i że Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da. Społeczeństwo polskie było po prostu antyniemieckie i o żadnym sojuszu z Trzecią Rzeszą nie mogło być mowy. Dlatego po odmowie współdziałania Hitler postanowił zaatakować Polskę jako pierwsze państwo i dlatego w tym celu , niespodziewanie, 23 września 1939 roku podpisano pakt Ribbentrop Mołotow. To pakt niemiecko – radziecki i załączony do niego tajny protokół o podziale stref wpływów otwierał Niemcom drogę do agresji na Polskę i później na Europę. A Związek Sowiecki zajął pół Polski, kraje bałtyckie i rumuńską Besarabie. Zaatakował również Finlandie, ale ta obroniła swoją młodą państwowość. Warto wiedzieć, że za napad na Finlandie ZSRR został wykluczony z Ligi Narodów. Przecierałem oczy ze zdumienia gdy przeczytałem „rewelacje” , że Polska wraz z Hitlerem i Mussolinim „wzięła udział w monachijskim rozbiorze Czechosłowacji” Wierutne kłamstwo! W Monachium przedstawiciela Polski nie było, bo nikt tam nas nie zaprosił.
W niechlubnej konferencji monachijskiej uczestniczyły cztery państwa: Niemcy, Włochy, Wielka Brytania i Francja. Wojsko polskie co prawda wkroczyło na Zaolzie, ale dopiero wtedy, kiedy Czechy i Morawy zajął Wehrmacht, w marcu 1939 roku, a Słowacja dokonała secesji odłączając się od Czechosłowacji. Polska zajęła Zaolzie, zamieszkałe głównie przez ludność polską, które bezprawnie zajęli Czesi w 1920 r., gdy wojska bolszewickie parły na Warszawę. Szkoda tylko, że Polska dokonała zajęcia części Śląska Cieszyńskiego w niewłaściwym czasie i okolicznościach. Autor felietonu kończy te żałosne wywody stwierdzeniem, że był co prawda pakt Ribbentrop – Mołotow , ale „jedno nie przeczy drugiemu” Reasumując należy stwierdzić, że polska gazeta, jaką jest „Trybuna” przyznaje w dużej części racje oszczerczym opiniom Putina.

 

Poroszenko zwodzi?

Piotr Poroszenko, ukraiński prezydent, oznajmił, że gotów jest spotkać się z Władimirem Putinem na dwustronnych rozmowach.

Czy to oznacza, że Ukraina jest gotowa do rozmów o pokoju na swoich wschodnich terytoriach? Raczej nie, to tylko gra przed wyborami prezydenckimi w tym kraju. Poroszenko świetnie rozumie, że druga pozycja w przedwyborczych rankingach (15, 7 proc i traci 3,1 proc. do prowadzącego komika Wołodymyra Zelenskiego) wymusza na nim niestandardowe zachowania, jeżeli chce myśleć o nawiązaniu równorzędnej walki z Zelenskim. A w związku z tym, że 22 marca w Moskwie przebywali z wizytą Jurij Bojko, prorosyjski kandydat na prezydenta Ukrainy, popierany w Donbasie i Ługańsku, w towarzystwie Wiktora Medwedczuka, opozycyjnego polityka ukraińskiego i rozmawiali z premierem Miedwiediewem o zakończeniu konfliktu na wschodzie kraju oraz próbowali porozumieć się w sprawie nowych dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę, Poroszenko musiał zareagować.
Propozycja Poroszenki na temat spotkania z Putinem po bliższym wyjaśnieniu okazała się nieco przerysowana. Polityk oznajmił, że spotkanie takie przeprowadzi tylko w tym wypadku, jeżeli będzie miał wsparcie proukaraińskich partnerów zachodnich.
– Mogą być rozmowy dwustronne? Oczywiście, jesteśmy suwerennym, niepodległym państwem. Ale czy pozycja Ukrainy będzie słabsza, jeśli pojedziemy bez poparcia naszych międzynarodowych partnerów z proukraińskiej koalicji? Oczywiście, że słabsza – powiedział obecny prezydent Ukrainy w wywiadzie dla miejscowej telewizji.

Putin Sprzyja Ludowcom

Obserwując reakcję głównych aktorów tzw. polskiej sceny politycznej na której rozgrywa się coś na podobieństwo kabaretu, farsy czy dosyć taniej tragikomedii warto zacytować fragment przemówienia  jakie na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. wygłosił I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Aleksiej Kiriczenko.

 

Odnosząc się do współzawodnictwa pomiędzy dwoma kołchozami powiedział co następuje: „Współzawodniczą ze sobą dwa kołchozy (…) Obydwa zakończyły rok ze złymi wynikami. Żaden z nich nie tylko nie wykonał zobowiązań lecz nawet nie wykonał planów, nie mniej jednak ten, kto ma lepsze wskaźniki „pasowany” jest na zwycięzcę (…). Z tego wynika, że sprawa została przegrana a mimo to jest zwycięzca.”
Słowa Kiriczenki wywołały śmiech wśród delegatów zjazdu. W Polsce nikt się nie śmieje, co świadczyć może o tym, że polskie elity polityczne mają mniejsze poczucie humoru od radzieckich komunistów. A można by się zdrowo pośmiać z tego, że zarówno PiS, jak i Koalicja Obywatelska chełpiły się swoim zwycięstwem w wyborach samorządowych. PiSowcy argumentowali to najlepszym w skali kraju wynikiem natomiast obywatelscy koalicjanci wskazywali na wygraną w dużych miastach. Co więcej, w wyniku powyborczych układanek okazuje się, że w niektórych województwach to przegrani otrzymują władzę a wygrani przechodzą do opozycji. W Katowicach wystarczył jeden mały transferek, aby PiS uzyskała większość w wojewódzkim sejmiku wbrew wynikowi wyborów. Odwrotna sytuacja miała miejsce w województwie podlaskim, gdzie PiS utracił większość ledwo po wyborach w wyniku politycznych przepychanek.
Prorocze słowa radzieckiego, komunisty są niczym w porównaniu z wrażą robotą jaką Kreml odbębnił wobec polskich wyborów samorządowych. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że Polskie Stronnictwo Ludowe osiągnęło stosunkowo dobry wynik w wyborach samorządowych dlatego, że ma tradycyjne poparcie na wsiach i w małych miejscowościach, to się grubo myli. PSL dlatego uzyskało te kilkanaście procent, ponieważ taka była wola Moskwy. Takie wnioski nasuwają się na podstawie publikacji zamieszczonej na stronie internetowej jak zwykle dobrze poinformowanego, przynajmniej we własnym mniemaniu, tabloidu „Fakt”. Tenże „Fakt” już na 11 dni przed wyborami zamieścił publikację pt. „Putin zamiesza w wyborach w Polsce?” wskazującą na niebezpieczeństwo rosyjskiej ingerencji „biorąc pod uwagę tylko ostatnią aktywność agentów Kremla.” Przytacza też przykłady mające być dowodem na to, że owa ostatnia aktywność moskiewskiej agentury miała wpływ na wynik wyborów w dwóch krajach europejskich.
Przykład pierwszy: Łotwa. Tam wybory wygrywa prorosyjska partia Zgoda. A dlaczego wygrywa? „Fakt” ma na to gotową odpowiedź. Otóż dlatego, że na jednym z portali społecznościowych puszczono hymn Rosji, pokazano fotografie Kremla i Putina tudzież rosyjską flagę. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby domniemywać, iż tych około 20 procent łotewskich wyborców obejrzało sobie ten spot i pod jego wpływem zagłosowało tak a nie inaczej. Jednak co ciekawsze, Zgoda wygrała wybory parlamentarne już po raz drugi. Poza tym rządzi w stolicy a założyciel partii Nils Ušakovs jest tam merem. Te jednak fakty pozostają poza zasięgiem analitycznych możliwości poznawczych „Faktu”.
Przykład drugi: Bośnia. W stanowiącej część Bośni i Hercegowiny Republice Serbskiej po raz kolejny wygrywa optujący za integracją z Serbią i jednocześnie antynatowski i prorosyjski Związek Niezależnych Socjaldemokratów. Partia ta wygrała nie tylko wybory do miejscowego parlamentu, lecz także prezydenckie a jej przywódca Milorad Dodik zdobył mandat przedstawiciela Republiki Serbskiej w trzyosobowym prezydium będącym kolektywną głową państwa w Bośni i Hercegowinie. I tu znów „Fakt” widzi rękę Moskwy. Zauważa, że przed wyborami do Sarajewa zawitał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow co już samo w sobie ma być dowodem na wpływanie na rezultat wyborów. Gdyby jednak tak choćby trochę głębiej zanurzyć w bośniacką specyfikę, to łatwo można zauważyć, że w tym sztucznie podzielonym na jednostki etniczne państwie w wyborach górują ugrupowania nacjonalistyczne – obojętnie czy dotyczy to ludności serbskiej, bośniackiej czy chorwackiej. I do tego nie jest potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Natomiast doszukiwanie się wszędzie tam, gdzie zwycięża jakaś siła prorosyjska czy też tylko Rosji sprzyjająca jest wyrazem gloryfikacji Rosji jako wszechwładnego demiurga ustawiającego sobie świat wedle własnego życzenia. Nasuwa się tu nieodparta analogia z antysemitami, którzy twierdząc, że to Żydzi rządzą światem tym samym uznają ich za najpotężniejszy naród na świecie czym przebijają nawet najbardziej zagorzałych syjonistów.
Skoro Rosja tak skutecznie ingeruje w wybory w innych państwach, to dlaczegóż nie miałaby w Polsce? A co to my gorsi? Kierując się logiką „Faktu” należałoby dojść do wniosku, że wybory wójta Wąchocka czy też burmistrza Głubczyc są dla Moskwy równie ważne, jak to czy Trump ma zostać prezydentem USA. Być może jednak na Kremlu postrzegają Polskę w nieco szerszej skali. Rosyjscy analitycy zapewne długo główkowali nad tym kogo by w tej Polsce wesprzeć. Może PiS, boć to partia kryptoantynijna podobnie jak, tak przynajmniej twierdzą polscy eksperci, Rosja? Dawaj, damy im te nieco ponad 30 procent. A może by tak poprzeć Koalicję Obywatelską, skoro jest taka prorynkowa i nie będzie polonizować stacji benzynowych naszego Lukoila? Damy im trochę mniej wszak polexit jest ważniejszy od Lukoila. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że zdecydowano się na plan pod kryptonimem Putin Sprzyja Ludowcom i postawiono na PSL jako stosunkowo najmniej antyrosyjską spośród partii parlamentarnych. Oczywiście zrobiono to w sposób tak utajniony, że nie wiedzieli o tym ani wyborcy, ani PKW ani nawet kierownictwo PSL. Powyższe wnioski ocierają się o granicę idiotyzmu. Czy jednak mogą być inne skoro wyprowadzane są wprost z paranoicznych przesłanek?

Człowiek-penis szefem publicystyki w TVP

Michał Rachoń, dziennikarz TV Republika został szefem publicystyki w TVP Info. Zasłynął miedzy innymi przebraniem się za penisa z napisem „Putin”. Rachoń został zastępcą dyrektora Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Będzie odpowiadał za wszystkie programy publicystyczne przygotowywane przez Telewizyjną Agencję Informacyjną. Nowy szef publicystyki w TVP Info jest blisko związany z PiS. Był rzecznikiem prasowym MSWiA za rządów PiS, doradzał też MSZ, gdy dyplomacji szefowała Anna Fotyga. Był również rzecznikiem lokalny struktur PiS. Najgłośniej o Rachoniu było gdy przebrany za penisa wykrzykiwał „Putin morderca”. Działo się to podczas wizyty premiera Putina w Sopocie w 2009 roku. Popularność wśród prawicowych odbiorców zapewniło mu również usunięcie z konferencji prasowej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Od kilku tygodni spekulowano, że Rachoń może zostać jednym z prowadzących „Wiadomości”. Ostatecznie objął dyrektorskie stanowisko w TAI.