Koronawirus dopadł Małysza

Adam Małysz zachorował na Covid-19. Legendarny skoczek narciarski, a obecnie dyrektor sportowy PZN, nie przebywa z kadrą na trwającym od poniedziałku zgrupowaniu w Wiśle-Malince. Ostatni kontakt z podopiecznymi trenera Michala Doleżala Małysz miał w trakcie wcześniejszego obozu szkoleniowego w Zakopanem, ale zaraził się już po jego zakończeniu.

Małysz o tym, że zaraził się wirusem Covid-19 sam poinformował za pośrednictwem swojego profilu na Facebooku. „Tydzień zaczynam niezbyt dobrą wiadomością. Po tym, jak jedna z osób, z którymi miałem kontakt w ostatnich dniach, miała pozytywny wynik testu na Covid-19, zdecydowałem poddać się badaniu. Okazało się, że zachorowałem na koronawirusa. Na szczęście na razie choroba przebiega bezobjawowo. Piszę o zarażeniu również tutaj, by chronić innych i ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa. To ważne, by wszyscy, którzy mieli ze mną kontakt w ostatnim czasie, przebadali się i podjęli niezbędne w takich okolicznościach środki ostrożności. Jak wiecie, przestrzegam zasad bezpieczeństwa, ale okazuje się, że to nie wystarcza. Niech ta sytuacja będzie i dla Was przestrogą” – napisał Małysz. Wypada mieć nadzieję, że szybko i bez komplikacji upora się z wirusem i wróci do pracy.

Kowalczyk się wykłóca, a Wierietielny z tego śmieje

Korzystając z odmrożenia polskiego sportu kadra biegaczek narciarskich rozpoczęły zgrupowanie w Zakopanem. Po raz pierwszy pod wodzą nowego trenera, Słowaka Martina Bajcicaka, ale po dawnemu z Justyną Kowalczyk w roli asystentki, zawodniczki oraz nieformalnej szefowej. W ekipie znalazł się niespodziewanie także poprzedni szkoleniowiec, Aleksander Wierietielny, choć ponoć jedynie towarzysko.

Na pierwszym w tym sezonie zgrupowaniu w stolicy polskich Tatr stawiło się sześć zawodniczek – Izabela Marcisz, Monika Skinder, Weronika Kaleta, Karolina Kaleta, Karolina Kukuczka oraz Hanna Popko. Miała być jeszcze Eliza Rucka, ale tę zawodniczkę trapią jakieś niewyjaśnione problemy zdrowotne. Poinformowała o tym sama Justyna Kowalczyk w felietonie zamieszczonym na łamach „Gazety Wyborczej”. „Szkoda, bo to utalentowana i pracowita dziewczyna. Jednak bez trafnej diagnozy i przede wszystkim sposobu zapobiegania omdleniom, byłoby zbyt dużym ryzykiem pozwolić jej trenować. Pozostaje mieć nadzieję, że mądre głowy zajmą się w końcu Elizką i szybko do grupy wróci”.
Niewątpliwą niespodzianka jest pojawienie się na zgrupowaniu Aleksandra Wierietielnego, który po ubiegłym sezonie oficjalnie ogłosił przejście na emeryturę. Przyczyny wyjawił swego czasu w jednym z wywiadów prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner.
„Trener Wierietielny już w listopadzie ubiegłego roku podczas spotkania w siedzibie związku powiedział mi, że czuje się już bardzo zmęczony, że jeszcze dociągnie do końca tego sezonu, ale już dłużej nie będzie kontynuował pracy z kadrą i odejdzie. Przypomniał mi wtedy, że w końcu ma już 72 lata, a prowadzenie kadry biegaczek to męczące zajęcie i trzeba je powierzyć komuś młodszemu”.
Wygląda jednak na to, że Wierietielny po kilku miesiącach spędzonych na dobrowolnej emeryturze odzyskał chęć do pracy i postanowił na własne oczy sprawdzić, jak jego następca pracuje z kadrowiczkami. Oddajmy tu ponownie głos Justynie Kowalczyk, która tak w „GW” opisała nową rolę swojego mentora: „Przyjeżdża, jak zawsze pierwszy, na treningi i się śmieje, że społecznie pracuje mu się lżej. Tak, tak. Dalej pracuje. Z kadrą. Obiecał dziewczynom, że będzie na każdym treningu, gdy będą w Zakopanem i będzie się starał odwiedzać je, gdy będą gdzieś dalej. Mimo wieku, którym się teraz zasłania, Trener Wierieltielny zaangażowaniem w pracę spokojnie obdzieliłby trzech młodszych szkoleniowców. Znów zawstydza działaczy. I z ironią się śmieje, cwaniak, że teraz ja muszę się wykłócać o zgodę na zakup izotoników czy witaminy C na majowy obóz” – napisała legendarna „Królowa zimy”.
Następnym razem powinna w końcu wymienić z nazwiska tych działaczy PZN, z którymi musi kłócić się o takie przyziemne sprawy. Bo chyba nie prosi o zgodę na zakup witaminy C prezesa Tajnera?

48 godzin sport

Polsko-czeska wymiana trenerów
Robert Mateja (na zdjęciu) został trenerem czeskiej kadry kombinatorów norweskich. Polski szkoleniowiec ma w niej odpowiadać za formę zawodników w skokach narciarskich. W Polskim Związku Narciarskim dla Mateji nie było zajęcia, bo kadra w kombinacji norweskiej praktycznie przestała istnieć po jednoczesnej rezygnacji z dalszego uprawiania tego sportu przez Pawła Twardosza, Adama Cieślara i Wojciecha Marusarza. Został w niej tylko jeden zawodnik – Szczepan Kupczak. W czeskich mediach przyjęto zatrudnienie polskiego trenera z entuzjazmem. „To były skoczek narciarskim. W epoce zdominowanej przez legendarnego Adama Małysza Mateja pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo swojego kraju, trzykrotnie brał udział w igrzyskach olimpijskich (1998-2006), sześć razy uczestniczył w mistrzostwach świata. Mamy nadzieję, że wykorzysta swoje bogate doświadczenie w pracy z naszymi zawodnikami” – powiedział Tomas Slavik, dyrektor sportowy kadry kombinatorów norweskich. Wypada przypomnieć, że trenerem polskiej kadry skoczków narciarskich jest Czech Michal Doleżal.

Nafciarze zatrzymali Sobolewskiego na dłużej
Radosław Sobolewski przedłużył kontrakt z Wisłą Płock do końca czerwca 2021. Dotychczasowa umowa 43-letniego szkoleniowca wygasała po zakończeniu obecnego sezonu. Sobolewski został trenerem zespołu „Nafciarzy” 4 sierpnia ubiegłego roku.

W Turcji piłkarze zaczną grać od 12 czerwca
Prezes Tureckiej Federacji Piłki Nożnej Nihat Ozdemir poinformował w środę, że rozgrywki tamtejszej ekstraklasy zostaną wznowione 12 czerwca i potrwają do końca lipca. Zespoły będą rozgrywać spotkania na własnych stadionach bez udziału publiczności, chyba że do tego czasu pandemia koronawirusa zostanie opanowana. Natomiast finał Ligi Mistrzów, który w tym sezonie miał się odbyć 30 maja w Stambule, prawdopodobnie zostanie rozegrany na początku sierpnia.

Zagłębie Lubin przedłużyło kontrakt z rosyjskim pomocnikiem
Rosjanin Jewgienij Baszkirow przedłużył kontrakt z rywalizującym w piłkarskiej PKO Ekstraklasie Zagłębiem Lubin. Nowa umowa 28-letniego pomocnika będzie obowiązywać do 30 czerwca 2022 roku. Baszkirow trafił do Zagłębia pod koniec lutego tego roku. Ze względu na pandemię koronawirusa wystąpił jedynie w trzech spotkaniach piłkarskiej Ekstraklasy.

Portugalia nie wznowi rozgrywek w niższych ligach
W Portugalii zakończono sezon drugiej ligi, a awanse wywalczyły Nacional Funchal i SC Farense, poinformowano w środę. W oświadczeniu ligi napisano, że „trzeba było zdecydować o definitywnym zakończeniu LigaPro” ze względu na decyzję rządu, że tylko najwyższa klasa rozgrywka i Puchar Portugalii będą mogły wznowić rozgrywki, które zatrzymano z powodu pandemii koronawirusa. Nacional wraca do Primeira Liga po rocznej absencji, natomiast Farense ostatni raz grało w niej w sezonie 2001/02.

Dwukrotny mistrz świata wrócił do Asseco Resovii Rzeszów
Fabian Drzyzga wraca do PlusLigi. Rozgrywający reprezentacji Polski podpisał dwuletni kontrakt z Asseco Resovią Rzeszów, w której występował w latach 2013-2017. 30-letni siatkarz w barwach rzeszowskiego klubu sięgnął po mistrzostwo Polski w sezonie 2014/2015, oraz po wicemistrzostwo (2013/2014, 2015/2016), a ponadto wywalczył drugie miejsce w Lidze Mistrzów w sezonie 2014/2015. Od 2017 roku Drzyzga przez jeden sezon występował w Grecji, gdzie z Olympiakosem Pireus zdobył mistrzostwo kraju oraz Puchar Ligi. Następne dwa lata spędził w lidze rosyjskiej, w barwach Lokomotiwu Nowosybirsk, z którym zdobył mistrzowski tytuł.

Tajner napadł na Małysza

Adam Małysz w wywiadzie dla TVP Sport napomknął tylko o finansowych kłopotach PZN, ale mimo to sprowokował medialne starcie z prezesem związku Apoloniuszem Tajnerem, który także w mediach bezceremonialnie się po Małyszu za tę jego wypowiedź „przejechał”.

Małysz, który w Polskim Związku Narciarskim pełni funkcję dyrektora ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej, w rozmowie z TVP sport o sytuacji w tych sportach w czasie pandemii, skupił się na sprawach należących do jego kompetencji. Opowiadał więc, że w tej chwili prowadzi intensywne rozmowy z trenerami poszczególnych reprezentacji – Michalem Doleżalem (trener kadry A), Maciejem Maciusiakiem (trener kadry B) i Wojciechem Toporem (trener kadry juniorskiej). Od zakończenia Pucharu Świata w skokach narciarskich minęło już prawie 1,5 miesiąca. Polscy skoczkowie jednak nie próżnują i wszystkie kadry już dawno wznowiły treningi. Zawodnicy mają w nogach naprawdę mocne zajęcia, a nawet Kamil Stoch w rozmowach z mediami wielokrotnie przyznawał, że w pewnym okresie miał nawet problemy z siadaniem. W tle trwają jednak rozmowy, które mają zdecydować, jak będzie wyglądał kształt kadr narodowych na nadchodzący sezon 2020/2021. Jedno jest pewne, Małysz, Doleżal, Maciusiak i Topór nie mają teraz czasu na głupoty, bo ustalają ważne rzeczy dla wielu ludzi. I mają problemy, bo z powodu nagłego zakończenie sezonu Pucharu Świata, a także odwołania mistrzostw Polski, kilku skoczków nie wypełniło minimów sportowych. Nie mają z tym problemów Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula, a z młodych zawodników Paweł Wąsek i Kacper Juroszek, ale już Jakub Wolny, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Andrzej Stękała czy Tomasz Pilch ustalonych kryteriów wynikowych nie wypełnili. W tej skomplikowanej sytuacji zarząd PZN, po konsultacjach ze sztabem szkoleniowym, może powołać do kadry zawodnika, który nie spełnił w stu procentach kryterium. Takie ustalenia przy zielonym stoliku zawsze jednak są kontrowersyjne.
Tym bardziej w czasie zarazy, gdy niepewne są dotychczasowe źródła finansowania. Na ten aspekt zwrócił właśnie uwagę Adam Małysz. „Cięcia wydatków szykują się również w PZN. Są już pierwsze zwolnienia, a umowy dla niektórych trenerów nie są podpisywane. Musimy się liczyć, że nie będziemy mieli tyle pieniędzy, co zawsze” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie dla TVP Sport. W innych federacjach sytuacja jest podobna, więc to stwierdzenie Małysza nie było jakimś wielkim szokiem.
Mimo to prezes PZN Apoloniusz Tajner uznał za stosowne skorygować wypowiedź dyrektora i w wywiadzie dla portalu Interia.pl przedstawił sytuację następująco: (…) „Adam nie jest do końca zorientowany w całościowych sprawach, dotyczących związku, ponieważ działa na wąskim odcinku skoków i kombinacji norweskiej. Dlatego to, co on uważa za pewnik, że mamy jakieś problemy, muszę zdementować. Czytałem jego ostatnie wypowiedzi, których on ze mną nie konsultował. To są jego, powiedzmy, przemyślenia lub może nawet jakaś wiedza, ale jego na co dzień w związku nie ma i on tych spraw po prostu dokładnie nie zna. Mogę uspokoić, że sytuacja na pewno nie wygląda aż tak źle, co nie znaczy, że wygląda całkiem dobrze. Z Ministerstwa Sportu mamy już pewną informację, że środki budżetowe na fundusz rozwoju kultury fizycznej, które zostały przyznane dla kadry olimpijskiej i na kadry młodzieżowe, nadal obowiązują, a umowy są podpisane. Jedyna informacja z ministerstwa jest taka, że do 31 maja zawieszone jest korzystanie z tych pieniędzy, jeżeli chodzi o organizację zgrupowań i wyjazdów. To zresztą jest w pełni zrozumiałe. Jeśli chodzi o finanse z ministerstwa, to tylko te wydatki, które są związane z wynagrodzeniami sztabów szkoleniowych i stypendiami dla zawodników, zostały uwzględnione na kwiecień i maj. Natomiast wszystkie zgrupowania skasowane, a środki przesunięte na dalszą część sezonu. Wobec tego ja patrzę na sytuację odwrotnie, a mianowicie do tej pory zawsze korzystaliśmy z dofinansowania ministerstwa, bo w ostatnich miesiącach roku zawsze brakowało nam pieniędzy. Teraz jednak nie wykorzystując ich w kwietniu i maju prawdopodobnie po raz pierwszy nie będziemy musieli korzystać z dofinansowania z ministerstwa w ostatnim kwartale, o które w tym roku zresztą może być nawet trudniej” – zapewnia prezes Tajner, który na czele PZN stoi od 2006 roku, więc na pewno wie, co mówi.
Inna sprawa, że mógłby to powiedzieć Małyszowi przez telefon albo w trakcie wideokonferencji, a tak wyszło z tego niepotrzebne spięcie między najważniejszymi postaciami w polskich skokach.

Małysz obawia się skutków pandemii

Zaraz po powrocie z Raw Air cała kadra skoczkowie i jej sztab szkoleniowy poddali się dwutygodniowej kwarantannie. Nie była przymusowa, ale wszyscy się zastosowali. Przynajmniej tak zapewniał dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Wedle jego relacji są zalecenia, żeby dalej stosowali kwarantannę, ale już nie tak rygorystyczną. Mogą pojechać na siłownię, jeśli nie ma w niej ludzi, żeby przeprowadzić solidny trening.

W kierownictwie Polskiego Związku Narciarskiego nikt w tej chwili nie martwi się jednak o formę skoczków i ich wyniki w nowym sezonie. Adam Małysz ocenia to tak: „Możemy w ciemno założyć, że niektórzy będą mieli bardzo dobry początek sezonu, a niektórzy jego końcówkę, a jeszcze inni będą równo skakać przez cały czas. To oznacza, że w każdym momencie rywalizacji będziemy mieli w czołówce zawodników walczących o najwyższe laury” – przekonuje dyrektor sportowy PZN.
Jeśli coś spędza sen z powiek legendy polskich skoków narciarskich, to sytuacja gospodarcza w kraju jaka wytworzy się po wygaśnięciu epidemii koronawirusa. „Restrykcje, które wprowadza się dla zwalczenia epidemii, mają olbrzymi wpływ na gospodarkę. To rodzi uzasadnione obawy, że firmom, które w tej chwili sponsorują Polski Związek Narciarski i kadrę skoczków, w którymś momencie może zacząć brakować pieniędzy i zaczną gremialnie rezygnować z promowania się za pomocą sportu. Sponsorzy Polskiego Związku Narciarskiego to głównie duże firmy państwowe, ale są też mniejsze, które najmocniej dotknie kryzys. Zanim wszystko wróci do normalności, na pewno będą cięcia. PZN ma umowy ze sponsorami zawarte wprawdzie na kilka lat, ale na pewno trzeba będzie mocno powalczyć, żeby utrzymać obecny poziom finansowania” – przyznaje Małysz.
Czy zawodnicy ucierpią finansowo z powodu koronawirusa? „Kadrowicze nie dostają regularnego miesięcznego wynagrodzenia, tylko zadaniowe. Jeśli chodzi o zarobki skoczków, na razie nie ma większego zagrożenia, że nie dostaną ustalonych w kontraktach pieniędzy” – zapewnia dyrektor sportowy PZN.
Problem może się jednak pojawić w kolejnych latach. Umowy przestaną obowiązywać, a sponsorzy mogą powoli wycofywać się z kosztownych reklam. Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa pandemia i jakie będą jej ekonomiczne skutki. A także czy uda się bezproblemowo przeprowadzić kolejny sezon.
Miniony nie był zły, chociaż kibice odczuwają lekki niedosyt, bo poza Kamilem Stochem, Dawidem Kubackim i Piotrem Żyłą, pozostali skoczkowie nie skakali już dobrze. Ale wszyscy już teraz powinni podjąć ciężką pracę, lecz z powodu epidemii koronawirusa trudno rozplanować nawet treningi, bo światowe władze narciarskie same jeszcze nie podjęły decyzji co do kolejnego sezonu. Nie wiadomo choćby kiedy rozpocznie się cykl Letniej Grand Prix.

Marcisz przebiła nawet Kowalczyk

Takiego wyczynu w wieku juniorki nie dokonała nawet Justyna Kowalczyk. 19-letnia Izabela Marcisz podczas mistrzostwa świata juniorów w Oberwiesenthal wywalczyła trzy medale – dwa srebrne (w sprincie i na 15 kilometrów stylem dowolnym) oraz brąz na 5 kilometrów stylem klasycznym.

Nigdy wcześniej polska biegaczka narciarska w juniorskich mistrzostwach globu nie zdobyła trzech medali. Nasza najlepsza biegaczka wszech czasów Justyna Kowalczyk, która dzisiaj jest trenerką Izabeli Marcisz w kadrze Polski, jako juniorka wywalczyła tylko jeden srebrny krążek – 17 lat temu była druga w sprincie w czempionacie rozegranym w szwedzkiej Sollefteamie.
Marcisz medalowe żniwa zaczęła od srebra w sprincie, potem wywalczyła brąz na 5 km techniką klasyczną, a na koniec dołożyła kolejne srebro na 15 km techniką łyżwową. Jej sukces to zasługa trenerskiego duetu Aleksander Wierietielny – Justyna Kowalczyk. Sukces wprawdzie został odniesiony w rywalizacji juniorek, ale to dobrze prorokuje na przyszłość. Tym bardziej niepokojące są plotki, że trener Wierietielny po tym sezonie chce zrezygnować z dalszego prowadzenia kobiecej kadry biegaczek.

Czech porządzi w polskiej kadrze

Zmiana selekcjonera polskiej kadry skoczków dokonała się w jeden dzień. W niedzielę w Planicy, tuż po zakończeniu ostatniego w tym sezonie konkursu skoków, Stefan Horngacher w końcu wyjawił, że odchodzi i będzie pracował dla Niemców, a dosłownie chwilę potem Polski Związek Narciarski ogłosił, że Austriaka zastąpi jego asystent, Czech Michal Doleżal.

Doleżal urodził się 11 marca 1978 roku w Jabloncu nad Nysą. Jako skoczek narciarski nie odniósł sukcesów. Jego najlepszy występ miał miejsce na igrzyskach olimpijskich Nagano 1998, gdzie w konkursach indywidualnych zajął ósme i jedenaste miejsce. W Pucharze Świata najlepszym jego rezultatem była siódma pozycja wywalczona 18 grudnia 1999 roku w Zakopanem. Sportową karierę zakończył po sezonie 2006-2007. Do sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski trzy lata temu ściągnął go Horngacher. Teraz Czech dostał szansę wykazania się w roli pierwszego trenera.

„Marzyłem o takiej pracy, ale nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. Stefan zadecydował jednak jak zadecydował. Jestem gotowy, choć wiem, że rzucono mnie na głęboką wodę. Mam jednak do dyspozycji świetny sztab, nie mówiąc o wspaniałych skoczkach. Mam jednak świadomość, że czeka mnie nie lada wyzwanie, żeby sprostać oczekiwaniom. Skoki narciarskie w Polsce to coś niesamowitego, ale panuje w nich też wielka presja wyników. Zrobię wszystko, żeby nadal były one zadowalające dla kibiców, zawodników i moich przełożonych. W życiu trzeba podejmować się takich wyzwań” – przekonywał Doleżal w pierwszych medialnych wypowiedziach po objęciu posady.

Doleżal wyjawił, że rozmowy na temat objęcia przez niego polskiej kadry zaczęły się podczas mistrzostw świata w Seefeld. W sztabie Horngachera Czech odpowiadał przede wszystkim za sprawy sprzętowe. „Nie przeczę, że jestem specjalistą od sprzętu, ale potrafię też pracować z zawodnikami. Stefan świetnie prowadził reprezentację, był znakomitym szefem, dlatego zamierzam kroczyć wytyczoną przez niego drogą. Trenerem jestem już odwiele lat, ale przez ostatnie trzy naprawdę wiele się nauczyłem” – zapewnia Doleżal.

Nowy selekcjoner biało-czerwonych zamierza jednak wdrożyć własne pomysły. „Nie chcę być jedynie trenerem kadry A, chciałby też mieć wpływ na cały system szkolenia, od samego dołu. Nie przejmuje się faktem, że polska kadra jest jedną z najstarszych w stawce Pucharu Świata. W Czechach pracowałem z jeszcze starszymi skoczkami. Nie zaglądam zawodnikom w metrykę, dzielę ich wyłącznie na dobrych i złych. Przed nikim nie zamykam drzwi do kadry. Teraz zawodnicy dostali kilka dni wolnego, a do treningów wrócimy na początku kwietnia” – zapewnia trener polskiej kadry.

Po trzech latach wielkich sukcesów osiąganych pod wodza Horngachera działacze Polskiego Związku Narciarskiego musieli dokonać trudnego wyboru. Postawili na Doleżala i do pierwszych zawodów w Letniej Grand Prix będą żyć w niepewności, czy był to słuszny wybór. „Myśleliśmy też o szkoleniowcu z zewnątrz, ale zwyciężyła koncepcja z Dolezalem. On ma wszelkie kwalifikacje. Sztab poparł nasz wybór, a skoczkowie powiedzieli, że mają do nas pełne zaufanie i zaakceptują każdą decyzję, jaka podejmiemy” – zdradził prezes PZN Apoloniusz Tajner. Pozostaje zatem czekać na efekty tej decyzji.

 

Horngacher chyba przekombinował

Stefan Horngacher stracił najważniejsze atuty w grze o posadę. Negocjując kontrakt z niemiecką federacją miał w odwodzie nie mniej intratna ofertę Polskiego Związku Narciarskiego. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, bo PZN już znalazł ewentualnego następcę, a Niemcy z tego skorzystali i mocno zubożyli swoją wcześniejszą ofertę.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner jeszcze w trakcie mistrzostw świata w Seefeld przyznał, że szanse na zatrzymanie Horngachera są niewielkie. Austriak trzymał jednak polskich pracodawców w szachu, bo mimo wcześniejszych obietnic nie zdradził swoich zamiarów. I chyba mocno tym zachowaniem wkurzył Tajnera i Adama Małysza, bo od poniedziałku w polskich mediach zaczęły pojawiać się informacje, że działacze PZN zaczęli intensywne poszukiwania nowego selekcjonera kadry skoczków. Wedle nich najpoważniejszym kandydatem na objęcie tej posady jest czeski asystent Horngachera Michal Doleżal.

Tymczasem szefowie niemieckiej federacji podczas negocjacji z Horngacherem zaczęli stawiać weto niektórym jego oczekiwaniom, co ponoć mocno zirytowało austriackiego trenera. Do tego stopnia, że zaczął na nowo rozważać przedłużenie kontraktu z Polakami. Problem w tym, że Tajner nie jest już dla niego taki miły. Owszem, oficjalnie podtrzymuje wersję, że nadal czeka na ostateczną decyzję Horngachera, ale po cichu wraz z Małyszem szykują się do zmiany. W sumie to będzie ona niewielka, bo cały sztab chce zostać, trzeba mu tylko zmienić głowę.

 

Stoch walczył do końca

Po słabym występie polskich skoczków w Insbrucku przed ostatnim konkursem w Bischofshofenszanse na zajęcie wysokiego miejsca zachował jedynie niezawodny Kamil Stoch.

 

Nie możemy być zadowoleni, ale też nie będziemy płakać – przekonywał Adam Małysz po trzecich zawodach Turnieju Czterech skoczni w Innsbrucku. Najlepiej z Polaków wypadł w nich lider kadry Kamil Stoch, który zajął jednak dopiero piątą lokatę. Reszta naszych skoczków wypadła grubo poniżej oczekiwań. Punkty zdobyło w sumie tylko trzech z nich i coś takiego za trenerskiej kadencji Stefana Horngachera zdarzyło się dopiero po raz trzeci. A był to już 58. indywidualny konkurs Pucharu Świata odkąd prowadzi kadrę biało-czerwonych. Dawid Kubacki zajął 18. miejsce, Stefan Hula był 30. Piotr Żyła odpadł w pierwszej serii (42. pozycja) i pogrzebał swoje szanse na dobre miejsce w klasyfikacji generalnej 67. TCS. Jakub Wolny zajął 34. lokatę, a Maciej Kot i Aleksander Zniszczoł w ogóle nie zakwalifikowali się do konkursu.

 

Takie wyniki to rzadkość

Horngacher pracuje z kadrą Polski już trzeci sezon. W poprzednim nasi skoczkowie zanotowali najgorszy wynik w konkursie lotów w Tauplitz. Tam żadne z nich nie wywalczył miejsca w czołowej dziesiątce, ale chociaż w czołowej „30” było ich czterech Polaków. Wówczas 14. był Hula, 17. Żyła, 21. Stoch, a 23. pozycję zajął Maciej Kot. Do klasyfikacji Pucharu Narodów dało to skromne 50 pkt. W piątek w Innsbrucku Stoch zdobył dla nas 45 pkt, Kubacki dorzucił 13, a Hula – jeden. W sumie daje to 59 punktów.

Wynik na skoczni w Bergisel jest znacznie gorszy od tych, jakie Polacy osiągnęli w obu konkursach za kadencji Horngachera, w których do drugiej serii wchodzili tylko w trzyosobowym składzie. W Sapporo 12 lutego 2017 roku nie mieliśmy żadnych powodów do narzekań, bo choć punktowało tylko trzech Polaków, to Stoch wygrał, Kot był czwarty, a Żyła – 12. Dobrze wyglądały też nasze wyniki 2 grudnia 2018 roku, gdy w Niżnym Tagile trójka Żyła, Stoch, Kubacki zajęła odpowiednio trzecią, czwartą i 11. pozycję.

Teraz w Innsbrucku bardzo niewiele zabrakło, by Niemcy odebrali nam pozycję lidera Pucharu Narodów. Prowadzimy w nim od początku sezonu, ale przewaga biało-czerwonych po zawodach w Insbrucku stopniała do 20 punktów. Co prawda Stoch w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata awansował z miejsca szóstego na czwarte, za to Kubacki, który po dwóch niemieckich konkursach TCS był na trzeciej pozycji, po fatalnym występie spadł na siódmą lokatę. Żyła z miejsca ósmego zleciał do trzeciej dziesiątki, na 21. miejsce, a Jakub Wolny z 19. na 23.

 

Co się Stało w Insbrucku?

Co się stało? „Jeśli chodzi o Żyłę, to nie jest on w żadnym kryzysie, tylko przytrafił mu się gorszy moment. Wierzę, że już w Bischofshofen może wrócić na swój normalny poziom. Kubacki miał pecha, przed jego drugim skokiem warunki stały się bardzo trudne, a jury podniosło belkę dopiero po jego skoku. W ogóle zmiany belki były głupie. Stoch nie potrzebował wydłużonego rozbiegu, akurat on miał taki wiatr, że i z niższej belki poleciałby daleko, a tak stracił punkty (8,6 pkt za start z pozycji numer 3, a nie z pozycji numer 1 jak większość zawodników). Staram się szukać pozytywów, bo widzę, że Kamil wykonał dobrą robotę, Dawid też, a Stefan Hula miał udany pierwszy skok. Sytuacja reszty zespołu jest trudna, bo zawodnikom brakuje automatyzmów” – przekonywał Horngacher.

W sobotę nie było możliwości sprawdzenia jego opinii, bo z powodu śnieżycy odwołano kwalifikacje do niedzielnego konkursu w Bischofshofen. W niedzielę zawody także były z tego powodu zagrożone, ostatecznie jednak przed godziną 17:00 zwodnicy pojawili się na skoczni. z naszych skoczków przez kwalifikacje nie przebił się jedynie Aleksander Zniszczoł, a nastroje kibiców poprawił znacząco kapitalny skok Kubackiego, którym ustanowił nowy rekord skoczni. Ostanie zawody Turnieju Czterech skoczni zakończyły się jednak po zamknięciu wydania.

 

Czy Horngacher odejdzie?

Tematem, który w ostatnich dniach był żywo dyskutowany w polskich mediach i w rozmowach między kibicami, dotyczył plotki o rzekomych rozmowach Horngachera z niemiecka federacją. Austriacki szkoleniowiec w końcu uznał, że musi zająć w tej kwestii jednoznaczne stanowisko. „Na ten moment nie prowadzę rozmów z niemiecką federacją. Do końca sezonu skupiam się tylko i wyłącznie na polskim zespole – powiedział po konkursie w Innsbrucku.

Nie zmienia to jednak faktu, że po sezonie PZN będzie miał problem z zatrzymaniem Austriaka, albowiem Niemcy prawdopodobnie stracą Wernera Schustera. Z jego pracy są zadowoleni, ale on sam ma rozważać zakończenie współpracy z niemieckim związkiem narciarskim z powodów osobistych. Inna wersja mówi, że ma ofertę przejęcia austriackiej kadry po Andreasie Felderze.

Jego decyzja może wywołać lawinę trenerskich roszad, w tym także w polskiej kadrze, bo PZN nie ma takich finansowych możliwości, jakie ma niemiecka federacja. Poza tym rodzina Horngachera na stałe mieszka w Niemczech.

 

Poskaczą w Engelbergu

Fot. Na skoczni w Engelbergu nie brakuje naturalnego śniegu. W Szwajcarii w ostatnich dniach spadł śnieg

 

 

W miejsce odwołanych zawodów w niemieckim Titisee-Neustadt Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła w lutym zorganizować dodatkowe konkursy w Oberstdorfie i Willingen. A w najbliższy weekend skoczkowie będą rywalizować w Szwajcarii.

 

Zakopane będzie 19 i 20 stycznia gospodarzem zaplanowanych w kalendarzu zawodów indywidualnych i drużynowych. Międzynarodowa Federacja Narciarska chciała w trybie pilnym przenieść do Zakopanego odwołane konkursy w Titisee-Neustadt, ale działacze Polskiego Związku Narciarskiego odmówili, bo mieliby za mało czasu na uzyskanie stosownych pozwoleń oraz znalezienie sponsorów. Rozczarowani ich decyzją szefowie FIS już więc kandydatury Zakopanego jako areny dodatkowych zawodów nie rozpatrywali i w przyszłorocznych terminach wybrali na miejsce odwołanych konkursów w Titisee-Neustadt skocznie w Niemczech. 1 lutego w piątek zawodnicy będą rywalizować na mamuciej skoczni w Oberstdorfie w konkursie indywidualnym, w miejsce zaplanowanych na ten dzień kwalifikacji do indywidualnego konkursu w lotach narciarskich zaplanowanego na 2 lutego. Natomiast dodatkowy konkurs drużynowy odbędzie się 15 lutego w Willingen, również w miejsce kwalifikacji. 16 i 17 lutego odbędą się tam dwa kolejne konkursy indywidualne PŚ.

A już od najbliższego piątku skoczkowie będą rywalizować w szwajcarskim Engelbergu. Kibice skoków narciarskich mogą być spokojni. W Engelbergu nie powtórzy się scenariusz z Titisee-Neustadt, gdzie konkursy Pucharu Świata w skokach odwołano kilka dni wcześniej. Do szwajcarskiej miejscowości zawitała prawdziwa zima. Skocznia i teren wokół niej jest już pokryty naturalnym śniegiem. A zatem nie ma już ryzyka, że zaplanowane w najbliższy weekend konkursy w Engelbergu zostaną odwołane. Skoczkom w rywalizacji nie powinien także przeszkodzić wiatr, bo według prognoz ma nie przekraczać 2 m/s. W piątek 14 grudnia o 16:00 odbędzie się oficjalny trening, a dwie godziny później kwalifikacje do sobotniego konkursu, który rozpocznie się o 14:15. Początek niedzielnych zawodów także zaplanowano na godzinę 14:45.

Trener polskiej kadry Stefan Horngacher do konkursów w Engelbergu wystawił kadrę w składzie: Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Jakub Wolny, Maciej Kot i Stefan Hula. Liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest rewelacyjnie skaczący w tym sezonie Japończyk Ryoyu Kobayashi, ale dwa kolejne miejsca zajmują nasi reprezentanci – drugi jest Żyła, a trzeci Stoch. Za polskimi zawodnikami plasują się: nieobecny w Engelbergu Norweg Johann Andre Tande, trzech niemieckich skoczków – Stephan Leyhe, Karl Geiger i Andreas Wellinger oraz Rosjanin Jewgienij Klimow.