„Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat

Trzydziesta rocznica zakończenia polskiego „Okrągłego Stołu” skłania do zastanowienia się nad tym, co spowodowało, że po latach bardzo ostrego konfliktu Polacy zdołali – jako pierwsi w naszej części Europy – siąść do stołu rokowań i uzgodnić warunki, na których rozpoczęła się transformacja ustrojowa.

Jest zresztą oczywiste, że bez porozumienia „okrągłego stołu” nie byłoby wyborów czerwcowych, a wydarzenia potoczyłyby się inaczej – zapewne znacznie mniej dla Polski korzystnie.
Jeszcze parę lat wcześniej porozumienie między władzami i opozycją wydawało się niemożliwe. Dominował pesymizm co do przyszłości – nie tylko najbliższej. Uważano dość powszechnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zmieni się sytuacja geopolityczna Polski. W wydanej w 1986 roku książce („The Game Plan”) Zbigniew Brzeziński przewidywał, że układ międzynarodowy oparty na rywalizacji i dominacji dwóch supermocarstw – USA i ZSRR – trwać będzie przez dziesięciolecia. W Polsce stan wojenny zamroził sytuację polityczną – zdawać się mogło, że na bardzo długo. W jego wyniku wprowadzenia zdołaliśmy uniknąć krwawej konfrontacji i, moim zdaniem w tych warunkach nieuchronnej, zbrojnej interwencji radzieckiej, ale zarazem zahamowano proces zmian demokratycznych. Nie udała się, prowadzona połowicznie, reforma gospodarcza. Ludzie ówczesnej opozycji szczerze przyznają, że sądzili wówczas, iż szansa istotnych zmian odsunęła się na wiele lat – może na dziesięciolecia. W środowisku partyjnych reformatorów dominowało przekonanie, że należy bronić tego, co jeszcze zostało ze zmian „posierpniowych” a ewentualne głębsze zmiany muszą czekać na bardziej sprzyjające warunki międzynarodowe i wewnętrzne, co nam także wydawało się odległą przyszłością. Już wtedy pojawiały się jednak w obozie rządzącym inicjatywy zmierzające do zahamowania konfrontacji i utrzymania jakichś form dialogu z udziałem umiarkowanego skrzydła „solidarnościowej” opozycji. Wtedy, w czasie trwania stanu wojennego, takie inicjatywy partyjnych reformatorów nie mogły znacząco wpływać na bieg wydarzeń, ale stanowiły dowód, że reformatorskie skrzydło PZPR nawet wtedy nie porzuciło nadziei na dialog i porozumienie. Wszystko to zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych. Splot wydarzeń międzynarodowych i wewnętrznych stworzył warunki dla podjęcia wyzwania, które jeszcze niedawno graniczyło z cudem.
To polskie zwycięstwo jest obecnie atakowane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, przy czym niektórzy z nich (np. Andrzej Zybertowicz) posuwają się nawet do imputowania, że „Okrągły Stół” był porozumieniem komunistycznej władzy z jej agentami. W tych atakach kryje się wrogi stosunek do porozumienia ponad politycznymi podziałami, dążenie do polaryzowania sceny politycznej i do totalnego dyskredytowania opozycji. Tym ważniejsze jest, by przypominać o tym, co stało się trzydzieści lat temu i co stanowi fundament polskiej demokracji.
Drogę do Okrągłego Stołu otworzyły dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą był impas, w jakim znalazła się polityka polska siedem lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Wbrew obawom jednych, a oczekiwaniom innych, stan wojenny udał się w tym sensie, że przy minimalnych stratach spacyfikował sytuację i dał ówczesnej władzy niezbędny oddech. Nie doszło do strajku generalnego, czy też do wybuchu rewolucyjnego. Władzom udało się opanować sytuację, ale nie udało się wyeliminować opozycji „solidarnościowej”, która – choć poważnie osłabiona – zachowała niemałe wpływy i potrafiła zbudować sprawne struktury podziemne. W następnych latach następowała stopniowa liberalizacja systemu, ograniczane były represje, pojawiały się większe możliwości dialogu. Gospodarka znajdowała się w jednak stanie przewlekłego kryzysu.
Początkowa poprawa gospodarcza okazała się nietrwała a pod koniec lat osiemdziesiątych ponownie nastąpiło jej pogorszenie. Szybko rosło zadłużenie zagraniczne Polski, przy czym stosunkowo niskie wpływy z eksportu nie pozwalały nawet na regularną spłatę odsetek. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych oczywiste już było, że stabilizacja polityczna ani nie usuwa wyzwania, jakie dla władzy stanowiła wywodząca się z „Solidarności” opozycja, ani nie przywraca tej władzy takiego poparcia społecznego, jakie miała w pierwszej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Przeprowadzone w listopadzie 1987 roku referendum w sprawie reform politycznych i gospodarczych nie dało władzom takiego mandatu, na jaki liczono, a bardzo niska frekwencja w wyborach do rad narodowych – zbojkotowanych przez „solidarnościową” opozycję – w czerwcu 1988 roku (55.19 proc.) sygnalizowała zmniejszanie się poparcia dla obozu rządzącego. W tych warunkach ponownie pojawiały się w tym obozie głosy na rzecz bardziej zdecydowanych zmian. Obok publicystyki i prac studyjnych (w tym grupy roboczej powołanej w ramach PRON, w której dane mi było pracować) reformatorskie poglądy coraz częściej pojawiały się w wystąpieniach osób zajmujących wysokie stanowiska polityczne. Powołanie w 1987 roku do Biura Politycznego Mieczysława F. Rakowskiego i powierzenie mu we wrześniu 1988 roku stanowiska premiera było – z uwagi na znane od dawna reformatorskie poglądy tego polityka – symptomem dojrzewających zmian. Nie było jednak jasności co do tego, w jakim kierunku zmiany miałyby iść. Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno, a rządowi Rakowskiego zaszkodziła decyzja o postawieniu w stan likwidacji stoczni gdańskiej, co – niezależnie od racji ekonomicznych przywoływanych w obronie tej decyzji – było poważnym błędem politycznym, gdyż sugerowało wrogi stosunek rządu do „Solidarności”.
Po stronie opozycji dojrzewała także świadomość, że konfrontacja nie jest w stanie doprowadzić do upadku władzy. Obecnie głoszone poglądy, jakoby również bez porozumienia możliwe było odsunięcie PZPR od władzy, kontrastują bardzo wyraźnie ze stanowiskiem, jakie pod koniec lat osiemdziesiątych wyrażali intelektualiści i przywódcy demokratycznej opozycji, zwłaszcza Bronisław Geremek i Adam Michnik. W połowie lat osiemdziesiątych Michnik opublikował (w Londynie) książkę, w której otwarcie pisał o możliwości porozumienia między władzą i opozycją na zasadzie legalizacji „Solidarności” i zrezygnowania przez nią z walki o władzę. Geremek w wywiadzie udzielonym wydawanemu w podziemiu „Tygodnikowi Mazowsze” (8.X.1986) sygnalizował możliwość wznowienia dialogu między władzą i opozycją „bez zmuszania żadnej ze stron do rezygnacji”. W 1987 roku, wykorzystując sytuację, powstałą w wyniku tego, że władze ograniczyły zasięg represji wobec działaczy opozycji, Lech Wałęsa przystąpił do tworzenia Komitetu Obywatelskiego, który stał się sprawnym i bardzo zwartym ośrodkiem kierowniczym. Inicjatywa powołania tego ciała wyszła od Geremka, ale decyzja należała do Wałęsy. Po trwających ponad rok przygotowaniach komitet ukonstytuował się 18 grudnia 1988 stając się ośrodkiem kierowniczym demokratycznej opozycji. Powołanie Komitetu Obywatelskiego miało kluczowe znaczenie, gdyż wokół tego ośrodka skupiły się główne siły opozycji demokratycznej pozostawiając na marginesie ugrupowania radykalne (Konfederację Polski Niepodległej, Solidarność Walczącą). Już wcześniej w opozycji demokratycznej krystalizował się nurt umiarkowany, intelektualnie nawiązujący do idei realizmu politycznego, zachęcający do dialogu z władzami. W czerwcu 1987 grupa realistów skupiona wokół Marcina Króla zaczęła wydawać legalnie miesięcznik „Res Publica” – pismo od 1982 roku ukazujące się w podziemiu. O potrzebie i możliwości dialogu z władzą mówił w wywiadzie dla pisma „Konfrontacje” Bronisław Geremek. Oznaczało to rozszerzanie pola dialogu i przygotowywało dalej idące inicjatywy. Umiarkowanej linii przyjętej przez główny nurt opozycji sprzyjało kierownictwo Kościoła Katolickiego, inspirowane w wielkiej mierze przez stanowisko papieża Jana Pawła Drugiego, który nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Watykanem uzależniał od pozytywnej ewolucji stosunków politycznych w Polsce.
Te procesy wewnętrzne tworzyły warunki niezbędne, ale niewystarczające, dla wejścia na drogę dialogu i porozumienia. Konieczne było pojawienie się drugiej okoliczności – zmiany sytuacji międzynarodowej. W przeszłości nacisk radziecki stanowił nieprzezwyciężalną barierę, o którą rozbijały się bardziej radykalne programy reformatorskie. Przez długie lata kierownictwo PZPR znajdowało się pod presją radziecką, by ograniczać zasięg zmian. Stopniowo zmieniało się to, gdy na czele KPZR stanął Michaił Gorbaczow. Nowy przywódca radziecki podjął szereg inicjatyw prowadzących do zmiany klimatu międzynarodowego i wygaszania „zimnej wojny”. W lipcu 1988 roku w czasie wizyty w Warszawie publicznie unieważnił on tak zwaną „doktrynę Breżniewa” – ogłoszoną dwadzieścia lat wcześniej i uzasadniająca „prawo” ZSRR do interweniowania w „obronie socjalizmu” w innych państwach . Wojciech Jaruzelski powiedział mi po latach, że dopiero około roku 1987 stało się dla niego jasne, iż ze strony ZSRR nie grozi Polsce w razie wprowadzenia bardziej radykalnych reform demokratycznych los Czechosłowacji czy Węgier. Dla ludzi zdolnych do politycznego myślenia było oczywiste, że bez takiego stanowiska Moskwy reformy demokratyczne skazane są na klęskę. Podzielam więc zdanie brytyjskiego historyka Archie Browna, który widzi w polityce Gorbaczowa niezbędny warunek zmian demokratycznych w ówczesnym bloku radzieckim („The Gorbachev Factor”, Oxford 1996).
Okoliczności te stworzyły warunki niezbędne, by mogło dojść do tego, że przedstawiciele dwóch stron polskiego konfliktu zasiedli do wspólnego stołu i doszli do porozumienia. Nie przesądzało to jednak o tym, że tak się stanie. Konieczna była wola polityczna. Doświadczenie historyczne wielu krajów wskazuje na to, że nie zawsze w kluczowych momentach pojawia się wola polityczna niezbędna, by można było wykorzystać pojawiające się szanse lub uniknąć pojawiających się zagrożeń. Zależy to nie tylko od kompetencji intelektualnych przywódców, czyli od tego, czy i jak dalece rozumieją oni sytuację, lecz także od ich cech charakterologicznych, w tym zwłaszcza odwagi podejmowania nowych wyzwań. Polska miała szczęście, gdyż ludziom stojącym wtedy na czele obu obozów politycznych nie zabrakło tych cech.
W tym kontekście podkreślić warto rolę przywódców. Chociaż na sukces „Okrągłego Stołu” pracowało wiele osób, decydująca była rola dwóch ludzi: Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. Obaj mieli w tym momencie pozycję niekwestionowanych przywódców swoich obozów politycznych. Wbrew nim, czy bez nich, do porozumienia nie doszłoby. To jedna z tych sytuacji politycznych, w których szczególnie wiele zależy od przywódców politycznych. Polska miała tym razem szczęście, którego brakowało jej w wielu wcześniejszych momentach decydujących o jej losach. Miała przywódców na miarę wielkich wyzwań i szans stworzonych przez układ sił wewnętrznych i międzynarodowych.
Politolodzy badający procesy demokratycznej transformacji zwracają uwagę na to, że tak zwana „negocjowana reforma” zrealizowana w Hiszpanii po śmierci generała Franco czy w Polsce przy okrągłym stole wymaga, by po obu stronach zwolennicy reform zdołali zmarginalizować ich przeciwników: konserwatywnych zwolenników starego ładu w obozie władzy i niecierpliwych radykałów po stronie opozycji. W Polsce proces ten dokonał się jednak nierównomiernie: znacznie bardziej konsekwentnie w opozycji niż w obozie władzy. W opozycji bowiem dokonał się wyraźny podział. Radykałowie oderwali się od głównego nurtu, którego przywódcą był Lech Wałęsa wspierany przez szerokie grono czołowych działaczy i doradców dawnej „Solidarności”. Z Biura Politycznego PZPR usunięci zostali (na lub po odbytym w 1986 roku X zjeździe) niemal wszyscy przeciwnicy porozumienia, ale wielu z nich pozostało w składzie Komitetu Centralnego i w wielu komitetach wojewódzkich. Niejasne pozostawało stanowisko sporej części prasy partyjnej, w tym centralnego organu partii – „Trybuny Ludu”.
W szeregach opozycji decydujące było to, że przy braku lub słabości zorganizowanych struktur decydujący był głos przywódców – zwłaszcza najważniejszego, którym był Lech Wałęsa. W przededniu okrągłego stołu otoczył się on ludźmi o umiarkowanych poglądach, zdolnych do rozumienia konieczności kompromisu i lojalnie dążących do wcielenia go w życie. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik odegrali wielką rolę w budowaniu porozumienia, ale nie mogliby odegrać tej roli, gdyby stojący na czele demokratycznej opozycji Lech Wałęsa nie zdecydował się na udzielenie im pełnego poparcia i na odsunięcie radykałów. Po latach będzie zresztą za to płacił wysoką cenę, gdyż radykałowie nigdy mu tego nie wybaczyli. Krytycy zawartego przy okrągłym stole kompromisu twierdzą, że można było uzyskać więcej, że nie trzeba było iść na ustępstwa wobec ówczesnej władzy. To jest myślenie ahistoryczne. Z tego, co nastąpiło później – w dużej mierze w wyniku okrągłego stołu – nie da się racjonalnie wnioskować o szansach alternatywnego scenariusza. Faktem jednak jest, że taka spóźniona krytyka zawartego w 1989 roku kompromisu sprzyja dezawuowaniu ówczesnych przywódców demokratycznej opozycji a tym samym pomaga legitymizować zwrot w kierunku nowego autorytaryzmu. „Wynaturzona, pisana na nowo historia największe polskie osiągnięcie po roku 1918, jakim był Okrągły Stół, traktuje niemal jak zdradę” – pisze trafnie Jan Widacki („Przegląd” 4-10 lutego 2019).
W obozie władzy sytuacja była znacznie mniej klarowna. PZPR przystępowała do okrągłego stołu bez należytego przygotowania programowego. W referacie przedstawionym na posiedzeniu KC PZPR 13 czerwca 1988 roku Wojciech Jaruzelski sygnalizował plan odbycia rozmów „Okrągłego Stołu” na temat koniecznej reformy państwa, ale jeszcze w tej fazie wykluczał legalizację „Solidarności” („Trybuna Ludu” 14.VI. 1988). W następnych miesiącach kierownictwo obozu rządzącego przesuwało się na coraz bardziej reformatorskie pozycje. Nie bez znaczenia było pojawienie się w 1988 ponownej fali strajków, które wprawdzie nie przybrały tak masowego charakteru, jak strajki z lat 1980-81, ale sygnalizowały narastanie społecznego zniecierpliwienia. Moim zdaniem była to okoliczność ważna, ale nie decydująca. Decydujące było stwierdzenie, że nowa polityka radziecka otworzyła możliwości zmian idących znacznie dalej, niż kiedykolwiek sądzono. Nowa sytuacja polityczna wymagała – przynajmniej częściowo – odnowienia kierownictwa obozu rządzącego. W przededniu rozmów do Biura Politycznego PZPR wybrany został (nie będący poprzednio nawet członkiem Komitetu Centralnego) wybitny uczony o jednoznacznie reformatorskich przekonaniach Janusz Reykowski. W centralnym aparacie partyjnym pojawili się młodzi zwolennicy zmian. Szybko rosło znaczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rządzie Rakowskiego kierował komitetem politycznym i odegrał bardzo znaczącą rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu rozmów z opozycją. Równocześnie jednak w Komitecie Centralnym utrzymywała się znaczna (być może stanowiąca nawet większość) grupa ludzi niechętnie lub wrogo nastawionych do tego, co postrzegali jako „kapitulację”. Postawy takie występowały zwłaszcza wśród działaczy PZPR średniego szczebla – ludzi silnie osadzonych w istniejącym systemie a zarazem na ogół pozbawionych szerszych horyzontów intelektualnych i niezbędnej wiedzy. Janusz Reykowski wspomina, że wiosną 1989 roku na jego zlecenie przeprowadzono badania sondażowe wśród członków PZPR, które pokazały, ze średni szczebel aktywu partyjnego – w odróżnieniu od szeregowych członków PZPR – był wyraźnie niechętny porozumieniu „Okrągłego Stołu”. Odzwierciedleniem poglądów tego środowiska było zachowanie członków Komitetu Centralnego PZPR, wyraźnie niechętnych porozumieniu z „Solidarnością” a zwłaszcza jej legalizacji. Tylko groźba podania się do dymisji przez generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego oraz przez premiera Rakowskiego spowodowała, że Komitet Centralny (w styczniu 1989 roku) wyraził zgodę na legalizację „Solidarności”, przy czym nie była to decyzja jednomyślna. Za uchwałą sankcjonującą tę politykę głosowało 143 osób, przeciw było 32, a wstrzymało się 14 członków KC. Niechętnie do kompromisu odnosiły się wpływowa centrala OPZZ i wiele komitetów wojewódzkich partii. Retrospektywnie powiedzieć można, że kierownictwo PZPR popełniło błąd przystępując do rozmów z opozycją bez wcześniejszego uporządkowania własnych szeregów. W czasie prac „Okrągłego Stołu” wyrażało się to w kontestowaniu kompromisu przez nielicznych, ale głośnych ortodoksów partyjnych, czego przykładem był list wystosowany 17 lutego 1989 przez należącego do zespołu politycznego „Okrągłego Stołu” prominentnego działacza PZPR a zarazem członka Polskiej Akademii Nauk. Autor otwarcie atakował linię porozumienia i domagał się usztywnienia stanowiska a w ostateczności zerwania rozmów. Obecność w zespole przygotowującym projekt zmian politycznych działacza otwarcie kwestionującego sens porozumienia było konsekwencją tego, że kierownictwo PZPR usiłowało utrzymać jedność partii w sytuacji, gdy jedność ta – jak pokazały późniejsze wydarzenia – była już nie do utrzymania.
Ostatecznie jednak porozumienie okazało się możliwe. W jego tle była ciekawa ewolucja poglądów – tak po stronie władzy, jak i w kręgach demokratycznej opozycji.
Po stronie PZPR kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją. Byłby to wariant wydarzeń podobny do dokonującej się wtedy brazylijskiej polityki „otwarcia” („abertura”). Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.
Również po stronie opozycji zmieniał się stosunek do „drugiej strony”. Jacek Kuroń snując refleksje o rozmowach „Okrągłego Stołu” przypomniał, że w zespole politycznym spotkał swoich „dawnych szefów” z ZMP – Janusza Reykowskiego i mnie. W politycznym zespole „Okrągłego Stołu” spotkała się czwórka dawnych kolegów z warszawskiego Żoliborza : Geremek, Kuroń, Reykowski i ja. „Najcenniejszą nauką z tego spotkania – pisał Jacek – było dla mniej jedno spostrzeżenie. Otóż ludzie, którzy zasiedli z nami do pertraktacji, nie tylko nie byli stalinistami, ale nawet ideowymi komunistami. To byli pragmatycy, realiści, rozumiejący, że ład centralnego sterowania zawalił się, a teraz trzeba jak najszybciej i jak najlepiej przejść do nowego. Oni mieli nam za złe, że jesteśmy zbyt awanturniczy, zbyt gwałtowni, co może zniszczyć to spokojne przejście. Jedno jest pewne – chcieli się porozumieć. W tym świetle strona moralna całej tej sprawy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Oni mają prawo powiedzieć: dokonaliśmy zmian w komunizmie. A my możemy powiedzieć: zmienił się pod naszym naciskiem. Jedni i drudzy będą mieli rację, z tym, że komunizm zawalił się głownie pod własnym ciężarem” (Kuroń „Spoko! Czyli kwadratura koła”, 1992:78-79).
Ze swej strony dodałbym, że owo zawalenie się starego systemu mogło mieć bardzo rozmaite formy i że o polskiej, negocjowanej, drodze przekształceń zdecydowali ludzie zdolni do przejścia do porządku nad doświadczeniami i podziałami z niedawnej przeszłości.
Wypracowany przy „Okrągłym Stole” kompromis miał znaczenie historycznego precedensu. Nigdy w historii rządząca partia komunistyczna nie wynegocjowała ze swymi politycznymi przeciwnikami zmian, których sensem miała być rezygnacja z monopolu władzy (choć jeszcze nie z samej władzy) i otwarcie drogi do parlamentarnej demokracji w niezbyt odległej przyszłości. „Kontraktualna” ordynacja wyborcza do Sejmu miała – zgodnie z zawartym porozumieniem – obowiązywać tylko w wyborach 1989 roku. Potem miała zostać zastąpiona ordynacją w pełni demokratyczną. Stabilizatorem systemu miał być wyposażony w szerokie kompetencje prezydent, przy czym opozycja zdecydowała się powstrzymać przed kontestowaniem wyborów na to stanowisko. Ten mechanizm funkcjonował znacznie krócej niż przewidywaliśmy, gdyż druzgoczący dla obozu rządzącego wynik wyborów czerwcowych a następnie lawinowy upadek starego systemu w innych państwach Europy środkowo wschodniej, stworzyły presję na przyśpieszenie zmian w Polsce. Irlandzka dziennikarka Jacqueline Hayden, która po latach przeprowadziła serię wywiadów z głównymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu, uważa, że na wynik rokowań istotny wpływ miała obustronna mylna percepcja własnych wpływów: strona rządowa przeceniała a strona opozycyjna nie doceniała, jej zdaniem, własną siłę, co skłaniało obie strony do zawarcia takiego, jak uzgodniony, kompromisu w sprawie wyborów (Hayden „The Collapse of Communist Power in Poland” 2006). Podobny obraz nastrojów po obu stronach wynika z przeprowadzonej po latach rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana z Robertem Walenciakiem na temat przebiegu i wyników „Okrągłego Stołu” (Modzelewski, Werblan, Walenciak „Polska Ludowa” Warszawa 2017: 518-519). Jest to bardzo interesujący punkt widzenia, ale należy uwzględniać i to, że w miarę rozwoju wydarzeń relacje tych sił się zmieniały. Nie można wykluczyć, że początkowo – to jest w czasie, gdy zawierano porozumienie „Okrągłego Stołu”, obie strony dysponowały w przybliżeniu podobnym poparciem, ale poparcie dla obozu rządzącego spadało w miarę, jak coraz wyraźniejsze stawało się, że istnieje alternatywa polityczna. Procesowi temu sprzyjało niepotrzebne, moim zdaniem, przewlekanie procesu negocjacyjnego.
Ostateczny wynik przesądzony został przez wynik wyborów czerwcowych, które tak dalece osłabiły obóz rządzący, że niemożliwe stało się trwałe realizowanie wynegocjowanego kompromisu. Wynik ten był w części konsekwencją przyjęcia takiej ordynacji wyborczej do Senatu, która przekształciła mniej więcej 70-procentowy wynik „Solidarności” w sukces mierzony 99 mandatami (na sto). Przyjęcie takiej ordynacji (i odrzucenie propozycji ordynacji proporcjonalnej, co sugerował Andrzej Werblan) prowadziło do klęski obozu rządzącego. Podobnie działało wprowadzenie w wyborach do Sejmu listy krajowej, co temu segmentowi wyborów nadało charakter plebiscytu, w którym spektakularnie przegrała strona rządząca – mimo uzyskania ponad czterdziestu procentów głosów. W konsekwencji rozmowy „Okrągłego Stołu” stały się punktem wyjścia dla radykalnych zmian, dokonanych pokojowymi metodami i z zachowaniem ciągłości ładu konstytucyjnego. Zmiany te były bardziej radykalne, a zwłaszcza szybsze, niż przewidywały porozumienia okrągłego stołu, ale kierunek zmian określony został we wcześniej zawartym porozumieniu. W tym sensie „Okrągły Stół” zapoczątkował rewolucyjne – ale realizowane pokojowo i na gruncie prawa – zmiany systemu politycznego i ekonomicznego.
Czy bez polskiego okrągłego stołu nastąpiłby upadek systemu w całym naszym regionie? Tego nie da się rozstrzygnąć, gdyż historia nie zna experimentum crucis. Pamiętam jednak swoją wizytę w Budapeszcie w marcu 1989 roku, gdy wygłaszałem odczyty o procesie negocjacji w Polsce i rozmawiałem z wpływowymi członkami rządzącej tam partii. Śledzili oni z wielką uwagą proces negocjacji w Polsce i mówili mi otwarcie, że od sukcesu tego procesu uzależniają swoją strategię zmian. Sądzę, że gdyby w Polsce proces negocjacyjny załamał się, zahamowałoby to pokojowe zmiany nie tylko na Węgrzech, ale także w innych państwach naszego regionu, w tym w Czechosłowacji i w NRD. Klocki ówczesnego domina mogło padać w innym kierunku. Podzielam zdanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który oceniając bilans „Okrągłego Stołu” z perspektywy trzech dziesięcioleci mówił, że „daliśmy innym wspaniały przykład. Naszą drogą poszli Niemcy, Węgrzy, w jakimś sensie Czechosłowacja, a nawet odległa Republika Południowej Afryki. Nasz koncept promieniał i ma zasługi przed światem” („Gazeta Wyborcza” 4 lutego 2019). Mam osobiste doświadczenie potwierdzające tę opinię. W 1995 roku brałem udział (wraz z Hanną Suchocką i Jerzym Osiatyńskim) w międzynarodowej konferencji w Belfaście poświęconej doświadczeniom porozumień kończących wieloletnie konflikty. Byliśmy jedynymi uczestnikami z dawnego państwa socjalistycznego, gdyż właśnie doświadczenie polskiego „Okrągłego Stołu” potraktowano tam jako cenną lekcję także dla innych krajów. Były na tej konferencji dwie osoby z RPA, reprezentujące obie strony dopiero niedawno wygaszonego konfliktu rasowego. Otwarcie mówili o tym, jak ważne było dla nich polskie doświadczenie negocjowanego porozumienia.
Z tych względów sądzę, że polski „Okrągły Stół” należy do najcenniejszych doświadczeń politycznych naszego narodu. Pokazaliśmy wtedy, że potrafimy się porozumieć i potrafimy maksymalnie wykorzystać szansę, która pojawiła się przed nami. Warto tę lekcję dobrze przemyśleć, gdyż może być ona pomocna w kształtowaniu narodowej przyszłości. ”Okrągły Stół” pokazał, że nawet z bardzo ostrego konfliktu można wyjść pokojowo, w drodze uzgodnionego kompromisu, bez krwi i ofiar. Wynik ten nie unieważnił różnic politycznych dzielących strony zawieranego porozumienia, ale ich dalszym relacjom nadał cywilizowany, wolny od niszczącej nienawiści, charakter.
Doświadczenie „Okrągłego Stołu” to nie tylko historia. W obliczu tego, co Janusz Reykowski trafnie nazywa „autorytarną kontrrewolucją”, doświadczenie porozumienia opartego na dialogu i negocjacjach nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli po tegorocznych wyborach powstaną warunki dla odbudowywania państwa prawa i demokracji, to doświadczenie historyczne może okazać się szczególnie ważne.

Chwała pokonanym?

Mamy nowe kłamstwo historyczne. Kłamstwo „Okrągłego Stołu”.

Kompromis zawarty przy „Okrągłym Stole” trwale wpisuje się w polską, narodową mitologię. Dzień „Czwartego Czerwca” będzie kolejnym świętem państwowym. Filarem mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Jak każdy mit historyczny, zwykle redukowany jest do prostego komunikatu. Oto pierwszy raz w najnowszej historii doszło w Polsce do bezkrwawej rewolucji. Do zmiany totalitarnego systemu władzy na demokratyczny. W efekcie tego cudownego kompromisu źli „komuniści” oddali władzę bez walki. Bo najpierw zostali przechytrzeni przez demokratyczną opozycję, a zaraz potem odrzuceni w wyborach Czwartego Czerwca przez stojący na wysokości zadania Naród. Tak to odrodziła się wolna i niepodległa III Rzeczpospolita.
Dodatkowo zwycięski wówczas obóz „Solidarności” w akcie nadzwyczajnej łaski powstrzymał się od należnej mu zemsty. Komuniści nie zawiśli „na drzewach zamiast liści”, chociaż im się to należało. Co było jednak zdradą interesu narodowego, jak dzisiaj głoszą prawicowi politycy, i co jedynie spowolniło przyrastanie dobrobytu w odrodzonej Rzeczpospolitej.
Dlatego dzisiaj wszelkie historyczne zasługi za cud transformacji roku 1989 zbierają politycy związani z ówczesną „Solidarnością” i Komitetem Obywatelskim firmowanym przez Lecha Wałęsę. To oni w największych polskich mediach opowiadają o tamtych wydarzeniach utrwalając korzystny dla siebie mit. I chwałę swoją wiekopomną.
Głosu ówczesnej „strony partyjno-rządowej”, w polskich mediach trudno usłyszeć, choć żaden kompromis nie istnieje bez przynajmniej dwóch godzących się, równoprawnych stron.

Kłamstwo i kłamstewka

Filarami porozumienie „Okrągłego Stołu” były trzy strony. Pierwsza „partyjno-rządowa” proponowała drugiej, opozycyjnej stronie, zwanej „solidarnościową”, podzielenie się posiadaną władzą. W zamian za podzielenie się opozycji odpowiedzialnością za ciężar bolesnych dla społeczeństwa gospodarczych reform podejmowanych przez stronę rządzącą.
Bo strona „partyjno-rządowa” miała plan takich reform i do nich parła. Opozycja wyrażała na nie zgodę, stawiając swe warunki, przede wszystkim legalizacji NSZZ „Solidarność” i związanych z nią ugrupowań politycznych. Początkowo nie proponowała swoich reform, chciała przede wszystkim powrotu do stanu z roku 1981.
Dopiero rozpad ówczesnej koalicji PZPR+ZSL+SD dokonany zaraz po czerwcowych wyborach sprawił, że pozbawiony sojuszników klub parlamentarny PZPR stracił w Sejmie posiadaną większość. Wtedy to opozycyjny klub parlamentarny Komitetów Obywatelskich firmowany przez Lecha Wałęsę przejął polityczna i reformatorska inicjatywę. Przy wsparciu parlamentarzystów ZSL i SD i akceptacji frakcji PZPR powstał koalicyjny rząd „pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego”. Z udziałem ministrów desygnowanych przez PZPR.
Od tego czasu parlamentarzyści PZPR popierali wszystkie najważniejsze działania rządu swego „pierwszego niekomunistycznego premiera” bez osiągania korzyści politycznych dla siebie.
Bezinteresownie, rzec można. Albo mówiąc inaczej „za frajer”.
Trzecim filarem porozumienia „Okrągłego Stołu” była hierarchia polskiego kościoła katolickiego. Przy stole pełniła rolę łącznika między obu stronami i politycznego notariusza.
Za swe usługi hierarchowie wystawili obu stronom solidne rachunki. Rząd Rakowskiego zapłacił im wielce korzystną ustawą z maja 1989 roku o relacjach państwo – kościół, gwarantującą m.in. zwrot i pozyskanie majątków dla kościoła ze skarbu państwa. Strona „solidarnościowa” odpłaciła się hierarchii powrotem religii do szkół, zakazem aborcji i konkordatem.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego starannie i konsekwentnie wymazują ze zbiorowej pamięci swój udział w kompromisie „Okrągłego Stołu”. Nie chcą przypominać o honorariach pobranych od obu stron.
Warto przypomnieć, że ideę kompromisu „Okrągłego Stołu” i „częściowo wolnych wyborów” w dniu 4 czerwca 1989 roku zainicjowała i współtworzyła grupa reformatorów z PZPR. Ale przez wiele miesięcy czyniła to przy przeciwnych lub biernych postawach większości działaczy tej partii. Zwłaszcza średniego szczebla struktur partyjnych.
Ten historyczny kompromis to dzieło i zasługa także generała Jaruzelskiego wspieranego przez grupę oddanych mu wojskowych, „młodych sekretarzy Komitetów Wojewódzkich” i intelektualistów związanych z PZPR.
Gdyby nie ich nowatorskie myślenia, upór i zdolność poprzekonywania swych partyjnych towarzyszy oraz opozycyjnych przeciwników, to do cudu bezkrwawej transformacji pewnie by nie doszło. Zmiany były nieuchronne, ale trudno dziś stwierdzić kiedy by w Polsce nastąpiły i przede wszystkim przy jakich kosztach społecznych.
O historycznej roli ówczesnych „komuchów” dzisiaj w mediach i okolicznościowych dyskusjach zwykle nie mówi się. Czasem, półgębkiem wspomną o Aleksandrze Kwaśniewskim, poproszą go o wypowiedź.
Nie przypomina się o programowej roli „Zespołu trzech”, reformatorskich inicjatywach Stanisława Cioska, Jerzego Urbana i Władysława Pożogi. O mediacyjnych wysiłkach tego pierwszego. Rolę generała Czesława Kiszczaka współczesne media zredukowały do tabloidowej postaci podstępnego esbeka rozpijającego działaczy opozycji podczas libacji w Magdalence. Polewającego wódkę nawet świętobliwemu Lechowi Kaczyńskiemu.
O roli Andrzeja Gduli, Leszka Millera, Janusza Reykowskiego i wielu innych ówczesnych reformatorów dzisiejsi prodemokratyczni politycy i wolne polskie media nie chcą wspominać.

Klęska zaniechania

Znakomity pisarz historyczny Teodor Parnicki lubił powtarzać za Janem Dunsem Szkotem, że historię tworzą nie fakty jakie się wydarzyły naprawdę, lecz te które zostały w kronikach zapisane. I jak zapisane zostały.
Obserwując dziś medialne debaty o „Okrągłym Stole”, przygotowania do obchodów nowego święta Czwartego Czerwca, łatwo zauważyć jak polska prawica pisze nam wyłącznie swoją historię. Jak zawłaszcza historyczny kompromis „Okrągłego Stołu”. Jak redukuje rolę ówczesnych reformatorów związanych z generałem Jaruzelskim do roli poczciwych prostaczków pokornie godzących na wydany nań wyrok historii.
Widzimy jak reformatorzy z PZPR tracą swe miejsca w zapisywanej historii. Wypadają z mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Odchodzą na margines, roztopieni w masie dawnych, barbarzyńskich „komuchów”. Przez swe lenistwo intelektualne, brak solidarności grupowej, zaniechanie pisania swojej historii.

Dziedzictwo października – czy tylko rozczarowanie

Nowa książka Zbigniewa Siemiątkowskiego („Miedzy złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Toruń 2018) stanowi bardzo cenną, co nie znaczy niedyskusyjną, interpretację najciekawszego okresu w historii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: osiemnastu lat między śmiercią Stalina (marzec 1953) i upadkiem Gomułki (grudzień 1970).

W tym okresie nastąpiło przeobrażenie się rządzącej partii i rządzonego przez nią państwa. Partia wyzbyła się tych cech, które wynikały z jej komunistycznego rodowodu, a niepełny totalitaryzm zastąpiony został przez rządy autorytarne – znacznie mniej opresyjne i w istotny sposób rozszerzające granice wolności, zwłaszcza w sferze życia prywatnego, swobód religijnych oraz twórczości naukowej i artystycznej. W okresie tym w PZPR toczyła się walka o kształt tej partii. Walka ta stanowi temat omawianej tu monografii.
Autor jest do napisania tej pracy świetnie przygotowany. Urodzony w 1957 roku zna omawiany okres jedynie z literatury, z archiwaliów i z rozmów prowadzonych ze starszymi od niego uczestnikami wydarzeń. „Przywilej późnego urodzenia” pozwala mu spojrzeć na badane wydarzenia w sposób obiektywny, wolny od skażenia osobistymi wspomnieniami. Zarazem ma za sobą bogate doświadczenie polityczne. Jako młody politolog był jednym z aktywnych uczestników ruchu, który pod koniec lat osiemdziesiątych podjął próbę zmienienia PZPR z autorytarnej partii władzy w partię socjaldemokratyczną. Był jednym z założycieli Socjaldemokracji RP i członkiem jej Rady Naczelnej, posłem na Sejm I, II, III i IV kadencji, ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, ministrem-koordynatorem służb specjalnych w rządzie Leszka Millera, szefem Urzędu Ochrony Państwa a następnie Agencji Wywiadu. Po odejściu (mam nadzieję, że nie bezpowrotnym) z czynnej polityki wrócił na macierzysty Uniwersytet Warszawski, habilitował się, opublikował między innymi niezwykle cenną pracę o historii wywiadu cywilnego („Wywiad a władza: wywiad cywilny w systemie sprawowania władzy politycznej w PRL”, Warszawa 2009), a następnie podjął studia nad dziejami PZPR. Obecnie wydana książka nie jest zakończeniem tych studiów: autor nosi się z zamiarem kontynuacji w postaci monografii dotyczącej następnego okresu („gierkowskiego”).
W centrum uwagi autora jest partia, co powoduje, że inne zagadnienia potraktowane są marginesowo, lub całkowicie pominięte. Dotyczy to między innymi stosunków polsko-niemieckich, w tym niezwykle ważnego sukcesu, jakim była grudniowa (1970) wizyta kanclerza Willy Brandta w Warszawie i uznanie przez RFN nienaruszalności powojennej granicy. Wielkim paradoksem historii jest fakt, że to rzeczywiście historyczne osiągnięcie Władysława Gomułki miało miejsce kilkanaście dni przed spowodowaną przez jego politykę tragedii grudniowej i upadku tego polityka.
Autor podzielił swą pracę na cztery części, którym nadał tytuły: „oczekiwanie”, „nadzieja”, „rozczarowanie” i „poszukiwanie”. Oddają one ten sposób widzenia omawianego okresu, który był szczególnie silny w środowiskach radykalnie antystalinowskiej inteligencji partyjnej. Autor nie kryje swej sympatii wobec tej formacji, co prowadzi do bardzo krytycznej oceny procesu odchodzenia PZPR i osobiście Władysława Gomułki od demokratycznych zapowiedzi z października 1956 roku. W ciekawy sposób przedstawia wizerunek tego środowiska, w którego młodszej części (nazwanej później pokoleniem „pryszczatych”) dawniejszy fanatyzm okresu stalinowskiego ustąpił miejsca radykalizmowi antystalinowskiego „rewizjonizmu”. Najbardziej znaczącymi postaciami tego środowiska byli Leszek Kołakowski i Wiktor Woroszylski, ale podobnie gwałtowną przemianę przeszło wielu innych ludzi z tej generacji. Nie dotyczyło to – przynajmniej nie w tym samym stopniu – tych z nas, których droga do PZPR prowadziła nie przez „zauroczenie”, lecz przez kolejne rozczarowania polityką mocarstw zachodnich i ich polskich sojuszników.
Podkreślam czynnik pokoleniowy, gdyż odgrywał on istotną rolę. Siemiątkowski pokazuje i wyjaśnia ferment, który po śmierci Stalina wystąpił w kierowniczym aktywie PZPR, składającym się głownie z przedwojennych komunistów. Ludzie ci wiedzieli, czym był stalinizm. Wielu z nich przeszło przez radzieckie więzienia i obozy. Wszyscy oni stracili w czystkach stalinowskich licznych przyjaciół a często i członków rodzin. Znałem na przykład parę wdów po komunistach zamordowanych w ZSRR, które przeszły przez radzieckie obozy a po powrocie do Polski działały w PZPR – nawet na dość wysokich szczeblach. Trudno nam dziś zrozumieć psychologiczny mechanizm powodujący, że mimo wszystko ludzie ci pozostali przekonanymi, wręcz fanatycznymi, komunistami. Ta niemal religijna wiara w ideę komunizmu pozwalała im funkcjonować w systemie, którego okrucieństw sami doznali. Sprowadzanie tego – jak to czynią dzisiejsi antykomunistyczni publicyści – do oportunizmu czy wręcz agenturalności uniemożliwia zrozumienie późniejszej ewolucji znacznej części tego środowiska – tej, która odegrała bardzo istotną rolę w 1956 roku powodując , że Komitet Centralny PZPR potrafił odważnie a zarazem skutecznie przeciwstawić się radzieckim naciskom i zapoczątkować proces zmian idący dalej niż w innych państwach ówczesnego bloku socjalistycznego.
W pokoleniu młodszym – złożonym z ludzi urodzonych pod koniec lat dwudziestych (Kołakowski i Woroszylski to rocznik 1927) – było inaczej. Ludzie ci zafascynowani byli ideą komunizmu i wizją nowego ustroju, który jawił się im jako ucieleśnienie pięknych ideałów sprawiedliwości i wolności. Niewiele wiedzieli o tym, jak wygląda rzeczywistość idealizowanego przez nich „Kraju Rad”. W życiorysach tego pokolenia wojna i okupacja odgrywały zasadniczą rolę. Powojenna rzeczywistość była w ich oczach tym piękniejsza, im bardziej odrażające było doświadczenie nazistowskiej tyranii. Dla ludzi tego pokolenia ustanowienie nowego systemu nie było zniewoleniem, lecz w pełnym tego słowa wyzwoleniem. Zarazem jednak cechująca ich fanatyczna ideowość prowadziła do dramatycznego rozczarowania, gdy okazało się, że rzeczywistość daleko odbiega od ideału. Pamiętam, z jaką rozpaczą niektórzy z nich przyjmowali informacje o zbrodniach okresu stalinowskiego. To doświadczenie nakładało się na pewne cechy osobowościowe, zwłaszcza pewnego typu absolutyzm moralny, który powodował, że wczorajsi fanatycy komunistyczni stawali się zdeklarowanymi, bezkompromisowymi bojownikami o radykalne przeobrażenie partii i systemu w duchu demokracji i wolności. Znając wielu ludzi tej formacji wiem, że nie był to koniunkturalizm, co często zarzucali im przeciwnicy.
Nie dotyczy to jednak wszystkich zaliczanych w tych latach do tak zwanych „rewizjonistów”. Autor wspomina postać socjalisty Juliana Hochfelda (1911-1966) – mojego mistrza akademickiego, ale przede wszystkim jednego z najważniejszych rzeczników nurtu, który można określić jako polityczny realizm, przeciwieństwo politycznego „idealizmu”, by posłużyć się typologią wiele lat temu wprowadzoną przez Adama Bromke („Poland’s politics: idealism vs. realism”, 1967). Nie omawia jednak jego poglądów, między innymi propozycji Hochfelda dotyczących roli Sejmu czy jego koncepcji „otwartego marksizmu”. Nie jest to pominięcie przypadkowe. Chociaż autor odnotowuje istnienie realistycznego, a więc mniej radykalnego nurtu w środowisku partyjnych „rewizjonistów”, to jednak nie poświęca mu większej uwagi. Odnoszę wrażenie, że traktuje ten nurt jako mniej istotny. Mam w tej sprawie inne zdanie, w dużej mierze wynikające z mojej roli w tamtych latach.
Realiści, do których się zaliczałem, angażowali się w walkę o nowy kierunek polityki polskiej i o nowe oblicze partii, ale bardziej niż „idealiści” liczyli się z realiami epoki, zwłaszcza z konsekwencjami uzależnienia Polski od ZSRR. Wiedzieli, że w warunkach zimnej wojny i podziału świata całkowita likwidacja uzależnienia Polski od radzieckiego mocarstwa nie jest możliwa, a tragedia Węgier stanowiła dla nich groźne memento. Za najważniejsze osiągnięcie „polskiego października” uważali – nadal sądzę, że trafnie – znaczne rozszerzenie polskiej suwerenności, uwolnienie Polski i rządzącej nią partii od ingerencji radzieckiej w nasze sprawy wewnętrzne. Dla mnie był to w tym czasie problem najważniejszy, czemu dałem wyraz w moim pierwszym „rewizjonistycznym” artykule o „kryzysie internacjonalizmu”, opublikowanym w teoretycznym organie PZPR „Nowe Drogi” (listopad-grudzień 1956) i ostro zaatakowanym na łamach radzieckiego „Komunista”, NRD-owskiej „Die Einheit” i czechosłowackiego „Rudego Prawa”. Nawet po upływie sześćdziesięciu przeszło lat uważam, że w tym okresie sprawą najważniejszą była obrona tego, co udało nam się w 1956 roku zdobyć – nie tylko w stosunkach polsko-radzieckich, ale także w wielu obszarach polityki wewnętrznej, gdzie odejście od prób ustanowienia totalitaryzmu owocowało znacznym, choć z dzisiejszego punktu widzenia ograniczonym, zwiększeniem zakresu wolności. Zgadzam się z Andrzejem Walickim, który bardzo silnie podkreśla znaczenie ówczesnych zmian dla liberalizacji systemu w wielu sferach życia, w tym w obszarze nauki i kultury („Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”, Kraków 2013).
Zbigniew Siemiątkowski pokazuje, jak i dlaczego radykalni rewizjoniści przegrywali walkę o oblicze PZPR i o demokratyczny kierunek rozwoju państwa. Z jego analizy wynika, że ta przegrana była nieuchronna z uwagi przede wszystkim na nastroje panujące w społeczeństwie i w samej partii. Pokazuje też (w części czwartej), jak w nastroje te wstrzelili się partyjni nacjonaliści skupieni wokół generała Moczara i potocznie nazywani „partyzantami”. Mieli oni silniejsze oparcie społeczne niż partyjni „rewizjoniści”, ale w ostatecznym rachunku przegrali walkę o władzę na rzecz nowej formacji pezetperowskich technokratów, do których należeć miało następne dziesięciolecie. Rok 1968 pokazał jednak, że w znacznej części społeczeństwa polskiego drzemały skłonności nacjonalistyczne, w tym antysemickie, co przebijało się także do PZPR, do aparatu bezpieczeństwa, częściowo także do wojska. Gdyby tak nie było, strategia „partyzantów” nie miałaby sensu. To, dlaczego ostatecznie nie doszło do zwycięstwa kierunku nacjonalistycznego w PZPR, wymaga dalszych badań naukowych. Przekonany jestem, że nie było to jedynie następstwem zrozumienia przez Gomułkę, jakie żywioły wyzwolił nieprzemyślanym atakiem na rzekomych „syjonistów”. „Partyzanci” mieli licznych zwolenników, ale mieli też licznych przeciwników – i to nie tylko w kręgach „rewizjonistycznych”.
Proces stopniowej degeneracji autorytarnej władzy został przez autora przedstawiony bardzo ciekawie i wnikliwie. W znacznej mierze proces ten wynikał z cech osobowościowych Gomułki, jego rosnącego z upływem czasu despotyzmu w stosunkach z otoczeniem i coraz większego oderwania od rzeczywistości. Polityki nie da się zrozumieć bez uwzględnienia roli przywódców. Omawiany przez Siemiątkowskiego okres jest tego świetnym przykładem. Bez Gomułki rok 1956 w Polsce wyglądałby inaczej – zapewne znacznie gorzej. Zarazem zaś jego autokratyzm pociągał za sobą błędy polityczne, których kumulacja w ostatnim trzyleciu jego rządów doprowadziła do kryzysu politycznego i spowodowała upadek polityka, z którym czternaście lat wcześniej wiązano wielkie oczekiwania.
Czy jednak była to tylko kwestia przywództwa? Myślę, że u podstaw powtarzających się w PRL kryzysów politycznych leżał fakt, że narzucony Polsce w wyniku wojny system nie był w stanie zaspokoić rosnących aspiracji społeczeństwa – nie tylko zresztą materialnych. Niespełna dziesięć lat po tragicznym grudniu 1970 roku Polskę ogarnęła nowa, znacznie silniejsza fala robotniczego protestu. Czy była tylko konsekwencją błędnej polityki ekipy Edwarda Gierka stawiającej na technokratyczną modernizację? Z perspektywy czasu, uzbrojeni o wiedzę o tym, jak i dlaczego nastąpił upadek „państwowego socjalizmu” w Europie, dostrzegamy lepiej niż wówczas strukturalne przyczyny kryzysu tamtego systemu. Nie prowadzi to do zanegowania politycznej odpowiedzialności ówczesnych przywódców, ale pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego przegrywali.
„Przegranym rewizjonistom – pisze w zakończeniu swojej książki autor – pozostała legenda i marzenia ich następców o fajnym socjalizmie” (s. 325). Jest to tylko częściowo trafne. „Rewizjoniści” z omawianego w tej książce okresu nie zniknęli z polskiego życia politycznego. Znacząca ich część stała się zalążkiem opozycji demokratycznej a po latach niektórzy ludzie tej formacji stali się współtwórcami nowej, demokratycznej Rzeczypospolitej. Po drugiej stronie ludzie wywodzący się z nurtu realistycznego odegrali znaczącą rolę w nadawaniu polityce PZPR tego kierunku, który ostatecznie doprowadził do polskiego „okrągłego stołu” i do zmiany ustroju. Byli też inspiracją dla następnego pokolenia partyjnych reformatorów, dzięki któremu polska lewica miała swój bardzo istotny wkład w budowanie demokratycznego państwa, zwłaszcza w latach 1993-2005. To dobrze, że jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego pokolenia zajął się trudnymi doświadczeniami poprzedników. W sztafecie pokoleń pamięć historyczna jest tym, co tworzy tożsamość. Lewica polska ma prawo uważać się za spadkobierców tych, dzięki którym Polska roku 1956 stała się źródłem nadziei – nawet jeśli nadzieja ta ustąpić miała rozczarowaniu.

Zbigniew Siemiątkowski – „Między złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2019, s. 358, ISBN 978-83-66220-31-7.

Lewica na 100-lecie Niepodległości

I socjaliści mieliby być wrogami takiego patriotyzmu, mieliby być wrogami swego narodu?! Co za głupia myśl i jakie oszczerstwo! Socjaliści, którzy z takim poświęceniem pracują w swoim kraju dla ludu swego, którzy dążą do tego, żeby jak najszerzej rozlała się oświata, żeby nie było w narodzie pokrzywdzonych i głodnych, i ciemnych, żeby cały kraj stał się wspólnym warsztatem pracy dla wszystkich i wspólnym dla wszystkich źródłem dobrobytu – socjaliści mieliby być wrogami narodu! Nie! – Feliks Perl, współtwórca PPS, 1909 rok.

Polityka historyczna odgrywa w polskiej debacie publicznej ogromną rolę. O historię potrafimy spierać się bardziej niż o sprawy bieżące. Namiętne spory historyczne stały się elementem bieżącej walki politycznej. Lewica nie ma powodów, aby wstydzić się własnej historii.

W 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości jesteśmy zobowiązani do przypomnienia wkładu lewicy w walkę o suwerenność Polski i o kształt odrodzonego Państwa Polskiego. Dla zachowania prawdy historycznej i własnej tożsamości. Tą publikacją chcemy pokazać prawdziwe oblicze lewicy. Jej dorobek i etos, nie zapominając również o błędach lewicy w przeszłości.
Od XIX wieku główną siłą lewicy, była Polska Partia Socjalistyczna, powołana do życia na Kongresie Paryskim w 1892 roku. Przyjęty wówczas program zakładał, że:
„Polska Partia Socjalistyczna, jako organizacja polityczna polskiej klasy robotniczej, walczącej o swe wyzwolenie z jarzma kapitalizmu, dąży przede wszystkim do obalenia dzisiejszej niewoli politycznej i zdobycia władzy dla proletariatu. W dążeniu tym celem jej jest niepodległa rzeczpospolita demokratyczna”.

Przyjęty wówczas program będzie w przyszłości wyznacznikiem działalności PPS przez cały okres jej istnienia. Wcieleniem w życie naczelnych haseł PPS – haseł walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną – była rewolucja 1905 roku, kiedy to pierwszy raz po upadku powstania styczniowego Polacy sprzeciwili się carskiej władzy. Do historii przeszła Organizacja Bojowa Polskiej Partii Socjalistycznej, która dokonywała zamachów na carskich polityków, policjantów, żandarmów i agentów ochrany. Wśród wielu dzielnych bojowców była również kobieta Wanda Krahelska, która w 1906 roku uczestniczyła w nieudanym zamachu na warszawskiego gubernatora Gieorgija Skałona. W ramach represji wielu bojowców zostało skazanych na śmierć bez wyroku sądu.

II Rzeczpospolita

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Tworzyły go głównie partie socjalistyczny i ludowe. Na czele rządu stanął wybitny działacz galicyjskiej PPSD Ignacy Daszyński. Oprócz deklaracji odzyskania niepodległości, rząd Daszyńskiego zabiegał o wprowadzenie nowoczesnego ustawodawstwa socjalnego m.in. o wprowadzenie ośmiogodzinnego czasu pracy. Kontynuatorem jego działań był kolejny rząd powołany przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, byłego wybitnego działacza i bojowca PPS, pod kierownictwem Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd Moraczewskiego powołany 18 listopada rozszerzył program reform socjalnych. Ogłoszono powszechne prawo wyborcze, które obejmowało również kobiety, ustanowiono ośmiogodzinny czas pracy, zagwarantowano działalność związków zawodowych i prawo do strajku, wprowadzono inspekcję pracy i ubezpieczenie chorobowe. Warto nadmienić, że pierwszą kobietą w Polsce, która została przewodniczącą rady miasta, była socjalistka, Maria Kelles-Krauz, działaczka PPS W Radomiu. Wszystkie wspomniane reformy były zwalczane przez prawicę jako synonim „bolszewizmu”. Walcząc z reformami rządu socjalistycznego, prawica postanowiła przeprowadzić zamach stanu. W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku pułkownik Marian Januszajtis-Żegota stanął na czele zamachu, którego celem było aresztowanie premiera oraz kilku ministrów. Ostatecznie zamach udaremniły oddziały wierne rządowi.
W chwili największego zagrożenia bolszewicką nawałą 24 lipca 1920 roku utworzono Rząd Obrony Narodowej, którego premierem został polityk PSL Wincenty Witos, a wicepremierem Ignacy Daszyński.

PPS powołała w lipcu i sierpniu Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz własny Wydział Wojskowy PPS. Na jego czele stanęli najwybitniejsi działacze m.in.: Tomasz Arciszewski, Kazimierz Pużak, Jędrzej Moraczewski. Kiedy morale w wojsku oraz społeczeństwie były bardzo niskie w wyniku akcji werbunkowej PPS do wojska zgłosiło się ponad 1600 osób. W prasie PPS przeciwstawiano „dyktaturę proletariatu” rządowi robotniczo-chłopskiemu, który miał być odpowiedzią na rządy komunistów.

Z chwilą odzyskania niepodległości PPS opowiedziała się za parlamentarną drogą do socjalizmu. Demokracja i konstytucja były wartościami nadrzędnymi dla socjalistów. Pierwszy wstrząs wywołało w młodym państwie zamordowanie Gabriela Narutowicza przez prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego. Ponownie w niepodległej Polsce prawica dopuściła się przemocy. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Eligiusz Niewiadomski zaś stał się wkrótce obiektem kultu wśród radykalnych działaczy prawicy.

Socjaliści oskarżali prawicę, twierdzili, że jest moralnie odpowiedzialna za tę tragedię. Sprawę potęgowały również wydarzenia krakowskie z 1923 roku, kiedy to podczas rządów centroprawicy otworzono ogień do robotników.

Zamach majowy wsparła nie tylko PPS, ale również KPP, co wywołało sensację. Trzydniowe walki o przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego były wyjątkowo krwawe, na ulicach Warszawy poległo prawie 400 osób.

PPS wspierając czynnie zamach, liczyła, że Piłsudski w praktyce politycznej nawiąże w końcu do programu PPS. Były działacz tej partii miał jednak inne plany. Kilka miesięcy po zamachu, ku ogromnemu zdziwieniu socjalistów, spotkał się z przedstawicielami arystokracji na zamku w Nieświeżu i tym samym opowiedział się po stronie ziemiaństwa. Powstał wówczas wiersz, który doskonale obrazował przemianę Marszałka:

To nie sztuka zabić kruka,
ani sowę trafić w głowę,
ale sztuka całkiem świeża,
trafić z Bezdan do Nieświeża.

Rozpoczęły się rządy sanacji. Kraj zmierzał powoli w stronę dyktatury. W marcu 1928 roku PPS w wyborach otrzymała niespotykaną ani wcześniej, ani nigdy później rekordową liczbę głosów – ponad półtora miliona,. Po wyborach PPS przeszła do opozycji wobec rządów sanacji.

Konsekwencją rozrachunku Piłsudskiego z dawnymi towarzyszami oraz całą opozycją było aresztowania we wrześniu 1930 roku kilkunastu posłów. Aresztowano i dotkliwie pobito wówczas posła Hermana Liebermana, który jako jedyny z porwanych byłych posłów, posiadał chroniący go immunitet sędziego Trybunału Stanu. Oskarżonych postawiono przed sądem. Proces Brzeski stał się największym w II RP procesem politycznym. Na ławie oskarżonych zasiadło 11 posłów na sejm, z czego aż sześciu było z PPS: Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Adam Pragier, Norbert Barlicki i Mieczysław Mastek. Część skazanych w tym procesie wyemigrowała, część odbyła zasądzoną karę (m.in. socjaliści Adam Ciołkosz, Norbert Barlicki i Stanisław Dubois).
Komendantem Twierdzy Brzeskiej był pułkownik Wacław Kostek-Biernacki, człowiek Marszałka, fanatycznie mu oddany. Jego nadgorliwość, przemoc i terror doprowadzała do ludzkich dramatów. Aresztowani więźniowie byli traktowani jak pospolici przestępcy. Golono im głowy, poddawani byli wyjątkowo ostremu wojskowemu rygorowi. Stanisławowi Dubois nie pozwolono wówczas na uczestniczenie w pogrzebie własnego dziecka.

Skutki wielkiego kryzysu gospodarczego w latach lat trzydziestych odczuło całe społeczeństwo, nie ominęły więc także klasy robotniczej. W połowie roku 1932 spośród 950 tysięcy robotników co drugi pozostawał bez pracy, a ponad 13 procent miało tylko częściowe etaty.

W 1933 roku ukazała się książka Pamiętniki bezrobotnych opracowana przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, która opisywała skutki kryzysu gospodarczego. Na konkurs ogłoszony przez IGS robotnicy przesłali wstrząsające opisy swojej niedoli. Katastrofalna była sytuacja w miastach. Spis powszechny z 1931 roku wykazał, że 79 procent ludności zajmowało mieszkania jedno- lub dwuizbowe. Zaledwie 13 procent budynków w miastach miało kanalizację, 16 procent bieżącą wodę, 7,5 procent instalację gazową. Wieś była niemal w całości pozbawiona jakichkolwiek wygód. Na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, a więc w rejonie, z którego Stanisław Dubois był posłem, większość domów stanowiły lepianki lub budynki drewniane pokryte słomą.

Klub PPS oraz klasowe związki zawodowe próbowały łagodzić skutki kryzysu. Niestety, skromna reprezentacja socjalistów w sejmie nie miała możliwości wpływania na kierunek rozwoju państwa.
Za przykład harmonijnego rozwoju w latach kryzysu można jednak uznać warszawską dzielnicę Żoliborz, gdzie wpływy PPS były znaczące. W 1921 roku powstała w tej dzielnicy Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Jej założycielami byli działacze PPS: Stanisław Szwalbe, Antoni Zdanowski, Stanisław Tołwiński oraz Bolesław Bierut, który swoją karierę polityczną rozpoczynał w PPS-Lewica.

WSM była prawdziwym ewenementem. Oprócz mieszkań dla robotników – niedużych, co prawda, ale z bardzo niskim czynszem, na który było stać robotników – lokatorów łączyło wiele wspólnych instytucji: biblioteka WSM, tania pralnia, punkty usługowe. Funkcjonowały tam również bliskie idei PPS sklepy „Społem”. Na terenie WSM od 1928 działał Dom Społeczny z przedszkolem oraz bursą dla młodych robotników, gimnazjum koedukacyjne im. Bolesława Limanowskiego. W latach trzydziestych powstał tu teatr im. Stefana Żeromskiego, teatrzyk lalkowy Baj oraz kino Tęcza. Dom Społeczny był też miejscem gdzie działało Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy Lokatorów WSM „Szklane Domy”. Wspólne instytucje tworzyły szczególny rodzaj więzi między mieszkańcami.
W Radomiu podobne praktyki próbował wprowadzić prezydent Józef Grzecznarowski z PPS, który zasłynął wybudowaniem w mieście – na wzór Wiednia – sieci baraków dla bezdomnych.

Ostatni przed wojną kongres PPS odbył się w 1937 roku. Przyjęty wówczas program miał ogromne znaczenie i wielki wpływ na odbudowę i kształt państwa po 1945 roku.
Wybuch wojny w 1939 roku po raz kolejny wykazał, iż PPS konsekwentnie opowiada się za ideą niepodległości. Z inicjatywy Zygmunta Zaremby, wybitnego działacza PPS, powstały wówczas Robotnicze Brygady Obrony Warszawy. Na jej czele stanął inny członek PPS kapitan Marian Kenig. Werbunkiem do RBOW zajmowała się redakcja „Robotnika”, organu prasowego PPS, jedynego pisma, które w oblężonej Warszawie wychodziło bez żadnej przerwy. Ogromnym męstwem wykazał się redaktor naczelny pisma Mieczysław Niedziałkowski, który na łamach prasy i w audycjach radiowych zagrzewał mieszkańców Warszawy do walki z niemieckim najeźdźcą. Został aresztowany przez gestapo w grudniu 1939 roku i rozstrzelany 21 czerwca 1940 roku w pierwszej masowej egzekucji w Palmirach.

Z kolei w Gdyni powstała formacja gdyńscy kosynierzy. Od pierwszych dni września PPS zorganizował robotników w bataliony wykonujące prace umocnieniowe, tworząc Komendę Drużyn Robotniczych. Na czele kosynierów stał wybitny działacz pomorskiej PPS Kazimierz Rusinek.

Okupacja

Po przegranej kampanii wrześniowej Polska znalazła się pod okupacją Niemiec i ZSRR. Była to konsekwencja paktu Ribbentrop-Mołotow. Sanacyjny rząd i Naczelny Wódz uciekli z kraju. Podobnie zachował się prymas Polski. Powstał nowy polski rząd na emigracji pod kierownictwem generała Władysława Sikorskiego. W jego składzie znaleźli się również socjaliści. Byli to: Jan Stańczyk, Herman Lieberman, Jan Kwapiński. PPS była elementem składowym Polskiego Państwa Podziemnego, w którego skład wchodziły demokratyczne partie polityczne. Struktury konspiracyjne tworzyły się również w okupowanym kraju. Na czele powołanej w listopadzie 1939 roku Służbie Zwycięstwa Polski stanął generał Michał Tokarzewski-Karasiewicz, w przeszłości działacz socjalistyczny PPS-Frakcji Rewolucyjnej, który uważał się za socjalistę. Z jego inicjatywy powstała Główna Rada Polityczna przy Służbie Zwycięstwie Polski, przekształcona następnie w Polityczny Komitet Porozumiewawczy. Na czele Głównej Rady Politycznej stanął Mieczysław Niedziałkowski z PPS, jako komisarz cywilny przy Dowództwie Głównym SZP. Podczas okupacji PPS zeszła do podziemia i została przemianowana na PPS-WRN (Wolność-Równość-Niepodległość). Od stycznia 1944 roku na czele Rady Jedności Narodowej – podziemnego parlamentu Polskiego Państwa Podziemnego – stanął były sekretarz generalny PPS Kazimierz Pużak.

Od chwili wybuchu powstania warszawskiego w walce aktywnie uczestniczyli socjaliści. PPS posiadała własną organizację wojskową – Gwardię Ludową WRN, liczącą około 42 tysięcy żołnierzy. Komendantem głównym był Kazimierz Pużak. W maju 1944 Gwardia Ludowa zmieniła nazwę na Oddziały Wojskowe Powstańczego Pogotowia Socjalistów (OW PPS). W ramach akcji scaleniowej Oddziały Wojskowe PPS połączyły się z AK, tworząc między innymi I Batalion OW PPS na Mokotowie, II Batalion OW PPS na Ochocie, III Batalion im. Stefana Okrzei i IV Batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego. W powstaniu walczyli również Syndykaliści ze 104 kompanii Syndykalistów, która operacyjnie weszła w skład Zgrupowania AK Róg (jednostka grupy Warszawa-Północ). Dowódcą kompanii został podporucznik Kazimierz Puczyński „Wroński”. Zastępcą do spraw bojowych podporucznik. Witold Potz „Koperski” – początkowo komendant zgrupowania syndykalistycznego na Woli (ok. 20 osób), po likwidacji powstania w tej dzielnicy wycofał się na Stare Miasto i w czasie choroby „Wrońskiego” dowodził kompanią samodzielnie. W momencie szczytowym kompania liczyła prawie 500 żołnierzy. Warto wspomnieć również o walczących w powstaniu komunistach z PPR-owskiej Armii Ludowej. Sformowała batalion „Czwartaków”, którego dowódcą był major Bolesław Kowalski „Ryszard”. W działaniach bojowych „Czwartaków” wyróżnił się żołnierz Armii Ludowej Edwin Rozłubirski, który Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari otrzymał jako porucznik z rąk generała Bora-Komorowskiego (od 1945 służył w Wojsku Polskim, do rezerwy odszedł jako generał brygady). Pomoc walczącej Warszawie niosła też Pierwsza Armia Wojska Polskiego pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga. Szacuje się, że w czasie walk powstańczych życie straciło 2300 żołnierzy tej formacji.
Wraz z ofensywą Armii Czerwonej rosło znaczenie polskich formacji, walczących u jej boku. Wśród tych, którzy zgłosili się w 1943 roku do obozu w Sielcach nad Oką, znalazło się wielu polskich zesłańców, którzy dostali wreszcie szansę powrotu do Ojczyzny oraz możliwość przyczynienia się do wyparcia Niemców z Polski.

Bitwa pod Lenino z udziałem Pierwszej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (Kościuszkowcy) była w Polsce Ludowej otoczona legendą, dziś systematycznie wypierana jest ze świadomości narodowej. Bitwa ta miała być symbolem polsko-radzieckiego braterstwa broni, uznana została za chrzest bojowy polskich żołnierzy w ZSRR. Symboliczną datą był dzień 1 września 1943 roku, kiedy to Pierwsza Dywizja Piechoty wyruszyła na front. Złożona przez Polaków danina krwi nie może pozostać zapomniana! Żołnierze polscy wykazali się męstwem i wielką walecznością. W bitwie pod Lenino Polacy zadali Niemcom ogromne straty, trzykrotnie większe niż straty własne!

Szlak bojowy żołnierzy generała Zygmunta Berlinga, który osobiście tworzył zręby Wojska Polskiego w ZSRR, od Lenino do Berlina, był imponujący. Podczas walk na Wale Pomorskim poniesiono ogromne straty. Swoje życie oddało ponad 3 tysiące żołnierzy. Przełomowe znaczenie miała jednak obecność żołnierzy Wojska Polskiego w bitwie o Berlin. Zdobycie stolicy III Rzeszy dla polskiego żołnierza to symbol nadzwyczajny. Oto bowiem nadarzała się okazja, aby po sześciu niemal latach od napaści Niemiec na Polskę, dziejowej sprawiedliwości stało sie zadość. Ciekawostką może być to, że plany ZSRR nie przewidywały udziału Polaków w szturmie na stolicę Niemiec. Dopiero po interwencji marszałka Michała Żymierskiego u marszałka Gieorgija Żukowa oraz po osobistej decyzji Stalina, zezwolono na udział polskich jednostek. Straty również były duże: podczas operacji berlińskiej, trwającej od 16 kwietnia do 2 maja 1945 roku wyniosły 4871 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy WP. Polska flaga załopotała nad Berlinem, co dziś nie jest w ogóle lub bardzo rzadko podkreślane. Czy może być coś bardziej satysfakcjonującego niż biało-czerwona flaga powiewająca nad gruzami III Rzeszy, zawieszona na Kolumnie Zwycięstwa przez kapitana Antoniego Jabłońskiego?

Warto podkreślić znaczenie socjalistów podczas lat okupacji. Odegrali oni bowiem ogromną rolę w ratowaniu polskich obywateli żydowskiego pochodzenia.

W 1942 roku w dużej mierze z inspiracji PPS powstała Rada Pomocy Żydom, a jej pierwszym prezesem został działacz PPS Julian Grobelny, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, uczestnik trzech powstań śląskich. Po nim Żegotą kierował inny socjalista – Roman Jabłonowski, a następnie socjalista żydowski z Bundu Leon Feiner. Także w innych częściach okupowanej Polski w Żegocie dominowali socjaliści. W Krakowie przewodniczącym Żegoty był Stanisław Wincenty Dobrowolski, zaś sekretarzem – Władysław Wójcik, obydwaj z PPS-WRN. We Lwowie z Żegotą był związany Przemysław Ogrodziński. Stefan Sendłak, działacz PPS z Zamościa, założył w 1942 roku jednoosobowy Lubelsko-Zamojski Komitet Ratowania Żydów. W następnym roku wszedł on do struktury Żegoty. Sendłak ratował całe grupy Żydów z Lublina i Zamościa. Szacuje się, że dzięki niemu Holocaust przeżyło 280 osób.

Nie sposób nie wymienić Ireny Sendlerowej, która uratowała 2,5 tysiąca żydowskich dzieci. I przed wojną, i po wojnie ta bohaterska kobieta należała do PPS, podobnie, jak Henryk Sławik – powstaniec śląski, który w czasie drugiej wojny światowej organizował pomoc Polakom i Żydom (został zamordowany w 1944 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen). Szacuje się, że uratował życie 30 000 polskich uchodźców, wśród których było prawie 5000 Żydów. Jest bohaterem trzech narodów: polskiego, żydowskiego i węgierskiego.

PRL

Po zakończeniu wojny nastał czas odbudowy państwa polskiego z gruzów i ze zgliszczy wojennych. Rządzący Polską Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej otrzymała legitymizację nie tylko od ZSRR, ale również od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i pozostałych państw koalicji antyhitlerowskiej.

Żołnierze, którzy nie zgodzili się z postanowieniami jałtańskimi, wystąpili zbrojnie przeciwko nowej władzy. Przez kilka powojennych lat mieliśmy w Polsce do czynienia z wojną domową. Profesor Krzysztof Dunin-Wąsowicz, wówczas członek PPS, tak to opisywał:

„Wezwania do czynnego oporu wobec nowej władzy nie spotykały się ze zrozumieniem. Ludzie, mając świeżo w pamięci potworną wojnę, chcieli spokoju i pokoju. Młodzież oderwana przez kilka lat od szkoły, rwała się do nauki. Ponadto TRJN z E. Osóbką-Morawskim i Stanisławem Mikołajczykiem był uznany zarówno przez ZSRR, jak i Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję. Odnosiliśmy się do powojennej Polski jak do własnego państwa, nie widzieliśmy powodu, by przeciwko niemu występować”.

Tak zwani „żołnierze wyklęci” są dziś w dyskursie publicznym przedstawiani wyłącznie jednowymiarowo, jako bohaterowie bez skazy, ale ten obraz nie pokrywa się z prawdą historyczną. Potwierdzają to odtajnione niedawno dokumenty CIA. Ówczesna komunistyczna propaganda określała „żołnierz wyklętych” słowem „bandyci”. Okazuje się, że podobnie oceniał ich wywiad amerykański:

„Niektórzy przystępują do walki z powodów politycznych, niektórzy, by uciec przed władzą, niektórzy dla przygody. Pseudopartyzanci to bandyci, którzy choć deklarują się jako zwolennicy tego czy innego ruchu antyrządowego, to jednak należy ich traktować jako grupy bandyckie bez żadnych celów politycznych”.

W dziejach Polski Ludowej najczarniejszym okresem był okres stalinowski. Tuż przed zjednoczeniem PPR i PPS postawiono przed sądem i skazano czołowych przywódców PPS-WRN z Kazimierzem Pużakiem na czele. Dwieście dwadzieścia tysięcy członków PPS sprzeciwiło się wasalizacji partii i odmówiło przynależności do PZPR.

Więźniem politycznym został wówczas Władysław Gomułka, którego oskarżono o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne.

W mrocznych latach stalinizmu skazano na śmierć bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego (m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego), wydano wyroki śmierci na wielu żołnierzy Armii Krajowej, bohaterów walki z Niemcami. Niewątpliwym sukcesem była jednak odbudowa Warszawy, którą – pod kierunkiem Biura Odbudowy Stolicy powołanego w 1945 roku dekretem Krajowej Rady Narodowe – podjął cały naród,

Polska Ludowa od samego początku musiała mierzyć się z niezliczonymi trudnościami natury gospodarczej. Podjęto wówczas rewolucyjną próbę przezwyciężenie peryferyjności Polski względem Zachodu.

Nastąpił prawdziwy exodus ludności ze wsi do miast. Milionom obywateli umożliwiono (bezpłatną!) naukę, która przed wojną było synonimem luksusu. Odbudowano wyższe uczelnie i stworzono wiele nowych.

Spuścizną Polski międzywojennej był powszechny analfabetyzm, który wśród osób powyżej dziesiątego roku życia wynosił 23 procent, w tym w miastach 12,2 procenta, a na wsi 27,6 procent.
Dziewiątego lipca 1949 roku sejm uchwalił ustawę o likwidacji analfabetyzmu. Organizowano na masową skalę, zwłaszcza w zakładach pracy, kursy czytania i pisania. Dwa lata później minister oświaty ogłosił, że analfabetyzm w Polsce przeszedł już do historii.

Na mocy dekretu PKWN z 3 września 1944 roku wprowadzono reformę rolną. Działaniu reformy rolnej PKWN podlegały nieruchomości rolne stanowiące własność lub współwłasność osób fizycznych lub prawnych, jeżeli ich rozmiar łączny przekraczał bądź 100 ha powierzchni ogólnej, bądź 50 ha użytków rolnych, a na terenie województw poznańskiego, pomorskiego, śląskiego, jeśli ich rozmiar łączny przekraczał 100 ha powierzchni ogólnej, niezależnie od wielkości użytków rolnych tej powierzchni. W czasie przeprowadzonej reformy rolnej w latach 1944–1949 po rozparcelowaniu około 6 mln ha ziemi powstało prawie 747 tysięcy nowych gospodarstw rolnych.

Reforma rolna uzyskała poparcie PSL, które sprzeciwiło się jednak tworzeniu zbyt małych gospodarstw.

W październiku 1956 roku do władzy doszedł Władysław Gomułka. Skończył się okres stalinowski. Nowy I Sekretarz KC PZPR wykazał się w pierwszych dniach po objęciu władzy dużą niezależnością, a jego dojście do władzy było witane z entuzjazmem przez ogromną większość polskiego społeczeństwa.

Zlikwidowano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Z więzienia wypuszczono prymasa Stefana Wyszyńskiego.

W wyborach do sejmu w 1957 roku episkopat pod kierownictwem prymasa poparł politycznie Władysława Gomułkę, zachęcając obywateli do wzięcia udziału w wyborach. Nigdy wcześniej ani później w historii PRL Kościół nie zaangażował się tak mocno w sprawy polityczne.

Szefem MSZ był wówczas Adam Rapacki, który stworzył projekt dotyczący stopniowego rozbrojenia konwencjonalnego i utworzenia strefy bezatomowej, Adam Rapacki przedstawił go 2 października 1957 roku na plenarnym posiedzeniu Zgromadzenia ONZ. Poparcie dla propozycji przedstawionej przez Rapackiego zadeklarowały wkrótce rządy Czechosłowacji i NRD. 14 lutego 1958 roku wspólnie z władzami PRL przedstawiły one oficjalną notę, w której szczegółowo określały zasady funkcjonowania strefy bezatomowej obejmującej RFN, NRD, PRL i Czechosłowację. Nota przewidywała także gwarancje, że państwa dysponujące bronią atomową nie użyją jej na terenie strefy. Plan spotkał się jednak ze sprzeciwem Stanów Zjednoczonych i państw NATO. Mimo to „plan Rapackiego” stał się jednak ważnym elementem rozwoju idei stref bezatomowych w innych częściach świata (Półwysep Bałkański, Afryka, Ameryka Łacińska) i stał się ważnym elementem bezpieczeństwa narodowego.

W marcu 1968 roku ekipa Gomułki rozpętała antysemicką nagonkę. Zwalniano i degradowano oficerów, wyrzucano z uczelni profesorów i studentów. Szacuje się, że z Polski wyjechało wówczas prawie 20 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego.

Z pewnością największym sukcesem w polityce międzynarodowej Gomułki było zagwarantowanie polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie. Zachodnie Niemcy od końca wojny tę granicę kwestionowały. Wielu polityków zachodnich dopuszczało możliwość rewizji granic ustalonych na konferencji poczdamskiej. Dla Niemiec bowiem utrata Śląska i Prus była wyjątkowo dotkliwa.
Sprawę granic uregulował ostatecznie układ zawarty 7 grudnia 1970 między PRL i RFN podpisany przez szefów rządów: Józefa Cyrankiewicza i Willy`ego Brandta. Niemcy uznały polską granicę zachodnią. Wielkim sukcesem ekipy Władysława Gomułki było również zrealizowanie w pełni hasła „Tysiąc szkół na tysiąclecie”. Hasło budowy „tysiąclatek” rzucił I Sekretarz KC PZPR w 1958 roku. Pierwszą „tysiąclatką” została szkoła podstawowa nr 7 w Czeladzi, której uroczyste otwarcie miało miejsce 26 lipca 1959 (w Warszawie pierwszą tego typu placówką było liceum ogólnokształcące im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego). Organizowano zbiórki na szkoły wśród całego społeczeństwa. W sumie w ramach akcji wybudowano 1417 tysiąclatek, które są wykorzystywane do dziś.

Nie wolno pominąć wielkich osiągnięć sportowych tamtego czasu, zwłaszcza w lekkoatletyce. To wówczas powstał „polski wunderteam” – to popularne określenie wspaniałych sukcesów polskich lekkoatletów w latach 1956–1966. Na mistrzostwach Europy w Sztokholmie polska reprezentacja zdobyła wówczas osiem złotych medali a na mistrzostwach Europy w Budapeszcie w 1977 – siedem złotych medali. Za sukcesami stał trener Jan Mulak, w przeszłości działacz PPS.

W erze rządów Władysława Gomułki powstała polska szkoła filmowa z takimi wybitnymi reżyserami jak: Andrzej Wajda, Andrzej Munk, Tadeusz Konwicki, Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Kutz, Stanisław Różewicz oraz polska szkoła plakatu.

Rządy Władysława Gomułki skończyły się w grudniu 1970 roku. Na Wybrzeżu wojsko otworzyło ogień do strajkujących robotników, doszło do krwawej masakry. Gomułka musiał ustąpić ze stanowiska pierwszego sekretarza

Nowy Pierwszy Sekretarz KC PZPR Edward Gierek od razu zjednał sobie sympatię społeczeństwa. Swoje nadzieje związane z jego osobą wyraził również prymas Stefan Wyszyński.
Za rządów Gierka nastąpił przyspieszony rozwój gospodarczy kraju. Jego ekipa skorzystała z zachodnich kredytów, co wielu wytykało mu po latach. Kredyty te jednak nie zostały przejedzone, tylko poszły na wielkie inwestycje. Zbudowano prawie w całości polską energetykę, a powstałe wówczas elektrownie nadal dostarczają połowę zużywanego w Polsce prądu.

Do osiągnięć gospodarczych należy również Huta Katowice, największy polski kombinat metalurgiczny. Władze zakupiły wówczas na Zachodzie prawie 370 licencji, na które składały się program technologiczny i niezbędne do produkcji maszyny.

To wówczas zakupiono we Włoszech licencję na słynnego „malucha”, czyli polskiego fiata 126p, który zrewolucjonizował polski przemysł motoryzacyjny. To w epoce Gierka pojawiły się polskie kolorowe telewizory.

Do dziś służy pacjentom Centrum Zdrowia Dziecka.

To w latach siedemdziesiątych odbudowano zniszczony podczas działań wojennych Zamek Królewski w Warszawie.

Trudno doprawdy wymienić wszystkie osiągnięcia gospodarcze lat siedemdziesiątych. Polska naprawdę była wówczas jednym wielkim placem budowy.

Do dziś wielu Polaków ocenia Edwarda Gierka pozytywnie, o czym świadczą liczne sondaże.

Lata siedemdziesiąte to okres wspaniałego rozwoju polskiej kultury: literatury, kina, teatru.

To także czas wielkich osiągnięć sportowych.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych powstał Komitet Obrony Robotników, pierwsza opozycja demokratyczna zorganizowana w PRL. Bezpośrednią przyczyną okazały się strajki w 1976 roku w Ursusie, Radomiu i Płocku. Powodem niezadowolenia robotników była znaczna podwyżka cen podstawowych produktów spożywczych.

Tak zwana „operacja cenowa”, czyli podwyżka cen za rządów Gierka, była wyższa niż ta w grudniu 1970 roku. Oczywiście podwyżki cen żywności spowodowały ogromne protesty. Protestujący niejednokrotnie trafiali do więzień, robotników, którzy odważyli się wyjść na ulicę, wyrzucano z pracy. Wśród działaczy KOR wielu wywodziło się z PPS: Aniela Steinsbergowa, Jan Józef Lipski, Edward Lipiński, Antoni Pajdak, Ludwik Cohn. Opozycjoniści nieśli pomoc prawną i materialną robotnikom wyrzucanym z pracy oraz tym, którzy stawali przed sądem.

W lipcu i sierpniu 1980 kraj ogarnęła fala strajków. 17 sierpnia Międzyzakładowy Komitet Strajkowy ogłosił 21 postulatów. Najważniejszym okazał się postulat powołania wolnych związków zawodowych.

Po porozumieniach sierpniowych powstał NSZZ „Solidarność”, największy związek zawodowy w krajach demokracji ludowej. Zrzeszał prawie 10 milionów ludzi. Na jego czele stanął Lech Wałęsa.
Władze na Kremlu zdawały sobie sprawę jak wielkie niebezpieczeństwo stwarza funkcjonowanie pod bokiem władzy potężnego i niezależnego związku zawodowego.
Edward Gierek zapłacił za to posadą I Sekretarza.

Przez krótki czas na czele partii stał Stanisław Kania, wkrótce władzę objął generał Wojciech Jaruzelski, weteran drugiej wojny światowej i szef MON.

Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego podzieliła Polaków. Wówczas groźba radzieckiej interwencji, która miała złamać siłę „Solidarności”, wydawała się całkowicie realna. Przyznał to po latach profesor Karol Modzelewski, legenda opozycji: „Ja byłem wtedy działaczem >>Solidarności<< z pierwszej linii frontu i mogę zapewnić, że my groźbę interwencji odczuwaliśmy cały czas, to wisiało nad nami”.

Łączna liczba ofiar stanu wojennego – zniesionego 22 lipca 1983 roku –wynosiła według różnych źródeł 56 osób. Nasuwają się analogie z zamachem majowym z 1926 roku, w wyniku którego w ciągu zaledwie trzech dni śmierć poniosło 200 żołnierzy i podobna liczba cywili. Nikt wówczas nikogo nie przepraszał. Marszałek Piłsudski uznał temat za zakończony. Kilka lat po zamachu majowym miał miejsce proces brzeski i powstał obóz w Berezie Kartuskiej, podczas strajków strzelano do robotników i do chłopów.

Sześć lat po zniesieniu stanu wojennego 6 lutego 1989 roku rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, do którego zasiedli wspólnie rządzący i opozycja, bowiem sejm PRL uchwalił w 1986 roku amnestię generalną, dzięki niej Polska jako jedyny kraj w bloku wschodnim, stała się państwem bez więźniów politycznych.

W 1996 roku, już w wolnej Polsce, sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej umorzyła postępowanie w sprawie postawienia autorów stanu wojennego przed Trybunałem Stanu.
Wybory 4 czerwca 1989 roku wygrała „Solidarność”. Pierwszym niekomunistycznym premierem został Tadeusz Mazowiecki. Pokojowa rewolucja była całkowitym ewenementem. Okazała się możliwa dzięki zawarciu kompromisu pomiędzy PZPR i opozycją wywodzącą się z „Solidarności”.

Generał Wojciech Jaruzelski został w 1989 roku prezydentem PRL. 31 grudnia 1989 roku, weszła w życie ustawa z dnia 29 grudnia 1989 o zmianie nazwy państwa polskiego z Polska Rzeczpospolita Ludowa na Rzeczpospolita Polska.

Wojciech Jaruzelski stał się tym samym pierwszym prezydentem III RP.

III RP

Główną lewicowa partią po 1989 roku był Sojusz Lewicy Demokratycznej (wcześniej Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej – SdRP), przekształcony z części PZPR. Lewicę próbowało w III RP tworzyć również ugrupowanie wywodzące się z opozycji demokratycznej. W 1990 roku powstała Solidarność Pracy z Ryszardem Bugajem, Zbigniewem Bujakiem, Aleksandrem Machałowskim i Karolem Modzelewskim. Partia przekształciła się następnie w Unię Pracy. W 1987 roku reaktywowano PPS – początkowo jej przewodniczącym był Jan Józef Lipski. Mimo przytłaczającej wygranej „Solidarności” w 1989 roku, kolejne wybory w 1993 roku wygrała lewica z SLD na czele. To był rachunek, który wystawili obywatele za olbrzymie koszty społeczne reform Leszka Balcerowicza.
SLD, jako koalicja wyborcza, w skład której wchodziła m.in. PPS, otrzymała wówczas społeczne poparcie rzędu 20,41 procent co dawało 2 815 169 głosów i 171 mandatów. Unia Pracy otrzymała 7,28 procent i 1 005 004 głosów i 41 mandatów. Powstała koalicja rządowa SLD­-PSL. Na czele rządu stanął Waldemar Pawlak a następnie Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz. Od początku drugiej kadencji sejmu lewica przystąpiła do prac nad nową konstytucją, co było priorytetem dla większości parlamentarnej. Lewicowy rząd złożył w 1994 roku wniosek o członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

Konflikt, dotyczący ustroju nowego państwa przeniósł się w drugiej kadencji sejmu do Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. Ostry spór dotyczył zwłaszcza kwestii wyznaniowych, co było o tyle istotne, że w lipcu 1993 roku ówczesny szef MSZ Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę konkordatową regulującą pozycję Kościoła rzymskokatolickiego w nowej rzeczywistości ustrojowej. Podpisanie konkordatu, właśnie wtedy, było bardzo kontrowersyjne. Upadł bowiem rząd premier Hanny Suchockiej, obyczaj parlamentarny nakazuje zaś, aby po upadku rządu gabinet nie podejmował kluczowych decyzji do czasu powołania nowego premiera.

Już wówczas umowa budziła rozliczne wątpliwości i namiętne spory prawne. W latach 1993–1997 posłowie lewicy konsekwentnie blokowali jej ratyfikację. Negatywną opinię na temat konsekwencji ratyfikacji sporządziło również Biuro Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu.

W tym czasie toczył się kolejny ostry spór ustrojowy, dotyczący przyjęcia Konstytucji RP. Od początku nowa konstytucja spotkała się z ostrą krytyką ze strony prawicy i hierarchii kościelnej. W komunikacie Konferencji Episkopatu Polski pojawiło się stwierdzenie, że „tekst konstytucji budzi poważne zastrzeżenia moralne”. Przeciwny konstytucji był także Lech Wałęsa. Ataki wspierała również prawica, a jej lider, ówczesny przewodniczący NSZZ „Solidarność” Marian Krzaklewski, nazwał ustawę zasadniczą „nawałnicą bolszewicką”, która odbierze narodowi i państwu suwerenność. Parlamentarzystów, którzy głosowali za jej uchwaleniem, określił mianem „targowicy”.

Konstytucja została przyjęta przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 roku, po długotrwałej dyskusji zarówno w parlamencie, jak i poza nim. 25 maja 1997 odbyło się referendum, w którym społeczeństwo większością 52,71 procent głosów opowiedziało się za przyjęciem konstytucji. Frekwencja w referendum wyniosła 42,86 procent.

W 1997 roku po zwycięskich dla prawicy wyborach Akcja Wyborcza Solidarność, w tym nowo powołany rząd premiera Jerzego Buzka, głosowały za uchwaleniem ustawy, wyrażającej zgodę na przyjęcie konkordatu. Umowę tę ratyfikował 23 lutego 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Pojawiły się wówczas wątpliwości, czy Rzeczpospolita Polska jest jeszcze państwem neutralnym światopoglądowo, bowiem art. 25 konstytucji gwarantuje m.in. równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz bezstronność władz publicznych Rzeczypospolitej Polskiej w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a także swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. W praktyce politycznej przepisy te od początku nie były respektowane.

Do ostrych sporów światopoglądowych dochodziło również w kwestii aborcji. Obowiązująca ustawa o warunkach dopuszczalności ciąży z 1956 roku wprowadziła możliwość dokonywania aborcji w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.

Po 1989 roku środowiska katolickie i prawicowe dążyły do zastąpienia tej ustawy bardziej restrykcyjną. Obowiązujące w Polsce przepisy antyaborcyjne uchwalone zostały w 1993 roku. Wykluczyły ona tak zwane wskazania społeczne do przerywania ciąży. Ówczesny spór o aborcję dał początek jednemu z największych po „Solidarności” ruchów społecznych. Powstające spontanicznie w całej Polsce komitety na rzecz referendum w sprawie karalności aborcji zebrały 1,7 miliona podpisów pod skierowanym do sejmu wnioskiem o referendum. Ostatecznie sejm całkowicie zlekceważył te obywatelskie podpisy i wniosku nawet nie rozpatrzono.

Wniosek o członkostwo Polski w UE złożył rząd SLD–PSL, ale ostateczne negocjacje zamknął dopiero kolejny rząd lewicy, kierowany przez premiera Leszka Millera. Miało to miejsce podczas szczytu w Kopenhadze w grudniu 2002 roku.

Na czele komisji ds. UE w okresie dostosowania polskiego prawa do prawa europejskiego stał Józef Oleksy. Traktat Akcesyjny podpisano 16 kwietnia 2003 roku w Atenach. W imieniu RP podpisywali go ówczesny premier Leszek Miller oraz szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz. Przyjęcie traktatu akcesyjnego odbyło się w formie ogólnopolskiego referendum. W dniach 7–8 czerwca 77,45 procent Polek i Polaków odpowiedziało „tak”, przeciwnego zdania było 22,55 procent głosujących.

Można to uznać na olbrzymi sukces polskiej lewicy, która wykonała ogromny wysiłek organizacyjny i intelektualny, aby przekonać Polaków do wielkiej idei wspólnoty europejskiej. Było to już zatem drugie zwycięskie referendum, którego przeprowadzenia podjęła się lewica.

Obecnie lewica, choć nie ma jej w Sejmie, stara się przeciwstawić obu prawicowym blokom, które reprezentują PiS i PO, aby nie zatracić swojej tożsamości i pozostać wierną własnej idei. Po wyborach w 2015 roku, w których zwyciężyło Prawo i Sprawiedliwość (PiS), prawica zaczęła wprowadzać w życie wiele programów prospołecznych ze sztandarowym „500 plus” na czele.
Zaczął się jednocześnie demontaż demokratycznego państwa prawa. PiS od samego początku forsował ideę zmiany obecnie obowiązującej konstytucji RP. Lewica oraz inne partie, dla których demokratyczne państwo prawa ma ogromną wartość, konsekwentnie występują w jej obronie. Konstytucja z 1997 roku posiada swoją legitymację społeczną. Dziś nie ma bowiem żadnych poważnych przesłanek, które mogłyby swiadczyć, że Konstytucja z 1997 roku wyczerpała swoje możliwości i jest sprzeczna z interesem narodowym. Można twierdzić, że jej główną „wadą” jest to, iż od początku jej obowiązywania można wskazać na liczne przypadki jej nieprzestrzegania.

Na przykład kolejne rządy III RP nie przestrzegały zapisów, dotyczących sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej, o czym mówi art. 2 konstytucji RP.
Obecnie łamane są zapisy dotyczące trójpodziału władzy. W 2004 roku z inicjatywy PPS powstał Komitet Obrony Konstytucji, powołany przez Radę Naczelną tej partii. Była to pierwsza w kraju tego typu inicjatywa.

Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2017 roku na znak protestu wobec łamania konstytucji rozdał na terenie kraju pół miliona egzemplarzy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Obecnie świadomość społeczna związana z tematami praworządności i konstytucji znacznie wzrosła, co może mieć w przyszłości pozytywne skutki i co pozwoli ukształtować w Polsce pojęcie „patriotyzmu konstytucyjnego”.

Na przestrzeni 100 lat polskiej niepodległości polska lewica pozytywnie zaznaczyła swoją obecność. Po wojnie stanęła do odbudowy państwa z wojennych zniszczeń i zgliszczy.
Dziś staje w obronie demokracji i sprawiedliwości społecznej, którą gwarantuje konstytucja z 1997 roku.

Nie ma bowiem państwa prawa bez sprawiedliwości społecznej i nie ma sprawiedliwości społecznej bez państwa prawa.

Władysław Gomułka. Uwagi o symetryzmie

Żyjemy w ciężkich czasach. Niewątpliwie w Polsce bywało gorzej i straszniej, a nawet znacznie gorzej i zdecydowanie bardziej strasznie, ale od dwustu pięćdziesięciu lat nie było z pewnością głupiej i podlej. Oświecenie przyniosło pewien pozom kultury intelektualnej w uprawianiu polityki, który przekreślił na bardzo długo – chociaż, niestety, nie na zawsze – sarmacki, sejmikowy sposób uprawiania polityki, w którym ostentacyjna głupota i kpina z elementarnego zdrowego rozsądku stanowiły najlepsze narzędzie przenikania do prymitywnego, nie skażonego nawet cieniem racjonalizmu, świata wyobraźni szlacheckich wyborców.

 

Krach tradycyjnej edukacji, rozwój nowych mediów i kryzys społeczeństwa dobrobytu przyniosły ze sobą upragniony przez postmodernistów krach oświecenia. Efektem tego upadku jest nie tylko upadek racjonalnego zobiektywizowanego stylu argumentacji i tryumf bełkotu określanego jako „postprawda”, ale również nie mniej dotkliwy upadek czegoś co określano jako dobre obyczaje. Brak umiaru, jaskiniowy prymityw, i zwykłe chamstwo, trwale zagościły na politycznych salonach.

Ulubionym zajęciem post-oświeceniowych elit jest pisanie nowej historii. Najbardziej oczywistym i nieprześcignionym pisarzem nowej historii wydaje się Jarosław Kaczyński. Jako tzw. „zwycięzca” czuje się on nie tylko uprawniony, ale wręcz zobowiązany do tej działalności.

Gdy się uważnie przyjrzeć scenie politycznej, nową historię piszą nie tylko zwycięzcy. Pisanie nowej historii jak wszystko inne zdemokratyzowało się obecnie do tego stopnia, że każdy już może.
Najlepszym przykładem takiej pisaniny jest dokonanie tercetu Bartosz Węglarczyk, Piotr Olejarczyk i Radomir Szumelda.

Panu Węglarczykowi nie wystarcza już niestety tworzenie historii przez emitowanie głupawych reklam wzywających do debat z ONR-em w atmosferze poczucia narodowej wspólnoty wynikającej z prawa do fałszowania hymnu Rzeczypospolitej. Na Portalu Onet oklejonym jak słup wyborczy jego portretami kwitną ambitniejsze przedsięwzięcia. Możemy więc zapoznać się tu z wywiadem udzielonym przez p. Szumeldę p. Olejarczykowi.

Okazji dostarcza znany powszechnie lider „związkowy” Andrzej Gwiazda, zwracając się do przeciwniczki politycznej, działaczki Komitetu Obrony Demokracji jak do prostytutki, pytając „ile bierzesz za numer?”. W tradycyjnym rozumieniu jest to niewyobrażalnie wulgarne, ale zdaje odpowiadać standardom jego elektoratu.

Dyskretny urok odnotowania tego wydarzenia tkwi w namolnej próbie wpisania go w tzw. „wielką narrację” rozwijaną przez „gazetę Wyborczą”, zmierzającą do utożsamienia PiS z PZPR. Podkreśla to tytuł „Pytanie niczym w czasach PZPR. Andrzej Gwiazda do działaczki KOD: ile bierzesz za numer?”. Pisanie nowej historii w taki sposób przekracza wszelkie granice. To przekroczenie dotyczy autora wywiadu i redaktora portalu nawet wtedy, gdy prezentują poglądy polityka pana Radomira Szumeldy, lidera pomorskiego Komitetu Obrony Demokracji.

Jak już wspomniałem, Prezes stwierdził ostatnio, że „historię piszą zwycięzcy”, ale panowie Węglarczyk, Olejniczak i Szumelda do zwycięzców nie należą, a więc mogliby zachować minimum przyzwoitości.

W swoim już przeszło sześćdziesięcioletnim życiu nie pamiętam, żeby ktoś o pozycji porównywalnej do Andrzeja Gwiazdy w czasach rządów PZPR pozwolił sobie na podobny eksces. Co prawda, Władysławowi Gomułce zdarzyło sie ponoć określić poetę Szpotańskiego jako „człowieka o moralności alfonsa”, ale sądzę, że każdy sędzia który czytał utwory poety Szpotańskiego, by tow. Gomułkę uniewinnił. (Muszę przyznać, że poezje – jak go określają wielbiciele – „Szpota” potwierdzają jedynie, że miłość jest ślepa, i niestety czas jest dla niej wyjątkowo okrutny).

W publikacji nie pojawia się, co prawda, odniesienie do samego „Szpota”, ale nawiązania do metafory prostytucji politycznej, ale też jest to metafora, której historia jest bardzo stara i wbrew temu, co opowiada lider Szumelda, nigdy nie polegała na tym że, „jak ktoś się nie zgadza z władzą, to się prostytuuje”, ale na twierdzeniu, że ktoś w działaniach politycznych nie kieruje się dobrem publicznym, ale prywatnym interesem.

Na długo przed powstania PZPR określenia i metafory zbliżające politykę do prostytucji i różne oskarżenia z tym związane były chlebem powszednim polityki ale tego typu środki obrazowania miały zawsze pośredni charakter. Czymś innym jest twierdzenie, że polityk jest sprzedajny albo nawet, że jest agentem, czy też jego działalność ma charakter interesowny czy agenturalny, a czym innym zarzucanie komuś prostytucji jako takiej. Zwróćmy uwagę, że ktoś o moralności „alfonsa” nie jest „alfonsem” i Władysław Gomułka nie pytał poety Szpotańskiego, jak wycenia usługi prostytuujących się kobiet mających znajdować się pod jego opieką.

Polityczna prostytucja może przybierać postać korupcji wewnętrznej – sprzedawania się dla jakieś korzyści partii, która daje nadzieje na sukces (tzw. „transfery” – np. poseł Arłukowicz, czy liderka Nowacka – w sposób nieunikniony są zawsze niejednoznaczne). Można też korzystać z pieniędzy płynących z zagranicy. Tutaj sprawa jest równie złożona, ponieważ praktycznie żaden ruch polityczny nie jest na tyle izolowany, żeby nie wikłać się w jakieś międzynarodowe konteksty, a korzystanie ze wsparcia rodzi cały szereg wątpliwości. I rodzi cały szereg patologii.

Lider Szumelda ma głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Jak stwierdza: „Czy to w mediach społecznościowych, czy to na manifestacjach w Warszawie, słyszeliśmy: Ile Soros wam płaci?. Ja im zawsze odpowiadałem, że jak patrzę na swoje 10-letnie auto i na moje skromne mieszkanie, to chyba nie jestem za bardzo opłacany”.

Współczując liderowi jego skromnej kondycji i życząc licznej progenitury, wypada jednak stwierdzić, że to, że się nie dorobił, jest jego indywidualnym pechem. Jako pracownik naukowy przez wiele lat obserwowałem i osobiście znam wielu szczególnie młodych ludzi, którzy się dorobili, albo przynajmniej wyszli z beznadziei śmieciówek dzięki grantom dobrodzieja Sorosa i Unii Europejskiej.

Za te pieniądze będziemy jeszcze długo płacić. W nauce wyrosło całe pokolenie łowców grantów, którzy napiszą wszystko za przyzwoite pieniądze. Będą apoteozować multikulturalizm i doprowadzać studia genderowe i feministyczne do najdalszych granic czystego absurdu, będą walczyć z islamofobią, homofobią, rozczulać się nad uchodźcami i zbrodnicza polityką Assada, omawiać szczegółowo wszelkie okoliczności martyrologii Pussy Riot, płynność ponowoczesności, ponowoczesność płynności, związki Marksa ze Spinozą, krzyżowanie piły z bobrem, itd. itp. nie będą natomiast potrafili w sposób przystępny i zrozumiały podjąć żadnego węzłowego tematu współczesności. Nie będzie ich interesowała różnica między prawdą a fałszem, co więcej jej negowanie będzie aksjomatem służenia szczodrym mecenasom. Kompromitacja tego życia intelektualnego wytwarzanego na zamówienie zagranicznych mecenasów, to tzw. „lewactwo”, które skutecznie ośmieszyło naukę, i sztukę otwierając wrota dla populistycznego bełkotu i oddając bez walki pola kultury masowej i najważniejszych ideologicznych dyskusji to efekt owego sponsoringu, którego pan Szumelda nie potrafi dostrzec.

Nie jest moim celem negowanie znaczenia problemów takich, jak napływ emigrantów zarobkowych określanych jako uchodźcy, kwestii równouprawnienia i poszanowania praw kobiet, gejów, lesbijek, zwierząt, ale sensowne wpisywanie ich w realne problemy współczesności (bez troski o to, żeby się sponsorzy nie obrazili). Granty stały się w Polsce alternatywą dla walki młodego pokolenia o swoje interesy, rozbiły i zdemoralizowały młodą naukę i kulturę.

Warto się jednak przyjrzeć, co zdemoralizowało KOD. A zdemoralizowało go to samo, co naukę. Jeżeli przyjrzymy się niesamowitej i zupełnie nieoczekiwanej karierze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jako matki Prawa i Sprawiedliwości to jest oczywiste, że owe podkreślane nieustannie podobieństwo odwrócić ma uwagę od rzeczywistych mechanizmów narodzin dzisiejszej rzeczywistości. Smutna prawda nie polega na tym, że jak się okazało jedni, ci szlachetni z KODu, walczyli o wolność, a ci drudzy, z PiSu walczyli o władzę, żeby ją zabrać PZPR-owi i sobie wreszcie porządzić.

Rzecz polega na tym, że obecnie skłócone elity walczyły o władzę nie pod hasłem walki o wolność, jak to głosi lider Szumelda, ale po hasłem realizacji postulatów niezadowolonych mas robotniczych. Organizacją, która niestety stoi u kolebki obecnego KOdu nie był żaden KOW (Komitet Obrony Wolności), jak to sobie wyobraża lider Szumelda ale KOR (Komitet Obrony Robotników). Ponura prawda wygląda tak, że nazwa została przy PO, ale robotnicy udzielili poparcia PiS.

Robotnicy, którzy decydowali o przyszłości w latach osiemdziesiątych, w latach dziewięćdziesiątych nie zostali potraktowani nawet jak przysłowiowa małpa, która dostaje banana, ale jak niegdyś popularny Murzyn, który zrobił swoje i który może odejść. Co więcej, żeby sobie za dużo nie myślał, Murzyn dostał solidnego kopniaka.

Korzenie klęski nie tkwią w zazdrości, jaką panowie Kaczyński, Gwiazda, Morawiecki-junior, czy Marek Suski, Krystyna Pawłowicz odczuwają wobec Władysława Gomułki, Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego czy Piotra Jaroszewicza. W zasadzie nie ma im czego zazdrościć. Korzenie klęski tkwią w kopniaku wymierzonym większości społeczeństwa przez Leszka Balcerowicza. W wielkopańskiej pogardzie, którą nowe władze okazały reszcie społeczeństwa.

Opowiadanie w kółko o PZPR i szukanie analogii i związków między nią a PiS-em jest maskowaniem rzeczywistej historii przez historię wymyśloną. Ma ono jednak jeszcze jeden bardzo niebezpieczny wymiar.

Stanowi wyraz liberalnego symetryzmu. Jest wyrazem myślenia nie o tym, jak zdobyć władzę, tylko jak ją sprawować po zdobyciu.

W czasach poprzedniej ofensywy faszyzmu w latach trzydziestych, po kolejnych klęskach różne siły polityczne zaczęły prowadzić politykę szerokich sojuszy określaną jako polityka Frontu Ludowego. Była to polityka alternatywna dla poprzednich symetryzmów: komunistycznego głoszącego, ustami tow. Stalina, że „socjaldemokracja jest siostrą faszyzmu” i liberalnego symetryzmu – właśnie głoszącego tożsamość totalitaryzmów: faszystowskiego i komunistycznego. Dodajmy dla symetrii, że nazizm i faszyzm miały i mają własną formułę symetryzmu: kosmopolityzm żydowskich bankierów i żydokomuny, i obecnie modny – marksistowski uniwersalizm realizowany rzekomo przez lewaków poprzez Unię Europejską, którą to ideę najpiękniej prezentuje nowa supergwiazda prawicy Jan Karoń na YouTube.

Już w punkcie wyjścia KOD reprezentuje ten symetryzm samą swoją nazwą. Zawiera ona walkę o demokrację ale w formule walki z „komuną”, a więc uderza zarówno w postkomunistyczną lewicę, jak i autorytarno-faszystowską prawicę. „Socjaldemokracja siostrą faszyzmu” – Tawariszcz Stalin wy bolszij uczonyj – jak śpiewał nieodżałowany Włodzimierz Wysocki. Chodzi po prostu o to, żeby się władzą, broń Boże, nie podzielić. Kogo się da kupić (jak p. Nowacką), co się nie da kupić, – to rozbić (wspierając partię Razem), zamieść i wyrzucić.

Jest to w istocie polityka liczenia „na drapane”. Może się uda i „suweren” będzie miał dosyć wygłupów Kaczyńskiego, zabawy w kotka i myszkę z Unią, itd. itp. Zadziała mechanizm ochrony nabytych przywilejów – ten kto daje, przestaje być potrzebny, a zaczyna być ciężarem. Przywilej wtedy jest rzeczywisty, kiedy zostaje potwierdzony przez innych. Tak więc 500 plus nie zawsze musi działać na rzecz PiS-u. Może Unia w końcu się obudzi i zacznie walczyć z faszyzmem? Może też nastąpi jakiś kryzys globalny, może to, może owo?

Tego rodzaju rozgrywka jest ryzykowna i skrajnie niebezpieczna. Prymitywny i głupi antykomunizm i ciągłe kopanie lewicy w twarz przez każdego Szumeldę, Olejarczyka, czy Węglarczyka w końcu się przeje. Może lewica się rozleci, może okrzepnie, ale PO, KOD i „Gazeta Wyborcza” niewiele będą z tego miały. Za to jad antykomunistycznej głupoty będzie demoralizował społeczeństwo jeszcze długo. Nie widzę powodu do ukrywania, że w ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem na A. Dudę. Może zrobiłem błąd, ale miałem tak dosyć wygłupów B. Komorowskiego, że było mi już wszystko jedno. Między panami Jakim i Trzaskowskim nie widzę żadnej różnicy.

Z punktu widzenia lewicy kwestia utraty rządów przez PiS jest w sumie obojętna. Co prawda, dobrze by było żeby ten faszyzm się skończył, ale jeżeli Platforma przegra to może będzie więcej miejsca dla nas. I może skończy się ciągłe gadanie o Gomułce i Barei bo już nie będzie miał kto tych bredni opowiadać.

Brzydkie słowo na „Pe”

Kobiecie, która na biurze pana posła Krzysztofa Czabańskiego z PiS napisała „PZPR”, policja i prokuratura postawiła zarzut „propagowania totalitarnego ustroju”.

 

Zapewne obie instytucje, zaczynające się też na „pe”, nie wiedziały, że pan poseł Czabański był prominentnym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez lat trzynaście lat. Od 1967 do 1980 roku. Wcześniej był prominentnym członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zatem nie było to członkostwo przypadkowe, chwilowy epizod. Nie zapisał się do partii dla świętego spokoju, bo chciał być na przykład prezesem apolitycznej spółdzielni mleczarskiej.

W latach 1967–1981 pan poseł Czabański pracował jako reporter w czasopismach partyjnego koncernu RSW Prasa – Książka-Ruch. W „Sztandarze Młodych”, „Zarzewiu”, „Dookoła świata”, „Literaturze” i „Kulturze”, tej warszawskiej, prorządowej. Jak widać z powyższych dat, członkostwo w PZPR połączył z pracą dziennikarską. Zapewne PZPR nie było przeszkodą w jego dziennikarskiej karierze.

Podobnie czynił potem. W 1980 wstąpił do NSZZ „Solidarność”. W już w 1981 był redaktorem „Tygodnika Solidarność”, a po wprowadzeniu stanu wojennego publikował w prasie podziemnej: „Tygodniku Wojennym”, „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”, „Vacacie”.

Dlatego można przypuszczać, że zatrzymana kobieta niczego nie propagowała, a jedynie informowała opinię publiczną i klientów biura poselskiego prominentnego posła PiS, bliskiego współpracownika pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, o historycznej przynależności pana posła.

Może też, jako osoba o poglądach zdecydowanie antykomunistycznych, porównując PiS z PZPR, chciała splugawić moralnie PiS?

Mogła też porównując PiS z PZPR dokonać aktu splugawienia PZPR.

Ciekawe też jaki zarzut postawiono by jej gdyby na biurze poselskim PiS umieściła napis „PO”?

Czy wówczas pan poseł Czabański poczułby się bardziej splugawiony porównaniem do Platformy Obywatelskiej niż do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej?

A jaki zarzut PiS-owska prokuratura postawiłaby osobie, która na biurze poselskim Platformy Obywatelskiej napisałaby „PiS” ?

Czy byłby to zarzut plugawienia jedynie słusznej Partii narodowo-katolickiej?

Wróćmy do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W ciągu jej historii przez jej szeregi przeszło około 12 milionów obywateli Polski Ludowej. W końcu lat siedemdziesiątych XX wieku liczyła PZPR prawie 3 miliony członkiń i członków.

I dlatego gdyby stawiać każdej osobie, która napisała, pisze obecnie i będzie pisać prokuratorski zarzut o propagowanie tym „totalitarnego ustroju”, to trzeba by postawić go od razu całej Polsce.
Zanim to nastąpi, ośmielam się postawić inny zarzut rządzącym elitom PiS. Zarzut, że ciągu trzech lat swego rządzenia rozpropagowali w prokuraturze i policji olbrzymie pokłady niezwykłej głupoty.