Groźni dla siebie i… „gorący wrzesień”

„Nie może być i nie będzie oddana władza socjalistycznego państwa. Tu nie powinno być żadnych złudzeń, żadnego igrania z ogniem”
gen. Wojciech Jaruzelski

Cytowane stanowisko ogłosił Generał w przemówieniu na zakończenie obrad IX Zjazdu PZPR (pisałem w tekstach: „Kierownicza rola”… cz. III, 6-7 września 2021, „Rozpłochowski”… 11-12 października.2021). Wystarczyło zaledwie półtora miesiąca, by sprawdziła się trafność ocen zawartych w słowach Generała. Mam tu na myśli obrady I Zjazdu NSZZ Solidarność, które osobistym listem przypomniał Andrzej Rozpłochowski (odniosłem się w poprzednim tekście).

Logicznym jest niemal retoryczne pytanie- co działo się w Polsce po IX Zjeździe, czyli w miesiącach letnich i na początku jesieni. Ciepłe dni lipca i sierpnia sprzyjały przede wszystkim strajkom i protestom organizowanym przez terenowych działaczy Solidarności, rozochoconych – z jednej strony staraniami władzy o uzyskanie porozumienia, czyli dążącymi do rozmów, zaś z drugiej – niezbyt stanowczą reakcją MO i ZOMO na uliczne protesty, a głównie chuligańskie wybryki i różne burdy, nie wyłączając radzieckich koszar. To wbrew oczekiwaniom władzy – zamiast skłonić do umiaru, odczytania jako zachęta, „wyciągnięta ręka” do rozmowy – o wciąż pogarszającej się sytuacji w gospodarce, widocznej przez puste półki w sklepach i odczuwalnych brakach w zaspokojeniu pokrycia kartkowego na artykuły żywnościowe – mimo trwającego lata, wbijało w arogancję i butę działaczy panny „S”. Także Kierownictwo Związku „ociągało” się z podjęciem rzeczowych rozmów, choć były tam głosy ostrzegawcze przed rozpadem gospodarki i państwa. Jacek Kuroń mówi-„po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”. A prof. Bronisław Geremek-„grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych”- kogo to zastanawia, pomyślcie Państwo. Zwracam uwagę na zwroty: rozpad państwa; przyczyny wewnętrzne; wojna domowa. Pytam-do czyjej wyobraźni to przemawiało właśnie w Kierownictwie? Część odpowiedzi znajdziecie Państwo w tekście „Rozpłochowski”, a całą w jego „liście”, o którym tam piszę. Miliony Polaków, także członkowie Solidarności widzieli na co dzień puste półki, braki podstawowych towarów oraz – niestety – rosnące ceny. Wspomnę, że Generał na IX Zjeździe m.in. mówił – „Jeszcze na początku bieżącego roku, niezbędna dla przywrócenia równowagi w dziedzinie artykułów żywnościowych podwyżka cen musiałaby wynieść średnio 66 procent. Dziś, dla osiągnięcia tego celu, konieczne byłoby ich podniesienie średnio o 110 procent”. Kto ma czas i możliwości, proszę sięgnąć do prasy Solidarności, choćby „Robotnika” czy „Tygodnika Solidarność”; do wspomnień, np. Władysława Baki, Stanisława Cioska, Mieczysława Rakowskiego.

„Gorący wrzesień” – gospodarka

Rzadko zdarza się w historii państw i narodów, by sprawy gospodarki stały się kluczowe- „być albo nie być” dla państwa – Polski i Narodu. Mam świadomość pełnego zdumienia Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego zdania. Wielu zapyta – jak to, tak było źle? Wielu może oceni- to przesada, a starsi powiedzą, jak pamiętam… Otóż to! Przyjrzyjmy się tej gospodarce bliżej. Co widzimy? Mimo usilnych starań władzy na wszystkich możliwych obszarach, stan wciąż się pogarszał. Proszę raz jeszcze spojrzeć na powyższą ocenę Generała. Produkcja nadal spadała, braki dostaw artykułów tzw. pierwszej potrzeby były coraz dotkliwsze, ceny nadal rosły. Kto dziś pamięta tę sytuację, chce mówić młodemu pokoleniu o ludzkich obawach, gdy już brakowało np. mleka dla dzieci. Śmieszne, patrząc na pełne półki w Biedronkach czy Lidlu. Także kolejki po paliwo do- wtedy CPN, to dziś niemal sensacja. Kto chce się wczuć w czas ów? Władza ratunek widziała w ustaniu strajków, dyscyplinie pracy, jakości wyrobów, reformie, pomocy sąsiadów …

Właśnie sąsiedzi, ZSRR – główny dostawca i gwarant, tak na dziś i jutro! Obserwowali bacznie naszą sytuację, słuchali uwag i rad, głównie NRD i CSRS. Radzili, naciskali, wymuszali niemal na polskiej władzy zaprowadzenie porządku z „kontrrewolucją”- Solidarnością -jak wtedy nazywano i jak powszechnie było wiadomo. I co z tego? Przypomnę słowa Leonida Breżniewa skierowane do Generała na Krymie-„nada wziat’ za mordu, my pamożem”. Dodał do tego, że w wojsku obniżyli racje żywnościowe o 250 dkg, by pokryć nasze potrzeby. Wstrząsnęło to Generałem jako żołnierzem, mówił później z goryczą. A władza – tłumaczyła sytuację, broniła Solidarności. Zaś „mędrcy” tej „firmy” cieszyli się z każdego głosu krytyki każdego „listu” czy „Oświadczenia” ZSRR i sąsiadów, które krytykowały, wytykały władzy błędy. Oni rośli w „butną siłę”. Władza nadal była „głucha” na wzywania do „rozwiązania problemu Solidarności”. Radzieccy „spojrzeli wnikliwej” w przyszłość gospodarczych stosunków z Polską i… podjęli decyzję! Szyfrogram z 10 września 1981 r. ujawnił grozę sytuacji na 1982 r.- obniżono planowe dostawy o 50-70%, niektórych całkowicie odmówiono, np. oleju napędowego, nafty lotniczej, konserw rybnych, herbaty, lodówek. Wprowadzono zasadę zbilansowania obrotów. Oznacza to, że możemy dostać wszystko, płacąc „od ręki”! Skąd wziąć gotówkę?- to „wymaga zwrócenia się przez rząd polski o pomoc kredytowo- towarową”. Obraz ten zawiera kopia szyfrogramu, załączona do tego tekstu, która pochodzi z mowy obrończej Generała przed Sądem(„Ostatnie słowo”). Widzą Państwo na niej dwa podkreślenia Generała. Pierwsze – „że na ich stanowisko wpływa również nasilająca się kampania antyradziecka w Polsce”. Otwarcie i czytelnie- a jakie Państwo macie o tym zadanie? I drugie- że „20-26 września Bajbakow chciałby odwiedzić Śląsk, względnie wybrzeże i spotkać się z kolektywem wybranych zakładów”. Tak się stało-przyjechał do Warszawy z delegacja rządową. Rozmawiał z wicepremierem Zbigniewem Madejem i Generałem. Odwiedził kilka kluczowych zakładów w ocenie ZSRR, m.in. Bełchatów i Katowice, sprawdzając jak wygląda sytuacja w kopalniach, jakie są nastroje wśród ludzi. Wrócił do Warszawy 25 września, spotkał się ze Stanisławem Kanią oraz Generałem. Podczas rozmowy skupił się na kwestii wydobycia węgla. Domagał się, aby Polska wypełniła zobowiązania dostaw węgla i siarki. Generał wspomina, że „my zadawaliśmy mu pytania dotyczące pomysłów obniżenia wysokości dostaw surowców oraz towarów z ZSRR do Polski, które przedstawiono w Moskwie Stanisławowi Długoszowi, zastępcy Przewodniczącego Komisji Planowania przy Radzie Ministrów. Nie usłyszeliśmy jednak żadnych konkretów”- można przeczytać w Trybunie Ludu z 26 września 1981 r. Generał później oceniał – „Miałem wrażenie, że Bajbakow nie chciał o tym mówić, ponieważ w tej sprawie nie było w tamtym czasie decyzji politycznej. Kwestia wielkości dostaw, zwłaszcza surowców energetycznych, była elementem wywierania na nas presji politycznej”. Po powrocie do Moskwy Nikołaj Bajbakow na spotkaniu w BP KC KPZR ocenił, że „imperialiści faktycznie kupili Polskę”. Podał usłyszaną informację, że choć zebrano ok. 21 mln. ton zboża (plony nie były najgorsze), państwu pozostaje do dyspozycji zaledwie milion ton, gdy tymczasem na zaopatrzenie miast potrzeba aż 6 ton.
Uzupełniając powyższe dodam, że już w sierpniu nastąpił spadek dostaw węgla do kilku elektrociepłowni, od września objął niemal wszystkie. Zamiast zapasu na 5-7 dni, wynosił 2-3 dni. Spowodowało to ograniczenia dostaw energii do mieszkań, np. we wrześniu było tak 17 dni. Nie były odczuwalne, bo sprzyjała ciepła pogoda, a później- proszę sobie przypomnieć. Rząd od września wprowadził preferencje dla górników, by skłonić ich do dobrowolnej pracy w wolne soboty. Solidarność zdecydowanie się przeciwstawiała. W kilku kopalniach podejmującym pracę przecinano węże tlenowe, uszkadzano narzędzia, itp.

I znów pytam Państwu o ocenę. Zwróćcie uwagę na takie szczegóły. Do końca roku zostało tylko 3,5 miesiąca. Skąd wziąć pieniądze, by choć częściowo uniezależnić się od dyktatu gospodarczego i finansowego ZSRR? Przecież-to pewne, że w styczniu 1982 r. podyktują swoje warunki. Co wtedy – pozostaje natychmiastowa ich realizacja i to tak, jak oni będą chcieli – kto w tym, miejscu zapomniał o „rozwiązania problemu Solidarności”? Czy na tym się skończy, kto da gwarancje, nawet po 40 latach? Oczywiście, Generał z rządem mógłby podać się do dymisji. Kto, jeśli nie przedstawiciele twardogłowych – betonu partyjnego, objęliby władzę w kraju? Kto z Państwa tu zaprzeczy i udowodni, że władzę objęłaby Solidarność (chyba na Syberii).

Czy wtedy, we wrześniu taką wiadomość można było podać do publicznej wiadomości? Oczywiście, kto uwierzyłby w te informacje, zrozumiałby zbliżające się zagrożenie sytuacji? Czy jako wiarygodną obawę i apel władzy do Solidarności i wszystkich Polaków o opamiętanie się i pomoc? Zapewne część obywateli tak by zareagowała. Kto uznałby za „komunistyczny straszak”, „uciechę dla Solidarności” i zachętę do kolejnych burd pod radzieckimi koszarami, czy aby tych nie byłaby zdecydowana większość? Spójrzcie Państwo na ten fakt z innej strony- jak taką publicznie wyrażoną troskę władzy o stan gospodarki odczytano by w ZSRR, NRD, CSRS? Proszę o spokojny wielowariantowy namysł nad ówczesną sytuacją w 40-lecie stanu wojennego.

„Gorący wrzesień” – gospodarka i „polityka” na I Zjeździe

Jeśli mieliście Państwo swoiste rozterki w ustaleniu stanowiska I Zjazdu wobec sytuacji gospodarczej- podejmuję ten wątek.

Uchwała programowa Zjazdu, za jeden z głównych postulatów w sferze gospodarczej uznała powołanie Społecznej Rady Gospodarki Narodowej. Sama nazwa brzmi nawet pięknie- Społeczna Rada! A istota? Miała składać się wyłącznie z przedstawicieli Solidarności. Czyżby poza Związkiem nie było specjalistów znających tę dziedzinę życia społecznego i państwowego? Rada byłaby wyposażona w specjalny status – na czym polegał? Oto jego istota: kontrola działań rządu i administracji terenowej, z jednoczesnym prawem weta wobec ich decyzji; posiadanie prawa rozpisania referendum w najtrudniejszych sprawach. I najważniejsze – wezwanie władzy do zgody na przeprowadzenie wyborów parlamentarnych, a przy jej sprzeciwie – wybrać „drugi parlament”. Jak się to Państwu podoba, nawet po 40 latach?
Kuriozalność pomysłu widać gołym okiem. O powody do korzystania z „takich praw”- te błahe, było wówczas bardzo łatwo. A co oznaczało prawo weta w praktyce, jak nie skrępowanie, wręcz ubezwłasnowolnienie władzy bez wzięcia odpowiedzialności za takie postępowanie? Było to zalegalizowanie dwuwładzy- legalna władza i Solidarność jako druga, też władza oficjalna, ale bez – powtarzam odpowiedzialności za samodzielnie podejmowane czy wymuszone decyzje. Jako swoisty „super rząd”. Czy rząd i Partia- atakowani i krytykowani niemal ze wszystkich stron – mogli się zgodzić na takie rozwiązanie?
Po Zjeździe prof. Władysław Baka, minister ds. reformy gospodarczej podjął rozmowy celem nie tylko wyjaśnienia tych kwestii ale i rzeczywistego włączenia Solidarności w proces przygotowania reformy gospodarki. Podstawy dawały m.in. takie zapisy programowe-„Z reformą gospodarczą łączy się niebezpieczeństwo dużych nierówności płacowych i socjalnych między zakładami pracy i między regionami…Konieczna jest reforma systemu płac, gwarantująca każdemu godziwy zarobek i równe wynagrodzenie za pracę o równej wartości… Oznaczać to powinno, że państwo w porozumieniu ze związkami zawodowymi ustali poziom płac gwarantowanych, jednolity dla całego kraju, w przekroju poszczególnych zawodów i stanowisk, niezależny od wyników gospodarczych przedsiębiorstw… Zgodnie z Porozumieniem Gdańskim będziemy żądać wprowadzenia dodatku drożyźnianego, rozszerzenia zasiłków wychowawczych i dalszej podwyżki zasiłków rodzinnych już w 1982 roku oraz uznania minimum socjalnego za wytyczne polityki dochodowej… Domagamy się zasadniczego zwiększenia środków na pomoc społeczną… Związek domagać się będzie przyznania zasiłku macierzyńskiego i wychowawczego wszystkim matkom, nie tylko pracującym, na okres przynajmniej 3 lat”. Początkowo rozmawiano sondażowo, ale o władzy Związku w zakładach przemysłowych. Nie słuchano sugestii, bez nawet wstępnej dyskusji odrzucano, a jeśli była- to powierzchowna, żalił się na posiedzeniach rządu. Że priorytetem była sprawa władzy Związku, powyższe kwestie odkładano „na potem”. Z goryczą te rozmowy opisał we wspomnieniach. Zapoznanie się ze wszystkimi uchwałami programowymi niejako otwierało oczy – Związek postanowił przeobrazić się w formację polityczną. Na czym to polegało?

Zespół, „Związek wobec PZPR i władz państwowych” dyskutował o „kształcie Związku”. Nawet „istniała jednomyślność w tej sprawie, że związek nasz nie może być czystym związkiem …Dla wszystkich było jasne, że Solidarność wchodzi w fazę transformacji – ze związku zawodowego w siłę polityczną. I stawia coraz bardziej radykalne żądania… Zespół nasz przyjął projekt wprowadzenia autentycznego samorządu terytorialnego, dwuszczeblowego, na szczeblu podstawowym i wyższym, w tym odpowiednim do województwa, samorządu, który będzie pochodził z wolnych, demokratycznych wyborów. Równie jednomyślnie przyjęto projekt wprowadzenia drugiej izby do parlamentu… Istniała również jednomyślność co do głównego zadania w sferze pozazwiązkowej – dostosowanie struktur władzy, struktur życia państwowego do zmienionego kształtu społeczeństwa”- przeczytają Państwo w „Stenogramach”.. wydanych w 2012 r. Trudno w tym doszukać się spójności, logiki. Bo jak rozumieć- „Związek i polityka” czy „druga izba parlamentu” albo dostosowanie do podziału administracyjnego kraju. Co w praktyce miałby oznaczać „zmieniony kształt społeczeństwa”- czyżby miało być „związkowe” z nazwy ale i organizacji? Dla przykładu- zamiast gminy czy powiatu- to „związek”…Na tym miałaby polegać „polityczna siła Związku”? Może tu kryje się ta „tajemnica”, jakiej nie chciał wyjawić w swoim „liście” Pan Rozpłochowski, nawet po 40 latach, dla uświetnienia „takiego jubileuszu”.

Solidarność „nauką” dla Papieża

Że Prymas Tysiąclecia wspierał, ale i swoiście karcił Solidarność – czytali Państwo kilka razy na łamach Trybuny. Także i Papież uważnie śledził jej poczynania. 14 września 1981 r. ogłosił encyklikę Laborem exercens (O pracy ludzkiej), w której fragment poświęcił związkom zawodowym – „Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy…muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju …Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki w znaczeniu, jakie powszechnie nadaje się temu słowu dzisiaj. Związki nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę …Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać… zwłaszcza dla rozgrywek politycznych… Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz, a może i więcej razy ten fragment, albo i całą treść encykliki. Zechciejcie „wejść” w jej sens, ducha i istotę. Łatwo dostrzeżecie człowieka jako wartość najwyższą i przestrzeganie związku przed „uprawianiem polityki”, że „nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę”. Zauważcie akcent na „ogólną sytuację ekonomiczną kraju” oraz „dobro wspólne”. Zestawcie te myśli z cytowanymi „uchwałami programowymi” i wyciągnijcie wnioski dot. sytuacji w 1981 r.

Reakcje władzy

Pisałem już w tekście poprzednim, że np. 17 września, czyli przed II turą Zjazdu, BP KC PZPR opublikowało w Trybunie Ludu oświadczenie „Przeciwko awanturnictwu politycznemu i próbom niszczenia socjalistycznego państwa”. Już wtedy- po I-ej turze Zjazdu PZPR ostrzegała, że „zajęte przez Solidarność stanowisko negacji wobec wszelkich wysiłków władz naszego państwa godzi w realizację programu stabilizacji społeczno-gospodarczej Polski, opracowanego przez rząd i uchwalonego przez Sejm. Oznacza to w praktyce nie tylko przedłużanie się ciężkich i nienormalnych warunków życia społeczeństwa, lecz groźbę dalszej nieuchronnej degradacji polskiej gospodarki”. Zwracano uwagę, przestrzegano Kierownictwo Solidarności-delegatów, że wspólnie z KOR, z KPN „dążą do przejęcia rządów w Polsce”. Apelowano o „konieczność budowania przymierza wszystkich i porozumienia z każdym, kto nie jest przeciw socjalizmowi i komu droga jest sprawa Ojczyzny i jej ratowania”. Zapytam wręcz brutalnie – jak delegaci (mieli przecież na Zjeździe prawo głosu i decyzji), nie mówiąc o Kierownictwie, doradcach i ekspertach – rozumieli słowo „Ojczyzna”? Czy tylko jako „władza”, którą chcieli jak najszybciej przejąć? Czy także jako miliony Polaków, którzy nie byli ani członkami Partii ani Solidarności, a pracowali w zakładach przemysłowych, w PGR- ach, na roli jako chłopi i chłopo – robotnicy? Czy uważali, że „władzę” można wziąć bez rozlewu krwi, bólu i rozpaczy rodzin, także członków Solidarności?

A jak wtedy- wrzesień 1981, rozumiano „ratowanie Ojczyzny”, czy tylko przez przejęcie „władzy”? Z rozeznania wiem – na te i podobne pytania, oczekuje odpowiedzi tysiące (jeśli nie miliony) Polaków, właśnie teraz, w 40- lecie Zjazdu i zbliżającej się rocznicy stanu wojennego. Nie wstydźcie się Panowie, powiedzcie prawdę i całą prawdę Narodowi – odwagi Panowie: Prezydent Lech Wałęsa, Andrzej Rozpłochowski, Jan Rulewski, Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis, Ludwik Dorn, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, też Pan Adam Michnik – najserdeczniejsze gratulacje i życzenia Dostojny Jubilacie, w 75 urodziny.

Oczywiście, „Oświadczenie” PZPR na delegatach nie zrobiło większego wrażenia. Czy jest błędem czytelne dostrzeganie w „uchwałach programowych” I Zjazdu Solidarności realnych podstaw do wprowadzenia stanu wojennego za 2 miesiące? Po latach wiem z różnych rozmów, że wielu cieszyło się jak w Partii „trzęsą portkami” i „trzeba im dać żaru, by („spier”…) – padały różne określenia, niektórym „robiło się wesoło” na takie wspomnienie nawet po latach.

Co było dalej, podczas II-ej tury i po I Zjeździe – w następnym tekście.

Człowiek do zadań specjalnych – rozmowa ze Zbigniewem Szałajdą

To był ciekawy wywiad; nie miał z góry ustalonych pytań ani tez; płynął wartko, od czasu do czasu stawiając kropki, wielokropki, wykrzykniki. Rzadko kiedy zaplątał się jakiś znak zapytania. Zbigniew Szałajda, wicepremier w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego i Zbigniewa Messnera, ma 87 lat. Wciąż czynny zawodowo, prezesuje firmie z branży przemysłowej. Pojawia się w biurze, dogaduje kontrakty, jeździ za granicę. W zeszłym roku, własnymi siłami wydał autobiografię pt. „Człowiek do zadań specjalnych”. 

Ze Zbigniewem Szałajdą rozmawiamy na kilka dni po wydaniu biografii Mieczysława Rakowskiego, autorstwa Michała Przeperskiego, której promocji IPN, formalny wydawca i pracodawca Przeperskiego, nie chce się podjąć. Pokazuję Z. Szałajdzie okładkę. Na niej uśmiechnięty Rakowski z papierosem. 

Znał Pan dobrze tego człowieka ze zdjęcia?

– No pewnie. On razem z Urbanem mi się wyświetla, kiedy sobie go przypominam. A Urban to jeszcze żyje?

Żyje, całkiem dobrze się ma. Rozmawialiśmy nie tak dawno temu…Panowie rozumiem, też musieliście się dobrze znać. 

– Oczywiście. Tylko, muszę Panu powiedzieć, Urban nie był przez wszystkich w rządzie lubiany. On bardzo szybko wkradł się w łaski Jaruzelskiego, Jaruzelski mu wierzył. Ale Jaruzelski miewał bardzo często niezbadane sympatie i antypatie. Myśmy np. dowiadywali się często na konferencjach Urbana, rzecznika rządu, co rząd zrobił, a bardzo często rząd tego nie robił. Urban cały czas prowadził politykę Jaruzelskiego. Nawet później, kiedy premierem był już Messner, z którym znałem się dużo wcześniej, częstokroć ze zdumieniem komentowaliśmy między sobą, że Urban mówi o rzeczach, których my kompletnie żeśmy nie robili, albo co powinniśmy robić. Poza tym w moim odczuciu, po 1990 roku, on przekroczył pewne etyczne granice; z tym mocnym antyklerykalizmem. Ludzie nie bardzo chcieli tego słuchać.  

A przed 90. rokiem? 

– Nie lubiliśmy go. On, zresztą, z tego co pamiętam, z nikim się nie przyjaźnił. Trzymał się tylko z Mieczysławem Rakowskim, Danielem Passentem…

I jaki ten Rakowski był?

– Z Rakowskim się bardzo dobrze znałem. Przyjaźniliśmy się. On, według mnie, przestał być tym którym powinien być, od momentu, kiedy odszedł z „Polityki”, z funkcji redaktora naczelnego. Bo był do tego momentu przez nas bardzo lubiany i szanowany jako dziennikarz. Natomiast w polityce przez małe „p”, był maksymalnie cyniczny. Siedzieliśmy obok siebie na posiedzeniach Rady Ministrów. Pamiętam, że wtedy on bardzo często dawał Jaruzelskiemu różne propozycje politycznej natury, zazwyczaj chybione. Może chciał się zrehabilitować za stan wojenny, kiedy popełnił kilka błędów; poobrażał robotników w Gdańsku itp. Poza tym pamiętam, że my w takiej małej grupie: Porębski, Barcikowski, ja, Rakowski, Messner, spotykaliśmy się dość często, prywatnie, u Porębskiego. Jego oficer ochrony smażył kotlety, a my troszkę żeśmy tam popijali. To był dla nas wtedy bardzo trudny czas. Pamiętam, że któregoś razu siedziałem obok Rakowskiego i on mówi mi wówczas tak: „Wiesz Zbyszek, ja nie lubię takiego nic; nic się, kurwa, nie dzieje; ja to już bym wolał zamiast tego jakąś wojnę, żeby można się było wykazać, coś robić, a tak, to co my robimy? Trwamy tylko”. Wie Pan, ja jednoznacznej opinii o Rakowskim sobie do dziś nie wyrobiłem, ale wiem jedno: on nic dobrego dla Polski nie zrobił. Rakowski, Urban, Pożoga, wiceminister od Kiszczaka, i Ciosek, który, jakby nawrócił się, nieoficjalnie, na stronę antyjaruzelską, po pobycie w Arłamowie i spotkaniu z Wałęsą, opracowali po stanie wojennym plan, kiedyśmy szukali próby otwarcia na świat, w którym podnosili, że rząd Messnera nie doprowadzi do niczego dobrego i najlepiej byłoby, żeby wszystko w Polsce Ludowej zmienić. A tym, który ma to wszystko zmienić i poprowadzić, ma zostać Mieczysław Rakowski. I Jaruzelski mu uwierzył; uwierzył w to, że Rakowski doprowadzi do sytuacji, w której Polska będzie krajem gospodarki rynkowej, pod parasolem ochronnym Związku Radzieckiego. Jaruzelski przez cały czas wspólnej pracy był pod wrażeniem niezwykłej inteligencji Rakowskiego. Ale ta inteligencja Rakowskiego była na styku opętania przez rządzę władzy; Rakowski marzył o tym, żeby być I sekretarzem i premierem, jak Jaruzelski; on nawet tego nie krył. Pamiętam kiedyś taką sytuację: siedzimy raz z Messnerem w jego gabinecie, kiedy Messner był jeszcze premierem i dzwoni wewnętrzna linia rządowa-widać, pali się czerwona lampka, że dzwoni Jaruzelski, który w pierwszych słowach się odzywa: „Mietku wiesz, mam do Ciebie sprawę…”. A Messner wtedy mówi: „Nie, tu na razie jeszcze Messner a nie Mietek”. Niby nic takiego, ale widać, że spisek był już przygotowywany od dłuższego czasu. 

To był ktoś w tym Waszym towarzystwie, kto się krajowi przysłużył?

– W KC byli partyjni robotnicy, czynownicy i byli ludzie, którzy rozumieli problemy gospodarcze. I takim bardzo trzeźwo myślącym i rozumującym człowiekiem, mającym duży autorytet był Barcikowski. Inny, sekretarz ds. ekonomicznych, Woźniak, z którym też bardzo dobrze się współpracowało. I mnie, jako wicepremierowi, wystarczała współpraca z tymi dwoma ludźmi; nie miałem ani czasu ani potrzeby zasięgać rady czy pomocy od innych. I tak szło też w dół; byli tacy, którzy chcieli współpracować, rozumieli, ale i tacy, którym zawsze coś nie pasowało.  

A potem przyszedł Okrągły Stół i powywracał Wasze mniejsze stoliczki…

– Myśmy uważali, w gronie technokratów, że trzeba zrobić wolne wybory, a Okrągły Stół, to był zbiór ludzi niekompetentnych. Z tamtej strony była reprezentacja silnie polityczna, ale niedojrzała, która nie miała pojęcia, jak się rządzi. Gdyby nas, technokratów, doproszono do obrad Okrągłego Stołu, to my byśmy tak ochoczo rąk do góry nie podnieśli. Nie dlatego, żeby dalej trwać u władzy, ale żeby społeczeństwo zdecydowało. Okrągły Stół, poza oddaniem władzy „Solidarności”, niczego tak naprawdę nie zmienił; nie zaproponował, jaka ta nowa Polska ma być. Ustalił proporcje, oddał kraj w ręce ludzi niedoświadczonych, którzy, być może i chcieli dobrej Polski, ale kompletnie nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. 

Więc się zabrał Mazowiecki z Wałęsą i Michnikiem…

– U Mazowieckiego główną postacią był Balcerowicz. Ja w książce swojej piszę, że to był zły duch dla Polski. On zniszczył polski przemysł, co tu kryć. Mówię o tym z pełną świadomością, bo Balcerowicza poznałem z jak najgorszej strony. Kiedy rząd Messnera upadł, trzeba było coś m.in. ze mną zrobić, a ja, może to zabrzmi nieskromnie, ale jednak byłem wówczas jakąś postacią, której nie można się było ot tak pozbyć. Zaproponowano więc mnie jako zastępcę stałego przedstawiciela, bo Balcerowicz był, jako minister finansów pierwszym, przy RWPG. A żeby mi osłodzić choć odrobinę ten „awans”, uczyniono mnie ambasadorem nadzwyczajnym. Pojechałem do Moskwy na 1,5 roku. To była nawet fajna posada. Wtedy to już odpowiedzialności praktycznie żadnej, duże biuro. Balcerowicz któregoś razu postanowił do mnie, do tej Moskwy, przyjechać. Ja na tę okoliczność przygotowałem rożne rozmowy na wysokim szczeblu, w tym z premierem, cały kalendarz wizyty, jak to się zwykło robić w takich sytuacjach na świecie. On jak przyjechał, to nas wszystkich, pracowników RWPG, ambasady, zebrał w jednym miejscu i oświadczył: „Proszę Państwa, ja tu przyjechał nie po to, żeby ożywiać współpracę gospodarczą. Ja tu przyjechałem, żeby zlikwidować naszą współpracę ze Związkiem Radzieckim, i to zlikwidować tak, żeby ona nigdy nie mogła się odrodzić.” Po takiej deklaracji, to w zasadzie tam nie było już co zbierać. Co nie bądź jeszcze wtedy rozmawiałem na miejscu z Osiatyńskim, ale w zasadzie oni wszyscy byli owładnięci tą ideą, którą Balcerowicz przywiózł od Sachsa z Ameryki. Po tej moskiewskiej deklaracji Balcerowicza byłem któregoś razu, jeszcze jako przedstawiciel RWPG, w Warszawie, i poprosiłem o wizytę u mojego bezpośredniego przełożonego, czyli u Balcerowicza. On mnie przyjął. I na tym spotkaniu pytam go: „Jak to dalej będzie, Panie premierze, bo ja w zasadzie nie wiem czy moja osoba na coś się Polsce jeszcze może przydać. Balcerowicz na to: Szanowny Panie, całą tą gospodarkę, którą wyście wznosili, trzeba zburzyć do fundamentów. Ja na to: I co dalej? Na tym, mówi Balcerowicz, trzeba wybudować nową gospodarkę i nowy przemysł. A kto to będzie finansował, pytam. Amerykanie. A kto będzie to uruchamiał? Amerykanie. A kto będzie zarządzał? Amerykanie. Słucham tego wszystkiego i mówię mu: Panie premierze, to jest ułuda, to jest wszystko nierealne. Nieprawda, mówi Balcerowicz, to jest realne! Może za waszych rządów to było nierealne, ale za naszych wszystko to się uda zrobić. Po jakimś czasie było spotkanie szefów państw grupy RWPG. Ja pojechałem tam wówczas z Mazowieckim. Znałem dobrze rosyjski, poza tym to były zagadnienia gospodarcze, o których też co nie bądź wiedziałem. Chciałem to jeszcze obsłużyć, a mając w pamięci rozmowę z Balcerowiczem sprzed miesiąca albo dwóch, poprosiłem po tym spotkaniu Mazowieckiego o zdymisjonowanie mnie z tej funkcji, bo ja całe życie budowałem, ja się nie nadaję do rujnowania. 

Słuchał Pan Balcerowicza ostatnio? Choćby na Campusie, organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego?

– Kiedy ja słucham teraz Balcerowicza, to on nie mówi już tak wyraźnie jak kiedyś. On się teraz wyspecjalizował w krytyce. Nie daje rozwiązań, jak dawniej, ale ustawia się na wygodnych pozycjach recenzenta. Historia, moim zdaniem, nie przyzna mu racji, ale powinniśmy go jednak zapamiętać; jako tego, który miał wyrazistą wizję Polski, ale zupełnie nietrafioną, która przyniosła jej dużo więcej start niż korzyści. W tej wizji Balcerowicza, niszczenia i budowania na gruzach, najbardziej uderza bezsens tego pomysłu. Byłem jakiś czas temu w Hucie Katowice, którą nowe właścicielstwo z ArcelorMittal określa jako swoją perłę w koronie firmy. Mówiłem ludziom, pracownikom, że myśmy nie budowali tego dla Gierka, dla Szałajdy czy dla partii, ale dla Polski, bo wiedzieliśmy, że te dzieła naszych rąk przeżyją nas samych. I burzyć to wszystko i niszczyć? Po co, w jakim celu? 

A co „nowa Polska” postawiła od podstaw na waszych gruzach? 

– Wie Pan, ja to śledzę na bieżąco, interesuje się i nie znam żadnego takiego przykładu, żeby jakąś fabrykę po 90. roku wybudowano, która by stała się konkurencyjna dla gospodarek zachodniej Europy, nie wspominając o Chinach. Był Wrocław i fabryka wagonów, nie ma nic. Był Elbląg i produkcja turbin, które szły na cały świat, teraz w rękach obcego kapitału, podobnie jak hutnictwo, na którym się akurat najlepiej znam. Fakt, zbudowano trochę dróg, co jest plusem, ale to wszystko przecież za unijne dotacje. Porty? Wszystko leży. W Szczecinie stępka się ostała. Kiedy Morawiecki ogłaszał swoje orędzie, to ja powiedziałem, że gdybyśmy siedli z Gorywodą, tym od finansów i wypili pół butelki whisky, to byśmy taki plan w trzy godziny we dwóch opracowali. Bo co mu się z tego sprawdziło? Milion samochodów elektrycznych, gdzie to jest?

A ja tu jednak widzę pewne podobieństwo do Waszych planów. Wy przecież też porywaliście się na wielkie rzeczy; Port Północny, Huta Katowice, fabryki domów-to przecież też były w założeniach megalomańskie projekty. Czym to się w swoim rdzeniu różni od pomysłu na przekop Mierzei Wiślanej czy Centralny Port Komunikacyjny?

– Tak, to prawda, takie były. Ale z tą różnicą, że myśmy te cele zrealizowali. A pomysły Morawieckiego mają uwodzić ludzi, są hasłami wyborczymi, żeby na nich głosowali. 

Może jeszcze zrealizują?

– Kiedy?

Mierzeję przekopują ponoć cały czas…

– Niby tak, ale teraz to wszystko stanęło. Ja coś o tym wiem, bo przy takich wielkich budowlach potrzebne są specjalne, walcowane kształtowniki, a ja mam firmę, która zajmuje się min. handlem wyrobami stalowymi. Huta Katowice takie rzeczy produkuje, ale teraz w ogóle nie ma na to zamówień. A najgorsza jest bezczynność. Tylko co z tego, kiedy nawet nie ma dziś dobrej platformy, żeby to wszystko przypominać i zestawiać tak jak my tu mówimy…

A w Sejmie Lewica nie może być taką, za przeproszeniem, platformą?

– A kto by miał o tym z Lewicy mówić? Czarzasty?

A choćby i On!

– Wie Pan, on jest w tym momencie kompletnie niewiarygodny. On przez całe swoje życie był tylko partyjnym robotnikiem. On nie ma żadnej innej przeszłości. Po tym jak zagłosował razem z PiS-em, w moich oczach tę wiarygodność do reszty utracił. 

A nie przekonuje Pana, że to było głosowanie nad środkami unijnymi, których Polska potrzebowała w covidzie, a pieniądz barw partyjnych nie ma…

– A gdzie są te pieniądze?

Na razie zamrożone…

– A no właśnie. Czarzasty chyba wie, dlaczego są zamrożone i z czego to się wzięło. Należało wtedy zagłosować przeciw i wtedy PiS zrealizować by musiał ten swój ład z tymi poprawkami które wniosła opozycja, a jak nie, to rząd pisowski by upadł i nowy rząd przeprowadziły wszystko od początku, jak należy. Ja wróżę Czarzastemu, że przy takim uprawianiu polityki niebawem nit nie będzie o nim pamiętał. 

A jak się Panu te nowe porządki w Nowej Lewicy podobają?

– W ogóle mi się nie podobają. Jedyna osoba, która jest jako tako wyrazista, to jest pani wicemarszałek Senatu, którą Czarzasty zrugał w sposób urągający godności. Nie dziwota zatem, że Czarzasty nie jest lubiany, bo kto ma lubić człowieka który się tak zachowuje, zwłaszcza w stosunku do kobiet. 

Jeździ Pan czasem w interesach do Chin?

– Parę razy byłem. Raz nawet rozmawiałem z Den Xiaopingiem, jeszcze za premierostwa. Pamiętam, że miał taki charakterystyczny zwyczaj, że co chwilę spluwał do spluwaczki…

Pańskim zdaniem Chiny prześcignęły już USA w wyścigu o palmę pierwszeństwa światowej mocarstwowości?

– Nie. I raczej się to szybko nie stanie, moim zdaniem, bo Stany są budowane na solidnych fundamentach, co prawda 200 letnich, ale porządnych; demokracja, Senat, prezydent, rządy prawa…

A nie sądzi Pan, że to się wszystko sypie na naszych oczach? Widział Pan „człowieka-bizona” szturmującego Kapitol?

– No w porządku, ale mimo tego, Amerykanie porzucili Trumpa i wybrali Bidena…

A co robi Biden teraz? Wyprowadza wojska z Afganistanu. To nie jest porażka Ameryki?

– Bezwzględnie, to jest porażka USA. Ale wie Pan…Trump to nie była moja bajka, a że się wycofali? A co mieli zrobić?

Mogli np. przygotować się na ewakuację, a nie robić to za pięć dwunasta gdy Talib stał u bram Kabulu. 

– To prawda, powinni to starannie przygotować, ale moim zdaniem, tak jak w przypadku Iraku, zawiódł amerykański wywiad. Żeby nie wiedzieć, w jakim tempie przesuwają się wojska nieprzyjaciela przy dzisiejszej technice, dronach, satelitach itp. to po prostu śmieszne. 

Czy pańskim zdaniem, trwanie w sojuszu militarno-gospodarczym z Amerykanami, zwłaszcza pod rządami administracji Bidena, jest dla nas strategicznym wyborem? A jeśli nie, to gdzie szukać partnera?

– Chiny bardzo mocno wchodzą do gry, to widać. W gospodarce są w stanie narzucić ceny, którym żaden podmiot zachodni nie sprosta i zarzucić rynek swoim towarem, z dumpingowymi cenami. Poza tym uważam, że partner tak daleki jak Chiny, podobnie jak USA, nie da nam stabilności, bo jest zwyczajnie zainteresowany najbardziej swoją najbliższą okolicą i w razie niebezpieczeństwa nie pośle tu swoich wojsk. Uważam, że gwarantem na tu i teraz jest dla Polski dobra i mądra współpraca z Unią Europejską, nie judzenie i nie obrażanie bez przerwy Putina, bo to nikomu nie jest potrzebne. Niech Pan zauważy, że żaden rozsądny kraj z Europy tego nie robi, tylko my. Ułożyć sobie z putinowską Rosją poprawne stosunki, zacieśnić współpracę na arenie europejskiej, a Amerykanów traktować jako stróża w NATO, ale nie kupować u nich za miliardy czołgów i samolotów tylko dlatego, że są amerykańskie. Zresztą po co? Putin ma w Królewcu rakiety, które po 10 minutach dolecą do Warszawy. 

Pańskim zdaniem, za parę tygodni, gdy ludzie dostaną nowe prognozy za prąd, rząd się może się wywrócić na tych podwyżkach, jak, nie przymierzając, Messner w 1988?

– To jest zagadka. Dajmy na to: szczepienia. Gdyby rząd wprowadził obowiązek sczepień, to najbardziej dostałby od swojego własnego elektoratu, bo gros tych, którzy nie chcą się szczepić, to wyborcy PiS-u. Najpewniej jednak będzie tak, że PiS powie, że cenom winna Unia, która narzuca kary za emisję CO2 i dlatego prąd drożeje, więc to nie nasza wina. Ludzie, moim zdaniem to kupią. Niestety. Jak dołoży się do tego wsparcie Kościoła, i dodatkowe rozdawnictwo z budżetu. To się zamyka Jak to nie pomoże, to wtedy rewolucja. Swoją drogą, to jak słucham dziś ministra Niedzielskiego, to mam do niego ogromny żal, że nie robi zbyt wiele, żeby wyszczepić Polaków jak najwięcej. Mówi tylko, że czwarta fala covid która już mamy, będzie gorsza niż trzecia. I tyle. A ja z tą wiedzą zostaję i nic nie mogę zrobić, tylko czekać. A może by tak aktywniej zadziałać, już nie namawiać, ale spróbować wprowadzić model francuski czy włoski. Sam już jestem po trzeciej dawce szczepionki i każdego będę namawiał, żeby się zaszczepił, ale za rząd PiS-u roboty nie zrobię. 

No właśnie, czego więcej trzeba, żeby PiS oddał władzę? Były białe marsze w obronie sądów, były czarne protesty przeciw zaostrzaniu prawa aborcyjnego. I nic. Trwają, jak mawiał Rakowski..

– Zmiany wtedy nastąpią, kiedy wyjdą z ludu, ze społeczeństwa. Żadne zmiany na nic się zdadzą, jeśli będą inspirowane przez polityków. Tylko sam naród musi własną siła je wypracować. Musi się zmienić mentalność całych grup społecznych. A to się nie dzieje za szybko. Poza tym wie Pan, jak się słucha całej tej propagandowej armii, którą, swoją drogą, PiS ma lepszych niż opozycja, to wcale nie jestem przekonany, że te wszystkie podwyżki, to jest coś, czego by nie przekuli na swoją modłę. A przy okazji sojusz tronu i ołtarza, co dla władzy dzisiejszej jest bezcenne, będzie trwał w najlepsze, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, kiedy się na uroczystościach beatyfikacyjnych kard. Wyszyńskiego gości kogoś, kto jest oskarżony o pedofilię.

Dla ludzi pamietających lata 80. nazwisko Szałajda wiąże się najczęściej z dwoma sprawami: wybuchem w Czarnobylu i katastrofą samolotu w lesie kabackim. Jak Pan słyszy: Czarnek, szefem atomistyki polskiej, to co Pan sobie myśli?

– Wie Pan…to tak, jakby Pan słyszał: Ważny, szefem lekarzy szpitala na Bielanach Absurd! A Błaszczak? Kto to jest Błaszczak? To jest człowiek, który w życiu ustępu nie wybudował, a on się zakochał się w Abramsach, które będą stały nie wiadomo po co, albo w ogóle do nas nie przyjdą…Niech mi Pan poda przykład jednego, kompetentnego ministra tego rządu?

…ciężko…a ten od finansów?

– Nikt go nie zna, tak jak on nie zna Polski, bo jak był w Londynie, to nie miał kiedy poznać. 

To może Pan, Panie Zbyszku? Jest jeszcze chęć i siła? 

– Jakbym miał 30 lat mniej i przy innych ludziach…Wie Pan, sukcesem jest zawsze dobieranie odpowiednich ludzi. To nie jest sztuka zebrać załogę profesorów i kazać im działać. Z tego kompletnie nic nie wyjdzie. Podobnie, jak oddanie władzy w ręce robotników; oni też, prędzej czy później, wszystko zaprzepaszczą. Nie dlatego, że mają złą wolę. Mogą mieć najlepszą. Trzeba rozumieć człowieka jako takiego. Rozmawiać z każdym. Umieć wybaczać ale i nagradzać. Najlepiej, gdy jest doświadczenie plus wiedza. Ale do rządzenia trzeba jeszcze mieć naturę, a o to bardzo ciężko. Zwłaszcza dziś. Wie Pan…trzeba być zdolnym „w miarę”. Tych najzdolniejszych polityka przytłoczy, a słabych zostawi na pastwę losu. 

PZPR i banany

Granice intelektualnej bezsilności i historiozoficznego absurdu.

Może to zabrzmi dziwnie ale chociaż wychowałem się w PRL a nawet ją tworzyłem, nie czuję się z tym okresem w jakiś specjalny sposób emocjonalnie związany. Dotyczy to również PPZR chociaż partią tą byłem związany nie tylko osobiście ale również rodzinnie. Upadek PRL-u przyjąłem z pewnym poczuciem wyzwolenia z coraz bardziej bezsensownego układu różnego rodzaju zależności i zobowiązań i z dużą dozą ciekawości co będzie dalej.
Swoje stanowisko wobec tego co się dzieje wypracowywałem już na długo przed 1989 w oparciu o analizę wydarzeń nakierowanych nie na konkretne lojalności, ale coś co określić można jako punkt widzenia określonych sił społecznych a konkretnie ludzi utrzymujących się z pracy własnych rąk i narażonych z tego tytułu na różne opresje.
Z tej perspektywy
PRL był niezwykłym eksperymentem,
który nie mógł się udać, ale jak wiele podobnych w historii, pomimo niepowodzenia, dostarcza ciekawego materiału do przemyśleń i wniosków na przyszłość.
Tak się jednak składa, że zamiast sensownej refleksji nad przeszłością mamy potok infantylnych bredni, które nie omijają nawet „Trybuny” i, które zmuszają do zabierania głosu na temat PRL-u w sytuacji gdy warto by dyskutować o poważniejszych rzeczach. Można powiedzieć, że recenzja książki pana Leszczyńskiego, dokonana przez pana Lubczyńskiego, którą zajmowałem się onegdaj w sumie sprawia wrażenie niewinnej igraszki wobec bredni zawartych w artykule „PiS w opuszczonych okopach PZPR” pióra podającego się za politologa pana Jacka Jaworskiego, który zagościł na łamach „Trybuny” (26-27 lipca 202. Prawdę mówiąc, to jako magistra nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego bardziej obraża mnie chyba ta niczym nieuzasadniona deklaracja niż wszystkie dyrdymały dotyczące odległej już przeszłości, których znaczenie polega jedynie na wyszukiwania rzekomych racji dla obecnej impotencji programowej polskiej Lewicy, do której pan Jaworski dobudowuje absurdalne „ideolo”.
Generalnie stwierdzić należy, że pan Jaworski buduje swoje koncepcje na zupełnie oderwanej od realnej historii opozycji „społeczeństwo otwarte” – „społeczeństwo zamknięte”. Przyjmując za dogmat, że uniwersalny schemat przeciwieństwa tych rodzajów organizacji społecznej autor przyjmuje, że model społeczeństwa „zamkniętego” reprezentują społeczeństwa organizowane przez PZPR i PiS a społeczeństwo „otwarte” reprezentować ma ideologia współczesnej Lewicy.
Oczywiście Autor nie pozostaje na ogólnikowych deklaracjach ale ilustruje swoje wywody konkretnymi przykładami.
Zaczyna oczywiście od rzekomej
wrogości PPZR wobec LGBT
jako elementu konstytuującego „zamknięte” myślenie tej formacji. Jedynym konkretnym przejawem tego rodzaju postawy jest osławiona operacja Hiacynt z lat 85 -87 chociaż w PRLu nikt jej nie nagłaśniał i ja osobiście dowiedziałem się o niej już w latach dziewięćdziesiątych. Autor niestety nie poprzestaje na tym „dowodzie” ale posuwa się do żenujących insynuacji jakoby: „Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych.”
Byłbym panu Jaworskiemu szczerze zobowiązany za ujawnienie „stalinizmu” polskich naukowców ponieważ żyjąc w PRL-u i z racji chociażby wieku studiując ówczesne wydawnictwa dotyczące seksuologii nie spotkałem się z takim stanowiskiem jako istotnym. Polska literatura seksuologiczna prezentowała homoseksualizm jako oczywistą odrębność, nad, której naturą specjalnie nie deliberowano. Również nie przypominam sobie jakichś deklaracji przywódców PZPR na tematy homoseksualizmu, ani też jakichś debat dotyczących walki z tą „patologią”.
Chociaż, jak sądzę, dla pana politologa Jaworskiego nie jest to argument ale w niepodległej Polsce od czasów eliminacji ustawodawstwa państw zaborczych w 1932 homoseksualizm nie był traktowany jako przestępstwo, ścigany i penalizowany i nawet „najczarniejszy” stalinizm w latach pięćdziesiątych tego nie zmienił. Co więcej w roku 1948 ujednolicona została zasada 15 lat jako granicy swobodnej decyzji podejmowania życia seksualnego a w 1969 roku zniknął z systemu prawnego przepis dotyczący karania homoseksualnej prostytucji.
Homoseksualizm w polityce PRLu był sprowadzony do kwestii czysto prywatnych i nie był wykorzystywany jako argument w walce politycznej. Czy było to dużo czy mało nie zamierzam rozstrzygać ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z tym co zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych i zaowocowało pisowską wojną z LGBT.
W PRL wrogość wobec homoseksualizmu i jego prześladowanie były utożsamiane z przysłowiowym „chamstwem i drobnomieszczaństwem” – wartościami kultywowanymi przez nieoceniony w tym zakresie Polski Kościół Katolicki. Nawet akcja „Hiacynt” jak sądzę stała się efektem objęcia stanowiska szefa MSW przez bezideowego degenerata jaki był Czesław Kiszczak i stanowi fragment działań uwieńczonych pozostawieniem tzw. „teczki” Lecha Wałęsy jako zabezpieczenia na „czarną godzinę” własnej małżonce.
Równie rzeczowa i inteligentna jest argumentacja na rzecz opozycji Pezetpeerowsko peerlowsko – pisowska „pruderyjność” i „lewicowy luz”. Podobnie jak w przypadku LGBT nieocenionym źródłem informacji dla pana Jaworskiego są doświadczenia towarzyszy radzieckich: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”
Prawdę mówiąc o ile pod tą deklaracją być może władze PRL by się podpisały to z drobnym zastrzeżeniem, że
o ile w PRLu nie było seksu to było coś co nazywano erotyką
i to często dość śmiałą. Nie wiem czy w ZSRR zaproszono by czołowego reżysera zachodniego kina erotycznego Waldemara Borowczyka do nakręcenia tamtejszej wersji „Dziejów grzechu” udostępniając ten film w powszechnym rozpowszechnianiu. Scenę orgii z filmu „Ziemia obiecana” już po zakończeniu PRLu ocenzurował sam reżyser już w „wolnej Polsce”. Jednym z najbardziej popularnych powiedzonek owego pruderyjnego i zakłamanego PRLu było osławione pytanie dotyczące premier filmowych – „momenty były?”. Szanujący się reżyser PRL-owskiego filmu uważał wręcz za obowiązek wklejenie w film scen erotycznych. Dużą popularnością cieszyły się wystawy aktu artystycznego „Wenus” organizowanego w Krakowie. Czasopisma młodzieżowe miały specjalne rubryki dotyczące poradnictwa seksualnego. Razem z cała szkołą w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych „zaliczyłem” film „Helga” z niemiecką dosłownością tłumaczący skąd się biorą dzieci. Przykłady otwartego stosunku do erotyki i seksualności z czasów PRLu można by mnożyć w nieskończoność. Zamiast tego należałoby jednak zadać panu Jaworskiemu proste pytanie z jakiej choinki się urwał?
Nie wiem skąd pan Jaworski zaczerpnął osobliwa tezę, że: „Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana.” Znając wielu działaczy PZPR średniego i niższego szczebla sądzę, ze zainteresowałoby ich gdzie te banany kupiła? Bardziej bezkrytyczni uznaliby te zdjęcia za dowód sukcesu polityki Edwarda Gierka a bardziej podejrzliwi za złośliwą krytykę niedoborów na rynku warzyw i owoców. Warto też dodać, że w 1979 pojawił się znany powszechnie „Bananowy song” grupy „Vox” w którym wyraził się chyba najlepiej stosunek PZPR do bananów. (Zajął on pierwsze miejsce na festiwalu w Sopocie w 1980 roku, oraz trzecie miejsce w Bratysławie w tymże roku).
Panu Jaworskiemu, jak sądzę
chodzi o pewną wizję świata, kultury i sztuki w której wszystko na penisie się zaczyna a waginie kończy
zawierając w środku tak zwany „gender”. Trudno jednak nie zauważyć, że ta mało ambitna wizja kojarzona ze współczesną Lewicą jest intelektualnie uboga i zdecydowanie przereklamowana, a rzutowanie jej na całą dotychczasową historię staje się świadectwem deficytu intelektualnego bardzo przypominającego politykę historyczną Prawa i Sprawiedliwości.
Takiej wizji świata dotyczyć się zdaje też rozumienie cenzury, z którą autor walczy w następnej sekwencji swoich wywodów. Podzielając przekonanie pana Jaworskiego o bezsensie, szkodliwości cenzury i konieczności jej zniesienia chciałbym jednak zauważyć, że cenzura w PRL-u dotyczyła kwestii politycznych o dosyć wąskim, niezależnie od bogactwa swoich przejawów, zakresie. To w PRL pod rządami oficieli PZPR w straszliwie niemodnych garniturach zaszła jedna z największych rewolucji kulturalnych w historii Polski jaką była wielka modernizacja języka kultury i sztuki dokonująca się w Polsce lat drugiej połowy lat pięćdziesiątych i następnego dziesięciolecia. Nowa architektura, design, nowy język sztuk plastycznych, literatury, muzyki poważnej i lekkiej, filmu itd. itp. Wszystko to rozwinęło w świecie rzekomo ograniczonych aparatczyków, stalinowskich psychiatrów i jakichś indywiduów mających nienawidzić seksu, których utajone kompleksy wyzwalać miało publiczne jedzenie banana.
Studiując mądrości pana Jaworskiego odnoszę nieodparte wrażenie, że dla rozwoju kultury zagrożeniem nie jest cenzura a bezmyślność. Jak pokazuje analizowany przykład ślepa wiara w autorytet A. Michnika prowadząca do bezrefleksyjnej recepcji prymitywnych hasełek propagandowych wykuwanych w plugawych czeluściach Mordoru przy ulicy Czerskiej może lepiej wyprać mózg niż lata ciężkiej pracy cenzorów. Po co cenzorzy? Wystarczą „politolodzy”? Pan Jaworski jak sądzę nie zrozumiał przytaczanej wypowiedzi swojego guru, którego żywiołem była i jest manipulacja informacją, w której tak prymitywne mechanizmy jak cenzura są zbędne i mogą budzić tylko politowanie.
Oczywiście na wyeksponowaniu słusznych obaw Adama Michnika dotyczących powrotu cenzury obraz PiSu w postpezetpeerowskich okopach się nie kończy. Kolejnym problemem jest rzekomo wspólne dążenie PZPR i PiS do zniszczenia Kościoła Katolickiego. Jak stwierdza pan Jaworski: „Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość?”. Może gdyby PZPR rzeczywiście chciało zwalczać Kościół należałoby powołać PiS. Rzecz polega jednak na tym, że
uznając od 1956 roku Kościół za zło nieuniknione i nieusuwalne
komuniści (cokolwiek miałoby to znaczyć) dążyli jedynie do politycznej neutralizacji Kościoła. Działania IV departamentu miały na cel powstrzymanie upolityczniania Kościoła w Polsce. Jak w pigułce ukazuje to najgłośniejsza sprawa w stosunkach jak to określano „państwo-kościół” jaką była tragiczna katastrofa z księdzem Jerzym Popiełuszką. Historia ta odsyła nas również do rzeczywistego upolityczniacza” Kościoła w Polsce czyli Adama Michnika. To od czasu jego osobliwej publikacji „Kościół, lewica, dialog” w 1977 zaczęła się walka w upolitycznienie Kościoła a jej najważniejszym momentem nie były, ani też nie są, rządy PiS. To rządy „demokratycznej opozycji” po 1989 uczyniły z Polski dzisiejszy Klechistan. Czy pan Jaworski nie słyszał o tym, że to niesławnej pamięci minister Henryk Samsonowicz wprowadził religię do szkół. To nie PiS rozkręcił działalność osławionej komisji majątkowej, to nie on wykreował wszystkich Sławojów Leszków Głódziów. (To nie Lech ani Jarosław Kaczyńscy golili z nimi gorzałę). To nie PiS wypracował tzw. „kompromis aborcyjny”. On tylko przyszedł na gotowe i przejął na swój rachunek efekty wielu lat niestrudzonego michniczenia kolejnych rządów III Rp..
Najbardziej szokujące jest to, że podający się za politologa pan Jaworski nie dostrzegł nawet tego, że po okresie animozji „demokratycznej opozycji” i Kościoła, razem z „powrotem Tuska” powraca poprzednia polityka. Okazuje się, czego dowodzą zgodnie Donald Tusk i guru Michnik, że Kościół trzeba odzyskać dla „demokratycznej Ojczyzny”. To co pan politolog wypisuje o kole ratunkowym, które Kościołowi Katolickiemu podobno rzuca Lewica w swoim Programie, nieskończenie przerasta najlepsze skecze kabaretowe ostatniego trzydziestolecia. Kościół ma tylu „ratowników” w szeregach tzw. „opozycji demokratycznej”, że Lewica nie ma szans nie tylko na jakiś sukces, ale nawet na to, żeby ją w tym gronie zauważono. Zamiast ratować Kościół Katolicki, czy go reformować, Lewica korzystając z komfortu jaki daje odsunięcie od władzy politycznej powinna się od niego trwale i konsekwentnie odczepić. Może nie jest to gwarancja sukcesu, ale zdystansowania się od neoliberałów pokroju guru Michnika, który nie potrafi sobie wyobrazić polskiej polityki poza kruchtą i manipulowaniem Kościołem na miarę swoich głupawych pomysłów.
W swojej wędrówce przez kolejne kręgi PZPRowsko – PiSowskiego piekła Pan Jaworski nie oszczędza niczego i nikogo (nie wyłączając nawet siebie). Chociaż akurat
w kwestii „propagandy sukcesu” okresu gierkowskiego a propagandą rządu Morawieckiego można dostrzec najwyraźniejsze podobieństwo
obu sposobów realizowania swoich celów w całej omawianej problematyce autor nie potrafi oddzielić technicznej od koncepcyjnej strony polityki. Problem polega bowiem na tym, że w propagandzie sukcesu nie ma w sobie nic swoiście komunistycznego. Przykłady podobnej aktywności można zaobserwować na wszystkich możliwych szerokościach geograficznych poza Antarktydą i we wszystkich możliwych ustrojach politycznych. Równie sensowne byłoby dowodzenie, że
pokrewieństwo totalitaryzmów radzieckiego i nazistowskiego polegało na tym, że i w ZSRR i Trzeciej Rzeszy produkowano samoloty.
Nawet w czymś tak bezsensownym jak teoria totalitaryzmu z reguły argumenty osiągają wyższy poziom.
Problem jak sądzę polega na tym, że w ostatnich dziesięcioleciach Lewica w ogóle zatraciła potencjał intelektualny i techniczny pozwalający w ogóle mówić o jakiejkolwiek propagandzie, walce ideologicznej, agitacji i temu podobnych aspektach działania. Lewica nie ma jak dotychczas nawet przyzwoitego ogólnodostępnego i oczywistego internetowego portalu z prawdziwego zdarzenia. Jak sądzę, księża nauczający o pożyciu seksualnym mają większe doświadczenia praktyczne niż aktywiści Lewicy wypowiadający się na temat propagandy.
Chciałbym natomiast zaznaczyć, że gorąco popieram przytoczone przez pana Jaworskiego postulaty programowe: „Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.” Sądzę jednak, że formułując ten ambitny program należało by zaznaczyć, czy Lewica zamierza zrealizować te cele jeszcze w tym stuleciu, czy już w następnym a dokładniej rzecz ujmując czy przed nadciągającą katastrofą ekologiczną czy już po wyginięciu ludzkości. Być może „opozycja demokratyczna”, jeżeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do władzy, może coś z tego barachła kiedyś zlikwiduje, ale jak sądzę na pewno nie dojdzie do tego w skutek realizacji obecnego Programu Lewicy.
Następne zagadnienie, a więc rzekomy strach PZPR przed Zachodem i psychologia oblężonej twierdzy, której ucieleśnieniem miało być PRL, jak sądzę omówione zostało już wcześniej. Natomiast warto podkreślić, że swoim michniczym radykalizmie pan Jaworski zrównuje nawet sankcje gospodarcze rujnujące PRL po wprowadzeniu stanu wojennego z oczekiwanymi sankcjami Unii Europejskiej wobec kaczystowskiej Polski. W Przypadku PRL sama możliwość tych sankcji była pochodną otwartej polityki gospodarczej i kulturalnej, która te sankcje mogła uczynić tak bardzo dotkliwymi. Natomiast co do oczekiwanych sankcji wobec kaczyzmu to trwająca już dziesięć lat zabawa z Viktorem Orbanem świadczy o tym, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż niegdysiejsze wykańczanie PRLu.
Na pewno jednak nie zobaczymy tego co pan Jaworski ogłasza w następnym podrozdziale swoich wywodów. Mianowicie powrotu do gospodarki neoliberalnej, którą to Lewica wpisała niestety w swój Program. Jak stwierdza pan Jaworski: „W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania.”
Nie wiem na jakim świecie żyje pan Jaworski ale w roku 2021 mówienie o neoliberalnej gospodarce rynkowej jest już „stety, czy niestety” anachronizmem wołającym o pomstę do nieba. Wolnorynkowy neoliberalizm jest już dzisiaj pieśnią przeszłości nie tylko dlatego, że doprowadził do polaryzacji dochodów, która wyzwoliła ciągle wznoszącą się falę radykalnego prawicowego i lewicowego populizmu, ale dlatego, że radykalnie zmieniła się perspektywa postrzegania nadciągającej nieuchronnie katastrofy klimatycznej. Załamanie pod wpływem ujawnienia nowych danych naukowych neoliberalnej propagandy odwlekającej walkę ze zmianami klimatycznymi na Święty Nigdy stało się podstawowym faktem naszej teraźniejszości. Radykalne plany dotyczące gruntownych zmian gospodarczych realiów nie są polską aberracją ale globalną koniecznością. Kierunek wyznaczają tutaj nie jakieś „pięciolatki Morawieckiego” ale zjawiska takie jak Plan Timmermansa.
Plan Timmermansa „Fit for 55”, niezależnie od tego co z niego wyniknie, oznacza nie tylko powrót zbankrutowanego rzekomo planowania, ale również niezbędnego do jego ewentualnej realizacji gospodarczego zamordyzmu. Z perspektywy politologicznej kto kogo weźmie za mordę jest drugorzędne, ale to, że przemoc wraca na scenę polityczną i gospodarczą ze wszystkimi swoimi konsekwencjami staje się po prostu oczywiste. Czy Morawiecki wyroluje Timmermansa czy Timmermans Morawieckiego zobaczymy już niedługo, niestety z perspektywy bezsilnego obserwatora.
Nawet najbardziej zakute neoliberalne łby zamiast odlatywać z Elonem Muskiem na Marsa, czy z Jeffem Bezosem w kosmos, mogłyby z Bilem Gatesem poczytać „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej?”.
Niestety jeżeli ktoś tutaj ujawnia wizję gospodarki księżycowej to nie jest to pan Morawiecki, który co warto podkreślić usiłuje modyfikować na bieżąco najbardziej oczywiste absurdy pisowskiej gospodarki, ale nie dostrzegająca tego Lewica.
Co do pisowskich kadr to, żeby nie przedłużać, należy stwierdzić, że nie brakuje im dyscypliny, chamstwa i determinacji na miarę czasów. I powinny one raczej na Lewicy budzić podziw niż pogardę.
Niewątpliwie najbardziej przerażające w całej tej politologicznej analizie jest zakończenie: „I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech
PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością.
Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy”.
Biorąc pod uwagę obserwacje i sondaże niestety, trudno nie zauważyć, że to nie PiS stanowi w Polsce jakiś tam tkwiący w zapomnianych okopach margines, ale jest dysponującym potężnym aparatem, ruchem politycznym rządzącym krajem i nadającym ton miejscowej polityce. Czymś sprawiającym wrażenie tkwiącego w jakiś zapomnianych okopach, gdzie diabeł coraz częściej mówi „Dobranoc”, jest natomiast Lewica. Jeżeli 8 procent elektoratu pójdzie „drogą Lewicy” pozostali mogą nawet tego nie zauważyć. Ciekawe tylko gdzie pójdą? Może być to jakiś „rezerwat” albo jakieś osady „lewicowych Amiszów”. Rozwiązaniem bardziej perspektywicznym byłaby natomiast emigracja na jakieś nieliczne obszary gdzie ludzkość może przetrwać globalną katastrofę klimatyczną ,a więc Irlandia albo lepiej Nowa Zelandia. Jak na razie, dodajmy, na tych obszarach program Lewicy spotyka się z większym zrozumieniem niż Polsce.
Żeby nie być posądzonym o małpią złośliwość względem politologii pana Jaworskiego chciałbym na zakończenie wyjaśnić dość oczywiste źródło wszystkich nonsensów, które zostały przez owego Autora wypowiedziane.
Wyjaśnienie, że idee te zostały wypracowane w plugawych czeluściach Mordoru na Czerskiej zawiera tylko część prawdy albowiem guru Michnik raczej nie grzeszy ani oryginalnością ani samodzielnością myślenia.
Źródło bredni o PiSie w opuszczonych okopach PZPR tkwi w znanej niegdyś książce Francisa Fukuyamy „Koniec historii”. Fukuyama stwierdza w niej, że neoliberalizm na wszystkich swoich poziomach rozwoju jest najwyższym i nieprzekraczalnym etapem rozwoju ludzkości i wszystko to co nie uznaje tej prawdy musi być powrotem przed neoliberalizm. Z tego punktu widzenia jest oczywiste, że jeżeli
Kaczyzm nie uznaje neoliberalnych „wartości” to musi być zakorzeniony w przeszłości i trzeba mu to udowodnić na przykład wymyślając mityczne „opuszczone okopy PZPR”,
w których ma rzekomo tkwić.
Trzeba jednak pamiętać, że ci którzy hołdują tej logice znajdują się w sytuacji przysłowiowej żaby, która nogę podstawia gdy konia kują.
Megalomania Adama Michnika wykracza poza lokalny grajdołek. Tryumf fukuyamizmu w „Gazecie Wyborczej” nie rozpoczął od pokazywania postpezetpeerowskiej Lewicy gdzie jest jej miejsce. Zaczął się on od osobistej wojny Adama Michnika z Władimirem Putinem. Uznanie Rządów Putina w Rosji za krótkotrwały anachronizm rozpoczęło trwający do dzisiaj ideologiczny obłęd. Dowodzenie, że Rosja Putina nie ma prawa istnieć i już za chwilę, za moment, upadnie, jest zasadniczym źródłem ideologicznego stuporu panującego na Czerskiej i w jej okolicach.
Niedopuszczanie do siebie prostej prawdy, że rządy Putina stały się sygnałem początku końca neoliberalnej utopii stało się fundamentem nowej odsłony „Dziejów głupoty w Polsce”. Pojawianie się coraz to nowych ruchów populistycznych i kolejnych dyktatur z maniackim uporem wpisywane jest w infantylny schemat Fukuyamy.
Zignorowane zostały nie tylko fakty ale również sygnały, alternatywnego myślenia. Genialna analiza Immanuela Wallersteina „Koniec świata jaki znany” nie zainteresowała w Polsce nawet psa z kulawą nogą, „To zmienia wszystko” Nami Klein niczego w Polsce nie zmieniło. „Świt robotów” Martina Forda nie rozświetlił ciemności kryjących polską ziemię. „Cztery przyszłości” Petera Frasego (recenzowane na łamach „Trybuny” przez autora niniejszych rozważań) też okazały się psim głosem nie idącym pod niebiosy „polskiej politologii”.
Wymienianie lekcji nie odrobionych przez polską Lewicę i „polską politologię” jest zbyt żenujące żeby je kontynuować i naprawdę jest znacznie bardziej żenujące, niż oglądanie wszystkich dziewcząt jedzących banany sfotografowanych przez wszelkie możliwe Natalie LL, mające poprowadzić nas ku świetlanej przyszłości.

Kierownicza rola partii (cz. II)

„Reformy, których katalizatorem stał się protest robotniczy z lata 1980 roku, przebiegały początkowo pod hasłem >socjalizm – tak, wypaczenia- nie<. Rok 1981 to była wstrząsająca >droga przez mękę<, jaką szła polska gospodarka i zmaltretowane społeczeństwo… Ówczesny system gospodarczy nie był efektywny, nierzadko nawet marnotrawny. Z kolei nasza społeczno-ekonomiczna filozofia, była silnie zorientowana na bezpieczeństwo socjalne. Zderzało się to z realiami ówczesnej sytuacji gospodarczej. Nie dopuściliśmy jednak do obniżenia tzw. spożycia zbiorowego. Słowa zaś: >klasa robotnicza<, >robotnicy<, >obrona ich interesów<- była na sztandarach partii, i Solidarności. Wyrywano więc je sobie – mówiąc obrazowo – nawzajem z rąk. Obecnie słowa te nie pojawiają się w ogóle, lub wypowiadane są tylko półgębkiem. No cóż – jednych >murzyn< zawiódł, dla drugich zrobił swoje<”.

gen. Wojciech Jaruzelski

Pierwsze miesiące tej „drogi przez mękę”- jak mówił Generał, przedstawiałem Państwu w kilku poprzednich tekstach. Tu mam świadomość, że wiele z przytoczonych tam faktów zdążyło- co naturalne- ujść z pamięci. Liczyłem się z tym, przyjmując koncepcję publikacji na rok 2021. Ponieważ jest to rok 40-lecia wprowadzenia stanu wojennego, logicznie nasuwała się taka ich myśl przewodnia: pokazać Państwu Czytelnikom obszary, sfery działań, sytuacje i okoliczności, przez które, dlaczego, i jak doszło do stanu wojennego. Czy musiało do niego dojść, czy było możliwe jego uniknięcie? Stąd – też logicznie – wynikał sens koncentrowania uwagi Państwa na okresie lat 1980-1981. Wstecz można było sięgać myślą i pamięcią, co uczyniłem w 230 rocznicę Konstytucji 3 Maja. Ale wychodzić do przodu, poza rok 1981 – nie. Zakładałem swego rodzaju „pamięciową kurtynę”, choć wiemy co było przez te 40 minionych lat. Skutkiem tego założenia jest potrzeba nawiązywania do poprzednich publikacji, by zachować chronologiczną ciągłość opisu faktów i myśli. Liczę-podobnie jak poprzednio- że Państwo okażą mi wyrozumiałość a stąd także i Pan Sekretarz Redakcji. Jest ona niezbędna w tym tekście. Proszę jeszcze raz przeczytać drugą część sentencji Generała. Odnosi się ona do lat 1980-81 i oczywiście późniejszych. Stan…zadłużenia gospodarki Nikt nie próbuje podważać tezy, że strajki lipcowo- sierpniowe wybuchły na podłożu gospodarczym, szerzej-ekonomicznym.

Przywołuje się też wydarzenia radomskie w 1976 r. oraz w Ursusie i inne o mniejszej ale głośnej skali i wymowie. Dla wielu osób- będących w znaczącej mniejszości ta interpretacja nie jest do końca jasna. Przecież „dekada Gierka”- przypomniał ją na łamach Przeglądu (nr 31, z 26.7-1.8. 2021) red. Robert Walenciak, dziękuję za cenną publikację – „To lata 70, najmocniej zmieniły Polskę”, jak pisze- „uruchomiły gigantyczne pokłady ambicji i energii, które wcześniej były gdzieś przyduszone”. Te „pokłady” – trzeba przyznać- wykorzystała dość umiejętnie w 1980 r. i nadal podsycała Solidarność. Jednocześnie znane perturbacje na rynku zaopatrzeniowym w niektóre towary eksponowano jako dowód nieudolności władzy, np. braki w dostawach cukru, mebli. Jest w tym wiele prawdy. Konsekwencje za ten stan poniósł Piotr Jaroszewicz, który kierował rządem niemal przez całą dekadę Gierka. 18 lutego 1980 r. został usunięty ze stanowiska premiera, rok później-wykluczony z Partii. Uzasadnienie zarzuca „lansowanie przekraczającej możliwości kraju, niespójnej wewnętrznie polityki inwestycyjnej, powiększania zadłużenia kraju i forsowania niedojrzałej koncepcji zmiany cen w 1976 roku”…, a także z powodu „apodyktycznego stylu kierowania, podejmowania pochopnych decyzji gospodarczych i kadrowych oraz ignorowania opinii partyjnej i nieliczenia się z głosami krytyki” (pisała Trybuna Ludu, 6 lutego 1981). Warto przypomnieć, że w latach 1971-1980 Polska zaciągnęła kredyty w wysokości ok. 39 mld. dolarów. Natomiast spłaty rat kapitałowych i odsetek wyniosły ok. 25 mld. dolarów. Pod koniec lat 70. głównym przeznaczeniem nowych kredytów, była spłata starych. Tak np. w 1980 r. zaciągnięto 8,7 mld. dolarów kredytu, z czego na spłatę poszło 8,1 mld. Mimo to, na koniec 1980 r. zadłużenie wyniosło 24,1 mld. Gospodarka polska znalazła się w tzw. pułapce zadłużenia. Z czego to wynikało? Przyczyn było kilka, a pierwszą: drakońskie procenty od kapitału i odsetek, sięgające okresowo nawet 18-20%. Tak „bogato” Zachód nas „kochał”, głównie Edwarda Gierka. Błyszczał na salonach Belgii, Francji, Ameryki. Prześcigano się w kadzeniu mu, ustawiały się kolejki kredytodawców. Taka ciekawostka.

W 1980 r. zorganizował spotkanie w Warszawie Leonida Breżniewa z Valerym Giscardem De Estaing. Natomiast Helmut Schmidt, Kanclerz RFN mówił, że chętnie by go widział w swoim rządzie. Wszyscy chcieli go uścisnąć. Należy tu postawić pytanie- czy te kredyty zostały przejedzone? Robert Walenciak we wspomnianym tekście podaje liczbę 557 nowo wybudowanych przedsiębiorstw, m.in. ok. 2,5 mln. mieszkań , w których dziś jeszcze – 2021 r. mieszka ok. 20 % Polaków. Podaje też, że w tym roku Ministerstwo Finansów szacuje nasze zadłużenie na ok. 1,479 bln. zł. To znaczy, że każdy Polak- od oseska po staruszka, jest zadłużony na ok. 39 tys. zł. Pisze, że „ponad jedna czwarta tej kwoty, to zadłużenie lat 2020/2021. Aż się prosi zapytać: co za te pieniądze zbudowano? Kiedy więc był czas przejadania kredytów, a kiedy inwestowania?” Zachęcam do czytania Przeglądu i Trybuny. Życzmy sobie nadal dobrego samopoczucia! Niektóre przypomnienia… Ponad rok temu, w kwietniu 2020 r., przypomniałem 10- punktowy pakiet rządu, gdzie na czołowych miejscach Generał w ekspose postawił „zaopatrzenie ludności w podstawowe artykuły, przede wszystkim w żywność…kontrolę cen detalicznych… walkę ze spekulacją … złagodzenie problemów ochrony zdrowia… zaopatrzenie w leki… walkę z patologią społeczną i budownictwo mieszkaniowe”. Tu wspomnę, niektóre Państwa reakcje na tę część tekstu. Nie powinniśmy się dziwić np. spekulacji, gdyż mamy ją we krwi, nauczyły nas tego lata zaborów i okupacji. Brak towarów z jednej strony, z drugiej napływ pieniądza także za strajki- powodował „walkę o żywność”, której w lutym 1981 r. jeszcze nie było widać, a pół roku później, tak. Kto z Państwa pamięta „słynne” marsze głodowe-proszę opowiedzieć o nich dzieciom i wnukom. Odnotowałem słowa uznania za troskę o leki i ludzi chorych- odniesienia do przypadków obecnie kompromitujących, pomijam. Nie pozostawili Państwo Czytelnicy przysłowiowej suchej nitki na budownictwie mieszkaniowym w III RP.

Prawdą jest, że „czasy się zmieniły”, a „prywatne wille upiększają Polskę”- literacko opisała Pani Czytelniczka, prosząc o przekazanie słów uznania Córce Generała (za takiego Ojca) i Redakcji Trybuny. Myśl przewodnią tego „planu” powtórzył Generał w „Apelu o 90 spokojnych dni”, gdzie „troskę o cele społeczne” postawił na pierwszym miejscu. Pytałem tam Państwa, jak Solidarność zareagowała, co czyniła by przynajmniej nie przeszkadzać w realizacji, choć logicznym była pomoc poprzez pracę i dyscyplinę społeczną. Z uwagą słuchałem niektórych tonujących głosów, wypowiedzi i komentarzy, głównie akcentujących początkowy okres „premierostwa” Generała. Krótka wymiana myśli i ocen sprowadzała się do faktu, że wojskowy stanął na czele rządu , a to mogło „pachnieć” przykładem Marszałka. Ale wyraźny był akcent na autorytet Wojska wśród społeczeństwa-chyba mówili to rezerwiści, dzieląc się wspomnieniami sprzed lat, gdy w rodzinne strony przyjeżdżali na przepustki. Zachęcałem i nadal zachęcam Państwa- podzielcie się swoimi refleksjami i wrażeniami z młodzieżą. Zechciejcie Państwo przypomnieć tamten trudny czas, tę „drogę przez mękę”- powtórzę, na łamach Trybuny. Zbliża się 40 rocznica stanu wojennego, więc warto „żywe słowo” utrwalić ku pamięci potomnych, a także okazać szacunek tym, którzy codzienną pracą i Służbą na każdym stanowisku nie dopuścili do „większego zła”, do… Choć skupiłem Państwa uwagę na pierwszych tygodniach po „Apelu o 90 dni”, jednakże nie poprzestanę na tym. Minęło zaledwie 5 tygodni i był „Bydgoski wstrząs”- postawił Polskę na krawędzi wewnętrznej, bratobójczej walki. Tu jestem nieprzejednanie uparty- to Solidarność, tak zaślepione swą nieomylnością Kierownictwo, a głównie skrajna grupa doradców – proszę jeszcze przeczytać odnośne teksty i zwrócić uwagę na ostrzeżenia i przestrogi Prymasa, jego rady. Proszę dostrzec wysiłek rządowego zespołu związkowego, gdzie Mieczysław Rakowski i Stanisław Ciosek wynegocjowali, wręcz zmusili Lecha Wałęsę, by Solidarność odstąpiła od powszechnego strajku, poprzestała na ostrzegawczym 4-godzinnym. Piszę złośliwie-„łaskawie” poprzestała! Dlaczego, bo wciąż wielu nie rozumie, że to mogło skończyć się męczeńską śmiercią wielu „zwykłych – Bogu ducha winnych” członków Solidarności i nie tylko w Bydgoszczy. Powiem wprost-denerwujące są słowa – „przecież Wałęsa sam zdecydował”…Nie zamierzam umniejszać zasług Noblisty. Wiem-to efekt dzisiejszej propagandy po „obchodach rocznicy” w Bydgoszczy – jedni podnoszą „zasługi” pana Jana Rulewskiego, inni pana Lecha Wałęsy albo na odwrót. Nie mam zamiaru brać udziału w tej „mieszaninie narracji”. Upominam się o rozsądek o trzeźwość oceny sytuacji po latach! O odpowiedzialność za „żywych ludzi”! „Trzeba rozpatrywać najgorsze scenariusze”- znacie Państwo Autora tej oceny. Uparcie pytam- czy ta „odpowiedzialność” spoczywała tylko na Jaruzelskim, Ciosku, Gduli, Chocholaku, Rakowskim, Barcikowskim, Kani …a na Borusewiczu, Modzelewskim, Gwieździe, Rulewskim, Celińskim, Frasyniuku – to nie?

Domagam się poważnej i rzetelnej oceny- podkreślam- zasług strony rządowej w uratowaniu Polski, a Solidarności głównie przed zabiciem, zmaltretowaniem pewnej liczby jej członków w marcu 1981 r. Pytam- kto wykluczy, że wtedy mogło paść pytanie z Moskwy- czy towarzyszu Jaruzelski w 48 godzin zaprowadzicie w Bydgoszczy spokój? Co wtedy, kto zna odpowiedź? A gdyby na próby tłumaczenia sytuacji, wyjaśniania okoliczności zgromadzenia ludzi przez np. wprowadzenie ich w błąd, padł rozkaz- towarzyszu Władysławowiczu, Wojsko ma zostać w koszarach, wszystkim zajmie się towarzysz Kulikow- słuchawka została odłożona. Co wtedy, kto zna odpowiedź? Co miałby zrobić Generał…wydać rozkaz Wojsku … pozostania w koszarach… wyjścia i „przeciwdziałania” czyli „walki, strzelania do sojuszników”? Popełniłby samobójstwo. Kto byłby winien rozlewu krwi? Piszę te słowa z bólem i goryczą, jako przywołanie pamięci kilku rozmów z Generałem w latach 2006-2008, by Państwu możliwie krótko odpowiedzieć na refleksje, myśli, wnioski, które przy wielu rozmowach „krążą wokół Bydgoszczy”. Dziękuję za dzielenie się przemyśleniami po każdym tekście, za wyrazy zachęty, ale wspomnień nie będę pisał … Miłej Pani Czytelniczce odpowiem-nie wiem kto i kiedy odważy się w Polsce postawić pomnik „chwały rozumu i rozwagi Polaków w latach 1981-1990” z Generałem w tle… Wracam do głównego wątku. „Po Bydgoszczy” różne strajki, protesty, okupacje żądania- wciąż trwały. Generał zabierając głos na posiedzeniu Sejmu12 czerwca 1981 r., ocenił to krótko – „Rząd pod >pistoletem strajkowym<, zajmując się wciąż różnymi punktami zapalnymi, nie może efektywnie spełniać swej funkcji”. Odpowiedział też górnikom na ich strajki – „Mówi się węgiel to >czarne złoto<. Dziś trzeba powiedzieć inaczej – węgiel to nasz tlen. Bez złota można żyć. Bez tlenu nie”. Podał taki przykład- za 1 mln. ton moglibyśmy zaimportować ok. 40 tys. ton masła, co zaspokoi rynek na 1,5 miesiąca. Węgiel był dla nas „atutem eksportowym”, od lat 20-tych. Wtedy po „strajkach węglowych”, Polska weszła na rynki w Skandynawii i W. Brytanii. Za węgiel w Szwecji kupiliśmy działa dla baterii na Helu i przeciwlotnicze Boforsa, słynne z 1939 r. Zaczęliśmy te rynki tracić wiosną 1981 r. Kto pamięta „zachwyty” nad blokadą portu w Gdyni? Proszę też sięgnąć do tekstu- „Solidarność szła” i przypomnieć sobie słowa Lecha Wałęsy – „Tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie… Nie będziemy wysuwać programów politycznych”. Można z rozrzewnieniem wzdychać i nawet sobie zaśpiewać – „ale to już było”…Lato temu sprzyja. Przed Zjazdem Wystąpienie Generała w Sejmie 12 czerwca 1981 r., zachęcam do uważnego przeczytania – nie było czarnowidztwem. Poselskie głosy dały asumpt do opracowania na potrzeby delegatów IX Zjazdu – „Raportu” o stanie gospodarki. Jedną z głównych jego pozycji był stan gospodarki za I półrocze, opracowany przez zespół wicepremiera Janusza Obodowskiego (szef Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego). Zawierał „rozliczenie” z realizacji priorytetów w dostawie energii elektrycznej i paliw w 1981 r. do: gospodarstw domowych i rolnych; zakładów służby zdrowia; zakładów mleczarskich i piekarni, zakładów warzywno-owocowych i produkujących inne artykuły spożywcze; szkół i zakładów opieki społecznej; zakładów gospodarki komunalnej; zakładów usługowych dla ludności; drobnych zakładów przemysłowych i spółdzielczych, które zajmowały się produkcją rynkową. Te preferencje społeczne, humanitarne dokonywano kosztem innych dziedzin gospodarki, w tym eksportu i wzrostu naszego zadłużenia zagranicznego. „Raport” uwzględniał także oczekiwania naszych sąsiadów wobec Polski, jakie usłyszał Generał na sesji RWPG w Sofii (2-4 lipca 1981). Po latach oceniał, że były upokarzające. Przez 4 miesiące 1981 r., do ZSRR wysłaliśmy tylko 620 tys. ton węgla, zamiast planowanych 5,5 mln. ton. Dla prasy i działaczy Solidarności taka wiadomość była „przebojem sezonu”.

Oczywiście, kwestie wymiany towarowej i handlu z ZSRR budziły wiele uwag i kontrowersji. Wtedy „na czasie” był nasz tani eksport statków do ZSRR, ale nikt nie chciał znać faktu, że kupowaliśmy, np. ropę i gaz dalece poniżej cen światowych. Stąd radzieccy ostrzegali o zbilansowaniu tej wymiany. Długo nie trzeba było czekać- we wrześniu przedstawili nam plan dostaw na 1982 r.- napiszę o tym oddzielnie. Głosy krytyczne, wręcz pretensje i żale oraz dosłowne żądania padały w Sofii ze strony NRD i CSRS, niego łagodniejsze z Rumunii, umiarkowane z Węgier. Brak rytmicznych dostaw z Polski wywoływał coraz większe kłopoty, rozchwianie ich produkcji przemysłowej. Sympatię sąsiadów zaczęliśmy od połowy 1981 r. tracić w tempie niemal lawinowym. Kto o tym pamięta? Gospodarka na IX Zjeździe Była jedną z trzech – obok sytuacji wewnętrznej i bezpieczeństwa Polski (o nich kolejne teksty)- części wystąpienia Generała. Nawiązał do „Raportu”, podkreślając szacowany spadek dochodu narodowego o 15 %, co w „warunkach pokojowych zdarza się w świecie niezwykle rzadko”. Przy tym wzrost dochodów ludności o prawie 23 % i 10 % spadek dostaw towarów już „wywołuje objawy paniki i wykupywania towarów”. Postawił przed delegatami pytanie- „co jest głównym, najpilniejszym zadaniem?” I odpowiadał- „zahamowanie spadkowych tendencji w produkcji, a następnie jej odbudowa. Nie ma innej drogi”. Zwrócił uwagę- „rozumiemy słowa zniecierpliwienia, które padały również z tej trybuny. Plany dostaw środków produkcji dla rolnictwa nie są wykonywane. To bardzo złe zjawisko”. Może nastąpić „w najbliższych 2-4 miesiącach spadek dostaw mięsa i jego przetworów” – ostrzegał. Skupił uwagę na omówieniu reformy gospodarczej, której „filarami są- samorządność załogi oraz centralne planowanie”. Odniósł się też do głosów w dyskusji nad jej projektem jaki Komisja przedstawiła Zjazdowi, m.in. mówiąc, że w ciągu 2-3 miesięcy będzie zakończony „przegląd różnego rzędu przepisów prawnych, uchwał, zarządzeń i rozporządzeń regulujących funkcjonowanie gospodarki. Zniesione zostaną przepisy krępujące inicjatywę, stwarzające osłonę dla asekuranctwa i bierności…Jakimi konsekwencjami grożą pochopne decyzje – nie trzeba udowadniać. Skutki woluntaryzmu minionego okresu, kraj nasz odczuwać będzie jeszcze przez długie lata”. Tu kolejny raz odniósł się do dyskusji Zjazdu, odpowiadając na pytanie -„Jakie są gwarancje, że reforma gospodarcza zostanie zrealizowana”? Choć w II-ej połowie lat 50-tych i na początku lat 70-tych były podejmowane próby, ale nie przyniosły oczekiwanych efektów. By tak się nie stało – „są po temu trzy ważkie i zbieżne przesłanki: zapotrzebowanie społeczne, dążenie załóg robotniczych i całego społeczeństwa do przebudowy życia gospodarczego… zdolność kadr do przygotowania i przeprowadzenia kompleksowej reformy gospodarczej… polityczna wola … wyrażana i potwierdzana w praktyce przez Partię i władze państwowe”. Mówiąc o szerokiej konsultacji społecznej reformy, w tym treści projektowanych ustaw, które otrzymała Solidarność, powiedział wprost- „Żałować należy, że zabrakło w niej oficjalnego głosu NSZZ Solidarność”. Autorom programu reformy wyraził serdeczne podziękowanie i uznanie. Premier zapewniał Zjazd, że mimo przeżywanych, spodziewanych trudności i przeszkód, Polska nadal pozostanie „poważnym, zarówno godnym zaufania, jak i żywiącym zaufanie sojusznikiem”. Że „ufać trzeba, iż partia odbuduje w pełni swą przewodnią rolę”. Oświadczył, że „dziś sprawowanie władzy jest ogromnym ciężarem. Nie chodzi więc o personalne pozycje. Te zdać najłatwiej. To wielka ulga. Nie może być i nie będzie oddana władza socjalistycznego państwa. Tu nie powinno być żadnych złudzeń, żadnego igrania z ogniem”. Były to słowa apelu i zarazem ostrzeżenia adresowane do Solidarności. Zachęcam Państwa do refleksji nad cytowaną wyżej sentencją-„Słowa zaś: >klasa robotnicza<, >robotnicy<, >obrona ich interesów< – była na sztandarach partii, i Solidarności. Wyrywano więc je sobie – mówiąc obrazowo – nawzajem z rąk. Obecnie słowa te nie pojawiają się w ogóle, lub wypowiadane są tylko półgębkiem. No cóż-jednych >murzyn< zawiódł, dla drugich zrobił swoje<”. Jak do reformy i porozumienia narodowego odniosło się jej Kierownictwo, napiszę niebawem. Pod koniec obrad Zjazd uchwalił podziękowanie dla doradców Komisji Uchwał – Jerzego Kawalerowicza, Tadeusza Łomnickiego, Włodzimierza Sokorskiego i prof. Jerzego Wiatra.

Dla Profesora „konieczność poważnych reform ekonomicznych”… była podstawą „przezwyciężenia chronicznej sprzeczności między rosnącymi aspiracjami społeczeństwa a możliwościami gospodarki narodowej”. Te racje zaszczepiał rozmówcom podczas pozjazdowych spotkań. Pod rozwagę, ku pamięci… Przebieg Zjazdu uważnie śledzili nasi sąsiedzi. Oficjalna reakcja władz radzieckich była dosyć chłodna. Dyskusję zjazdową nad reformą i wystąpienie Generała odczytano, że rząd jest „skłonny ulec żądaniu Solidarności w sprawie przekazywania państwowych przedsiębiorstw pracowniczym kolektywom, co oznacza faktyczne przekształcenie ich w grupową własność. Co pozostanie wtedy państwu? Przecież to jest rozbicie ekonomicznej podstawy socjalizmu”. Moskwa nie kryła obaw. Tę subtelność dostrzegli obserwatorzy Zjazdu z CSRS oceniając, że „niektóre działania podjęte przez kierownictwo partii były zorientowane przede wszystkim na >uspokojenie< ZSRR i innych krajów wspólnoty socjalistycznej”. Kilka refleksji Generała 1. Jest rzeczą naturalną, że wobec zapowiedzi reform, radykalnych zmian, wielu przedstawicieli naszego społeczeństwa zadaje pytanie: co my będziemy z tego mieli? Trzeba je odwrócić i spytać- ile stracimy, ile straci państwo i całe społeczeństwo?, jeśli tego wielkiego przedsięwzięcia reformatorskiego nie doprowadzimy konsekwentnie do końca. 2. Ekonomiki, praw ekonomicznych oszukać nie można. Jeśli oszuka się je dzisiaj, zapłaci się za to jutro. Odczuliśmy to bardzo boleśnie. Po to wprowadzana jest głęboka reforma, by efektywność była wymuszana w sposób naturalny, a nie przez różne „protezy”, odwoływanie się do akcji, apeli, nieustannych kontroli, łataniny. 3. Reforma jak każda zmiana, niesie ze sobą subiektywne poczucie zagrożenia, lęk przed nowymi wymaganiami. Jednakże nie zapuściła korzeni głęboko. Jej mechanizmy nie zostały wyraźnie skojarzone z polityką gospodarczą. Utrzymywały się postawy konserwatywne i hamujące. Opóźniały i utrudniały ruch do przodu partykularne,, branżowe interesy, działania pozorowane. Wiele było przyczyn subiektywnych – zastarzałych nawyków, biurokratyczno – branżowych oporów, wreszcie niedostatecznego horyzontu wizji wśród kadr. 4. Reforma nie potrzebuje oklasków, lecz realizacyjnej skuteczności. Radykalizm proklamacji, przejść powinien w radykalizm wykonania. Przyniesie on dokładnie tyle i takich efektów, jakie wspólnie wypracujemy i wspólnie uznamy za sprawiedliwe. 5. Polacy są romantykami. Romantyzm zaś jest dobry w poezji, natomiast w gospodarce to najgorsza rzecz, jaką sobie można wyobrazić.

Kolejna, III część tekstu niebawem.

Autor w okopach

Utożsamione PZPR i PiS to tyle samo co wół do karety

Wiele było i jest nadal przyczyn, a nawet konieczności, podobnie jak w nadmiarze polityków i różnych innych, do opluwania Polski Ludowej od pierwszych dni III RP. Ostatnio porównywanie czasów PRL-u do rządzącego od sześciu lat PiS-u ma na celu podkreślenie, jakby mało jeszcze brakowało tego codziennego bezprawia, matactwa i wyjątkowego bezhołowia, że oba te okresy równe są sobie, a wiadomo przecież, że za komuny było tylko zło. A jeszcze gdy dodać przepoczwarzanie się partii Jarosława Kaczyńskiego w PZPR oraz ogrom dokonanych zmian w dzisiejszej Lewicy, to odsyłam do „Trybuny” (26-27.07.2021), w której ukazał się bardzo obszerny tekst Jacka Jaworskiego „PiS w opuszczonych okopach PZPR”.

Utożsamianie tych dwóch partii,

poza ich autorytarnym charakterem, co niewątpliwie istotne, jest błędne bowiem dzieli je nieskończoność Kosmosu, a łączy jedynie bliskość Księżyca. To samo dotyczy także kwestii ideologicznych i wszelkich zresztą innych.

Jeżeli nawet przypomnieć wymowne słowa Władysława Gomułki z 18 czerwca 1945 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, to jednak PPR, a później PZPR, co by nie powiedzieć najbardziej krytycznego o tamtym czasie, dokonały epokowego i bardzo wartościowego przeobrażenia kraju. Wiele przyczyn złożyło się na to, że ówczesna władza zaproponowała Okrągły Stół, a jeszcze później dokonała samo transformacji przyjmując socjaldemokratyczny charakter. To za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego Polska znalazła się w NATO i za premierostwa Leszka Millera w Unii Europejskiej zadomawiając jej wartości. To właśnie tamte przemiany i decyzje wyznaczyły kierunek współczesnej Lewicy i stad wcale nie musiała wykonać „ogromnej pracy”, jak chce autor.

Podobnie nie jest prawdą, że „PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz”, bowiem robi to co od początku zapowiadał. Po jego „osiągnięciach”, poza słusznym acz uproszczonym do granic absurdu i politycznie motywowanym, wsparciem typu 500+ i 13-14 emerytury, ale także wyjątkowym namotaniem w głowach Polaków i powszechnym skokiem na państwową kasę, pozostanie tylko spalona ziemia, na której nie sposób będzie postawić nie tylko okrągłego, ale i żadnego innego stołu. Nawet w okopach pana Jaworskiego.

Problem i stosunek do ludzi LGBT

jest dla autora kolejnym dowodem identyfikacji czasów PRL – PiS oraz chwały dla obecnej Lewicy. Pisze, że poza „stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną”. Nadto podpiera się milicyjną akcję „Hiacynt”, sam sobie zresztą zaprzeczając, gdyż uznaje ją za tzw. szukanie haków. Świadczyła ona nie „o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT”, a o ówczesnym stanie świadomości całego społeczeństwa i standardowej procedurze wszystkich na świecie służb, polujących zawsze na jakieś dysonanse, słabości czy też inne sytuacje umożliwiające szantaż.
Zmiana stosunku do odmienności seksualnej nawet w krajach demokratycznych była bardzo długim i pełnym dramatycznych wydarzeń procesem. A co dopiero w Polsce pod przemożnym wpływem w tej kwestii nie PZPR a Kościoła katolickiego. Dość przypomnieć radosny rechot licznych, męskich gęb i zapewne zatroskanie niektórych matek po (niezręcznych i niechcianych wywołać taki skutek) słowach sprawozdawcy sportowego Bohdana Tomaszewskiego: „Jadą. Cały peleton, kierownica koło kierownicy, pedał koło pedała” oraz „Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.

Jaworski po prostu nie dostrzega, że informacja o dokonanym właśnie coming out przez znaną polską sportsmenkę, o czym donosił Onet, dowodzi odwagi i przykładu, ale przede wszystkim nadal stanowi wyjątkowość zjawiska, co na Zachodzie na ogół już nikogo nie interesuje. Szacunek dla seksualnej odmienności przyszedł do Polski, także do Lewicy, akceptowany głównie przez młodych, wraz z otwarciem granic i świata, tyle tylko, że ten PRL-owski, z co najmniej jednej ważnej przyczyny był zamknięty. A, że PiS ponownie go zamyka, to już inna, acz oczywista sprawa.

Jest i sporo o polskim kościele,

na ogół powszechnie znane sprawy, ale warto przywołać cytat: „Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę…w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.”

Poza okresem stalinowskim ówczesna władza nie prowadziła państwowej ateizacji, w czasach Gomułki miało miejsce szereg starć z Kościołem, ale nigdy i w żaden sposób nie podważono jego istnienia, za Gierka te relacje obfitowały wręcz serdecznością wyrażającą się także w setkach nowych kościołów, w latach osiemdziesiątych stosunki gen. Jaruzelskiego z Janem Pawłem II należały do doskonałych, a nadto premier Rakowski ubogacił na lata polski Kościół stosowną ustawą. Jak się okazuje komuchy nie chciały uśmiercać Kościoła, a wyszło wręcz odwrotnie.

I jeszcze jeden: „Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.”

Jaki powrót? Jakie korzenie ? Ale i dobrze ??? Chce pan, panie Jaworski uśmiercić Kościół ? Ja się po panu tego nie spodziewałem.

Z determinacją i wielkim poświeceniem

Jacek Jaworski atakuje PiS, głownie poprzez obnażanie całego zła okresu PRL. Metoda nie jest nowa, acz nowatorsko i okazale rozwinięta. Nowość polega na tym, że tradycyjnie tym sposobem prezentowano wyższość jakiegoś ustroju, okresu, polityki nad innym, tym gorszym, minionym słusznie, złym. Tak miało miejsce nie tylko z oceną II RP w pewnych latach PRL. A tu nowość: bezkompromisowy krytycyzm Prawa i Sprawiedliwości poprzez równie mocne obnażanie PRL-u.

Tragifarsa zbudowana jest na wybiórczym i często dalekim od prawdy, ale przystającym do wyobrażeń autora, przywoływaniu pewnych, często wybranych i jednostkowych wydarzeń, działań, sytuacji, a nawet na pomówieniach. Również w sprawie seksu, acz tu Jaworski, chyba z konieczności, posłużył się radzieckim przykładem: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”

Prezentowany tekst

pozbawiony jest elementarnych reguł: uwzględnienia pojęcie czasu, okresu i zmiany, także społecznej, uwarunkowań nie tylko politycznych czy ekonomicznych, również historycznych i kulturowych. Nadto zabarwiony biało-czarnymi ocenami, a wiec bez minimum obiektywizmu. Takim sposobem, bo przecież nie poważną analizą historyczno-politologiczną, posługuje się wspomniany przez autora IPN, tylko skąd to odwzorowywanie u gorącego zwolennika Lewicy?

Czytamy na koniec tych wywodów:

„PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić” i w naturalny sposób rodzi się pytanie w jakich to okopach, w twierdzy raczej, tkwi autor ze swoją wiedzą i oglądem świata. Jeżeli te pisowskie okopy mają mieć coś wspólnego z socjalizmem w ogóle, a nawet z tym jakże wypaczonym i ułomnym z okresu Polski Ludowej, to ja widocznie mieszkam na zupełnie innej planecie niż autor.

Takich i podobnych fragmentów znajdą Czytelnicy w tym tekście w nadmiarze. Nie jestem w stanie podjąć dalszej, poważnej polemiki z zaprezentowanym poziomem argumentacji, gdyż przypomina mi szereg wypowiedzi i publikacji z okresu festiwalu Solidarności.

Peany autora

wyrażone na temat współczesnej Lewicy, liczne, wielkie, z zachwytem i wszystkim innym – w kontekście całej wypowiedzi – jej nie pomogą i nikogo nie przekonają. Sukces odniesie, gdy upora się z wewnętrznymi problemami i zyska zdecydowanie większy elektorat.

Kierownicza rola PZPR (cz. I)

„W ustroju realnego socjalizmu, w tamtym systemie, partia stanowiła konstrukcję, kręgosłup państwa – polityczny, kadrowy, organizacyjny. W tym momencie nie oceniam tego, nie wartościuję, jedynie stwierdzam fakt. I nawet zasadniczo reformując ją, odstępując część politycznego pola innym siłom- nie było możliwe zburzenie tej konstrukcji. Już nie mówiąc o naszych wewnętrznych oporach, oznaczałoby to przede wszystkim destabilizację kluczowego geostrategicznie państwa i tym samym niebezpieczne naruszenie układu sił w Europie”.

gen. Wojciech Jaruzelski

Tytuł publikacji i cytowana sentencja, mogą niektórych spośród Państwa Czytelników wprowadzić w zdumienie. Czy mamy wracać myślą do czasów, jak wielu „podwórkowych znawców”, nie znających tamtych lat z autopsji „dumnie” wykrzykuje – „słusznie minionych”? Wielu spośród nas na przysłowiowy pierwszy rzut oka może dziś nie dostrzegać w Polsce partii, której taką rolę można przypisać lub uważać za epitet adresowany PZPR. Czy słusznie? Polacy, szczególnie osoby uważnie obserwujące proces manipulacji oceną przeszłości, od kilkunastu lat zwany polityką historyczną, z uśmiechem na twarzy, mogą uznać za przypomnienie ku refleksji.

Temat „kierowniczej roli” kilkakrotnie sygnalizowałem w poprzednich tekstach, cytując np. wypowiedzi Prymasa Tysiąclecia czy „awanturę” podczas rejestracji NSZZ Solidarność- na tle pominięcia w statucie zapisu z Konstytucji dot. właśnie kierowniczej roli PZPR. Doczekała się ona na przestrzeni 45 lat PRL wielu opracowań naukowych i wspomnieniowych, np. „Polska pod rządami PZPR”, Wyd. PROFI, Warszawa 2000. O przypomnienie i obronę dorobku PRL, w tym- co oczywiste – także PZPR upomniał się Pan prof. Jerzy Wiatr w tekście „Kryzys lewicowej polityki” (DT, 16-18 lipca 2021). m.in. pisząc, że „odważna i konsekwentna obrona dorobku Polski Ludowej w tych wszystkich obszarach, w których ówczesna polityka dobrze służyła polskiemu interesowi narodowemu, a także stanowczy sprzeciw wobec dyskryminacyjnego traktowania ludzi uczciwie pracujących dla Polski w istniejących przed 1989 rokiem warunkach”- powinna być ważnym punktem programu. Zachęcam Państwa do stałego czytania Trybuny, zarówno w kontekście śledzenia ocen dorobku z przeszłości, a także stąd wynikających wniosków i ich umiejętności spożytkowania na niwie szeroko rozumianej „lewicowej polityki”.

Pytania do dyskusji

Toczące się dyskusje, spory i przemiany na naszej, polskiej scenie politycznej, które tak refleksyjnie wyeksponował Pan prof. Jerzy Wiatr, skłaniają do refleksji i wniosków. Zauważcie Państwo, że dziś niemal każdy piszący o okresie PRL, z wyczuwalnym przekąsem używa zwrot-komuchy, komuniści, rzadko ujmując w cudzysłów, jako autorski wyraz szacunku. Nikomu nie trzeba wyjaśniać skrót – PZPR. Pytam- a jak brzmiały oficjalne nazwy partii sprawujące władze w innych krajach bloku wschodniego, np. KPZR, KPCz, RPK, BPK. Tylko na Węgrzech- WSPR podobnie jak w Polsce była partia robotnicza, tu dodatkowo „socjalistyczna” oraz w NRD- NSPJ, też „socjalistyczna”, do tego „Jedności”. Czy nie skłania nas do zastanowienia nad potępianiem? Prawda, że wiele razy padał z wysokich trybun zwrot- „my, polscy komuniści”, ale w jakim znaczeniu? Na ile był to wyraz „komunistycznej ideologii”, a na ile „sojuszniczej jedności” partii sprawujących władzę w bloku wschodnim? Niby niuans, ale wart zastanowienia i właściwego rozumienia. Państwo dobrze wiedzą jaka była na co dzień „ideowość” wśród „zwykłych” członków PZPR, ile było rodzinnych kłótni np. na tle religijnym. To prowadzi do ogólniejszego wniosku- jaka partia jest „lepsza”, ta liczebnie mała- kadrowa, ale „ideologicznie” pryncypialna? Czy ta masowa, np. w latach 80-tych PZPR liczyła ok. 3-3,5 mln. członków, w tym ok. 1 mln w Solidarności. Nie trudno Państwu – patrząc na powyższą sentencję Generała uznać, która z dwóch odpowiedzi- „kadrowa” czy „masowa”, jest właściwsza dla „kręgosłupa państwa”- w wymiarze „politycznym, kadrowym, organizacyjnym”.

Wymiar „kadrowy” PZPR

Możemy- po latach ocenić jaki miały wpływ „liczebność” i „ideowość” na skuteczność działania PZPR w dekadzie lat 80-tych. Jakie stąd wnioski wynikają dla dzisiejszej Lewicy?

Wiemy, że PZPR powstała w grudniu 1948 r. z połączenia PPR i PPS. Od tego momentu sprawowała kierowniczą rolę w Polsce. Odpowiedzialna za wszelkie zło- przypominane przy każdej, nadarzającej się okazji. A dobro – czyżby go nie było przez te 45 lat? Może najmniej sporów wywołałby przykład Władysława Gomułki, ale tylko w momencie dojścia do władzy w 1956 r. (kto np. pamięta, że był Ministrem Ziem Odzyskanych?) oraz Edwarda Gierka sferze politycznego „otwarcia na Zachód”, ale z pominięciem zadłużenia!

Kto dziś chce pamiętać, że zasłużony dla Polski szef MSZ Adam Rapacki był członkiem PPS (słynny na świecie „Plan Rapackiego”), także Józef Cyrankiewicz. Czy nie skłania do myśli w dzisiejszej PPS o współodpowiedzialności za jakość i skutki sprawowania „kierowniczej roli”?

A skoro o tym mowa- proszę, by Państwo wskazali (poza Watykanem) kraj, w którym władzy nie sprawuje partia- bez względu na jej nazwę. Czy dziś na świecie i oczywiście w Polsce po 1990 r. partie sprawują „kierowniczą rolę” czy nie? Na czym polega sedno, istota „władztwa” partii u nas, na świecie,(np. KP Chin, obchodzi 100-lecie działalności. Wiele pisze Trybuna, zachęcam do poznawania refleksyjnych faktów i wniosków). Może zechcecie Państwo znaleźć podobieństwa i odniesienia do przeszłości, okresu PRL i czasów PZPR, także zachęcam.

Kadry PZPR- lata 80-te

Że temat publikacji jest wyjątkowo rozległy faktograficznie i merytorycznie, nie muszę wyjaśniać. Proszę zatem pozwolić mi skupić Państwa uwagę na kilku wymownych faktach.

Mija właśnie 40 lat od IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR (14-21 lipca 1981r.) Był on faktem, wydarzeniem- bacznie obserwowanym przez sąsiadów, szczególnie w Moskwie, Pradze i Berlinie, sygnalizowałem we wcześniejszych publikacjach. KPZR nawet podejmowała kroki, by go opóźnić, czym tzw. twardogłowi- zwolennicy ostrego kursu wobec Solidarności, popierani właśnie przez sąsiadów a Moskwę szczególnie- zyskaliby większe poparcie, „siłę przebicia” oraz możliwość objęcia władzy w PZPR. Z takim myśleniem „współgrała” koncepcja 9 generałów WP, pisałem w „Krzywdy stanu wojennego” 17-18 lutego br. Nasze szczęście, że przepadła i jest tylko wymownie drażniącym wyobraźnię dokumentem archiwalnym.

Swoisty pierwszy „wstrząs kadrowy” miał miejsce drugiego dnia Zjazdu. Po odczytaniu raportu Komisji o odpowiedzialności za stan gospodarki i sytuacji w Polsce lat 70-tych, delegaci zdecydowali o wykluczeniu z partii Edwarda Gierka, Edwarda Babiucha, Jerzego Łukaszewicza, Tadeusza Pyki, Jana Szydlaka, Zdzisława Żandarowskiego. Była to- jak pisała ówczesna prasa – decyzja spontaniczna. Nie pomogły wyjaśnienia i argumenty Stanisława Kani, który bronił przed druzgocącym potępianiem Edwarda Gierka. Pozbawienie legitymacji partyjnej b. I Sekretarza nigdy w historii PZPR nie miało miejsca. Warto się zastanowić, obecnie wyciągnąć wnioski.
Drugi, swoisty wstrząs nastąpił podczas wyborów centralnego kierownictwa. Z liczącego przeszło 100 osób KC, zostało zaledwie 18 członków. Zjazd potwierdził popularność Wojciecha Jaruzelskiego, który w wyborach do KC otrzymał najwięcej głosów. Jego kandydaturę poparło aż 1615 z 1909 uprawnionych do głosowania. Na kolejnym miejscu znalazła się Zofia Grzyb (1476 głosów),brygadzistka z radomskiego „Radoskóru”. Jerzy Romanik, brygadzista w Kopalni Węgla Kamiennego „Siemianowice” (1461 głosów). Dyrektor PGR w Głubczycach Zbigniew Michałek, (1433 głosy). Stanisław Kania-1335 głosów i dalej I Sekretarz, nie miał konkurenta. Wicepremier Mieczysław Rakowski dostał kilka głosów ponad wymagane minimum.

Zmiany te jasno wskazują, że delegaci odrzucili tzw. partyjny beton i wielu reformatorów. Istotne zmiany zaszły w BP. Jedna była szczególna-członkiem został gen. Mirosław Milewski, szef MSW, (stanowisko po nim objął gen. Czesław Kiszczak). Stał się odpowiedzialnym w BP i KC za funkcjonowanie „po linii partyjnej”, m.in. MSW (MO, SB) i sądownictwa. Skąd taka zmiana – wiedziano, że jest zaufanym człowiekiem Moskwy i jednym z liderów twardogłowych. Wtedy kalkulowano tak- będzie informował co dzieje się w „centrali Partii”, a przed Moskwą nie zamierzano tego ukrywać, nawet było „na rękę”. Ale utracił bezpośrednią władzę w MSW, gdzie sytuacja wymagała ciszy, rozważnej pracy bez rozgłosu. To zapewniał gen. Czesław Kiszczak. Natomiast całkowite usunięcie tej osoby pozwoliłoby mu szkodliwie działać bez nadzoru. Był to kadrowy wybór mniejszego zła, tak w wąskim gronie ocenił po latach Generał.

Głos Generała

Generał zabrał głos w przeddzień zakończenia Zjazdu, koncentrując uwagę delegatów na szeroko rozumianej sytuacji wewnętrznej kraju -napiszę w kolejnych częściach tematu. Tu tylko zatrzymam Państwa uwagę na pewnej sprawie kadrowej, która obecnie zyskała rozgłos. Mówił m.in.- „Prawo jest ostoją Rzeczypospolitej…Jednocześnie nie ma i być nie może żadnych stanów wyższej konieczności, które usprawiedliwiałyby naruszanie obowiązującego porządku prawnego. Dotyczy to wszystkich- bez wyjątku…Przyczyniają się do tego godne uznania wysiłki Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa, organów prokuratury oraz wymiaru sprawiedliwości”. Proszę raz jeszcze przeczytać ten fragment- MO i SB, prokuratura i wymiar sprawiedliwości, które z „wysokości” KC, teraz będzie nadzorował gen. Mirosław Milewski. Czyniły i nadal mają czynić„godne uznania wysiłki” w szanowaniu, respektowaniu prawa! Jakie wnioski po 40 latach?

Sprawa Sędziego Józefa Iwulskiego –

w lipcu 2021 r. może być dla wielu milionów Polaków maleńkim obrazkiem, wycinkiem wielkiej polityki kadrowej Partii na polu wymiaru sprawiedliwości w okresie stanu wojennego. Rażąco rzutuje na wizerunek Polski w UE. Być może Państwo Czytelnicy o niej słyszeli albo czytali w prasie. Otóż, krakowska prokuratura z zarzutem „zbrodni komunistycznej” wystąpiła pod koniec 2020 r., do Izby Dyscyplinarnej SN (zamrożona TSUE w kwietniu 2020) o uchylenie immunitetu Prezesowi Izby Pracy Józefowi Iwulskiemu. Został zawieszony w prawach sędziego i pozbawiony 25 % uposażenia. W stanie wojennym na kilka miesięcy skierowany do sądu wojskowego. Orzekał w siedmiu sprawach politycznych: trzy wyroki w zawieszeniu, dwa bezwzględnego więzienia, jedno bezwzględnego więzienia przy jego zdaniu odrębnym, jedno uniewinnienie. Sam orzekał tylko dwa razy – jedno uniewinnienie, raz „zawiasy”.

Zeznanie prof. Adama Strzembosza

„W czwartek (1 lipca) przed Izbą Dyscyplinarną zeznawał były pierwszy prezes SN, prof. Adam Strzembosz. Przyznawał, że w stanie wojennym byli sędziowie bohaterowie, ale też tacy, którzy byli na usługach reżimu, czy tacy, którzy nie do końca się sprawdzili. Jako przykład sędziego, który nie zdał egzaminu i robił karierę w stanie wojennym, wskazywał Andrzeja Kryże.

Natomiast, co do sędziego Iwulskiego tłumaczył- środowisko ocenia go przez pryzmat wszystkich spraw politycznych, w których orzekał. To orzeczenie, którego dotyczy sprawa, nie należało do bohaterskich, ale sędziowie nie oceniali jego zachowania negatywnie, gdyż większość orzeczeń Iwulskiego w sprawach politycznych to były kary w zawieszeniu”. (Gazeta Wyborcza, 3-4 lipca 2021). Proszę Państwa o uważne i wnikliwe przeczytanie, o głęboki namysł!

Mądry, młody prawnik

„W rozmowie z >Dziennikiem Gazetą Prawną< Iwulski tłumaczył, że jeśli nawet kiedy skazywał, to >wyroki skazujące były ze świadomością, że będzie amnestia i krzywda się skazanym nie stanie<. Tak rzeczywiście było: robotnik, który kolportował ulotki, stając przed sądem, siedział już miesiąc w areszcie. Po wyroku siedział jeszcze 2 miesiące (do lutego 1983 r.), wyszedł na przerwę w odbywaniu kary, a w kwietniu 1983 r. objęła go pierwsza z serii amnestii wobec więźniów politycznych”. Znów proszę Państwa o przeczytanie z głębokim namysłem! W czym istota sprawy? Dziś wielu spośród Państwa może powiedzieć- toż to absurd, głupota! Zamiast skazać za rozrzucanie ulotek na 2-3 tygodnie sprzątania ulicy pod nadzorem, to – wyrok więzienia? Zdziwicie się Państwo- rację miał właśnie ten młody sędzia. Dlaczego? Taka surowa faktycznie kara była wtedy- stan wojenny- konieczna! Właśnie surowością kary chodziło o zastraszanie, by członkowie Solidarności nie próbowali organizować protestów, strajków czy akcji ulotowych. Mówiąc wprost-by żona powiedziała swemu mężowi-„zapalonemu aktywiście”, masz rodzinę, pracuj na jej utrzymanie! To trzeba spokojnie przeżyć; widzisz jakie są kary, jesteś nam potrzebny – mnie, dzieciom. Być może małe dzieci słyszące tę rozmowę powiedzą- „tatusiu, chcemy, żebyś był z nami”. To właśnie była istota sprawy-„chwilowo, na krótko” surowo ukarać, by amnestią znieść karę!

Spodziewam się, że wielu spośród Państwa ten wywód uzna za pełen absurd, ośmieszanie siebie i Redakcji Trybuny! Jeszcze chwila, proszę wstrzymać się z takim surowym osądem! Przecież ulotki nie były kartkami papieru z rebusami, prostackimi dowcipami (choć takie też były), a zawierały wezwania do- właśnie sprzeciwu, oporu- powtórzę- strajków, ulicznych burd. Efekt – starcia z MO, ZOMO- pobici ludzie, ofiary. Właśnie chodziło by temu zapobiec! Powtórzę-odstraszyć surową karą od takich „postaw patriotycznych”. Stawiam więc pytanie- wszystkim szybko myślącym i lepiej wiedzącym- komu tacy pobici ludzie byli potrzebni – władzy czy aktywistom Solidarności? Jeśli są jeszcze osoby uważające wszelkie demonstracje za słuszne w stanie wojennym-zachęcam. Niech w upalny, lipcowy dzień znajdą dużo cienia i poleją głowę zimną, nawet lodowatą wodą, na chwilę „uruchomią” swoją wyobraźnię- „zobaczą” pobitego syna albo wnuka, ze złamaną ręką, nogą czy obojczykiem! Niech klną do woli na generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Gdy ochłoną, niech się zastanowią – czy ich słowa ulżyłyby cierpieniu najbliższych, im samym? Należało surowo karać, odstraszać czy nie? Czym w stanie wojennym była dla prawnika „świadomość amnestii”- rozumnym wyborem, mniejszym złem? Co Państwo myślicie- sędzia Iwulski był na „usługach reżimu”?

Kłaniam się Panu Sędziemu! Pan prof. Strzembosz… wspomnianym zeznaniem skłania do zastanowienia się nad ówczesnym oglądem sytuacji. Jest stan wojenny. Ma rozległą wiedzę o tym okresie- uwarunkowaniach zarówno wewnętrznych i zewnętrznych, politycznych, militarnych, społecznych, gospodarczych. Zna Pan wiele różnych zawiłości, wręcz rozbieżności, sprzeczności- natury prawnej, etycznej, moralnej, które ten okres charakteryzują. Jest Pan Sędzią z autorytetem! Zna Pan starą rzymską zasadę (z zażenowaniem wspominam)- „dura lex et lex”- głupie prawo, ale prawo! W Wojsku jest rozumiane tak-lepsza błędna decyzja niż żadna, czy spóźniona ale dobra! Przecież nie chodziło wtedy o „produkcję” głupiego prawa czy jego pochwałę, a o sytuacje skrajne, grożące ogromnymi ofiarami. By im zapobiec, należało zastosować „skrajnie rygorystyczne” prawo! Stan wojenny zapobiegał m.in. bratobójczej wojnie domowej! Pan Profesor to widział, czy przewidywał w latach 1980-1981? Nie pytam o „winę”- czy była tylko po stronie władzy, czy Solidarności, może obopólna? Nie pytam czyja większa. Podkreślam-w latach 1981-1983, konsekwentne zastosowanie „skrajnie rygorystycznego” prawa było wyższą koniecznością, było mniejszym złem! Było potrzebą rozumu, „mądrością etapu” – jakby to wtedy i dziś nie zabrzmiało niedorzecznie, nawet głupio! Pan Profesor zna „Sprawozdanie Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej” z 28 maja 1996 r.- kierowanej przez prof. Jerzego Wiatra.

„Komisja” wyjaśnia m.in. istotę „wyższej konieczności” w wielu aspektach, także społecznym i ludzkim. Czytam, „że decyzje podjęte 12 i 13 grudnia 1981 roku okazały się w historycznej perspektywie zwycięstwem rozsądku i troski o najwyższe dobro państwa”. Przecież wszyscy znamy odpowiedź na banalne pytanie- kto (co) jest „najwyższym dobrem państwa”- jeśli nie żywy, zdrowy człowiek, bez względu na polityczne przekonania i wyznawane wartości? A dla prawników? (przez 123 lata nie było Państwa Polskiego, ale byli Polacy!). Surowość i natychmiastowa egzekwowalność ówczesnego prawa – dekretów Rady Państwa, była niezbędnym ostrzeżeniem dla „gorących głów”, hamulcem dla tysięcy członków Solidarności przed wywołaniem rozlewu krwi, bratniej, polskiej krwi! Czym jeszcze? Sygnałem dla Kremla, Pragi i Berlina, że władza, że reformatorskie skrzydło Partii sprawującej kierowniczą rolę, że Generał z Wojskiem i siłami MSW-polskie sprawy rozwiążą własnymi rękoma. Czego im było potrzeba – dwóch rzeczy: zrozumienia sytuacji i dozy zaufania oraz tylko i wyłącznie- pomocy gospodarczej i finansowej. I tak się stało. Uniknęliśmy „pomocy” wojskowej. Miliony Polaków zaufało Generałowi i władzy- także przeważającej części reformatorom w PZPR, jakby to dziś nie „pachniało wątpliwie”. Ponad 20 lat, sondaże wskazywały ponad 50% społecznego zrozumienia dla konieczności stanu wojennego i decyzji Generała. O czym to świadczy? Postawa Generała Tę „złożoność etapu” doskonale rozumiał Generał – Pan Profesor to dobrze wie. Dlatego wiele razy publicznie i na piśmie przepraszał wszystkich pokrzywdzonych, którzy zwiedzeni „słuszną ideą” nie dostrzegli złożoności wyzwań „miejsca i czasu”! Wyrażał uznanie środowisku prawników za „mądrą surowość” stosowania prawa, którzy musieli jego rygorem – dosłownie bronić bezpieczeństwa, życia ludzi, a nie „reżimu”! Część prawników „zapłaciła” Generałowi za odpowiedzialność lat 80-tych karkołomnym oskarżeniem- właśnie za stan wojenny. Pani mec. Marioli Kucińskiej- Teklińskiej, obrońcy na procesie sądowym- składam najwyższe słowa podziękowania i wdzięczności! Niewymowne po ludzku duchowe cierpienia i ból, spowodowane hańbiącymi zarzutami, znam z wielu osobistych wyznań Generała, których strzępy czasami ujawniał na spotkaniach środowiskowych. Panie Profesorze… Mówi Pan – „to orzeczenie… nie należało do bohaterskich, ale sędziowie nie oceniali jego zachowania negatywnie, gdyż większość orzeczeń Iwulskiego w sprawach politycznych to były kary w zawieszeniu”. Trudno mi zrozumieć tę „filozofię”, tę „logikę kary”, mówiąc potocznie – pojąć „na chłopski rozum”.

Doszedłem do takiego wniosku. Pan Sędzia- Profesor z koleżankami, kolegami prawnikami przez lata III RP wpajaliście młodym prawnikom-Państwa następcom, dwie takie reguły myślenia. Pierwsza- PRL, a stan wojenny szczególnie to było samo zło. Kto w tym okresie podejmował działalność państwową czy partyjną, był członkiem PZPR-czynił tylko zło! I druga- Solidarność, to samo dobro, jej członkowie nieśli tylko wolność, nawet jeśli miałaby być okupiona krwią tysięcy rodaków. Ta filozofia, ta logika ma praktyczne zastosowanie wobec Pana Sędziego Iwulskiego, któremu wyrażam najwyższe poważanie. Sądził w stanie wojennym-tak! Dziś rządzą członkowie i wychowankowie b. Solidarności- tak! Podpadł, co sugerowały media -tak! Tak rozumując -„służył reżimowi”. Jest winien, nad czym myśleć? Cóż z tego, że „sędziowie nie oceniali …zachowania negatywnie”. Proste rozumowanie wyklucza każdą formę polemiki. To efekt „dyskryminacyjnego traktowania ludzi uczciwie pracujących dla Polski w istniejących przed 1989 rokiem warunkach”. Słusznie mówi prof. Jerzy Wiatr o „stanowczym sprzeciwie”, jako ważnym zadaniu programowym Lewicy. Głośno myślę-czy honor i powaga prawa skłonią Profesorów praw do rzetelnej oceny sądownictwa lat 1980-1983 Szanowny Panie Profesorze… Za kilka miesięcy minie 40 rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Moja prawnicza wiedza jest na poziomie 0+. Uprzejmie Pana proszę o wyjawienie arkanów „bohaterstwa” tych sędziów i ogłoszenia dekretów Rady Państwa dopiero 16 grudnia. Polacy, młodzież, studenci też zechcą poznać „prawne kulisy” postawienia Generała przed Sądem za stan wojenny.

PiS w opuszczonych okopach PZPR

W 1989 r. najtęższe głowy politologów nie były w stanie przewidzieć kuriozalnego i absurdalnego zjawiska przejmowania przez prawicową partię jaką jest PiS, opuszczonych, ideowych okopów PZPRu, z jej sposobem myślenia o polityce, świecie i społeczeństwie. Teraz obecna władza zamierza zaciekle bronić zajętych pozycji przed partią będącą spadkobiercą PZPR.

Od objęcia w 2015 roku rządów przez PiS, na polskiej scenie politycznej daje się zaobserwować przedziwne zjawisko. Gołym okiem staje się ono dostrzegalne kiedy spojrzymy na nie retrospektywnie, sięgając do czasów realnego socjalizmu i ówczesnych doświadczeń, kiedy wszystko wydawało się jasne i wyraziście określone, a polityczne i ideologiczne podziały przebiegały wzdłuż wyraźnie zdefiniowanych linii. Strona partyjno-rządowa i opozycyjna szły kursem kolizyjnym, a ich rozbieżne wizje, programy i zamierzenia były nie do pogodzenia, przynajmniej do czasów trudnych ustaleń Okrągłego Stołu. Ostatnie dekady to okres kiedy w wielu sferach życia społecznego i politycznego doszło do pewnej homogenizacji stanowisk partii, kompromisu i konsensusu wobec kluczowych spraw dotyczących życia wszystkich Polaków. To sfery choćby takie jak poszanowanie dla zasad demokracji, praworządności, niezależności sądownictwa, trójpodziału władzy, gospodarki rynkowej, podejścia do kwestii europejskich itd., uznawanych dotąd niezależnie od podziałów ideologicznych i barw partyjnych sztandarów.

O ile PZPR ze swym niedemokratycznym bagażem własnej ideologii i praktyki, była adresatem wielu zasadnych, krytycznych uwag i ataków ze strony ówczesnej opozycji, to dzisiejsza Lewica wykonała ogromną pracę, dzięki której reprezentuje wszelkie europejskie wartości, a w codziennej praktyce pokazuje poszanowanie dla zasad politycznej rywalizacji. Przeszła długą drogę ku demokracji, tolerancji i nowoczesności..

PiS – marsz ku przeszłości

PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz, na powrót do tego wszystkiego co wydawało się, odeszło w przeszłość wraz z transformacją ustrojową. To zjawisko dotyczące prawicowej siły jaką jest PiS, musi budzić zdumienie. Partia J. Kaczyńskiego coraz wyraźniej przybiera oblicze ideowe dawnej PZPR i w sposób zdumiewający zmierza w swej codziennej, partyjnej praktyce ku politycznemu regresowi, błędom przeszłości, z których Lewica dawno się otrząsnęła. Można powiedzieć, że PiS zajął opuszczone okopy PZPR, albowiem jesteśmy świadkami zdumiewającej zamiany miejsc i stanowisk dwóch przeciwstawnych sobie partii, z których jedna zmierza od przeszłości i autorytaryzmu, ku przyszłości i demokracji, druga w odwrotnym kierunku, od demokracji ku autorytaryzmowi. Obie partie przeszły zasadniczą metamorfozę, lecz o ile Lewicy wyszła ona na korzyść, to PiS musi swoje przepoczwarzenie wstydliwie maskować i z pewnością staje się to dla jej wyborców coraz większym obciążeniem.

Skoro PiS jest zdeklarowanym miłośnikiem polityki historycznej i uwielbia nurzać się w przeszłość, spójrzmy na ten polityczny dziw od strony historycznej. Niechże choć raz posłuży ona czemuś pożytecznemu, tj. obnażeniu antydemokratycznego profilu tej partii.

LGBT, wróg potrzebny od zaraz

Daleko do historii sięgać nie będę, zaledwie do tej sprzed kilku dziesiątków lat. Zacznę od spraw mniejszego kalibru, choć dla wielu Polek i Polaków jednak pierwszoplanowych. Porównajmy stosunek władz PRL i PiS do środowiska LGBT. Wówczas, w latach 1985 – 1987 władze rękoma milicji przeprowadzały pamiętną akcję ,,Hiacynt”, polegającą na zbieraniu materiałów o polskich homoseksualnych mężczyznach i ich środowisku, przesłuchiwaniu ich, szantażowaniu i zakładaniu teczek osobowych.
Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych. Choć u podstaw akcji ,,Hiacynt” leżała chęć zebrania kompromitujących materiałów na tzw. figurantów, to świadczyła ona zarazem o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT.

Minęły lata i Lewica kojarzona z tamtym systemem odrobiła trudną lekcję, zerwała z uwiędłymi, antyspołecznymi i antyeuropejskimi poglądami, dojrzała, nabrała świadomości społecznej i wyrosła wśród wszystkich partii politycznych na głównego, a może i jedynego obrońcę i rzecznika tego środowiska. To przedstawiciele Lewicy widoczni są na Paradach Równości, bronią praw gejów i lesbijek, osób transpłciowych, prowadzą akcję edukacyjną, podnoszącą stan świadomości społecznej do poziomu europejskich standardów. To współczesna, nowoczesna Lewica i jej ludzie są dziś najbardziej proeuropejscy, otwarci na równość i różnorodność, na poszanowanie europejskich norm politycznych, prawnych, kulturowych i obyczajowych.

Co tymczasem stało się w tym zakresie z stanowiskiem prawicy, szczególnie PiS?, co takiego zaszło w głowach pisowskich aparatczyków, jaki regres nastąpił w ich mentalności, tym bardziej absurdalny, iż żyjemy w XXI wieku, w cywilizowanej Europie nie zaś w dusznych latach 80. Jak wytłumaczyć tę zamianę miejsc i stanowisk Lewicy i Prawicy, jakie przemyślenia towarzyszyły prawicowcom zajmującym opuszczone okopy władz PRL? Kompetentnie wytłumaczyć mogliby to kuriozalne zjawisko socjolodzy, psycholodzy i pewnie psychiatrzy. Osobiście postrzegam to zjawisko w kategoriach politologicznych; obecnej grupie trzymającej władzę totalną, wszelkie sposoby sprawowania tej władzy rodem z komunistycznej przeszłości całkowicie odpowiadają i są dla niej wygodne; to sianie nienawiści, wskazywanie na wroga, dzielenie społeczeństwa, kategoryzowanie obywateli, odwracanie uwagi od własnej niegodziwości, bezprawia i licznych afer. Lecz poza takim obyczajem pisowców i ich wodza, cechuje ich po prostu mentalne zacofanie, zapatrzenie w normy, poglądy i obyczaje z przeszłości, choćby miały pochodzić z przeszłości komunistycznej, to im nie przeszkadza, chłoną je i nimi żywią się niczym bakterie martwą tkanką.

Prawicowa pruderyjność i lewicowy luz

A stosunek do norm moralności i obyczajności dzisiejszej Lewicy i PiS. Jakże ciekawe zjawisko rysuje się na naszych oczach. Kto pamięta posuniętych wiekiem towarzyszy partyjnych o niewysportowanych sylwetkach, w niemodnych garniturach, z zaczesami do tyłu, kojarzy ich z pruderią rozumianą jako fałszywą skromność lub udawaną wstydliwość. Niektórzy może pamiętają rysunek Andrzeja Mleczki przedstawiający cenzorów zgadzających się, że obejrzany właśnie film jest na tyle amoralny, odrażający, pornograficzny, że należy go uważnie obejrzeć jeszcze raz. Takimi właśnie zełganymi hipokrytami stali się dzisiaj pisowcy. Kreują średniowieczne normy moralne, ugruntowują cnoty niewieście, promują wstrzemięźliwość seksualną, dziewictwo, wierność małżeńską, wychowanie w trzeźwości, choć ich osobiste postawy rażąco przeczą głoszonym normom. W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją. Ale to już było … choć z drugiej strony, wróciło. Wróciło wraz z duszną władzą PiS wspieranego przez zakłamany i rozpasany kler i parafialnych aktywistów głoszących, że mycie części intymnych jest bezeceństwem i grzechem ciężkim. Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana. Ale tamtych działaczy już nie ma, są za to partyjni aktywiści PiS zawsze na straży katolickiej moralności, pruderyjności i ascetyzmu. I są u władzy i decydują. Dlatego decyzją ministra kultury Piotra Glińskiego, z Muzeum Narodowego w Warszawie zostały usunięte przypomniane po latach prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry, w związku z ich ,,gorszącym” i ,,genderowym” charakterem prowokacji.

Prawicowy pseudoascetyzm i kołtuństwo nie kończą się jednak na jednym incydencie. W 2017 r. przed Impartem we Wrocławiu odbyła się wspierana przez władzę Krucjata Różańcowa pikieta religijnych fanatyków i neofaszystów przeciwko wolności kultury, w ramach nagonki na spektakl ,,Klątwa”, nagonki pod przewodnictwem min. Glińskiego, Naczelnego Cenzora PiS. W tym samym czasie neofaszystowskie pieszczochy PiSu wtargnęli do Teatru Powszechnego w Warszawie, odpalali race, rozlali toksyczną substancję, lżyli i atakowali fizycznie. Powodem stał się awangardowy spektakl ,,Diabły” z jego scenami odnoszącymi się do zachowań seksualnych, a także tematyki religijnej.

Nowoczesność ocenzurować

Cenzura w Polsce przestała istnieć w 1990 r. wraz z likwidacją Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Jak wspominał Adam Michnik, nie wszyscy w ówczesnej opozycji życzyli sobie pełnej jej likwidacji. Dziś po stronie władz PiS obserwujemy wyraźny resentyment ku komunistycznym restrykcjom i cenzorskim zamaszkom. To oczywiste; władzy autorytarnej na rękę jest pełna kontrola nad wszystkimi dziedzinami życia społecznego, też w zakresie sztuki i kultury. Demokracja jest systemem wymagającym, opornym wobec ręcznego sterowania, za trudnym dla pisowskich dyletantów. Dlatego władzę totalną demokracja uwiera i stwarza dyskomfort trudny do zniesienia. Dlatego PiS z tęsknotą spoziera ku komunistycznej przeszłości i ile może, czerpie z niej pełnymi garściami.

Jak tymczasem i w jakiej mierze, Lewica odmieniła oblicze ziemi, tej ziemi w dziedzinie kultury i sztuki, wolności twórczej?. Dzisiejsza Lewica jest zupełnym zaprzeczeniem prawicowego, zatęchłego postrzegania podejścia do kultury i ludzi sztuki. Daleko za sobą zostawiła złe doświadczenia i metody, z których obecnie zachłannie korzysta PiS, jego dyletanci i szkodnicy. Lewica w swym programie daje świadectwo nowoczesnego podejścia do tej ważnej dziedziny kształtującej postawy Polaków: ,,Kultura bez cenzury. Zagwarantujemy, że kultura nie będzie obiektem cenzury ani narzędziem politycznej walki”. Krótko i jasno, a jak daleko od przeszłości i zarazem od pisowskiego szkodnictwa.

Kto naprawdę niszczy kościół

Spójrzmy z kolei na tę zadziwiającą zamianę miejsc i poglądów Lewicy i PiS pod kątem stosunku do kościoła. Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość ?. Dziś w warstwie propagandowej PiS wspiera kościół, a kościół pisowską władzę. Na dobre z pewnością nie wyjdzie to żadnej ze stron. Ale to akurat nie martwi. Zastanawia natomiast z czyich tak naprawdę rąk, na dłuższą metę, kościół, jego hierarchowie i słudzy boży, ponoszą większą szkodę. Metody walki z kościołem za PRL nie były wysublimowane, skrojono je na potrzeby podkopania autorytetu i pozycji kościoła i stosowano z żelazną konsekwencją, a mimo to celu nie udawało się osiągnąć. Cel ten natomiast udaje się osiągnąć partii Kaczyńskiego. Prawdopodobnie pisowcy ani też ludzie kościoła jeszcze nie zdali sobie z tego sprawy, ale uruchomiony przez nich proces trwa i postępuje. Najszybsze w Europie tempo sekularyzacji i apostazji świadczy o tym dobitnie. Ludzie oburzeni pychą, ukrywaną pedofilią księży, bogactwem nie przystającym do stanu duchownego, odwracają się od kościoła. Ale nikt i nigdy nie zaszkodził kościołowi tak trwale i nieodwracalnie jak zrobił to rządzący PiS. To jedno z bardzo niewielu osiągnięć tej partii. Za świeckie państwo rysujące się za horyzontem najbliższych wyborów PiSowi dziękujemy ! Sojusz tronu i ołtarza nigdy nie wychodził na dobre żadnej stronie takiego aliansu. Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę, na politykę, szkolnictwo, wychowanie, rodzinę, w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.

Paradoksalnie to Lewica i w pewnej mierze niektóre inne partie, jest nieoczekiwanym ratunkiem dla kościoła. Lewica nie występuje przeciw religii i wierze. To czego chce i zapisała w programie Lewica, to państwo świeckie i realizacja zasady rozdziału państwa od Kościoła, ich pokojowe współistnienie, przy opodatkowaniu księży na ogólnych zasadach. Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.

Obronimy propagandę

Władza za PRL opierała się na kilku filarach, wśród których ważne miejsce zajmowała wszechobecna propaganda. Pamiętamy drugą Polskę, dziesiątą potęgę światową, powszechny dostatek i dobrobyt itp. Obecna Lewica od dawna odcięła się od prostackiej, prymitywnej propagandy, mówi językiem akceptowalnym przez ludzi, zrozumiałym, odpowiadającym realiom i faktom. PiS dobrze poznał potęgę propagandy zastępującej rzetelną informację. Korzysta z tego instrumentu bez opamiętania, a widząc wywołane propagandą podziały społeczne i poparcie dla swej linii, łatwość w indoktrynowaniu obywateli, zasila reżimową telewizję gigantycznymi subsydiami, tworzy nowe instytucje służące indoktrynacji i dezinformacji. To nic innego jak bezwstydne czerpanie pełnymi garściami przez prawicową partię z doświadczeń komunistycznego systemu.

Jaką na to zjawisko reakcję obserwujemy u Lewicy?. Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.

Zamknąć Polskę przed światem

Władze PRL przez długie lata zachowywały daleko posuniętą nieufność wobec świata zachodniego, trwały w konflikcie z Zachodem, wyznawanymi tam wartościami i demokratycznymi regułami. Świat zachodni był obcy i wrogi. Co pociągającego i jaki urok PiS dostrzegł w takiej postawie ówczesnych władz, co tak silnie uwiodło Kaczyńskiego w postawie wrogości PZPR wobec Zachodu, że postanowił ją w stanie nienaruszonym przenieść na grunt XXI wieku? Polska pod rządami prawicowego PiSu stała się w pisowskiej propagandzie, oblężoną twierdzą Europy, otoczoną wrogimi państwami, zawistnikami nie potrafiącymi przeboleć polskiego dobrobytu, osiągnieć gospodarczych, roli regionalnego mocarstwa i wzorcowego rozwiązywania problemów kowidowych. Tymczasem staliśmy się zaściankiem i pariasem Europy, gwałcicielem unijnego prawa i własnej Konstytucji, trouble makerem Unii Europejskiej, i jak za komuny – obiektem szykujących się właśnie sankcji. Pytanie: po co właściwie PiSowi taka postawa, jaką wyraźną korzyść z niej dostrzega Kaczyński. Za PRL dla władz, bycie w opozycji, po drugiej stronie barykady wobec Zachodu było racją stanu. Jak jednak pojąć dzisiejszy tok absurdalnego rozumowania władz PiS jeśli nie właśnie resentymentami wobec komunistycznej przeszłości, tkwiącymi w umysłach pisowców, przekonaniami o skuteczności komunistycznych metod sprawowania rządów i prowadzenia polityki.

Postawa Lewicy w tym zakresie daleka jest od pisowskiego pojmowania metod uprawiania polityki. Lewica jest głęboko nowoczesną partią, otwartą na świat, europejską, pro unijną, szukającą nie wrogów, a przyjaciół i sojuszników. Uchwała Lewicy w sprawie polityki zagranicznej jest odwrotnością tego co prezentuje dziś PiS, a niegdyś PZPR: ,,Polska powinna być partnerem współpracującym z innymi państwami UE, wychodzącym naprzeciw wspólnym wyzwaniom, przed którymi stoi cała Unia Europejska. Należy aktywnie promować swoje interesy, poprzez współtworzenie europejskiej polityki”.

Recydywa gospodarki księżycowej i stosunku do przyrody
W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania. Do tego neosocjalistyczny, nieufny stosunek do przedsiębiorców (kapitalistów) jako zagrożenia dla władzy. W oczach pisowców to ludzie gotowi iść na straty własne byle zaszkodzić rządzącym. Stąd wiele mówiące zawołanie Ziobry skierowane do biznesmenów: ,,Idziemy po was!”. Podobnych aspektów jest znacznie więcej, choćby podejście do zasobów naturalnych i przyrodniczych, rabunkowy sposób ich eksploatacji. Stan górniczy w epoce gierkowskiej oznaczał elitarność społeczną, a cała gospodarka opierała się na niepohamowanej konsumpcji czarnego złota. Coś się jednak przez kilka dekad zmieniło w świecie, a jednak PiS ustami swego wybrańca zapowiada eksploatację węgla przez 200 lat. Już na wstępie swych rządów sparaliżował program elektrowni wiatrakowych, a ostatnio zlikwidował dotacje na fotowoltaikę.

W realnym socjalizmie wprawdzie nie odwoływano się do biblijnej zasady czynienia sobie ziemi poddaną, lecz rabunkowo eksploatowano zasoby leśne. Tym wydeptanym śladem socjalizmu idzie obecny prawicowy, antyekologiczny rząd i jego agendy. Lasy Państwowe, które zgodnie z prawem w pierwszej kolejności mają troszczyć się o zachowanie lasów, zaciekle bronią się przed konsultowaną obecnie unijną Strategią na Rzecz Różnorodności Biologicznej. Leśni baronowie rozpowszechniają rozmaite analizy i powtarzają, że lepsza ochrona ekosystemów przyniesie szkody gospodarce. Przeliczają bezcenne lasy na metry sześcienne drewna, a metry sześcienne drewna – na worki pieniędzy. Rżniemy drzewa w takim tempie, że już nawet Ikea i Jysk nie chcą ich od nas kupować.

O ile daje się usprawiedliwić socjalistyczne podejście do zasobów leśnych w okresie socjalizmu kiedy nikt nie słyszał o ekologii, kryzysie klimatycznym i ociepleniu, to obecnie dane o tych zjawiskach są powszechne, a mimo to PiS robi wszystko by stosować socjalistyczne metody gospodarowania zasobami przyrodniczymi.

Lewica wykonała w tym zakresie ogromną pracę i nadrobiła zaległości z przeszłości, a błędy zostawiła na żer wandalicznej prawicy. Lewica mówi dziś: Koniec dominacji węgla. Zredukujemy zużycie paliw kopalnych w energetyce na rzecz czystych źródeł energii. Będziemy inwestować w sieci przesyłowe, termomodernizację budynków, panele słoneczne, elektrownie wiatrowe, pompy ciepła i domową produkcję energii. Do 2035 roku większość energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Zakażemy importu węgla i uniezależnimy się od gazu z zagranicy.

Dla polskich lasów Lewica opracowała specjalny pakiet zakładający, że co najmniej 10% lasów będzie wolnych od ingerencji człowieka. Zapowiada powołanie Agencji Ochrony Przyrody odpowiedzialnej za kontrolę podmiotów zatruwających środowisko. Przeznaczy 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody i utworzony zostanie urząd Rzecznika Praw Zwierząt, który będzie dbać o dobrostan zwierząt domowych, hodowlanych i dzikich.

Tymczasem PiS powraca do archaicznego sposobu myślenia o zwierzętach jaki cechował nie tylko okres socjalizmu ale i średniowiecza. Zachęca się do odstrzałów rzadkich gatunków zwierząt i ptaków, wdraża się dzieci do udziału w tym procederze. Pod pretekstem oczyszczania szkół z ideologii MEiN wprowadza własną ideologię w tym zakresie. Wiceminister edukacji Rzymkowski doszukał się w podręcznikach ,,ideologii praw zwierząt”, której usunięcie już zapowiedział. W samym resorcie oświaty powszechnym jest przekonanie, że zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw, a pojęcie prawa zwierząt nie istnieje.

Kadry są najważniejsze

I wreszcie kadry jako podstawa funkcjonowania aparatu państwa. Wydawało by się, że czasy kiedy funkcjonariusz państwowy, robiący zaoczną magisterkę, odpowiadał na egzaminie z fizyki, że ciało lotne to ,,ptok”, dawno przeminęły wraz z wczesnym okresem socjalizmu. Lewicę reprezentują ludzie świetnie wykształceni, kompetentni, mądrzy, rozsądni i otwarci na świat, kierujący się najlepiej rozumianym interesem społecznym. Tymczasem kadry PiSu to jakaś pokraczna karykatura minionej przeszłości, zwierciadło kadrowych błędów i wypaczeń. Likwidacja konkursów na funkcje urzędnika państwowego, obniżanie standardów przyjęć do MSZ, gdzie przyszły dyplomata nie musi już znać języków obcych, obsadzanie spółek skarbu państwa przez niekompetentnych krewnych funkcjonariuszy rządowo-partyjnych – wójtów, wujów, ciotki i bracii, młodociani wiceministrowie po liceach, doradcy ministerialni polecani przez proboszczy, umieszczanie na listach wyborczych PiS takich kandydatów na posłów i senatorów jak niewykształceni i nie mający pojęcia o polityce wyplatacze koszy wiklinowych, czeladnicy piekarscy, ślusarze i stolarze, to wszystko elementy zaczerpnięte z minionej praktyki Kraju Rad okresu leninowskiego czy PRL okresu wczesnopowojennego. Ale w PiSie wiedzą, że starzy bolszewicy mieli rację twierdząc, że rządzący państwem funkcjonariusze nie muszą być kompetentni i wykształceni, mają być posłuszni linii partii.
I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością. Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy.

Krótka historia jednego długiego życia

Spotkaliśmy się w kawiarni na rogu Grochowskiej i Rycerskiej na poznańskim Grunwaldzie. Miejsce, w którym zamierzaliśmy porozmawiać z Hieronimem Andrzejewskim, dziewięćdziesięciotrzyletnim, sędziwym działaczem poznańskiej lewicy, znajdowało się w niewielkim oddaleniu od mieszkania naszego rozmówcy.

Wspólnie z Bogdanem Zastawnym, mym druhem z ZMS, zabiegaliśmy o zgodę na rozmowę w nadziei uczynienia jej treści jednym z rozdziałów trzeciej już książki wspomnieniowej spisanej rękami członków i przyjaciół wielkopolskiej organizacji ZMS. Z naszym interlokutorem znaliśmy się od dawna.
Spotkając się na zebraniach organizowanych przez poznańską Radę Miejską SLD – jesteśmy członkami tej partii – nie mieliśmy jakoś dotąd okazji, aby porozmawiać o przebogatej historii, którą zapisał swą nadzwyczaj żywotną działalnością w powojennym ruchu młodzieżowym i robotniczym, aktywnością w PZPR, oraz kolejarską pasją zawodową, w ZNTK.
Natura rzeczy
Czuliśmy się ponaglani przez czas: 93 lata życia, które ma za sobą, nie naznaczyły jakiś nadzwyczajnych, stosownych do wieku, rzucających się w oczy ograniczeń w zachowaniu i fizycznej postawie naszego bohatera. Dolegliwością poważną pozostaje osłabienie wzroku. Natura, zachowując niemal młodzieńczą sprawność Jego zasobnej pamięci, okazała łaskawość. Przez kilka godzin wsłuchiwaliśmy w historię życia kogoś, kto urodził się na kilkanaście lat przed wybuchem II wojny, przeżył mroki niemieckiej okupacji, po wojnie wykazał zdumiewającą pracowitość, którą godził z pasją polityczną i społeczną.
Historię swego życia przekazywał nam głosem zaledwie nieco spowolnionym i przyciszonym, przerywanym nie częstymi chwilami zastanowienia się nad jakimś detalem. Nie krył zgorzknienia bezrozumną mściwością prawicowej władzy, która ludzi Jego – naszego – pokroju chce pozbawić honoru oraz prawa do życiowej satysfakcji. Ucieszył się, że zamierzamy, to co przeżył, utrwalić w spisanym słowie, i przechować na lepsze czasy.
Kilka dni później odwiedziłem Hieronima Andrzejewskiego w Jego niewielkim mieszkaniu, w nieco postarzałym nieźle utrzymanym budynku spółdzielczym na ulicy Cześnikowskiej. Już od samego progu rzuciła się mi w oczy skromność materii, pośród której zamieszkuje.
Nieco archaiczna faktura oraz kolorystyka wypełnienia lokum kreowały klimat swoistej kapsuły czasu: uwięzienia – miałem takie wrażenie – gdzieś pośród lat siedemdziesiątych minionego wieku. Przy kuchennym stole, gdzie przysiedliśmy, odczytałem na głos – wzrok ma słaby – tekst naszej rozmowy. Wnosząc kilka niewielkich poprawek, zaakceptował treść.
Z każdą chwilą konwersacji, którą wiedliśmy, intuicja podsuwały mi poczucie sączenia się i obecności bolesnego rozdarcia pomiędzy rzucającą się w oczy skromnością tego człowieka, godnym naśladowania i szacunku wypełnieniem Jego życia, a zakusami politycznych nikczemników, skazujących całą pamięć, jaką posiadł – wszystko co niegdyś zawodowo i społecznie czynił – na poniewierkę i zapomnienie.
Trzymam się nadziei, że pomimo właściwej demokracji wielości poglądów i opinii, nic nie jest w stanie tej pamięci zszargać: żadne zawirowania zmiennego biegu polityki oraz knowania szubrawców piszących od nowa polską historię. Niniejszy zapis znaków życia Hieronima Andrzejewskiego, skromny, ściśnięty do ośmiu – dziewięciu stron maszynopisu, więc w sposób oczywisty niepełny – naszkicowany zaledwie – poczytuję sobie za zaszczyt.
Moje przedwojnie
Urodziłem się w podpoznańskim Luboniu w pamiętnym roku zamachu majowego Piłsudskiego – 1926. Większość mego rocznika zdążyła już opuścić ten świat. Niezliczona część odeszła za przyczyną okrucieństw sześcioletniej wojny i okupacji, później skutkiem bezlitosnych decyzji matki natury.
W przedwojennej, najmłodszej odsłonie życia nie potrafiłem wyobrazić, jak potoczy się moja przyszłość. Marzenia i plany nie zdołały jeszcze nabrać wyraźnych konturów. Nasza rodzina – mama i czworo dzieci – zadawalała się skromnym pokojem z kuchnią. W domu nigdy nie się przelewało. Na lepsze lokum nie było nas stać.
Nawet ciotka, u której przez pewien czas zamieszkiwaliśmy, nie należała do bezinteresownych – życie było ciężkie. Nasze skromne menu wspomagaliśmy zdrowym, tłustym mlekiem od kozy, którą mama trzymała przy domu. Wiedziała, że w odróżnieniu od mleka krowiego, kozie nie toleruje prątków gruźlicy, co było dodatkowym atutem, przemawiającym na korzyść jego picia. Zresztą innej opcji wtedy, zwłaszcza potem w dobie okupacji, nie było.
Zanim wybuchła wojna zdołałem ukończyć sześć lat obowiązkowej nauki w podstawówce. Uczyłem się dobrze. Szkoła, jak się potem okazało i o czym nie zdołałem się już w porę dowiedzieć, dała mi skierowanie do gimnazjum, do którego można były uczęszczać po sześcioletniej nauce w szkole podstawowej.
Dobrze zapowiadającą się przyszłość – nobilitującą naukę w gimnazjum, na koszt państwa – przerwała wojna.
Wojna i okupacja
Miałem trzynaście lat kiedy wybuchła ta okropna wojna. Obrazy i wrażenia, które wyniosłem z owego, ciągnącego się sześć długich lat okresu, najchętniej wymazałbym z pamięci. Jest to jednak niemożliwe.
Ciągle uwierają. W wieku lat trzynastu i pół zacząłem pracować w firmie budowlanej należącej przed wojną do polskiego właściciela Urbaniaka. Siedziba firmy znajdował się na drodze Dębińskiej – jeszcze stoi willa, w której się mieściła. Po zajęciu Poznania przez Wermacht została przejęta przez władze niemieckie. Do pracy został mnie niemiecki Arbeitsamt w lutym 1940 roku. Podobnie jak inni pracujący Polacy otrzymywałem skromne wynagrodzenie za dwunasto godzinną codzienną harówkę – w niedzielę pracowaliśmy osiem godzin.
Robota była ponad siły dziecka, którym byłem. Skutkiem nadmiernego wysiłku często leciała mi krew z nosa. Początkowo wykonywaliśmy prace w budynku obecnego Urzędu Miasta na placu Kolegiackim.
Obiekt dostosowywaliśmy do wymogów nowych, niemieckich władz Poznania. Należało odpowiednio przerobić wszystkie pokoje – zrywaliśmy zużyte linoleum, kładąc potem parkiet; rozbieraliśmy stare piece kaflowe, stawiając w ich miejsca nowe.
W budynku urzędował przez pewien czas Arthur Greiser, przed tym, zanim przeniósł swoją siedzibę do Zamku. Jedną z mych ostatnich okupacyjnych robót była budowa domów mieszkalnych na ulicy Marcelińskiej, potem, przez pół roku, aż do wyzwolenia, na Cytadeli przy różnych pracach budowlanych na strzelnicach, na których testowano broń strzelecką produkowaną przez poznański „DWM” – „Deutsche Waffen und Munitionsfabriken A.G”.
Przy Każdym wejściu na teren poznańskiej twierdzy uprzedzano nas, że wolno nam patrzeć wyłącznie przed siebie. Z uwagi na wojskowy charakter obiektu, rozglądanie się było kategorycznie zabronione – ciekawość mogła skończyć się śmiercią. W grudniu 1944 roku byłem mimowolnym świadkiem przyjazdu na Cytadelę Gauleitera, Arthura Greisera, który przybył – jak się później dowiedziałem – odebrać gotowość twierdzy do obrony przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi. O wizycie dowiedzieliśmy się od pilnujących nas Niemców.
Kazali nam na ten czas wejść do podziemi, gdyż jako Polacy nie byliśmy godni oglądania hitlerowskiego dostojnika. Sprawa potoczyła się w moim przypadku zaskakująco inaczej: nadzorujący nas polski kierownik, żyjący w znakomitej komitywie z ważnym niemieckim urzędnikiem z DWN, polecił mi wybić sęki w ścianie swego służbowego pomieszczenia.
Dzięki tej operacji dane było kilkuosobowej grupie Polaków, łącznie ze wspomnianym kierownikiem, obserwować oficerów SS oraz samego Greisera, zapoznających się z walorami obronnymi poznańskiej twierdzy.
Mroźny styczeń
U progu wojny, o czym już wspomniałem, miałam trzynaście lat, kiedy wojenny koszmar dobiegał końca lat dziewiętnaście. Któregoś dnia mroźnego stycznia 1945 roku zauważyłem w Luboniu pierwszych Rosjan, atakujących pozycje niemieckie. Z bezpiecznego miejsca i odległości obserwowałem nieosłoniętych żołnierzy, biegnących do ataku na wprost, padających od kul dobrze ukrytych za domami Niemców. I to była śmierć prawdziwa, nie ta, jaką oglądamy na filmach wojennych.
Nieopodal ujrzałem dwie umundurowane kobiety – żołnierki – mocujące się z kablem telefonicznym, który w widocznym trudzie oraz pośpiechu rozwijały z podwieszonego na plecach bębna. Wiedziony impulsem niesienia pomocy podbiegłem do nich.
Ich czarne, grube i twarde od mrozu oraz wojennego brudu palce nie radziły sobie z zapętleniem drutów. Szybko i sprawnie udało mi się im pomóc. Miałem niejaki kłopot z dogadaniem się, gdyż nie znałem rosyjskiego. Zrozumiałem, że zamierzają biec w kierunku pola, które rozpościerało się za trzecią, widoczną nieopodal chałupą, za którą byli okopani Niemcy.
Wokół latały kule, bieg w tym kierunku oznaczał pewną śmierć. Gestykulując, udało mi się je przekonać, że mają pochylić się i biec za mną ku nieodległej skarpie opadającej w kierunku Warty. W akcie męskiej solidarności zarzuciłem na plecy ciężki bęben ze zwojem drutu.
Skryci za naturalną osłoną parliśmy troje do przodu. Udało nam się wkrótce dotrzeć do sporej kępy krzaków, w której w mrozie i śniegu ukryty był ruski obserwator – zwiadowca, niecierpliwie oczekujący na dostawę przedmiotu naszej mordęgi. Żołnierki szybko wyjaśniły mu moją „bohaterską” rolę, poczynioną w akcie udrożnienia wojennej komunikacji. Nie zapomnę, jak mnie wyściskały.
Ściemniało się. Pośród zimnego mroku wracałem biegiem do rodziny, do domu, u progu którego niespodziewanie natknąłem się na żołnierza z pepeszą. Zatrzymał mnie, pytając co tu robię. Odpowiedziałem, że mieszkam – tu jest moja rodzina, mój dom. Zrozumiał, przepuścił machnięciem ręki, pokazując, że matka poszła w kierunku fabryki.
Pojąłem, że mama oraz bracia podążyli do sąsiadki mieszkającej w przyfabrycznej kamienicy. Pobiegłem. Szczęśliwie zastałem wszystkich, w tym zapłakaną mamę przekonaną, że pewnie zginąłem. Zostałem zaskoczony obecnością kogoś jeszcze, mianowicie radzieckiego żołnierza, pichcącego na piecu kolację, której ponętna woń, za sprawą sześcioletniej okupacyjnej mizerii, pozostawała dla mnie odległym wspomnieniem. Okazało się, że sąsiedni pokój zajmują radzieccy pułkownicy, zaś trudzący się przy kuchennym piecu żołnierz jest ich kucharzem, przygotowującym wieczorny posiłek.
Mama wyjaśniła oficerom kim jestem. Przyjacielskim gestem zaprosili nas do stołu, na którym wylądował spory półmisek z wonnym mięsiwem, na widok którego zbaraniałem, gdyż czegoś takiego nie widziałem i nie jadłem od lat. Wygłodzony, zostałem na wstępie poddany nieznanej mi żołnierskiej ceremonii, polegającej na wypiciu przed posiłkiem szklanki wódki.
Nie sposób było odmówić. Alkohol okazał się być zmarzniętym spirytusem. Temperatura trunku złagodziła trud przełknięcia. Wygłodzony i niezaprawiony w boju żołądek zareagował niemal natychmiast.
Jak szybko wypiłem, tak szybko padłem, bez skosztowania dania mięsnego. Dowiedziałem się potem, że położono mnie do łóżka, a radziecki lekarz towarzyszący oficerskiej gromadzie nie stwierdził nic poważnego, poza typowo alkoholową reakcją młodego i wygłodzonego organizmu.
Za przyzwoleniem oficerów doceniających mą bohaterską postawę, odbiłem to sobie na następny dzień: mnie oraz resztę domowników zaproszono do wypasionego stołu. Do naszego domu zdołaliśmy powrócić dopiero po pięciodniowym pobycie w piwnicy u sąsiadki, właściwie bez wyżywienia – wokół trwały walki.
Tu należy wyjaśnić, że posuwający się ku Poznaniowi od południa odcinek frontu zatrzymał się na parę dni w Luboniu. Piechota, która jako pierwsza, po sforsowaniu Warty przedarła się w tę okolicę i umocniła w tutejszych budynkach fabrycznych, oczekiwała na posiłki, zwłaszcza na wsparcie czołgów.
Wracaliśmy w domowe pielesze korzystając z chwili względnego spokoju. Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że stacjonuje w nim młody radziecki oficer z kilkoma innymi żołnierzami, znający, jak trafnie wywnioskowała mama po leżącej na stole książce, język niemiecki.
Wojak, zaskoczony językiem, w którym mama zwróciła się do niego – nie znaliśmy rosyjskiego – poprosił, aby przygotowała ciepłą zupę. Oświadczył, że przez pięć dni posilali się wyłącznie zmarzniętym chlebem. Nasze zdziwienie żołnierską prośbą było ogromne.
Pytanie brzmiało, z czego upichcić ciepłą strawę. Wprawdzie w domu było trochę marchwi i pory, na zupę za mało. Na odpowiedź nie był trzeba długo czekać: i oto po chwili zjawił się na stole przytargany z zewnątrz, zamarznięty na kość ogromny indyk, do ugotowania którego, z uwagi na wielkość ptaka, należało zastosować kocioł do prania. Po ugotowaniu wojacy zaprosili nas do wspólnego, ponętnie pachnącego posiłku.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy oficer zdecydowanym ruchem oderwał ociekające indyczym rosołem wielkie indycze nogi, podał mi oraz siostrze, część piersi wręczył młodszemu bratu.
Mama skonfundowana żołnierskim gestem podniosła krzyk, abyśmy nie jedli, tłumacząc oficerowi – po niemiecku – że dorodne kawały mięsa należą się im, umęczonym sołdatom, my zaś zadowolimy się gorącą zupą, która i tak będzie dla nas prawdziwą ucztą.
Nigdy nie zapomnę słów oficera wyjaśniającego ten zaskakujący gest: my też mamy rodziny oraz dzieci, zostawiliśmy je w domu. Zastanawiamy się nieustannie, co się z nimi dzieje: czy żyją, czy są zdrowi, czy mają co jeść. Jesteśmy zadowoleni, że możemy podzielić się z wami – nie naszymi dziećmi; czyż nie jest to tak jakbyśmy częstowali swoje dzieci ? Ciepły i pachnący rosół z indyka, z makaronem sporządzonym z kostki sprasowanego produktu dobytego z żołnierskich zapasów, to dla nas i tak wielki rarytas.
Uczty tej nie zapomnę do końca życia. Co dziwne, po nasyceniu żołądka indyczą nogą, dopiero poczułem głód. I to był mój początek powrotu do normalności. Doświadczenie, o którym wyżej, wpoiło we mnie szacunek do Rosjan.
Zapamiętałem żołnierzy, których poznałem, oraz obserwowałem jak atakowali Niemców, padali i umierali na moich oczach, jako żywy fragment narodu, który nas ocalił i wyzwolił od koszmaru niemieckiej okupacji. Jestem już stary, nie potrafię zrozumieć, jak można we współczesnej mi Polsce z tak bezrozumną łatwością pomiatać ich pamięcią.
Po wojnie
Miałem wrodzoną pasję działania. Chcąc włączyć się w Luboniu do stanowienia powojennego porządku, zamierzałem, w pierwszym odruchu, dołączyć do szeregów milicji. Zamysł ten szybko mi wyperswadowano, tłumacząc odmowę brakiem obejścia z bronią, a czasu na szkolenie nie ma.


Komendantem PW – „Przysposobienia Wojskowego” na Luboń był starszy sierżant zawodowy wojska polskiego. Wczesno powojennym dziełem komendanta było zorganizowanie w Luboniu trzech hufców tej organizacji. Poprosiłem go o przyjęcie, skutkiem czego zostałem skierowany do hufca w Luboniu.
Dzięki szkoleniowym sukcesom mego zespołu, oraz osobiście mym, zostałem zauważony przez komendanta. Zaczęto mnie stawiać jako przykład osiągania wzorowych wyników szkolenia. Przy najbliższej okazji pożaliłem się – wyznałem mu, że „nie mam szkoły”, a bardzo chciałby się uczyć – jak wcześniej wspomniałem ukończyłem przed wojną sześcioletnią podstawówkę.
Mój protektor uświadomił mi, że w Poznaniu działa towarzystwo „OMTUR „ – „Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych”, której korzenie sięgają Polski przedwojennej: zostało założone na obszarze II RP po I wojnie światowej. Moją szansą było ukończenia przedwojennej podstawówki, w której nauka trwał sześć lat, jako sfinalizowania nauki na powojennym poziomie siedmiu klas.
Powojenna mizeria
Dzięki staraniom mego lubońskiego opiekuna znalazłem się w poznańskiej siedzibie OMTUR-u, gdzie otrzymałem propozycję wyjazdu do Warszawy na trzymiesięczne szkolenie dla młodych ludzi. Wyjaśniono mi również, że wyjazd jest równoznaczny z urlopowaniem z hufca, a mama będzie otrzymywała pieniądze na utrzymanie jej oraz młodszego rodzeństwa.
W warunkach powojennej mizerii sprawa ta była niezwykle ważna. Zgodziłem się podjąć wyzwanie. Z przedwojennej nauki zapamiętałem wiszącą w szkole fotografię, znajdującego się w Warszawie … pierwszego w Polsce „drapacza chmur” (Prudential).
Marzyłem wtedy sobie, że kiedy dorosnę, zaoszczędzę pieniądze po to, aby pojechać do stolicy i na własne oczy zobaczyć belweder, zamek królewski oraz nasz, polski „drapacz chmur”.
Kiedy krótko po wojnie, latem 1945 roku, znalazłem się w Warszawie, uległem bolesnemu rozczarowaniu. Budynki stanowiące przedmiot mego dziecięcego marzenia o nasyceniu oczu ich widokiem stały, poza Belwederem, w ruinie. To co z nich ostało znaczyło zaledwie pogruchotany ślad niegdysiejszego znaczenia i świetności.
Bezkres ruin
W niczym nie różniło się od bezkresu ruin stolicy. Dało się zauważyć znaki postępującej z wolna odbudowy. Zrządzeniem szczęśliwego losu znalazłem się w innym świecie, różniącym się o trzysta sześćdziesiąt stopni od tego, który dotąd znałem. Powoli zacząłem rozumieć, że otwiera się przede mną szansa być kimś, bez presji biedy i potworności niedawnej okupacji.
Szkolenie zapamiętałem jak nadzwyczaj interesujące i pożyteczne. Mieliśmy np. kilka spotkań z premierem Osóbką – Morawskim, który naświetlił nam perspektywy, jakie otwiera przed młodzieżą nowa Polska. Opowiadał także szczegółowo o kierunkach odbudowy kraju oraz jego gospodarki.
Wyjaśnił nam, ludziom młodym, czym jest socjalizm, czym kapitalizm, co w tamtych warunkach głęboko zapadało w pamięci i przenikało z wolna do dojrzewającej świadomości.
Nie ulega wątpliwości, że szkolenie miało zasadniczo charakter polityczny. Z tego co mówił premier zapamiętałem: „socjalizm pracuje dla ludzi, zaś kapitalizm żyje z ludzi”. Zostaliśmy również bardzo ciepło przyjęci w Belwederze przez Bieruta oraz przez obecnego tam marszałka Rokossowskiego.
Zapamiętałem świetną polszczyznę marszałka, czym byłem zdziwiony, gdyż wiedziałem, że jest oficerem radzieckim. Tu muszę gwoli wyjaśnienia coś dodać: otóż podejmując próby wartościowania polskiej wersji socjalizmu, należy na przykład i zwłaszcza pamiętać, że powojenna Polska była jedynym krajem w „rodzinie demoludów”, który, pomimo wczesno powojennych prób, w tym stosowania przymusu, finalnie nie skolektywizował w pełni rolnictwa.
Pozostawiono ponad połowę areału rolnego w rękach prywatnych gospodarzy. Były też inne ważne różnice. Myślę, że chociażby ten przykład oznacza, że nie byliśmy bez reszty zniewolonym klonem Związku Radzieckiego, jak wielu dzisiaj maniacko twierdzi. Pomimo mroków i powikłań kilkuletniej epoki stalinizmu, osiągaliśmy ważne sukcesy; po 1956 roku podążaliśmy zasadniczo własną, polską drogą.
Tak oto, jako człowiek bardzo młody, nie w pełni wyedukowany, pewnie niekiedy naiwny, lecz nade wszystko ideowy, dojrzewałem do lewicowości – w niedalekiej przyszłości jako członek ZMP oraz, krótko po 1948 roku PZPR.
Ze szkolenia w Warszawie powróciliśmy ze szczerym zamiarem organizowania w Luboniu komórki OMTUR-u. Polityczna edukacja w stolicy utwardziła w nas wolę działania; nauczyło sposobów realizowania zadań i osiągania celów. Było to ważne, gdyż wielu młodych oczekiwało pokierowania nimi, również naświetlenia i uświadomienia ścieżki przyuczania do zawodu. Luboń nie był wielkim miastem, miał jednak nadzwyczaj spory potencjał gospodarczy – trzy duże fabryki, co stanowiło to swego rodzaju wyjątek w skali nie tylko województwa. Przedwojenne lubońskie „Ziemniaki”, oraz pozostałe fabryki, miały czerwone zabarwienie.
Należy tu dodać, że w międzywojennym Luboniu oraz okolicznych wsiach panoszyło się niewyobrażalne bezrobocie. Z dzieciństwa dobrze zapamiętałem tłumy bezrobotnych oblegające luboński zakład w czasie sezonu skupu i przeróbki ziemniaków.
Roboty nie starczało dla wszystkich – pierwszeństwo mieli fortunni posiadacze odpowiedniego zaświadczenia od proboszcza, o czym donośnie komunikowano podczas naboru.
Wydeptana świetlica
Krótko po wojnie udało mi się wydeptać ścieżkę do otwarcia na terenie zakładu pierwszej w Luboniu świetlicy, która umożliwiła nam organizację zebrań oraz szkoleń młodzieży.
W „Ziemniakach” tętniło życie polityczne; działała PPR oraz ZWM. Dziewczyna mianowana na świetlicową należała do PPS. Wkrótce wyraziła wolę wstąpienia do OMTUR. Skutek mych zabiegów był taki, że podczas pierwszego, założycielskiego zebrania koła organizacji sala okazała się być za mała.
Zacząłem czynić starania o przyciągnięcie młodzieży z pozostałych fabryk. Rozrastaliśmy się w szybkim tempie, z miesiąca na miesiąc, skupiając młodzież z Lubonia, Żabikowa oraz Lasku. Udało się wygospodarować i ożywić kilka kolejnych świetlic – w „Ziemniakach” był już nam za ciasno. W Puszczykowie założyłem koło funkcjonujące na bazie prywatnego lokalu, w domu należącym do właściciela, członka PPS. Założyłem również koło OMTUR w Mosinie.
W tym samym czasie pracowałem w wielu miejscach na kolei, między innymi przy telefonizowaniu oraz naprawie i modernizowaniu torów linii kolejowej w kierunku Poznania. Pracami kierował wiekowy, przedwojenny toromistrz. Jest swoistą ciekawostką, że w kwietniu 1945 roku kolejowe związki zawodowe ogłosiły krótkotrwały strajk. Kością niezgody okazał się być rozdział paczek z UNRY, które niekiedy otrzymywaliśmy w miejsce poborów; te z lepszą zawartością, jakoś dziwnie, trafiały do lepiej posadowionych w zarządzie kolei. Szybko zrobiono z tym porządek; poleciały głowy. Paczek odtąd nie dzieliła dyrekcja, ale związek zawodowy, co w powszechnym mniemaniu pracowników było rozwiązaniem sprawiedliwym.
OMTUR istniał i działał do zjednoczenia wcześniej działających w Polsce związków młodzieży, które nastąpiło w lipcu 1948 roku podczas zjazdu zjednoczeniowego we Wrocławiu. Zostałem wybrany delegatem na ten zjazd. Tego samego roku ożeniłem się. Skutkiem rozmaitych perturbacji mieszkaniowych – o lokum było ciężko – zamieszkałem z żoną w 1948 roku w Puszczykowie, w domu należącym do wybitnego, przedwojennego fachowca i rzeczoznawcy od kotłów parowych. Jak na osobę decyzją administracyjną dokwaterowaną z żoną do jego własności, przyjął mnie i zaakceptował jako sąsiada w sposób zaskakująco ciepły. Przeprowadzka do Puszczykowa skomplikowała godzenie obowiązków pracowniczych – pracowałem na kolei, w późniejszym ZNTK – z pełnieniem w sposób efektywny społecznej funkcji szefa ZMP w Luboniu. Poprosiłem o zwolnienie z obowiązków. Miałem już wtedy godnych następców. W 1949 roku objąłem społeczną funkcję przewodniczącego Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Polskiej w Poznaniu. W tym czasie wstąpiłem do PZPR. Funkcje przewodniczącego ZMP na Powiecie Poznańskim piastowałem nieco ponad rok, po czym, z uwagi na nawał odpowiedzialnych obowiązków w pracy na kolei, nie byłem w stanie dalej jej realizować. Dodam, że wcześniej podjąłem edukację z zamiarem zdobycia tytułu technika, i zdania matury, na kursach organizowanych przez OMTUR. Moje przywiązanie do „konkretnej roboty” spowodowało, że nie przyjąłem propozycji awansu: zamierzano skierować mnie na stanowisko wiążące się z tzw. pracę papierkową – chciano powierzyć nobilitującą w tym czasie posadę dyżurnego ruchu. Ten rodzaj roboty mi nie leżał. Pociągała mnie praca na warsztacie, konkretna i bliska ludzi.
Po negocjacjach z Naczelnikiem zostałem skierowany do w rozdzielni narzędzi Kolei (ZNTK), gdzie szybko awansowałem na stanowisko kierownika, które zamieniono wkrótce na tytuł mistrza.
Wewnętrzne decyzje kadrowe
Co ciekawe, awans ziścił się skutkiem rekomendacji mego bezpośredniego szefa, przyzwoitego człowieka, działacza przedwojennej endecji. Dreszcze mnie przeszły, kiedy zakomunikowano, że mam przejąć stanowisko starego przedwojennego fachowca od narzędzi, pana Kramskiego, który z uwagi na podeszły wiek winien dawno przejść na emeryturę.
Polityka w tamtym czasie – zaraz po wojnie – odzwierciedlała się w również w wewnętrznych decyzjach kadrowych. Np. z funkcji kierowniczych nie odwoływano przedwojennych fachowców, którzy przed wojną specjalnie nie przeszkadzali we włączaniu się robotników do organizacji pochodów pierwszomajowych.
Zarówno narzędziownia jak i kotlarnia były uznawane za ogniwa kluczowe. Tylko te dwa działy dostawały dodatki. Już od czasów przedwojennych narzędziownie postrzegano jako … „dział inteligencki”.
Szybko wrosłem w powierzone mi obowiązki, zostałem zaakceptowany i polubiony przez podległych mi pracowników. Uczyłem się od nich pracy.
Tak jak potrafiłem zabiegałem o doskonalenie kwalifikacji; z opóźnieniem, bo dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, zdołałem ukończyć Technikum Kolejowe.
Dodam, że wcześniej nauki nie udało się mi sfinalizować, ponieważ na ostatni rok tego cyklu nauczania w OMTUR zgłosiło się za mało chętnych. Zamieszkałem w Poznaniu.
Kolej modernizowała się: rozpoczęto stopniowe przestawianie się z parowozów na lokomotywy spalinowe, potem na trakcję elektryczną. Władze w Warszawie uznały, że pierwszy zakład naprawczy „spalinówek” zostanie uruchomiony w Poznaniu. To była całkowicie nowa jakość, za którą musiałem podążyć. W ZNTK pojawił się nowoczesny oddział obróbki cieplnej.
Zostałem mianowany na w nim na stanowisko starszego mistrza. Nowość ta bardzo mnie pociągała, stawiała nowe wyzwania. Przejście na emeryturę, które nastąpiło z początkiem lat osiemdziesiątych, otwarło mi możliwości szerszego udziału w działalności politycznej i społecznej.
Tuż przed zakończeniem pracy zawodowej zostałem wybrany w ZNTK delegatem na dziewiąty Zjazd PZPR, na którym otrzymałem nominację na członka Komitetu Centralnego.
Wydarzenie to wpisywało się w mej ojczyźnie w gorący czas kryzysu gospodarczego: osłabiania kraju wzbierającymi w siłę strajkami oraz restrykcjami Zachodu ustanowionymi w odpowiedzi na stan wojenny. Odczuwało się sączenie fundamentalnych przemian.
Klimat nieuchronności
Rosło społeczne niezadowolenie. Coraz wyraźniej dawała o sobie znać postępująca erozja siły Partii. Wszystko to tworzyło klimat nieuchronności zmian, których postaci oraz rozmiarów nie dało się jeszcze w tamtym czasie przewidzieć.
W partyjnej robocie pomagała mi działać i przetrwać głęboka wiara w ideały socjalizmu, utwardzająca drogę, na którą wstąpiłem zaraz po wojnie, i od której nigdy radykalnie się nie oddaliłem. Zahartowałem się. Status członka Komitetu Centralnego PZPR, więc kogoś z tzw. góry władzy, narzucał mi cały szereg obowiązków.
Status ów, który dzierżyłem przez cztery lata, nie był łatwym, ani lukratywny, jakby co niektórzy skłonni byli sądzić. Jeżdżąc nieustannie pomiędzy Poznaniem a Warszawą uczestniczyłem w pracach kilku partyjnych komisji, których najbliższą była mi komisja historyczna. Przywiązanie do historii osadziło się we mnie głęboko i cały czas daje o sobie znać.
Byłem zaangażowanym współtwórcą i poniekąd współgospodarzem Sali Tradycji Ruchu Młodzieżowego w Poznaniu, której zbiory gościły przez całe lata w poznańskim Zamku. Usunięte potem na fali mściwego i bezmyślnego odwetu nowej władzy, nie uległy pełnemu rozproszeniu, ani zapomnieniu. Pewna, niemała część, ocalała. Znalazła dobrych opiekunów, co ogromnie mnie cieszy i syci nadzieją na stare lata.
Kiedy w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych Mieczysław Rakowski wydawał swój znakomity miesięcznik „dziś, przegląd społeczny”, bezmyślnie bojkotowany przez „RUCH”, jeździłem po wielokroć do Warszawy, do siedziby redakcji miesięcznika, skąd targałem do Poznania pełną walizkę zakupionych – po „cenie hurtowej” – egzemplarzy tego mądrego wydawnictwa.
Miałem komplet wiernych i zaciekawionych odbiorców miesięcznika. Z upływem lat oraz zmian w polityce dawne postacie politycznej aktywności oddalały się ode mnie z wolna. Działam jednak nadal: uczestniczę w pracach Rady Miejskiej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Poznaniu.
Nie była w stanie zniszczyć mnie wojna i niemiecka okupacja – codzienna dwunastogodzinna harówa na budowach pod nadzorem niemieckich panów. Zahartowałem się w powojennej pracy na kolei – w ZNTK w Poznaniu, oraz w społecznej robocie: w związkach młodzieży, potem w działalności partyjnej, którą realizowałem wedle najlepszej wiedzy i woli.
Zawsze z ludźmi i blisko ludzi. Ufano mi, a ja tego zaufania nigdy nie zawiodłem.
Zgorzknienie dopadło mnie dopiero na starość. Nie potrafię zrozumieć i zaakceptować niszczącej siły dobywanej z przysłowiowego dna polskiego piekła, która próbuje deprecjonować pamięć ludzi mego ideowego pokroju i politycznego wyboru. Wiara Polaków w czynione przez rządzącą prawicę polityczne i historyczne gusła zasmuca.
Pomimo bliskości ludzi przyjaznych nęka mnie uczucie osamotnienia. Staram się zachować cień nadziei na przyszłą odmianę. Czy dożyję, to inna sprawa

Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Dramat socjalisty: Jan Strzelecki 1919-1988

Urodził się w pierwszym roku istnienia niepodległej Rzeczypospolitej – 4 lipca 1919 roku. Syn i bratanek znanych ekonomistów związanych z lewicą socjalistyczną. Wychowany w szczególnym klimacie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, będącej ciekawą i odważną próbą realizacji idei „szklanych domów”. Od wczesnej młodości czynny w ruchu socjalistycznym, w czasie okupacji redaktor lewicowo –socjalistycznego pisma „Płomienie” i uczestnik ruchu oporu. Powstaniec warszawski. W pierwszych latach powojennych przywódca młodzieży socjalistycznej i członek Rady Naczelnej PPS. A także twórca idei „humanistycznego socjalizmu”, za którą był ostro krytykowany przez komunistycznych ortodoksów.

Życiorys Jana Strzeleckiego

nie pasuje do utartych schematów – zwłaszcza do czarno-białej legendy szerzonej przez obecny obóz władzy i jego tubę propagandową, jaką stał się Instytut Pamięci Narodowej. Był gorącym patriotą, czemu dał dowody w najtrudniejszych latach okupacji, zarazem zaś z obrzydzeniem odrzucał nacjonalistyczne hasła o „Polsce dla Polaków”, potępiał antysemityzm i wszelkie postacie ksenofobii. Był socjalistycznym humanistą, który domagał się, by w walce o lepsze jutro ludzkości dbać o konkretnego człowieka.
Widział w Polskiej Partii Socjalistycznej szansę na realizowanie w Polsce innej, lepszej wersji socjalizmu.
Należał do tego skrzydła partii, które starało się utrzymać jej samodzielny byt, ale po wymuszonym zjednoczeniu wszedł do PZPR i pozostał w niej trzydzieści lat – aż do usunięcia go z tej partii za odmowę wycofania się ze współpracy z Towarzystwem Kursów Naukowych. Działał w „Solidarności” i po wprowadzeniu stanu wojennego był (zresztą krótko) internowany, a zarazem opowiadał się za dialogiem z ówczesnym obozem rządzącym i przeciwstawiał się radykałom, w których widział zagrożenie dla pokojowego procesu reform.

Był człowiekiem dialogu – także dialogu z katolikami.

Fascynował Go personalizm katolicki, zwłaszcza prace Emmanuela Mouniera. Sam niewierzący, miał ogromny szacunek dla chrześcijańskiej idei miłości bliźniego widząc w niej rdzeń tej religii – godny szacunku i stanowiący pomost do współdziałania ludzi o różnych światopoglądach. Regularnie bywał w podwarszawskich Laskach – sławnym ośrodku, gdzie spotykali się wybitni ludzie Kościoła i niezależni intelektualiści.
W postawie politycznej Jana Strzeleckiego centralne miejsce zajmowało bardzo szczególne połączenie realizmu i romantyzmu.
Wojna nauczyła Go, ze nie jest prawdą górnolotny frazes, iż „chcieć to móc”. Jego – także moje – pokolenie naocznie przekonało się, do jakich tragedii prowadzi lekceważenie twardych realiów politycznych. Ten rys postawy politycznej Jana Strzeleckiego tłumaczy jego rolę w polityce polskiej pierwszych lat powojennych, a także trwanie w PZPR przez lata, w których wiele z Jego nadziei zmieniało się w rozczarowanie. Zarazem jednak pozostawał romantykiem wierzącym w idee humanizmu i braterstwa – także w czasach, gdy idee te mogły wydawać się naiwnym marzeniem utopisty. Było w tej postawie moralne piękno, ale było też rozdarcie, powodujące, że nie był nigdy do końca rzecznikiem jedynej „prawdy”. Znakomicie oddała tę Jego cechę Magdalena Grochowska – autorka świetnej biografii Strzeleckiego („Strzelecki – śladem nadziei”, Warszawa 2014). Kolejne części tej wartościowej książki noszą tytuły „Ikar”, „Syzyf”, „Hamlet”, co oddaje skomplikowaną osobowość bohatera.

Jan był moim przyjacielem.

Poznałem go dość późno, na początku lat pięćdziesiątych za sprawą naszego wspólnego mistrza Juliana Hochfelda (1911-1966) – socjalisty i socjologa, w tym czasie profesora Uniwersytetu Warszawskiego. Była między nami spora różnica wieku (12 lat), co w tamtych czasach oznaczało niemal przepaść przeżytych doświadczeń. Zanim Go poznałem czytałem polemiki związane z Jego ideą humanistycznego socjalizmu, co nie znaczy, że rozumiałem w pełni znaczenie tego sporu.

Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie zawirowania historii.

Gdy w 1982 roku jako dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu zainicjowałem spotkanie na temat perspektyw reform politycznych, Jan był jednym z (niezbyt licznych) intelektualistów „Solidarności”, którzy wzięli w nim udział i wyrazili gotowość dalszych dyskusji. Niestety inicjatywa ta została zablokowana na kilka następnych lat. Ostatnią rozmowę odbyliśmy w czerwcu 1988 roku, w mieszkaniu Jana na warszawskim Żoliborzu . Dotyczyła szans na porozumienie narodowe i roli, jaką intelektualiści z obu stron mogą odegrać w torowaniu do niego drogi.

Jan zmarł 11 lipca 1988,

pobity kilkanaście dni wcześniej na śmierć przez pospolitych przestępców. Wokół Jego śmierci krążyły w środowisku ówczesnej opozycji sugestie, że była to kolejna zbrodnia Służby Bezpieczeństwa. Grochowska w przekonujący i oparty na starannie zanalizowanych danych sposób udowodniła, że była to śmierć przypadkowa, a mordercy nawet nie wiedzieli, kim była ich ofiara. Ta przypadkowość śmierci kogoś tak wybitnego przypomina jak niewytłumaczalne bywają koleje historii.

Nieraz zastanawiam się, jaką rolę odegrałby Jan, gdyby nie ta tragedia.

Oczyma wyobraźni widziałem Go przy Okrągłym Stole będącym realizacją także Jego marzenia o porozumieniu ponad głębokimi podziałami. Gdy po zmianie systemu odradzała się lewica, bardzo nam brakowało Jego gotowości do dialogu, zdolności rozumienia racji innych niż własne, a także siły przekonania, że dla lepszego jutra warto podejmować nawet najtrudniejsze wyzwania i szukać partnerów także ponad podziałami. Swoim życiem i swoimi przemyśleniami wyznaczał bardzo wysokie standardy lewicowości. Pamięć o Janie Strzeleckim powinna stanowić zachętę do tego, by nie rezygnować z wielkich ideałów, by im dochować wierności – mimo wszystko.