Kaczyński z Kościołem na czele polskiego nihilizmu

– Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium- uważa prof. ZBIGNIEWEM MIKOŁEJKO, filozof i historyk religii w rozmawie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Pierwsze pytanie kieruję do Pana Profesora jako do filozofa religii. Gdy słyszy Pan lub przypomina sobie słynną formułę Marksa o religii jako opium ludu, myśli starożytnego ateisty Lukrecjusza religijne poglądy Feuerbacha, barona d’Holbacha, księdza Jeana Meslier, Nietzschego etc. i innych klasyków ateizmu, to co Pan myśli?

Że są ciągle aktualne. Zwłaszcza formuła Marksa o religii jako „duszy bezdusznych stosunków”, „westchnieniu uciśnionego stworzenia”, „kwiatach kładzionych na kajdany”.

Czy Kaczyński idzie za tą myślą Marksa, dekretując tak dobitnie, jak nigdy dotąd, kilka tygodni temu na konwencji PiS w Lublinie, sojusz Państwa i Kościoła, dawniej nazywanego sojuszem Tronu i Ołtarza?

Tak uważam. Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium. Uczynił to na zimno, cynicznie, bo myślę że nie jest człowiekiem wierzącym, ale zdał sobie sprawę, że trzeba ludzi zaczarować czy otumanić. Użył do tego, z wprawą starego, cynicznego „aparatczyka”,odmiany słynnej niemieckiej triady:Kűnder, Kűche und Kirche (dzieci, kuchnia i kościół), czyli trzech swoich „k”: kłamstwo, kościół, kasa. Taka operacja obezwładnia znaczną część społeczeństwa i daje potrzebne jej złudzenia: złudzenie dobrostanu, złudzenie sprawiedliwości społecznej, a także przyzwolenie na swobodne ujawnianie złych instynktów społecznych, które płyną z Schadenfreude, złej radości. Oparte jest to na mechanizmie psychologicznym, zgodnie z którym adresat takiego impulsu wie, że wiele nie osiągnął, że niewiele znaczy i że nie zostanie dostatecznie gratyfikowany, ale za to może patrzeć. jak „dowala się” znienawidzonym elitom – tym sędziom, uczonym, lekarzom, artystom, politykom z pierwszych stron gazet, opozycyjnym publicystom, ludziom z wielkich miast. Odwołam się tu do książki Petera Sloterdijka o gniewie. Pisze on w niej o tworzeniu tak zwanych banków gniewu -zasobników nienawiści zbiorowej, sterowanej dawniej przez autorytety religijne, na przykład autorów biblijnych „psalmów złorzeczących”, a w nowoczesnym świecie przez ideologów bolszewizmu „czerwonego” i „czarnego”. Sloterdijk utrzymuje przy tym – nie wiem, czy słusznie? – że koniec pewnego typu mesjanizmów świeckich, komunizmu w sowieckiej wersji oraz nazizmu, położył kres takim projektom w skali powszechnej, światowej. Kaczyńskiemu udało się to w skali lokalnej, polskiej, takie banki nienawiści – gniewu niby to „ludowego” – po stworzyć. Mogło się to udać dlatego, że zawiódł też w znacznej mierze i mesjanizm liberalny, który ma pewne cechy innych mesjanizmów świeckich – nie pod względem treści, ale z punktu widzenia samej struktury budowania nadziei, jej mechaniki i funkcji.Nie wszyscy zatem „załapali się” na dobrodziejstwa liberalizmu i zostawił on samym sobie również chmary ludzi odtrąconych, zdegradowanych czy przegranych. Rzecz jednak w tym, że ów „ludowy gniew” tylko w pewnym zakresie jest gniewem tych rzeczywiście przegranych. Po pierwsze bowiem – wbrew temu, co utrzymuje chociażby profesor Maciej Gdula – nie ma w Polsce od dawna żadnej „klasy ludowej”. W wyniku powojennej modernizacji, industrializacji i urbanizacji, w rezultacie wielkich i nierzadko dramatycznych procesów migracyjnych przestał istnieć ów tradycyjny „wiejski lud polski”, tak dobrze znany etnografom czy socjologom przedwojnia. A po roku 1989, w przyspieszonym, konwulsyjnym procesie nastąpił także kres „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej” z jej szczególną kulturą i etosem. Dziś zatem, jak uważam, w Polsce dominuje mentalność drobnomieszczańska w różnych wcieleniach, a dawny „lud” należałoby teraz opisywać w kategoriach właściwych dla socjologii anglosaskiej: jako „niższą klasę średnią”, „klasę niższą”, wreszcie underclass, czyli środowiska radykalnego ubóstwa, skrajnie zdegradowane w społecznym, kulturalnym, materialnym wymiarze. Po drugie, gniew taki w znacznej części żywią ludzie mający się całkiem nieźle, nawet znakomicie, ludzie, dla których ten gniew jest „solą” ich działania. Weźmy więc Kościół katolicki, który się do budzenia tego gniewu świetnie strukturalnie nadaje. Przecież tacy organizatorzy nienawiści, jak biskupi Jędraszewski, Mehring czy Depo mają się doskonale, a nienawiść krzewią wszem i wobec, nieustannie wskazując wroga, jakąś „zarazę”. Na tym tle właśnie dokonuje się ścisła współpraca PiS z Kościołem: można by nawet sparafrazować znane hasło minionego systemu: „Mówimy Kościół, a myślimy Partia, mówimy Partia, a myślimy Kościół”. Cały czas tu zatem jesteśmy w przestrzeni mentalności polskiej lat sześćdziesiątych, może nawet po trosze lat stalinizmu – tam są korzenie wielu składników obecnej mentalności Polaków. Przetrwała ona demontaż dawnego systemu i jest dziedziczona, po rodzicach i dziadkach, co widzę nawet u niektórych studentów Uniwersytetu Warszawskiego i innych stołecznych uczelni. Ale nie tylko o to chodzi. Przywołam głośną kilka lat temu sprawę zabójczyni własnego dziecka, Katarzyny Waśniewskiej. Najpierw grała ona na mentalności wywodzącej się z katechizmu, opartej na współczuciu, na pobożnych obrazkach „Mater Dolorosa”, Matki Boleściwej, która utraciła Dzieciątko, a potem, kiedy jej zbrodnię wykryto, natychmiast oparła swój „przekaz” na przesyconym tanim erotyzmem wzorcu popkulturowym – na odgrywaniu roli wampa czy kobiety fatalnej i nieszczęśliwej, na półnagich zdjęciach na koniu, na tańcach przy rurze, na opowieściach o złych doświadczeniach seksualnych. Bo polską mentalnością rządzą też, współgrając ze sobą, dwa inne jeszcze zasobniki wzorców i języka wyrazu: skarlały, szczątkowy, zdeformowany katechizm katolicki i tandeta popkulturowa. Najpierw więc mieliśmy tu tandetę „ducha”, a potem tandetne „ciało”, rodem z prasy kolorowej. A jednocześnie tym, co rządziło Waśniewską, było poczucie braku znaczenia, z którego chciała się za wszelką cenę wydobyć. I dokonała tego przez transgresję w postaci zbrodni. To właśnie poczucie braku znaczenia rządzi znaczną częścią polskiego społeczeństwa (ci, którzy tego nie rozumieją, przegrywają wybory). Wykorzystał to Tadeusz Rydzyk, zjednując sobie ludzi żyjących w poczuciu wykluczenia. I powiedział im: jesteście „solą tej ziemi”, jesteście Kimś. I ujął to w język gniewu i przemocy, rzekomo wyzwolicielski, pozwalający im odreagować stygmatyzacje, które na nich spadły.

A jednocześnie na tym tle pojawiło się w ostatnich kilku latach, ostatnio szczególnie intensywnie, zjawisko w Polsce do tej pory właściwie w tej skali i postaci nieznane: akty agresji i szyderstwa w stosunku do Kościoła, jego funkcjonariuszy, w stosunku do religijnych symboli. Czy to reakcja na inwazję politycznego klerykalizmu, zwłaszcza ze strony części młodego pokolenia, które jak wskazują badania, radykalnie i w rekordowym tempie się laicyzuje?

Słusznie pan użył słowa „części”, bo inne są postawy młodzieży wielkomiejskiej, a inne wiejskiej (wynika to z badań). Odpowiadając wprost: po części tak, choć w każdym społeczeństwie, po różnych stronach światopoglądowo-politycznych, są osoby skłonne do publicznej ekscesywności. Wspomniane przez pana akty antyreligijne są więc przejawem tego właśnie zjawiska – dlatego różni ludzie wpadają do kościoła w czasie mszy, smarują na murze świątyni antykościelne hasła. Skądinąd właśnie przeciw takim aktom skierowane było ostrze przedwojennej ustawy o ochronie uczuć religijnych: głównie chodziło o ochronę obrzędów i obiektów religijnych przed napadami. Obecna polska ustawa jest poszerzona o ochronę warstwy werbalnej, symbolicznej, w tym sensie jest bardziej restryktywna. Niemniej jednak, będąc ateistą, jestem sceptyczny co do wyłącznie dobrych skutków, jakie przyniosłaby dokonująca się laicyzacja, zwłaszcza młodego pokolenia. Szczególnie we wschodniej części Polski, w tych Białystokach, Jarosławiach, Kodniach, religia jest jedynym spoiwem społecznym i bez niej więzi społeczne całkowicie by się rozpadły, podległy atrofii. To już tam następuje w postaci zaniku sensu zbiorowego istnienia. Te więzi są co prawda po części konformistyczne (chodzenie do kościoła bez wiary), ale trwają. W pięknym mieście Jarosławiu, pełnym wspaniałych zabytków, nie ma gdzie doprawdy przenocować i zjeść cokolwiek. Do tego w Polsce, wraz z likwidacją wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, zniknęła – jak wspomniałem – obyczajowa kultura robotnicza, zastąpiona mentalnością drobnomieszczańską z jej wsobnością i egoizmem. Dziś więc powtórka Sierpnia ’80 byłaby niemożliwa. Dziś figurą społeczną jest „rwacz” z powieści Erenburga, człowiek przychodzący znikąd i bezwzględnie garnący do siebie, człowiek o szczególnym poczuciu estetycznym – wyznawca plastikowej rzeczywistości rodem z reklam (plus grill i piwo). Podobnie jest na Zachodzie, stąd i tam tęsknota za wspólnotami plemiennymi.

Czyli nawet ateiści, sceptycy, antyklerykałowie powinni sobie powiedzieć: nie lubimy Kościoła, jego formy funkcjonowania w Polsce są antypatyczne, szkodliwe i godne szyderstwa, ale musimy łykać tę pigułkę w imię wyższego celu, jakim jest ocalenie elementarnych więzi społecznych, zwłaszcza na prowincji?

Można by to i tak ująć. Kapitał społeczny na prowincji, zwłaszcza południowo-wschodniej, jest bardzo nikły na ogół. W takim Kodniu, gdyby nie kościół z „cudownym obrazem” i liczne pielgrzymki, nie byłoby toalety i nie byłoby gdzie zjeść.

Czy to znaczy, że choć po części powinniśmy przyznać rację Kaczyńskiemu, gdy broni Kościoła?

Ani trochę. To przypadkowa zbieżność materii. Gdyby chciał on wykorzystać Kościół jako dźwignię cywilizacyjną, działałby inaczej. O to mu zupełnie nie chodzi. Obywatel cywilizowany i świadomy jest mu nie tylko niepotrzebny, ale jest zawadą. Potrzebny mu jest obywatel znarkotyzowany obrzędami i ulegający nienawistnym hasłom pewnych hierarchów. Nie jest o to trudno, bo polski katolicyzm jest rytualny, pusty, nie związany z żadną metanoią, przemianą, z otwarciem na bliźniego. Szkoda więc, że to taki lichy katolicyzm jest spoiwem społecznym.

Czy w Polsce jest duży potencjał laicyzacyjny? Na oko wygląda, ze tak: sekularyzacja młodzieży, spadek zainteresowania katechezą szkolną, wyraźne zmniejszenie liczebności pielgrzymek, nawet te 60 tysięcy uczestników modlitewnej akcji „Polska pod krzyżem”, to niewiele jak na przeszło 30-milionowy naród…

Trudne pytanie. Polacy się laicyzują, ale nie wychodzą ze starych dekoracji. Inna sprawa, że to nie zawsze są tylko niewinne dekoracje. W Polsce południowo-wschodniej nie respektuje się nawet obecnej restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, fałszywie zwanej „kompromisem”, bo szpitale zbiorowo podpisały pod naciskiem Kościoła klauzule sumienia. Tam legalnie nie sposób przerwać ciąży.

Czyli polski model laicyzacji jest dokładną przeciwnością francuskiej: tam w 1905 roku nastąpił radykalny rozdział Kościoła od Państwa i trwa do dziś, w zimnej, administracyjnej postaci?

Tak, ma pan rację, a podobnie było we Włoszech czy Hiszpanii. W Polsce będzie więc istniała „wydmuszka”: w środku pusta skorupa katolicka. Skorzystać z niej jednak może tylko Kaczyński i jego partia, inni żywią dziwnie uporczywe złudzenia.

Tylko czy taka skorupa może długo istnieć bez treści, nie sklęśnie jak balon bez powietrza?

Może – i to bardzo długo. A szkoda, że tylko skorupa, bo chrześcijaństwo wprowadziło do naszej mentalności, poprzez wizję męki i śmierci Chrystusa, pojęcie „ciała cierpiącego” i „miłości bliźniego”, którego nie było w antyku „pogańskim”. I mimo prześladowań religijnych, stosów, inkwizycji etc. Kościół jednocześnie krzewił te pojęcia, a także to on, jako pierwszy, zorganizował opiekę nad starymi i chorymi, jałmużnictwo, dowartościowanie człowieka ubogiego („res sacra miser”), dowartościowanie współczucia. Była w tym sprzeczność, ale nie można tego nie uwzględnić. Mało kto wie, że prześladowaniom czarownic, procesom o czary i paleniu ich na stosach kres położyła w XVII wieku inkwizycja hiszpańska w Kraju Basków, bo uznała to za niechrześcijański przesąd. Wszystko to mówię jako człowiek niewierzący i niepraktykujący, który w wieku jedenastu lat rozstał się z Kościołem.

Gdzie tkwią antropologiczne, może podświadome, głębinowe źródła polskiego przywiązania do religii? Nie mam na myśli znanych powszechnie przyczyn historycznych.

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć „jednym tchem”. Ale spróbuję. Po pierwsze, to jest najłatwiejszy i najbardziej w Polsce dostępny stygmat tożsamości plemiennej czy kulturowej – taki „stempelek ma łeb”, że jest się Polakiem (to pokłosie tego, co Stefan Czarnowski, wybitny przedwojenny socjolog, rozpoznawał w „religijności wiejskiego ludu polskiego” jako „nacjonalizm wyznaniowy”, w prosty sposób pozwalający odróżnić „swoich” od „obcych”). Po drugie, w ścisłym więzi z poprzednim, o czym wspominałem już przy Waśniewskiej, to kalekie, szczątkowe instrumentarium – zespół obrazów i pojęć, który z braku innej paidei, pozwala jakoś wyrazić siebie i opisać świat. Po trzecie wreszcie, katolicyzm polski, z powszechnie znanych powodów historycznych, przybrał postać radykalnej „religii życia”, pewnego sposobu egzystencji, poza którym wielu ludzi nie jest w stanie sobie wyobrazić odmiennego trybu czy stylu istnienia. Inna sprawa, że bywa on z tego powodu tylko surogatem autentycznego życia albo maską albo skorupą, skrywającą bardziej jeszcze archaiczne czy wręcz atawistyczne, w każdym razie przedchrześcijańskie warstwy mentalności, także te – niestety – związane z przemocą i solidarnością gromady. Mówią o tym Chłopi Reymonta, a bardziej jeszcze poświadczyła to np. „bożonarodzeniowa zbrodnia” ze Zrębina w 1976 roku – gdzie na oczach kilkudziesięciu osób wracających z „pasterki”, zaprzysiężonych potem na różaniec i do tej pory trwających w milczeniu, zamordowano, w akcie rodowej zemsty, 18-letnią dziewczynę w ciąży, jej 24-letniego męża i 12-letniego chłopca. A podobne cechy nosi też zbrodnia na Iwonie Cygan. To zresztą zjawisko trwałe, kulminujące ongiś w rozmaitych wydarzeniach pogromowych czy w tzw. rabacji krakowskiej 1846 roku, kiedy to chłopi pod wodzą Szeli ogłosili, że „Najjaśniejszy Pan zawiesił przykazania na trzy dni”, można więc bezkarnie „rżnąć ciarachów”, czyli szlachtę, „Polaków”. Znamienne, że trwałością tego rodzaju charakteryzują się bastiony pisowsko-kościelnej władzy, czyli te obszary, gdzie formalny katolicyzm, mierzony udziałem we mszach niedzielnych, jest najmocniejszy: Tarnowskie, Podkarpacie, Kielecczyzna, wschodnie Mazowsze, Podlasie.

W przywołanym wcześniej przemówieniu w Lublinie powiedział Kaczyński, że poza Kościołem katolickim jest tylko nihilizm. Jaką ma Pan na to odpowiedź?

Jest inaczej, jest znacznie gorzej. To Kościół katolicki w Polsce spaja nihilistów. Widać to choćby z serii ostatnich wydarzeń aferalnych w szeregach władzy. Szkoda, że Kaczyński nie ma elementarnej wiedzy filozoficznej. Gdyby ją miał, wiedziałby, że nie tylko przed katolicyzmem, ale i przed chrześcijaństwem istniała bogata myśl moralna: Arystoteles, Platon, Sokrates, praojciec naszych systemów moralnych, stoicy, cynicy z Diogenesem i jego ideą ubóstwa, których myśl była niekiedy bliska Ewangelii chrystusowej, konfucjanizm, religijny żydowski system etyczny. I pewnie nie do końca jest świadom, że to on przyciągnął do siebie drobnomieszczańskie, egoistyczne, zachłanne środowiska i do nich się odwołuje. Niczego dobrego w sferze społecznej „dobra zmiana” bowiem nie uczyniła. Nie spoiła narodu, utrwala tylko jego partykularne instynkty. Ożywiła nadto powidoki, zjawy, upiory najgorszych, przeżytych ideologii, które wampiryzują Polskę, w tym kontrreformacyjny, polityczny katolicyzm i nacjonalizm. Trzeba by je wyegzorcyzmować. To pachnie czasami saskimi, wystarczy poczytać Szujskiego, Bobrowskiego, Skargę, Jasienicę. Bardzo więc żałuję, że w Rzeczypospolitej nie zwyciężył protestantyzm, nie powstał kościół narodowy, a było od tego o krok za Zygmunta Augusta. Ruch egzekucyjny pod wodzą Jana Zamoyskiego dokonał co prawda pewnych reform, ale udało mu się to tylko połowiczne. Tym partykularyzmem zatraciliśmy w Polsce państwo, a szlachta poszła pod lipę pić miód i drzemać, a z drzemki obudziła się w objęciach agresywnych sąsiadów. To zjawisko kapitalnie ukazała Hanna Malewska w powieści „Panowie Leszczyńscy” Kaczyński proponuje to samo – idźcie pod lipę, pijcie miód. A my się zajmiemy polityką. To Jarosław Kaczyński jest wodzem polskiego nihilizmu. I to wszystko nazywane jest – o zgrozo! – konserwatyzmem, choć od konserwatyzmu odległe jest o sto lat świetlnych. To nie ma z nim nic wspólnego. To nie konserwatyzm, to brutalny arywizm. Marian Zdziechowski, mistrz duchowy prawdziwych konserwatystów chrześcijańskich, przewraca się w grobie.

Co będzie dalej?

Musi nastąpić implozja, a wiele zależeć będzie od postaw elit liberalnych i lewicowych. Niestety, zauważam tam skłonność do trwania w starych schematach, stare śpiewki. Na przykład ostatnio pan Czarzasty, którego skądinąd bardzo lubię, bo to sympatyczny i inteligentny człowiek, złożył taką deklarację w sprawach kościelnych, która niebezpiecznie przypomniała mi alianse dawnych, lokalnych baronów SLD-owskich z biskupami, w czasach rządów tej formacji. To błąd, bo Kościół nigdy nie postawi na lewicę, a ta nigdy nie przelicytuje Kaczyńskiego. To samo dotyczy bliskich mi liberałów.

Ten „imposybilizm” w stosunku do Kościoła dotyka także radykalnych ateistów. W odpowiedzi na deklarację jednej z ważnych postaci polskiego ateizmu, że „nie chcą naprawiać religii, chcą się jej pozbyć” powiedziałem, że mają tak wielki cel, a od trzydziestu lat nie mogą zrealizować zamiaru wystawienia pomnika ani nawet skromnej tablicy ojcu polskiego ateizmu Kazimierzowi Łyszczyńskiemu, który jest patronem organizacji, którą przywołana osoba kieruje. Z czym do ludzi? – chciałoby się powiedzieć. Do tego zawsze mówią, nawet Jana Hartman, że to jeszcze nie ten czas, żeby budować pomniki ateistom. Ręce opadają…

O tym wszystkim zadecydowała śmierć konkurencyjnej wobec katolicyzmu paidei, czyli wychowania do demokracji i udziału w kulturze, oraz mitów społecznych, n.p. całkowicie zaprzepaszczono dorobek polskiego arianizmu i Akademii Rakowskiej. A wracając do przywołanej przeze mnie implozji: sytuacja w Polsce trochę mi przypomina wczesny okres Mussoliniego, po zabójstwie socjalisty Matteottiego w 1924 roku. Mussolini popadł na tym tle w depresję z lęku, że oburzenie społeczne spowodowane mordem na opozycyjnym dziennikarzu obali go. Zamknął się w swoim pałacu, nawet przestał przyjmować kobiety. Gdyby wtedy liberalno-lewicowa opozycja, która jeszcze nie siedziała więzieniach, wzięła się do dzieła, mogła skończyć z Mussolinim. Zachowała się biernie i to ją zgubiło. Jest tu pewna analogia z obecną sytuacją polską. Jest jeszcze czas na odsunięcie Kaczyńskiego i jego obozu. Jeśli się teraz nie uda, może być za późno na bardzo długie lata, nie tylko na jeszcze jedną kadencję.

Dziękuję za rozmowę.

Zbigniew Mikołejko – ur. 24 lipca 1951w Lidzbarku Warmińskim -filozof i historyk religii, eseista, poeta. Autor, m.in. książek: Katolicka filozofia kultury w Polsce w epoce modernizmu(1987),Kim jestem dla ciebie…(1987),Elementy filozofii(siedem wydań, 1998–2008);Mity tradycjonalizmu integralnego(1998),Emaus oraz inne spojrzenia do wnętrza Pisma(1998), Żywoty świętych poprawione (2001, 2004, 2011), Śmierć i tekst. Sytuacja ostateczna w perspektywie słowa(2001),W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”(2009), We władzy wisielca, t. 1:Z dziejów wyobraźni Zachodu(2012), We władzy wisielca, t. 2: Ciemne moce, okrutne liturgie (2014), Żywoty świętych poprawione ponownie (2017), Gorzkie żale (2017), Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim lat ostatnich (2018), Prowincje ciemności. Eseje przygodne(2018), Heilsberg, to miasto (2018).

Angielski zamiast religii

Koniec kościelnego raju podatkowego nad Wisłą, rozdział państwa od kościoła, likwidacja Funduszu Kościelnego i wycofanie religii ze szkół. To tylko niektóre postulaty przedstawione przez Lewicę na konferencji w Częstochowie.

Lewica przedstawiła swój plan na normalizacje stosunków pomiędzy kościołem, a państwem. Miejsce ogłoszenia postulatów nie zostało wybrane przypadkowo. Częstochowa, miasto ciężko doświadczone przez działalność klasztoru Paulinów to świecka stolica Polski. Mieszkańcy wybrali niedawno polityka SLD na kolejną kadencje prezydencką, a miejscowi radni przymierzają się właśnie do zmuszenia kleru do podzielenia się bogactwem, które każdego roku zostawiają w mieście pielgrzymi.
Głównym mówcą na dzisiejszej konferencji był Robert Biedroń.
– To ważne miejsce dla osób, które są wierzące. To również niestety miejsce, które w Polsce jest symbolem sojuszu tronu i ołtarza; miejsce, które nadal w Polsce wymaga pewnej korekty. Bo w Konstytucji z 1997 r. podpisanej przez lewicowego prezydenta, ale którą wybraliśmy w referendum z jedną z rekordowych frekwencji, zdecydowaliśmy w art. 25. o suwerenności państwa i kościoła – mówił polityk Lewicy.
Biedroń wskazał, że polityka dotychczasowych rządów sprawiła, że zapisy konstytucji wciąż są fikcją. – Dzisiaj nadal lewica musi wychodzić na ulice, ludzie dobrej woli, którzy chcą żyć w suwerennym, świeckim, otwartym i tolerancyjnym państwie, muszą wychodzić na ulice i domagać się świeckiego państwa. Ale tylko ludzie lewicy są w tym wiarygodni, bo lewica od zawsze walczyła o świeckie państwo, bo politycy lewicy nigdy nie klękali przed biskupami – przekonywał szef sztabu komitetu Lewicy.
W jaki sposób potęgę kleru zamierza ukrócić trzecia siła naszej sceny politycznej?
– Po pierwsze wprowadzimy sprawiedliwe podatki. Nie może być tak, że w Częstochowie mechanik prowadzący warsztat samochodowy płaci kilkukrotnie wyższe podatki, niż proboszcz, który płaci podatek ryczałtowy 240 zł. To po prostu niesprawiedliwość, dlatego wprowadzimy kasy fiskalne dla księży – mówił Biedroń.
Polityk zauważył, że likwidacja Funduszu Kościelnego przyniesie budżetowi 156 mln zł, co z nawiązką wystarczyło by np. na doinwestowanie i oddłużenie jednego z częstochowskich szpitali.
Lewica chce również wytrącić z rąk duchowieństwu narzędzie indoktrynacji.
– Kolejną rzeczą, którą musimy zrobić, a odwagi nie miał żaden inny rząd, jest wyprowadzenie lekcji religii ze szkół. Każda religia w Polsce musi być traktowana tak samo, a dzisiaj nie jest – dzisiaj państwo w szkołach publicznych miesza się z ołtarzem. Musimy zlikwidować lekcje religii także dlatego, że kosztują nas, podatników – wierzących i niewierzących, prawie 2 mld zł co roku. Aby było to możliwe, trzeba będzie renegocjować konkordat.
Biedroń w tym zakresie proponuje swoje autorskie rozwiązanie – zamiast religii będą lekcje angielskiego.
– To będą lepiej zainwestowane pieniądze. A kościół, który jest drugą najbogatszą instytucją, po Skarbie Państwa, w Polsce stać, aby nauczał religii za swoje własne pieniądze – ocenił lider Wiosny.
Katolicyzm za rządów lewicy ma być również mniej opresyjny w stosunku do osób nie będących katolikami. Konieczna jest likwidacji klauzul sumienia.
– Na Podkarpaciu nie ma żadnego lekarza, który nie zasłaniałby się klauzulą sumienia, jeśli chodzi o zabiegi przerywania ciąży – mówił Biedroń.
O dokonaniach miejscowej lewicy mówił wiceprzewodniczący tamtejszej rady miasta i kandydat do Sejmu Łukasz Kot. Samorządowiec wyjawił, że dzień wcześniej miejscowi radni SLD (przy wsparciu PO) przegłosowali apel do metropolity częstochowskiego abp Wacława Depo o przekazanie miastu jednej złotówki od każdego odwiedzającego Częstochowę pielgrzyma – na wsparcie pracy służb miejskich, komunalnych itp.
– Przyjęliśmy apel do arcybiskupa Depo, aby pomógł miastu, pomógł nam sprzątać po pielgrzymach, szykować miasto dla pielgrzymów. Prosimy o przekazanie do budżetu miasta symbolicznej złotówki od każdego pielgrzyma. Dzięki temu miasto będzie mogło zapewnić im lepsze warunki pobytu w Częstochowie – wyjaśnił wiceprzewodniczący rady miasta w Częstochowie.

Rozwód kościołów z państwem

W Sejmie RP zamierzamy przeprowadzić rozwód kościołów z państwem.

Nikt już nie wątpi, że parlamentarzyści Lewicy będą rozdzielać państwo polskie od działających na jego terenie kościołów. Zwłaszcza od biskupów polskiego kościoła katolickiego, uważających się za „książąt kościoła” i traktujących nasze państwo jak swój folwark.
Aby uniknąć wszelkich nieporozumień od razu warto przypomnieć, że przyszły klub parlamentarny Lewicy nie będzie zajmował się kwestiami wiary i jej dogmatów. Nie będzie walczył z ludźmi wierzącymi. Udowadniał, że boga nie ma lub, że istnieje w ograniczonej formie.
Religia to sprawa prywatna każdego obywatela naszego kraju.
Za to państwo polskie powinno być instytucją świecką.
To oznacza, że stanowione przez parlament prawo powinno mieć świecki charakter.
Nie ma zatem zgody na lansowaną obecnie i wprowadzaną w życie przez elity PiS zasadę „Cuius regio, eius religio”. Czyli „Czyj rząd tego religia”. Cofającej nasze państwo do średniowiecznych sporów o prymat papieża nad cesarzem.
W efekcie rządów pana prezesa Kaczyńskiego mamy obecnie w Polsce sojusz „Tronu i Ołtarza”. Sojusz elit PiS z książętami polskiego kościoła katolickiego należącymi do „kościoła toruńskiego”. Czyli tego najbardziej konserwatywnego, nacjonalistycznego i pazernego finansowo. I jednocześnie kościoła najbardziej ubogiego intelektualnie.
Dlatego w przyszłym Sejmie parlamentarzyści polskiej Lewicy zamierzają doprowadzić do finansowego rozwodu państwa z kościołami, przede wszystkim z katolickim. Symbolem takiego rozwodu będą kasy fiskalne dla księży.
W programie Lewicy czytamy:
„Wprowadzimy kasy fiskalne dla księży. Sprawiedliwie opodatkujemy kościoły. Zobowiążemy kościoły do ujawniania przychodów na takich samych zasadach jakie dotyczą organizacji pozarządowych. Docelowo zlikwidujemy przywileje podatkowe wszystkich kościołów i związków wyznaniowych”.
Zapewne wielu uczciwych ludzi wierzących poprze te postulaty, bo doprowadzą one do likwidacji patologii i przestępstw dokonywanych przez księży i zakonników z działających w Polsce kościołów.
Lewica zamierza też zlikwidować Fundusz Kościelny. W 2018 roku dotacje państwa polskiego do tego Funduszu sięgnęły poziomu 156 milionów złotych. A przecież polski kościół katolicki jest największym instytucjonalnym właścicielem majątków ziemskich i silnym graczem na rynkach finansowych.
Nie ma powodów aby był dodatkowo jeszcze dotowany przez polskich podatników.
Parlamentarzyści Lewicy zamierzają też zaprzestać finansowania lekcji religii katolickiej z budżetu państwa polskiego. Wszelkie koszty takich lekcji, traktowanych jako przedmiot dodatkowy, powinien ponosić kościół katolicki.
W programie Lewicy mówi się też o przeniesieniu lekcji religii do kościelnych sal katechetycznych. To może być rozwiązanie na przyszłość.
Obecnie dzieci i rodzice ponoszą liczne trudy „deformy” edukacji narodowej dokonanej przez elity PiS. Dlatego uważam, że Lewica nie powinna ich dodatkowo karać. Jeśli rodzice uznają, że wygodniej będzie im posyłać dzieci na lekcje religii do szkół, to szkoły mogą takie zajęcia pozalekcyjne organizować. Parlamentarzyści Lewicy zamierzają również zlikwidować „klauzulę sumienia” na którą obecnie powołują się niektórzy lekarze i farmaceuci. Należy przyjąć zasadę, że pracownicy publicznej służby zdrowia nie mogą ograniczać swych usług ze względu na dogmaty wyznawanych przez siebie religii.
Mam też nadzieję, że przyszli parlamentarzyści Lewicy będą dbali aby wszelkie uroczystości państwowe i samorządowe miały świecki charakter. Aby były tak zorganizowane, żeby dodatkowe uroczystości religijne nie stanowiły nierozerwalnych punktów ich programu. Aby nie było organizacyjnego przymusu do uczestnictwa w nich.

Czy nadszedł czas na polską reformację?

Redaktor prowadzący portal „Studio Opinii” opatrzył moje uwagi na temat teologii papieża Franciszka fragmentem pomnika Marcina Lutra z Wormacji.
Jak się dowiedziałem z przepastnych bogactw Internetu, jest to największy pomnik niemieckiego reformatora na świecie. Opis Kamila Basińskiego jest dokładny: „W 1868 roku odsłonięto w Wormacji największy pomnik Marcina Lutra i Reformacji na świecie. Trzymetrowa figura Odnowiciela Kościoła otoczona jest czterema przedreformacyjnymi „wojownikami” o prawdę chrześcijańską: Girolamo Savonarolą, Janem Husem, Johnem Wycliffem i Peterem Waldensem. Doktor Luter spogląda z cokołu na nieistniejący dziedziniec biskupstwa, na którym stanął przed cesarzem Karolem V i Sejmem Rzeszy 17 i 18 kwietnia 1521 roku”.

Publikacja mojego felietoniku zbiegła się w czasie z ukazaniem się na łamach „Wyborczej” intrygującego tekstu Christiana Daviesa „Polska ma teraz swój »luterański moment«. Czy Kościół, który nas zawiódł, może żądać naszej lojalności?”.
Autor odwołuje się do doświadczeń swoich rodziców (matki Polki katoliczki i ojca Walijczyka protestanta) oraz własnych obserwacji. To wszystko prowadzi go do następującego wniosku: „Sądzę, że Polska ma teraz swój »luterański moment«. Nie chodzi mi o to, że Polacy nawrócą się masowo na tę wiarę. Ale wydaje mi się, że spełniona jest tu dziś część warunków, które 500 lat temu zrodziły luteranizm – korupcja i moralne zepsucie Kościoła katolickiego oraz porzucenie słowa Bożego na rzecz rytualnego, pogańskiego, narodowokatolickiego bałwochwalstwa”.
Davies dodaje: „Chodzi mi o to, że w tym szczególnym momencie znaczny odłam polskiego Kościoła uległ ludzkim grzechom i materialnym pokusom, związanym nieodłącznie z dominującą pozycją. Groteskowi biskupi-politycy przewodzą seksualnej deprawacji i korupcji. Kościół nadal rości sobie prawo do tytułu obrońcy »wartości moralnych«, ale coraz bardziej przypomina niemoralne serce niemoralnego narodu”.
Czy ma rację? Owszem; jak najbardziej. Problem jednak w tym, że w okresie reformacji w XVI wieku zbuntowali się duchowni (sam Luter był mnichem augustiańskim), a tzw. naród poszedł za nim i wieloma innymi duchownymi, którzy porzucili sutanny i wypowiedzieli posłuszeństwo papiestwu i biskupom. Bardzo im pomogła ówczesna rewolucja technologiczna, czyli wprowadzenie druku na szeroką skalę. Również sporo świeckich katolików opowiedziało się po stronie zbuntowanego kleru.
W Polsce takiego potencjału nie widzę. Owszem nowa rewolucja technologiczna związana z Internetem, a zwłaszcza nowym środkami komunikacji, otwiera szerokie możliwości alternatywnego kształtowania świadomości religijnej, jednak polski kler w większości doskonale się czuje, zwłaszcza pod władzą biskupią. Mniej papieską, bo teologia Franciszka jest dla większości nie do przyjęcia.
Również katolicy świeccy w większości umościli się wygodnie pod skrzydłami proboszczów i biskupów i ani im w głowie reformacja. Tak więc mam złą wiadomość dla pana Christiana Daviesa: na ‘luterański moment’ przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, gdyż polski katolicyzm trzyma się mocno.

Zwrot krakowski

Prezydent stolicy Małopolski zmienił nagle swoje wcześniejsze stanowisko i zwrócił się do kurii z prośbą, by w związku z połączeniem roczników w liceach zechciała łaskawie serwować uczniom mniej lekcji religii.

Nie wiadomo, na ile jest to efekt presji jaka spadła na polski Kościół w związku z popularnością dokumentu braci Sekielskich, ale prezydentKrakowa Jacek Majchrowski zmienił swoją wcześniejszą decyzję o lekcjach religii w pierwszych klasach liceów. Skierował do krakowskiej kurii pismo z apelem o zgodę na zmniejszenie ich tygodniowej liczby. W związku z kumulacją roczników po „reformie szkolnictwa” minister Zalewskiej zamiast dwóch godzin religii tygodniowo miałaby być jedna.
Oficjalnie pismo do kurii jest uzasadniane uchwałą, jaką podjął w tej sprawie krakowski magistrat – tak poinformowała dyrektorka miejskiego wydziału edukacji. Jednak samorządowcy tę uchwałę kierunkową przyjęli ponad miesiąc temu, pod koniec marca. Dlaczego prezydent zwraca się do abpa Jędraszewskiego dopiero teraz, by raczył zmniejszyć licealistom tygodniową dawkę kościelnej indoktrynacji? Wcześniej, jeszcze w styczniu Majchrowski odrzucił taką możliwość, w reakcji na decyzję władz Warszawy.
Na początku roku stołeczny ratusz skierował taką prośbę do kurii warszawskiej, a ta wyraziła nawet zgodę na ograniczenie religii. Prezydent Krakowa twierdził wówczas, że nie zamierza zwrócić się z podobnym wnioskiem do kurii u siebie. Teraz zmienił zdanie i czeka na decyzję Jędraszewskiego. Wcześniej kuria odniosła się bardzo niechętnie do pomysłu radnych: informowała, że ograniczenie lekcji religii będzie możliwe tylko w pojedynczych przypadkach w powodu zagęszczenia pierwszoklasistów na skutek reformy i nie może dojść do przekształcania ich „w powszechnie obowiązującą praktykę”.
Wcześniej we wspomnianą uchwałę przyjętą przez radnych Krakowa ingerował wojewoda małopolski Piotr Ćwik. Namiestnik pisowskiego rządu anulował jeden z jej zapisów zawierający propozycję, żeby nauczanie religii odbywało się zawsze na pierwszej lub ostatniej lekcji. Ćwik argumentował, że w kompetencjach rady miasta nie mieści się układanie planów lekcyjnych. Samego pomysłu ograniczenia liczby godzin religii nie podważył, zaznaczył jednak nie popiera „tego typu działań”.
Od soboty 11 maja krajowa opinia publiczna wrze od komentarzy na temat faktów ujawnionych w filmie dokumentalnym Tomasza i Marka Sekielskich o ukrywaniu przez hierarchię kościelną w Polsce przypadków molestowania seksualnego nieletnich przez księży. Prawica obawia się kolejnej fali antyklerykalizmu, która może osłabić rolę Kościoła w Polsce.
Krakowski magistrat oszacował, że ograniczenie liczby godzin religii z dwóch do jednej tygodniowo może spowodować likwidację prawie 140 etatów szkolnych katechetów.

Drugi, demokratyczny próg

„Diabeł zbiera żniwo” – pisze OKO.press o filmie Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele, mocniejszym niż „Kler”. Czy z tej mąki będzie chleb?

Nigdy wcześniej w polskich mediach, nawet w najgorszym okresie PRL-u, gdy prowadzono rzeczywiście walkę z Kościołem i podejmowano aktywne próby ateizacji społeczeństwa, nie ukazywało się tak wiele bardzo krytycznych materiałów o polskim Kościele katolickim, o jego hierarchach i szeregowych księżach, o wątpliwych poczynaniach tej instytucji i konieczności zasadniczego ograniczenia tak jej pozareligijnej roli, jak też udziału w konsumpcji państwowej kasy.
Czytam tytuły artykułów
w prasie i Internecie: Premiera filmu o pedofilii w Kościele, Pedofilia, tylko nie mów nikomu, Kościół nas zastrasza, Jeżdżewski był zbyt łagodny, Kościół pod rękę z polityką, Ujawniać, nie przemilczać, Nie chcemy płaci za lekcje religii, Kto tu naprawdę profanuje symbole wiary, Franciszek: za tuszowanie pedofilii biskupi mogą stracić posadę, a ofiary nie muszą składać przysięgi milczenia, W Gdańsku odwołano pokaz filmu Tomasza Sekielskiego. Jeszcze ostatnio wydana książka „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie” Frédérica Martela, przy której „Urząd” i „Spiżowa brama” Tadeusza Brezy , ostro przez nasz Kościół w swoim czasie potępiane, wydają się lekturą dla pierwszoklasistów. I nadto spadające z pomników postacie molestujące dzieci: najpierw kapelana „Solidarności”, teraz kapelana prezydenta Wałęsy oraz kustosza bazyliki w Licheniu. Wiele innych przykładów wraz z aroganckim stosunkiem bądź zmową milczenia zdecydowanej większości hierarchów, albo z ich wykrętnymi próbami odpowiedzi na stawiane zarzuty.
Zapoczątkowana przez Marcina Lutra
w roku 1517 reformacja, była ruchem religijno-polityczno-społecznym, zrodzonym z wielu nadużyć i nierozwiązanych problemów ówczesnego Kościoła do których m. in. należały: „rozluźnienie dyscypliny kościelnej, symonia, powszechna ignorancja duchowieństwa, liczne przywileje stanu duchownego i Kościoła, wielorakie i często szkodliwe obciążenia na rzecz duchowieństwa i Kościoła etc.” (Wikipedia). Ówczesny Kościół nie okazał się zdolny do samoodnowy, a reformacja zawierająca jego krytykę i program naprawy, po uzyskaniu poparcia, nie tylko elit społecznych i politycznych szeregu krajów, zapoczątkowała wielki kryzys, serie wojen religijnych oraz trwały podział w zachodnioeuropejskim katolicyzmie. Badacze historii do dziś się spierają, czy te konflikty militarne zostały wywołane jedynie przez kwestie sporne dotyczące religii oraz postępowanie zwierzchności kościelnej, czy też tylko kamuflowały rzeczywiste cele i dążenia ekonomiczne, polityczne bądź społeczne. W tym kierunku szły rozważania Fryderyka Engelsa na temat wojny chłopskiej w Niemczech, którą nazywał niemiecką rewolucją 1525 roku i podkreślał „że religijno-polityczne kwestie sporne owej epoki są odbiciem rozgrywających się równocześnie walk klasowych”.
Przywołane karty historii,
w licznych fragmentach tak bliskie stanowi naszego obecnego Kościoła, nie stanowią oczywiście prognozy jego losów, acz niczego, w tej skomplikowanej materii, wykluczyć nie można. Jeżeli w średniowieczu odpowiedzią na zło panujące w kościelnej instytucji było powstanie co najmniej trzech nowych odłamów chrześcijaństwa, to obecnie, poza poszukiwaniami innych wyznań czy sekt, reakcją może być odejście od Kościoła, od wiary w różnych kierunkach. Oczywiście błędy i grzechy tak polskiego Kościoła, jak i jego różnych funkcjonariuszy były i wcześniej znane, dostrzegane, a nawet czasem, w ograniczonej formie, publicznie opisywane.
Cóż więc się wydarzyło,
że aktualny dyskurs o naszym Kościele odbiega w zasadniczy sposób od wszystkich wcześniejszych na ten temat dysput. Nabrał bowiem niespotykanych rozmiarów i częstotliwości, okazał się otwarty, odważny, pozbawiony poprzednich zastrzeżeń i niedomówień, stał się trwałym tematem różnych publikacji, któremu towarzyszy nadto publiczna działalność, wyrażająca się m. in. w takich akcjach jak Baby Shoes Remember.
Pierwszy demokratyczny próg
został przekroczony w Polsce wraz z dokonującą się transformacją ustrojową, której integralną częścią było stworzenie warunków dla realizacji wolności, rozumianej przede wszystkim jako niezbywalne prawo obywatelskie, co znalazło później odbicie w Art. 31 Konstytucji. W konsekwencji nastąpiła m. in. likwidacja cenzury, jako instrumentu ograniczającego wolność słowa, powstały warunki do swobodnego organizowania się obywateli, także do nieskrepowanej manifestacji poglądów, również podczas wolnych, wyborów parlamentarnych i samorządowych. Wydawało się, że wraz z wcześniejszą jeszcze, bo już za premierostwa Mieczysława Rakowskiego, Ustawą o wolności gospodarczej, oraz uchwaloną i w ogólnopolskim referendum zatwierdzoną Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, powstały trwałe fundamenty demokracji w naszym kraju. To przekonanie okazało się ułudne w warunkach odrodzonego ustroju kapitalistycznego, niosącego w swojej istocie także pogłębiające się nierówności społeczne, połączonych z liberalną doktryną ekonomiczną, nadto z praktyką polityczną preferującą określone idee, instytucje i grupy obywateli. Dopełniły ten obraz stronnicze decyzje, naruszające równość obywatelską na jej wielu polach, a kielich goryczy przelał się wraz z tzw. reformą wymiaru sprawiedliwości podjętą przez Prawo i Sprawiedliwość.
Hierarchiczny polski Kościół,
ale również duchowni na niższych stanowiskach, umocnieni autorytetem papieża, a później świętego Jana Pawła II oraz licznymi aktami zadośćuczynienia za okres komunizmu, wynoszeni często, przez kolejne rządy III RP i liczne środowiska społeczne, ponad instytucje państwa, w błogim spokoju konsumowali swoją, jak się im wydawało, niezachwianą pozycję społeczno-polityczno-ekonomiczną. Lekceważąc pojawiające się publicznie krytyczne sygnały, także płynące z samego Kościoła, odsuwając w niepamięć znane dobrze negatywne wydarzenia i zjawiska, nie dostrzegając zmian nadchodzących wraz z nowym papieskim pontyfikatem i procesami dziejącymi się w innych kościołach rzymsko-katolickich, popadli w samozadowolenie pozbawiając się możliwości, podobnie jak kilka wieków temu, samoodnowy.
Wpisują się w taki stan samoświadomości słowa metropolity gdańskiego abp Sławoja Leszka Głódzia z homilii podczas uroczystości św. Stanisława w Krakowie, o tym, że obecnie w Polsce rozbrzmiewa wobec Boga słowo nie. Wierni – podkreślił – są zobowiązani wyrazić wobec takich poczynań „współczesne non possumus”. To nota bene ulubiony i wielokrotnie wcześniej wykorzystywany chwyt polemiczny, w którym krytykę instytucji ziemskiej, jaką jest Kościół, utożsamia się z atakiem na Boga, a wszystkich inaczej myślących z wrogami Chrystusa i chrześcijaństwa.
Na tym tle do nadzwyczajnego wyjątku należą ostatnio wypowiedziane słowa abp Wojciecha Polaka, prymasa i pełniącego funkcję delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży: „Jestem głęboko poruszony tym, co zobaczyłem w filmie Pana Tomasza Sekielskiego. Ogromne cierpienie osób skrzywdzonych budzi ból i wstyd. W tym momencie przed oczami mam także dramat osób pokrzywdzonych, z którymi spotkałem się osobiście. Dziękuję wszystkim, którzy mają odwagę opowiedzieć o swoim cierpieniu. Przepraszam za każdą ranę zadaną przez ludzi Kościoła.”
Przywołując słowa Ewangelii wg. św. Mateusza „Poznacie ich po ich owocach”, w powszechnym społecznym żądaniu nastąpić wreszcie muszą czyny: nie ukrywanie przestępstw i ich sprawców, których należy oddać pod sąd, wydalania ze stanu kapłańskiego i wytworzenie klimatu potępienia czynów pedofilskich w c a ł y m, bez wyjątku, stanie kapłańskim polskiego Kościoła.
Warto także przytoczyć fragment wypowiedzi Jana Turnau „Wara od Kościoła, od dzieci wara” („GW”, 11-12.05.2019), a propos najścia policji bladym świtem do domu Elżbiety Podleśnej, która na ikonie jasnogórskiej namalowała tęczę: „Podpisałem się pod zbiorowym listem do Episkopatu katolików podobnie jak ja myślących, gdzieśmy takich pomysłów malarskich bronili, a przed dalszym upaństwawianiem naszej religii przestrzegali. A LGBT trzeba bronić, może także sugerując malarsko, że to też Boże dzieci, nie diabelskie.”
Drugi demokratyczny próg
został przekroczony poprzez liczne, w przestrzeni publicznej, manifestacje: czarnych parasolek, i w obronie konstytucji, ruchów obywatelskich i marszów równości. Również przez płynącą, coraz szerszym strumieniem, z różnych stron krytykę realizowanej w III RP demokracji, jak też równości obywateli. W naturalny sposób musiał się ten protest przelać także na ostrą krytykę grzechów naszego Kościoła, jego uprzywilejowanej pozycji, a także aktywnej współpracę części duchowieństwa z rządzącym PiS. I również dlatego, że pomimo licznych doświadczeń z okresu PRL-u, po roku 1989 nigdy nie stanął Kościół w obronie ekonomicznie wykluczonych i prawnie pokrzywdzonych, także w obronie Konstytucji gwarantującej warunki dla jego duszpasterskiej misji.
Reprymenda pod adresem polskiego Kościoła stanowi także negatywną ocenę szeregu zjawisk i praktyki minionych lat wolności i równości, stanowiąc trwałe dążenie do społeczeństwa obywatelskiego, w którym prawo stanowi jego gwarancję i podstawę. Walka o rzeczywistą demokrację i równość w naszym kraju przejawia się więc także w surowej ocenie wielu duchownych i samego Kościoła.
Być może szatan
z radością macha ogonem na wieść o licznych grzechach duchownych i Kościoła. Przykłady pedofilii oraz skrywane, częste praktyki gejowskie, przez liczącą się w kraju grupę społeczną nie akceptowane, w świetle pouczeń i zakazów Kościoła na temat praktyki życia seksualnego, wywołują daleko idący dysonans moralny.
Z poważnych problemów Kościoła nie może radować się polska lewica, nie tylko dlatego, że jej liczącą się część stanowią głęboko wierzący. Przede wszystkim z powodu szacunku dla światopoglądowych wyborów, należących do podstawowych wolności obywatelskich. Zadowolenie przynieść mogą, nie tylko zresztą lewicy, dopiero takie prawne rozwiązania, które w praktyce zapewnią faktyczny rozdział Kościoła od państwa.

Nie chcemy reformować religii, chcemy się jej pozbyć

Z NINĄ SANKARI, wiceprezeską Fundacji imienia Kazimierza Łyszczyńskiego (przy udziale Marka Łukaszewicza) – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy jest szansa na godne upamiętnienie Kazimierza Łyszczyńskiego pomnikiem, tablicą, nazwą ulicy czy placu?
Nie tylko jest szansa, ale to upamiętnienie będzie.
Pytam o to dlatego, że w 1989 roku, w 300 rocznicę kaźni Łyszczyńskiego taki pomysł na chwilę się pojawił, ale już do niego nie wrócono.
W czasie panelu poświęconego Łyszczyńskiemu zorganizowanego przez naszą Fundację w ramach Dni Ateizmu 2019, z udziałem licznej grupy gości zagranicznych, kilkudziesięciu znakomitości światowego ruchu ateistycznego, przyjęliśmy deklarację w sprawie oddania sprawiedliwości historycznej patronowi naszej Fundacji i znalezienia dla niego należnego miejsca w historii Polski oraz myśli ateistycznej. Dotąd nikt nie był tym zainteresowany, także w PRL, kiedy to przeszkadzało jego szlacheckie, a nie ludowe pochodzenie. Z kolei po 1989 roku sprawa Łyszczyńskiego przeczyła, zadawała kłam tezie, że ateizm został „zawleczony” do Polski na bagnetach Armii Czerwonej.
Makieta tablicy poświęconej Łyszczyńskiemu została zresztą przygotowana i była noszona podczas marszów podczas w czasie poprzednich Dni Ateizmu i eksponowana pod podestem, na którym odbywały się rekonstrukcje egzekucji Łyszczyńskiego. Przez wiele lat okoliczności dla upamiętnienia tej postaci nie były sprzyjające, ale obecnie sytuacja zdaje się zmieniać. W szeregu miast polskich, w tym w Warszawie, rządzą ludzie, którzy jeśli nawet nie deklarują się jako ateiści, to są bardziej otwarci na tradycje świeckości.
Podczas wspomnianego panelu z udziałem zagranicznych gości pojawiło się hasło: „Bądźmy ambasadorami Kazimierza Łyszczyńskiego i jego idei”. Pojawił się także pomysł utworzenia międzynarodowego społecznego trybunału do rehabilitacji osób skazanych na śmierć za ateizm (herezję, bluźnierstwo czy apostazję) w przeszłości, a także mordowanych z podobnej motywacji religijnej w naszych czasach.
Łyszczyński poniósł śmierć tylko za to, że zadeklarował ateizm w traktacie „De non existentia dei”?
To był główny pretekst, ale powody były bardziej przyziemne. Swoimi wyrokami, jako podsędek, zalazł za skórę klerowi, naruszając jego interesy finansowe. Tym co ich szczególnie wzburzyło było to, że uznał małżeństwo za kontrakt prywatny, co wyprowadziłoby je poza jurysdykcję kościelną, a w konsekwencji przyniosło utratę dochodów z udzielania ślubów i chrztów. U schyłku XVII wieku Łyszczyński był w tym prekursorem, bo takie rozwiązania wprowadzono dopiero w XX wieku.
Czym wyróżnia się Fundacja imienia Kazimierza Łyszczyńskiego pośród innych organizacji laickich, których naliczyłem kilkanaście?
Pierwsza uwaga – nie jesteśmy organizacją laicką, lecz ateistyczną, nasz patron zobowiązuje. Oczywiście w naszych celach statutowych mamy promowanie idei laickości, ale naszą ideą jest ateizm. Popieramy laickość z jej rozdziałem Kościoła od Państwa i gwarancjami światopoglądowymi, ale naszym dalekosiężnym celem jest szerzenie idei ateistycznych i znalezienie dla religii miejsca w muzeum.
Mieszkałam w kilku krajach, w tym we Francji, gdzie rozdział Kościoła od Państwa gwarantuje ustawa z 1905 roku, ale zawsze jest tak, że realizacja określonych praw zależy także od układu sił politycznych i jeśli w danym kraju dochodzą do władzy siły konserwatywne, wsteczne, to działają na rzecz tego by niemiłe im ustawy podlegały erozji, by nie były przestrzegane. Takie próby podejmowane są nawet w laickiej Francji.
W procesie Łyszczyńskiego sądził go sąd świecki, ale podtrzymał on tylko wyrok wydany przez sąd kościelny składający się z biskupów, więc choćby to pokazuje, że przy sojuszu tronu i ołtarza instytucje świeckie mają ograniczoną suwerenność. Jedynym więc sposobem na pozbycie się garbu religijnego jest ateizm, pozbycie się religii. Laickość jest jedynie prawną formułą. Tak naprawdę, mówiąc o świeckości jako o znakomitym politycznym modelu organizacji państwa, ucieka się od faktów pokazujących, że to niezupełnie prawda.
Jeśli mówi się o rozdziale Kościoła od Państwa, a każdy obywatel ma prawo deklarowania wiary bądź niewiary religijnej, to pierwszy problem pojawia się w edukacji. Jaka ona ma być? Czy taka, jak w wyobrażeniu byłego wiceministra edukacji rządu AWS, Mirosława Orzechowskiego, który uważał, że ewolucjonizm i kreacjonizm są równoprawnymi teoriami i w związku z tym obie powinny być na równi nauczane w szkole? W 2014 r. grupa nauczycieli poszła z pielgrzymką do Częstochowy i podpisała „Deklarację Wiary”, czyli pośrednio zadeklarowali oni nauczanie treści zgodnych z ich światopoglądem religijnym i odrzucenie tych, które nie są z nim zgodne, a miałoby się to dokonywać w szkole publicznej. W tej sytuacji państwo, które, jak w polskiej konstytucji, deklaruje się jako bezstronne, pozostaje bezczynne wobec takich uroszczeń.
Jeśli państwo jest bezstronne, to znaczy, że ci którzy mają przewagę liczebną, mogą ją narzucić inaczej myślącym. Bo jeśli państwo nie jest stroną, to wygrywa silniejszy, ten kto ma więcej władzy do dyktowania swoich warunków. Taką interpretację bezstronności światopoglądowej państwa zastosował abp Gądecki odbierając Ministerstwu Edukacji Narodowej prawo do interweniowania w sprawie nauczycieli podpisujących tę Deklarację. Sama laickość niczego więc nie gwarantuje. Dlatego w prawie powinny znaleźć się zapisy, że szkoła jest wolna od religii. Urzędnik państwowy zobowiązany do przestrzegania świeckości musiałby być ideałem, a takich nie ma.
Nie można przepołowić sobie głowy na część prywatną, religijną i część świecką w pracy, na urzędzie. Dopóki zatem od tego szkodliwego na każdym polu zjawiska – psychologicznym, moralnym, kulturowym, społecznym, politycznym ekonomicznym – jakim jest religia, ludzkość się nie uwolni, dopóty problem nie zostanie rozwiązany.
Miejsce religii jest w muzeum, są przecież religie martwe, muzealne, jak starożytna religia grecka, której przecież nikt dziś nie wyznaje, a Zeus i inni bogowie są znani jako bohaterowie mitów. My nie chcemy reformować religii, chcemy się jej pozbyć. Przede wszystkim uważamy ją za szkodliwą z powodów poznawczych, dlatego, że jest zdeformowanym odzwierciedleniem w ludzkiej świadomości realnie działających sił, prezentuje fałszywy, zatruwający ludzkie umysły obraz rzeczywistości.
Czy organizacje, fundacje, stowarzyszenia, czy to laickie, świeckie, czy krytyczne w stosunku do religii czy wprost ateistyczne, w jakimś stopniu ze sobą współpracują?
Generalnie z tą współpracą jest kiepsko. Po 2015 roku Koalicja Ateistyczna jednostronną decyzją przejęła organizację Marszu Ateistów podczas Dni Ateizmu i odmówiła nam współpracy w ramach wspólnego komitetu. Skończyło się to klapą organizacyjną ostatniego Marszu Ateistów, od braku nagłośnienia począwszy, a skończywszy na braku haseł identyfikujących to wydarzenie. Brało w nim udział zaledwie około 150 uczestników, którzy się szybko się rozeszli. Niezależnie od braku nagłośnienia, 60 gości zagranicznych i tak nic by nie zrozumiało, bo po raz kolejny nie było tłumaczenia.
Marsz od 3 lat jest coraz słabszy, a powinno być na odwrót, powinien rosnąć w siłę. Wygląda więc na to, że obecni organizatorzy nie dają sobie rady. Dlatego uważamy, że konieczna jest taka zmiana formuły, która zapewni temu wydarzeniu atrakcyjną oprawę i odpowiednią organizację. Mamy taką koncepcję i będziemy zapraszać zainteresowane organizacje do współpracy w ramach komitetu organizacyjnego. Jeśli chodzi o współpracę polskich organizacji światopoglądowych, to trzeba odnotować, że wśród ateistów zdarzają się zwolennicy homofobii, wrogowie feminizmu, antysemici, ludzie o poglądach antydemokratycznych, jest pełny przegląd poglądów w społeczeństwie, więc trudno tu o jedność. Z niektórymi nam nie po drodze. Mamy natomiast dobrą współpracę z Fundacją Wolność od Religii, uczestniczymy w pracach stowarzyszenia Kongresu Świeckości, dobrze dogadujemy się z organizacjami feministycznymi i LGBT.
Czy można dziś mówić o recydywie religii w świecie?
Te procesy nie mają jednoznacznego kierunku. Moim zdaniem, mamy do czynienia z jednoczesnym odgórnym narzucaniem religii przez prawicowe rządy i oddolną sekularyzacją społeczeństw. Po załamaniu się porządku sprzed 1989 roku, upadku realnego socjalizmu w krajach Europy Wschodniej, nastąpił kryzys idei emancypacyjnych i wzmożenie sił konserwatywnych w całej Europie. Pojawiły się siły nowej kontrreformacji, fundamentaliści religijni różnych religii, w tym islamiści, koordynują swoje działania, korzystają z doświadczeń katolickich, na przykład skierowali swoją uwagę na aborcję, którą do tej pory mało się interesowali. Wrogie sobie religie zaczęły ze sobą współpracować, a wielu polityków, jak Orban na Węgrzech, choć sami są mało religijni, używają religii jako skutecznego instrumentu kontroli społeczeństwa. A wszystkim im zgodnie chodzi o zabijanie wolności człowieka, odbieranie mu prawa do wyboru, do aborcji, antykoncepcji czy eutanazji. Religia mówi: twoje życie nie należy do ciebie, twój brzuch nie należy do ciebie, twoja śmierć nie należy do ciebie. Z drugiej strony, w Polsce ubyło ok. dwóch milionów wiernych w ciągu 10 lat.
A Pew Research Center ogłosił przed rokiem dane wskazujące na polską młodzież jako podlegającą najbardziej dynamicznemu procesowi sekularyzacji na świecie…
Nie mam wielkiego zaufania do PRC, bo to ośrodek sympatyzujący z religiami. Jeśli zatem wykazali taką skalę tego zjawiska, to znaczy, że w rzeczywistości przebiega ono jeszcze bardziej radykalnie. Przełom zaczął się w 2016 roku w wyniku „czarnych protestów” w odpowiedzi na atak Ordo Iuris na tzw. „kompromis aborcyjny”, a ostatnio pod wpływem afer pedofilskich w Kościele i uwrażliwienia na krzywdę dzieci. To właśnie w 2016 roku Ogólnopolski Strajk Kobiet Marty Lempart wsparł jednogłośnie ważny dla nas postulat świeckości państwa w zradykalizowanej postaci
„Dość zabobonów”.
Na koniec raz jeszcze o Kazimierzu Łyszczyńskim. Dobrą formą przybliżenia szerszej publiczności jego postaci mógłby być, poza pomnikiem czy tablicą, np. film dokumentalny czy widowisko. W latach 70-tych w Teatrze Telewizji powstał spektakl o procesie Giordano Bruno.
Dziś trudno na to liczyć, ale ja nie tracę nadziei na zainteresowania tą postacią Hollywoodu.
Brzmi to dość fantastycznie…
Ale wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Jestem dobrej myśli co do szans na wydobycie postaci Łyszczyńskiego z głębokiego cienia. To już się dzieje, w Wikipedii są już różne wersje językowe hasła o Łyszczyńskim, w tym bengalska…
Dziękuję za rozmowę.

Ojciec rodziny

Bynajmniej nie chodzi o Rodzinę Radia Maryja. Aczkolwiek ojciec Rydzyk również jest laureatem zaszczytnej nagrody im. błogosławionego Jerzego Ciesielskiego – „ojca rodziny”. Tak jak Bogdan Chazan, Marek Jurek i Wanda Półtawska.

Najwyraźniej tu w Warszawie przegapiliśmy moment, kiedy Politechnika Krakowska zaczęła być katolicką uczelnią. Pocieszam się jednak, że nie jestem sama w swojej ignorancji. Ludzie z Małopolski również zostawiają w internecie pełne zdziwienia komentarze pod artykułami mówiącymi o tym, że nagrodę „Ojca Rodziny” bł. Jerzego Ciesielskiego otrzymał w obecności rektora tej uczelni prof. Bogdan Chazan. To nie wszystko. Laureatami tego zaszczytnego wyróżnienia, które wymyśliła sobie redakcja katolickiego „Źródła” zostali również tak zasłużeni „ojcowie rodzin” jak Tadeusz Rydzyk czy Wanda Półtawska.
Kim był Jerzy Ciesielski? Absolwentem politechniki, bratem późniejszego jej rektora oraz… znajomkiem Karola Wojtyły. Jak na ojca rodziny pisanego wielką literą i godnego swojej własnej statuetki – nie miał tej rodziny szczególnie licznej, bo dorobił się jedynie trójki potomstwa. Pewną wskazówkę może stanowić fakt, że zginął w katastrofie statku wraz z dwójką swoich młodszych dzieci. I najzupełniej szczerze – nie mi wnikać w sposób, w jaki kościół katolicki dobiera sobie swoich błogosławionych czy świętych, wolałabym jednak, aby robił to nie mieszając w to państwowych uczelni wyższych. Tymczasem rektor Politechniki Krakowskiej, Jan Kazior, nie tylko daje Bogdanowi Chazanowi, symbolowi przemocy wobec kobiet, platformę do wygłaszania tez stojących w sprzeczności z dzisiejszymi standardami medycyny, ale również sam wygłasza płomienne przemówienie o tym, że zadaniem jego uczelni jest wychowywanie i przekazywanie „istotnych” wartości. Istotnie – tegoroczny laureat określił je nad wyraz konkretnie: aby przyjmując młodych lekarzy na studia, a potem do pracy, pozwolić im dokładnie na to samo okrucieństwo, z którego w 2014 roku zasłynął Chazan na całą Polskę.
Prócz tego w laudacji abp Jędraszewskiego, równie płomiennej jak przemówienie rektora, usłyszeliśmy cytat z Levinasa nawiązujący do Holokaustu, który w głowach Niemców „narodził się z obojętności” na los drugiego człowieka – i to prof. Chazan właśnie w tej ciemnej dobie ma być tym, który się owej śmiertelnej obojętności przeciwstawia. Byliśmy więc świadkami kpiny zarówno z nauki, akademickiej powagi technicznej uczelni, norm nowoczesnej medycyny, jak i de facto samej idei ojcostwa. Chyba że do puli wliczymy nagrodzonemu profesorowi wszystkie ciąże, które swego czasu przerwał. Wtedy rzeczywiście miałby szansę na wynik godny Ojca Wirgiliusza. Prócz tego wszystkiego byliśmy również świadkami kpiny z prawa, ponieważ w sprawie Chazana nadal toczy się postępowanie przed warszawskim sądem.
W kraju, w którym minister nauki i szkolnictwa wyższego słyszy głosy mrożonych embrionów, najwyraźniej na porządku dziennym jest sytuacja, w której rektor politechniki ogłasza, że w pakiecie z dyplomem z transportu, gospodarki przestrzennej i materiałoznawstwa powinno się dostawać elementy teologii. W takim razie niech finansuje się z biskupich ściep na tacę i zmieni patrona z Kościuszki na Polaka wszech czasów.

Opowieści ginekologiczne Recenzja

Nie tylko Kościół katolicki w Polsce i sekundująca mu konserwatywna prawica – w tym w stopniu najmniej entuzjastycznym, ale jednak także Prawo i Sprawiedliwość – sprawiają, że ginekologia i położnictwo są nie tylko po prostu specjalnościami lekarskimi, ale szczególnymi dziedzinami medycyny, bo jedynymi które krzyżują się z polityką.

 

Nic dziwnego, że wątek ten pojawia się epizodycznie także w „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego.
„Czarny protest” sprzed ponad dwóch lat nie tylko pokrzyżował plany antyaborcyjnych fanatyków spod znaku „Ordo Iuris”, Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego czy Magdaleny Kaliszuk, ale ostudził zapał w tym kierunku także w rdzeniu PiS, w ślad za sceptycznym stanowiskiem prezesa partii. O utrzymaniu się tej tendencji świadczy choćby niedawne oświadczenie jednego z zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, eurodeputowanego profesora Ryszarda Legutko, który stwierdził, że sprawa ta do najbliższych wyborów parlamentarnych (2019) wyborów nie zostanie ponownie podjęta. Prezes partii najwyraźniej dodatkowo „zabezpieczył” temat, zagrzebawszy go także w szufladach TK Julii Przyłębskiej. Pomimo tego czujności nigdy za wiele, a poza tym przeciwnicy zakazu aborcji są w sytuacji bohatera znanego żydowskiego dowcipu, znękanego ciasnotą mieszkania, któremu doradzono, aby najpierw dogęścił je wprowadzając do niego kozę, a następnie się jej pozbył, co przyniesie mu ulgę. Dziś zwolennicy prawa do aborcji cieszą się z powstrzymania ofensywy ultrasów, ale do jego liberalizacji jest tak daleko, jak było.
W żadnej dziedzinie sztuki lekarskiej nie krzyżuje się tyle zagadnień wykraczających poza materię ściśle biologiczną i medyczną, w tym tak delikatnych jak seksualność (ginekologia i położnictwo nie są co prawda dziedzinami erotyki, ale w erotyce mają swoje korzenie), problematyka etyki i moralności, zjawisko wstydu i skrępowania związane ze sferą płciową oraz tak przemożnie wpływowych jak obyczaje i zasady – zakazy i nakazy – religijne. Wystarczy przywołać trzy kwestie: przerywanie ciąży, antykoncepcję i zapłodnienie in vitro, by uzmysłowić sobie jak wielkie namiętności polityczne i światopoglądowe oraz spory prawne one budzą, w ostatnich dziesięcioleciach głównie w Polsce (choćby wspomniany „czarny protest” przeciw próbie całkowitego zakazu aborcji), ale okresami także w Irlandii (niedawne referendum) czy w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej (n.p. Salvador, kraju gdzie jest najbardziej restrykcyjne na świecie prawo antyaborcyjne). O tym jak n.p. Kościół katolicki przywiązywał do tzw. katolickiej etyki seksualnej świadczą choćby archiwalne wydawnictwa z tego zakresu, gdzie życie płciowe i prokreacyjne katolików regulowane było z drobiazgowością graniczącą fragmentami z obsesją nie pozbawioną rysów obscenicznych. Tajemnice ginekologii i ciała kobiecego w aspekcie prokreacji fascynowały wielu pisarzy. Wystarczy przywołać powieści: niemiecką – „Orestes i wieloryb” Hedwig Rohde, brytyjskie – „Regulamin tłoczni win” Johna Irvinga, czy „British Museum w posadach drży” i „Gdzie leży granica” Davida Lodge (o angielskiej, katolickiej terlikowszczyźnie), duńskie „Zimowe dzieci” Dea Trier Morch, fińską „Akuszerkę” Katji Kettu, czy najgłośniejsze z tego nurtu „Opowieści podręcznej” Kanadyjki Margaret Atwood, a także przykłady z dawnej polskiej prozy: „Grypa szaleje w naprawie” Jalu Kurka, „Zazdrość i medycyna” Michała Choromańskiego, „Niemiłosierni” Marii Jarochowskiej, czy „Flirt z medycyną” Zbigniewa Łapińskiego. Tematykę tę podejmowano też w kinie, choćby Ingmar Berman w filmie „U progu życia” czy Czeszka Vera Chytilowa w „Grze o jabłko”. Iza Komendołowicz podjęła tę tematykę w formie dziennikarskiej, po części poniekąd reportażowej, uzupełnionej formą wypowiedzi i wywiadów z lekarzami ginekologami, w tym z tak znanymi i zasłużonymi jak małżeństwo Marzeny i Romualda Dębskich czy profesor Marian Szamatowicz, jak i z tak kontrowersyjnymi, a nawet inkryminowanymi, jak osławiony profesor Bohdan Chazan. Iza Komendołowicz we współpracy z Magdaleną Kuszewską podjęły takie tematy, jak dziwne przypadki ginekologiczne i położnicze, przebiegi porodów, granica życia i śmierci oraz patologie ciąży, wady płodu, kwestię i praktykę aborcji, młodociane macierzyństwo, zagadnienie skutków gwałtu i ciąży z gwałtu, problemy ciążowe i porodowe tzw. „starych matek”, kwestie zapłodnienia in vitro, tematykę hormonów i antykoncepcji, onkologię ginekologiczną, postawy mężów kobiet ciężarnych, a także ginekologię estetyczną. Książka Komendołowicz wpisuje się w karierę, jaką zrobiły w ostatnich latach w mediach tematy ginekologii, położnictwa, prokreacji, o czym świadczą nie tylko liczne teksty w prasie i materiały w internecie, ale także liczne telewizyjne cykle dokumentalne w rodzaju polskiej „Porodówki” czy angielskich i amerykańskich cykli reportażowych w rodzaju „Położnych”, „Ciąży z zaskoczenia” czy „Matka w ciąży, córka w ciąży”, a także słynny quasi-dokumentalny film amerykański „Gdyby ściany mogły mówić”. Przed obeznanymi z tą tematyką i widzami tych programów książka Komendołowicz nie odsłania co prawda jakichś szczególnych sekretów, ale i tak jest to lektura bardzo interesująca i pouczająca, a dla wielu wręcz życiowo, praktycznie niezbędna, a co najmniej wskazana. Jak bowiem zaświadczają niektórzy ginekolodzy, rozmówcy Izy Komendołowicz, brak wiedzy u kobiet i mężczyzn, których ten temat dotyczy czy potencjalnie może dotyczyć, bywa zastraszający a nawet szokujący, do granic nieprawdopodobieństwa i absurdu. Ta książka, choć nie wyraża tego expressis verbis, jest głosem za prawem kobiety do swobodnego wyboru i za liberalizacją obecnego stanu prawnego w tym zakresie.

 

Iza Komendołowicz – „Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów”, współpraca Magda Kuszewska, wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2018, str. 320, ISBN 978-83-280-5210-9

Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?