Widok z auta

Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet…

Warszawa, styczeń 2019. Ósma rano. Na jednej z peryferyjnych ulic Pragi ponad stumetrowa kolejka do dobroczynnej garkuchni po darmowy posiłek. Stoją ludzie w różnym wieku, samotni i parami, na ogół ubrani źle, byle jak, albo marnie. Biednie, po prostu.
Brudni, którzy wychynęli dopiero co z jakiejś piwnicy, stoją obok biedaków schludnych, donaszających porządne niegdyś jesionki, kurtki i garnitury.
Postronnym, którzy – jak ja – jeżdżą po tej ulicy rzadko, wydawało się dotąd, że pojawiają się tu dopiero w czasie obiadowej zupy. Okazuje się, że dzień też tu zaczynają. Za to po południu i wieczorem już ich nie zobaczysz, zupa bowiem jest obiadokolacją.
Zapewne dla wielu ta garkuchnia, to jedyna szansa na zjedzenie czegokolwiek. Owszem – są tu cwaniacy, pijacy, menele. Zjedzą za darmo, ubiorą też za darmo – w to, co dadzą im w PCK, albo w parafii. Jako tako odziani mogą zająć się tym, co lubią najbardziej – ciułaniem na gorzałę. No, choćby na browarek. Kawałek złomu gdzieś znajdą, w śmietnikach trochę puszek po piwie, miejsce na parkingu „zarezerwują” za złocisza, albo po prostu w garażach supermarketu wyrwą od kogoś parę groszy na litość: „mogie odprowadzić wózek”?…
No tak, ale przecież nie wszyscy z kolejki po talerz zupy, to degeneraci. W cierpliwym tłumie głodnych są też osoby jakby nieco zakłopotane, że muszą tu stać. Niektórzy są wręcz zawstydzeni – żony z mężami, starsi, samotni mężczyźni, starsze, samotne kobiety. Nie podnoszą wzroku, nie rozglądają się na boki. Po ubiorze, po zachowaniu widać, że kiedyś mieli się znacznie lepiej, a przynajmniej na pewno jedli w swojej kuchni, ze swoich talerzy
Na tej peryferyjnej ulicy Pragi człowiek nagle zdaje sobie sprawę, jak bardzo cienka jest teraz granica między życiem normalnym, a życiem w biedzie. Jak w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od ciepłego wnętrza szemrzącego samochodu, do ogonka na chodniku smaganym zimnym wiatrem. Od śniadania we własnym domu, do tych stu kilkudziesięciu metrów, które trzeba przejść noga za nogą, pośród nędzy ludzkiej, żeby w ogóle zjeść cokolwiek.
Nie rozumiem tylko, dlaczego karmienie biednych, urządzanie dla nich masowych wigilii, czy wspólnego śniadania wielkanocnego, to taka dobra okazja do manifestowania społecznej dumy z chrześcijańskiej miłości bliźniego?
Czyż to nie jest aby powód do wstydu? Obywatelskiego? Państwowego? Wszak przy tych świątecznych okazjach przewija się przed naszymi oczami zupełnie inna Polska od tej, którą codziennie oglądamy na ekranach swoich telewizorów. Ona nie mieszka w apartamentowcach, nie jeździ „hybrydami”, nie rozmawia o hipsterce, albo o tym, jak pan Okrasa przyrządza krewetki w winie, tylko o tym, co dziś dają: krupnik, czy kapuśniak…
Polska zadomowiona na co dzień na peryferiach, dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – pojawia się tysiącami na ekranach w prime time. W karnych rzędach siedzi za długaśnymi stołami czekając na biskupi pokropek.
Jeszcze kilka lat temu ci ludzie chowali twarze przed kamerami. Teraz nie tylko twarzy nie chowają, ale jeszcze słowem chętnie zaświadczają, jakie łaski w wielkiej obfitości na nich spływają. Momentami mam wrażenie, że na moich oczach zrodziło się niepisane, ciche, bez słów, porozumienie między darczyńcami a odbiorcami darów: wy nas nakarmicie, a my imię wasze sławić będziemy. Przysługa za przysługę – dobre słowo za plastikową miskę z bigosem, za plastikową łyżkę i „Fantę” w plastikowym kubku… Ot, takie cichutkie „lokowanie towaru”, komercyjka upichcona na skórze i kościach… Czy na pewno nie jest to powód do poważnego zmartwienia?
Tu, na bocznej praskiej uliczce, bez medialnego blichtru, można zobaczyć Polskę biedną i samotną. I można uświadomić sobie, jak niewiele trzeba, żeby się w niej znaleźć. Wypadek, choroba, śmierć małżonka, redukcja zatrudnienia… i już – jesteś po drugiej stronie. To idzie bardzo szybko.
Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet… Ha, ha, ha!… Nie da się zaprzeczyć, tak było. Były nawet kartki. Kolejki były zmorą codzienności. Zniknęły całkowicie dopiero, kiedy pan Balcerowicz z dnia na dzień podniósł ceny mięsa o kilkaset procent – żebyśmy mogli rozpocząć „życie udane zamiast udawanego”…
No i mamy paradoks – kiedy „nic nie było” nikt nie chodził głodny, kiedy jest wszystko, kwitną darmowe garkuchnie i bożonarodzeniowo-wielkanocna dobroczynność żywieniowa.
Sam więc już nie wiem, co lepsze – zgrzebna sprawiedliwość społeczna, czy miłosierdzie bogatych?
Z punktu widzenia człowieka w samochodzie odpowiedź jest jasna – jest lepiej niż było. Ale z punktu widzenia człowieka z chodnika, który po prostu chce coś zjeść?…