Śmieciówkowy horror

Pandemia wirusa SARS-CoV-2 obnażyła słabość współczesnych państw. Czeka nas kryzys i głęboka recesja. Im gorszą pozycję w hierarchii społecznej zajmujesz, tym mocniejsze konsekwencje zaistniałej sytuacji poniesiesz.

Model produkcji towarów i dystrybucji usług oparty o dywersyfikację ryzyka, bez dywersyfikacji zysków, wysadzi naszą gospodarkę w powietrze, a po wszystkim może nie być czego zbierać.

Bez pracy i pieniędzy

Odkąd rząd podjął decyzję o zamknięciu galerii handlowych, pracownicy drobnych usług pozostają odcięci od możliwości zarobkowania. Cierpią zatrudnieni w gastronomii, handlu, przedstawiciele branży MICE (turystyka biznesowa), przewodnicy wycieczek, organizatorzy targów i imprez masowych. Po głowie dostał transport osobowy. Czy rząd im pomoże? Przedsiębiorcom pewnie tak. Pracownicy, którzy – w większości przypadków z naruszeniem Kodeksu Pracy – faktycznie przymuszeni zostali do podpisania umowy zlecenia lub umowy o dzieło, zostali zostawieni na pastwę losu. Dochody większości zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych urwą się 14 marca 2020 r.

Rząd wiedział

Rząd PiS doskonale wie o problemie. Sam obiecywał ukrócić patologie śmieciowego rynku pracy, był adresatem licznych apeli lewicy i związków zawodowych. Przez chwilę nawet wydawało się, że ma zamiar coś z problemem zrobić, bo wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej także dla osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych było ruchem dobrym. Ostatecznie jednak rządy PiS ugięły się pod naporem lobby wielkiego kapitału, a ten do perfekcji opanował indywidualizację zysków i uspołecznianie strat. Przypomnijmy, że w ogromnej większości przypadków polscy zatrudnieni na umowach zlecenie powinni mieć umowy o pracę. Gdy zleceniobiorca musiał wykonywać zlecenie w ściśle określonym miejscu i czasie i pozostawał w zależności od zleceniodawcy, gdy zlecenie nie mogło być wykonane przez osobę trzecią, gdy umowa koniecznie jest odpłatna, gdy zleceniodawca sprawuje nadzór nad zleceniobiorcą – należy się etat. Tak wynika z Kodeksu Pracy.

Kryzys uderzył w najsłabszych

Wśród zatrudnionych w oparciu o umowy cywilnoprawne, większość to osoby wykonujące proste prace, wymagające niskich kwalifikacji, próżno od nich oczekiwać doskonałej znajomości prawa pracy i własnych praw. Od kilku dni kilka milionów ludzi, z dnia na dzień, bez możliwości przygotowania się, znajduje się na przymusowym bezrobociu. Bez prawa do zasiłku, bez możliwości ubiegania się o wypłatę za czas przestoju. Gdy osoba pracuje na umowie o pracę i z niezawinionych przez nią powodów wykonanie pracy nie jest możliwe, odpowiedzialność za zaistniałą sytuację ponosi pracodawca, a prawo pracowników do wynagrodzenia podlega ochronie (Art. 81 §2 Kodeksu Pracy). Gdy nie ze swojej winy nie pracuje zatrudniony na umowie zlecenie, pracodawca tylko śmieje mu się w twarz.
Nietrudno się domyślić, że nagła utrata wynagrodzenia w sytuacji, w której osoby na śmieciówkach – czyli takie jak ja – przeznaczają średnio 50 proc. wynagrodzenia na wynajęcie mieszkania/pokoju, spowoduje, że osoby te albo nie będą miały co jeść, albo nie będą miały gdzie mieszkać. Przychylni lokatorom landlordzi zapewne zgodzą się na czasową redukcję kosztów wynajmu. Nieprzychylni – lokatorów wyrzucą.

Obok społecznego jest też aspekt czysto epidemiologiczny: niewolniczy model zatrudnienia, oparty o śmieciówki, będzie gwoździem do naszej trumny. W okresie poprzedzającym stan zagrożenia epidemicznego, osoby zatrudnione na umowy zlecenia, mimo złego samopoczucia, przychodziły do pracy. Nic to, że osoba osłabiona jest dużo bardziej podatna na infekcję koronawirusem, i – choć często przecież młoda – na rozsiewanie tego wirusa dalej. Ile osób w Polsce przychodziło do pracy i potencjalnie dalej rozsiewało koronawirusa? Gdyby osoby te objęte były ubezpieczeniem chorobowym, w przypadku wystąpienia pierwszych symptomów mogłyby poddać się domowej kwarantannie.

Prywatyzacja zysków, uspołecznienie strat

Pozostaje też sprawa zwykłej uczciwości. Pracownicy ponoszą negatywne konsekwencje spadku (braku) obrotów, natomiast w czasie, gdy te obroty rosły, nie mieli z tego tytułu żadnych korzyści. Jeżeli firma funkcjonuje przez 13h dziennie, płacąc 17 zł/h, to koszty stałe zatrudnienia wynoszą 221 zł/dzień. Dlaczego zatem, skoro pracownicy nie dostają wynagrodzenia w czasie, gdy firma nie działa, nie jest tak, że dostają pewien procent od przychodu powyżej 221 zł? System oparty o śmieciówki stworzył dla tzw. “przedsiębiorców” idealny model dywersyfikacji ryzyka bez dzielenia się potencjalnymi zyskami.

Czy czegoś nas to nauczy?

Żyjemy w państwie z kartonu i obecny kryzys powinien dać wszystkim do zrozumienia, że to się powinno zmienić. Ale czy się zmieni – wątpię. Prędzej spodziewam się narastania nastrojów ksenofobicznych, antyeuropejskich, antyglobalizacyjnych, wsobnych, zarządzania strachem. Globalizacja rozmontowała państwa z ich aparatem reagowania, zniszczyła wspólnotowość, doprowadziła do skrajnej atomizacji, w której – przez radykalnym indywidualizm – nie da się przeciwstawić poważnym zagrożeniom. Obawiam się, że odpowiedzią na ten brak wspólnotowości będzie wspólnotowość ekskluzywna, taki faszyzm 2.0.

O równe płace na równych stanowiskach

Polskie dane statystyczne są bezlitośnie jednoznaczne – kobiety w Polsce zarabiają na tych samych stanowiskach aż o 19 proc. mniej od mężczyzn.

Kongres Kobiet przygotował projekt ustawy i równości płac kobiet i mężczyzn. Prawne zadekretowanie tego problemu powinno położyć kres dyskryminacji ze względu na płeć. Taka inicjatywa jest konieczna, ponieważ, choć mówi się o problemie od lat, to w praktyce nic się nie zmienia.

Projekt ustawy przewiduje coroczne raportowanie Ministerstwu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ile wynosi w firmach powyżej 20 zatrudnionych procentowa różnica w wynagrodzeniach między kobietami a mężczyznami na tych samych stanowiskach i wykonujących taką samą pracę. W raporcie trzeba będzie uwzględnić wszelkie formy wynagrodzenia, w tym m.in. premie, co utrudni próby ukrywania rzeczywistych dochodów oraz obejmie wszelkie formy zatrudnienia. Jeżeli okaże się, że różnice występują, pracodawca będzie musiał zadeklarować, jakie działania podejmie, by tę różnicę zmniejszyć.

To, co niepokoi w projekcie to fakt, że nie są przewidziane żadne sankcje za niezastosowanie się do przepisów.

Można zatem z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, że pracodawcy nie będą tego prawa przestrzegać tak, jak robią to do tej pory. Podczas gdy np. w Islandii działania dyskryminujące kobiety w wynagrodzeniach traktowane są jako przestępstwo.

„Gazeta Wyborcza”, która napisała o tym projekcie zwraca uwagę, że jedyną firmą, która zdecydowała się na współpracę z Kongresem Kobiet w tej sprawie, była Ikea. Pozostałe, choć zwracano się do nich bezpośrednio, nie wykazały zainteresowania.

Jeżeli projekt Kongresu Kobiet stanie się przedmiotem debaty parlamentarnej, będzie to sprawdzianem dla PiS, czy zdecyduje się na poparcie proponowanych rozwiązań, ponieważ do tej pory deklarowało, że równość płac jest dla tego ugrupowania nader istotna.

Regres na rynku pracy

Za rządów PiS nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Na wielu obszarach zmieniło się na gorsze.

Polityka rynku pracy od lat znajduje się na marginesie zainteresowań władzy. Ważniejsze jest przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, osłabienie Sądu Najwyższego, upartyjnienie Krajowej Rady Sądownictwa. Zmiany, które nastąpiły na rynku pracy od 2015 r. w większości nie są to zmiany korzystne dla pracowników.

Dramat w budżetówce

Przede wszystkim nastąpił katastrofalny regres odnośnie praw pracowniczych w przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa. Funkcje kierownicze zajmują nominaci partyjni, którzy często zwalczają niepokorne związki zawodowe, pozbywają się niewygodnych pracowników, faworyzują podporządkowany rządowi NSZZ Solidarność. Wielu prezesów traktuje firmy zarządzane przez państwo jak prywatne folwarki. Brutalnym przykładem takiego podejścia jest prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Ale warto też przypomnieć PiS-owskiego prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, który podczas strajku zwolnił dyscyplinarnie 67 osób czy prezesa Poczty Polskiej, Przemysława Sypniewskiego, który tak samo potraktował lidera niepokornego związku zawodowego za krytyczny wpis na Facebooku. Przykłady można mnożyć.

Budżetówka i sektor samorządowy są lekceważone systemowo. Setki tysięcy pracowników służby zdrowia, szkolnictwa, pomocy społecznej czy wymiaru sprawiedliwości zarabiają stawki nieznacznie przekraczające płacę minimalną, ich wynagrodzenia coraz bardziej odstają od średniej. Rząd traktuje ich z butą i pogardą – stąd brutalny atak na pracowników oświaty podczas strajku.

Śmieciówki nie poszły do śmieci

W kampanii wyborczej PiS obiecywał likwidację umów śmieciowych. Tymczasem nie tylko ich nie zlikwidowano, ale ich skala w ostatnich latach wzrosła. Szacunkowa liczba osób fizycznych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą, które nie zatrudniały pracowników na podstawie stosunku pracy (tzw. „samozatrudnieni”) na koniec 2018 r. wyniosła ok. 1,3 mln i w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła aż o 8,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób. W 2016 r. wzrosła o ok. 4,5proc., a w 2017 r. o 4,3 proc. . Od trzech lat mamy więc do czynienia ze znacznym wzrostem samozatrudnienia, a osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą nie obowiązują przepisy dotyczące płacy minimalnej czy urlopów wypoczynkowych. W znacznie mniejszym stopniu dotyczą też tej grupy przepisy BHP. Rząd nie podejmuje żadnych działań na rzecz ograniczenia wymuszonego samozatrudnienia, a wręcz promuje umowy B2B np. w transporcie lotniczym czy w służbie zdrowia. To nie tylko skandaliczne omijanie prawa, ale też obniżanie jakości usług. Lekarz pracujący przez 40 godzin bez przerwy ryzykuje swoim zdrowiem i stanowi niebezpieczeństwo dla pacjenta.

W ostatnich latach wzrosła też liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2018 r. było ich 1,3 mln, czyli o 8,3 proc. więcej niż w 2017 r. Ten wzrost to nowe zjawisko, ponieważ w latach 2014-2017 obserwowano nieznaczny spadek liczby osób, z którymi zawarto umowę cywilnoprawną. Innymi słowy wbrew obietnicom PiS po przejściowym spadku nastąpiło zwiększenie skali śmieciowego zatrudnienia.

Patologie kwitną

Na dodatek wiele umów niestandardowych jest zawieranych wbrew przepisom prawa pracy. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być etat. Tymczasem w gastronomii, ochronie czy handlu, mimo spełnionych ustawowych kryteriów umowy etatowej, dziesiątki tysięcy pracowników ma śmieciówki. Rząd nie podjął żadnych działań, aby ograniczyć skalę patologii na tym obszarze. Rząd nie przyjął też żadnych rozwiązań na rzecz zmniejszenia olbrzymich nierówności płacowych, nie podjął działań na rzecz ograniczenia skali darmowych i niskopłatnych staży, nie podjął wysiłków na rzecz wzrostu bezpieczeństwa w pracy i przestrzegania przepisów BHP, nie przeciwstawił się gigantycznej skali niewypłacania wynagrodzeń na czas. Jeżeli ktoś uważał PiS za partię propracowniczą, to po ponad czterech latach jej rządów powinien porzucić złudzenia.

Polki nieaktywne zawodowo

Eurostat opublikował wyniki badan aktywności zawodowej kobiet w Europie. Wskaźnik dla Polski okazał się jednym z najniższych.Ci, którzy spieszą z wnioskami, że to skutek 500+, niech się na chwilę wstrzymają. Sytuacja nie jest czarno-biała.

Po pierwsze – należy wziąć pod uwagę, że nie ma wystarczającej infrastruktury, która pomagałaby matkom w opiece nad ich dziećmi. A trudno oczekiwać od kobiety, by szukała pracy, jeżeli nie jest w stanie zapewnić swojemu dziecku profesjonalnej opieki. Dwie na trzy gminy nie dysponują żadnymi miejscami opieki nad dziećmi do trzeciego roku życia. Tylko jedno z dziesięciu dzieci w wieku poniżej 3 lat ma szansę na miejsce w żłobku. Zatem młode matki, w wieku produkcyjnym, nawet jeśli chcą pracować, po prostu nie są w stanie tego zrobić. W takiej roli jest 37 proc. młodych kobiet. To cała armia potencjalnych pracowników.

75 proc. biernych zawodowo kobiet odpowiada, że ich bierność związana jest z koniecznością sprawowania opieki nad dziećmi i zajmowania się domem.

Bierność w poszukiwaniu pracy jest też ściśle związana z poziomem wykształcenia, który z kolei jest związany równie często z miejscem zamieszkania. We wsiach i małych miasteczkach kobiety są gorzej wykształcone i pozostają bierne zawodowo, ponieważ ich kwalifikacje nie wystarczają często do aplikowania nie tylko o atrakcyjne, ale w ogóle o jakiekolwiek zatrudnienie, którego brakuje dla wszystkich.

W związku z tym trudno się dziwić, że aktywność zawodowa kobiet w Polsce wynosi 63 proc. Za nami są tylko cztery państwa. Na tle ścisłej czołówki, na przykład takiej Islandii (85 proc. pracujących kobiet), Szwecji (81 proc. zatrudnionych) czy Szwajcarii (80 proc. pań aktywnych zawodowo) Polska wygląda rzeczywiście fatalnie.

Znaczącą przeszkodą dla Polek są również głęboko zakorzenione konserwatywne stereotypy. W sondażu przeprowadzonym w całej Europie Polska okazała się jednym z państw, gdzie taki ograniczający kobiety sposób myślenia jest najbardziej rozpowszechniony. Aż 77 proc. pytanych było zdania, że podstawową rolą kobiet jest opieka nad domem i rodziną. Ten głęboko zakorzeniony konserwatywny pogląd też nie ułatwia kobietom poszukiwania i podejmowania pracy.

Po trzecie, nawet istniejąca infrastruktura opieki nad dziećmi jest nieefektywna. Jeżeli na przykład na Podkarpaciu do świetlic nie uczęszcza 20 proc. dzieci, a na dodatek, te, które dostąpiły szczęścia i mają miejsce w świetlicach, też nie do końca są objęte tą opieką, ponieważ połowa świetlic zamykana jest przed 16.00, a elastyczność pracy jest w Polsce jest nad wyraz rzadkim zjawiskiem. A jeśli już występuje, to raczej na korzyść pracodawcy niż pracowników.

Powyższe wytraca z ręki argumenty tym, którzy mówią, że to 500+, „lenistwo” czy „roszczeniowość” jest główną przyczyną słabej aktywność zawodowej kobiet w Polsce.

Wyniki badań Eurostatu dowodzą ponadto, że sytuacja polskich kobiet na rynku pracy jest bombą z opóźnionym zapłonem. Za kilkanaście lat Polska będzie zagłębiem starych kobiet pozbawionych prawa do jakiejkolwiek emerytury.

Bezrobocie jest problemem

W Polsce bezrobocie rzadko jest ostatnio przedmiotem debat, a politycy mówią o nim  wyłącznie w kontekście danych dotyczących całego kraju. Z tej perspektywy
stopa bezrobocia wydaje się stosunkowo niska.

Zgodnie z danymi niedawno opublikowanymi przez Główny Urząd Statystyczny stopa bezrobocia rejestrowanego w październiku 2019 r. wyniosła 5 proc. i w porównaniu do października 2018 r. spadła o 0,7 pkt. proc., a w porównaniu do września 2019 r. o 0,1 pkt proc. Rząd chwali się, że bezrobocie w Polsce jest znikome, ale 5 proc. to ponad 840 tys. osób – trudno uznać, że nie jest to problem społeczny.

Kluczowe jest olbrzymie zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy pod kątem regionalnym. Radykalne różnice widać już przy porównaniu sytuacji w poszczególnych województwach. W październiku bieżącego roku najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 2,8 proc., śląskie – 3,6 proc. i małopolskie – 4 proc. Tymczasem bezrobocie w województwie warmińsko-mazurskim wynosiło aż 8,6 proc., czyli ponad trzy razy tyle, co w wielkopolskim! Również w świętokrzyskim i podkarpackim brak pracy pozostaje istotnym problemem – tam stopa bezrobocia wynosi po 7,6 proc.

Jeszcze większe różnice regionalne występują przy podziale na podregiony kraju. W październiku najniższe bezrobocie było w Poznaniu – 1,1 proc., w Warszawie – 1,3 proc. i Wrocławiu – 1,6 proc., a najwyższe w podregionie radomskim – 12,5 proc., włocławskim – 12,1 proc. i szczecinecko-pyrzyckim – 11,5 proc. Bezrobocie w Poznaniu jest więc ponad 10 razy niższe niż w podregionie radomskim. To przepaść cywilizacyjna! Jeszcze większe różnice są widoczne przy podziale na powiaty.

We wrześniu najwyższa stopa bezrobocia była w powiecie szydłowieckim, gdzie wynosiła aż 22,2 proc., a najniższa w Poznaniu, gdzie wynosiła 1,1 proc. Różnica więc była dwudziestokrotna!Ale to niejedyne niepokojące dane, które pojawiły się w ostatnich dniach w oficjalnych danych GUS. W październiku bieżącego roku do urzędów pracy zgłoszono 111,3 tys. ofert zatrudnienia, czyli aż 15,1 proc. mniej niż przed rokiem. Ponadto w porównaniu z sytuacją z ubiegłego roku firmy zadeklarowały więcej zwolnień grupowych – 146 zakładów zadeklarowało zwolnienie 19 tys. pracowników, natomiast rok wcześniej deklaracje zwolnień dotyczyły 142 zakładów i 15,9 tys. pracowników.

GUS wskazuje też, że wśród osób bez pracy aż 50,6 proc. stanowią osoby długotrwale bezrobotne, którym bardzo trudno jest wrócić na rynek pracy – pod tym względem sytuacja w Polsce należy do najgorszych w Unii Europejskiej. Ponadto osoby pozbawione pracy w większości przypadków są pozbawione wsparcia państwa. W październiku bez prawa do zasiłku było aż 84,2 proc. bezrobotnych, blisko 700 tys. osób!

Bezrobocie więc wcale nie zniknęło. Politycy powinni pamiętać, że zgodnie z 65 artykułem Konstytucji RP „Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych”.

Jeszcze pracy nie zabraknie

Przybywa jednak sygnałów, mogących świadczyć o tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce powróci niekorzystna sytuacja, gdy to przedsiębiorcy dyktowali warunki potencjalnym zatrudnionym.

 

Tylko co piąta firma z sektora przemysłowego planuje zwiększenie liczby pracowników w pierwszym kwartale bieżącego roku.
To na pozór jest nienajlepsza informacja dla pracowników i dla całej naszej gospodarki. Może ona stanowić ostrzeżenie, że powoli kończy się dobry dla zatrudnionych czas na polskim rynku pracy.
Powstaje też pytanie: dlaczego ogromna większość firm działających w naszym kraju nie chce zwiększać zatrudnienia? Czy ich menadżerowie nie widzą szans na rozwój?
Niestety, tak właśnie może się wydawać na podstawie wskaźników optymizmu i wyprzedzającej koniunktury w polskiej gospodarce, które systematycznie spadają, a także i na podstawie informacji o rosnącej liczbie niewypłacalnych przedsiębiorstw.

 

Przemysł wciąż szuka ludzi

Z drugiej jednak strony – chyba nie jest jeszcze aż tak źle.
To prawda, że tylko 22 proc. firm przemysłowych chce w pierwszych trzech miesiącach tego roku zwiększyć liczbę pracowników. Jednakże, jak podaje raport „Barometr perspektyw zatrudnienia” przygotowany przez ManpowerGroup, w ogromnej większości, bo aż w 65 proc. firm wielkosć zatrudnienia będzie stabilna, a tylko 6 proc. będzie redukować etaty w pierwszym kwartale 2019 r.
Czyli, duża przewaga wciaż jest po stronie tych, którzy zamierzają zatrudniać.
Wprawdzie w stosunku do ubiegłego kwartału prognoza zatrudnienia pogorszyła się o 4 punkty procentowe, co bez wątpienia jest niekorzystnym sygnałem. Jednak wobec pierwszego kwartału w roku ubiegłym pozostaje bez zmian, co oznacza, iż pogorszenie koniunktury gospodarczej nie będzie gwałtowne.
Warto też zauważyć, że prognoza zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych, wynosi w produkcji przemysłowej 21 proc.
Jest to najwyższy wynik, jaki odnotowano wśród 10 najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. A to właśnie przemysł decyduje o rozwoju kraju i wzroście dochodu narodowego.

 

Dwa skuteczne sposoby

Przemysł jest jednocześnie tym sektorem, który w Polsce zgłosił największe zapotrzebowanie na ręce do pracy, na okres od stycznia do marca 2019 roku.
Początek nowego roku będzie zatem wciąż jeszcze dosyć dobrym czasem dla osób poszukujących pracy w branżach produkcyjnych.
Dla pracodawców to będzie zaś kolejny – ale kto wie, czy nie ostatni – kwartał, który upłynie im pod znakiem poszukiwania sposobów na przyciąganie i zatrzymywanie pracowników. Nie muszą zresztą daleko szukać, bo najskuteczniejsze są dwa sposoby: normalna umowa o pracę (a nie śmieciówka) i wyższe wynagrodzenie.
– Planowane nowe zatrudnienia to ze strony polskich przedsiębiorców nie tylko efekt wciąż dobrych wskaźników gospodarczych, lecz także zabezpieczenie przed potencjalną rotacją, która zdecydowanie wzrosła. Pracownicy produkcyjni w większości regionów Polski mają znacząco większe niż przed laty możliwości. Chętniej też decydują się na zmianę pracodawcy, wybierając nie tylko tego, który płaci lepiej, lecz także zwyczajnie bardziej o nich dba – mówi ekspert rynku pracy Tomasz Walenczak.

 

Może Azjaci będą za drodzy?

Walka o pracownika trwa już nie tylko w sferze samych wynagrodzeń czy różnych benefitów. Jak potwierdzają rozmowy z pracownikami, istotną rolę odgrywają takie aspekty jak atmosfera w pracy i kultura, nie tylko organizacyjna. Zyskują one na znaczeniu, w myśl zasady: traktuj swojego pracownika, tak jak chciałbyś, by on traktował klienta.
Przed nami kolejny okres, kiedy pracodawcy wciąż jeszcze będą musieli walczyć o pracownika – bo jeśli tego zaniedbają, będziemy częściej słyszeć o sytuacjach, gdzie firmy nie będą w stanie realizować swoich zamówień z powodu braków kadrowych.
Dobrym sygnałem dla polskiego rynku pracy może być potencjalny odpływ części pracowników z Ukrainy – o ile wreszcie dla nich otworzy się perspektywa pracy u naszych sąsiadów zza Odry. Zapewne będzie to dotyczyć grupy osób z określonymi kwalifikacjami, ale nasz rynek pracy to odczuje.
Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinny być coraz lepsze warunki zatrudnienia, oferowane pracownikom w Polsce.
Niestety, wiele firm, chcąc zaoszczędzić na pensjach, już zaczyna sięgać po pracowników, ściąganych z kierunków azjatyckich. Niewykluczone jednak, że – z pożytkiem dla rodzimych pracowników – okaże się, iż potrzebny będzie znacznie dłuższy czas na pozyskanie Azjaty, a także i koszty okażą się jednak wyższe od przewidywanych, ze względu na konieczność opłacenia dalekiej podróży oraz zakwaterowania w naszym kraju.
– Kluczowe będzie zadbanie o pracownika, którego już mamy. Szanujmy swoich pracowników, bo rynek niekoniecznie obfituje dziś nie tylko w lepszych, ale w ogóle, w innych – podsumowuje Tomasz Walenczak.

 

U sąsiadów prognozy są gorsze

Jak wynika z prognozy dla przemysłu, wskazanej przez pracodawców z 26 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, polscy pracownicy jeszcze nie powinni mieć większych powodów do narzekań.
Zestawienie krajów, gdzie w pierwszym kwartale 2019 roku najwięcej firm chce zatrudniać nowych pracowników otwierają Rumunia i Słowenia z jednakowym wynikiem plus 26 proc.
Polska produkcja przemysłowa plasuje się na wysokim trzecim miejscu, z wspomnianym wynikiem plus 21 proc., ex aequo ze Słowacją. U naszych czeskich i niemieckich sąsiadów jest już sporo gorzej. W Niemczech prognoza zatrudnienia w przemyśle wynosi plus 12 proc., a w Czechach tylko 6 proc.
Nasza produkcja jest w dużym stopniu zależna od obu tych partnerów, będących ważnymi odbiorcami rozmaitych półproduktów i podzespołów wytwarzanych w Polsce. Zauważalne spowolnienie gospodarcze na zachodzie Europy, które dotarło do znacznie lepiej od nas rozwiniętych Niemiec i Czech, swoje żniwa zbierze nad Wisłą z pewnym opóźnieniem. W przyszłym roku należy więc spodziewać się wyzwań z tym związanych.
Konsumpcja wewnętrzna, która tak wzrosła w 2018 r., na dłuższą metę nie utrzyma obecnego trendu rozwoju gospodarczego.
Zasobniejsze portfele sprawiły, że wzrosła siła nabywcza Polaków, trudno jednak spodziewać się abyśmy na przykład decydowali się dalej na tak masowe zakupy sprzętu RTV i AGD, skoro ten świeżo zakupiony sprzęt będzie dobrze służył jeszcze przez kilka lat.

 

Nas to nie ominie

Na zachodzie Europy plany pracodawców są jeszcze mniej korzystne dla pracowników niż w naszej części kontynentu.
W Wielkiej Brytanii prognoza zatrudnienia wynosi tylko plus 2 proc., w Austrii plus 3 proc., we Francji i Irlandii po plus 5 proc. Natomiast w Holandii regres – aż minus 6 proc., co zapowiada znaczne redukcje etatów.
Dużo lepiej sytuacja przedstawia się w Skandynawii: w Finlandii prognoza zatrudnienia wynosi plus 16 proc., w Norwegii plus 10 proc., w Szwecji plus 7.
Ważna jest też jednak tendencja. Dla większości zachodnioeuropejskich rynków pracy prognozy zatrudnienia znacznie się pogorszyły, zarówno w ujęciu rocznym, jak i kwartalnym. Tak stanie się niestety w przyszłości również i w Polsce.

Młodzi z milionowymi długami

Jeszcze nie zdążyli się prawie niczego dorobić, a już mają kłopoty finansowe, rozpoczynając dopiero dorosłe życie.

 

Z każdym rokiem przybywa młodych Polaków, którzy weszli w dorosłość już z długiem. Aż 630 tys. osób należących do grupy wiekowej 25-35 lat jest zadłużonych na astronomiczną sumę ponad 6,5 mld zł łącznie. Pewien 31-latek ma 6 mln zł długów na koncie. To niechlubny rekord, ale najnowsze dane zebrane przez Krajowy Rejestr Długów pokazują, że nie jest to odosobniony przypadek.
Jak wynika z danych udostępnionych przez BIG InfoMonitor oraz BIG, pogłębia się również zadłużenie w młodszej grupie wiekowej, w której nieco ponad jedna na pięć osób posiada już jakieś zobowiązania kredytowe. Zaległości osób w wieku 18-24 lat łącznie wynoszą już 872 mln zł. Z kolei jak podaje KRD, od ostatniego roku zadłużenie młodych rodaków, którzy nie ukończyli 25. roku życia, wzrosło o 62 proc.

 

Start w dorosłość na kredyt

Dlaczego coraz więcej przedstawicieli tego pokolenia popada w spiralę długów – I jak uniknąć kłopotów finansowych przed 30-tką, które mogą rzutować na późniejsze lata życia?
– Przyczyny powstawania długów młodych Polaków są różne. Młodsi dorośli nie mają jeszcze doświadczenia w kwestii finansów i najczęściej nie czytają dokładnie umów przy zaciąganiu kredytów lub zakupach na raty. Dają się zwieść promocjom pt. „raty 0 proc.”, które po fakcie okazują się być atrakcyjnymi ofertami tylko z nazwy, bo np. nie byli świadomi dodatkowych kosztów występujących przy kredycie. Niespłacane na czas „drobne” pożyczki, nieuregulowane rachunki za telefon, nieopłacone mandaty za jazdę „na gapę” komunikacją miejską. To najczęstsze przyczyny zadłużenia osób w wieku 18-24 lat – wyjaśnia Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
Nieco inną genezę mają długi młodych osób z następnej kategorii wiekowej (25-35 lat). Tylko nieliczna grupa 25-latków może pochwalić się pensją wyższą niż płaca minimalna, wynosząca obecnie nieco ponad 1500 zł netto. Natomiast osoby przekraczające 30. rok życia, które są dłużej na rynku pracy, zarabiają zdecydowanie więcej – ale nadal dla wielu są to niewystarczające kwoty, które nie pozwalają na pełne usamodzielnienie się. Dlatego też, w tej grupie wiekowej dług jest większy, bo jej przedstawiciele mają też większą zdolność kredytową. Na łączną sumę zadłużenia składają się kredyty na wyższe sumy, zaciągane na zakup dobrego samochodu czy pierwszego mieszkania.
Jak pokazują dane KRD, spośród młodszych Polaków najbardziej zadłużeni są 35-latkowie, którzy muszą zwrócić łącznie aż 1,14 mld zł – czyli każda z tych osób jest winna wierzycielom średnio 16 tys. zł.

 

Trzeba najpierw pomyśleć

Wydaje się, że skoro chęć posiadania własnego M stanowi dobry powód do zadłużenia się na wiele lat, to decyzja o zaciągnięciu kredytu hipotecznego zazwyczaj poparta jest szczegółowymi analizami. Jednak, zarówno osoby, które zrobiły ten ważny krok w dorosłość kilka lat temu, jak i dwudziestolatkowie, wciąż posiadają znikomą wiedzę na temat finansów.
Jak sugeruje Tomasz Bienias, osoby, które urodziły i wychowały się już po transformacji ustrojowej nie znają pojęcia ograniczenia, a świat stoi przed nimi otworem, kusząc dobrami, które mogą mieć od ręki. W rezultacie, młodzi nie są nauczeni oszczędzania, ponieważ nigdy nie musieli tego robić. Jeżeli tylko posiadają stałe źródło utrzymania, a przez to i zdolność kredytową, traktują kredyty jako normalne źródło finansowania swoich potrzeb.
Problemy zaczynają się wtedy, kiedy drobne zobowiązania zmieniają się w wysokie raty, które z miesiąca na miesiąc ciążą na domowym budżecie, aż w końcu przestają być regulowane. Niestety, często zdarza się, że młodzi sami winni są trudnej sytuacji finansowej, w której się znaleźli. Jeżeli dwudziestolatek znajdzie się w bazie KRD czy BIG, w przyszłości może mieć problem zaciągnięciem kolejnego kredytu lub nawet ze zrobieniem zakupów na raty.
Kłopotów jednak można uniknąć, przestrzegając kilku prostych zasad. Warto stosować je w praktyce, ponieważ złe nawyki finansowe szybko mogą wejść w krew.
Dokładne czytanie umów kredytowych popłaca. Nieważne, czy chodzi o kredyt zaciągany na samochód, czy o małą pożyczkę na kilka tysięcy złotych, którą planuje się spłacić w krótkim czasie. Przed podpisaniem każdej umowy kredytowej, warto dokładnie się z nią zapoznać, żeby później nie żałować.
W tym dokumencie znajdują się informacje o wszystkich kosztach zobowiązania, a tym samym o wysokości comiesięcznej raty. Niezależnie od tego, czy podejmuje się pożyczkę w oddziale banku czy online, umowa kredytowa w obu przypadkach wygląda tak samo i jest cennym źródłem informacji, więc warto rozumieć wszystkie zapisy, które się w niej znajdują. Warunki kredytu są oczywiście napisane takim językiem, że niełatwo cokolwiek pojć. Zawsze jednak można znaleźć kogoś, kto wytłumaczy o co chodzi.
Trzeba uważać na zakupy na raty – I jeśli to możliwe unikać ich, ponieważ wtedy oczywiscie pacimy drożej, niż kupując od razu za pełn cenę. Dziś na raty można kupić prawie wszystko, również wycieczki czy odzież.
Spłatę nowej komórki czy komputera, który kosztował 3-4 tys. zł. można rozłożyć nawet na kilkanaście rat, przez co młodym ludziom może wydawać się, że comiesięczny koszt takich zakupów jest niewielki – a w związku z tym i niewielkie są skutki tego, że .przestaną regularnie spłacać zobowiązanie.
Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Małe zadłużenie po pewnym czasie może przerodzić się w duży dług i jeszcze większe problemy finansowe. Okazuje się, że młodzi konsumenci decydując się na zakupy ratalne, nie zawsze są świadomi tego, kto w takim przypadku jest wierzycielem ich długu – i są zaskoczeni, kiedy powiadomienie o braku regularnej spłaty nie przychodzi ze sklepu, w którym kupili towar, a z banku. Należy więc pamiętać, że zakupy na raty to nic innego, jak kredyt zaciągany na normalnych warunkach (I zwykle dość drogi).

 

Nie bać się windykatora

Planowanie chroni przed finansowymi tarapatami. Układanie domowego budżetu, czyli posiadanie kontroli nad wszystkimi wydatkami, jest sprawdzonym sposobem pozwalającym uniknąć nadmiernego zadłużenia się. Jest to szczególnie ważne, gdy dysponuje się niższymi przychodami, jak w przypadku młodych osób, które są u progu kariery zawodowej. Nawet w takiej sytuacji zaciągnięcie kredytu jest możliwe – ważne jednak, aby jego spłata była uwzględniona w comiesięcznych wydatkach. Wtedy zyskuje się pewność, że w domowej kasie nie zabraknie środków na uiszczanie kolejnych rat.
Czasami przykry zbieg okoliczności nie pozwala uniknąć problemów, nawet jeżeli kredytobiorca zastosuje się do powyższych zasad. Wtedy na swojej drodze może spotkać firmę windykacyjną lub komornika, a jak pokazują dane, takich przypadków nie brakuje. Polacy w wieku 25-35 lat aż 1/4 wszystkich zobowiązań, czyli ok. 2,68 mld zł, posiadają wobec firm windykacyjnych oraz funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli.
Kiedy osoba zadłużona otrzymuje pismo od firmy windykacyjnej, nie powinna się obawiać. Taki list oznacza, że wierzyciel poprosił profesjonalną firmę o pomoc w odzyskaniu należności, ale kredytobiorca jednocześnie otrzymuje sygnał, że ma możliwość polubownego rozwiązania swojego problemu, zanim sprawą zainteresuje się komornik, a spłata długu zostanie nakazana przez sąd.
Z firmami windykacyjnymi warto rozmawiać, ale tylko wtedy, jeśli są one w stanie zrozumieć, że rozwiązanie polubowne musi oznaczać pewien kompromis, czyli po prostu to, że wierzyciel trochę obniży kwotę długu. Jeśli nie, to nie warto tracić czasu ani nerwów na negocjowanie z windykatorami. Pamiętajmy, że nie mają oni żadnych realnych możliwości oddziaływania na dłużnika – i jedyne co mogą zrobić, to oddanie sprawy do sądu. Sąd nakaże zaś dłużnikowi zapłacić tyle samo, ile się domagają windykatorzy.

Trudne sprawy

Tekst Jakuba Pietrzaka z Krytyki Politycznej wzbudził w internecie ogromne poruszenie. To osobiste wyznanie studenta, który przyznaje, że nie chce wykonywać słabo płatnej, „bezsensownej” pracy i pyta państwo, czy tak właśnie wyglądać ma bezpłatna edukacja w naszym kraju.

 

Trochę uwiera mnie ostatni tekst Jakuba Pietrzaka z Krytyki Politycznej „Kapitalizm jest obrzydliwy i doprowadza mnie do płaczu”. Nie chciałabym krytykować go za manierę, w jakiej został napisany, licentia poetica chadza różnymi drogami. Chciałabym jednak otworzyć pole do szerszej dyskusji. Szanuję go jako akt odwagi osobistego wyznania frustracji. Podzielam oczywiście pogląd autora na to, że żyjemy w rzeczywistości, w której państwo wycofało się totalnie ze swoich pomocowych funkcji i pozwoliło polskiej nauce siedzieć okrakiem: niby jest bezpłatna, ale dopiero po odliczeniu kosztu najmu, rachunku za prąd i napełnieniu lodówki. Rozwiązania tego problemu upatrywałabym w sensownym systemie stypendiów, obecnie doprowadzonym do karykatury (wiem coś o tym jako była doktorantka, która zmuszona była porzucić badania właśnie z powodu konieczności podjęcia pracy). Stypendia za osiągnięcia i stypendia socjalno-mieszkaniowe to rozwiązania, które dziś w systemie mamy, i które z powodzeniem spełniałyby swoją funkcję, gdyby nie miały żałośnie ustawionych widełek, nieadekwatnych do realiów, cen, wysiłku włożonego w naukę.
Nie do końca zgadzam się z sugestią autora, że studia de facto są pracą. Są nią w tym sensie, że są nałożeniem pewnych obowiązków, jednak w ich zamyśle gratyfikacją jest dyplom mający odzwierciedlać zdobyte kompetencje, horyzonty. Pomysł wypłacania pensji wszystkim studentom (choć jestem gorącą zwolenniczką dochodu podstawowego – ale właśnie ze względu na jego powszechność) mnie nie przekonuje o tyle, że wymagałby zastanowienia się chociażby nad faktem sensu dalszego utrzymywania uczelni prywatnych i wynikających z tego konsekwencji, również w postaci uprzywilejowania jednych studentów nad innymi. Wymagałby też jakiegoś systemu weryfikacji owej pracy – czy opłacany byłby sam fakt obecności na zajęciach? Czy zastosować jakieś progi? Jak długo miałby trwać czas studiów z pobieraniem wynagrodzenia, do ilu kierunków miałby się ograniczać? Kto miałby o tym decydować? Co stałoby się w przypadku lawinowego wzrostu chętnych na taki sposób zarabiania przez wiele lat? Jak wtedy postrzegać ich wejście na rynek pracy? W kategoriach przywileju, który później absolwenci musieliby jakoś odpracować reszcie społeczeństwa? Czy wręcz przeciwnie? Mnóstwo pytań. Chętnie poznałabym propozycje systemowe przedstawione przez autora, te jednak nie padają.
Z tekstu przebija mi trochę brak wyobraźni wychodzącej poza własne doświadczenie. Jak rozumiem, autor marzy o ograniczeniu bądź zniesieniu systemu kapitalistycznego w ogóle. Odnoszę jednak wrażenie, że jednocześnie dokonuje pewnego założenia, że po obaleniu obrzydliwego kapitalizmu nastanie rzeczywistość, która będzie miała narzędzia do tego, by wziąć człowieka, jego aspiracje, wykształcenie, perspektywy, wycenić je w skali od 1 do 100 (na przykład na 74,66 punktów) i znaleźć mu pracę dopasowaną dokładnie pod 74,66 (sensowną, pożyteczną, godnie opłaconą, dopasowaną do indywidualnych ambicji, rozwijającą i jeszcze osadzoną w globalnym rynku pracy, tak aby na każdego wchodzącego na ów lepszy, socjalistyczny rynek czekała posada skrojona pod te ambicje właśnie). W przeciwnym zaś wypadku liczyć się trzeba z odmową jej wykonywania w ogóle. To utopia, w której można się zakochać, niestety doświadczenia różnych socjalizmów na świecie uczą nas, że w tych systemach, podkreślających wartość pracy jako takiej, a redefiniujących późniejszy podział jej wytworów, to znojem, trudem i nierzadko ustępstwami buduje się system naszych marzeń, również poprzez wykonywanie prac mało (wg kryteriów autora) elitarnych (zapewne też dostarczających mniej adrenaliny niż blokowanie demonstracji neonazistów). Czy wówczas autor skłonny byłby ten wysiłek wykonać? Być może wówczas jak najbardziej – przyświecałoby mu poczucie misji, którego w obecnym ustroju mu brakuje, jednak z pewnością żadna rzeczywistość rynkowa nie jest w stanie uchronić nas przed wysiłkiem dostosowania swoich aspiracji do jej wymogów, choćby przejściowo.
Rozumiem tu więc osoby, które przemową z uprzywilejowanej pozycji, w duchu kwestionującym sens ich codziennego trudu poczuły się dotknięte, choć zdaję sobie sprawę, że nie taka była motywacja piszącego. Wreszcie, zamiast poddania się i biernego buntu, jako drogę wyjścia z opresji widziałabym raczej walkę z systemem.