Swoi muszą dostawać jak najwięcej

W wymiarze sprawiedliwości szykowane są comiesięczne, kilkutysięczne dodatki dla zaufanych ludzi resortu – którzy już dziś otrzymują bardzo godziwe wynagrodzenia.
Prominenci obozu rządzącego niemal perfekcyjnie uczynili już z naszego kraju swoją „ojczyznę dojną”, no ale zawsze przecież można wydoić więcej. Obecnie, jak informuje Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia, efektownego (i efektywnego) skoku na publiczną kasę zamierzają dokonać członkowie ekipy, która obsadziła resort sprawiedliwości.Z jednej strony mówi się o zamrożeniu wynagrodzeń sędziów i zwolnieniach w sferze budżetowej, a z drugiej „książętom dobrej zmiany” daje się takie podwyżki, które mogą zawstydzić prezydenta i premiera – tak planowane podwyżki dla osób pracujących na rzecz ministra Zbigniewa Ziobry komentuje Krystian Markiewicz prezes stowarzyszenia Iustitia.
Jak bowiem przypomina, sędziowie delegowani do pracy w urzędach (a urzędy obsadził PiS) nadal pobierają wynagrodzenie z tytułu sądzenia, choć w tym okresie orzekać nie mogą.

-Po zsumowaniu tych pensji z dodatkami proponowanymi przez Zbigniewa Ziobrę sędzia w randze wiceministra sprawiedliwości będzie zarabiał więcej od premiera, a sędzia delegowany do Kancelarii Prezydenta więcej od samego prezydenta – zauważa Krystian Markiewicz.
Ponieważ jednak te kokosy są przeznaczone dla prawników ministra Ziobry, więc nie można mówić, iż jest to jakaś uprzywilejowana kasta.
Chodzi o kilkutysięczne dodatki do wynagrodzeń dla zaufanych ludzi. To nowa propozycja resortu sprawiedliwości. I tak, na podwyżki mogą liczyć: dyrektorzy departamentu lub biura w Ministerstwie Sprawiedliwości, sędziowie pełniący w resorcie funkcję naczelników wydziałów, zastępcy rzeczników dyscyplinarnych działający przy sądach okręgowych i apelacyjnych.
Warto przypomnieć, że zgodnie z art. 91. § 1. ustawy prawo o ustrojów sądów powszechnych, wysokość wynagrodzenia sędziów, zajmujących równorzędne stanowiska, może być zróżnicowana z powodu stażu pracy lub pełnionych funkcji.
Podstawę wynagrodzenia zasadniczego sędziego w danym roku stanowi przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale roku poprzedniego. W związku zaś z pełnioną funkcją sędziemu przysługuje dodatek funkcyjny. Obecnie przeciętne wynagrodzenie wskazane w przepisie wynosi 4839,24 zł brutto. (Komunikat prezesa GUS w sprawie przeciętnego wynagrodzenia w drugim kwartale 2019 r.).
Oczywiście, nie oznacza to, że sędzia nie pełniący żadnych funkcji zostaje na tych głodowych czterech tysiącach z kawałkiem, bo przeciętne wynagrodzenie jest odpowiednio mnożone. I tak, w sądzie rejonowym mnoży się je od 2,05 raza do 2,36 raza, co daje zarobki zasadnicze 9920 zł – 12098 zł (brutto). W okręgowym mnożniki wynoszą od 2,36 do 2,92, co dla sędziego niefunkcyjnego oznacza pensję do 14130 zł brutto. W sądzie apelacyjnym stosuje się mnożniki od 2,75 do 3,23 zł, co daje maksymalnie 15630 zł miesięcznie brutto. Wreszcie, dla sędziów Sądu Najwyższego mnożnik wynosi 4,13, co oznacza pensję 19986 zł brutto.
Do tego wszystkiego dochodzą dodatki za staż pracy, wynoszące, zależnie od jego długości, od 5 do 20 proc. pensji. Trzeba też zauważyć, że sędziowie nie płacą składek ZUS, więc w ich przypadku zarobki „do ręki” są sporo wyższe niż dla przedstawicieli bardzo wielu innych zawodów.
Jeszcze lepiej powodzi się sędziom, będącym członkami przejętej przez PiS Krajowej Rady Sądownictwa. Dostają oni dietę za udział w posiedzeniach KRS, wynoszącą 967,8 zł dziennie brutto. Sędziowie zajmujący kierownicze stanowiska w KRS otrzymują zaś naturalnie dodatkowe zarobki z tego tytułu.
Przedstawione tu dochody sędziów są powiększane o wspomniane dodatki, określane przez rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości. Przepisy stanowią, że wysokość dodatku funkcyjnego ustala się z zastosowaniem mnożników podstawy wynagrodzenia zasadniczego sędziego – czyli podstawą jest przeciętne wynagrodzenie.
Najistotniejsze zmiany w wysokościach dodatków zaproponowane w projekcie rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 11 sierpnia 2020 r. są następujące:
Sędzia delegowany do pełnienia obowiązków podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości – aktualnie mnożnik wynosi 0,4-1,1 czyli od 1935,69 zł do 5323,16 zł. Wedle projektu mnożnik ma wynieść 1,4-1,9 tj. od 6774,93 zł do 9194,55 zł. Oznacza to prawie dwukrotne podwyższenie wysokości dodatku funkcyjnego dla podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Rzecznik dyscyplinarny – aktualny mnożnik to 0,8 czyli 3871,39 zł. Wedle projektu, dla rzecznika dyscyplinarnego sądów powszechnych mnożnik wyniesie 1,8 tj. 8710,63 zł. Dla zastępcy rzecznika dyscyplinarnego sądów powszechnych mnożnik będzie w widełkach 0,8-1,5 co oznacza od 3871,39 zł do 7258,86 zł.
Zastępca rzecznika dyscyplinarnego przy sądzie apelacyjnym oraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego przy sądzie okręgowym skorzystają z mnożnika od 0,4-1,0 co oznacza 1935,69 zł – 4839,24 zł.
Podsumujmy – wszystko to oznacza ponad dwukrotnie podwyższony dodatek funkcyjny dla rzeczników dyscyplinarnych sądów powszechnych. Dodatki dla zastępców rzecznika dyscyplinarnego sądów powszechnych także mogą ulec prawie dwukrotnemu podwyższeniu. Nieco inaczej jest tylko z dodatkiem dla zastępców rzecznika dyscyplinarnego przy sądach apelacyjnych i okręgowych, który może zostać obniżony lub podwyższony, zależnie od liczby sędziów w danym okręgu czy apelacji.
Generalnie, kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości zamierza bardzo mocno wesprzeć finansowo swoje służby dyscyplinarne, zajmujące się kontrolowaniem sędziów. Fakt, że mają one bardzo dużo roboty, bo rzecznicy dyscyplinarni nie ustają w szukaniu haków na sędziów i wszczynaniu postępowań dyscyplinarnych. Zbożny cel – czyli ostateczne podporządkowanie sądownictwa rządowi PiS – uświęca jednak środki. I zrozumiałe, że ludzie z pierwszego frontu tej walki powinni być bardzo godziwie wynagradzani.

Sąd sądem, a sprawiedliwość ma być po naszej stronie

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości przejmują Sąd Najwyższy bo chcą zapewnić sobie bezkarność, jeśli po ewentualnej zmianie władzy będą musieli stanąć przed sądem.
Wielu polskich sędziów protestuje przeciw działaniom Kamila Zaradkiewicza, mianowanego na pełniącego obowiązki I prezesa Sądu Najwyższego. Stowarzyszenie Sędziów Iustitia wskazuje, że Polska pogrążona jest obecnie w chaosie wyborczym. W niedzielę 10 maja „odbyły się” wybory na urząd prezydenta RP, które się w rzeczywistości nie odbyły.
Również w Sądzie Najwyższym odbywają się wybory na kandydatów na I Prezesa SN, które trudno jest nazwać wyborami. Zawiaduje nimi pan dr hab. Kamil Zaradkiewicz, co do którego od lipca 2019 r. podejmowane są czynności dyscyplinarne. Warto zauważyć, że nie ma on za sobą aplikacji sędziowskiej, nigdy nie był więc prawdziwym sędzią – a „sędzią” został w 2018 r., z racji zajmowanego stanowiska, wtedy gdy PiS-owska władza skierowała go do Sądu Najwyższego.
Nie przeszkadzało to oczywiście prezydentowi Andrzejowi Dudzie w posłusznym powołaniu p. Zaradkiewicza na stanowisko wykonującego obowiązki I prezesa SN na podstawie tzw. ustawy kagańcowej (która w opinii wielu prawników jest sprzeczna z Konstytucją).
„Pan Zaradkiewicz wprowadził do Sądu Najwyższego najgorsze sejmowe zwyczaje. Niczym polityk odrzucił wniosek o przyjęcie regulaminu obrad, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Podejmuje również działania, aby jednoosobowo zdecydować o ważności głosowania” – wskazuje prezes Iustitii Krystian Markiewicz.
Jeszcze niedawno Kamil Zaradkiewicz zdejmował ze ściany portrety I prezesów Sądu Najwyższego z czasów PRL – a zaraz potem prowadził obrady tak, jakby cofnął się w czasie do tamtych lat.
Iustitia stwierdza, że stanowczo sprzeciwia się skandalicznym zachowaniom i decyzjom podejmowanym przez prowadzącego Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN pana Kamila Zaradkiewicza – i opisuje te przypadki, które psują kulturę prawną i pogłębiają chaos prawny w naszym kraju. Oto one:
Odrzucenie wniosku o przyjęcie regulaminu obrad – pan Zaradkiewicz odrzucił bez jakiegokolwiek uzasadnienia wniosek o przyjęcie regulaminu porządku obrad. Takie działanie sprawiło, że przez dwa dni obrad nie wybrano nawet komisji skrutacyjnej. Są to zachowania znane nam ze świata obecnej polityki parlamentarnej, a nie ze świata prawa i władzy sądowniczej, w którym operują sędziowie.
Odrzucenie wniosku o wyłączenie z obrad osób nielegalnie powołanych przez neo-Krajową Radę Sądownictwa i prezydenta Dudę. Pan Kamil Zaradkiewicz tym samym naruszył postanowienie Trybunału Sprawiedliwości UE z kwietnia 2020 r., które zakwestionowało uprawnienia sędziowskie tych osób. Tylko bowiem niezależni sędziowie – a nie nominaci ekipy rządzącej – mogą wybierać spośród niezależnych sędziów I Prezesa SN.
Zakwestionowanie uchwały Komisji o braku wyboru komisji skrutacyjnej. Pan Kamil Zaradkiewicz arbitralnie zakwestionował uchwałę Komisji, która stwierdziła, że w trzecim głosowaniu nie wybrano komisji skrutacyjnej. Takie działanie może wypełniać znamiona przestępstwa nadużycia władzy z art. 231 k.k., a jeśli w oparciu o nie dojdzie do prowadzenia i zakończenia Zgromadzenia udokumentowanego protokołem, będzie mogło to wypełniać znamiona przestępstwa fałszu intelektualnego z art. 271 k.k.
Iustitia, stowarzyszenie zrzeszające około 4 tys. polskich sędziów, apeluje więc do pana K. Zaradkiewicza o poszanowanie reguł i zasad działania SN, instytucji mającej ponad 100 lat. Do pozostałych neo-sędziów: o zachowanie zgodne z sędziowskim ślubowaniem. Natomiast do polityków obozu rządzącego o powstrzymanie się od dalszego łamania reguł demokratycznego państwa prawa. Sędziowie oczekują postępowania zgodnie z ładem wyrażonym w Konstytucji, a nie wolą zapisaną w jakimś partyjnym porozumieniu dwóch posłów.
Stowarzyszenie sprzeciwia się manipulowaniu prawem, potęgowaniu stanu niepewności i nieprzejrzystości zarówno w odniesieniu do wyborów na I prezesa Sądu Najwyższego, jak i prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Jednocześnie zapewnia, że dołoży wszelkich starań, aby każdy, kto przyczynia się do zamachu na konstytucyjny organ, jakim jest Sąd Najwyższy i I Prezes Sądu Najwyższego, stanął przed obliczem sprawiedliwości i odpowiedział za swoje czyny. Obowiązek doprowadzenia do ukarania winnych spoczywa na całym prawniczym środowisku w naszym kraju.
Warto tu dodać, iż PiS-owscy prominenci dobrze wiedzą, że gdy w Polsce dojdzie do zmiany władzy, grozi im sąd za ich nielegalne poczynania. Dlatego stosują zasadę Władysława Gomułki: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – i chcą przejąć Sąd Najwyższy, by w ostatniej instancji zapewnić sobie bezkarność i wyroki uniewinniające.

Czas próby dla sędziów

PiS przejęło kierowanie Sądem Najwyższym. To ważne dla prominentów tego ugrupowania, bo po zmianie władzy mogą oczekiwać odpowiedzialności karnej, a „własny” sąd zapewne pozwoli jej uniknąć.

W związku z zakończeniem pracy I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystian Markiewicz uznał, iż była to kadencja historyczna, bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w ponad 100-letniej historii Sądu Najwyższego. Nigdy bowiem wcześniej w historii polskiego sądownictwa nie było tak bezpardonowego, brutalnego ataku na Sąd Najwyższy ze strony polityków partii rządzącej oraz prokuratury. Nigdy też wcześniej I prezes SN nie znalazł się w sytuacji, gdy instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa, nie współpracują z Sądem Najwyższym, lecz wraz z politykami szukają sposobu na sparaliżowanie i zniszczenie jego niezależności. Nigdy wcześniej wreszcie nie było sytuacji, w której władza tworzyła sprzeczne z Konstytucją prawo, mające na celu usunięcie ze stanowiska I prezesa SN. Jak stwierdził K. Markiewicz, prof. Gersdorf przetrwała te zmasowane ataki na Sąd Najwyższy i na nią samą. Dawała świadectwo prawdy, w Polsce i w Europie. Dbała o dobre imię SN. Angażowała się w setki spotkań, konferencji, działań. Dzięki temu – nigdy nie była sama. Odpowiedź, która nadeszła do niej w tych wyjątkowych czasach, także była wyjątkowa: sędziowie i obywatele stanęli razem, w obronie wartości i w obronie I prezes SN. Setki tysięcy Polaków wychodziły na ulice, a z całego świata od różnych instytucji i organizacji płynęły słowa wsparcia i uznania. „Te chwile zostały w naszej pamięci i dały nam wszystkim wiele siły” – dodał sędzia K. Markiewicz. Jak mówił, to był czas wielkiej próby dla wszystkich sędziów – i nigdy wcześniej współpraca między Sądem Najwyższym a SSP Iustitia nie układała się tak dobrze. Sąd Najwyższy i sędziowie sądów powszechnych zawsze byli zgodni co do najważniejszych spraw: trzeba robić wszystko, by chronić prawa i wolności każdego człowieka. W rezultacie, sędziom udało się coś, co nie udaje się niestety politykom: w środowisku sędziowskim rozmawiają, uczą się od siebie nawzajem. „Połączyliśmy doświadczenie z przyszłością, mądrość i rozwagę autorytetów z energią tysięcy sędziów w całej Polsce. Mamy i odwagę, i pokorę. Mamy też zaufanie wobec siebie nawzajem. Nasza siła tkwi właśnie w tym, że idziemy dalej do przodu razem. To jest recepta na długie dystanse” – podkreślił K. Markiewicz. Stwierdził też, że koniec kadencji I prezesa SN to żaden koniec – bo niezależny Sąd Najwyższy przetrwa w sędziach: „To nasz pokoleniowy moment próby”. Każdy sąd powszechny w Polsce, każdy sędzia, będzie jak SN. Będzie – oby – stał na straży Konstytucji. To niezłomność sędziów będzie skałą, na której przetrwa nadzieja Polaków na sprawiedliwość. A bogini sprawiedliwości nie da się ani kupić, ani zakneblować. Cóż, słowa szefa Iustitii są wzniosłe, ale czas pokaże, jak rzeczywiście będą się zachowywać sędziowie.

Prominenci PiS szkalują sędziów

Pod adresem liderów prawicy warto skierować prośbę: przestańcie wreszcie szczuć. Zakończcie tę mowę nienawiści.

Sędziowie zrzeszeni w stowarzyszeniu Iustitia przygotowali mały wybór szkalujących opinii na temat przedstawicieli tego zawodu, wygłoszonych w kraju i na forum międzynarodowym przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Wybór to zdumiewający, bo chyba nawet w czasach stalinowskich przedstawiciele najwyższych władz państwowych nie wyrażali się tak o przedstawicielach władzy sędziowskiej. I wypada zaapelować do dygnitarzy PiS, by wreszcie skończyli z tą mową nienawiści. Można ich zrozumieć: sieją wiatr, bo chcą wywołać burzę – ale nie można ich usprawiedliwić.
Poczytajmy więc, co mówią, zaczynając od Prezydenta RP Andrzeja Dudy i jego ikonicznej już wypowiedzi: „Poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia /…/ Stary układ w sądownictwie bardzo mocno się trzyma i nie chce pozwolić na to, aby zabrać im przywileje i tę władzę nad ludźmi, do której doszli”.
To oczywiście nie wszystko. W kolejnych wypowiedziach prezydent rozwijał swe przemyślenia, oświadczając m.in.: Mówię to specjalnie, tutaj przed Trybunałem Konstytucyjnym, aby zasygnalizować dramatyczną sytuację z jaką spotykamy się dziś w Polsce, bo jeżeli na forum publicznym znaczące postaci polskiego wymiaru sprawiedliwości – proszę państwa mówimy o sędziach Sądu Najwyższego, mówimy o sędziach, którzy do niedawna pełnili funkcje prezesów w tym sądzie, zaczynając od I Prezesa, poprzez prezesów izb – w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne i lekceważą przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Chcę to jasno i wyraźnie powiedzieć”.
Prezydentowi sekunduje premier, który wyróżnił się stwierdzeniem: „W przypadkach, gdy sprawa wygląda na najbardziej dochodową, wymagane są łapówki”. A w artykule dla Washington Examiner napisał: „Duża część tego systemu jest skorumpowana” – i dodał, że nie można dyskutować o kolejnych elementach, wybierając je z całości. Wyjaśnił też, co przez to rozumie: „Dla mnie to jest taka sytuacja, którą możemy porównać z Francją w okresie post-Vichy” (rząd Vichy to był, przypomnijmy, francuski reżim kolaborujący z nazistowskimi Niemcami). Tak więc, premier, kierując swe słowa do zagranicznych odbiorców dopuścił się ataku na Polskę, porównując pracę polskich sędziów z pracą sędziów kolaboranckiego Państwa Vichy.
W tych atakach nie może oczywiście zabraknąć Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. Oświadczył on: „Ta kastowość, jaka tam się wytworzyła, oni sami o sobie przecież mówili, że są nadzwyczajną kastą, te zachowania, które mają charakter czysto polityczny, a nie merytoryczny – to wszystko razem wziąwszy, pokazuje duże problemy środowiska sędziowskiego (…). W Niemczech demokracja zadziałała i 80 proc. sędziów usunęła, którzy byli uwikłani w system komunistyczny. Dzięki działaniu pana profesora Strzembosza w Polsce tak się nie stało, bo uwierzono mu na jego słowo. I te patologie narastały”.
Zbigniew Ziobro dodał też: „Sądownictwo przez lata stanowiło państwo w państwie”.
Szkoda, że nie raczy on zauważyć, że średnia wieku polskich sędziów jest niższa od wieku jego samego – a więc o uwikłaniu polskich sędziów w system komunistyczny trudno mówić. Oczywiście, jest jeden szczególnie uwikłany: Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego. On jednak reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, a więc jest poza krytyką.
Sam Piotrowicz chętnie zresztą wypowiedział się o sędziach, stwierdzając: „Nie może być takiej sytuacji, żeby garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała pracę organu konstytucyjnego (…) Żeby sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami nie orzekali dalej”.
W ataki na polskie sądownictwo włączył się także prezes Jarosław Kaczyński. Na konwencji PiS oświadczył: „Ojkofobia jak się to nazywa, czyli niechęć czy nienawiść nawet do własnej ojczyzny, czy własnego narodu, to jest jedna z chorób, która dotknęła część sędziów”.
W innym miejscu powiedział zaś: „Ustrój trybunalski, w istocie władza sądów, z demokracją nie ma nic wspólnego”.
Tak więc, lider partii rządzącej podważa ustrojową, wynikająca wprost z Konstytucji RP, pozycję sądów.
Środki zmierzające do odpowiedniego ukształtowania sędziów, bardzo konkretnie przedstawiła Krystyna Pawłowicz, – posłanka Prawa i Sprawiedliwości, członek Krajowej Rady Sądownictwa, a od niedawna sędzia Trybunału Konstytucyjnego: „Środowisko sędziowskie wymaga odzyskania dla demokracji. Państwo powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji”.
Szczególnie błyskotliwie zaprezentował się Marek Suski, szef gabinetu politycznego Prezesa Rady Ministrów, który, jak podaje Stowarzyszenie Iustitia ogłosił: „Niektórzy sędziowie są bogaci i mają w ogródkach zakopane sztabki złota, ale nie jest znane ich pochodzenie”.
Natomiast Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, komentując zadanie pytania prejudycjalnego do TSUE przez sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie Igora Tuleję, oskarżył: „To anarchizacja prawa, dokonywana przez część środowiska sędziowskiego”. Pod adresem jego i innych sędziów powiedział też: „Robią to tylko i wyłącznie po to, żeby stwarzać wrażenie, że w Polsce mamy jakiś stan niestabilności prawnej”.
Jednak w sposób najbardziej jednoznaczny wypowiedziała się Beata Mazurek, rzeczniczka Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości: „Stanowisko Sądu Najwyższego odbieram jednoznacznie. Jest to dalsze szerzenie się anarchii w naszym kraju. Tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią status quo poprzedniej władzy”.
Przedstawiciele prawicy chętnie donoszą też na poszczególnych sędziów. Na przykład Patryk Jaki, ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, nadawał na sędziego Waldemara Żurka: „Wyobraźcie sobie państwo, że dzisiaj osoba, która sama ma problemy z alimentami, będzie decydowała o przyszłości innych Polaków, o jakości orzecznictwa, jeśli chodzi o alimenty. To jest jeden wielki skandal”.
Jest to, jak słusznie zauważa Iustitia, jeden z wielu przykładów wyciągania spraw prywatnych sędziów i podawania ich do wiadomości publicznej w kłamliwy sposób dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych.
Jak to wszystko skomentować? Cóż, brak słów.

Naciągany sondaż resortu sprawiedliwości

Sondaż sondażem – ale jego wyniki muszą być takie, jak życzy sobie obecna władza.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia postanowiło wysłać list do ESOMAR (Europejskie Stowarzyszenie Badaczy Opinii Publicznej i Rynku) oraz OFBOR (Organizacja Firma Badania Opinii i Rynku) w sprawie niedawnego sondażu przeprowadzonego przez firmę badawczą Kantar Polska SA. na zlecenie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości (podległego Ministrowi Sprawiedliwości).
W sondażu zawarto trzy kontrowersyjne pytania.
Czy sędziowie powinni odpowiadać dyscyplinarnie przed organem niezależnym od środowiska sędziów? (możliwości odpowiedzi: „Tak” albo „Nie”)?
Czy w systemie prawnym Polski powinien funkcjonować wyspecjalizowany organ do rozstrzygania i odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów (możliwości odpowiedzi: „Tak” „Nie”)?
Czy jest pan(i) za czy przeciwko, temu by Polacy mogli wpływać na kształt sądownictwa, tak jak obywatele niektórych krajów Unii Europejskiej?”(możliwości odpowiedzi „Tak” „Nie”)?
Sędziowie Stowarzyszenia Iustitia skonsultowali ów sposób sformułowania pytań z naukowcami zajmującymi się badaniami społecznymi.
Okazuje się, że zadane pytania są niedopuszczalne z punktu widzenia metodologii układania pytań i noszą znamiona celowej manipulacji.
Badani nie mieli możliwości udzielania „nie wiem”, ponadto zdaniem specjalistów są to pytania sugerujące, wieloznaczne i tendencyjne.
Nie wiadomo co znaczy określenie „przed organem niezależnym od środowiska sędziów” (czy badani woleliby aby sędziowie odpowiadali przed politykami? O jaki organ chodzi?).
Podobnie nie wiadomo co to znaczy „wyspecjalizowany organ do rozstrzygania i odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów”. W tym wypadku pada tu sugestia, że takiego organu nie było do tej pory, a to nie jest prawda. Ludzie mogą nabrać fałszywego przekonania, że kiedyś środowisko sędziowskie było pozbawione jakiegokolwiek systemu dyscyplinowania.
Fragment ostatniego pytania: „tak jak obywatele niektórych krajów Unii”, jest również niedopuszczalny zdaniem Iustitii, gdyż nie sposób oczekiwać aby badani mieli stosownie dużą wiedzę na temat systemów prawnych w EU. Ponadto jest tam zawarta sugestia, że wszędzie w Europie obywatele mają wpływ na kształt sądownictwa, a tylko w Polsce jest inaczej.
Zdaniem stowarzyszenia Iustitia powyższe pytania miały na celu wymuszenie na badanych odpowiedzi korzystnych dla Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zaś rzetelne poznanie opinii społeczeństwa. Stąd interwencja u organizacji, które powinny dbać o standardy w badaniach sondażowych.
Jednocześnie, Stowarzyszenie Sędziów Iustitia krytycznie ocenia decyzję kolegium Sądu Okręgowego w Olsztynie o zwolnieniu sędziego Pawła Juszczyszyna z obowiązku rozpoznania przydzielonych mu spraw. Iustitia podkreśla, że dbałość o prawa obywateli wymaga sprzeciwienia się odsuwaniu od orzekania sędziów, których dotknęły represje w upolitycznionym postępowaniu dyscyplinarnym.
Stowarzyszenie ponadto zaznacza, że każdy sędzia, szanujący orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 listopada 2019 r. oraz uchwałę trzech połączonych Izb Sądu Najwyższego z 23 stycznia 2020 r. ma obowiązek ustalić, czy poszczególni członkowie Krajowej Rady Sądownictwa – a tym samym cała piętnastka sędziów, zasiadających w obecnej KRS – została prawidłowo wybrana.

Nawacki to nie Pelosi

Na dorocznym zebraniu sędziów Sądu Rejonowego w Olsztynie jego prezes Maciej Nawacki, mianowany na tę funkcję przez ministra mgr. Zbigniewa Ziobro w ramach masowych czystek personalnych w skali całego kraju (akurat ustawy na to zezwalającej PAD nie zawetował), oraz członek (neo)- Krajowej Rady Sądownictwa wybranej z naruszeniem Konstytucji RP, przeszedł z powodu swego zachowania do historii polskiego sądownictwa jako enfant terrible – w najgorszym tego pojęcia znaczeniu.

Gdy grupa sędziów przedstawiła projekt uchwały krytykującej prezesa tego SR za represjonowanie jednego z sędziów Pawła Juszczyszyna (m.in. odebrano mu prowadzenie spraw oraz obniżono uposażenie o 40%). Nawacki nie tylko nie poddał jej pod głosowanie,lecz ostentacyjnie porwał dokument na kawałki.Była to chamska demonstracja siły,ale nade wszystko buty. Zachował się-jak mawia ulica-jak zwykły BUC.

Zapewne obejrzał niedawno w TV scenę z debaty w amerykańskim Kongresie, gdy- po debacie nad impeachmentem wobec Donalda Trumpa- triumfujący prezydent USA postanowił przekazać swe wystąpienie przewodniczącej Izby Reprezentantów,ale nie uścisnął wyciągniętej doń dłoni przez szefową Izby Nancy Pelosi. Elegancka starsza Pani (80 l.), potraktowana brutalnie przez Trumpa, spokojnie podarła kartki z tym tekstem.

Prezes Nawacki- z pewnością nie znający klasycznego niemieckiego powiedzenia „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”)- być może zamarzył o swoistym powtórzeniu tej sceny.Ale stać się może co najwyżej olsztyńskim Herostratesem – szewcem,który dla rozgłosu podpalił słynną świątynię Artemidy w Efezie i do dziś pozostaje w niesławie.

Kasta we frakcji

W sobotę w Warszawie obradowała Rada Krajowa Platformy Obywatelskiej. W sobotę w Warszawie odbyła się manifestacja poparcia dla polityki rządu w kwestii reformowania wymiaru sprawiedliwości. Na jedną i drugą uroczystość zjechali się do Warszawy ludzie z całego kraju, dzięki czemu PKB Warszawy podskoczyło o parę oczek wzwyż. Wzwyż podskoczył w tym czasie w Toruniu także skoczek Armand Duplantis i zrobił to najwyżej na świecie, czemu dał wyraz wybuchem ogromnej radości, co dziwić nie powinno. Samozadowolenie Platformy i rządu już tak.

W składzie zarządu PO znaleźli się nowi. Ale żadni oni nowi, bo nazwiska owe (Nitras, Grodzki, Pawełek, Kierwiński) są z Platformą i w Platformie od lat. Rada Krajowa zatwierdziła również plan sztabu oraz sam sztab kandydatki na prezydenta z jej ramienia. Konwencja wyborcza odbędzie się 29 lutego. Sztabem pokierują ludzie z partyjnej nominacji, żeby złośliwie nie napisać-łapanki, politycy, którzy specjalnego wyrobienia kampanijnego nie posiadają, co i nie wróży sukcesu. Bo kim dla niewtajemniczonych jest p. Michał Gramatyka, oprócz tego, że dziś jest posłem, a kiedyś startował w przyspieszonych wyborach na senatora za Elżbietę „taki mamy klimat” Bieńkowską. I przegrał z Czesławem Ryszką z PiS-u. Jako rzekł ongiś książę Lampedusy: „Tyle się musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło”.
Naród przyjechał też do Warszawy na zaproszenie rządu, żeby pod Trybunałem Konstytucyjnym wyrażać dla działań rządu poparcie, w rytm hasła „kasta-basta”. Były zagrzewające do boju przemówienia i podtrzymujące na duchu apele. Głównie ludzi starych do jeszcze starszych. Trzon manifestacji stanowiła bowiem młodzież w wieku 60 plus, oraz armia zaciężna rekrutująca się z przyjaciół i członków klubów „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, którego sama postura musi budzić respekt u wroga. Ciekawostką wartą odnotowania w kronikach, był brak tego dnia na manifestacji Krzysztofa Bosaka, kandydata narodowców na prezydenta, który akuratnie żenił się parę ulic dalej i ze zrozumiałych względów miał co innego w głowie, choć kto go tam wie.

Kiedy Warszawa bawiła się w najlepsze na wiecach, radach i weselach, w Olsztynie tymczasem, poziom wód w miejscowej palestrze się wyrównał i pozycji lidera pozazdrościł Pawłowi Juszczyszynowi jego pryncypał urzędowy, Maciej Nawacki. Kiedy koledzy Juszczyszyna przynieśli do prezesa Nawackiego uchwałę wzywającą do wsparcia zawieszonego sędziego Pawła i chcieli ją oficjalnie poddać pod głosowanie, prezes do tego nie dopuścił, a tekst uchwały podarł na ich oczach. Niczym Nancy Pelosi, która darła tekst przemówienia Trumpa w Kongresie. Wzór miał więc nie byle jaki.

Parę dni wcześniej przeczytałem w internetach, że poseł Nitras planuje uruchomienie zbiórki pieniężnej w ramach rekompensaty za uszczuplenie sędziemu Juszczyszynowi zarobków, żeby chłop nie przymierał głodem. Innymi słowy: wzywa do powołania frakcji. Frakcji dla kasty, jakby chcieli ci z sobotniego wiecu pod TK. Kiedyś, u mnie w kapeli, też funkcjonowała frakcja. Było bowiem tak, że gdy w zespole występował problem alkoholowy, muzycy sami z siebie poddawali się badaniu alkomatem. Ten, który przekroczył 0,0 promila grał tego dnia za darmo. Jego gaża była dzielona między pozostałych wykonawców w częściach równych. Grupka kolegów, najbardziej zainteresowanych i zagrożonych karami, zawiązała wtedy frakcję. Zadaniem frakcji było rachowanie, jaki procent został dodany do wypłaty, a tym samym, odjęty poszkodowanemu, a następnie działkowanie się z poszkodowanym jego dolą poza oficjalnym obiegiem. Niestety, frakcja nie wytrzymała próby czasu. Po pierwsze, nie wszyscy chcieli się do frakcji przyłączyć, bo uważali, że to fałszywie pojętą solidarność i podtrzymywanie zgubnego nałogu. Po drugie zaś i ostatnie: od jakiegoś czasu ostatni z pijących przestał pić i nie ma się na kogo składać.

Sędziowie mają służyć ludziom

Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów.
Toga jest jak mundur czy fartuch lekarza – to uniform, symbol służby. A my jesteśmy po to, by służyć ludziom.
Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów. Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
To nie przypadek, że procedowanie tej ustawy celowo ustawiono na 4 dni przed najważniejszym świętem dla Polaków, gdy ludzie są zajęciami prezentami i choinką. To nie przypadek, że nie było absolutnie żadnych konsultacji.
Sąd Najwyższy, Pałac Prezydencki, Sejm – te trzy budynki symbolizują trzy władze – władze, które mają ze sobą współdziałać i się szanować, współpracować dla dobra obywateli. Niestety, władza wykonawcza i większość sejmowa zapomniały dziś o tym. Zapomniały, że sercem demokracji jest trójpodział władz – podział, którego istotą jest przecież zabezpieczenie równowagi i zabezpieczenie obywateli przed nadużyciami rządzących.
Sędzia czy prokurator nie może mieć postawy służebnej wobec żadnych polityków. Bo to często politycy stają przed sądem, bo to zadaniem sądów jest sprawdzanie ważności oddanych głosów w wyborów powszechnych.
To prawnicy, a nie politycy są od tego, aby alarmować, gdy naruszane są przepisy prawa, tak samo jak lekarze, którzy głośno się wypowiadają w tematach zdrowia, ogrodnicy na temat drzew i krzewów, a psychologowie na temat wychowywania dzieci. Poprzez ustawę, która w sposób uznaniowy pozwala na usuwanie z zawodu sędziów i zabieranie im głosu, Polacy będą zdani na polityków, którzy chcą się stać się ekspertami w tematach prawnych. I trzeba powiedzieć wprost: będą mogli wpływać na wyroki w taki sposób, aby członkom własnej partii nie stała się krzywda, ale za to oponentów politycznych spotkała dotkliwa kara. Nie ma naszej zgody na manipulowanie procesami sądowymi. Mamy wspólnotę wartości. Unia Europejska nie jest naszym wrogiem czy jakiś obcym ciałem. Jesteśmy sędziami krajowymi i europejskimi. Czas zrozumieć, że to się w żaden sposób nie wyklucza. Można być jednocześnie warszawiakiem, Polakiem i obywatelem EU. W referendum konstytucyjnym, które zdecydowało o ustroju państwa i w referendum unijnym, potwierdziliśmy, że chcemy być częścią europejskiej wspólnoty wartości.
Obowiązkiem każdego prawnika jest zawsze stać na straży i w obronie praw obywateli i stanowczo przeciwstawiać się łamaniu praw człowieka, praw konstytucyjnych, prawa krajowego czy prawa i wartości wspólnot międzynarodowych, do których dobrowolnie przystąpiliśmy. Prawo do Europy oznacza prawo do europejskiego systemu prawnego, do tego aby Polacy czuli prawne bezpieczeństwo. Przykłady? Weźmy wyrok w sprawie dotyczącej opieki nad dzieckiem, gdzie jeden z rodziców nie jest Polakiem – taki wyrok nie będzie respektowany w innych krajach Unii, w każdej chwili będą mogły go podważyć;
W sytuacji konfliktu pomiędzy firmami czy firmą i pracownikiem, wynagrodzenie za pracę wykonaną w UE, zasądzone na korzyść obywatela czy firmy z Polski, będzie mogło być zakwestionowane przez podmiot z innego państwa;
To oznacza wreszcie pogłębiający się chaos prawny, który może sprawić, że przedsiębiorcy zagraniczni przestaną inwestować w Polsce, bo nikt nie chce robić interesów w kraju niestabilnym i niebezpiecznym. W kraju, w którym żaden dokument, żadne prawo własności, żaden wyrok, nie są pewne.
Czy naprawdę jako Polacy chcemy u nas zlikwidowania trójpodziału władzy, a tym samym opuszczenia Unii Europejskiej?
Mamy jako sędziowie prawo do niezawisłości, a wszyscy Polacy do pozostania we wspólnocie wartości UE!

Ja, naiwny obywatel

Tytuł tego felietonu jest oczywiście częściowym plagiatem (Ja, Klaudiusz – Roberta Gravesa), ale w znacznym stopniu oddaje moje aktualne podobieństwo do bohatera książki, stan zanikającej sprawności fizycznej i obaw, czy jeszcze żyję w praworządnym państwie.

Z coraz większym zdumieniem obserwuję bowiem manewry czołowej partii I jej rządu dotyczące sądów I sędziów. Początkowo myślałem, że widoczne skłonności zarówno ukrytej jak i formalnej władzy do autorytaryzmu, powodują zrozumiałą chęć opanowania „aparatu wymierzania sprawiedliwości”.

Ci źli sędziowie

Historia dowiodła, że stwarza to możliwość rozszerzonego ścigania i karania przeciwników, a także osłaniania „swoich”, popełniających życiowe błędy, albo świadomie działających „bez żadnego trybu”. To bardzo brzydka motywacja, ale można ja zrozumieć.
Już jednak na tym etapie obserwacji miałem pewne trudności ze zrozumieniem celowości stosowania metod, które miały przekonywać suwerena o słuszności obranej drogi i jednocześnie nastawiać go wrogo do kasty „postkomunistycznych i nieuczciwych sędziów”.
Zastanawiałem się wówczas i zastanawiam nadal, kto sugeruje notablom naszych władz stosowanie argumentacji, która w znacznej części kierowana jest do najmniej inteligentnej części społeczeństwa, w tym do takich zagubionych sklerotyków, jak autor tego tekstu.
Do znudzenia powtarzane przykłady „nieuczciwości” sędziów, którzy rzekomo ukradli 50 złotych, albo jakąś część do wiertarki, poziomem intelektualnym przypominały bajki o złym wilku i czerwonym kapturku. Rozbawienie słuchaczy wywoływane przez te opowieści przyćmiewało tylko przerażenie, jakie tytany intelektu nami rządzą, jak mogą nie dostrzegać, że biorą udział w satyrycznym spektaklu.

Kto pyta – ten błądzi

Te zabawy w opowiadanie bajek dla – jak powiedział jeden z klasyków rządzącej partii – „ciemnego ludu”, to już jednak historia. Teraz atak na sędziów opiera się głównie na twierdzeniu, że naruszają prawo pytając o legalność lub prawidłowość wyboru członków nowej KRS i nowych kolegów, których powołano na jej wniosek.
Takie pytania mają być traktowane podobnie jak działalność antypaństwowa, obejmująca także niedopuszczalne kwestionowanie decyzji prezydenta powołującego sędziów. Takich wątpiących sędziów trzeba surowo i natychmiast karać, w czym pomóc mają specjaliści od ścigania przestępców, czyli prokuratorzy. Tak ma być, mimo, że do wyrażania wątpliwości upoważnił sędziów zarówno Sąd Najwyższy jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Nasze obecne władze reagują na to jak Wołodyjowski – „Nic to, Baśka! Mamy większość w polskim parlamencie, nasze decyzje są najważniejsze, a przeciwnicy – opozycja, ulica i zagranica mogą nam naskoczyć”.
Pod wpływem tych zdarzeń zmieniłem zdanie. Otworzyłem szerzej oczy i zrozumiałem, że jestem bezsensownie naiwny. Ataki na sędziów nie są celem rządzącej ekipy – są tylko jedną z dróg osiągania celu „wyższego rzędu”. PiS i jego przybudówki zmierzają nie tylko do uzyskania wpływu na decyzje sędziów i umacniania tego wpływu w zależnej od ministra sprawiedliwości prokuraturze. Dążą wyraźnie do następnego etapu autorytarnej władzy – chcą zastraszyć wszystkich i tłumić w zarodku wszelkie objawy niezadowolenia.
Dobry Polak – Patriota, nie tylko sędzia i prokurator, ale także urzędnik centralnej administracji, przedsiębiorca, emeryt, a nawet wybieralny samorządowiec – to Polak zastraszony, chwalący władzę, zachwycony tym, że dostaje 500 złotych na utrzymanie dziecka, wiernopoddańczo śpiewający i tańczący zwłaszcza na spotkaniach z panem p rezydentem. Przez kolejną, czteroletnią kadencję parlamentu, Polak – Patriota tak się do tego przyzwyczai, że autorytarną władzę i sprowadzoną do parteru opozycję będzie można utrzymywać przez wiele następnych lat. A Unia Europejska albo się z tym pogodzi, albo pójdziemy śladem Anglii i ją opuścimy.
Zbyt wiele lat obarczających moją pamięć powoduje, że wprawdzie obawiam się takiego scenariusza, ale – niestety – uważam, że jest całkiem realny. Już po I wojnie światowej „zgniłe” zachodnie demokracje nie potrafiły w Monachium zatrzymać rozwoju państw totalitarnych. I wiemy, czym się to skończyło. Doświadczenia i rozwój cywilizacji powodują, że dzisiejszy autorytaryzm może być bardziej łagodny i nie nadający się do eksportu.
Ale w skali konkretnego kraju – w tym przypadku Polski – może doprowadzić do pozornie niegroźnego zastępowania mentalności wolnych ludzi, mentalnością podporządkowania i bezkrytycznego posłuszeństwa, żeby nie powiedzieć – niewolnictwa.

Niebezpieczna gwardia

Wydaje mi się, że większość obywateli nie chce takiej zmiany, ale jednocześnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że ona stopniowo już następuje. Żeby to zauważyć, to trzeba przez kilka dni obejrzeć i skonfrontować wieczorne dzienniki telewizyjne TVP i TVN. Wtedy łatwiej jest ocenić, że w tym „państwowym” stosowany jest łopatologiczny system narzucania poglądów. Zmierza on zawsze do jednej prawdy objawionej – my robimy wszystko dla ludzi i pchamy Polskę do przodu, a opozycja, ulica i zagranica tylko bezczelnie przeszkadzają i chcą naszej zguby.
Moje obawy dotyczące zmiany mentalności obywateli, czyli suwerena, znacznie się powiększyły pod wpływem bardziej wnikliwej obserwacji działaczy obozu rządzącego. Bądźmy szczerzy. Jest wśród nich wielu domorosłych propagandzistów, do znudzenia i raczej bezmyślnie powtarzających slogany zaczerpnięte z przemówień.
Najważniejszego Posła, twórczo interpretowanych przez prezydenta i premiera.. Ale jest też trochę ludzi poważnych i inteligentnych, którzy robią wrażenie, że myślą i mówią samodzielnie. Zastanawiam się, co nimi powoduje? Dali się przekonać, że łagodny autorytaryzm jest lepszy, albo bardziej skuteczny, od demokracji?
Więzy przyjaźni, koleżeństwa lub chęć odwdzięczenia się za jakieś przysługi są tak silne, że zmuszają do popierania niesłusznych koncepcji? Są ambitni i chcą awansować hierarchicznie i finansowo w „aparacie” państwa?
Bez względu na to, co nimi kieruje, są gwardią PISu najbardziej niebezpieczną dla demokracji i wolności obywatelskiej. To przeciw nim partie opozycyjne powinny wytaczać najcięższe działa kontrargumentacji, przekonując jednocześnie „szarego suwerena”, że żarty już się skończyły, że trzeba powstrzymać destrukcję demokratycznego państwa. Suweren będzie miał niedługo okazję udowodnić, że jest suwerenem dostrzegającym narastające niebezpieczeństwo, jeśli uda mu się doprowadzić do zmiany prezydenta. Jeśli to zrobi, to skutecznie wyhamuje psucie państwa i stworzy warunki do głębszej zmiany rządzącej ekipy.

 

Zdążyć przed podwyżkami

Pan prezes Kaczyński znowu „zagrał ostro”. Teraz wykreował konflikt z sędziami. Cynicznie, bo każdy wie, że w Polsce sądów nie lubi się, a zwłaszcza wykreowanej przez PiS – propagandę „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”. Jak każdej, innej elity. To też taka polska tradycja.

Pan prezes zagrał i pewnie cieszy się z licznych, ulicznych demonstracji opozycji. Im więcej ich będzie, tym większe będzie miał szanse na obudzenie i zmobilizowanie swego narodowo-katolickiego elektoratu. Uśpionego serią ostatnich zwycięstw. No i bliskością do przysłowiowego „koryta”.
Pan prezes tak zagrał, bo wie, że nic tak nie wzmacnia jego partii jak kolejna wojna polsko – polska. Prezentowana jako kolejna obrona Polski i polskości przed wściekłym atakiem zdegenerowanej, laickiej, lewacko liberalnej Brukseli wspomaganej przez antynarodową Targowicę. Czyli opozycję demokratyczną. Prezes wie, że w szeregach jego elektoratu, „demokracja” to synonim oszustwa liberalnych elit wspomaganych przez wrażą Polsce „żydokrację”. I dlatego znów pan prezes, niczym Hektor Kamieniecki, pan Wołodyjowski, stanie na narodowych szańcach, aby znowu bronić polskiej tradycji przed nadciągającą nawałą obcej nam „demokracji” i ideologii LGBT.
Pan prezes kazał „zagrać ostro”, bo wyborczą kampanię prezydencką czas zacząć. Na front ruszać, wchodzić w rozpisane role. W przygotowany scenariusz.
Najpierw prezes da się wykazać młodym, „poselskim jastrzębiom”. To oni rozpalą emocje swymi „poselskimi projektami”.Potem wesprze ich pan prezydent Duda. W tej kampanii obsadzony w roli twardziela. Konflikt z sędziami i twardy kurs wobec demokratycznej opozycji wywoła konflikt z Unią Europejską. Ten ułatwi przeciągnięcie wyborców Konfederacji na stronę utwardzonego kandydata Dudy.
Po zimowej wojnie z „nadzwyczajna kastą sędziowską” i innymi „POstkomunistami” przyjdzie czas na eskalację wojen światopoglądowych. Z mitycznym genderem i LBGT. Zapewne też z prawem do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. W każdej chwili pisowskie jastrzębie mogą przedłożyć poselski projekt ustawy o zakazie takiej adopcji. I wtedy media narodowo-katolickie wezwą demokratyczną opozycję do deklaracji w tej sprawie.
Pan prezes Kaczyński wie, że reelekcja pana prezydenta Dudy, zwłaszcza w drugiej turze, zależy od poparcia go przez wyborców Konfederacji. Niestety. A takie może zagwarantować ostry, anty brukselski kurs rządzącej formacji. Reelekcja pana prezydenta Dudy zależy też od podziałów w demokratycznej opozycji. A ją najłatwiej skłócić można wszczynając kolejną wojnę światopoglądową. Tu ideowa ortodoksja lewicowa lub konserwatywna sprzyjać będzie planom pana prezesa.
Dlatego teraz propagandziści PiS będą robić wszystko aby pozyskać głosy konfederackie. Bo bardzo potrzebują poparcia tych „ruskich onuc”, jak do tej pory media narodowo-katolickie konfederatów pogardliwie nazywały.
Będą też radykalizować wojny światopoglądowe w Polsce aby skłócić opozycyjnych lewicowców i liberałów obyczajowych z opozycyjnymi konserwatystami. Aby wspólnie nie zagłosowali w drugiej turze wyborów prezydenckich na wspólnego, czyli centrowego kandydata opozycji demokratycznej. Elity PiS też wszczynać takie wojny aby przykryć nimi w mediach pogarszającą się sytuację gospodarczą w naszym kraju.
A zwłaszcza nieuchronne, lecz konsekwentnie odsuwane na czas powyborczy podwyżki cen energii elektrycznej, wywozu śmieci i wszystkie inne na jakie jeszcze rząd ma wpływ. Pan prezes Kaczyński chce zdążyć z wyborem swojego prezydenta jeszcze przed tąpnięciem gospodarczym. Póki jeszcze pustki nie widać w portfelach wyborców.
Jeśli zdąży, to przedłuży nieudolne rządy swej partii o trzy następne lata. Choć bez wyborcze, to jednak dla też skłóconych elit PiS już schyłkowe, dekadenckie. Ceną za odejście PiS – u od władzy będzie wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce. Skok inflacji, wzrosty cen, niezadowolenie społeczne.
Im dłużej PiS pozostanie przy władzy, tym koszty jego rządzenia dla Polski i Polaków wyższe będą.