Niech sędziowie spojrzą na siebie

Z tego, że PiS łamie Konstytucję, nie wynika, że sądy dyscyplinarne powinny przestać się zajmować różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego.

Zarząd stowarzyszenia Iustitia, zrzeszającego dużą część polskich sędziów, zaapelował do sędziów sądów dyscyplinarnych zajmujących się, w pierwszej instancji, różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego, aby powstrzymali się od orzekania.
Wysłuchanie tego apelu może oznaczać, że sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów przestanie w Polsce funkcjonować, a sędziowie nie będą odpowiadać za naruszenia procedury, etyki czy różne zachowania nie licujące z godnością ich togi.

Nieodwołalne, tragiczne skutki?

Apel niesie więc za sobą istotne skutki, z punktu widzenia jakości funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju.
Co spowodowało, że zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” zdecydował się na tak radykalne posunięcie?
Jak stwierdza list, skierowany przez zarząd stowarzyszenia do sędziów sądów dyscyplinarnych, „Postępowania dyscyplinarne stały się obecnie narzędziem represji władzy politycznej wobec sędziów, którzy prowadzą działalność publiczną lub wydają orzeczenia niezgodne z wolą tej władzy”.
Iustitia wskazuje, że niezależnie od tego, jakie rozstrzygnięcie wydadzą sędziowie sądów dyscyplinarnych, to choćby było ono najbardziej sprawiedliwe, zawsze otworzy drogę do postępowania w drugiej instancji, toczącego się przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego,
Tymczasem, w przekonaniu zarządu stowarzyszenia Iustitia, Izba Dyscyplinarna SN jest „niekonstytucyjnym sądem wyjątkowym”, wyłonionym w postępowaniu przed także niekonstytucyjnym, upolitycznionym organem „nazywanym Krajową Radą Sądownictwa”.
Zarząd Iustitii ostrzega, że działalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego może mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki dla sędziów szykanowanych za działalność publiczną w obronie praworządności lub ściganych za wydanie konkretnych orzeczeń”.
Zarząd wskazuje też, że przekazanie akt spraw dyscyplinarnych – niezależnie od treści orzeczenia dyscyplinarnego wydanego w pierwszej instancji – do sądu II instancji o wątpliwych konstytucyjnie podstawach, obsadzonego w niekonstytucyjny sposób, będzie obarczało sędziów dyscyplinarnych współodpowiedzialnością za skutki postępowań przed Izbą Dyscyplinarną SN.
Oczywiście, pogląd – nie tylko sędziów, lecz i wszystkich uczciwych prawników – o braku konstytucyjności Krajowej Rady Sądownictwa nie jest bezpodstawny. Wątpliwości wyraża Komisja Europejska, która wszczęła procedurę naruszeniową wobec Polski, a także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, rozpoznający sprawę pytań prejudycjalnych dotyczących m.in. statusu polskiego sądownictwa dyscyplinarnego.

Same wątpliwości nie wystarczą

W maju tego roku polski Sąd Najwyższy uznał, że doszło do rażącego naruszenia prawa, bo w jednej ze spraw orzeczenie wydał skład sędziowski, w którym zasiadał sędzia Sądu Najwyższego, powołany na swoje stanowisko mimo tego, że jeszcze nie zakończyło się postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, wszczęte w związku z zaskarżeniem do NSA uchwały Krajowej Rady Sądownictwa powołującej tegoż sędziego.
Mimo niezakończenia postępowania przed NSA, sędzia wziął udział w orzekaniu. W rezultacie Sąd Najwyższy powziął wątpliwość, czy sąd, w którego składzie zasiadała osoba powołana z takim naruszeniem, jest sądem niezawisłym, bezstronnym i ustanowionym na mocy ustawy w rozumieniu prawa Unii Europejskiej. Zdaniem zarządu stowarzyszenia Iustitia, analogiczne wątpliwości dotyczą osób orzekających w Izbie Dyscyplinarnej SN.
No cóż, ze swej strony uważam, że cała ta argumentacja jest mocno naciągana, bo trzebaby najpierw zbadać, czy orzeczenie wydane przez skład w którym zasiadał wspomniany sędzia było stronnicze i skażone brakiem niezawisłości – czego nie zrobiono.
A poza tym, co ma piernik do wiatraka? – czyli, jakiż to złowrogi wpływ na represjonowanie sędziów przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego może wywrzeć to, że w jednym ze składów SN orzekał sędzia, co do powołania którego jeszcze nie zakończyło się formalnie postępowanie przed NSA?
Mimo to jednak, Iustitia apeluje do sędziów sądów dyscyplinarnych pierwszej instancji, by powstrzymali się od orzekania – do czasu wyjaśnienia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej statusu osób powołanych na urząd sędziego w Izbie Dyscyplinarnej SN, oraz do czasu wyjaśnienia wątpliwości co do konstrukcji postępowania dyscyplinarnego w polskim porządku prawnym.
Ja powiedziałbym sędziom, żeby powstrzymali się od orzekania dopiero wtedy, gdy TSUE wyjaśni wątpliwości na niekorzyść obecnego modelu postępowania dyscyplinarnego wobec sędziów – a nie do czasu wyjaśnienia tych wątpliwości. To wyjaśnianie o którym mówi Iustitia może przecież potrwać przez długie miesiące.
Zarząd Iustitii chce jednak, by przez cały ten czas sędziowie dyscyplinarni nie przedstawiali Izbie Dyscyplinarnej SN akt z odwołaniami stron. I by zawieszali postępowania do czasu rozstrzygnięcia wspomnianych kwestii przez TSUE, albo sami kierowali kolejne pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (co oczywiście jeszcze bardziej wydłuży wyjaśnianie wspomnianych wątpliwości i utrudni prowadzenie postępowań dyscyplinarnych w sprawach sędziów).
Jak widać, Iustitia uważa, że samo postawienie komuś zarzutów, oznacza, że ten ktoś (w tym przypadku „ktosiem” jest sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów) musi przestać pracować.

Bezkarność to kiepski pomysł

– Uważamy, że do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu najlepszym rozwiązaniem jest zawieszenie postępowań w sądach dyscyplinarnych, względnie skierowanie kolejnych pytań do TSUE – mówi prof. Krystian Markiewicz, szef stowarzyszenia Iustitia.
Można zrozumieć, że stowarzyszeniu Iustitia bardzo zależy na tym, by sądy dyscyplinarne nie represjonowały sędziów, lecz sprawiedliwie i bezstronnie orzekały w sprawach ich różnych przewinień.
Tyle, że na kilometr widać, że w tym przypadku Iustitii akurat nie chodzi o jakość sądownictwa dyscyplinarnego, lecz o podważenie legalności funkcjonowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołanej pod rządami PiS.
Oczywiście trudno nie mieć wielkich i uzasadnionych wątpliwości, czy ta PIS-owska KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. Takie wątpliwości musi mieć każdy, kto uczciwie ocenia działania obecnej ekipy wobec wymiaru sprawiedliwości.
To wszystko nie ma jednak nic wspólnego z wydawaniem orzeczeń w konkretnych sprawach dyscyplinarnych dotyczących sędziów.
I nie można doprowadzić do sytuacji, w której sędziowie będą się czuli bezkarni – bo będą wiedzieć, że sądy dyscyplinarne w praktyce zawiesiły działalność. Wtedy bowiem drastycznie może ucierpieć jakość wymiaru sprawiedliwości w Polsce oraz wiara obywateli w praworządność – co rykoszetem odbije się i na samych sędziach.

Porządek na swoim podwórku

Iustitia ma naturalnie święte prawo, by dbać o to, żeby sędziom nie stała się krzywda. Ale nie przesadzajmy. Wbrew obawom wyrażonym w liście zarządu Iustitii, jakoś nie doszło dotychczas do drastycznych działań obecnej władzy przeciwko sędziom szykanowanym za obronę praworządności lub ściganym za wydanie konkretnych orzeczeń – które to działania mogą mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki”.
Nie takie straszne – jak na razie – okazały się te PiS-owskie ścigania sędziów i szykany wobec nich.
Dobrze byłoby natomiast, gdyby stowarzyszenie Iustitia pamiętało o tych przypadkach, kiedy to sędziowie w Polsce całkowicie bezpodstawnie unikają postępowania dyscyplinarnego.
Jak na przykład wtedy, gdy Sąd Najwyższy, już w wolnej Polsce, orzekł, że sędziowie nie powinni mieć dyscyplinarek za to, że w stanie wojennym orzekali na mocy nielegalnego dekretu o stanie wojennym, nie przestrzegając reguły, iż prawo nie działa wstecz.
Albo wtedy gdy, w bieżącym roku, sąd dyscyplinarny (na którego orzeczenie władza bynajmniej nie wpłynęła) zdecydował, że nie straci immunitetu sędzia Wojciech Łączewski, któremu groził zarzut składania fałszywych zeznań.
Czasami sędziowie powinni krytycznie spojrzeć i na własne podwórko.

Jest skarga na Polskę do Luksemburga

Za Sąd Najwyższy.

 

Komisja Europejska wystąpiła o rozpatrzenie sprawy przez sędziów w Luksemburgu w trybie przyspieszonym. Ponadto chce, aby w ramach zastosowania tzw. tymczasowego zabezpieczenia zawiesić niektóre przepisy nowej ustawy o Sądzie Najwyższym. To inicjatywa wiceszefa Komisji Fransa Timmermansa.
Bruksela twierdzi, że przepisy wprowadzone przez obecnych rządzących – między innym te pozwalające odesłać w stan spoczynku Małgorzatę Gersdorf i część dotychczasowych sędziów – to upolitycznianie instytucji.
Decyzja o skierowaniu pozwu miała być podjęta w ubiegłym tygodniu. Jak podaje Polskie Radio, Komisja jeszcze się wstrzymała, dając Warszawie ostatnią szansę na rozmowy na temat możliwych zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym. Jednak kiedy w ubiegły piątek nie przyniosły one przełomu, Komisja podjęła decyzję, by z początkiem tygodnia zwrócić się do Trybunału Sprawiedliwości w przyspieszonym trybie.
Ponadto Timmermans wystąpił o zastosowanie środków nadzwyczajnych. Rozpatrzenie pozwu przez TSUE to skomplikowana i długotrwała procedura, która średnio zamyka się w 1,5 roku. KE uznała, że sprawa polskiego Sadu Najwyższego jest zbyt pilna, a zwykły tryb prowadzenia postępowania może spowodować nieodwracalne szkody w systemie sądowniczym kraju. Takie same środki zastosowano przy sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej. KE chce, aby do czasu zapadnięcia orzeczenia nie obowiązywały przynajmniej niektóre zapisy ustawy.
„KE zarzuca władzom w Warszawie, że poprzez zmiany w ustawie o Sądzie Najwyższym (dotyczące wieku emerytalnego), chcą zastąpić sędziów upolityczniając tym samym tę instytucję. Polski rząd odpiera takie twierdzenia podkreślając, że ma prawo do dokonywania reform” – podaje Polskie Radio. Postępowanie to jest niezależne od tego wszczętego z osławionego Artykułu 7.

Prawo, niesprawiedliwość, konstytucja i sądy

Wydaje się, że już wieki minęły odkąd PiS wygrało wybory. I cóż? Pomimo strachu i całej tej alarmistycznej prasy szarzy obywatele w zasadzie nie odczuwają, by działa się jakaś straszna tragedia, chociaż ewidentnie burzone są fundamenty instytucji prawnych.

 

Część społeczeństwa wierzy, że nic groźnego się nie dzieje, a być może nawet ta nowa rewolucyjna władza ma trochę racji, że robi takie gwałtowne ruchy. Bo sądy działały zbyt wolno – a trzeba, by działały szybko; bo sędziowie tworzą uprzywilejowaną kastę – a nikt nie powinien stać ponad prawem; bo jakiś sędzia gdzieś się upił – a nie powinien!

 

Perfidia

Perfidia tej sytuacji polega na tym, że zasłaniając się tymi zarzutami, rządzący burzą trójpodział władzy i naruszają konstytucję. Zyskują przy tym kredyt zaufania i czas, bo wyborcy mimowolnie chcą osądzić, czy te nowe zmiany realnie pozbawią sędziów przywileju bycia nietykalnymi, czy młodsi nowi sędziowie Sądu Naczelnego, będą w stu procentach nieskazitelni, a procesy szybkie i bezstronne. Czy sędziowie SN będą znakomici i rano i z wieczora – i czy nie będą „donosili” do Brukseli na ukochaną ojczyznę. Wysuwając miałkie oskarżenia, PiS sprawia, że naród skupia się na duperelkach i traci z oczu rzecz najważniejszą” mianowicie to, że w tej grze nie chodzi wcale o naprawienie drobnych, choć realnych mankamentów, lecz o całkowite, trwałe przejęcie władzy i gwarancję, że się jej już nie utraci.
Nikt o zdrowych zmysłach nigdy przecież nie da gwarancji, że wśród tysięcy sędziów nie znajdzie się jakaś jedna czarna owca. Zarzut „to kasta” niema w dodatku żadnego uzasadnienia. Sędziowie muszą być kastą, aby móc wykonywać swoje obowiązki bez obaw o ingerencję ze strony twórców bieżącej polityki. Oskarżanie Sądu Najwyższego, że „donosi” na polskie władze do Brukseli to czysty idiotyzm. Unia Europejska nie jest wrogiem polskiego państwa. Jest dla nas niczym dobra i wyrozumiała matka, która i doradzi i wysłucha skargi. Porównywanie UE do niegdysiejszej „wrogiej Rosji” czy do morderczego nazizmu jest skrajnym nieporozumieniem. Jeżeli PiS zamierza dalej podążać tą ścieżką, powinno natychmiast wycofać wszystkich swoich europarlamentarzystów. Ale tego nie zrobi, bo najwyraźniej ich politykom smakują „judaszowe” pieniądze.

 

Centralizacja

W sprawie reformy sądownictwa ogół skupia się na drobiazgach, zamiast dostrzec, że tak naprawdę chodzi o coś innego: wyłącznie o centralizację władzy i zniesienie świętej do tej pory zasady trójpodziału, istniejącego właśnie po to, by nikt nie mógł zbudować sobie dyktatury.
Teraz chodzi o stworzenie instytucji podległych jednej partii, o to, by władzę obsadzić ludźmi niegodnymi jej sprawowania, ale posłusznymi i uległymi wobec tych, którzy rozdają wysokie stanowiska.
Profesor Strzębosz mógł być niepokorny, bo miał dorobek i uznaną już w świecie prawniczym pozycję. Sędzia Przyłębska nie ma żadnego tytułu naukowego, nie mówiąc o dorobku – jest, zatem skazana na to, aby wiecznie pamiętać, kto ją na stanowisku postawił. Prokurator z Podkarpacia również doskonale zdaje sobie sprawę, kto przymknął oko na jego PRL-owską przeszłość i komu zawdzięcza godności. Nawet niezwykle wymowna, złotousta pani profesor wie, że jej rzekomy tytuł profesorski jest lansowany tylko przez PiS, nigdy nie posiadała prezydenckiej nominacji do tego tytułu – może nim epatować tylko w murach swojej uczelni i nigdzie indziej. Jest doktorem habilitowanym.

 

Mierni, nadaktywni i do tego wierni

Tak, więc obsadzanie najwyższych urzędów ludźmi o marnych referencjach, albo bez dorobku czy społecznej pozycji, gwarantuje tej formacji, że będą jej wierni po grób. Taki sam manewr zastosował Stalin po przejęciu władzy. „Starych” bolszewików z autorytetem i dorobkiem zastąpił swoimi figurantami. Dopiero ten zestaw ludzi umożliwił mu na realizację krwawego imperium.
Przyjrzyjmy się przez chwilę ludziom teraz trzymających władzę: czy po przegranych wyborach mają jakąś godną przyszłość, szansę by utrzymać wysoki jak teraz status społeczny Czy może pan Misiewicz, któremu oficerowie salutowali jak ministrowi, wróci dobrowolnie zamiatać aptekę? Czy minister Błaszczak wróci chętnie na radnego do Wołomina za 2 tys. zł? Minister Kołodko miał zapewniony powrót na uczelnię, Ćwiąkalski – do praktyki prawnika. Minister Ziobro nie ma, dokąd wrócić. Ci ludzie i tysiące im podobnych zrobią wszystko by utrzymać swój wysoki status.
Znajdujemy się w zaklętym kręgu, bowiem dyspozytor tego układu jest poza odpowiedzialnością, a wykonawcy, by przetrwać na prestiżowych pozycjach – muszą akceptować jego ryzykowne polecenia. Ten układ paradoksalnie jest wewnętrznie trwały i z biegiem czasu wspólne poczucie zagrożenia wynikające z popełnionych wykroczeń czy nadużyć jeszcze go scementuje. Ja nawet nie mówię o naruszaniu konstytucji, ja mówię o tysiącach bogobojnych ludzi wyrzucanych z pracy bez merytorycznego uzasadnienia. Jaką to wielką wojnę przegrało Polskie Wojsko, że 70% najwyższych oficerów, generałów, straciło swoją karierę zawodową. Gdy przyjdzie czas próby: kryzys gospodarczy, zwyrodnienie jedynowładztwa, ferment społeczny dopiero wtedy niektórzy przejrzą na oczy i dostrzegą, czemu te wszystkie „reformy sądownictwa” miały służyć. Mając taką silną władzę da się siłą opanować każdy kryzys.

 

A qui bono?

Czekają nas nowe wybory. Książę Rochefoucauld mawiał: „niech żadna dama nie chwali się swoim honorem, gdy jeszcze żaden sprawny i elegancki kawaler nie dybał na jej cnotę”. Czy uczciwe partie mają szansę równej walki politycznej z ugrupowaniem, które bez żenady używa potęgi państwa, by organizować swoje działania? Która kusi młodych ludzi tysiącami posad z uposażeniami wywołującymi zawrót głowy? Czy partie przestrzegające rozdziału państwa i kościoła mają jakieś szanse z blokiem politycznym, który używa autorytetu kościoła, by wygrywać polityczne batalie?. Wynik tych zmagań poznamy wkrótce, a jest się, czego obawiać. Znając te wszystkie wyzwania – działajmy w dobrej wierze. A będzie, co Bóg da.

Kartka do sędzi Gersdorf

To ważna akcja w sieciach społecznościowych. Nazywa się „Wyślij kartkę do prof. M. Gersdorf”. Jej istota zawiera się w poniższym cytacie:

 

„Dlatego proponujemy spontaniczną akcję, zaproponowaną przez środowisko sędziowskie. Okażmy Pani Profesor nasz szacunek i wsparcie, wysyłając kartki z pozdrowieniami i życzeniami dla Pani Profesor. Na Jej ręce przekażmy nasze wsparcie dla sędziów Sądu Najwyższego”.
To ja też napiszę, dobrze? Kartka mała, miejsca niedużo, ale dla mnie wystarczy. Z jedną wszakże różnicą: nie mam najmniejszego zamiaru wyrażać dla Pani ani szacunku, ani wsparcia. Jednego nie mam, drugiego nie mam ochoty okazać. Tak, będę dziś protestował przeciwko podporządkowaniu władzy sądowniczej rządzącej partii i praktycznej likwidacji trójpodziału władzy, który ma swoje wady, ale proponowane alternatywy mnie nie urządzają. Protestować będę z najwyższym wstrętem. Stawać bowiem będę obok ludzi, których celem nie jest walka o lepsze państwo, lecz walka o państwo takie, które gwarantowało im i tylko im apanaże i dobre, godne życie. Zapracować na nie mieli ci, na których nawet nie zwracali uwagi – pozbawieni podstawowych praw pracowniczych, nędznie opłacani, wykluczeni społecznie i materialnie. Plebs. Posmakujcie to słowo, kiedy na języku łączą się literki „b” i „s”. Jak do splunięcia.
Pani sędzio, Pani jest zapewne z tych, która prawdopodobnie to słowo tak wymawia. Bo nie może inaczej, skoro nie wstydzi się Pani twierdzenia, że za 10 tysięcy pensji, to można wyżyć tylko na prowincji. Nie wie pewnie Pani, że większość ludzi w tym kraju zarabia 2300 i za to musi przeżyć, nieważne – na prowincji czy w mieście. Tacy dla Pani pewnie nie istnieją.
Pani jest też przekonana, że kiedy mija się publicznie z prawdą, że nie brała udziału w proteście, a potem, kiedy to kłamstwo zdemaskowano, bez najmniejszej żenady opowiadała Pani głupstwa, że szła, było ciemno i ktoś jej wcisnął w rękę świeczkę, więc ją wzięła. Ileż trzeba mieć pogardy dla ludzi, żeby wierzyć, że takie wyjaśnienia wezmą za dobrą monetę.
To nie jednostkowa pomyłka i zaćmienie umysłu, nie. Tak samo było, kiedy swoją osobą prezesa Sądu Najwyższego firmowała Pani zaprzysiężenie wybranego z naruszeniem Konstytucji sędziego TK. I doprawdy nie wiem, co było bardziej żałosne: sam fakt obecności czy późniejsze tłumaczenia, że zrobiła to Pani „bezrefleksyjnie”, bo była przemęczona i przepracowana. Z takich powodów to można guziki w windzie pomylić, a nie kompromitować stanowisko i funkcję, która się piastuje. I opowiadanie dziennikarzom bez znajomości znaczenia słów, że będzie Pani sędzią „na uchodźstwie”. Nie rozumiejąc, jak się zdaje, co to uchodźstwo i z jakich powodów tam się ludzie znajdują.
Zatem stanę dziś o 21.00 pod Sejmem protestując przeciwko próbie zagarnięcia przez PiS państwa dla siebie. Ale nie w celu poparcia Pani, sędzio Gersdorf.
Mało tego. Jeżeli uda się powstrzymać partię rządzącą i powrócić do państwa z trójpodziałem władzy, to przysięgam, że na głowie stanę i będę robił wszystko, by tacy ludzie jak Pani i Pani koledzy nigdy już nie mieli okazji zasiadać w najwyższych organach sprawiedliwości, by nie mogli psuć państwa, demokracji i relacji społecznych, tak, jak to robili od 1989 roku. Nie ma miejsca w organach władzy dla ludzi oderwanych od rzeczywistości, gardzących zwykłym człowiekiem, bezczynnie przyglądających się postępującemu rozwarstwieniu społeczeństwa i godzących się na wykluczanie całych grup Polek i Polaków. Zmuszacie mnie do tego, bym stanął z wami ramię w ramię, choć mam was za szkodników. Niech was szlag trafi.

Kocioł i garnek

PiS zamachnął się na Sąd Najwyższy, a precyzyjniej na sędziów tegoż sądu, obniżając wiek ich przejścia w stan spoczynku. Wróble ćwierkają, że sędziowie 65+ stali się tylko wiórami w rąbaniu drew, a wszystko po to, by zdjąć togę z I. prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która PiS-u za bardzo nie kocha i – co gorsza – z mocy Konstytucji jest szefową Trybunału Stanu. A Trybunał Stanu może być nie tematem do żartów dla wielu pisowskich prominentnych postaci, tylko zbliżającym się realnym przeżyciem.
W burzy jaka się rozpętała jedni grzmią, że obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku jest bezprawne, drudzy, że właśnie prawne, bo wiek ten określa ustawa. Jedni, że łamie to Konstytucję RP, drudzy, że wprost przeciwnie. Argumenty mijają się w locie jak strzały i trafiają raz w sedno, raz w płot. Jednak nikt jakoś nie dostrzega dość istotnej sprawy – że tak naprawdę, to jest to klasyczny bój w imię kretynizmu, tyle że raz większego a innym mniejszego.
Stan spoczynku, to dla niektórych zawodów (między innymi sędziów) forma emerytury. I nikt temu nie przeczy. I tak jak dla „cywilów” emerytura jest PRAWEM, nie obowiązkiem, tak samo powinno być dla tych, którzy objęci są PRAWEM do skorzystania z przejścia w stan spoczynku. Osiągnięcie granicy wieku, gdy nabiera się prawa nie oznacza i nie powinno oznaczać, że „paszoł won” z posady jak tylko w urodzinowy tort trzeba wsadzić 65 świeczek.
Sędzia to zawód specyficzny. Drżę, gdy widzę, że sprawę prowadzi jurysta w wieku tak trochę po trzydziestce. Wolę, gdy nad łańcuchem z orłem jest głowa solidnie przyprószona siwizną. Doświadczenie życiowe jest nie do zdobycia z książek i Internetu, dają je tylko lata spędzone na tym łez padole w sądowych salach, zmagania się z codziennością wymiaru sprawiedliwości i setki, jeśli nie tysiące wysłuchanych stron, świadków, biegłych, adwokatów i prokuratorów.
Z sędziami jest tak samo jak w przypadku lekarzy – wiedza i przede wszystkim doświadczenie są bezcenne. Czy ktokolwiek zdrów na umyśle wpadłby na pomysł, by odsunąć od uprawiania zawodu profesora medycyny z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i dydaktycznym, gdy tylko skończy 65 lat? Chyba nie.
Jedną gębą rząd przekonuje i wzywa do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego, co ma być z korzyścią dla wszystkich, drugą zaś w tym samym czasie stwierdza, że sędzia 65+ to stetryczały dementywny staruch, którego strach wpuścić na sądową salę.
Moim zdaniem zarówno poprzedni wiek obligatoryjnie odsuwający od zawodu sędziów, jak i ten wprowadzony przez PiS to marnotrawstwo najlepszych prawników, kompletna głupota i to w dodatku niezgodna z Konstytucją. Wszak dyskryminacja z racji wieku jak nic łamie artykuł 32 punkt 2 naszej ustawy zasadniczej. Tak więc cała awantura pomiędzy PiS a resztą świata to klasyczny przykład na porzekadło – Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli. Bo czy przymusowo wyślemy do niańczenia wnuków sędziego w takim (70), czy innym (65) wieku jest kompletnie bez różnicy, każda taka granica jest sprzeczna z rozumem i Konstytucją. Żądanie, by sędzia przedstawiał jakieś nadzwyczajne zaświadczenia o stanie ciała i umysłu też jakoś do mnie nie przemawia – przecież istnieją okresowe badania pracownicze sprawdzające możliwość świadczenia pracy na określonym stanowisku.
Jak chce sędzia pracować, to niech pracuje (przebadany przez lekarza czy może), jak chce skorzystać ze spoczynku, to niech korzysta (jeśli osiągnął odpowiedni, zapisany w ustawie wiek), ale niech nikt, żaden polityk, żaden urzędnik nie pokazuje mu drzwi i nie wywala z roboty nazajutrz po urodzinach.
Gdyby zgodzić się na tok rozumowania „mędrców” od ustalania wieku, po którym należy zająć się li tylko ogródkiem i wnukami i wprowadzić tę myśl powszechnie, to należałoby pogodzić się z nieobecnością wielu postaci. I tak nie byłoby w polityce (w nawiasie wiek, w którym objęli stanowiska):
Konrada Adenauera (73) – kanclerza RFN przez 14 lat, czyli do 87 roku życia
Ronalda Reagana (70 i 74) – prezydenta USA
Winstona Churchilla (66 i 77) – premiera Wielkiej Brytanii w czasie wojny i powtórnie od 1951 r.
François Mitterranda (65 i 72) – prezydenta Republiki Francuskiej.
Donalda Trump’a (71) – aktualnego prezydenta USA
Czy ktokolwiek stwierdzi z pełnym przekonaniem, że ci faceci zostali wybrani przez idiotów nie rozumiejących, że w pewnym wieku już niczego się nie zdziała i nie wymyśli a jeśli już, to z pewnością będą to dyrdymały podyktowane demencją?
A my spieramy się kto ustali głupszą granicę, po której sędzia ma spocząć.