Propozycje dobre dla drobnych

Rozwój szybkiego Internetu, systemowe wspieranie inwestycji, dobrowolne składki na ZUS dla mikroprzedsiębiorców – tego potrzeba, aby szybko wyjść z kryzysu.
Pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki i zdążyła już stać się przyczyną szeregu sprzecznych ze sobą diagnoz i teorii. Jedno można stwierdzić na pewno – spowodowała ona dynamiczny wzrost komunikacji internetowej. Pandemia może też stać się szansą dla budowy powszechnego i szybkiego Internetu w Polsce.
W ciągu kilku tygodni, niemal wszystkie aspekty funkcjonowania bardzo wielu osób przeniosły się do świata wirtualnego. Życie gospodarcze i społeczne nie zatrzymało się – sieć udźwignęła wzrost ruchu dochodzący do kilkudziesięciu procent. Część zmian spowodowanych epidemią będzie jednak miała charakter trwały, podczas gdy przepustowość infrastruktury mobilnej powoli staje się niewystarczająca, tak samo jak zasięg szybkich łączy światłowodowych w kraju.

-Musimy to potraktować jako szanse, a nie zagrożenie i zbudować najlepszą infrastrukturę internetową w Europie, która stanie się naszą przewagą konkurencyjną. Pandemia pokazała nam, że w zasadzie nie ma przyszłości gospodarki bez Internetu – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Wynika z tego szereg znaczących konsekwencji. Przede wszystkim, jeśli nie będziemy mieli wystarczająco wydajnej infrastruktury telekomunikacyjnej, będziemy rozwijać się znacznie wolniej, niż wynikałoby to z naszego potencjału. Jeśli pokrycie tą infrastrukturą powierzchni kraju nie będzie zadowalające, wielu ludzi zostanie narażonych na wykluczenie informatyczne. Stąd oczywisty wydaje się podstawowy postulat: zróbmy wszystko, by zapewnić Polakom powszechny dostęp do szybkiego Internetu.
Punkt wyjścia dla dalszego rozwoju infrastruktury mamy specyficzny – z jednej strony egzamin związany ze wzrostem ruchu sieciowego został zdany, z drugiej w rankingu odwzorowującym poziom tzw. zdigitalizowania społeczeństwa, Polska konsekwentnie zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie.
Dostęp do łączy światłowodowych w Polsce poprawia się, lecz jest wciąż niewystarczający, zaś rekordowa liczba abonentów mobilnych usług szerokopasmowych powoduje wyczerpywanie się przepustowości istniejących instalacji. Dodatkowo, Polska musi sprawnie zaimplementować nowy standard sieci mobilnej, czyli 5G, co również będzie wymagało nakładów na infrastrukturę.
Eksperci ZPP przygotowali zestaw rekomendacji, mogących posłużyć rozbudowie infrastruktury telekomunikacyjnej w Polsce.

– W raporcie tym przedstawiliśmy szereg rekomendacji specyficznych dla infrastruktury telekomunikacyjnej, jednak co do swojej istoty nie odbiegają one od generalnych reguł wspierania inwestycji – mówi dyr. Jakub Bińkowski z ZPP.
Rekomendacje te sprowadzają się zatem przede wszystkim do zabezpieczenia konkurencyjności wewnątrz polskiego rynku, zapewnienia podstawowej przewidywalności regulacji prawnych, uproszczenia i uelastycznienia procedur, a także poniesienia przez państwo pewnego finansowego wysiłku, jako impulsu dla nowych inwestycji. Właśnie tego potrzeba, by w Polsce w ogóle ruszyły wszelkie inwestycje.
Eksperci ZPP podkreślają, że w ostatnich latach dokonano już szeregu działań służących rozwojowi infrastruktury informatycznej (choćby w ramach tzw. „megaustawy”, czy dzięki uruchomieniu środków z Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa) – jednakże z punktu widzenia skali wyzwania, jakie stoi przed Polską, konieczne jest dodatkowe zwiększenie wysiłków.

-Jako pierwsi rzuciliśmy hasło zwolnienia z wpłat na ZUS sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Również jako pierwsi domagaliśmy się zapewnienia płynności finansowej polskim firmom, a potem rozmrażania gospodarki. Teraz jako pierwsi rzucamy hasło jej odbudowy i wykorzystania kryzysu jako szansy do dokonania skoku cywilizacyjnego – powiedział Cezary Kaźmierczak.
Internet to kluczowy ale oczywiście nie jedyny instrument jaki trzeba wykorzystać do realizacji tego wielkiego zadania. W tym kontekście warto przypomnieć rozsądną propozycję, którą swego czasu wspierał lider Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz.
Postulował on, aby już od początku bieżącego roku płacenie składek na ZUS było dobrowolne dla małych firm: kto chce mieć wyższą emeryturę i korzystać z uspołecznionej służby zdrowia, ten płaci składki, a jeśli godzi się na niższą emeryturę i woli korzystać z leczenia prywatnego, to po prostu ich nie płaci.
Jest to propozycja ze wszech miar racjonalna, a przede wszystkim rozszerza zakres wolności obywatelskich – wciąż tak niewielki w naszym kraju. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Władysław Kosiniak-Kamysz potraktował pomysł dobrowolnych składek na ZUS jako chwyt propagandowy.
Do Sejmu trafił wprawdzie w grudniu poselski projekt ustawy wprowadzającej dobrowolność płacenia składek – ale nie słychać, aby szef ludowców próbował go wspierać. Tymczasem doraźne zawieszenie płacenia składek na ZUS, związane z epidemią koronawirusa, absolutnie nie załatwi problemów małych przedsiębiorców z rujnujących ich ZUS-em.
Zbliża się połowa roku, w którym, według Kosiniaka-Kamysza, dobrowolny, systemowy ZUS miał już stać się faktem. „Od przyszłego roku dobrowolny ZUS i koniec” – zapewniał Władysław Kosiniak-Kamysz we wrześniu ubiegłego roku na konwencji w Sandomierzu. No i co Panie prezesie?

Klient ma płakać i płacić

Instytucje państwowe nie dbają o interes ludzi, pokrzywdzonych w wyniku działań towarzystw ubezpieczeniowych.

Czy Komisja Nadzoru Finansowego działała prawidłowo? Jak wynika z raportu, ukończonego w listopadzie tego roku, będącego wynikiem wcześniejszej kontroli NIK, nie do końca.
Najwyższa Izba Kontroli podkreśla, że KNF wprawdzie monitorowała zagrożenia na rynku ubezpieczeń, analizując je pod kątem występowania niedozwolonych praktyk rynkowych stosowanych przez przedsiębiorców w relacjach z klientami – jednak ta tematyka konsumencka traktowana była jako „zagadnienie o mniejszej istotności”.

W interesie ubezpieczycieli

Priorytet miał interes finansowy towarzystw ubezpieczeniowych – czyli zapewnienie stabilności finansowej ubezpieczycieli. Zagadnienia związane z ochroną interesów klienta tylko w ograniczonym stopniu wpływały na ocenę ogólną zakładu ubezpieczeń przez KNF.
Powodowało to, że nawet przy występowaniu poważnych nieprawidłowości brak było intensywnych działań nadzorczych w celu ich usunięcia. Gdy już dochodziło do interwencji to zwykle była ona spóźniona bądź rozwiązanie problemu trwało bardzo długo – podkreśla NIK.
Komisja Nadzoru Finansowego monitorując działalność zakładów ubezpieczeń, podobnie jak UOKiK, koncentrowała się głównie na sygnałach przekazywanych przez ich klientów i podmioty prowadzące działalność związaną z ochroną praw konsumentów.
Nie było tu „pracy własnej” urzędników KNF, pozwalającej na samodzielne wykrywanie
nieprawidłowości.

Skargi lekko traktowane

Okazuje się, że KNF od początku 2014 r. do pierwszego kwartału 2018 r. otrzymała ponad 11,5 tys. zgłoszeń o potencjalnych naruszeniach interesów klientów towarzystw ubezpieczeniowych. Blisko 1,7 tys. odnosiło się do ubezpieczeń na życie – w tym większość, bo blisko 63 proc. dotyczyło polisolokat.
Prawie 10 tys. skarg dotyczyło pozostałych ubezpieczeń osobowych oraz ubezpieczeń majątkowych. Wśród nich ponad 7 tys. sygnałów (74 proc.) wskazywało na potencjalne nieprawidłowości związane z ubezpieczeniami OC posiadaczy pojazdów mechanicznych.
Z zawiadomieniami wskazującymi na nieprawidłowości w funkcjonowaniu towarzystw ubezpieczeniowych, KNF postępowała zgodnie ze swymi wewnętrznymi regulacjami. Przewidywały one obsługę zgłoszeń i ich analizę – oraz podejmowanie działań w celu usunięcia stwierdzonych nieprawidłowości. „Jednak ich skuteczność często była obniżona z powodu opóźnionej reakcji i długości postępowań” – krytykuje NIK.
KNF przez wiele lat nie reagowała także na zaniżanie przez ubezpieczycieli wysokości składek ubezpieczenia samochodwego OC, poniżej poziomu pokrywającego wypłatę odszkodowań. W konsekwencji doprowadziło to do skokowego, bolesnego dla ludzi wzrostu składek. Długo trwało także postępowanie związane z nałożeniem kar pieniężnych na ubezpieczycieli za niewłaściwe kalkulowanie wysokości składek. Kary zostały nałożone dopiero po dwóch – trzech latach od przygotowania wniosku w tej sprawie i około pięciu lat od identyfikacji problemu.
W latach 2016-2018 KNF nie reagowała na zagrożenia wynikające z polisolokat. W tym czasie nikt w Komisji nie zweryfikował stanowiska, sformułowanego przez władze Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych jeszcze w 2006 r., uznającego za uprawnione stosowanie w umowach tych produktów, postanowień przewidujących utratę przez konsumentów niemal całości środków. To skandaliczne stanowisko nie uwzględniało interesu konsumentów i było uzasadnione „powszechnością stosowania takiej praktyki na całym świecie” – a to w związku z ponoszeniem przez towarzystwa ubezpieczeniowe znacznych kosztów administracyjnych a także innych, związanych z wypowiedzeniem umowy ubezpieczenia. To ciekawe tłumaczenie, skoro te koszty przerzucano na nieszczęsnych ubezpieczonych.
Ponadto KNF, w przypadku stwierdzenia stosowania przez towarzystwa ubezpieczeniowe w umowach, postanowień naruszających interesy klientów, nie prowadziła postępowań w sprawie nałożenia kar pieniężnych. Komisja uważała, że należy to do kompetencji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Co akurat niewiele zmieniało, bo żadna z tych instytucji niewiele pomogła ludziom bitym po kieszeni przez ubezpieczycieli.

Nie majstrujmy przy składkach

Od sprawiedliwości w normalnym państwie są podatki. Jeśli PiS chce dodatkowych miliardów złotych dla budżetu,
to niech podniesie PIT i CIT, i wprowadzi w Polsce realną progresję. Choćby taką, jaka jest
w Wielkiej Brytanii, gdzie progi podatkowe dochodzą do 45 proc.

PiS chce jednak obejść patologie własnego systemu podatkowego i załatwić sobie płynność finansową, narażając przy tym finansowanie opieki zdrowotnej i grając na systemie emerytalnym. Tak – emerytury decydują też o wysokości składek na NFZ i obecne zmiany przynoszą ryzyko, że ucierpi na nich finansowanie opieki zdrowia. Jednocześnie rząd chce też dać wybrańcom niebotyczne emerytury z ZUS-u. Tymczasem utrzymujące ludzi przy życiu „trzynastki” mają być wspierane środkami przeznaczonymi dla osób niepełnosprawnych…
Ten projekt jest zły i niesprawiedliwy. Tak jak cała „polityka społeczna” PiS-u. Popieranie rządu w zamian za wycinkę emerytur sztywnym limitem to też zły pomysł. Mówimy tu o zmianach w systemie, który działa od dekad. Zmiana reguł przyznawania emerytur dla osób, które przez trzydzieści lat odkładały w starym systemie nikomu nie powinna przychodzić łatwo. A rządowy projekt nie miał nawet żadnych konsultacji. Nie można nagle obcinać emerytur odgórnym limitem i uważać to za lewicową sprawiedliwość w kraju, gdzie tej sprawiedliwości w ogóle nie ma. W taki sposób można natomiast bardzo łatwo pogłębić niechęć do państwa i do ZUS-u.
Źródłem patologii i dziur w budżecie są skandalicznie niskie podatki – nie emerytury.
Obecne rozwiązanie należy podtrzymać. Poparcie Lewicy dla PiS-u miałoby natomiast sens polityczny, gdyby w zamian za nie rząd uległ i zgodził się na cały pakiet postulatów. Podpowiadam: 1) skrócenie czasu pracy, 2) wprowadzenie progresji podatkowej, 3) zniesienie totalnie nieopłacalnej, ogólnopolskiej strefy ekonomicznej, czy 4) wprowadzenie podatku cyfrowego – wbrew woli amerykańskich kolonizatorów.
Miliardy złotych są w zasięgu ręki!
Tak – większe składki na ubezpieczenia społeczne są konieczne. Ale to trzeba załatwić, reformując system podatkowy i dopiero później – całościowo i z przygotowaniem – system emerytalny. Bycie użytecznym pomocnikiem PiS-u w pierwszym tygodniu nowej kadencji Sejmu i wspieranie dziurawego projektu wprowadzanego bez żadnych konsultacji to ślepa uliczka. To droga do bycia przystawką i zebrania całej krytyki za wszystkie ewentualne negatywne konsekwencje po wprowadzeniu cudzej i dziurawej reformy. Może i uda się przy okazji podważyć popularne przekonanie, że lewica zawsze razem z liberałami, ale w zamian wzmocni się inne: że socjaldemokraci nie mają własnej polityki społecznej, a PiS to partia socjalistyczna i nie ma żadnej różnicy w polityce realizowanej przez te dwa ugrupowania.
A budżet PiS-owskiego rządu tonie bardzo słusznie. Rząd ten prowadzi bowiem politykę łupieżczą. Firmy dostają kolejne obniżki CIT, ludzie młodzi nie płacą podatków (starzy do piachu!) i zbliżamy się już pułapem opodatkowania biznesu do poziomu Cypru. Zagraniczne koncerny medialne otrzymały zwolnienie z podatku na sygnał dany przez amerykańskiego wiceprezydenta. Korporacje działające na miejscu cieszą się, bo Polska to jedna wielka wolna strefa ekonomiczna. Raj podatkowy od Morawieckiego – dla obcego kapitału. Obywatele płacą podatki de facto regresywne. Nic dziwnego, że ten budżet się nie spina i że PiS w sposób histeryczny próbuje znaleźć dodatkowe środki narzucając niespójne i nieprzemyślane reformy.
Taka jest cena konserwatywnej-neoliberalnej polityki społecznej, która żyje iluzją, że podatki zawsze mogą być niskie, a wszystkie ewentualne dziury w budżecie można załatwić pseudoreformami lub odbierając środki np. osobom niepełnosprawnym. Bo to właśnie z tej ideologii biorą się też pomysły wypłacania „trzynastek” – zamiast uczciwych podwyżek pozwalającym wszystkim godnie żyć za dwanaście rent i emerytur. Stąd też pomysł by „trzynastkę” finansować z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. Osób, które w Polsce często żyją za renty w wysokości 1000 złotych.
Polityka społeczna lewicy to zupełnie inna droga. Czas na własny głos.

Lewica już wie, ale nie powie

Po trzygodzinnych obradach klubu parlamentarnego Lewicy udało się wypracować wspólne stanowisko w sprawie wtorkowego głosowania nad ustawą o zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS. Rzeczniczka Anna-Maria Żukowska nie
zdradziła jednak szczegółów.

Poparcie Lewicy dla ustawy może okazać się kluczowe, gdyż przeciwko rządowemu projektowi zagłosują deputowanvi Porozumienia, koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości. Dla rządu Morawieckiego jest to niezwykle ważne głosowanie, gdyż zmiany są niezbędne do pozyskania 5 mld złotych, które władza potrzebuje do spełnienia obietnicy zrównoważonego budżetu.
Co zakłada ustawa? Według projektu od 2020 r. składka na ubezpieczenia emerytalne i rentowe będzie odprowadzana od całości przychodu. Dotychczas osoby zarabiające więcej niż 11 tys złotych nie miały pociąganej składki do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych po przekroczeniu progu dochodowego. PiS chce znieść ten limit, co przyniesie przychód szacowany na 7,1 mld zł. Rząd nie przejmuje się faktem, że za jakiś czas takim osobom trzeba będzie wypłacać wyższe emerytury, gdyż w skrajnie niesprawiedliwym polskim systemie wysokość emerytury jest ściśle powiązana z wysokością odprowadzanych składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe. Im wyższa kwota odprowadzanych składek iv im dłuższy okres zatrudnienia, tym wysokość świadczenia jest wyższa.
Partia Razem dopuszczała możliwość poparcia ustawy pod warunkiem, że znajdzie się w niej zapis o emeryturze maksymalnej, co miałoby zapobiec sytuacji, w której system będzie musiał wypłacać horrendalnie wysokie świadczenia bogatym emerytom.
Jak jutro zagłosują deputowani Lewicy? Na razie nie chcą zdradzić.
– Klub Lewicy decyzję podjął wspólną, wspólne będzie miał stanowisko, ta decyzja zapadła jednogłośnie, natomiast nie chcąc dawać naszym przeciwnikom politycznym oręża w dłoń jeszcze przed tym kluczowym głosowaniem. Nie zdradzimy szczegółów naszego stanowiska, natomiast mogę powiedzieć, że będzie to wspólne stanowisko klubu – ogłosiła Anna Maria Żukowska.

Skończmy z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem krezusów

Ludzie mający naprawdę lewicowe poglądy, nie powinni występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS. Szkoda, że sami go nie zaproponowali.

Rzecz jest oczywista: ci, którzy zarabiają bardzo dobrze, powinni płacić większe składki na ZUS niż ci, którzy zarabiają gorzej. I tak się zresztą do pewnego momentu dzieje, bo składki stanowią stały procent zarobków.
Niestety, gdy zarobki przekraczają 142 950,00 zł rocznie (trzydzieści średnich pensji), pojawia się niczym nieuzasadnione uprzywilejowanie najbogatszych. Po pokonaniu tej granicy dochodowej już nie muszą oni płacić wyższych składek – choćby ich dochody osiągały niebotyczne wartości.

W naszym dzikim kapitaliźmie

Państwo powinno raczej wspierać uboższych. W Polsce jest jednak odwrotnie: bogaci mają górę pieniędzy, a państwo jeszcze dosypuje im kasy, nie chcąc pobierać od nich wyższych składek, stosownych do dochodów.
Przepisy, które stanowią, że najbogatsi Polacy mogą płacić stałe składki niezależnie od tego, jak wysokie są ich dochody, stanowią wieloletni już skandal. Bo przecież logiczne i sprawiedliwe byłoby to, żeby także i ludzie zarabiający ponad 142 950 zł, byli obciążani składkami rosnącymi w miarę dalszego wzrostu dochodów.
Limit uniemożliwiający podnoszenie składek od zarobków przekraczających tę granicę, to jeden z wielu przykładów tego, że w polskim dzikim kapitaliźmie państwo i prawo wspiera bogatych kosztem biednych. To nie tylko kwestia składek na ZUS, ale na przykład i podatku dochodowego – bogaci mogli zarabiać miliony, a i tak ich dochody były opodatkowane liniowo, według stawki 32 proc. (w przyszłym roku ma dojść dodatkowe 4 proc. od dochodu powyżej 1 mln zł).
Generalnie, przepisy w Polsce są tak skonstruowane, że bogaci są uprzywilejowani w bardzo wielu dziedzinach życia – a biedni, w bardzo wielu są dyskryminowani. Wystarczy wymienić choćby edukację, ochronę zdrowia, procedury sądowe, podatek od towarów i usług (z samej swej istoty bardziej obciążający niezamożnych) czy gospodarkę mieszkaniową.

Festiwal obłudy

Nie ma powodu, by ludzie bogaci, osiągający dochód powyżej wspomnianych 142 950 zł rocznie, byli dodatkowo premiowani przywilejem płacenia niskich składek.
Tym bardziej, że to iż powinni płacić większe składki nie oznacza przecież, że ktokolwiek chciałby im cokolwiek zabierać. Nieco później odbiorą sobie te składki w postaci wyższych emerytur, będą mogli żyć super dostatnio, wspierać bliskich i dodawać kolorów swej jesieni życia.
Ta miła perspektywa jakoś jednak nie cieszy najbogatszych Polaków i wynajętych przez nich lobbystów wraz z ich pseudodziennikarskimi propagandystami. Zamiast tego, mamy do czynienia z krytyką pełną zakłamania i hipokryzji.
Pojawia się więc fałszywa troska o polski system emerytalny, który ponoć miałby się zawalić akurat przez to, że grupie najzamożniejszych Polaków (nie wiadomo jak dużej, bo podawane liczby, rosnące stopniowo już do 370 tysięcy, nie grzeszą wiarygodnością ) trzeba będzie wypłacać większe świadczenia. Jakby to właśnie ponura perspektywa dostawania wyższych emerytur skłaniała najbogatszych do protestowania przeciw zniesieniu limitu.
Pojawiają się ostrzeżenia przed szokującym zróżnicowaniem emerytur, mającym spowodować, iż emeryci nieco biedniejsi szczezną z żalu, że ci od których ściągnięto wyższe składki, zaczną dostawać więcej pieniędzy.
Słyszymy biadolenie, jak to nasza gospodarka i cały kraj stracą na tym, że część informatyków zacznie odprowadzać wyższe składki na ZUS w celu uzyskiwania wyższych emerytur. Z jakichś niewiadomych powodów, ta załgana propaganda upodobała sobie bowiem właśnie informatyków, załamując ręce nad emigracją wywołaną ucieczką przed głodem, który niechybnie ich czeka, jeśli nieco podniosą im składki.
W całym tym festiwalu obłudy prawdziwa i nieudawana jest jedynie złość bogatych wraz z ich różnymi pomagierami medialnymi, o to, że ich olbrzymie dochody zostaną uszczuplone o jakiś minimalny procent w wyniku płacenia wyższych składek. Powtórzmy, uszczuplone czasowo, bo przecież te pobrane pieniądze zostaną im zwrócone w formie emerytur, w dodatku powiększonych o waloryzację.

Sprawiedliwość dla najbogatszych

Wszystkie ataki na projekt zniesienia limitu w płaceniu składek na ZUS, mają jeden podstawowy cel – chodzi o to, żeby interes najzamożniejszej warstwy Polaków w żaden sposób nie został naruszony.
Wiadomo przecież, że uszczerbek ich dochodów – powtórzmy po raz kolejny: tylko czasowy – będzie niemal nieodczuwalny przez tych bardzo bogatych ludzi. Tak samo będzie niemal nieodczuwalny i dla grupki pracodawców, którym przyjdzie odprowadzać nieco wyższe składki (stanowiące wszak koszt, pomniejszający przychód i podatek), jeśli ktoś z ich pracowników przekroczy 142 950 zł rocznie.
W walce najbogatszej kasty przeciwko zniesieniu limitu chodzi jednak o zasadę: przecież nie może być tak, żeby w Polsce, państwie latynoskiego kapitalizmu, gdzie ludzie zamożni mają więcej praw niż ubodzy, ktokolwiek ośmielił się przyjmować przepisy, które ludziom zamożnym mogłyby się nie spodobać. Na taki precedens nie wolno pozwolić.
I tak właśnie wygląda w praktyce realizowanie konstytucyjnego zapisu, że Rzeczpospolita Polska urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Niestety, sprawiedliwość społeczna w Polsce jest zwykle tylko dla najbogatszych.

Test na lewicowość

Konkludując: uczciwy człowiek, niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nie powinien występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.
Tym bardziej, nie może tego robić nikt z grona lewicy, gdyż w ten sposób dowiódłby, że jego lewicowość jest z gruntu fałszywa. No, chyba, że należy do licznej niestety, kawiorowej lewicy, skutecznie okazującej swą solidarność klasową z gronem najbogatszych Polaków.
I cóż, że ten projekt zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Było zgłosić go samemu.
PiS oczywiście nie zrobiło tego z miłości do zasad sprawiedliwości społecznej lecz dla ratowania trzeszczącego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że ubocznym skutkiem zniesienia limitu składek na ZUS będzie sprawiedliwsze i bardziej moralne rozłożenie obciążeń emerytalnych, a także i pożądany spadek dotacji budżetowych do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

PiS robi skok na pieniądze emerytów

Obecny rząd postanowił szybko i jednym ruchem zabrać emerytom 15 proc. zgromadzonych przez nich środków. I niewykluczone, że na tym się nie skończy, bo budżet pęka w szwach.

Co najmniej 19,3 miliardów złotych zabierze emerytom rząd Prawa i Sprawiedliwości pod pretekstem „oddawania” im pieniędzy, zgromadzonych dziś w otwartych funduszach emerytalnych. To dość ostrożne szacunki, bo w praktyce ta kwota może sięgnąć niemal 24 mld zł.
Oczywiście rządowi propagandyści sukcesu, udający dziennikarzy w tzw. „publicznych” czyli także rządowych mediach, nie wspominają ani słowem o rządowym skoku na emerycką kasę. Zamiast tego zachwalają, jak to rząd PiS – naturalnie w odróżnieniu od wrednych poprzedników – zwraca emerytom ich ciężko wypracowane składki. Od razu przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości.

Przymus, a nie możliwość

Rząd PiS bardzo zabiega o to, by jak najszybciej doprowadzić do przyjęcia przepisów, zmuszających potencjalnych emerytów do przeniesienia swych składek z OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych albo na Indywidualne Konta Emerytalne.
Rząd PO dał przyszłym seniorom tylko taką możliwość, wprowadzając „okienka transferowe”, w których można przenosić składki przechowywane w OFE (aczkolwiek na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, z automatu trafiają one do ZUS). Rząd „dobrej zmiany” nie zmusza, aby koniecznie wybrać ZUS – ale wprowadza przymus wycofania składek z OFE.
Rzecz w tym, że pieniądze zgromadzone w OFE są niedostępne dla rządu, który nie może położyć na nich łapy. Z pieniędzmi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych może natomiast robić co chce, zaś w przypadku przenoszenia składek na IKE pobiera haracz właśnie w postaci opłaty przekształceniowej. Tę opłatę trudno nazwać inaczej, niż rozbojem na prostej drodze, bo wynosi ona aż 15 proc. zgromadzonych składek!

Czas ucieka, kasy brakuje

Rząd unika nazywania opłaty przekształceniowej podatkiem – i ma ku temu swoje, bardzo wymierne powody.
Chodzi o to, że środki gromadzone w OFE są opodatkowane stawką 15 proc. Osoba, odkładająca składki w otwartych funduszach płaci te 15 proc. w chwili, gdy jest już na emeryturze i otrzymuje świadczenie z OFE.
Rząd PiS nie zamierza jednak czekać na pieniądze od kolejnych roczników Polaków odchodzących na „zasłużony odpoczynek” – zwłaszcza, że bardzo prawdopodobne, iż za jakiś czas te pieniądze otrzymałby już inny, nie PiS-owski rząd. Ekipa „dobrej zmiany” chce zgarnąć całą kasę od emerytów jak najszybciej.
Dlatego właśnie PiS-owscy prominenci wymyślili, że te 15 procent rząd zabierze emerytom od razu, gdy tylko zdecydują się na przeniesienie swych składek na IKE. Cała operacja przenoszenia składek ma zostać zrealizowana już w przyszłym roku.
Skoro zaś pieniądze zostaną zabrane emerytom, zanim jeszcze ci je zobaczą, nie nazwano ich podatkiem lecz właśnie opłatą przekształceniową.
Jest jednak jeszcze drugi, znacznie ważniejszy powód takiego nazewnictwa. Jeśli bowiem pieniądze emerytów nie zostaną opodatkowane, lecz obłożone opłatą przekształceniową, to nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby rząd opodatkował je wtedy, gdy emeryci zaczną otrzymywać swe świadczenia.
Nikt nie będzie się wtedy czepiać, że oznacza to podwójne opodatkowanie – no bo przecież za pierwszym razem była to opłata przekształceniowa, a dopiero później podatek właściwy.

De Tocqueville ma rację

Dziś nie można przesądzać, czy rząd na pewno zdecyduje się na powtórne zabranie emerytom części ich świadczeń (razem dawałoby to już 30 proc.). Budżet trzeszczy jednak w szwach i bardzo prawdopodobne, że obecnej ekipie jednak zabraknie pieniędzy na wysokie apanaże dla krewnych i znajomych królika czy na kolejne upamiętnienia „żołnierzy wyklętych”.
Od razu więc nasuwa się na myśl słynny cytat Alexisa de Tocqueville (powszechnie znany w nieco innej niż tu przytaczana, mniej prawidłowej wersji): „Do jak bezprawnych i nieuczciwych praktyk może brak pieniędzy skłonić rządy łagodne, ale działające tajnie i bez kontroli”.
Tym bardziej, że rząd PiS wprawdzie rzeczywiście działa bez kontroli, ale trudno go uznać za łagodny.
Dziś w OFE znajdują się 160 mld zł przyszłych emerytów. Gdyby wszyscy przenieśli swe środki do IKE, rząd zgarnąłby z tego tytułu 24 mld zł. Wiadomo jednak, że tak się nie stanie, gdyż część obywateli najprawdopodobniej wybierze jednak przekazanie składek do ZUS.

Biznesowi nikt nic nie zabierze

Rząd PiS, zmuszając Polaków do wybrania: albo ZUS, albo IKE, zadbał jednocześnie o to, aby włos z głowy nie spadł powszechnym funduszom emerytalnym, czyli firmom (przeważnie zagranicznym) zarządzającym otwartymi funduszami emerytalnymi. Zdecydowano bowiem, że to właśnie powszechne towarzystwa emerytalne będą prowadzić Indywidualne Konta Emerytalne.
Dlatego więc szefowie powszechnych towarzystw emerytalnych zachowują całkowity spokój – i nie krytykują nowych przepisów. Dla tych przyszłych emerytów, którzy wybiorą IKE, w rzeczywistości nic zatem się zmieni. Tak samo, zarówno w OFE, jak i w IKE, ich pieniądze będą mogły w majestacie prawa stopnieć do zera, w przypadku złego zarządzania czy dekoniunktury na rynkach finansowych. Tyle, że wybierając IKE, prędzej stracą te 15 proc., no i nie jest wykluczone, że za jakiś czas będą musieli zapłacić podatek w takiej samej wysokości.
Za to, jeśli wybiorą ZUS, zostaną uderzeni (tzn., ściśle mówiąc nie oni, co ich spadkobiercy) po kieszeni zbójeckim prawem, wedle którego środki złożone w tej instytucji nie mogą być dziedziczone.
„Dobra zmiana” zafundowała więc przyszłym seniorom wybór, taki jak między dżumą a cholerą…

 

Kolejna złamana obietnica PiS

Jeszcze żadna propozycja nie wywołała tak skoncentrowanego nasilenia agresywnego kłamstwa ze strony ludzi bogatych i ich lobbystów, jak słuszny projekt zniesienia limitu wpłat składek na ZUS.

Najbardziej znamiennym przypadkiem odwoływania PiS-owskich obietnic przedwyborczych jest rezygnacja z zniesienia limitu wpłacania najwyżej trzydziestokrotności składek na ZUS. Pokazuje to bowiem, że w Polsce sojusz ludzi bogatych jest ponadpartyjny i nie ma żadnego związku z światopoglądem czy rozmaitymi, rzekomo wyznawanymi wartościami.
Chęć dalszego nabijania sobie kabzy kosztem osób niezamożnych łączy wszystkich bogatych, niezależnie od tego czy są z PiS, PO, PSL, kawiorowej lewicy czy jakiejkolwiek innego ugrupowania. A ponieważ władza w naszym kraju także składa się głównie z ludzi bogatych, więc lobbing na rzecz interesów najzamożniejszej grupy obywateli jest zawsze skuteczny.
PiS przed wyborami złożyło wiele obietnic nierealnych i niepoważnych, ale akurat ta była rozsądna (może dlatego prominenci PiS odwołali ją jako jedną z pierwszych).
Nie ma przecież żadnego uzasadnienia, dlaczego ludzie zarabiający nawet setki tysięcy złotych miesięcznie mają płacić takie same składki na ZUS jak ci, co zarabiają dużo mniej. I dlaczego ktoś, kto ma rosnące zarobki ale nie przekraczające trzydziestokrotności średniej płacy będzie także płacił rosnące składki – lecz ten, którego zarobki zaczną przewyższać granicę trzydziestu średnich pensji nie zapłaci składek nawet o grosz wyższych.
Oczywiste, logiczne i sprawiedliwe jest przecież to, że składki na ubezpieczenie społeczne powinny stanowić stały i niezmienny odsetek zarobków. Gdy więc ktoś zaczyna zarabiać, dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy więcej, to i jego składki na ubezpieczenie społeczne powinny wzrastać dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy. Jest to zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej – a Polska, zgodnie z art. 2 Konstytucji jest państwem urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Finansowe uprzywilejowanie ludzi najbogatszych, polegające na ich zwolnieniu z płacenia części składek na ZUS jest więc całkowicie sprzeczne z ustawą zasadniczą. Prominenci PiS pokazywali już jednak nieraz, gdzie mają Konstytucję RP.

Festiwal kłamstw

Pomysł zniesienia limitu spowodował bezprecedensową kampanię kłamstw i fałszywych argumentów. Jeszcze żadna z propozycji zmian prawnych zgłoszonych w ostatniej dekadzie nie wywołała tak skoncentrowanego ataku ze strony ludzi zamożnych i wynajętych przez nich lobbystów.
Na przykład, na Onecie regularnie pojawiały się ataki na ten pomysł, mające stwarzać wrażenie, że jakoby wszyscy protestują przeciw zniesieniu limitu. Mogliśmy więc tam m.in. przeczytać: „Przeciwko tej reformie rządu protestują wszyscy. Takiej jedności dawno nie obserwowaliśmy. I przedsiębiorcy, i związkowcy, i eksperci, i główny ekonomista ZUS, i nawet niektóre osoby z rządu. Wszyscy dostrzegają zagrożenia, które mogą pojawić się po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS”.
To oczywista lipa. W rzeczywistości, żaden uczciwy ekonomista nie protestował przeciw zniesieniu limitu. I, naturalnie, nie ma żadnych zagrożeń, które by się z tym wiązały.
Są to tylko bzdury i kłamstwa. Jeżeli ktoś protestuje przeciw zniesieniu limitu to jedynie ludzie najbogatsi i opłaceni przez nich lobbyści, oraz paru wynajętych i opłaconych, tzw. niezależnych ekspertów. Wicepremier Jarosław Gowin, broniąc limitu, także reprezentuje ludzi bogatych.
Nikt rozsądny, z ugruntowaną pozycją naukową, nie protestuje przeciw zniesieniu limitu – bo wie, że to pomysł słuszny i rozumny. Wynajęci publicyści straszą zagrożeniem dla przyszłości gospodarczej Polski i ucieczką najlepszych, wysoko opłacanych specjalistów.
Ale dochody przekraczające trzydzieści średnich płac osiągają w naszym kraju nie specjaliści lecz najzamożniejsi właściciele przedsiębiorstw. Nie będzie więc żadnej ucieczki tych specjalistów. A jeżeli przyszłość gospodarcza Polski będzie zagrożona to na pewno nie z powodu, że garstka ludzi bogatych będzie musiała płacić nieco wyższe składki.
O opiniach przedsiębiorców nie ma co mówić, bo oni rozumują prosto, mając na względzie wyłącznie swój interes finansowy: chcą od nas żebyśmy więcej płacili, więc trzeba to zwalczać. I oczywiście, jak to przedsiębiorcy, postanowili walczyć kosztem ludzi mniej zarabiających. Zagrozili więc, że jeśli będą musieli płacić wyższe składki na ZUS, obniżą swym pracownikom wynagrodzenia o 11 proc. (tak to sobie wyliczyli).
Federacja Przedsiębiorców Polskich wręcz oświadczyła, że pomysł zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS: „uderzy w najbiedniejszych”. To stwierdzenie poraża swym cynizmem. W rzeczywistości zniesienie limitu uderzy (dodajmy, że bardzo lekko) w najbogatszych – i dlatego stosują oni wszelkie chwyty by temu zapobiec.

Targowica wiecznie żywa

Przedsiębiorcy zapytali też, retorycznie, skąd mają wziąć pieniądze na sfinansowanie wyższych składek na ZUS?
Cóż, odpowiedź jest prosta: będą mieć trochę mniejsze zyski, żeby w przyszłości mieć większe emerytury. Nieco uszczuplą swe aktualne dochody, by w starszym wieku otrzymywać wyższe świadczenia. Zrobią więc dokładnie to samo, do czego namawia się ludzi zarabiających grosze: żeby odkładali dodatkowo ze swych marnych pensji, aby pod koniec życia nie popaść w biedę.
Róznica jest taka, że w Polsce klasa posiadająca ma z czego odkładać na swe przyszłe emerytury. Te nieco wyższe składki na ZUS mogłaby więc płacić bez problemu – ale oczywiście nie chce.
A jeśli komuś przeszkadza widmo dostawania w przyszłości wysokich emerytur, to niech przeznacza ich część na cele charytatywne albo zwróci do budżetu (w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za los kraju, która jakoby cechuje przedsiębiorców, inteligentów i wszelkich innych groszorobów zgarniających dużą kasę). Pobieranie wysokich emerytur nie jest obowiązkiem!
Jedynym rzeczywistym zagrożeniem jakie niesie ze sobą zniesienie limitu jest właśnie to, że ludzie bogaci musieliby płacić nieco większe niż dotychczas składki na ubezpieczenie społeczne. I to jest dla nich tak straszne, ze limitu bronili jak niepodległości – a w rzeczywistości, dużo bardziej zajadle niż broniliby zagrożonej niepodległości.
Skojarzenia z Targowicą są tu oczywiste – pod koniec osiemnastego wieku magnateria miała w nosie niepodległość Rzeczypospolitej oraz los biedniejszych warstw narodu. Chodziło jej tylko o to, żeby nadal nie płacić podatków jak za Sasów i nie ponosić żadnych ciężarów na rzecz państwa. Niestety, nasze dzisiejsze pożal się Boże „elity” także są dokładnie skażone tym szlacheckim sposobem na życie.
Lobby ludzi bogatych wmawia mniej zamożnym Polakom, że powinni odkładać część swych zarobków, żeby mieć wyższe emerytury. Sami bogaci jednak jakoś nie chcą odkładać więcej na swe emerytury – i zwalczyli pomysł zniesienia limitu, który miał im to umożliwić. Argumentują, że wystarczą im takie emerytury, jakie wypracują przy swych obecnych zarobkach. Ale te zarobki, choć nieporównanie wyższe niż ich przyszłe emerytury, jednak im nie wystarczają. Nie godzą się więc nawet na minimalne uszczuplenie swych dochodów poprzez zwiększenie składek.

Jeden sprawiedliwy

W całym tym festiwalu kłamstwa i fałszu nie można pominąć głosu jednego sprawiedliwego. Okazał się nim wicepremier Jacek Sasin, który stwierdził: „Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć: to jest rozwiązanie, które w żadnym wypadku nie zmienia na gorsze sytuacji absolutnie zdecydowanej części osób, które pracują czy prowadzą działalność gospodarczą”. Niestety, był to głos wołającego na puszczy.
Najczęstszym chyba kłamstwem powtarzanym w obronie limitu jest opinia, że wyższe emerytury, jakie w wyniku podniesienia składek będzie się wypłacać garstce bogaczy, zrujnują finanse państwa i spowodują załamanie systemu emerytalnego. To kolejna oczywista bujda. Nie ma bowiem żadnej uczciwej symulacji, która pokazywałaby, że skutki zniesienia limitu będą zagrażać stabilności ZUS.
A zresztą, jeżeli jest jednak choćby cień przypuszczenia, że sprawdzi się taki scenariusz, można z łatwością tego uniknąć. Wystarczy wprowadzić przepis, że ludzie bogaci będą płacić wyższe składki na ZUS także po przekroczeniu trzydziestokrotności średniej pensji – ale emerytury będą dostawać takie, jakby ich zarobki nie przekroczyły tej granicy. Można to zrobić w całkowitej zgodzie z Konstytucją.
Bogaci, w poczuciu swej głębokiej odpowiedzialności za losy ojczyzny powinni sami zaproponować takie rozwiązanie. Sytuacja wymaga, by drobną częścią swych gigantycznych dochodów podzielili się z Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Z pewnością to zrozumieją. A gdyby nie, to państwo ma narzędzia, by im w tym pomóc – ale potrzebny byłby do tego inny rząd.

Przymus służący wszystkim

Niech nikt nie myśli, że składka płacona na ubezpieczenie społeczne stanowi własność ubezpieczonego.

W jednym z sierpniowych wydań „Trybuny” zwróciłam uwagę na artykuł zatytułowany „Trudne życie wolnych najmitów” i przypomniałam sobie wcześniejsze teksty redakcji dotyczące tematu emerytury: „Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”.
Jest tam mowa o wyliczeniach, które wskazują, że zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenie społeczne przyniosłoby korzyści, a ponadto są też inne osoby dobrze sytuowane, którym ubezpieczenie społeczne jest na nic. W związku z tym Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców proponuje dobrowolne płacenie przez nich składki na ubezpieczenie społeczne.
Domyślam się, że Redakcja solidaryzuje się z tymi wypowiedziami. Dlatego postanowiłam napisać kilka słów na temat co to jest ubezpieczenie społeczne i czym różni się od ubezpieczeń gospodarczych typu OC, które też są obowiązkowe – mając nadzieję, że Redakcja postara się zmienić ogólne zapatrywanie na rolę ubezpieczeń społecznych.
Nie można mówić, że ubezpieczenie społeczne to nonsensowna instytucja – jakkolwiek w ostatnich latach nagromadziło się trochę bezsensownych regulacji w tym zakresie.
Ubezpieczenie społeczne to instytucja mająca umocowanie w Konstytucji RP z 1997r. Z jej art. 67 wynika, że stworzenie systemu zabezpieczenia społecznego to obowiązek państwa. To państwo musi zabezpieczyć obywateli na wypadek choroby i starości. Nasze państwo ten swój obowiązek realizuje, tworząc system powszechnego ubezpieczenia społecznego i system zaopatrzenia społecznego dla służb mundurowych.
To nie jest system przymusowego ubezpieczenia się przez obywateli (płacenia składki). Ubezpieczenie społeczne to system tworzony ze środków przeznaczonych na ten cel z dochodu narodowego.
Środki te kierowane są bezpośrednio (a nie via wynagrodzenie za pracę) do odrębnego funduszu, z którego są wypłacane świadczenia, różnicowane według udziału ubezpieczonych w wytworzeniu tych środków. Kryteria różnicowania to z reguły czas udziału w wytwarzaniu środków przeznaczonych na świadczenia (staż pracy) i kwalifikacje (zarobki).
Od 1999 r środki przeznaczone (przez państwo) na ów fundusz zostały „rozpisane” na indywidualny udział każdego ubezpieczonego w ich wytworzeniu, nazwane składką i dopisane do wynagrodzenia za pracę ( wynagrodzenie brutto).
W systemie obowiązkowego ubezpieczenia społecznego obywatel mający tytuł do ubezpieczenia (np. zawarł umowę o pracę albo podjął działalność gospodarczą) jest ubezpieczony z mocy ustawy ( przez państwo) od momentu kiedy ma ów tytuł – nawet jeśli składka nie została przekazana.
Obowiązek wydzielenia środków na ubezpieczenie społeczne i „ rozpisania” ich na poszczególnych ubezpieczonych w postaci składki spoczywa na osobie wypłacającej wynagrodzenie za pracę.
To płatnik odprowadza składkę i on ponosi odpowiedzialność za ewentualne błędy w jej wyliczeniu, a nie ubezpieczony. Osoba prowadząca działalność pozarolniczą występuje wówczas w podwójnej roli płatnika i ubezpieczonego, za którego (jako jednocześnie płatnik) płaci składkę.
Błędem ustawowym i naruszeniem Konstytucji jest różnicowanie skutków niezapłacenia składki. Składka jest bowiem wyliczoną w złotówkach miarą udziału ubezpieczonego w wytworzeniu środków przeznaczonych przez państwo na ubezpieczenie społeczne.
Inaczej mówiąc, składka nie jest własnością ubezpieczonego, bo nie jest częścią jego wynagrodzenia za pracę, (co potwierdził Trybunał Konstytucyjny), jakkolwiek tak usiłowali ją przedstawiać pomysłodawcy Otwartych Funduszy Emerytalnych (ustanawiając dziedziczenie publicznych środków!), a w roczniku statystycznym za 1999 r wykazano prawie 20 – procentowy wzrost wynagrodzeń.
Konstytucyjne umocowanie prawa do emerytury daje gwarancję, że różnego rodzaju projekty dotyczące likwidacji ubezpieczenia społecznego nie zostaną zrealizowane. Nie należy tej konstrukcji społecznej nazywać nonsensem i domagać się likwidacji obecnego systemu.
Liczę, że Redakcja nie będzie popierać takich sugestii, choćby dlatego, że nic lepszego, chroniącego ludzi żyjących z pracy, dotychczas nie wymyślono. A z drugiej strony, pobieranie emerytury jest tylko prawem obywatela, a nie obowiązkiem. Osoby dobrze sytuowane, mające własne zasoby, mogą się po nią nie zgłaszać.

 

Nie ma o czym gadać

Nie i już! Organizacje przedsiębiorców w Polsce nie chcą nawet rozmawiać o tym, żeby składki na ZUS mogły wzrastać proporcjonalnie do wzrostu dochodów ich firm.

Przedsiębiorcy podkreślają, że spośród wszystkich postulatów, które padły podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, największe ich obawy wzbudziła zapowiedź uzależnienia wysokości składek ZUS dla przedsiębiorców, od osiąganych przez nich dochodów.
Propozycja ta brzmiała logicznie i jest dość sprawiedliwa, bo niby dlaczego, w sytuacji, gdy mamy w praktyce liniowy podatek dochodowy (98 proc. obywateli płaci go według pierwszej stawki), także składki na ZUS muszą być liniowe?
Może proporcjonalny wzrost składek na ZUS pozwoliłby na zwiększenie nakładów na opiekę medyczną, doprowadzoną do skrajnej zapaści przez rządy Prawa i Sprawiedliwości?.
Proporcjonalny ZUS oznaczałby też pożądane uszczuplenie dochodów ludzi najzamożniejszych, co dobrze służyłoby ograniczeniu nierówności społecznych i ekonomicznych w Polsce.
Organizacje przedsiębiorców biadolą jednak, że wiązałoby się to ze skokowym wzrostem obciążeń dla ogromnej części przedsiębiorców w Polsce, w tym m.in. relatywnie dobrze zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów i innych przedstawicieli tzw. klasy średniej.
Z dużą ulgą przyjęli oni zatem wyjaśnienia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz, zgodnie z którymi propozycja zmiany zasad ustalania wysokości składek na ZUS skierowana jest wyłącznie do przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody i korzystających w tej chwili z preferencji tzw. małego ZUS.

Społeczna niesprawiedliwość

Przedsiębiorcy twierdzą: „Nie ulega wątpliwości, że dla rozwiniętych,sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych, ryczałtowy ZUS jest modelem korzystnym. Znajduje to swoje, dosyć oczywiste, uzasadnienie – przedsiębiorcy sami odpowiadają za uiszczane składki, sami ponoszą ryzyko prowadzonej działalności, a także są bardziej skłonni do oszczędzania środków na własną rękę, bądź inwestowania ich.”.
Trzeba to sprostować. Ryczałtowy ZUS jest korzystny nie dla „sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych”, lecz dla majątków przedsiębiorców i ich rodzin, co nie musi mieć niczego wspólnego z efektywnością działań gospodarczych w Polsce. Przeciwnie, obniżka dochodów zmusiłaby przedsiębiorców do większej aktywności gospodarczej, co dobrze posłużyłoby rozwojowi naszego kraju. Mniej mieliby czasu na prymitywne popisywanie się swymi możliwościami finansowymi.
Organizacje przedsiębiorców dodają – cynicznie ale prawdziwie – że proporcjonalny ZUS powoduje, iż przedsiębiorcy osiągający wyższe dochody płacą składki w wysokości proporcjonalnie niższej, niż etatowi pracownicy. Święte słowa! I właśnie tę niesprawiedliwość trzeba w końcu zmienić.

Proporcjonalnie – i dla wszystkich

Stały, przymusowy ZUS niezależny od osiąganych dochodów, stanowił do tej pory szczególny problem dla dwóch grup przedsiębiorców. Pierwszą z nich są ci, którzy dopiero zaczynają prowadzić działalność gospodarczą. Perspektywa opłacania stałej składki co miesiąc, niezależnie od tego, czy uda się w danym okresie wygenerować jakikolwiek dochód, wiele osób odwiodła od otworzenia własnego biznesu, innych z kolei zmusiła do zamykania swoich działalności. Problem ten został jednak już w pełni wyeliminowany – przedsiębiorcy mogą przez 24 miesiące opłacać składki ZUS na preferencyjnych warunkach (z dużo niższą podstawą wymiaru), a przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności, w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne (opłaca się w tym czasie wyłącznie składkę zdrowotną).
W rezultacie, nowe firmy mają dwa i pół roku na osiągnięcie poziomu rozwoju, który umożliwi im opłacanie składek na ZUS w pełnej wysokości. Wydaje się, że to czas absolutnie wystarczający do tego, by stwierdzić czy dany pomysł na biznes ma w danych realiach rynkowych rację bytu.
Druga grupa firm, dla których ryczałtowy ZUS stanowi problem, to przedsięwzięcia prowadzone „dla utrzymania”, z natury generujące niewielkie dochody. W ich zakres wchodzą wszelkie drobne usługi, świadczone przez osoby prowadzące działalność gospodarczą dlatego, że nie mają innego wyboru, w ramach swoistego substytutu dla etatu, którego zostali pozbawieni. Z punktu widzenia tych ludzi, kluczowe było wprowadzenie tzw. małego ZUS-u, uzależniającego wysokość opłacanych składek od osiągniętych przychodów.
W ramach małego ZUS-u, przedsiębiorca oblicza przeciętny miesięczny przychód za rok poprzedni i mnoży go przez specjalny mnożnik ogłaszany przez prezesa ZUS, uzyskując tym samym kwotę stanowiącą podstawę wymiaru składek.
System jest skonstruowany tak, by najniższa podstawa wymiaru składek była równa preferencyjnej podstawie składek obowiązującej przez pierwsze 24 miesiące prowadzenia firmy. Skomplikowane to oraz nie chroni w pełni tych, którzy mają pecha i nie osiągali ostatnio dochodów.
Dlatego słuszna jest deklaracja rządu PiS, że modyfikacja składek w kierunku ZUS proporcjonalnego i uzależnionego od dochodu dotyczyć będzie najdrobniejszych rodzajów działalności. To jednak zdecydowanie nie wystarcza. System ubezpieczeń społecznych dla przedsiębiorców powinien w pełni stanowić model proporcjonalny, zarówno dla firm wielkich, jak i najmniejszych.

Poświęćcie głowę Gowina!

Polscy przedsiębiorcy nie chcą nawet rozmawiać o pomysłach wprowadzenia bardziej proporcjonalnego ZUS dla większych firm. „Podkreślamy – jakakolwiek dyskusja o proporcjonalnych składkach na ZUS dla wszystkich firm jest niebywale groźna” – ostrzega Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, wskazując, że dyskusja ta wiązałaby się potencjalnie z radykalnym wzrostem obciążeń polskich firm. Na to zaś nie ma i nigdy nie będzie ich zgody.
Przedsiębiorcy bardzo się więc cieszą, że obecny rząd nie planuje działań w tym kierunku. Niestety, rząd PiS, który tradycyjnie podejmuje działania antyspołeczne, wymierzone w interesy pracowników najemnych, ugiął się przed oznakami niezadowolenia wyrażanym przez reprezentantów świata biznesu – i zarzeka się, że nie planuje powszechnego wprowadzenia proporcjonalnych składek dla działalności gospodarczej.
Pozostaje nadzieja, że po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS, dramatyczna sytuacja budżetu państwa zmusi jednak władzę do zweryfikowania tych zapewnień – i spowoduje wreszcie wprowadzenie proporcjonalnego ZUS-u także dla większych przedsiębiorców. Ostatnio Jarosław Gowin zadeklarował, że jego tak zwany „obóz polityczny” nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców – i jest to zupełnie oczywiste. Stwierdził też, że kładzie za to swoją głowę polityczną na szali.
„Głowa polityczna” Jarosława Gowina jest niewiele warta – więc istnieje spora nadzieja, że rząd PiS zdecyduje się na jej poświęcenie, w zamian za sprawiedliwszy i służący dobru Polaków, system ubezpieczeń społecznych.

Czy ja jestem przedsiębiorcą?

Mieliby o tym decydować urzędnicy skarbowi, którzy ocenią,
kto pozytywnie wypadnie w specjalnym teście.

Według najnowszych doniesień medialnych, Ministerstwo Finansów pracuje obecnie nad tzw. „testem przedsiębiorcy”, który ma ograniczyć możliwość rozliczania się 19-procentowym podatkiem dochodowym (PIT) przez osoby pracujące tylko dla jednego klienta.
W ten sposób to urzędnicy mają rozróżniać między osobami, które ich zdaniem są faktycznymi przedsiębiorcami – a pracownikami firmy, którzy przeszli na samozatrudnienie ze względów podatkowych i składkowych.

Bogaci płacą mniej

Powyższe rozróżnienie jest istotne, ponieważ w przypadku osób o wyższych dochodach korzyści wynikają nie tylko z niższej stawki PIT (19 proc. zamiast 32 proc. w drugim progu podatkowym), ale także z niższych ryczałtowych składek ZUS i NFZ (1245 zł miesięcznie zamiast 33 proc. pensji brutto).
Takie rozwiązanie ma zwiększyć dochody państwa, jednocześnie jednak otworzy kolejne pole sporów między podatnikami a urzędnikami, którzy mieliby decydować, kto jest, a kto nie jest przedsiębiorcą.
„Test przedsiębiorcy” byłby więc biurokratyczną próbą walki z symptomami, a nie z przyczyną samozatrudnienia w Polsce, którą jest nadmierne zróżnicowanie wysokości opodatkowania w zależności od formy prawnej umowy – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Grono uprzywilejowanych

Polski system podatkowy i ubezpieczeń społecznych z jednej strony charakteryzuje niemal płaski, ok. 40 proc. klin podatkowy, a z drugiej, szereg przywilejów i ulg dla wybranych grup, takich jak rolnicy, górnicy, twórcy, przedsiębiorcy czy samozatrudnieni.
Uprzywilejowane są też osoby o wyższych dochodach, które prowadząc działalność gospodarczą płacą 19 proc. PIT oraz zryczałtowany ZUS.
To nie PIT, a składki ZUS i NFZ, z których część jest ukryta po stronie pracodawcy, stanowią największą część klina podatkowego.
Choć składka ZUS jest dzielona właśnie między pracownika i pracodawcę, to w rzeczywistości pierwszego przede wszystkim interesuje pensja netto, natomiast drugiego łączny koszt związany z zatrudnieniem.
Na umowie o pracę najwyżej opodatkowane są osoby o pełnym koszcie pracy wynoszącym ok. 13 tys. zł – z jednej strony są one jeszcze objęte pełną składką rentową i emerytalną, a z drugiej już wpadają w 32 proc. próg PIT.
Przy jeszcze lepszych zarobkach, powyżej 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia, pensja przestaje być obciążona składkami emerytalnymi i rentowymi, co prowadzi do nieznacznego spadku klina podatkowego.
W większości przedziałów dochodów, korzystniej od umowy o pracę wypada samozatrudnienie. Tylko na samym początku skali, 1250 zł zryczałtowanego ZUS stanowi tak dużą część dochodu, że rozwiązanie to jest nieopłacalne (nie dotyczy to oczywiście działalności nierejestrowanej i osób o dochodach poniżej 1250 zł, które ZUS płacić nie muszą).
Później, wraz ze wzrostem dochodu, obciążenie ZUS spada, a dodatkowo nie trzeba płacić 32 proc. PIT, gdyż cały dochód objęty jest liniowym, 19 proc. podatkiem.

Warto pomajstrować

Duże różnice w opodatkowaniu dochodów z umowy o pracę i samozatrudnienia negatywnie wyróżniają Polskę na tle innych krajów. Szczególnie jest to widoczne w przypadku osób o wyższych dochodach, których ma dotyczyć właśnie test przedsiębiorcy.
Efektem dużych różnic w opodatkowaniu pracy i samozatrudnienia jest znacznie większy odsetek samozatrudnionych w Polsce w porównaniu do wielu krajów. Poza kwestiami podatkowymi, wpływ na to mają także inne czynniki, takie jak restrykcyjność prawa pracy czy struktura sektorowa gospodarki.
Ponadto, o ile osoby prowadzące działalność gospodarczą jako osoby fizyczne płacą tylko 19 proc. PIT i zryczałtowany ZUS, to właściciele spółek kapitałowych od wypracowanego przez nie zysku muszą najpierw zapłacić 19 proc. CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) , a potem często też 19 proc. PIT, co łącznie daje ponad 34 proc. stawkę podatkową.
Także w tym względzie Polska negatywnie wyróżnia się na tle innych krajów, które starają się nie zniechęcać przedsiębiorców do zakładania spółek kapitałowych.
Te różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu w zależności od formy prawnej, zachęcają podatników do „optymalizacji podatkowej”, a administrację – do kontroli i ciągłego majstrowania w przepisach.
W efekcie, polski system podatkowy jest oceniany jako jeden z najbardziej nieprzyjaznych dla przedsiębiorców (patrz np. Bank Światowy, Doing Business lub coroczne ankiety w ramach Global Competitvness Report) i stanowi istotną barierę dla rozwoju polskiej gospodarki.

Bicie po kieszeni zamiast reformy

Pomysł „testu przedsiębiorcy” wpisuje się w dotychczasową praktykę walki z symptomami, a nie przyczynami problemu i stanowi zapowiedź dalszej komplikacji systemu podatkowego oraz jeszcze większej władzy urzędników.
Koncepcja „testu przedsiębiorcy” jest efektem ogłoszenia przez rząd PiS nowego pakietu obietnic wyborczych, którego koszty w 2020 roku sięgną ok. 40 mld zł. Potrzeba znalezienia finansowania dla tak gigantycznego wydatku wymusza na rządzie głębsze sięgnięcie do kieszeni podatnika.
Klin podatkowy w Polsce wymaga reformy, docelowo należy ograniczyć różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu umów o pracę i samozatrudnienia – jednak nie powinno wiązać się to tylko z równaniem wszystkich podatków do góry. Niestety, kosztowne obietnice wyborcze PiS sprawiają, że w finansach publicznych w najbliższych latach będzie coraz mniej miejsca na gruntowną, sprzyjającą wzrostowi gospodarczemu, reformę systemu podatkowego.
Wprowadzenie „testu przedsiębiorcy” nie jest reformą, a próbą znalezienia dodatkowych wpływów podatkowych. Przyznanie urzędnikom prawa decydowania, kto może korzystać z 19 proc. PIT będzie źródłem konfliktów między administracją a podatnikami.
Właściwym kierunkiem reformy powinno być zmniejszenie różnic w opodatkowaniu dochodów z pracy i działalności gospodarczej tak, aby zlikwidować korzyści z tworzenia fikcyjnych działalności gospodarczych.