Koniec skandynawskiego raju?

Przejrzyste zasady zatrudnienia, kurczowe trzymanie się przez pracodawców przepisów oraz wysokie wynagrodzenia sprawiają, że w Polsce Skandynawia jawi się jako raj dla pracowników. To Eldorado może jednak wkrótce przejść do historii.

Mieszkańcy Norwegii, Danii i Szwecji zawdzięczają swoją sytuację nie tylko prawnym regulacjom wprowadzonym jeszcze w I połowie XX wieku przez tamtejszą socjaldemokrację, ale również prężnie działającym związkom zawodowym działającym na wielu płaszczyznach. Poza wsparciem swoich członków na gruncie prawnym, np. w sytuacji konfliktu z władzami firmy, oferują one też ubezpieczenia, chociażby dodatkowe zasiłki w sytuacji utraty pracy, czy nawet usługi finansowe, jak jeden z największych duńskich banków – Arbejdernes Landsbank. Sytuacja to kompletnie niewyobrażalna w realiach wschodnioeuropejskiego szalejącego neoliberalizmu.
W odróżnieniu od Polski, skandynawskie relacje pracownik – pracodawca nie opierają się na Kodeksie Pracy, czy państwowych aktach prawnych, lecz na szczegółowych umowach zbiorowych dotyczących poszczególnych branż. Ogólnopaństwowe przepisy odnoszą się do kwestii BHP albo liczby godzin pracy, natomiast wysokość płac czy dodatkowe wynagrodzenie za nadgodziny ustalają branżowe związki i pracodawcy, a następnie spisują w wyżej wymienionych układach. W połączeniu z możliwością strajku oraz ochroną państwa układy branżowe były dotychczas świętością robotniczego szwedzkiego świata. Ale w ostatnich miesiącach socjaldemokratyczny rząd Stefana Lövfena podniósł na nie rękę.
We wrześniu 2018 roku szwedzki premier, chcąc zdobyć wotum zaufania w Riksdagu, złożył szereg wybitnie niepokojących obietnic. Jako ustępstwa na rzecz liberałów, którzy mieli w zamian poprzeć jego rząd, zapowiedział reformę prawa pracy uelastyczniającą zatrudnienie, obniżkę podatków i zmiany w zasadach wynajmu nieruchomości. Oczywiście prawicowa opozycja i liberałowie byli zachwyceni propozycjami często podkreślającego swoje związkowe korzenie Lövfena. Natomiast przeciwko nim, oprócz środowisk lewicowych, wystąpili też antyimigracyjni działacze Szwedzkich Demokratów.
Wkrótce Szwedzcy Socjaldemokraci musieli zapłacić rachunek za poparcie ich rządu przez liberałów. Nadarzyła się okazja do wymontowania jednego z najważniejszych bezpieczników chroniącego interesy pracowników w monarchii Karola XVI. Według jeszcze niedawno obowiązujących przepisów pracodawcy nie mogli podpisać porozumień grupowych wyłącznie z wybranymi związkami zawodowymi, przy pominięciu tych, które z jakichś powodów były dla nich niewygodne. Niekiedy komplikowało to sytuację biznesu, np. wtedy, gdy dana branża skupiała szereg zróżnicowanych zawodów. Przykładem może być sytuacja na lotniskach, gdzie osobne związki mogą mieć pracownicy naziemnej obsługi lotów, kontrolerzy ruchu czy logistycy. Nie zawsze ich interesy się pokrywały, niemniej jednak umowy zbiorowe musiały uwzględniać stanowiska wszystkich pracowników. To rozwiązanie uniemożliwiało rozgrywanie robotników poprzez faworyzowanie mniejszych organizacji bądź wręcz korumpowanie ich liderów. Niestety, w ostatnich miesiącach szwedzkie władze zmieniły korzystne przepisy.
Zaczęło się od konfliktu związków zawodowych portu Göteborg w 2016 roku, gdzie pracownicy dążyli do poprawienia warunków pracy, jednocześnie niektóre tamtejsze związki chciały podważyć umowy zbiorowe. Według liberalnych mediów, konflikt negatywnie wpłynął na kondycję finansową przedsiębiorstwa oraz płynność dostaw towarów. W tym roku sąd uznał, że nie można zorganizować strajku przeciw układowi zbiorowemu, jeśli znajdą się związki zawodowe chcące go bronić. Otworzyło to pracodawcom możliwość rozgrywania związków zawodowych, np. przeciwstawiając żądania stewardes pilotom i odwrotnie.
Jednocześnie szwedzkie władze oraz parlament podpisały prawo sankcjonujące te przepisy oraz radykalnie ograniczające możliwość legalnego wystąpienia przeciwko pracodawcom posiadającym układy grupowe. Od pierwszego sierpnia 2019 roku legalni przedstawiciele szwedzkich pracowników muszą najpierw negocjować z pracodawcą swoje żądania. Obalenie istniejących umów zbiorowych zostało niezwykle utrudnione. Nowe przepisy spotkały się z masową krytyką ze strony szwedzkich jurystów oraz organizacji robotniczych. Na drodze prawnej podjęto próby zmiany proliberalnych ustaw. Przyszłość jednak dopiero pokaże, czy będą one udane.
Jedno wiadomo już teraz: gabinet Stefana Lövfena przyjął taktykę salami i jest zdecydowany spłacić parlamentarne zobowiązania wobec prawicy. Stopniowo wykorzystuje kontrowersyjne konflikty na linii pracodawcy i pracownicy, aby sparaliżować szwedzkie związki zawodowe. Zanim organizacje pracownicze się obejrzą, zostaną pozbawione uprawnień, które zdawały się wywalczone raz na zawsze, oczywiste i jasne. Prawica zaciera ręce.

Musimy zmienić priorytety

O nierównościach społecznych, ich znaczeniu dla rozwoju społecznego i drogach prowadzących do ich redukowania z byłym kanclerzem Austrii (2007-2008), socjaldemokratą Alfredem Gusenbauerem rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Podstawowe pytanie dotyczy tego, czy wzrost nierówności jest integralną częścią kapitalizmu, czy może można zmodyfikować system, system ekonomii społecznej, czy też potrzeba bardziej radykalnej, jeśli nie powiedzieć rewolucyjnej odbudowy?
Nie jestem ekspertem w rewolucjach, ale jestem ekspertem w dziedzinie reform. Myślę natomiast, że w dzisiejszych czasach rynek kieruje się zasadą „jeden dolar = jeden głos”, a demokracja kieruje się zasadą „jedna osoba = jeden głos” i musimy próbować narzucić te zasady demokracji również na rynek, ponieważ tylko wtedy będziemy w stanie połączyć niektóre z tych bezprecedensowych poziomów nierówności, z którymi mamy dziś do czynienia. Istnieje wiele możliwości, aby to zrobić. Jedną z najważniejszych rzeczy, o których myślę, jest oczywiście regulowanie świata finansowego. Bo pamiętamy, że w 2008 r. świat finansowy postawił cały świat na skraju fundamentalnego kryzysu gospodarczego. Przy tych wszystkich strasznych skutkach dla wielu krajów i wzroście bezrobocia, narastał dług publiczny itp. A teraz zadajemy sobie pytanie, czy banki i instytucje finansowe znów przypadkiem nie zarabiają ogromnych sum pieniędzy, przepisy regulujące tak naprawdę nie istnieją, więc rynek nie działa tak jak wcześniej. Nie możemy więc zaakceptować faktu, że państwa i rządy są po prostu kanałami, które są pytane, kiedy trzeba chronić banki i system finansowy, ponieważ następny kryzys nadejdzie szybciej, niż chcemy. Musimy więc zmienić przepisy i poprzeć publiczne podstawowe zasady tego systemu kapitalizmu, który zrobił się zupełnie nieproporcjonalny.
Drugie pytanie dotyczy pomiarów. Jak dalece pomiary używane przez ekonomistów naprawdę pokazują stan dobrobytu i bogactwa albo raczej jego brak w społeczeństwach? Dostajemy informacje o rosnącym PKB, jednak rozsądna ocena tej sytuacji społecznej nie jest wcale powodem do optymizmu. Więc co jeśli PKB nie przekłada się tak naprawdę na rosnący dobrobyt lub bezpieczeństwo socjalne klasy robotniczej, ale jest raczej jest konsumowany przez wielonarodowe korporacje i bardzo niewielu zamożnych?
Cóż, jest kilka rzeczy, o których musimy wspomnieć. Przede wszystkim, aby dać przykład tego, co sugeruje twoje pytanie przedstawię przykład kiedy PKB wprowadza w błąd… Masz dom, czasy się zmieniają. Jeśli ceny nieruchomości rosną z roku na rok, to nic nie powstaje a jest to tylko sztuczny wzrost i wartość, które zostaną zrealizowane w ramach sprzedaży przez właścicieli nieruchomości. Ale tak naprawdę nie jest to wzrost produkcji ani wzrost wydajności. I jak słyszeliśmy dzisiaj na konferencji, że może 50 proc. wszystkich wielkich prestiżowych nieruchomości w Londynie jest własnością nierezydentów, a z tego 50 proc. aż 70 proc. nie mieszka tam. Oznacza to, że są ogromne ilości pokoi, które są puste w Londynie, co oczywiście powoduje, że także lokalna gospodarka cierpi, ponieważ jeśli ludzie tam nie mieszkają, nie potrzebują klinik, nie potrzebują restauracji, nie potrzebują sklepów itp. Cały sektor usług jest odłączony. Że tak powiem, jeśli byśmy nie uważali na tych bogatych europejskich lub rosyjskich kleptokratów, którzy mogą kupić te ogromne apartamenty w Londynie, byłoby źle. Ponieważ zabierają możliwości z cyklu gospodarczego, które w przeciwnym razie mogłyby przynieść korzyści ludziom. To jest jeden przykład. Drugą rzeczą jest oczywiście wiele, wiele debat na temat tego, czy PKB jest niezależny od całej krytyki, jaką można mieć, a ja wspomniałem, że nie jest jeszcze właściwy według podstaw pomiaru. Myślę, że sam PKB nie wystarczy. Dla mnie liczy się wskaźnik aktywności, z którego wiemy ile ludzi ma pracę. Po drugie, ile osób jest bezrobotnych. Po trzecie, jaki jest dochód ogólny kraju. Są to dodatkowe mierniki, które są bardzo ważne, aby zrozumieć, jaka jest rzeczywista sytuacja ludności. A ponieważ wszyscy wiemy, czy weźmiemy pod uwagę tylko PKB jako taki, mamy wyłączny wzrost i mamy wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu – tak więc rośnie polityka, która jest przeznaczona tylko dla nielicznych, w których wielu pozostaje w tyle, a także w inkluzywnej polityce z programami społecznymi, z inwestycjami w edukację, innowacje, badania itd., które są znacznie bardziej otwarte.
Kiedy mówimy o tych nierównościach i obecnym poziomie rozwoju akumulacji kapitału, czy to wszystko jest produktywne, czy to wszystko przekłada się na rozwój, czy stało się „sztuką dla sztuki”, rodzajem akumulacji dla akumulacji, celem samym w sobie?
Oczywiście ten bezprecedensowy poziom gromadzenia kapitału jest całkowicie bezsensowny. Ponieważ cały ten nagromadzony kapitał nie może być właściwie oddany z powrotem do gospodarki w celu inwestycji i badań. Zwłaszcza, jeśli decydują o tym ludzie spoza prywatnych interesów.. To znaczy, ile dużych łodzi chcesz kupić, jachtów lub drapaczy chmur? Ale co jeśli te pieniądze nie są od posiadaczy kapitału, ale są na przykład od reagującego demokratycznie rządu, który może zainwestować pieniądze w starsze osoby, uniwersytety, szkoły, opiekę zdrowotną, przedszkole i tak dalej? Oczywiście istnieje ogromne zapotrzebowanie na kapitał i inwestycje na całym świecie. Kluczową kwestią jest więc: nie mówmy o ilości kapitału, określmy to inaczej – kapitał jest w złych rękach. Jest w rękach ludzi, którzy mają wszystko i nie chcą robić rzeczy, które są użyteczne dla społeczeństwa. Może oddajmy kapitał w ręce ludzi, którzy są demokratycznie wybranymi rządem?
Zgodnie z tym, czy opodatkowanie najbogatszych ludzi jest sposobem na powstrzymanie wzrostu nierówności? A także w tym sensie, sposobem na wzrost dobrobytu? Nawet Bill Gates wydaje się sugerować, że jest to możliwe i zasadniczo może również zmobilizować umysły do inwestycji i przynieść pozytywne skutki, takie jak między innymi tworzenie nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego.
Myślę, że sprawiedliwe jest opodatkowanie bogatych, ponieważ od dawna unikają opodatkowania. Ale nie ograniczyłbym się tylko do opodatkowania najbogatszych. Ująłbym to znacznie bardziej radykalnie. Nie sądzę, że to szalony pomysł, że normalny pracownik nadal musi płacić podatki za swój osobisty dochód. Sądzę, że o wiele bardziej przydatne jest, gdy kapitał płaci podatki, bardzo bogaci płacą podatki za nieruchomości, a ludzie, którzy wykorzystują, niewłaściwie wykorzystują lub nadużywają środowiska na zasadzie wynajmu, są źródłem dochodów podatkowych. Musimy sformułować kwestię systemu podatkowego w znacznie bardziej radykalny sposób. A opodatkowanie bogatego to jeden element – ale nie jedyny.
Minimalny dochód podstawowy nie jest sposobem na zatrzymanie akumulacji kapitału, ale może zapewnić pewne limity zabezpieczenia społecznego. Ale czy taka proporcja spowodowałaby dalszy wzrost inflacji, która zasadniczo obniżyłaby minimalny dochód podstawowy i która mogłaby stanowić pretekst także dla państwa do wycofania się z funkcji społecznych jako regulatora i dystrybutora, które są normalne dla inwestycji w opiekę społeczną, a także w takie usługi, jak opieka zdrowotna, edukacja, bezpieczeństwo? Czy to byłoby panaceum?
Myślę, że istnieją dwa zasadnicze argumenty przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu. Po pierwsze, w większości miejsc, w których jest to już omawiane lub w których próbowano, dochód podstawowy zastępuje wszystkie inne mechanizmy wsparcia społecznego, upodmiotowienia itd. Co nie doprowadziło do pozytywnych skutków, ponieważ oczywiście konsumpcja jest czymś ważnym, ale nie ważniejszym niż edukacja, opieka zdrowotna itp. Aby uzyskać ogólny dochód podstawowy, zastąpienie tej bardzo wyrafinowanej polityki społecznej, którą rozwinęliśmy w bogatym państwie, byłoby błędem, ponieważ prowadzi do najgorszych wyników. Drugim argumentem przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu jest to, że powinniśmy unikać rozłamu w populacji, między tymi, którzy pracują, a innymi, którzy żyją z powszechnego podstawowego dochodu. Ponieważ nasze społeczeństwa muszą opierać się na prawach i obowiązkach. I wydaje mi się, że jeśli ktoś myśli, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla wszystkich to może musimy skrócić czas pracy. Dla mnie ważniejsze jest, aby każdy z nas poświęcił mniej czasu na pracę niż zaakceptowanie sytuacji, w której część populacji żyje bez pracy, a druga część żyje z powszechnego dochodu podstawowego. Myślę, że to tylko zwiększyłoby liczbę podziałów w danym społeczeństwie i nie przyczyniłoby się do spójności społecznej.
Świat w którym żyjemy i który nazywamy demokratycznym, został stworzony jako mechanizm, który pozwala obywatelowi kontrolować państwo. Jednak dziś państwo coraz bardziej traci zdolność do podejmowania decyzji. To staje się coraz bardziej przywilejem współpracy międzynarodowej. Nie jest ona pod nadzorem demokratycznym. Decyzje nie zależą – lub zależą w niewielkim stopniu – od woli społeczeństw. I to nie zależy od wyborów. Krótko mówiąc, czy to nie koniec demokracji, która opierałaby się na zasadzie „jeden człowiek jeden głos”, jeśli wszystkie ważne decyzje podejmowane są raczej przez „jedna wspólnota jeden głos”?
To niebezpieczeństwo istnieje. A to niebezpieczeństwo jest bardzo znaczące, jeśli rozumiemy demokrację jako koncepcję ograniczoną na poziomie krajowym. Ponieważ prawdą jest, że same rządy krajowe nie będą w stanie udomowić międzynarodowych współpracy i międzynarodowego kapitału. Jest to jeden z najsilniejszych argumentów na korzyść Unii Europejskiej i europejskiego systemu instytucjonalnego, ponieważ Europa ma zdolność do udomowienia tej współpracy. Chodzi mi o te wszystkie orzeczenia, które robimy w prawie na przykład przeciwko facebookowi i innym, mogą być podejmowane tylko na poziomie europejskim. Ale wychodząc poza to, myślę, że żyjemy nie tylko w czasach europeizacji, ale także globalizacji, którą prowadzimy i musimy także opracować nowe wielostronne instytucje, które potrafią uporać się z tą globalną wspólną. Dlatego proponujemy – w oparciu o dobre doświadczenia, które mieliśmy ze Światową Organizacją Handlu – znalezienie czegoś w rodzaju światowej organizacji finansowej, która jest w stanie przyjąć, wdrożyć i kontrolować zasady, które doprowadziłyby do światowego systemu finansowego, który jest znacznie bardziej zrównoważony dla ludzi niż tylko zyski kapitałowe.
Podążając za tym, co Pan właśnie powiedział, jeśli niemożliwe jest powstrzymanie wzrostu nierówności na poziomie państwa narodowego, być może będziemy musieli ten system ulepszyć, aby był on zarówno w granicach państwowych jak i ponad jednym państwem? Być może instytucja taka jak Unia Europejska, która mimo to ma pewną moc, z którą musiałaby się liczyć nawet światowa współpraca, być może byłaby w stanie narzucić niektóre przepisy, które powstrzymałyby wzrost nierówności i byłyby w stanie zapewnić wzrost gospodarczy dla korzyści dla wszystkich. W tym sensie, czy jest coś co chciałbyś zreformować w Unii Europejskiej, aby mogła ona pełnić taką rolę?
Po pierwsze, nie zrozumcie mnie źle. Nadal uważam, że rządy krajowe ponoszą odpowiedzialność i jeśli spojrzysz na całą Europę, zobaczysz różne poziomy nierówności, które mamy w Europie – to pokazuje, w których krajach masz więcej rządów reagujących społecznie i w jakich krajach to nie działa tak jak powinno. Więc na poziomie krajowym możesz coś zrobić, ale twoja przestrzeń jest ograniczona i słusznie, na poziomie europejskim można zrobić więcej. I myślę, że głównym warunkiem wstępnym do przyjęcia Europy na takie stanowisko jest oczywiście dalsza demokratyzacja Unii Europejskiej. Chcę mieć silny Parlament Europejski, który odpowie na potrzeby ludzi i chcę prawodawstwa na szczeblu europejskim – powiedzmy umowy społecznej Europy – dbając o miejsca pracy, bezrobocie itp., itd. przynajmniej na tym samym poziomie, co spełnienie kryteriów opanowania długu publicznego czy inflacji. Musimy zmienić priorytety dla Europy, aby uczynić ją bardziej społeczną. A to wymaga zmieniających się instytucji, zmieniających się przepisów i do tego wymaga większości centralnej lewicy.

Sukces lewicy

Finlandia po raz pierwszy od 2003 r. może mieć premiera-socjaldemokratę: partia o takim właśnie programie wygrała niedzielne wybory parlamentarne. Ale różnice między najpopularniejszymi ugrupowaniami są minimalne.

Lider Partii Socjaldemokratycznej Antti Rinne z triumfem ogłaszał wczoraj: jesteśmy po raz pierwszy od 1999 r. największą partią w Finlandii! Przewaga centrolewicy nad nacjonalistyczną Partią Finów była jednak minimalna: 17,7 proc. do 17,5 proc., co da najprawdopodobniej jeden mandat więcej w parlamencie. To wyniki po zliczeniu 99,5 proc. głosów. Konserwatywno-neoliberalna Koalicja Narodowa zdobyła 17 proc., zaś Partia Centrum, na czele której stoi dotychczasowy premier Juha Sipilä – 13,8 proc.
Na dalszych miejscach znaleźli się fińscy Zieloni, którzy dzięki swoim 8,5 proc. zdobędą 20 mandatów – o pięć więcej, niż mieli – oraz młoda lewica. Sojusz Lewicy, głoszący demokratyczny socjalizm, hasła równościowe i proekologiczne zyskał poparcie 7,1 proc. wyborców i 12 miejsc w parlamencie.
W centrum dyskusji podczas kampanii wyborczej była fińska wersja państwa opiekuńczego, zażarcie atakowana przez prawicę i broniona przez socjaldemokratów. Słabszy wynik Partii Centrum to zresztą odpowiedź obywateli na cięcia wydatków publicznych (m.in. na chwaloną na całym świecie oświatę) wprowadzane przez rząd Sipili. Oburzały one część społeczeństwa tym bardziej, że sam były premier jest milionerem… Nacjonaliści, oprócz tematyki antyimigracyjnej, grali w kampanii również kwestią ochrony środowiska, w tym rozważanego przez poprzedni rząd specjalnego podatku od mięsa: przekonywali, że Finlandia sama nie ocali świata, a planowane zmiany uderzą w wiejskich wyborców – i tam też znajdowali posłuch.
Co dalej z tworzeniem rządu? Przed głosowaniem i socjaldemokraci, i konserwatyści, i centroprawicowcy zapewniali, że nie rozważają nawet rozmów z Partią Finów, ale przy rozkładzie sił, jaki wyłonił się po głosowaniu, zaczynają wycofywać się z tego stanowiska. Antti Rinne powiedział, że będzie miał do nacjonalistów „pewne pytania”, ale to wartości, na które postawili socjaldemokraci, miałyby być spoiwem ewentualnego porozumienia. Partia Finów była nie tak dawno ogniwem koalicji rządzącej – w 2015-2017 r. wchodziła do rządzącego sojuszu prawicy razem z Partią Centrum i Koalicją Narodową. Gest Rinnego może być w tym kontekście „ucieczką do przodu”, próbą wciągnięcia nacjonalistów do kontrolowanej współpracy, zanim lepszą ofertę da im prawica.
W zaistniałej konfiguracji nie można wykluczyć żadnego scenariusza, łącznie z powtórzeniem głosowania. Pewne jest w każdym razie jedno: cięcie wydatków publicznych w wykonaniu konserwatywno-liberalnej prawicy większej grupie wyborców się nie podobało; to partie, które były przeciwko takiej polityce, zyskały. Lewica musi jednak dalej pracować na tym, by znowu przekonać ludzi, że właśnie jej program jest autentyczną alternatywą.

Czerwona Róża Recenzja

W czerwcu bieżącego roku, będąc w Berlinie, postanowiłem odwiedzić miejsce śmierci Róży Luksemburg. Nad Landwehrkanal, gdzie w styczniu 1919 roku mordercy wrzucili jej ciało, znajduje się nietypowa, sugestywna, metalowa konstrukcja artystyczna, jakby rzut pionowy liter jej i imienia i nazwiska skierowany ku dołowi, ku nurtowi kanału.

 

Przypomniało mi się to miejsce, gdy sięgnąłem po wybór pism Róży Luksemburg, dotyczących głównie dwóch rewolucji rosyjskich XX wieku: 1905 i 1917. To zbiór mniej lub bardziej obszernych tekstów teoretycznych publikowanych na ogół w prasie niemieckiej, choć są także m.in. teksty z „Czerwonego Sztandaru”, pisma SDKPiL w Królestwie Polskim i z „Przeglądu Socjaldemokratycznego”. Róża Luksemburg jawi się w swoich pracach jako ciekawa analityczka polityki niemieckiej, rosyjskiej, ale i ogólnoeuropejskiej, analityczka procesów społecznych, jako analityczka współczesnego sobie kapitalizmu. Są też oczywiście reminiscencje polskie („Łódzka epopeja”), bo urodzona w Zamościu Róża Luksemburg, choć większość życia spędziła poza Królestwem Polskim, była bardzo przywiązana do polskiej kultury, w tym jako wielbicielka poezji Mickiewicza i jego „Pana Tadeusza”. Styl pisania Luksemburg jest na ogół spokojny, rzeczowy, daleki od tzw. publicystycznej, pamfletowej, szyderczej i agresywnej swady, tak charakterystycznej n.p. dla Lenina. Róża jest cokolwiek po kobiecemu wstrzemięźliwa w warstwie retorycznej, frazeologicznej, choć i na takie passusy można natrafić. Choć pisała swoje teksty na ogół w warunkach niełatwych, w ciągłym zagrożeniu aresztowaniem i w przerwach w gorączkowej działalności organizacyjnej, to wolne są one od pospiesznej doraźności i mają do dziś walor świadectwa uczestniczki i obserwatorki historii. Jak zauważa autor noty od wydawnictwa, wiele passusów pism Róży Luksemburg zachowuje jednak aktualność do dziś, jako że „współczesny kapitalizm z jego władzą korporacji, atakiem na prawa społeczne i nieograniczoną „wojną z terroryzmem” przypomina ten z początków minionego stulecia”, a i obecnie „mechanizmy akumulacji kapitału stanowią zagrożenie dla zdobyczy demokracji”. Tom opatrzony jest przedmową autorstwa Feliksa Tycha (1929-2015), wybitnego historyka polskiego ruchu rewolucyjnego i robotniczego, w tym znawcy życia i dzieła Róży Luksemburg. Tych jest zresztą także współbohaterem tej edycji, jako bohater tekstu o jego działalności naukowej, autorstwa Holgera Politta, także pomieszczonego w tym wydaniu.

 

Róża Luksemburg – „O rewolucji 1905, 1917”, wybór i opracowanie Przemysław Wielgosz, wstęp Feliks Tych, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 319, ISBN 978-83-65304-59-9.

Po kolejarzach – pielęgniarki

Socjaldemokratyczny rząd Portugalii po raz kolejny nie potrafił zapobiec potężnemu buntowi pracowników. Tym razem pracy odmówiły pielęgniarki, które walczą o wyższe wynagrodzenia i lepsze warunki pracy.

 

To już drugi bunt tej grupy zawodowej w 2018 roku. Na przełomie kwietnia i maja krajem wstrząsnął strajk, w którym uczestniczyły nie tylko pielęgniarki, ale również przedstawiciele innych medycznych profesji.

W rezultacie doszło do paraliżu całego systemu opieki zdrowotnej, co zresztą potwierdziła w rozmowie z Polską Agencją Prasową szefowa Portugalskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek (SEP), Guadelupe Simoes. W środę odwołanych zostało kilkaset operacji w szpitalach w całym kraju. Protest wydłużył też czas oczekiwania pacjentów na ostrym dyżurze.

– Szacujemy, że w środę na porannej zmianie nie pracowało średnio 85 proc. załóg na blokach operacyjnych w całym kraju. Z powodu strajku całkowicie zamknięte są bloki operacyjne w szpitalach w Portimao, Famalicao, Viseu, Abrantes, Tondela, Chaves i Bragancy – poinformowała Simoes. Oprócz SEP w akcji uczestniczy kilka mniejszych związków zawodowych zrzeszających osoby zatrudnione w publicznej służbie zdrowia

Simoes zwróciła uwagę przypomniała, że strajk jest rezultatem postawy rządu Antonio Costy, który nie potrafi się dogadać z pracownikami służby zdrowia od początku 2017 r. Zauważyła, że socjaldemokraci rząd prawdopodobnie celowo grają na zwłokę podczas negocjacji, mając nadzieje, że z czasem spadnie morale protestujących.

Dzieje się jednak coś dokładnie odwrotnego – protest przybiera na sile. Wczoraj do pielęgniarek dołączyli m.in. ratownicy medyczni oraz personel pomocniczy. Razem strajkowało już ok. 35 tys. osób. Dziś mają się do nich przyłączyć się inni przedstawiciele portugalskiej służby zdrowia.

O co walczą? Główne żądanie pielęgniarek to zwiększenie liczebności personelu w placówkach publicznej służby zdrowia o 20 tys. osób. Domagają się również natychmiastowej wypłaty łącznie ponad 1,5 mln euro tytułem zaległości za nadgodziny. Ważny jest również postulat objęcia wszystkich pracowników szpitali publicznych 35-godzinnym tygodniem pracy. Obecnie prawo do takiego harmonogramu przysługuje tylko części personelu placówek służby zdrowia. Problem mają zwłaszcza ci zatrudnieni na kontraktach przez zewnętrzne spółki, co jest pokłosiem reform wprowadzonych przez poprzedni neoliberalny rząd. Oni muszą pracować w tygodniu przez minimum 40 godzin, a często jeszcze dłużej. Związki zawodowe domagają się zaprowadzenia realnej równości na tym polu.

Postulaty wpisują się w kanon programowy nowoczesnej socjaldemokracji i nie powinny być dla gabinetu Partii Socjalistycznej problemem. Zwłaszcza, że koalicjantami rządu Costy są m.in. komuniści.

W ostatnim czasie w Portugalii strajkowali również kolejarze., a wiosną na ulice wyszłi pracownicy budżetówki.

Sztokholm skręca w prawo

Stefan Loefven nie będzie już premierem Szwecji. Przywódca Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej nie otrzymał wotum zaufania od nowego parlamentu. Odsuniecie lewicy od władzy było możliwe dzięki taktycznemu sojuszowi centrum, liberałów i chadeków ze klubem skrajnej prawicy. Ten ostatni robi wszystko, by postawić siebie w roli języczka u wagi.

 

To był smutny dzień dla demokracji i sprawiedliwości społecznej. Po raz pierwszy w historii szwedzkiego parlamentaryzmu w rolę głównych rozgrywających wcieliła się partia ekstremistycznej prawicy. To właśnie dzięki głosom Szwedzkich Demokratów, którzy w ostatnich wyborach wprowadzili do Riksdagu 62 deputowanych, możliwe było zablokowanie votum zaufania dla koalicji socjaldemokratów z Zielonymi. Za odsunięciem Loefvena głosowało 204 parlamentarzystów, za kontynuacją jego rządów – 142.

Inicjatorami pozbawienia Loefvena nadziei na drugą kadencję byli posłowie Umiarkowanej Partii Koalicyjnej, czyli głównej prawicowej siły na szwedzkiej scenie politycznej, która wraz z Partią Centrum, Chrześcijańskimi Demokratami oraz Liberałami posiada obecnie w parlamencie 143 fotele w w 349-miejscowym Riksdagu. Przywódca konserwatystów Ulf Kristersson wszedł w sojusz z diabłem, aby przejąć polityczną inicjatywę. Jego blok odniósł wczoraj jeszcze jedno zwycięstwo – przegłosował kandydaturę moderaty Andreasa Norlena na spikera parlamentu. To niezwykle istotna funkcja. W Kraju Trzech Koron to właśnie spiker decyduje, któremu ugrupowaniu powierzona zostanie misja formowania nowego rządu.

Centroprawicowa koalicja może jednak bardzo szybko znaleźć się pod tą samą ścianą, pod którą obaleni zostali właśnie socjaldemokraci. Oba bloki dysponują bowiem niemal identycznymi siłami (144-143), a więc każdy z nich będzie potrzebował do stworzenia stabilnej większości głosów skrajnej prawicy. Lider Szwedzkich Demokratów Jimmie Åkesson upajał się wczoraj tym faktem podczas przemówienia w Riksdagu. Przywódca fanatyków podkreślił, że jego formacja „obali każdy rząd”, który nie będzie realizował głównego postulatu SD, czyli zamknięcia granic Szwecji przed imigrantami.

Czy centroprawica wejdzie w koalicje ze skrajną prawicą? Taki wariant jest raczej mało prawdopodobny. Przywódcy wszystkich partii mających przedstawicieli w Riksdagu zgodnie deklarują, że jakikolwiek sojusz ze Szwedzkimi Demokratami nie wchodzi w rachubę. Potwierdzeniem zamknięcia radykałów w „kordonie sanitarnym” była zablokowanie przydzielenia przedstawicielom SD reprezentatywnych funkcji w parlamencie. Z drugiej strony jednak – przywódca konserwatystów nie pogardził wsparciem Åkessona, kiedy stawką głosowania było odsunięcie socjaldemokratów.

Co ciekawe, jednym z niewielu zwolenników włączenia skrajnej prawicy w proces formowania rządu jest były premier z ramienia lewicy Göran Persson, którego zdaniem taki ruch pozwoli pozbawić SD jej głównego wabika – wizerunku ruchu antysystemowego. Większość klasy politycznej odrzuca jednak takie posunięcie jako zbyt ryzykowne i pozbawione gwarancji skuteczności.

Najbardziej prawdopodobnym wariantem jest więc kontynuacja patowej rozgrywki i rozpisanie po trzech miesiącach nowych wyborów. Tu jednak pojawia się kolejne zagrożenie, bo istnieje poważna obawa, ze w kolejnym rozdaniu zyskać mogę Szwedzcy Demokracji, którzy obecnie już ukazali się społeczeństwu jako poważna siła i zalegitymizowali swoje miejsce w mainstreamie polityki skandynawskiego kraju. Inną opcją jest rząd mniejszościowy centroprawicowej koalicji popierany doraźnie przez liberałów, Zielonych i moderatów. Taka koalicja miałaby jednak niewielką siłę polityczną i byłaby podatna na parlamentarną obstrukcję.

Porozmawiajmy o demokratycznym socjalizmie

O polskiej lewicy, która ciągle nie może – być może nie chce, a na pewno nie musi – odnaleźć się między liberalnym młotem a pisowskim kowadłem – z dziennikarzem Rafałem Wosiem rozmawia Paweł Jaworski (strajk.eu).

 

Pod koniec sierpnia lewicowy publicysta tygodnika „Polityka” Rafał Woś napisał tekst pt. „Lewico, czas na współpracę z PiS”, który ukazał się w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Artykuł został bardzo krytycznie odebrany przez środowiska liberalne. Znaleźli się tacy, którzy dawali do zrozumienia, że dla osób o poglądach Wosia, nie powinno być miejsca w redakcji najbardziej opiniotwórczego liberalnego tygodnika w Polsce. Na początku września dziennikarz poinformował opinię publiczną, że musi pożegnać się z „Polityką”.

 

 

Czy warto było pisać, że lewica powinna się dogadywać z PiS-em?

Oczywiście. Czy można uznać, że nie warto bronić swojego zdania, bo może to przynieść negatywne konsekwencje? Tak bywa, że podejmujemy decyzje, za które nikt nas nie będzie głaskał, ale ktoś to musi powiedzieć. Tak jest w środowisku, z którym się identyfikuję, czyli na lewicy.

 

Zwracał się pan do lewicy, a największe gromy posypały się ze strony liberałów. To oni wywierali nacisk na redakcję Polityki.

To wynika ze starej już, historycznie ukształtowanej zbitki “lewicowo-liberalny”. Prawicowe media nadal go stosują i to nie tylko w Polsce. O ile jednak dla liberałów taki związek jest wygodny, to dla lewicy jest to związek toksyczny. To ona ciągle świeci oczami za przewiny liberałów: zniszczenie rynku pracy, prywatyzację państwa dobrobytu. Lewicowcy legitymizują to, mówią: trudno, trzeba było, “trzecia droga”… A liberałowie ich nie szanują. W ciągu ostatnich 15 lat nie przypominam sobie sytuacji, w której liberalny establishment pozwoliłby lewicy na realizację jej postulatów, zwłaszcza tych podstawowych, wpływających na poprawę położenia materialnego ludzi. Lewica ma się godzić na globalizację, na niszczenie związków zawodowych, a w zamian dostaje co najwyżej ochłapy. Są próby regulacji rynku pracy, ale podejmuje je raczej prawica, niż liberałowie. Lewica już tak długo trwa w tym związku, że w to wszystko uwierzyła, jak ofiara przemocy domowej, która myśli, że wszystko jest w porządku. Pytanie, które postawiłem jest więc proste: czy naprawdę musimy tkwić w tej patologicznej relacji?

 

Lewica ciągle poczuwa się do obowiązku tłumaczenia się ze swoich poglądów przed liberałami i uspokajania ich, że wszystko będzie w porządku.

Wystarczy tylko, że gniewnie spojrzą, a my już się chowamy. A porównajmy to, sobą dziś reprezentuje lewica, z tym, co było sto lat temu. W 1918 r. powstał w Polsce rząd mocno związany ze środowiskiem PPS: Moraczewski, Daszyński, Piłsudski jeszcze sprzed fazy „autorytarnej”… Oni wtedy zrobili rzeczy iście rewolucyjne: ośmiogodzinny dzień pracy i równouprawnienie kobiet. A był to świat, w którym robotnicy pamiętali jeszcze pracę po 16 godzin, a tu nagle dostali tę samą wypłatę za osiem. To był rozmach i format lewicy. A dziś? Ekscytujemy się, czy Grzegorz Schetyna, jak już odzyska władzę, to się zgodzi łaskawie na związki partnerskie. Bo, że z PO będzie można zrobić 35 godzinny tydzień pracy to chyba nikt nie wierzy. Może więc czas powiedzieć: “liberałów nie dało się oswoić”, i wyciągnąć z tego wnioski?

 

Skoro nawiązuje pan do historii sprzed stu lat, to warto przypomnieć, że zanim powstał ten socjalistyczny rząd, Piłsudski zaczął od rozbijania prawdziwie rewolucyjnych rad robotniczych.

Tak. Wiadomo też, co zrobił Piłsudski w 1926 r. Nie będę bronił go jako szczerego socjalisty. Nie można jednak zapominać, że to wydarzenie, które w tym roku fetujemy, realnie poprawiło pod wieloma względami los szerokich mas społecznych. Oczywiście zaraz nastąpiła kontrofensywa, do gry weszły partie ziemiańsko-mieszczańskie. Realna reforma rolna dokonała się dopiero za PRL. Wróćmy jednak do czasu pracy. Sto lat temu lewica wywalczyła skrócenie do ośmiu godzin. I co? I przez następny wiek ani drgnęło. Badania pokazują wręcz, że ludzie realnie pracują więcej. To miara słabości lewicy. Dobrze, że przynajmniej chociaż partia Razem zaproponowała skrócenie czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

 

Ale nie zebrali wymaganej ilości podpisów pod projektem ustawy i oficjalnie zrezygnowali. Dlaczego się nie udało?

Opinia publiczna jest zdominowana przez spór PiS-antyPiS. Walka – według jednych i drugich – rozgrywa się o kształt demokracji. Żaden temat, z którego jedna ze stron nie może wykuć pałki na przeciwnika, nie ma prawa być uznany za ważny. Powstał duopol, który jest formą monopolu. To tendencja obecna w całym systemie kapitalistycznym: konkurencja jest pozorna, faktycznie istnieje wybór między Coca-Colą a Pepsi.

 

Większość lewicowców też chce zerwania z liberałami. Jednak nie proponują łączenia sił z drugą stroną.

Tymczasem najbardziej zaciekawione głosy, jakie pojawiły się po moim tekście, docierały do mnie właśnie od publicystów prawicowych. Strona liberalno-lewicowa widzi na prawicy tylko jednorodną brunatną maź, to samo działa w drugą stronę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że w środowisku Gazety Polskiej – to ta PiSowska “ulica”, ci, których liberałowie się najbardziej boją – jest bardzo wielu ludzi, którzy na początku lat 90. zakładali PPS. Opowiadają, jak 1 maja 1989 r., jeszcze przed wyborami 4 czerwca, demonstracyjnie maszerowali w Warszawie z czerwonymi sztandarami. Lewica o tym nie wie. Myśli, że tam są sami bojówkarze ONR, którzy chcą ich zabić i zniszczyć.

 

Czy pan w ogóle uznaje PiS za wiarygodny, jeżeli chodzi o deklaracje ekonomiczne i wrażliwość społeczną? Moim zdaniem wraz z upływem czasu maska socjalna opada i rząd Morawieckiego jest tego dowodem.

Ja mówię co innego. Prawdopodobnie już dziś, w 2018 r., większość ludzi w Polsce ma poglądy lewicowe. Istnieje badanie Gavina Rae i Katarzyny Piotrowskiej, w którym pytano o różne modele państwa dobrobytu. Wyróżniono trzy typy określone przez Espinga – Andersena: liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny. Gdy pytano ludzi, który z nich wolą, nie podając nazw, tylko przedstawiając składowe, większość wybierała model socjaldemokratyczny. Jednocześnie nie istnieje lewicowa siła polityczna. Źle skonstruowaliśmy etykietkę lewica. Zrobiliśmy to, będąc już ofiarą długotrwałej przemocy liberałów: ekskluzywnie, bojaźliwie, w sposób zamknięty. Zabrałem kiedyś kolegę na lewicowe spotkanie. Słuchał tych pretensji do całego świata, że nikt nas nie rozumie, i powiedział: was się nie da lubić.

 

Przecież pretensje do całego świata to sposób, w jaki poparcie zdobyła prawica. To liberałowie zawsze byli od lubienia.

Wydaje mi się, że droga do podmiotowości politycznej wiedzie przez przedefiniowanie tego, czym jest lewica. Sytuacja przypomina taką, kiedy jesteśmy za granicą i nie znamy języka, chcemy coś kupić, a sprzedawca nas nie rozumie, więc my powtarzamy to samo tylko mocniej i głośniej. Mam wrażenie, że jako lewica właśnie tak postępujemy. A trzeba by się nauczyć języka kraju, w którym się znajdujemy. Nie tylko zaciągać klisze z innych krajów, a dostosowywać to też do polskich warunków. Ale tak, żeby zachować podmiotowość. Prawica to potrafiła. PiS nie jest już partią centrową i liberalną gospodarczo, jaką było PC. Dzisiaj jest to ugrupowanie, które mówi językiem ludu. Elementy narodowe i antykomunistyczne pozostały, ale doszła dekonstrukcja porażki transformacyjnej: jej przegrani też wymagają szacunku. Odrzucenie całej narracji o homo sovieticus.

 

Lewica oddolna w postaci działaczy związkowych i lokatorskich o silnej identyfikacji lewicowej, którzy potrafią zjednywać sobie zwykłych ludzi, są jednocześnie bardzo nieufni wobec PiS. Podkreślają fasadowość ich polityki socjalnej i gospodarczej.

To naturalne, że ludzie działający blisko ziemi mają duży stopień nieufności wobec wszystkich elit politycznych. Jednak to na styku parlamentu i mediów wyznaczane są tendencje i kształtują się pojęcia, które będą przenikać na dół. Nie proponuję lewicy, żeby brała z PiS ślub kościelny. Mówię: lewico, spróbuj żyć na własny rachunek. Strach, że jak się nie trwa przy liberałach, to od razu jest się częścią drużyny Kaczyńskiego, jest właśnie znakiem, że nie wierzymy w podmiotowość.

 

Pan jednak otwarcie pisał: współpracujcie z PiS.

Współpracujcie nie znaczy: rozpuszczajcie się w nim. Poza tym to tylko tytuł. W samym tekście jest napisane: podejmijcie wyzwanie ucywilizowania PiS. Wiem, że PiS jest dla was „obcym”, „innym”. Ale jeśli lewica ma być lewicą to nie powinna gardzić „innością”. Taka postawa to przecież ksenofobia.

 

Stosował pan zdumiewające przykłady, np. Czarny Protest jako przypadek rzekomego cywilizowania PiS. W jaki sposób udomowienie PiS może wziąć się z całkowitego sprzeciwu wobec jego działań?…

Spójrzmy na skutek, a ten był taki, że ustawy antyaborcyjnej nie zaostrzono. Zmieniono bieg wydarzeń. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: jest rok 2020, jakieś ugrupowanie lewicowe jest w parlamencie, a PiS nie ma większości. Są dwa scenariusze. W jednej lewica odrzuca propozycję wspólnej koalicji, pozostaje czysta i dziewicza. Skutek? Będzie musiała przypatrywać się realizacji wielu postulatów, których nie akceptuje, np. wyprowadzenia Polski z UE, albo zaostrzania prawa aborcyjnego. W ten sposób zawodzimy jako politycy. W drugim scenariuszu do współpracy dochodzi, jest ona najeżona sporami, ale wtedy żadna z tych kwestii nie staje w ogóle na porządku dziennym, bo wymaga tego przetrwanie koalicji. Jest realny polityczny zysk. To droga trudniejsza, ale dojrzalsza: rzeczywiście jest się podmiotem. Nie istnieje tylko nasza formacja. Może po drugiej stronie też są myślący ludzie, którzy coś wymyślili i warto to poznać?

 

Co dotychczas zaproponowali wartościowego?

500 plus, minimalna stawka godzinowa, zakaz handlu w niedziele – to trzy najważniejsze decyzje ich rządów. Dobrą intencją była też nowelizacja kodeksu pracy, ale to poszło w kąt. Jak na trzy lata to całkiem sporo.

 

500 plus to program daleki od równościowego. Tylko połowa dzieci w Polsce jest nim faktycznie objęta. Rząd wydaje więcej na dotacje dla przedsiębiorców. Nowelizacja KP poszła co prawda „w kąt”, ale są już sygnały o zamiarach osobnego przeforsowania najbardziej antypracowniczych elementów tego projektu. I w końcu neoliberalny rząd Morawieckiego z hasłem: „Cała Polska specjalną strefą ekonomiczną”…

Rzeczywiście, program 500+ nie obejmuje wszystkich dzieci w Polsce. PiS nie spadł z księżyca. Jest to partia, której większość – tak jak PO – wychowała się na paradygmacie liberalnym, więc wątek “stabilnych finansów” też jest tam silny. Może się też zdarzyć, że 500+ zostanie wkrótce popsute przez wprowadzenie kryterium dochodowego. Z lewicowego punktu widzenia skuteczna polityka społeczna musi się opierać na świadczeniach uniwersalnych. Jest to program niedoskonały, lecz jaki by on nie był, trzeba pamiętać, że przed 500+ nie było nic. Program ten naprawdę pomógł ludziom potrzebującym i słabiej radzącym sobie w systemie kapitalistycznym.

Pierwiastek socjalny był dużo silniejszy w rządzie Beaty Szydło. Morawiecki jest liberałem i byłym członkiem rady doradców Tuska. Jego “reforma” emerytalna, czyli pracownicze plany kapitałowe, jest zła, bo jest to krok w kierunku dalszej indywidualizacji systemu. W 1999 r. popełniliśmy wielki grzech odchodząc od systemu solidarystycznego i lewica powinna próbować do niego wrócić.
Co do SSE, to jednak sprytny rząd lewicowy powiedziałby właśnie tak, jak rząd Morawiecki: będziecie mogli inwestować gdzie chcecie, ale za to podwyższamy kryteria, bo jesteśmy już na wyższym etapie rozwoju, płace muszą być wyższe, a warunki zatrudnienia lepsze. To już nie jest liberalizm Gilowskiej. Szanse na socjaldemokratyczny typ myślenia w PiS oceniam jako większe niż się może wydawać. Z różnych przyczyn w tej partii znalazło się wielu związkowców, wiele osób krytycznych wobec kształtu transformacji. Można mówić, że potrzeba, żeby wróciło silne państwo – i PiS tak właśnie mów. Jednocześnie w tym środowisku nie ma nikogo, żadnego lidera, który by się świadomie się odwoływał do modelu skandynawskiego. Być może z przyczyn biograficznych, pokoleniowych.

 

Być może po prostu z powodu ich przekonań? Dlatego poprzestają na deklaracjach, a zmiany pozostają w sferze samego języka…

Ani w PiS, ani w opozycji nie ma nikogo, kto by mówił: budujmy drugą Szwecję. Wśród liberałów nie ma na to szans – to nie ten typ myślenia o gospodarce. W PiS natomiast podłoże dla takiego socjaldemokratycznego myślenia jest, ale np. z powodu antykomunizmu czy pokoleniowego doświadczenia nie może ono zaistnieć. Niemniej jestem przekonany, że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się zmieni.

 

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządy raczej niewiele zrobiły na polu walki z uśmieciowieniem i skandalicznymi warunkami zatrudnienia w Polsce.

Polska nadal nie jest krajem dla pracowników. Sytuacja uległa tylko lekkiemu retuszowi dzięki dobrej koniunkturze.

Bezrobocie jest niskie jak nigdy, ale sam wskaźnik bezrobocia nie mówi nic o pozycji pracownika. W tej kwestii jesteśmy poniżej normy krajów rozwiniętych.

W kapitalizmie pracownik zawsze będzie na gorszej pozycji. Dostęp do środków produkcji determinuje twoją pozycję przetargową. Przedsiębiorcy muszą gonić za zyskiem, dlatego stale starają się obniżyć koszty pracy i obchodzić kodeks pracy. Można stosować prewencję, np. w postaci PIP, żeby się bali oszukiwać, ale też działać w kierunku zwiększenia uzwiązkowienia i skutecznej egzekucji prawa pracy, bo to podnosi pozycję pracownika, który wie, że ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Inną sprawą jest to, że biznes już na masową skalę sięga po jeszcze tańszych pracowników z zagranicy – nie tylko z Ukrainy czy Białorusi, a z Bangladeszu, Nepalu. Kiedy koniunktura osłabnie, bramy zostaną przymknięte i będzie tak, jak było na Zachodzie: znikają miejsca pracy, a pracownicy zagraniczni zostają i wtedy dochodzi do napięć. Całą winę za to zrzuca się na tzw. doły społeczne – że nienawidzą, że nie lubią inności. Już dziś trzeba tworzyć mechanizmy, które sprawią, że kiedy zmniejszy się potrzeba na ręce do pracy, to będą środki na zapobieganie wstrząsom społecznym. Może je zapewnić państwo dobrobytu, którego się u nas nie buduje. Po to trzeba nam lewicy. Nie jutro czy pojutrze. Tylko dziś!

 

Żeby poważnie mówić o zapobieganiu wstrząsom, to trzeba wziąć się za krytykę kapitalizmu jako takiego. Nie zrobi tego ani PiS, ani socjaldemokracja w stylu zachodnim.

Właśnie o tym rozmawiamy. Są dziś problemy, których nie rozwiążemy działając według starych skryptów. Socjaldemokracja faktycznie zawiodła. Jednak na Zachodzie następuje próba jej odnowienia. Widać to chociażby po Corbynie i Sandersie. Nie warto tych prób skreślać tylko dlatego, że są za bardzo socjaldemokratyczne i nie dość rewolucyjne.

 

Jakie zadania z zakresu polityki społecznej i gospodarczej powinna stawiać sobie lewica w przewidywalnej perspektywie czasowej? Lewica taka, jaką jest obecnie.

Może zacząć od hasła “demokratyczny socjalizm”? Nawet w USA zaczyna się o tym sporo dyskutować w związku z Sandersem. Socjalizm oznacza dzielenie się owocami wzrostu – bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Demokratyczny – bo bardziej chcemy się dzielić władzą niż dotychczas. Może wbrew indywidualizmowi, w którym nas chowano przez 30 lat, zacząć głosić prymat dzielenia się. Robić redystrybucję poprzez podatki, ale mając świadomość, że w zglobalizowanym świecie to nie wystarczy, zadbać też o predystrybucję, czyli wzmocnić siłę pracownika poprzez silne związki zawodowe czy spółdzielczość.

Na płaszczyźnie politycznej też nie ograniczajmy demokracji do wąskiego menu: to nie jest tylko niezależność władzy sądowniczej, jakby cała konstytucja tylko to zawierała. To jest ważne, ale wcale nie mniej niż bezpieczeństwo socjalne i prawo pracy, albo wolność słowa. Problem w tym, że ci, którzy teraz w Polsce bronią demokracji, są w tym niewiarygodni, bo tak często ją deptali. Za jakiś czas PiS pewnie też będzie chciał bronić demokracji i też będzie niewiarygodny. Niech to będzie na początek droga dla lewicy. I dialog – żeby włączać ludzi do tego projektu, a nie mówić, że to nie dla nich.

Bal w Operze

Socjaldemokratyczną Partię Niemiec utworzyli, czy raczej zorganizowali August Bebel nazywany ojcem niemieckiej socjaldemokracji i Wilhelm Liebknecht (ojciec Karola) w połowie lat iedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hasła proste – parlamentaryzm, powszechne prawa wyborcze, swoboda działalności gospodarczej, ograniczenie władzy monarchy, godziwe wynagrodzenie itd., lekki akcent na stronę opiekuńczą.

Emerytury wprowadził Bismarck, więc wytrącił w tym zakresie karty z rąk. Mimo wszystko, jak na tamte czasy ot chłopaki rozrabiali sporo, bowiem już kilka lat po utworzeniu SPD żelazny kanclerz Otto B. zakazał jej działalności i trwało to do roku 1890. Ustawy specjalne przeciwko socjalistom były co pewien czas przedłużane, trwało to kilkanaście lat.

Do Augusta Bebla dołączył Karol Kautsky – filozof i ekonomista, i tak ciągnęli nowoczesny wózek na socjaldemokratycznych kołach. Syn Wilhelma – Karol Liebknecht wraz z Różą Luxemburg odbił w lewo i założył Związek Spartakusa, a gdy dołączył do nich Franio Mehring, to powstała z lewicowych socjaldemokratów Komunistyczna Partia Niemiec (KPD). August Bebel zmarł przed pierwszą wojna światową, Karol Kautsky w 1938 r. i mimo, że nazywano go „papieżem marksizmu” to bolszewików i stworzonego przez nich systemu nie darzył sympatią, tak eufemistycznie rzecz biorąc. Karl Liebknecht i Róża Luksemburg zostali zamordowani w Berlinie przez grupy nacjonalistycznych oficerów. Wszyscy czworo mają swoje ulice w Berlinie (tak jak i Marks i Engels), zmiany po wojnie dotyczyły tylko Adolfa H. i Hermanna G.

Weimarska socjaldemokracja

Po traktacie wersalskim to właśnie SPD zorganizowała rząd, a do 1932 r. z jej szeregów rekrutowali się kolejni kanclerze i większość ministrów. I to za sprawą SPD zatrzymany został ruch rewolucyjny, stłumione robotnicze rewolty w latach 1918 – 1923.

Prawicowe zresztą również. Ojcem i pierwszym kanclerzem Weimarskiej Republiki był jeden z czołowych działaczy SPD – a właściwie lider tej partii – Friedrich Ebert – na szczęście dla niego zmarł w 1925 r.

I tak sobie współrządziła SPD, a na ulicach przewalali się komuniści i nacjonaliści – i jedni i drudzy bardzo nie lubili socjaldemokratów, przy czym komuniści tylko ich lali – od czasu do czasu, za to nacjonaliści nierzadko mordowali – np. Walther Rathenau zamordowany w 1922 r. – minister spraw zagranicznych – wspierający asymilację niemieckich Żydów, sam zresztą Żyd niemiecki. Będący wtedy kanclerzem Joseph Wirth (PD) wypowiedział w Reichstagu słynne słowa – „Wróg jest na prawicy”. Karl Gareis, lider niemieckiej niezależnej SPD (lewicująca frakcja, ale oddzielnie zorganizowana), został zamordowany rok wcześniej, były minister finansów Matthias Erzberger – zamordowany w sierpniu 1921 r. (SPD) – pisarz, publicysta. Za wszystkimi mordami stali prawicowi nacjonaliści.

Zresztą, jeśli chodzi o nacjonalizm, to sama SPD w okresie Republiki Weimarskiej była jak najbardziej proniemiecka, ale nie nacjonalistyczna. Świadomość tożsamości narodowej wynikała z konieczności odniesienia się do skrajnego szowinizmu ukształtowanego po porządku traktatu wersalskiego – Niemcy straciły Śląsk, zabór Polski, Alzację i Lotaryngię, okupowane było Zagłębie Ruhry, w którym Francuzi poczynali sobie niezwykle brutalnie tłumiąc bezpardonowo wszystkie wystąpienia robotnicze.

Ale SPD trwała kierując państwem na tyle rozsądnie, że unikano spłat morderczych rat reparacji wojennych, przynajmniej o tyle, o ile można to było zrobić, rozbudowywano do kryzysu opiekę społeczną i medyczną, dbano o szkolnictwo. Wszystko to w atmosferze „pełnej swobody obywatelskich praw”, których poszanowanie prowadziło nierzadko do niezłego bajzlu, bo jeżeli już kogoś skazano za działalność wywrotową i terrorystyczną to na krótko, w dobrych warunkach, a do tego ogłaszano liczne amnestie. Programowa swoboda w połączeniu z niezachwianą wiarą w demokracje parlamentarną, jak się okazało w dobie kryzysu światowego, który szczególnie mocno dotknął Niemcy – doprowadziła do zgonu tak SPD, jak i Republiki Weimarskiej.

Dobra zmiana

Światowy kryzys to bezrobocie przekraczające 30 proc., hiperinflacja, głód, nędza. Dobra pożywka dla każdego, kto obieca, że będzie inaczej, to znaczy lepiej – dobra zmiana.
Na tym bliżej nieokreślonym dobrobycie, który miał się pojawić w przyszłości, zaprawionej mocno szowinizmem i obietnicą rozliczenia za przegraną wojnę oraz postanowienia wersalskiego traktatu oparł swój program, czy raczej polityczny bełkot Adolf Hitler. Ale jego partia – NSDAP – reaktywowana po nieudanym puczu Monachijskim – w 1925 r. liczyła tylko 125 członków. Siedem lat później blisko 700 tys., z czego ponad połowa w szeregach SA.

To wynik nie tylko nachalnej propagandy padającej na podatny grunt, bo Niemcy chcieli wierzyć w lepszą przyszłość, ale przede wszystkim finansowe wsparcie ze strony przemysłowych potentatów, których w NSDAP widzieli przeciwwagę dla silnej KPD. Trzeba tez pamiętać, że sami wielcy finansiści i przemysłowcy niemieccy byli przekonani, że Hitlerem da się sterować tak przez prezydenta Hindenburga, jak i strumień kierowanych do niego dotacji. Franz von Papen, któremu Hitler tak naprawdę zawdzięczał kanclerską nominację nazywał Adolfa „Pajacem”, nie traktował go poważnie. Hitler był wygodny dla tych, którzy decydowali o losach Niemiec.

Wyprzedzając nieco wypadki trzeba wskazać, że ocena była niewłaściwa. Von Papen doprowadził do tego, że w styczniu 1933 r. prezydent Paul von Hindenburg odwołał ze stanowiska kanclerza prawicowego polityka – byłego oficera kajzerowskiego Sztabu Genralnego – Kurta von Schleichera, którego miejsce zajął Hitler. Sam Schleicher sprzyjał ruchowi narodowosocjalistycznemu i oczyścił mu przedpole w Reichswehrze, usuwając pozostających w opozycji do Adolfa i jego ruchu generałów (przede wszystkim w 1932 r. pozbył się ministra obrony generała Hermanna Görnera).
Hitler zatem miał w 1933 r. dobrą pozycje przetargową – większość w Reichstagu (choć nie bezwzględną), szturmowców Röhma, którzy blisko czterokrotnie przekraczali liczebność Reichswery (wykorzystał to później, ograniczając rolę SA i zabijając jej szefa w zamian za poparcie armii, która czuła się już niezagrożona), zidentyfikowanych wrogów odpowiedzialnych za stan państwa – Żydzi, komuniści, socjaliści, Anglia i Francja – oraz pieniądze, które wydatkował tak, jak, chciał i na co chciał, a nie tak, jak planowali darczyńcy.

Narzędzie się usamodzielnia

W gruncie rzeczy nie stworzył ani systemu, ani też nie podjął zaplanowanych działań, wszystko to „wyszło” jakoś samoczynnie i intuicyjnie.

Rok 1932 przyniósł w wyborach od Reichstagu zwycięstwo NSDAP. Faszyści zdobyli 37 proc. SPD miała 22 proc., komuniści blisko 17 proc., Centrum (przede wszystkim chadecy, ale bardziej z nazwy niż z programu) 12 proc. W kolejnych wyborach przeprowadzonych w marcu 1933 r. Adolf nie popuścił, terror, bicie uczestników mityngów przedwyborczych innych partii, walka dosłownie „na noże” z komunistami i głaskanie centrystów. To miało dać mu zwycięstwo i to tym łatwiejsze, że po podpaleniu Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. już następnego dnia, na podstawie przepisów Konstytucji Republiki – Adolf „załatwił” wraz z von Papenem podpisanie przez prezydenta von Hindenburga dekretu o ochronie państwa i narodu w sytuacji stanu wyjątkowego. Teraz brunatne koszule lały wszystkich przeciwników politycznych i to pod ochroną Policji. Sama SA dostała status oficjalnej, państwowej Policji Pomocniczej, więc jak lała w mordę, to było to prawnie usankcjonowane. Mimo to zdobył tylko 44,5 proc. głosów. SPD, komuniści i centrum – 42,5 proc.

Przy okazji załatwiono się z wolna prasą, demolując redakcji kilkudziesięciu gazet i lejąc po gębach członków redakcyjnych zespołów. Narzędzia pracy wyrzucano przez okno, materiały redakcyjne palono. I słusznie, bo znaczna część prasy przestrzegała przed Adolfem.

Smutny bal

Podpalenie Reichstagu było hasłem do ogłoszenia obrony państwa przed komunistyczną rewolucją, bowiem Adolf stwierdził, że chcą oni przejąć siła władzę. Na drodze zbrojnego powstania. Pierwsza sesja nowego Reichstagu odbyła się w gmachu opery. Bal był raczej smutny, bo posłom towarzyszyła liczna liczba funkcjonariuszy SA i SS, a obrady zawierały jeden punkt – przyjęcie ustawy o pełnomocnictwach specjalnych zresztą i konstytuujących jednowładztwo Hitlera w zakresie stanowienia prawa. Ustawę przyjęto w dniu 24 marca 1934 r. – dawała ona wodzowi absolutna władze na cztery lata. Trzeba trafu, że jednym z haseł Adolfa w kampanii wyborczej było zdanie „Za cztery lata nie poznacie Niemiec”. Powtórzył to po przyjęciu ustawy powtórzył to z operowej mównicy. Jedynymi, którzy głosowali przeciw, mimo tego, że spodziewali się aresztowania (połączonego, co pewne w wypadku działania nazistów, z wcześniejszym pobiciem) ze strony szturmowców – byli deputowani z SPD. Otto Wels wygłosił ostre przemówienie, choć niewielu mogło go usłyszeć, bo zagłuszali go sa-mani.
kto dał zapałki?

Centrum – czyli w znacznym stopniu chadecy, katolicy, zostali przekupieni przez Hitlera obietnicą pozostawienia ich w spokoju i przyznania specjalnego statusu kościołowi katolickiemu.
Rzeczywiście Hitler podpisał później konkordat ze stolica apostolską, ale przed prześladowaniami działaczy Centrum, tak jak i niemieckich, katolickich księży to nie uchroniło. Joseph Ersing – ksiądz i lider Centrum wylądował w obozie koncentracyjnym, w 1945 r. Trybunał Ludowy wydał nań wyrok śmierci, na szczęście dla niego nie zdążono go wykonać. Heinrich Brüning zwiał i to szybko, podobnie jak ksiądz Ludwig Kaas, który chyba jakoś nie miał zaufania do Niemiec w ogóle, bo zmarł na początku lat pięćdziesiątych w Watykanie. Sam Otto Wels z SPD zmarł w 1939 r. w Paryżu.

Kurt Schleicher, przedostatni kanclerz Weimarskiej Republiki, został zamordowany na rozkaz Adolfa Hitlera w 1934 r. w „Noc Długich Noży”. Franz von Papen uniknął tego losu mimo, że już w czerwcu 1934 r. wygłosił na jednym z niemieckich uniwersytetów przemówienie, wzywając do powrotu do praworządności i swobody wypowiedzi w życiu publicznym Niemiec.
Jego współpracownicy nie mieli tyle szczęścia. Zostali zamordowani. Socjaldemokrata Otto Braun – drukarz z zawodu i premier Prus w czasach Republiki został przy okazji wyjazdu do chorej żony w Szwajcarii. Do ojczyzny nie wrócił. Można powiedzieć, że uszli z z życiem jedynie ci, którzy zdołali uciec. Cała reszta szybko stała się historią.
Co do podpalenia Reichstagu to oskarżono o to Holendra – Marinusa van der Lubbe. Skazany został na śmierć i wyrok wykonano. Na ławce oskarżonych posadzono wraz z nim komunistów – Niemca Ernsta Torglera i Bułgarów, w tym Georgija Dymitrowa.

Oni zostali uniewinnieni przez niemieckich sędziów wobec braku jakichkolwiek dowodów. Ale to byli sędziowie Sądu, a nie późniejszych Trybunałów Ludowych. Torgler od 1940 r. współpracował z nazistowskim Ministerstwem Propagandy. Po zamachu z lipca 1944 r. nie został aresztowany mimo wydanego nakazu, bo za jego lojalność wobec reżimu zagwarantował jego szef Joseph Goebbels.
Szef berlińskiej policji w 1933 r. – Rudolf Diels vel Diehls zrelacjonował po wojnie, że Reichstag jeszcze dymił, kiedy na jego schodach pojawił się Adolf Hitler wraz z najbliższymi współpracownikami: Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem. Znane są relacje, jakoby już wtedy Adolf miał oświadczyć, że jest to koniec komunizmu i komunistów w Niemczech. Nie można zatem wykluczyć, że nawet jeżeli to van der Lubbe podpalił Reichstag, to ktoś dał mu do ręki zapałki.

Nieuchronny bieg wydarzeń?

Czy można było zwyciężyć Adolfa H. i jego partię w wyborach 1933 r.? Czy ktoś widział, jakie rzeczywiste zagrożenie niosą ze sobą rządy nazistów? Jak widać z powyżej przedstawionych faktów chyba nie, bowiem po pierwsze nierealnym był sojusz socjaldemokratów z komunistami. KPD szła na pasku Kominternu i wyzywała SPD od faszystów – takich. Politycy SPD zostali skutecznie wyleczeni z jakichkolwiek sympatii do komunizmu, patrząc na wydarzenia lat 30. w ZSRR.

Niezależnie od wyniku wyborów parlamentarnych tekst dekretu o ochronie państwa i narodu z 28 lutego 1933 r. był przygotowany wcześniej, gotowca podłożył prezydentowi Hindenburgowi nazistowski Minister Spraw Wewnętrznych – Wilhelm Frick. Jak widać z rozkładu głosów w Operze – normalni posłowie nie mieli szans na przeciwstawienie się temu, co najgorsze, ustawie o pełnomocnictwach. A to ona utorowała drogę do powstania nazistowskiej III Rzeszy. Ale zawsze kogoś można przekupić, albo zastraszyć. Mała dygresja. Hitler w wyborach w 1932 r. miał taka koalicję z ultranacjonalistami – DNVP – to byli tacy prawdziwi Indianie, ale ich interesowały tylko Wielkie Niemcy, niektórych restauracja monarchii, a do haseł nawet tylko w nazwie zahaczających o słowo „socjalizm” podchodzili z odrazą. Większość została podkupiona stanowiskami państwowymi tak, że w marcu 1933 r. liczba głosów oddanych na NVDP spadła o połowę.
Gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, co będzie wyprawiał Hitler, to by po prostu na niego nie głosowali. Poza koniunkturalistami i oszołomami. Interesy niemieckiej armii i kół finansowo – gospodarczych miał zabezpieczyć właśnie Hitler, który miał chodzić na uwięzi. Ale Adolf leczył zwycięstwem i władzą absolutną swoje kompleksy, więc ze sznurka się zerwał.

Hitler nie budował systemu, nie prowadził pracy organizacyjnej, nie interesowała go gospodarka – od tego miał ludzi (nawiasem mówić Albert Speer był gospodarczym i finansowym geniuszem), miał też szczęście do ludzi, bo niektórzy wierzyli w pokrętne hasła. Warto poczytać Wiliama Shirera, który w tych latach był korespondentem, prasowym w Berlinie. Wie, co pisał, bo widział to na własne oczy.