„Czerwoni chcą unicestwić Finlandię”

Polska prawica może pozazdrościć estońskiej – i wyobraźni, i brawury!

Wprawdzie spiskowe antykomunistyczne obłąkanie jest nową normą świadomościową także w Polsce, jednak warto zwrócić uwagę na różnicę skali. Estońska prawica konserwatywno-narodowa rozwinęła antyintelektualne standardy typowe dla prawicy europejskiej i amerykańskiej, dodając do nich lokalny koloryt i wchodząc tym samym na jeszcze „wyższy” poziom. Taka jest i nasza przyszłość, jeśli nie dojdzie do masowego politycznego opamiętania.
Popis upadku politycznej kultury dał estoński minister spraw wewnętrznych Mart Helme. W popularnej publicystycznej audycji radiowej stacji TRE Raadio pt. Räägime asjast (est. porozmawiajmy o tym) polityk ten wygłosił w minioną niedzielę (15 grudnia) serię wstrząsających oświadczeń na temat Finlandii – państwa, z którym Estonię łączą bardzo bliskie więzy ekonomiczne i kulturowe. Minister Helme nie tylko obraził najważniejszą polityczkę najważniejszego partnera kraju, w którym sprawuje rządową funkcję, ale też zademonstrował paranoiczne myślenie i prostactwo.
Helme nie mógł przejść do porządku dziennego nad postacią nowej premierki tego kraju – Sanny Marin. Powiedział m. in., że ma ona emploi „kasjerki”, co wzdryga moralnie i politycznie estońskiego ministra, gdyż nasuwa mu mroczne skojarzenia z wypowiedzią „radzieckiego przywódcy, Władimira Uljanowa Lenina, który mówił, iż każda kucharka powinna zostać ministrem. No, to widzimy właśnie jak ekspedientka została szefową rządu” – grzmiał Helme. Nie szczędził też słów „krytyki” członkiniom gabinetu Marin. Określił je jako „zbiorowisko jakichś aktywistek” i „niewykształcone osoby”.
To oczywiście nie koniec osobliwych poznawczych wycieczek estońskiego ministra. Helme wyjaśnił m. in., że triumf „czerwonych” w Estonii to faktyczna realizacja rzekomych ich historycznych rewanżystowskich dążeń. „To kwestia – w pewnym stopniu – historycznej zemsty czerwonych na białych, czyli tych, którzy dążyli do zniszczenia fińskiej państwowości już dawno [chodzi o fińską robotniczą rewolucję z lat 1917-18 inspirowaną zwycięstwem „października” w Rosji, krwawo stłumioną przez miejscową prawicę przy pomocy niemieckiej – przyp. red.]. Oni teraz doszli do władzy i podejmują desperacką próbę unicestwienia Finlandii. Chcą jej przekształcenia jakiś euro-land, który będzie się nazywał Suomi czy Finlandia, ale zostanie on całkowicie podporządkowany ideologicznej filozofii tzw. końca historii, o którym pisał Fukuyama” – bredził minister Helme.
Sana Marin jest premierką Finlandii raptem kilka dni, została zaprzysiężona 10 grudnia. Siłą rzeczy nie mogła jeszcze podjąć żadnych szerzej zakrojonych działań. Co więcej, obserwatorzy fińskiego życia politycznego wróżą jej raczej poważne problemy już na starcie: przez kraj przechodzi fala strajków, a pracownicy i związki zawodowe krytykują socjaldemokratyczny rząd za brak dostatecznego wsparcia. Skąd zatem tak jednoznaczne oceny?
Otóż Marin wywołuje apoplektyczne reakcje u co bardziej zaślepionych prawicowców samą swoją osobą. Jest młodą kobietą, dorastała w tzw. tęczowej rodzinie, gdzie miała dwie matki, deklaruje lewicowe poglądy, jest energiczna i szybko stąpa po coraz to wyższych szczeblach politycznej kariery. Mało tego – jako osoba wychowana przez parę jednopłciową, nie została, jak widzi się to prawicy, przyuczona do homoseksualizmu; jest mężatką, pozostaje w heteronormatywnym związku z Markusem Räikkönenem, mają roczną córkę Emmę. Trudno doprawdy o konglomerat cech skuteczniej rozbudzający prawicowe kompleksy i agresję. Jeśli dodać do tego, że w rządzie Marin 12 na 19 resortów objęły kobiety, a każda z koalicyjnych partii ma obecnie przewodniczącą, a nie przewodniczącego, można sobie jedynie wyobrazić, jak poważny Weltschmertz musiało to wywołać na całej prawicy. W kontekście przywołanych wyżej enuncjacji ministra Helme warto dodać, iż jego konstatacja o „niewykształconych osobach”, które do rządu powołała Marin żenują w kontekście ignorancji, którą on sam ujawnił w tych kilku zdaniach.
Po pierwsze, Yoshihiro Francis Fukuyama w swoim powszechnie już uznanym za porażkę manifeście filozofii politycznej pt. Koniec Historii niczego nie pisał ani o Finalndii, ani jakimś wypieraniu państwowości przez ideologie. „Dzieło” to zawiera jedynie kilka luźnych spekulacji, iż rzekomy kapitalistyczny dobrobyt i liberalno-demokratyczna poza, tudzież – jak to się często mówi – „zachodnie wartości”, są największą i ostateczną cywilizacyjną zdobyczą ludzkości i teraz już wszystko zawsze dobrze, pięknie do końca świata i jeden dzień dłużej. Sam Fukuyama już dawno odżegnał się od tych wniosków. Teraz otwarcie mówi o konieczności wdrożenia rozwiązań socjalistycznych, jeśli ludzkość ma w ogóle przetrwać.
Po drugie, minister Helme, jak to prawicowcy mają w zwyczaju, powołuje się na jakieś słowa klasyków socjalistycznej myśli i praktyki, znając je tylko ze słyszenia i nie mając pojęcia, w jakich okolicznościach padły i czego tak naprawdę dotyczy. Słowa „Każda kucharka powinna nauczyć się rządzić państwem”, pochodzą z plakatu propagandowego (dziś nazywa się to reklamą społeczną) z 1925 r. autostwa Iliji Pawłowicza Makaryczewa. Rysownik podpisał pod tym sformułowaniem Lenina, jednak cytatu z Lenina w dokładnie takim brzmieniu nie ma. To jednak uproszczenie nieszkodliwe, gdyż ten ostatni zawarł podobne sformułowanie w bardzo pouczającej politycznej rozprawie pt. Czy bolszewicy zdołają utrzymać władzę w państwie?. Została ona wydana 14 października 1917 r., a dokładny cytat w tłumaczeniu na j. polski brzmi następująco: „Nie jesteśmy utopistami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy robotnik i nie każda kucharka mogą w tej chwili, z dnia na dzień, przejąć funkcję rządzenia państwem”. Potem tłumaczy, że w tym aspekcie zgadza się z innymi stronnictwami prorewolucyjnymi w Rosji. Niemniej piszący domaga się, by jak najszybciej „zerwać z tym przekonaniem, jakoby zarządzać państwem, wykonywać powszednią, regularną pracę zarządzającą byli w stanie tylko ludzie bogaci lub urzędnicy pochodzący z bogatych rodzin”. Tym samym Lenin wyrażał polityczną troskę o możliwość szybkiej, skutecznej i powszechnej demokratyzacji państwa, a nie o ustanowienie rządu głupków po to, by państwowość zamienić na ideologię. To już teoria spiskowa z kosmosu.
Na koniec warto dodać, że Mart Helme oraz jego syn Martin, też parlamentarzysta, słyną nie od dziś ze swojego ekstremistycznego skrajnego ekscentryzmu. Mówił on m. in., że celem jego i jego partii jest „Estonia biała w każdym znaczeniu”, skarżył się, że „liczba Murzynów w Tallinnie wzrosła lawinowo”, imigrantów zarobkowych z Ukrainy nazywał „ludźmi a priori obcymi kulturowo”. Obaj Helme nie znoszą też Unii Europejskiej, gdyż ta każe akceptować „zboczeńców” itp. Szerzej na temat tych indywiduów oraz antykomunistycznej histerii, dzięki której do głosu doszła w Estonii proto-faszystowska ekstrema piszą Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Radosław Czarnecki w artykule Jak naśladowcy Donalda Trumpa i żołnierze Odyna podbili europejską demokrację?
Pewną nadzieją napawa fakt, iż Helmemu tym razem może się nie upiec. Od jego wypowiedzi odciął się Jüri Ratas, premier Estonii i przewodniczący Estońskiej Partii Centrum, ten sam zresztą, który, chcąc utworzyć rząd, zaprosił do niego ekstremistów z EKRE i niewiele lepszych od nich (może bardziej oględnych w słowach) konserwatystów z partii Ojczyzna (Isamaa). Jednocześnie do ofensywy szykuje się liberalna opozycja – Estońska Partia Reform, której liderzy już zażądali dymisji nie tylko ministra spraw wewnętrznych, ale całego rządu. W tej chwili szefostwo tego stronnictwa dyskutuje nad podjęciem dalszych kroków.

Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Finlandia: Liberałowie przeciwko socjaldemokratom

Premier Finlandii Antti Rinne podał się do dymisji, ale i tak będzie miał wiele do powiedzenia podczas formowania nowego gabinetu; nadal będzie to rząd Partii Socjaldemokratycznej, zielonych i centrystów. To nieoczekiwany skutek zwycięskiego strajku fińskich pocztowców.

To Partia Centrum, jedyny liberalny członek koalicji rządowej, ogłosiła, że straciła zaufanie do socjaldemokratycznego premiera. Oficjalnie nie dlatego, że strajk zakończył się podpisaniem porozumienia gwarantującego pracownikom sortowni paczek zachowanie dotychczasowych zarobków. Centryści stwierdzili, że nie ufają już premierowi, gdyż dawał niejasne wyjaśnienia w sprawie przedstrajkowych prób rozwiązania konfliktu w państwowej spółce pocztowej.
Przypomnijmy, że po proteście z rządu odeszła minister samorządu lokalnego i zarządzania własnością Sirpa Paatero, a Rinne zarzucił jej, że nie działała w sprawie Posti zgodnie z jego zaleceniami, w szczególności niedostatecznie stanowczo dała zarządowi poczty do zrozumienia, że priorytetem rządu jest zachowanie warunków pracy i płacy na dotychczasowym poziomie. Wcześniej natomiast zapewniał, że Paatero bardzo aktywnie upominała się o pracowników, czemu z kolei zaprzeczał zarząd poczty.
Portal Italehti opublikował jednak materiały, z których wynika, że intencje Partii Centrum mogły być inne. To wycieki z prywatnej grupy polityków Centrum na komunikatorze WhatsApp, gdzie były premier z ramienia centrystów, Juha Sipilä, wspierany przez prawe skrzydło klubu centrystów, sugeruje rozdmuchanie i wykorzystanie całej sytuacji, by zmusić Anttiego Rinne do odejścia. Politycy Centrum oczywiście zaprzeczają całej intrydze i twierdzą, że mieli w całej sprawie najczystsze intencje.
Pewne jest jedno: ani centryści, ani socjaldemokraci nie chcą nowych wyborów, bo tylko by na nich stracili. Społeczeństwo, które poparło w ostatnich wyborach lewicę, by powstrzymać politykę cięć i zagwarantować utrzymanie fińskiego modelu państwa socjalnego, jest przekonane, że rząd robi za mało – to pokazują ostatnie sondaże, gdzie łącznie 52 proc. odpowiadających wyraża rozczarowanie jego dotychczasową aktywnością. Jedyną partią wchodzącą w skład koalicji, której notowania rosną, jest jej człon najbardziej konsekwentny w lewicowych poglądach – Związek Lewicowy, formacja demokratycznych socjalistów. Centrum chce więc innego premiera, nie byłego związkowca, ale nie przedterminowych wyborów.
Kto może pokierować nowym rządem Finlandii? Zainteresowanie zgłosił już Antti Lidtman, obecnie szef klubu parlamentarnego Partii Socjaldemokratycznej oraz minister transportu i komunikacji Sanna Marin, również z SDP. Tymczasem będący w opozycji konserwatyści z Koalicji Narodowej domagają się, by rozmowy o nowym gabinecie uwzględniały wszystkie siły reprezentowane w fińskim parlamencie. Targi wokół nowego składu rządu mogą potrwać nawet kilka tygodni.

Koniec skandynawskiego raju?

Przejrzyste zasady zatrudnienia, kurczowe trzymanie się przez pracodawców przepisów oraz wysokie wynagrodzenia sprawiają, że w Polsce Skandynawia jawi się jako raj dla pracowników. To Eldorado może jednak wkrótce przejść do historii.

Mieszkańcy Norwegii, Danii i Szwecji zawdzięczają swoją sytuację nie tylko prawnym regulacjom wprowadzonym jeszcze w I połowie XX wieku przez tamtejszą socjaldemokrację, ale również prężnie działającym związkom zawodowym działającym na wielu płaszczyznach. Poza wsparciem swoich członków na gruncie prawnym, np. w sytuacji konfliktu z władzami firmy, oferują one też ubezpieczenia, chociażby dodatkowe zasiłki w sytuacji utraty pracy, czy nawet usługi finansowe, jak jeden z największych duńskich banków – Arbejdernes Landsbank. Sytuacja to kompletnie niewyobrażalna w realiach wschodnioeuropejskiego szalejącego neoliberalizmu.
W odróżnieniu od Polski, skandynawskie relacje pracownik – pracodawca nie opierają się na Kodeksie Pracy, czy państwowych aktach prawnych, lecz na szczegółowych umowach zbiorowych dotyczących poszczególnych branż. Ogólnopaństwowe przepisy odnoszą się do kwestii BHP albo liczby godzin pracy, natomiast wysokość płac czy dodatkowe wynagrodzenie za nadgodziny ustalają branżowe związki i pracodawcy, a następnie spisują w wyżej wymienionych układach. W połączeniu z możliwością strajku oraz ochroną państwa układy branżowe były dotychczas świętością robotniczego szwedzkiego świata. Ale w ostatnich miesiącach socjaldemokratyczny rząd Stefana Lövfena podniósł na nie rękę.
We wrześniu 2018 roku szwedzki premier, chcąc zdobyć wotum zaufania w Riksdagu, złożył szereg wybitnie niepokojących obietnic. Jako ustępstwa na rzecz liberałów, którzy mieli w zamian poprzeć jego rząd, zapowiedział reformę prawa pracy uelastyczniającą zatrudnienie, obniżkę podatków i zmiany w zasadach wynajmu nieruchomości. Oczywiście prawicowa opozycja i liberałowie byli zachwyceni propozycjami często podkreślającego swoje związkowe korzenie Lövfena. Natomiast przeciwko nim, oprócz środowisk lewicowych, wystąpili też antyimigracyjni działacze Szwedzkich Demokratów.
Wkrótce Szwedzcy Socjaldemokraci musieli zapłacić rachunek za poparcie ich rządu przez liberałów. Nadarzyła się okazja do wymontowania jednego z najważniejszych bezpieczników chroniącego interesy pracowników w monarchii Karola XVI. Według jeszcze niedawno obowiązujących przepisów pracodawcy nie mogli podpisać porozumień grupowych wyłącznie z wybranymi związkami zawodowymi, przy pominięciu tych, które z jakichś powodów były dla nich niewygodne. Niekiedy komplikowało to sytuację biznesu, np. wtedy, gdy dana branża skupiała szereg zróżnicowanych zawodów. Przykładem może być sytuacja na lotniskach, gdzie osobne związki mogą mieć pracownicy naziemnej obsługi lotów, kontrolerzy ruchu czy logistycy. Nie zawsze ich interesy się pokrywały, niemniej jednak umowy zbiorowe musiały uwzględniać stanowiska wszystkich pracowników. To rozwiązanie uniemożliwiało rozgrywanie robotników poprzez faworyzowanie mniejszych organizacji bądź wręcz korumpowanie ich liderów. Niestety, w ostatnich miesiącach szwedzkie władze zmieniły korzystne przepisy.
Zaczęło się od konfliktu związków zawodowych portu Göteborg w 2016 roku, gdzie pracownicy dążyli do poprawienia warunków pracy, jednocześnie niektóre tamtejsze związki chciały podważyć umowy zbiorowe. Według liberalnych mediów, konflikt negatywnie wpłynął na kondycję finansową przedsiębiorstwa oraz płynność dostaw towarów. W tym roku sąd uznał, że nie można zorganizować strajku przeciw układowi zbiorowemu, jeśli znajdą się związki zawodowe chcące go bronić. Otworzyło to pracodawcom możliwość rozgrywania związków zawodowych, np. przeciwstawiając żądania stewardes pilotom i odwrotnie.
Jednocześnie szwedzkie władze oraz parlament podpisały prawo sankcjonujące te przepisy oraz radykalnie ograniczające możliwość legalnego wystąpienia przeciwko pracodawcom posiadającym układy grupowe. Od pierwszego sierpnia 2019 roku legalni przedstawiciele szwedzkich pracowników muszą najpierw negocjować z pracodawcą swoje żądania. Obalenie istniejących umów zbiorowych zostało niezwykle utrudnione. Nowe przepisy spotkały się z masową krytyką ze strony szwedzkich jurystów oraz organizacji robotniczych. Na drodze prawnej podjęto próby zmiany proliberalnych ustaw. Przyszłość jednak dopiero pokaże, czy będą one udane.
Jedno wiadomo już teraz: gabinet Stefana Lövfena przyjął taktykę salami i jest zdecydowany spłacić parlamentarne zobowiązania wobec prawicy. Stopniowo wykorzystuje kontrowersyjne konflikty na linii pracodawcy i pracownicy, aby sparaliżować szwedzkie związki zawodowe. Zanim organizacje pracownicze się obejrzą, zostaną pozbawione uprawnień, które zdawały się wywalczone raz na zawsze, oczywiste i jasne. Prawica zaciera ręce.

Musimy zmienić priorytety

O nierównościach społecznych, ich znaczeniu dla rozwoju społecznego i drogach prowadzących do ich redukowania z byłym kanclerzem Austrii (2007-2008), socjaldemokratą Alfredem Gusenbauerem rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Podstawowe pytanie dotyczy tego, czy wzrost nierówności jest integralną częścią kapitalizmu, czy może można zmodyfikować system, system ekonomii społecznej, czy też potrzeba bardziej radykalnej, jeśli nie powiedzieć rewolucyjnej odbudowy?
Nie jestem ekspertem w rewolucjach, ale jestem ekspertem w dziedzinie reform. Myślę natomiast, że w dzisiejszych czasach rynek kieruje się zasadą „jeden dolar = jeden głos”, a demokracja kieruje się zasadą „jedna osoba = jeden głos” i musimy próbować narzucić te zasady demokracji również na rynek, ponieważ tylko wtedy będziemy w stanie połączyć niektóre z tych bezprecedensowych poziomów nierówności, z którymi mamy dziś do czynienia. Istnieje wiele możliwości, aby to zrobić. Jedną z najważniejszych rzeczy, o których myślę, jest oczywiście regulowanie świata finansowego. Bo pamiętamy, że w 2008 r. świat finansowy postawił cały świat na skraju fundamentalnego kryzysu gospodarczego. Przy tych wszystkich strasznych skutkach dla wielu krajów i wzroście bezrobocia, narastał dług publiczny itp. A teraz zadajemy sobie pytanie, czy banki i instytucje finansowe znów przypadkiem nie zarabiają ogromnych sum pieniędzy, przepisy regulujące tak naprawdę nie istnieją, więc rynek nie działa tak jak wcześniej. Nie możemy więc zaakceptować faktu, że państwa i rządy są po prostu kanałami, które są pytane, kiedy trzeba chronić banki i system finansowy, ponieważ następny kryzys nadejdzie szybciej, niż chcemy. Musimy więc zmienić przepisy i poprzeć publiczne podstawowe zasady tego systemu kapitalizmu, który zrobił się zupełnie nieproporcjonalny.
Drugie pytanie dotyczy pomiarów. Jak dalece pomiary używane przez ekonomistów naprawdę pokazują stan dobrobytu i bogactwa albo raczej jego brak w społeczeństwach? Dostajemy informacje o rosnącym PKB, jednak rozsądna ocena tej sytuacji społecznej nie jest wcale powodem do optymizmu. Więc co jeśli PKB nie przekłada się tak naprawdę na rosnący dobrobyt lub bezpieczeństwo socjalne klasy robotniczej, ale jest raczej jest konsumowany przez wielonarodowe korporacje i bardzo niewielu zamożnych?
Cóż, jest kilka rzeczy, o których musimy wspomnieć. Przede wszystkim, aby dać przykład tego, co sugeruje twoje pytanie przedstawię przykład kiedy PKB wprowadza w błąd… Masz dom, czasy się zmieniają. Jeśli ceny nieruchomości rosną z roku na rok, to nic nie powstaje a jest to tylko sztuczny wzrost i wartość, które zostaną zrealizowane w ramach sprzedaży przez właścicieli nieruchomości. Ale tak naprawdę nie jest to wzrost produkcji ani wzrost wydajności. I jak słyszeliśmy dzisiaj na konferencji, że może 50 proc. wszystkich wielkich prestiżowych nieruchomości w Londynie jest własnością nierezydentów, a z tego 50 proc. aż 70 proc. nie mieszka tam. Oznacza to, że są ogromne ilości pokoi, które są puste w Londynie, co oczywiście powoduje, że także lokalna gospodarka cierpi, ponieważ jeśli ludzie tam nie mieszkają, nie potrzebują klinik, nie potrzebują restauracji, nie potrzebują sklepów itp. Cały sektor usług jest odłączony. Że tak powiem, jeśli byśmy nie uważali na tych bogatych europejskich lub rosyjskich kleptokratów, którzy mogą kupić te ogromne apartamenty w Londynie, byłoby źle. Ponieważ zabierają możliwości z cyklu gospodarczego, które w przeciwnym razie mogłyby przynieść korzyści ludziom. To jest jeden przykład. Drugą rzeczą jest oczywiście wiele, wiele debat na temat tego, czy PKB jest niezależny od całej krytyki, jaką można mieć, a ja wspomniałem, że nie jest jeszcze właściwy według podstaw pomiaru. Myślę, że sam PKB nie wystarczy. Dla mnie liczy się wskaźnik aktywności, z którego wiemy ile ludzi ma pracę. Po drugie, ile osób jest bezrobotnych. Po trzecie, jaki jest dochód ogólny kraju. Są to dodatkowe mierniki, które są bardzo ważne, aby zrozumieć, jaka jest rzeczywista sytuacja ludności. A ponieważ wszyscy wiemy, czy weźmiemy pod uwagę tylko PKB jako taki, mamy wyłączny wzrost i mamy wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu – tak więc rośnie polityka, która jest przeznaczona tylko dla nielicznych, w których wielu pozostaje w tyle, a także w inkluzywnej polityce z programami społecznymi, z inwestycjami w edukację, innowacje, badania itd., które są znacznie bardziej otwarte.
Kiedy mówimy o tych nierównościach i obecnym poziomie rozwoju akumulacji kapitału, czy to wszystko jest produktywne, czy to wszystko przekłada się na rozwój, czy stało się „sztuką dla sztuki”, rodzajem akumulacji dla akumulacji, celem samym w sobie?
Oczywiście ten bezprecedensowy poziom gromadzenia kapitału jest całkowicie bezsensowny. Ponieważ cały ten nagromadzony kapitał nie może być właściwie oddany z powrotem do gospodarki w celu inwestycji i badań. Zwłaszcza, jeśli decydują o tym ludzie spoza prywatnych interesów.. To znaczy, ile dużych łodzi chcesz kupić, jachtów lub drapaczy chmur? Ale co jeśli te pieniądze nie są od posiadaczy kapitału, ale są na przykład od reagującego demokratycznie rządu, który może zainwestować pieniądze w starsze osoby, uniwersytety, szkoły, opiekę zdrowotną, przedszkole i tak dalej? Oczywiście istnieje ogromne zapotrzebowanie na kapitał i inwestycje na całym świecie. Kluczową kwestią jest więc: nie mówmy o ilości kapitału, określmy to inaczej – kapitał jest w złych rękach. Jest w rękach ludzi, którzy mają wszystko i nie chcą robić rzeczy, które są użyteczne dla społeczeństwa. Może oddajmy kapitał w ręce ludzi, którzy są demokratycznie wybranymi rządem?
Zgodnie z tym, czy opodatkowanie najbogatszych ludzi jest sposobem na powstrzymanie wzrostu nierówności? A także w tym sensie, sposobem na wzrost dobrobytu? Nawet Bill Gates wydaje się sugerować, że jest to możliwe i zasadniczo może również zmobilizować umysły do inwestycji i przynieść pozytywne skutki, takie jak między innymi tworzenie nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego.
Myślę, że sprawiedliwe jest opodatkowanie bogatych, ponieważ od dawna unikają opodatkowania. Ale nie ograniczyłbym się tylko do opodatkowania najbogatszych. Ująłbym to znacznie bardziej radykalnie. Nie sądzę, że to szalony pomysł, że normalny pracownik nadal musi płacić podatki za swój osobisty dochód. Sądzę, że o wiele bardziej przydatne jest, gdy kapitał płaci podatki, bardzo bogaci płacą podatki za nieruchomości, a ludzie, którzy wykorzystują, niewłaściwie wykorzystują lub nadużywają środowiska na zasadzie wynajmu, są źródłem dochodów podatkowych. Musimy sformułować kwestię systemu podatkowego w znacznie bardziej radykalny sposób. A opodatkowanie bogatego to jeden element – ale nie jedyny.
Minimalny dochód podstawowy nie jest sposobem na zatrzymanie akumulacji kapitału, ale może zapewnić pewne limity zabezpieczenia społecznego. Ale czy taka proporcja spowodowałaby dalszy wzrost inflacji, która zasadniczo obniżyłaby minimalny dochód podstawowy i która mogłaby stanowić pretekst także dla państwa do wycofania się z funkcji społecznych jako regulatora i dystrybutora, które są normalne dla inwestycji w opiekę społeczną, a także w takie usługi, jak opieka zdrowotna, edukacja, bezpieczeństwo? Czy to byłoby panaceum?
Myślę, że istnieją dwa zasadnicze argumenty przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu. Po pierwsze, w większości miejsc, w których jest to już omawiane lub w których próbowano, dochód podstawowy zastępuje wszystkie inne mechanizmy wsparcia społecznego, upodmiotowienia itd. Co nie doprowadziło do pozytywnych skutków, ponieważ oczywiście konsumpcja jest czymś ważnym, ale nie ważniejszym niż edukacja, opieka zdrowotna itp. Aby uzyskać ogólny dochód podstawowy, zastąpienie tej bardzo wyrafinowanej polityki społecznej, którą rozwinęliśmy w bogatym państwie, byłoby błędem, ponieważ prowadzi do najgorszych wyników. Drugim argumentem przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu jest to, że powinniśmy unikać rozłamu w populacji, między tymi, którzy pracują, a innymi, którzy żyją z powszechnego podstawowego dochodu. Ponieważ nasze społeczeństwa muszą opierać się na prawach i obowiązkach. I wydaje mi się, że jeśli ktoś myśli, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla wszystkich to może musimy skrócić czas pracy. Dla mnie ważniejsze jest, aby każdy z nas poświęcił mniej czasu na pracę niż zaakceptowanie sytuacji, w której część populacji żyje bez pracy, a druga część żyje z powszechnego dochodu podstawowego. Myślę, że to tylko zwiększyłoby liczbę podziałów w danym społeczeństwie i nie przyczyniłoby się do spójności społecznej.
Świat w którym żyjemy i który nazywamy demokratycznym, został stworzony jako mechanizm, który pozwala obywatelowi kontrolować państwo. Jednak dziś państwo coraz bardziej traci zdolność do podejmowania decyzji. To staje się coraz bardziej przywilejem współpracy międzynarodowej. Nie jest ona pod nadzorem demokratycznym. Decyzje nie zależą – lub zależą w niewielkim stopniu – od woli społeczeństw. I to nie zależy od wyborów. Krótko mówiąc, czy to nie koniec demokracji, która opierałaby się na zasadzie „jeden człowiek jeden głos”, jeśli wszystkie ważne decyzje podejmowane są raczej przez „jedna wspólnota jeden głos”?
To niebezpieczeństwo istnieje. A to niebezpieczeństwo jest bardzo znaczące, jeśli rozumiemy demokrację jako koncepcję ograniczoną na poziomie krajowym. Ponieważ prawdą jest, że same rządy krajowe nie będą w stanie udomowić międzynarodowych współpracy i międzynarodowego kapitału. Jest to jeden z najsilniejszych argumentów na korzyść Unii Europejskiej i europejskiego systemu instytucjonalnego, ponieważ Europa ma zdolność do udomowienia tej współpracy. Chodzi mi o te wszystkie orzeczenia, które robimy w prawie na przykład przeciwko facebookowi i innym, mogą być podejmowane tylko na poziomie europejskim. Ale wychodząc poza to, myślę, że żyjemy nie tylko w czasach europeizacji, ale także globalizacji, którą prowadzimy i musimy także opracować nowe wielostronne instytucje, które potrafią uporać się z tą globalną wspólną. Dlatego proponujemy – w oparciu o dobre doświadczenia, które mieliśmy ze Światową Organizacją Handlu – znalezienie czegoś w rodzaju światowej organizacji finansowej, która jest w stanie przyjąć, wdrożyć i kontrolować zasady, które doprowadziłyby do światowego systemu finansowego, który jest znacznie bardziej zrównoważony dla ludzi niż tylko zyski kapitałowe.
Podążając za tym, co Pan właśnie powiedział, jeśli niemożliwe jest powstrzymanie wzrostu nierówności na poziomie państwa narodowego, być może będziemy musieli ten system ulepszyć, aby był on zarówno w granicach państwowych jak i ponad jednym państwem? Być może instytucja taka jak Unia Europejska, która mimo to ma pewną moc, z którą musiałaby się liczyć nawet światowa współpraca, być może byłaby w stanie narzucić niektóre przepisy, które powstrzymałyby wzrost nierówności i byłyby w stanie zapewnić wzrost gospodarczy dla korzyści dla wszystkich. W tym sensie, czy jest coś co chciałbyś zreformować w Unii Europejskiej, aby mogła ona pełnić taką rolę?
Po pierwsze, nie zrozumcie mnie źle. Nadal uważam, że rządy krajowe ponoszą odpowiedzialność i jeśli spojrzysz na całą Europę, zobaczysz różne poziomy nierówności, które mamy w Europie – to pokazuje, w których krajach masz więcej rządów reagujących społecznie i w jakich krajach to nie działa tak jak powinno. Więc na poziomie krajowym możesz coś zrobić, ale twoja przestrzeń jest ograniczona i słusznie, na poziomie europejskim można zrobić więcej. I myślę, że głównym warunkiem wstępnym do przyjęcia Europy na takie stanowisko jest oczywiście dalsza demokratyzacja Unii Europejskiej. Chcę mieć silny Parlament Europejski, który odpowie na potrzeby ludzi i chcę prawodawstwa na szczeblu europejskim – powiedzmy umowy społecznej Europy – dbając o miejsca pracy, bezrobocie itp., itd. przynajmniej na tym samym poziomie, co spełnienie kryteriów opanowania długu publicznego czy inflacji. Musimy zmienić priorytety dla Europy, aby uczynić ją bardziej społeczną. A to wymaga zmieniających się instytucji, zmieniających się przepisów i do tego wymaga większości centralnej lewicy.

Sukces lewicy

Finlandia po raz pierwszy od 2003 r. może mieć premiera-socjaldemokratę: partia o takim właśnie programie wygrała niedzielne wybory parlamentarne. Ale różnice między najpopularniejszymi ugrupowaniami są minimalne.

Lider Partii Socjaldemokratycznej Antti Rinne z triumfem ogłaszał wczoraj: jesteśmy po raz pierwszy od 1999 r. największą partią w Finlandii! Przewaga centrolewicy nad nacjonalistyczną Partią Finów była jednak minimalna: 17,7 proc. do 17,5 proc., co da najprawdopodobniej jeden mandat więcej w parlamencie. To wyniki po zliczeniu 99,5 proc. głosów. Konserwatywno-neoliberalna Koalicja Narodowa zdobyła 17 proc., zaś Partia Centrum, na czele której stoi dotychczasowy premier Juha Sipilä – 13,8 proc.
Na dalszych miejscach znaleźli się fińscy Zieloni, którzy dzięki swoim 8,5 proc. zdobędą 20 mandatów – o pięć więcej, niż mieli – oraz młoda lewica. Sojusz Lewicy, głoszący demokratyczny socjalizm, hasła równościowe i proekologiczne zyskał poparcie 7,1 proc. wyborców i 12 miejsc w parlamencie.
W centrum dyskusji podczas kampanii wyborczej była fińska wersja państwa opiekuńczego, zażarcie atakowana przez prawicę i broniona przez socjaldemokratów. Słabszy wynik Partii Centrum to zresztą odpowiedź obywateli na cięcia wydatków publicznych (m.in. na chwaloną na całym świecie oświatę) wprowadzane przez rząd Sipili. Oburzały one część społeczeństwa tym bardziej, że sam były premier jest milionerem… Nacjonaliści, oprócz tematyki antyimigracyjnej, grali w kampanii również kwestią ochrony środowiska, w tym rozważanego przez poprzedni rząd specjalnego podatku od mięsa: przekonywali, że Finlandia sama nie ocali świata, a planowane zmiany uderzą w wiejskich wyborców – i tam też znajdowali posłuch.
Co dalej z tworzeniem rządu? Przed głosowaniem i socjaldemokraci, i konserwatyści, i centroprawicowcy zapewniali, że nie rozważają nawet rozmów z Partią Finów, ale przy rozkładzie sił, jaki wyłonił się po głosowaniu, zaczynają wycofywać się z tego stanowiska. Antti Rinne powiedział, że będzie miał do nacjonalistów „pewne pytania”, ale to wartości, na które postawili socjaldemokraci, miałyby być spoiwem ewentualnego porozumienia. Partia Finów była nie tak dawno ogniwem koalicji rządzącej – w 2015-2017 r. wchodziła do rządzącego sojuszu prawicy razem z Partią Centrum i Koalicją Narodową. Gest Rinnego może być w tym kontekście „ucieczką do przodu”, próbą wciągnięcia nacjonalistów do kontrolowanej współpracy, zanim lepszą ofertę da im prawica.
W zaistniałej konfiguracji nie można wykluczyć żadnego scenariusza, łącznie z powtórzeniem głosowania. Pewne jest w każdym razie jedno: cięcie wydatków publicznych w wykonaniu konserwatywno-liberalnej prawicy większej grupie wyborców się nie podobało; to partie, które były przeciwko takiej polityce, zyskały. Lewica musi jednak dalej pracować na tym, by znowu przekonać ludzi, że właśnie jej program jest autentyczną alternatywą.

Czerwona Róża Recenzja

W czerwcu bieżącego roku, będąc w Berlinie, postanowiłem odwiedzić miejsce śmierci Róży Luksemburg. Nad Landwehrkanal, gdzie w styczniu 1919 roku mordercy wrzucili jej ciało, znajduje się nietypowa, sugestywna, metalowa konstrukcja artystyczna, jakby rzut pionowy liter jej i imienia i nazwiska skierowany ku dołowi, ku nurtowi kanału.

 

Przypomniało mi się to miejsce, gdy sięgnąłem po wybór pism Róży Luksemburg, dotyczących głównie dwóch rewolucji rosyjskich XX wieku: 1905 i 1917. To zbiór mniej lub bardziej obszernych tekstów teoretycznych publikowanych na ogół w prasie niemieckiej, choć są także m.in. teksty z „Czerwonego Sztandaru”, pisma SDKPiL w Królestwie Polskim i z „Przeglądu Socjaldemokratycznego”. Róża Luksemburg jawi się w swoich pracach jako ciekawa analityczka polityki niemieckiej, rosyjskiej, ale i ogólnoeuropejskiej, analityczka procesów społecznych, jako analityczka współczesnego sobie kapitalizmu. Są też oczywiście reminiscencje polskie („Łódzka epopeja”), bo urodzona w Zamościu Róża Luksemburg, choć większość życia spędziła poza Królestwem Polskim, była bardzo przywiązana do polskiej kultury, w tym jako wielbicielka poezji Mickiewicza i jego „Pana Tadeusza”. Styl pisania Luksemburg jest na ogół spokojny, rzeczowy, daleki od tzw. publicystycznej, pamfletowej, szyderczej i agresywnej swady, tak charakterystycznej n.p. dla Lenina. Róża jest cokolwiek po kobiecemu wstrzemięźliwa w warstwie retorycznej, frazeologicznej, choć i na takie passusy można natrafić. Choć pisała swoje teksty na ogół w warunkach niełatwych, w ciągłym zagrożeniu aresztowaniem i w przerwach w gorączkowej działalności organizacyjnej, to wolne są one od pospiesznej doraźności i mają do dziś walor świadectwa uczestniczki i obserwatorki historii. Jak zauważa autor noty od wydawnictwa, wiele passusów pism Róży Luksemburg zachowuje jednak aktualność do dziś, jako że „współczesny kapitalizm z jego władzą korporacji, atakiem na prawa społeczne i nieograniczoną „wojną z terroryzmem” przypomina ten z początków minionego stulecia”, a i obecnie „mechanizmy akumulacji kapitału stanowią zagrożenie dla zdobyczy demokracji”. Tom opatrzony jest przedmową autorstwa Feliksa Tycha (1929-2015), wybitnego historyka polskiego ruchu rewolucyjnego i robotniczego, w tym znawcy życia i dzieła Róży Luksemburg. Tych jest zresztą także współbohaterem tej edycji, jako bohater tekstu o jego działalności naukowej, autorstwa Holgera Politta, także pomieszczonego w tym wydaniu.

 

Róża Luksemburg – „O rewolucji 1905, 1917”, wybór i opracowanie Przemysław Wielgosz, wstęp Feliks Tych, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 319, ISBN 978-83-65304-59-9.

Po kolejarzach – pielęgniarki

Socjaldemokratyczny rząd Portugalii po raz kolejny nie potrafił zapobiec potężnemu buntowi pracowników. Tym razem pracy odmówiły pielęgniarki, które walczą o wyższe wynagrodzenia i lepsze warunki pracy.

 

To już drugi bunt tej grupy zawodowej w 2018 roku. Na przełomie kwietnia i maja krajem wstrząsnął strajk, w którym uczestniczyły nie tylko pielęgniarki, ale również przedstawiciele innych medycznych profesji.

W rezultacie doszło do paraliżu całego systemu opieki zdrowotnej, co zresztą potwierdziła w rozmowie z Polską Agencją Prasową szefowa Portugalskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek (SEP), Guadelupe Simoes. W środę odwołanych zostało kilkaset operacji w szpitalach w całym kraju. Protest wydłużył też czas oczekiwania pacjentów na ostrym dyżurze.

– Szacujemy, że w środę na porannej zmianie nie pracowało średnio 85 proc. załóg na blokach operacyjnych w całym kraju. Z powodu strajku całkowicie zamknięte są bloki operacyjne w szpitalach w Portimao, Famalicao, Viseu, Abrantes, Tondela, Chaves i Bragancy – poinformowała Simoes. Oprócz SEP w akcji uczestniczy kilka mniejszych związków zawodowych zrzeszających osoby zatrudnione w publicznej służbie zdrowia

Simoes zwróciła uwagę przypomniała, że strajk jest rezultatem postawy rządu Antonio Costy, który nie potrafi się dogadać z pracownikami służby zdrowia od początku 2017 r. Zauważyła, że socjaldemokraci rząd prawdopodobnie celowo grają na zwłokę podczas negocjacji, mając nadzieje, że z czasem spadnie morale protestujących.

Dzieje się jednak coś dokładnie odwrotnego – protest przybiera na sile. Wczoraj do pielęgniarek dołączyli m.in. ratownicy medyczni oraz personel pomocniczy. Razem strajkowało już ok. 35 tys. osób. Dziś mają się do nich przyłączyć się inni przedstawiciele portugalskiej służby zdrowia.

O co walczą? Główne żądanie pielęgniarek to zwiększenie liczebności personelu w placówkach publicznej służby zdrowia o 20 tys. osób. Domagają się również natychmiastowej wypłaty łącznie ponad 1,5 mln euro tytułem zaległości za nadgodziny. Ważny jest również postulat objęcia wszystkich pracowników szpitali publicznych 35-godzinnym tygodniem pracy. Obecnie prawo do takiego harmonogramu przysługuje tylko części personelu placówek służby zdrowia. Problem mają zwłaszcza ci zatrudnieni na kontraktach przez zewnętrzne spółki, co jest pokłosiem reform wprowadzonych przez poprzedni neoliberalny rząd. Oni muszą pracować w tygodniu przez minimum 40 godzin, a często jeszcze dłużej. Związki zawodowe domagają się zaprowadzenia realnej równości na tym polu.

Postulaty wpisują się w kanon programowy nowoczesnej socjaldemokracji i nie powinny być dla gabinetu Partii Socjalistycznej problemem. Zwłaszcza, że koalicjantami rządu Costy są m.in. komuniści.

W ostatnim czasie w Portugalii strajkowali również kolejarze., a wiosną na ulice wyszłi pracownicy budżetówki.

Sztokholm skręca w prawo

Stefan Loefven nie będzie już premierem Szwecji. Przywódca Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej nie otrzymał wotum zaufania od nowego parlamentu. Odsuniecie lewicy od władzy było możliwe dzięki taktycznemu sojuszowi centrum, liberałów i chadeków ze klubem skrajnej prawicy. Ten ostatni robi wszystko, by postawić siebie w roli języczka u wagi.

 

To był smutny dzień dla demokracji i sprawiedliwości społecznej. Po raz pierwszy w historii szwedzkiego parlamentaryzmu w rolę głównych rozgrywających wcieliła się partia ekstremistycznej prawicy. To właśnie dzięki głosom Szwedzkich Demokratów, którzy w ostatnich wyborach wprowadzili do Riksdagu 62 deputowanych, możliwe było zablokowanie votum zaufania dla koalicji socjaldemokratów z Zielonymi. Za odsunięciem Loefvena głosowało 204 parlamentarzystów, za kontynuacją jego rządów – 142.

Inicjatorami pozbawienia Loefvena nadziei na drugą kadencję byli posłowie Umiarkowanej Partii Koalicyjnej, czyli głównej prawicowej siły na szwedzkiej scenie politycznej, która wraz z Partią Centrum, Chrześcijańskimi Demokratami oraz Liberałami posiada obecnie w parlamencie 143 fotele w w 349-miejscowym Riksdagu. Przywódca konserwatystów Ulf Kristersson wszedł w sojusz z diabłem, aby przejąć polityczną inicjatywę. Jego blok odniósł wczoraj jeszcze jedno zwycięstwo – przegłosował kandydaturę moderaty Andreasa Norlena na spikera parlamentu. To niezwykle istotna funkcja. W Kraju Trzech Koron to właśnie spiker decyduje, któremu ugrupowaniu powierzona zostanie misja formowania nowego rządu.

Centroprawicowa koalicja może jednak bardzo szybko znaleźć się pod tą samą ścianą, pod którą obaleni zostali właśnie socjaldemokraci. Oba bloki dysponują bowiem niemal identycznymi siłami (144-143), a więc każdy z nich będzie potrzebował do stworzenia stabilnej większości głosów skrajnej prawicy. Lider Szwedzkich Demokratów Jimmie Åkesson upajał się wczoraj tym faktem podczas przemówienia w Riksdagu. Przywódca fanatyków podkreślił, że jego formacja „obali każdy rząd”, który nie będzie realizował głównego postulatu SD, czyli zamknięcia granic Szwecji przed imigrantami.

Czy centroprawica wejdzie w koalicje ze skrajną prawicą? Taki wariant jest raczej mało prawdopodobny. Przywódcy wszystkich partii mających przedstawicieli w Riksdagu zgodnie deklarują, że jakikolwiek sojusz ze Szwedzkimi Demokratami nie wchodzi w rachubę. Potwierdzeniem zamknięcia radykałów w „kordonie sanitarnym” była zablokowanie przydzielenia przedstawicielom SD reprezentatywnych funkcji w parlamencie. Z drugiej strony jednak – przywódca konserwatystów nie pogardził wsparciem Åkessona, kiedy stawką głosowania było odsunięcie socjaldemokratów.

Co ciekawe, jednym z niewielu zwolenników włączenia skrajnej prawicy w proces formowania rządu jest były premier z ramienia lewicy Göran Persson, którego zdaniem taki ruch pozwoli pozbawić SD jej głównego wabika – wizerunku ruchu antysystemowego. Większość klasy politycznej odrzuca jednak takie posunięcie jako zbyt ryzykowne i pozbawione gwarancji skuteczności.

Najbardziej prawdopodobnym wariantem jest więc kontynuacja patowej rozgrywki i rozpisanie po trzech miesiącach nowych wyborów. Tu jednak pojawia się kolejne zagrożenie, bo istnieje poważna obawa, ze w kolejnym rozdaniu zyskać mogę Szwedzcy Demokracji, którzy obecnie już ukazali się społeczeństwu jako poważna siła i zalegitymizowali swoje miejsce w mainstreamie polityki skandynawskiego kraju. Inną opcją jest rząd mniejszościowy centroprawicowej koalicji popierany doraźnie przez liberałów, Zielonych i moderatów. Taka koalicja miałaby jednak niewielką siłę polityczną i byłaby podatna na parlamentarną obstrukcję.

Porozmawiajmy o demokratycznym socjalizmie

O polskiej lewicy, która ciągle nie może – być może nie chce, a na pewno nie musi – odnaleźć się między liberalnym młotem a pisowskim kowadłem – z dziennikarzem Rafałem Wosiem rozmawia Paweł Jaworski (strajk.eu).

 

Pod koniec sierpnia lewicowy publicysta tygodnika „Polityka” Rafał Woś napisał tekst pt. „Lewico, czas na współpracę z PiS”, który ukazał się w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Artykuł został bardzo krytycznie odebrany przez środowiska liberalne. Znaleźli się tacy, którzy dawali do zrozumienia, że dla osób o poglądach Wosia, nie powinno być miejsca w redakcji najbardziej opiniotwórczego liberalnego tygodnika w Polsce. Na początku września dziennikarz poinformował opinię publiczną, że musi pożegnać się z „Polityką”.

 

 

Czy warto było pisać, że lewica powinna się dogadywać z PiS-em?

Oczywiście. Czy można uznać, że nie warto bronić swojego zdania, bo może to przynieść negatywne konsekwencje? Tak bywa, że podejmujemy decyzje, za które nikt nas nie będzie głaskał, ale ktoś to musi powiedzieć. Tak jest w środowisku, z którym się identyfikuję, czyli na lewicy.

 

Zwracał się pan do lewicy, a największe gromy posypały się ze strony liberałów. To oni wywierali nacisk na redakcję Polityki.

To wynika ze starej już, historycznie ukształtowanej zbitki “lewicowo-liberalny”. Prawicowe media nadal go stosują i to nie tylko w Polsce. O ile jednak dla liberałów taki związek jest wygodny, to dla lewicy jest to związek toksyczny. To ona ciągle świeci oczami za przewiny liberałów: zniszczenie rynku pracy, prywatyzację państwa dobrobytu. Lewicowcy legitymizują to, mówią: trudno, trzeba było, “trzecia droga”… A liberałowie ich nie szanują. W ciągu ostatnich 15 lat nie przypominam sobie sytuacji, w której liberalny establishment pozwoliłby lewicy na realizację jej postulatów, zwłaszcza tych podstawowych, wpływających na poprawę położenia materialnego ludzi. Lewica ma się godzić na globalizację, na niszczenie związków zawodowych, a w zamian dostaje co najwyżej ochłapy. Są próby regulacji rynku pracy, ale podejmuje je raczej prawica, niż liberałowie. Lewica już tak długo trwa w tym związku, że w to wszystko uwierzyła, jak ofiara przemocy domowej, która myśli, że wszystko jest w porządku. Pytanie, które postawiłem jest więc proste: czy naprawdę musimy tkwić w tej patologicznej relacji?

 

Lewica ciągle poczuwa się do obowiązku tłumaczenia się ze swoich poglądów przed liberałami i uspokajania ich, że wszystko będzie w porządku.

Wystarczy tylko, że gniewnie spojrzą, a my już się chowamy. A porównajmy to, sobą dziś reprezentuje lewica, z tym, co było sto lat temu. W 1918 r. powstał w Polsce rząd mocno związany ze środowiskiem PPS: Moraczewski, Daszyński, Piłsudski jeszcze sprzed fazy „autorytarnej”… Oni wtedy zrobili rzeczy iście rewolucyjne: ośmiogodzinny dzień pracy i równouprawnienie kobiet. A był to świat, w którym robotnicy pamiętali jeszcze pracę po 16 godzin, a tu nagle dostali tę samą wypłatę za osiem. To był rozmach i format lewicy. A dziś? Ekscytujemy się, czy Grzegorz Schetyna, jak już odzyska władzę, to się zgodzi łaskawie na związki partnerskie. Bo, że z PO będzie można zrobić 35 godzinny tydzień pracy to chyba nikt nie wierzy. Może więc czas powiedzieć: “liberałów nie dało się oswoić”, i wyciągnąć z tego wnioski?

 

Skoro nawiązuje pan do historii sprzed stu lat, to warto przypomnieć, że zanim powstał ten socjalistyczny rząd, Piłsudski zaczął od rozbijania prawdziwie rewolucyjnych rad robotniczych.

Tak. Wiadomo też, co zrobił Piłsudski w 1926 r. Nie będę bronił go jako szczerego socjalisty. Nie można jednak zapominać, że to wydarzenie, które w tym roku fetujemy, realnie poprawiło pod wieloma względami los szerokich mas społecznych. Oczywiście zaraz nastąpiła kontrofensywa, do gry weszły partie ziemiańsko-mieszczańskie. Realna reforma rolna dokonała się dopiero za PRL. Wróćmy jednak do czasu pracy. Sto lat temu lewica wywalczyła skrócenie do ośmiu godzin. I co? I przez następny wiek ani drgnęło. Badania pokazują wręcz, że ludzie realnie pracują więcej. To miara słabości lewicy. Dobrze, że przynajmniej chociaż partia Razem zaproponowała skrócenie czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

 

Ale nie zebrali wymaganej ilości podpisów pod projektem ustawy i oficjalnie zrezygnowali. Dlaczego się nie udało?

Opinia publiczna jest zdominowana przez spór PiS-antyPiS. Walka – według jednych i drugich – rozgrywa się o kształt demokracji. Żaden temat, z którego jedna ze stron nie może wykuć pałki na przeciwnika, nie ma prawa być uznany za ważny. Powstał duopol, który jest formą monopolu. To tendencja obecna w całym systemie kapitalistycznym: konkurencja jest pozorna, faktycznie istnieje wybór między Coca-Colą a Pepsi.

 

Większość lewicowców też chce zerwania z liberałami. Jednak nie proponują łączenia sił z drugą stroną.

Tymczasem najbardziej zaciekawione głosy, jakie pojawiły się po moim tekście, docierały do mnie właśnie od publicystów prawicowych. Strona liberalno-lewicowa widzi na prawicy tylko jednorodną brunatną maź, to samo działa w drugą stronę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że w środowisku Gazety Polskiej – to ta PiSowska “ulica”, ci, których liberałowie się najbardziej boją – jest bardzo wielu ludzi, którzy na początku lat 90. zakładali PPS. Opowiadają, jak 1 maja 1989 r., jeszcze przed wyborami 4 czerwca, demonstracyjnie maszerowali w Warszawie z czerwonymi sztandarami. Lewica o tym nie wie. Myśli, że tam są sami bojówkarze ONR, którzy chcą ich zabić i zniszczyć.

 

Czy pan w ogóle uznaje PiS za wiarygodny, jeżeli chodzi o deklaracje ekonomiczne i wrażliwość społeczną? Moim zdaniem wraz z upływem czasu maska socjalna opada i rząd Morawieckiego jest tego dowodem.

Ja mówię co innego. Prawdopodobnie już dziś, w 2018 r., większość ludzi w Polsce ma poglądy lewicowe. Istnieje badanie Gavina Rae i Katarzyny Piotrowskiej, w którym pytano o różne modele państwa dobrobytu. Wyróżniono trzy typy określone przez Espinga – Andersena: liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny. Gdy pytano ludzi, który z nich wolą, nie podając nazw, tylko przedstawiając składowe, większość wybierała model socjaldemokratyczny. Jednocześnie nie istnieje lewicowa siła polityczna. Źle skonstruowaliśmy etykietkę lewica. Zrobiliśmy to, będąc już ofiarą długotrwałej przemocy liberałów: ekskluzywnie, bojaźliwie, w sposób zamknięty. Zabrałem kiedyś kolegę na lewicowe spotkanie. Słuchał tych pretensji do całego świata, że nikt nas nie rozumie, i powiedział: was się nie da lubić.

 

Przecież pretensje do całego świata to sposób, w jaki poparcie zdobyła prawica. To liberałowie zawsze byli od lubienia.

Wydaje mi się, że droga do podmiotowości politycznej wiedzie przez przedefiniowanie tego, czym jest lewica. Sytuacja przypomina taką, kiedy jesteśmy za granicą i nie znamy języka, chcemy coś kupić, a sprzedawca nas nie rozumie, więc my powtarzamy to samo tylko mocniej i głośniej. Mam wrażenie, że jako lewica właśnie tak postępujemy. A trzeba by się nauczyć języka kraju, w którym się znajdujemy. Nie tylko zaciągać klisze z innych krajów, a dostosowywać to też do polskich warunków. Ale tak, żeby zachować podmiotowość. Prawica to potrafiła. PiS nie jest już partią centrową i liberalną gospodarczo, jaką było PC. Dzisiaj jest to ugrupowanie, które mówi językiem ludu. Elementy narodowe i antykomunistyczne pozostały, ale doszła dekonstrukcja porażki transformacyjnej: jej przegrani też wymagają szacunku. Odrzucenie całej narracji o homo sovieticus.

 

Lewica oddolna w postaci działaczy związkowych i lokatorskich o silnej identyfikacji lewicowej, którzy potrafią zjednywać sobie zwykłych ludzi, są jednocześnie bardzo nieufni wobec PiS. Podkreślają fasadowość ich polityki socjalnej i gospodarczej.

To naturalne, że ludzie działający blisko ziemi mają duży stopień nieufności wobec wszystkich elit politycznych. Jednak to na styku parlamentu i mediów wyznaczane są tendencje i kształtują się pojęcia, które będą przenikać na dół. Nie proponuję lewicy, żeby brała z PiS ślub kościelny. Mówię: lewico, spróbuj żyć na własny rachunek. Strach, że jak się nie trwa przy liberałach, to od razu jest się częścią drużyny Kaczyńskiego, jest właśnie znakiem, że nie wierzymy w podmiotowość.

 

Pan jednak otwarcie pisał: współpracujcie z PiS.

Współpracujcie nie znaczy: rozpuszczajcie się w nim. Poza tym to tylko tytuł. W samym tekście jest napisane: podejmijcie wyzwanie ucywilizowania PiS. Wiem, że PiS jest dla was „obcym”, „innym”. Ale jeśli lewica ma być lewicą to nie powinna gardzić „innością”. Taka postawa to przecież ksenofobia.

 

Stosował pan zdumiewające przykłady, np. Czarny Protest jako przypadek rzekomego cywilizowania PiS. W jaki sposób udomowienie PiS może wziąć się z całkowitego sprzeciwu wobec jego działań?…

Spójrzmy na skutek, a ten był taki, że ustawy antyaborcyjnej nie zaostrzono. Zmieniono bieg wydarzeń. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: jest rok 2020, jakieś ugrupowanie lewicowe jest w parlamencie, a PiS nie ma większości. Są dwa scenariusze. W jednej lewica odrzuca propozycję wspólnej koalicji, pozostaje czysta i dziewicza. Skutek? Będzie musiała przypatrywać się realizacji wielu postulatów, których nie akceptuje, np. wyprowadzenia Polski z UE, albo zaostrzania prawa aborcyjnego. W ten sposób zawodzimy jako politycy. W drugim scenariuszu do współpracy dochodzi, jest ona najeżona sporami, ale wtedy żadna z tych kwestii nie staje w ogóle na porządku dziennym, bo wymaga tego przetrwanie koalicji. Jest realny polityczny zysk. To droga trudniejsza, ale dojrzalsza: rzeczywiście jest się podmiotem. Nie istnieje tylko nasza formacja. Może po drugiej stronie też są myślący ludzie, którzy coś wymyślili i warto to poznać?

 

Co dotychczas zaproponowali wartościowego?

500 plus, minimalna stawka godzinowa, zakaz handlu w niedziele – to trzy najważniejsze decyzje ich rządów. Dobrą intencją była też nowelizacja kodeksu pracy, ale to poszło w kąt. Jak na trzy lata to całkiem sporo.

 

500 plus to program daleki od równościowego. Tylko połowa dzieci w Polsce jest nim faktycznie objęta. Rząd wydaje więcej na dotacje dla przedsiębiorców. Nowelizacja KP poszła co prawda „w kąt”, ale są już sygnały o zamiarach osobnego przeforsowania najbardziej antypracowniczych elementów tego projektu. I w końcu neoliberalny rząd Morawieckiego z hasłem: „Cała Polska specjalną strefą ekonomiczną”…

Rzeczywiście, program 500+ nie obejmuje wszystkich dzieci w Polsce. PiS nie spadł z księżyca. Jest to partia, której większość – tak jak PO – wychowała się na paradygmacie liberalnym, więc wątek “stabilnych finansów” też jest tam silny. Może się też zdarzyć, że 500+ zostanie wkrótce popsute przez wprowadzenie kryterium dochodowego. Z lewicowego punktu widzenia skuteczna polityka społeczna musi się opierać na świadczeniach uniwersalnych. Jest to program niedoskonały, lecz jaki by on nie był, trzeba pamiętać, że przed 500+ nie było nic. Program ten naprawdę pomógł ludziom potrzebującym i słabiej radzącym sobie w systemie kapitalistycznym.

Pierwiastek socjalny był dużo silniejszy w rządzie Beaty Szydło. Morawiecki jest liberałem i byłym członkiem rady doradców Tuska. Jego “reforma” emerytalna, czyli pracownicze plany kapitałowe, jest zła, bo jest to krok w kierunku dalszej indywidualizacji systemu. W 1999 r. popełniliśmy wielki grzech odchodząc od systemu solidarystycznego i lewica powinna próbować do niego wrócić.
Co do SSE, to jednak sprytny rząd lewicowy powiedziałby właśnie tak, jak rząd Morawiecki: będziecie mogli inwestować gdzie chcecie, ale za to podwyższamy kryteria, bo jesteśmy już na wyższym etapie rozwoju, płace muszą być wyższe, a warunki zatrudnienia lepsze. To już nie jest liberalizm Gilowskiej. Szanse na socjaldemokratyczny typ myślenia w PiS oceniam jako większe niż się może wydawać. Z różnych przyczyn w tej partii znalazło się wielu związkowców, wiele osób krytycznych wobec kształtu transformacji. Można mówić, że potrzeba, żeby wróciło silne państwo – i PiS tak właśnie mów. Jednocześnie w tym środowisku nie ma nikogo, żadnego lidera, który by się świadomie się odwoływał do modelu skandynawskiego. Być może z przyczyn biograficznych, pokoleniowych.

 

Być może po prostu z powodu ich przekonań? Dlatego poprzestają na deklaracjach, a zmiany pozostają w sferze samego języka…

Ani w PiS, ani w opozycji nie ma nikogo, kto by mówił: budujmy drugą Szwecję. Wśród liberałów nie ma na to szans – to nie ten typ myślenia o gospodarce. W PiS natomiast podłoże dla takiego socjaldemokratycznego myślenia jest, ale np. z powodu antykomunizmu czy pokoleniowego doświadczenia nie może ono zaistnieć. Niemniej jestem przekonany, że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się zmieni.

 

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządy raczej niewiele zrobiły na polu walki z uśmieciowieniem i skandalicznymi warunkami zatrudnienia w Polsce.

Polska nadal nie jest krajem dla pracowników. Sytuacja uległa tylko lekkiemu retuszowi dzięki dobrej koniunkturze.

Bezrobocie jest niskie jak nigdy, ale sam wskaźnik bezrobocia nie mówi nic o pozycji pracownika. W tej kwestii jesteśmy poniżej normy krajów rozwiniętych.

W kapitalizmie pracownik zawsze będzie na gorszej pozycji. Dostęp do środków produkcji determinuje twoją pozycję przetargową. Przedsiębiorcy muszą gonić za zyskiem, dlatego stale starają się obniżyć koszty pracy i obchodzić kodeks pracy. Można stosować prewencję, np. w postaci PIP, żeby się bali oszukiwać, ale też działać w kierunku zwiększenia uzwiązkowienia i skutecznej egzekucji prawa pracy, bo to podnosi pozycję pracownika, który wie, że ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Inną sprawą jest to, że biznes już na masową skalę sięga po jeszcze tańszych pracowników z zagranicy – nie tylko z Ukrainy czy Białorusi, a z Bangladeszu, Nepalu. Kiedy koniunktura osłabnie, bramy zostaną przymknięte i będzie tak, jak było na Zachodzie: znikają miejsca pracy, a pracownicy zagraniczni zostają i wtedy dochodzi do napięć. Całą winę za to zrzuca się na tzw. doły społeczne – że nienawidzą, że nie lubią inności. Już dziś trzeba tworzyć mechanizmy, które sprawią, że kiedy zmniejszy się potrzeba na ręce do pracy, to będą środki na zapobieganie wstrząsom społecznym. Może je zapewnić państwo dobrobytu, którego się u nas nie buduje. Po to trzeba nam lewicy. Nie jutro czy pojutrze. Tylko dziś!

 

Żeby poważnie mówić o zapobieganiu wstrząsom, to trzeba wziąć się za krytykę kapitalizmu jako takiego. Nie zrobi tego ani PiS, ani socjaldemokracja w stylu zachodnim.

Właśnie o tym rozmawiamy. Są dziś problemy, których nie rozwiążemy działając według starych skryptów. Socjaldemokracja faktycznie zawiodła. Jednak na Zachodzie następuje próba jej odnowienia. Widać to chociażby po Corbynie i Sandersie. Nie warto tych prób skreślać tylko dlatego, że są za bardzo socjaldemokratyczne i nie dość rewolucyjne.

 

Jakie zadania z zakresu polityki społecznej i gospodarczej powinna stawiać sobie lewica w przewidywalnej perspektywie czasowej? Lewica taka, jaką jest obecnie.

Może zacząć od hasła “demokratyczny socjalizm”? Nawet w USA zaczyna się o tym sporo dyskutować w związku z Sandersem. Socjalizm oznacza dzielenie się owocami wzrostu – bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Demokratyczny – bo bardziej chcemy się dzielić władzą niż dotychczas. Może wbrew indywidualizmowi, w którym nas chowano przez 30 lat, zacząć głosić prymat dzielenia się. Robić redystrybucję poprzez podatki, ale mając świadomość, że w zglobalizowanym świecie to nie wystarczy, zadbać też o predystrybucję, czyli wzmocnić siłę pracownika poprzez silne związki zawodowe czy spółdzielczość.

Na płaszczyźnie politycznej też nie ograniczajmy demokracji do wąskiego menu: to nie jest tylko niezależność władzy sądowniczej, jakby cała konstytucja tylko to zawierała. To jest ważne, ale wcale nie mniej niż bezpieczeństwo socjalne i prawo pracy, albo wolność słowa. Problem w tym, że ci, którzy teraz w Polsce bronią demokracji, są w tym niewiarygodni, bo tak często ją deptali. Za jakiś czas PiS pewnie też będzie chciał bronić demokracji i też będzie niewiarygodny. Niech to będzie na początek droga dla lewicy. I dialog – żeby włączać ludzi do tego projektu, a nie mówić, że to nie dla nich.