Socjaldemokracja – nadzieja w predystrybucji?

Niedawno ukazał się w prasie wywiad z Marianą Mazzucato, włoską profesorką, uważaną za jedną z czołowych ekonomistek świata. Uczona odnosi się do spraw odnowy gospodarek po pandemii, i do działań (a raczej ich braku) wychodzących naprzeciw wyzwaniom klimatycznym, społecznym, oraz do sposobów wykorzystania w tym zakresie Funduszu Odbudowy UE.

Jest to odniesienie generalnie krytyczne wobec rządów i polityków, w tym wobec zaangażowania oraz roli lewicy w tej kwestii:
„Lewica stała się leniwa intelektualnie. To dotyczy zarówno Ameryki Łacińskiej, jak i Europy… Cały dyskurs skupia się na redystrybucji. Nie ma prawdziwej, sugestywnej, powszechnej narracji, która by wyjaśniła skąd bierze się bogactwo. Ja coraz bardziej wierzę w potrzebę dyskusji o predystrybucji. Jak moglibyśmy stworzyć lepszą, większą wartość w inny sposób, zamiast zbierać resztki ze stołu kapitalizmu…? Oczywiście potrzebujemy progresywnej polityki fiskalnej, aby dokonywać sensownej redystrybucji, ale postępowa agenda musi się skupić również na tworzeniu bogactwa. Jeśli skupimy się tylko na redystrybucji, to wkrótce nie będzie czego redystrybuować.”

Powyższa ocena zdaje się potwierdzać, iż zagadnienie redystrybucji/ predystrybucji powinno się dziś stawać jednym z istotnych tematów socjaldemokracji, a przyjęcie dobrych w tej sprawie rozwiązań – lekiem na słabą pozycję lewicy na politycznej scenie Europy, Polski, której najbardziej dramatycznym następstwem jest wzrost prawicy, w tym skrajnej, i wielorakie polityczno-społeczne tego implikacje.

Winę za ów dramatyczny dla społeczeństwa/człowieka/przyrody stan ponosi między innymi: ideowo-programowy zastój lewicy, bierność w poszukiwaniu i formułowaniu nowych idei oraz niezdolność do wyjścia naprzeciw coraz to nowym wyzwaniom ze strony kapitału. Jeśli socjaldemokracja będzie dalej uparcie trwać tylko przy swoich, tradycyjnych kanonach i postulatach, nie może liczyć na odrodzenie i wzrost poparcia. Formacja musi się zdobyć w zakresie ideowo-programowym, w sferze ekonomiczno- społecznej, na przekroczenie ram klasycznej myśli socjaldemokratycznej. Doszła, bowiem do punktu, w którym musi odpowiedzieć sobie na pytania, czy z obecnym kapitalizmem powinno być jej dalej po drodze? Lub/i, czy za pomocą swoich tradycyjnych zasad i narzędzi, będzie w stanie zwalczyć bardzo negatywne, społeczne skutki aktualnej formuły tego systemu?

Konieczność takiej refleksji wynika z obecnego stanu kondycji socjaldemokracji. Gdy za jej kryterium przyjąć znaczenie formacji na scenach politycznych Europy (skalę uczestnictwa w rządzeniu), można tę kondycję określić, jako wyraźnie słabnącą. Ocena ta staje się jednak jeszcze bardziej surowa, gdy za wskaźnik posłuży kwestia nie tyle formalna (stopień partycypacji we władzy), ile problem stanowiący sens istnienia formacji: jak w ostatnich dekadach udawało się jej strukturalne cywilizowanie systemu, zapobieganie przepaściom społeczno- ekonomicznymi, walka z dewastacją środowiska naturalnego?

Nie był to dobry czas socjaldemokracji. Ustępstwa wobec kapitału (korporacji), odchodzenie od idei i praktyki państwa dobrobytu, na rzecz trzeciej drogi itp., wpływały/ wpływają na bardzo niekorzystne dla lewicy decyzje wyborcze obywateli, na przenoszenie ich poparcia na prawicę, nierzadko skrajną.

W wyniku splotu tych i innych jeszcze czynników, i osłabieniu pozycji, przed formacją staje zadanie, określenia „jakby na nowo” swojej roli i miejsca w obecnej sytuacji społeczno-politycznej, określenia stosunku do obecnego etapu kapitalizmu, i przede wszystkim do aspiracji i dążeń mas ludowych.

Biorąc pod uwagę te uwarunkowania oraz wynikające z nich imperatywy, warto by było, aby polska lewica w okresie tworzenia nowej jakości organizacyjnej, a wkrótce i programowej, uwzględniła także – jako swoisty wkład ideowy do nowej formacji lewicy – sugerowane niżej, choć zapewne nietypowe z punktu widzenia klasycznej socjaldemokracji, rozważenie problemu redystrybucji/ predystrybucji.

Mianowicie, jeśli główna, choć w uproszczony sposób tu nakreślana myśl socjaldemokracji (w sferze społeczno-ekonomicznej) sprowadza się do trzech punktów: tak – dla gospodarki rynkowej; tak – dla własności prywatnej; nie – dla biedy oraz nadmiernych różnic egzystencjalnych pomiędzy ludźmi (dot. ich bytu materialnego, kulturowego), poniższe propozycje – nie naruszając tych kanonów, i również zawierając się w pewnej triadzie – idą dalej. Zatem: tak – dla rynku; tak – dla własności prywatnej; ale, nie – dla własnościowego rozwarstwienia (w zakresie własności środków produkcji: wytwórczych, usługowych, finansowych, intelektualnych, technologicznych/SI) pomiędzy członkami społeczeństwa.
Za punkt wyjścia do wyartykułowania, i uzasadnienia tezy wiodącej tych refleksji (nie, dla rażących różnic własnościowych; tak, dla sprawiedliwych, wyrównanych stosunków oraz struktury własności), przyjmijmy podstawowy kanon myśli socjaldemokratycznej, zasadę powiększonej redystrybucji dóbr (obecnie: produktu krajowego brutto – PKB, w przyszłości będą to prawdopodobnie inne parametry).

Powiększona redystrybucja PKB/ dóbr, jest wyróżnikiem, swego rodzaju znakiem socjaldemokracji, odróżniającym ją od innych kierunków polityczno-ideowych. Wszakże, pod społecznym ciśnieniem, także opcje centrowe, centro-prawicowe zaczynają coraz częściej sięgać po jej instrumenty.

W tym kontekście redystrybucja to nic innego, jak – w pewnym uproszczeniu – przeniesienie (przez państwo) części wytworzonych dóbr, środków (PKB) od ludzi, grup, klas, posiadających ich dużo lub więcej, do ludzi, grup, klas uboższych. Taka redystrybucja spełnia pewną rolę socjalno-ekonomiczną – zapewnia minimum egzystencjalne ludziom biednym; i moralną – zapewnia jakieś minimum godności.

Panowały i panują opinie wygłaszane w szczególności przez neoliberalnych, prawicowych adwersarzy socjaldemokracji, że zwiększona redystrybucja powoduje obniżanie tempa rozwoju, wydajności pracy i efektywności gospodarowania. Iż socjaldemokracja, przesuwając powiększoną część wytworzonego produktu na spożycie, psuje gospodarkę, którą później oni (prawica, neoliberałowie) muszą naprawiać. Wprawdzie obecna sytuacja wybija chwilowo z rąk wymienionych sił powyższe argumenty, to jednak nie usuwa rzeczywiście ważnej dla socjaldemokratycznej lewicy kwestii, w wymiarze długofalowym. Mianowicie, czy jest możliwa realizacja powiększonej redystrybucji tak, by nie obniżała skali postępu (rozwoju), przeciwnie, aby go stymulowała? A jeżeli jest możliwa, to, na czym by mogła polegać?

Konieczność reinterpretacji przez socjaldemokratyczną lewicę, sposobu rozwiązywania tego dylematu wynika z przebiegu i skutków procesów polityczno- społecznych zachodzących w ostatnich dekadach XX i pierwszych dekadach XXI wieku, pogarszających najogólniejsze warunki funkcjonowania takich kierunków ideowo-politycznych, jak socjaldemokracja. Spośród tych założeń, idzie między innymi, o jej stosunki z kapitałem, który klasyczne jej postulaty, o sprawiedliwszy podział dóbr, kwituje tezami: o potrzebie oszczędzania; groźbami przeniesienia produkcji w rejony świata, gdzie koszty są mniejsze.

Ale, są też oczywiście i okoliczności obiektywne. Idzie o to, iż burzliwy rozwój nauki i technologii/SI powoduje, w procesach pracy, coraz powszechniejsze zastępowanie ludzi maszynami, a tym samym wzrost bezrobocia strukturalnego, które to z kolei przyczynia się do narastającego marginalizowania klasy pracowników najemnych, stanowiącej tradycyjny elektorat socjaldemokracji.

Wymienione wyżej, lecz i inne jeszcze uwarunkowania sprawiają, iż socjaldemokracja, jeśli zamierza realizować swoje wartości i cele, powinna – w odpowiedzi na owe uwarunkowania, oraz na wyzwania wynikające z aktualnych (kryzys pandemiczny, postpandemiczny), oraz fundamentalnych procesów i zjawisk polityczno-ekonomicznych obecnej doby (z jednej strony – z dominacji obecnej formy ustroju, ale z drugiej, ze strukturalnego kryzysu tej formy) – inaczej niż dotychczas potraktować swe klasyczne kanony, instrumenty, mechanizmy, działania. Do nich należy również dziedzina redystrybucji PKB.

Uwzględniając to wyzwanie, i poszukiwanie sposobów działań wychodzących mu naprzeciw, można dokonać pewnego podziału (klasyfikacji) zagadnienia redystrybucji. Można podzielić ją (w umowny sposób) na aktywną i pasywną. Ściślej zaś, idzie oczywiście o podział dóbr (środków) podlegających redystrybucji, których charakter można by określić, jako właśnie pasywny lub aktywny.

Redystrybucja pasywna to ta jej część, która w swoim głównym wymiarze nie wpływa bezpośrednio na pobudzanie rozwoju gospodarczego (są to, m.in. nakłady na usługi społeczne, edukację, ochronę zdrowia, kulturę, na świadczenia zapewniające klasom i warstwom uboższym podstawy egzystencji).

Redystrybucja aktywna to ta z kolei jej część, albo, te rodzaje przesuwanych środków, które będą pobudzać postęp, rozwój społeczno-ekonomiczny. Zaliczamy tutaj nakłady na naukę, inwestowanie w innowacje, w ekologię, ale również i w edukację.

Ale, na sprawę redystrybucji można spojrzeć jeszcze inaczej (niż według klucza aktywna – pasywna). Można ją rozumieć tak jak dziś, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział wytworzonych dóbr, lecz można także zacząć rozumieć zagadnienie redystrybucji po nowemu, za czym optuję, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział, również czynników i możliwości tworzenia dóbr. Nie trzeba dodawać, że zrównoważony (sprawiedliwszy) podział czynników tworzenia dóbr powinien pociągać za sobą niejako automatycznie, zrównoważony, sprawiedliwszy podział dóbr wytworzonych.

Jest sprawą oczywistą, iż – gdy redystrybucję potraktujemy, jako czynnik mający pobudzać też postęp ekologiczny, ekonomiczny – taką, stymulującą funkcję bardziej wypełni redystrybucja aktywna, oraz redystrybucja czynników tworzenia, niż redystrybucja dóbr konsumpcyjnych i pasywna. Jeżeli, zatem założyć jak wyżej (że redystrybucja ma również stymulować rozwój, oraz, że tę rolę wypełni raczej redystrybucja czynników tworzenia dóbr, a nie podział samych dóbr), to muszą się również nasunąć pytania: o redystrybucji jakich to czynników tu myślimy, lub, redystrybucję, jakich to czynników, dla zdobycia celu należy powiększać? A zatem, jakie w ogóle mamy czynniki rozwoju, postępu, wzrostu?

Dwa podstawowe to praca i kapitał. Dziś dochodzi trzeci czynnik: informacja, wiedza, technologia/SI (sztuczna inteligencja), nauka. One zawsze były czynnikami rozwoju, ale teraz ich znaczenie staje się szczególne w związku z wyższym etapem ich rozwoju. Lecz, czy nauka, wiedza itd., są samoistnymi i autonomicznymi czynnikami rozwoju? Wydaje się, iż są raczej „nową formą kapitału”, i „nową formą pracy”, nie zaś bytem samoistnym. Ale to jest temat do poruszenia przy innych okazjach.

Jeśli, więc mówimy o stymulującej rozwój i postęp roli redystrybucji, i widzimy możliwość realizacji tego zadania poprzez bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział czynników tworzenia, to siłą rzeczy musimy mieć na myśli powiększoną redystrybucję również pracy, która jest jednym z owych podstawowych czynników rozwoju. Na przykład: dzielenie się pracą, poprzez skracanie czasu (dnia, tygodnia) pracy. Lecz sprawa nie jest prosta. Bo w wyniku dynamicznego postępu nauki, technologii (komputeryzacji, robotyzacji, informatyzacji), pracy nie będzie przybywać, lecz przeciwnie – ubywać. Są w tej kwestii znane opracowania: o społeczeństwie1/5; 20 plus 80 i inne. Czy to oznacza, iż należy rezygnować, w bieżącej i średniookresowej działalności z poszukiwań możliwości sprawiedliwszego dzielenia czynnika/czasu pracy, na przykład poprzez skracanie dnia, tygodnia pracy? Oczywiście nie!

Jeśli jednak patrzeć perspektywicznie i respektować założenie, iż redystrybucja winna pobudzać, a nie hamować rozwój/postęp ekonomiczny, społeczny, ekologiczny, kulturowy, konieczne jest rozważenie problemu, zwiększonej redystrybucji innych niż praca czynników twórczych. Innych, zatem czynnika kapitału, a dokładniej – własności. Własności wytwórczej, usługowej, naukowej, finansowej, wiedzy i technologii, intelektualnej, SI, jak i również redystrybucji zasobów edukacji, kultury, zdrowia itp.

Sposobem na to są działania przebudowujące stosunki i strukturę społeczną, a w tym własnościową, w kierunku uspołeczniania własności, łączenia (syntezy) pracy i własności środków produkcji – między innymi poprzez – rozwijanie własności pracowniczej, spółdzielczej. Bardziej konkretne propozycje, dotyczące już praktycznej realizacji tych zagadnień – przebudowy stosunków i struktury społecznej/ własności zawiera opracowanie będące podstawą do napisania niniejszego tekstu.

Socjaldemokracja i liberalizm: stary spór w nowych odsłonach

Niedawne zawirowania w stosunkach między Nową Lewicą i Platformą Obywatelską skłaniają do ponownego zajęcia się sprawą programowych relacji między dwoma nurtami współczesnej myśli politycznej: socjalistycznym i liberalnym.

Ponad dwadzieścia lat temu w książce poświęconej perspektywom socjaldemokracji we współczesnym świecie („Socjaldemokracja wobec wyzwań XXI wieku”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 2000) podkreślałem nie tylko różnice, ale także punkty styczne między tymi dwoma nurtami demokratycznej myśli politycznej. Wracam do tej tematyki, gdyż nabrała ona w Polsce (a także w wielu innych państwach zagrożonych wznoszącą się falą nowego autorytaryzmu) szczególnego znaczenia.

Przez długie lata w polityce polskiej liberalizm pozostawał kierunkiem o marginalnym znaczeniu. W Drugiej Rzeczpospolitej nie istniała żadna licząca się partia polityczna o wyraźnie i konsekwentnie zaznaczonej orientacji liberalnej. Prawicy nacjonalistycznej, której głównym przedstawicielem była Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego, a w latach trzydziestych Obóz Narodowo-Radykalny, przeciwstawiał się zbudowany na kulcie Marszałka Piłsudskiego obóz sanacyjny, o wyraźnie autorytarnym, choć nie nacjonalistycznym, obliczu, a także rozbity na dwa skrzydła – socjalistyczne i komunistyczne – ruch robotniczy. Idee liberalne można było znaleźć w programach ugrupowań wchodzących w skład centrowej opozycji (Front Morges), ale były to ugrupowania słabe i pozbawione szerszego oparcia społecznego.

W okresie powojennym, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, opozycja demokratyczna odwoływała się do haseł liberalnych, bardziej zresztą w odniesieniu do wolności politycznych niż do wolności gospodarowania, ale hasła te w znacznej mierze przesłonięte były odwołaniem do nieskażonych treści socjalizmu, co szczególnie wyraźnie wystąpiło w „Liście do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. W czystej postaci liberalne koncepcje ekonomiczne głosili krakowscy liberałowie skupieni wokół Mirosława Dzielskiego, ale grupa ta nie miała szerszego oparcia społecznego i na ówczesny program opozycji demokratycznej nie wywarła znaczącego wpływu. Bardzo charakterystyczne jest to, ze w czasie prac ekonomicznego zespołu „Okrągłego Stołu” liberalne koncepcje ekonomiczne w ogóle nie odegrały jakiejkolwiek roli.

Dopiero po zmianie systemu liberalizm zdobył w Polsce silniejszą pozycję, co znalazło wyraz przede wszystkim w kierunku, w jakim poszły reformy gospodarcze, od nazwiska wpływowego wicepremiera i ministra finansów nazwane „Planem Balcerowicza”. Ówczesny rozkwit nurtu liberalnego nie był jednak wynikiem zakorzenienia się tego kierunku w społeczeństwie polskim, a choćby tylko w jego elicie intelektualnej, lecz był w znacznej mierze importowany z zewnątrz, zwłaszcza z USA i Wielkiej Brytanii, gdzie w tym czasie u szczytu powodzenia byli Ronald Reagan i Margaret Thatcher – dwoje przywódców politycznych bardziej niż inni pozostający pod wpływem tak zwanego neoliberalizmu ekonomicznego w wydaniu Szkoły Chicagowskiej Friedricha Hayeka (1899-1992) i Miltona Friedmana (1912-2006). Importowi idei neoliberalnych sprzyjało to, że będąca w fatalnym stanie gospodarka polska potrzebowała znacznego wsparcia nie tylko rządów, ale także instytucji finansowych z Zachodu, te zaś faworyzowały neoliberalne podejscie do gospodarki. „Liberalizm po komunizmie” – by posłużyć się tytułem znakomitego studium Jerzego Szackiego (Kraków”: Znak 1994)– był tyleż reakcją na negatywne aspekty poprzedniego systemu co odzwierciedleniem idei aktualnie dominujących na Zachodzie.
Dopiero dojście lewicy do władzy w wyborach 1993 roku stworzyło warunki dla sformułowania i wcielania w życie alternatywnej koncepcji przebudowy gospodarki w postaci „Strategii dla Polski” – podstawowej socjaldemokratycznej koncepcji reform gospodarczych sformułowanej przez Grzegorza Kołodkę. W latach 1993-2005 główną siłą polityczną stanowiącą przeciwwagę dla socjaldemokratycznej lewicy były Unia Demokratyczna i jej następca Unia Wolności, formacja utworzona w wyniku zjednoczenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – niewielką partią polityczną, która odegrała znaczącą rolę w krótkiej kadencji sejmowej 1991-1993, ale w wyborach 1993 roku nie weszła do Sejmu.

Unia Wolności nie była ugrupowaniem jednolitym ideologicznie, gdyż w jej szeregach obok zdeklarowanych liberałów znajdowali się tacy ludzie, jak Jacek Kuroń – do końca życia wierny swym socjalistycznym przekonaniom, a także lewicujący chrześcijańscy demokraci, których wyrazicielem był Tadeusz Mazowiecki. Ani jedni, ani drudzy nie byli jednak w stanie nadać ton polityce tej partii. Unia Wolności pozostawała amalgamatem o niejednoznacznym obliczu ideologicznym. Po wyborach prezydenckich 2000 roku skrzydło liberalne oderwało się od Unii Wolności tworząc (wraz z częścią polityków dawnej Akcji Wyborczej Solidarności) Platformę Obywatelską – pierwszą w polskiej historii silną i zdolną do rządzenia partię liberalną. Po klęsce wyborczej SLD w wyborach 2005 roku polityka polska została zdominowana przez konflikt między dwiema najsilniejszymi partiami wywodzącymi się z dawnej opozycji demokratycznej: liberalną Platformą Obywatelską i prawicowo-autorytarną partią „Prawo i Sprawiedliwość”.

Podział ten trwa nadal, choć dziś polityka polska nie jest już z w takim stopniu spolaryzowana na osi PiS-PO, jak to było w piętnastoleciu 2005-2020. Platforma Obywatelska osłabła, pojawił się – wokół Szymona Hołowni – nowy ruch polityczny o centrowym charakterze, do gry wróciła – jako trzecia siła parlamentarna – odrodzona lewica. O nowej sytuacji powstałej po opozycyjnej stronie sceny politycznej pisałem niedawno („Perspektywy polskiej opozycji”, Dziennik Trybuna, 5-6 maja br.) zwracając uwagę na wysoce szkodliwe konsekwencje konfliktów w łonie opozycji, której wspólnym , i w skali najbliższych dwóch-trzech lat najważniejszym, zadaniem jest położenie kresu szkodliwym dla Polski rządom Prawa i Sprawiedliwości a także usunięcie konsekwencji tych rządów, zwłaszcza w obszarze wymiaru sprawiedliwości.

Porozumienie głównych sił opozycyjnych wymaga poważnego podejścia do ideowych treści, na których opierają się główne formacje opozycyjne. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania opozycyjne, w tym zwłaszcza Platforma Obywatelska, stoją przed poważnym wyzwaniem, jakim jest określenie strategii – a nie tylko wybór doraźnej taktyki. Dotyczy to zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, w której dochodzi do najwyraźniejszego rozchwiania ideologicznego. To, w jakim kierunku ewoluować będzie Platforma Obywatelska, będzie w istotny sposób wpływało na jej rolę polityczną i na oblicze opozycji w Polsce. Obecny kryzys tej partii (list 51 parlamentarzystów krytykujących kierownictwo PO, usunięcie z niej dwóch wpływowych przedstawicieli prawego skrzydła tej partii, posłów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego, wystąpienie z partii posłanki do Parlamentu Europejskiego Róży Thun) wywołał falę komentarzy, w których mówi się wręcz o „pogrzebie Platformy” (Robert Walenciak” w „Przeglądzie”) lub o „końcu gry” (Dominika Długosz w „Newsweek Polska). Obecny kryzys w Platformie jest przejawem nie tylko niezadowolenia z powodu błędnej taktyki przywództwa Platformy, ale także poważnych rozbieżności ideologicznych mających swe źródło w dwoistości liberalizmu jako ideologii politycznej. Zdanie sobie sprawy z tych rozbieżności jest ważne między innymi dlatego, by do jednego worka nie wrzucać wszystkich liberałów, co przydarza się niektórym szczególnie krewkim krytykom z lewicy.

W drugiej połowie poprzedniego stulecia w państwach demokratycznego Zachodu ujawnił się istotny podział liberalizmu na nurty konserwatywny i progresywny. Ten pierwszy, zazwyczaj nazywany neoliberalizmem, kluczowe dla liberałów pojęcie wolności zdefiniował jako niczym nieograniczoną grę sił rynkowych, przy jak największym zredukowaniu roli państwa i odrzuceniu programu redukcji nierówności ekonomicznej i wynikającej z niej niesprawiedliwości. Nurt ten na bok odsuwał – jako rzekomo mniej istotne – prawa człowieka i postulat wolności rozumianej nie jako swoboda działań ekonomicznych, lecz jako prawo dokonywania wyborów życiowych bez ingerencji władzy państwowej. W skrajnych wypadkach neoliberałowie byli nawet gotowi wspierać krwawe dyktatury (jak chilijska dyktatura Augusto Pinocheta po zamachu stanu z września 1973 roku), chwaloną za to, że położyła kres „socjalistycznym eksperymentom” lewicy. Byli nawet tacy polscy liberałowie, którzy pielgrzymowali do Pinocheta, gdy był on czasowo zatrzymany w Wielkiej Brytanii.

Reakcją na wznoszącą się falę neoliberalizmu była wyraźna ewolucja części teoretyków liberalnych w stronę progresywnych wartości. John Rawls (1921-2002) w swej bardzo interesującej reinterpretacji ekonomicznej doktryny liberalizmu („Theory of Justice”) dowodził, że różnice ekonomiczne są usprawiedliwione tylko w takim stopniu, w jakim przyczyniają się do poprawy sytuacji najbiedniejszych. Zarówno on, jak Isaiah Berlin (1909-1997) głosili tezę , że państwo nie ma prawa narzucać obywatelom wierzeń religijnych czy norm moralnych. Tak rozumiany liberalizm koncentruje się nie na tematyce wolnego rynku, lecz na szeroko pojętych prawach człowieka, w tym na sprawiedliwości społecznej i na wolności sumienia.

Redefinicja liberalizmu zbiegła się w czasie z przemianami ideologicznymi na lewicy – najpierw w demokratycznych państwach Zachodu, później w dawnych państwach socjalistycznych. Odchodzeniu od ortodoksyjnie pojmowanej ideologii komunistycznej prowadziło – zwłaszcza w tych ostatnich – do ukształtowania się socjaldemokratycznej lewicy, łączącej socjalistyczne ideały sprawiedliwości społecznej z afirmacją niezbywalnych praw i wolności każdego człowieka. Na tej płaszczyźnie rysuje się możliwość współdziałania socjaldemokratów i liberałów, między którymi utrzymują się różnice (zwłaszcza w stopniu, w jakim akcentują postulaty sprawiedliwości społecznej i postulaty wolności), ale nie musi istnieć przepaść nie do pokonania.

W polskiej myśli politycznej problem ten najjaśniej widział i najbardziej konsekwentnie interpretował Andrzej Walicki (1930-2020), co niedawno interesująco zinterpretował jego przyjaciel Paweł Kozłowski („Spotkania z Andrzejem Walickim”, Warszawa: Książka i Prasa 2021). Walicki w ostatnich latach życia coraz wyraźniej ewoluował ku lewicy, podkreślał znaczenie takiej interpretacji liberalizmu, która kładąc nacisk na prawa człowieka i wolności polityczne spotyka się w swej drodze z na nowo zdefiniowanymi ideami demokratycznego socjalizmu. Ważnym elementem tego zbliżenia jest odrzucenie nacjonalistycznej koncepcji narodu, jako „wspólnoty krwi” i akceptacja takiej wizji więzi narodowej, w której sprawą centralną jest poczucie obywatelskiej wspólnoty.

Co z tego wynika dla praktycznej polityki? Przede wszystkim odrzucenie przekonania, że lewica jest organicznie skazana na konflikt z liberalizmem – każdym liberalizmem, a nie tylko z jego konserwatywnym, skrajnie wolnorynkowym wydaniem. Zrozumienie kierunku, w jakim ewoluuje nowoczesny liberalizm – liberalizm Rawlsa i Berlina, a w Polsce Walickiego – powinno pomagać w poszukiwaniu tego, co może łączyć lewicę i progresywne skrzydło liberałów. Z upływem czasu, gdy coraz mniej będą się liczyły wspomnienia z przeszłości, rosnąć powinno znaczenie tego, co wspólne w tych dwóch nurtach ideowych.

Nie jest, rzecz prosta, pewne, czy w Platformie Obywatelskiej progresywne rozumienie liberalizmu weźmie górę nad wciąż silnymi ciągotami neoliberalnymi. Są jednak pewne sygnały, że taka ewolucja powoli się dokonuje. Platforma Obywatelska rewiduje obecnie swój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do ustawy antyaborcyjnej – najbardziej (poza Maltą) restrykcyjnej w całej Unii Europejskiej. Spotyka się to z oporem skrzydła konserwatywnego, ale zarazem stanowi sygnał, że coś się w tej partii zmienia. Zmianie ideologicznej w PO sprzyjać powinna dość wyraźna ewolucja na lewo młodego pokolenia. W tym samym kierunku działać będzie konflikt z rządzącą prawicą – coraz bardziej odwołującą się do najbardziej konserwatywnych koncepcji ideologicznych i niemal jawnie hołubiącej faszyzujących nacjonalistów. Zarazem jednak ta ewolucja Platformy Obywatelskiej rodzi opór w szeregach jej najbardziej konserwatywnych działaczy Nie wiem, co z tego wyniknie: zahamowanie przemian, dalsza ewolucja programowa, czy rozłam. W każdym jednak razie politycy lewicy powinni bacznie obserwować przemiany zachodzące w do niedawna jeszcze najsilniejszej partii opozycyjnej i być gotowi na takie przedefiniowanie wzajemnych relacji, jakie może stać się realne jeśli w Platformie górę weźmie progresywne rozumienie idei liberalnych.

Idzie młodość

Zwrot ku młodym wyborcom ma być dla Lewicy sposobem na przełamanie i zdecydowaną poprawę sondażowych notowań, które dziś nie przekraczają 10 proc. Paradoksalnie po wielkim proteście kobiet najbardziej rosną słupki nie socjaldemokratów, którzy od początku solidaryzowali się z postulatami demonstrantek, a Polski 2050 katolickiego celebryty Hołowni.

Nadzieję daje parlamentarnej Lewicy sondaż nastrojów wśród Polek i Polaków w wieku 18-24 lat, gdzie po raz pierwszy od 20 wygrała, i to zdecydowanie, tożsamość lewicowa. Socjaldemokratom pozostaje przekonać tę grupę, że tylko głos na lewicę daje szanse wdrożenia rozwiązań, o których marzy młodzież.

Czy konserwatywni liberałowie z PO będą w stanie zadziałać „wbrew wolnemu rynkowi”, budując tanie mieszkania? Czy którakolwiek z prawicowych partii odważy się zadrzeć z Kościołem w sprawach aborcji, edukacji seksualnej czy związków partnerskich, albo czy jest żywo zainteresowana przeciwdziałaniem katastrofie klimatycznej? Mówcy na lewicowej konwencji, aktywistki i aktywiści lewicowych młodzieżówek, nie mieli wątpliwości, jakie są odpowiedzi na te pytania. Teraz czas na przekonanie ich mniej politycznie aktywnych i świadomych rówieśników. A mają się do czego odwoływać – doświadczenia młodych ludzi w kapitalistyczno-katolickiej Polsce naprawdę mogą skłaniać do marzenia o zmianach.

Mówił o tym na konwencji Henryk Wójtowicz, 20-letni aktywista Młodych Razem.

– Mam 20 lat, za sobą trzy lata dorywczej pracy łączonej z nauką. Pracowałem dotąd w pięciu miejscach, jako asystent w biurze, korepetytor, sprzedawałem fajerwerki, byłem recepcjonistą w hotelu. Cztery z pięciu prac wykonywałem na umowę-zlecenie, na korepetycje nie miałem żadnej umowy. Dla nas umowa o pracę to taki dziwny stwór, każdy o nim słyszał, mało kto widział – podsumował. Sekundował mu Bartosz Sieniawski, działacz Czerwonej Młodzieży, czyli młodzieżowej organizacji PPS. -– Wysokie czynsze, małe metraże. Każdy z nas musi gdzieś mieszkać. Ze strony rządu nie ma żadnej alternatywy dla patodeweloperki. W mediach są przecinane wstęgi, zapowiadane programy, które są porzucane. Nie ma żadnego rozwiązania kryzysu mieszkaniowego – mówił o kolejnym kluczowym problemie młodego pokolenia.

Uczestnicy zapowiadali, że mają jeden ważny przekaz dla wszystkich rozczarowanych rządami koalicji Zjednoczonej Prawicy – “Zrobimy to lepiej!”. „Lewica będzie o wiele lepiej zarządzać naszym krajem!”. „Dość państwa z kartonu!”.

– Dlaczego wybieram Lewicę? Bo Lewica nie jest głucha na potrzeby ludzi, niezależnie od grupy społecznej. Lewica słucha przede wszystkim osób młodych, dając im niesamowitą platformę do rozwoju – powiedziała Oliwia Jankowiak, uczennica technikum weterynaryjnego.

Przedstawiamy w całości dziesięciopunktowy program Lewicy dla młodzieży, ale nie tylko, który został zaprezentowany w finale sobotniej konwencji.

1. Prawo do aborcji
Polki muszą mieć prawo do decydowania o własnym ciele, to nie może być decyzja biskupów czy polityków. Dlatego złożyliśmy ustawę legalizacji aborcji do 12 tygodnia. Najważniejsze jest zdrowie i życie kobiety. Za rządów lewicy aborcja będzie dostępna.

2. Neutralność klimatyczna
Polska musi być czempionem, a nie hamulcowym. UE zakłada neutralność klimatyczna do 2050 r. Polska powinna być zielonymi płucami Europy. Musimy dawać przykład. Dlatego musimy starać się dojść w Polsce do neutralności klimatycznej jak najszybciej i realizować Europejski Zielony Ład.

3. Koniec ze śmieciówkami
Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze dla wszystkich zatrudnionych, w tym prawo do ochrony zdrowia, do urlopu, do zabezpieczenia społecznego. Każda praca będzie uprawniała do korzystania z tych praw – niezależnie od tego, czy pracownik zatrudniony jest na podstawie umowy o pracę, zlecenia, o dzieło czy też prowadzi indywidualną działalność gospodarczą. I tak będzie za rządów Lewicy.

4. Szkoła bez religii
Wycofamy religię ze szkół, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekażemy na dodatkową naukę języka angielskiego. Szkoła powinna być świecka.

5. Tanie mieszkania na wynajem
Szwecja zbudowała milion publicznych mieszkań. Potrzebujemy ambitnego planu. Założymy publiczne przedsiębiorstwo, które w ciągu 10 lat zapewni milion mieszkań na terenach należących do Skarbu Państwa. Koszt najmu nie będzie przekraczał 20 zł za m2. Państwo nie będzie sprzedawać mieszkań za więcej niż koszty budowy. Mieszkania będzie można kupić na raty z maksymalnym oprocentowaniem 3 proc.

6. Nauka, nie propaganda
Koniec z indoktrynacją i prawicową polityką historyczną. Nie – dla matury z religii. Nie możemy się zgadzać na ideologiczne pomysły. Szkoła ma kształcić świadomych obywateli, a nie działaczy PiS-u. Ministerstwo Edukacji powinno współpracować z nauczycielami, z rodzicami, z ekspertami, a nie z biskupami.

7. Równość małżeńska
Miłość to miłość. Wprowadzimy równość małżeńską i związki partnerskie dla wszystkich. Osoby wstępujące w związek partnerski w Urzędzie Stanu Cywilnego będą miały zagwarantowane prawo do między innymi uzyskania informacji medycznej, odwiedzin w szpitalu, dziedziczenia. Koniec z dyskryminacją, czas na równe prawa.

8. Psycholog w każdej szkole
Wspieramy postulaty młodych ludzi o to, by psycholog był w każdej szkole. Pandemia pokazała, że to bardzo ważne. Popieramy ustawę, nad którą zbierane są podpisy w całej Polsce. Za rządów Lewicy ta ustawa już dawno byłaby wprowadzona, bo my na Lewicy wiemy, ze nie można oszczędzać na zdrowiu i życiu dzieci.

9. Edukacja seksualna i antydyskryminacyjna
Wprowadzimy obowiązkowy, wolny od ideologicznych nacisków przedmiot, który będzie koncentrować się na przekazaniu rzetelnej wiedzy o zdrowiu i seksualności człowieka, stosownie do stopnia dojrzałości młodych ludzi. Wprowadzimy edukację antydyskryminacyjną tak, by hejt nie doprowadzał do tragedii.

10. Zielona energia
Dofinansujemy wymianę 2 milionów domowych pieców węglowych na nowoczesne, bezemisyjne instalacje grzewcze w ciągu 15 lat. W ciągu 15 lat będziemy mieć najczystsze powietrze w tej części Europy Wprowadzimy dofinansowania paneli słonecznych czy pomp ciepła.

Lewicowe marzenie albo śmietnik historii

Oto ostatnie zadanie ludzi SLD: Lewica, formacja którą tworzą SLD i Wiosna, w 2021 musi przedstawić Polkom i Polakom jasny, czytelny program – ofertę polityczną. Lewicową, atrakcyjną dla obywateli wizję Polski po covidzie, Polski po rządach PiS. Wizji w perspektywie 10-20 lat.

Lewica nie może tak jak PO/KO prowadzić polityki reaktywnej, polityki jedynie odpowiadającej wieczną krytyką na działania PiS. Czekania i reagowania na inicjatywy PiS To jest politycznie bezproduktywne i męczące w odbiorze dla obywateli. Polacy nie chcą Polski Kaczyńskiego, ale i nie chcą powrotu Polski Tuska.

Lewica, może i musi przedstawić alternatywną, przemyślaną, kompleksową wizję nowoczesnej, progresywnej silnej Polski, w silnej Europie, wizji odpowiadającej na wyzwania XXI w.

Program partii Lewica, winien być programem socjaldemokratycznym. Radykalizm lewicowy i światopoglądowy należy pozostawić naszym sojusznikom z partii Razem. Lewica , mając zabezpieczoną „lewicową flankę” , przez lojalnego sojusznika – Razem, musi stoczyć walkę w politycznym przeciwnikiem, jakim jest PO/KO o elektorat centro-lewicowy w tym liberalno progresywny.

Program partii Lewica powstać może i powinien w oparciu o eksperckie grona SLD i ludzi z nią związanych. Działaczy i sympatyków SLD mających doświadczenie i wiedzę w pracy państwowej, nie zastąpią idealiści snujący wizje przy sojowym late. Pisząc o programie mieszkaniowym trzeba znać realia branży i możliwości państwa, pisząc o czystej energii , trzeba znać się na polskiej energetyce, jej stanie i kosztach technologii. Pisząc o nowoczesnych usługach publicznych trzeba znać się na zarządzaniu szpitalami i znać realia polskiej służby zdrowia i oświaty.

Nie można na ślepo przepisywać programu zachodnich socjaldemokracji, bo owe formacje wykonały w latach 70-80-90 tych XXw , lewicowe zadania na rzecz swoich społeczeństw, których polska lewica nie zrealizowała. Polskie społeczeństwo i gospodarka jest w innym miejscu niż społeczeństwo i gospodarka Francji, Niemiec czy Szwecji.

Niestety, wyrugowanie przez PO, nie mówiąc o PiS, ludzi lewicy z struktur zarządzania państwem, sprawia, że tylko dojrzali Koleżanki i Koledzy z SLD i jej sympatycy w świecie nauki i bussinesu są nośnikami wiedzy i doświadczenia zarządzania krajem, w układzie strategicznym. Nic i nikt Nas, dojrzali Koleżanki i Koledzy z SLD w tym dziele nie zastąpi.
Dlatego wzywam do rozpoczęcia prac programowych przed zwołaniem Konwencji Programowej na której odpowiemy jako Lewica na podstawowe pytania:

1. Z czego ma płynąć dla wyborców nowa nadzieja i poczucie szans na przyszłość, aby głosowali na lewicę?
2. Jakie pola sprawiedliwości społecznej przetrwały i je wzmocnimy, a jakie zobowiązujemy się ustanowić?
3. Czy we wspólnocie poglądów mamy jasne kryteria przemian w strukturze dochodowej społeczeństwa, w strukturze dostatku i biedy, zasad polityki klimatycznej czy postulatów w zakresie emancypacji kobiet?
4. Jaki model konsumpcji preferujemy?
5. Na jakie społeczne zaplecze chcemy liczyć i oddziaływać w sposób trwały, a jakie zdobywać okazjonalnie wedle zaistniałych możliwości?
6. Jaka ma być rola Polski i jej miejsce w radykalnie zmieniających się na naszych oczach: Unii Europejskiej i Świecie?

To nie a sprawy wybrane na chybił trafił, one są wpisane w istotę socjaldemokracji.

Niesienie nadziei – bez demagogii, walka o sprawiedliwość społeczną – bez populizmu, lansowanie konsumpcji zbiorowej – bez narzuconego kolektywizmu, przeciwdziałanie rozchodzeniu się biegunów bogactwa i nędzy, bez zacietrzewienia walki mas z elitami.

Krzysztof Janik w niedawno opublikowanym artykule na łamach Trybuny nawołuje oddać władzę na lewicy młodym, bo nową Polskę będą budowały młode pokolenia! Krzyś, gdy po raz pierwszy nawoływałeś, wybraliśmy zamiast Oleksego, młodszego 3 miesiące Leszka Millera. Po raz drugi apelowałeś, wybraliśmy Olejniczaka, dziś manager sektora bankowego, poza polityką. Po raz trzeci, był młody Grzegorz Napieralski, dziś senator PO, który sprzedał Rozbrat, czyniąc z SLD bankruta pozbawionego prawie majątku. Ekonomicznie dopiero nas Czarzasty próbuje odbudowywać.
Osobiście przychylam się do tezy, że „młodość to nie zaleta, a dojrzałość to nie wada”. Pracujmy nad programem, a w tej pracy niech zapał młodości wzbogaca „siwy włos” doświadczenia , dojrzałych państwowych działaczy SLD. To ważne historyczne zadanie jakie w 2021 kadra SLD powinna wykonać. Program – Lewicy, lewicowej socjaldemokratycznej wizji Polski na najbliższe 20 lat. Inaczej usłyszymy słowa wypowiedziane przez Lwa Trockiego do mienszewików: „Jesteście bankrutami. Odegraliście już swoją rolę. Odejdźcie tam, gdzie jest wasze miejsce – na śmietnik historii”

Rząd obniżył sobie pensje

Socjaldemokratyczna premier Nowej Zelandii Jacinda Ardern ogłosiła, że przez najbliższe pół roku ona sama i członkowie jej gabinetu obniżą swoje pensje o 1/5. Gest solidarności ma być wstępem do ogłoszenia planu walki z kryzysem wywołanym przez pandemię.
W wystąpieniu do obywateli Jacinda Ardern stwierdziła, że trudno o lepszy czas na redukowanie nierówności, niż czas kryzysu. Zapowiedziała też, że ona i jej ministrowie dadzą przykład. Gdy ograniczenia związane z pandemią uderzają także w Nowozelandczyków, zaczynają się zwolnienia i obniżki płac, rząd w geście solidarności obniży również swoje wynagrodzenia. Ardern, jej ministrowie oraz szefowie państwowych urzędów przez najbliższe pół roku będą zarabiać o 20 proc. mniej.
Premier Nowej Zelandii zrezygnuje łącznie z kwoty ponad 47 tys. dolarów nowozelandzkich, wicepremier – z ponad 33 tys. dolarów, ministrowie oddadzą do państwowej kasy po blisko 27 tys. Do gestu szefowej rządu zamierza przyłączyć się lider opozycji Simon Bridges, a także Ashley Bloomfield, szefowa krajowego departamentu zdrowia.
Bez dobrze skonstruowanego planu antykryzysowego solidarnościowy gest może jednak stać się gestem pustym. Analitycy prognozują, że przedłużenie rygorystycznych ograniczeń w poruszaniu się może doprowadzić do utraty pracy nawet przez 25 proc. populacji Nowej Zelandii (obecnie bezrobocie na wyspach jest niskie i wynosi 4 proc.). Na razie Nowozelandki i Nowozelandczycy, którzy nie pracują w kluczowych branżach, siedzą przymusowo w domach od trzech tygodni. Mogą wychodzić tylko w celu załatwienia niezbędnych spraw i na krótki spacer. Na Covid-19 zachorowało 1300 osób, zmarło dziewięć.

Czas na lewicową „Doktrynę szoku”!

Po wybuchu obecnego kryzysu związanego z pandemią koronawirusa COVID-19 wielu zaczęło przytaczać „Doktrynę szoku” Naomi Klein jako przepowiednię radykalnych neoliberalnych reform, które mogą zostać wprowadzone w czasie społecznej dezorientacji. Czy słusznie?

Warto zaznaczyć, że dotychczasowe działania rządu Zjednoczonej Prawicy nie wskazują na to, by obecnie była przygotowywana reforma prywatyzacji służby zdrowia czy też szkolnictwa, a to właśnie z tego znane były prawicowe rządy, które wykorzystały wszelkiej maści kryzysy do urynkowienia i sprywatyzowania wszystkiego co się da w czasie traumy związanej z wojną, zamachem stanu czy kataklizmem. A tak działo się w Chile po zamachu stanu Pinocheta, Stanach Zjednoczonych po zamachach 11 września 2001 roku, Iraku po agresji anglo-sasko-słowiańskiej w 2003 roku czy po Tsunami, które w 2004 roku spustoszyło wybrzeże Indonezji, Sri Lanki oraz Indii. Także w wyniku Planu Balcerowicza oraz szoku zmiany systemu przez Polskę przetoczył się prywatyzacyjny walec, który na końcu swojej drogi pozbawił pracy 3 miliony ludzi. Jednak, jak słusznie zauważa Naomi Klein, ludzie z czasem stają się szokoodporni i nie tak łatwo dają się zaskoczyć neoliberalnym legislatorom, którzy tylko czyhają, by dokonać prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat.

W 2020 roku sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Co prawda pojawiają się postulaty użycia obecnego kryzysu do likwidacji programu 500+, 13 emerytury czy podwyższenia wieku emerytalnego, czyli najbardziej socjalnych programów wprowadzonych przez rząd Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, ale są to głosy bardziej tragi-komiczne, które kojarzymy z pociesznym Ryszardem Petru. Obecny koronakryzys po raz kolejny udowodnił, że neoliberalizm jest ideologią fałszywą, utopijną, która nie znajduje zastosowania w czasach trudnych, niespokojnych i niebezpiecznych. W momencie próby, czy jest to krach finansowy w 2008 roku, czy zagrożenie epidemiczne 2020 roku szamani wolnorynkowego kapitalizmu uciekają w popłochu pod płaszcz państwowych gwarancji i pomocy.

I właśnie ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastosowanie naszej, socjaldemokratycznej „Doktryny szoku”, szczególnie że rynkowcy i prywatyzatorzy są pogubieni, stracili orientację, nie są w stanie sprawnie reagować na spektakularny renesans państwa w czasie zarazy. W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy. Blisko 3 miliony zatrudnionych na śmieciówkach być może teraz zrozumie, że „elastyczne” formy zatrudnienia niosą za sobą olbrzymie ryzyko, które jest niezwykle realne, szczególnie kiedy traci się możliwość pracy z dnia na dzień. Delegalizacja tych form zatrudnienia jest naturalną lekcją z tego kryzysu i dobrze, by lewica parlamentarna oraz związki zawodowe mówiły nieustannie o tym, że czas powszechnego stosowania umów o dzieło, zlecenia i samozatrudnienia zamiast umów o pracę się skończył. Tak samo przy pomocy publicznej dla przedsiębiorstw należałoby wprowadzić zasadę pierwszeństwa dla tych firm, które nie unikały płacenia podatków, nie zatrudniały swoich pracowników na śmieciówkach, a Państwowa Inspekcja Pracy nie miała żadnych zarzutów w kontekście przestrzegania prawa pracy oraz BHP. Europejskie standardy pomocy publicznej powinny być nagrodą dla tych firm, które prowadzone są w cywilizowany i europejski sposób, a nie stosowały „optymalizację” podatkową poprzez unikanie ich płacenia oraz oszukiwania swoich pracowników oraz państwa. Następną kwestią jest służba zdrowia. Skoro Państwo Polskie stosuje poza konstytucyjną zasadę wydawania 2 proc. PKB na obronność, dlaczego Polski nie byłoby stać na przeznaczanie 8 proc. na ochronę zdrowia, w tym na radykalne podwyższenie wynagrodzeń dla lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego? Dzisiaj niemal wszyscy nazywają ich bohaterami, a jeszcze wczoraj niektórzy krzyczeli do protestujących lekarzy rezydentów „Niech jadą”. To samo dotyczy policjantów, żołnierzy, strażaków, pracowników sanepidu. Wszyscy Oni powinni zarabiać godnie, co najmniej średnią krajową, a prestiż ich zawodów powiem być wspierany przez państwo wszystkimi możliwymi sposobami, zaczynając od edukacji, przez kulturę kończąc na telewizji.

Obecny koronakryzys zmieni nasz świat, doprowadzi do olbrzymich problemów gospodarczych całego świata, które najbardziej poobijają tych, którzy znajdują się najniżej drabiny społecznej. Czas „taniego państwa minimum” mija, dobrze byśmy wyszli z tego chaosu z przeświadczeniem, że fundamentalizm rynkowy nie jest „pozą” intelektualną, lecz stanowi fundamentalne zagrożenie dla naszego zdrowia i życia. Dlatego kiedy będzie już widać firmament końca zagrożenia epidemicznego wyślijmy na tamten świat praktykę neoliberalizmu. Dla nas samych oraz dla wszystkich przyszłych pokoleń!

Debata: Nowy Zielony Ład

Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, Fundacja Global.Lab oraz Fundacja im. Friedricha Eberta zapraszają na dyskusję panelową pt.„Green New Deal – socjaldemokratyczna strategia dla Europy?”,
która odbędzie się 13 marca br. o 18:00 w Bibliotece Głównej Województwa Mazowieckiego na ul. Koszykowej 26/28 w Warszawie.
Jak łączyć politykę klimatyczną ze sprawiedliwością społeczną i efektywnością gospodarczą? Czy Green New Deal jest lub może być socjaldemokratyczną strategią rozwoju? Czy może być szansą na programowe odrodzenie socjaldemokracji?
Na te i inne pytania będziemy szukać odpowiedzi podczas dyskusji, w której udział wezmą:
MARCELINA ZAWISZA – posłanka na Sejm RP, członkini zarządu partii Lewica Razem;
MATTHIAS JOBELIUS – dyrektor departamentu Europy Środkowej i Wschodniej Fundacji im. Friedricha Eberta w Berlinie;
PRZEMYSŁAW KOPERSKI – poseł na Sejm RP (SLD/Nowa Lewica), wiceprezydent Częstochowy w l. 2010-2014;
RAFAŁ WOŚ – dziennikarz, publicysta („Tygodnik Powszechny”, „Dziennik Gazeta Prawna”), autor książek, m.in.: „Dziecięca choroba liberalizmu”, „To nie jest kraj dla pracowników”.
Moderacja: Michał Syska (OMS im. Lassalle’a).
Dyskusja będzie tłumaczona na język polski i niemiecki. Rejestracja: biuro@lassalle.org.pl.

Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.

30 lat temu

27 – 30 stycznia 1990 r. w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki obradował kongres założycielski nowej partii lewicowej, wyłaniającej się z rozwiązanej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Miałem honor uczestniczyć w tym ważnym dla Polski wydarzeniu.

Po długich dyskusjach przyjęliśmy nazwę Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Utworzenie struktur tej partii w całym kraju było niewątpliwie największym procesem transformacji ideowej polskiej lewicy w XX wieku. Procesem trudnym, długim, ale skutecznym.
W naszej kulturze przyjęte jest celebrowanie okrągłych rocznic ważnych wydarzeń. To również nie powinno zostać zapomniane – tym bardziej, że następca i spadkobierca SdRP w zamieszczonym na swojej oficjalnej stronie internetowej dokumencie „Niezbędnik historyczny lewicy” nie zauważa w ogóle istnienia takiej formacji. Powstanie i losy SdRP stanowią źródło wielu różnych refleksji.

Niesłusznie bito w lewicę

Stosunek do SdRP jest surowym, ale rzetelnym weryfikatorem wszelkiego rodzaju sloganów, deklaracji o polityce historycznej lewicy, o obronie osiągnięć Polski Ludowej i ludzi, których były dziełem. Prawica oraz postsolidarnościowa lewica szybko obłożyły nową partię swoistą anatemą, czyniąc z niej organizację ponoszącą odpowiedzialność za zbrodnie reżimu stalinowskiego i wszelkie zło okresu Polski Ludowej. Pomimo wielokrotnych publicznych przeprosin głoszonych w imieniu partii przez jej przewodniczącego Aleksandra Kwaśniewskiego, który nota bene przyszedł na świat po śmierci radzieckiego satrapy, szybko zdobyła popularność teza, że „SdRP mniej wolno”. Teza wygłoszona z trybuny sejmowej ochoczo podjęta została przez media dając sygnał, że owszem, mamy już demokrację, ale nie dla wszystkich. Skutki tego fatalnego błędu elit, które w 1989 r. przejęły odpowiedzialność za Polskę dramatycznie wręcz odczuwamy dzisiaj, kiedy z tej wyśnionej demokracji zostały już strzępy, kiedy demokrację pozbawiono jej jądra, to jest woli większości, by jej bronić. Kiedy pozbawiono demokrację jej istoty, to jest poszanowania dla mniejszość, zwulgaryzowano procedury demokratyczne do zasad: zwycięzca bierze wszystko i zwycięzcy nikt nie sądzi.

Partia powstała z debaty

Wbrew utartemu przez mainstream poglądowi powstanie SdRP nie było aktem „przemalowania”. W istocie było finałem wewnątrzpartyjnych dyskusjach, jakie w PZPR toczyły się zawsze, w różnych formach, które, po tragicznych wydarzeniach 1970 roku, przybrały formę tak zwanych „poziomek”, czyli poziomych porozumień i spotkań dyskusyjnych organizacji partyjnych poza oficjalną pragmatyką. Spotkania i struktury poziome uaktywniły się w momencie zalegalizowania NSZZ „Solidarność”, które było oczywiście przełomowym wydarzeniem dla polskiej sceny politycznej. Jako przedstawiciel Komitetu Uczelnianego PZPR Politechniki Wrocławskiej uczestniczyłem w spotkaniach dwóch takich struktur: akademickiej i akademicko-przemysłowej. To były niezapomniane spotkania, między innymi na SGH w Warszawie czy w Hucie Miedzi Głogów, spotkania otwarte dla wszystkich, przesiąknięte głęboką troską o Polskę. I trzeba jasno powiedzieć: idea podzielenia się władzą, zasada tyle socjalizmu ile akceptacji w demokratycznych wyborach wcale nie była dominującą. Tym większy szacunek należy się Mieczysławowi Rakowskiemu, który podjął się dzieła gruntownych reform systemu politycznego i gospodarczego Polski. To z tych ruchów poziomych wyłoniły się główne postaci Kongresu Założycielskiego SdRP.

Entuzjazm był wielki

Tylko niewielka część członków PZPR wstąpiła do nowej partii – z pewnością, z różnych względów, nie wszyscy ci, którzy popierali ustrojowe przemiany. Ale też wstąpienie było aktem indywidualnym, aktem deklaracji poparcia dla demokratycznych zmian i ustroju kraju. Do SdRP wstępowali też ludzie młodzi – pracownicy, studenci. Szybko we Wrocławiu powstała młodzieżowa organizacja: Socjaldemokratyczna Frakcja Młodych, która wnet stała się organizacją ogólnokrajową. Atmosfera tych pionierskich lat była wspaniała. Nikt nie liczył czasu ani wysiłku. Organizowaliśmy kampanie wyborcze, demonstracje – w tym pierwszomajowe, wydawaliśmy ulotki, broszury, gazetki. Rada Wojewódzka wydawała miesięcznik TAMA, który w nakładzie 3000 – 6000 egzemplarzy rozchodził się w województwie i poza nim. Młodzi wydawali swoją BIBUŁĘ. Właśnie ci ludzie przyjęli „na klatę” wściekłe, bezpardonowe ataki postsolidarnościowych „zwycięzców”.
Dziś, gdy postsolidarnościowe elity doprowadziły do krytycznego kryzysu demokracji w Polsce, kiedy odradzają system autorytarny, członkowie-założyciele SdRP mogliby czuć się oszukanymi – przecież nie oto chodziło! Ale tak z pewnością nie jest. Demokracja w Polsce wymaga dzisiaj obrony i jestem pewien, że członkowie – założyciele stoją po właściwej stronie. Dziś nie można w wiarygodny sposób kreować się na obrońcę dorobku Polski Ludowej bez docenienia wysiłków tych liderów PZPR, którzy do transformacji doprowadzili, jak również wysiłku tysięcy ludzi polskiej lewicy, którzy nową, socjaldemokratyczną partię tworzyli.

Pamiętajmy i patrzmy w przyszłość

Niedawna zaproponowałem w Internecie utworzenie Grupy „SdRP 001”, zrzeszającej członków-założycieli, noszących legitymacje o jednakowym numerze 001. O przyjęcie do grupy zaczęli wnosić również koledzy, którzy wprawdzie nie byli delegatami na Kongres, ale którzy czynnie angażowali się w tworzenie struktur nowej partii w 1990 r. Swoją prośbę o członkostwo grupy jeden z kolegów, wówczas młody student, dzisiaj uznany autorytet naukowy, prośbę swoją uzasadnia tym, że jego zdaniem „SdRP była jedyną, prawdziwą organizacją lewicową lat 90-tych”. 30-ta rocznica utworzenia SdRP powinna być okazją nie tylko do przypomnienia samego Kongresu, ale i do przypomnienia tych trudnych, pionierskich dla nowej polskiej lewicy lat. Proponuję, aby Sojusz Lewicy Demokratycznej zorganizował w najbliższym możliwym terminie ogólnopolskie seminarium poświęcone powstaniu Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, by zaprosić na nie zarówno członków – założyciel partii, oraz tych, którzy w jej tworzenie czynnie się zaangażowali. Z pewnością nie będzie takie seminarium spotkaniem nostalgicznym. My, członkowie-założyciele SdRP zawsze patrzymy w przyszłość.

Socjaldemokracja RP – refleksje na trzydziestolecie

Niespełna dziesięcioletni okres działania SdRP zapisał się w historii polskiej lewicy jako okres trudnej, ale owocnej walki o odrodzenie, by wartości demokratycznego socjalizmu nie zostały pogrzebane i by w nowych warunkach suwerennego, demokratycznego państwa lewica odegrać mogła znaczącą rolę.

Mija właśnie trzydzieści lat od dnia, gdy w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury delegaci na ostatni (XI) zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej powołali do życia nową partię polskiej lewicy: Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP).Wiele zmieniło się od tamtego stycznia 1990 roku – w świecie, w Polsce, na lewicy. Pokolenie, które tworzyło SdRP, ustępuje dziś miejsca nowemu, urodzonemu lub co najmniej wychowanemu już w nowych warunkach. Temu normalnemu procesowi towarzyszyć jednak powinna refleksja nad przebytą drogą, ważna nie tylko ze względów sentymentalnych, ale także – a raczej przede wszystkim – z uwagi na nauki, które płyną z przeszłości.
Wracam do wydarzeń sprzed trzydziestu lat jako jeden z uczestników ostatniego zjazdu PZPR, założycieli nowej partii lewicy i jako członek jej władz naczelnych przez cały okres istnienia SdRP. Jest to więc obraz subiektywny, choć mam nadzieję, że osobisty aspekt tych refleksji nie zaciąży na ich obiektywizmie.

Skąd przyszliśmy?

Socjaldemokracja RP powstała z woli większości delegatów na ostatni zjazd PZPR, była więc – czego nigdy się nie wypieraliśmy – tamtej partii kontynuacją. Nie była to jednak kontynuacja mechaniczna, zwykła zmiana szyldu. Choć nową partię lewicy zakładali działacze dawnej PZPR, to jednak była to partia nowa: tak pod względem organizacyjnym, jak i programowym. Wyrastała z tego, co w PZPR było najbardziej wartościowe: z nurtu reformatorskiego, który w PZPR nigdy nie był nurtem dominującym, ale trwał przez cały okres jej istnienia a w momentach wielkich przełomów (1956, 1980-81, 1989) odgrywał znaczącą rolę. Nurt reformatorski w PZPR był bez porównania silniejszy i trwalszy niż podobne nurty w innych partiach ówczesnego bloku państw socjalistycznych. Tam, jeśli w ogóle istniały, były przejściowymi efemerydami (np. w Czechosłowacji w połowie lat sześćdziesiątych). Wyjątkiem – ale bardzo ważnym – było pojawienie się silnej grupy reformatorskiej w kierownictwie KPZR, ale nastąpiło to dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy Michaił Gorbaczow umocnił swą pozycję.

W PZPR reformatorskie skrzydło było bez porównania silniejsze i miało znacznie dłuższą historię, na co złożyły się trzy okoliczności. Pierwszą była pozycja byłych socjalistów, którzy po wojnie odtworzyli Polską Partię Socjalistyczną, a po wymuszonym zjednoczeniu obu partii robotniczych w 1948 r. zachowali stosunkowo znaczne wpływy. Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Adam Rapacki, Julian Hochfeld, Henryk Jabłoński – to bardzo ważni politycy tamtego okresu, który kierowali się tym, co jeden z nich (Hochfeld) nazwał „socjalistycznym realizmem” a co oznaczało uporczywe działanie na rzecz takiej polityki, która respektując warunki pojałtańskie zmierzałaby do uczynienia „polskiej drogi do socjalizmu” możliwie bliską humanistycznym ideałom. Wpływy tej grupy poważnie wzrosły po śmierci Stalina i podjęciu w ZSRR próby częściowej rewizji stalinowskiego modelu dyktatury. Ludzie ci wchodzili w życie polityczne przed wojną. W Polsce Ludowej mieli swych uczniów i następców w młodszym – moim – pokoleniu. Dla mnie na przykład najważniejszym politycznym nauczycielem był Julian Hochfeld. Ta rola dawnych socjalistów powodowała, że ich wpływ na klimat polityczny w PZPR przetrwał zmianę pokoleniową.

Drugą grupą reformatorów byli pragmatycznie i patriotycznie nastawieni działacze nieco młodszego pokolenia – tego, którego działalność polityczna zaczęła się w latach wojny. To pokolenie nazwałbym – z uwagi na najwybitniejszego jego przedstawiciela – pokoleniem Jaruzelskiego. On sam i wielu mu podobnych doszło do akceptacji Polski Ludowej nie w wyniku olśnienia ideologiczną wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji przemyślenia nauk płynących dla Polski z wielkiej wojny, która dla tego pokolenia była najważniejszym, formacyjnym wydarzeniem historycznym.
Trzecią wreszcie formacją reformatorów byli pragmatycznie nastawieni partyjni inteligenci, bardzo liczni w środowiskach ekonomicznych i technicznych, dla których bardziej od ideologii liczyły się realia, zwłaszcza gospodarcze. Te zaś skłaniały do rewidowania ideologicznych dogmatów. Nieformalnym organem tego środowiska stała się „Polityka”. Na rzecz nurtu reformatorskiego działały przemiany pokoleniowe. Już pod koniec lat sześćdziesiątych wyraźnie zarysowała się tendencja do pokoleniowej „zmiany warty” w kierownictwie PZPR. W pełni dokonała się ona czasie „gierkowskiej dekady”.

Nurt reformatorski miał swoje dobre i złe okresy. Jego wielkim sukcesem był rok 1956 – „Polski Październik”, nie bez racji uznany w świecie za najdalej idące i najbardziej udane uderzenie w stalinowską ortodoksję. Dwanaście lat później siły autorytarne wykorzystując hasła antysemickie i „antyrewizjonistyczne” podjęły szkodliwą dla Polski próbę odwetu, ale ich sukces okazał się krótkotrwały. W latach 70. polityka prowadzona przez PZPR była niekonsekwentną próba godzenia pewnych postulatów reformatorskich z konserwatywnym trzymaniem się coraz bardziej przestarzałych mechanizmów rządzenia. Kryzys sierpniowy 1980 r. ponownie otworzył reformatorom drogę do większego niż wcześniej wpływu na politykę PZPR, co wyrażało się w naszym uporczywym dążeniu do porozumienia narodowego na gruncie kompromisowo wypracowanej koncepcji demokratyzacji systemu politycznego, ale wymuszony rosnącą polaryzacją i zagrożeniem zewnętrznym stan wojenny proces ten przyhamował.

Reformatorzy nie złożyli jednak broni. Byli zaciekle atakowani przez polskich a także radzieckich neostalinowców, ale ich wpływ na kierunek polityki PZPR rósł – zwłaszcza w drugiej połowie lat 80., gdy zmiana klimatu na Kremlu pozbawiła skrzydło autorytarne ważnego poparcia zewnętrznego. Zaryzykuję tezę, że bez silnego skrzydła reformatorskiego w PZPR i bez udzielenia temu skrzydłu poparcia przez Wojciecha Jaruzelskiego nie byłoby polskiego „okrągłego stołu” i negocjowanego przejścia do demokracji parlamentarnej.

W procesie tego przejścia ujawnił się jednak ważny w skutkach paradoks. Skrzydło reformatorskie dominowało już wtedy w kierownictwie PZPR, ale nie na średnich szczeblach aparatu partyjnego. Większość komitetów wojewódzkich, w tym tak ważne jak warszawski i krakowski prowadziły politykę marginalizowania reformatorów, w tym także w procesie wysuwania kandydatur do Sejmu i Senatu w wyborach czerwcowych 1989 roku.

Wnioski z wyborów czerwcowych

Wyniki tych wyborów skrzydło reformatorskie przyjęło jako wyzwanie do podjęcia na nowo walki o kształt politycznej reprezentacji lewicy. Późną wiosną i latem 1989 w różnych częściach kraju rodziły się inicjatywy zmierzające do zasadniczej przebudowy PZPR. Najgłośniejszą z nich była 8 lipca 1989 r. na Uniwersytecie Warszawskim konferencja przedstawicieli kilkunastu organizacji partyjnych z całego kraju poświęcona przyszłości partii. O znaczeniu tej konferencji świadczyła obecność członka Biura Politycznego PZPR profesora Janusza Reykowskiego i ministra-przewodniczącego Komitetu Politycznego Rady Ministrów Aleksandra Kwaśniewskiego, a także opublikowanie przez „Życie Partii” (w numerze z 26 lipca 1989) mojego programowego referatu, który stanowił podstawę dyskusji i podjętych na konferencji decyzji.

Konferencja 8 lipca dała początek trwałej strukturze, nazwanej „Ruchem 8 lipca”, na czele której stał komitet pod przewodnictwem Leszka Jaśkiewicza, pierwszego sekretarza PZPR na Uniwersytecie Warszawskim. Była to jedyna w historii PZPR zorganizowana frakcja reformatorska, a jej znaczenie rosło w wyniku włączenia się w jej prace kilku polityków centralnego szczebla, w tym zwłaszcza Aleksandra Kwaśniewskiego.
W samym „Ruchu 8 lipca” ścierały się koncepcje radykalna i umiarkowana. Radykałowie domagali się natychmiastowego opuszczenia PZPR i budowania od zera nowej partii, ale zwyciężył pogląd umiarkowanych, że należy walczyć o oblicze i przyszłość głównej partii lewicy na jej zjeździe, którego przyśpieszenie było jednym z naszych głównych postulatów.
Po objęciu przez Mieczysława Rakowskiego stanowiska Pierwszego Sekretarza KC PZPR przeprowadził on dwie ważne dla przyszłości lewicy decyzje: o zwołaniu XI zjazdu partii na koniec stycznia 1990 r. i o w pełni demokratycznej ordynacji wyborczej, na podstawie której delegaci na zjazd. Po raz pierwszy (i, jak dotąd, jedyny) wybierani byli bezpośrednio przez członków partii w głosowaniu większościowym przeprowadzanym w okręgach wyborczych. Konsekwencją tej drugiej decyzji było to, że delegaci na zjazd nie zawdzięczali mandatów ustaleniom kierownictw komitetów wojewódzkich. Miało to dla reformatorów znaczenie przełomowe. Liczni reformatorzy weszli do Komisji Zjazdowej, w ramach której Aleksander Kwaśniewski przewodniczył bardzo ważnemu zespołowi statutowemu.
W przeprowadzonych w połowie grudnia kilkudniowych wyborach delegatów wszyscy poza jednym (Kazimierzem Kikiem) kandydaci Ruchu 8 lipca zdobyli mandaty, stając się znaczącą – choć mniejszościową – siłą na rozpoczętym 27 stycznia 1990 ostatnim zjeździe PZPR. W dniu otwarcia zjazdu przypinaliśmy sobie znaczki z napisem „Blok Socjaldemokratyczny”. Wkrótce okazało się, że plakietki te pobierają także delegaci spoza Ruchu 8 lipca, co spowodowało, że na zjeździe uformowała się licząca około trzystu osób frakcja socjaldemokratyczna.Natrafiła ona jednak na bardzo poważny problem. Dwa dni przed zjazdem klub poselski PZPR opowiedział się za powstaniem odrębnej partii z wicemarszałkiem Sejmu Tadeuszem Fiszbachem na czele. Ten były pierwszy sekretarz gdańskiego komitetu wojewódzkiego (zdymisjonowany z tego stanowiska po wprowadzeniu stanu wojennego) był wówczas postrzegany – także przeze mnie -jako jeden z czołowych reformatorów. Ponosiła go jednak ambicja, którą wykorzystywali inni. Fiszbach widział siebie w roli przywódcy nowej partii, w czym umacniał go – wciąż mający duże wpływy – Marian Orzechowski, w tym czasie członek Biura Politycznego i przewodniczący klubu poselskiego. Natomiast na przedzjazdowych spotkaniach delegatów zdecydowanie największe poparcie zyskiwała kandydatura Aleksandra Kwaśniewskiego, za którym opowiedział się także ustępujący Pierwszy Sekretarz Mieczysław Rakowski.

Narodziny Socjaldemokracji RP

Otwarcie zjazdu odbywało się uroczyście, w obecności prezydenta Jaruzelskiego i licznej grupy weteranów ruchu robotniczego, ale przy akompaniamencie burzliwych demonstracji ulicznych organizowanych przez prawicowych ultrasów. Tworzyło to bojowy klimat, w sumie korzystny dla krystalizacji stanowiska lewicy.

W pierwszym dniu obrad stało się jasne, że grupa Fiszbacha nie ma zamiaru uczestniczyć w tworzeniu nowej partii. Następnego dnia opuściła ona salę obrad i spotkała się w „Sali Warszawskiej”. Grupa ta liczyła około 200 osób, w tym ok. 40 posłów i posłanek. Wbrew apelom Kwaśniewskiego zdecydowali oni o utworzeniu Polskiej Unii Socjaldemokratycznej, która jednak okazała się efemerydą. Pod koniec roku rozpadła się na tle rozbieżności w sprawie poparcia dla kandydatury Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. W dyskusji po referacie Rakowskiego wyraźnie dominowali delegaci ze skrzydła socjaldemokratycznego, ale zabrzmiały także glosy kilku przedstawicieli zdecydowanie przeciwstawiających się opcji socjaldemokratycznej w imię zachowania, jak twierdzili, marksistowsko-leninowskiego charakteru partii. Stali już jednak na przegranych pozycjach.

Przed północą 27 stycznia zarządzono przerwę w obradach zjazdu i ukonstytuował się kongres założycielski nowej partii. Mandaty na kongres przyjęło 1533 delegatów, którzy tym samym mieli stać się założycielami nowej partii. Część z nich nie skorzystała jednak z tej możliwości i już w czasie obrad kongresu wycofała się z tej inicjatywy. Dla sporej (ale stanowiącej mniejszość) części nie do zaakceptowania było to, że nowa partia miała mieć oblicze socjaldemokratyczne a więc nawiązujące do tego nurtu ruchu robotniczego, który przez dziesięciolecia zwalczany był przez komunistów jako „rewizjonistyczny”.

Kształt ideowy nowej partii określony został w kolejnych głosowaniach przeprowadzonych następnego dnia. Uchwalony został statut nowej partii (1402 głosy „za”, 6 przeciw, 37 wstrzymujących się) i deklarację programową (1106 za, 60 przeciw, 82 wstrzymujących się). Na niespełna godzinę przed północą uchwalona została nazwa nowej partii (1129 głosów za, 81 przeciw i 36 na nazwą „Socjaldemokratyczna Partia Polski”). Ten moment narodzin nowej partii uczciliśmy odśpiewaniem hymnu państwowego i „sto lat”.

Parę minut po północy wznowił obrady ostatni zjazd PZPR i o godzinie 1.30 przyjął uchwałę o zakończeniu działalności PZPR, za czym głosowało 1228 delegatów (przeciw było 32, wstrzymało się 37). Warto zapamiętać te liczby, gdyż sygnalizowały one ważne i niekorzystne zjawisko: odsuwanie się sporej części aktywistów od działalności partyjnej. W ostatnim glosowaniu XI zjazdu nie wzięło udziału około 300 delegatów, którzy wcześniej opuścili obrady. Tylko część z nich wstąpiła do Unii Socjaldemokratycznej; inni wycofali się z polityki.

Po przerwie nocnej wznowiono obrady 29 stycznia. W bezpośrednich wyborach Kongres SdRP wybrał przewodniczącego i sekretarza generalnego. Obaj – Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller – mieli rywali, ale ich wybór dokonał się ogromną większością głosów (Kwaśniewski otrzymał 1049 głosy na 1170 głosów ważnych, Miller – 926 na 1159 głosów ważnych). Wybierając obu bezpośrednio Kongres wprowadził raczej kontrowersyjny układ, w którym byli oni równorzędnymi przywódcami partii. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z potencjalnie niekorzystnych skutków tego rozwiązania. Początkowo zresztą obaj przywódcy znakomicie się uzupełniali. Kwaśniewski przyciągał przede wszystkim młodych działaczy ze środowisk akademickich i z dawnego ruchu studenckiego, a Miller – tych działaczy PZPR, dla których kontynuacja działalności lewicowej partii była podstawową wartością.

Po wybraniu obu przywódców kongres dokonał wyboru Rady Naczelnej. Wśród 150 jej członków 49 było wyłanianych przez delegacje wojewódzkie, pozostałych wybrał kongres na podstawie liczby uzyskanych głosów. Aleksander Kwaśniewski zgłosił listę swoich sześćdziesięciu kandydatów; wszyscy oni zostali wybrani, choć bardzo zróżnicowanymi liczbami głosów. W wyborach Rady Naczelnej oddano 1186 głosów, co wskazywało na dość znaczny odpływ delegatów, a tym samym kurczenie się liczby członków-założycieli. Wśród osób, które wycofały się z budowania nowej partii byli niemal wszyscy członkowie ostatniego Biura Politycznego i Sekretariatu PZPR; wyjątkami pod tym względem byli Leszek Miller i Sławomir Wiatr, a także – choć nie kandydował do władz SdRP – Mieczysław Rakowski. Przez pewien czas wydawało się, że rozczarowani socjaldemokratycznym obliczem nowej partii działacze stworzą inną partię – „na lewo od SdRP”, ale nic takiego – przynajmniej na poważniejszą skalę – nie nastąpiło.
Początki działalności SdRP były bardzo trudne. Partia została zaatakowana przez Lecha Wałęsę, który w wystąpieniu telewizyjnym 1 lutego groził nam procesami. Widać było, jak bardzo zabolało go fiasko próby zbudowania (pod kierownictwem Fiszbacha) wasalnej wobec niego, ale deklarującej swą lewicowość, partii. Dość powszechne były wypowiedzi przewidujące niepowodzenie SdRP. Nie było to bezpodstawne. Początki budowania SdRP były rozczarowujące. Z około miliona członków PZPR, którzy wzięli udział w wyborach na jej ostatni zjazd, do SdRP wstąpiło jedynie około pięćdziesięciu tysięcy.

Zjawisko to było zrozumiałe, choć nas wtedy zaskoczyło. W końcowym okresie swego istnienia PZPR była przede wszystkim partią inteligencji, zwłaszcza tej, która zawodowo związana była z aparatem państwa. Zakończenie działalności PZPR pozwoliło tym ludziom przejść na pozycje bezpartyjnych fachowców bez konieczności występowania z partii. Wielu z tych ludzi zachowało lewicowe poglądy i w następnych latach głosowało na lewicę, ale do działalności partyjnej już nie wracało. SdRP budowana była przede wszystkim przez ludzi młodych, najczęściej z wyksztalceniem wyższym i nieproporcjonalnie często związanych z wyższymi uczelniami. Dobrym przykładem pod tym względem był Uniwersytet Warszawski. W Radzie Naczelnej SdRP znalazło się ośmiu pracowników UW, ale do nowej partii wstąpiło zaledwie nieco ponad dwudziestu pracowników UW i ani jeden student. Tym, co przesądziło o późniejszych sukcesach SdRP, była determinacja niewielkiego początkowo grona działaczy, którzy przekonani byli, że w radykalnie zmieniających się warunkach ustrojowych musi być miejsce na ideową, wyznającej socjalistyczne wartości, lewicę.

Przebyta droga

Następne lata to przekraczający nasze najśmielsze oczekiwania marsz SdRP ku wielkim politycznym sukcesom, choć początki zdawały się wróżyć źle. W majowych (1990 r.) wyborach samorządowych – pierwszych w pełni demokratycznych wyborach okresu ustrojowej transformacji – kandydaci SdRP otrzymali około 2 proc. głosów, co źle wróżyło na przyszłość. Ale już jesienią tego roku w wyborach prezydenckich wspólny kandydat SdRP i Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej Włodzimierz Cimoszewicz otrzymał 9,21 proc. głosów.

Niespełna rok później w wyborach do Sejmu i Senatu stworzony z inicjatywy SdRP, a grupujący także związkowców z OPZZ i przedstawicieli kilku innych ugrupowań lewicowych Sojusz Lewicy Demokratycznej zajął drugie miejsce zdobywając prawie 12 proc. głosów, co dało mu 60 mandatów poselskich i cztery senatorskie. Niespełna dwuletnia kadencja tego Sejmu pokazała, ze odrodzona lewica jest w stanie aktywnie i skutecznie przeciwstawiać się zwartemu (ale tylko w stosunku do niej) blokowi partii wywodzących się z dawnej opozycji antykomunistycznej.
Autorytet lewicy rósł w miarę tego, jak potęgowało się rozczarowanie oboma rządami prawicy (kolejno Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej), które upadały w wyniku uchwalania – także naszymi głosami – wotum nieufności.

Przyśpieszone wybory 1993 roku przyniosły lewicy wielki sukces – ponad dwadzieścia procent głosów i najsilniejszą reprezentację w obu izbach parlamentu (171 mandatów poselskich i 38 senatorskich). Zawiązana po wyborach koalicja SLD i PSL rządziła Polską przez następne cztery lata i był to dla kraju dobry okres wychodzenia z recesji gospodarczej i szybkiej poprawy ekonomicznej, a także otwierania drogi do NATO i do Unii Europejskiej.

Miarą wzrostu pozycji lewicy był wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na stanowisko prezydenta RP. Kandydatowi lewicy na ogół nie wróżono powodzenia w rywalizacji z urzędującym prezydentem – ikoną „Solidarności” i laureatem pokojowej nagrody Nobla. Z tego okresu pamiętam, jak bardzo odosobniony bywałem, przewidując jego wygraną.

Pasmo sukcesów

Kolejne wybory parlamentarne (1997 r.), choć przyniosły porażkę rządzącej koalicji dla SLD były sukcesem. Zwiększyliśmy uzyskane poparcie do 27 proc. głosów i gdyby nie wielka przegrana PSL pozostalibyśmy u władzy na kolejne cztery lata. Gdy więc w 1999 r. SdRP – w związku z powstaniem SLD jako nowej partii lewicy – kończyła swą działalność, jej działacze mieli uzasadnione poczucie, ze był to dla lewicy dobry okres. W istocie najlepszy w całej jej powojennej historii.

Późniejsze wzloty i upadki lewicy pozwalają lepiej zrozumieć fenomen SdRP. Na początku istnienia SLD jako nowa (przynajmniej formalnie) partia lewicy miał wyraźne sukcesy: ponowny wybór Aleksandra Kwaśniewskiego (2000) i wielki sukces w wyborach do Sejmu i Senatu (2001). Potem jednak przyszła seria porażek, aż po zupełną klęskę w roku 2015, z konsekwencjami której borykaliśmy się przez następne cztery lata. Dziś, gdy lewica wróciła do parlamentu i wyraźny staje się wzrost jej notowań, warto zdać sobie sprawę ze znaczenia, jakie ma krótka historia SdRP.
Partia ta zaczynała w warunkach tak trudnych, że jej późniejsze sukcesy wydają się niemal cudem. Były one jednak konsekwencją tych cech SdRP, które decydowały o jej tożsamości. Trzy z nich wysuwają się, moim zdaniem, na czoło.

Partia realistów i ideowców

Po pierwsze: była to partia ludzi ideowych. Balast oportunistów, którzy zawsze garną się do partii władzy, odpadł, gdyż w 1990 r. mało kto przewidywał powrót lewicy do władzy w bliskiej przyszłości. To samooczyszczenie się z karierowiczów dawało SdRP siłę, której nie miała PZPR i której zabrakło SLD, gdy w pierwszym okresie swego istnienia partia ta szła od sukcesu do sukcesu.

Po drugie: SdRP była zwartym kolektywem przyjaciół, wolnym od skłonności rozłamowych i od klikowych powiązań. Gdy SLD uginał się pod ciężarem rozłamu i kolejnych odejść dawnych działaczy, nieraz przypominałem sobie tę niezwykłą atmosferę koleżeństwa i wierności, w jakiej działaliśmy w czasach SdRP.

Po trzecie: była to partia zdolna do zaproponowania Polsce realistycznej i atrakcyjnej alternatywy w stosunku do tego, co sobą reprezentowała prawica w jej kilku, wzajemnie skłóconych, wariantach. W gospodarce była to „strategia dla Polski” Grzegorza Kołodki, a w sprawach ustrojowych wypracowany we współpracy z innymi ugrupowaniami projekt nowej konstytucji z jej wyraźnie demokratycznymi treściami i z ciekawie rozwiązanymi kwestiami relacji między prezydentem, rządem i parlamentem. O ideowości tej partii świadczyła między innymi konsekwentna walka o świecki charakter państwa, przeciw restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej i przeciw niekorzystnym postanowieniom zawartego w 1993 roku (przez rząd Hanny Suchockiej) konkordatu. W walce tej nieraz byliśmy osamotnieni (między innymi dlatego, że w tych sprawach nie mogliśmy liczyć na poparcie Polskiego Stronnictwa Ludowego), ale nie odbierało nam to woli walki. Z przykrością muszę stwierdzić, że pod tym względem polityka SLD po dojściu do władzy w 2001 roku była bez porównania mniej konsekwentna, a nawet nacechowana oportunizmem.

Można mi zarzucić, że idealizuję SdRP. Być może moje na nią spojrzenie zabarwia to, że działalność w jej kierownictwie była w moim życiu okresem szczególnie ciekawym i ważnym. Przekonany jednak jestem, że niezależnie od osobistych sentymentów Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej zasłużyła sobie nie tylko na wdzięczną pamięć, ale także na to, by nowe pokolenia polskiej lewicy wyciągały z jej doświadczenia wnioski na przyszłość.