Rząd obniżył sobie pensje

Socjaldemokratyczna premier Nowej Zelandii Jacinda Ardern ogłosiła, że przez najbliższe pół roku ona sama i członkowie jej gabinetu obniżą swoje pensje o 1/5. Gest solidarności ma być wstępem do ogłoszenia planu walki z kryzysem wywołanym przez pandemię.
W wystąpieniu do obywateli Jacinda Ardern stwierdziła, że trudno o lepszy czas na redukowanie nierówności, niż czas kryzysu. Zapowiedziała też, że ona i jej ministrowie dadzą przykład. Gdy ograniczenia związane z pandemią uderzają także w Nowozelandczyków, zaczynają się zwolnienia i obniżki płac, rząd w geście solidarności obniży również swoje wynagrodzenia. Ardern, jej ministrowie oraz szefowie państwowych urzędów przez najbliższe pół roku będą zarabiać o 20 proc. mniej.
Premier Nowej Zelandii zrezygnuje łącznie z kwoty ponad 47 tys. dolarów nowozelandzkich, wicepremier – z ponad 33 tys. dolarów, ministrowie oddadzą do państwowej kasy po blisko 27 tys. Do gestu szefowej rządu zamierza przyłączyć się lider opozycji Simon Bridges, a także Ashley Bloomfield, szefowa krajowego departamentu zdrowia.
Bez dobrze skonstruowanego planu antykryzysowego solidarnościowy gest może jednak stać się gestem pustym. Analitycy prognozują, że przedłużenie rygorystycznych ograniczeń w poruszaniu się może doprowadzić do utraty pracy nawet przez 25 proc. populacji Nowej Zelandii (obecnie bezrobocie na wyspach jest niskie i wynosi 4 proc.). Na razie Nowozelandki i Nowozelandczycy, którzy nie pracują w kluczowych branżach, siedzą przymusowo w domach od trzech tygodni. Mogą wychodzić tylko w celu załatwienia niezbędnych spraw i na krótki spacer. Na Covid-19 zachorowało 1300 osób, zmarło dziewięć.

Czas na lewicową „Doktrynę szoku”!

Po wybuchu obecnego kryzysu związanego z pandemią koronawirusa COVID-19 wielu zaczęło przytaczać „Doktrynę szoku” Naomi Klein jako przepowiednię radykalnych neoliberalnych reform, które mogą zostać wprowadzone w czasie społecznej dezorientacji. Czy słusznie?

Warto zaznaczyć, że dotychczasowe działania rządu Zjednoczonej Prawicy nie wskazują na to, by obecnie była przygotowywana reforma prywatyzacji służby zdrowia czy też szkolnictwa, a to właśnie z tego znane były prawicowe rządy, które wykorzystały wszelkiej maści kryzysy do urynkowienia i sprywatyzowania wszystkiego co się da w czasie traumy związanej z wojną, zamachem stanu czy kataklizmem. A tak działo się w Chile po zamachu stanu Pinocheta, Stanach Zjednoczonych po zamachach 11 września 2001 roku, Iraku po agresji anglo-sasko-słowiańskiej w 2003 roku czy po Tsunami, które w 2004 roku spustoszyło wybrzeże Indonezji, Sri Lanki oraz Indii. Także w wyniku Planu Balcerowicza oraz szoku zmiany systemu przez Polskę przetoczył się prywatyzacyjny walec, który na końcu swojej drogi pozbawił pracy 3 miliony ludzi. Jednak, jak słusznie zauważa Naomi Klein, ludzie z czasem stają się szokoodporni i nie tak łatwo dają się zaskoczyć neoliberalnym legislatorom, którzy tylko czyhają, by dokonać prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat.

W 2020 roku sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Co prawda pojawiają się postulaty użycia obecnego kryzysu do likwidacji programu 500+, 13 emerytury czy podwyższenia wieku emerytalnego, czyli najbardziej socjalnych programów wprowadzonych przez rząd Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, ale są to głosy bardziej tragi-komiczne, które kojarzymy z pociesznym Ryszardem Petru. Obecny koronakryzys po raz kolejny udowodnił, że neoliberalizm jest ideologią fałszywą, utopijną, która nie znajduje zastosowania w czasach trudnych, niespokojnych i niebezpiecznych. W momencie próby, czy jest to krach finansowy w 2008 roku, czy zagrożenie epidemiczne 2020 roku szamani wolnorynkowego kapitalizmu uciekają w popłochu pod płaszcz państwowych gwarancji i pomocy.

I właśnie ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastosowanie naszej, socjaldemokratycznej „Doktryny szoku”, szczególnie że rynkowcy i prywatyzatorzy są pogubieni, stracili orientację, nie są w stanie sprawnie reagować na spektakularny renesans państwa w czasie zarazy. W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy. Blisko 3 miliony zatrudnionych na śmieciówkach być może teraz zrozumie, że „elastyczne” formy zatrudnienia niosą za sobą olbrzymie ryzyko, które jest niezwykle realne, szczególnie kiedy traci się możliwość pracy z dnia na dzień. Delegalizacja tych form zatrudnienia jest naturalną lekcją z tego kryzysu i dobrze, by lewica parlamentarna oraz związki zawodowe mówiły nieustannie o tym, że czas powszechnego stosowania umów o dzieło, zlecenia i samozatrudnienia zamiast umów o pracę się skończył. Tak samo przy pomocy publicznej dla przedsiębiorstw należałoby wprowadzić zasadę pierwszeństwa dla tych firm, które nie unikały płacenia podatków, nie zatrudniały swoich pracowników na śmieciówkach, a Państwowa Inspekcja Pracy nie miała żadnych zarzutów w kontekście przestrzegania prawa pracy oraz BHP. Europejskie standardy pomocy publicznej powinny być nagrodą dla tych firm, które prowadzone są w cywilizowany i europejski sposób, a nie stosowały „optymalizację” podatkową poprzez unikanie ich płacenia oraz oszukiwania swoich pracowników oraz państwa. Następną kwestią jest służba zdrowia. Skoro Państwo Polskie stosuje poza konstytucyjną zasadę wydawania 2 proc. PKB na obronność, dlaczego Polski nie byłoby stać na przeznaczanie 8 proc. na ochronę zdrowia, w tym na radykalne podwyższenie wynagrodzeń dla lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego? Dzisiaj niemal wszyscy nazywają ich bohaterami, a jeszcze wczoraj niektórzy krzyczeli do protestujących lekarzy rezydentów „Niech jadą”. To samo dotyczy policjantów, żołnierzy, strażaków, pracowników sanepidu. Wszyscy Oni powinni zarabiać godnie, co najmniej średnią krajową, a prestiż ich zawodów powiem być wspierany przez państwo wszystkimi możliwymi sposobami, zaczynając od edukacji, przez kulturę kończąc na telewizji.

Obecny koronakryzys zmieni nasz świat, doprowadzi do olbrzymich problemów gospodarczych całego świata, które najbardziej poobijają tych, którzy znajdują się najniżej drabiny społecznej. Czas „taniego państwa minimum” mija, dobrze byśmy wyszli z tego chaosu z przeświadczeniem, że fundamentalizm rynkowy nie jest „pozą” intelektualną, lecz stanowi fundamentalne zagrożenie dla naszego zdrowia i życia. Dlatego kiedy będzie już widać firmament końca zagrożenia epidemicznego wyślijmy na tamten świat praktykę neoliberalizmu. Dla nas samych oraz dla wszystkich przyszłych pokoleń!

Debata: Nowy Zielony Ład

Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, Fundacja Global.Lab oraz Fundacja im. Friedricha Eberta zapraszają na dyskusję panelową pt.„Green New Deal – socjaldemokratyczna strategia dla Europy?”,
która odbędzie się 13 marca br. o 18:00 w Bibliotece Głównej Województwa Mazowieckiego na ul. Koszykowej 26/28 w Warszawie.
Jak łączyć politykę klimatyczną ze sprawiedliwością społeczną i efektywnością gospodarczą? Czy Green New Deal jest lub może być socjaldemokratyczną strategią rozwoju? Czy może być szansą na programowe odrodzenie socjaldemokracji?
Na te i inne pytania będziemy szukać odpowiedzi podczas dyskusji, w której udział wezmą:
MARCELINA ZAWISZA – posłanka na Sejm RP, członkini zarządu partii Lewica Razem;
MATTHIAS JOBELIUS – dyrektor departamentu Europy Środkowej i Wschodniej Fundacji im. Friedricha Eberta w Berlinie;
PRZEMYSŁAW KOPERSKI – poseł na Sejm RP (SLD/Nowa Lewica), wiceprezydent Częstochowy w l. 2010-2014;
RAFAŁ WOŚ – dziennikarz, publicysta („Tygodnik Powszechny”, „Dziennik Gazeta Prawna”), autor książek, m.in.: „Dziecięca choroba liberalizmu”, „To nie jest kraj dla pracowników”.
Moderacja: Michał Syska (OMS im. Lassalle’a).
Dyskusja będzie tłumaczona na język polski i niemiecki. Rejestracja: biuro@lassalle.org.pl.

Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.

30 lat temu

27 – 30 stycznia 1990 r. w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki obradował kongres założycielski nowej partii lewicowej, wyłaniającej się z rozwiązanej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Miałem honor uczestniczyć w tym ważnym dla Polski wydarzeniu.

Po długich dyskusjach przyjęliśmy nazwę Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Utworzenie struktur tej partii w całym kraju było niewątpliwie największym procesem transformacji ideowej polskiej lewicy w XX wieku. Procesem trudnym, długim, ale skutecznym.
W naszej kulturze przyjęte jest celebrowanie okrągłych rocznic ważnych wydarzeń. To również nie powinno zostać zapomniane – tym bardziej, że następca i spadkobierca SdRP w zamieszczonym na swojej oficjalnej stronie internetowej dokumencie „Niezbędnik historyczny lewicy” nie zauważa w ogóle istnienia takiej formacji. Powstanie i losy SdRP stanowią źródło wielu różnych refleksji.

Niesłusznie bito w lewicę

Stosunek do SdRP jest surowym, ale rzetelnym weryfikatorem wszelkiego rodzaju sloganów, deklaracji o polityce historycznej lewicy, o obronie osiągnięć Polski Ludowej i ludzi, których były dziełem. Prawica oraz postsolidarnościowa lewica szybko obłożyły nową partię swoistą anatemą, czyniąc z niej organizację ponoszącą odpowiedzialność za zbrodnie reżimu stalinowskiego i wszelkie zło okresu Polski Ludowej. Pomimo wielokrotnych publicznych przeprosin głoszonych w imieniu partii przez jej przewodniczącego Aleksandra Kwaśniewskiego, który nota bene przyszedł na świat po śmierci radzieckiego satrapy, szybko zdobyła popularność teza, że „SdRP mniej wolno”. Teza wygłoszona z trybuny sejmowej ochoczo podjęta została przez media dając sygnał, że owszem, mamy już demokrację, ale nie dla wszystkich. Skutki tego fatalnego błędu elit, które w 1989 r. przejęły odpowiedzialność za Polskę dramatycznie wręcz odczuwamy dzisiaj, kiedy z tej wyśnionej demokracji zostały już strzępy, kiedy demokrację pozbawiono jej jądra, to jest woli większości, by jej bronić. Kiedy pozbawiono demokrację jej istoty, to jest poszanowania dla mniejszość, zwulgaryzowano procedury demokratyczne do zasad: zwycięzca bierze wszystko i zwycięzcy nikt nie sądzi.

Partia powstała z debaty

Wbrew utartemu przez mainstream poglądowi powstanie SdRP nie było aktem „przemalowania”. W istocie było finałem wewnątrzpartyjnych dyskusjach, jakie w PZPR toczyły się zawsze, w różnych formach, które, po tragicznych wydarzeniach 1970 roku, przybrały formę tak zwanych „poziomek”, czyli poziomych porozumień i spotkań dyskusyjnych organizacji partyjnych poza oficjalną pragmatyką. Spotkania i struktury poziome uaktywniły się w momencie zalegalizowania NSZZ „Solidarność”, które było oczywiście przełomowym wydarzeniem dla polskiej sceny politycznej. Jako przedstawiciel Komitetu Uczelnianego PZPR Politechniki Wrocławskiej uczestniczyłem w spotkaniach dwóch takich struktur: akademickiej i akademicko-przemysłowej. To były niezapomniane spotkania, między innymi na SGH w Warszawie czy w Hucie Miedzi Głogów, spotkania otwarte dla wszystkich, przesiąknięte głęboką troską o Polskę. I trzeba jasno powiedzieć: idea podzielenia się władzą, zasada tyle socjalizmu ile akceptacji w demokratycznych wyborach wcale nie była dominującą. Tym większy szacunek należy się Mieczysławowi Rakowskiemu, który podjął się dzieła gruntownych reform systemu politycznego i gospodarczego Polski. To z tych ruchów poziomych wyłoniły się główne postaci Kongresu Założycielskiego SdRP.

Entuzjazm był wielki

Tylko niewielka część członków PZPR wstąpiła do nowej partii – z pewnością, z różnych względów, nie wszyscy ci, którzy popierali ustrojowe przemiany. Ale też wstąpienie było aktem indywidualnym, aktem deklaracji poparcia dla demokratycznych zmian i ustroju kraju. Do SdRP wstępowali też ludzie młodzi – pracownicy, studenci. Szybko we Wrocławiu powstała młodzieżowa organizacja: Socjaldemokratyczna Frakcja Młodych, która wnet stała się organizacją ogólnokrajową. Atmosfera tych pionierskich lat była wspaniała. Nikt nie liczył czasu ani wysiłku. Organizowaliśmy kampanie wyborcze, demonstracje – w tym pierwszomajowe, wydawaliśmy ulotki, broszury, gazetki. Rada Wojewódzka wydawała miesięcznik TAMA, który w nakładzie 3000 – 6000 egzemplarzy rozchodził się w województwie i poza nim. Młodzi wydawali swoją BIBUŁĘ. Właśnie ci ludzie przyjęli „na klatę” wściekłe, bezpardonowe ataki postsolidarnościowych „zwycięzców”.
Dziś, gdy postsolidarnościowe elity doprowadziły do krytycznego kryzysu demokracji w Polsce, kiedy odradzają system autorytarny, członkowie-założyciele SdRP mogliby czuć się oszukanymi – przecież nie oto chodziło! Ale tak z pewnością nie jest. Demokracja w Polsce wymaga dzisiaj obrony i jestem pewien, że członkowie – założyciele stoją po właściwej stronie. Dziś nie można w wiarygodny sposób kreować się na obrońcę dorobku Polski Ludowej bez docenienia wysiłków tych liderów PZPR, którzy do transformacji doprowadzili, jak również wysiłku tysięcy ludzi polskiej lewicy, którzy nową, socjaldemokratyczną partię tworzyli.

Pamiętajmy i patrzmy w przyszłość

Niedawna zaproponowałem w Internecie utworzenie Grupy „SdRP 001”, zrzeszającej członków-założycieli, noszących legitymacje o jednakowym numerze 001. O przyjęcie do grupy zaczęli wnosić również koledzy, którzy wprawdzie nie byli delegatami na Kongres, ale którzy czynnie angażowali się w tworzenie struktur nowej partii w 1990 r. Swoją prośbę o członkostwo grupy jeden z kolegów, wówczas młody student, dzisiaj uznany autorytet naukowy, prośbę swoją uzasadnia tym, że jego zdaniem „SdRP była jedyną, prawdziwą organizacją lewicową lat 90-tych”. 30-ta rocznica utworzenia SdRP powinna być okazją nie tylko do przypomnienia samego Kongresu, ale i do przypomnienia tych trudnych, pionierskich dla nowej polskiej lewicy lat. Proponuję, aby Sojusz Lewicy Demokratycznej zorganizował w najbliższym możliwym terminie ogólnopolskie seminarium poświęcone powstaniu Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, by zaprosić na nie zarówno członków – założyciel partii, oraz tych, którzy w jej tworzenie czynnie się zaangażowali. Z pewnością nie będzie takie seminarium spotkaniem nostalgicznym. My, członkowie-założyciele SdRP zawsze patrzymy w przyszłość.

Socjaldemokracja RP – refleksje na trzydziestolecie

Niespełna dziesięcioletni okres działania SdRP zapisał się w historii polskiej lewicy jako okres trudnej, ale owocnej walki o odrodzenie, by wartości demokratycznego socjalizmu nie zostały pogrzebane i by w nowych warunkach suwerennego, demokratycznego państwa lewica odegrać mogła znaczącą rolę.

Mija właśnie trzydzieści lat od dnia, gdy w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury delegaci na ostatni (XI) zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej powołali do życia nową partię polskiej lewicy: Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP).Wiele zmieniło się od tamtego stycznia 1990 roku – w świecie, w Polsce, na lewicy. Pokolenie, które tworzyło SdRP, ustępuje dziś miejsca nowemu, urodzonemu lub co najmniej wychowanemu już w nowych warunkach. Temu normalnemu procesowi towarzyszyć jednak powinna refleksja nad przebytą drogą, ważna nie tylko ze względów sentymentalnych, ale także – a raczej przede wszystkim – z uwagi na nauki, które płyną z przeszłości.
Wracam do wydarzeń sprzed trzydziestu lat jako jeden z uczestników ostatniego zjazdu PZPR, założycieli nowej partii lewicy i jako członek jej władz naczelnych przez cały okres istnienia SdRP. Jest to więc obraz subiektywny, choć mam nadzieję, że osobisty aspekt tych refleksji nie zaciąży na ich obiektywizmie.

Skąd przyszliśmy?

Socjaldemokracja RP powstała z woli większości delegatów na ostatni zjazd PZPR, była więc – czego nigdy się nie wypieraliśmy – tamtej partii kontynuacją. Nie była to jednak kontynuacja mechaniczna, zwykła zmiana szyldu. Choć nową partię lewicy zakładali działacze dawnej PZPR, to jednak była to partia nowa: tak pod względem organizacyjnym, jak i programowym. Wyrastała z tego, co w PZPR było najbardziej wartościowe: z nurtu reformatorskiego, który w PZPR nigdy nie był nurtem dominującym, ale trwał przez cały okres jej istnienia a w momentach wielkich przełomów (1956, 1980-81, 1989) odgrywał znaczącą rolę. Nurt reformatorski w PZPR był bez porównania silniejszy i trwalszy niż podobne nurty w innych partiach ówczesnego bloku państw socjalistycznych. Tam, jeśli w ogóle istniały, były przejściowymi efemerydami (np. w Czechosłowacji w połowie lat sześćdziesiątych). Wyjątkiem – ale bardzo ważnym – było pojawienie się silnej grupy reformatorskiej w kierownictwie KPZR, ale nastąpiło to dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy Michaił Gorbaczow umocnił swą pozycję.

W PZPR reformatorskie skrzydło było bez porównania silniejsze i miało znacznie dłuższą historię, na co złożyły się trzy okoliczności. Pierwszą była pozycja byłych socjalistów, którzy po wojnie odtworzyli Polską Partię Socjalistyczną, a po wymuszonym zjednoczeniu obu partii robotniczych w 1948 r. zachowali stosunkowo znaczne wpływy. Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Adam Rapacki, Julian Hochfeld, Henryk Jabłoński – to bardzo ważni politycy tamtego okresu, który kierowali się tym, co jeden z nich (Hochfeld) nazwał „socjalistycznym realizmem” a co oznaczało uporczywe działanie na rzecz takiej polityki, która respektując warunki pojałtańskie zmierzałaby do uczynienia „polskiej drogi do socjalizmu” możliwie bliską humanistycznym ideałom. Wpływy tej grupy poważnie wzrosły po śmierci Stalina i podjęciu w ZSRR próby częściowej rewizji stalinowskiego modelu dyktatury. Ludzie ci wchodzili w życie polityczne przed wojną. W Polsce Ludowej mieli swych uczniów i następców w młodszym – moim – pokoleniu. Dla mnie na przykład najważniejszym politycznym nauczycielem był Julian Hochfeld. Ta rola dawnych socjalistów powodowała, że ich wpływ na klimat polityczny w PZPR przetrwał zmianę pokoleniową.

Drugą grupą reformatorów byli pragmatycznie i patriotycznie nastawieni działacze nieco młodszego pokolenia – tego, którego działalność polityczna zaczęła się w latach wojny. To pokolenie nazwałbym – z uwagi na najwybitniejszego jego przedstawiciela – pokoleniem Jaruzelskiego. On sam i wielu mu podobnych doszło do akceptacji Polski Ludowej nie w wyniku olśnienia ideologiczną wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji przemyślenia nauk płynących dla Polski z wielkiej wojny, która dla tego pokolenia była najważniejszym, formacyjnym wydarzeniem historycznym.
Trzecią wreszcie formacją reformatorów byli pragmatycznie nastawieni partyjni inteligenci, bardzo liczni w środowiskach ekonomicznych i technicznych, dla których bardziej od ideologii liczyły się realia, zwłaszcza gospodarcze. Te zaś skłaniały do rewidowania ideologicznych dogmatów. Nieformalnym organem tego środowiska stała się „Polityka”. Na rzecz nurtu reformatorskiego działały przemiany pokoleniowe. Już pod koniec lat sześćdziesiątych wyraźnie zarysowała się tendencja do pokoleniowej „zmiany warty” w kierownictwie PZPR. W pełni dokonała się ona czasie „gierkowskiej dekady”.

Nurt reformatorski miał swoje dobre i złe okresy. Jego wielkim sukcesem był rok 1956 – „Polski Październik”, nie bez racji uznany w świecie za najdalej idące i najbardziej udane uderzenie w stalinowską ortodoksję. Dwanaście lat później siły autorytarne wykorzystując hasła antysemickie i „antyrewizjonistyczne” podjęły szkodliwą dla Polski próbę odwetu, ale ich sukces okazał się krótkotrwały. W latach 70. polityka prowadzona przez PZPR była niekonsekwentną próba godzenia pewnych postulatów reformatorskich z konserwatywnym trzymaniem się coraz bardziej przestarzałych mechanizmów rządzenia. Kryzys sierpniowy 1980 r. ponownie otworzył reformatorom drogę do większego niż wcześniej wpływu na politykę PZPR, co wyrażało się w naszym uporczywym dążeniu do porozumienia narodowego na gruncie kompromisowo wypracowanej koncepcji demokratyzacji systemu politycznego, ale wymuszony rosnącą polaryzacją i zagrożeniem zewnętrznym stan wojenny proces ten przyhamował.

Reformatorzy nie złożyli jednak broni. Byli zaciekle atakowani przez polskich a także radzieckich neostalinowców, ale ich wpływ na kierunek polityki PZPR rósł – zwłaszcza w drugiej połowie lat 80., gdy zmiana klimatu na Kremlu pozbawiła skrzydło autorytarne ważnego poparcia zewnętrznego. Zaryzykuję tezę, że bez silnego skrzydła reformatorskiego w PZPR i bez udzielenia temu skrzydłu poparcia przez Wojciecha Jaruzelskiego nie byłoby polskiego „okrągłego stołu” i negocjowanego przejścia do demokracji parlamentarnej.

W procesie tego przejścia ujawnił się jednak ważny w skutkach paradoks. Skrzydło reformatorskie dominowało już wtedy w kierownictwie PZPR, ale nie na średnich szczeblach aparatu partyjnego. Większość komitetów wojewódzkich, w tym tak ważne jak warszawski i krakowski prowadziły politykę marginalizowania reformatorów, w tym także w procesie wysuwania kandydatur do Sejmu i Senatu w wyborach czerwcowych 1989 roku.

Wnioski z wyborów czerwcowych

Wyniki tych wyborów skrzydło reformatorskie przyjęło jako wyzwanie do podjęcia na nowo walki o kształt politycznej reprezentacji lewicy. Późną wiosną i latem 1989 w różnych częściach kraju rodziły się inicjatywy zmierzające do zasadniczej przebudowy PZPR. Najgłośniejszą z nich była 8 lipca 1989 r. na Uniwersytecie Warszawskim konferencja przedstawicieli kilkunastu organizacji partyjnych z całego kraju poświęcona przyszłości partii. O znaczeniu tej konferencji świadczyła obecność członka Biura Politycznego PZPR profesora Janusza Reykowskiego i ministra-przewodniczącego Komitetu Politycznego Rady Ministrów Aleksandra Kwaśniewskiego, a także opublikowanie przez „Życie Partii” (w numerze z 26 lipca 1989) mojego programowego referatu, który stanowił podstawę dyskusji i podjętych na konferencji decyzji.

Konferencja 8 lipca dała początek trwałej strukturze, nazwanej „Ruchem 8 lipca”, na czele której stał komitet pod przewodnictwem Leszka Jaśkiewicza, pierwszego sekretarza PZPR na Uniwersytecie Warszawskim. Była to jedyna w historii PZPR zorganizowana frakcja reformatorska, a jej znaczenie rosło w wyniku włączenia się w jej prace kilku polityków centralnego szczebla, w tym zwłaszcza Aleksandra Kwaśniewskiego.
W samym „Ruchu 8 lipca” ścierały się koncepcje radykalna i umiarkowana. Radykałowie domagali się natychmiastowego opuszczenia PZPR i budowania od zera nowej partii, ale zwyciężył pogląd umiarkowanych, że należy walczyć o oblicze i przyszłość głównej partii lewicy na jej zjeździe, którego przyśpieszenie było jednym z naszych głównych postulatów.
Po objęciu przez Mieczysława Rakowskiego stanowiska Pierwszego Sekretarza KC PZPR przeprowadził on dwie ważne dla przyszłości lewicy decyzje: o zwołaniu XI zjazdu partii na koniec stycznia 1990 r. i o w pełni demokratycznej ordynacji wyborczej, na podstawie której delegaci na zjazd. Po raz pierwszy (i, jak dotąd, jedyny) wybierani byli bezpośrednio przez członków partii w głosowaniu większościowym przeprowadzanym w okręgach wyborczych. Konsekwencją tej drugiej decyzji było to, że delegaci na zjazd nie zawdzięczali mandatów ustaleniom kierownictw komitetów wojewódzkich. Miało to dla reformatorów znaczenie przełomowe. Liczni reformatorzy weszli do Komisji Zjazdowej, w ramach której Aleksander Kwaśniewski przewodniczył bardzo ważnemu zespołowi statutowemu.
W przeprowadzonych w połowie grudnia kilkudniowych wyborach delegatów wszyscy poza jednym (Kazimierzem Kikiem) kandydaci Ruchu 8 lipca zdobyli mandaty, stając się znaczącą – choć mniejszościową – siłą na rozpoczętym 27 stycznia 1990 ostatnim zjeździe PZPR. W dniu otwarcia zjazdu przypinaliśmy sobie znaczki z napisem „Blok Socjaldemokratyczny”. Wkrótce okazało się, że plakietki te pobierają także delegaci spoza Ruchu 8 lipca, co spowodowało, że na zjeździe uformowała się licząca około trzystu osób frakcja socjaldemokratyczna.Natrafiła ona jednak na bardzo poważny problem. Dwa dni przed zjazdem klub poselski PZPR opowiedział się za powstaniem odrębnej partii z wicemarszałkiem Sejmu Tadeuszem Fiszbachem na czele. Ten były pierwszy sekretarz gdańskiego komitetu wojewódzkiego (zdymisjonowany z tego stanowiska po wprowadzeniu stanu wojennego) był wówczas postrzegany – także przeze mnie -jako jeden z czołowych reformatorów. Ponosiła go jednak ambicja, którą wykorzystywali inni. Fiszbach widział siebie w roli przywódcy nowej partii, w czym umacniał go – wciąż mający duże wpływy – Marian Orzechowski, w tym czasie członek Biura Politycznego i przewodniczący klubu poselskiego. Natomiast na przedzjazdowych spotkaniach delegatów zdecydowanie największe poparcie zyskiwała kandydatura Aleksandra Kwaśniewskiego, za którym opowiedział się także ustępujący Pierwszy Sekretarz Mieczysław Rakowski.

Narodziny Socjaldemokracji RP

Otwarcie zjazdu odbywało się uroczyście, w obecności prezydenta Jaruzelskiego i licznej grupy weteranów ruchu robotniczego, ale przy akompaniamencie burzliwych demonstracji ulicznych organizowanych przez prawicowych ultrasów. Tworzyło to bojowy klimat, w sumie korzystny dla krystalizacji stanowiska lewicy.

W pierwszym dniu obrad stało się jasne, że grupa Fiszbacha nie ma zamiaru uczestniczyć w tworzeniu nowej partii. Następnego dnia opuściła ona salę obrad i spotkała się w „Sali Warszawskiej”. Grupa ta liczyła około 200 osób, w tym ok. 40 posłów i posłanek. Wbrew apelom Kwaśniewskiego zdecydowali oni o utworzeniu Polskiej Unii Socjaldemokratycznej, która jednak okazała się efemerydą. Pod koniec roku rozpadła się na tle rozbieżności w sprawie poparcia dla kandydatury Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. W dyskusji po referacie Rakowskiego wyraźnie dominowali delegaci ze skrzydła socjaldemokratycznego, ale zabrzmiały także glosy kilku przedstawicieli zdecydowanie przeciwstawiających się opcji socjaldemokratycznej w imię zachowania, jak twierdzili, marksistowsko-leninowskiego charakteru partii. Stali już jednak na przegranych pozycjach.

Przed północą 27 stycznia zarządzono przerwę w obradach zjazdu i ukonstytuował się kongres założycielski nowej partii. Mandaty na kongres przyjęło 1533 delegatów, którzy tym samym mieli stać się założycielami nowej partii. Część z nich nie skorzystała jednak z tej możliwości i już w czasie obrad kongresu wycofała się z tej inicjatywy. Dla sporej (ale stanowiącej mniejszość) części nie do zaakceptowania było to, że nowa partia miała mieć oblicze socjaldemokratyczne a więc nawiązujące do tego nurtu ruchu robotniczego, który przez dziesięciolecia zwalczany był przez komunistów jako „rewizjonistyczny”.

Kształt ideowy nowej partii określony został w kolejnych głosowaniach przeprowadzonych następnego dnia. Uchwalony został statut nowej partii (1402 głosy „za”, 6 przeciw, 37 wstrzymujących się) i deklarację programową (1106 za, 60 przeciw, 82 wstrzymujących się). Na niespełna godzinę przed północą uchwalona została nazwa nowej partii (1129 głosów za, 81 przeciw i 36 na nazwą „Socjaldemokratyczna Partia Polski”). Ten moment narodzin nowej partii uczciliśmy odśpiewaniem hymnu państwowego i „sto lat”.

Parę minut po północy wznowił obrady ostatni zjazd PZPR i o godzinie 1.30 przyjął uchwałę o zakończeniu działalności PZPR, za czym głosowało 1228 delegatów (przeciw było 32, wstrzymało się 37). Warto zapamiętać te liczby, gdyż sygnalizowały one ważne i niekorzystne zjawisko: odsuwanie się sporej części aktywistów od działalności partyjnej. W ostatnim glosowaniu XI zjazdu nie wzięło udziału około 300 delegatów, którzy wcześniej opuścili obrady. Tylko część z nich wstąpiła do Unii Socjaldemokratycznej; inni wycofali się z polityki.

Po przerwie nocnej wznowiono obrady 29 stycznia. W bezpośrednich wyborach Kongres SdRP wybrał przewodniczącego i sekretarza generalnego. Obaj – Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller – mieli rywali, ale ich wybór dokonał się ogromną większością głosów (Kwaśniewski otrzymał 1049 głosy na 1170 głosów ważnych, Miller – 926 na 1159 głosów ważnych). Wybierając obu bezpośrednio Kongres wprowadził raczej kontrowersyjny układ, w którym byli oni równorzędnymi przywódcami partii. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z potencjalnie niekorzystnych skutków tego rozwiązania. Początkowo zresztą obaj przywódcy znakomicie się uzupełniali. Kwaśniewski przyciągał przede wszystkim młodych działaczy ze środowisk akademickich i z dawnego ruchu studenckiego, a Miller – tych działaczy PZPR, dla których kontynuacja działalności lewicowej partii była podstawową wartością.

Po wybraniu obu przywódców kongres dokonał wyboru Rady Naczelnej. Wśród 150 jej członków 49 było wyłanianych przez delegacje wojewódzkie, pozostałych wybrał kongres na podstawie liczby uzyskanych głosów. Aleksander Kwaśniewski zgłosił listę swoich sześćdziesięciu kandydatów; wszyscy oni zostali wybrani, choć bardzo zróżnicowanymi liczbami głosów. W wyborach Rady Naczelnej oddano 1186 głosów, co wskazywało na dość znaczny odpływ delegatów, a tym samym kurczenie się liczby członków-założycieli. Wśród osób, które wycofały się z budowania nowej partii byli niemal wszyscy członkowie ostatniego Biura Politycznego i Sekretariatu PZPR; wyjątkami pod tym względem byli Leszek Miller i Sławomir Wiatr, a także – choć nie kandydował do władz SdRP – Mieczysław Rakowski. Przez pewien czas wydawało się, że rozczarowani socjaldemokratycznym obliczem nowej partii działacze stworzą inną partię – „na lewo od SdRP”, ale nic takiego – przynajmniej na poważniejszą skalę – nie nastąpiło.
Początki działalności SdRP były bardzo trudne. Partia została zaatakowana przez Lecha Wałęsę, który w wystąpieniu telewizyjnym 1 lutego groził nam procesami. Widać było, jak bardzo zabolało go fiasko próby zbudowania (pod kierownictwem Fiszbacha) wasalnej wobec niego, ale deklarującej swą lewicowość, partii. Dość powszechne były wypowiedzi przewidujące niepowodzenie SdRP. Nie było to bezpodstawne. Początki budowania SdRP były rozczarowujące. Z około miliona członków PZPR, którzy wzięli udział w wyborach na jej ostatni zjazd, do SdRP wstąpiło jedynie około pięćdziesięciu tysięcy.

Zjawisko to było zrozumiałe, choć nas wtedy zaskoczyło. W końcowym okresie swego istnienia PZPR była przede wszystkim partią inteligencji, zwłaszcza tej, która zawodowo związana była z aparatem państwa. Zakończenie działalności PZPR pozwoliło tym ludziom przejść na pozycje bezpartyjnych fachowców bez konieczności występowania z partii. Wielu z tych ludzi zachowało lewicowe poglądy i w następnych latach głosowało na lewicę, ale do działalności partyjnej już nie wracało. SdRP budowana była przede wszystkim przez ludzi młodych, najczęściej z wyksztalceniem wyższym i nieproporcjonalnie często związanych z wyższymi uczelniami. Dobrym przykładem pod tym względem był Uniwersytet Warszawski. W Radzie Naczelnej SdRP znalazło się ośmiu pracowników UW, ale do nowej partii wstąpiło zaledwie nieco ponad dwudziestu pracowników UW i ani jeden student. Tym, co przesądziło o późniejszych sukcesach SdRP, była determinacja niewielkiego początkowo grona działaczy, którzy przekonani byli, że w radykalnie zmieniających się warunkach ustrojowych musi być miejsce na ideową, wyznającej socjalistyczne wartości, lewicę.

Przebyta droga

Następne lata to przekraczający nasze najśmielsze oczekiwania marsz SdRP ku wielkim politycznym sukcesom, choć początki zdawały się wróżyć źle. W majowych (1990 r.) wyborach samorządowych – pierwszych w pełni demokratycznych wyborach okresu ustrojowej transformacji – kandydaci SdRP otrzymali około 2 proc. głosów, co źle wróżyło na przyszłość. Ale już jesienią tego roku w wyborach prezydenckich wspólny kandydat SdRP i Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej Włodzimierz Cimoszewicz otrzymał 9,21 proc. głosów.

Niespełna rok później w wyborach do Sejmu i Senatu stworzony z inicjatywy SdRP, a grupujący także związkowców z OPZZ i przedstawicieli kilku innych ugrupowań lewicowych Sojusz Lewicy Demokratycznej zajął drugie miejsce zdobywając prawie 12 proc. głosów, co dało mu 60 mandatów poselskich i cztery senatorskie. Niespełna dwuletnia kadencja tego Sejmu pokazała, ze odrodzona lewica jest w stanie aktywnie i skutecznie przeciwstawiać się zwartemu (ale tylko w stosunku do niej) blokowi partii wywodzących się z dawnej opozycji antykomunistycznej.
Autorytet lewicy rósł w miarę tego, jak potęgowało się rozczarowanie oboma rządami prawicy (kolejno Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej), które upadały w wyniku uchwalania – także naszymi głosami – wotum nieufności.

Przyśpieszone wybory 1993 roku przyniosły lewicy wielki sukces – ponad dwadzieścia procent głosów i najsilniejszą reprezentację w obu izbach parlamentu (171 mandatów poselskich i 38 senatorskich). Zawiązana po wyborach koalicja SLD i PSL rządziła Polską przez następne cztery lata i był to dla kraju dobry okres wychodzenia z recesji gospodarczej i szybkiej poprawy ekonomicznej, a także otwierania drogi do NATO i do Unii Europejskiej.

Miarą wzrostu pozycji lewicy był wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na stanowisko prezydenta RP. Kandydatowi lewicy na ogół nie wróżono powodzenia w rywalizacji z urzędującym prezydentem – ikoną „Solidarności” i laureatem pokojowej nagrody Nobla. Z tego okresu pamiętam, jak bardzo odosobniony bywałem, przewidując jego wygraną.

Pasmo sukcesów

Kolejne wybory parlamentarne (1997 r.), choć przyniosły porażkę rządzącej koalicji dla SLD były sukcesem. Zwiększyliśmy uzyskane poparcie do 27 proc. głosów i gdyby nie wielka przegrana PSL pozostalibyśmy u władzy na kolejne cztery lata. Gdy więc w 1999 r. SdRP – w związku z powstaniem SLD jako nowej partii lewicy – kończyła swą działalność, jej działacze mieli uzasadnione poczucie, ze był to dla lewicy dobry okres. W istocie najlepszy w całej jej powojennej historii.

Późniejsze wzloty i upadki lewicy pozwalają lepiej zrozumieć fenomen SdRP. Na początku istnienia SLD jako nowa (przynajmniej formalnie) partia lewicy miał wyraźne sukcesy: ponowny wybór Aleksandra Kwaśniewskiego (2000) i wielki sukces w wyborach do Sejmu i Senatu (2001). Potem jednak przyszła seria porażek, aż po zupełną klęskę w roku 2015, z konsekwencjami której borykaliśmy się przez następne cztery lata. Dziś, gdy lewica wróciła do parlamentu i wyraźny staje się wzrost jej notowań, warto zdać sobie sprawę ze znaczenia, jakie ma krótka historia SdRP.
Partia ta zaczynała w warunkach tak trudnych, że jej późniejsze sukcesy wydają się niemal cudem. Były one jednak konsekwencją tych cech SdRP, które decydowały o jej tożsamości. Trzy z nich wysuwają się, moim zdaniem, na czoło.

Partia realistów i ideowców

Po pierwsze: była to partia ludzi ideowych. Balast oportunistów, którzy zawsze garną się do partii władzy, odpadł, gdyż w 1990 r. mało kto przewidywał powrót lewicy do władzy w bliskiej przyszłości. To samooczyszczenie się z karierowiczów dawało SdRP siłę, której nie miała PZPR i której zabrakło SLD, gdy w pierwszym okresie swego istnienia partia ta szła od sukcesu do sukcesu.

Po drugie: SdRP była zwartym kolektywem przyjaciół, wolnym od skłonności rozłamowych i od klikowych powiązań. Gdy SLD uginał się pod ciężarem rozłamu i kolejnych odejść dawnych działaczy, nieraz przypominałem sobie tę niezwykłą atmosferę koleżeństwa i wierności, w jakiej działaliśmy w czasach SdRP.

Po trzecie: była to partia zdolna do zaproponowania Polsce realistycznej i atrakcyjnej alternatywy w stosunku do tego, co sobą reprezentowała prawica w jej kilku, wzajemnie skłóconych, wariantach. W gospodarce była to „strategia dla Polski” Grzegorza Kołodki, a w sprawach ustrojowych wypracowany we współpracy z innymi ugrupowaniami projekt nowej konstytucji z jej wyraźnie demokratycznymi treściami i z ciekawie rozwiązanymi kwestiami relacji między prezydentem, rządem i parlamentem. O ideowości tej partii świadczyła między innymi konsekwentna walka o świecki charakter państwa, przeciw restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej i przeciw niekorzystnym postanowieniom zawartego w 1993 roku (przez rząd Hanny Suchockiej) konkordatu. W walce tej nieraz byliśmy osamotnieni (między innymi dlatego, że w tych sprawach nie mogliśmy liczyć na poparcie Polskiego Stronnictwa Ludowego), ale nie odbierało nam to woli walki. Z przykrością muszę stwierdzić, że pod tym względem polityka SLD po dojściu do władzy w 2001 roku była bez porównania mniej konsekwentna, a nawet nacechowana oportunizmem.

Można mi zarzucić, że idealizuję SdRP. Być może moje na nią spojrzenie zabarwia to, że działalność w jej kierownictwie była w moim życiu okresem szczególnie ciekawym i ważnym. Przekonany jednak jestem, że niezależnie od osobistych sentymentów Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej zasłużyła sobie nie tylko na wdzięczną pamięć, ale także na to, by nowe pokolenia polskiej lewicy wyciągały z jej doświadczenia wnioski na przyszłość.

„Czerwoni chcą unicestwić Finlandię”

Polska prawica może pozazdrościć estońskiej – i wyobraźni, i brawury!

Wprawdzie spiskowe antykomunistyczne obłąkanie jest nową normą świadomościową także w Polsce, jednak warto zwrócić uwagę na różnicę skali. Estońska prawica konserwatywno-narodowa rozwinęła antyintelektualne standardy typowe dla prawicy europejskiej i amerykańskiej, dodając do nich lokalny koloryt i wchodząc tym samym na jeszcze „wyższy” poziom. Taka jest i nasza przyszłość, jeśli nie dojdzie do masowego politycznego opamiętania.
Popis upadku politycznej kultury dał estoński minister spraw wewnętrznych Mart Helme. W popularnej publicystycznej audycji radiowej stacji TRE Raadio pt. Räägime asjast (est. porozmawiajmy o tym) polityk ten wygłosił w minioną niedzielę (15 grudnia) serię wstrząsających oświadczeń na temat Finlandii – państwa, z którym Estonię łączą bardzo bliskie więzy ekonomiczne i kulturowe. Minister Helme nie tylko obraził najważniejszą polityczkę najważniejszego partnera kraju, w którym sprawuje rządową funkcję, ale też zademonstrował paranoiczne myślenie i prostactwo.
Helme nie mógł przejść do porządku dziennego nad postacią nowej premierki tego kraju – Sanny Marin. Powiedział m. in., że ma ona emploi „kasjerki”, co wzdryga moralnie i politycznie estońskiego ministra, gdyż nasuwa mu mroczne skojarzenia z wypowiedzią „radzieckiego przywódcy, Władimira Uljanowa Lenina, który mówił, iż każda kucharka powinna zostać ministrem. No, to widzimy właśnie jak ekspedientka została szefową rządu” – grzmiał Helme. Nie szczędził też słów „krytyki” członkiniom gabinetu Marin. Określił je jako „zbiorowisko jakichś aktywistek” i „niewykształcone osoby”.
To oczywiście nie koniec osobliwych poznawczych wycieczek estońskiego ministra. Helme wyjaśnił m. in., że triumf „czerwonych” w Estonii to faktyczna realizacja rzekomych ich historycznych rewanżystowskich dążeń. „To kwestia – w pewnym stopniu – historycznej zemsty czerwonych na białych, czyli tych, którzy dążyli do zniszczenia fińskiej państwowości już dawno [chodzi o fińską robotniczą rewolucję z lat 1917-18 inspirowaną zwycięstwem „października” w Rosji, krwawo stłumioną przez miejscową prawicę przy pomocy niemieckiej – przyp. red.]. Oni teraz doszli do władzy i podejmują desperacką próbę unicestwienia Finlandii. Chcą jej przekształcenia jakiś euro-land, który będzie się nazywał Suomi czy Finlandia, ale zostanie on całkowicie podporządkowany ideologicznej filozofii tzw. końca historii, o którym pisał Fukuyama” – bredził minister Helme.
Sana Marin jest premierką Finlandii raptem kilka dni, została zaprzysiężona 10 grudnia. Siłą rzeczy nie mogła jeszcze podjąć żadnych szerzej zakrojonych działań. Co więcej, obserwatorzy fińskiego życia politycznego wróżą jej raczej poważne problemy już na starcie: przez kraj przechodzi fala strajków, a pracownicy i związki zawodowe krytykują socjaldemokratyczny rząd za brak dostatecznego wsparcia. Skąd zatem tak jednoznaczne oceny?
Otóż Marin wywołuje apoplektyczne reakcje u co bardziej zaślepionych prawicowców samą swoją osobą. Jest młodą kobietą, dorastała w tzw. tęczowej rodzinie, gdzie miała dwie matki, deklaruje lewicowe poglądy, jest energiczna i szybko stąpa po coraz to wyższych szczeblach politycznej kariery. Mało tego – jako osoba wychowana przez parę jednopłciową, nie została, jak widzi się to prawicy, przyuczona do homoseksualizmu; jest mężatką, pozostaje w heteronormatywnym związku z Markusem Räikkönenem, mają roczną córkę Emmę. Trudno doprawdy o konglomerat cech skuteczniej rozbudzający prawicowe kompleksy i agresję. Jeśli dodać do tego, że w rządzie Marin 12 na 19 resortów objęły kobiety, a każda z koalicyjnych partii ma obecnie przewodniczącą, a nie przewodniczącego, można sobie jedynie wyobrazić, jak poważny Weltschmertz musiało to wywołać na całej prawicy. W kontekście przywołanych wyżej enuncjacji ministra Helme warto dodać, iż jego konstatacja o „niewykształconych osobach”, które do rządu powołała Marin żenują w kontekście ignorancji, którą on sam ujawnił w tych kilku zdaniach.
Po pierwsze, Yoshihiro Francis Fukuyama w swoim powszechnie już uznanym za porażkę manifeście filozofii politycznej pt. Koniec Historii niczego nie pisał ani o Finalndii, ani jakimś wypieraniu państwowości przez ideologie. „Dzieło” to zawiera jedynie kilka luźnych spekulacji, iż rzekomy kapitalistyczny dobrobyt i liberalno-demokratyczna poza, tudzież – jak to się często mówi – „zachodnie wartości”, są największą i ostateczną cywilizacyjną zdobyczą ludzkości i teraz już wszystko zawsze dobrze, pięknie do końca świata i jeden dzień dłużej. Sam Fukuyama już dawno odżegnał się od tych wniosków. Teraz otwarcie mówi o konieczności wdrożenia rozwiązań socjalistycznych, jeśli ludzkość ma w ogóle przetrwać.
Po drugie, minister Helme, jak to prawicowcy mają w zwyczaju, powołuje się na jakieś słowa klasyków socjalistycznej myśli i praktyki, znając je tylko ze słyszenia i nie mając pojęcia, w jakich okolicznościach padły i czego tak naprawdę dotyczy. Słowa „Każda kucharka powinna nauczyć się rządzić państwem”, pochodzą z plakatu propagandowego (dziś nazywa się to reklamą społeczną) z 1925 r. autostwa Iliji Pawłowicza Makaryczewa. Rysownik podpisał pod tym sformułowaniem Lenina, jednak cytatu z Lenina w dokładnie takim brzmieniu nie ma. To jednak uproszczenie nieszkodliwe, gdyż ten ostatni zawarł podobne sformułowanie w bardzo pouczającej politycznej rozprawie pt. Czy bolszewicy zdołają utrzymać władzę w państwie?. Została ona wydana 14 października 1917 r., a dokładny cytat w tłumaczeniu na j. polski brzmi następująco: „Nie jesteśmy utopistami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy robotnik i nie każda kucharka mogą w tej chwili, z dnia na dzień, przejąć funkcję rządzenia państwem”. Potem tłumaczy, że w tym aspekcie zgadza się z innymi stronnictwami prorewolucyjnymi w Rosji. Niemniej piszący domaga się, by jak najszybciej „zerwać z tym przekonaniem, jakoby zarządzać państwem, wykonywać powszednią, regularną pracę zarządzającą byli w stanie tylko ludzie bogaci lub urzędnicy pochodzący z bogatych rodzin”. Tym samym Lenin wyrażał polityczną troskę o możliwość szybkiej, skutecznej i powszechnej demokratyzacji państwa, a nie o ustanowienie rządu głupków po to, by państwowość zamienić na ideologię. To już teoria spiskowa z kosmosu.
Na koniec warto dodać, że Mart Helme oraz jego syn Martin, też parlamentarzysta, słyną nie od dziś ze swojego ekstremistycznego skrajnego ekscentryzmu. Mówił on m. in., że celem jego i jego partii jest „Estonia biała w każdym znaczeniu”, skarżył się, że „liczba Murzynów w Tallinnie wzrosła lawinowo”, imigrantów zarobkowych z Ukrainy nazywał „ludźmi a priori obcymi kulturowo”. Obaj Helme nie znoszą też Unii Europejskiej, gdyż ta każe akceptować „zboczeńców” itp. Szerzej na temat tych indywiduów oraz antykomunistycznej histerii, dzięki której do głosu doszła w Estonii proto-faszystowska ekstrema piszą Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Radosław Czarnecki w artykule Jak naśladowcy Donalda Trumpa i żołnierze Odyna podbili europejską demokrację?
Pewną nadzieją napawa fakt, iż Helmemu tym razem może się nie upiec. Od jego wypowiedzi odciął się Jüri Ratas, premier Estonii i przewodniczący Estońskiej Partii Centrum, ten sam zresztą, który, chcąc utworzyć rząd, zaprosił do niego ekstremistów z EKRE i niewiele lepszych od nich (może bardziej oględnych w słowach) konserwatystów z partii Ojczyzna (Isamaa). Jednocześnie do ofensywy szykuje się liberalna opozycja – Estońska Partia Reform, której liderzy już zażądali dymisji nie tylko ministra spraw wewnętrznych, ale całego rządu. W tej chwili szefostwo tego stronnictwa dyskutuje nad podjęciem dalszych kroków.

Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Finlandia: Liberałowie przeciwko socjaldemokratom

Premier Finlandii Antti Rinne podał się do dymisji, ale i tak będzie miał wiele do powiedzenia podczas formowania nowego gabinetu; nadal będzie to rząd Partii Socjaldemokratycznej, zielonych i centrystów. To nieoczekiwany skutek zwycięskiego strajku fińskich pocztowców.

To Partia Centrum, jedyny liberalny członek koalicji rządowej, ogłosiła, że straciła zaufanie do socjaldemokratycznego premiera. Oficjalnie nie dlatego, że strajk zakończył się podpisaniem porozumienia gwarantującego pracownikom sortowni paczek zachowanie dotychczasowych zarobków. Centryści stwierdzili, że nie ufają już premierowi, gdyż dawał niejasne wyjaśnienia w sprawie przedstrajkowych prób rozwiązania konfliktu w państwowej spółce pocztowej.
Przypomnijmy, że po proteście z rządu odeszła minister samorządu lokalnego i zarządzania własnością Sirpa Paatero, a Rinne zarzucił jej, że nie działała w sprawie Posti zgodnie z jego zaleceniami, w szczególności niedostatecznie stanowczo dała zarządowi poczty do zrozumienia, że priorytetem rządu jest zachowanie warunków pracy i płacy na dotychczasowym poziomie. Wcześniej natomiast zapewniał, że Paatero bardzo aktywnie upominała się o pracowników, czemu z kolei zaprzeczał zarząd poczty.
Portal Italehti opublikował jednak materiały, z których wynika, że intencje Partii Centrum mogły być inne. To wycieki z prywatnej grupy polityków Centrum na komunikatorze WhatsApp, gdzie były premier z ramienia centrystów, Juha Sipilä, wspierany przez prawe skrzydło klubu centrystów, sugeruje rozdmuchanie i wykorzystanie całej sytuacji, by zmusić Anttiego Rinne do odejścia. Politycy Centrum oczywiście zaprzeczają całej intrydze i twierdzą, że mieli w całej sprawie najczystsze intencje.
Pewne jest jedno: ani centryści, ani socjaldemokraci nie chcą nowych wyborów, bo tylko by na nich stracili. Społeczeństwo, które poparło w ostatnich wyborach lewicę, by powstrzymać politykę cięć i zagwarantować utrzymanie fińskiego modelu państwa socjalnego, jest przekonane, że rząd robi za mało – to pokazują ostatnie sondaże, gdzie łącznie 52 proc. odpowiadających wyraża rozczarowanie jego dotychczasową aktywnością. Jedyną partią wchodzącą w skład koalicji, której notowania rosną, jest jej człon najbardziej konsekwentny w lewicowych poglądach – Związek Lewicowy, formacja demokratycznych socjalistów. Centrum chce więc innego premiera, nie byłego związkowca, ale nie przedterminowych wyborów.
Kto może pokierować nowym rządem Finlandii? Zainteresowanie zgłosił już Antti Lidtman, obecnie szef klubu parlamentarnego Partii Socjaldemokratycznej oraz minister transportu i komunikacji Sanna Marin, również z SDP. Tymczasem będący w opozycji konserwatyści z Koalicji Narodowej domagają się, by rozmowy o nowym gabinecie uwzględniały wszystkie siły reprezentowane w fińskim parlamencie. Targi wokół nowego składu rządu mogą potrwać nawet kilka tygodni.

Koniec skandynawskiego raju?

Przejrzyste zasady zatrudnienia, kurczowe trzymanie się przez pracodawców przepisów oraz wysokie wynagrodzenia sprawiają, że w Polsce Skandynawia jawi się jako raj dla pracowników. To Eldorado może jednak wkrótce przejść do historii.

Mieszkańcy Norwegii, Danii i Szwecji zawdzięczają swoją sytuację nie tylko prawnym regulacjom wprowadzonym jeszcze w I połowie XX wieku przez tamtejszą socjaldemokrację, ale również prężnie działającym związkom zawodowym działającym na wielu płaszczyznach. Poza wsparciem swoich członków na gruncie prawnym, np. w sytuacji konfliktu z władzami firmy, oferują one też ubezpieczenia, chociażby dodatkowe zasiłki w sytuacji utraty pracy, czy nawet usługi finansowe, jak jeden z największych duńskich banków – Arbejdernes Landsbank. Sytuacja to kompletnie niewyobrażalna w realiach wschodnioeuropejskiego szalejącego neoliberalizmu.
W odróżnieniu od Polski, skandynawskie relacje pracownik – pracodawca nie opierają się na Kodeksie Pracy, czy państwowych aktach prawnych, lecz na szczegółowych umowach zbiorowych dotyczących poszczególnych branż. Ogólnopaństwowe przepisy odnoszą się do kwestii BHP albo liczby godzin pracy, natomiast wysokość płac czy dodatkowe wynagrodzenie za nadgodziny ustalają branżowe związki i pracodawcy, a następnie spisują w wyżej wymienionych układach. W połączeniu z możliwością strajku oraz ochroną państwa układy branżowe były dotychczas świętością robotniczego szwedzkiego świata. Ale w ostatnich miesiącach socjaldemokratyczny rząd Stefana Lövfena podniósł na nie rękę.
We wrześniu 2018 roku szwedzki premier, chcąc zdobyć wotum zaufania w Riksdagu, złożył szereg wybitnie niepokojących obietnic. Jako ustępstwa na rzecz liberałów, którzy mieli w zamian poprzeć jego rząd, zapowiedział reformę prawa pracy uelastyczniającą zatrudnienie, obniżkę podatków i zmiany w zasadach wynajmu nieruchomości. Oczywiście prawicowa opozycja i liberałowie byli zachwyceni propozycjami często podkreślającego swoje związkowe korzenie Lövfena. Natomiast przeciwko nim, oprócz środowisk lewicowych, wystąpili też antyimigracyjni działacze Szwedzkich Demokratów.
Wkrótce Szwedzcy Socjaldemokraci musieli zapłacić rachunek za poparcie ich rządu przez liberałów. Nadarzyła się okazja do wymontowania jednego z najważniejszych bezpieczników chroniącego interesy pracowników w monarchii Karola XVI. Według jeszcze niedawno obowiązujących przepisów pracodawcy nie mogli podpisać porozumień grupowych wyłącznie z wybranymi związkami zawodowymi, przy pominięciu tych, które z jakichś powodów były dla nich niewygodne. Niekiedy komplikowało to sytuację biznesu, np. wtedy, gdy dana branża skupiała szereg zróżnicowanych zawodów. Przykładem może być sytuacja na lotniskach, gdzie osobne związki mogą mieć pracownicy naziemnej obsługi lotów, kontrolerzy ruchu czy logistycy. Nie zawsze ich interesy się pokrywały, niemniej jednak umowy zbiorowe musiały uwzględniać stanowiska wszystkich pracowników. To rozwiązanie uniemożliwiało rozgrywanie robotników poprzez faworyzowanie mniejszych organizacji bądź wręcz korumpowanie ich liderów. Niestety, w ostatnich miesiącach szwedzkie władze zmieniły korzystne przepisy.
Zaczęło się od konfliktu związków zawodowych portu Göteborg w 2016 roku, gdzie pracownicy dążyli do poprawienia warunków pracy, jednocześnie niektóre tamtejsze związki chciały podważyć umowy zbiorowe. Według liberalnych mediów, konflikt negatywnie wpłynął na kondycję finansową przedsiębiorstwa oraz płynność dostaw towarów. W tym roku sąd uznał, że nie można zorganizować strajku przeciw układowi zbiorowemu, jeśli znajdą się związki zawodowe chcące go bronić. Otworzyło to pracodawcom możliwość rozgrywania związków zawodowych, np. przeciwstawiając żądania stewardes pilotom i odwrotnie.
Jednocześnie szwedzkie władze oraz parlament podpisały prawo sankcjonujące te przepisy oraz radykalnie ograniczające możliwość legalnego wystąpienia przeciwko pracodawcom posiadającym układy grupowe. Od pierwszego sierpnia 2019 roku legalni przedstawiciele szwedzkich pracowników muszą najpierw negocjować z pracodawcą swoje żądania. Obalenie istniejących umów zbiorowych zostało niezwykle utrudnione. Nowe przepisy spotkały się z masową krytyką ze strony szwedzkich jurystów oraz organizacji robotniczych. Na drodze prawnej podjęto próby zmiany proliberalnych ustaw. Przyszłość jednak dopiero pokaże, czy będą one udane.
Jedno wiadomo już teraz: gabinet Stefana Lövfena przyjął taktykę salami i jest zdecydowany spłacić parlamentarne zobowiązania wobec prawicy. Stopniowo wykorzystuje kontrowersyjne konflikty na linii pracodawcy i pracownicy, aby sparaliżować szwedzkie związki zawodowe. Zanim organizacje pracownicze się obejrzą, zostaną pozbawione uprawnień, które zdawały się wywalczone raz na zawsze, oczywiste i jasne. Prawica zaciera ręce.