Co planuje Ziobro?

Czeka nas jesień pod znakiem nowej politycznej batalii o sądy – donoszą media, według których Zbigniew Ziobro dostał na to “zielone światło” od Jarosława Kaczyńskiego.

“Wrześniowo-październikowe posiedzenia Sejmu mogą mieć równie burzliwy przebieg, co ostatnie obrady zakończone reasumpcją jednego z głosowań. Prawo i Sprawiedliwość chce wejść bowiem w nową fazę politycznej przepychanki, która na kolejne miesiące może nakreślić oś narracyjną, upływającą pod znakiem reformy sądownictwa” – infomuje Interia.

Jak napisał serwis, po opuszczeniu Zjednoczonej Prawicy przez Porozumienie Jarosława Gowina, “mocniejszą kartę” będzie chciał wykorzystać drugi z koalicjantów – Solidarna Polska. Przy aprobacie Jarosława Kaczyńskiego lider tego ugrupowania, Zbigniew Ziobro, ma w najbliższych miesiącach rozpocząć kolejny etap reformy sądownictwa.

Jak wskazuje Interia, po sezonie urlopowym sprawa reformy sądownictwa ma być dość pilnym tematem rozmów liderów Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski. “Podczas tych rozmów powinien też pojawić się pomysł zredefiniowania koncepcji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego” – czytamy. Serwis zwraca uwagę, że w piśmie przesłanym Komisji Europejskiej rządzący zobowiązali się do jej likwidacji, jednak “w obecnym kształcie”. To ma mieć znaczenie kluczowe.

Zwiastun tego ma być widoczny już w odpowiedzi udzielonej przez polski rząd Komisji Europejskie ws. Izby Dyscyplinarnej. Miała ona powstać w konsultacji z Ministerstwem Sprawiedliwości. “Jego wkład to punkt mówiący o wniosku o uchylenie środków tymczasowych w związku z orzeczeniem TK” – czytamy.

Czasem cel uświęca środki

Gambit kontra gangsterski Wallenrodyzm

-„Zdrada”, „ swoisty pakt Ribbentrop – Mołotow zawarła Lewica z PiS” – słychać niemal z każdej strony sceny politycznej po wtorkowym spotkaniu Czarzastego, Biedronia i Zandberga z Morawieckim i jego ministrami. Najgłośniej płacze i skrzeczy Platforma Obywatelska i PSL niczym mali chłopcy, którym zabrano zabawki w piaskownicy. Krzyk ten wywołało spotkanie i przedstawiony tam przez Lewicę 6 punktowy program pomocy dla Polek i Polaków. Program zbieżny w kilku punktach z celami Unii Europejskiej, która chce przekazać gigantyczne pieniądze na wychodzenie z pandemicznego kryzysu krajom członkowskim, oponenci Lewicy nazwali „mrzonkami nie wartymi uwagi”. I jazgoczą dalej. Zarzucają wspieranie rządów PiS oraz legitymizowanie bezprawia, kłamstwa i niegospodarności. Śmiechu warte zarzuty!

Lewica zrobiła bardzo dobrze, bo wzięła na siebie odpowiedzialność – wobec głupoty Solidarnej Polski Ziobry – która nie chce zaakceptować „drugiego planu Marshalla” dla Polski i Europy. I co jest bardzo smutne, w tym złorzeczeniu słychać też głos przewodniczącego PO, Borysa Budki. Wtórują mu PSL-owcy, ale jakby ciut ciszej, jak to oni, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie jutro może zmienić zdania.

A teraz popatrzmy na tę tzw. zdradę. Czy przejawem lojalności PO wobec Lewicy jest ciągłe i przy każdej okazji dewaluowanie osiągnięć prezydenta Kwaśniewskiego, ekip Millera, Oleksego, Cimoszewicza i innych ludzi z tzw. lewej strony sceny politycznej? Czy rozbijacka robota Gazety Wyborczej, Newsweeka oraz TVN – sympatyzujących jawnie z PO – polegająca na krytyce i niedocenianiu Lewicy podczas wyborów w 2015 roku to przejaw szacunku i wierności? A odrzucenie przez posłów Platformy wniosku Lewicy o postawienie przed Trybunałem Stanu Zbigniewa Ziobro – to przejaw czego? A jak nazwać wspieranie PiS w tworzeniu IPN i odbieraniu emerytur niewinnym (bez wyroku sądowego) byłym pracownikom służb specjalnych PRL? A jak nazwać odrzucenie wniosku Lewicy o powołaniu na Rzecznika Praw Obywatelskich Piotra Ikonowicza przez PO? Takich pytań można byłoby postawić jeszcze więcej. I nie są to dowody szacunku i wierności wzajemnej Opozycji.

W Polsce takie zachowania jakie prezentuje PO i PSL już dawno zostały nazwane w literaturze. To wallenrodyzm. Do realizacji szczytnych celów dopuszcza się człowiek czy organizacja poprzez zachowania nieetyczne, podstępne, kłamstwa i zdrady. Pod pozorem działań szlachetnych i lojalnych niszczy się darzącego go zaufaniem przeciwnika, rywala. To działanie PO jest bardzo bliskie temu, co prezentuje PiS w obecnej Polsce. Trudno temu zaprzeczyć, obserwując scenę polityczną. I twierdzenia o zdradzie Lewicy mają się nijak do oskarżeń PO.

Lewica w trosce o pieniądze dla Polek i Polaków a także pozostałych mieszkańców Unii Europejskiej zaryzykowała swoimi ideałami i autorytetem. Nie wchodząc przy tym w żadne koalicje z PiS. Warto o tym pamiętać. Tak, to bardzo niepewna inwestycja Lewicy – ale dobro ludzi wzięło górę nad ambicjami partyjnymi swoimi i pozostałych partii opozycyjnych. W szachach, taki ruch nazywa się gambitem. Wówczas poświęca się figurę lub dwie w celu osiągnięcia korzyści większej, ważniejszej, dającej sukces, zwycięstwo. Czasem cel uświęca środki. Stara to prawda.

Przy czym ryzyko to jest zminimalizowane, bowiem jeśli PiS nie wpisze tych propozycji do głosowanego projektu, to Lewica go nie poprze. To przecież jest oczywiste. I wtedy zobaczymy, jak zachowają się inne kluby parlamentarne? Czy wówczas też będą tak odważnie krytykować Lewicę? A jeśli propozycja zostanie zaakceptowana przez Sejm, to zyska Polska i Europa. Na straży tych wydatków będzie stać nie tylko Komitet Monitorujący, jak wskazała w projekcie – wspólnie z UE – Lewica. Polskie sądy też będą gwarantami właściwego wydatkowania tych pieniędzy, czy to się komuś podoba czy nie.

I to powinien być sukces Lewicy. W dłuższej perspektywie – gdy pojawią się nowe mieszkania, doposażone zostaną szpitale, a samorządy dostaną ogromna pulę z tych 770 mld złotych, jakie otrzymamy w ramach Krajowego Planu Odbudowy – to nikt nie będzie pamiętał o przepychankach partyjnych. Zwłaszcza, że jak wynika z sondaży, czekają nas wybory. Rząd PiS traci popularność, tak jak i cała ta formacja. A to oznacza, że nad tymi pieniędzmi będzie czuwać nowy rząd i miejmy nadzieję, że z przedstawicielami Lewicy. Bo gambit to bardzo czytelny, acz ryzykowny, ruch wobec kompletnie niepewnego wallenrodyzmu.

Konferencje prasowe stały się źródłem prawa

– Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców – mówi prof. Jerzy Zajadło, filozof prawa, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Premier zapowiedział złożenie wniosku w sprawie orzeczenia TSUE do Trybunału Konstytucyjnego. Mgr Przyłębska już w rozmowie z PAP stwierdziła, że „zawarte w orzeczeniu TSUE sugestie dotyczące działania sądów powszechnych w Polsce stanowią oczywiste naruszenie ładu konstytucyjnego RP i wykraczają rażąco poza ustalenia traktatowe”. Zgadza się pan z panią Przyłębską?

JERZY ZAJADŁO: Po pierwsze szefowi Trybunału, bez względu na jego status, pozycję itd., nie wypada się wypowiadać na forum publicznym w tego typu sprawach, ponieważ będzie ona przedmiotem rozstrzygnięcia TK. Pani prezes stawia się w bardzo niewygodnej sytuacji i zdaje się, że już pojawił się wniosek o wyłączenie jej ze składu orzekającego, skoro takie sensacje produkuje publicznie.

Po drugie kompletnie nie zgadzam się z tym, co powiedziała pani Przyłębska, bo jest kompletnie odwrotnie. Ład konstytucyjny został naruszony przepisami, które były przedmiotem oceny TSUE. To regulacja dot. KRS i zmiany w SN naruszają konstytucję.

Oczywiście jesteśmy świadkami pewnej politycznej retoryki, że to naruszenie konstytucji, która ma przewagę nad prawem europejskim. Oczywiście to prawda i nikt tego nie kwestionuje, a pytanie brzmi, co jest sprzeczne z konstytucją; czy przepisy, które wprowadzono – niestety tego nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo decyduje o tym Trybunał, który ma wątpliwą reputację. Czy też rację ma TSUE, który próbuje uznać, że te wartości, które są wyrażone w traktacie UE, są tożsame z tymi, które wyraża Polska konstytucja.

Pani Przyłębska nie ma racji, ale podobnie wypowiadali się też inni przedstawiciele rządzącej większości, zwłaszcza Solidarnej Polski: min. Wójcik czy Kaleta, którzy jeszcze ostrzej wypowiadają się w tej sprawie, oczywiście włącznie z min. Ziobrą. Ci panowie twierdzą, że może by w ogóle pominąć to orzeczenie TSUE, ponieważ ono, ich zdaniem, nie wywołuje żadnych skutków prawnych wobec sprzeczności z konstytucją.

Zresztą TSUE jest konsekwentny w tej sprawie, ponieważ tak samo orzekł w orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku, które skutkowało tą słynna uchwałą trzech Izb SN. Dotyczyło wprawdzie innej sprawy, ale argumentacja Trybunału jest podobna; nie możecie robić wszystkiego, co chcecie, z wymiarem sprawiedliwości, ponieważ są pewne zasady obowiązujące w UE, w traktacie o UE, jak np. rządy prawa.

Nie sam akt nominacji przez prezydenta, ale procedura powoływania sędziów przez KRS powinna podlegać kontroli.

O to szedł spór, że osoby, które powiedzmy „nie załapały się” w tej procedurze, powinny mieć możliwość zaskarżenia decyzji KRS.

Oczywiście są wyjątki od tej zasady, ale generalnie wszelkie postępowania, gdzie toczy się jakaś procedura zarówno na gruncie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i na gruncie przepisów Prawa Europejskiego, są to postępowania dwuinstancyjne. Jest decyzja i prawo do odwołania się od niej. Tu sędziów pozbawiono tego prawa.

Politycy Solidarnej Polski mówią, że to atak na naszą suwerenność.

Wszystko zależy od tego, jak pojmujemy suwerenność. Czy to całkowita niezależność od świata zewnętrznego i prawo do decydowania o wszystkim i o wszystkich, także własnych obywatelach, tak jak sobie władza wymyśli, czy są pewne imponderabilia, które wynikają z tego, że jesteśmy członkiem społeczności międzynarodowej i wspólnoty europejskiej.

Przystępując do tej wspólnoty zgodziliśmy się na pewne ograniczenie suwerenności. Polska konstytucja to przewiduje i dlatego też było referendum, bo jeżeli przystąpienie do organizacji międzynarodowej wiąże się z przekazaniem na jej rzecz pewnej części suwerenności, to wymaga to referendum. Dodam też, że suwerenność współcześnie jest trochę inaczej pojmowana. Dziś państwu, w odróżnieniu do przeszłości, nie można wszystkiego na swoim terytorium.

Są ograniczenia w postać Praw Człowieka, zasad demokratycznego państwa prawa i szereg innych ograniczeń, które powodują, że bez pozbywania się suwerenności musimy wykonywać ją w taki sposób, aby się w tej wspólnocie zmieścić.

To, co od 5 lat próbuje się zrobić w Polsce, to archaiczne pojmowanie suwerenności, jakbyśmy byli całkowicie niezależni od świata zewnętrznego. Tak nie jest i nikt na świecie nie pojmuje dziś tak suwerenności.

Co się stanie, jeśli pseudo-TK orzeknie tak jak teraz mówi pani Przyłębska? Czy to nie będzie oznaczało wyjścia Polski z europejskiego prawodawstwa, czyli de facto z UE?

Takich orzeczeń TK, które by sugerowały, że już wychodzimy z UE, już parę było. To bardziej wygląda jak przeciąganie liny z Unią, ale oczywiście gdzieś jest masa krytyczna, za którą coś złego się stanie. Z drugiej strony procedura UE nie przewiduje wykluczenia członkostwa, ale w samej Unii będzie nam coraz trudniej. Wygląda na to, że środki finansowe będą uzależnione od kwestii praworządności, zatem tu widzę konsekwencje.

Były zresztą podobne orzeczenia Trybunałów w innych państwach, np. Niemiec, gdzie Trybunał orzekał o wyższości ustawy zasadniczej Niemiec nad prawem europejskim. Dotyczyło to wprawdzie innych spraw, nikt jednak nie działał w tej kwestii tak radykalnie jak obecnie Polska. Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców. Przyznam, że zastanawiam się czasem, czy ci, którzy są prawnikami, wierzą w to, co mówią, i przyznam, że mam wątpliwości.

Jakie konsekwencje grożą panu prezydentowi, doktorowi prawa UJ, za mianowanie sędziów na podstawie przepisów, co do których ma teraz wątpliwości TSUE, ale wcześniej przecież alarmowali także eksperci prawa?

Prezydent, kiedy dostaje wniosek, nie musi specjalnie w niego wnikać, chociaż prezydent Kaczyński to robił.

To prerogatywa prezydencka, on dostaje wniosek o mianowanie sędziego i tyle. Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, które prezydent Duda sam kiedyś popełnił, że podpis prezydenta uzdrawia wszelkie niedoskonałości proceduralne. Nawet jeśli KRS jest niekonstytucyjny, to on swoim majestatem urzędu wszystko uzdrawia i ten podpis jest decydujący. To tak nie wygląda, a jego podpis to tylko akt nominacji i nie jest bez znaczenia, jak przebiegała sama procedura.

To teraz zadanie dla NSA, który nie jest związany żadnym terminem. Wszyscy zadają sobie pytanie, jak dalece pójdzie prezes NSA, prof. Marek Zirk-Sadowski. Być może w tej sprawie orzeknie normalny skład NSA; 3 sędziów, ale może się też tak zdarzyć, jak w SN, że orzekł wszystkie Izby NSA i podejmą jakąś uchwałę.

Kiedy i jak, trudno przewidzieć, na pewno wyrok TSUE wskazuje im drogę, którą powinni pójść, choć oczywiście być może NSA pójdzie drogą pani Przyłębskiej czy pana ministra Wójcika.

Politycy rządzącej większości regularnie orzekają, które wyroki sądu uznają, a które nie, które publikują, a które nie. Jakie to rodzi konsekwencje?

Jesteśmy oczywiście w stanie pewnego chaosu prawnego, który władza wywołała. Wydaliśmy ostatnio z prof. Łętowską książkę pt. „Wygaszanie państwa prawa” i pytanie, które sobie przy okazji postawiliśmy, brzmiało: czy to wygaszanie państwa prawa, które jest widzialnym procesem i dotyka coraz to nowych sfer, jest zaplanowanym procesem?

Doszliśmy do wniosku, że raczej nie, a jest to działanie od przypadku do przypadku. To próba badania poziomu oporu samego systemu i wrażliwości społecznej. To działania ad hoc, jak daleko jeszcze można się posunąć, co ograniczyć, gdzie zaingerować. Tezą, że to nie jest konkretny plan, który narodził się w głowie wiadomo kogo, jest fakt, że nie wiemy, co ma być na końcu. Nikt nie przedstawił nam żadnej wizji, bo jeżeli nie demokratyczne państwo prawa, to co?

Co ma być alternatywą dla wolności mediów, dla przestrzegania państwa prawa, dla demokracji, bo ona też podlega naruszeniom?

Podobnie jest z pandemią, gdzie nie wiemy, co nas jutro czeka, bo nie ma pewności prawa w postaci ustawy, tylko mamy rozporządzenia wydawane ad hoc przez premiera, ministra zdrowia, Radę Ministrów, właściwie konferencje prasowe stały się w Polsce źródłem prawa.

À propos szczepionki, to jestem w czarnej dziurze, ponieważ jestem między 65. a 70. rokiem życia, w związku z tym nie jestem zaszczepiony. Któregoś dnia dowiedziałem się, że będę w grupie X, w południe byłem już w grupie Y, a wieczorem już nie byłem w żadnej. Dziś dowiedziałem się, że zostanę zaczepiony, ale tylko dlatego, że szczepionkę Astrazeneca rozszerzono na moje roczniki, ale kiedy – nie wiadomo.

Sąd Apelacyjny orzekł, że sędzia Tuleya może orzekać, bo nadal jest sędzią. To kolejny kamyk do tego chaosu prawnego, tylko że ten niesie za sobą nadzieję, że są jeszcze sprawiedliwi sędziowie?

Jest w tej sprawie pewne pozytywne zjawisko, polegające na tym, że sędziowie jakby odzyskali poczucie bycia trzecią władzą.

Kiedyś sędzia jak zdejmował togę, odkładał młotek i wychodził z sali, to nie czuł się już sędzią, ani trzecią władzą. Dziś to się zmieniło.

Taką świadomość i tożsamość sędziowie odzyskali przez ten atak ze strony rządzących, bo nic innego im nie pozostało. To jest dość liczna grupa, bo mamy ok. 10 tys. sędziów w Polsce. Część z nich zachowuje się niezbyt godnie, część jest bierna, nazwijmy to postawą konformistyczną, ale jest grupa 3-4 tys. sędziów, czyli ok. 40 proc., którzy są bardzo zaangażowani i w działalność w stowarzyszeniach Themis i Iustitia. Myślę, że w grupie biernych sędziów nie ma tak spektakularnych działań, ale są wśród nich ci, którzy robią swoje i mają świadomość, że coś niedobrego dzieje się wokół.

10 marca TK Przyłębskiej zajmie się sprawą RPO i wiele wskazuje na to, że to będzie koniec prof. Bodnara na tym stanowisku. Powołany zostanie ktoś pełniący obowiązki, być może nawet pan Wawrzyk, który nie dostał zgody Senatu na to stanowisko. Runie wtedy ostatni instytucjonalny bastion obrony praworządności?

Tak się niestety wydaje. Sam wniosek w tej sprawie jest z mojego punktu widzenia kompletnie nieracjonalny, ponieważ to, że są kłopoty z wyborem RPO, to jedno, jednak nikt nigdy nie kwestionował zapisu, że zarówno RPO, jak i szef NIK-u sprawuje swój urząd do momentu wyboru nowego. Nie można obciążać tego urzędu odpowiedzialnością za to, że z powodu takiego układu politycznego nie można wybrać rzecznika.

Rozumiem, że wniosek zmierza do tego, aby wybrać na RPO komisarza, ale ani p.o. rzecznika, ani instytucji jakiegoś komisarza konstytucja ani ustawa nie przewiduje.

Oczywiście domyślam się, jakie będzie orzeczenie TK w tej sprawie, i przyznam, że to jest najgorsze w tym wszystkim, że my jesteśmy w stanie antycypować, jakie będzie orzeczenie tego TK. Kiedyś orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego to było wydarzenie, na które się czekało, i nikt nie wiedział, jakie ono będzie. Teraz niestety wiemy, jakie będzie, i to powoduje, że ta kontrola konstytucyjności jest iluzoryczna. To fasada, szukanie listka figowego dla działań władzy. Smutne to bardzo.

Z Funduszem pod górę

Na początku wszyscy mieli nadzieję, że ratyfikacja Funduszu Odbudowy przejdzie przez parlamenty krajów członkowskich szybko i już na wiosnę KE podzieli pierwszą ratę – 13 proc. udziału każdego z państw w przydzielonych środkach.

Premier Portugalii pełniący od stycznia obowiązki szefa prezydencji europejskiej – António Luís Santos da Costa, wezwał kraje członkowskie do szybkiego uporania się z tym zadaniem, gdyż traktaty europejskie nie przewidują zaciągnięcia wspólnego długu i dlatego formalna ratyfikacja jest niezbędna.

Niby wszystko jest jasne, wynegocjowane i uzgodnione na letnim i grudniowym szczycie szefów rządów, a mimo to nad Funduszem Odbudowy zbierają się ciemne chmury. Dość powiedzieć, że do tej pory (a luty zaraz się kończy) w kilku tylko krajach pokonano już parlamentarne procedury i Fundusz ratyfikowano.

Niestety, gdy chodzi o pieniądze zawsze zaczynają się schody. Nie inaczej jest nawet teraz, w gnębionej od roku przez pandemię i ponoszącej ogromne straty gospodarcze Europie.

Blokadą ratyfikacji grożą Estonia, Litwa i Łotwa, które domagają się dofinansowania przez UE Rail Baltica – nowoczesnego połączenia kolejowego państw bałtyckich z Europą Zachodnią – od Helsinek do Warszawy.

Ma to kosztować 6 mld. euro, ale 85 proc. ma pokryć UE w ramach instrumentu finansowego „Łącząc Europę” (CEF), który obejmuje m.in. kwestie rozwoju transportu. Uruchomienie połączenia przewidziane jest na 2026 rok. Tymczasem w Parlamencie Europejskim entuzjazmu dla tego przedsięwzięcia nie ma. Moim zdaniem niesłusznie, bo to projekt potrzebny, który odegra ważną rolę zintegrowania krajów bałtyckich z resztą Unii. Zainteresowani powołują się na osiągnięte na lipcowym szczycie przywódców państw unijnych porozumienie, które jednak w nowej perspektywie finansowej na lata 2021-2027 nie znajduję odzwierciedlenia. Stąd ich groźba zablokowania całego Funduszu Odbudowy, która ma wymusić ostateczną zgodę na finansowanie Rail Baltici.

Ze swojego szantażu – jednak jakże odmiennej natury – nie rezygnują Węgry, które jak wiadomo nie życzą sobie, by wypłaty z Funduszu Odbudowy uzależnione były od praworządności. Co prawda owa praworządność dotyczy wszystkich krajów unijnych na tych samych zasadach i wedle tych samych kryteriów, ale Orban jest zdecydowanie jej przeciwny. Jego krytycy podnoszą, że zasada pieniądze za praworządność ma być tamą m.in. przed marnotrawstwem unijnych pieniędzy, a to zjawisko jest na Węgrzech szczególnie widoczne. Mówi się wprost o największej wśród krajów Unii korupcji, która jest stałym elementem węgierskiego krajobrazu gospodarczego.

No, a jak gdzieś jest jakieś „weto”, to oczywiście tam nie może zabraknąć rządu PiS. Tu rej wodzi „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobry, partia mała, ale poprzez współtworzenie rządzącej Zjednoczonej Prawicy, ważna. Przy okazji ratyfikacji Funduszu Odbudowy chce być jeszcze ważniejsza. Jej lider od początku więc atakuje premiera Morawickiego – wpierw za – jego zdaniem – nieudolne i nie dość dbałe o polskie interesy negocjacje, które prowadził w sprawie budżetu na lata 2021-2027, a teraz za to, że – mówiąc najkrócej – wystawia na szwank polskie świętości: niepodległości i suwerenność. Chodzi zarówno o mechanizm pieniądze za praworządność, jak i o zgodę na wspólny europejski dług, co rzeczywiście jest posunięciem w stronę dalszej integracji Unii. Moim zdaniem akurat dla nas jest to jak najhardziej korzystne i powinniśmy działać w tym kierunku. Im bardziej będziemy z Unią zintegrowani, tym będziemy silniejsi i bardziej suwerenni. Dla „Solidarnej Polski” pachnie to jednak popadnięciem w brukselską niewolę. Podczas ostatniego posiedzenia rządu dodali do tych argumentów jeszcze opłacalność. Otóż pan Ziobro z kolegami, zadając pytania o szczegółowe wyliczenia zysków i strat, które Fundusz Odbudowy na nas sprowadzi, w gruncie rzeczy podważają jego ekonomiczny sens, a przez to kompetencje premiera i ustalenia, które podjął w imieniu Polski na unijnych szczytach. Ośmieszając go przy okazji, bo przecież pamiętamy, jak premier ogłaszał swój wielki sukces negocjacyjny. Moim zdaniem w tym akurat wypadku miał rację, gdyż nigdy wcześniej tak dużo pieniędzy jak w budżecie 2021-2027, Polska nie otrzymała.

Tak najogólniej można opisać paliwo polityczne, dzięki któremu „SP” chce wzbić się ku większemu znaczeniu. Że jest to wbrew żywotnym interesom kraju, że wszelkie próby wstrzymywania europejskiego finansowania odbudowy po koronawirusie są działaniem na szkodę Polski, to jest dla mnie oczywiste. Jednak działaczom „SP” pomiarkowanie w demagogii, czy wstyd przed wypowiadaniem jawnych bzdur są obce. Przeciwnie – zasypują nas sloganami o patriotyzmie i obronie suwerenności.

W rezultacie na ostatnim posiedzeniu rządu do wspólnego stanowiska nie doszło, bo „Solidarna Polska” sparaliżowała decyzję o przesłaniu dokumentów ratyfikacyjnych do Sejmu. Będą trwały wyliczenia, czas będzie upływał, bo mimo, że cała Europa mówi, że Fundusz Odbudowy, to świetny i korzystny dla wszystkich pomysł, to politycy od pana Ziobry uważają inaczej. Premier, który słabnie w oczach, nie mogąc sobie pozwolić na uderzenie pięścią w stół, tłumaczy niemrawo, że nic się nie stało, bo każdy ma prawo do swojego zdania, i że będą trwały dalsze uzgodnienia „na płaszczyźnie merytorycznej i politycznej”. Słucha się tego z zażenowaniem, a czas leci. Polska prawica zamiast żwawo popychać europejski pociąg w stronę porozumienia, a więc odbudowy i przebudowy Unii na wielką skalę, w której Polska będzie ważnym i liczącym się graczem, uparcie stara się odłączyć nasz wagon od głównego składu i przetoczyć na jakąś zarośniętą chaszczami stacyjkę na krańcach Europy.

Prezydent Rzeszowa zasłużył na więcej…

… niż na niesmaczne ataki ze strony Lewicy.

Dla osób znających realia Podkarpacia decyzja Tadeusza Ferenca o wsparciu polityka Solidarnej Polski, wiceministra w resorcie sprawiedliwości Marcina Warchoła nie była zaskoczeniem. Prezydent Rzeszowa poznał go wcześniej i najwyraźniej dobrze ocenił jego polityczne możliwości. Z funkcji odszedł na własnych warunkach, udzielając wsparcia człowiekowi, który podziela jego wizję rozwoju stolicy regionu. W kraju o bardziej dojrzałej demokracji i mniej podzielonym społeczeństwie, taki gest spotkałby się z uznaniem i szacunkiem ze strony wszystkich sił politycznych. Potraktowano by go jako rozwiązanie modelowe.

Moim zdaniem Tadeusz Ferenc jako jedyny tej rangi samorządowiec, zdecydował się poprzeć osobę, wywodzącą się z innego, jakże odległego od Lewicy obozu politycznego. Pamiętajmy, prezydent Rzeszowa od 1964 roku był członkiem PZPR, następnie SdPR a od roku 1999 Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Był posłem na Sejm w latach 2001 – 2002, a przez dwie dekady jedną z najważniejszych figur politycznych Podkarpacia. Regionu, którym prawica – ostatnio pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości – rządzi niepodzielnie. Dziś jego lewicowi krytycy – nie szczędząc epitetów – zarzucają mu, że zbyt ostro skręcił w prawo i zdradził ideały młodości. Nic podobnego!

Tadeusz Ferenc mawiał, że jego partię są mieszkańcy Rzeszowa. Uważał, że poglądy polityczne i różnice ideologiczne nie mają znaczenia, gdy chodzi o sprawne zarządzanie infrastrukturą, czy dbanie o rozwój aglomeracji miejskiej.Między innymi, jego staraniem powstał imponujący drogowy most wantowy przez rzekę Wisłok będący wizytówką stolicy Podkarpacia. Nosi on imię Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera, który w pełni zasłużył sobie na ten pomnik. Wzniesiony staraniem lewicowego prezydenta miasta. Czyż ten fakt nie powinien stać się symbolem naszych czasów?

Tadeusz Ferenc ciężką pracą zasłużył na miano jednego z najlepszych samorządowców w kraju. Jego autorytetu nie kwestionował nikt. U rywali budził szacunek i uznanie. Świetnie rozumiał, że sukces Rzeszowa możliwy jest tylko wtedy, gdy bezwzględna rywalizacja zostanie zastąpiona kompromisem i współpracą przedstawicieli różnych środowisk.

Przekonał tym do siebie mieszkańców i dlatego bez wysiłku wygrywał kolejne wybory. Zazwyczaj w pierwszej turze. W naszym kraju jest zaledwie kilku podobnych lokalnych liderów. W przypadku takich osób szyldy partyjne tracą na znaczeniu. To raczej oni potrzebni są partiom. Przypomnę konwencję Sojuszu Lewicy Demokratycznej na Podkarpaciu, która odbyła w roku 2018. Tadeusz Ferenc miał bardzo udane wystąpienie, które zebrani przyjęli owacją na stojąco. Jednym z aktywnie oklaskujących prezydenta Rzeszowa był przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Nie mam wątpliwości, że Tadeusz Ferenc był i nadal jest człowiekiem lewicy. Przy czym należy do niewielkiej grupy polityków, którzy mieli szczęście odejść na własnych warunkach w chwili największej popularności. Przypomnę, że w uznaniu zasług dla uczelni, miasta i regionu Politechnika Rzeszowska wyróżniła go tytułem doktora honoris causa.

Gdy Tadeusz Ferenc obejmował prezydenturę Rzeszowa było to miasto traktowane jako prowincjonalne, reprezentujące Polskę B. Dziś jest to szybko rozwijająca się metropolia, o bogatej, nowoczesnej architekturze, która w ostatnich dekadach znacząco powiększyła swój obszar a liczba mieszkańców wzrosła do blisko 200 tysięcy. Rzeszów to miasto rozwijającego się przemysłu, innowacji i handlu. To także zasługa prezydenta Ferenca. Dlatego uważam, że źle się stało, że kierownictwo Lewicy nie było w stanie właściwie ocenić jego zasług.

Nie zdobyło się na życzliwy gest podziękowania za lata wspólnej działalności. Pamiętajmy, że ostateczne rozstanie prezydenta Rzeszowa z SLD zostało, delikatnie mówiąc, spowodowane niezbyt przemyślanym atakiem ze strony jednej z młodych działaczek. Ferenc z pewnością na to nie zasłużył. Zaś owa działaczka, jak na razie ani szczególnymi dokonaniami ani talentami się nie wykazała. Jestem pewien, że mieszkańcy Rzeszowa z sentymentem będą wspominali czasy jego prezydentury. I z pewnością będą porównywali jego dokonania z dokonaniami następcy.
Poparcie, jakie otrzymał Marcin Warchoł ze strony ustępującego prezydenta Rzeszowa jest zobowiązaniem i wyzwaniem, któremu nie będzie łatwo sprostać. Bo poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. Oczywiście nie wiemy na kogo oddadzą swe głosy rzeszowianie. Nie zdziwię się jeśli w szranki stanie wielu kandydatów. Prawo i Sprawiedliwość od lat ma chrapkę na stolicę Podkarpacia, i kandydatura Warchoła nie jest prawdopodobnie tej formacji na rękę. W niełatwej sytuacji są też partie opozycyjne, które nawet gdyby doszły do porozumienia , to bez poparcia Tadeusza Ferenca nie mogą liczyć na sukces wyborczy. Zaś Marcin Warchoł, jeśli poważnie myśli o kontynuowaniu kariery samorządowca, gospodarza pięknego miasta z interesującymi perspektywami, będzie musiał skorzystać z osiągnięć i doświadczeń poprzednika. Powinien zrezygnować z radykalizmu tak charakterystycznego dla formacji Zbigniewa Ziobry. Będzie musiał szukać rozsądnego porozumienia ze wszystkimi siłami politycznymi.
Łaskawość władz centralnych bywa zmienna, a miasto potrzebuje środków i właściwego klimatu. Tadeusz Ferenc potrafił budować zaplecze. Był elastyczny i zawsze szukał porozumienia, a nie okazji do starcia. Dzięki temu mógł uczynić dla Rzeszowa tak wiele. Dlatego mieszkańcy tak chętnie głosowali na niego. Jeśli Marcin Warchoł nie dorówna tym standardom, za kilka lat opuści ratusz w niesławie. I mało kto będzie za nim tęsknił.
Tak czy inaczej jesteśmy świadkami niezwykłego politycznego eksperymentu, gdy odchodzący, popularny i doświadczony polityk wskazuje młodego następcę… Kto wie, może stanie się to dobrym przykładem i zwyczajem… Najtrwalszym dziedzictwem Tadeusza Ferenca.

Ziobro jest przeciw, ale jednak za

Zbigniew Ziobro zadeklarował pozostanie w rządzie, a jednocześnie zapowiedział, że będzie walczył z ustaleniami szczytu Unii Europejskiej.

Od rana 12 grudnia trwało posiedzenie zarządu partii Solidarnej Polski, który obradował, jak odnieść się do wynegocjowanego przez rząd Polski i Węgier porozumienia z Unia Europejską w sprawie powiązania budżetu z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowski. Ziobro poinformował, że został złożony wniosek o wyjście jego ugrupowania z koalicji i że został on odrzucony głosami 12 : 8, co oznacza pozostanie Solidarnej Polski w rządzie, a Zbigniewa Ziobry na stanowisku ministra sprawiedliwości i prokuratura generalnego. Jednocześnie Ziobro nie pozostawił suchej nitki na porozumieniu. Używał sformułowań, które do tej pory były przez niego i jego akolitów używane – suwerenność, narzucanie rozwiązania, utrata niezależności, są sprawy bezcenne ważniejsze niż których nie da się mierzyć ilością pieniędzy itd. Podkreślił, że Solidarna Polska uznaje porozumienie za błąd.

Otwarcie zapowiedział również, że jako minister sprawiedliwości będzie walczył o jego uchylenie poprzez zwrócenie się zarówno do Trybunału Konstytucyjnego, jak i trybunału w Luksemburgu, by ciała te sprawdziły, czy porozumienie to nie jest sprzeczne z europejskimi traktatami i czy jest zgodne z polska konstytucją. Partia Ziobry, zgodnie z jego zapowiedzią, będzie głosować przeciwko ustaleniom szczytu. Ziobro przedstawił apokaliptyczny scenariusz: jak przekonywał, ustalenia szczytu oznaczają, że Bruksela jest w stanie narzucać swe rozwiązania polskiej władzy na każdym poziomie: samorządowym, ministerialnym, rządowym i prezydenckim, a w ostateczności może obalić nieposłuszny Unii rząd. Twierdził, że jest to krok w kierunku europejskiego państwa federacyjnego kosztem państw narodowych.

Mimo tej miażdżącej krytyki, SP pozostanie w rządzie. Ziobro objaśniał to tym, że wyjście jego ugrupowania z rządu oznacza wcześniejsze wybory parlamentarne, a więc ryzyko utraty władzy i niemożności dokończenia założonych celów politycznych.

Wielki powrót ustawy bezkarnościowej

Ustawa zwalniająca urzędników z odpowiedzialności za naruszenie obowiązków służbowych lub innych przepisów prawa podczas zwalczania pandemii lub zapobiegania koronawirusowi wraca do Sejmu.

Posłowie Solidarnej Polski, którzy wcześniej zaklinali się, że jej nie poprą, doprowadzając do zdjęcia projektu z porządku obrad, raczej nie będą już głosować przeciw. Nie po to zawarto nową umowę koalicyjną.

Wirus wszystko tłumaczy

Ustawa zawierała następujący zapis: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania Covid-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”

Uniemożliwiłaby tym samym np. pociągnięcie do odpowiedzialności organizatorów niedoszłych wyborów kopertowych (skądinąd i tak umiarkowanie prawdopodobne), ale i otwierałaby drogę do całkowitej bezkarności państwowych urzędników. Praktycznie każde działanie rządowych nominatów i każdy wydatek mogłyby zostać uzasadnione walką z pandemią. Ziobro pozował na bezkompromisowego szeryfa, który na coś podobnego nie pozwoli, jednak teraz, gdy jego partia podpisała nową umowę koalicyjną z PiS i Porozumieniem, najpewniej zweryfikuje swoje stanowisko.

Nie chcą nieporozumień

Jak poinformował Marcin Horała z PiS, w celu uniknięcia dalszych „nieporozumień” Zjednoczona Prawica będzie prowadzić dalsze wewnętrzne konsultacje. Utworzona zostanie rada koalicyjna, na forum której projekty ustaw wnoszone do Sejmu będą przygotowywane i omawiane tak, by później przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy byli zjednoczeni naprawdę.

– Musi być takie miejsce, w którym będzie wiadomo, które projekty są projektami koalicyjnymi. Wszyscy koalicjanci są wtedy zobowiązani do ich popierania – powiedział Horała.

Ustawa bezkarnościowa, według badań sondażowych, nie jest aprobowana przez większość społeczeństwa. W przeprowadzonym 22 września badaniu United Surveys 48,9 proc. ankietowanych oceniło ją zdecydowanie źle, a 12,3 proc. – raczej źle, co daje ponad 60 proc. ocen negatywnych. Dobrze i zdecydowanie dobrze o ustawie myśli nieco ponad 27 proc. ankietowanych.

Już nas chcą wziąć za łeb

Jeszcze nie opadł kurz wyborczej kampanii, gdy mogliśmy się dowiedzieć, że już szykują pętle na szyję swoim oponentom.

W wieczór wyborczy 12 lipca, zwłaszcza u jego schyłku, przyznam że nieco masochistycznie, szukałem w internecie tekstu, który potwierdziłby moje czarne prognozy co do wielce prawdopodobnego przebiegu wydarzeń w Polsce po zwycięstwie Dudy i domknięciu systemu władzy PiS („Demokracja albo (jej) śmierć”, „Dziennik Trybuna”, nr 134-135/20). I znalazłem – na portalu Wirtualna Polska, tekst autorstwa Michała Wróblewskiego. Muszę niestety, z ciężkim sercem i bez cienia satysfakcji, zauważyć, że zacytowane przez niego wypowiedzi i sformułowane na ich podstawie wnioski korelują niemal idealnie z moimi przedwyborczymi zapowiedziami. W gruncie rzeczy nie byłem zaskoczony, a jeśli coś mnie nieco zdziwiło, to błyskawiczne tempo, w jakim potwierdziły się moje prognozy.

„Koniec miękkiej gry”

„Uderzenie w media, głębokie zmiany w wymiarze sprawiedliwości z naciskiem na sądy, reforma samorządów, zmiana prawa aborcyjnego. To tylko kilka obszarów, w których obóz rządzący po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich będzie chciał zaostrzyć kurs – już w dniu wyborów i to w czasie ciszy wyborczej zapowiadali ludzie zbiorowej „Solidarnej Polski”, części obozu PiS. „Ponad 10 mln ludzi poparło naszą agendę. Mamy silny mandat, żeby ją realizować” – tak referuje dziennikarz WP zamiary władzy.

W czasie gdy wygrany Duda oraz jego żona i córka wygłaszali, w stylu „kochajmy się”, pseudokoncyliacyjne deklaracje w Pułtusku, poseł „Solidarnej Polski” Mariusz Kałużny napisał na twitterze: „Wybór jest prosty. Idzie o to, czy Polacy będą zbierać szparagi w Niemczech czy Niemcy z Francuzami będą zbierać jabłka w Polsce. Tylko Polska! Precz z lewactwem, komuną, precz z volksdeutschami!”. Radny SP, też współpracownik Ziobry, Dariusz Matecki, także na twitterze napisał: „Jakim cudem prawie 50 proc. społeczeństwa głosuje przeciwko Polsce? To lata działalności Michnika, to lata upadlania Polaków, to lata pracy niemieckich mediów, to lata niszczenia Polski i polskości w Polakach”. Z kolei wiceminister pisowskiego rządu z ramienia Solidarnej Polski Kowalski Janusz napisał, także na twitterze: „Wniosek musi być jeden: koniec niuansowania, koniec miękkiej gry, koniec przymilania się przez niektórych obozowi III RP. Czas na dokończenie reform: wymiaru sprawiedliwości, rynku mediów, unijnego systemu handlu emisjami i zakończenie reprywatyzacji. Czas na NIE dla „Green Deal” (…) Na nic jęki III RP!”. Te wpisy dziennikarz Michał Szułdrzyński skomentował jako zapowiedź „dorzynanie watahy w wersji Zjednoczonej Prawicy”.

„Postawa polityków Solidarnej Polski i mocne uderzenie w politycznych przeciwników w pierwszych godzinach po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich może zwiastować zaostrzenie kursu Zjednoczonej Prawicy – napisał dalej Wróblewski – Zwycięstwo Andrzeja Dudy ma dać obozowi władzy nowy tlen. Politycy z formacji Zbigniewa Ziobry czują się pewnie, co widać w mediach. Przedstawiciele Solidarnej Polski są przekonani, że swoim zaangażowaniem w kampanii Andrzeja Dudy pomogli przyciągnąć wyborców Konfederacji i Krzysztofa Bosaka. Sam lider Solidarnej Polski i minister sprawiedliwości jako jeden z ostatnich opuszczał wieczór wyborczy Zjednoczonej Prawicy w Pułtusku, wcześniej długo udzielając wywiadów. To zresztą Zbigniew Ziobro jako pierwszy przedstawiciel obozu władzy w ostatnim czasie zapowiedział „wzięcie za łeb” przez rząd mediów z zagranicznym kapitałem. – Musimy powoli zastanowić się nad sytuacją mediów w Polsce, bo to, co się teraz tu dzieje, to jest coś, nad czym nie można przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że po kampanii prezydenckiej wyciągniemy wnioski – mówił kilka dni temu lider Solidarnej Polski, komentując m.in. publikacje jednego z tabloidów na temat Andrzeja Dudy”.

W sytuacji, gdy TVP stała się jawnym, regularnym, a do tego najbardziej agresywnym segmentem kampanii wyborczej Dudy, Ziobro miał czelność powiedzieć: „Nie powinno być tak, że część mediów staje się tak naprawdę sztabem wyborczym Rafała Trzaskowskiego. Nie możemy udawać, że tego nie widzimy”.

„Przekaz Zbigniewa Ziobry – tuż przed końcem kampanii – powtarzał sam Jarosław Kaczyński – zauważył dalej Wróblewski – Nie możemy się zgadzać na to, żeby część naszego narodowego systemu nerwowego, a system nerwowy jest zwieńczony przez mózg, była w obcych rękach. Ci wszyscy, którzy twierdzą, że to nie ma żadnego znaczenia, że kapitał nie ma narodowości, po prostu cynicznie kłamią – mówił o mediach w Polsce prezes PiS w Telewizji Trwam”. To współgrało z antyniemieckimi okrzykami Dudy po publikacji w „Fakcie” artykułu, który zdemaskował jego ułaskawienie pedofila. („Niemcy chcą nam wybierać prezydenta? To jest podłość”.)

W powyborczy poniedziałek doradca Dudy Zybertowicz w radiu TOK FM stwierdził, że opowiada się za „ograniczeniem roli mediów niezależnych od rozumu” i że sam doradziłby Andrzejowi Dudzie podpisanie ustawy „przeciwko mediom grającym nie fair przez zagraniczne kapitały”.
Cytowany wyżej ziobrysta Kowalski zapowiedział ostry kurs w stosunku do samorządów. Niektóre z nich nazwał „wielkomiejskimi księstewkami PO”. Nie łudźmy się, że ten atak ominie samorządy rządzone przez inne segmenty opozycji, w tym przez samorządowców z lewicy.

„Zjednoczona Prawica może uszczuplić samorządom kompetencje, ściąć budżety, radykalnie ograniczyć działania, całkowicie centralizując państwo. Wszystko zależy od politycznej woli i determinacji. Ta po wygranej Andrzeja Dudy jest duża – napisał Wróblewski – Do głębszych zmian dojdzie także w wymiarze sprawiedliwości. Politycy opozycji przestrzegają, że obóz Zjednoczonej Prawicy – po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i odzyskaniem kontroli nad Sądem Najwyższym – całkowicie podporządkuje sobie sądy w Polsce. Jarosław Kaczyński w mediach ojca Tadeusza Rydzyka sugerował również ostatnio, iż nie wyklucza, że jego formacja – wraz z koalicjantami – przy poparciu Konfederacji będzie dążyć do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Prezes PiS – wraz z większością posłów swojego klubu parlamentarnego – chciałby usunąć tzw. przesłankę eugeniczną z prawa o aborcji. Zmiany póki co wstrzymuje TK (bo tak Kaczyńskiemu wygodniej), więc temat realnie na razie nie istnieje. Ale – jak twierdzą w PiS – do czasu. Wszystkie te zmiany – niewprowadzone w pierwszej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy – mogą zostać dokonane w najbliższych latach, być może w najbliższych miesiącach. Reelekcja Andrzeja Dudy cały obóz rządzący utwierdziła w przekonaniu, że twardy kurs i brak „miękkiej gry” z rywalami jest przez wyborców pożądany”.

Cóż można do tego dodać? Na pewno, o czym prawie się nie mówi, ostro zostanie zaatakowane środowisko naukowe, en general niechętne rządzącemu obozowi. Odmówienie przez nie rekomendacji dla profesury Zybertowicza na pewno będzie zapamiętane przez Dudę i PiS jako upokorzenie, które zechcą pomścić tę zniewagę. Zostanie ono zaatakowane w pakiecie, w którym znajdują się także ludzie kultury, ale główne ostrze ataku pójdzie na media, bo to one, a nie relatywnie wąski świat nauki i kultury, mają masowy wpływ na opinię publiczną. Poza tym, jako się rzekło, na celowniku, znajdą się samorządy, prawa człowieka, w tym prawa kobiet, a na dokładkę organizacje pozarządowe, także będące solą w oku władzy PiS. Tych czterech sfer władza PiS najbardziej się boi i najbardziej nienawidzi: wolnych mediów, samorządów, niezależnych organizacji i praw człowieka. Idą straszne czasy. Ja w każdy razie potwierdzam swoją przynależność do powołanego jakiś czas temu ruchu „ośmiu gwiazd”, choć prawdę mówiąc od dawna już do niego należę.

Przed Kaczyńskim i PiS, nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”

U schyłku wieczoru wyborczego, m.in. pod wpływem pułtuskiego przemówienia Dudy, i jego wcześniejszego sformułowania o „odpowiedzialności przed Bogiem, Narodem i Historią”, po stronie opozycji pojawiły się sformułowania znamionujące złudzenia co do jego przyszłej roli jako prezydenta. Zasygnalizował te naiwne złudzenia nawet jego przegrany rywal, mniejsza o to czy szczerze. Można je sprowadzić do wiary w emancypację, usamodzielnienie się Dudy w ramach rządzącego obozu, której źródłem miałoby być „wyzwolenie” od konieczności baczenia na perspektywę kolejnej kadencji. Radzę pozbyć się tych daremnych iluzji. Pominę tu już wzgląd czysto psychologiczno-charakterologiczny: on nie jest do tego zdolny w tym wymiarze. Istotniejszy jest jednak inny czynnik.

Kończąc swoją drugą kadencję Duda będzie miał 53 lata. Nie będzie to ani wiek emerytalny, ani też wiek poręczny do wznawiania przez niego kariery uniwersyteckiej. Delikty Dudy w zakresie łamania prawa bardzo mu też mogą utrudnić zainstalowanie się na rynku usług prawniczych (radcowskich czy adwokackich), choć zawsze może aspirować n.p. do Trybunału Konstytucyjnego, od razu na funkcję prezesa. W tej sytuacji jedynym środowiskiem, które może zapewnić mu jakąś formę wygodnego, na miarę aspiracji byłego prezydenta, lądowania po prezydenturze (n.p. miejsce na liście poselskiej lub jakiś rodzaj synekury) będzie środowisko PiS. Dlatego Duda nie będzie miał innego wyjścia, niż bezwzględnie, lojalnie i do końca mu służyć. Tylko to w połączeniu z prezydencką emeryturą zapewni mu godziwą egzystencję. Duda będzie zatem niezmiennie, także w drugiej kadencji, zachowywał się ze świadomością, że jest odpowiedzialny nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”, lecz po prostu przed Kaczyńskim i PiS-em.