Gospodarka 48 godzin

Giełda przyśpieszyła

W styczniu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na głównym rynku giełdy papierów wartościowych wyniosła 32,3 mld zł, czyli o 73,2 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Ruch na stołecznym parkiecie się zatem zwiększył, ale nie znaczy to, że spółki giełdowe na tym skorzystały. Wartość głównego indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 56 978,68 pkt i była tylko o 0,5 proc. wyższa niż w styczniu ubiegłego roku. W styczniu 2021 r. na giełdzie odbyło się 19 sesji giełdowych, o dwie mniej niż przed rokiem. Na równoległym rynku NewConnect w styczniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 196,8 proc., rok do roku, do poziomu 1,1 mld zł. Doszło do 807 tys. transakcji instrumentami pochodnymi (np. kontraktami terminowymi i opcjami) co oznacza wzrost o 37 proc.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną wyniósł 12,5 terawatogodzin, co oznacza spadek o 11,1 proc. w porównaniu ze styczniem 2020 r. Zwiększył się jednak o 72,6 proc. obrót gwarancjami pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej z odnawialnych źródeł energii, osiągając wartość 2,3 TWh. Natomiast handel gazem ziemnym wzrósł o 33,3 proc. rok do roku, do 14,8 TWh.
Wartość 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na głównym rynku giełdowym wyniosła 1 057,8 mld zł (233,1 mld EUR) – z czego kapitalizacja 384 spółek krajowych to 544,7 mld zł (120,0 mld EUR). Jeśli chodzi o zainteresowanie grą na giełdzie, to na koniec ubiegłego roku zarejestrowanych było 1 329 509 rachunków maklerskich, o 84 234 więcej w porównaniu w końcem 2019 r. „Ubiegły rok przyniósł na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie diametralną zmianę. Udział inwestorów indywidualnych w obrotach się podwoił. Jesteśmy niezwykle zadowoleni z powrotu inwestorów na nasz rynek i mamy nadzieję, że pozostaną z nami na dłużej ” – stwierdził Marek Dietl, prezes giełdy. Przez ostatnie lata udział graczy indywidualnych na warszawskim parkiecie malał, a sytuacja zmieniła się w 2020 r.

Przesadna promocja
Z nie do końca jasnych powodów państwowy PKO BP, który sponsoruje rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy, dołączył do promocji szczepień przeciw Covid-19. Polega to na tym, że w trakcie telewizyjnej transmisji każdego meczu, na ekranie będą wyświetlane informacje promujące te szczepienia oraz zachęty do skorzystania z nich. Rzecz w tym, że szczepienia przeciw koronawirusowi już zostały tak doskonale wypromowane w Polsce (czego przykładem tłumy starszych ludzi, stojące beznadziejnie w kolejkach do rejestracji), że naprawdę nie trzeba na to dodatkowo wydawać pieniędzy Polaków, korzystających z usług PKO BP. Może lepiej byłoby za to nieco obniżyć im marże i opłaty? Równie niewielki sens mają kolejne billboardy zachęcające do szczepień przeciw Covid-19, które zawisły w wielu miastach w Polsce. Polaków naprawdę nie trzeba zachęcać do szczepień. Wysiłek i środki na promowanie szczepień lepiej więc przeznaczyć na ich sprawniejsze zorganizowanie.

Chińczycy inwestują
Na koniec ubiegłego roku wartość chińskich inwestycji w Polsce przekroczyła miliard dolarów. Daje to naszemu krajowi trzecie miejsce w Europie po Niemczech i Francji pod względem chińskich wydatków inwestycyjnych.

Przyszłość naszej gospodarki w dobie pandemii

Prawo i Sprawiedliwość jest postrzegane jako partia egoistyczna, która wszystkie swoje działania podporządkowuje utrzymaniu władzy. Narzędziem realizacji tego celu jest kupowanie głosów wyborczych.

 Niewątpliwie sytuacja społeczno – polityczna wpływa na stan gospodarki. Temat ten przewija się na konferencjach organizowanych „on line” przez wyższe uczelnie, instytuty, stowarzyszenia. Problem jest więc dostrzegany przez środowiska naukowe.    Rzeczywistość w tym zakresie kreuje samodzielnie rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość, a ściślej – Zjednoczona Prawica. Po objęciu władzy w 2015 r PiS przystępuje do rekonstrukcji ustroju Polski. Na pierwszy rzut idzie sądownictwo. Trwa proces podporządkowania sądów władzy politycznej, co wywołuje protesty społeczeństwa. Nie są one tak gwałtowne i nie mają tak szerokiego zasięgu, jak te, które odbywają się jako wyraz dezaprobaty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 22.10.2020 r., naruszającego dotychczasowe kompromisowe rozwiązanie w sprawie aborcji. Do protestów kobiet dołączyli  rolnicy, niezadowoleni z rozpoczętej procedury ustawodawczej tzw. „piątki dla zwierząt” oraz przedsiębiorcy, niezadowoleni z obostrzeń  związanych z rozprzestrzeniającą się pandemią.
Wiele działań Zjednoczonej Prawicy jest przedmiotem powszechnej krytyki. Dominujące ugrupowanie – Prawo i Sprawiedliwość jest postrzegane jako partia egoistyczna, która wszystkie swoje działania podporządkowuje utrzymaniu władzy. Narzędziem realizacji tego celu jest „nagradzanie” społeczeństwa - kupowanie głosów wyborczych poprzez szeroko zakrojony program socjalny. Pierwsze czterolecie rządzenia to doskonała koniunktura gospodarcza w Europie i w świecie. Ale, jak to stwierdził prof. Witold Orłowski, „kasa jest pusta”.Rządzący nagradzają bowiem nie tylko społeczeństwo, ale również siebie, swoje struktury, i „znajomych królika”.
Nie od rzeczy będzie stwierdzenie, że zarobki w wysokości 50 tys zł miesięcznie - np. w spółce mającej zajmować się stworzeniem Centralnego Portu Komunikacyjnego - w czasach pandemii i w obliczu powszechnego ubożenia społeczeństwa są po prostu niemoralne. Przypomnę, że już na początku 2020 r rząd Australii obniżył sobie pensje na okres dwóch lat.
Działaniami ukierunkowanymi na utrzymanie władzy jest m.in. faworyzowanie tych samorządów, w których władzę sprawuje partia rządząca (dotyczy to np. przyznawania środków na inwestycje z Funduszu Inwestycji Lokalnych), jak też wykorzystanie spółki Skarbu Państwa („Orlen”) do przejmowania prasy. Spółki skarbu państwa są zresztą wykorzystywane dla potrzeb rządu również finansowo – np. KGHM wydał 142 mln zł na zlecone mu przez rząd zakupy środków ochrony osobistej (m.in. był to zakup bezużytecznych maseczek). Przy tej okazji urządzono wielkie „show” w telewizji publicznej – zakup był transportowany największym samolotem świata.
Że celem takich posunięć jest uzyskanie głosów wyborczych świadczy lakoniczna, ale wiele mówiąca wypowiedź prezesa PiS na wieczorze wyborczym po zakończeniu głosowania w 2019 r: „wygraliśmy, ale zasłużyliśmy na więcej”.
Nader istotną rolę w pozyskiwaniu wpływów w społeczeństwie odgrywa natrętna propaganda podporządkowanej partii telewizji publicznej, która może w tym względzie konkurować z telewizją okresu „gierkowskiego”. W przekazie telewizji publicznej odzwierciedla się jeszcze jedna cecha pisowskiej partii – mściwość. Po przegranych wyborach przez Rafała Trzaskowskiego w każdym dzienniku telewizyjnym przedstawiano go w negatywnym świetle. Drugi przykład to nieustanne nękanie kierownictwa Warszawskiego Instytutu Medycznego oraz osób ze świata kultury i polityki zaszczepionych poza kolejnością. Po dwunastu dniach tego „dęcia” wywołało to reakcję rektorów uczelni warszawskich.
Nie sposób w jednym tekście wymienić posunięcia partii rządzącej, które są przedmiotem krytyki. Oprócz wymienionych wyżej spróbuję przedstawić te najważniejsze.
Pierwsza grupa działań to sfera ideologii. Można tu wymienić:
  • działania związane ze zmianą ustroju sądów;
  • mariaż z Kościołem (spektakle odbywające się w Toruniu z udziałem najwyższych władz państwowych to obraz wywołujący zażenowanie), co również szkodzi Kościołowi; wyniki sondażu przeprowadzonego w połowie grudnia 2020 r wykazują, że notowania są najgorsze od 1993 r;
  • napady na środowiska LGBT;
  • zawłaszczanie prasy pod hasłem „repolonizacji”;
  • przedkładanie interesów partyjnych nad interes kraju (próba veta wobec budżetu Unii Europejskiej).
    Rekonstrukcja ustroju Polski skutkuje spadkiem w międzynarodowych indeksach wolności. W Indeksie Wolności Prasy w 2020 r spadliśmy na 62. pozycję, a jeszcze w 2015 r byliśmy na 18. miejscu (na 180 analizowanych państw); wyprzedziły nas takie kraje jak Armenia, Gruzja, Niger.
    W światowym rankingu Indeksu Wolności Gospodarczej zajmowaliśmy w 2016 r 39. miejsce; w 2020 r zajmujemy 46. pozycję. Spośród krajów naszego regionu czołowe pozycje zajmują: Estonia (10), Litwa (16), Czechy (23); Bułgaria i Rumunia też nas wyprzedzają; za nami są Węgry (62) i Słowacja (60). Istnieje duża korelacja pomiędzy PKB na jednego mieszkańca a stopniem wolności gospodarczej – współczynnik ten wynosi 0,63.
    W światowym Indeksie Wolności Człowieka w 2012 r zajmowaliśmy 27. miejsce; w 2019 r – 40. miejsce. Spośród krajów naszego regionu za nami są tylko Węgry, a przoduje Estonia (15).
    Drugą grupę powszechnie krytykowanych działań można określić jako „niefrasobliwe podejście do wydawania pieniędzy”. Rażące przykłady to „rozhuśtanie” wielkich inwestycji: Centralny Port Komunikacyjny, przekop Mierzei Wiślanej, rozbudowa lotniska w Radomiu. Powszechne jest odczucie – poparte opiniami ekspertów – o nieracjonalności tych programów.
    Inne przykłady, to:
  • wydanie ok. 70 mln złotych – bez podstawy prawnej – na wybory, które się nie odbyły;
  • propozycja ustawy o „działach administracji rządowej”, która wprowadza możliwość wyższego wynagradzania podsekretarzy stanu przez wprowadzenie ich do korpusu służby cywilnej (dotyczy to również parlamentarzystów, których wynagrodzenia są pochodną wynagrodzeń podsekretarzy stanu);
  • wynagradzanie policji wobec zaniedbywania innych grup społecznych, np. uchwalone (po perypetiach) dodatkowe wynagrodzenia dla personelu medycznego nie dotyczą wszystkich zatrudnionych przy pielęgnacji chorych na covid;
  • priorytetowe, przed innymi potrzebami, dotowanie telewizji publicznej (słynne 2 mld zł);
  • permanentne dotowanie biznesowych przedsięwzięć Tadeusza Rydzyka – niemal na życzenie;
  • wymiana parku samochodów służbowych dla resortów administracji centralnej.
    Przedstawione wyżej przykłady finansowania przedsięwzięć, które opinia publiczna krytykuje są tym bardziej rażące w dobie pandemii oraz w obliczu potrzeb społecznych, które są od lat niedofinansowane.
    Przykładem, co dodatkowo uwypukliła pandemia jest też sytuacja w służbie zdrowia. Nakłady na ten cel mierzone odsetkiem PKB są w naszym kraju jednymi z najniższych w Europie. Polska zajmuje pod tym względem trzecie miejsce od końca. Za nami jest tylko Bułgaria i Rumunia. Niedofinansowana jest również nauka i oświata.
    Wyrazem autorytarnego kierunku w sprawowaniu władzy i „przykręcaniu śruby” społeczeństwu jest projekt ustawy w sprawie mandatów (nie można odmówić przyjęcia mandatu).
    Wszystkie te posunięcia, które można nazwać filozofią rządzenia, nie sprzyjają dobrym nastrojom społecznym, stwarzają poczucie niestabilności, która jest pogłębiana przez coraz bardziej widoczne pęknięcia w przedstawianej dotychczas jako monolit Zjednoczonej Prawicy. Sondaże czołowej partii władzy – PiS – w połowie grudnia 2020 r. zbliżyły się już do notowań Koalicji Obywatelskiej.
    Na notowania sondażowe Zjednoczonej Prawicy ma wpływ również pandemia. Druga fala tej pandemii, która nadeszła jesienią 2020 roku uwidoczniła słabości i niedomagania w działaniach rządu, które są powszechnie krytykowane.
    Przedstawiona wyżej charakterystyka sprawowania rządów przez Prawo i Sprawiedliwość definiuje tę partię jako destrukcyjną, a nawet autodestrukcyjną, co zresztą było powodem, że partia ta straciła władzę w 2007 roku.
    Zdecydowanie lepiej niż sprawy społeczne kształtuje się polska gospodarka. Perspektywy gospodarki po pandemii będą zależeć od powodzenia w jej wygaszaniu. To będzie miało znaczenie fundamentalne. Ogłoszone w połowie grudnia 2020 r. obostrzenia na okres od 28.12.2020 r. do 17.01.2021 r. i przedłużone do 31 stycznia 2021 r. zaowocują licznymi bankructwami firm, szczególnie w gastronomii i hotelarstwie. Tak więc w rok 2021 wchodzimy z dalszym pogłębieniem regresu w gospodarce.
    Założenia budżetu państwa na 2021 r. przewidują, że w 2020 r. nastąpi spadek PKB o 4,6 proc, a w 2021 r wzrost o 4 proc. Deficyt budżetu państwa ma wynieść 6 proc. PKB, dług publiczny liczony według metodologii unijnej (ostrzejsze kryteria) ma wynieść 64,7 proc. PKB (konstytucyjny próg wynosi 60 proc. PKB). Wydatki na obronność wzrastają do 2,2 proc. PKB. Stopa bezrobocia przewidziana w budżecie państwa ma wynieść na koniec 2020 r. 8 proc., a w 2021 r. 7,5 proc. Wzrost cen za 2020 r. prognozuje się na 3,3 proc., a na 2021 r. 1,8 proc.
    Rozważmy jakie są przesłanki spełnienia się zaprezentowanych prognoz. Jeżeli chodzi o najważniejszy i najbardziej popularny wskaźnik – PKB, to Polska jest w grupie państw, które w 2020 r wykazują najniższe spadki. Również prognozy na najbliższe dwa lata są korzystne. Prognoza wzrostu PKB na 2021 r. według Eurostatu i przewidziana w budżecie państwa na 2021 r. jest jednakowa (3,3 proc.). Wśród krajów europejskich jest to wielkość przeciętna. Wyższa skala prognozowanego wzrostu dotyczy krajów południa Europy, ze względu na przewidziane reaktywowanie turystyki. Czy tak się stanie będzie zależało od zahamowania pandemii.
    Ogólnie należy stwierdzić, że pandemia spowodowała największe spadki w usługach. Akurat w tej dziedzinie Polska ma opóźnienie w stosunku do rozwiniętych państw Zachodu (większy udział przemysłu w PKB niż w krajach zachodnich), wobec tego szkody poczynione przez pandemię są dla całej gospodarki mniejsze. Jest to swego rodzaju „renta opóźnienia”, którą Polska ma możliwość wykorzystać (opinia prof. Tomkiewicza). Prof. Tomkiewicz idzie jeszcze dalej – twierdzi mianowicie, że mamy okazję zmniejszyć dystans do Zachodu Europy, bo Zachód ma większy kryzys. W tym też duchu wypowiada się prof. Kołodko.
    W tym miejscu warto powiedzieć kilka słów n.t. naszego dystansu do krajów zachodnich. Edwin Bendyk podaje, że w „najlepszym historycznie dla Polski czasie, czyli w jagiellońskim XVI wieku, dochód na mieszkańca Rzeczpospolitej ledwo przekraczał połowę dochodu, jakim cieszyli się mieszkańcy Zachodu”. A największa dochodowa bliskość z Zachodem miała miejsce w 1910 r, kiedy PKB per capita na ziemiach polskich osiągnął 56 proc. poziomu krajów zachodnich. Poziom ten przekroczyliśmy dopiero w ostatnich latach naszej transformacji gospodarczej – relacja do Niemiec to 57 proc. w 2017 r, Francji 68 proc., Japonii 67 proc., Stanów Zjednoczonych 49 proc., ale do Luksemburga tylko 28 proc.
    Wracając do struktury naszego PKB – jest ona również korzystna z punktu widzenia eksportu. A udział eksportu w tworzeniu polskiego PKB jest znaczący (40 – 50 proc.). Z dużą dozą pewności można przewidywać, że skala eksportu do rozwiniętych krajów Unii Europejskiej ze względu na jego strukturę (produkcja materialna) zbytnio nie ucierpi. Osłabiony i osłabiany złoty to dodatkowa stymulacja eksportu.
    Również struktura eksportu z punktu widzenia krajów do których eksportujemy jest korzystna. Czołówka naszych kontrahentów w eksporcie (dane za dziewięć miesięcy 2020 r.) to: Niemcy (25,1 proc.), Czechy (5,5 proc.), Francja (4,9 proc.), Wielka Brytania (4.5 proc.), Włochy (3,4 proc.). Zdecydowany lider w odbiorze naszego eksportu – Niemcy – mają silną gospodarkę i nie ucierpiały znacząco na skutek pandemii, co jest dla nas niezwykle korzystną okolicznością.
    Reasumując – prognoza wzrostu naszego PKB w 2021 r w wysokości 3,3 proc. wydaje się być realna i nie wygórowana.

Narodowe, cwaniackie wyścigi po szczepienie

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości sprytnie wykorzystali polską skłonność do egoistycznego naruszania norm społecznych aby skompromitować środowiska opozycyjne.
Jakaś zbiorowa głupota ogarnęła polskie media. Zarówno te w miarę normalne, jak i tzw. publiczne, czyli PiS-owskie. Otóż przedstawiciele tych mediów od wielu dni zamartwiają się, jak u Boga ojca skłonić Polaków, by zechcieli się szczepić na Covid- 19.
Z niezrozumiałych powodów ci przedstawiciele mediów nie zauważają tego, co widzą wszycy inni – ze Polacy bardzo chcą się zaszczepić. I że problemem nie jest rzekoma polska niechęć do szczepienia się, lecz nieudolność ekipy z Prawa i Sprawiedliwości, która, tak jak schrzaniła przygotowanie kraju do walki z koronawirusem, choć miała na te przygotowania czas, pieniądze i wszelkie możliwości, tak samo może i schrzanić proces szczepienia Polaków na koronawirusa – bo znowu czegoś nie przewidzi, nie dopatrzy, nie pojmie, lub normalnie po polsku, nie będzie jej się chciało czegoś zrobić tak jak należy. Tego boją się mieszkańcy naszego kraju, więc pragną zdążyć zanim zawali się program szczepień. I nikt nie musi ich zachęcać.
O tym, jak bardzo Polacy chcą się szczepić na koronawirusa, najlepiej świadczy afera z rozmaitymi celebrytami i politykami, którzy wepchnęli się poza kolejką na listę szczepień. Zwraca też uwagę pożałowania godna nieudolność PiS-owskich władz publicznych, które na to pozwoliły. Jak widać, cały tak rzekomo starannie od miesięcy przygotowywany PiS-owski Narodowy Program Szczepień można o kant potłuc.
Inna sprawa, że to wszystko jest jak najbardziej polskie. U nas zawsze przecież byli równi i równiejsi, a znajomości i układy liczą się bardziej, niż w normalnych państwach Europy. Jednak fakt, iż w przypadku Polaków można rozumieć takie naganne działania, nie znaczy, że należy je akceptować. Na tej naszej skłonności do egoistycznego łamania norm społecznych korzysta dziś przede wszystkim PiS, którego prominenci mogą zacierać ręce, że tak ładnie się udało skompromitować środowiska opozycyjne.
Ich powody do satysfakcji są tym większe, że ci co zaszczepili się poza kolejnością kręcą i plączą się w zeznaniach. Jeszcze najuczciwiej zachował się Leszek Miller, który powiedział, że skoro władze Narodowego Funduszu Zdrowia oświadczyły, iż należy stosować elastyczne podejście w kwalifikowaniu do szczepień i do 6 stycznia 2021 r., oprócz szczepienia pracowników, szczepić także członków ich rodzin oraz pacjentów szpitali, to miał on prawo uznać, że jako wieloletni pacjent szpitala Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i człowiek niemal 75-letni, może się zaszczepić. Zadzwonił zatem do szpitala, jak mówi, dowiedział się, że jest możliwość szczepienia dla pacjentów, zapytał czy może z niej skorzystać – a odpowiedź szpitala była pozytywna. I nikomu miejsca nie zajął, bo skorzystał z dodatkowych dawek, które Agencja Rezerw Materiałowych przekazała Warszawskiemu Uniwersytetowi Medycznemu. Jak widać, nikt tu się nie przejmował tym, że jest jakaś lista zero, mająca jakoby być szczepiona w pierwszej kolejności, a niezidentyfikowany przedstawiciel WUM rozmawiający z Leszkiem Millerem uznał, że za pacjenta szpitala można uznać nie tylko kogoś, kto aktualnie w nim leży, lecz każdego, który kiedykolwiek się leczył w WUM.
Wyjaśnienia aktorów i członków ich rodzin są już bardziej pokrętne, czego przykładem zmieniane oświadczenia Krystyny Jandy oraz coming out jej córki Marii Seweryn, która najpierw zaprzeczyła, że zaszczepiła się wraz z ojcem Andrzejem Sewerynem, a potem wyznała, iż skłamała, bo się jednak zaszczepiła.
Tymczasem nie chodzi tu o nic innego jak o serię szczęśliwych zbiegów okoliczności. Jakimś szczęśliwym przypadkiem wiadomość o możliwości szczepienia poza kolejką dotarła do Andrzeja Seweryna, wybrał się on do szpitala WUM przypadkowo akurat z córką aktorką, a nie z małżonką i menadżerką, przypadkowo nie było tam nikogo do szczepienia oprócz nich, przypadkiem została wykorzystana pierwsza porcja z nowo otwartej dawki i trzeba było szybko zużyć następną żeby się nie zmarnowała, przypadkiem Maria Seweryn miała akurat ze sobą kwalifikację lekarską pozwalającą na zaszczepienie się (zgodnie z Narodowym Programem Szczepień obywatel może się zaszczepić na Covid-19 po uzyskaniu pozytywnej opinii lekarskiej wydanej w drodze bezpośredniego – nie telefonicznego – badania). Przypadkiem też w szpitalu postawiono ją w sytuacji nieco przymusowej, mówiąc: „wchodzi pani czy nie wchodzi”, no to ona po prostu weszła i zrobiła sobie te szczepienie.
Także i władze Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zdecydowanie nie mają w całej tej aferze szczęścia do ewangelicznej mowy tak tak, nie nie. Najpierw Biuro Informacji i Promocji WUM oświadczyło, że WUM otrzymał dodatkową pulę 450 dawek, odrębną od puli przeznaczonej dla etapu zerowego akcji i podjął akcję szczepień, „zgodnie z sugestią NFZ” obejmując szczepieniami „szereg osób ze świata kultury m.in. aktorów, kompozytorów, reżyserów”. Szefem tego biura jest Agnieszka Stępień – i to ona odpowiada za treść tego komunikatu, choć trudno przypuścić, aby mogła go zamieścić bez uzgodnienia z władzami WUM, reprezentowanymi przez rektora, lekarza prof. Zbigniewa Gacionga.
O tym, że WUM prowadzi kampanię promującą szczepienia mówiła też Marta Wojtach rzecznik prasowy WUM. Wybrano zatem znanych publicznie ambasadorów akcji, tyle, że na razie są to ambasadorowie tajni i Marta Wojtach nie ujawni ich nazwisk (nazwiska te poznano wkrótce po wypowiedzi pani rzecznik).
Sam rektor stwierdził natomiast, że WUM nie prowadzi żadnej akcji szczepień. Prowadzi ją jedynie wybrana przez Narodowy Fundusz Zdrowia spółka Centrum Medyczne, której Warszawski Uniwersytet Medyczny jest właścicielem. WUM tylko zaoferował miejsce, gdzie można sprawnie szczepić dużą liczbę osób. Rektor także powołał się na pismo NFZ mówiące o elastycznym podejściu do szczepień Prof. Gaciong dodał, że nie wie dlaczego osoby spoza grupy zero, ze świata kultury i polityki zostały zaszczepione – bo choć bezpośrednio nadzoruje on akcję szczepień, to nie zajmuje się wyborem osób, które mają być szczepione. Nikt z władz rektorskich WUM nie był zaangażowany w wybór tych osób i nie wiedział, jak dokonano doboru „ambasadorów szczepień”..
Jak widać, w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym nie zdołano na czas uzgodnić wspólnej wersji zeznań.
Tymczasem szef Agencji Rezerw Materiałowych (urzędu objętego przez PiS) Michał Kuczmierowski ogłosił, że WUM mija się z prawdą, twierdząc, że była jakaś dodatkowa pula dawek szczepionek, gdyż każdy szpital przeprowadzający szczepienia zamawia tyle szczepionek, ile deklaruje wykorzystać. I wszystkie te szczepionki są przeznaczone wyłącznie dla osób z grupy zero.
W istocie, Narodowy Fundusz Zdrowia, a konkretnie Filip Nowak, p.o. prezesa NFZ w jednym zdaniu swego pisma zalecił by stosować „elastyczne podejście w kwalifikowaniu do szczepień”, ale w drugim dodał, że „możliwe będzie, oprócz szczepienia pracowników, także szczepienie członków ich rodzin oraz pacjentów szpitali”. Nie ma tu mowy o celebrytach.
Czujny i szybki premier Mateusz Morawiecki natychmiast oświadczył więc, że informacje o znanych osobach ze świata kultury i polityki, które zaszczepiły się poza kolejnością to prawdziwy skandal – bo nie ma żadnego uzasadnienia dla łamania zasad, a każda dawka szczepionki przekazana z naruszeniem harmonogramu to dawka, której może zabraknąć dla najbardziej potrzebujących. Jak stwierdził, pojawili się ludzie, którzy dobro własne stawiają nad dobrem wspólnoty, lecz nie będzie dla takich postaw usprawiedliwienia.
PiS-owski minister zdrowia Adam Niedzielski mógł zaś ze świętym oburzeniem ogłosić, że jest zdegustowany postępowaniem władz WUM, które dokonały nadużycia interpretacyjnego organizując ustawione szczepienie dla grupy swoich wybrańców. Tyle, że ten sam minister oświadczał również, że szczepienia mogą być wykonywane dla innych osób w przypadku ryzyka zmarnowania szczepionki poprzez brak stawiennictwa osób uprawnionych. Jego oburzenie jest więc spowodowane działaniami, które poniekąd sam sprowokował.
W całej sprawie może tylko trochę zaskakiwać to, że dziwnym trafem, informacja o możliwości szybszego zaszczepienia się na Covid-19 dotarła wyłącznie do tych przedstawicieli branży kulturalnej którzy są, delikatnie mówiąc, niechętni PiS-owskiej władzy. Jakoś nie trafiła ona do tak wielkich nazwisk kultury polskiej jak na przykład Beata Fido, Katarzyna Gójska-Hejke, Grzegorz Braun, Jacek Kurski, Tomasz Sakiewicz, Marcin Wolski czy Jerzy Zelnik. Jakby jakieś fatum losowe chciało skompromitować wyłącznie przeciwników obecnej ekipy rządzącej…
Nieco inaczej było już w światku polityki, bo poza kolejką zaszczepili się, oprócz anty PiS-owskich starostów, takich jak np. starosta śremski Zenon Jahns, starosta sandomierski Marcin Piwnik, czy starosta krapkowicki Maciej Sonik wraz z wicestarostą Sabiną Gorzkullą, także i starostowie z PIS: nyski Andrzej Kruczkiewicz czy opatowski Tomasz Staniek. Ale ktoś mógłby powiedzieć, że przecież żadna dobra prowokacja nie powinna dotyczyć wyłącznie jednej strony, bo wtedy trudniej w nią będzie uwierzyć – i czasem, dla dobra sprawy, trzeba także poświęcić kogoś ze swoich. Aż korci, żeby zapytać, jaką tym razem swoją nieudolność czy przekręt chciała przykryć ekipa rządząca?.
A co do obu starostów, których czekają przykładne kary mające pokazać rzekomą czystość moralną PiS – jednego już ponoć usunięto ze struktur partii (cokolwiek by to miało znaczyć), a drugi ma być najpierw zawieszony – to można przypuścić, że zostanie im to jakoś wynagrodzone, na przykład poprzez spółki skarbu państwa.
I nie łudźmy się: za wszystkimi tymi ludźmi, którzy już zaszczepili się poza kolejką, pójdą inni. Bo tacy są Polacy właśnie.

Gazociąg Nord Stream 2, czyli bezprawie

Nie wiadomo, czy polskiemu urzędowi antymonopolowemu uda się zablokowanie szkodliwej, rosyjsko – niemieckiej inwestycji. Ważne jednak, że jasno zostało stwierdzone iż mamy tu do czynienia z łamaniem przepisów.

Urząd Ochrony Konkurencji i konsumentów nałożył ponad 29 miliardów zł kary na rosyjski Gazprom i ponad 234 miliony zł kar na pięć pozostałych spółek uczestniczących w budowie rurociągu Nord Stream 2. Ponadto, na mocy decyzji UOKiK firmy te mają obowiązek rozwiązać umowy zawarte na finansowanie tego gazociągu.
Wydanie tej bezprecedensowej decyzji i wymierzenie maksymalnych możliwych kar to efekt postępowania prowadzonego przez UOKiK w sprawie spółek, odpowiedzialnych za budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2 bez zgody Urzędu. Dwa lata temu postawiono w tej sprawie zarzuty sześciu przedsiębiorstwom. Były to: rosyjski Gazprom, Engie Energy (Francja), Uniper (Niemcy), OMV (Austria), Shell (Holandia – Wielka Brytania), Wintershall (Niemcy). Za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody UOKiK grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy. Ponadto prezes Urzędu może nakazać przywrócenie stanu sprzed dokonania koncentracji.
Przeprowadzone przez polski urząd antymonopolowy postępowanie wykazało, że w 2017 r. pomimo braku zgody na utworzenie wspólnego przedsiębiorstwa, sześć spółek zawarło szereg umów dotyczących finansowania budowy Nord Stream 2. Rola tych firm była niezbędna dla powodzenia całego projektu.
Umowy zawarte pomiędzy sześcioma uczestnikami dotyczyły zarówno finansowania jak i wielu późniejszych uprawnień, np. możliwości ingerowania w działalność nowego gazociągu. Ponadto, ustanawiając zastaw na akcjach Nord Stream 2 finansujący stali się potencjalnymi akcjonariuszami wspólnego przedsiębiorstwa budującego gazociąg. Przejęliby bowiem jego akcje – w przypadku niewypełnienia umowy kredytowej przez Gazprom. Korzyści i zobowiązania związane z udziałem w całym przedsięwzięciu były dla wszystkich jasno ustalone. – W grudniu 2015 r., w momencie pierwszego zgłoszenia utworzenia tego joint venture, uczestnicy skonkretyzowali zamiar koncentracji, który nigdy z ich planów nie zniknął. Niecały rok później, po tym jak prezes UOKiK przedstawił poważne zastrzeżenia co do koncentracji, Gazprom podpisał z pięcioma zachodnioeuropejskimi koncernami energetycznymi umowy dotyczące gazociągu Nord Stream 2. Zgodnie z nimi połowa kosztów budowy gazociągu, którego łączna wartość szacowana jest na 9,5 mld euro, miała zostać sfinansowana właśnie przez te pięć koncernów – po 950 mln euro każdy. Drugą połowę miał pokryć Gazprom. Te same podmioty, które na mocy obowiązujących w Polsce przepisów prawa chroniących konkurencję wnioskowały wcześniej o zgodę na koncentrację i jej od nas nie dostały, stały się stronami umów finansujących. Ich poziom zaangażowania inwestycyjnego pozostał analogiczny, a warunki finansowania określone zostały w sposób umożliwiający przejęcie udziałów w gazociągu. Jednolity i wspólny dla wszystkich uczestników koncentracji jest również interes towarzyszący realizacji projektu – wyjaśnia Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Zdaniem UOKiK, działania te są obejściem przez niedoszłych wspólników Nord Stream 2 obowiązku uzyskania zgody polskiego UOKiK na utworzenie spółki finansującej budowę rurociągu. Cel wszystkich tych działań był identyczny. Zarówno utworzenie joint venture, jak i zawarcie późniejszych umów miało doprowadzić do sfinansowania budowy.
– Finansowanie wspólnego przedsiębiorstwa dokonywane przez uczestników rynku gazu, a nie instytucje finansowe, świadczy o wystąpieniu wspólnych interesów gospodarczych pomiędzy tymi wszystkimi sześcioma podmiotami. Bez ich udziału Nord Stream 2 nie byłby w stanie funkcjonować, a zatem prawdopodobnie w ogóle by nie powstał – dodaje prezes Tomasz Chróstny.
Oceniając stopień naruszenia przepisów, UOKiK uznał, że spółki nigdy nie zrezygnowały z zamiaru dokonania koncentracji, ale zrealizowały go w innej formie. Żaden z przedsiębiorców nie zawiadomił o swych działaniach polskiego urzędu antymonopolowego, lekceważąc tym samym prawo obowiązujące w Polsce (tożsame z regulacjami Unii Europejskiej). Doszło tym samym do złamania przepisów prawa oraz reguł uczciwej konkurencji, którego skutkami będzie zwiększenie uzależnienia odbiorców gazu na rynku wewnętrznym od jednego dostawcy – czyli Gazpromu.
Wszystko to może spowodować poważne konsekwencje dla gospodarki Polski i Unii Europejskiej, szczególnie poprzez terytorialne ograniczenia w dostawach gazu ziemnego oraz wzrost cen gazu dla odbiorców finalnych, zwłaszcza polskich konsumentów. Wysokie koszty realizacji przedsięwzięcia zostaną bowiem najprawdopodobniej zrekompensowane wyższymi rachunkami płaconymi przez polskich odbiorców gazu ziemnego – zaś pozycja negocjacyjna głównego uczestnika konsorcjum, Gazpromu, znacząco wzrośnie tak względem Polski, jak i pozostałych państw członkowskich Unii Europejskiej. W efekcie, ucierpiałaby i konkurencja na rynku, i – przede wszystkim – konsumenci.
Spółki finansujące gazociąg działały oczywiście umyślnie, dlatego UOKiK ukarał je maksymalnymi sankcjami finansowymi wynoszącymi w każdym przypadku 10 proc. rocznego obrotu, czyli dokładnie:
Gazprom – 29 075 726 808 zł, Engie Energy – 55 513 793 zł, Uniper – 29 913 407 zł, OMV – 87 748 906 zł, Shell – 30 220 135 zł, Wintershall – 30 785 804 złotych.
Nakazane także przez UOKiK rozwiązanie umów zawartych, by finansować Nord Stream 2 pozwoli zaś na przywrócenie stanu konkurencji sprzed dokonania koncentracji. Firmy mają na to 30 dni od otrzymania decyzji nakazującej rozwiązanie kontraktów. – Nie znalazłem żadnych okoliczności łagodzących. Działania sześciu spółek wywarły negatywny wpływ na konkurencję na rynku gazu ziemnego w Polsce, który odgrywa ogromną rolę dla całej gospodarki, w tym sytuacji gospodarstw domowych. Realizacja tej inwestycji zwiększa zależność ekonomiczną od rosyjskiego gazu nie tylko Polski, ale i innych krajów europejskich. Dlatego skorzystaliśmy ze wszystkich przysługujących nam narzędzi. Pod względem bezpieczeństwa energetycznego przedsięwzięcie to dzieli Europę na dwie części, z granicą na Odrze. Zadziwia brak zrozumienia tej kwestii przez zachodnie koncerny, biorące udział w przedsięwzięciu naruszającym konkurencję na rynku oraz europejskie bezpieczeństwo energetyczne – podkreśla prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Jak mówi, te wysokie kary finansowe mają zarówno nakłonić strony do przestrzegania prawa, jak i zniechęcić w przyszłości inne podmioty do podobnych zachowań naruszających prawo antymonopolowe.
Historia działań UOKiK mających zapobiec nielegalnym działaniom prowadzącym do budowy Nord Stream 2 jest już długa. W 2015 r. do UOKiK wpłynął wniosek sześciu spółek o zgodę na utworzenie wspólnego przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2. W 2016 r. Urząd zgłosił zastrzeżenia do koncentracji, wskazując, że planowana transakcja może doprowadzić do ograniczenia konkurencji. Przedsiębiorstwa wycofały wniosek – ale niedługo potem pojawiły się informacje, że niedoszli uczestnicy transakcji podpisali jednak umowę na finansowanie gazociągu. W związku z tym wszczęto postępowanie przeciw Gazpromowi i jego pięciu kontrahentom o dokonanie transakcji bez zgody UOKiK.
W trakcie trwania postępowania prezes UOKiK kilkakrotnie zwracał się do wszystkich sześciu firm o dokumenty istotne dla sprawy. Dwie z nich: Gazprom oraz Engie Energy odmówiły udzielenia informacji ważnych dla prowadzonego postępowania, za co zostały ukarane łącznie karą 385 mln zł.
Obowiązek uzyskania zgody UOKiK na dokonanie koncentracji przez spółki zagraniczne, a także obowiązek współpracy z Urzędem i udzielania żądanych informacji oraz dokumentów wynika z polskich przepisów antymonopolowych. Analogiczne regulacje w zakresie koncentracji, mające na celu zapewnienie uczciwej konkurencji na rynku, obowiązują we wszystkich państwach Unii Europejskiej.
Wiadomo, że problem budowy Nord Stream 2 nie zostanie prędko rozwiązany (jeżeli w ogóle). Gazprom z pewnością odwoła się od decyzji polskiego UOKiK, sprawa trafi do sądu, potem zapewne do trybunału Unii Europejskiej. Wszystko to będzie trwać latami, bo młyny sprawiedliwości nie są szybkie. W międzyczasie druga nitka Nord Stream 2 zostanie ukończona i popłynie nią rosyjski gaz.
Tym niemniej, dobrze, że UOKiK postanowił zakończyć swe postępowanie jednoznacznym orzeczeniem, stwierdzającym złamanie prawa, wskazującym winnych i wymierzającym kary. Oznacza to, że już na zawsze ta inwestycja zostanie obciążona grzechem pierworodnym bezprawia. Może dzięki temu, w przyszłości w Europie już nie dojdzie do podobnych działań.

Konie przejadają Polskę?

Może nie przejadają (jak mogliśmy przeczytać czterdzieści kilka lat temu), ale na pewno trzeba do nich coraz więcej dokładać. To rezultaty PiS-owskiego gospodarowania.
A dokładać trzeba, gdyż za sprawą nieudolności i zaniedbań różnych PiS-owskich nominatów, hodowla koni z której jeszcze kilkanaście lat temu słynął nasz kraj, teraz przynosi coraz większe straty i oceniana jest coraz gorzej. Zwłaszcza na świecie, gdzie pamiętane są bodaj najgłośniejsze negatywne zdarzenia, do jakich doszło, gdy PiS dokonało skoku także na kierownicze stołki w stadninach – czyli padnięcie dwóch klaczy żony muzyka Rolling Stones w 2016 r. Oczywiście wkrótce potem Shirley Watts zabrała swoje pozostałe klacze ze stadniny w Janowie Podlaskim.
Za niekompetencję, nepotyzm i brak rozumu trzeba płacić (choć niestety nie zawsze), toteż państwowa hodowla koni w Polsce zaczęła przynosić straty.
„Hodowla koni w spółkach stała się deficytowa. Istotny wpływ na systematycznie pogarszającą się sytuację finansową spółek hodowli koni miały coraz niższe wyniki hodowli koni, której przychody nie pokrywały kosztów ponoszonych na tę działalność” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim niedawnym raporcie.
Ujemny wynik z hodowli koni za 2015 r. wyniósł nieco ponad 10 mln zł, za 2016 r. – prawie 13 mln zł, za 2017 r. – 14,5 mln zł a za 2018 r. nieco ponad 17 mln zł. Takie są efekty PiS-owskiego gospodarowania.
Zdaniem NIK pogarszająca się sytuacja finansowa spółek hodowli koni w niektórych przypadkach może spowodować zwiększenie ryzyka upadłości podmiotów o szczególnym znaczeniu dla gospodarki narodowej (za takie uważane są stadniny) – i stanowić zagrożenie dla stabilności hodowli koni. Stadniny mają bowiem strategiczne znaczenie dla postępu biologicznego, dzięki któremu można zachowywać – czy raczej, można było zachowywać do czasu rządów PiS – polską specyfikę doskonałej hodowli koni.
Państwowa hodowla koni w Polsce jest prowadzona w 20 spółkach, nadzorowanych przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Ów nadzór, także przejęty przez PiS, jak widać nie okazał się szczególnie skuteczny i nie zapobiegł regresowi. W tych spółkach hodowane są konie dziewięciu ras. W Polsce hodowlą koni zajmują się również podmioty prywatne.
Obecnie ponad połowę pogłowia koni w Polsce stanowią konie zimnokrwiste i tzw. pogrubione, które w II połowie XX wieku z koni roboczych stały się głównie końmi rzeźnymi, z apetytem jedzonymi m.in we Włoszech. U nas konina przestała być popularna w miarę stopniowego wzrostu poziomu zamożności społeczeństwa. Jednak pół wieku temu potrawy z koni widniały w polskich książkach kucharskich, a dziś można je znaleźć w internecie na stronach, starających się o przywrócenie koniny do polskiego jadłospisu. Ale najważniejsza w w Polsce jest oczywiście hodowla koni arabskich czystej krwi. „Jako jedyna ma znaczenie międzynarodowe i ma realny wpływ na hodowlę światową” – zauważa NIK, choć raczej należałoby sprecyzować, że miała do 2016 r.
Bez wątpienia na poziom hodowli miała wpływ częstotliwość zmian składów organów zarządzających spółek. W ocenie NIK nie sprzyjało to ciągłości i jakości zarządzania. W latach 2016-2018 stadniny w Janowie Podlaskim i Michałowie miały po 4 prezesów każda.
Izba wylicza, że ogółem w latach 2015-2019 odwołanych zostało 43 członków zarządu 14 spółek hodowli koni, w tym 21 odwołanych członków zarządu nie otrzymało absolutorium z wykonania obowiązków. W okresie tym powołano 41 członków zarządu, w tym jako pełniących obowiązki prezesa zarządu powołano 31 osób, a 10 członków zarządu wyłonionych zostało spośród kandydatów, którzy zgłosili się w trybie postępowania kwalifikacyjnego.
Tę karuzelę kadrową można zrozumieć, bo przecież oczywiste jest, że nowe władze PiS-owskie chciały się jak najszybciej nachapać. Zrozumiałe też, że musiało to mieć marne konsekwencje dla państwowej hodowli koni, czym zresztą nikt się specjalnie nie przejmował.
Wśród przyczyn regresu hodowli koni w Polsce NIK wymienia między innymi i to, że dotychczasowa strategia działania spółek hodowli koni, polegająca na utrzymywaniu hodowli koni przez inną działalność (np. hodowlę bydła, produkcję mleka i produkcję roślinną) przestała przynosić efekty. Wpływ na to miały susze w latach 2018 i 2019 r. – bo spółki nie otrzymywały dopłat z tego tytułu.
Inny powód to rabunkowa polityka wyprzedawania wartościowych koni, zamiast pozostawiania ich dla rozrodu, w celu doraźnej poprawy wyników finansowych. PiS-owscy nominaci z upodobaniem stosowali tę prymitywną, krótkowzroczną metodę. Jak wskazuje NIK, średnia cena za sprzedanego konia w trzech spółkach zajmujących się hodowlą koni arabskich czystej krwi, czyli w Michałowie, Janowie Podlaskim i Białce, uległa zmniejszeniu ze 104 tys. zł z 2015 r. do 23,8 tys. zł w 2018 r.
Generalnie, zdaniem NIK, państwowa hodowla koni w Polsce prowadzona była przez spółki rzetelnie, nie zawsze jednak gospodarnie. Dotyczyło to przede wszystkim gospodarowania majątkiem spółek. Izba wykryła też nieprawidłowości, mogące ewidentnie służyć interesom osób prywatnych, takie jak trzymanie czyichś koni po cenach niższych niż określone w cennikach lub w ogóle za darmo. Nie jest podane, czy przypadkiem nie była to darmowa usługa na rzecz koni jakichś dygnitarzy PiS.
Oczywiście negatywny wpływ na kłopoty państwowych spółek hodowli koni miały też czynniki o charakterze międzynarodowym. NIK wymienia tu sytuację na rynku koni użytkowych i sportowych, zmniejszenie zainteresowania końmi arabskimi czystej krwi, zmniejszające się zapotrzebowanie na ogiery-reproduktory.
Nie ulega jednak wątpliwości, że do tych negatywnych tendencji znacząco przyczyniła się wyprzedaż koni wysokiej klasy, prowadzona przez Polskę. Niestety, w ostatnich latach właśnie w ten sposób objawił się, wymieniony przez NIK, „realny wpływ na hodowlę światową” jaki ma państwowa hodowla koni arabskich w naszym kraju.

Gospodarka 48 godzin

Zdążą do Łomży?

Być może starania samorządu Województwa Podlaskiego o przywrócenie ruchu kolejowego do Łomży zakończą się kiedyś sukcesem. PKP Polskie Linie Kolejowe zapowiedziały bowiem, że przygotują projekt remontu linii kolejowej nr. 49 ze Śniadowa do Łomży. Dzięki tej inwestycji, w jakiejś przyszłości, możliwy będzie powrót pociągów pasażerskich na linii 49. Oznacza to, że Łomża powinna uzyskać w miarę dogodne połączenia koleją z Białymstokiem i Warszawą – po ponad 30 latach przerwy. PKP PLK podpisały z Marszałkiem Województwa Podlaskiego umowę o ponad 4 mln zł dofinansowania z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego 2014-2020, na wykonanie dokumentacji projektowej dla remontu tej trasy. Bez finansowego wsparcia samorządu województwa, ta inwestycja nie byłaby możliwa. Na razie ogłoszony został przetarg na opracowanie dokumentacji. Samorząd Województwa Podlaskiego będzie finansował modernizację linii 49 co najmniej do 2027 r. Dokumentacja projektowa ma być gotowa w połowie 2023 r. Zgodnie z wstępnymi założeniami, na tej 17-kilometrowej trasie planowana jest wymiana torów i rozjazdów oraz instalacja komputerowych urządzeń sterowania ruchem kolejowym. Możliwy będzie powrót na linię pociągów pasażerskich – choć jeszcze nie jet to pewne, bo nie można wykluczyć, że linia będzie służyć głównie do przewozu towarów. W każdym razie zakłada się, że tory mają zostać dostosowane do tego, by ewentualne pociągi pasażerskie mogły rozwijać prędkość do 100 km/h. Do Łomży miałyby dojeżdżać pociągi o długości do 600 m. Nie wiadomo dokładnie, kiedy rzeczywiście pierwsze pociągi pojadą do Łomży, ale na pewno nieprędko. PKP PLK informują, że realizacja inwestycji planowana jest w ramach środków RPO Województwa Podlaskiego na lata 2021-2027, co oczywiście nie znaczy, że w tymże 2027 r. transport szynowy rzeczywiście zostanie uruchomiony.

Mistrzowie pluralizmu
Szefom tak zwanej telewizji „publicznej” czyli TVP, udał się dowcip już nie miesiąca czy roku, ale dziesięciolecia. Otóż w swoim oświadczeniu stwierdzili oni co następuje: ” Zapewniając dostęp do informacji na temat wszystkich kandydatów ubiegających się o urząd Prezydenta RP, Telewizja Polska w pełni wywiązała się ze swojej misji, której fundamentem jest umacnianie pluralizmu w debacie publicznej”.

PiS rujnuje spółki
Państwowa Polska Grupa Energetyczna (PGE) zanotowała w ubiegłym roku skonsolidowaną stratę netto wynoszącą aż 3 961 mln zł – czyli prawie 4 miliardy! To dramatyczny regres w porównaniu z 2018 r., gdy firma uzyskała 1 498 mln zł zysku. Podobne, tylko nieco mniejsze tąpnięcie nastąpiło w innej państwowej spółce energetycznej – Enerdze, która miała 952 mln zł skonsolidowanej straty netto, a w 2018 także osiągnęła zysk (739 nln zł). Na tym ponurym tle w miarę dobrze wypadł Tauron, kolejny państwowy “koncern” energetyczny. Oczywiście także przyniósł w ubiegłym roku stratę, ale wynoszącą zaledwie 11 mln zł. Takie są właśnie efekty zarządzania państwowymi przedsiębiorstwami przez PiS – czy raczej traktowania ich przez rządzących jako rezerwuaru pieniędzy, z których można czerpać bez ograniczeń na różne partyjne cele.

Dwa oblicza kwietnia na rynkach finansowych

W którą stronę poprowadzi nas pandemia koronawirusa? Odmrażanie gospodarek niekoniecznie musi być początkiem długotrwałego okresu wzrostów.
Kwiecień był bardzo zróżnicowanym miesiącem na rynkach. Co w pierwszej kolejności przykuwa uwagę, to generowane przez niektóre indeksy akcji, wysokie stopy zwrotu. W zależności od rynku, są one najwyższe w ostatnich 20-30 latach, bądź znajdują się w ścisłej czołówce miesięcznych wyników.
Przykładowo, ostatni tak dobry miesiąc dla indeksu Standard&Poor’s 500 (największych amerykańskich firm notowanych na giełdach) miał miejsce w grudniu 1991 r., gdy w kinach królował film „Milczenie Owiec” Jonathana Demme.
Teraz był to jednak przede wszystkim miesiąc spółek IT (informatycznych). Netflix i Amazon na rynku amerykańskim, czy CD Project, Playway i Ten Square Games na rodzimym, ustanowiły historyczne szczyty. Do grona rekordowych spółek na krajowym rynku zaliczyć należy również Dino.
Stopa zwrotu z części wymienionych spółek przekroczyła 40 proc. licząc tylko sam kwiecień. Co ciekawe, dobrze radziły sobie również inne aktywa, jak złoto, które zyskało ponad 8 proc.
Najbardziej jaskrawą wartością były jednak tygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy, gdzie przedział tygodniowych odczytów z poziomu 200-300 tysięcy wniosków przeniósł się na poziom 3-6,5 mln nowych wniosków o zasiłek – co nie miało miejsca nigdy wcześniej w historii publikacji tych danych.
Szereg innych publikacji makroekonomicznych również wskazywał na postępujące spowolnienie, jak chociażby wstępne odczyty kwietniowych indeksów aktywności gospodarczej PMI. Wrażenie robią w szczególności dane z Francji, gdzie wartość łącznego wskaźnika dla sektora usług i przemysłu spadła do poziomu 11,2 pkt., w tym dla sektora usług do 10,4 pkt. – dla porównania, wartość tego wskaźnika z lutego tego roku wynosiła 52,5 pkt.
Podobnie wyglądała sytuacja w większości krajów strefy euro, zaś wskaźniki wskazywały na historycznie niskie poziomy, bądź w najlepszym wypadku wieloletnie minima. Liczba chorych na COVID-19 wzrosła zaś w ciągu miesiąca z niespełna 800 tys. do ponad 3 mln przypadków.
Nietrudno o wrażenie, że te dwa obrazy kwietnia nie współgrają ze sobą. Warto oczywiście pamiętać, że wysokie wzrosty indeksów giełdowych nastąpiły po bezprecedensowych spadkach w marcu, ale w dalszym ciągu czuje się pewien dysonans.
Oczywiście powodem wzrostów indeksów giełdowych były najpierw, ogłaszane stopniowo, kolejne pakiety pomocowe, zarówno fiskalne, jak i monetarne – oraz sam fakt, że reakcja władz w odróżnieniu od poprzednich kryzysów, była niemal natychmiastowa. Dodatkowym wsparciem były kolejne informacje o stopniowym otwieraniu poszczególnych gospodarek, które postępuje we wszystkich regionach świata.
Trudno jednak nie mieć wrażenia, że entuzjazm uczestników rynku, w zestawieniu z wciąż trudnym do oszacowania rejestrem szkód gospodarczych i tym, że w większości krajów pandemia w dalszym ciągu nie została skutecznie opanowana, nie jest do końca spójny. Fakt jest taki, że inwestorzy wyceniają już szybkie odbicie gospodarcze po otworzeniu poszczególnych gospodarek. Można jednak sądzić, że nie doceniają trudności, które gospodarki mogą napotkać po drodze.
Prawdopodobnie tak silne załamanie indeksów, jakie miało miejsce w marcu, już nie nastąpi. Nie oznacza to jednak, biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen i spadek prognozowanych zysków (dużo wyższy niż jeszcze dwa miesiące temu), drugiej fali korekty – gdy okaże się, że zarówno nawyki konsumentów, jak i tempo wychodzenia z kryzysu nie jest tak szybkie, jak niektórzy by sobie tego życzyli.
Ponadto, kolejnym niewycenianym scenariuszem jest przywracanie części restrykcji w niektórych przypadkach, co już pokazuje przykład Chin. Wszystko to zebrane razem pozwala stwierdzić, że najbliższe miesiące na pewno będą ciekawe.

Nadzieje i niespodzianki

Gracze giełdowi jak co roku mieli do czynienia z przepowiedniami, które się nie sprawdzają. Co naturalnie nie zakłóca dobrego samopoczucia ekspertów, przygotowujących prognozy na 2020 r.

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 r.
Przypomnijmy, że koniec ubiegłego roku był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co wpływało na stawiane tezy. Należy jednak przeanalizować prognozy na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność – i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Umiarkowana sprawdzalność

Pierwsza prognoza na 2019 r. mówiła: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”. Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na to nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”. Teza wydawała się dość bezpieczna – i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono.
Zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała (jakkolwiek ta prognoza pozostaje aktualna na 2020 r.).
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia – dobra na drugą połowę roku”, sprawdziła się w 50 proc. gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Możliwe wzrosty na rynku złota”. Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to najlepsza teza na ten rok.
Notowania złota przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dol., można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w przyszłym roku, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału. Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i Nasdaq (ok. 8 proc. powyżej szczytowych poziomów z 2018 r.).
Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30 proc., warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały te indeksy na początku roku.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę wyników ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020 r.

A więc wojna

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku. Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz problemów wewnętrznych, związanych z wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w przypadku banków) oraz różnych inicjatyw i projektów (w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa).
Relatywnie dobry okres mają natomiast za sobą małe spółki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że część wzrostów była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018, upłynął pod znakiem wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, a de facto pomiędzy USA a resztą świata. Na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji, związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku.
Istotne znaczenie w 2019 r. miała również polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed dokonał wolty w ciągu roku, z polityki zaostrzania oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Wpłynęło to w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Wróżenie z fusów

Co czeka nas w 2020 roku? Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji odgrywać będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku.
Można szacować, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 r. wyniesie około 10 proc. (w przypadku indeksu S&P 500). W przypadku spółek technologicznych, części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki.
Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawę impeachmentu Donalda Trumpa, można oczekiwać, że zmienność powróci.
2020 r. jest rokiem wyborczym w USA, mającym swoją specyfikę. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA (nie nastąpiła od rekordowo długiego czasu). Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Zagrożeniem może być jednak eskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska. Ewentualne złagodzenie taryf celnych, połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 r. wspierać rynki wschodzące.

U nas wciąż kiepsko

Polska giełda papierów wartościowych zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników.
Z drugiej jednak strony, historycznie niski poziom wycen może w końcu powiększyć napływ kapitału. Tutaj rolę stabilizatora mogą pełnić Pracownicze Plany Kapitałowe, chociaż opublikowana w grudniu stopa uczestnictwa w tym programie jest daleka od zadowalającej.
Inwestorzy powinni wybierać w w Polsce spółki, które wygrywają na trwających obecnie trendach takich jak wzrost kosztów pracy. W dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie staje się coraz bardziej ryzykowne.

Fikcja rządowych działań antymonopolowych

UOKiK od ponad trzech lat pokazuje, jak to stara się zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2. W praktyce jednak, strona polska nic nie robi w tym celu.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył karę w postępowaniu przeciw Gazpromowi i pięciu międzynarodowym podmiotom, odpowiedzialnym za finansowanie i budowę gazociągu Nord Stream 2.
172 mln zł – tyle ma zapłacić spółka Engie Energy za nieudzielenie informacji. Oczywiście wiadomo, że nie zapłaci, ale UOKiK chce pokazać, że coś jednak robi w sprawie zwalczania Nord Stream 2. Szkoda, że to, co robi, robi tak powoli.
Wymierzona kara jest wynikiem braku współpracy w postępowaniu prowadzonym przez polski urząd antymonopolowego – Marka Niechciała. Postępowanie to UOKiK prowadzi już od dawna i bez żadnych efektów.

Udawać, że coś się robi

Sprawa budowy Nord Stream 2 była analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes urzędu uznał, że planowana koncentracja między rosyjskim Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji – i przedstawił zastrzeżenia.
Uczestnicy konsorcjum dla pozoru wycofali więc wniosek w sprawie koncentracji spółek, ale w praktyce, robili to samo co dotychczas.
Ówczesna decyzja UOKiK w praktyce oznaczała zakaz połączenia. Formalnie nikt więc się z nikim nie połączył, ciężar budowy gazociągu wziął na siebie Gazprom – a budowa Nord Stream 2 postępowała bez przeszkód. Nasz UOKiK podchodził do tej sprawy jak pies do jeża, bo jest to wszak urząd rządowy, zaś polityka rządu PiS jest taka, że różni prominentni działacze obecnej ekipy gardłują przeciwko temu gazociągowi. Robią to jednak tylko na użytek krajowej publiczności, dla zwiększenia poparcia w sondażach. W praktyce jednak, rząd boi się zdecydowanie postawić stronie niemieckiej oraz rosyjskiej i nie chce jednoznacznie stwierdzić, że sprzeciwia się tej inwestycji. UOKiK niby więc zajmuje się próbami opóźnienia budowy Nord Stream 2, ale są to działania pozbawione jakiegokolwiek realnego znaczenia.

Urząd pokazuje, jak pręży muskuły

Gdy jednak wszem i wobec stało się wiadome, że nic nie dały zastrzeżenia urzędu zgłoszone wobec koncentracji spółek, UOKiK, chcąc nie chcąc, musiał znowu zająć się rosyjsko-niemieckim gazociagiem.
Od kwietnia 2018 roku UOKiK zatem ponownie analizuje sprawę tej inwestycji. Oczywiście trwa to długo i nie daje rezultatów, co szefowie UOKiK wyjaśniają tym, iż jest to precedensowe postępowanie antymonopolowe.
– Prowadzimy bardzo ważne postępowanie antymonopolowe w sprawie Nord Stream 2, którego skutki mogą mieć charakter międzynarodowy. Ustalając wysokość kary na Engie Energy braliśmy pod uwagę znaczenie tych informacji dla prowadzonego postępowania, a także umyślność działania tej spółki. Decyzja o ukaraniu to tylko jeden z etapów tego projektu – dodaje Marek Niechciał.
Jak informuje urząd, prezes UOKiK postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są przezeń o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody polskiego urzędu antymonopolowego. Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazprom z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia przepisów poprzez utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu bez zgody organu antymonopolowego. Zarówno bowiem wycofane zgłoszenie utworzenia joint venture, jak i zawarcie późniejszych umów – które zawarto nie przejmując się zastrzeżeniami UOKiK – miało ten sam cel: sfinansowanie budowy Nord Stream 2.
Obecna decyzja UOKiK dotyczyła jednej z sześciu spółek – Engie Energy. Tyle, że UOKiK nałożył na nią karę nie za to, za co ją podejrzewa, czyli za udział w nielegalnym konsorcjum. lecz za …niedostarczenie dokumentów.
– Prosiliśmy spółkę o dokumenty i dane dotyczące umów zawartych z Gazpromem. Interesują nas informacje o paliwach gazowych, w szczególności dotyczące umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Dane te są niezbędne w prowadzonym postępowaniu antymonopolowym, w którym sprawdzamy czy Engie Energy oraz pięciu innych podmiotów utworzyły wspólnego przedsiębiorcę bez naszej zgody – tłumaczy Marek Niechciał prezes UOKiK.
Za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania urząd może nałożyć na przedsiębiorcę maksymalnie karę do 50 mln euro. Korzystając z tego prawa, prezes UOKiK ukarał Engie Energy Management Holding Switzerland sankcją w wysokości 172 mln zł (równowartość 40 mln euro).
Uzasadniając tę decyzję UOKiK
wyjaśnia, iż spółka „uporczywie i bezpodstawnie” odmawiała przekazania UOKiK-owi żądanych dokumentów i materiałów.
– Spowodowało to istotne opóźnienie w prowadzeniu naszych działań dotyczących finansowania budowy gazociągu Nord Stream 2 – dodaje Michał Holeksa wiceprezes UOKiK.

Na święty nigdy

Te tłumaczenia pokazują, jaką linię argumentacji przyjmuje UOKiK, pragnąc usprawiedliwić swoją – czyli rządową – bezczynność. Okazuje się zatem, że ponad półtora roku cennego czasu UOKiK poświęcił tylko na to, aby dojść do wniosku, że wspomniana spółka nie dostarczyła mu w terminie wymaganych informacji. A jest tych spółek aż sześć! Zapewne UOKiK przeznaczy po półtora roku na ustalenie, że każda z pięciu pozostałych spółek także nie przekazuje wymaganych informacji.

Widać, że te wszystkie działania „antymonopolowe” są zwykła fikcją. Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku, a UOKiK wciąż jeszcze będzie wyjaśniać, że nic nie może zrobić, bo firmy uczestniczące w budowie gazociągu nie chciały mu udostępnić oczekiwanych informacji. I o to właśnie chodzi rządowi PiS: pokazywać elektoratowi, że walczy o polskie interesy, ale żeby jednocześnie nic nie zrobić w celu wstrzymania budowy Nord Stream 2.

 

Jak zwykle niepewność

Zakończony niedawno lipiec nie pozwalał się nudzić inwestorom giełdowym.

W przypadku warszawskiego parkietu można mówić o spokojniejszym okresie, patrząc poprzez kryterium obrotów. Na rynkach zagranicznych nie było jednak jakiegokolwiek letniego spowolnienia. Kluczem była polityka banków centralnych, a przede wszystkim lipcowa decyzja FED.
Do połowy miesiąca oczekiwania na złagodzenie polityki amerykańskiego banku centralnego rosły, podsycane „gołębimi” wypowiedziami przedstawicieli tego gremium. Indeks S&P 500 pobił kolejne już historyczne rekordy, pokonując magiczną barierę 3000 punktów. Wzrosty wspierane były również wynikami amerykańskich spółek za drugi kwartał, które w znaczącej większości okazywały się być lepsze od oczekiwań, nawet biorąc pod uwagę wymagająca bazę z 2018 roku i nieco gorsze odczyty gospodarcze. Bardzo dobre wyniki zaraportowały największe amerykańskie banki i część znaczących spółek technologicznych, jak Microsoft i Apple. Z biegiem miesiąca jednak zaczęto poddawać w wątpliwość wcześniejsze oczekiwania. FED nie zakomunikował bowiem tak silnej zmiany polityki monetarnej, jakiej oczekiwały rynki.
Dużą część odpowiedzi poznaliśmy wieczorem ostatniego dnia lipca. Zaczęło się zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami, gdy zakomunikowano obniżkę stóp procentowych o 25 punktów. Kluczowa była jednak konferencja dotycząca dalszych ruchów FED. Dowiedzieliśmy się, że lipcowa obniżka była tylko dostosowaniem w trwającym obecnie cyklu i nie oznacza rozpoczęcia długiego cyklu obniżek stóp. Był to zdecydowanie zimny prysznic, który sprowadził indeks S&P 500 poniżej poziomu 3000 punktów.
Preludium amerykańskiego scenariusza było ostatnie posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Oczekiwano zdecydowanych ruchów, a kończący niebawem kadencję Mario Draghi ograniczył się do interwencji słownych, przesuwając podjęcie działań co najmniej do września. Spowodowało to pogorszenie nastrojów na europejskich rynkach akcji. W Polsce powodem mogły być dość mieszane wyniki spółek, które w dalszym ciągu mierzą się z rosnącymi kosztami pracy, energii i surowców oraz niedoborem pracowników.
Trudno obecnie szacować, jak będzie zachowywać się amerykański rynek akcji, a w ślad za nim pozostałe rynki w kolejnych tygodniach. Z jednej strony zabrakło głównego czynnika wzrostów, z drugiej jednak, sytuacja się znormalizowała. Na pierwszy plan może powrócić zapomniany nieco temat wojen handlowych, które mimo trwających rozmów wydają się dalekie do zakończenia. Panuje niepewność i nadzieje co do dalszej polityki FED.