Nie tam widzimy sojuszników dla Polski

Stanowisko Prezydium Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie spotkania w Budapeszcie.

Prezydium Polskiej partii Socjalistycznej z olbrzymim niepokojem i oburzeniem przyjęło podane na konferencji wyniki spotkania Premiera Polski Mateusza Morawieckiego z Prezydentem Węgier Wiktorem Orbanem i Przywódcą włoskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Oburza nas fakt, że Premier Mateusz Morawiecki prowadził rozmowy o stworzeniu prawicowego sojuszu w Parlamencie Europejskim, nie jako przedstawiciel Partii PiS, lecz jako premier kraju. Wola i plany PiS nie są tożsame z wolą polskiego narodu, o czym świadczą powtarzające się sondaże, z których wynika, że obecnie PiS nie uzyskałby większości pozwalającej na samodzielne rządy. Uzyskana w ostatnich wyborach przewaga wynikająca z kupowania wyborców obietnicami, często bez pokrycia, legła w gruzach w wyniku widocznej dla coraz większej części społeczeństwa nieudolności w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi i braku wiarygodnych programów wyjścia z tego kryzysu.

Nasz skrajny niepokój budzą założenia ideowe tego planowanego, a praktycznie już realizowanego sojuszu. Opiera się on na powrocie do krańcowo konserwatywnych rozwiązań bazujących na rzekomym powrocie do źródeł chrześcijaństwa. Prawdziwe wartości chrześcijańskie to miłość bliźniego, a nie jątrzenie i szukanie wrogów we własnym społeczeństwie i społeczeństwach wyznających inne wartości. To wyznawana w duszy wiara, a nie klerykalizm i przywileje kleru. To wolność do wyznawania własnych poglądów, a nie wszechobecny i narastający przymus religijny. To rola kobiety jako równej mężczyźnie we wszystkich sferach życia społecznego, a nie powielanie staroświeckich poglądów o roli kobiety wyłącznie jako matki i partnera mężczyzny. Trudno też nazwać wartością chrześcijańską przemoc wobec kobiet, którą się chce wzmocnić odrzucając Konwencję Stambulską.

Taka wizja chrześcijaństwa niezgodna jest również z poglądami głoszonymi przez Papieża Franciszka.

Całkiem fałszywie zabrzmiała w ustach Premiera teza o konieczności renesansu w ramach Unii Europejskiej, Okres renesansu to epoka, w której stopniowo odchodzono od wojen religijnych, epoka powstawania nowych, często bardziej progresywnych niż katolicyzm odłamów chrześcijaństwa, to rozwój swobodnej, nie obciążonej dogmatami religijnymi, nauki. To również rozwój sztuki odrywającej się od ciasnych kanonów wiary. To wreszcie narastająca swoboda w kontaktach międzyludzkich, w tym relacjach intymnych. Z takim renesansem, a nie powrotem do średniowiecza, chcemy mieć obecnie do czynienia, a społeczeństwo nie da się zamknąć w ramach skostniałych i mających podłoże polityczne poglądach przywódców partii, które obradowały w Budapeszcie.
Zdziwienie budzić też fakt zawierania sojuszu z partiami, które reprezentują całkowicie odmienny od obecnej polskiej racji stanu stosunek do polityki Rosji.

Dla nas sojusznikami są i pozostaną partie i społeczeństwa krajów postępowych, działających w kierunku rozwoju wolnych społeczeństw jednoczącej się Europy.

Trzech pancernych bez psa

Wysłuchałem i przeczytałem uważnie wypowiedzi premierów trzech krajów – z naszym włącznie – na konferencji prasowej po spotkaniu w Budapeszcie, w dniu primaaprilisowym, czyli 01.04 br. Wiem, że mam narastającą sklerozę i to, co mówią mądrzy ludzie, dociera do mnie coraz trudniej. Nie zdziwiłem się więc, że z tych wypowiedzi niewiele zrozumiałem

O co chodziło?

Do moich rozpadających się komórek kory mózgowej przebiło się z trudem przekonanie, że właściwie tylko trzy grupy problemów, stanowiły podstawę rozmów Panów Premierów

Pierwsza, – że każdy kraj UE powinien mieć prawo do samodzielności w rozwiązywaniu swoich wewnętrznych kłopotów. Unia Europejska nie powinna mu nadmiernie zaglądać do garnka, w którym gotuje pasujące mu rozwiązania prawne i nową przyszłość narodu, czasem opartej na nieco inaczej rozumianej praworządności. Nie może być w Unii podziału na słabszych i silniejszych, wszyscy są równi i mają takie same, unijne, prawa i obowiązki. I tych słabszych nie można bez przerwy atakować i grozić im karami, także w formie ograniczeń finansowania.

Druga, – że Europa jest zbudowana na kulturze chrześcijańskiej. Nasze państwa będą bronić jej podstaw i nie zgadzają się na to, aby wprowadzano jakieś inne, obce nam i sprzeczne z nią, koncepcje i zwyczaje kulturowe. Nie po to robiliśmy kiedyś wyprawy krzyżowe, aby teraz zagrażał nam nie tylko Islam, ale także jakieś LGBTy i Gendery.

I trzecia – widoczny zwłaszcza w słowach i półsłówkach naszego Premiera pogląd, że nie lubimy Rosjan a zwłaszcza rządzącego w niej od lat prezydenta. Nie lubimy dlatego, że zwyczajowo nie lubimy, a zwłaszcza dlatego, że ze zdradzieckimi (w tym zakresie) Niemcami, budują gazociągi Nord Stream biegnące po dnie Bałtyku i nie stosują naszych zasad demokracji.

Ubocznym tematem rozmów była – podobno – pandemia Covid 19. Powinniśmy zwalczać ją razem i dostać więcej szczepionek. Powtórzono więc tylko to, co mówi się niemal od początku pandemii.

Cel

Mam wrażenie, że Wielce Szanowni Panowie spotkali się i prowadzili tą dyskusję właściwie tylko w jednym celu – żeby udowodnić reszcie Europy, że istnieją w Unii trzy państwa niezłomne w dążeniu do suwerenności. Maja one własne, ale częściowo podobne drogi rozwoju i nie pozwolą, aby jakaś unijna Komisja je ciągle atakowała.

Mam też wrażenie, że Panowie nie doszli do pełnego porozumienia. Nie ogłosili przewidywanego przez media powołania nowej, ultraprawicowej partii prawdziwie chadeckiej, ideologicznie opancerzonej i odpornej na wszelkie lewackie zakusy.

Nie jestem dziennikarzem politycznym. Moja wiedza w tej dziedzinie jest „wiedzą tłumu” i podlega nastrojom bardziej lewicowej jego części. Patrząc przez pryzmat tej wiedzy mogę jedynie nieśmiało sformułować przypuszczenia, dlaczego tym razem nasz niezawodny premier nie osiągnął standardowego sukcesu.

Co mogło przeszkadzać?

Teza, że jesteśmy równi, ważni i suwerenni zapewne nie spotkała się z wątpliwościami partnerów budapesztańskich rozmów. Ale mogły budzić wątpliwości przyczyny, dla których Polska jest tak ostatnio krytykowana w UE. Unijne pretensje koncentrują się coraz bardziej na kompletnym bałaganie, jaki wytworzono w naszym wymiarze sprawiedliwości, m.in. lekceważąc zalecenia międzynarodowego Trybunału. Węgry też mają problemy w tym zakresie, ale do bałaganu nie dopuściły. Włochy jeszcze mniej. Poza tym jesteśmy jedynymi w tym gronie, którzy nie chcą zatwierdzenia konwencji stambulskiej i stwarzają ciągłe problemy z LGBT, co także nie przysparza nam sympatii.

Przypuszczam, że mniej sporów w Budapeszcie wywoływała teza o chrześcijańskich źródłach naszej kultury. Ale jednak reprezentowane państwa różnią się znacznie w takich sprawach jak relacje państwo – kościół, aborcja i stosunek do chrześcijan, niebędących katolikami. Nie wszyscy też zgadzają się z obecnymi polskimi zwyczajami, w których rząd chce uchodzić za najbardziej religijną część społeczeństwa, próbuje traktować modlitwę, jako instrument zarządzania, dopuszcza do powstawania zakonnych imperiów gospodarczych, a potem stara się im przypodobać.

My, Oni i Rosja

Najwięcej kontrowersji na tym zebraniu mógł budzić trzeci z wymienionych przeze mnie tematów, – czyli stosunek do Rosji. Tylko u nas panuje trudna do wyleczenia choroba, która opisałem za zamierzchłych czasów na tych łamach, w artykule pt. „Kompleks Putina” (27.06.2019). Rosjanie są w większości zadowoleni ze swego prezydenta. Nasz rząd uważa, że ma prawo oceniać prezydentów innych państw. Nie tylko Rosji. Poddańczo głaskaliśmy Trumpa, z ukrywanym niesmakiem i sztucznym uśmiechem podchodzimy do Bidena.

Nasz premier miał trudne zadanie uzasadniania swojej niechęci do Rosji w sytuacji, gdy pozostali rozmówcy są z nią w dobrych, może nawet bardzo dobrych, stosunkach. Mnie też jest trudno tą niechęć całego pisowskiego środowiska zrozumieć. Oczywiście – musimy pamiętać o historycznych grzechach, ale ich przenoszenie na bieżącą politykę jest zawsze błędem. Aneksja Krymu i częściowa inicjacja walk w Donbasie mogły się nie podobać i spowodowały sankcje. Ale jednak trzeba też pamiętać, że ludność tych obszarów w większości mentalnie, językowo i psychicznie czuje się Rosjanami i że problem powstał dopiero po rozpadzie ZSRR, który „zarządzał” Ukrainą tak samo, jak carska Rosja. A aktualna pretensja o „gazociąg północny” u rozmówców naszego premiera może budzić współczucie, ale ich bezpośrednio nie dotyczy.

PIS popsuł do reszty nasze, może nie za bardzo przyjacielskie, ale względnie poprawne stosunki z Rosją. Były przecież czasy – i to już po PRL, – kiedy często przyjeżdżały do nas rosyjskie zespoły artystyczne, kiedy jeżdżono na urlopy do Soczi i na rejsy po Wołdze, kiedy polskie filmy i seriale święciły tryumfy w rosyjskiej telewizji. Kiedy Mikulski, – czyli Hans Kloss – już za rządów Mazowieckiego, przyciągał tłumy do polskiego ośrodka kultury w Moskwie.

Skutki braku psa

Spotkanie trzech opancerzonych ideologicznie premierów, w pięknym i już wiosennym Budapeszcie, nie dało więc nawet pozytywnego, propagandowego rezultatu. Może gdyby w czasie ich rozmów był obecny przyjazny pies, emanujący jednakową serdecznością do wszystkich zebranych, to przynajmniej niektóre bariery dałyby się pokonać. Ale nie było. A sam Tokaj – nawet z najlepszego rocznika – widocznie nie wystarczył.

Orbán zawodowiec

W 1956 r. na Węgrzech popularne było hasło „Lengyelország példát mutat, kövessük a magyar utat”, co w rymowanym, acz nie dosłownym, tłumaczeniu oznacza „Polska jest przykładem, Węgry pójdą jej śladem”. Po latach role się odwróciły. To Węgry stają się dla Polski przykładem do naśladowania.

Jak zauważa szewc Fabisiak, powyższe odnosi się do polityki wewnętrznej, jednak co do zagranicznej to nie już za bardzo. W odróżnieniu od polskiej politycznej amatorszczyzny Viktor Orbán jest zawodowcem i prowadzi własną a nie amerykańską politykę zagraniczną. Zawodowiec to również pragmatyk mający na uwadze interesy i potrzeby własnego kraju. I tak jest w przypadku Orbána, choć jego ksenofobiczne i antyimigranckie stanowisko musi budzić sprzeciw z czysto humanitarnego punktu widzenia. Różnice pomiędzy władzami węgierskimi i polskimi są szczególnie widoczne w odniesieniu do stosunków z Rosją. Orbán w relacjach z Moskwą kieruje się nie antyrosyjską obsesją, lecz zrozumieniem tego, że na dobrych stosunkach z sąsiadem można więcej zyskać niż stracić. Przy współpracy z Rosją na Węgrzech buduje się elektrownię atomową. Szewc Fabisiak nie jest zwolennikiem energetyki jądrowej uważając, że ewentualna nawet parominutowa awaria takiej elektrowni spowoduje o wiele groźniejsze skutki niż systematyczne podtruwanie atmosfery węglowymi spalinami. Zatem naszym naddunajskim bratankom należy jedynie życzyć bezawaryjnej pracy atomowego dostarczyciela energii. Kolejnym przejawem węgierskiego pragmatyzmu jest podejście do najważniejszego obecnie problemu tj. walki z wirusową pandemią. Podczas gdy nasi decydenci pospołu z ich europejskimi odpowiednikami biadolili, skądinąd słusznie, nad zmniejszeniem dostaw szczepionek zaakceptowanych przez Europejską Agencję Leków, to Orbán nie oglądając się na agencyjne rekomendacje ściągnął z Rosji tamtejszą szczepionkę Sputnik V. Wyszedł z racjonalnego założenia, że lepiej dać się ludziom szczepić rosyjskim preparatem niż czekać aż zaakceptowani przez agencję dostawcy uporają się ze swoimi produkcyjnymi problemami.

Orbán nie obcyndala się również jeśli chodzi o stosunki z Ukrainą. Nie potępił przyłączenia Krymu do Rosji w odróżnieniu od tych rządów, w tym oczywiście polskiego, które owo przyłączenie nazywają aneksją. Węgierski premier potrafi kalkulować i wie, że bardziej mu się opłacają dobre stosunki z silną Rosją niż ze słabnącą Ukrainą – zauważa szewc Fabisiak. Ponadto umie zadbać o interesy mieszkającej na Ukrainie węgierskiej mniejszości poddanej nacjonalistycznym naciskom ze strony władz w Kijowie. Nie podoba się to specjaliście od prywatyzacji a obecnie europodeputowanemu Januszowi Lewandowskiemu, który taką politykę nazwał wbijaniem noża w plecy Ukrainie. Ze strony polskiej nikt Ukrainie noża nigdzie nie wbija i w związku z tym olewa się sytuację mieszkających tam Polaków.

O Orbánie stało się ostatnio głośno z racji trójstronnego spotkania tracących unijny grunt polityków z Węgier, Włoch oraz Polski. Liczni komentatorzy zwracają uwagę na fakt, iż chwilowo zawieszona a faktycznie wysiudana z europarlamentarnej chadeckiej frakcji o nazwie Europejska Partia Ludowa, mającej z Węgierską Republiką Ludową tyle wspólnego co Viktor Orbán z Jánosem Kádárem, rządząca na Węgrzech partia FIDESZ musi sobie znaleźć w PE odpowiedni przyczółek a nie szpanować posłami niezrzeszonymi. Szuka zatem popleczników i znalazła ich w postaci przywódcy Ligi Północnej Matteo Salviniego i reprezentującego PiS Mateusza Morawieckiego. Być może do tego szacownego grona dołączy jeszcze kolejny unijny prawicowy konserwatysta, mianowicie lider Słoweńskiej Partii Demokratycznej i obecny premier Słowenii Janez Janša wobec którego pięć partii opozycyjnych wystąpiło o wszczęcie procedury impeachmentu. Wprawdzie premierowi w kutym udało się przeżyć wniosek o votum nieufności jednak teraz nie będzie to już takie pewne. Jego centroprawicowa rządząca koalicja dysponuje bowiem równą połową parlamentarnych mandatów a w ostatnich miesiącach kilku posłów odeszło z obozu rządzącego. W przypadku odsunięcia słoweńskiego premiera od władzy może on się decydować na podłączenie się do bloku Orbána. Słoweński parlament ma 60 dni na rozpatrzenie wniosku o impeachment co oznacza, że Viktor Orbán musi jeszcze poczekać co najmniej dwa miesiące na rozbudowę swojej stajni.

Polskich komentatorów bardziej podniecają dobre stosunki Orbána z Rosją niż polityczny program owych trzech panów, co – zdaniem szewca Fabisiaka – ma większe znaczenie niż stosunki zewnętrzne mające wymiar drugorzędny. Natomiast polityczne credo wspomnianych tu polityków daje dużo do myślenia ile ktoś potrafiłby wyciągnąć z tego wnioski a nie jedynie kultywować antyrosyjskie fobie. Otóż generalna linia programowa FIDESZ, Ligi Północnej i PiS zakłada tworzenie państwa a także, jak wynika z ich ambicjonalnych przechwałek, całej Europy na powrocie do XIX-wiecznego modelu opartego o konserwatywne zasady ówcześnie rozumianego chrześcijaństwa, gdzie najważniejsze są tradycyjne wywodzące się z chrześcijaństwa wartości wśród których można by się doszukać takiej choćby wartości jak usytuowanie kobiety na pozycji kucharki-wychowawczyni. Taka wizja jednak w daleko mniejszym stopniu interesuje naszych rodzimych komentatorów niż dywagacje nad czy tym promoskiewskiemu Orbánowi uda się zawrzeć trwa sojusz z antyrosyjskim Kaczyńskim i jakie to może mieć konsekwencje dla przyszłości Unii Europejskiej. Szewc Fabisiak uważa, że raczej znikome jako że znikomy jest wpływ tych panów na unijną rzeczywistość.