Zbuntowany Śląsk

Po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie prawie dwustu śląskich robotników wyjechało do Hiszpanii bronić Republiki, praw robotniczych i swoich marzeń.

Historia jest polem walki. Wymazuje jedne losy, ozłaca drugie. Dzieje międzynarodowych ochotników podczas wojny w Hiszpanii są tego dowodem. W okresie PRL często mówiono o nich, wspominając „postępowe tradycje oręża polskiego”. Dziś, gdy wahadło polityczne wychyliło się w przeciwną stronę, odsądzani są od czci jako „żołnierze Stalina”. Ta książka przywraca pamięć o nich jako o ludziach z krwi i kości, a nie z propagandowych pomników – stawianych czy obalanych. To historia widziana oczyma Ślązaków, których los rzucił za Pireneje, a potem rozsiał po całym świecie. A w tle ludowe dzieje Górnego Śląska, tak często zniekształcane.
Zapraszamy na wrocławską premierę książki pt. „Śląsk zbuntowany” (Wydawnictwo Czarne, 2019)
i spotkanie z jej autorem Dariuszem Zalegą, które poprowadzi Michał Syska, dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a.
22 listopada (piątek), godz. 18, klub PROZA, Przejście Garncarskie 2 we Wrocławiu.
Podczas spotkania będzie można zakupić książkę oraz otrzymać autograf autora.

Timmermans w Warszawie

Wiceszef Komisji Europejskiej przyjechał do Warszawy, aby przeciągnąć na swoją stronę jak największą część polskiej lewicy.

Odpowiedzialny w Komisji Europejskiej m.in. za rządy prawa we Wspólnocie Frans Timmermans spędził niedzielę (7 kwietnia) w Warszawie, gdzie spotkał się m.in. z kierownictwem Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Według rzeczniczki Anny Marii Żukowskiej rozmowa Timmermansa z przewodniczącym Włodzimierzem Czarzastym dotyczyła praworządności, planowanej polityki ugrupownaia europejskich socjalistów, kampanii wyborczej do PE, a także wspólnej polityki w ramach frakcji Socjalistów i Demokratów w PE. Mowa była również o szczegółach planowanego przez wiceszefa KE wsparcia dla kandydatek i kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Dla Timmermansa liczy się teraz każdy głos w europarlamencie, ubiega się o jedno z najważniejszych stanowisk w Brukseli (interesuje go funkcja szefa KE, ale też szefa europarlamentu, Rady Europejskiej lub wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych).

Co poszło nie tak?

Mimo fiaska rozmów w Hanoi w sprawie dalszej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, porozumienie nadal jest możliwe. Strona amerykańska zwyczajnie przekonała się, że Kim Dzong Un nie przyjmie dowolnie surowych warunków, jakie mu postawią USA.

Wbrew sugestiom, które padały w większości światowych mediów głównego nurtu, ostatni szczyt w Hanoi między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem nie zakończył się totalną klapą. Jego rezultat, a raczej brak takowego, należy oczywiście uznać za niepowodzenie. Sytuacja nie wygląda jednak tak, jak polskiej opinii publicznej usiłował wmówić żenujący tytuł w „Gazecie Wyborczej”: „Czy to koniec marzeń Trumpa o ucywilizowaniu północnokoreańskiego reżimu?”
Na ocenę wydarzeń miały z pewnością wpływ oczekiwania rozbudzone historycznym spotkaniem w Singapurze w czerwcu 2018 r., gdzie padła zapowiedź pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Spodziewano się nawet oficjalnego podpisania pokoju między USA a KRLD, które nie nastąpiło od czasu zakończenia działań wojennych w 1953 r. Tym razem politycy i dziennikarze rozjechali się w rzeczywiście zupełnie innej atmosferze. Rozmowy zakończyły się przed czasem, a obaj przywódcy opuścili podobno stolicę Wietnamu nie podawszy sobie nawet dłoni. W niczym nie przypominało to idyllicznych obrazków z poprzedniego szczytu.

Do czego doszło w Hanoi?

Można podpowiedzieć, że media amerykańskie – zarówno liberalne, niechętne Trumpowi, jak i The Fox News – odetchnęły z ulgą. Ich przekaz mógł bowiem z powodzeniem trzymać się starych, sprawdzonych torów: Kim zdradził, okazał się niewiarygodny, potwierdził, że Korea Północna jest globalnym zagrożeniem. Trump zatem musi „otrzeźwieć”, nie ustępować ani na krok i wrócić do obrony „wolnego świata” przed potworem z Pjongjangu. Ten spłycony i tendencyjny obraz warto zatem skorygować o fakty, które go komplikują, lecz świadczą jednocześnie o tym, że szansa na normalizację stosunków na Półwyspie Koreańskim jak najbardziej istnieje. Droga do niej jednak nie będzie łatwa ani oczywista.
Po pierwsze i najważniejsze, bezpośrednio po Hanoi obie strony potwierdziły gotowość do dalszych negocjacji – trzeba bowiem pamiętać, że w Singapurze Kim Dzong Un nie wyraził zamiaru jednostronnej rezygnacji z całości programu nuklearnego, tylko wyraził też oczekiwania ustępstw ze strony USA. Prezydent Trump, zanim opuścił stolicę Wietnamu powiedział wyraźnie: „Do następnego razu” i to zaraz po tym, jak w zniekształconej formie zrelacjonował stanowisko strony koreańskiej, próbując winą za brak wyniku obciążyć Kim Dzong Una. Zamiar dalszych rozmów deklaruje sekretarz stanu Mike Pompeo, którego w dużym stopniu należy obarczyć odpowiedzialnością za fiasko w Hanoi. Szans dialogowi nie odmawia nawet John Bolton, doradca Trumpa, który do niedawna regularnie i otwarcie wzywał dosłownie do wojny z Koreą Północną, i który w okresie prezydentury George’a W. Busha przyczynił się do zrujnowania programu porozumienia zapoczątkowanego za Billa Clintona.
Optymistyczny kurs został poza tym utrzymany w oficjalnym oświadczeniu, które padło w północnokoreańskiej telewizji. Narracja, jaką władze wypracowały na użytek polityki wewnętrznej, nieustannie, począwszy od czerwca, stara się zaszczepić Koreańczykom z północy rzeczywistą nadzieję na postęp dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i wizję ostatecznego pojednania z Południem. Już sam ten fakt świadczy o historycznym przełomie i nadziei na jego kontynuację, jaką żywią władze. Sprawy zaszły już tak daleko, że w lecie 2018 r. Kim Dzong Un postanowił odwołać coroczne obchody rocznicy wybuchu wojny koreańskiej, które zawsze obfitowały w antyamerykańskie hasła i rytualne odgrażanie się Stanom Zjednoczonym. O samym przywódcy USA media rządowe zaczęły wyrażać się ze względnym szacunkiem, tytułując go nawet mianem prezydenta, a nie określając go lakonicznie „Trump”, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Oznacza to, że władza zamierza dalej targować się z USA, mając nadzieję na przezwyciężenie politycznej izolacji.
Ostatni szczyt zakończył się bez porozumienia, ponieważ obie strony „przestrzeliły” w swoich żądaniach. Trzeba przy tym koniecznie zauważyć, że Donald Trump minął się z faktami, zwyczajnie koloryzował, kiedy zaraz po przedwczesnym zakończeniu rozmów oświadczył, że Kim chciał od USA „zniesienia wszystkich sankcji”. Nie było tak. Mimo to wersję tę powtórzyli zarówno Pompeo, jak i Bolton. Strona koreańska zareagowała zwołaniem konferencji prasowej w środku nocy, na której minister spraw zagranicznych Ri Jong Ho wyjaśniał, że KRLD liczyła na zniesienie sankcji nałożonych na kraj po 2016 r. właśnie za kontynuację prac nad bronią jądrową. W zamian Kim Dzong Un oferował Trumpowi „trwały i pełny demontaż zakładów produkcji nuklearnej w strefie Jongbjon, łącznie z pozyskiwaniem plutonu i uranu, dokonany przy współpracy techników z obu krajów, w obecności ekspertów z USA”.
Ri podkreślił, że stanowisko Pjongjangu w sprawie sankcji, w tym zakresie jaki został wymieniony, „nigdy nie ulegnie zmianie”, sugerując zapewne, że nie oczekują od Amerykanów żadnej „mniejszej ulgi”. Stwierdził jednocześnie, że „lepsze porozumienie” cały czas jest możliwe, wspominając przy tym, że działania USA „na polu militarnym” mają dla jego rządu nawet większe znaczenie niż kwestia sankcji. To stanowisko konsekwentne w stosunku do ramowej deklaracji podpisanej w Singapurze, gdzie strony zapewniły o „budowaniu nowych relacji między obydwoma krajami” i „działaniach na rzecz utrwalania pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Trump zdecydował się faktycznie na skromne ustępstwa w tym zakresie: najpierw zawiesił, potem znacznie zmniejszył skalę wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które odbywają się rokrocznie u granic Północy. Pjongjang od początku podkreślał, że jest to dla nich sprawa o kluczowym znaczeniu i oczekiwali w tej mierze więcej, czyli zwyczajnie planu wycofania wojsk, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że w ramach własnych zobowiązań już wcześniej rozpoczęli wygaszanie Jongbjon, który w ich programie nuklearnym pozostawał najważniejszym kompleksem produkcyjnym .
Donald Trump mówił z kolei, że oczekiwał od Kima czegoś więcej niż zamknięcie Jongbjon. Miał na myśli udzielenie Amerykanom dostępu do wszystkich miejsc wytwarzania materiałów rozszczepialnych służących programowi nuklearnemu na terenie całej KRLD i umożliwienie im pomiaru rzeczywistych zdolności produkcyjnych. W praktyce oznacza to jednorazowe wyłożenie wszystkich kart na stół i położenie się „brzuchem do góry” w kwestii zdolności obronnych. Nic więc dziwnego, że Pjongjang nie jest na to gotowy, mając zwłaszcza na uwadze – jak określił to minister Ri – „obecny poziom zaufania”. Jest to zresztą bardzo drażliwa sprawa, obciążona historycznymi zaszłościami, bo na tle niezgody na to, by delegacje z USA mogły na terenie Korei Płn. szacować dokładnie jej zdolności produkcyjne, zerwany został plan porozumienia na początku lat 90. Wtedy jednak Amerykanie usiłowali ten warunek przeforsować całkowicie jednostronnie i poza pisemnymi ustaleniami – dzisiaj jest to część oficjalnego stanowiska negocjacyjnego.

Droga do klęski

Obie strony chciały za dużo. Dlaczego nie mogło dojść do porozumienia gwarantującego „trochę za trochę”, czyli częściowe ustępstwa po każdej stronie? Można przyjmować wyjaśnienia wizerunkowe: każdy z przywódców chciał w oczach swoich ludzi wyjść na „twardego”, żądając jak najwięcej. Ze strony Kima to zrozumiałe, bo mimo że posiada w swoim kraju pełnię władzy, to zdaje sobie sprawę, że historyczne otwarcie KRLD na świat kapitalistyczny może zachwiać pozycją elit partyjnych i wojskowych, od których w praktyce zależy.
W dniach 28-29 lutego Trump również znajdował się pod dużą presją, ponieważ w tym samym czasie Waszyngtonie przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Nadzoru zeznawał jego były współpracownik Michael Cohen, po którym wszyscy spodziewali się ujawnienia nadużyć obciążających prezydenta. W tej sytuacji Trump nie mógł sobie praktycznie pozwolić na żadne ustępstwa wobec Kima, bo Demokraci i ich media by go „zjedli”. Jeszcze przed szczytem w Singapurze czołowi politycy Demokratów bezpardonowo atakowali go za „dogadywanie się z dyktatorem”. Teraz zatem faktycznie mógł sobie pozwolić tylko na twardą linię i pełen sukces w negocjacjach z Kim Dzong Unem lub odejście od stołu – co też ostatecznie zrobił.
Jednak poważniejsza refleksja nad przyczynami obustronnej porażki w Hanoi zwraca uwagę na fakt, że rozmowy dyplomatyczne niższego szczebla i tak skazały konferencję Kim-Trump na przegraną. Toczące się wcześniej negocjacje przygotowawcze osiągnęły identyczne rezultaty, czyli żadne. Na dodatek ich stanowiska negocjacyjne były identyczne – spotkanie Kima z Trumpem było po prostu ich powtórzeniem. Na co więc liczono? Dlaczego szczyt samych przywódców miałby się zakończyć powodzeniem? Nadzieje na to w pewnym stopniu wyjaśniają słowa Mike’a Pompeo: „Kiedy rozmawia się takimi krajami jak Korea Północna, często tylko najwyżsi rangą przywódcy są w stanie podejmować ważne decyzje”. W przypadku Kim Dzong Una to z pewnością prawda, oczywiście z wymienionym już zastrzeżeniem, że w obecnie zachodzącym procesie, który w dłuższym okresie teoretycznie może zachwiać całym systemem, musi on się liczyć ze swoimi kadrami.
W mniejszym stopniu jest to prawda w odniesieniu do obecnego prezydenta USA. Rzeczywiście, słynie on z autorytarnego stylu i kwestię dialogu z KRLD traktuje najwyraźniej jako punkt honoru, jednak doświadczenie już pokazało, że puszczony na tym polu samopas zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście szkody, które narobił wcześniej okazały się odwracalne. Tak czy inaczej, po stronie amerykańskiej sprawa koreańska angażuje zbyt wiele grup interesu, by liczyć na to, że sama wola prezydenta jest rozstrzygająca. Liczy się tu nie tylko głos niesławnego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ważą się również stosunki z Chinami, które od czasu konferencji singapurskiej otwarcie chcą uchodzić za gwaranta porozumienia, czytaj: dają do zrozumienia, że ich interes też ma być wzięty pod uwagę.
Faktycznie więc, jeżeli zespoły robocze reprezentujące punkt widzenia szerszych gremiów odeszły z niczym od stołu negocjacyjnego, to w Hanoi prezydenci mogli tylko wykonywać rytualne gesty i dobrą minę do złej gry. Zawiódł bowiem cały proces dyplomatyczny, który miał miejsce po Singapurze. Oparty był na błędnych przesłankach. Strony myliły po pierwsze wszystkim w kwestii oczekiwań rywala. Przede wszystkim myliły się Stany Zjednoczone, sądząc, że Kim zgodzi się na wszystko w zamian za choćby namiastkę zniesienia sankcji. Tak oczywiście nie jest, bo w kwestiach gospodarczych Pjongjang ma w odwodzie właśnie Chiny i Kim jasno dał to do zrozumienia, kiedy zaraz po szczycie w czerwcu, tak samo jak i teraz, złożył serię wizyt w Pekinie. KRLD kilkukrotnie dawała z kolei do zrozumienia, że liczy na poważne kroki Stanów Zjednoczonych na obszarze demilitaryzacji półwyspu i oficjalnego zakończenia wojny. Od czasu Singapuru Amerykanie wykonali w tej sferze jedynie symboliczne gesty.
Zawiódł też plan oparty na założeniu, że po czerwcowej deklaracji Koreańczycy będą tak uszczęśliwieni faktem, że Trump chce w ogóle z nimi rozmawiać, że biorąc to za dobrą monetę zgodzą się już naó wszystko. Tak oczywiście nie było. Amerykańska grupa ds. KRLD, kontrolowana w dużej mierze przez samego Pompeo, nie osiągnęła w ciągu lata 2018 r. żadnego postępu, bo ciągle tylko chcieli kolejnych kroków Korei na drodze do „pełnej denuklearyzacji” (po tym, jak KRLD już je podjęła) nie dając nic w zamian. Nie chcieli słyszeć o oficjalnym zakończeniu wojny. Skończyło się na tym, że podczas lipcowej wizyty Pompeo w Pjongjangu Kim odmówił spotkania z nim, a wizyta zaplanowana na sierpień w ogóle została odwołana. Strona Trumpa sprawiała wrażenie jakby Kim Dzong Un pozbył się już całego arsenału i programu nuklearnego, oddał wszystkie atuty i był zdany na łaskę Waszyngtonu. A przecież sam fakt przyjaznej postawy premiera Korei Płd. Mun Dze Ina jest mu bardzo na rękę. Z powodu naiwności Amerykanów nad porozumieniem zawisło wtedy widmo kompletnego fiaska. Dała o sobie też pewnie znać arogancja znana z przeszłości, kiedy USA usiłowały Kimom jednostronnie narzucać swoje warunki.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy rolę specjalnego wysłannika ds. Korei Płn. objął Stephen Biegun. On również starał się uzyskać od Pjongjangu zgodę na dokładne oszacowanie przez Amerykanów produkcji uranu i plutonu, tylko planował dochodzić do tego stopniowo. Najpierw oparł się na warunku ujawnienia rozmieszczenia całej infrastruktury nuklearnej, bo w tej kwestii wywiad USA ma rozbieżne dane. W międzyczasie Amerykanie oferowali wzmożenie wymiany dyplomatycznej, m.in. uruchomienie biur łącznikowych w stolicach obu krajów. Zapadła w końcu decyzja o ograniczeniu manewrów wojskowych na Południu. Biegun okazywał pewność siebie i oświadczył nawet w pewnym momencie, że Kim Dzong Un zgodził się na „pełne wstrzymanie działania zakładów wzbogacania uranu i plutonu”.
Tuż przed szczytem przywódców w Hanoi, zespół negocjacyjny z USA postawił warunek pisemnej gwarancji wstrzymania całej produkcji materiałów rozszczepialnych i demontażu infrastruktury bez godzenia się na złagodzenie sankcji. Brali pod uwagę jedynie pojedyncze wyjątki od sankcji ONZ i wznowienie pomocy humanitarnej przez organizacje pozarządowe. W tej sytuacji strona koreańska „podziękowała” Waszyngtonowi, a konferencja w Wietnamie była tylko spektaklem.

Mądrzy po szkodzie?

Sprawa nie jest jednak stracona, ponieważ obie strony chcą dalszych rozmów. Potwierdza to fakt, że Trump z Kimem porozumieli się jednak w sprawie biur łącznikowych i Pompeo zadeklarował, że współpraca na tej płaszczyźnie będzie się rozwijać. Należy uznać, że Hanoi zamknęło pewien konkretny etap na drodze do porozumienia, podczas którego strony nauczyły się nawzajem czegoś na własnych błędach. Prawdopodobnie porzucą podejście typu „wszystko albo nic” i przyjmą wariant stopniowych ustępstw, których realizacja pozwoli zbudować wzajemne zaufanie. Oczekiwane zmiany, których ukoronowaniem ma być podpisanie oficjalnego porozumienia pokojowego mają zbyt systemowy charakter, by mogły zostać wprowadzone „za jednym razem”.
Amerykanie przekonali się już też, że sankcje nie są dla Pjongjangu końcem świata. Owszem, ten ich zakres, w którym uchylenia ich chciał Kim, obejmuje m.in. handel surowcami, dostawy energii i żywności. To rzeczy o dużym znaczeniu dla koreańskiej gospodarki, która po 2016 r. została prawie całkowicie odcięta od świata. Dlatego podczas negocjacji strona koreańska dobitnie wskazywała, że chodzi o towary najistotniejsze dla zwykłych obywateli. Nie próbowano nawet podnosić kwestii zniesienia embarga np. na handel bronią. Kim Dzong Unowi zależy oczywiście na uchyleniu sankcji, ale dopóki będzie miał furtkę w postaci Chin, Trumpowi nie uda się go w tej sprawie postawić pod ścianą.
Żeby wywiązać się z własnej części deklaracji singapurskiej Amerykanie muszą wreszcie zrozumieć, że stawką jest całkowite odsunięcie groźby wojny na Półwyspie, a oni nie są tam u siebie – w coraz większej mierze myślą tak też Koreańczycy z Południa.
Pakt podpisany w Singapurze mówił też o budowie nowych relacji na bazie tworzenia dobrobytu. Jeżeli USA chcą dowieść rzeczywiście dobrej woli w kwestii przyszłości Półwyspu, będą mogli się wykazać w obliczu faktu, że Korea Płn. cierpi teraz dodatkowo z powodu potwierdzonej przez ONZ klęski nieurodzaju, która znacznie pogorszyła sytuację żywnościową w kraju. Waszyngton może więc poważnie potraktować potrzebę pomocy humanitarnej z prawdziwego zdarzenia – nie „fejkowej”, jak w przypadku Wenezueli, gdzie okazała się czystą prowokacją polityczną. Prawdopodobnie będzie to składnik dalszych rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem.

Debata „Równość w praktyce”

Czym jest równość? I jak ją dziś mierzyć, opisywać, pojmować?

Czy jest to immanentna część oświeceniowej triady – wolność / równość / braterstwo-siostrzeństwo – która od bez mała 300 lat kształtuje to, co nazywamy kulturą zachodnią i która jej nadała wyjątkowe piętno czy jest to już przebrzmiały ozdobnik idei minionych wraz z XIX i XX wiekiem?
Jak dziś mamy podejść do tego niezwykle humanistycznego i wzniosłego pojęcia, gdy wokół toczy się bezwzględny walec neoliberalizmu i rynkowego fundamentalizmu, glajchszaltujący wszystko co nas otacza, co do tej pory znaliśmy, co było dla nas wartościami?

Pojęcie równości

jest terminem wieloznacznym i wielopłaszczyznowym: zarówno filozoficznym socjologicznym, politologicznym, prawnym, etyczno-moralnym, ekonomicznym itd. Dotyczy w zasadzie wszystkich aspektów życia ludzkiego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę humanizm, człowieczeństwo, otwartość i solidarność. Równość ze swej istoty odrzuca wszelkie „naturalistyczne”, „konieczne” i dogmatyczne koncepcje człowieka akcentując podmiotowość i wyjątkowość każdej istoty ludzkiej. To efekt historycznych procesów i humanizacji naszej świadomości, naszego bytu. Nie przebiegają owe procesy linearnie, nie są ciągłą drogą do przodu, ku światłej przyszłości. Zdarzają się na tej drodze meandry i regresy.

Zanik pewnych wartości

i ich rozumienia. Ale ruch ku bardziej równym, sprawiedliwym, wolnym dla każdego (w sensie doczesnym jak i mentalnym) pojmowaniu naszego bytu postępuje.
Z oporami, ale postępuje. Urzeczywistnianie tego ideału to dążenie do wszechstronnego rozwoju i takiego też patrzenia na świat i ludzi, każdego człowieka. Każdej osoby ludzkiej. Tu i teraz, na ziemi, podczas jest doczesnej egzystencji.

Społeczne Forum Wymiany Myśli

w styczniu organizuje, jak co miesiąc, debatę na temat właśnie tego niezwykle szerokiego zagadnienia. Panelistkami będą znane działaczki społeczno-polityczne.
Zapraszamy serdecznie na debatę, która – biorąc pod uwagę skład panelistek – zapewni gorącą i owocną dyskusję. 31.01.2019, Wrocław ul. Kołłątaja 31, lokal nr 11 (I piętro) godz. 18.00.

A na Ordynackiej…

Uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu Stowarzyszenia „Ordynacka”, jakie 16. listopada odbyło się w warszawskich „Hybrydach”. Ciekawe z wielu powodów – charakteru i misji tego stowarzyszenia oraz trzech wystąpień, których miałem możność wysłuchać.

 

Ton spotkaniu nadało wystąpienie Włodzimierza Cimoszewicza, który rozwinął publikowaną kilka dni wcześniej w Gazecie Wyborczej swoją inicjatywę utworzenia jednego, ponadpartyjnego bloku wyborczego „Europa” w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. – Mniej ważne jest kto personalnie spośród koalicji proeuropejskiej zdobędzie mandat eurodeputowanego od tego, aby antyeuropejski PiS i Polska –antyeuropejska tych wyborów nie wygrała – mówił Cimoszewicz.
Zdaniem Cimoszewicza w przypadku powodzenia tej inicjatywy można by ją kontynuować w kolejnych wyborach do polskiego parlamentu pod szyldem „Konstytucja”.
W dyskusji wszyscy pomysł bloku „Europa” poparli. Andrzej Rozenek stwierdził przy tym, że wybory do PE będą rodzajem plebiscytu: kto jest za, a kto przeciw Unii Europejskiej. Zabierając głos oczywiście również poparłem propozycję Cimoszewicz, tym bardziej że przecież już w sierpniu tego roku na moim blogu („Blok Polska Europejska”, 05.08.2018), a później w „Trybunie” publikowałem bardzo podobną tezę, z identyczną wręcz argumentacją, z inną tylko proponowaną nazwą, a mianowicie „Blok Polska Europejska”. Ale przecież nie nazwa jest najważniejsza. Podkreśliłem, że Włodzimierz Cimoszewicz jest najlepszym ambasadorem i liderem tego projektu. Nie podzieliłem natomiast poglądu Rozenka. Uważam, że PiS nie jest aż taki głupi, aby dać się wciągnąć w taką konfrontację. Będzie robić wszystko, aby prezentować się jako gorliwy zwolennik Unii Europejskiej, tylko nie takiej jak obecnie. PiS będzie – utrzymywałem – starał się pokazać jako Wielki Reformator Unii. Dlatego do tej kampanii będziemy musieli przygotować się bardzo starannie. Główną osią sporu będzie według mnie kwestia integracji Unii Europejskiej.
Niespodziewanie przyszedł mi w sukurs Aleksander Kwaśniewski, który pojawił się na spotkaniu i który miał wystąpienie też poświęcone wyborom do PE. W całej rozciągłości poparł inicjatywę Cimoszewicza, podkreślając między innymi, że właśnie kwestia integracji będzie tą główną osią debaty przedwyborczej. Premier Cimoszewicz i Prezydent Kwaśniewski występując niezależnie i mówiący jednym głosem w tak ważnej sprawie – to wydarzenie na lewicy doniosłe.
Trzecim wystąpienie, równie bardzo ważnym, choć z innych powodów, i które utkwiło mi w głowie, było wystąpienie Przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Przewodniczący podzielił się swoją oceną wyników wyborów samorządowych – na ogół znaną. Że nie jest źle, choć powodów do zadowolenia nie ma. Za bardzo istotną należy jednak uznać jego wypowiedź na temat przyszłości SLD.
Czarzasty – prezentując się jako zadeklarowany pragmatyk – wygłosił oświadczenie, które sprowadzić można do kilku punktów.
Po pierwsze więc, jako pragmatyk właśnie, zrewidować on musi swoje oczekiwania co do możliwego do uzyskania przez SLD poparcia w wyborach. – Obniżyć muszę swoje oczekiwania do 7 – 8 proc., powiedział. To jego zdaniem pułap dla SLD nieprzekraczalny.
Po drugie, zdaniem Czarzastego, jeżeli gdzieś odniesiono sukcesy, to dzięki „mądrym koalicjom”.
Po trzecie, elektorat SLD od lat jest niezmienny i raczej wiekowo zaawansowany i nic nie wskazuje na to, aby mógł się zdecydowanie rozszerzyć.
Po czwarte wreszcie przyznał, że SLD nie zdołał „otworzyć się” na młodzież.
– Jeżeli więc w przyszłym roku wejdziemy do Sejmu i utworzymy klub poselski, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie gruntowna, powszechna, „do spodu” reforma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To zobowiązanie powtórzył z naciskiem i dwukrotnie, aby mocno wryło się ono w pamięć obecnych.
To bardzo dobrze, że kierownictwo SLD myśli o reformie partii. Hasło reformy postrzegać przy tym należy w świetle przedstawionych przez Włodzimierza Czarzastego wniosków z kampanii wyborczej. Nie od rzeczy są pytania o kierunki planowanej rewolucji: czy mają mieć one bardziej organizacyjny czy programowo – ideowy charakter. Nie zdziwił bym się, gdyby niejeden ze słuchaczy odebrał te słowa Przewodniczącego jako zapowiedź likwidacji Sojuszu w jego dotychczasowej formie i przekształcenia go w nowy byt polityczny. Ciekawie zapowiada się więc wewnątrzpartyjna dyskusja w najbliższych miesiącach. Ja wiem jedno: polityczny pragmatyzm, jeżeli nie służy realizowaniu jakiejś dobrej, oczekiwanej i popieranej przez ludzi idei, jest sam w sobie patologią a w najlepszym razie wiedzie wprost i tylko do patologii.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkieiwcza wołania na puszczy”.

Z Dna

W sobotę, 20 października o godz. 17.00
w Café Kryzys przy ul. Wilczej 20 w Warszawie
odbędzie się spotkanie z Piotrem Jastrzębskim
– autorem autobiograficznej książki „Z Dna”
w której opisuje, jak znalazł się na dnie i jak z niego się wydobył.

 

Piotr Jastrzębski jest stałym współpracownikiem „Dziennika Trybuna”,
autorem m.in. cykli „Angielski sen” i „Świat od spodu”.

 

Zapraszamy

Zaproszenie Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej

Łódzki Klub Miłośników Prasy Lewicowej
(TRYBUNA, PRZEGLĄD)

zaprasza na swe spotkanie
w dniu 19 września 2018 r o godz.16.30
w siedzibie Rady Miejskiej SLD
w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 203/205 (I piętro).

Tematem spotkania będzie prelekcja
dr Krzysztofa Gawkowskiego na temat

„Niepodległa Polska w swe stulecie”

 

Zapraszamy naszych członków i osoby chętne wysłuchania ciekawego odniesienia historycznego,
zaprezentowane przez czołowego polityka lewicy.

Sztab Klubu

Na kłopoty – Biedroń?

Czy lewica ma szansę zjednoczyć się pod sztandarem prezydenta Słupska? Tu potrzeba dwóch rzeczy: charyzmy i struktur.

 

Na spotkanie z Robertem Biedroniem we Wrocławiu organizatorzy przygotowali 520 krzeseł.

 

Wszystkie były zajęte

Przyszli byli i aktualni członkowie SLD, Ruchu Palikota i innych środowisk lewicy. Największą grupę stanowili ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Bohater spotkania nie wygłosił żadnego credo politycznego.

 

Ograniczył się do roli moderatora

Z takich debat chce stworzyć potem program swojego ruchu. Zabierający głos w dyskusji chcieli, by w Polsce przestali rządzić księża i aby w kraju było normalnie.
Młodzi podnosili przede wszystkim sprawę edukacji politycznej i obywatelskiej w szkole. Ten temat przewijał się ciągle w dyskusji. Było wiele o tolerancji, dobru wspólnym i wzajemnej życzliwości. Czy z tego uda się stworzyć program nowego ruchu? Pewnie nie będzie w nim nic nowego czego nie zapisano w programach lewicowych partii.
Ale skoro będzie firmować go sam Biedroń projekt może się udać.

 

Napisałem „może”

Bo do powstania sprawnej partii potrzebni są dobrzy organizatorzy jej struktur, świadomość u członków, że muszą się podporządkować zasadom życia wewnątrzpartyjnego i mieć świadomość, że partia jest przede wszystkim zgranym zespołem. Wtedy osiąga sukcesy na arenie politycznej. Jeżeli tego Biedroń nie zorganizuje to podzieli los Leppera, Palikota czy Petru. Czego mu nie życzę. Jest jeszcze inna opcja. Może już istniejące partie lewicy zdecydują się na jakieś wspólne projekty z udziałem Roberta Biedronia. Czy jest to możliwe? Osobiście chciałbym, bo tak pokawałkowana, jak dzisiaj, lewica zaczyna mnie osobiście bardzo martwić.