Ukochany kapitalista Kremla

Ponad trzydzieści lat temu – dokładnie 10 grudnia 1990 roku odszedł Armand Hammer. Był człowiekiem niezwykłym. Łączył w sobie umiejętności wielkiego przedsiębiorcy, zręczność właściwą wybitnym dyplomatom i szczodrość filantropa wspierającego medycynę,edukację i sztukę. Posiadał niezwykły dar zjednywania ludzi i udowadniania im swej użyteczności. Do tych ludzi przez kilka dekad należeli kolejni amerykańscy prezydenci i przywódcy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Hammer był dla nich pośrednikiem i doradcą proponującym sposoby osiągania porozumienia.

Julius Hammer pochodził z rodziny żydowskiej mieszkającej w Odessie.Po przyjeździe do Nowego Jorku był aktywnym lekarzem i właścicielem dobrze prosperującej firmy farmaceutycznej. 21 maja 1898 roku urodził się jego syn Armand.
Julius Hammer był jednym z założycieli Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych. Stąd też był znany Leninowi i innym politykom bolszewickim.
Kontynuując tradycję rodzinną Armand Hammer studiował medycynę w Colombia University. Jeszcze jako student stał się milionerem. Było to w czasie prohibicji. W firmie ojca uruchomił produkcję syropu na kaszel zawierającego alkohol i ekstrakt z imbiru. Było to zgrabne obejście prohibicyjnych zakazów.
Po ukończeniu studiów młody Hammer udał się do radzieckiej Rosji , aby sprawdzić się jako lekarz przy zwalczaniu chorób epidemicznych. Na Kremlu został przyjęty przez Lenina, który doradzał mu zajęcie się biznesem służącym przezwyciężaniu izolacji gospodarczej Rosji, stosowanej przez państwa zachodnie.
Zwiedzając Moskwę młody Amerykanin zauważył w sklepach ogromne ilości skór zwierząt upolowanych przez syberyjskich myśliwych, a także liczne szlachetne kamienie znalezione w górach Uralu. Nikt tego nie kupował. Tymczasem głodująca Rosja była zainteresowana zakupem amerykańskiej pszenicy.
Armand Hammer do dzisiaj w podręcznikach biznesu uznawany jest za pomysłowego organizatora wielkich transakcji wymiennych (barterowych).Nie była to prosta wymiana towaru za towar. Skóry należało sprzedać zainteresowanym firmom futrzarskim. Szlachetne kamienie musiały trafić do producentów wyrobów jubilerskich. Uzyskane z tych transakcji pieniądze musiały być skierowane do firm eksportujących amerykańską pszenicę. Młody lekarz potrafił poradzić sobie z tym wszystkim i uzyskać dla siebie godziwą prowizję.
Lenin do Stalina o koncesji Hammera
Ogłoszona przez Lenina w 1921 roku nowa polityka ekonomiczna (NEP) miała na celu m.in. przyciągnięcie zachodnich przedsiębiorców i zainteresowanie ich uzyskaniem koncesji w różnych sektorach gospodarki. Przedsiębiorcy ci byli jednak bardzo ostrożni, albo też nastawieni na uzyskanie jednostronnych, czasami wręcz eksploatatorskich korzyści. Okazania w sprawie koncesji okazały się trudne i długotrwałe. Potrzebny był dobry, konstruktywny przykład. Hammer przy poparciu Lenina uzyskał koncesję na wydobywanie azbestu w górach Uralu. Lenin w liście do Stalina określił tę koncesję jako „małą ścieżkę do amerykańskiego świata biznesu” i podkreślił:”musimy na wszelkie sposoby wykorzystać tą ścieżkę”.
Robotnicy pracujący przy wydobywaniu azbestu nie mieli odzieży ochronnej. Hammer sprowadził z USA ubrania pochodzące z zapasów wojskowych.
Ołówki Hammera
Kiedy w wielu krajach powstały radzieckie przedstawicielstwa handlowe, a w roku 1925 wprowadzono państwowy monopol handlu zagranicznego Hammer utracił możliwość funkcjonowania jako pośrednik. Dostrzegł jednak nowe możliwości prowadzenia działalności gospodarczej. Powszechna kampania walki z analfabetyzmem oznaczała ogromny popyt na ołówki. Masowa ich produkcja była możliwa w fabryce wyposażonej w odpowiednie maszyny i urządzenia. Hammer sprowadził je z Niemiec. Również z Niemiec przybyli do Moskwy specjaliści-technicy zapewniający właściwą obsługę i konserwację tychże maszyn i urządzeń. Byli to ludzie, którzy utracili pracę i nie mieli szans na jej uzyskanie w niemieckich fabrykach. Właściciele fabryk byli z pochodzenia obszarnikami-junkrami uznającymi za właściwe traktowanie robotników fabrycznych w taki sposób, w jaki traktowani byli chłopi w ich majątkach. Solidarność junkrów oznaczała, że pracownik będący w konflikcie z fabrykantem nie mógł liczyć na pracę w innej fabryce. Stąd też decyzje o podjęciu pracy w Moskwie.
Hammerowskie ołówki używane były przez dziesiątki milionów mieszkańców Związku Radzieckiego. Pewna ilość ołówków była eksportowana do Chin.
Powrót do Ameryki
W początkach pobytu w Moskwie Hammer zawarł z władzami radzieckimi porozumienie przewidujące,że wyjeżdżając z ZSRR będzie on uprawniony do zabrania ze sobą wszystkiego, co stanowiło jego mienie osobiste. W trakcie ośmioletniego pobytu w Moskwie Hammer nabył wiele dzieł sztuki i precjozów pochodzących z carskiego dworu. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiele z tych kosztowności zostało sprzedanych na kiermaszach. Wielki zbiór dzieł sztuki umieścił Hammer w Los Angeles w ufundowanym przez siebie muzeum, którego koszt wyniósł 30 milionów dolarów.
Decyzję o powrocie podjął Hammer wtedy, gdy Stalin stał się faktycznym dyktatorem. Bliskim znajomym Hammera był Lew Trocki, który został odsunięty od władzy, a ludzie ,którzy mieli z nim kontakt znaleźli się w kręgu podejrzanych o „trockizm”. Hammer brał też pod uwagę stalinowską kampanię podejrzliwości wobec cudzoziemców. Posiadanie amerykańskiego obywatelstwa narażało na podejrzenie o szpiegostwo. Takie podejrzenie-według stalinowskiego prawa-oznaczało możliwość skazania na wieloletnie więzienie. Należy podkreślić, że podstawą skazania bywało nie tylko szpiegostwo, ale podejrzenie o szpiegostwo.
Po zakończeniu prohibicji, w roku 1933 Hammer włączył si do produkcji whisky, do której to produkcji potrzebna była duża ilość drewnianych beczek. Hammer importował ze Związku Radzieckiego drewno na klepki. Była to bodajże jedyna forma kontaktu ze stalinowskim mocarstwem.
Naftowa „siostra” nr 8
W życiu Hammera nie brakło problemów osobistych. Były dwa rozwody i oskarżenie syna o zabójstwo. Jednakże syn został uniewinniony, a trzecie małżeństwo okazało się szczęśliwe.
W roku 1955 Hammerowie przenieśli się z Nowego Jorku do Los Angeles. Wybitny biznesmen myślał o emeryturze. Nie wiedział, że jest przed nim wielka przyszłość. W autobiografii pisał,że gdyby w szklanej kuli zobaczył swą przyszłość, to roześmiałby się tak głośno,że kula rozprysłaby się na drobne kawałki.
Dwa lata później Hammer zainwestował 100 tysięcy dolarów w wiercenia dokonywane przez podupadłą firmę naftową Occidental Petroleum (Oxy), której wartość netto oceniano na 34 tysiące dolarów. Wiercenia okazały się skuteczne. Hammer wykupił firmę i stał się jej prezesem. Wkrótce potem Oxy dokonało pomyślnych wierceń na polach gazowych w Kalifornii. Następne były pola naftowe w Kolumbii, na Morzu Północnym i w Libii. W tym ostatnim przypadku, po latach-za rządów Kaddafiego- pola naftowe zostały znacjonalizowane.
W roku 1960 roczny dochód Occidental Petroleum wyniósł 650 milionów dolarów, a dziesięć lat później-ponad dwa miliardy. Koncern stał się ósmą wielką firmą naftową , obok tzw.”siedmiu sióstr”-Texaco, British Petroleum (BP), Shell, Exxon (Esso), Gulf, Mobil i Socal (Chevron).
Amerykański ambasador David Newsom z dyplomatycznym umiarem zauważył : „Można bezpiecznie powiedzieć, że wejście Occidental na scenę nie było ciepło przyjęte przez wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa”.Kontakty pomiędzy szefami wszystkich korporacji naftowych były jednak konieczne. Hammer telefonował do nich z Kalifornii nie biorąc pod uwagę różnicy czasu, czyli faktu, że budził ich o północy.
Kapitalista ukochany przez Kreml
Po śmierci Stalina Hammer odnowił kontakty z radzieckimi przywódcami. Rozmawiał z Chruszczowem, Breżniewem,Czernienką i Gorbaczowem. Po swych dziewięćdziesiątych urodzinach w roku 1988 był jedynym zachodnim biznesmenem zaproszonym do Moskwy w charakterze obserwatora spotkania pomiędzy Michaiłem Gorbaczowem a Ronaldem Reaganem. Podróżował własnym odrzutowcem OxyOne (Boeing 727), który był jedynym prywatnym samolotem uprawnionym do przekraczania granicy ZSRR.
Również w roku 1988 sędziwy jubilat doprowadził do zawarcia porozumienia Oxy z rządem radzieckim w sprawie wybudowania wielkich zakładów petrochemicznych za 6 miliardów dolarów. W projekcie tym uczestniczyli również partnerzy włoscy i japońscy.
W latach 1977-1984 Armand Hammer był wiceprzewodniczącym Amerykańsko-Radzieckiej Rady Handlowo-Gospodarczej (U.S.-U.S.S.R. Trade and & Economic Council).
Walka z rakiem
Sporo czasu i pieniędzy poświęcił Hammer badaniom medycznym. W roku 1981 prezydent Reagan mianował go członkiem trzyosobowego panelu mobilizującego środki na walkę z rakiem. W latach 1984-1989 Hammer był przewodniczącym panelu. W tym charakterze zainaugurował zgromadzenie w ciągu roku miliarda dolarów.
Wspierania edukacji
W roku 1982 w Montezuma (stan Nowy Meksyk) rozpoczęła działalność uczelnia o nazwie Armand Hammer World College of the American West-uczelnia dwuletnia przygotowująca nastoletnich cudzoziemców z kilkudziesięciu krajów do studiów na czołowych uniwersytetach amerykańskich. Większość z nich otrzymywała stypendia pełne lub częściowe. Wspieranie edukacji poprzez inicjatywy i dotacje uczyniło Hammera popularnym w amerykańskich środowiskach akademickich. 25 uniwersytetów nadało mu stopień doktora honoris causa.
Spotkanie z Dengiem Xiaopingiem
W roku 1979 w trakcie pobytu w USA wielkiego chińskiego przywódcy-reformatora Denga Xiaopinga Hammer spotkał się z nim w Teksasie. Rezultatem tego spotkania był kontrakt pomiędzy Oxy i chińskim przemysłem węgla kamiennego na sumę około 750 milionów dolarów.
Korespondencja Wilk-Hammer na temat Gierka
Hammer z troską obserwował sytuację w Afganistanie i usiłował podejmować działania służące przywróceniu pokoju w tym państwie. Po radzieckiej interwencji w roku 1979 zachodni przywódcy zawiesili kontakty z Leonidem Breżniewem. Prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing w rozmowie z Hammerem wyraził pogląd,że istnieje potrzeba i możliwość nakłonienia Breżniewa do wycofania radzieckich wojsk z Afganistanu. W grę jednak nie wchodziło zaproszenie go do Paryża, ani też wizyta prezydenta Francji w Moskwie. Hammer zadeklarował wówczas gotowość rozmowy z Edwardem Gierkiem i zasugerowania mu, aby zaprosił sekretarza generalnego KPZR i prezydenta Francji do Warszawy. Wydana w roku 1987 autobiografia Hammera była międzynarodowym bestsellerem. Jednakże zawierała ona istotną omyłkę. Hammer napisał, że do spotkania nie doszło, gdyż Gierek stracił władzę. W rzeczywistości spotkanie w Warszawie miało miejsce 19 kwietnia 1980 roku, a Gierek utracił władzę we wrześniu tegoż roku. Kiedy zauważyłem tą omyłkę napisałem o niej do Hammera sugerując korektę w następnym wydaniu jego interesującej autobiografii. Na ten list po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź. Hammer usprawiedliwił zwłokę w udzieleniu odpowiedzi pilnymi obowiązkami, wyraził zadowolenie z powodu pozytywnej opinii o autobiografii i stwierdził, że ceni uwagę na temat Gierka.
Który system jest bardziej wydajny?
Armand Hammer zapytany, który system gospodarowania jest wydajniejszy-amerykański czy radziecki- odpowiedział, że amerykański ponieważ stawia on ludziom wyższe wymagania.
Istotnie, tak było. Przeciętni Amerykanie pozostawali i pozostają pod groźbą bicza bezrobocia i widma bezdomności. Z drugiej strony oddziałuje na nich opowieść o drodze od pucybuta do milionera. Opowieść ta dla niewielu jest zapowiedzią fortuny. Dla bardzo wielu jest ona mirażem posiadającym jednak siłę motywującą. Większą, aniżeli perspektywa uzyskania orderu Bohatera Pracy Socjalistycznej.
Armand Hammer znał doskonale realia społeczne i ekonomiczne zarówno Stanów Zjednoczonych jak i Związku Radzieckiego.
Po dziewięćdziesiątce Hammer był wielokrotnie zapytywany, kidy wybierze się na emeryturę. Odpowiadał,że decyzję w tej sprawie uzależnia od wzrostu wartości akcji Oxy i od ukończenia setnego roku życia. Rak szpiku kostnego spowodował, że do emerytury nie doczekał.

Testament Stalina

Abchazja to kraj, którego nie ma, bo tak postanowił towarzysz Stalin w 1931 roku. Większość świata nadal uważa decyzję Józefa Wissarionowicza za miarodajną, w czym Polska odgrywa prominentną rolę. – Słyszałem, że Zachód odrzuca stalinizm – mówi, nie bez pewnej ironii, minister spraw zagranicznych nielegalnej Republiki Abchazji, Daur Kove. – Dlaczego zatem uznajecie stalinizm w stosunku do naszego kraju?

Podróż do nieistniejącego kraju jest zawsze ciekawym przeżyciem. Jak na państwo-widmo Abchazja zdaje się dość żywotna, choć przepiękna nadmorska promenada w Suchum (Abchazi odrzucają nazwę „Suchumi” jako przejaw gruzińskiej przemocy symbolicznej) jest raczej opustoszała, sklepiki z pamiątkami pokryte kurzem, w nielicznych otwartych knajpach staruszkowie grają w tryktraka. Nad zrujnowaną konstrukcją portową – dziwacznym, nawiązującym do liniowca pasażerskiego betonowym kolosem, opartym na palach wbitych w morze – powiewa radosna abchaska flaga. Biało-zielone paski, oznaczające wspólnotę 7 chrześcijańskich i muzułmańskich regionów, w rogu biała dłoń na czerwonym polu, ponoć symbolizująca przyjaźń, choć przywodząca na myśl raczej białą rękawiczkę policjanta, zakazującego wjazdu. Skojarzenie nieprzypadkowe: Abchazja jest miejscem zakazanym od prawie 30 lat.
Toteż pytanie min. Kove jest tyleż ironiczne, co retoryczne. Abchazja – w odróżnieniu od, na przykład, Kosowa – pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, dlatego jedyne kraje, które uznają jej niepodległość to Rosja i jej sojusznicy: Wenezuela, Nikaragua, Syria i mikronezyjska wysepka Nauru oraz inne nielegały: Naddniestrze, Osetia i Górny Karabach. Kłopot w tym, że to szeroko pojęty Zachód wepchnął ten bitny górski naród w ramiona Rosji, bo tak sobie życzyły USA, które uznają roszczącą sobie prawo do tego terenu Gruzję za coś na kształt swojej kaukaskiej kolonii. Ostateczny akt związania Abchazji z Rosją – uznanie Republiki Abchazji przez Federację Rosyjską – nastąpił dopiero za czasów gruzińskiej prezydentury amerykańskiego agenta Micheila Saakaszwilego, w 2008 roku, po nieomal dwóch dekadach latach walki Abchazów o niepodległość od Gruzji.
Historia relacji pomiędzy Gruzją i Abchazją sięga VII wieku, kiedy to połączone siły książąt gruzińskich i abchaskich oraz sraczka pokonały arabskich najeźdźców. Jednak kluczowe dla tych, fatalnych dziś, stosunków wydarzenia miały miejsce u zarania ZSRR, kiedy to w 1921 roku Abchaska Socjalistyczna Republika Radziecka i Gruzińska Socjalistyczna Republika Radziecka – obie niezupełnie dobrowolnie, ale na równych prawach – podpisały umowę o utworzeniu Związku Radzieckiego. Chwilę później Abchazja weszła w skład Gruzińskiej SRR jako republika autonomiczna – licząc, że jako kraj kilkunastokrotnie mniejszy skorzysta na pośrednictwie potężnych wówczas w ZSRR Gruzinów w reprezentowaniu jej przed Moskwą. Ale zarówno abchaska konstytucja, jak i jej umowy z Gruzją, podkreślały jej odrębność i autonomię oraz prawo do wystąpienia z wszystkich tych związków w dowolnym czasie.
Towarzysz Stalin był innego zdania: w 1931 roku zlikwidował autonomię i włączył Abchazję wprost do Gruzińskiej SRR. Głównie dlatego, że ten malutki skrawek ziemi na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, obdarzony górami wpadającymi do morza, wyróżnia się niezwykłym pięknem – co jest powodem, dla którego Stalin miał tu aż pięć dacz. Większość z nich można zwiedzać, a w jednej nawet przenocować – choć Abchazi, w odróżnieniu od wielu Rosjan, nie uznają dziś Stalina za postać godną kultu. Większą winą za stalinowski terror w tym zakątku ZSRR obarczają wszakże Ławrentija Berię – urodzonego w Abchazji Gruzina, w latach 30. szefa partii w Gruzji, a później szefa NKWD. To Beria zlecił zabójstwo przywódcy abchaskich komunistów, Nestora Łakoby, który w początkach lat 30. skutecznie przeciwstawiał się kolektywizacji abchaskiego rolnictwa i czystkom etnicznym. Po jego śmierci – ponoć został otruty podczas kolacji u matki Berii – na Abchazję spadł stalinowski terror, a także brutalna „gruzinizacja”, której historia uderzająco przypomina opowieści o bohaterskim oporze Polaków przed germanizacją pruską: łącznie z biciem dzieci, które mówiły w szkołach w swoim ojczystym języku. Abchaskie szkoły zostały zamknięte, dzieci były zmuszane do nauki po gruzińsku, narzucono gruzińską transkrypcję języka abchaskiego i zmiany nazw abchaskich miast na gruzińskie (między innymi stolica, Suchum, przemianowana została na „Suchumi”). Zabroniono nadawania dzieciom abchaskich imion, setki Abchazów, zwłaszcza inteligencji, aresztowano, wielu z nich rozstrzelano – a równocześnie na terenie Abchazji osiedlano tysiące Gruzinów.
Wszystkie te działania spotykały się z gwałtownym oporem i masowymi demonstracjami: w 1954, 1964, 1978, 1979 i wreszcie 1989, kiedy 30 tys. Abchazów zgromadzonych na polanie w Lichnach zażądało przywrócenia Abchazji statusu republiki związkowej. Jak pisze polski badacz Kaukazu, Wojciech Górecki, „żaden inny naród w ZSRR nie buntował się tak często”. Zdawać by się mogło, że powinno to zapewnić Abchazom jakąś dozę sympatii, przynajmniej ze strony tak żarliwie antyradzieckich elit III RP.
Tak się jednak nie stało. Polska, wraz resztą świata, bezkrytycznie zaakceptowała roszczenia Gruzji, nie zwracając uwagi na fakt, iż na przeszkodzie niepodległości Abchazji znowu – jak za czasów Stalina i Berii – stanęła pozycja Gruzinów w Moskwie. A dokładnie związki Jelcyna z Eduardem Szewardnadze, ostatnim ministrem spraw zagranicznych ZSRR, późniejszym „prozachodnim” prezydentem Gruzji. Jak wyjaśnił mi premier Abchazji, Valeri Bganba, „dawni towarzysze porozumieli się nad naszymi głowami”.
– Ja też byłem komunistą – dodał z pewną nostalgią, co naturalnie wzbudziło moją żarliwą sympatię – Ale po upadku socjalizmu przyszła pora na niepodległość, której świat nam odmówił.
Gwoli ścisłości: Abchazi nie czekali na łaskę świata. Pierwsze starcia zbrojne między Abchazami i Gruzinami wybuchły w 1989 roku w Suchum, w odpowiedzi na nacjonalistyczne tendencje pojawiające się w Gruzji u zarania rozpadu ZSRR. W ogłoszonym na marzec 1991 przez Gorbaczowa referendum większość Abchazów, przestraszona gruzińskimi zapowiedziami likwidacji ich autonomii, opowiedziała się za pozostaniem w ZSRR. Nastąpiło kilkanaście miesięcy wojny na ustawy i wzajemne deklaracje: Gruzja ogłaszała Abchazję swoją własnością, Abchazja ogłaszała niepodległość. W końcu, w 1993 roku, wojska gruzińskie wkroczyły do Abchazji – i dostały wpierdol.
Wojna była pełna obrotów akcji i bardzo krwawa, tym bardziej, że Abchazów wspierali raczej bezwzględni ochotnicy z antyrosyjskiej Konfederacji Górskich Narodów Kaukazu, powstałej inicjatywy prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (wśród walczących był Szamir Basajew), a także antygruzińscy czerwonoarmiejcy. Obie strony dopuszczały się zbrodni, obie nawzajem się o zbrodnie oskarżały. Obie zaopatrywały się w broń u rozpadającej się Armii Czerwonej, a polityczna pozycja Rosji w tym sporze była do tego stopnia niejasna, że zarówno Szewardnadze, jak i abchaski przywódca Władisław Ardżinba oskarżali Jelcyna o wspieranie drugiej strony.
Ten etap walk zakończyło porozumienie podpisane w kwietniu 1994 roku w Moskwie, pod auspicjami Rosji – przewidywało ono wprowadzenie na sporne tereny rosyjskich sił pokojowych z mandatem ONZ, a także powrót gruzińskich uchodźców do swoich abchaskich domów. Bynajmniej jednak nie oznaczało to końca konfliktu. Przez kilkanaście następnych lat wybuchały walki, wszczynane przez siły abchaskie lub gruzińskich partyzantów z amatorskich batalionów o niepokojących nazwach „Biały Legion” i „Leśni Bracia”. W międzyczasie Jelcyn zmienił zdanie i opowiedział się za przynależnością Abchazji do Gruzji – a żeby ją wymusić wprowadził blokadę ekonomiczną początkującej republiki, co wszakże nie przyniosło spodziewanych efektów. Jak pisze brytyjski badacz historii Związku Radzieckiego i czasów poradzieckich, Ben Fowkes, „Abchazi pozostali uparcie niezawiśli”.
Wraz ze zniszczeniami wojennymi, które do dziś widać na nieomal każdym abchaskim budynku, blokada doprowadziła abchaską gospodarkę do nędzy. Region, za czasów radzieckich stanowiący ulubioną destynację kuracjuszy z całego bloku wschodniego, słynący z palm, cytrusów, bajecznych widoków i szykownej infrastruktury, popadł w nędzę – co oczywiście jeszcze bardziej uzależniło go od Rosji. Kulminacją tego procesu było uznanie niepodległości Abchazji przez Rosję, które nastąpiło po konflikcie o Osetię, w 2008 roku.
Dziś Abchazja jest w zachodnich publikacjach określana mianem „de facto państwa”. Posiada władze wybierane w pluralistycznym procesie wyborczym (obecny prezydent, Raul Chadżymba, w sierpniu uzyskał reelekcję 1 procentem głosów), własny hymn, godło i sztandar – ale posługuje się rosyjskim rublem i rosyjskimi paszportami (abchaskie nie są uznawane w świecie), polega na rosyjskiej armii i rosyjskiej pomocy gospodarczej, a także na rosyjskich turystach. Po trzech dekadach otwartego, nierzadko krwawego konfliktu z Gruzją możliwość jakiejkolwiek unii między tymi państwami nie istnieje – jak powiedział nam szef MSZ, Daur Kove, „z Gruzją nie łączy nas nic poza granicą”.
Mimo tego, pod naciskiem Gruzji i jej sojuszników – w tym Polski – świat zachodni konsekwentnie ignoruje rzeczywistość. W 2015 roku Specjalny Przedstawiciel Unii Europejskiej w Regionie Kaukazu Południowego i ds. Kryzysu w Gruzji, ambasador Herbert Salber zlecił przygotowanie specjalnego raportu na temat przestrzegania praw człowieka w Abchazji. Inicjatywa zyskała aprobatę ONZ i OBWE. Raport miał zostać opublikowany i poddany szerokiej dyskusji – i stać się podstawą poważniejszego zaangażowaniu wspólnoty europejskiej i międzynarodowej w sytuację ludzi, dotkniętych konfliktem. Zadanie otrzymał były komisarz praw człowieka Rady Europy, były sekretarz generalny Amnesty International, szwedzki dyplomata Thomas Hammarberg, wraz z polską ekspertką od Kaukazu, Magdaleną Grono (dziś doradczynią Donalda Tuska w Radzie Europejskiej).
Dokument, który przygotowali, bynajmniej nie był korzystny dla Abchazji: potwierdzał rozliczne przykłady dyskryminacji Gruzinów, którzy powrócili do Abchazji po wojnie, ich trudności w odzyskaniu majątku i edukacji dzieci, ograniczenia praw obywatelskich i swobody przekraczania gruzińskiej granicy, co utrudnia im kontakt z rodzinami, a nawet pracę na swojej ziemi (wielu ma domy w Abchazji, ale ziemię w Gruzji). Mimo tego, władze Abchazji zaakceptowały raport. „Pomimo wielu dyskusyjnych stwierdzeń i zaleceń wnioski i oceny zawarte w raporcie były w przeważającej części neutralne i obiektywne” – oświadczył abchaski MSZ. Gruzja była jednak innego zdania.
Oburzyła ją nie treść raportu – a fakt, iż odnotowuje on stan faktyczny i zauważa, że Abchazja istnieje. Zdaniem gruzińskich władz, niewybaczalnym grzechem raportu jest używanie słowa „Abchazja” bez każdorazowego podkreślania, że jest ona częścią Gruzji. Gruzja żąda także, żeby traktowanie Gruzinów w Abchazji określać mianem „ludobójstwa”. Unia Europejska – a dokładnie Helga Schmid, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, czyli unijnego MSZ – zdecydowała o schowaniu raportu do biurka. Nieoficjalnie wiadomo, że głównym nalegającym na tę decyzję była Polska.
W odpowiedzi Thomas Hammarberg opublikował dokument poprzez szwedzką organizację praw człowieka, Międzynarodowe Centrum Olofa Palmego. „To ciekawe, że UE wycofuje się pod presją ze strony państwa, które nie jest nawet członkiem Unii. To nie jest dobry znak. Nie taka była umowa. Ministerstwo spraw zagranicznych w Tbilisi jest skamieliną z czasów Micheila Saakaszwilego. Obecny prezydent sugerował, że chce dokonać przeglądu całej kwestii Abchazji i rozpocząć debatę. Ludzie z ministerstwa spraw zagranicznych są ekstremistami” – ocenił szwedzki dyplomata.
To oczywiście wyjaśnia przyjaźń, jaką nieustająco darzy ich Polska, skwapliwie spełniająca ich życzenia. Ale obiektywnie rzecz biorąc, nieco głupio być realizatorem testamentu Józefa Stalina.

17 września mogło nie być

Z okazji osiemdziesiątej rocznicy agresji ZSRR na Polskę ukazało się szereg medialnych wypowiedzi, które poza opisem wyprzedzających to wydarzenie zdarzeń oraz ich skutków, nawiązywały także do czasów współczesnych.

Na Onecie tekst Kamila Janickiego, obnażający ogromną indolencję ówczesnych władz Polski, nosił tytuł „Jeszcze dzień przed sowiecką inwazją polskie władze liczyły na pomoc Stalina w wojnie z Niemcami”. W „Dzienniku Trybuna” Gabriel Zmarzliński w obszernym artykule „17 września – tragizm i pamięć” pisze także o procesie wycofywania wojsk radzieckich z terenu Polski w latach dziewięćdziesiątych i o naszej obecnej polityce zagranicznej. Nawiązują do niej również refleksje Danuty Waniek („Czas na zmianę” – „DT”), odwołujące się do 80. rocznicy wybuchu wojny. Do współczesności, ale w innym wymiarze, bo odnosząc się krytycznie do wypowiedzi niektórych rosyjskich polityków na temat paktu Ribbentrop – Mołotow pisał w „Znowu rocznica” Witold Linlental na łamach „Agory”. Ale najobszerniejszy, wieloproblemowy tekst „Każda epoka ma swojego faszystę” ogłosiła „Gazeta Wyborcza” (14-15.09.2019).

Na tle tamtych wydarzeń

Adam Michnik, autor tej wypowiedzi, w pierwszej jej części przedstawia, w zaprzeczający sobie sposób, przyczyny wybuchu II wojny światowej, podporządkowując je tezie o równej odpowiedzialności Hitlera i Stalina za jej wybuch.
Z jednej strony czytamy, że: „Można się spierać, czy początkiem wojny był anszlus. Czy może zniszczenie Czechosłowacji?… Od kilku już lat cały Zachód spoglądał z osłupieniem na jego [Hitlera – ZT] ekspansywną politykę i wciąż ustępował przed nowymi żądaniami, poczynając od remilitaryzacji Nadrenii. Zachód ulegał demagogii głoszącej potrzebę wyrównania krzywd narodu niemieckiego, stąd zgoda na anszlus, na zniszczenie Czechosłowacji i uczynienie Czech niemieckim protektoratem… Dość późno zrozumieli to przywódcy zachodnich demokracji, jak również rząd II RP”. I jeszcze: „Było już wtedy jasne, że Hitler nie poprzestanie na Gdańsku i korytarzu. Chciał zniewolić cały świat, a Polska miała być pierwszym etapem.”
Z drugiej strony, też czytamy: „Z pewnością jednak momentem przesądzającym [o wybuchu II wojny światowej – ZT] był zawarty 23 sierpnia 1939 r. pakt o nieagresji między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim, znany jako pakt Ribbentrop-Mołotow.” I jeszcze: „Ten sojusz Hitlera ze Stalinem utorował drogę do najstraszniejszej ze wszystkich wojen. Miliony ofiar tej wojny zapłaciły za ten diabelski pakt.”
Na poparcie powyższych opinii dokonuje Michnik porównania, skądinąd często trafnego, niemieckiego i bolszewickiego totalitaryzmu zamykając te wywody stwierdzeniem, że „Naturą reżimów totalitarnych jest ich permanentna ekspansja, na zewnątrz bądź do wewnątrz…Totalitaryzm jest jak rower musi stale jechać, jeśli staje, upada.” Dowodem jest tu tajny protokół do wspomnianego powyżej paktu, w którym dokonano podziału terytoriów Polski i innych państw.

Ale ten sposób rozumowania

nie przesądza sprawczego wpływu paktu Ribbentrop-Mołotow na wybuch wojny i nie upoważnia do określenia Hitlera i Stalina podpalaczami świata (S. Dębski, „GW”, 19.06.2019), a nadto nie tłumaczy co rzeczywiście przesądziło o rozpoczęciu światowej pożogi. Dla wyjaśnienia, nie tylko autorowi cytowanych wywodów, warto przywołać następujące fakty:
Hitler, bez względu na porozumienie z ZSRR z 23 sierpnia 1939 roku, planował agresję na Polskę gdyż jego narodowo-socjalistyczna ideologia głosiła odzyskanie przez Niemcy dawnej pozycji na świecie i zdobycie godnej tego narodu „przestrzeni życiowej”, którą miały być tereny Europy Wschodniej. Proponował podział terytorialny Stalinowi, a gdyby napotkał brak zainteresowania, to tę część wschodniej Polski zajęłyby także wojska niemieckie. Pakt dawał Hitlerowi gwarancję, że nie będzie miał wojny na dwa fronty, w którą zresztą wtedy nie bardzo wierzył, po fiasku rozmów na temat ewentualnego sojuszu brytyjsko-francusko radzieckiego.
Stalin zainteresowany konfliktem w Europie, w który nie angażowałby się ZSRR, skorzystał z okazji akceptując omawiany pakt, ale nie koniecznie dotrzymał by jego warunków. Czekał cierpliwie na dalszy przebieg wydarzeń. „W miejscowości Abbeville, położonej na północy Francji – pisał w swoim czasie Adam Gaafar – 12 września zebrała się francusko-brytyjska Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Edouarda Daladiera i Neville’a Chamberlaina. Zgodnie z gwarancjami złożonymi polskiemu rządowi, sojusznicy…mieli zaatakować Niemcy przy użyciu swoich głównych sił. Na konferencji w Abbeville uznali, że należy wycofać się z tych obietnic. Chamberlain przekonywał: „Rząd brytyjski uważa, że z materialnego punktu widzenia nie można już nic uczynić dla ocalenia Polski. Decyzje podjęte w Abbeville ośmieliły za to Stalina… Efekt był taki, że 17 września zamiast ofensywy aliantów na Niemcy, nastąpił atak czerwonoarmistów na Polskę”.

Mogłoby nie być 17 września gdyby mocarstwa zachodnie:

• nie dopuściły do odrodzenia się potęgi militarnej Niemiec w latach 30.;
• przeciwstawiły się kolejnym terytorialnym żądaniom Hitlera, łącznie z osławionym, kompromitującym monachijskim układem;
• dotrzymały sojuszniczych zobowiązań wobec Polski. Warto tu przypomnieć słowa gen. Alfreda Jodla w czasie procesu zbrodniarzy wojennych w Norymberdze: „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników’’;
• aktywnie występując w sprawie polskiej dałyby wyraźny i czytelny sygnał Stalinowi, co skutecznie pozbawiłoby go nadziei na nowe terytorialne nabytki. Zachował by neutralność dalej czekając na przebieg wydarzeń i włączając się do nich w najbardziej dla niego korzystnym momencie – w rzeczywistości został włączony agresją Niemiec na ZSRR.
Powyższe fakty nie umniejszają oczywiście w żadnym stopniu winy Stalina, a co za tym jednoznacznego potępienia radzieckiej agresji na Polskę – porządkują jedynie tamte wydarzenia, pozbawiając je jednostronnych, propagandowych interpretacji. I oczywiście nie ograniczają krytyki ówczesnej polskiej polityki obronnej i zagranicznej.
Można snuć jeszcze dalsze rozważania, jedno natomiast jest pewne, że świat XX wieku bez 17, a wcześniej bez 1 września na pewno byłby inny, a miliony ludzi nie musiałyby płacić najwyższej ceny za diabelską postawę zachodnioeuropejskich polityków, która utorowała drogę do II wojny światowej.

Naśladując Michnika porównanie o rowerze,

przywołuję znane powiedzonko: Jaki jest koń, każdy widzi, ale nie koniecznie, bo ten ze stajni różni się zasadniczo od tego na biegunach. Drugą część omawianego tekstu wyznaczają następujące słowa: „ Oto obserwujemy nowy ruch, dynamiczny, nacjonalistyczny, populistyczny, ksenofobiczny, autorytarny; ten ruch wszędzie karmi się emocjami. Piewcy brexitu, wielbiciele Trumpa i Putina, liderzy Komunistycznej Partii Chin, Marie Le Pen i politycy Alternatywy-dla Niemiec, wicepremier Salvni i prezydent Erdogan, premier Orban i lider polskich miłośników tych tendencji Jarosław Kaczyński – wszyscy oni śpiewają różne pieśni na tę samą melodię. A my tę melodię znamy z lat 30”.
Nie koniecznie, bowiem we wspomnianych latach trzydziestych melodia miała jednoznacznie faszystowski i nazistowski zapis, i co prawda wiązał się on nierozłącznie z totalitaryzmem, ale i różnice były zasadnicze.
Kolizyjność takich historycznych porównań nie przeszkadza mi podzielać z Adamem Michnikiem głębokiego niepokoju obecnym stanem naszych polskich spraw, także opinią o „faszyzacji kraju pod troskliwą opieką władzy”. Uważam jednak, że dla opisania ich pochodzenia i diagnozy zupełnie nie przystaje rozszerzająca i naciągana interpretacja znaczenia paktu Ribbentrop-Mołotow. I jeszcze więcej, gdyż podobne nieadekwatne analogie, nie osiągając zamierzonego celu, albo zaciemniają obraz rzeczywistości, albo też, jako nieuprawnione, przedstawiają go w krzywym zwierciadle.
Natomiast bliskie są mi, à propos doświadczeń z września 1939 roku, kwestie polskiej polityki zagranicznej opisane w dwóch przywoływanych tekstach z „Dziennika Trybuna”:
− „Polska nie jest na Księżycu, [mówił w swoim czasie Zbigniew Brzeziński – ZT] ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”, i jeszcze „Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
− „Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej (…) dziś grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego…czas na nowe otwarcie z Rosją. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie”.

Ku granicy na Odrze

Układ z Niemcami jest zwieńczeniem mojego życia.
Władysław Gomułka

Docierające głosy w reakcji na różne cząstkowe odniesienia do zachodniej granicy w tekstach poprzednich, np.„Operacja Dunaj”(20-23 sierpnia 2018 r.), „Zwycięstwo w Moskwie”(14-16 września 2018 r.), „Mąż Stanu” (20-22 lipca 2018 r.), są cenną inspiracją, za którą najuprzejmiej dziękuję. Wskazują potrzebę przypomnienia i skupienia uwagi na początkach „drogi ku Odrze”, szczególnie po rok 1970.

Uprzejmie Państwa Czytelników proszę o uwagę na słowa: Moskwa, Stalin, stalinizm, ZSRR – proszę nie łączyć ich z żadną formą promocji. Proszę również o czytanie tekstu z dużym wkładem osobistego, krytycznego myślenia! Natomiast różnym „podwórkowym znawcom i uczonym” jego czytanie stanowczo odradzam – nawet, jeśli wykazują elementarny stopień rozumienia faktów. Tu konieczna jest jeszcze polityczno-historyczna, refleksja i wyobraźnia „polityka-decydenta”, jak mogłaby potoczyć się nasza historia, ale nie uproszczony osąd.

„Myśli” o zachodniej granicy

Myśl ta, pierwszy raz pojawiła się w Moskwie, podczas wizyty premiera rządu londyńskiego, gen. Władysława Sikorskiego 2-4 grudnia 1941 roku. Od podpisania w Londynie umowy Sikorski – Majski, 30 lipca 1941 r., w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele. Polaków zaczęto zwalniać z łagrów, miejsc zesłania i więzień, represjonowanym udzielać pomocy. Tu ciekawostka – znany przedwojenny aktor Eugeniusz Bodo nie został zwolniony, bo amnestia objęła tylko Polaków. Powód – posiadał szwajcarskie obywatelstwo i paszport (jego ojciec był Szwajcarem, on urodził się w Genewie, 28 grudnia 1899 r.), zmarł w łagrze Kotłas, z głodu i wycieńczenia w 1943 r.

Gdy rozpoczęło się formowanie Armii Andersa 4 listopada 1941r., gen. Sikorski postanowił udać się do Moskwy, by osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu – jak pisze prof. E. Duraczyński („Stalin, twórca i dyktator supermocarstwa”, Wyd. AH, Pułtusk Warszawa, 2012 r.), poirytowanym tonem oświadczył: „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Zastanówcie się Państwo nad jego racją.

Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził też pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano.
Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (gen. Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut’-czut’”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki („Generał Sikorski”, Kraków 1981 r.). Powiedział do Premiera: „Bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza („Londyński rodowód PRL”. Wyd. Bellona Warszawa 2014 r.), do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu londyńskiego do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Zachęcam Państwa do lektury tej książki, nie będziecie żałować czasu i uznania dla jej Autora. Zwróćcie Państwo uwagę na słowa „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom warto powiedzieć otwarcie, że historycy unikają tematu lub wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński i Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga – to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju.

Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako męża opatrznościowego, nawet stawiając go wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby według traktatu ryskiego? A co z zachodnią? czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego oczekiwalibyśmy – wiadomo! Ryzyko to w 1941-1942 r. wymagało pewnego „ubezpieczenia”, np. prawnych gwarancji Anglii i USA, nawet odrębnego traktatu tych państw ze Stalinem w sprawie Polski. Tu „kartą gwarancyjną” mogłaby być Armia Andersa, ale walcząca na froncie wschodnim! Czy było to możliwe? Szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką, a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale czy wobec Stalina „chciały” opowiedzieć się po naszej stronie? Przecież byliśmy ich wiernym sojusznikiem! To prawda, że militarnie słabym – brak uzbrojenia, ale mieliśmy wyszkolonych i walecznych żołnierzy, nie tylko pilotów! Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa – szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan chyba były nie do pokonania i gen. Sikorskiego nikt z Polaków by na Zachodzie nie zrozumiał.

On sam nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej. Profesor Andrzej Krzyżanowski w 1958 r. na zjeździe historyków stwierdził: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Łatwo domyśleć się, czym kierował się wtedy (1958 r.) Profesor.

Sprawa zachodniej granicy Polski wróciła 2 lata później, na konferencji w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.). Tu taka ciekawostka. Przed konferencją Roosevelt spotkał się ze Stalinem, by poufnie oświadczyć, że popiera oparcie wschodniej granicy polsko-rosyjskiej o linię Curzona. Prosił o dyskrecję z uwagi na wybory i potrzebne mu głosy naszej Polonii. Oto, do czego byli mu potrzebni Polacy. Stalin na konferencji uzyskał akceptację prezydenta USA F. D. Roosevelta, by granicą wschodnią Polski była linia Curzona, a zachodnią oprzeć na Odrze, z włączeniem prowincji opolskiej (nie było mowy o Nysie Łużyckiej). Zwróćcie Państwo uwagę – jaką prezydent USA „popiera wschodnią granicę”, i to w listopadzie 1943 r. Że bez nas – niektórzy historycy to podnoszą, ale pomijają postawę rządu londyńskiego. To, że nie mógł być ani członkiem, ani uczestnikiem tego spotkania jako „mocarstwo” – oczywiste. Ale mógł czynić różne zabiegi, starania, nie marnować okazji, jak gen. Sikorski. Wiedzeni polonocentryzmem uważają, że „nam się należy”, to tylko nasze „puste chciejstwo”, mącenie w głowach młodzieży i mniej znającym tamte dzieje rodakom. Kto wtedy mógł przewidzieć kiedy i jak skończy się II wojna światowa, jaka będzie Polska. A w USA już przewidywano! To wiedza i nauka dla wszystkich „znawców”, którzy po dziś dzień uważają USA za admiratora spraw Polski. Roosevelt w tej rozmowie zgodził się na pomysł Stalina, by część Prus Wschodnich włączyć do ZSRR.

Tu proszę przypomnieć sobie rozmowę Jana Karskiego z prezydentem USA (pisałem o niej w tekście „Mąż Stanu”): „– Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski (ambasador rządu londyńskiego w USA, moje – GZ), który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie: – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt: –Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy…, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów >Prusy Wschodnie<, tylko >na północy<”. Czyli jeszcze przed Teheranem, dyplomatyczną drogą przyjęto ramowe ustalenia!

Z dostępnych materiałów archiwalnych czytelnie wynika, że właśnie tu, w Teheranie USA i Anglia zaakceptowały powstanie po zakończeniu wojny tzw. radzieckiej strefy wpływów, w której będzie Polska i inne kraje. „Rząd londyński prawdę teherańską znał” – pisze E. Guz. „Gdyby się podjętym tam decyzjom podporządkował, wróciłby do Warszawy jako wyłączny gospodarz Polski, i to bez udziału lewicy. Stalin zgodził się, by powrót ten odbył się na mocy międzynarodowych gwarancji Wielkiej Trójki”. Zapamiętajmy to!

Kilka tygodni później, po konferencji, w ZSRR pojawił się memoriał Iwana Majskiego („Dzieje najnowsze”, t. XXIX), sugerujący kształtowanie Polski powojennej jako niewielkiego kraju w granicach etnicznych, z całymi Prusami Wschodnimi lub ich częścią i częścią Śląska. Pomyślcie Państwo – gdyby ten pogląd zwyciężył w ZSRR, czy Zachód (USA, Anglia) byłyby przeciw? Jaki kształt terytorialny miałaby Polska po 1945 r.

Pomysł z oparciem zachodniej granicy RP na linii Odry, Stalin sondował w rozmowie z gen. Charlesem de Gaulle, w Moskwie (grudzień 1944 r.), czyli rok po Teheranie. Gość m.in. odpowiedział, że „Polska mając taką granicę (…) pozostanie dobrą sojuszniczką Rosji i Francji”. Francja potwierdziła to aprobatą ustaleń konferencji poczdamskiej (sierpień 1945 r.) oraz nawiązaniem stosunków dyplomatycznych z „rządem lubelskim”. Niektórzy politycy zachodni mieli to de Gaulle’owi za złe.

Ponownie sprawa wróciła w Jałcie (4-11 lutego 1945 r.). Wielka Trójka zdecydowała o „istotnym przyroście terytorialnym na północy i na zachodzie”. Była mowa o Odrze i Nysie Łużyckiej, włączeniu Gdańska. Było to zbieżne z przemyśleniami polskiej lewicy w kraju. Dziś mało kto pamięta, iż w deklaracji programowej PPR, „O co walczymy” z 1943 r. współautorem której (niektórzy uważają, że głównym autorem) był Władysław Gomułka, pojawiła się myśl by zachodnią granicę powojennej Polski oprzeć na Odrze. To historyczne oczekiwanie zapisane zostało w Manifeście PKWN z lipca 1944 r. jako „powrót do Matki – Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego”, walkę o Prusy Wschodnie i szeroki dostęp do morza, „o polskie słupy graniczne nad Odrą”. Mimo przemilczania tych faktów, nie da się tego odebrać ówczesnej polskiej Lewicy. Nie ulega też wątpliwości, że kwestia zachodniej granicy Polski była dobrze znana w Związku Patriotów Polskich (ZPP) w ZSRR, o czym świadczą wspomnienia kilku jej członków.

Także w Jałcie ustalono, że w Polsce powstanie rząd koalicyjny, o który spierają się historycy, pomijając istotne fakty. Znane jest niektórym uczonym powiedzenie Stalina, że komunizm pasuje do Polski jak siodło do krowy. W kwestii owego rządu, rozumianego wtedy (czas po Teheranie minął), jako „małżeństwo z rozsądku”, zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnianą książkę E. Guza, gdzie przedstawia możliwe warianty jego składu z udziałem członków z Londynu. Spór toczył się o ilość i jakość ministerialnych tek, ale i nazwiska osób, głównie negatywnie, wrogo nastawionych do ZSRR. Trudno, by taki skład uznał Stalin, co w ówczesnej sytuacji wielu nie może zrozumieć. „Bierut sugerował, aby to Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 proc. tek ministerialnych dla >swoich ludzi<. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina, ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”– czytam w książce „Polski rząd na uchodźstwie” (Świat Książki, Warszawa 2011 r., tłum. z angielskiego Zofii Kalety). Warto pomyśleć, przecież udział umiarkowanych, rozważnych londyńczyków (czy tacy byli?) w tym rządzie, oznaczałby w praktyce włożenie przysłowiowego buta w uchylone drzwi. Tylko wówczas należałoby całą uwagę skupić na odbudowie kraju, a nie na podjudzaniu i okłamywaniu zbrojnego podziemia z Zachodu (głównie z Londynu), o czym wielu uczonych dobrze wie od lat. Tu warto sięgnąć do raportów kurierów londyńskiego MSW, pisze E. Guz i E. Duraczyński („Między Londynem a Warszawą”). Dodam tylko, że właśnie londyńczycy nie chcieli uznać Konstytucji z 1921 r., jako podstawy prawnej funkcjonowania Polski – o czym świadczy? Czy dziś możemy sobie wyobrazić skład rządu dosłownie nienawistnego wobec Zachodu? Czy skończyłoby się tylko usunięciem nas z UE i NATO? A inne konsekwencje i następstwa – pomyślmy i wyobraźmy! Wreszcie zacznijmy uczyć się na własnej historii, na swoich błędach! Co ma wiedzieć, jakie wnioski z przeszłości ma wyciągać nasza młodzież – nie interesuje nas dorosłych, sędziwych?

Co ustalono w Poczdamie?

Z perspektywy historycznej widać, iż Jałta była swoistym przygotowaniem Poczdamu w kwestii porządku terytorialnego w Europie po II wojnie światowej (ze zrozumiałych względów skupiam uwagę tylko na sprawie tej granicy). Nie mogło być inaczej – zachodnia granica była jedną z kluczowych, rozpatrywanych przez ministrów spraw zagranicznych, ekspertów i Wielką Trójkę. Na wniosek Stalina – o zgrozo – prezydent Truman zaprosił polską delegację do Poczdamu. Liczyła 11 osób na czele z Bolesławem Bierutem, wśród nich był Władysław Gomułka. Delegację wspomagał zespół ekspertów i doradców z zakresu historii, polityki i geografii, np. Andrzej Bolewski, Walter Goetel, Stanisław Leszczycki, Tadeusz Żebrowski. Przedstawili szereg opracowań i ekspertyz, ważnych dla powojennego kształtu terytorialnego Polski, rozwoju i zasiedlenia terenów „po Odrę”. Dość wspomnieć memoriał pt. „Postulaty Polski w sprawie granicy zachodniej”, który 10 lipca był dostarczony rządom wielkich mocarstw przez ambasadorów rezydujących w Moskwie, a kilka dni później dyskutowała nad jego treścią Wielka Trójka. To istotny, cenny wkład polskich naukowców, godny odrębnego omówienia (P. Eberhardt, „Polska i jej granice”, Wyd. UMCS, Lublin 2004). Wiedziano, że Kresy Wschodnie zostały włączone do ZSRR a granica oparta na linii Curzona. Stąd potrzeba przesiedlenia ludności polskiej i niemieckiej. Stanowczo opowiedziano się za przyłączeniem Gdańska, pamiętając konflikt sprzed wojny. Nawiasem wspomnę, iż na wieść o decyzji, premier rządu londyńskiego oświadczył, iż „nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina”. Nie spotkałem oceny, by ta wypowiedź miała wpływ na decyzję o przesiedleniu Niemców. Władysław Gomułka, bacznie obserwujący tę konferencję, doszedł do wniosku, iż zachodni alianci nie są chętni tej granicy, zaś Stalin wydał mu się koniunkturalistą i nie potrafił rozszyfrować jego gry. Stąd optował za dodatkowym, tajnym protokołem do umowy polsko-radzieckiej z kwietnia 1945 r., zawierającym gwarancje ZSRR o niezmienności stanowiska, jeśli doszłoby „kiedyś” do zjednoczenia Niemiec. Już wtedy to przewidywał – zwróćcie Państwo uwagę! Jego sugestie nie przekonały członków rządu, a ZSRR był też przeciwny, pomysł upadł. Nasze obawy, czyli konkretnie Władysława Gomułki- dały jednak pozytywny efekt – Moskwa uznała, iż Berlin powinien podpisać traktat z Polską o uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Tak też stało się w Zgorzelcu 6 lipca 1950 r.

Co więc ustalono w Poczdamie?

Po pierwsze – zachodnia granica przebiegać będzie „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia”(stwierdzenie Stalina), rzeką Odrą do Nysy Łużyckiej i dalej na południe do granicy z Czechosłowacją. Ziemie na wschód od Odry zostały administracyjnie włączone do Polski, zaś ich status miał być ostatecznie rozstrzygnięty w traktacie pokojowym. Terminu tego traktatu nie ustalono;

Po drugie – jednoznacznie ustalono, że Gdańsk będzie miastem polskim;

Po trzecie – nie rozwiązano kwestii przynależności Szczecina. Pojawił się w dyskusji zamysł, by uczynić go „wolnym miastem”, ale znane doświadczenia z Gdańska spowodowały odrzucenie. Stan „zawieszenia” jego przynależności, na kilkakrotne naleganie naszych władz, w tym prezydenta Szczecina Piotra Zaremby, przerwał Stalin i polecił marsz. Żukowowi by miasto przekazał Polsce.

Zmagania z jego odbudową i zagospodarowaniem opisał pierwszy prezydent miasta, wspomniany Piotr Zaremba. Znaczące zasługi ma na tym polu m.in. prof. Rajmund Rybiński, o czym wielu nie pamięta, a zasługują oni na wdzięczność i szacunek.

Kilka refleksji

W Poczdamie ważyły się głosy byśmy zbytnio nie skorzystali terytorialnie oraz gospodarczo kosztem Niemiec. „W składzie delegacji amerykańskiej coraz większymi wpływami cieszyli się zwolennicy tzw. ostrego kursu, twardej postawy wobec Związku Radzieckiego. Jednym z rzeczników tej polityki był sam prezydent Truman – pisze prof. Pastusiak („Monografie. Kontynuacja i zmiana”, Warszawa 2016). Myślał, jak wykorzystać je jako przeciwwagę w swojej polityce wobec ZSRR. Stąd kalkulacje USA by nie „skrzywdzić” Niemiec przez utratę terytorium na rzecz Francji i Polski. Znana jest kąśliwa dla nas uwaga Churchilla, iż „polska gęś padnie z niestrawności”, że Polska nie potrafi zagospodarować tych ziem. Minister Ziem Odzyskanych w rządzie Edwarda Osóbki-Morawskiego Władysław Gomułka (1945-1948), swoją wielką energią i zaangażowaniem nie dał żadnych podstaw do spełnienia się „wizji” brytyjskiego premiera.
Odrzucenie projektu neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., a ponowił w 1946 r., miało daleko idące następstwa. Zastanówmy się, jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby nie było NRF, utworzonej przez Zachód oraz NRD powstałej jako „polityczna odpowiedź” ZSRR, a tylko neutralne Niemcy? Czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r. oraz Układ Warszawski, utworzony 6 lat później na skutek włączenia NRF do NATO?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak pisze: „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania – gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości. Pozostawiam to bez komentarza. Dalej do tego dodaje Kissinger komentarz: „Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam – kto tę fantazję rozgłaszał? (książka „Dyplomacja” w Polsce pojawiła się w 1996 r.). Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie.

Warto w tym miejscu zapytać o polityczno-militarne następstwa tych postanowień dla Polski. Najkrócej można odpowiedzieć tak- traktat poczdamski z tej granicy czynił „kartę jątrzenia” między narodami polskim i niemieckim, co liczne ziomkostwa wykorzystywały w oddziaływaniu na świadomość młodych Niemców. Sędziwi Polacy może pamiętają nazwiska – Herbert Hupka i Czaja. Wyraźnie widać to w podręcznikach historii z tamtych lat. Zachodni politycy nie dostrzegali „otwartości” tej sprawy, lekceważyli jej wagę dla Polski i nie chcieli jej ostatecznego uregulowania. Można zapytać – co oznaczała dla Polski „żelazna kurtyna”, którą już w marcu 1946 r. w Fulton „zaciągnął” nam właśnie Churchill, przecież nie Stalin! To Churchill rok wcześniej, tj. w 1945 r. mówił na Konferencji w Poczdamie, że nie należy „napychać polskiej gęsi”. Zapytam, czyje interesy tak obrazowo wyrażał – kto wyraźnie powie, że Polski? Nie miał za co być wdzięczny? Zapomniał słów adresowanych polskim lotnikom za bohaterstwo pod angielskim niebem. Zapomniał upomnieć się o udział naszych żołnierzy na paradzie zwycięstwa w Londynie (gorycz i żal chował do końca życia nie tylko gen. K. Sosnkowski – mówił jego syn do gen. W. Jaruzelskiemu podczas rozmowy, po której przesłał wzruszający list).

Anglia za te lata odebrała zapłatę w złocie od Polski zniszczonej wojną. Nie miała wobec nas „żadnych zobowiązań” – nawet wstydu i pokory, tylko „własne interesy”?!

Ośmieszyłbym się, oczekując od Anglika „terytorialnej wdzięczności”. Czy nie warto – z dystansu czasu – zastanowić się jaki kształt terytorialny miałaby ta „polska gęś” bez Ziem Odzyskanych, danych – powtórzę – w czasowy zarząd administracyjny? Jak długo ten „zarząd” mogliśmy sprawować – nikt nie określił. To przecież Stalin stał twardo na stanowisku, żeby te Ziemie były politycznie, terytorialnie i administracyjnie nam przynależne. Wielu gotowych krzyknąć – Stalin przecież miał tu swój cel, interes, dlatego tak postąpił. Oczywiście, że miał! Profesor Andrzej Romanowski pisze: „Pamiętając o roku 1918, powinniśmy też pamiętać o czasach wcześniejszych i późniejszych: o wszystkich obozach politycznych i wszystkich polskich „półwolnościach”. Zasługą państwa powojennego jest jego kształt terytorialny. Stalin, walcząc w Poczdamie o ten kształt, walczył o polskich komunistów, z wyraźną przy tym intencją, by jedynym gwarantem polskiej integralności była Moskwa. I, by miedzy Polską a Niemcami wykopać na zawsze przepaść. A jednak ten kształt terytorialny, uparcie broniony przez władze PRL, przetrwał przemiany ustrojowe, a polsko-niemiecka przepaść została zasypana”.

Wielu dzisiejszych „poprawnie politycznych” historyków, dowodziłoby uzależnienia Polski od ZSRR. Nie wiem, czy wywody rozpoczęliby od inicjatywy Stalina o granicy na Odrze. A jaki cel, interes mieli Truman i Churchill, że nie chcieli nam tych Ziem dać? Przecież nie „dawali” nawet piędzi swego, tj. amerykańskiego czy angielskiego terenu. Czy swoją decyzją nie „wpychali” nas w „objęcia” Moskwy? Czy w ten sposób nie pomagali Stalinowi uczynić nas „zakładnikami Kremla”? Można dywagować, czy skutków swojej decyzji byli świadomi. Mając nieco rozeznania w powojennej historii Polski i Europy – z dozą pewności twierdzę, że o takim „drobiazgu” nie myśleli.

A gdyby Stalin zgodził się z Trumanem i Churchillem (był jeden przeciw dwóm!) – powtarzam pytanie o kształt terytorialny Polski – czy z zachodnią granicą 1937 r. i bez Kresów Wschodnich. Wniosek: Polska kształtem terytorialnym zbliżona do Królestwa Polskiego. Niektórzy uważają, że Truman z Churchillem „wymusiliby” oddanie Kresów Wschodnich! Pytam – kiedy mieliby to uczynić, jeśli nie zrobili tego w Poczdamie? Ani wcześniej, w 1941 r. gdy Stalin miał „nóż na gardle” – pisałem wyżej! – odsyłam do literatury.

Churchill spotkał się 25 kwietnia 1944 r. ze Zbigniewem Berezowskim i gen. Stanisławem. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania linii Curzona. Gdy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do swej relacji z tej rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Wobec tego pytam- jak chcą i myślą niektórzy – nienawiść do Stalina i ZSRR za Kresy Wschodnie, jest tą „właściwą i słodką zapłatą”?

Traktat poczdamski czynił Polskę swoistym zakładnikiem ZSRR. Był on tej granicy politycznym i militarnym gwarantem, poprzez Układ Warszawski. Z taką intencją w 1959 r. władze gościły w Szczecinie Nikitę Chruszczowa, który został jego honorowym obywatelem („po cichu” liczono, że „gdyby co”, to Chruszczow, jako „taki obywatel”, nie oddałby tego miasta, wiem od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który wówczas był dowódcą 12. Dywizji). Prawie 30 lat później (1988 r.) gościem był Michaił Gorbaczow. Gdy na początku lat 80. doszło u nas do znanych perturbacji wewnętrznych, kierownictwo radzieckie często pytało polskie władze – „kto wam zagwarantuje zachodnią granicę” (chęci jej korekty wtedy sygnalizował Erich Honecker) – kto chce to pamiętać? (pisałem w poprzednich tekstach).Tu logikę myślenia zastępuje wytrych – „komunistyczna propaganda”.

Także jest wielce znamienne, iż nie udało się zaprosić prezydenta RFN Richarda Weizsaeckera do Szczecina w 1989 roku, na obchody 50. rocznicy najazdu hitlerowskiego na Polskę – sprzeciwił się temu rząd niemiecki i Kanclerz Helmut Kohl. Politycy niemieccy przez wiele lat używali określeń: Niemcy Zachodnie (NRF), Niemcy Środkowe (NRD), Niemcy Wschodnie (polskie Ziemie Odzyskane).

Znamienne, iż żaden zachodni polityk nie gościł na tych terenach przez 45 lat Polski Ludowej. Jedynie gen. Charles de Gaulle w 1967 złożył wizytę w Gdańsku (Polacy pamiętali Francuzom, że nie będą umierać za Gdańsk w 1939 r.). W Zabrzu (10 km. na zachód od granicy Polski z III Rzeszą, wypowiedział pamiętne słowa: „Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie ze śląskich miast, a zatem najbardziej polskie z polskich miast”. U nas zostały odczytane jako czytelne opowiedzenie się za granicą na Odrze i Nysie.

Na tych terenach nie było żadnej zachodniej placówki dyplomatycznej, poza jedną – austriacką, ale w filmie „Konsul”, którą reżyser umieścił we Wrocławiu, a główne role jakże sugestywnie zagrali Maria Pakulnis i Piotr Fronczewski.

Pamiętajmy, iż konferencja poczdamska dla Polski, za sprawą Stalina, przyniosła granicę na Odrze i Nysie, przez zwycięski Zachód nie akceptowaną, poza Francją. A ponadto, Ziemie Odzyskane właśnie Zachód, ustami Churchilla – powtórzę, „by nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności” – za aprobatą Stalina dał nam w „administrowanie czasowe”.

„Nie dba o skomunizowane”

Wiosną 1944, ambasador USA w Moskwie Averell Harriman oświadczył, że prezydent „nie dba o to, czy kraje sąsiadujące z Rosją zostaną skomunizowane”. Po upadku Powstania Warszawskiego, prezydent wysłał list do Stalina: „Mam nadzieję, że nie muszę zapewniać Pana, iż Stany Zjednoczone nigdy nie poprą żadnego, tymczasowego rządu w Polsce, sprzecznego z Pana interesami”. Proszę – przeczytajcie Państwo nie jeden, a trzy razy te zdania – z głębokim namysłem, oczywiście. Ci spośród „znawców”, historyków i polityków, którzy tak ochoczo od lat plują na „komunę”, niech zostawią sobie nieco śliny, by mieli co przełknąć, gdy zrozumieją praktyczny sens wypowiedzi. Jak się Państwu to podoba, nawet po latach? Proszę przypomnieć sobie rozmowę Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem (pisałem wyżej, w tekście „Mąż Stanu”). Przecież to, co cytuję, to mikroskopijny fragmencik z bogatych archiwów dyplomatycznych. W kontekście cytowanych wyżej oświadczeń – proszę zastanowić się – przeciwko komu i o co walczyli „wyklęci”. Czy aby nie przeciw woli USA i Anglii, do tego – powtórzę – okłamywani przez mentorów z Londynu. W imię jakiej i czyjej „prawdy” zabijali dzieci, kobiety i starców, palili żywych ludzi w domach. Od kilku lat, bez cienia pokory i wstydu – nawet wobec Boga – i pamiętających ten okres ludzi, mordercy są na ołtarzach, „ubohaterowiani” i „upatriotyczniani”. Prokurator IPN ocenia: „Należy stanowczo stwierdzić, że zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa” – cytuje K. Wasilewski („Przegląd” nr 9 z 2018). Zachęcam Państwa – zafundujcie sobie na Nowy Rok książki z Przeglądu, np. „Ogień”, czy „Zemsta zza grobu Stanisława Pytla”. Naprawdę warto!

Sugeruję taką łamigłówkę. Proszę sobie wyobrazić, że zrządzeniem losu (nie ważne jak!), pod ciosami „wyklętych”, może wspartych przez część młodych żołnierzy, dezerterów z Wojska – upada „rząd lubelski” Edwarda Osóbki-Morawskiego. Dajmy dla przykładu wiosną 1947 r. (jeszcze przed akcją „Wisła”, opluwaną w III RP). Co wtedy? Z konieczności wkracza Armia Radziecka, by wesprzeć wierne „upadłemu” rządowi Wojsko i resztki „komunistów”. Że „porządek” zostanie krwawo zaprowadzony – macie Państwo wątpliwości? Może myślicie, że USA z Wielką Brytanią przyślą nad Wisłę rząd londyński, oczywiście nie pytając o zdanie Stalina. A jeśli nie – pomyślcie, jaka będzie reakcja zachodnich sojuszników Stalina na jego sposoby dalszego „skomunizowania” Polski.

Czy byłby możliwy, kiedy, w jakim kształcie Październik ’56. Czy wcześniej doszłoby do wydarzeń na Węgrzech, też w 1956 r. Jeśli ktoś z Państwa uważa – „po co takie myślenie” – odpowiadam: by nikt „lepiej wiedzący” nie wciskał „historycznego kitu”, w ten sposób nie próbował opluwać życiorysów Państwa i ich rodziców! Tak, naszych życiorysów! A naszą młodzież nie czynił „karłowatą historycznie”, wrogo nastawioną od wschodnich sąsiadów. „Za dużo w Polsce jest zatrutej gleby, za dużo zatrutych do szczętu mózgów, serc i wątrób. To wymagać będzie dziesiątków lat odtrutki od cholery psychologicznego metadonu, długotrwałych egzorcyzmów”, ocenia prof. Jan Hartman, z UJ. K. Lubczyński dodaje: „Historia ostatnich 20 lat pokazuje, że kołtuństwo rośnie u nas na glebie warstw średnich. Motłoch woli rydzykoidów, ma przewagę” („DT”, 1 października 2018 r.). Nie tylko przeszłość, czas dzisiejszy też wyraźnie uczy, by przyjaciół i zrozumienia szukać także wśród najbliższych – wszystkich sąsiadów. By na pozbawionej logiki interpretacji przeszłości, nie dzielić Polaków, nie skłócać, nie oczerniać pokolenia „ze spalonych miast i wsi”. By przyszłość budować na fundamencie pokoju- wartości najcenniejszej dla każdego Polaka, pod każdą postacią i w każdym okresie Historii. Troska o pokój powinna być miarą patriotyzmu.

„Droga” Władysława Gomułki do traktatu z 1970 r.

Profesor Andrzej Werblan pisze („Polska-Niemcy. Układ grudniowy 1970”, Wyd. MAG, Warszawa 2006 r.), iż Władysław Gomułka „w rozmowach z przywódcami ZSRR i na spotkaniach UW (Układ Warszawski – moje GZ) niezmiennie – do 1967 r. – obstawał przy trzech postulatach w kwestii niemieckiej: uznania przez RFN istniejących granic, suwerenności NRD i wyrzeczenia się broni jądrowej. Postulat drugi oznaczał faktycznie stawkę na podział Niemiec. Gomułka zdawał się sądzić, że Niemcy podzielone, nie będą zdolne realnie kwestionować polskiej granicy, ponadto, priorytetowy w tych warunkach dla RFN cel zjednoczenia odsunie na plan dalszy inne rewindykacje”. Decyzje o podziale Niemiec były od początku traktowane jako krzywdzące dla narodu niemieckiego. W tym względzie zgodność polityków po obu stronach „granicy niemieckiej” była ewidentna. Traktat zgorzelecki takie głosy w NRD wyciszył. Rząd boński preferował najpierw zjednoczenie Niemiec na warunkach uznanych przez niego, co oznaczało wchłonięcie NRD. Taką opcję do pewnego czasu za możliwą widział i gen. Charles de Gaulle, gdyż mieściła się w jego koncepcji „Europy od Atlantyku po Ural”. Umiarkowane poparcie tej koncepcji zyskał w Polsce (1967 r.), ale spotkał się ze stanowczym sprzeciwem odnośnie Niemiec.

Polska w istnieniu NRD widziała też istotny czynnik swego bezpieczeństwa. Dał temu wyraz Władysław Gomułka na spotkaniu z dziennikarzami, tłumacząc powody interwencji w Czechosłowacji (sierpień 1968 r.), m.in. mówiąc: „My musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, (…) nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych, czy jeszcze nie zlikwidowano NRD”. Choć tę interwencję potępiły polskie władze po 1989 r., kierując się innymi względami, jednakże racji rozumowaniu I Sekretarza KC PZPR w sytuacji jaka panowała w Europie nie można odmówić. Spotkałem też opinię, iż ta interwencja, przeprowadzona w zaskakujący sposób, przekonała na Zachodzie trzeźwo myślących polityków do rewizji myślenia o dalszej polityce wschodniej.

W Polsce, Niemczech i Europie w latach 1965-1966 uwagę skupiał list biskupów. Powszechnie wiadomo, iż Władysław Gomułka zareagował na ten list nerwowo, dopatrując się w nim sprzeczności ze swoją linią postępowania i „wejścia biskupów” na grunt polityki, zastrzeżonej dla władzy. Profesor Andrzej Werblan pamięta rozmowę z Władysławem Gomułką, który mówił: „Kościołowi chodziło tylko o diecezje, a nam chodziło o granice. Oni po prostu postawili swój interes ponad interes państwa”(Modzelewski Werblan, „Polska Ludowa”. Wyd. Iskry 2017 r.). Tak to przedstawiała ówczesna propaganda, iż biskupi chcą oddać Ziemie Zachodnie. Jednak Władysław Gomułka odcinał się od takiego tonu i oceny. Na zebraniu FJN mówił, iż „prasa zarzuca, że biskupi nie stoją na gruncie państwowym, nie bronią granicy zachodniej. To jest niesłuszne. Biskupi są Polakami, a wszyscy Polacy, biskupi też, stoją na gruncie granicy. Owszem, biskupi tym co robią, szkodzą tej sprawie, ale nie dla tego, że chcą szkodzić”. Po latach patrzenie na to orędzie uległo diametralnej zmianie.

Na drodze do „traktatu granicznego”, ważnym krokiem okazał się głos Willy’ego Brandta na zjeździe socjaldemokratów w Norymberdze (marzec 1968). Mówi on o „możliwości uznania linii Odry-Nysy”. Gomułka zajęty wewnętrzną „sprawą żydowską”, wystąpieniami studentów i oskarżeniami niektórych członków z kierownictwa państwa, np. Mariana Spychalskiego o sprzyjanie Żydom, co później okazało się fikcją, nie odpowiada na słowa Brandta, ale „ziarno zostało posiane”. Rumunia w 1967 r. nawiązuje stosunki dyplomatyczne z Bonn. Rozmowy z radzieckimi przywódcami pozwalają Gomułce wnioskować, iż podjęcie kroków bezpośrednio z RFN nie napotka na sprzeciw. Jest zdania, że Polska może i powinna sama uregulować problem granicy, bez wielostronnego porozumienia, za którym dotąd opowiadała się Moskwa. Poleca więc naszej dyplomacji podjąć aktywne kroki. Sam na temat stosunków polsko-niemieckich obszernie mówi 19 maja 1969 r. na przedwyborczym spotkaniu w Warszawie. Warto tu przypomnieć takie myśli: „Głównym probierzem polityki NRF był, jest i będzie stosunek rządu zachodnioniemieckiego do uznania istniejących granic w Europie, w tym granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, jako ostatecznych oraz do uznania faktu istnienia Niemieckiej Republiki Demokratycznej jako suwerennego i równoprawnego państwa niemieckiego. (…) Jeżeli jednak rząd NRF utrzymuje, że zawarcie takiego układu z Polską przed zawarciem traktatu pokojowego z Niemcami byłoby niezgodne z układami poczdamskimi, wypada nam zaproponować mu, aby zwrócił się do rządów Związku Radzieckiego, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych z zapytaniem czy NRF: ma suwerenne prawa do zawarcia układu z Polską, w którym istniejąca granica na Odrze i Nysie zostanie uznana za ostateczną? Każda odpowiedź będzie pouczająca dla całej Europy”. Łatwo zauważyć, iż I Sekretarz KC PZPR jasno stawia na dwustronne podejście do sprawy granicy, czym wspiera stanowisko Brandta. Jego przeciwnikom, także w niemieckich władzach daje ciekawą radę, będąc pewnym, że dawna Wielka Trójka nie zakwestionuje Poczdamu. Niejako w ten sposób „zmuszał” ją do poparcia polskiej opcji.

We wrześniu 1969 r. wybory wygrywa koalicja z SPD, a Willy Brandt obejmuje urząd kanclerza. Służy to intensyfikacji kontaktów dyplomatycznych i indywidualnych, np. redaktora naczelnego „Polityki” czy dziennikarza Ryszarda Wojny, dość szeroko opisanych w dokumentach, wspomnieniach oraz znanych z wielu różnych publikacji. Powiem więc skrótowo, iż merytoryczne prace nad tekstem traktatu postępują w Bonn i Warszawie, a ich wersje są uzgadniane i korygowane ku zadowoleniu obu stron, choć nie cichną głosy sceptyków, wręcz przeciwników takiego rozwiązania.

Kluczowy jest artykuł I „Układu”, liczącego ich zaledwie pięć, a jego treść brzmi tak:

„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa i Republika Federalna Niemiec zgodnie stwierdzają, że istniejąca linia graniczna, której przebieg ustalony został w rozdziale IX uchwał Konferencji Poczdamskiej z dnia 2 sierpnia 1945 roku od Morza Bałtyckiego bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i stąd wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy z Czechosłowacją, stanowi zachodnią granicę państwową Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

2. Potwierdzają one nienaruszalność ich istniejących granic, teraz i w przyszłości, i zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich integralności terytorialnej.

3. Oświadczają one, że nie mają żadnych roszczeń terytorialnych wobec siebie i nie będą takich roszczeń wysuwać także w przyszłości”.
7 grudnia 1970 r. nastąpił finał prac nad „Układem o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków”.

Wizyta Willy’ego Brandta w Warszawie

Willy Brandt przybył do Warszawy w niedzielę, 6 grudnia specjalnym samolotem o godz. 17.35, z liczną grupą polityków, przedstawicieli: związków zawodowych i organizacji młodzieżowych, gospodarki, kultury i prasy. Innym samolotem – pół godziny wcześniej – przybył wicekanclerz Walter Scheel, szef MSZ. Gości na Okęciu powitał premier Józef Cyrankiewicz i szef MSZ Stefan Jędrychowski. Podczas kolacji w gmachu Urzędu Rady Ministrów, Kanclerz osobiście poznał Władysława Gomułkę, który wyznał, że „układ z Niemcami jest zwieńczeniem jego życia”. W poniedziałek 7 grudnia, Kanclerz o godz. 10.15 złożył wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza, a 15 min. później – po złożeniu wieńca (poprawił szarfę) i uklęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta. Gest ten wywołał falę krytyki niemieckich przeciwników – im tłumaczył tak: „Nad otchłanią historii, pod ciężarem milionów zamordowanych, uczyniłem to, co robią ludzie, kiedy brakuje słów”. Żonie mówił – „przecież coś trzeba było zrobić”. Krótko przed śmiercią w 1992 r. powiedział: „Nic nie rodzi się samo z siebie. I tak niewiele jest trwałe. Dlatego uświadomcie sobie własne siły oraz to, że każdy czas ma swoje własne odpowiedzi i trzeba stanąć na ich wysokości, jeśli chce się zrobić coś dobrego”.

Tu jakże refleksyjne wspomnienie: „Od dziecka mieszkałam na Muranowie, przy ul. Józefa Lewartowskiego. Z okna naszego mieszkania widać było Pomnik Bohaterów Getta. Pamiętam – jako uczennica szkoły średniej swoiste poruszenie mieszkańców, komentarze Rodziców i sąsiadów po złożeniu wieńca przez Kanclerza pod Pomnikiem. To wywołało wspomnienia z okresu okupacji, o Powstaniu Żydów w Getcie, ich wywózkach (później dowiedziałam się, że do Treblinki), udzielanej im pomocy. Moja Matka była sanitariuszką w Oddziale AK podczas Powstania, wspominała gehennę mieszkańców, późniejsze losy naszej rodziny, przyjaciół. Przyznam, iż wtedy„ludzki gest Niemca” – jak mówiono – zapadł w pamięci. Przyjęty był z szacunkiem i chyba odrobiną ludzkiej życzliwości nie tyle do Niemców (do tego było jeszcze daleko), ile do samego Kanclerza. Ale sprawa Układu i zachodniej granicy omawiana przez nauczycieli na lekcjach historii, hasła – „Nie ma problemu granicy, jest problem pokoju” czy „Odra granicą pokoju”, niezbyt mnie zajmowały. Zrozumienie ich sensu i wagi dla Ojczyzny, dla Polaków – przyszło dopiero później. Gdy zdarza mi się odwiedzać >stare kąty<, znane mi z dzieciństwa, w zadumie staję przed tym Pomnikiem, przypomina mi gest Kanclerza. Idę nieco dalej, do zbiegu ulic Lewartowskiego i Karmelickiej, gdzie od 2000 r. (w 30. rocznicę podpisania Układu) jest skwer i pomnik Willy’ego Brandta, skłania mnie do refleksji. Mam wrażenie, iż od tego czasu zaczęłam inaczej patrzeć na Niemców, ale to wyznanie osobiste” (maszynopis H. Kanieskiej, na 60. rocznicę Polskiego Października ’56).

O godz. 11 w Sali Kolumnowej Pałacu Rady Ministrów, Układ podpisali, ze strony niemieckiej: Willy Brandt i Walter Scheel, ze strony polskiej – Józef Cyrankiewicz i Stefan Jędrychowski. Podczas śniadania, premier wzniósł toast, m.in. mówiąc: „Przyświecało nam pragnienie, by – o ile to tylko jest w naszej mocy – przerwać wreszcie tragiczny łańcuch wojen, nieszczęść i krzywd, które znaczyły dotąd dzieje stosunków polsko-niemieckich”. Następnie Władysław Gomułka przyjął Kanclerza w gmachu KC, który pozostawił wrażenie „mądrego, rozważnego polityka”, jak pisała ówczesna prasa. Premier rządu wydał obiad w Wilanowie. We wtorek, 8 grudnia, Kanclerz spotkał się z dziennikarzami w centrum prasowym. Serdecznie pożegnany przez kierownictwo Państwa, Partii i warszawiaków, o godz. 15.45 odleciał do Bonn.

Z okazji 20. rocznicy Traktatu, Kanclerza z Małżonką gościł ówczesny Prezydent RP, gen. Wojciech Jaruzelski z Małżonką. Wizyta była uhonorowaniem wkładu i zaczynem nowej karty historii Polski i zjednoczonych już Niemiec, co nastąpiło prawie 3 miesiące wcześniej, 12 września 1990 r. w Moskwie. Czas pokazał słuszność i rozwagę działań wielu polityków polskich i niemieckich. Jest kolejną lekcją dla nas samych i naszego, młodego pokolenia.