Narodowe, cwaniackie wyścigi po szczepienie

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości sprytnie wykorzystali polską skłonność do egoistycznego naruszania norm społecznych aby skompromitować środowiska opozycyjne.
Jakaś zbiorowa głupota ogarnęła polskie media. Zarówno te w miarę normalne, jak i tzw. publiczne, czyli PiS-owskie. Otóż przedstawiciele tych mediów od wielu dni zamartwiają się, jak u Boga ojca skłonić Polaków, by zechcieli się szczepić na Covid- 19.
Z niezrozumiałych powodów ci przedstawiciele mediów nie zauważają tego, co widzą wszycy inni – ze Polacy bardzo chcą się zaszczepić. I że problemem nie jest rzekoma polska niechęć do szczepienia się, lecz nieudolność ekipy z Prawa i Sprawiedliwości, która, tak jak schrzaniła przygotowanie kraju do walki z koronawirusem, choć miała na te przygotowania czas, pieniądze i wszelkie możliwości, tak samo może i schrzanić proces szczepienia Polaków na koronawirusa – bo znowu czegoś nie przewidzi, nie dopatrzy, nie pojmie, lub normalnie po polsku, nie będzie jej się chciało czegoś zrobić tak jak należy. Tego boją się mieszkańcy naszego kraju, więc pragną zdążyć zanim zawali się program szczepień. I nikt nie musi ich zachęcać.
O tym, jak bardzo Polacy chcą się szczepić na koronawirusa, najlepiej świadczy afera z rozmaitymi celebrytami i politykami, którzy wepchnęli się poza kolejką na listę szczepień. Zwraca też uwagę pożałowania godna nieudolność PiS-owskich władz publicznych, które na to pozwoliły. Jak widać, cały tak rzekomo starannie od miesięcy przygotowywany PiS-owski Narodowy Program Szczepień można o kant potłuc.
Inna sprawa, że to wszystko jest jak najbardziej polskie. U nas zawsze przecież byli równi i równiejsi, a znajomości i układy liczą się bardziej, niż w normalnych państwach Europy. Jednak fakt, iż w przypadku Polaków można rozumieć takie naganne działania, nie znaczy, że należy je akceptować. Na tej naszej skłonności do egoistycznego łamania norm społecznych korzysta dziś przede wszystkim PiS, którego prominenci mogą zacierać ręce, że tak ładnie się udało skompromitować środowiska opozycyjne.
Ich powody do satysfakcji są tym większe, że ci co zaszczepili się poza kolejnością kręcą i plączą się w zeznaniach. Jeszcze najuczciwiej zachował się Leszek Miller, który powiedział, że skoro władze Narodowego Funduszu Zdrowia oświadczyły, iż należy stosować elastyczne podejście w kwalifikowaniu do szczepień i do 6 stycznia 2021 r., oprócz szczepienia pracowników, szczepić także członków ich rodzin oraz pacjentów szpitali, to miał on prawo uznać, że jako wieloletni pacjent szpitala Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i człowiek niemal 75-letni, może się zaszczepić. Zadzwonił zatem do szpitala, jak mówi, dowiedział się, że jest możliwość szczepienia dla pacjentów, zapytał czy może z niej skorzystać – a odpowiedź szpitala była pozytywna. I nikomu miejsca nie zajął, bo skorzystał z dodatkowych dawek, które Agencja Rezerw Materiałowych przekazała Warszawskiemu Uniwersytetowi Medycznemu. Jak widać, nikt tu się nie przejmował tym, że jest jakaś lista zero, mająca jakoby być szczepiona w pierwszej kolejności, a niezidentyfikowany przedstawiciel WUM rozmawiający z Leszkiem Millerem uznał, że za pacjenta szpitala można uznać nie tylko kogoś, kto aktualnie w nim leży, lecz każdego, który kiedykolwiek się leczył w WUM.
Wyjaśnienia aktorów i członków ich rodzin są już bardziej pokrętne, czego przykładem zmieniane oświadczenia Krystyny Jandy oraz coming out jej córki Marii Seweryn, która najpierw zaprzeczyła, że zaszczepiła się wraz z ojcem Andrzejem Sewerynem, a potem wyznała, iż skłamała, bo się jednak zaszczepiła.
Tymczasem nie chodzi tu o nic innego jak o serię szczęśliwych zbiegów okoliczności. Jakimś szczęśliwym przypadkiem wiadomość o możliwości szczepienia poza kolejką dotarła do Andrzeja Seweryna, wybrał się on do szpitala WUM przypadkowo akurat z córką aktorką, a nie z małżonką i menadżerką, przypadkowo nie było tam nikogo do szczepienia oprócz nich, przypadkiem została wykorzystana pierwsza porcja z nowo otwartej dawki i trzeba było szybko zużyć następną żeby się nie zmarnowała, przypadkiem Maria Seweryn miała akurat ze sobą kwalifikację lekarską pozwalającą na zaszczepienie się (zgodnie z Narodowym Programem Szczepień obywatel może się zaszczepić na Covid-19 po uzyskaniu pozytywnej opinii lekarskiej wydanej w drodze bezpośredniego – nie telefonicznego – badania). Przypadkiem też w szpitalu postawiono ją w sytuacji nieco przymusowej, mówiąc: „wchodzi pani czy nie wchodzi”, no to ona po prostu weszła i zrobiła sobie te szczepienie.
Także i władze Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zdecydowanie nie mają w całej tej aferze szczęścia do ewangelicznej mowy tak tak, nie nie. Najpierw Biuro Informacji i Promocji WUM oświadczyło, że WUM otrzymał dodatkową pulę 450 dawek, odrębną od puli przeznaczonej dla etapu zerowego akcji i podjął akcję szczepień, „zgodnie z sugestią NFZ” obejmując szczepieniami „szereg osób ze świata kultury m.in. aktorów, kompozytorów, reżyserów”. Szefem tego biura jest Agnieszka Stępień – i to ona odpowiada za treść tego komunikatu, choć trudno przypuścić, aby mogła go zamieścić bez uzgodnienia z władzami WUM, reprezentowanymi przez rektora, lekarza prof. Zbigniewa Gacionga.
O tym, że WUM prowadzi kampanię promującą szczepienia mówiła też Marta Wojtach rzecznik prasowy WUM. Wybrano zatem znanych publicznie ambasadorów akcji, tyle, że na razie są to ambasadorowie tajni i Marta Wojtach nie ujawni ich nazwisk (nazwiska te poznano wkrótce po wypowiedzi pani rzecznik).
Sam rektor stwierdził natomiast, że WUM nie prowadzi żadnej akcji szczepień. Prowadzi ją jedynie wybrana przez Narodowy Fundusz Zdrowia spółka Centrum Medyczne, której Warszawski Uniwersytet Medyczny jest właścicielem. WUM tylko zaoferował miejsce, gdzie można sprawnie szczepić dużą liczbę osób. Rektor także powołał się na pismo NFZ mówiące o elastycznym podejściu do szczepień Prof. Gaciong dodał, że nie wie dlaczego osoby spoza grupy zero, ze świata kultury i polityki zostały zaszczepione – bo choć bezpośrednio nadzoruje on akcję szczepień, to nie zajmuje się wyborem osób, które mają być szczepione. Nikt z władz rektorskich WUM nie był zaangażowany w wybór tych osób i nie wiedział, jak dokonano doboru „ambasadorów szczepień”..
Jak widać, w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym nie zdołano na czas uzgodnić wspólnej wersji zeznań.
Tymczasem szef Agencji Rezerw Materiałowych (urzędu objętego przez PiS) Michał Kuczmierowski ogłosił, że WUM mija się z prawdą, twierdząc, że była jakaś dodatkowa pula dawek szczepionek, gdyż każdy szpital przeprowadzający szczepienia zamawia tyle szczepionek, ile deklaruje wykorzystać. I wszystkie te szczepionki są przeznaczone wyłącznie dla osób z grupy zero.
W istocie, Narodowy Fundusz Zdrowia, a konkretnie Filip Nowak, p.o. prezesa NFZ w jednym zdaniu swego pisma zalecił by stosować „elastyczne podejście w kwalifikowaniu do szczepień”, ale w drugim dodał, że „możliwe będzie, oprócz szczepienia pracowników, także szczepienie członków ich rodzin oraz pacjentów szpitali”. Nie ma tu mowy o celebrytach.
Czujny i szybki premier Mateusz Morawiecki natychmiast oświadczył więc, że informacje o znanych osobach ze świata kultury i polityki, które zaszczepiły się poza kolejnością to prawdziwy skandal – bo nie ma żadnego uzasadnienia dla łamania zasad, a każda dawka szczepionki przekazana z naruszeniem harmonogramu to dawka, której może zabraknąć dla najbardziej potrzebujących. Jak stwierdził, pojawili się ludzie, którzy dobro własne stawiają nad dobrem wspólnoty, lecz nie będzie dla takich postaw usprawiedliwienia.
PiS-owski minister zdrowia Adam Niedzielski mógł zaś ze świętym oburzeniem ogłosić, że jest zdegustowany postępowaniem władz WUM, które dokonały nadużycia interpretacyjnego organizując ustawione szczepienie dla grupy swoich wybrańców. Tyle, że ten sam minister oświadczał również, że szczepienia mogą być wykonywane dla innych osób w przypadku ryzyka zmarnowania szczepionki poprzez brak stawiennictwa osób uprawnionych. Jego oburzenie jest więc spowodowane działaniami, które poniekąd sam sprowokował.
W całej sprawie może tylko trochę zaskakiwać to, że dziwnym trafem, informacja o możliwości szybszego zaszczepienia się na Covid-19 dotarła wyłącznie do tych przedstawicieli branży kulturalnej którzy są, delikatnie mówiąc, niechętni PiS-owskiej władzy. Jakoś nie trafiła ona do tak wielkich nazwisk kultury polskiej jak na przykład Beata Fido, Katarzyna Gójska-Hejke, Grzegorz Braun, Jacek Kurski, Tomasz Sakiewicz, Marcin Wolski czy Jerzy Zelnik. Jakby jakieś fatum losowe chciało skompromitować wyłącznie przeciwników obecnej ekipy rządzącej…
Nieco inaczej było już w światku polityki, bo poza kolejką zaszczepili się, oprócz anty PiS-owskich starostów, takich jak np. starosta śremski Zenon Jahns, starosta sandomierski Marcin Piwnik, czy starosta krapkowicki Maciej Sonik wraz z wicestarostą Sabiną Gorzkullą, także i starostowie z PIS: nyski Andrzej Kruczkiewicz czy opatowski Tomasz Staniek. Ale ktoś mógłby powiedzieć, że przecież żadna dobra prowokacja nie powinna dotyczyć wyłącznie jednej strony, bo wtedy trudniej w nią będzie uwierzyć – i czasem, dla dobra sprawy, trzeba także poświęcić kogoś ze swoich. Aż korci, żeby zapytać, jaką tym razem swoją nieudolność czy przekręt chciała przykryć ekipa rządząca?.
A co do obu starostów, których czekają przykładne kary mające pokazać rzekomą czystość moralną PiS – jednego już ponoć usunięto ze struktur partii (cokolwiek by to miało znaczyć), a drugi ma być najpierw zawieszony – to można przypuścić, że zostanie im to jakoś wynagrodzone, na przykład poprzez spółki skarbu państwa.
I nie łudźmy się: za wszystkimi tymi ludźmi, którzy już zaszczepili się poza kolejką, pójdą inni. Bo tacy są Polacy właśnie.

Stacje kontroli pod kontrolą rządu

Rada Ministrów uznała, że samorządy nie poradzą sobie z nadzorem nad stacjami kontrolującymi stan techniczny samochodów. Postanowiła więc uwolnić je od tego obowiązku.

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pod pretekstem starań o lepszy stan techniczny samochodów, obcina kolejne uprawnienia samorządom.
Do tego właśnie zmierza przyjęty przez Radę Ministrów projekt nowelizacji ustawy o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw.

 

W ręce władzy centralnej

Zgodnie z projektem, za funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów oraz sprawowanie nadzoru nad tymi badaniami, a także nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i szkolenia diagnostów, odpowiadać będą już nie starostowie, jak dotychczas, lecz Transportowy Dozór Techniczny.
Jest to urząd centralny podległy Ministrowi Infrastruktury. Zadanie TDT to zapewnienie bezpiecznego funkcjonowania urządzeń technicznych, mogących tworzyć zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego oraz mienia czy środowiska naturalnego.
To, że PiS ogranicza kompetencje samorządów nie jest bynajmniej zarzutem, lecz tylko prostym stwierdzeniem faktu.
Samorządy wiele działań wykonują wolniej, głupiej i kosztowniej niż władza centralna, panuje w nich nepotyzm i zagrożenie korupcją. Tyle, że liderom PiS przeszkadzają nie te patologie, co samo istnienie lokalnych ośrodków władzy, niezależnych od partii rządzącej. I dlatego chcą je zmarginalizować.

 

Przed Bogiem i historią

Starosta we współczesnej Polsce kieruje powiatem. Jest wybierany przez radę powiatu i jako organ samorządowy, nie podlega bezpośrednio władzy centralnej.
Inne jest usytuowanie wojewody, który kieruje terenową administracją rządową w województwie i reprezentuje Radę Ministrów, zaś powołuje go i odwołuje premier.
Natomiast starostowie i wójtowie są niezależni od rządu. Ta samorządność niższych szczebli terytorialnych jest solą w oku dla PiS-u, który pragnie, aby administracja lokalna była hierarchicznie podporządkowana władzy centralnej.
Jarosław Kaczyński konsekwentnie dąży do budowy takiego systemu ustrojowego Polski, jaki obowiązywał w czasach Władysława Gomułki – a uszczuplanie kompetencji samorządowych stanowi ważny krok na drodze do tego celu.
Oczywiście, proste paralele między tymi dwoma politykami będą nieodpowiednie, bo władza Władysława Gomułki była jednak ograniczona. Musiał uważać na niechętne mu frakcje w Biurze Politycznym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a zwłaszcza na towarzyszy radzieckich, no i mógł utracić swoje stanowisko, co też się i stało.
Jarosław Kaczyński rządzi zaś Polską samowładnie, żadnego stanowiska nie utraci, na nikogo zważać nie musi, zaś odpowiedzialny jest jedynie przed Bogiem i historią.
Dziwne więc byłoby – a może nie tyle dziwne, co niezrozumiale szlachetne i mądre – gdyby człowiek dysponujący tak ogromną władzą, nie skorzystał z pokusy przebudowy podległego sobie państwa wedle własnego widzimisię.
Taka przebudowa państwa składa się również i z drobiazgów – takich jak na przykład wyjęcie nadzoru nad stacjami kontroli pojazdów z kompetencji samorządowych i poddanie ich administracji centralnej.

 

Nie powinny jeździć po drogach

Obecnie nadzór nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów sprawuje 380 starostów.
Rząd, proponując zmiany, powołuje się na Najwyższą Izbę Kontroli: „NIK negatywnie oceniła wykonywanie tego zadania przez niektórych z nich. Ponadto, ankieta przeprowadzona przez Ministra Infrastruktury, dotycząca nowych zadań wynikających z implementacji dyrektywy UE, dostarczyła informacji, że starostwa mogą nie poradzić sobie z wykonywaniem zadań nakładanych na Polskę przepisami unijnymi”.
Rzeczywiście, w 2017 r NIK skontrolowała dopuszczanie pojazdów do ruchu w Polsce i stwierdziła w raporcie, że po polskich drogach poruszają się setki tysięcy pojazdów, które nie powinny zostać dopuszczone do ruchu ze względu na ich zły stan techniczny.
Sprzyja temu rosnący import coraz starszych samochodów z Europy Zachodniej, których właściciele bez problemu na konkurencyjnym rynku załatwiają stempel dopuszczający auto do ruchu.
Z ustaleń kontroli NIK wynikało także, że ponad połowa skontrolowanych stacji wykonywała badania samochodów powierzchownie – w niepełnym zakresie lub urządzeniami, które nie spełniały wymagań.
Zdaniem NIK, w dużej mierze była to konsekwencja słabego nadzoru starostów nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i zatrudnionymi w nich diagnostami.

 

Czasy się zmieniły

We wnioskach pokontrolnych NIK zaproponowała „utworzenie organu nadzorującego i koordynującego działania starostów, przy czym organ ten byłby odpowiedzialny za sprawowanie nadzoru nad systemem badań technicznych”.
Tyle, że NIK nigdzie nie postulowała, by stacje kontroli w ogóle przeszły spod władania starostów w kompetencje administracji centralnej – jak chce tego rząd PiS.
Poza tym, kontrola NIK obejmuje okres do marca 2016 r. Od tego czasu wiele się zmieniło w badaniach technicznych samochodów. Zaczął funkcjonować system CEPiK, wprowadzony przez rząd PO-PSL. Można go ominąć tylko z mocnymi znajomościami lub sporą łapówką – jeśli diagnosta potwierdzi dobry stan auta bez wprowadzania go do systemu, czyli całkowicie na lewo. Jest to jednak spore ryzyko, na które decyduje się tylko niewielu pracowników stacji kontroli pojazdów. W innych przypadkach łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne , niźli zdobyć pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, o czym dobrze wie wielu nieszczęsnych kierowców, po parę razy przyjeżdżających na kontrolę.
Tak więc, dziś już nie ma tak ważnych powodów, przemawiających za przejęciem nadzoru nad systemem kontroli technicznej pojazdów, jakie istniały jeszcze dwa lata temu.

 

Kontrolować, ale nie ufać

Rząd nie zamierza jednak rezygnować z rozszerzania zasięgu swej władzy i nadzoru. Powołuje się przy tym nie tylko na NIK, lecz i na Unię Europejską. „Nowe przepisy dostosowują polskie prawo do rozwiązań przyjętych w Unii Europejskiej” – stwierdza Rada Ministrów, czego w istocie nikt nie jest w stanie zweryfikować.
No i oczywiście, według rządu, nastąpi poprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym poprzez „uszczelnienie” systemu badań technicznych. Wyższa będzie jakość pracy diagnostów, poziom ich kwalifikacji i kompetencji. Poprawi się też rzetelność wykonywanych przez nich badań technicznych, a to dzięki wprowadzeniu obowiązkowych okresowych szkoleń diagnostów.
Jak twierdzi rząd, szczególnie mocnym nadzorem zostanie objęta weryfikacja stanu licznika pojazdu. Za cofanie licznika grozić będzie od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Będzie za to odpowiadać i ten, kto to zleca (czyli z reguły właściciel pojazdu), i ten, kto dokonuje fałszerstwa (mechanik).
Natomiast w samych stacjach kontroli technicznej będą dokonywane obowiązkowe kontrole kalibracji i konserwacji sprzętu pomiarowego. Kontrolerzy sprawdzą też, jak archiwizowane są wyniki badań stanu pojazdów.
Rząd źle ocenia to, że ośrodki szkolenia diagnostów funkcjonują na zasadach wolnorynkowych i bez żadnego nadzoru. Dlatego stworzony zostanie system obowiązkowego egzaminowania oraz szkoleń dla diagnostów. Wkrótce powstanie spis warunków jakie będą musiały zostać spełnione. „Chodzi o szczegółowe wymagania dotyczące ośrodków szkolenia (infrastruktura i wykładowcy) oraz nadzoru nad nimi” – wyjaśnia Rada Ministrów.
Tak więc, rząd PiS nie po raz pierwszy sięga po leninowską zasadę „ufać i kontrolować”. Tyle, że twórczo ją modyfikuje. Zaufania praktycznie już nie ma, a za to jest coraz więcej kontroli.