Dlaczego Kot już nie lata?

Przed czekającymi nas w najbliższy weekend konkursami w Zakopanem liderem w ekipie naszych skoczków jest Dawid Kubacki. Po efektownych zwycięstwach w Titisee-Neustadt zajmuje w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata czwarte miejsce, najwyższe z Polaków. Jego znakomite wyniki przełożyły się też na zarobki. Na liście krezusów tego sezonu jest obecnie trzeci.

Kubacki w tym roku zdominował rywalizację w Pucharze Świata. Licząc od noworocznych zawodów w Ga-Pa, Polak zdobył 560 punktów do klasyfikacji Pucharu Świata, o 101 więcej niż lider Karl Geiger. Przypomnijmy, że nasz skoczek w styczniu zwyciężył w Bischofshofen i dwukrotnie w Titisee-Neustadt (łącznie 300 pkt.) oraz zajął drugą lokatę w Innsbrucku (80 pkt.), a także trzy trzecie miejsca – w Garmisch-Partenkirchen i dwa razy w Val di Fiemme (za każde otrzymał 60 pkt).
Trzeci w klasyfikacji najlepszych skoczków tego roku, za Kubackim i Geigerem, jest Stefan Kraft (w styczniu wywalczył 384 pkt). Z polskich skoczków w czołowej dziesiątce najlepszych zawodników w tym roku uplasowali się jeszcze Piotr Żyła (8. pozycja i 189 pkt), dziewiąty w tym zestawieniu Kamil Stoch (187 pkt).
Ale w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata liderem pozostaje Karl Geiger z dorobkiem 886 punktów, druga lokatę zajmuje Stefan Kraft (803 pkt), a trzecią Japończyka Ryoyu Kobayashi (795 pkt). Tuż za nim jest Kubacki, który ma na koncie 764 punkty.
Dobra passa zapewniła Kubackiemu trwałe miejsce w historii polskich skoków narciarskich, bowiem w Titisee-Neustadt po raz siódmy i ósmy z rzędu stanął na podium zawodów Pucharu Świata. Takiej serii nie mieli przed nim nawet Adam Małysz i Kamil Stoch, a bycie w czymś lepszym od takich tuzów jest już wartością sama w sobie.
Premie finansowe za sukcesy zapewniły też Kubackiemu awans na trzecie miejsce na liście płac Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Na jego konto tylko z tytułu oficjalnych premii za zajmowane miejsca w zawodach wpłynęło już 91 200 franków szwajcarskich (ok. 360 000). W tej kwocie nie uwzględniono dodatkowej premii jaką otrzymał za triumf w klasyfikacji końcowej Turnieju Czterech Skoczni (20 tys. franków szwajcarskich).
Przypomnijmy, że FIS za pierwsze miejsce w konkursie indywidualnym płaci 10 tys. franków, za drugie – 8 tys., a za trzecie – 6 tys. Za zajęcie 30. miejsca, ostatniego punktowanego w zawodach, FIS płaci symboliczne 100 franków. W konkursach drużynowych premia do podziału dla zwycięzców wynosi 7500 franków. Rzecz jasna te oficjalne premie nie są jedynymi dochodami skoczków.
Na czele listy płac znajduje się Stefan Kraft, który w 15 konkursach zarobił łącznie 109 300 franków szwajcarskich (ok. 432 tys. złotych), a lider klasyfikacji generalnej Karl Geiger plasuje się w tym zestawieniu na drugim miejscu z dorobkiem 99 400 franków. Nasz trzykrotny mistrz olimpijski Kamil Stoch zarobił w tym sezonie na razie 59 150 franków (ok. 233 500), co daje mu szósta lokatę w stawce krezusów, a Piotr Żyła jest dziesiąty z dorobkiem 43 950 franków (ok. 173 500). Pozostali nasi reprezentanci znacznie odstają od tego tercetu. Jakub Wolny zarobił dotąd 14 200 franków (ok. 55 000 złotych), Maciej Kot 3700 franków (ok. 14 500 zł), a Stefan Hula 3100 franków (ok. 12 000 zł).
W każdej klasyfikacji obecnego sezonu widać rażącą dysproporcję między należącymi do czołówki Kubackim, Stochem i Żyłą, a pozostałymi zawodnikami w kadrze biało-czerwonych. Nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego Kot, Wolny i Hula, nie mówiąc o Klemensie Murańce i Aleksandrze Zniszczole, tak bardzo odstają od czołowej trójki naszych skoczków. Dla trenera kadry Michala Doleżala to poważny problem, bo w tej chwili tak naprawdę nie ma on dobrego kandydata na czwartego zawodnika w drużynie, a w najbliższą sobotę na Wielkiej Krokwi w Zakopanem odbędzie się przecież kolejny w tym sezonie konkurs drużynowy.
Dlaczego Stefan Hula, a przede wszystkim Maciej Kot, tak słabo spisują się w bieżącym sezonie Pucharu Świata? Nawet taki autorytet jakim jest Adam Małysz ma problem z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Za trenerskiej kadencji Stefana Horngachera Hula potrafił odnosić życiowe sukcesy, zaś Kot pokazał, że drzemie w nim potencjał nie mniejszy, niż dostrzegano już wtedy w Kubackim. Ale kryzys formy Kota nie nastąpił po zmianie selekcjonera, bo już Horngacher w ostatnim roku swojej pracy z polska kadrą miał z nim problem i jak pamiętamy, nie zabrał go na mistrzostwa świata w Seefeld. Pod wodzą Michala Doleżala Maciej Kot nie stał się lepszym skoczkiem, wręcz przeciwnie – trwale wypadł z czołówki Pucharu Świata.
„Stefan Hula i Maciek Kot potrzebują spokojnego treningu. Oni naprawdę dobrze przepracowali całe lato i dlatego teraz nie wiemy, co się z nimi dzieje i dlaczego tak źle skaczą” – przyznał w rozmowie z TVP Sport Adam Małysz, dyrektor ds. skoków i kombinacji norweskiej w Polskim Związku Narciarskim. Ale wielkiego wyboru nie ma, bo lepszych od nich zawodników na zapleczu kadry po prostu nie ma.
Pozostaje żywić nadzieje, że na dobrze im znanej skoczni w Zakopanem wszyscy zgłoszeni do zawodów nasi skoczkowie, nie tylko Kubacki, Stoch i Żyła, będą szybować daleko. Czeski selekcjoner biało-czerwonych po naradzie z całym sztabem szkoleniowym PZN zdecydował, że w konkursie indywidualny wystartuje tylko dziewięciu naszych reprezentantów (PZN mógł wystawić d wunastu). Na Wielkiej Krokwi zobaczymy zatem obok Dawida Kubackiego, Kamila Stocha i Piotra Żyły, także Stefana Hulę, Macieja Kota, Aleksandra Zniszczoła, Jakuba Wolnego, Andrzeja Stękałę i Adama Niżnika.

W drużynie Polacy znów byli najlepsi

Reprezentacja Polski w składzie Piotr Żyła, Jakub Wolny, Kamil Stoch i Dawid Kubacki wygrała drużynowe zawody Pucharu Świata w Klingenthal. Już na półmetku konkursu biało-czerwoni uzyskali wyraźną przewagę nad drugimi Austriakom i trzecią na podium zawodów ekipą Japonii. To pierwszy triumf naszych skoczków w obecnym sezonie, a siódmy w historii.

Skocznia w Klingenthal najwyraźniej sprzyja naszym skoczkom. To tutaj w 2016 roku biało-czerwoni zwyciężyli po raz pierwszy w historii w rywalizacji drużynowej. Był to ich pierwszy sezon pod wodzą wodzą trenera Stefana Horngachera. Polski zespół tworzyli wówczas Piotr Żyła, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot. W tegorocznej edycji konkursu, który wrócił do cyklu Pucharu Świata w po trzyletniej przerwie, w składzie tego kwartetu zabrakło jedynie Kota, którego zastąpił Jakub Wolny. W tym sezonie był to dopiero drugi konkurs drużynowy – wcześniejszy rozegrano w Wiśle w pierwszych zawodach obecnego sezonu. Nasi skoczkowie zajęli w nim trzecie miejsce. Triumfowali Austriacy przed Norwegami.

W Klingenthal do rywalizacji przystąpiło dziewięć reprezentacji: Rosji, Finlandii, Szwajcarii, Niemiec, Japonii, Polski, Słowenii, Norwegii i Austrii. Wiejący wiatr utrudniał rywalizację, ale tym razem sprzyjał naszym zawodnikom. Skaczący jako pierwszy w naszej drużynie Piotr Żyła poszybował na fantastyczną odległość 145 m, tylko o 1,5 m gorzej od rekordu skoczni, ale Philipp Aschenwald skoczył 144,5 m z niższej belki startowej i dzięki temu Austriacy objęli prowadzenie. Żyła wypracował jednak ponad 20 punktów przewagi nad trzecią Słowenią. Startujący jako drugi Jakub Wolny zaliczył 136 m i był lepszy o 4,5 m od Gregora Schlierenzauera, a zatem po doszło do zmiany lidera i na prowadzenie wyszli biało-czerwoni, którzy nie oddali go już do końca zawodów. Kamil Stoch uzyskał odległość 126 m, a skaczący jako ostatni Dawid Kubacki pofrunął przy niezbyt korzystnym wietrze 133,5 m. Po pierwszej serii z rywalizacji odpadli Finowie.

W drugiej serii Polacy nadal trzymali wysoki poziom. Co prawda Żyła zaliczył tylko 127 m, bo trafił na fatalne warunki, lecz Wolny skoczył 130 m i znów był lepszy od startującego w jego grupie Schlerenzauera (124,5 m). Przed skokami dwóch ostatnich grup zawodników Austriacy tracili do polskiej drużyny 24 punkty, a trzecia Norwegia już ponad 42. Stoch w drugiej próbie powtórzył wynik z pierwszej – 126 m, ale Kubacki skokiem na odległość 137 m przypieczętował zwycięstwo biało-czerwonych.
Rzutem na taśmę na najniższy stopień podium wskoczyli Japończycy, którzy po skoku Ryoyu Kobayashiego wyprzedzili Norwegów. Drugie miejsce Austriakom zapewnił Kraft uzyskując 133,5 m. Reprezentacja Polski zdobyła 968,7 punktów i wyprzedziła drugą Austrię o 25 punktów. Dalsze miejsca zajęli Japończycy, Norwegowie, Słoweńcy, Niemcy, Szwajcarzy i Rosjanie. Indywidualnie najlepszy był Japończyk Ryoyu Kobayashi, który zdobył aż 270,1 pkt. Tuż za jego plecami znalazł się Dawid Kubacki (254,2 pkt), który był lepszy od Philippa Aschenwalda o 0,6 pkt. Piotr Żyła zajął czwarte miejsce, Jakub Wolny siódme, a Kamil Stoch 13.

Triumf w Klingenthal był siódmym zwycięstwem polskiej ekipy w historii konkursów drużynowych Pucharu Świata. Ponadto biało-czerwoni mają na koncie po dziesięć drugich i trzecich miejsc. Na podium nasi skoczkowie stanęli po raz pierwszy w Villach w Austrii w 2001 roku, zajmując trzecią lokatę. Niedzielny konkurs indywidualny zakończył się po zamknięciu wydania.

Zwycięstwa drużynowe Polaków:
3 grudnia 2016, Klingenthal (Niemcy) – Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Kamil Stoch; 28 stycznia 2017, Willingen (Niemcy) – Żyła, Kubacki, Kot, Stoch; 27 stycznia 2018, Zakopane – Kot, Stefan Hula, Kubacki, Stoch; 17 listopada 2018, Wisła – Żyła, Wolny, Kubacki, Stoch; 15 lutego 2019, Willingen (Niemcy) – Żyła, Wolny, Kubacki, Stoch; 23 marca 2019, Planica (Słowenia) – Wolny, Stoch, Kubacki, Żyła; 14 grudnia 2019, Klingenthal (Niemcy) – Żyła, Wolny Stoch, Kubacki.

 

Nawet Stoch nie zachwyca

Po konkursach w Wiśle, Kuusamo i Niżnym Tagile rywalizacja w Pucharze Świata w skokach narciarskich przenosi się do Niemiec. W najbliższy weekend w Klingenthal odbędą się dwa kolejne konkursy – w sobotę drużynowy, a w niedzielę indywidualny. Dla naszych skoczków, którym jak na razie nie wiedzie się najlepiej, to szansa na przełamanie impasu, bo skocznia w Klingenthal zawsze była przyjazna dla biało-czerwonych.

Po trzech turniejach Pucharu Świata w polskiej ekipie nikt nie ma powodów do zadowolenia. Na podium udało się stanąć tylko Kamilowi Stochowi, który w inauguracyjnym konkursie w Wiśle zajął trzecią lokatę. W Finlandii i Rosji nasi zawodnicy byli tylko tłem dla rywali. W dużym stopniu winne temu były fatalne warunki pogodowe, które powodowały, że wyniki każdego skoczka były loterią. Niektórym fortuna jednak sprzyjała, ale dziwnym trafem wśród jej wybrańców nie było żadnego z siedmiu uczestniczących w zawodach Polaków.

Fatalne wyniki biało-czerwoni zanotowali zwłaszcza na nielubianej przez nich skoczni w Niżnym Togile. Na Uralu było śniegu dostatek, ale wiało okropnie i każdy podmuch był loterią. Także dla sędziów, którzy w tych zmiennych warunkach mogli bezkarnie dokładać lub odejmować punkty za wiatr wedle swojej subiektywnej oceny. Nie wiadomo jednak dlaczego dorzucili z tego tytułu do oceny Ryoyu Kobayashiemu, a nie zrobili tego w przypadku choćby Kamila Stocha, trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Inna sprawa, że Stoch, jeśli jest w swojej optymalnej formie, w żadnych warunkach pogodowych nie potrzebuje wsparcia, ale przy wyrównanej stawce to oceny za styl czy rekompensaty za warunki pogodowe często decydują o kolejności. Fortuna mocno jednak nie sprzyjała Piotrowi Żyle, który niespodziewanie zakończył swój udział po pierwszej serii, podobnie jak Klemens Murańka. W finale wystąpiło pięciu naszych zawodników, ale żaden nie znalazł się w czołowej dziesiątce, a najlepszy z nich, Stoch, był dopiero 15.

Nowy sezon Pucharu Świata, pierwszy pod wodzą nowego trenera Michala Doleżala, nasi skoczkowie zaczęli więc grubo poniżej oczekiwań, ale ich słaby występ w Niżnym Tagile, najgorszy w tym cyklu zawodów od blisko trzech lat, to już wyraźny sygnał alarmowy. W ostatnich latach konkurs Pucharu Świata bez Polaka w pierwszej dziesiątce to rzadkość. po raz ostatni tak zły występ biało-czerwonych miał miejsce w marcu 2016 roku w Planicy, jeszcze za trenerskich rządów Łukasza Kruczka. Wówczas najlepszy z naszych Maciej Kot także był na 15. miejscu.

Dyrektor sportowy PZN Adam Małysz tak na swoim profilu w mediach społecznościowych ocenił występ kadry skoczków na Uralu: „To był kolejny dziwny konkurs, w którym równie ważne, co umiejętności, było szczęście. Nam go tym razem zabrakło, a wyniki były poniżej oczekiwań i możliwości. Mam nadzieję, że na doskonale znanej nam skoczni w Klingenthal konkursy będą bardziej sprawiedliwe i przekonamy się, na co rzeczywiście stać naszych reprezentantów” – stwierdził Małysz.
Trener Doleżal na razie konsekwentnie stawia na siódemkę zawodników i do Klingenthal ponownie zabrał oprócz Stocha i Kubackiego, także Piotra Żyłę, Macieja Kota, Stefana Hulę, Jakuba Wolnego i Murańkę.

Turniej Pucharu Świata w Klingenthal odbędzie się po trzyletniej przerwie. Ostatnio skoczkowie gościli tam w 2016 roku i Polacy wypadli wtedy znakomicie, wygrywając po raz pierwszy konkurs drużynowy. W sobotę będą mogli powtórzyć ten wyczyn. Na niedzielę zaplanowano zmagania indywidualne. To będzie 11. taki konkurs na skoczni Vogtland Arena (HS 140) w Klingenthal. Do tej pory na podium stawało tam trzech polskich skoczków. Adam Małysz był trzeci w 2007 i drugi w 2010 roku, Stoch wygrał tu w 2011 roku, a w 2013 sensacyjnie zwyciężył Krzysztof Biegun, dla którego był to jedyny taki triumf w karierze.
W grudniu 2016 Polacy wygrali tu konkurs drużynowy, a zwycięski zespół tworzyli Piotr Żyła, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot. W konkursie indywidualnym trzy lata temu zwyciężył jednak Domen Prevc przed Danielem-Andre Tande i Stefanem Kraftem.

Rywalizacja w Klingenthal rozpocznie się w piątek 13 grudnia od kwalifikacji. W sobotę odbędzie się konkurs drużynowy (początek godz. 16:00), a w niedziele indywidualny (początek także o 16:00).

Liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest Tande (260 punktów), który wyprzedza Krafta (196 punktów), Karla Geigera (192 punkty) i Ryoyu Kobayashiego (190 punktów). Najlepszy z Polaków Kamil Stoch zajmuje 8. miejsce (120 pkt). Dawid Kubacki jest 9. (117 pkt), Maciej Kot 28. (30), Piotr Żyła 30. (27), Jakub Wolny 33. (19), a Stefan Hula 35. (15 pkt).

 

Wiało w Niżnym Tagile

W sobotnim konkursie Pucharu Świata w Niżnym Tagile po pierwszej serii z Polaków najlepszy był Piotr Żyła, który po skoku na odległość 131 m był drugi. Niestety, w drugiej serii zaliczył tylko 112 metrów i spadł na 24. miejsce.

Loteryjne warunki pogodowe, skocznia nielubiana przez naszych skoczków, co było widać już w piątkowych kwalifikacjach – nic dziwnego, że w polskiej ekipie nikt nie obiecywał zwycięskiego weekendu. Nadzieje rozbudził jednak Piotr Żyła, który skoczył 131 metrów i na półmetku zajmował drugą lokatę, za Słoweńcem Peterem Prevcem (133,5 m. Trzecie miejsce zajmował Austriak Philipp Aschenwald (129 m). Z pozostałych naszych skoczków najwyżej był Dawid Kubacki – jedenasty (127 m), potem Kamil Stoch (17., 121 m), jako ostatni do drugiej serii z 30. miejsca zakwalifikował się Maciej Kot, który skoczył 116,5 m.
W drugiej serii konkursowej wiatr jeszcze bardziej płatał figle. Boleśnie dokuczył zwłaszcza Piotrowi Żyle, bo przy jego próbie nagle zaczął wiać w plecy i nasz skoczek z najwyższym trudem doleciał do 112 metra. Dostał też przeciętną notę i w efekcie z drugiego miejsca spadł aż na 24. Innym naszym reprezentantom wiatr na skoczni w Niżnym Tagile nie przeszkodził, wręcz przeciwnie, nawet pomógł. Kubacki i Stoch znacznie poprawili swoje wyniki – pierwszy po skoku na odległość 131 m awansował na piątą lokatę, natomiast Stochowi wynik 128,5 m zapewnił awans na dziewiąte miejsce. Maciej Kot też się poprawił uzyskując 119 m, co dało mu awans z 30. na 27. pozycję. Do finałowej serii nie zakwalifikowali się Stefan Hula i Klemens Murańka.

W sobotę najwięcej szczęścia w Niżnym Tagile miał sensacyjny zwycięzca, Japończyk Yukiya Sato, który w pierwszej próbie skoczył na odległość 126,5 m i był siódmy, natomiast w drugiej serii pofrunął na 132 metr. Konkurs nie był udany dla lidera klasyfikacji generalnej. Norweg Daniel Andre Tande po pierwszej serii był 14., a w drugiej próbie zaliczył tylko 114 metrów i ostatecznie zajął dopiero 21. lokatę.

Niedzielny konkurs w Niżnym Togile zakończył się po zamknięciu wydania.

 

Kubacki znów najlepszy w Letniej Grand Prix

Dawid Kubacki co prawda zajął piąte miejsce w rozegranym w ekstremalnych warunkach sobotnim konkursie Letniej Grand Prix w Klingenthal, ale ten wynik wystarczył mu to zajęcia pierwszego miejsca w klasyfikacji generalnej cyklu.

Turniej zakończono po rozegraniu tylko jednej serii, a niespodziewanie najlepszy okazał się Słoweniec Anze Lanisek, przed Norwegiem Mariusem Lindvikiem i naszym Piotrem Żyłą. Przed ostatnim konkursem Letniej Grand Prix Dawid Kubacki zajmował drugie miejsce w klasyfikacji generalnej ze stratą zaledwie 10 punktów do prowadzącego Japończyka Yukiyi Sato. Ostatecznie organizatorom udało się przeprowadzić tylko jedną serię. Odbyła się ona w bardzo trudnych warunkach, przy mocnym wietrze i padającym deszczu. Skoczkowie po konkursie przyznawali szczerze, że bali się jak nigdy.

Kubacki, który w cuglach wygrał piątkowe kwalifikacje, w sobotę skoczył 131,5 metra i ta odległość wystarczyła mu na zajęcie dopiero piątej lokaty. Ale Sato skoczył słabiej od niego, bo zaliczył tylko 127 metrów i zajął 11. miejsce. Ponieważ drugiej serii już nie rozgrywano, Kubacki awansował na pierwsze miejsce w „generalce” i po raz drugi w karierze wygrał Letnią Grand Prix, chociaż startował tylko w połowie z ośmiu konkursów, a Japończyk we wszystkich. W ostatnich zawodach punkty zdobywali cała siódemka polskich skoczków (Piotr Żyła był 3., Jakub Wolny 7., Klemens Murańka 13., Maciej Kot 14., Kamil Stoch 25., a Stefan Hula 27.).

W klasyfikacji generalnej Kubacki wygrał z wynikiem 305 pkt, Sato miał na koncie 294, a trzeci Słoweniec Timo Zajac 268 punktów. W Top 30 zestawienia najlepszych zawodników w tegorocznej edycji Letniej Grand Prix znalazło się jeszcze pięciu polskich skoczków: ósme miejsca zajął Żyła (205 pkt), piętnaste Stoch (138), siedemnaste Kot (126), osiemnaste Wolny (120), a Aleksander Zniszczoł był na 28. miejscu z dorobkiem 82 pkt. Dalsze lokaty zajęli: 31. Paweł Wąsek (74 pkt), 32. Klemens Murańka (68), 33. Andrzej Stękała (62), a najsłabszy z Polaków, Stefan Hula (20 pkt) był 53.

Ostatni konkurs LGP nie przyniósł natomiast zmian w klasyfikacji Pucharu Narodów. Już wcześniej wygraną zapewnili sobie Japończycy (2185 pkt), a drugą lokatę zajęli Polacy (1950 pkt). Trzecie miejsce na podium zajęli Słoweńcy (1427 pkt).

 

Polskie podium w Zakopanem

To był udany występ polskich skoczków w Letniej Grand Prix w Zakopanem. W sobotę biało-czerwoni zajeli drugie miejsce w konkursie drużynowym, przegrywając jedynie z Japończykami, ale w niedzielę zdominowali rywalizacje w konkursie indywidualnym. Wygrał Kamil Stoch przed Dawidem Kubackim, a w czołowej ósemce znalazło się aż czterech naszych zawodników.

W sobotnim konkursie drużynowym biało-czerwoni w pierwszej serii mocno rozczarowali licznie przybyłych pod Wielką Krokiew kibiców, bo zajmowali dopiero piątą lokatę. Drugie próby w wykonaniu Piotra Żyły, Jakuba Wolnego, Kamila Stocha i Dawida Kubackiego były już jednak zdecydowanie lepsze i nasza reprezentacja wywindowała się ostatecznie na drugie miejsce. Znakomicie spisał się zwłaszcza Kubacki, który oddał dwa znakomite skoki. Rywalizację wygrali Japończycy, którzy byli liderami po pierwszej serii i pokonali biało-czerwonych różnicą 10,8 pkt. Na najniższym stopniu podium stanęli Norwegowie.
W niedzielnym konkursie indywidualnym, oprócz Stocha, Kubackiego, Wolnego i Żyły, w naszych barwach wystartowali jeszcze Aleksander Zniszczoł, Maciej Kot i Stefan Hula. Już po serii próbnej nastroje kibiców były wyborne, bo nasi skoczkowie uzyskiwali świetne rezultaty, zwłaszcza zaś Stoch, który był zdecydowanie najlepszy w całej stawce. Znakomicie skakał też bohater „drużynówki” Kubacki, zajmując trzecie miejsce w zestawieniu próbnych skoków.

Konkurs odbył się jednak w trudnych i zmiennych warunkach. Z siódemki Polaków pierwszy na belce stanął Kamil Stoch. Trzykrotny mistrz olimpijski poszybował na odległość 137,5 metra i objął prowadzenie. Słabo spisał się Stefan Hula, który osiągnął tylko 112 metrów i było jasne, że w drugiej serii nie wystartuje. Zdecydowanie lepiej wypadł Aleksander Zniszczoł lądując na 128 metrze. Sprzyjające warunki wykorzystał Japończyk Yukiya Sato, który wynikiem 145 m poprawił o jeden metr letni rekord skoczni w Zakopanem. Skaczący po nim Jakub Wolny wylądował pięć metrów bliżej. Niewiele gorzej wypadł Piotr Żyła, który uzyskał 138 m. Taką sama odległość wpisał na swoje kontro Dawid Kubacki. Tylko Maciej Kot z wynikiem 125 m musiał obawiać się o awans do drugiej rundy. Ale na trybunach trwała fiesta, bo po pierwszej serii prowadził wprawdzie Sato, lecz za nim byli Wolny, Stoch, Żyła i Kubacki.

Rywalizację w serii finałowej mocno psuła zmienna aura, ale ostatecznie udało się ją dokończyć. Zmagania najlepszej dziesiątki zawodników zapoczątkował Japończyk Yuken Iwasa, skacząc 133,5 metra. Pojawienie się na rozbiegu Kubackiego oznaczało początek decydujących rozstrzygnięć. Nasz skoczek nie zawiódł oczekiwań i skoczył 134,5 m, co pozwoliło mu objąć prowadzenie w konkursie. Żyła skoczył 3,5 metra i nie wyprzedził kolegi z reprezentacji. Sztuki tej dokonał jedynie Stoch. Lider naszej kadry w drugiej próbie zaliczył odległość 132,5 m i wyprzedził Kubackiego zaledwie o 0,7 pkt. Jakub Wolny nie wytrzymał presji i wylądował na 125 metrze, co zapewniło mu siódmą lokatę. Jako ostatni na belce usiadł świeżo upieczony rekordzista zakopiańskiej Sato. Japończyk w drugiej próbie skoczył jednak znacznie gorzej, bo tylko 131 m i ostatecznie zajął w konkursie trzecie miejsce, za Stochem i Kubackim. Żyła zakończył rywalizację na szóstej pozycji, a Zniszczoł na dwudziestej pierwszej. Maciej Kot ukończył zawody na 31. miejscu, a najsłabszy z naszych zawodników Stefan Hula na 48.

Znakomity występ polskich skoczków zapewnił im awans na pierwsze miejsce w klasyfikacji Pucharu Narodów. Biało-czerwoni poprawili swój dorobek do 1355 pkt. Drugą lokatę zajmują Japończycy (1259 pkt), trzecią Słowenia (1143 pkt), czwartą Niemcy (1123 pkt), piątą Norwegia (1075 pkt), szóstą Austria (592 pkt), siódmą Rosja (402 pkt), a ósmą Szwajcaria (197 pkt).
Nasza ekipa może jednak, mimo sporej przewagi, stracić pozycje lidera, bo na kolejne zawody w ramach Letniej Grand Prix w Hakubie nie pojada nasi najlepsi skoczkowie. Trener Michal Doleżal do Japonii wysyła zawodników z kadry B. Będzie im trudno nawiązać walkę z gospodarzami zawodów.

 

Mocna kadra na skoki w Zakopanem

Polski Związek Narciarski ogłosił składy kadry na zawody Letniej Grand Prix w Zakopanem. Biało-czerwoni wystąpią w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Jakub Wolny, Maciej Kot, Stefan Hula oraz Aleksander Zniszczoł. W piątek 16 sierpnia odbędą się kwalifikacje, w sobotę konkurs drużynowy, a w niedzielę indywidualny.

Zakopane po raz ostatni gościło zawody Letniej Grand Prix w 2011 roku. W tamtej imprezie z Polaków najlepiej spisał się Stoch, który był trzeci. W tegorocznych zmaganiach najwyżej z naszych skoczków sklasyfikowany jest Dawid Kubacki, który zajmuje siódme miejsce z dorobkiem 70 punktów. Ale Kubacki, Stoch i Żyła w Zakopanem wystartują dopiero po raz drugi w tym sezonie.

W klasyfikacji generalnej prowadzi Słoweniec Timi Zajc (200 pkt), przed Niemcem Karlem Geigerem (172) i Rosjaninem Jewgienijem Klimowem (105). W najbliższy weekend odbędą się też zawody Letniego Pucvharu Kontynentalnego we Frensztacie z udziałem Klemensa Murańki, Tomasza Pilcha, Andrzeja Stękały, Pawła Wąska i Kacpra Juroszka. Na tej czeskiej skoczni wystartują tez panie. W naszych barwach o punkty LGP kobiet powalczą Kinga Rajda, Joanna Szwab, Anna Twardosz i Nicole Konderla.

 

Koniec miłości do Stefana

Szef związku narciarskiego Apoloniusz Tajner w końcu szczerze przyznał, co sądzi o byłym trenerze kadry skoczków Stefanie Horngacherze. Prezes PZN stwierdził, że nie żałuje odejścia Austriaka.

W najbliższy weekend na skoczni w Wiśle odbędą się pierwsze zawody Letniej Grand Prix. W niedzielnym konkursie indywidualnym weźmie udział 12 naszych skoczków: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Piotr Żyła, Jakub Wolny, Stefan Hula, Paweł Wąsek, Klemens Murańka, Tomasz Pilch, Andrzej Stękała, Aleksander Zniszczoł i debiutujący w zawodach tej rangi Kacper Juroszek. Prezes Tajner jest optymistą w ocenie formy biało-czerwonych i zapewnia, że jest bardzo zadowolony z pracy wykonywanej przez obecnego szkoleniowca kadry, Czecha Michala Doleżala. Do tego stopnia, że pozwolił sobie nawet na publiczne wyrażenie kilku cierpkich uwag pod adresem poprzednika Doleżala, Stefana Horngachera, który wybrał pracę selekcjonera reprezentacji Niemiec. „W ogóle mi nie żal, że odszedł. Po zakończeniu zimowego sezonu nasi zawodnicy mieli trochę więcej wolnego. Po dwóch i pół roku pracy z Horngacherem troszeczkę zatem odpoczęli, bo przy nim nie było o tym mowy” – powiedział Tajner.

Sternik polskiego narciarstwa ujawnił przy okazji, że trener Doleżal od samego początku zamieszania z przedłużeniem kontraktu Horngachera z PZN był przygotowany i Zdecydowany na zajęcie miejsca austriackiego szkoleniowca. „Sytuacja ze Stefanem za bardzo się przeciągała. Wszyscy wiedzieliśmy, jak to się skończy, dlatego pozostał nam po tej sprawie niesmak” – podsumował prezes PZN.

Tajner chwali Doleżala za zmiany wprowadzone w pracy sztabów szkoleniowych wszystkich reprezentacji, ale dopiero wyniki konkursów w Wiśle zweryfikują jego opinie.

 

Ryoyu Kobayashi pierwszy przy kasie

Najwięcej w tym sezonie zarobił triumfator Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi – 228 733 franków szwajcarskich. Kamil Stoch na liście płac FIS z kwotą 144 600 franków jest trzeci.

Za turniej w Norwegii, który odbywał się na skoczniach w Oslo, Lillehammer, Trondheim i mamucie w Vikersund (cztery konkursy indywidualne i dwa drużynowe), Japończyk otrzymał nagrodę dodatkową w postaci 60 tysięcy euro. Wcześniej dodatkowym bonusem został nagrodzony za triumf w Turnieju Czterech Skoczni (20 tys. franków szwajcarskich). W rywalizacji PŚ zarobił ponadto 228 733 franków (około 869 tys. złotych). Drugie miejsce na liście płac zajmuje Austriak Stefan Kraft (177 800 franków). Kamil Stoch w 34 konkursach zarobił 144 600 franków (ok. 549 500 zł). Za nim na liście płac plasują się dwaj Polacy – Piotr Żyła (124 350 franków) i Dawid Kubacki (116 300 franków). Czołowa czwórka najlepiej zarabiających zawodników to także najlepsi skoczkowie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Pozostali skoczkowie kadry Stefana Horngachera zarobili już znacznie mniej – Jakub Wolny zainkasował 43 400 franków premii (ok. 165 000 zł), Maciej Kot 6950 franków (ok. 26 500 zł), Stefan Hula 6900 franków (ok. 26 000), a Paweł Wąsek zaledwie 400 franków (ok. 1500 zł).

Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) za pierwsze miejsce w konkursie indywidualnym wypłaca premię w wysokości 10 tys. franków szwajcarskich, za drugie osiem tysięcy, a za trzecie sześć tysięcy. Ostatnią, 30. lokatę w serii finałowej FIS wycenia na 100 franków. Triumf w drużynie to 7500 franków. Nie są to wygórowane stawki w porównaniu choćby z narciarstwem alpejskim. Za każde zwycięstwo na stoku FIS płaci 45 tys. franków szwajcarskich.

 

Skoczkowie bez medalu

W sobotnim konkursie indywidualnym nasi reprezentanci wypadli poniżej oczekiwań. Najlepszy z nich, Kamil Stoch, zajął dopiero piąte miejsce. Niedzielny konkurs drużynowy miał poprawić nam humory. Nie poprawił. Biało-czerwoni zajęli dopiero czwartą lokatę.

Znakomita postawa naszych skoczków w Pucharze Świata dawała mocne podstawy do snucia medalowych planów w tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld. Dla kibiców sportów zimowych było oczywiste, że jeśli w Austrii biało-czerwoni wywalczą jakiś krążek, to zrobią to wyłącznie skoczkowie. W biegach narciarskich i kombinacji norweskiej nie było na to żadnych szans, chociaż w sztafecie drużynowej swój start zapowiedziała Justyna Kowalczyk.

Starczyło sił na 10. miejsce

W niedzielny poranek odbyła się rywalizacja w sprincie drużynowym. Dla Justyny Kowalczyk udział w tych zawodach był powrotem do zmagań z najlepszymi zawodniczkami na świecie ze sportowej emerytury. Jej partnerką była utalentowana juniorka Monika Skinder. W pierwszym biegu na liście startowej znalazły się reprezentantki Norwegii, Szwecji, Finlandii, Niemiec, Włoch, Kanady, Kazachstanu, Słowacji i Wielkiej Brytanii. W drugim biegu półfinałowym oprócz reprezentantek Polski na liście startowej znalazły się Amerykanki, Rosjanki, Szwajcarki, Słowenki, Białorusinki, Ukrainki, Czeszki, Chinki i Tajki.

Na pierwszej zmianie pobiegła Kowalczyk. Najbardziej utytułowana polska biegaczka w historii wyprowadziła nasz zespół na prowadzenie. Skinder na drugiej zmianie przybiegła już jednak jako trzecia, ale jej strata do najlepszych nie była jeszcze dużą. Biegnąca na piątej zmianie Kowalczyk utrzymała piątą lokatę, a Skinder powtórzyła wyczyn swojej trenerki i tak oto Polki awansowały do finału. Z przedostatnim czasem w dziesięciozespołowej stawce, więc nikt na medale nie liczył. Nawet nasza „Królowa zimy” uczciwie przyznawała, że będzie zachwycona jeśli wywalczą ósma lokatę.

Ostatecznie w finale sprintu drużynowego techniką klasyczną Kowalczyk i Skinder zajęły ostatnie, dziesiąte. Po fantastycznym finiszu wygrały Szwedki (Stina Nilsson, Maja Dahlqvist), przed Słowenkami (Katja Visnar, Anamarija Lampic) i Norweżkami (Ingvild Flugstad Oestberg, Maiken Caspersen Falla). Kolejne miejsca zajęły Rosjanki, Amerykanki, Niemki, Finki, Szwajcarki i Białorusinki. Biegnąca na ostatniej zmianie 18-letnia Skinder minęła linię mety z ogromną stratą nawet do przedostatnich Białorusinek, ale biorąc pod uwagę, że dla niej był to pierwszy finał mistrzostw świata, to już samo miejsce wśród najlepszych duetów można uznać za sukces. Naszym biegaczom, Dominik owi Buremu i Maciejowi Starędze, nie udało się nawet przebrnąć do półfinału. Sprint drużynowy mężczyzn wygrali Finowie Emil Iversen i Johannes Hoesflot Klaebo. Na podium stanęli jeszcze Rosjanie i Włosi.

Cała nadzieja w skoczkach

Nic zatem dziwnego, że fani sportów zimowych z niecierpliwością czekali na zaplanowany na niedzielne popołudnie konkurs drużynowy w skokach narciarskich. Ale i z uzasadnionym niepokojem, bowiem dzień wcześniej nasi skoczkowie nie zachwycili w konkursie indywidualnym na dużej skoczni. Mistrzostwo świata na tym obiekcie wywalczył Markus Eisenbichler. Niemiec, który był drugi po pierwszej serii, wyprzedził swojego rodaka Karla Geigera oraz rewelacyjnie skaczącego ostatnio Szwajcara Killiana Peiera. Kamil Stoch zdołał awansować o dwa miejsca, ale ostatecznie zajął piątą lokatę. Po wnikliwej analizie pojawiły się jednak wątpliwości, czy sędziowie nie skrzywdzili trzykrotnego mistrza olimpijskiego, odbierając mu przy pomiarze odległości półtora metra oraz przy wyliczaniu współczynników za wiatr. Gdyby skoki naszego najlepszego skoczka oceniono rzetelnie, mógłby wywalczyć nawet srebrny medal. Podobne pretensje mógł mieć też lider Pucharu Świata Japończyk Ryoyu Kobayashi, którego też jurorzy skrzywdzili w ocenach.

Pozostali polscy skoczkowie nawet nie zbliżyli się do podium. Dawid Kubacki był 12., Piotr Żyła zajął odległą 19. lokatę, a Jakub Wolny nie zakwalifikował się nawet do serii finałowej i zakończył rywalizację na 40. miejscu. Słaby występ kosztował go utratę miejsce w kadrze na niedzielny konkurs drużynowy. Wolnego zastąpił Stefan Hula. Jak się później okazało nie była to fortunna zmiana. Dwa lata temu w Lahti mistrzostwo świata na dużej skoczni zdobył Austriak Stefan Kraft przed Niemcem Andreasem Wellingerem, a Piotr Żyła wywalczył brązowy medal. W tym roku w Seefeld żaden z nich nie powtórzył tych wyników.

Pół drużyny zawiodło

Dla polskich kibiców niepokojące było także to, że po zsumowaniu wyników w konkursie indywidualnym nasz kwartet nie zmieścił się jako drużyna w czołowej trójce, a to nie była dobra wiadomość przed niedzielnym konkursem drużynowym. Już po pierwszej serii stało się jasne, że biało-czerwoni nie obronią mistrzowskiego tytułu zdobytego dwa lata temu w Lahti. Skaczący poprawnie, ale znacznie poniżej swoich możliwości oraz słabiej na tle najlepszych rywali Dawid Kubacki i Kamil Stoch nie byli w stanie nadrobić strat w punktacji, jakie poczynili startujący na dwóch pierwszych zmianach Piotr Żyła i zwłaszcza Stefan Hula. Przed drugą serią nasza drużyna zajmowała dopiero czwarte miejsce, a na domiar złego Żyła zaliczył jeszcze słabszy skok niż w pierwszej próbie, a Hula poprawił się tylko nieznacznie. Kubacki i Stoch mogli już powalczyć jedynie o brązowy medal z Japończykami, bo Niemcy i Austriacy byli już poza zasięgiem. Niestety, 126,5 m Kubackiego i 122,5 m Stocha starczyły na utrzymanie tylko 4. miejsca. Kiedyś byłby to sukces, dzisiaj taki wynik to klęska.