Po co nam szkoła?

„Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać” – mówi prof. Łukasz Turski, fizyk i popularyzator nauki w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Jest pan zaskoczony, że doszło do strajku nauczycieli?
ŁUKASZ TURSKI: Nie jestem zaskoczony. Mam wręcz wrażenie, że ten strajk odgrywa jakąś rolę w planach politycznych obecnie kandydujących do Parlamentu Europejskiego. Przyznam jednak, szczerze mówiąc, że nie za bardzo mnie to interesuje. Uważam, że w poniedziałek o 8.00 rano to nie nauczyciele, młodzież szkolna, ale społeczeństwo w Polsce przystąpiło do niezwykle ważnego egzaminu. Jest on znacznie ważniejszy, niż ten, który miał się zacząć za kilka dni na odpowiednim poziomie szkoły. To egzamin z tego, czy społeczeństwo w Polsce, po iluś latach przemian cywilizacyjnych od 1989 roku, rozumie, czym jest przyszłość kraju. Nauczycielski zryw, którego tematyka ma powód finansowy, jest związany z tym, że regulacje prawne ograniczają możliwość strajkowania, np. dlatego, że są złe programy szkolne. Trudno sobie wyobrazić podniesienie strajku dlatego, że w programie fizyki dla szkół podstawowych nie ma praw Keplera. Ale my w tej chwili mamy postawione ważne pytanie: czy społeczeństwo w Polsce chce mieć dobrą szkołę i czy rozumie, czym we współczesnym świecie szkoła jest? Bardzo bym chciał, abyśmy tego testu nie oblali.

Czyli wspiera Pan nauczycieli w proteście?
Niezależnie od wyniku strajku powinniśmy rozpocząć ogólnonarodową debatę na temat tego, co zrobić ze szkolnictwem powszechnym. Może w końcu zaczniemy dyskutować nad sensem robienia fragmentarycznych przemian w przedszkolach, szkołach, w szkolnictwie wyższym, zamiast zorientowanej na postęp jednolitej struktury edukacyjnej, która zaczyna się, gdy się rodzimy, a kończy, gdy wyłączą nam respirator. To jest pytanie, którego w ogóle w dyskusji przed tym strajkiem nie postawiono.
Wygodniej było sprowadzić dyskusję do tego, czy dać nauczycielom 1000 zł, czy 30 proc., czy 15 proc., ile godzin mają pracować, czy szkoła ma mieć gimnazja, czy nie. To są drugorzędne rzeczy. Pytanie podstawowe brzmi: po co nam szkoła? Czy po to, aby jak w XIX wieku w Prusach wyhodować karnych, posłusznych wykonawców poleceń struktury administracyjnej, zwanej państwem, która jest nadrzędna nad społeczeństwem i ludźmi, czy chcemy, żeby szkoły były miejscem, gdzie naturalne i wrodzone talenty każdego dziecka zostaną rozwinięte, a potem abyśmy umieli wykorzystać te talenty dla wspólnego dobra.
Skoro już ten strajk się wydarzył i w sposób oczywisty, jak każdy strajk, wywołuje pewne komplikacje, nie ma co udawać, że jest inaczej, ale to moment, abyśmy się zastanowili nad tym, co ważne. Bo tak naprawdę nie jest istotne to, czy i ile sprzedamy malin, kto pozbiera jabłka i czy na tucznika należy dać 100 zł, co już jest kuriozalne. Mówienie takich słów na kilkadziesiąt godzin przed strajkiem nauczycieli jest niczym kabaret.

Pana zdaniem nauczyciele powinni zarabiać 1000 zł więcej?
Zawód nauczyciela ulega gigantycznej przemianie. Nie ma drugiego takiego zawodu, który uległby takiej zmianie. Mamy sporo zawodów, które zniknęły, ale drugiego takiego, który tak bardzo się zmienił, nie ma. Ta przemiana jest niezwykle trudna, a my jako społeczeństwo im tego nie ułatwiamy, podobnie media, które głównie zajmowały się tą merkantylną stroną zagadnienia. Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać.
Z raportu przygotowanego przez minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz wynika, że po zmianach programowych minister Anny Zalewskiej szkoła uczy jeszcze gorzej, stawia na wykutą wiedzę i posłuszeństwo zamiast na kreatywność i współpracę.
Poprzednia reforma związana z nazwiskiem pana prof. Mirosława Handkego była reformą, która niewątpliwie nie była wprowadzona całkiem dobrze, ale miała jasno postawiony cel i podjęto próbę zrealizowania go. Tylko to był cel postawiony w XX w., w XXI w. wszystko się zmieniło, a świat podległ ogromnej przemianie.
Reforma, programy i sposób uczenia, który był wprowadzony przez minister Zalewską, odbiega totalnie od rzeczywistości. W ogóle reformowanie szkoły to niezwykle trudne zagadnienie, i na pewno nie chodzi o kwestię administracyjną – tu nie chodzi o to, ile klas na jakim poziomie, tylko czy mamy szkolić, czy edukować.
Reforma pani Zalewskiej nawet nie dostrzega problemów, które powstały w XX wieku. To próba powrotu do szkoły, nawet nie z XX wielu, ponieważ uczy dzieci w archaiczny sposób werbalnych rzeczy, nie ucząc tego wszystkiego, co dziś jest potrzebne: zespołowej pracy, rozwiązywania problemów społecznych, tolerancji. Kiedy ujawniono nową podstawę programową, wiele osób, w tym ja, napisaliśmy negatywne recenzje tych programów i nikt się tym nie przejął, co w pewien sposób oczywiste, bo autorzy tej reformy nie mieli na celu postępu społeczeństwa. Mieli inny cel i szczerze powiem, że nie jestem sobie w stanie ułożyć w głowie, co tym celem było.

Co w takim razie powinno się stać albo co powinniśmy zrobić my jako społeczeństwo?
W różnych miejscach w Polsce odbywają się obecnie takie spotkania „NOE”, gdzie odbywają się dyskusje o edukacji, które są organizowane lokalnie przez nauczycieli. To są drobne spotkania, gdzie ludzie dyskutują o edukacji. To pomysł m.in. pana Jakuba Wygnańskiego. Uważam, że to wspaniały ruch i daje możliwość zastanowić się, jak nasza szkoła powinna wyglądać.
Jedną z krytyk tego strajku jest pytanie, co rodzice mają zrobić z dziećmi. To także należy zmienić w kontekście współdziałania szkoły i rodzica. To nie może być tak, że dzieci siedzą w szkole od 7.30 najlepiej do 19.30, bo rodzic chce jeszcze wyskoczyć na siłownię po pracy. Edukacja musi być wspólnym działaniem w ramach nowej organizacji społecznej, w której inna jest rola nauczycieli, inna rodzica, dziadków itp. To musi być nowa struktura społeczna, która powstanie i która będzie nas przygotowywać do tego, co w przyszłości, kiedy czekać nas będą gigantyczne wyzwania.
Nie wiem, czy w historii człowiek stał przed takimi wyzwaniami. Mamy problem energetyczny, związany z nim problem klimatu, wykańczania się zasobów naturalnych, i to nie tylko tych, o których mówimy od dawna, ale także tych związanych z tzw. zieloną energią, np. bardzo rzadkich pierwiastków, których mamy niewiele na kuli ziemskiej, bo tak ten wszechświat jest skonstruowany.

Panie profesorze, wróćmy do strajku nauczycieli i roli związków zawodowych, jaką odgrywają. Rozumie pan zachowanie „Solidarności”?
To bardzo przykre. Chcę podkreślić, że nigdy nie byłem działaczem związkowym. Natomiast jednym z efektów przemiany cywilizacyjnej, wracam do tego, bo to clou całej sprawy, jest to, że zniknęła wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Jak łatwo było w czasach „Solidarności”, aby strajkowały wielkie zakłady metalowe zamiast szpitali, dzisiaj tego nie ma, bo struktura pracy została zmieniona właśnie przez tę reformę cywilizacji. W związku z tym duże grupy zatrudnionych są w tzw. budżetówce: nauczyciele, lekarze, pracownicy sądów itp.
Rozumiem, że związki zawodowe nie potrafią odnaleźć się w tej roli, a związek „Solidarność” to chyba już tylko z nazwy jest związkiem zawodowym, który jest niezależny i niezawisły. Natomiast to polityczny aspekt tego strajku, a ja cały czas próbuję pokazać, jak ważne jest to, abyśmy stworzyli wielki społeczny ruch, który przemyśli, jak ma wyglądać nowa szkoła.

Mam tu niestety wątpliwości. Mówił pan m.in. o tolerancji. Jeżeli w Warszawie prezydent Trzaskowski chce wprowadzać lekcje o tolerancji i podpisuje deklarację LGBT, a przed ratuszem protestujący krzyczą „Stop seksualizacji dzieci”, to wątpię w szanse wypracowania nowoczesnej wizji edukacji.
Ale dlaczego się tak dzieje?! To wynika z tego, że ci ludzie nie wiedza, o czym mówią. Mamy strasznie źle wykształcone społeczeństwo. Zachłysnęliśmy się wskaźnikami skolaryzacji, tym, że wszyscy mają papiery, ale to, że człowiek ma taki czy inny tytuł, wcale nie oznacza, że jest wykształcony.
W XIX wieku tę wiedzę przekazywali politycy, którzy pracowali nad edukacją naszego społeczeństwa. Proszę zwrócić uwagę, że dziś nikt nie chce już mówić czy nie pamięta o takich jak Limanowski czy partia socjalistyczna z lat sprzed odzyskania niepodległości w 1918 roku, która pracowała nad podniesieniem wykształcenia u ludzi. Dziś myśmy to odpuścili i dlatego jest sporo tych, którzy przychodzą przed ratusz i opowiadają banialuki, że wychowanie w tolerancji dla ludzi o innych poglądach, upodobaniach kulturalnych, estetycznych, seksualnych to jest seksualizacja. To jakiś absurd. Tych ludzi nikt nie nauczył, dano im tylko dyplomy, ale to nie oznacza wiedzy, a to po części wina naszego systemu edukacyjnego.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Milczenie premiera to policzek dla nauczycieli

„Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji niezwykle palącej dla 700 tys. nauczycieli i wobec uczniów” – mówi posłanka Krystyna Łybacka w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne spotkanie w Centrum „Dialog” nauczycieli z rządem bez rezultatu. Obie strony deklarują, że są gotowe do rozmów, ale wicepremier Szydło jeszcze przed ich rozpoczęciem zapowiedziała, że nie ma żadnej nowej oferty od rządu. Po co zatem to spotkanie?
KRYSTYNA ŁYBACKA: Rzeczywiście to pytanie jest zasadne, ale jednocześnie bardzo otwarte, tym bardziej, że propozycja rządu, która została przedstawiona w piątek, mówiąca o tym, że do 2023 roku będą podwyżki, ale połączone ze zmianą pensum, jest propozycją, która tak naprawdę obraża nauczycieli. Podam jeden przykład, niezwykle ważny w całej nauczycielskiej grupie: zaledwie 7 proc. nauczycieli to stażyści. To niezwykle groźna sytuacja, bo tak niewielka liczba młodych nauczycieli nie zapewnia naturalnej odnowy zawodowej, ale również każe zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie nie chcą do tego zawodu pójść. Stażysta dostaje w tej chwili brutto 2500 tys., mając pensum 18 godzin. Bedzie dostawał 750 zł więcej, czyli 3250, ale z pensum 24. W tej chwili przy tym pensum godzina pracy stażysty wynosi 34 zł i 7 gr. Przy nowym pensum i nowym wynagrodzeniu według propozycji rządu to będzie 32,50 zł, a więc mniej. Czy to jest propozycja poważna w tak trudnej sytuacji, która jest właściwie pożarem? Domyślam się, że rząd czekał do poniedziałku, żeby przekonać się, jaka jest skala determinacji nauczycieli i jak ten protest będzie wyglądać. Mówiąc krótko, liczył na to, że być może tylko jakaś część placówek będzie strajkować, udało się z protestu wyłączyć „Solidarność”, tymczasem okazało się, że nastąpiło nowe zjawisko, chyba jedyne pozytywne w całym tym bardzo złym momencie – absolutna integracja środowiska. Wczoraj, tu w Poznaniu, nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest z „Solidarności”, czy z OPZZ, czy ZNP, czy niezrzeszony. Strajkowało ponad 80 proc. szkół ramię w ramię. Wczoraj rząd otrzymał odpowiedź na swoje oczekiwania co do skali i chcę przekazać rządowi, że czasami ktoś zdesperowany ma ogromny zapas sił, a taka jest dziś sytuacja nauczycieli.

Dotknęła pani ważnego aspektu, o którym mówi się coraz częściej przy okazji tego strajku, że czas aby zastanowić się, jak ma wyglądać oświata w XXI wieku i jaką rolę ma w niej do spełnienia nauczyciel, ale najpierw chciałabym zapytać, czy rząd nie dąży do konfliktu z nauczycielami i eskalacji strajku, bo chce nauczycieli obciążyć chaosem wywołanym przez tzw. reformę edukacji minister Zalewskiej?
To chyba nie jest już nawet hipoteza, bo zachowanie rządu zdaje się to potwierdzać. Rząd z jednej strony liczył, że skala protestu będzie mniejsza, z drugiej przecież rozpoczął ogromną akcję skonfliktowania nauczycieli i rodziców. Przecież szkoła, jeżeli ma działać dobrze, musi być triadą: rodzice, nauczyciele, dzieci. Jakikolwiek wyłom w tej trójce powoduje zaburzenie w działaniu szkoły. To jest drugi element, którzy rządowi się nie sprawdził w założeniach, bo większość rodziców, przy ogromnych kłopotach, jakie niesie za sobą ta sytuacja, jednak wyraża solidarność i wsparcie dla nauczycieli. Także znacząca cześć uczniów, którzy potrafią już samodzielnie myśleć, wie doskonale, że ich nauczyciele zarabiają za mało. Dziś słyszałam o sytuacji, że w jednej z warszawskich szkół jest klasa tzw. legionistów – młodych trampkarzy, czyli piłkarzy Legii. Oni już mają drobne kontrakty klubowe, uczestniczą w rozgrywkach, część z nich nawet w młodzieżowych meczach, i proszę sobie wyobrazić, że zarabiają więcej, niż ich nauczyciele. Jak ma się czuć nauczyciel? To też dowodzi, jak bardzo niedofinansowana jest ta grupa, czy wręcz upokarzana.
Przede wszystkim nie brano pod uwagę głosów nauczycieli, gdy wprowadzano reformę, a przestrzegali oni przed kumulacją roczników, przed zbyt pośpiesznie skonstruowaną podstawą programową, przestrzegali przed przepełnionym programem. To są też problemy, z którymi zmagają się rodzice. Zatem skala protestu i emocji, która występuje, to nie jest tylko kwestia podwyżek, tylko traktowania całego środowiska przez rządzących.
Wracając do pani pytania, czy nie powinniśmy dyskutować szerzej o oświacie w Polsce. Oczywiście, że powinniśmy. Ja od co najmniej 10 lat apeluję o edukacyjny okrągły stół. Myślę, że takim animatorem mógłby być prezydent, oczywiście pozbawiony barw partyjnych. Niech usiądą przy nim nauczyciele, naukowcy, eksperci, politycy, rodzicie i wydyskutujmy na kilkanaście, a najlepiej i więcej lat model naszej edukacji. On oczywiście będzie musiał ulegać korektom, bo życie jest dynamiczne, a szkoła nie może być wyizolowana, ale zasadnicze zręby systemu ustalmy razem. Nauczyciel musi wiedzieć, że jak się zmienia rząd i minister, to nagle nie zmienia się wszystko w oświacie.

Czy zatem prezydent Andrzej Duda mógłby taki okrągły stół oświaty zorganizować?
Bardzo bym sobie tego życzyła i bardzo bym chciała, żeby go było stać na coś takiego, ale słyszałam wczoraj pewną ekwilibrystykę z ust pana prezydenta, który powiedział, że wspiera nauczycieli, ale każe im pracować za obecną pensję, więc niekoniecznie taka postawa upoważnia go do zwołania takiego okrągłego stołu. Po cichu liczę na małżonkę pana prezydenta, w końcu z zawodu to nauczyciel.

Jak ocenia pani pomysł mediatora? ZNP zaproponował RPO, ale wiadomo, że Adam Bodnar stoi „kością w gardle” rządzącej większości, więc chyba ten pomysł nie przejdzie. Ale czy mediator mógłby pomóc?
Myślę, że to dobry pomysł, bo w sytuacjach trudnych, które wymagają gaszenia pożarów, a z taką mamy do czynienia, wejście mediatora jest zawsze pozytywne. Pytanie jest tylko jedno, a próba poszukania odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas do bardzo trudnej i smutnej konstatacji. Mediatorem powinna zostać osoba, która cieszy się powszechnym autorytetem. Proszę zobaczyć, jaką mamy scenę polityczną, na której bardzo trudno jest znaleźć osobę, która cieszy się niekwestionowanym autorytetem, której nie będzie się próbować przypisać afiliacji takiej czy innej opcji politycznej i która będzie gwarantowała, że dwie strony będą mogły porozumieć się. W tym kontekście bardzo mnie martwi milczenie premiera, bo premier ma na razie czystą kartę, bo nie włączał się w te rozmowy. Na miejscu premiera pokazałabym, że potrafię taki konflikt rozwiązać; usiadłabym do stołu i próbowała osiągnąć kompromis, bo to zawsze jest niezbędne w takich sytuacjach.
Premier powinien zaproponować, aby strony spotkały się, może nie w połowie, bo na to nie pójdzie strona związkowa, ale powiedzmy w 3/4 drogi i potem dalej pracowali nad systemem.
Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji, która dotyczy 700 tys. nauczycieli i kilkunastu milionów uczniów.

Dlaczego rząd nie chce dać 1000 zł nauczycielom? Rozumie to pani?
To już nawet nie jest kwestia 1000, bo nauczyciele już 3 razy łagodzili swoje postulaty. Teraz to już tylko 960 zł tylko dla nauczycieli dyplomowanych i to w dwóch transzach. Naprawdę związki ustąpiły już ze swojego pierwotnego stanowiska i pokazały chęć do kompromisu. Mogę jeszcze zrozumieć, że rząd trwał w uporze do poniedziałku, ale gdy poznał skalę protestu, powinien zrozumieć, że nie ma już czasu na igranie z tym środowiskiem.

Rząd znajduje pieniądze na kolejne „piątki”, a dla nauczycieli nie…
Te kolejne „piątki” skomentuję w ten sposób: piątka Kaczyńskiego, piątka Morawieckiego i jedynka nauczycieli dla rządu.
(…)
Wiem, że dyrektorzy stają na przysłowiowej głowie czy rzęsach, żeby zagwarantować komisję. Najczęściej sięgają po katechetów bądź emerytowanych nauczycieli, więc zobaczymy, jak to będzie. Na tę chwilę ogromny apel do premiera – proszę nie lekceważyć tej sytuacji.
Czekają nas bardzo trudne dni. Miarą odpowiedzialności rządzących jest być może powiedzenie, że nie dostrzegliśmy w porę problemu, może przeoczyliśmy coś, ale dla nas najważniejsi są nasi uczniowie, dostrzegamy również problemy rodziców, szanujemy nauczycieli, w związku z tym nie jest wstydem przyznać się do błędu. Głupotą jest w błędzie trwać.

Flaczki tygodnia

„Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”. Tak brzmi siódmy z 21 Postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1981 roku. Tablice z 21 Postulatami uważane są za Dekalog NSZZ „Solidarności”. Fundament założycielski wszystkich partii odwołujących się do etosu, powstałego po sierpniowych strajkach 1980 roku, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

I dlatego kiedy dzisiaj pan prezes Kaczyński, pan premier Morawiecki i inni prominenci PiS z mściwą satysfakcją ogłaszają, że rząd pana prezesa Kaczyńskiego nie zapłaci nauczycielom za strajk, to wszyscy oni stają tam, gdzie w sierpniu 1980 roku stało ZOMO.

„Flaczki Tygodnia” szarmancko witają pana prezesa Kaczyńskiego w szeregach neo-ZOMO. Tylko nie wiedzą, co na to stare ZOMO. Czy ono zechce stać przy takich antypolskich, antypracowniczych i antyzwiązkowych kreaturach?

Pan Piotr Zaremba to kwiat prawicowej, pro-PiSowskiej publicystyki. Został Miss Dziennikarskiej Wazeliny, za wyjątkowo lizusowską laudację wygłoszoną dwa lata temu w imieniu prawicowego, prorządowego tygodnika „Sieci” na cześć pana prezesa Kaczyńskiego z okazji wręczania mu nagrody „Człowiek Wolności”.

Z drugiej strony pan redaktor Piotr Zaremba to też utalentowany dziennikarz. W „Dzienniku Gazeta Prawna” opublikował w zeszły piątek artykuł pod jednoznacznie brzmiącym tytułem „Protest nauczycieli to porażka rządu”.

Zaczął po bożemu „Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987-1991, pewnie bym nie strajkował./…/ Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. /…/ Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnej sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza”.

Taka doraźna polityka pana prezesa Kaczyńskiego długofalowo zaszkodzi nie tylko polskiej prawicy. Także polskiej edukacji, rozwojowi polskiego społeczeństwa. Pisze o tym pan redaktor Zaremba. Posobnie pisał o tym w „Trybunie” redaktor Piotr Gadzinowski.

Na koniec swego odważnego artykułu pan redaktor Zaremba pisze, że choć ten rząd zapewne nie ustąpi i zmusi nauczycieli do powrotu do pracy szczując na nich swe media i wyborców PiS, to tak przymuszeni nauczyciele „nie staną się przyjaciółmi tego rządu, formacji ani sposobu myślenia. Fryderyk Wielki opowiadał w XVIII w., że to pruski nauczyciel wygrywał mu wojny. Otóż bądźcie pewni, panie i panowie z prawicy, że polski nauczyciel w rok, dwa nie wygra niczego, ale będzie pracował, abyście nie wygrali już żadnej bitwy. Z czego przy swoich poglądach bynajmniej się nie cieszę. Możecie się upajać antyinteligenckim przekazem: nie dajemy nauczycielom, dajemy rolnikom na bydło. Wiem, że z innych pieniędzy, ale symbolika tego zderzenia była porażająca. Tak się nie buduje trwałych państwowych i obywatelskich wartości”.

Pan redaktor Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zwany przez prawicowych dziennikarzy „Sakwą”, z powodu talentu w załatwiania sobie pieniędzy, opublikował w swej gazecie manifest zatytułowany „Kwestia honoru”. Pisze on: „Drugą obietnicą w sprawie Smoleńska było wyjaśnienie przyczyn tragedii. Rok temu komisja państwowa kierowana przez Antoniego Macierewicza opublikowała raport techniczny./…/ Jednak sprawa zakończona nie jest. Nie ma raportu końcowego, a szansa na ukaranie winnych jest niewielka. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to to, by obóz władzy poróżnił się z powodu tragedii smoleńskiej. Ale odpuścić sprawy nie można. Ta rzecz ma charakter zasadniczy. Amerykanie do dzisiaj każdego 11 września czczą ofiary World Trade Center. Winnych tragedii po prostu zlikwidowali. Trwało to całe lata. Polska też potrzebuje czasu, by sprawiedliwości stało się zadość. Podejrzewam, że główny odpowiedzialny czuje się bezkarnie. Ale i na niego przyjdzie czas.”

Kim jest ten „główny odpowiedzialny”, pan redaktor Sakiewicz nie dopisał. Ale znając dorobek pana Macierewicza można wytypować dwie osoby. Przewodniczącego Donalda Tuska i prezydenta Włodzimierza Putina.

Przewodniczący Tusk już może się bać. Zwłaszcza po faszystowsko brzmiącym przemówieniu pana senatora PiS Grzegorza Biereckiego wzywającego, podczas uroczystości upamiętniającej katastrofę smoleńską, do oczyszczenia polskiej wspólnoty narodowej z niegodnych jej ludzi. Książki palą już w Polsce ludzie godni „polskiej wspólnoty narodowej”. Czemu nie mogliby sięgnąć po nowy materiał na rozpałkę?

Czy prezydent Putin może się bać długich, mściwych rąk pana redaktora Sakiewicza? Czy poci się ze strachu na dźwięk „Sakwa idzie!”?

Na razie pan premier Morawiecki nie wpuścił rosyjskiego okrętu żaglowego „Siedow” na wody terytorialne naszego kraju. Bo na jego pokładzie znajduje się 70 kursantów z Kerczeńskiego Państwowego Morskiego Uniwersytetu Technologicznego z okupowanego Krymu. Zapewne nie wszyscy kursanci z Kercza mieszkają na Krymie. Na „Siedowie” jest ponad 300 kursantów z różnych uczelni. Czy pan premier będzie konsekwentny i zakaże też wpuszczania do polskiej przestrzeni powietrznej każdego samolotu z mieszkańcem Krymu na pokładzie? Każdego pociągu, autobusu, samochodu, balonu?

Tymczasem mieszkańcy Powidza, gdzie powstaje magazyn uzbrojenia NATO, skarżą się, że Amerykanie zachowują się jak szarańcza. Wojskowi wycięli wielkie połacie lasu, także z Natura 2000, ciężkie transporty blokują i rozjeżdżają lokalne drogi, podatków nie płacą, a kanalizacja ledwo wytrzymuje napór nowych ścieków. I powódź amerykańskiego gówna wylewa się na Powidz.
Wcześniej mieszkańcy Powidza liczyli na korzyści z bazy. Na razie zarobiły pensjonaty, goszcząc polskie ekipy budowlane. Może zarobią panienki, jeśli sojusznicy będą im płacić, a nie tylko je gwałcić. Ale to cena wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa zagrożonego ponoć Rosją i wypełnienia sojuszniczych zobowiązań wobec USA.

No i mamy kolejnego wroga. To waluta euro, która też chce się podstępnie wedrzeć do Polski. Jak sieroty syryjskie, geje i lesbijki, europejscy sędziowie. Dlatego pan prezes Kaczyński nie pozwoli aby polscy nauczyciele zarabiali w euro.

Za to nikt z PiS nie zabrania polskim nauczycielom, aby mieli przynajmniej trójkę dzieci, sześć krów i tuzin świniaków. Tylko tak przegonimy Włochy, Hiszpanię, i kiedyś też Niemcy.

Jestem po stronie nauczycieli

W trakcie wywiadu dla telewizji internetowej „Studio w Szczecinie.pl” zapytał mnie dziennikarz, kiedy zakończy się strajk nauczycieli?

Odpowiedź nie jest prosta. Krzyżujące się komunikaty Min. Edukacji Narodowej i ZNP nie dają nadziei, że stanie się to szybko. Na razie niby nic groźnego się nie dzieje – egzamin gimnazjalny jakoś się odbył, poważniejszych zakłóceń nie odnotowano. To jednak nie znaczy, że problemy znikają, przeciwnie one narastają. Zarówno w warstwie psychologicznej – w postaci determinacji obu stron, jak i techniczne. Rozpoczęły się egzaminy ośmioklasistów, potem będą matury, a wraz z nimi specyficzny kalendarz, którego przestrzeganie warunkuje prawidłowość samego egzaminu.
To wszystko skłania, by na pytanie: kiedy to się skończy, odpowiedzieć: wtedy, gdy rząd dobrze wsłucha się w postulaty protestujących.
Za 2,5 tys. miesięcznie nie da się opłacić mieszkania i mediów, porządnie zjeść, porządnie się ubrać i jeszcze zadbać o swój rozwój intelektualny poprzez regularne, czynne uczestnictwo w życiu kulturalnym i społecznym. To znaczy – można, ale na kiepskim poziomie, a więc i z byle jakimi efektami. To jest niestety dramat. Nie chciałbym żyć za 2,5 tys. złotych… Chociaż jako młody naukowiec zarabiałem na początku 1050 zł., ale to było dawno, dawno temu i w zupełnie innym świecie. Martwię się więc, bo problemy nauczycieli i szkoły nawarstwiają się. Potrzebne jest porozumienie, bo może być
tylko gorzej.
Piłka jest jednak zdecydowanie po stronie rządu. Zapóźnienia są widoczne gołym okiem. Nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie około 3,4 tys. zł brutto. W 2000 roku zarabiał 1,5 tys. zł. brutto. Przez 20 lat więc zyskał 1,9 tys. zł podwyżki.
Nauczyciel stażysta zarabia nieco ponad pensję minimalną – 1,7-1,8 tys. zł. na rękę.
Co niejednego zaskoczy, największą podwyżkę otrzymali nauczyciele za rządów SLD-UP-PSL – 30 proc. Koalicja PiS, Samoobrona i LPR (2005 – 2007) podniosła nauczycielskie pensje o 8 proc. Nauczyciele zarabiali wówczas 2,3 tys. zł.
Koalicja PO-PSL zwiększyła te wynagrodzenia do około 3,1 tys. zł. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość (od 2015 do 2019) podwyższyło wynagrodzenie nauczycieli dyplomowanych o 12 proc. – z 3109 zł do 3483 zł. (za Polskie Radio 24 – BL)
Teraz wicepremier Beata Szydło zaproponowała nauczycielom podwyżki w zamian za stopniowe zwiększanie pensum, czyli liczby godzin pracy przy tablicy. Oni uważają, że to zdecydowanie za mało.
Jak więc wyglądają zarobki polskich nauczycieli na tle zarobków nauczycieli innych krajów UE? Informacje podaję za Business Insider Polska.
Najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu – początkujący może zarobić w szkole średniej ponad 79 tys. dolarów rocznie (292 tys. zł. – wedle kursu średniego NBP z dn. 12.04.). Luksemburski nauczyciel – weteran zarabia nawet 138 tys. dolarów (510 tys. zł.). Na wysokie zarobki mogą również liczyć najbardziej doświadczeni nauczyciele w Szwajcarii (109 tys. dol. – 403 tys. zł.), Niemczech (92 tys. dol. – 340 tys. zł.) i Holandii (84 tys. dol. – 310 tys. zł.)
Doświadczony nauczyciel polski zarabia 26 tys. USD, czyli ok. 96 tys. zł. rocznie. To półtorej premii rocznej, którą przyznała sobie pani premier Szydło.
Z danych OECD (które przytacza Business Insider Polska) wynika też, że z kolei początkujący polski nauczyciel zarobi w ciągu roku tylko około 15 tys. dolarów, czyli ok. 55 tys. zł. To z kolei niecała premia pani premier, która wyniosła, przypomnijmy – 65 tys. zł.
Na koniec proponuję zatrzymać się na chwilę właśnie przy zarobkach początkujących nauczycieli. Nasz zarabia 15 tys. dolarów, a w krajach, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie w Europie, początkujący nauczyciel zarabia dwa – cztery razy więcej. To ma swoje bardzo poważne konsekwencje na przyszłość.
Na przykład nauczyciel duński zarabia trzy raz więcej niż jego wstępujący do zawodu polski kolega. To jednak nie wszystko. Duńczyk ma od ręki otworzony przyjazny kredyt w banku. Pomaga mu też system społecznego wsparcia państwa. Mieszkanie nie stanowi dla niego problemu. Dom nawet. Raty są humanitarne, nie zarzynają go finansowo. Stać go na książki, na teatr, na wyjazd, stać go na stały rozwój zawodowy i osobowościowy. Jego zarobki systematycznie rosną. Jak na warunki duńskie (podatki!) nie są niebotyczne, ale codzienne potrzeby nie spędzają mu snu z powiek. To wszystko przekłada się na wysoką jakość duńskiej szkoły, na poziom absolwentów, na – jak to się mówi – kapitał ludzki… Nauczyciel duński też pracuje dla idei, poświęca się swej pracy, kocha ją, ale w jakże innych okolicznościach.

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.
I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.
Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.
To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.
Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową.
Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.
I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.
A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.
Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.
Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.
Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.
Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…
Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.
Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.
Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.
Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…
W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.
Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.

Po prostu jesteśmy razem

Kinga (imię zmienione) od trzech lat pracuje na pół etatu w świetlicy szkoły podstawowej na peryferiach Opola.  Z wykształcenia jest nauczycielką wychowania fizycznego. Portalowi Strajk opowiada, dlaczego całym sercem popiera strajk środowiska nauczycielskiego. W jej szkole za strajkiem opowiedziało się 98 proc. głosujących.

Dlaczego została Pani nauczycielką?
Miałam być fizjoterapeutką, ale starając się o przyjęcie na studia dostałam się na dwa kierunki. Gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, bez zastanowienia zrezygnowałam z fizjoterapii i zapisałam się na wychowanie fizyczne. Nie potrafię tego wyjaśnić, miałam takie przeczucie.

Nigdy Pani nie żałowała?
Nigdy! Ta praca to dla mnie satysfakcja i spokój. Jestem w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Bo to nie jest tak, że tylko ja uczę czegoś dzieci – ja również uczę się od nich. Przy dzieciach odpoczywam psychicznie.
Dzieci od razu wyłapują fałsz, nie potrafią kłamać. Nic im nie umknie. Są też bardzo wyrozumiałe. Życzę niektórym dorosłym takiej klasy i zachowania w niektórych sytuacjach, jak u dzieci. Od trzech lat nie wyobrażam sobie, bym miała przestać być nauczycielką. Będę chciała udowodnić, że zasługuję na zatrudnienie na stałe, ale co życie pokaże, to zobaczymy. W życiu dorabiałam sobie w wielu miejscach, w hurtowni części samochodowych, sklepach itp. Poradzę sobie. Szkoda by było jednak tych pięciu lat studiów.

Nauczyciel to zawód z misją do tego stopnia, że zdaniem niektórych ta misja ma wręcz zastąpić warunki pracy i podwyżki. Czy widzi Pani to poczucie misji w swoim otoczeniu? Czy sama je Pani czuje?
Tak. Wszyscy musimy uczęszczać do Miejskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli na obowiązkowe kursy dokształcające. I tam działa coś takiego, jak Klub Nauczyciela. To, co zobaczyłam w tym klubie, kompletnie odwróciło mi obraz nauczycieli. Spotkałam niesamowitych ludzi z pasją, którzy organizują szkolenia po godzinach, urządzają rozmaite akcje, projekty i innowacje. Oni żyją tym wszystkim.
Żeby trzymać się pracy w szkole, trzeba mieć charakter. Trzeba mieć w sobie sporo determinacji. Jest wielu młodych, którzy mają pojęcie, chęci i są wspaniałymi ludźmi prywatnie i zawodowo – warto na nich patrzeć i czerpać z nich przykład. Niektórzy się boją, niektórzy pracują na pokaz, ale większość to ludzie z podejściem, z misją – może nie taką, która naprawi świat, ale chociaż uczyni to, co lokalne, trochę lepszym.

Ale nie zawsze taki był Pani obraz nauczycieli?
Miałam inne zdanie, gdy nie pracowałam jako nauczycielka.
Oczywiście, jak w każdym zawodzie są też rutyniarze – tacy, którzy wiele rzeczy się naoglądali i już tylko liczą dni do emerytury. Wydaje mi się, że powinniśmy im ładnie podziękować i zrobić miejsce młodym. Oświata będzie inaczej wyglądała, jeśli wkroczy do niej świeży powiew. A tu jest coraz gorzej – jestem nauczycielką kontraktową i wydłużono mi ścieżkę awansu zawodowego. Aby wejść na kolejny stopień i zbliżyć się do 3000 zł, musiałabym przepracować około 10 lat.

A ile Pani dziś zarabia?
970 zł na rękę za pół etatu. Teraz była drobna podwyżka. Przyznano mi dodatek motywacyjny, który dostałam po dwóch latach pracy.
Nie wiem, skąd niektórym ludziom biorą się te niesamowite kwoty, które rzekomo zarabiamy. W mojej szkole dyrektorka ze wszystkimi dodatkami zarabia może maksymalnie 6000 zł, a prowadzi do tego jeszcze jeden przedmiot i ma wysługę lat.

To przez niskie pensje popiera Pani strajk?
Nie chodzi tylko o podwyżki. Osobiście walczę o wszystko: o zniesienie oceny nauczyciela przez dyrektora, o zmiany w programie nauczania, który uważam za bzdurny. Moje koleżanki czasem nie dowierzają w to, co widzą – w wielu przypadkach nie ma to nic wspólnego z nauczaniem.
Wspieram też strajk dlatego, że moja szkoła to świetne miejsce i robię to dla niej. A jednocześnie czuję, że nie ma już szacunku do nauczycieli. Byli uczniowie nie mówią już nawet nauczycielom „dzień dobry”.
W Pani szkole za strajkiem było 98 proc. głosujących nauczycielek i nauczycieli.
Byłoby 100 proc., ale jedna osoba się wstrzymała i jedna osoba błędnie wypełniła kartę. Taka solidarność napawa nadzieją.

Czuje Pani wokół siebie wzburzenie środowiska?
Tak. Do czego to dzisiaj doszło? Rząd nagle straszy społeczeństwo nauczycielami, to jest nie do pomyślenia. Ja się nie boję tego, że nie dostaję 300 zł podwyżki, mnie bardziej martwi to, co się dzieje między ludźmi, jak skaczą sobie do gardeł.
Na to wszystko idzie przykład z góry. To, co ten rząd wyprawia, woła o pomstę do nieba. Są pieniądze na głupoty, a nie ma na oświatę? W jakim my kraju żyjemy?

Przeciwnicy strajku zarzucają wam, że nie chodzi o żadną poprawę losu nauczycieli, tylko o zwykłe dokopanie PiS-owi?
Absolutnie nie! Ludzie już się w końcu wkurzyli, są naprawdę wściekli. Tu chodzi o prestiż tego zawodu. Nauczyciele chcą robić coś więcej, a nie tylko przeżyć. To nie jest tak, że nauczyciel siedzi 20 lat i nic nie robi. To bzdura.
Nawet jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby i sam się nie dokształca, i tak jest dużo obowiązkowych kursów czy szkoleń organizowanych przez dyrekcję. Szkoła cały czas nam przypomina o tym, że kształcimy się przez całe życie.

PiS sugeruje, że wielu nauczycieli jest pod wpływem ostrej retoryki szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomira Broniarza, i to jego obarcza odpowiedzialnością za strajk. Jemu samemu z kolei przypisuje współpracę z tzw. totalną opozycją.
Ja nawet nie należę do związku zawodowego. Każdy z nas ma oczy i widzi, co się dzieje. Nie jesteśmy głupi. Nauczyciele to nie jest armia zombie, która pójdzie za jednym człowiekiem. To są ludzie wykształceni i obyci. Chcą protestować, bo potrafią ocenić należycie swoją sytuację, nie dlatego, że ktoś im podyktował, co myśleć i robić.

Rząd mówi też, że bierzecie za zakładników dzieci. Czy uważa Pani za etyczne, że strajkujecie w trakcie egzaminów?
Potrafiliśmy przez tyle lat zaciskać zęby, to rodzice na ten moment też będą mogli. To jest taka propaganda, gdy rząd straszy rodziców nauczycielami. Że niby dzieciom przez nauczycieli dzieje się krzywda? To jest po prostu cyrk i nieprawda.
Jak myślę o tych głosach rodziców, którzy mówią, że nie mają co zrobić z dziećmi… Trochę szacunku do siebie. Dzieci nie są żadnymi zakładnikami i przeżyją. Jak rodzice mają podrzucić dziecko na weekend dziadkom, to nie ma problemu, prawda? A jak Jasiu dostaje trójkę, to już jest alarm na całą szkołę.

To co powiedziałaby Pani dziś rodzicom?
Rozmawiamy z nimi na bieżąco. Tłumaczymy sytuację. Część rodziców, i to mnie najbardziej cieszy, bardzo nas wspiera.

Duża część?
Pracuję w świetlicy, więc nie wiem do końca, ale rodzice często mnie zagadują. Pytają nas, jak prywatnie się odnosimy do strajku. Tłumaczymy, że w godzinach pracy będziemy obecni, ale nie będziemy podejmować obowiązków.

A jak do tego wszystkiego odnoszą się dzieci?
Dzieci z podstawówki też nie wszystko jeszcze rozumieją, ale mniej więcej się orientują w tym, co się dzieje dookoła. Nie do końca jest tak, że jest euforia, bo nie będzie lekcji. U mnie w szkole sporo dzieciaków jednak nie do końca się cieszy z faktu, że przez jakiś tam czas nie będzie pani Ewy czy pani Ani, a także kolegów i koleżanek ze szkoły.

A co z innymi grupami zawodowymi w szkole? Są po stronie nauczycieli?
Tak, jak najbardziej. Uważam, że im się też podwyżka należy. Trochę się uśmiecham, bo często jest tak, że sprzątaczki wiedzą o rodzicach nawet więcej niż dyrekcja.

No dobrze, ale czy sytuacja nauczycieli naprawdę jest taka zła? Co odpowiada Pani ludziom, którzy twierdzą, że pracujecie niewiele godzin, macie wolne przez całe wakacje i na dodatek chroni Was Karta Nauczyciela.
To jest nieprawda. Niby to jest 18 godzin, ale tak naprawdę to o wiele więcej. W ostatnią środę na przykład były dni otwarte i trzeba było przystroić salę. Nauczycielki skończyły o 13:00, a później siedziały kilka godzin po pracy przez kilka dni z rzędu. Takich dni w ciągu roku szkolnego jest o wiele więcej. Powitanie wiosny, święta majowe, akademie – kto to wszystko przygotowuje, organizuje? Nauczyciele, przecież nie dzieci.
Poza tym w innym zawodzie mogłabym się z kimś zamienić i mieć wolne wtedy, kiedy chcę, jak np. znajdę tani wylot na Majorkę. U nas to tak nie wygląda. Muszę odpoczywać w konkretnym terminie, w szczycie sezonu, wydając więcej.

Jakie są nastroje przed strajkiem?
W szkole na co dzień są różni ludzie, jak w każdym innym zawodzie… Mam dużo znajomych, którzy pracują w innych szkołach, nauczyciele porozumiewają się też na grupie zamkniętej na Facebooku. Solidarnie się wszyscy organizujemy. Nie spodziewałam się takiego wysokiego wyniku w moim miejscu pracy, że aż 98 proc.
Po prostu jesteśmy razem.