Dwadzieścia jeden salw (Operacja „Transatlantyk“)

Tym, dla których pojęcie służba państwu nie jet sloganem, lecz sensem istnienia.

Helikopter wiozący VIP-a, wysokiego gościa z małżonką, wylądował na placu przed Białym Domem. Po chwili druga maszyna dowiozła resztę delegacji państwowej – w tym wicepremiera oraz ministra spraw zagranicznych. W ogrodzie, od strony południowej budynku, przed reprezentacyjnym wejściem czekał już prezydent Gerald Ford w towarzystwie m.in. sekretarza stanu Henry Kissingera i szefa sztabu armii USA – gen. Frederica Weyanda. Odegrano hymny obu państw, przetoczył się nad zebranymi grzmot dwudziestu jeden salw armatnich, pododdziały honorowe armii amerykańskiej stanęły do przeglądu. Po tej części uroczystości, zarezerwowanej w protokole wyłączne dla głów państw, prezydent Ford a następnie jego gość wygłosili krótkie premówienia, następnie z tarasu Białego Domu pozdrowili zgromadzonych witających i udali się do rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych na oficjalne rozmowy. Najpierw – obu przywódców a później – plenarne, z udziałem najwyższych urzędników państwowych obu stron.
Tak 8 października 1974 roku, lądowaniem o godzinie 10,28 czasu miejscowego w Waszyngtonie rozpoczęła się najważniejsza część wizyty przywódcy PRL, pierwszego sekretarza PZPR, szeregowego posła na Sejm, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wizyta była dla obu stron ważna. Dla Edwarda Gierka był to szczyt sukcesów w pierwwszej części jego przerwanej później dekady. Nie miał zamiaru jednak poprzestawać na tym, co osiągnął. Rozmowy w USA, szczególnie te gospodarcze, były bardzo istotne. Powołano wspólny Fundusz im. Marii Skłodowskiej Curie jako narzędzie współpracy naukowo – technicznej obu krajów. Założono zwiększenie obrotów handlowych do 1 mld USD w 1976 roku (jeden miliard wówczas to jego wielokrotność dzisiaj). Podjęto decyzję o rozbudowie siatki regularnych połączeń lotniczych między Polską a USA. Zawarto umowy licencyjne, wśród innych także na zakup i produkcję kolorowych kineskopów, będących produktami podwójnego zastosowania.
Strona amerykańska była zaskoczona świetnym przygotowaniem merytorycznym polskich negocjatorów. Dawała temu wyraz. Zresztą trwał czas „detente“, odprężenia w relacjach Wschód – Zachód i Ameryce zależało na jego pogłębieniu, choćby po to, by wyraźniejsze stały się rysy na „monolicie“ Paktu Warszawskiego. Kto mógł przypuszczać, że już niebawem wybuchnie kryzys finansowo – gospodarczy obejmujący Europę Zachodnią i USA, grzebiąc pod odłamkami tej katastrofy nadzieje Gierka na wzrost eksportu na Zachód licencyjnej produkcji i dalszy dynamiczny rozwój kraju.
Tymczasem jednak trawał czas niewątpliwych sukcesów . Inwestycje – powszechna motoryzacja społeczeństwa dzięki produkcji w FSM w Bielsku-Białej Fiata 126p , budowa huty Katowice oraz Portu Północnego, Centralnej Magistrali Kolejowej, trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice, dworca kolejowego Warszawa Centralna, Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, potęgujących możliwości logistyczne kraju. Rafinerii Gdańskiej i Elektrowni Bełchatów wzmacniających polski sektor energetyczny, produkcji traktorów Fergusson w zakładach Ursus dla sektora rolniczego, autobusów Berliet na licencji francuskiej, masowego budownictwa mieszkaniowego z prefabrykatów „wielkiej płyty“ dla ogółu obywateli i wiele innych.
Owszem, linie kredytowe wówczas zaciągnięte obciążały Polskę przez wiele lat ale i tak były znacznie mniejsze, niż zaciągnięte przez aktualne władze z ich widocznym, lub raczej – niewidocznym tymczasem efektem, który w perspektywie „ulży“ kieszeniom obywateli.
Te działania Gierka, człowieka odmiennego od pozostałych szefów partii w obozie realnego socjalizmu, bowiem wychowanego w społeczeństwie zachodnim, we Francji i Belgii, budziły irytację i obawy sojuszników. Nagłaśniali je szefowie partii NRD – Erich Honecker i Czechosłowacji –Gustaw Husak. Jednak najważniejsze było stanowisko Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wobec poczynań Gierka.
Piotr Kostikow,nadzorujący sprawy polskie w ramach Komitetu Centralnego partii ZSRR wyrażał się krytycznie o „fascynacji Gierka Zachodem i USA“, podobnie widział to też zastępca członka Biura Politycznego KPZR, jej sekretarz, odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe , BorysPonomariow.
Gierek rozumiał, że postawił nogę na „czerwonej linii“ zbliżenia z Zachodem, którą nakreślił potężny wschodni sąsiad, jako nieprzekraczalną. Mimo to dokonał tego kroku. Mógł to zrobić także dzięki świetnemu merytorycznie i efektywnemu przygotowaniu wizyty w USA, której pozytywnych wyników dla „gospodarki socjalistycznej“ przywódcy ościennych państw nie mogli kontestować.
XXX
Kilka dni wcześniej, przed wizytą Gierka w USA pod warszawski budynek u zbiegu ul.Pięknej i Al. Ujazdowskich podjeżdża ciężarówka firmy przeprowadzkowej.
Czterech mężczyzn, z trudem wciąga na pasach szafę na jedno z pięter kamienicy.
Nikogo to nie dziwi, bo lokal jest podnajmowany i często zmieniają się zamieszkujące go osoby. W rzeczywistości był to stały punkt obserwacyjny polskich służb, skierowany na budynki ambasady USA po przeciwnej stronie ulicy.
Podobnie było od strony Al. Ujazdowskich, tam z kolei stały punkt był usytuowany w wysokim budynku pod numerem 8, dawniej z restauracją „Ambasador“ na parterze.
Gdy w kamienicy przy ul.Pięknej 1B zatrzaśnięto drzwi mieszkania, które opuścili już tragarze, i otworzono drzwi szafy, dla dwóch lokatorów stało sie jasne, czemu ten mebel był tak ciężki. Wewnątrz znajdowało się urządzenie złożone z kilku bloków – zasilania , sterowania i emisora impulsów, czegoś w rodzaju rury o stosunkowo dużej średnicy, wydłużonej na kształt obciętej lufy armatniej, zawierającej elementy opto – elektroniczne i instalacje generujące impulsy.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska była pionierem i liderem światowym w dziedzinie techniki laserowej. W Instytucie Elektroniki Kwantowej Wojskowej Akademii Technicznej powstawały w połowie tych lat lasery impulsowe dużych mocy a jeszcze wcześniej – w 1966 roku przekazano Zakładom Produkcji Doświadczalnej WAT laser molekularny na dwutlenku węgla o dużej mocy do zastosowania w przemyśle przy cięciu i spawaniu różnych materiałów. Teraz produkt myśli technicznej polskich naukowców miał się sprawdzić w zupełnie nowej roli…
XXX
Józef Osek, dyrektor Departamentu I MSW od listopada 1971 roku, a więc szef wywiadu, zarywał kolejną noc. Tak było juz od paru tygodni ale złożoność operacji, którą przygotowywał mogła kogokolwiek przyprawić o bezsenność. Zgodnie z zasadami sztuki wywiadowczej każdy znał fragment większej całości, jemu należny. Wszystkie nici zbiegały się w gabinecie szefa i tylko on wiedział, co się naprawdę szykuje. Oczywiście formalnie był powiadomiony o sprawie minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk ale gdyby Oskowi powinęła się noga, to
jego przłożony z wyprzedzeniem poinformował go, że zrzuci to na karb braku subordynaci podwładnego. Ludzie z Wydziału III, z ochrony kontrwywiadowczej, czuwali w stałych punktach obserwacyjnch, specjaliści wydziału IX przygotowywali środki techniki operacyjnej, od prozaicznych amperomierzy począwszy do specjalnych zestawów wytrychowych, koledzy z sekcji fotograficznej gromadzili materiały światłoczułe i aparaty do precyzyjnej dokumentacji zdjęciowej . VII Zarząd (Wywiad Naukowo-Techniczny) a właściwie jego wydział I organizował unikalne urządzenia, niezbędne do wykonania zadania.
Dyrektor Osek czekał jeszcze na sygnał od źródła w rozpracowywanym obiekcie. Wreszcie sygnał nadszedł…
Ponieważ budynek, który grupa operacyjna miała nocą spenetrować z zewnątrz był chroniony przez kamery telewizji przemysłowej , a wewnątrz podzielony na liczne strefy, zamknięte analogowymi, numerycznymi zamkami elektrycznymi, (były wporawdzie i zamki klasyczne, ale ich otwarcie zajmowało jednemu z członków grupy tyle czasu ile dyletantowi w tej pracy przekręcenie w nich klucza) opracowano system kombinacji cyfr, pozwalający na ich szybkie odblokowanie. Pomocny okazał się tu pracujący w MSW pierwszy polski pecet K-202 projektu genialnego inżyniera Jacka Karpińskiego, na układach scalonych, z pamięcią operacyjną do 8 MB (dla porównania – amerykański PC IBM z owej epoki dysponował 64 kilobajtami). Grupy cyfr trzeba było jakoś zachować, aby użyć ich w miejscu przeznaczenia, rozkodowując natychmiast algorytmy zastosowane w zamkach. Tu przydał się zaadaptowany „akumulator cyfr“ do szyfrogramów, używany w błyskawicznej radiołączności. Ten prekursor pendriv’a „gwizdka“ USB, był w stanie pomieścic 1000 grup 5-cio cyfrowych tzw. gamy szyfrowej, które później, w ułamku sekundy, można było wyemitować poprzez przenośną mini – radiostację. Radiopelengatory obcych służb rejestrowały jedynie pisk, trwający ułamki sekundy, i nie dający szans na lokalizację źródła transmisji. Takim sprzętem dysponowali już wówczas operatorzy polskiego wywiadu w terenie, którzy mogli wykorzystywać go, po uprzednim zapisaniu szyfrogramu np. podczas jazdy samochodem, używając zakamuflowanego pod radio nadajnika i nie rzucającej się w oczy anteny samochodowej (kiedyś takie, jak długie, giętkie bicze, były wręcz modne). Co prawda ten solidny prostopadłościan, po odpowiednich modyfikacjach, ważył około kilograma i był w stanie zachować zgromadzone w nim informacje jedynie przez około pół godziny, ale był to czas wystarczjący dla operatorów w trakcie wykonywania zadania w budynku. Ćwiczyli zresztą przebieg akcji wielokrotnie na symulowanych trasach i zabezpieczeniach, ze stoperem w ręku. Wychodziło im – plus, minus – pół godziny.
XXX
Do szefa polskiego wywiadu dotarły, oprócz oczekiwanego sygnału, dodatkowe szczegóły. W ambasadzie USA w Warszawie powstał dokument, określający główne tematy rozmów i sugerowaną taktykę w trakcie spotkania prezydenta Geralda Forda z Edwardem Gierkiem. Precyzował kierunki zainteresowań, dezyderaty i nadzieje polskiego rozmówcy, widziane przez dysponujących też polskimi źródłami osobowymi funkcjonariuszy CIA, pracujących na dyplomatycznym przykryciu. Dokument miał trafić via Langley do rąk Henry Kissingera a stamtąd do prezydenta Stanów. Tymczasem, jeszcze przed zaszyfrowaniem, złożono całość dokumentacji w sejfie, w pomiesczeniu przylegającym do gabinetu ambasadora Richarda Townsenda Daviesa, zresztą zawodowego wojskowego, który miał nazajutrz podpisać materiał i wydać polecenie jego wyekspediowania. Miał dotrzeć do USA, dla pewności, dwiema drogami. Jako niezaszyfrowany maszynopis walizką dyplomatyczną i jako obszerny szyfrogram via radio. Nie można było dłużej zwlekać.
Szef wywiadu wydał rozkaz, z pełną świadomością, że w razie „wpadki“ może dojść nawet do odwołania wizyty, przy czym kwestia jego dyrektorskiego fotela była niczym. Ale wiedział też, że pozyskanie tych dokumentów dawało fory polityczne jego przełożonemu – Stanisławowi Kowalczykowi a przede wszystkim – Edwardowi Gierkowi w rozmowach z Geraldem Fordem i szanse na wynegocjowanie najkorzystniejszej dla Polski wersji umów międzypaństwowych.
XXX
Grupa pięciu ludzi w czarnych kombinezonach i kominiarkach zdecydowała się forsować ogrodzenie ambasady USA od strony Pałacu Lilpopów z bujnie zadrzewionym ogrodem, pod numerem 33/35 Al. Ujazdowskich . Roślinność i noc stanowiły naturalną, acz marną osłonę, bo mimo iż były to tyły kompleksu budynków ambasady to i one miały ochronę w postaci reflektorów z monitorami ruchu i kamer telewizji przemysłowej.
Dowódca zespołu operacyjnego dał sygnał przez walkie-talkie ekipie ze stałego punktu obserwacyjnego przy ul Pięknej. Chwilę po tym silny impuls lasera poszedł w stronę wartowni, w której pełnili służbę marines. Miał oślepić kamerę bocznego skrzydła ambasady. Udało się dopiero za drugim podejściem. Efektem pierwszego był idealnie okrągły otwór w szybie wartowni, nie powodujący jej rozbicia, nad czym długo później głowili się amerykańscy spece. Oślepiona drugim, słabszym impulsem, kamera zaowocowała ciemnym polem na monitorze kontrolnym perymetru ambasady i ściągnięciem dodatkowych sił do jej pomieszczen od strony ul.Pięknej tudzież dekoncentracją żołnierza piechoty morskiej, śledzącego szereg migających naprzemiennie monitorów. To wystarczyło. Po nieco wiecej niż minucie cała piątka była już na terenie placówki dyplomatycznej. Otwieranie kolejnych drzwi w śluzach szło bez przeszkód. Aktorzy tego teatru cieni, momentami wspomagani wąskimi snopami czerwonego światła i s,przętem zbliżali sie nieuchronnie do tylnego wejścia ambasadorskiego gabinetu, skąd mieli bliżej do sejfu. Elektronik zespołu rozkodował ostatni zamek i staneli „oko w oko“ ze swym obiektem pożądania.
Sejf wyglądał solidnie i głowice zamków szyfrowych na nim – również. W zespole był arcymistrz ich otwierania. Żaden trezor bankowy nie byłby w stanie mu się oprzeć. Ale wymagałoby to zabawy ze stetoskopem, na co nie było czasu. Ale i to przewidziano. Jeden z członków ekipy wyjął kasetę z arkuszem kliszy światłoczuej, drugi – otworzył niesiony przezeń pojemnik z talem 204 tl ( ten sztuczny radionukleid, transuranowiec był radioizotopem dostarczonym z IBN w Świerku, gdzie funkcjonowały reaktory zbudowane w Polsce – „Agata“ i „Ewa“ /Eksperymentalny,Wodny,Atomowy/). Kierując otwór pojemnika pod określonymm kątem na boczną ścanę sejfu, dał czas partnerowi na przyłożenie kliszy do drzwi pancernych. „Kasiarz“ zobaczył zarys systemu zapadek. To mu wystarczyło. Po trzech minutach sejf stanął otworem. Kolejny oficer-operator szybko sfotografował materiał. Uporządkowano maszynopis, zamknięto z powrotem sejf. Grupa ludzi, którzy mieli świadomość następstw promieniowania i konsekwencji choroby popromiennej, miała już opuścić pomieszczenie sejfowe, gdy ich uszu dobiegł cichy szelest. Zamarli. Po chwili człowiek z VII zarządu otworzył skrytkę w ścianie. Był w niej magnetofon, uruchamiany automatycznie jakimikolwiek sygnałami dźwiękowymi, jeśli do takowych, w pomieszczeniu po jego zamknięciu, dochodziło. Delikatnie, w lateksowych rękawiczkach, które nie ograniczały jego ruchów, wyjął magnetofon. Był to profesjonalny Kudelski. Na szczęście wcześniej założyciel tej sławnej na Zachodzie firmy, emigrant z Polski, podarował swej ojczyźnie, widząc niezaprzeczalne symptomy jej rozwoju w latach 70-tych, licencję na produkcję tego sprzętu.
Nie miał więc on dla oficera VII zarządu żadnych tajemnic. Wycofał taśmę, skasował zapis, i ostrożnie, już po wyjściu kolegów z pomieszcenia, umieścił go z powrotem w skrytce. Pięciu ludzi, jakl pięć duchów, szybko pokonało całą trasę, tyle, że w odwrotnej kolejności, skrupulatnie zamykając za sobą zamki śluz. Po około siedmiu minutach byli już z powrotem w ogrodzie pałacu Lilpopów, nie pozostawiając żadnych śladów swej tajnej operacji. Od startu do końca trwała w sumie nieco mniej niż pół godziny.
XXX
Na kilka dni przed tym, nim helikopter wiozący Edwarda Gierka wylądował na placu przed Białym Domem, na biurku pierwszego sekretarza PZPR „wylądował“ ściśle tajny dokument specjalnego znaczenia. Zawierał pełną informację o tym, jaka będzie taktyka i główne akcenty w polsko – amerykańskich rozmowach bilateralnych, forsowane przez gospodarzy…
Później dziwnym zbiegiem okoliczności Minister Spraw Wewnętrznych – Stanisław Kowalczyk w październiku 1974 roku został wypromowany na generała brygady MO a następnie – zastępcę członka i w końcu – członka Biura Politycznego partii.
Pułkownik Józef Osek, później – generał brygady, szefował wywiadowi do listopada 1974 po czym, w 1975 roku został powołany na spokojniejszą i bardziej lukratywną funkcję wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł.
A co z pozostałymi bohaterami, bez żadnych cudzysłowów, naszej historii? Jeden z nich zmarł szybko w wyniku ostrej choroby popromiennej z anemią plastyczną i białaczką. U drugiego choroba ta przybrała formę przewlekłą ale przez to nie mniej śmiertelną. Kolejnych trzech los oszczędził. Wspomniany wirtuoz precyzyjnego odblokowywania zamków szyfrowych, który mógłby zbijać kokosy w podziemiu kryminalnym dzięki swym umiejętnościom „kasiarza“, były funkcjonariusz IX wydziału I Departamentu wegetuje na szczątkowej emeryturze,, którą mu załatwili aktualnie rządzący ustawą represyjną, surrealistycznie zwaną dezubekizacyjną, chociaż dotkniętych nią pracowników UB ze świecą szukać, bowiem zadziałały tu bezwzględne prawa biologii i ludzie ci odeszli w bezpowrotną przeszłość. Elektronik, w podobnej sytuacji, dorabia naprawianiem komputerów do w miarę godnej materialnie starości. Dowódca zespołu zapodział się gdzieś z upływem lat, nie można wykluczyć, że już zmarł. Tyle tylko można powiedzieć o jednej z najefektowniejszych operacji polskiego wywiadu po IIwojnie światowej. „Tylko“, bowiem są zasady pracy wywiadowczej, które każą milczeć w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Państwa bez względu na szafowanie przez polityków „odtajnianiem“ i „zwalnianiem z tajemnicy“, ze szkodą, jaką nawet dzisiaj może wyrządzić taka ich działałność Polsce.
Od autora: Operacja opisywana rzeczywiście miała miejsce. Sfabularyzowana forma niniejszego tekstu wynika z tego właśnie, co ująłem w ostatnich dwóch zdaniach artykułui. Szanujące się służby w państwach, gdzie rządzący realizują instynkt państwowotwórczy zamiast o nim mówić, chronią swe źródła i szczegóły operacji znacznie dłużej , niż rutynowe 50 lat. Wystarczy przytoczyć „sukcesy“w dopraszaniu się strony polskiej w MI6 o dokumentację katastrofy gibraltarskiej, w której zginął Naczelny Wódz i premier – generał Władysław Sikorski, że nie wspomnę o wywiadach używających nieco pompatycznej w brzmieniu pieczęci na dokumentach : „Zachować w tajemnicy po wieczne czasy“.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

O Jamesie Bondzie PRL i nie tylko

Trzeci już tomik cyklu poświęconego rozmaitym zjawiskom życia w PRL od tematów typowo społecznych, związanych z codziennością, zaopatrzeniem rynku, handlem, po takie szczegółowe i ekskluzywne, jak tematyka niniejszego tomu.

Tym razem, jak zwykle pod redakcją Mirosława Maciorowskiego, kilkunastu autorów przygotowało szkice o głośnych niegdyś jak i o słabo znanych szerszej publiczności historiach szpiegowskich, w które zaangażowani byli głównie obywatele PRL, a także o epizodach terrorystycznych, głównie związanych z zamachami.
Tomik otwiera historia francuskiego dyplomaty André Robineau, którego szpiegowska działalność na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych doprowadziła do wielkiej afery i ostrego zaostrzenia stosunków polsko-francuskich. „Zdrada kapitana Mroza” opowiada o jednym z głównych twórców struktur wywiadu nielegalnego, czyli cywilnych służb specjalnych PRL. „Kropla krwi Jerzego Strawy” opowiada o polskim szpiegu CIA Jerzym Strawie, z którym jego jego amerykańscy mocodawcy porozumiewali się przy użyciu w radiu ścieżki dźwiękowej z głośnego filmu „Działa Nawarony”. O szpiegu działającym na rzecz wywiadu brytyjskiego Adamie Kaczmarzyku, ostatnim szpiegu straconym w PRL opowiada szkic „Agent „Fix” nadaje przy Beatlesach”. „Szpieg, który wypić”, to agent CIA Stanisław Dembowski, który przekazywał Amerykanom informacje dotyczące taktyki Wietnamczyków z czasie rokowań pokojowych z USA. „22 lata agenta Boba” to opowieść o dyplomacie Bogdanie Walewskim, który był prawdziwym szpiegiem-orkiestrą, przemytnikiem, tajnym współpracownikiem SB, szpiegiem CIA, agentem radzieckim, a także najdłużej działającym szpiegiem PRL na Zachodzie. „James Bond Polski Ludowej”, to Marian Zacharski, który wykradł Amerykanom supertajne technologie wojskowe. Są też szkice o Stanisławie Jarosie, o którego czynie mówi tytuł – „Bomba dla Chruszczowa i Gomułki”. Szkic uzupełniony jest listą nieudanych zamachów w czasach PRL, wśród których wymienione są próby zamachowe na Bieruta i Rokossowskiego.
Jeden ze szkiców dotyczy innej głośnej sprawy – braci Kowalczyków, którzy w 1971 roku, w przeddzień akademii MO i SB wysadzili w powietrze aulę w Opolu. Nie zabrakło też szkicu („Najważniejszy szpieg NATO”) o najsłynniejszym polskim szpiegu działającym na rzecz USA, czyli Ryszardzie Kuklińskim. Powyższe, niekompletne wyliczenie tematów zawartych w niniejszym tomiku, jest tylko telegraficznym skrótem, zasygnalizowaniem wielkiego bogactwa tematów i personaliów. Lektura to bez wątpienia pasjonująca, zapewne bardziej niż lektura większości fikcyjnych powieści
kryminalnych.
„Wszystkie barwy PRL. Szpiedzy, zamachowcy, terroryści”, Kolekcja Prenumeratorów Gazety Wyborczej, Warszawa 2020, str. 157, ISBN 978-83-268-3395-3

Kontrwywiad watykański blaski i cienie

Kościół rzymsko-katolicki ze względu na swą strukturę – (lokalne wspólnoty, parafie) hierarchicznie podporządkowane instancjom wyższego rzędu (dekanaty, diecezje, archidiecezje, itd.) a te z kolei na poziomie poszczególnych krajów (konferencje episkopatów, przełożonych zgromadzeń zakonnych) znajdujące sie pod centralną władzą Watykanu, stanowi instytucję o charakterze globalnym. Mówię tu o jej aspekcie „profanum”, świeckim, nie o „sacrum”, czyli o wymiarze religii i wiary.

W efekcie tego „globalizmu” Watykan, w którym zbiegają się wszelkie wektory doczesnych działań (informacyjne,finansowe, administracyjne) zajmował zawsze poczesne miejsce wśród obiektów wywiadowczego rozpracowywania ze strony wszystkich państw, bez względu na systemy polityczne w nich panujące.
Wywoływało to naturalne odruchy obronne ze strony Miasta-Państwa. W wymiarze bezpieczeństwa terytorialnego funkcjonuje Gwardia Szwajcarska oraz mniej rzucająca się w oczy, za to dobrze uzbrojona, żandarmeria. W płaszczyźnie para – wywiadowczej można mówić o różnych formach zorganizowania, wynika to już z samej struktury, której centralą jest Watykan, a głową państawa – papież, ze świeckiego punktu widzenia porównywalny do monarchy absolutnego, teokratycznego aczkolwiek elekcyjnego. Mówię tu znowu o aspekcie „profanum”, bo z punktu widzenia „sacrum”, dla wierzących, będzie on Ojcem Świętym, następcą św. Piotra na Ziemi.
Z działaniami osłonowymi, typu kontrwywiadowczego, było w Watykanie znacznie gorzej. Podejmowano wprawdzie różne próby w tej mierze, ale charakter zorganizowany, quasi – profesjonalny,osiągnęły one dopiero w XX wieku.
Za twórcę kontrwywiadu watykańskiego należałoby uznać Roberta Grahama.
Narodziny własnego kontrwywiadu po części rozwiązywały problemy związane z nominalną odpowiedzialnością włoskich służb specjalnych za kontrwywiadowcze zabezpieczenie Watykanu. Tyle, że nie było nigdy gwarancji, iż np. po kontroli antypodsłuchowej agenci włoscy przeprowadzjący ją, nie zamienią wykrytych wrogich „pluskiew” na podobne tyle, że swoje.
Robert Graham,jezuita, obywatel USA, będący już za Piusa XII jego osobą zaufaną, został ściągnięty ze Stanów Zjednoczonych do Watykanu początkowo, aby demaskować hitlerowskich agentów.
Pytany, gdzie Graham przeszedł przeszkolenie, jeden z przedstawicieli amerykańskiego wywiadu, odpowiada tyleż skromnie co mało logicznie, że „był przeszkolony przez najlepszy wywiad – watykański” ( podczas gdy Graham miał dopiero kształtować pełne, profesjonalne wywiadowczo-kontrwywiadowcze oblicze watykańskich służb specjalnych – uwagaq moja). Po II wojnie światowej jego misję przedłużono, zamierzał tropić agenturę KGB i „demoludów” na terenie Miasta – Państwa Watykan. Funkcję tę pełnił jeszcze za czasów pontyfikatu Jana Pawła II . Zyskał nawet przydomki „łowca szpiegów” i „watykański 007”. Potem wrócił do USA gdzie zmarł w Los Gatos w Kalifornii w 1997 roku.
Ale zanim to nastąpiło, doszło do kilku istotnych wydarzeń.
Między innymi do zamachu na papieża 13 maja 1981 roku. Co na ten temat mówią teczki Grahama, nie wiadomo. Po jego śmierci dokumentację liczącą około 25 tysięcy kart, równiez tych, które wraz z Grahamem wyemigrowały do USA, zakon zdeponował w Sekrtetariacie Stanu Watykanu, na żądanie tej instytucji, gdzie złożone i oczywiście utajnione,
dotąd spoczywają.
Graham działał, jak widać, intensywnie, w czym pomagali mu inni przedstaiciele tej sieci kontrwywiadowczej, jak choćby bp. Pavel Hnilica, abp.Tomko, sekretarz Generalny Synodu Biskupów w latach 1979 – 1985, od 1996 roku – kardynaał-prezbiter, czy Gianluigi Maronne, sędzia trybunału watykańskiego, przewodniczący Komisji d/s Bezpieczeństwa Państwa. Właśnie przez niego przekazywał papieżowi Janowi Pawłowi II zdobyte przez siebie informacje, z pominięciem sekretariatu papieskiego, jeśli nie zdołał uczynić tego osobiście.
Miał też innych współpracowników w Rzymie, często podróżował, m.in. do Szwajcarii, idealnego miejsca na spotkania operacyjno – informacyjne z reprezentantami zachodnio europejskich ale również i tych zza Atlantyku, agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych.
I tu mamy do czynienia z ciekawym zbiegiem okoliczności. Powiązane ze sobą, nawet pozornie, w sposób przyczynowo – skutkowy bądź chronologicznie, ciągi wydarzeń przez służby wywiadowcze z zasady nie są uznawane za przypadkowe, choć i to może się zdarzyć.
Do czegoś takiego doszło w 1983 roku. Rok ten był w kronikach watykańskich naznaczony, podobnie jak rok 1981, przy zachowaniu wszelkich proporcji, spektakularnymi i dramatycznymi wydarzeniami. Rozwijał się skandal z udziałem IOR (Istituto per le Opere Religiose) potocznie zwanym bankiem watykańskim i znikła (dosłownie) z powierzchni ziemi piętnastoletnia obywatelka Watykanu, której losy do dziś są nieznane – Emmanuela Orlandi.
Równocześnie ojciec Graham wyraża obawę, że doszło do zainstalowania aparatury podsłuchowej przez obce służby (z sugestią KGB) w szczytowych pomieszczeniach piętnastowiecznej wieży Mikołaja V, siedziby IOR, gdzie odbywały się intensywne konsultacje jego kierownictwa z ludźmi z Banku Ambrozjańskiego i nie tylko. Poruszano tam też zapewne wątek zniknięcia Emmanueli Orlandi, które media i liczni eksperci łączyli ze skandalem w IOR.
Jest, przypominam, rok 1983. Skandal w banku watykańskim, związana z nim upadłość Banco Ambrosiano, zaginięcie Emmanueli Orlandi, obawy o.Grahama o penetrację Watykanu a dokładnie – siedziby jego banku, do której miało dojść w wyniku włamania się przez bliżej niezidentyfikowaną agenturę przez okna z pancernymi szybami w szczytowej części wspomnianej już wieży i zainstalowanie w jej pomieszczeniach podsłuchów, których nota bene nigdy nie zlokalizowano. Można tylko stwierdzić, że pozostawienie ewidentnych śladów włamania dowodziłoby bardzo złego przygotowania profesjonalnego domniemanych szpiegów. Chyba, że służyłyby maskowaniu innych technik operacyjnych. I tu pojawia się zastanawiająca informacja.
John Koehler, b. oficer wywiadu wojskowego USA i b.doradca Reagana, twierdzi (cytuję za wywiadem, którego udzielił 21 września 2009 roku Tomaszowi Pompowskiemu z Polska the Times), że „około dwa lata po zamachu (na papieża – uwaga moja) raporty z wewnątrz Watykanu do służb specjalnych przestały płynąć”. Można domniemywać, że i te ojca Grahama.
Do jakich służb?
Do amerykańskich? Skoro Koehler to wie, to chyba tak. Nie mówi bowiem, że chodzi o służby wschodnie. Tłumaczy to raczej tym, że papież, bazując na informacjach Grahama, przciął osobowe kanały łączności z obcymi służbami wywiadowczymi ludzi ze swego otoczenia. Ale zapewne przecięte zostały też afiliacje Grahama ze słuzbami kraju jego pochodzenia, ze Stanami Zjednoczonymi.
Chociaż nie jest wykluczone, że Graham nadal uzupełniał swe prywatne archiwum kontrwywiadowcze tyle, że nie nadawał sprawom biegu i nie informował o nich. Koehler implicite potwierdza to swym nieprecyzyjnym sformułowaniem a zaraz potem mówiąc, że Graham często w swych wywiadowczych misjach jeździł do Szwajcarii, ulubionego miejsca kontaktów różnych wywiadów świata.
Czym mogło zostać spowodowane to nagłe milczenie?
Jakimi, z jednej strony – przerażającymi, z drugiej – niebezpiecznymi dla wpływowych ludzi z wpływowych instytucji faktami?
Myślę, że warto tu pokusić się o dygresję, istotną moim zdaniem, a związaną ze sprawą Emmanueli Orlandi i wspomnianym już skandalem finansowym banku watykańskiego. W 1983 roku kierował nim obywatel USA i Watykanu arcybiskup Paul Marcinkus. Wcześniej zdecydował, że głównym inwestorem finansów Watykanu będzie Bank Ambrozjański. W dobrze poinformowanych środowiskach rzymskich było tajemnicą poliszynela, że oba te banki zajmowały się intratnym procederem prania mafijnych pieniędzy, w tym – osławionej rzymskiej „Banda della Magliana” na której czele stał niejaki de Pedis. (Jaki był stopień „zblatowania” Marcinkusa z mafiozami dowodzi, że dorobił się u tych ludzi ksywy „Chińczyk”.)
Po krachu Banco Ambrosiano, IOR straciuł pieniądze, które powierzyła mu mafia. Jak już wspominaliśmy, wielu ekspertów i reprezentantów mediów łączyło ten fakt z prawdopodobnym porwaniem Emmanueli Orlandi. Według nich de Pedis, porywając dziewczynę, obywatelkę Watykanu, chciał wymóc zwrot utraconych środków, gdy zawiodły jego apele do Marcinkusa a przez niego – do papieża. Pieniędzy nie zwrócono, natomiast papież zwrócił się do wiernych o modlitwę w intencji porwanej, co jednak też nie pomogło. Jak dotąd wszelki ślad po niej zaginął. Natomiast szef bandy Magliana, de Pedis, gdy nadszedł naturalny kres jego żywota (stracił pieniądze, ale nie życie, tak jak zapewne Emmanuela czy jak powieszony w 1982 roku pod londyńskim mostem Czarnych Mnichów szef Banco Ambrosiano – Roberto Calvi) pochowany został, za zgodą kardynała Polettiego, wikariusza diecezji rzymskiej, której biskupem jest papież, w prestiżowej bazylice św. Apolinarego w pobliżu term Karakali.
Tę świątynię mafioso sobie wymarzył, jako miejsce wiecznego spoczynku. Fama głosi, że była to nagroda od Polettiego za to, że de Pedis zaniechał upominania się o utracone pieniądze.
Ten mafijny wątek był najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem tragedii Emmanueli Orlandi i jej rodziny. Wprawdzie naczelny egzorcysta Watykanu, Gabriele Amorth, próbował skierować śledztwo na tory orgii seksualnej z udziałem gwardzistów szwajcarskich i duchownych, po której Emmanuelę zamordowano, ale hipoteza ta nie znalazła solidnego potwierdzenia w faktach.
Czym więc wytłumaczyć nagłe milczenie ważnego źródła, którym był Graham?
Można założyć, żę uzyskał on obszerną informację o korupcji, powstałej również w wyniku obcych operacji wywiadowczych, w najwyższych kręgach kręgach kleru i administracji watykańskiej. Może również nie zabrakło tam wątków seksualnych, pedofilskich, ktore przeplatały się z kryminalnymi elelementami defraudacji i machinacji finansowych, we współpracy z mafią.
W obliczu dwóch wcześniej wspomnianych spraw – skandalu Banku Watykańskiegi i Ambrozjańskiego oraz „anihilacji” Emmanueli Orlandi, jest to prawdopodobne. Obraz ten przedstawił zapewne swym najwyższym watykańskim przełożonym, którzy uznali, że jego misji należy położyć kres, bowiem nagłośnienie jej wyników niosło w sobie ryzyko nieodwracalnych strat wizerunkowych dla instytucji kościoła w skali światowej.
A co z innymi „bohaterami” i wydarzeniami tej historii?
Abp.Marcinkus chroniony prze immunitet w Watykanie przed włoskim wymiarem sprawiedliwości następnie udał się do USA, gdzie zmarł w 2006 roku.
Natomiast historia spenetrowania budynku IOR przez agenturę ze Wschodu, z włamaniem i założeniem tam „pluskiew” była o tyle bezsensowna, że wystarczyło założyć na kablach elektrycznych oświetlenia w sali obrad na najwyższej kondygnacji wieży, gdzie z reguły wieczorem odbywały się zebrania, oporniki o zmiennej mocy, połączone z mini-mikrofonami, aby uzyskać pasywną aparaturę podsłuchową, funkcjonującą dzięki zmianom natężenia oświetlenia, niezauważalnego dla oka ludzkiego ale doskonale odbieranego przez czułą, ukierunkowaną fotokomórkę z określonej odległości, z zewnątrz. Te zmiany intensywności światła można prostą drogą przetworzyć na dżwięki (w tym przypadku – przebieg rozmów).
Już w latach 70-tych, w miesięczniku „Młody Technik”, opisano dokładnie zarówno działanie jak i sporządzenie takiego sprzętu. W latach osiemdziesiątych XX wieku profesjonalna aparatura tego typu była znacznie skuteczniejsza. Wystarczył jeden skorumpowany elektryk watykański, aby ją zainstalować, bez żadnych bezpośrednich działań służb wywiadowczych. Podobny efekt można było uzyskać zbierając mikrodrgania z okien laserem, co jednak w przypadku szyb pancernych było utrudnione.
Szkopuł jednak w tym, że „ważne”, pancerne okna najwyższej kondygnacji wieży Mikołaja, siedziby banku watykańskiego, wychodzą na prostokątne, zamknięte patio, jeśli nie liczyć lukarn na dachu i okien zewnętrznych na obwodzie tej kondygnacji. Właściwie jedynym punktem obserwacyjnym, skąd są widoczne, a to stanowiło niezbędny warunek odbierania fluktuacji oświetlenia były… najwyższe piętra Pałacu Papieskiego. Ale i tam mógł być usłużny kamerdyner.
Pewnie byłby w stanie coś na ten temat powiedzieć Fabio Markiz Ragona. Pracownik b.premiera i miliardera włoskiego – Berlusconiego, związany z koncernem medialnym Mediaset tego ostatniego. Jest on wybitnym ekspertem-watykanistą, posiadającym własne, logiczne tezy związane z poruszanymi
tu sprawami.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia

Z MARCINEM DOROCIŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Marcin Dorociński – ur. 22 czerwca 1973 w Milanówku, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów średniego już pokolenia. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie (1997). Rola podkomisarza Sławomira „Despero’ Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi PitBull (2005) przyniosła mu nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego i nagrodę Jantar’2005 za najlepszą rolę męską na Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” w Koszalinie. Za rolę gangstera Fabiana ‚Fabio’ Sawickiego w filmie Macieja Wojtyszki Ogród Luizy (2007) został uhonorowany nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zagrał też m.in. Lulka w „Przedwiośniu” w reż. F. Bajona (2001), komisarza Wilka w „Vinci” w reż. J. Machulskiego (2004), Anioła Zła we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” w reż. M. Koterskiego, „Wydrę w „Obławie” (2012), policjanta w „Drogówce” w reż. W. Smarzowskiego (2012), a także m.in. tytułową rolę w filmie „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego (2014 ).

 

 

W 2005 roku był Pan laureatem najbardziej prestiżowej nagrody dla młodych aktorów – Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Czy to dla Pana już odległa przeszłość, czy nadal bieżące zobowiązanie?

Jest to już trochę odległe, bo minęło już osiem lat, a poza tym staram się nie oglądać za siebie. Lubię na te figurkę popatrzeć dla przywołania przyjemnych wspomnień chociaż uważam, że filmów nie robi się dla nagród.

 

Co jest najważniejsze?

Każdy film to spotkanie z fascynującymi ludźmi. Gdy myślę o tej nagrodzie, to myślę głównie o „Pitbullu”, bo za niego dostałem tę nagrodę. To był moment przełomowy w moim życiu. Spotkałem kilka bardzo dla mnie ważnych osób, którym wiele zawdzięczam.

 

Nie pochodzi Pan z rodziny ani zamożnej ani o tradycjach artystycznych. Imał się Pan różnych zajęć, był Pan sprzedawcą, ochroniarzem, kelnerem Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?

W technikum w Grodzisku Mazowieckim zostałem wciągnięty do udziału w szkolnych akademiach. Zainspirowała mnie nauczycielka historii pani Izabela Kust i pani Ewa Różbicka, która przygotowywała grupkę młodzieży do egzaminu do szkoły aktorskiej, a także jeden z moich przyjaciół.

 

Zagrał Pan w bardzo wielu serialach, w wielu filmach. Należy Pan do najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów polskich, niedługo widzowie zobaczą Pana w roli pułkownika Kuklińskiego. Wspomina Pan czasem okres po studiach, kiedy grał „po bożemu” klasykę w teatrach?

Czasem wspominam. Na początku to była prawie sama klasyka. Moją rolą dyplomową w warszawskiej Akademii Teatralnej był Kreon w „Antygonie” Sofoklesa.

 

Za którą nagrodzono Pana na festiwalu szkół teatralnych. Debiutował Pan w 1997 roku w Teatrze Dramatycznym, jeszcze wtedy bardzo renomowanym, jako Lucencjo w „Poskromieniu złośnicy” Szekspira…

Tak, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Miłe wspomnienie. Potem był jeszcze Antinous w „Powrocie Odysa” Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy i kapitan Macheath w „Operze żebraczej” Vaclava Havla. Jak widać, bardzo wysoka literacka półka.

 

Potem były już same teksty współczesne. Naliczyłem, że od tamtego czasu, czyli dokładnie od 10 lat, zagrał Pan zaledwie osiem ról, z tym, że ostatnią w ubiegłym roku, w „Marylin Mongoł” Nikołaja Kolady w Teatrze Ateneum w reżyserii Bogusława Lindy. Czas pochłonął Panu film i seriale?

Tak. Pochłonęły mnie maksymalnie. Sam się sobie dziwię, że znalazłem czas na kilka ról teatralnych. Także w Teatrze Telewizji…

 

…w którym zadebiutował Pan w 1996 roku w wielkiej klasyce i to bardzo starej daty, bo jako Rodrygo w „Cydzie” Wyspiańskiego w reżyserii Krystyny Jandy.

Pięć lat później pani Krystyna zaprosiła mnie do roli Topolnickiego w „Klubie kawalerów” Michała Bałuckiego, też w Teatrze Telewizji. Potem kilka ról w realizacjach tekstów współczesnych, ostatnio w zeszłym roku jako Selznick w „Księżycu i magnoliach” w reżyserii Macieja Wojtyszki.

 

Zadebiutował Pan w filmie w 1996 roku, jeszcze bez obecności w czołówce, w głośnej, skandalizującej „Szamance” Andrzeja Żuławskiego…

To maleńka rólka studenta, drobna wprawka zawodowa. Widocznie wyglądałem na studenta, bo w tym samym roku wystąpiłem jako student w moim debiutanckim serialu „Dom”.

 

W chwilę potem była „Ekstradycja 3”, gdzie Pana jeszcze mało znane nazwisko pojawiło się jako „Dorosiński”, przez „s” a potem „Rodzina zastępcza”, w „Sforze”, „Fala zbrodni”, „Na dobre i na złe” i mniejsze czy większe zadania w innych serialach. Ostatnio zagrał Pan w „Głębokiej wodzie”. To nietypowy serial, mało celebrycki, nie o gangsterach, policjantach ani o klasie średniej, ale o ludziach pokrzywdzonych przez los i ich opiekunach, także nie należących do warstwy uprzywilejowanej.

Magda Łazarkiewicz zaprosiła mnie do współpracy w serialu o sprawach trudnych i wartych pokazania. Myślę, że taki serial jest potrzebny, bo opowiada o zwykłych ludziach, o ich życiu nie zawsze ładnym, kolorowy, wesołym i dostatnim, częściej trudnym, nieraz dramatycznym.

 

Takie role postaci mało efektownych, bez poloru, rzadko przysparzają popularności aktorom, którzy są pokazywani przez media jako ludzie celebryckiego sukcesu…

Ja nie mam o aktorach w Polsce, czy o sobie przekonania, że wszyscy są pełni poloru, barwni na co dzień. Zawsze jest tak, że na próbach omawia się charakter danej postaci. Zawsze jest korzystniej dla aktora, gdy zna prawdziwe problemy życiowe. Wtedy łatwiej o osiągnięcie autentyzmu roli. To akurat nie jest dla mnie trudne. Moje życie na przykład, zwłaszcza kiedyś, dalekie było od jakiegokolwiek poloru.

 

W serialu pojawiło się kilka aktorek średniego i starszego pokolenia, m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska czy dawno nie widziana Marta Klubowicz

Pani Teresa Budzisz-Krzyżanowską była moją profesorką w szkole. Spotkać świetnego aktora i wspaniałego człowieka w pracy, to wielkie szczęście. Ja miewam to szczęście, żeby spotykać takich ludzi. Zawsze można się czegoś nauczyć. Kilku takich ludzi bardzo mi pomogło.

 

Jest Pan laureatem kilku nagród indywidualnych. „Głęboka woda” zdobyła natomiast kilka nagród, w tym Nagrodę Prix Italia dla najlepszego serialu telewizyjnego. Jak Pan to odebrał?

Skoro praca została doceniona, to oznacza, że warto było to robić. To wielki sukces wszystkich, którzy pracowali przy tym serialu i pracują teraz przy drugiej części. Największe podziękowania i słowa pochwały powinny iść do Magdy Łazarkiewicz, która od samego początku wierzyła w ten projekt i choć jej nie było łatwo to wierzyła, że warto taki serial robić. Serial, który nie jest mega błyszczący, tylko mówi o sprawach trudnych. Pochylamy się tu nad prostymi ludźmi i jest to nie do przecenienia.

 

Zagrał Pan jedną z głównych ról w serialu sensacyjnym, polsko-brytyjskiej koprodukcji „Szpiedzy w Warszawie”. Jak do tego doszło?

Zaproszono mnie na zdjęcia próbne. Przeczytałem scenariusz i stwierdziłem, że to rzeczywiście bardzo ciekawa propozycja. Po zdjęcia próbnych zatelefonowali do mnie z informacją, że to ja będę grał pułkownika Pakulskiego.

 

Pomogła Panu pamięć lektur książek czy obejrzanych filmów o tematyce szpiegowskiej?

Nie, ponieważ, przyznam się, że nie jestem ani miłośnikiem tematyki, ani czytelnikiem czy widzem takiej produkcji. Na dobra sprawę zetknąłem się z nią bliżej po raz pierwszy właśnie czytając ten scenariusz.

 

Czym się różni praca w filmie realizowanym polskimi siłami, od takiej produkcji z udziałem BBC?

Nie różni się jakiś specjalny sposób. Poza tym spora część ekipy składała się z Polaków. Na przykład szefem pionu kamerowego był Polak. Znałem mnóstwo ludzi z poprzednich realizacji, więc nie czułem się obco, nieswojo. Jedyna bariera, to była właściwie bariera językowa, która jest jednak do pokonania. W swoim życiu pracowałem już za granicą, więc i tutaj nie czułem się jakoś obco.

 

Pana bohater chodzi w szykownym mundurze przedwojennym, ma gustowny wąsik. Uzyskanie aktorskiego efektu takiej staromodności przedwojennej było trudne?

Wiele rzeczy było napisanych w scenariuszu i dużo czasu spędziliśmy z panią reżyser na opowiedzeniu sobie, jaki to jest człowiek. Natomiast samo noszenie munduru wymusza odpowiednie zachowania – na przykład nie można się garbić za bardzo, ale to ciekawe doświadczenie nosić taki stary mundur.

 

Nieco wcześniej doceniono Pana role w dwóch filmach kinowym, w „Rewersie” Borysa Lankosza i w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Czy może Pan powiedzieć coś o atmosferze pracy na planie, która wytworzyła tę niezwykłą siłę gry wszystkich aktorów?

Myślę, że to zasługa Wojtka Smarzowskiego, który jest świetnym reżyserem i ciekawą osobowością. Jest bardzo szczery w stosunku do widza i nie myśli za niego. Wojtek tak bardzo szanuje wszystkich, z którymi pracuje, że tworzy się niebywała więź ludzi, którzy pracują nad filmem. „Różę” kręciliśmy w siedlisku pod Olsztynem i było trochę tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Niezwykłe przeżycie. Być może i to się przyczyniło do tego, że ta historia nie pozostała widzom obojętna.

 

Jest Pan chwalony za umiejętność osiągania dyskretnymi środkami na ekranie autentyczności w tworzeniu bardzo odległych społecznie i psychologicznie postaci. Wspominaliśmy o pułkowniku w „Szpiegach”, a w „Rewersie” był Pan bardzo wiarygodny, w najdrobniejszych odruchach, jako funkcjonariusz UB. Jak Pan to robi?

Nie umiem tego wytłumaczyć. Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia, tyle potrafię powiedzieć.

 

Dziękuję za rozmowę.