Kontrwywiad watykański blaski i cienie

Kościół rzymsko-katolicki ze względu na swą strukturę – (lokalne wspólnoty, parafie) hierarchicznie podporządkowane instancjom wyższego rzędu (dekanaty, diecezje, archidiecezje, itd.) a te z kolei na poziomie poszczególnych krajów (konferencje episkopatów, przełożonych zgromadzeń zakonnych) znajdujące sie pod centralną władzą Watykanu, stanowi instytucję o charakterze globalnym. Mówię tu o jej aspekcie „profanum”, świeckim, nie o „sacrum”, czyli o wymiarze religii i wiary.

W efekcie tego „globalizmu” Watykan, w którym zbiegają się wszelkie wektory doczesnych działań (informacyjne,finansowe, administracyjne) zajmował zawsze poczesne miejsce wśród obiektów wywiadowczego rozpracowywania ze strony wszystkich państw, bez względu na systemy polityczne w nich panujące.
Wywoływało to naturalne odruchy obronne ze strony Miasta-Państwa. W wymiarze bezpieczeństwa terytorialnego funkcjonuje Gwardia Szwajcarska oraz mniej rzucająca się w oczy, za to dobrze uzbrojona, żandarmeria. W płaszczyźnie para – wywiadowczej można mówić o różnych formach zorganizowania, wynika to już z samej struktury, której centralą jest Watykan, a głową państawa – papież, ze świeckiego punktu widzenia porównywalny do monarchy absolutnego, teokratycznego aczkolwiek elekcyjnego. Mówię tu znowu o aspekcie „profanum”, bo z punktu widzenia „sacrum”, dla wierzących, będzie on Ojcem Świętym, następcą św. Piotra na Ziemi.
Z działaniami osłonowymi, typu kontrwywiadowczego, było w Watykanie znacznie gorzej. Podejmowano wprawdzie różne próby w tej mierze, ale charakter zorganizowany, quasi – profesjonalny,osiągnęły one dopiero w XX wieku.
Za twórcę kontrwywiadu watykańskiego należałoby uznać Roberta Grahama.
Narodziny własnego kontrwywiadu po części rozwiązywały problemy związane z nominalną odpowiedzialnością włoskich służb specjalnych za kontrwywiadowcze zabezpieczenie Watykanu. Tyle, że nie było nigdy gwarancji, iż np. po kontroli antypodsłuchowej agenci włoscy przeprowadzjący ją, nie zamienią wykrytych wrogich „pluskiew” na podobne tyle, że swoje.
Robert Graham,jezuita, obywatel USA, będący już za Piusa XII jego osobą zaufaną, został ściągnięty ze Stanów Zjednoczonych do Watykanu początkowo, aby demaskować hitlerowskich agentów.
Pytany, gdzie Graham przeszedł przeszkolenie, jeden z przedstawicieli amerykańskiego wywiadu, odpowiada tyleż skromnie co mało logicznie, że „był przeszkolony przez najlepszy wywiad – watykański” ( podczas gdy Graham miał dopiero kształtować pełne, profesjonalne wywiadowczo-kontrwywiadowcze oblicze watykańskich służb specjalnych – uwagaq moja). Po II wojnie światowej jego misję przedłużono, zamierzał tropić agenturę KGB i „demoludów” na terenie Miasta – Państwa Watykan. Funkcję tę pełnił jeszcze za czasów pontyfikatu Jana Pawła II . Zyskał nawet przydomki „łowca szpiegów” i „watykański 007”. Potem wrócił do USA gdzie zmarł w Los Gatos w Kalifornii w 1997 roku.
Ale zanim to nastąpiło, doszło do kilku istotnych wydarzeń.
Między innymi do zamachu na papieża 13 maja 1981 roku. Co na ten temat mówią teczki Grahama, nie wiadomo. Po jego śmierci dokumentację liczącą około 25 tysięcy kart, równiez tych, które wraz z Grahamem wyemigrowały do USA, zakon zdeponował w Sekrtetariacie Stanu Watykanu, na żądanie tej instytucji, gdzie złożone i oczywiście utajnione,
dotąd spoczywają.
Graham działał, jak widać, intensywnie, w czym pomagali mu inni przedstaiciele tej sieci kontrwywiadowczej, jak choćby bp. Pavel Hnilica, abp.Tomko, sekretarz Generalny Synodu Biskupów w latach 1979 – 1985, od 1996 roku – kardynaał-prezbiter, czy Gianluigi Maronne, sędzia trybunału watykańskiego, przewodniczący Komisji d/s Bezpieczeństwa Państwa. Właśnie przez niego przekazywał papieżowi Janowi Pawłowi II zdobyte przez siebie informacje, z pominięciem sekretariatu papieskiego, jeśli nie zdołał uczynić tego osobiście.
Miał też innych współpracowników w Rzymie, często podróżował, m.in. do Szwajcarii, idealnego miejsca na spotkania operacyjno – informacyjne z reprezentantami zachodnio europejskich ale również i tych zza Atlantyku, agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych.
I tu mamy do czynienia z ciekawym zbiegiem okoliczności. Powiązane ze sobą, nawet pozornie, w sposób przyczynowo – skutkowy bądź chronologicznie, ciągi wydarzeń przez służby wywiadowcze z zasady nie są uznawane za przypadkowe, choć i to może się zdarzyć.
Do czegoś takiego doszło w 1983 roku. Rok ten był w kronikach watykańskich naznaczony, podobnie jak rok 1981, przy zachowaniu wszelkich proporcji, spektakularnymi i dramatycznymi wydarzeniami. Rozwijał się skandal z udziałem IOR (Istituto per le Opere Religiose) potocznie zwanym bankiem watykańskim i znikła (dosłownie) z powierzchni ziemi piętnastoletnia obywatelka Watykanu, której losy do dziś są nieznane – Emmanuela Orlandi.
Równocześnie ojciec Graham wyraża obawę, że doszło do zainstalowania aparatury podsłuchowej przez obce służby (z sugestią KGB) w szczytowych pomieszczeniach piętnastowiecznej wieży Mikołaja V, siedziby IOR, gdzie odbywały się intensywne konsultacje jego kierownictwa z ludźmi z Banku Ambrozjańskiego i nie tylko. Poruszano tam też zapewne wątek zniknięcia Emmanueli Orlandi, które media i liczni eksperci łączyli ze skandalem w IOR.
Jest, przypominam, rok 1983. Skandal w banku watykańskim, związana z nim upadłość Banco Ambrosiano, zaginięcie Emmanueli Orlandi, obawy o.Grahama o penetrację Watykanu a dokładnie – siedziby jego banku, do której miało dojść w wyniku włamania się przez bliżej niezidentyfikowaną agenturę przez okna z pancernymi szybami w szczytowej części wspomnianej już wieży i zainstalowanie w jej pomieszczeniach podsłuchów, których nota bene nigdy nie zlokalizowano. Można tylko stwierdzić, że pozostawienie ewidentnych śladów włamania dowodziłoby bardzo złego przygotowania profesjonalnego domniemanych szpiegów. Chyba, że służyłyby maskowaniu innych technik operacyjnych. I tu pojawia się zastanawiająca informacja.
John Koehler, b. oficer wywiadu wojskowego USA i b.doradca Reagana, twierdzi (cytuję za wywiadem, którego udzielił 21 września 2009 roku Tomaszowi Pompowskiemu z Polska the Times), że „około dwa lata po zamachu (na papieża – uwaga moja) raporty z wewnątrz Watykanu do służb specjalnych przestały płynąć”. Można domniemywać, że i te ojca Grahama.
Do jakich służb?
Do amerykańskich? Skoro Koehler to wie, to chyba tak. Nie mówi bowiem, że chodzi o służby wschodnie. Tłumaczy to raczej tym, że papież, bazując na informacjach Grahama, przciął osobowe kanały łączności z obcymi służbami wywiadowczymi ludzi ze swego otoczenia. Ale zapewne przecięte zostały też afiliacje Grahama ze słuzbami kraju jego pochodzenia, ze Stanami Zjednoczonymi.
Chociaż nie jest wykluczone, że Graham nadal uzupełniał swe prywatne archiwum kontrwywiadowcze tyle, że nie nadawał sprawom biegu i nie informował o nich. Koehler implicite potwierdza to swym nieprecyzyjnym sformułowaniem a zaraz potem mówiąc, że Graham często w swych wywiadowczych misjach jeździł do Szwajcarii, ulubionego miejsca kontaktów różnych wywiadów świata.
Czym mogło zostać spowodowane to nagłe milczenie?
Jakimi, z jednej strony – przerażającymi, z drugiej – niebezpiecznymi dla wpływowych ludzi z wpływowych instytucji faktami?
Myślę, że warto tu pokusić się o dygresję, istotną moim zdaniem, a związaną ze sprawą Emmanueli Orlandi i wspomnianym już skandalem finansowym banku watykańskiego. W 1983 roku kierował nim obywatel USA i Watykanu arcybiskup Paul Marcinkus. Wcześniej zdecydował, że głównym inwestorem finansów Watykanu będzie Bank Ambrozjański. W dobrze poinformowanych środowiskach rzymskich było tajemnicą poliszynela, że oba te banki zajmowały się intratnym procederem prania mafijnych pieniędzy, w tym – osławionej rzymskiej „Banda della Magliana” na której czele stał niejaki de Pedis. (Jaki był stopień „zblatowania” Marcinkusa z mafiozami dowodzi, że dorobił się u tych ludzi ksywy „Chińczyk”.)
Po krachu Banco Ambrosiano, IOR straciuł pieniądze, które powierzyła mu mafia. Jak już wspominaliśmy, wielu ekspertów i reprezentantów mediów łączyło ten fakt z prawdopodobnym porwaniem Emmanueli Orlandi. Według nich de Pedis, porywając dziewczynę, obywatelkę Watykanu, chciał wymóc zwrot utraconych środków, gdy zawiodły jego apele do Marcinkusa a przez niego – do papieża. Pieniędzy nie zwrócono, natomiast papież zwrócił się do wiernych o modlitwę w intencji porwanej, co jednak też nie pomogło. Jak dotąd wszelki ślad po niej zaginął. Natomiast szef bandy Magliana, de Pedis, gdy nadszedł naturalny kres jego żywota (stracił pieniądze, ale nie życie, tak jak zapewne Emmanuela czy jak powieszony w 1982 roku pod londyńskim mostem Czarnych Mnichów szef Banco Ambrosiano – Roberto Calvi) pochowany został, za zgodą kardynała Polettiego, wikariusza diecezji rzymskiej, której biskupem jest papież, w prestiżowej bazylice św. Apolinarego w pobliżu term Karakali.
Tę świątynię mafioso sobie wymarzył, jako miejsce wiecznego spoczynku. Fama głosi, że była to nagroda od Polettiego za to, że de Pedis zaniechał upominania się o utracone pieniądze.
Ten mafijny wątek był najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem tragedii Emmanueli Orlandi i jej rodziny. Wprawdzie naczelny egzorcysta Watykanu, Gabriele Amorth, próbował skierować śledztwo na tory orgii seksualnej z udziałem gwardzistów szwajcarskich i duchownych, po której Emmanuelę zamordowano, ale hipoteza ta nie znalazła solidnego potwierdzenia w faktach.
Czym więc wytłumaczyć nagłe milczenie ważnego źródła, którym był Graham?
Można założyć, żę uzyskał on obszerną informację o korupcji, powstałej również w wyniku obcych operacji wywiadowczych, w najwyższych kręgach kręgach kleru i administracji watykańskiej. Może również nie zabrakło tam wątków seksualnych, pedofilskich, ktore przeplatały się z kryminalnymi elelementami defraudacji i machinacji finansowych, we współpracy z mafią.
W obliczu dwóch wcześniej wspomnianych spraw – skandalu Banku Watykańskiegi i Ambrozjańskiego oraz „anihilacji” Emmanueli Orlandi, jest to prawdopodobne. Obraz ten przedstawił zapewne swym najwyższym watykańskim przełożonym, którzy uznali, że jego misji należy położyć kres, bowiem nagłośnienie jej wyników niosło w sobie ryzyko nieodwracalnych strat wizerunkowych dla instytucji kościoła w skali światowej.
A co z innymi „bohaterami” i wydarzeniami tej historii?
Abp.Marcinkus chroniony prze immunitet w Watykanie przed włoskim wymiarem sprawiedliwości następnie udał się do USA, gdzie zmarł w 2006 roku.
Natomiast historia spenetrowania budynku IOR przez agenturę ze Wschodu, z włamaniem i założeniem tam „pluskiew” była o tyle bezsensowna, że wystarczyło założyć na kablach elektrycznych oświetlenia w sali obrad na najwyższej kondygnacji wieży, gdzie z reguły wieczorem odbywały się zebrania, oporniki o zmiennej mocy, połączone z mini-mikrofonami, aby uzyskać pasywną aparaturę podsłuchową, funkcjonującą dzięki zmianom natężenia oświetlenia, niezauważalnego dla oka ludzkiego ale doskonale odbieranego przez czułą, ukierunkowaną fotokomórkę z określonej odległości, z zewnątrz. Te zmiany intensywności światła można prostą drogą przetworzyć na dżwięki (w tym przypadku – przebieg rozmów).
Już w latach 70-tych, w miesięczniku „Młody Technik”, opisano dokładnie zarówno działanie jak i sporządzenie takiego sprzętu. W latach osiemdziesiątych XX wieku profesjonalna aparatura tego typu była znacznie skuteczniejsza. Wystarczył jeden skorumpowany elektryk watykański, aby ją zainstalować, bez żadnych bezpośrednich działań służb wywiadowczych. Podobny efekt można było uzyskać zbierając mikrodrgania z okien laserem, co jednak w przypadku szyb pancernych było utrudnione.
Szkopuł jednak w tym, że „ważne”, pancerne okna najwyższej kondygnacji wieży Mikołaja, siedziby banku watykańskiego, wychodzą na prostokątne, zamknięte patio, jeśli nie liczyć lukarn na dachu i okien zewnętrznych na obwodzie tej kondygnacji. Właściwie jedynym punktem obserwacyjnym, skąd są widoczne, a to stanowiło niezbędny warunek odbierania fluktuacji oświetlenia były… najwyższe piętra Pałacu Papieskiego. Ale i tam mógł być usłużny kamerdyner.
Pewnie byłby w stanie coś na ten temat powiedzieć Fabio Markiz Ragona. Pracownik b.premiera i miliardera włoskiego – Berlusconiego, związany z koncernem medialnym Mediaset tego ostatniego. Jest on wybitnym ekspertem-watykanistą, posiadającym własne, logiczne tezy związane z poruszanymi
tu sprawami.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia

Z MARCINEM DOROCIŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Marcin Dorociński – ur. 22 czerwca 1973 w Milanówku, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów średniego już pokolenia. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie (1997). Rola podkomisarza Sławomira „Despero’ Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi PitBull (2005) przyniosła mu nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego i nagrodę Jantar’2005 za najlepszą rolę męską na Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” w Koszalinie. Za rolę gangstera Fabiana ‚Fabio’ Sawickiego w filmie Macieja Wojtyszki Ogród Luizy (2007) został uhonorowany nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zagrał też m.in. Lulka w „Przedwiośniu” w reż. F. Bajona (2001), komisarza Wilka w „Vinci” w reż. J. Machulskiego (2004), Anioła Zła we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” w reż. M. Koterskiego, „Wydrę w „Obławie” (2012), policjanta w „Drogówce” w reż. W. Smarzowskiego (2012), a także m.in. tytułową rolę w filmie „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego (2014 ).

 

 

W 2005 roku był Pan laureatem najbardziej prestiżowej nagrody dla młodych aktorów – Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Czy to dla Pana już odległa przeszłość, czy nadal bieżące zobowiązanie?

Jest to już trochę odległe, bo minęło już osiem lat, a poza tym staram się nie oglądać za siebie. Lubię na te figurkę popatrzeć dla przywołania przyjemnych wspomnień chociaż uważam, że filmów nie robi się dla nagród.

 

Co jest najważniejsze?

Każdy film to spotkanie z fascynującymi ludźmi. Gdy myślę o tej nagrodzie, to myślę głównie o „Pitbullu”, bo za niego dostałem tę nagrodę. To był moment przełomowy w moim życiu. Spotkałem kilka bardzo dla mnie ważnych osób, którym wiele zawdzięczam.

 

Nie pochodzi Pan z rodziny ani zamożnej ani o tradycjach artystycznych. Imał się Pan różnych zajęć, był Pan sprzedawcą, ochroniarzem, kelnerem Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?

W technikum w Grodzisku Mazowieckim zostałem wciągnięty do udziału w szkolnych akademiach. Zainspirowała mnie nauczycielka historii pani Izabela Kust i pani Ewa Różbicka, która przygotowywała grupkę młodzieży do egzaminu do szkoły aktorskiej, a także jeden z moich przyjaciół.

 

Zagrał Pan w bardzo wielu serialach, w wielu filmach. Należy Pan do najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów polskich, niedługo widzowie zobaczą Pana w roli pułkownika Kuklińskiego. Wspomina Pan czasem okres po studiach, kiedy grał „po bożemu” klasykę w teatrach?

Czasem wspominam. Na początku to była prawie sama klasyka. Moją rolą dyplomową w warszawskiej Akademii Teatralnej był Kreon w „Antygonie” Sofoklesa.

 

Za którą nagrodzono Pana na festiwalu szkół teatralnych. Debiutował Pan w 1997 roku w Teatrze Dramatycznym, jeszcze wtedy bardzo renomowanym, jako Lucencjo w „Poskromieniu złośnicy” Szekspira…

Tak, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Miłe wspomnienie. Potem był jeszcze Antinous w „Powrocie Odysa” Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy i kapitan Macheath w „Operze żebraczej” Vaclava Havla. Jak widać, bardzo wysoka literacka półka.

 

Potem były już same teksty współczesne. Naliczyłem, że od tamtego czasu, czyli dokładnie od 10 lat, zagrał Pan zaledwie osiem ról, z tym, że ostatnią w ubiegłym roku, w „Marylin Mongoł” Nikołaja Kolady w Teatrze Ateneum w reżyserii Bogusława Lindy. Czas pochłonął Panu film i seriale?

Tak. Pochłonęły mnie maksymalnie. Sam się sobie dziwię, że znalazłem czas na kilka ról teatralnych. Także w Teatrze Telewizji…

 

…w którym zadebiutował Pan w 1996 roku w wielkiej klasyce i to bardzo starej daty, bo jako Rodrygo w „Cydzie” Wyspiańskiego w reżyserii Krystyny Jandy.

Pięć lat później pani Krystyna zaprosiła mnie do roli Topolnickiego w „Klubie kawalerów” Michała Bałuckiego, też w Teatrze Telewizji. Potem kilka ról w realizacjach tekstów współczesnych, ostatnio w zeszłym roku jako Selznick w „Księżycu i magnoliach” w reżyserii Macieja Wojtyszki.

 

Zadebiutował Pan w filmie w 1996 roku, jeszcze bez obecności w czołówce, w głośnej, skandalizującej „Szamance” Andrzeja Żuławskiego…

To maleńka rólka studenta, drobna wprawka zawodowa. Widocznie wyglądałem na studenta, bo w tym samym roku wystąpiłem jako student w moim debiutanckim serialu „Dom”.

 

W chwilę potem była „Ekstradycja 3”, gdzie Pana jeszcze mało znane nazwisko pojawiło się jako „Dorosiński”, przez „s” a potem „Rodzina zastępcza”, w „Sforze”, „Fala zbrodni”, „Na dobre i na złe” i mniejsze czy większe zadania w innych serialach. Ostatnio zagrał Pan w „Głębokiej wodzie”. To nietypowy serial, mało celebrycki, nie o gangsterach, policjantach ani o klasie średniej, ale o ludziach pokrzywdzonych przez los i ich opiekunach, także nie należących do warstwy uprzywilejowanej.

Magda Łazarkiewicz zaprosiła mnie do współpracy w serialu o sprawach trudnych i wartych pokazania. Myślę, że taki serial jest potrzebny, bo opowiada o zwykłych ludziach, o ich życiu nie zawsze ładnym, kolorowy, wesołym i dostatnim, częściej trudnym, nieraz dramatycznym.

 

Takie role postaci mało efektownych, bez poloru, rzadko przysparzają popularności aktorom, którzy są pokazywani przez media jako ludzie celebryckiego sukcesu…

Ja nie mam o aktorach w Polsce, czy o sobie przekonania, że wszyscy są pełni poloru, barwni na co dzień. Zawsze jest tak, że na próbach omawia się charakter danej postaci. Zawsze jest korzystniej dla aktora, gdy zna prawdziwe problemy życiowe. Wtedy łatwiej o osiągnięcie autentyzmu roli. To akurat nie jest dla mnie trudne. Moje życie na przykład, zwłaszcza kiedyś, dalekie było od jakiegokolwiek poloru.

 

W serialu pojawiło się kilka aktorek średniego i starszego pokolenia, m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska czy dawno nie widziana Marta Klubowicz

Pani Teresa Budzisz-Krzyżanowską była moją profesorką w szkole. Spotkać świetnego aktora i wspaniałego człowieka w pracy, to wielkie szczęście. Ja miewam to szczęście, żeby spotykać takich ludzi. Zawsze można się czegoś nauczyć. Kilku takich ludzi bardzo mi pomogło.

 

Jest Pan laureatem kilku nagród indywidualnych. „Głęboka woda” zdobyła natomiast kilka nagród, w tym Nagrodę Prix Italia dla najlepszego serialu telewizyjnego. Jak Pan to odebrał?

Skoro praca została doceniona, to oznacza, że warto było to robić. To wielki sukces wszystkich, którzy pracowali przy tym serialu i pracują teraz przy drugiej części. Największe podziękowania i słowa pochwały powinny iść do Magdy Łazarkiewicz, która od samego początku wierzyła w ten projekt i choć jej nie było łatwo to wierzyła, że warto taki serial robić. Serial, który nie jest mega błyszczący, tylko mówi o sprawach trudnych. Pochylamy się tu nad prostymi ludźmi i jest to nie do przecenienia.

 

Zagrał Pan jedną z głównych ról w serialu sensacyjnym, polsko-brytyjskiej koprodukcji „Szpiedzy w Warszawie”. Jak do tego doszło?

Zaproszono mnie na zdjęcia próbne. Przeczytałem scenariusz i stwierdziłem, że to rzeczywiście bardzo ciekawa propozycja. Po zdjęcia próbnych zatelefonowali do mnie z informacją, że to ja będę grał pułkownika Pakulskiego.

 

Pomogła Panu pamięć lektur książek czy obejrzanych filmów o tematyce szpiegowskiej?

Nie, ponieważ, przyznam się, że nie jestem ani miłośnikiem tematyki, ani czytelnikiem czy widzem takiej produkcji. Na dobra sprawę zetknąłem się z nią bliżej po raz pierwszy właśnie czytając ten scenariusz.

 

Czym się różni praca w filmie realizowanym polskimi siłami, od takiej produkcji z udziałem BBC?

Nie różni się jakiś specjalny sposób. Poza tym spora część ekipy składała się z Polaków. Na przykład szefem pionu kamerowego był Polak. Znałem mnóstwo ludzi z poprzednich realizacji, więc nie czułem się obco, nieswojo. Jedyna bariera, to była właściwie bariera językowa, która jest jednak do pokonania. W swoim życiu pracowałem już za granicą, więc i tutaj nie czułem się jakoś obco.

 

Pana bohater chodzi w szykownym mundurze przedwojennym, ma gustowny wąsik. Uzyskanie aktorskiego efektu takiej staromodności przedwojennej było trudne?

Wiele rzeczy było napisanych w scenariuszu i dużo czasu spędziliśmy z panią reżyser na opowiedzeniu sobie, jaki to jest człowiek. Natomiast samo noszenie munduru wymusza odpowiednie zachowania – na przykład nie można się garbić za bardzo, ale to ciekawe doświadczenie nosić taki stary mundur.

 

Nieco wcześniej doceniono Pana role w dwóch filmach kinowym, w „Rewersie” Borysa Lankosza i w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Czy może Pan powiedzieć coś o atmosferze pracy na planie, która wytworzyła tę niezwykłą siłę gry wszystkich aktorów?

Myślę, że to zasługa Wojtka Smarzowskiego, który jest świetnym reżyserem i ciekawą osobowością. Jest bardzo szczery w stosunku do widza i nie myśli za niego. Wojtek tak bardzo szanuje wszystkich, z którymi pracuje, że tworzy się niebywała więź ludzi, którzy pracują nad filmem. „Różę” kręciliśmy w siedlisku pod Olsztynem i było trochę tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Niezwykłe przeżycie. Być może i to się przyczyniło do tego, że ta historia nie pozostała widzom obojętna.

 

Jest Pan chwalony za umiejętność osiągania dyskretnymi środkami na ekranie autentyczności w tworzeniu bardzo odległych społecznie i psychologicznie postaci. Wspominaliśmy o pułkowniku w „Szpiegach”, a w „Rewersie” był Pan bardzo wiarygodny, w najdrobniejszych odruchach, jako funkcjonariusz UB. Jak Pan to robi?

Nie umiem tego wytłumaczyć. Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia, tyle potrafię powiedzieć.

 

Dziękuję za rozmowę.