Bezpaństwowcy

Ostrożne szacunki mówią o ponad 12 milionach bezpaństwowców na świecie. Przyczyny utraty obywatelstwa są różne – od prawa małżeńskiego przez zmianę terytorium pobytu aż po odebranie obywatelstwa. Właśnie z tej ostatniej opcji coraz chętniej korzystają rządzący, pozbywając się w ten sposób osób o niepożądanych poglądach politycznych i pochodzeniu etnicznym.

W ubiegłym tygodniu światowe media obiegła informacja o decyzji władz Wielkiej Brytanii, które pozbawiły obywatelstwa Shamimę Begum. Cztery lata temu, w wieku zaledwie piętnastu lat, Begum uległa propagandzie Państwa Islamskiego i po kryjomu wyjechała do Syrii. Tam wyszła za mąż i urodziła trójkę dzieci. Dwójka szybko zmarła, zaś mąż – posiadający holenderski paszport – trafił do więzienia. Podobnie zatem jak wiele z „narzeczonych dżihadu”, Begum postanowiła powrócić do swojej ojczyzny. Okazało się to jednak niemożliwe, gdyż już wcześniej rząd brytyjski pozbawił ją obywatelstwa.
Minister spraw wewnętrznych Sajid Javid argumentował swoją decyzję tym, że „należy ponosić konsekwencje swoich czynów”. Powołał się przy tym na ustawę z 1981 r., która zezwala na taki krok, jeśli tego wymaga „zachowanie dobra publicznego”. Pod warunkiem wszakże, że w wyniku pozbawienia obywatelstwa dana osoba nie stanie się bezpaństwowcem. Jak przekonuje brytyjskie MSW w przypadku Begum warunek ten udało się spełnić, gdyż jej matka posiada obywatelstwo Bangladeszu. Sytuacja nie jest jednak tak oczywista. Sama Begum twierdzi bowiem, że nigdy nie posiadała bangladeskiego paszportu, co zresztą potwierdziły władze tego państwa.
Z podobnym problemem boryka się amerykańska administracja. Prezydent Trump ogłosił ostatnio na Twitterze, że poinstruował swoich podwładnych, aby nie wydawali oni zgody na powrót do USA tym, którzy współpracowali z Państwem Islamskim. Jedną z takich osób jest Hoda Muthana, dwudziestoczterolatka, która w 2014 r. z amerykańskim paszportem wyjechała do Syrii. Muthana urodziła się w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie jemeńskiego dyplomaty przy OZN. Zgodnie z amerykańskim prawem, dzieci czynnych dyplomatów, które przyszły na świat w USA, nie otrzymują tamtejszego obywatelstwa. Nie dotyczy to jednak Muthany. Jej ojciec przestał bowiem pełnić swoją funkcję jeszcze przed jej narodzinami.
Wielu amerykańskich prawników stoi na stanowisku, że administracja nie ma władzy pozbawienia obywatelstwa osób, które nabyły je w sposób legalny. „Obywatelstwo to najbardziej podstawowa więź między jednostką a państwem, której to więzi nie może przerwać pojedyncza osoba, chociażby był nią sam sekretarz stanu” – stwierdził na łamach brytyjskiego „The Independent” César García Hernandez, profesor prawa z Uniwersytetu w Denver.
Wraz z Muthaną, w kurdyjskim więzieniu przebywa jeszcze co najmniej kilkanaście kobiet, które wyjechały na Bliski Wschód z amerykańskim paszportem. Przed podobnymi dylematami, co Wielka Brytania i USA, staną niedługo pozostałe zachodnie demokracje, skąd rekrutowało się wielu zwolenników Państwa Islamskiego. Tymczasem korespondenci wojenni przyznają, że to właśnie bojownicy z Europy często dopuszczali się najbardziej brutalnych zbrodni. Jednak przy słabości wymiaru sprawiedliwości oraz braku konkretnych dowodów, część z nich może zostać uniewinnionych i kontynuować terrorystyczną działalność już w swoich ojczyznach. Dlatego też dla wielu polityków pozbawienie obywatelstwa wydaje się najprostszą i najskuteczniejszą formą obrony przed radykałami.
Czy zatem można bronić bezpieczeństwa obywateli nawet za cenę łamania obowiązującego prawa? Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, której 70. rocznicę uchwalenia obchodziliśmy trzy miesiące temu, głosi, że „każdy człowiek ma prawo do posiadania obywatelstwa” i nie wolno mu go samowolnie odmawiać. Podobnie Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, ratyfikowany przez niemal 170 państw, w tym Polskę, podkreśla, iż „każde dziecko ma prawo do nabycia obywatelstwa”.
Trudno polemizować z argumentem o konieczności ochrony państwa przed potencjalnymi zamachowcami. Nawet jeśli wśród nich znajdują się obywatele tego państwa. Jednak w przeszłości wielokrotnie zdarzało się, że prawo wymierzone w terrorystów wykorzystywano do ograniczania swobód politycznych. Po I wojnie światowej, w obawie przed proletariacką rewolucją, władze Stanów Zjednoczonych pozbawiły obywatelstwa i deportowały z kraju kilkaset osób – „anarchistów” i „socjalistów”, w większości z Europy Południowej i Wschodniej. Bardziej niż konkretne dowody, o ich winie miało przesądzać pochodzenie etniczne. Także Polska ma niechlubną kartę w odbieraniu obywatelstwa. Po 1945 r. pozbawiono go ponad 70 oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, w tym gen. gen. Władysława Andersa, Stanisława Kopańskiego i Stanisława Maczka. Ostatni raz na masową skalę z polskiego obywatelstwa musieli rezygnować ci, którzy na fali antysemickiej nagonki w 1968 r. zdecydowali się na wyjazd z kraju.
Także dzisiaj pojawiają się wątpliwości, co do czystości intencji rządzących. Można bowiem zadać sobie pytanie dlaczego proceder pozbawiania obywatelstwa dotyczy jedynie terrorystów z ISIS, a nie na przykład seryjnych morderców czy gwałcicieli? Według wszelkiego prawdopodobieństwa Shamima Begum i Hoda Muthana same nie popełniły żadnej zbrodni, a co najwyżej dały się wykorzystać bestialskiemu reżimowi. Oczywiście muszą one ponieść odpowiedzialność za swoje czyny, ale czy wykluczenie ze wspólnoty narodowej to kara adekwatna do przestępstwa?
Wielu działaczy społecznych w USA czy Wielkiej Brytanii głośno zastanawia się dlaczego decyzje o pozbawieniu obywatelstwa dotyczą głównie osób o korzeniach imigranckich. Zupełnie inaczej niż w przypadku Begum, rząd w Londynie zareagował na sprawę Jacka Lettsa, białego dwudziestokilkulatka. Znany jako „Jihadi Jack”, Letts spędził pięć lat w Syrii aktywnie walcząc po stronie Państwa Islamskiego. Obecnie przebywa on w kurdyjskim więzieniu i za pośrednictwem mediów wyraża chęć powrotu do ojczyzny. Co prawda w jego sprawie nie zapadła jeszcze żadna decyzja, ale nie można nie zauważyć, że głosy domagające się pozbawienia go brytyjskiego obywatelstwa (Letts posiada także paszport kanadyjski) wybrzmiewają nad Tamizą niezwykle słabo.
Odebranie obywatelstwa to potężne narzędzie nie tylko w zakresie bezpieczeństwa. Tak, jak niegdyś osoby objęte infamią musiały opuścić mury rodzinnego miasta, tak obecnie pozbawienie osoby obywatelstwa ma charakter nie tylko prawny, ale przede wszystkim etyczny. Wskazuje bowiem, kto może przebywać we wspólnocie, a kto powinien ją opuścić. Chociaż więc trudno żałować byłych bojowników Państwa Islamskiego, warto zastanowić się nad dalszymi konsekwencjami decyzji w ich sprawie. Skoro władze nagięły prawo w tym przypadku, nie ma gwarancji, że nie zrobią tego ponownie w innych.
Można wyobrazić sobie zatem sytuację, w której niesiony falą nacjonalistycznego wrzenia rząd brytyjski zechce pozbyć się urodzonych już na Wyspach dzieci polskich imigrantów. Sprawa ta dotyczy całkiem pokaźnej liczby osób – zaledwie w 2017 r. Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii urodziły niemal 21 tys. dzieci. Obecnie ich status jest niepewny, a zapewne jeszcze bardziej pogorszy się po Brexicie. Jak już nieraz pokazano, pretekst do deportacji może być całkiem błahy. Wystarczy więc przejście przez jezdnię na czerwonym świetle czy niedopełnienie jakiś formalności. Brzmi jak political fiction? Dzisiaj na pewno, ale jutro już nie musi.

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.