Prawo do wolności

Zdarzenia jakie zadziały się w ostatnią sobotę dają do myślenia i powinny stać się impulsem do merytorycznego i czynnego odniesienia się do nich.

Milczenie czy ignorowanie społecznego dramatu pokazuje prawdziwe intencje tych, którzy rzeczywiście mogliby – a nie chcą – zmienić biegu przyszłych wydarzeń.
Przyczynkiem do tego co mogliśmy obserwować na ulicach stolicy Podlasia z pewnością mogły być i słynne naklejki z „Gazety Polskiej” i wygłaszane we wszystkich białostockich kościołach kazania nawołujące do obrony przed „innymi” już tygodnie przed wydarzeniem jak i wiele innych bodźców, które zostały odebrane jako przyzwolenie do dania upustu swoim najbardziej toksycznym i złym emocjom. One wszystkie były jednak jedynie skutkiem, a nie przyczyną odgórnej akceptacji dla mowy nienawiści w naszym kraju. Takie dramaty mogły więc dotknąć każdego miasta w Polsce.
Społecznością, która podobnie już jak Białystok ma doświadczenie w tragicznych wydarzeniach są obywatele Warszawy To więc całkiem zrozumiałe, że odpowiedzieli w geście solidarności z Białymstokiem organizując Marsz Przeciwko Przemocy, które ma odbyć się w najbliższą sobotę. Założenie tego wydarzenia jest jasne – publiczne wyrażenie swojej niezgody na przemoc i niszczenie drugiego człowieka.
Nie jest tajemnicą, że lewica z racji swojego programu i światopoglądu będzie promowała i wspierała tę inicjatywę. Działacze partii lewicowych najodważniej ze wszystkich wychodzą przed szereg ze swoim wewnętrznym przekonaniem do prawa ochrony każdego człowieka. Nie obawiają się mocnych komentarzy i swoich „kontrowersyjnych” zachowań we wciąż zachowawczym polskim społeczeństwie. Jednak czy prawo do wolności i równości jest czymś nienormalnym? Dla prawicy na pewno, ale czy oby tylko?
Zadaję sobie to pytanie w związku z publicznymi komentarzami kilku głównych działaczy Platformy Obywatelskiej, którzy wyraźnie zdają się lekceważyć planowaną ideę Marszu.
Czemu więc miała służyć idea koalicji jeszcze kilka tygodni temu? Czy nie przypadkiem właśnie obronie polskiej demokracji, która po raz kolejny zaledwie kilka dni temu była dewastowana na oczach całego Świata? Czy rzeczywiście chwilowe „zjednoczenie” z lewicą na czas Marszu Przeciwko Przemocy, w tak naturalnie przecież słusznej sprawie miałoby przeszkodzić w odniesieniu wyborczego sukcesu Koalicji Obywatelskiej?
Pozwolę sobie zauważyć, że zafiksowanie na kampanii wyborczej i chęć przesadnej konsekwencji w swych deklaracjach po raz kolejny odrywa Platformę od rzeczywistości i realnych bieżących przeżyć obywateli.
Niestety tak ten Świat jest dziwnie skonstruowany, że realne problemy i moralne dylematy ludzi nie znikają podczas kampanii wyborczych. Wręcz przeciwnie, na skutek mniej lub bardziej sprowokowanych zdarzeń zdają się urastać do symbolicznych wymiarów. To, w jakim stopniu odniesiemy się do nich w czasach, kiedy walczymy również o swoje własne interesy obrazuje nasz poziom człowieczeństwa.

Słońce, plaża, homoseksualizm

Zamiast na Open’er, pojechałem do Gdyni na Marsz Równych.

To był prawdziwy przekrój społecznej różnorodności. W niedzielę na ulicach Gdyni w radosnym korowodzie maszerowały osoby LGBT, antyfaszyści, feministki, a także kibice i kibicki Arki Gdynia i osoby wspierające uchodźców. Mieszkańcy „miasta z morza” przyjaźnie reagowali na demonstrantów. Co więcej, tęczowy pochód nie natrafił na żadną kontrdemonstrację, co w 2019 roku w Polsce jest zjawiskiem nadzwyczajnym.
Marsz Równych to nowa forma ekspresji ludzi, którzy walczą o egalitarne społeczeństwo. Od dobrze znanych tęczowych pochodów odróżnia go szersze spektrum obszarów walki o równość społeczną. Organizatorzy walkę o przyznanie pełni praw obywatelskich osobom LGBT stawiają na równi ze sprawą batalii przeciwko wyzyskowi w miejscach pracy, akcentują także kluczowe znacznie równouprawnienia płci, przyjaznej uchodźcom polityki migracyjnej, jak również konieczność wyjścia poza hermetyczną kategorię narodu na rzecz społeczeństwa otwartego i wielonarodowego.
Organizator i pomysłodawca wydarzenia, Michał Goworowski zapraszając na marsz zapowiadał, że nie zobaczymy na nim platform reklamowych kapitalistycznych korporacji, które poprzez udział w tęczowych marszach w dużych miastach ocieplają sobie wizerunki. I faktycznie, w niedzielę pod gdyńskim urzędem miasta spotkali się przede wszystkim aktywiści i aktywistki, którym na sercu leży uczynienie tego świata lepszym i bardziej przyjaznym miejscem do życia.
Na przodzie pochodu jechał samochód z nagłośnieniem; uczestnicy ruszyli ze śpiewem na ustach. Atmosfera przypominała bardziej wakacyjną imprezę niż polityczną demonstrację. Co nie powinno dziwić, gdyż w sobotę w Gdyni zakończyło się jedno z największych muzycznych wydarzeń roku – Open’er Festival. Organizatorzy marszu liczyli, że część uczestników pozostanie dzień dłużej i weźmie udział w równościowej demonstracji. Masowego przepływu nie było, ale kilka osób, które bawiły się wcześniej na polach w Kossakowie, faktycznie spotkałem.
– Jechałyśmy już na dworzec i zobaczyłam tęczowe flagi. No i przyłączyłyśmy się – mówi Natalia, która wraz z koleżanką, Kornelią przyjechały do Gdyni z Warszawy. –
– Można powiedzieć, że to dla mnie sprawa osobista, bo mój brat jest gejem, w zeszłe wakacje powiedział o tym rodzicom, wspieram go jak mogę i razem chodzimy na Paradę Równości. Tak więc jesteśmy też tutaj, chociaż można trochę przypadkiem – powiedziała Natalia.
Dziewczyny właśnie zdały do klasy maturalnej w jednym ze stołecznych liceów. – W mojej szkole są różni ludzie. Część nauczycieli popiera równe prawa gejów czy osób trans, mieliśmy zajęcia antydyskryminacyjne i to na pewno jest duży plus, ale są też osoby, które nie tolerują tego, że ktoś może spotykać się z osobą tej samej płci. Są to najczęściej koledzy, rzadziej koleżanki – tłumaczy Kornelia.
7 lipca w Gdyni swoje święto mieli nie tylko zwolennicy równości społecznej. Kilka godzin po zakończeniu marszu kibice Arki Gdynia mieli obchodzić 90-lecie istnienia swojego klubu. Mimo, że tęczowa demonstracja zakończyła się na skwerze nazwanym na część gdyńskiej drużyny, a pomarszowy afterek odbył się w budynku tenisowej sekcji, nie doszło do żadnych napięć. Mało tego, w tłumie można było spotkać osoby sympatyzujące z „Areczką”.
– Chodzę na mecze od dziecka, najpierw z tatą, potem z kolegami, ostatnio z dziewczyną – przyznaje Marysia.
Czy jako para mogą czuć się swobodnie na Stadionie Miejskim? – Tak dobrze to nie jest, ale to mój klub, mam nadzieję, że można kiedyś nie będziemy musiały udawać koleżanek – dodaje ze śmiechem.
O urodzinach Arki Gdynia wspominają też organizatorzy. Tłum reaguje aplauzem, a następnie po centrum miasta rozlega się głośne: „sport, zdrowie, homoseksualizm”.
Idziemy, śpiewamy, tańczymy, bez napięcia i dusznego patosu. Jesteśmy nad morzem, więc w programie imprezy nie mogło zabraknąć spaceru promenadą. Wypoczywający patrzą na nas z zainteresowaniem, niektórzy machają przyjaźnie. Czas na rozszerzenie repertuaru. „Plaża, słońce, aborcja na żądanie” – to hasło, brzmiące trochę jak oferta hotelu spa, wzbudziło szczególną wesołość. Ponad Zatoką Gdańską rozbrzmiewa jeszcze zmodyfikowana wersja: „Plaża, słońce, homoseksualizm”. Dla każdego coś miłego.
Fabian namalował sobie na czole słowo „pedał”. – Można mnie nazywać pedałem, zupełnie mnie to nie rusza, to może być część mojej tożsamości – tłumaczy.
W Lęborku nie ma mowy o zupełnie swobodnym życiu, jeśli należy się do ludzi LGBT. – Trudno jest kogoś poznać, to niewielkie, 40-tysięczne miasto. Szczególnie, gdy jest się osobą transpłciową. Ale da się przeżyć, zwłaszcza jak ma się wsparcie ze strony rodziny, na co mogę liczyć.
– Nie spotkałem się nigdy z fizyczną agresją, ale słyszę czasem, że jestem nienormalny i nie można mnie akceptować. Dużo mitów krąży na nasz temat, rozpowszechniane są kłamstwa, robią z nas agresorów, no a przecież zobacz – czy tu ktoś chciałby zrobić komuś krzywdę? – pyta Fabian.
Aleksandra Zientara maszeruje z flagą Polski. – Mam ją ze sobą, bo takiej właśnie chce Polski. To mój kraj, a ja chce żeby był był równy i tolerancyjny. Jestem taką samą Polką jak ci, którzy są przeciwko nam. – wyjaśnia. – Ruch LGBT w żadnym stopniu nie przeczy katolickim wartościom, co zresztą wyraża się w poglądach Franciszka. Szkoda, że polscy katolicy nie chcą słuchać swojego papieża.
O tym, że w Polsce na polu równości społecznej jest jeszcze sporo do zrobienia, jest przekonana Agnieszka Turek z Gdańska.
– Dzielimy się na lepszych i gorszych; na tych, którzy mogą zawrzeć związek małżeński i na tych, którym się tego odmawia, na tych normalnych i na tych nazywanych zboczeńcami. Ja uważam, że każdy człowiek jest normalny – akcentuje.
Zdaniem Agnieszki marsze na rzecz równości społecznej są ważne, bo dają poczucie wspólnoty i wsparcia przedstawicielom mniejszości. – Mogą zobaczyć, że nie są same. Kiedy widzisz, że ulicami twojego marszu idą osoby takie jak ty i takie, które podzielają Twoje poglądy, to dodaje odwagi.
Koncepcja Marszu Równych bardzo się Agnieszce podoba. – Ruch LGBT nie jest jednolitą ideologią, nie mamy dekalogu, według którego powinniśmy postępować. Widzę coraz większą różnorodność i to mnie bardzo cieszy. Są tutaj ludzie z Extinction Rebellion, którzy walczą żebyśmy nie wymarli w roku 2050 w wyniku zmian klimatycznych; są osoby, które starają się o dostrzeżenie i godność osób z niepełnosprawnością ruchową. To świetnie, że są tu też ludzie, którzy zajmują się sprawami pracowniczymi. To jest ważne.
Co jest największą siłą równościowych demonstracji? – Każdy zaczyna walczyć o sprawy, które są dla niego najważniejsze, o to co go najbardziej boli, ale kiedy zaczynamy dołączać do siebie, to dostrzegamy problemy innych. Powstaje solidarność. Wiem, że jako lesbijka nie będę się zajmować tylko swoimi sprawami – zapewnia Agnieszka Turek.
Do Gdyni ściągnęły posiłki z innych miast. Były aktywistki z Warszawy z inicjatywy „Stop Bzdurom”, które pomagały w prowadzeniu demonstracji, był też Dominik Puchała z Częstochowy, nazwany po współorganizowanym przez siebie marszu przez prawicową prasę „hersztem tęczowej propagandy”.
– Bardzo mi miło, w pełni identyfikuje się z tytułem. Chciałbym się zwrócić do liberalnych mediów o stosowanie takiego miana. Przyjechałem do Gdyni, aby uprawiać tu tęczową propagandę, bo to propaganda dobrej idei. Mam nadzieję, że również tutaj zdobędziemy symboliczną Jasną Górę, że również tutaj uda się zmienić społeczeństwo na bardziej równe i wolne – zadeklarował Dominik.
Rut Panek jest działaczką związkową z Warszawy. To również jej sprawa i jej marsz. – Walka o równość społeczną w 2019 roku oznacza dla mnie równość pracowniczą na poziomie samego kodeksu pracy, bo wszyscy pracownicy powinni być nim objęci, a sam kodeks znowelizowany tak by lepiej chronił ludzi pracy. Czy może być coś ważniejszego od sprawy, która dotyka większości ludzi w tym kraju? – pyta.
Gdynia to miasto kontrastów. Bogate osiedla, wystawne promenady, drogie restauracje. A z drugiej strony fawele, których mieszkańcy muszą walczyć o prawo własności swoich domów. Z Michałem Goworowskim rozmawiam na tarasie klubu tenisowego, należącego do miasta.
– To miejsce jest symbolem tutejszego rozwarstwienia. Jeden z największych w Polsce kompleksów tenisowych, dwa hektary sztucznie podtrzymywane za pieniądze miejskie, postawione, by zaspokoić sportowe ambicje biznesmena Krauzego, lokalnego biznesmena (Ryszard Krauze – miliarder, właściciel Prokomu – przyp.red.) , z drugiej strony mamy mieszkańców osiedli biedy – Pekinu i Meksyku, którzy nie mogą liczyć na łaskę ratusza, są zmuszeni procesować się o coś tak podstawowego jak dach nad głową, prawo do ziemi, czy dostęp do sieci ciepłowniczej – zauważa
Goworowski po zakończeniu pochodu wyglądał na zadowolonego. – Cieszę się, że nie było problemów ze strony ratusza, policji, ani miejscowej skrajnej prawicy. Wydaje mi się, że społeczność Gdyni zaakceptowała już nasze idee, nie budzimy żadnej sensacji – powiedział organizator Marszu Równych.

Dwa miasta, dwie mentalności

Jestem ostatnim, który powie coś miłego o neoliberalnych politykach. Jestem pierwszym, który uważa, że hasło ”nie ma wroga na lewicy” powinno być priorytetowe w ustawianiu relacji po lewej stronie sceny politycznej.
Dziś akurat przyszedł czas, kiedy muszę zaprzeczyć sam sobie.
Postawa Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy z PO, imponuje. Jest pierwszym prezydentem, który objął patronatem Marsz Równości. Różni się tym korzystnie od swojej poprzedniczki, która mając pełne usta Ducha Świętego jako dyżurnego konsultanta oraz rozmodlone zachowania przy lada okazji, kiedy trzeba było opowiedzieć się za często dyskryminowaną mniejszością, co zgodne z istotą chrześcijaństwa, nigdy nie potrafiła zachować się jak rasowy polityk europejski i jak chrześcijanin. Jej zachowania, skierowane na to, by za wszelką cenę nie być kojarzoną ze wsparciem dla ruchów LGBT byłyby zabawne, gdyby nie były kompromitujące. I, co gorsza, przez lata kierownictwo jej partii udawało, że tego nie widzi, czym wystawiało sobie fatalne świadectwo.
Akurat uważam, że przez polskie miasta winny przechodzić nie tyle marsze równości, ile marsze tolerancji, bowiem nie tylko grupa LGBT jest w Polsce dyskryminowana, a Polacy mają wiele lekcji do odrobienia z wyrozumiałości i akceptacji wobec wszystkich, którzy od nich się różnią. Kiedy na ulicach w radosnym i uśmiechniętym pochodzie obok siebie przejdą aktywiści ruchów LGBT, przedstawiciele innych ras i religii, niepełnosprawni i chorzy, wtedy dopiero będziemy mogli mówić o marszu równości w pełnym tego słowa znaczeniu.
Zostawmy to jednak na boku, bo czas przenieść się o niemal 300 kilometrów od stolicy: do Rzeszowa. Tam Tadeusz Ferenc, prezydent podkarpackiego miasta, członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wydał zakaz Marszu Równości. Rzeszowski prezydent ma z pewnością mnóstwo poważnych argumentów na obronę swojej decyzji: bezpieczeństwo mieszkańców, tradycyjny konserwatyzm tego regionu, a wreszcie chęć utrzymania się u władzy przez kolejna kadencję, a bez poparcia Kościoła, konserwatystów i zwykłych homofobów, nie ma co Tadeusz Ferenc marzyć o wygranych kolejnych wyborach. Ludzie pozbawieni elementarnej wrażliwości i ze zdemolowanym przez ostatnie 30 lat systemem wartości decyzji Ferenca przyklasną: tak się robi politykę! Furda wartości i zasady, liczy się utrzymanie władzy i koniec.
Otóż nie.
Ferenc właśnie udowadnia, że nominalnie lewicowe ugrupowanie nie jest warte złamanego grosza ani jednego choćby głosu, jeżeli mają w nim mieć coś do powiedzenia tacy ludzie, jak on. Ne zazdroszczę Annie-Marii Żukowskiej, rzeczniczce Sojuszu, która choć ostro krytykuje prezydenta Rzeszowa, musi mieć świadomość, że taka postawa, jaką Ferenc zaprezentował, jest w jej ugrupowaniu powszechna. Zadziwiająca łatwość budowania sojuszu z partiami, których program jest w ewidentnej sprzeczności z lewicowym światopoglądem, wypowiedzi działaczy SLD, które kompromitują ich i ugrupowanie, to tylko niektóre i najświeższe grzechy. To wszystko układa się w tę fatalną narrację, że zrobią wszystko, pójdą z każdym i odwrócą się od każdej wartości, byle tylko dorwać się do władzy. Ferenc jest produktem takiego myślenia.
Umiejętność pójścia pod prąd, wykazania się odwagą obrony niekoniecznie popularnych poglądów, czyli to co zaprezentował Trzaskowski, charakteryzuje polityków nastawionych na sukces, a w każdym razie potrafiących zachować twarz. To nieczęste w polskiej polityce.
Nie będę popierał PO. Ale odwaga Trzaskowskiego jest godna szacunku. Decyzje Tadeusza Ferenca – niekoniecznie.

Tolerancja po katolicku

Polski kościół katolicki jeszcze długo nie dorośnie do tego, żeby przyjąć naukę papieża Franciszka.

 

18 maja ulicami Konina przeszedł pierwszy w historii miasta Marsz Tolerancji. Kościół katolicki nie mógł tego przeboleć. Okazało się, że jeden z lokalnych ministrantów, zaangażowany w organizację imprezy… wyleciał z posługi. Proboszcz oznajmił mu, że „robi cyrk na ulicach” i przynosi wstyd kościołowi.
Mikołaj Marcinkowski upublicznił całą akcję na Facebooku: „Zostałem usunięty z ministrantów przez proboszcza i w sumie to wyproszony z kościoła za bycie tolerancyjnym. Usłyszałem że wyprawiam cyrki na ulicy, że przyniosłem plamę na honorze mojej rodzinie, kościołowi i ministrantom”.
Kiedy chłopak oznajmił kapłanowi, że „tolerancja” to pojęcie szersze niż tylko wspieranie ruchu LGBT, ale odnosi się do szeroko pojętej dyskryminacji, również tej na tle rasowym, czy na tle niepełnosprawności – usłyszał, że „jest bezczelny i że szatan może wejść pod sutannę”. A kiedy dodał, że na temat tolerancji wypowiadał się sam papież Franciszek… wyleciał z hukiem ze świątyni, przybytku miłości bliźniego, gdzie każdy jest równy przed obliczem Boga.
Kolejny katolik właśnie przekonał się na własnej skórze, że moralność i moralność katolicka mają się do siebie jak krzesło i krzesło elektryczne.
Sprawa wybuchła w mediach, kiedy status Mikołaja udostępnił na Twitterze poseł Adam Szłapka z Nowoczesnej, obecny zresztą na Marszu Tolerancji.
Imprezę zorganizowano w akcie sprzeciwu wobec terroryzowania miasta przez Młodzież Wszechpolską. Pod koniec kwietnia dyrekcje dwóch miejscowych ogólniaków wycofały się z inicjatyw promujących równość i różnorodność, ponieważ zostały zasypane telefonicznymi i internetowymi groźbami przez działaczy Młodzieży Wszechpolskiej. III LO wycofało się z organizacji konkursu plastycznego, a II LO usunęło nakręcony przez siebie film z równościowym przesłaniem. Uczniowie nie mogli wybaczyć szkołom, że dały się zastraszyć – i sami postanowili działać.
– Chcemy to zrobić jako społeczności uczniowskie. Musimy pokazać, że my, młodzi, nie boimy się hejtu. Bunt, jaki się zrodził w młodych ludziach, ta niechęć do nietolerancji jest ogromna – mówił jeden z organizatorów, Kasjan Owsianko.
– Organizujemy marsz, żeby pokazać, że konińska młodzież jest tolerancyjna, a Konin jest tolerancyjnym miastem – dodawał Mikołaj Marcinkowski – jak się okazało, późniejszy bohater duszpasterskiej burzy rozpętanej przez proboszcza.
Rozgoryczony poseł Szłapka, podając dalej historię chłopaka, wypomniał Episkopatowi milczenie podczas protestu niepełnosprawnych w Sejmie.
Ks. Wojciech Lemański poczuł się zresztą w obowiązku przeprosić za tę postawę, kiedy protestujący zawiesili swój protest i opuścili parlament.
– Chciałem was, protestujących, przeprosić za milczenie mojego kościoła i te słowa wypowiedziane przez niektórych jego przedstawicieli, które was zabolały – powiedział.
Przypomnijmy tylko słowa Papieża Franciszka z 2016: „
„Geje nie powinni być dyskryminowani, a traktowani z szacunkiem i mieć opiekę duszpasterską. (…) Kościół powinien przeprosić nie tylko gejów, lecz także ubogich, kobiety i dzieci, które były wyzyskiwane za jego przyzwoleniem”.