Antykonstytucyjna ustawa i antykonstytucyjny trybunał

Trybunał Przyłębski po raz kolejny popisał się nie tylko dyspozycyjnością wobec ośrodków władzy ale też ignorancją prawną. Takie wnioski szewc Fabisiak wyciąga z wyroku wyżej wymienionej struktury zgodnie z którym ustawa pozwalająca na obniżenie policyjnej renty inwalidzkiej jest zgodna z Konstytucją.

Pytanie co do zgodności ustawy z Konstytucją zadał Trybunałowi Sąd Okręgowy w Krakowie. Dlatego też organ udający coś co ma taką samą jak on nazwę badał zgodność zapisów tej ustawy z konkretnymi artykułami Konstytucji wymienionymi przez krakowski sąd. Chodziło tu o Art. 2 i Art. 67 ust 1. Gdyby normalny a nie uzurpatorski trybunał wczytał się w treść tychże artykułów to bez szczegółowej analizy natychmiast uwaliłby rzeczoną ustawę.

Zacznijmy od drugiego z tych konstytucyjnych zapisów. Otóż Art. 67 ust 1 stwierdza wyraźnie, iż „obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego”. A skoro się jest obywatelem to takiemu obywatelowi należą się takie same prawa jak innym obywatelom I tylko taka może być jedyna słuszna zarówno z prawnego, jak i czysto ludzkiego punktu widzenia interpretacja – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

Aby się o tym przekonać warto przeczytać Art. 2 Konstytucji RP zgodnie z którym „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” To, że segregacja inwalidów na politycznie słusznych i niesłusznych jest rażąco sprzeczna z wyżej wymienionym artykułem jest oczywista dla każdego człowieka umiejącego wyciągać wnioski z tego, co sam przeczytał. Szewc Fabisiak domniemywa, że sędziowie Trybunału Przyłębskiego nie są na tyle durni, żeby nie potrafili zrozumieć tego, co czytają. Jednakże rżną niedouczonych głupków tylko po to by zachować się zgodnie z politycznymi oczekiwaniami władzy bynajmniej nie sądowniczej. Jedynie dwóch sędziów Leon Kieres i Piotr Pszczółkowski złożyło sprzeciw zgłaszając zdanie odrębne. Jednakże – zauważa szewc Fabisiak – dwóch sprawiedliwych i poważnie traktujących swoje sędziowskie obowiązki to za mało aby uniemożliwić temu pozostałemu towarzystwu wydawanie niekonstytucyjnych wyroków. To, że wydawane są takie niekonstytucyjne wyroki jest konsekwencją tego, że sam wydający je organ jest niekonstytucyjny. Jest w tym jakaś logika, która jednak nie tylko prowadzi do absurdu, lecz także podważa podstawy praw obywatelskich – uważa szewc Fabisiak.

Przy okazji warto też zajrzeć do Art. 31 ust. 3 Konstytucji w którym czytamy, iż „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób”. Z treści tego zapisu wynikałoby, że zarówno autorzy ustawy, jak i trybunalscy sędziowie uważają, że niektórzy inwalidzi przygotowują jakiś zamach stanu, organizują burdy uliczne, wycinają drzewostan, paradują nago po ulicach bądź zamykają jakieś osoby w swoich piwnicach. Szewc Fabisiak jakoś nie przypomina sobie aby o tego rodzaju inwalidzkich poczynaniach informowała prasa czy telewizja. A niechybnie by z wielkim hukiem to nagłośniła, gdyby zdarzył się choćby jeden tego typu odosobniony przypadek.

Już sama ta antyinwalidzka ustawa zawiera w swej treści umieszczony tam prawdopodobnie świadomie błąd merytoryczny. Otóż mówi się tam o osobach „pełniących służbę na rzecz totalitarnego państwa”. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że zanim koś posłuży się jakimś terminem, to powinien najpierw poznać jego znaczenie. Określenie państwo totalitarne odnosi się bowiem do takiego państwa w którym wszystkie organizacje i struktury podporządkowane są władzy. Każdy mający nawet mglistą wiedzę historyczną łatwo dojdzie do wniosku, że totalitarny charakter miał stalinowski Związek Radziecki, gdzie Cerkiew Prawosławna była podporządkowana władzy, która mogła swobodnie decydować jakie obiekty religijne wyburzać czy też przeznaczać na magazyny zbożowe oraz Albania w czasach panowania Envera Hoxhy, gdzie religia została całkowicie wyrugowana z życia publicznego. Gdyby takim samym państwem była Polska Ludowa, to wszelkie struktury kościelne byłyby podległe władzy państwowej bez jakiejkolwiek samodzielności. Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych starszych oraz młodszych od niego osób, doskonale pamięta, że w kościołach regularnie odbywały się msze, praktykujący katolicy chodzili bez przeszkód na pielgrzymki do Częstochowy a święta Bożego Narodzenia w radio i telewizji puszczano kolędy. Przez pewien czas wprowadzono naukę religii w szkołach a w okresie dyktatury stanu wojennego nadawane były przez radio msze. Przez lata w Sejmie działało, co prawda nieliczne ale jednak, koło poselskie Znak, które niejednokrotnie zachowywało się jak opozycja. Jak choćby poseł Stanisław Stomma składając interpelację po wydarzeniach z marca 1968 r. czy też głosując przeciwko wpisaniu do Konstytucji zapisu o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Jeżeli ktoś tak rozumie totalitaryzm, to tylko wypada pogratulować mu daru spostrzegawczości – sarkastycznie zauważa szewc Fabisiak. Natomiast bardziej zbliżone do systemu totalitarnego są ustawy o których była mowa jak też służalcze wyroki pewnego trybunału.

Bractwo Mundurowe

Wśród korespondentów wojennych, krąży opowieść o pewnym fotoreporterze. Mało kto wie czy wydarzyła się naprawdę. Nie jest to jednak istotnie, ponieważ historia – niezależnie czy prawdziwa, czy nie – przedstawia mechanizm obronny ludzi, którzy jeżdżą relacjonować jakieś tragiczne wydarzenia. Opisują, fotografują, nagrywają i jeśli mają odrobinę szczęścia, wracają cało do swoich domów. Podawana z usta do ust historia, stała się pewną wytyczną pracy większości takich reporterów. 

Obyty w dokumentowaniu najbardziej brutalnych zajść, pracownik jednaj z agencji, bez wahania jeździł wszędzie tam, gdzie coś się działo. Nikt nie musiał go namawiać. Wojny stały się jego rutyną, zbierał nagrody i wyszukiwał kolejne miejsca, w które mógłby pojechać. Wszystko szło sprawnie do momentu, gdy w pewnym momencie zabrakło rąk do pomocy rannym cywilom. Nie mógł nie zareagować – odłożył aparat i zaczął pomagać ratownikom przy przenoszeniu poszkodowanych. 

Gdy już się uporali – reporter się załamał – był to koniec jego kariery. Więcej na żadną wojnę już nie pojechał. 

Dopóki trzymał w rękach aparat, chował się za jego obiektywem – jak za murami emocjonalnego bunkra. Nie widział ofiar, tylko ujęcia, nie widział tragedii, tylko kadry. Aparat dawał dystans i chronił przed najbardziej okrutnymi obrazami. Gdy go jednak odłożył i przyłączył do pomocy, wszystkie te pozornie „zapomniane” zdarzenia wróciły, uderzając bezpośrednio w jego bezbronną psychikę.      

Historia ta przypomniała mi się podczas rozmowy z Andrzejem Dziedzicem, autorem i twórcą filmu dokumentalnego „Listy śmierci”. Rozmawialiśmy dosyć długo, opowiadał o realizacji tego dokumentu. Podczas pracy wszystko szło dobrze, nagrał potrzebne fragmenty, wypowiedzi, wsiadł w samochód i wracał do domu. W pewnym momencie, przejeżdżając przez las, wszystkie relacje, zdarzenia, historie, które opowiedzieli mu bohaterowie uderzyły w niego z ogromną – niemal fizyczną – siłą. Tak wielką, że musiał na dłuższą chwilę zjechać z drogi żeby ochłonąć. 

Świat jest nieprzewidywalny, a w związku z tym niekiedy niesie ze sobą zdarzenia, które teoretycznie nigdy nie powinny zaistnieć. Mimo, że również czasami jeżdżę w rejony walk – większych lub mniejszych konfliktów czy nawet wojen, jestem zdeklarowanym antymilitarystą i pacyfistą. 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni temu, zadzwonił telefon. Rozmówca się przedstawił i po krótkiej prezentacji, zaproponował mi honorowe członkostwo w kapitule Serca Bractwa Mundurowego, Byłych Pracowników Służb Mundurowych. W pierwszej chwili zwyczajnie mnie zatkało. Nagle w głowie tysiące sprzecznych myśli – ja i mundur? Bractwo Mundurowe i antymilitarysta? Owszem, jest we mnie wiele sprzeczności, jestem pacyfistą, ale jedną z moich pasji jest strzelectwo, zwłaszcza czarnoprochowe, strzelam jednak jedynie na koncesjonowanych strzelnicach i tylko do tarcz czy puszek. Nigdy do czegoś co żyje. 

Gdy zagłębiłem się działalność i przyczyny powstania tej organizacji, odeszły wszelkie wątpliwości i już bez żadnych wewnętrznych rozterek przyłączyłem się do ludzi, którzy resztką sił walczą nie tylko o swoje prawa, ale o sprawiedliwość dla rodzin tych, którzy w wyniku ustawy dezubekizacyjnej z 16 grudnia 2016 roku, zostali pozbawieni wszelkich świadczeń i przywilejów, a emerytury niektórym spadły nawet do lekko ponad pięciuset złotych. 

Według ustawy dotyczy to wszystkich, którzy między – 22. 07. 1944, a – 31. 07. 1990 roku  przynajmniej jeden dzień pracowali w służbie bezpieczeństwa. W praktyce okazało się, że według interpretacji IPN, nie chodziło wcale o prace w niesławnym UB, czy jej następczynię SB. 

Nagle ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z tymi służbami, zwykli policjanci, osoby zajmujące się jedynie wydawaniem paszportów, wypisywaniem numerów PESEL, pogranicznicy – SG, WOP, pracownicy Służby Więziennej, funkcjonariusze BOR, UOP, strażacy – a nawet ci,  którzy zaciągnęli się do którejś z tych służb, już przewrocie i niemal rok po słynnym wystąpieniu znanej aktorki, mówiącej, że „skończył się w Polsce komunizm”. Nawet ci, którzy podjęli pracę dla rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego, także zaczęli odbierać dziwną korespondencję, jeśli tylko podpisali umowę o pracę przed – lub nawet 31 lipca 1990.

Nikt nie wiedział (i wciąż nie wie) jakimi kryteriami kieruje się IPN. Przecież była już weryfikacja, przeszli ustawę represyjną z 2009 roku. Ludzie zgłupieli i czekali w strachu, a każda wizyta listonosza powodowała przyśpieszone bicie serca. Nikt nie wiedział czy dostanie kopertę opatrzoną pieczęcią z napisem: „Instytut Pamięci Narodowej, Komisja ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu” – ci, którzy zdążyli przeczytać, dowiedzieli się, że zostali pozbawieni wszelkich uprawnień, za służbę na rzecz totalitarnego państwa. Kilkudziesięciu – nie zdążyło nawet przeczytać do końca. Zmarli przed ostatnim akapitem. Takich bezpośrednich – odnotowanych i zgłoszonych zdarzeń było kilkadziesiąt, potem fala samobójstw. Nie tylko indywidualnych, zdarzały się zbiorowe. Jak choćby małżeństwo z Włocławka. Może nie obawiali się, że będą korzystać z pomocy społecznej, być może znieśliby kolejne upokorzenia fundowane co chwilę przez obecną władzę, ale mieli jeszcze na głowie kredyt mieszkaniowy. Perspektywa eksmisji, na jedno z tych osiedli zwanych gettami, gdzie większość mieszkańców, to aresztowani przez nich przestępcy, doprowadziła do ostateczności. Nie mieli dzieci. Podali tabletki psu, a potem sami się nimi otruli. Nieskutecznie. Mężczyzna ocknął się pierwszy i sądząc, że tylko on przeżył podciął sobie żyły. Kobietę obudził pies. Nie zdążyła pójść w ślady męża. Jeszcze jest w szpitalu, a po wyjściu zamieszka na wspomnianym osiedlu, w budynku z jedną łazienką na piętrze i między ludźmi, których kilka lat wcześniej, aresztowała za pospolite przestępstwa.

Trudno oszacować liczbę ofiar tej ustawy. Nie wszystkie rodziny zgłaszają, nie wszyscy zmarli mieli rodziny.

Poza bezpośrednimi beneficjentami, zostawili rodziny, którym w normalnych warunkach należały się świadczenia po współmałżonkach, rodzicach. Wielu funkcjonariuszy zginęło na służbie. Ci ludzie mają niewielkie szansę na sprawiedliwość. Dotychczas z powodu śmierci wnioskodawcy, umorzono bisko 1400 postępowań, w których domagali się utraconych rent i emerytur. Rodzina już nie może wystąpić na drogę sądową.      

Stowarzyszenie, do którego się przyłączyłem, dokumentuje wszelkie przypadki śmierci wynikającej z tej zbrodniczej ustawy, organizuje „Zrzutki”, aukcje, imprezy połączone ze zbiórką pieniędzy dla rodzin tych, którzy walczyć już o siebie nie mogą. To oczywiście pomoc doraźna, zamierzamy zrobić wszystko, żeby sytuację odwrócić, ustawę wyrzucić do kosza, a winnych pociągnąć do odpowiedzialności. Być może prezes Szarek i jego zastępcy czytając to uśmiechają się pod nosem, powinni jednak pamiętać, że wśród pokrzywdzonych są też ludzie jeszcze wystarczająco młodzi i z doświadczeniem. Z racji zawodu potrafią zbierać, przechowywać i zabezpieczać dowody, by w odpowiednim czasie złożyć odpowiednie wnioski. W końcu wielu z nich pracowało w dochodzeniówce, często dzięki takiej mozolnej pracy łapali najgroźniejszych przestępców. 

Według agencji prasowej Press – Tour, taki precedens wydarzył się tylko w Polsce. Nawet w dawnym NRD, gdzie działał jeden z najokrutniejszych aparatów represji, niesławne Stasi, rozwiązano ten problem w sposób, którego nikt nie kwestionował. Od momentu przyłączenia Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Republiki Federalnej Niemiec, wszczęto kilka tysięcy postępowań karnych, w których skazanych blisko tysiąc osób. W tym funkcjonariuszy, pracowników wymiaru sprawiedliwości i polityków. Sam Erich Honecker, jak i wielu innych szefów aparatu w ostatnim momencie uciekli z kraju. Niemiecki Instytut założony przez Joachima Gaucka, czyli Urząd Pełnomocnika Federalnego ds. Materiałów Państwowej Służby Bezpieczeństwa NRD, przejął ponad sto kilometrów akt. Instytut uchodzi za modelowy w tej części Europy.  Do tej pory lustruje kandydatów na stanowiska rządowe.

Nasi krajowi politycy wraz z kierownictwem IPN nie miało „czasu”, by zająć się tym problemem hurtowo uznając, że weryfikacja się nie sprawdziła, wrzucono więc wszystkich do jednego worka. Może wydawało im się to bezpieczniejsze, niż rozlicznie pojedynczych osób. Kto wie jakie wypłynęłyby wtedy nazwiska ówczesnych tajnych współpracowników, a być może ich szefowie znają tych dawnych konfidentów z sejmowych ław, lub nawet są w jednym klubie parlamentarnym.

O pożytkach dezubekizacji

Trudno sobie wyobrazić, że ustawa dezubekizacyjna, akt wyjątkowo podły, łamiący szereg podstawowych norm cywilizacyjnych oraz drastycznie szykanujący i upokarzający dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, może mieć jakieś pozytywne aspekty, a jednak …. 

Jednym z jej niespodziewanych efektów, z pewnością nie zamierzonych przez autorów, okazało się jaskrawe obnażenie niewiarygodnego poziomu cynizmu i kłamliwość czarnej propagandy o służbach PRL. Propagandzie tej, namiętnie uprawianej przez wszystkie prawicowe rządy III RP, uległa znaczna większość społeczeństwa, zwłaszcza urodzona i wychowana po 1989 r., więc PiS był pewien, że swym haniebnym posunięciem zdobędzie kolejne głosy ludowego poparcia. Mogłoby to być skuteczne, gdyby nie decyzja Sądu Najwyższego z września 2020 stwierdzająca, że aby karać, należy wcześniej wykazać jakich to konkretnie przestępczych, czy też pozaprawnych czynów dopuścili się wskazani funkcjonariusze. Orzeczenie to, przypominające jedynie podstawową regułę sądownictwa, radykalnie podcięło korzenie całej dezubekizacji, ale ponadto stało się potężnym ciosem w antypeerelowskie manipulacje. Oto w setkach rozpoczętych procesów okazało się, że IPN ani MSWiA, nie mają praktycznie żadnych materiałów obciążających represjonowane osoby, nie ma rzekomych ofiar czy osób poszkodowanych ich działalnością, nie ma świadków ani oskarżycieli pomocniczych, którzy by potwierdzili łamanie praw, sumień, godności. Ta prawda historyczna nigdy nie zdołałaby się wydobyć spod zwałów kłamstw, przeinaczeń i zmyśleń, bowiem nawet ludzie tworzący peerelowskie kadry, świadomi niedostatków tamtego systemu, nie czuli potrzeby stawania w jego obronie. Z tej też przyczyny prawicowi propagandziści mogli na ówczesnych służbach hulać właściwie dowolnie, ale na szczęście PiS w grudniu 2016 r. wprowadził dezubekizację …

Innym jej interesującym efektem okazało się to, że dzięki dezubekizacji można wyraźnie zobaczyć na jakim poziomie moralnym są ludzie zajmujący się tą problematyką. Dotyczy to polityków, publicystów, dziennikarzy, a także prawników, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów. Rządzący dzisiaj PiS-owcy doskonale zdają sobie sprawę ze skali podłości jaką wyrządzili, więc coraz rzadziej zabierają głos na ten temat i ograniczają się z reguły do stwierdzenia, że kto czuje się skrzywdzony, może szukać sprawiedliwości w sądzie. Represjonowani rzeczywiście złożyli ponad 25 tys. skarg na haniebną ustawę, z nadzieją, że tak jawna krzywda będzie dostrzeżona i właściwie oceniona. Zadanie to stanęło przed sędziami, którzy jednak muszą pracować w warunkach stałej presji autorytarnej władzy. Wszyscy przecież wiedzą, że minister Ziobro i spółka nie wahają się używać gróźb i szykan, a z drugiej strony nagród i awansów, aby wymuszać korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. W tej sytuacji procesy represjonowanych stały się swoistym papierkiem lakmusowym profesjonalizmu, przyzwoitości, niezależności i poczucia godności polskich sędziów. Znaczna większość z nich, wykazująca najwyższe standardy zawodowe, doskonale zdaje ten trudny egzamin i może być stawiana na  równi z sędziami państw od wieków mających utrwalone systemy demokratyczne i prawne. Zdarzają się jednak także tacy, którzy nie spełniają kryteriów i ze strachu, lub przekupieni gratyfikacjami, zbyt łatwo ulegają politykom Polskiej Zjednoczonej Prawicy. Środowisko represjonowanych skrupulatnie sporządza listę takich sędziów, aby pamięć o nich nie zaginęła. W nieodległej przyszłości, gdy skończy się totalny autorytaryzm PiS-u, wiedza o tym, jaką postawę prezentowali poszczególni przedstawiciele sądownictwa okaże się cenną wskazówką, komu nie można powierzać jakichkolwiek odpowiedzialnych i godnych zaufania stanowisk. Wcześniej, w niezbyt wymagających warunkach społeczno-politycznych, mogli oni się kamuflować, udawać przyzwoitych i uczciwych – egzamin z dezubekizacji dokładnie ich obnażył. I to z pewnością będzie korzystne dla jakości przyszłego polskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Jedną z utrwalonych w polskim społeczeństwie legend o powstaniu III RP jest powszechne przekonanie o szlachetności, ideowości, uczciwości i bohaterstwie całej licznej grupy demokratycznych opozycjonistów, którzy niegdyś walczyli z amoralnym i kłamliwym systemem komunistycznym.  I oto dzięki dezubekizacji, aczkolwiek nie tylko jej, bo także z uwagi na szereg innych działań dzisiejszej władzy, można lepiej dostrzec prawdę także o tamtym okresie. Cała skala kłamstw, cynizmu, łamanie Konstytucji, antydemokratyczne zapędy, pazerność, żerowanie na instytucjach państwa, brutalna propaganda – ten haniebny zestaw jest w naszych czasach wręcz codziennością serwowaną społeczeństwu przez polityków Zjednoczonej Prawicy. A przecież oni jednocześnie wciąż nawiązują do tradycji pierwszej  Solidarności oraz powołują się na swe dawne zasługi jako uczestników antypeerelowskiej  opozycji. I teraz warto się zastanowić, czy oni rzeczywiście niegdyś byli szlachetnymi, uczciwymi, ideowymi ludźmi i tylko później się zdeprawowali? Niewątpliwie w tym gronie rzeczywiście zdarzali się także działacze prawi i godni podziwu, ale oni już dawno zostali zepchnięci w polityczny niebyt przez swych bardziej bezwzględnych i nie mających żadnych zahamowań ani skrupułów kolegów. Prawda historyczna z trudem i powoli, ale jednak wciąż przebija się do góry.  

Innym wartym zauważenia skutkiem dezubekizacji jest to, że ten brutalny i całkowicie niesprawiedliwy cios, który spowodował wiele dramatów i tragedii w środowisku represjonowanych, miał inny efekt. Z drugiej bowiem strony pobudził on całe rzesze starszych, zniedołężniałych już emerytów i rencistów do działania, wlał nowe siły, wręcz zmusił do aktywności. Przypomnieliśmy sobie o dawnych koleżankach i kolegach, wróciło poczucie wspólnoty, pojawiło się zaangażowanie polityczne i społeczne. Może tej energii nie starczy nam na długo, ale lepsze to niż nic.    

Ostatnią zaletą dezubekizacji jest jej, o dziwo, wymiar ekonomiczny. Dzisiejsza sytuacja gospodarcza charakteryzuje się bardzo wysoką, acz usilnie skrywaną przez władzę inflacją. Gdybyśmy pieniądze, które od października 2017 r. oni nam kradną, trzymali w domu, albo nawet na kontach w bankach, traciłyby one wartość w zastraszającym tempie. Dzięki zagrabieniu ich przez państwo, będzie ono musiało je zwracać powiększone o stosowne procenty. Co prawda o tym aspekcie rozpraw sądowych represjonowani powinni sami pamiętać i zgłaszać niezbędne wnioski, ale pozytywne przykłady już mamy. Sami autorzy dezubekizacji z pewnością nie spodziewali się, że mogą w ten sposób nam pomóc, ale cóż – czasami czyni się dobro nawet wbrew sobie.      

Sędziowie dezubekizacji

Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej już od dawna wyglądał bardzo mizernie, ale jego dzisiejszy obraz jest wręcz żałosny. Przyczyniła się do tego zwłaszcza haniebna decyzja o całkowitym zakazie aborcji, która obnażyła go jako potulnego wykonawcę biskupich poleceń, dyktowanych mu za pośrednictwem prezesa PiS. Jednak odebranie kobietom resztek wolności i potraktowanie ich jak żywe inkubatory, to tylko jedna sprawa.

Bardziej uważni obserwatorzy poczynań TK widzą również inny doskwierający mu problem. Otóż od ponad trzech lat(!) instytucja ta przeżywa prawdziwą mękę twórczą, gdyż nie jest w stanie wydać jakiegokolwiek orzeczenia o tzw ustawie dezubekizacyjnej. Rozprawy na ten temat były już wielokrotnie zawieszane, przesuwane, przekładane, odwoływane, kończone i znów zaczynane – obraz wręcz koszmarnej niemocy i bezradności. W tej sytuacji naturalnym odruchem jest współczucie i chęć wspomożenia prezes Trybunału, która, bądź co bądź, także jest kobietą. Należy więc podpowiedzieć pani Przyłębskiej, że może już dać sobie spokój i więcej nie zadręczać się problemem dezubekizacji, gdyż wyrok w tej sprawie zapadł dawno temu i obowiązuje od ponad 11 lat.

Po pierwszej, tzw „Tuskowej” ustawie represyjnej z 2008 r. Trybunał Konstytucyjny R P zajmował się tym samym tematem i w dniu 24.02.2010 r wydał orzeczenie. Uznano w nim, używając dosyć mętnych argumentów i bardzo mocno naciągając prawo, że obniżenie świadczeń za lata pracy w PRL było jednak dopuszczalne (mimo, że ustawa sejmu III RP z 1994 r. potwierdzała je i zapewniała). Natomiast całkowicie jednoznacznie i bez niedomówień Trybunał wypowiedział się w kwestii osób pozytywnie zweryfikowanych i kontynuujących pracę w polskich służbach po 1990 r. Oto dwa stosowne cytaty z wyroku:

Str 82, punkt 10.4.2 … Każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa Polski Ludowej, który został zatrudniony w nowo tworzonych służbach policji bezpieczeństwa, ma w pełni gwarantowane, równe prawa z powołanymi do tych służb po raz pierwszy od połowy 1990 r., w tym równe prawa do korzystania z uprzywilejowanych zasad zaopatrzenia emerytalnego. …

Str 87, punkt 11.4. … Służba w organach suwerennej Polski po roku 1990 także traktowana jest jednakowo, bez względu na to, czy dany funkcjonariusz uprzednio pełnił służbę w organach bezpieczeństwa Polski Ludowej, czy też nie. …

Dzisiejsze zgryzoty pani prezes wynikają prawdopodobnie z faktu, że po prostu nie zna wcześniejszych orzeczeń organu, którym kieruje, ale też nie wymagajmy od niej za wiele. Należy tu jednak zaznaczyć, że nieznajomość prawa nie usprawiedliwia, oraz że decyzje Trybunału Konstytucyjnego nie podlegają apelacjom, a jedynym organem, który może je ewentualnie uchylić jest Trybunał Sprawiedliwości UE. Zgodnie z tymi zasadami we wszystkich procesach osób represjonowanych polskie sądy powinny kierować się powyższym orzeczeniem i rozstrzygać je bez zbędnej zwłoki. Jak można wobec tego zrozumieć, że od prawie 3,5 roku w sądach zalega ponad 25 tys. spraw dotyczących w ogromnej większości funkcjonariuszy, którzy w 1990 r. przeszli pozytywną weryfikację, a ich wina polega wyłącznie na tym, że byli bardzo naiwni, uwierzyli gwarancjom władz III RP i zgodzili się kontynuować pracę w jej służbach.

Wstydliwe dla polskiego sądownictwa wieloletnie przeciąganie procesów dotyczących z reguły ludzi starych, schorowanych i zniedołężniałych jest związane z faktem, że także sędziowie wykazali się naiwnością i bardzo długo wierzyli, że pani prezes Przyłębska wypowie się o ustawie zgodnie z zasadami prawa i w przyzwoitym terminie. Dopiero niedawno większość z nich zorientowała się jaki poziom jurysdykcji prezentuje dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny i rozpoczęła samodzielne procedowanie spraw. Dzięki temu zapadło już kilkaset rzetelnych wyroków, zgodnych z Konstytucją RP i prawem międzynarodowym oraz orzeczeniem Sądu Najwyższego, iż karać (odbierać świadczenia) można tylko za indywidualne czyny przestępcze. Wydawałoby się, że taka zwykła przyzwoitość powinna być oczywistą normą w państwie UE, ale niestety nie jest. Dyktatorskie zapędy PiS-u powodują, że w dzisiejszej Polsce wydanie uczciwego wyroku wymaga odwagi cywilnej i wysokiego poczucia sędziowskiej etyki. Nie jest to wcale łatwe, gdy całym wymiarem sprawiedliwości rządzi wyjątkowo amoralna ekipa ministra Ziobry, która zrobi wszystko, aby nie dopuścić do obnażenia przed sądami podłości i niesprawiedliwości ustawy dezubekizacyjnej. Sędziom, którzy w tych okolicznościach zdołali ocalić godność swego zawodu, należą się słowa najwyższego szacunku i uznania.

Nie wszystkim bowiem to się udało. Brutalne naciski ministra i represje wobec niezależnych prawników oraz przywileje i nagrody spotykające wyłącznie uległych sobie „miękiszonów”, sprawiły, że pojawiła się też grupka sędziów, których poziom moralny zbliża się do poziomu ministerialnego. To oni są dzisiaj awansowani na kierownicze stanowiska, jakich nigdy by nie osiągnęli w normalnych warunkach. Teraz więc z całych sił okazują wdzięczność panom z Polskiej Zjednoczonej Prawicy i wydają wyroki zgodnie z ich politycznym zapotrzebowaniem. Niektórzy z nich, z resztkami przyzwoitości, po prostu nadal przedłużają wieloletnie zawieszenia spraw, uzasadniając to żenującym już oczekiwaniem na wyrok pani Przyłębskiej. Są jednak też tacy, którzy nie mają nawet takich zahamowań i orzekają, że III RP słusznie postąpiła oszukując, kłamiąc, nie dotrzymując umów i nie płacąc za służbę oraz poświęcenie zdrowia i życia dla jej dobra. Znany jest przypadek, gdy jedna z takich sędzin jako dowód służenia totalitarnemu państwu uznała fakt, iż represjonowany (do czego sam się przyznał) należał niegdyś do PZPR. Przynależność partyjna jest jedynie wyrazem czyichś poglądów politycznych, i jest wręcz haniebne, że właśnie za poglądy, a nie za przestępcze czyny, są dzisiaj karani niewinni ludzie. Zdarzyły się także negatywne wyroki uzasadniane argumentami, ze ktoś przeszedł szkolenie w zakresie pracy operacyjnej, że pobierał za nią dodatek, albo że był wyróżniany i premiowany, że awansował … – wydaje się wręcz nieprawdopodobne, ale dla PiS-owskich sędziów są to dzisiaj dowody rzekomej zbrodniczej działalności w czasach PRL.

Jednym z najbardziej znanych symboli sądowych zbrodni stalinowskich jest osoba Stefana Michnika, który w latach pięćdziesiątych wydawał wyroki śmierci na członków antykomunistycznego podziemia. On sam przyznał później, że kierował się nie regułami prawa, ale zapotrzebowaniem politycznym rządzącej wówczas partii. Za swe czyny jest nadal, po ponad pół wieku, ścigany przez państwo polskie, które m. in. wydało na niego międzynarodowy nakaz aresztowania. Wydawałoby się, że przykład ten powinien być wystarczającym memento dla całego świata prawniczego, ale jak widać przyziemne korzyści okazują się czasami ważniejsze niż przyzwoitość i nauki historii. Koleżanki i koledzy sędziego Stefana Michnika, którzy dzisiaj wiernie go naśladują i kierują się w orzekaniu dokładnie takimi samymi przesłankami jak on, muszą tylko mieć świadomość, że ich nazwisk także nikt nie zapomni, nawet po upływie kolejnego półwiecza.

List otwarty do Pani Marty Lempart

Szanowna Pani

Pozwoli Pani, że zacznę od cytatu pastora Niemőllera, antyfaszysty, więźnia hitlerowskich katowni, postaci historycznej:

„….kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Wszak nie byłem komunistą.
kiedy przyszli po socjalistów, nie protestowałem, bo socjalistą też nie byłem.
kiedy przyszli po Żydów, również nie protestowałem, bo przecież nie byłem Żydem.
kiedy przyszli po mnie, nie miał już kto protestować….”

Proszę oto sobie wyobrazić, że my – środowisko emerytów mundurowych, w tym nie tylko służb specjalnych PRL, ale także innych, mających nieszczęście podlegać w swoim czasie ministerstwu Spraw Wewnętrznych, zachowując kolejność grup represjonowanych z cytatu, znajdujemy się na 2 miejscu listy. Pierwsze miejsce zajęli ludzie, którzy również pracowali dla Polski – takiej, jaka była, bo innej nie mieliśmy.

Potem na tapetę wzięto nas. Nasze środowisko. Wtedy skrzywdzono „tylko” kilkadziesiąt tysięcy osób. Albo aż kilkadziesiąt. Bardzo ostro potraktowano. Dwukrotnie. W 2009 i 2016 r. Pozbawiono nas nie tylko wypracowanych ofiarnie emerytur, czyli środków do życia. Odebrano nam także część naszych praw obywatelskich (np. bierne prawo wyborcze w niektórych organizacjach społecznych). Upodlono, pozbawiono godności. Wielu z nas (także wdów po funkcjonariuszach, ich niepełnosprawnych dzieci, znakomitych sportowców) zepchnięto tym samym na skraj ubóstwa, nawet bezdomności.

Dalej przystąpiono do ataku na kolejne grupy zawodowe: lekarzy, pielęgniarki i sędziów.

Na koniec zaatakowano WAS – nasze wspaniałe KOBIETY.

Nie słyszałem powszechnych protestów przeciwko represjonowaniu grupy pierwszej i nas, przedstawicieli grupy drugiej. Pierwsze głośniejsze oburzenie społeczne wzbudziły ataki tej skretyniałej władzy na służbę zdrowia, a szczególnie na sędziów. Jednakże skala tych protestów była zdecydowanie ograniczona.

OLBRZYM jeszcze się nie obudził.

Aż doszło do zdarzenia bezprecedensowego. Do bezpośredniego ataku na OLBRZYMA.

Na Was. Na polskie KOBIETY.

Faktyczny sprawca ataku jest tchórzem. Nie stać go na wystąpienie z otwartą przyłbicą. Zawsze wysyła swoich pachołków. W tym przypadku posłużył się stworzoną przez siebie atrapą w postaci trybunału konstytucyjnego.

Trudno wyobrazić sobie, że suweren nie przewidział reakcji. Być może nie przewidział jedynie jej formy i zasięgu. Brutalna pacyfikacja była zamierzona i została zrealizowana.

Jednakże można odnieść wrażenie, że stworzony przez niego konflikt zaczął go przerastać, ponieważ po pierwsze, zaczęła zawodzić policja, po drugie, współkoalicjanci zaczęli okazywać pewną nerwowość.
Na to wszystko nakłada się nieudolność rządu w zakresie walki z pandemią. Sznurki, którymi dotychczas sterował swoimi kukiełkami, wydają się rwać, są co najmniej poprzecierane. Nie wiadomo, czy i kiedy popękają. Wielki strateg okazuje się całkiem malutkim człowieczkiem. Problemy zaczynają go przerastać.

Co więcej, Pani Marto, mały człowieczek zwyczajnie się Was boi. Tak. Zwyczajnie, po ludzku, po prostu się boi.

Nie wiem, czy ten strach Wam i nam też dobrze się przysłuży. Ludzie wystraszeni zdolni są do zachowań nieprzewidywalnych.
Nieśmiało przypomnę, że na wiosnę ubiegłego roku policja dokonała zakupu sprzętu specjalnego – armatek wodnych. Dotychczas nie zostały użyte. Ale być może trzymane są na specjalną okazję. Na przykład na przypadające 8 marca Święto Kobiet. Bo przecież jest to data święta szczególnego. Trudno założyć, że OSK zachowa się w tym dniu biernie.

Rzecz jasna, absolutnie nie życzę Wam publicznej kąpieli z tej okazji. Piszę to, ponieważ wiem, podobnie jak moje przyjaciółki i przyjaciele – emeryci mundurowi, że ta władza jest zdolna do wszelkiego łajdactwa wobec nas, zwykłych obywateli. I chce utrzymać się przy korycie za wszelką cenę. W tej chwili już nawet nie dla wysysanych z nas – naszego Państwa pieniędzy, ile bardziej po to, aby odwlec moment, kiedy trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za wszystkie świństwa, za notoryczne łamanie prawa na każdym szczeblu i w każdej instytucji przez tę tzw. zjednoczoną prawicę zawłaszczonej i zdemolowanej.

Popatrzmy przez chwilę na drugą stronę naszej sceny politycznej. Otóż w normalnych krajach, o demokracji nawet tylko z grubsza utrwalonej, po drugiej stronie występuje zazwyczaj opozycja. Realna i aktywna.

U nas – to chyba nasza krajowa specjalność, tej opozycji faktycznie nie ma.

Tenże tak zwany wielki strateg dlatego jest taki mocny i bezkarny, bowiem zwyczajnie nie ma z kim przegrać. A przynajmniej nie miał do tej pory. Bo teraz na tej scenie pojawiłyście się WY, KOBIETY. I jesteście aktywne, co się zowie. I jest Was dużo. Statystycznie biorąc, o jakieś 10% więcej, niż nas – facetów. Czyli, stanowicie w tej chwili jedyną realną siłę w naszym kraju. Do tego macie poparcie w każdej warstwie i klasie społecznej. Wywodzicie się z różnych, bardzo różnych środowisk. Chcecie, aby zidiociali pseudopolitycy, starzy kawalerowie w sukienkach udający duchownych, całe to towarzystwo o inteligencji bezobjawowej, przestało wtrącać się w Wasze prywatne życie, w Wasze wybory, w Wasze prawa obywatelskie. Żeby ci śmieszni ludkowie zrozumieli w końcu, że ich czas przeminął. Że skończyła się ich władza, że utracili już rząd dusz. My też tego chcemy. Bardzo mocno chcemy.

Napisałem wyżej, że nie mamy opozycji.

Truizm, który pozwala na postawienie pytania. Czy nie nadszedł już kres takich tworów, jak partie polityczne? Czy nie pora na powstanie apolitycznych ruchów obywatelskich? Czy nie czas pogonić od władzy takich różnych kretynów, jak „obatel”, „zero” „bożek” z Żoliborza, „pies” z Krakowa i towarzyszącą im menażerię?

Jeśli teraz jest jedyna, niepowtarzalna okazja, aby uratować nasz piękny kraj, aby ocalić wszystkich tych, dla których takie słowa i pojęcia jak: honor, prawa człowieka, wolność wyboru, wolność sumienia i wszystkie inne wartości zapisane w pierwszej konstytucji RP, zwanej marcową, ułożonej przez sejm ustawodawczy prawie równo sto lat temu, to należy bezwzględnie ją wykorzystać.
Dodać muszę, że wspomniany sejm zdominowany został w dużej mierze przez socjalistów z PPS.

Skoro sięgnąłem do historii, pozwolę sobie przypomnieć, że właśnie sto lat temu KOBIETY stanęły przed szansą na uzyskanie swojej reprezentacji w Sejmie. Reprezentacji wyłonionej przez związki kobiece. Jednakże zarówno lewicowe organizacje kobiece, jak też te, które były pod silnym wpływem endecji, a tym samym kościoła, dały się omamić obietnicom polityków – mężczyzn, że mogą zostać wybrane w ramach istniejących partii politycznych. Nie trzeba dodawać, że nadal zdominowanych przez mężczyzn. Skończyło się wyborem bodaj sześciu czy siedmiu KOBIET na funkcje poselskie.

Może więc pora, aby PANIE się zorganizowały, przekształciły OSK w ugrupowanie nie będące partią polityczną, ale w coś w rodzaju ruchu społecznego? Wyłoniły spośród siebie kandydatki na posłanki oraz senatorki, i po prostu, zwyczajnie, wygrały te najbliższe wybory parlamentarne. Bez względu na to, kiedy one będą. Dopiero za trzy lata, czy też wcześniej.

Może to być dobry początek budowy społeczeństwa obywatelskiego w skali makro. Bo w skali mikro, czyli w Polsce gminnej, istnieje już dość silny zaczyn tego społeczeństwa. Mimo upartyjnienia. Wielu wójtów jest faktycznie apolitycznych. Są po prostu samorządowcami. Niekiedy świetnymi w tej roli. Sam znam co najmniej kilkunastu. Ale znam też, niestety, zatwardziałych partyjniaków, głównie pisowców, którzy niewiele robią dla miejscowych społeczności, za to wiele dla siebie i „swojaków”.

Marzy mi się, aby nasz nowy sejm był zdominowany przez KOBIETY.

Mądre KOBIETY.

Takie, które uporządkują zdemolowany system prawny Państwa. Które uchwalą prawo oparte na kanonach prawa europejskiego. Prawo zgodne z prawami człowieka. Takie, które nie jest martwą literą, zapisaną w konstytucji, które nie jest rozciągliwe jak guma do majtek, czy do żucia. Do tego prawo spójne, mądre i logiczne, czyli takie, jakie powinno być w kraju, mającym aspiracje używania do nazwy kraju demokratycznego. Prawo nie działające wstecz, nie stosujące odpowiedzialności zbiorowej, zapewniające realny rozdział państwa od związków wyznaniowych i organizacji religijnych, zabraniające ich finansowania. (Wręcz przeciwnie; traktujące je jako podmioty do opodatkowania). Wreszcie prawo dające każdej osobie PRAWO WYBORU SWOJEJ DROGI ŻYCIOWEJ, w tym także do decyzji o odejściu ze świata żywych.

Mam nadzieję, że ta garść moich myśli będących efektem spotkań, rozmów i dyskusji z moimi przyjaciółmi nie tylko z naszego środowiska służb mundurowych, tych represjonowanych i tych jeszcze ocalałych, da się jakoś spożytkować. Na pewno zaś jest wyrazem naszego poparcia Pani działań.

Jeśli uzna Pani, że nasze, naszego środowiska oceny, będące efektem doświadczeń zawodowych i umiejętności analitycznych mogą być przydatne dla OSK, proszę o sygnał, bądź skierowanie tego listu do osób z Zespołu zajmującego się, (mam nadzieję), analizami i prognozami. Być może jeszcze się przydamy.
Jest w nas, emerytach służb specjalnych „silna potrzeba” wspierania wszystkich ludzi i organizacji dążących do normalności.

Proszę o tym pamiętać. To nie są czcze słowa. Ani gołosłowna deklaracja.

Marcin Szymański
Emerytowany oficer kontrwywiadu PRL
E-mail: zebek86@interia.pl

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Czekając na wyrok

Ogłoszenie wyroku w sprawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej zostało przełożone po raz kolejny. Spektakl „sprawiedliwości według PiS” robi się coraz bardziej niesmaczny, bo tej jesieni to już trzecie przeniesienie terminu, a media coraz głośniej komentują, że nie o sprawy merytoryczne tu chodzi.

Julia Przyłębska najwyraźniej nie ma po prostu pewności, czy inni sędziowie, w tym tacy z tytułami naukowymi, przyklepią „konstytucyjność” ustawy wprowadzającej odpowiedzialność zbiorową, zwłaszcza po tym, gdy Sąd Najwyższy jasno stwierdził, że takie stawianie sprawy jest niedopuszczalne. Według przecieków publikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nawet zastępca Przyłębskiej Mariusz Muszyński jest w tej sprawie przeciwko niej. Chciałby podobno złagodzić przepisy…

Inni sędziowie, którzy nie zamierzają udawać, że z dezubekizacją jest wszystko w porządku, to według przecieków Jarosław Wyrembak, Piotr Pszczółkowski i Leon Kieres.

Mundurowi bez złudzeń

– Widać że prezes TK nie ma pewności, czy inni sędziowie zagłosują tak jak ona, stąd decyzja o odwołaniu orzeczenia. Boimy się, że kolejne terminy, o ile je wyznaczy, też będzie odwoływać. Tak więc w najbliższej przyszłości orzeczenia się nie doczekamy. A dopóki nie zakończy się krajowe postępowanie sądowe, nie możemy skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i tam domagać się sprawiedliwości – skomentował całą sytuację w rozmowie z „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego czeka 40 tys. „zdezubekizowanych”, w tym 8 tys. sierot i wdów po funkcjonariuszach.

Co szykuje PiS?

Jako że postawy sędziów TK wobec ustawy raczej się nie zmienią, a wyrok Sądu Najwyższego, nakazujący indywidualnie badać sprawę każdego człowieka pozbawianego emerytury ma już pierwsze konsekwencje, spekuluje się o tym, że partia rządząca znowelizuje ustawę dezubekizacyjną.

Z „aktu dziejowej sprawiedliwości”, jak cynicznie PiS nazwał swoje „dzieło”, miałyby zostać wykreślone słowa o „służbie totalitarnemu państwu”. Wtedy wyrok Sądu Najwyższego straci swoje oparcie, PiS triumfalnie ogłosi, że obronił swoją dekomunizacyjną inicjatywę, a skarb państwa zaoszczędzi niebagatelne pieniądze. „Akt dziejowej sprawiedliwości” pozwolił zachować w kasie ok. 300 mln zł.

Bezprawność i bezprawie

Szewc Fabisiak rozróżnia te dwa pojęcia uważając, że bezprawność polega na podejmowaniu działań niezgodnych z prawem natomiast bezprawie oznacza wprowadzanie w życie takich aktów prawnych, które są niezgodne z obowiązującym prawem.

Przykładów działań bezprawnych namnożyło się w ostatnich latach aż tyle, że na wymienienie wszystkich z nich mogłoby nie starczyć łamów Trybuny. Szewc Fabisiak przypomina, że początek tej dobrej zmianie dały dwie decyzje prezydenta a mianowicie ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wytoku oraz zaprzysiężenie wybranych z naruszeniem prawa sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I później potoczyła się lawina, która wartko toczy się dalej.

Ostatnio dzięki orzeczeniu warszawskiego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na forum publiczne powróciła sprawa prezydenckich wyborów korespondencyjnych. Sąd uznał, że decyzja premiera zobowiązująca Pocztę Polską do przygotowania wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym w rażący sposób naruszyła prawo. Jak można było przewidywać, orzeczenie sądu nie znalazło zrozumienia w czołowej partii rządzącej w odróżnieniu od jej koalicyjnych partnerów. Doszli oni bowiem do wniosku, że prawo ma być równe dla wszystkich wyłamując się tym samym z koalicyjnych kanonów. Jest to racjonalne z ich punktu widzenia, gdyż, jak zauważa szewc Fabisiak, głupotą byłoby branie na siebie współodpowiedzialności za nieswoje decyzje i działania. Zwłaszcza, że to w końcu Jarosław Gowin uratował obóz rządzący przed wyborczą kompromitacją. Swoje wygrał też Zbigniew Ziobro bynajmniej nie dlatego, iżby miałby być konsekwentnym zwolennikiem równości wobec prawa, lecz z tego powodu, że wyczuł tu okazję aby zyskać dodatkowy mocny punkt w rywalizacji z premierem Morawieckim.

Pisowscy idą jednak w zaparte powtarzając po raz kolejny, że rząd działał w warunkach wyższej konieczności spowodowanej wirusową epidemią. Szewc Fabisiak uważa jednak, że taka argumentacja nie trzyma się przysłowiowej kupy. Mogłaby ona mieć jakiś tam ślad uzasadnienia, gdyby wprowadzono w kraju stan nadzwyczajny dający władzy uprawnienie do podejmowania różnych niekiedy dziwnych decyzji. Jednak przed wprowadzeniem takiego stanu partia PiS broniła się wszystkimi kończynami zdając sobie sprawę z tego, że majowe wybory stwarzają największą szansę na ponowny wybór Andrzeja Dudy być może nawet w pierwszej turze. Orzeczenie sądu jak również opór koalicjantów zmusiły PiS do wycofania się z bezprawnej ustawy o bezkarności. Bezprawnej, gdyż w Polsce póki co obowiązuje zasada, iż prawo nie działa wstecz w związku z tym każdy, kto podejmuje niezgodne z prawem decyzje i działania musi liczyć się z konsekwencjami a nie oczekiwać tego, że po fakcie zostanie uniewinniony.

Inną normą, która powinna być przestrzegana w państwie szanującym swoje własne prawo jest ochrona praw nabytych. Normę tę złamano w przypadku tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Była ona powszechnie krytykowana za to, że kieruje się zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Zwrócił na to uwagę również Sąd Najwyższy uznając, że każdy przypadek umniejszania świadczeń emerytalnych należy rozpatrywać indywidualnie. Jednakże zdaniem szewca Fabisiaka nie tu tkwi istota problemu. Jak twierdzi, to kto pełnił jaką funkcję i jakich dopuszczał się czynów nie powinno w żaden sposób wiązać się z wysokością emerytury czy renty. Są to bowiem dwa odrębne byty prawne. Jeśli ktoś w przeszłości popełnił jakiś czyn niezgodny z prawem, to powinien za to odpowiadać przed niezawisłym i bezstronnym sądem a emerytura nie ma nic do tego. Jednak osoby ogarnięte antykomunizacyjnym amokiem widzą w tej niedoszłej ustawie przejaw sprawiedliwości dziejowej. Typowym przykładem takiej argumentacji może być wypowiedź jaką w emitowanym w TVP info Studiu Polska udzielił jego stały uczestnik pan Adam Borowski. Stwierdził on mianowicie, iż działające w PRL służby specjalne pracowały na rzecz obcego mocarstwa. Idąc śladem tej absurdalnej logiki należałoby poobcinać emerytury i renty również kadrze zawodowej wojska a idąc dalej także pracownikom państwowej, bo przecież podległej ZSRR administracji. Chyba, że wojsko oraz administracja było wyjęte spod sowieckiej okupacyjnej kontroli co z kolei nijak nie przystaje do teorii o całkowitej podległości Moskwie. Oba omawiane powyżej gnioty prawne są dowodem na bezprawność i bezprawie, które na szczęście udało się zahamować dzięki interwencji sądów – podsumowuje swoje spostrzeżenia szewc Fabisiak.

Sąd Najwyższy przeciw „dezubekizacji”

Sąd Najwyższy nie pozostawił suchej nitki na jednym ze sztandarowych projektów PiS. Automatyczne obniżenie emerytur wszystkich pracowników służb PRL zostało porównane do praktyk odpowiedzialności zbiorowej, stosowanych przez państwa totalitarne. Teraz sądy mają rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.

– Państwo jest uprawnione do rozliczania się z reżimem. Jednak przed sądem powszechnym staje konkretny człowiek. Na tle ustawy dezubekizacyjnej powstał problem prawny, czy ustawodawca chce oceniać czyny jednostki, czy też chce odpowiedzialności zbiorowej – czytał uzasadnienie wyroku sędzia Józef Iwulski. – Należałeś do danej instytucji, to cię karzemy. Cześć świadczeń osoby pokrzywdzone nabyły już jednak w wolnej Polsce. Czy więc można je zrównywać z osobami, które działały w reżimie i łamały prawa człowieka? To nie jest zgodne z preambułą konstytucji. My nie możemy działać jak państwo totalitarne, które nie daje człowiekowi prawo do sprawiedliwego sądu.

Każda sprawa oceniana osobno

Sprawa tzw. dezubekizacji (pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, dlaczego jest to określenie głęboko zwodnicze i ukierunkowane na budzenie negatywnych skojarzeń opinii publicznej) trafiła do Sądu Najwyższego w listopadzie 2019 r. Białostocki Sąd Apelacyjny zadał SN pytanie: czy jeśli emeryt mundurowy walczy o przywrócenie emerytury przed sądem, to z jakich przesłanek należy wychodzić, rozpatrując sprawę? Czy należy przyjąć wyłącznie kryterium ogólne, czyli „pełnienie służby na rzecz państwa totalitarnego”, czy też powinno się przyjmować, że każdą sprawę traktuje się indywidualnie?

Politycy PiS chcieli wariantu pierwszego – z bardzo nielicznymi wyjątkami np. dla funkcjonariuszy, którzy potrafili udowodnić, że po cichu wspierali opozycję czy Kościół. Ale Izba Pracy Sądu Najwyższego nie miał wątpliwości. Każdemu przypadkowi należy przyjrzeć się osobno i zdecydować, czy ta konkretna osoba, a nie abstrakcyjny „system”, łamała prawa i wolności człowieka. I to strona, która odpowiada za wypłatę świadczeń będzie musiała wykazać, dlaczego w przypadku konkretnego człowieka chce je odebrać.

Ustawa krwią pisana

Emeryci mundurowi mówili o ustawie jako o „pisanej krwią”. Niebezpodstawnie – za jej sprawą 39 tys. byłym pracownikom służb PRL obniżono emerytury i renty. Cięto nawet renty, które przysługiwały małżonkom i dzieciom funkcjonariuszy poległych na służbie. Nie robiono wyjątków dla nikogo – ani dla tych, którzy przepracowali na feralnym stanowisku bardzo krótki czas, ani dla tych, którzy pracowali np. w charakterze telefonistek, sekretarek czy kierowców. Jak zbrodniarzy potraktowano ludzi, których już raz pozytywnie zweryfikowano, dopuszczając do pracy w policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Straży Granicznej czy Biurze Ochrony Rządu w III RP.

Poziom życia tysięcy ludzi, którzy pracowali niegdyś dla Polski – jedynej, jaka była – uległ drastycznemu pogorszeniu. Kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo.

Dramatycznie ucierpiała również wiarygodność państwa polskiego, które ustawą dezubekizacyjną jednym ruchem przekreśliło własne zobowiązania wobec konkretnej grupy ludzi. Zwracali na to od dawna uwagę politycy Lewicy.

– Skandal całej tej sytuacji polega na tym, że dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są, według partii rządzącej, nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił ongiś wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty..

Również rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar opowiadał się za indywidualnym badaniem postępowania każdego byłego funkcjonariusza.

Wskazówka dla innych sądów

W Trybunale Konstytucyjnym ustawa „dezubekizacyjna” leży od dwóch i pół roku. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego prezes TK Julia Przyłębska odkłada kolejne posiedzenia w tej sprawie. To, które miało odbyć się w ubiegły piątek, też zostało przeniesione – na październik.

Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku SN prokurator wnioskował o prokurator wniósł o odroczenie sprawy do czasu rozstrzygnięcia podobnej kwestii przez Trybunał Konstytucyjny. Wniosek został odrzucony.

– Z uwagi na autorytet Sądu Najwyższego, z uwagi na fakt, że sprawą zajmuje się skład 7-osobowy, należy spodziewać się, że inne sądy będą kierowały się wykładnią Sądu Najwyższego – stwierdził jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

W uzasadnieniu wyroku padły również inne ważne konstatacje. Choćby ta, że państwo demokratyczne ma prawo rozliczać się z niedemokratyczną przeszłością, ale droga ostrych rozliczeń i prób naprawiania krzywd po latach jest tylko jedną z możliwości. Ocenianie przeszłości, powiedział sędzia Bohdan Bieniek, „powoduje silne linie podziału od strony etycznej, społecznej, ideologicznej czy wręcz politycznej”. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy na gruncie samego tylko prawa można w ogóle takie wielkie historyczne spory rozstrzygać.

Dezubekizacja w wymiarze międzynarodowym

Zgodnie z lipcową zapowiedzią w dniu 18.08 br Trybunał Konstytucyjny kolejny raz zabrał się do debatowania nad konstytucyjnością ustawy z 16 grudnia 2016 r., określanej najczęściej jako „dezubekizacyjna”.

Przypomnijmy tylko, że aktem tym PiS obniżył do głodowego minimum emerytury i renty ok. 55 tysiącom byłych funkcjonariuszy, urzędników i pracowników oraz ich rodzinom tylko z tego powodu, że swe kariery zawodowe zaczęli jeszcze w PRL, w resortach określanych jako siłowe. W absolutnie przeważającej większości nikt z tak represjonowanych nigdy nie popełnił przestępstwa, nie złamał prawa, ani nawet nie dokonał żadnego czynu nagannego moralnie czy etycznie, ale fakt ten dla partii, która nazwała się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”, nie miał najmniejszego znaczenie – liczył się tylko efekt polityczny.

Podobnie jak przy rozprawie lipcowej również tym razem przewodnicząca Trybunału mgr Przyłębska (która na swe pierwsze stanowisko sędziego została powołana w 1987 r. decyzją Rady Państwa PRL) nie odważyła się zaprosić nikogo, kto reprezentowałby tak wielką rzeszę ciężko skrzywdzonych ludzi – sytuacja w cywilizowanym świecie wręcz niewyobrażalna, ale całkowicie normalną w państwach totalitarnych. Wydaje się jednak, że tym razem niektórzy z sędziów TK sami dostrzegli szokującą niestosowność takiego procedowania. W efekcie kilku z nich zaczęło zadawanie grupie oskarżycieli (reprezentujących PiS-owski Sejm, PiS-owskie Ministerstwo Sprawiedliwości i PiS-owską Prokuraturę Krajową) szeregu niewygodnych dla nich pytań. Wielu represjonowanych, którzy mogli obserwować przebieg rozprawy w przekazie internetowym, zostało mocno zaskoczonych, że sędziowie ci dostrzegają przynajmniej niektóre rażące aspekty tak niewiarygodnego bubla prawnego, jakim jest wspomniana ustawa.

Postawiona kilka razy w niewygodnej sytuacji silna liczebnie reprezentacja oskarżycieli sięgnęła po argumenty całkowicie kłamliwe i obłudne (chyba taki jest już PiS-owski standard). Otóż stwierdzili oni, że ustawa wreszcie pozbawiła przywilejów emerytalnych objętych nią ludzi – niewiarygodne, że zmniejszenie obowiązującego od 2009 r. minimalnego przelicznika 0.7% za rok służby do absolutnego zera, oni nazywają odebraniem przywilejów! Innym kilkukrotnie powtarzanym argumentem było zdanie, że ustawa rzekomo wymierza sprawiedliwość dziejową. Okazało się więc, że w Rzeczpospolitej Polskiej, określonej jako konstytucyjne, demokratyczne państwo prawa, nie sądy, nie sędziowie, nie podczas uczciwych procesów, w których musi być sformułowany akt oskarżenia, a oskarżony ma prawo do obrony, lecz cyniczni politycy uznali się za uprawnionych do wymierzania sprawiedliwości wedle swego „widzi mi się”.

Niezbyt korzystny dla PiS-owskiej strony przebieg rozprawy spróbowała pod koniec poprawić mgr Przyłębska, gdy stwierdziła, że przecież przedmiotowych emerytur i rent wcale nie zabrano, a jedynie obniżono. Trzeba przyznać, że tak traktowana sprawiedliwość ma w państwach totalitarnych długie i ugruntowane tradycje – „mogliśmy zabrać wam wszystko, więc się cieszcie, że zostawiamy jakieś nędzne resztki”. Sugestia pani przewodniczącej wskazuje w jakim kierunku będzie zmierzała linia orzecznicza i dowodzi, że represjonowani, którzy chcieliby w ostatniej rozprawie dostrzec chociażby niewielką nadzieję na sprawiedliwość, powinni pozbyć się złudzeń. Sprawa jest bowiem ważna dla PiS nie tylko z uwagi na politykę krajową, ale niespodziewanie zyskała także istotny wymiar międzynarodowy.

Chodzi o to, że osobą, która z zapartym tchem śledzi losy „dezubekizacji” w Polsce i z całych sił trzyma kciuki za PiS, jest Aleksander Łukaszenka, sfałszowany prezydent Białorusi.

Sytuacja w tym kraju to najbardziej gorący temat ostatnich dni. Białoruś jako samodzielne państwo istnieje zaledwie od 30 lat, a jego społeczeństwo miało bardzo niewiele doświadczeń z autentyczną demokracją. Mimo to ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich przelało czarę goryczy ludzi, znanych z tego, że od wieków cierpliwie znosili rządy różnych despotów. Po prostu społeczeństwo powiedziało „dosyć” i wyszło na ulicę. Wydarzenia toczą się bardzo dynamicznie i żadne rozwiązanie nie jest przesądzone, ale tak wielkiej szansy na autentyczną wolność i demokrację Białorusini jeszcze nie mieli.

Narzędzia do rozwikłania niezwykle skomplikowanej sytuacji naszego wschodniego sąsiada znajdują się w Brukseli i w Waszyngtonie, a przede wszystkim w Moskwie, ale najważniejsze posiada Mińsk, a dokładniej mają je resorty zmilitaryzowane – milicja, wojsko, służby specjalne. Tylko na tych siłach reżym Łukaszenki opiera swe istnienie i dba wyłącznie o ich poparcie. Natomiast łatwo dostrzec, że zachowania poszczególnych formacji mundurowych są bardzo różne – od brutalnych pacyfikacji protestów, aż do bratania się z ludźmi manifestującymi na ulicach. Przyszłość Białorusi zależy dzisiaj od tego, jakie postawy wśród nich przeważą. Dobrze wiedzą o tym rozproszeni przywódcy demokratyczni i pojawiło się już sporo ich apeli, w których deklarują, że nikt z funkcjonariuszy i urzędników, kto nie popełnił przestępstwa, nie musi niczego się obawiać w przyszłej demokratycznej Białorusi, nowe państwo z pewnością potraktuje ich uczciwie, sprawiedliwie, życzliwie, nawet wybaczy …

Czy myśmy swego czasu nie słyszeli czegoś podobnego?

W niezwykle trudnej sytuacji Aleksandra Łukaszenki rządzący Polską politycy, którzy niedawno określali go jako „sympatycznego, ciepłego faceta”, wyciągają do niego swą przyjacielską dłoń. Polska „dezubekizacja” jest najlepszym prezentem, jaki mógł on sobie wymarzyć. To dzięki bratniej pomocy PiS-u „batiuszka” będzie mógł swym funkcjonariuszom, milicjantom, oficerom, żołnierzom, urzędnikom, przedstawić argumentację nie do odparcia: „Chcecie uwierzyć tym demokratom, no to popatrzcie sobie na Polskę i przyjrzyjcie się jak za kilkanaście, może trochę więcej lat, będziecie potraktowani. I nie ważne, czy popełniliście przestępstwo, czy zrobiliście cokolwiek złego – i tak zrobią z was nędzarzy”

Trudno w tej chwili przewidzieć, jak Łukaszenka odwdzięczy się kierownictwu PiS za poratowanie, ale kwiaty pani Przyłębskiej z pewnością się od niego należą.