Czekając na wyrok

Ogłoszenie wyroku w sprawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej zostało przełożone po raz kolejny. Spektakl „sprawiedliwości według PiS” robi się coraz bardziej niesmaczny, bo tej jesieni to już trzecie przeniesienie terminu, a media coraz głośniej komentują, że nie o sprawy merytoryczne tu chodzi.

Julia Przyłębska najwyraźniej nie ma po prostu pewności, czy inni sędziowie, w tym tacy z tytułami naukowymi, przyklepią „konstytucyjność” ustawy wprowadzającej odpowiedzialność zbiorową, zwłaszcza po tym, gdy Sąd Najwyższy jasno stwierdził, że takie stawianie sprawy jest niedopuszczalne. Według przecieków publikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nawet zastępca Przyłębskiej Mariusz Muszyński jest w tej sprawie przeciwko niej. Chciałby podobno złagodzić przepisy…

Inni sędziowie, którzy nie zamierzają udawać, że z dezubekizacją jest wszystko w porządku, to według przecieków Jarosław Wyrembak, Piotr Pszczółkowski i Leon Kieres.

Mundurowi bez złudzeń

– Widać że prezes TK nie ma pewności, czy inni sędziowie zagłosują tak jak ona, stąd decyzja o odwołaniu orzeczenia. Boimy się, że kolejne terminy, o ile je wyznaczy, też będzie odwoływać. Tak więc w najbliższej przyszłości orzeczenia się nie doczekamy. A dopóki nie zakończy się krajowe postępowanie sądowe, nie możemy skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i tam domagać się sprawiedliwości – skomentował całą sytuację w rozmowie z „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego czeka 40 tys. „zdezubekizowanych”, w tym 8 tys. sierot i wdów po funkcjonariuszach.

Co szykuje PiS?

Jako że postawy sędziów TK wobec ustawy raczej się nie zmienią, a wyrok Sądu Najwyższego, nakazujący indywidualnie badać sprawę każdego człowieka pozbawianego emerytury ma już pierwsze konsekwencje, spekuluje się o tym, że partia rządząca znowelizuje ustawę dezubekizacyjną.

Z „aktu dziejowej sprawiedliwości”, jak cynicznie PiS nazwał swoje „dzieło”, miałyby zostać wykreślone słowa o „służbie totalitarnemu państwu”. Wtedy wyrok Sądu Najwyższego straci swoje oparcie, PiS triumfalnie ogłosi, że obronił swoją dekomunizacyjną inicjatywę, a skarb państwa zaoszczędzi niebagatelne pieniądze. „Akt dziejowej sprawiedliwości” pozwolił zachować w kasie ok. 300 mln zł.

Bezprawność i bezprawie

Szewc Fabisiak rozróżnia te dwa pojęcia uważając, że bezprawność polega na podejmowaniu działań niezgodnych z prawem natomiast bezprawie oznacza wprowadzanie w życie takich aktów prawnych, które są niezgodne z obowiązującym prawem.

Przykładów działań bezprawnych namnożyło się w ostatnich latach aż tyle, że na wymienienie wszystkich z nich mogłoby nie starczyć łamów Trybuny. Szewc Fabisiak przypomina, że początek tej dobrej zmianie dały dwie decyzje prezydenta a mianowicie ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wytoku oraz zaprzysiężenie wybranych z naruszeniem prawa sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I później potoczyła się lawina, która wartko toczy się dalej.

Ostatnio dzięki orzeczeniu warszawskiego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na forum publiczne powróciła sprawa prezydenckich wyborów korespondencyjnych. Sąd uznał, że decyzja premiera zobowiązująca Pocztę Polską do przygotowania wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym w rażący sposób naruszyła prawo. Jak można było przewidywać, orzeczenie sądu nie znalazło zrozumienia w czołowej partii rządzącej w odróżnieniu od jej koalicyjnych partnerów. Doszli oni bowiem do wniosku, że prawo ma być równe dla wszystkich wyłamując się tym samym z koalicyjnych kanonów. Jest to racjonalne z ich punktu widzenia, gdyż, jak zauważa szewc Fabisiak, głupotą byłoby branie na siebie współodpowiedzialności za nieswoje decyzje i działania. Zwłaszcza, że to w końcu Jarosław Gowin uratował obóz rządzący przed wyborczą kompromitacją. Swoje wygrał też Zbigniew Ziobro bynajmniej nie dlatego, iżby miałby być konsekwentnym zwolennikiem równości wobec prawa, lecz z tego powodu, że wyczuł tu okazję aby zyskać dodatkowy mocny punkt w rywalizacji z premierem Morawieckim.

Pisowscy idą jednak w zaparte powtarzając po raz kolejny, że rząd działał w warunkach wyższej konieczności spowodowanej wirusową epidemią. Szewc Fabisiak uważa jednak, że taka argumentacja nie trzyma się przysłowiowej kupy. Mogłaby ona mieć jakiś tam ślad uzasadnienia, gdyby wprowadzono w kraju stan nadzwyczajny dający władzy uprawnienie do podejmowania różnych niekiedy dziwnych decyzji. Jednak przed wprowadzeniem takiego stanu partia PiS broniła się wszystkimi kończynami zdając sobie sprawę z tego, że majowe wybory stwarzają największą szansę na ponowny wybór Andrzeja Dudy być może nawet w pierwszej turze. Orzeczenie sądu jak również opór koalicjantów zmusiły PiS do wycofania się z bezprawnej ustawy o bezkarności. Bezprawnej, gdyż w Polsce póki co obowiązuje zasada, iż prawo nie działa wstecz w związku z tym każdy, kto podejmuje niezgodne z prawem decyzje i działania musi liczyć się z konsekwencjami a nie oczekiwać tego, że po fakcie zostanie uniewinniony.

Inną normą, która powinna być przestrzegana w państwie szanującym swoje własne prawo jest ochrona praw nabytych. Normę tę złamano w przypadku tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Była ona powszechnie krytykowana za to, że kieruje się zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Zwrócił na to uwagę również Sąd Najwyższy uznając, że każdy przypadek umniejszania świadczeń emerytalnych należy rozpatrywać indywidualnie. Jednakże zdaniem szewca Fabisiaka nie tu tkwi istota problemu. Jak twierdzi, to kto pełnił jaką funkcję i jakich dopuszczał się czynów nie powinno w żaden sposób wiązać się z wysokością emerytury czy renty. Są to bowiem dwa odrębne byty prawne. Jeśli ktoś w przeszłości popełnił jakiś czyn niezgodny z prawem, to powinien za to odpowiadać przed niezawisłym i bezstronnym sądem a emerytura nie ma nic do tego. Jednak osoby ogarnięte antykomunizacyjnym amokiem widzą w tej niedoszłej ustawie przejaw sprawiedliwości dziejowej. Typowym przykładem takiej argumentacji może być wypowiedź jaką w emitowanym w TVP info Studiu Polska udzielił jego stały uczestnik pan Adam Borowski. Stwierdził on mianowicie, iż działające w PRL służby specjalne pracowały na rzecz obcego mocarstwa. Idąc śladem tej absurdalnej logiki należałoby poobcinać emerytury i renty również kadrze zawodowej wojska a idąc dalej także pracownikom państwowej, bo przecież podległej ZSRR administracji. Chyba, że wojsko oraz administracja było wyjęte spod sowieckiej okupacyjnej kontroli co z kolei nijak nie przystaje do teorii o całkowitej podległości Moskwie. Oba omawiane powyżej gnioty prawne są dowodem na bezprawność i bezprawie, które na szczęście udało się zahamować dzięki interwencji sądów – podsumowuje swoje spostrzeżenia szewc Fabisiak.

Sąd Najwyższy przeciw „dezubekizacji”

Sąd Najwyższy nie pozostawił suchej nitki na jednym ze sztandarowych projektów PiS. Automatyczne obniżenie emerytur wszystkich pracowników służb PRL zostało porównane do praktyk odpowiedzialności zbiorowej, stosowanych przez państwa totalitarne. Teraz sądy mają rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.

– Państwo jest uprawnione do rozliczania się z reżimem. Jednak przed sądem powszechnym staje konkretny człowiek. Na tle ustawy dezubekizacyjnej powstał problem prawny, czy ustawodawca chce oceniać czyny jednostki, czy też chce odpowiedzialności zbiorowej – czytał uzasadnienie wyroku sędzia Józef Iwulski. – Należałeś do danej instytucji, to cię karzemy. Cześć świadczeń osoby pokrzywdzone nabyły już jednak w wolnej Polsce. Czy więc można je zrównywać z osobami, które działały w reżimie i łamały prawa człowieka? To nie jest zgodne z preambułą konstytucji. My nie możemy działać jak państwo totalitarne, które nie daje człowiekowi prawo do sprawiedliwego sądu.

Każda sprawa oceniana osobno

Sprawa tzw. dezubekizacji (pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, dlaczego jest to określenie głęboko zwodnicze i ukierunkowane na budzenie negatywnych skojarzeń opinii publicznej) trafiła do Sądu Najwyższego w listopadzie 2019 r. Białostocki Sąd Apelacyjny zadał SN pytanie: czy jeśli emeryt mundurowy walczy o przywrócenie emerytury przed sądem, to z jakich przesłanek należy wychodzić, rozpatrując sprawę? Czy należy przyjąć wyłącznie kryterium ogólne, czyli „pełnienie służby na rzecz państwa totalitarnego”, czy też powinno się przyjmować, że każdą sprawę traktuje się indywidualnie?

Politycy PiS chcieli wariantu pierwszego – z bardzo nielicznymi wyjątkami np. dla funkcjonariuszy, którzy potrafili udowodnić, że po cichu wspierali opozycję czy Kościół. Ale Izba Pracy Sądu Najwyższego nie miał wątpliwości. Każdemu przypadkowi należy przyjrzeć się osobno i zdecydować, czy ta konkretna osoba, a nie abstrakcyjny „system”, łamała prawa i wolności człowieka. I to strona, która odpowiada za wypłatę świadczeń będzie musiała wykazać, dlaczego w przypadku konkretnego człowieka chce je odebrać.

Ustawa krwią pisana

Emeryci mundurowi mówili o ustawie jako o „pisanej krwią”. Niebezpodstawnie – za jej sprawą 39 tys. byłym pracownikom służb PRL obniżono emerytury i renty. Cięto nawet renty, które przysługiwały małżonkom i dzieciom funkcjonariuszy poległych na służbie. Nie robiono wyjątków dla nikogo – ani dla tych, którzy przepracowali na feralnym stanowisku bardzo krótki czas, ani dla tych, którzy pracowali np. w charakterze telefonistek, sekretarek czy kierowców. Jak zbrodniarzy potraktowano ludzi, których już raz pozytywnie zweryfikowano, dopuszczając do pracy w policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Straży Granicznej czy Biurze Ochrony Rządu w III RP.

Poziom życia tysięcy ludzi, którzy pracowali niegdyś dla Polski – jedynej, jaka była – uległ drastycznemu pogorszeniu. Kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo.

Dramatycznie ucierpiała również wiarygodność państwa polskiego, które ustawą dezubekizacyjną jednym ruchem przekreśliło własne zobowiązania wobec konkretnej grupy ludzi. Zwracali na to od dawna uwagę politycy Lewicy.

– Skandal całej tej sytuacji polega na tym, że dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są, według partii rządzącej, nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił ongiś wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty..

Również rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar opowiadał się za indywidualnym badaniem postępowania każdego byłego funkcjonariusza.

Wskazówka dla innych sądów

W Trybunale Konstytucyjnym ustawa „dezubekizacyjna” leży od dwóch i pół roku. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego prezes TK Julia Przyłębska odkłada kolejne posiedzenia w tej sprawie. To, które miało odbyć się w ubiegły piątek, też zostało przeniesione – na październik.

Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku SN prokurator wnioskował o prokurator wniósł o odroczenie sprawy do czasu rozstrzygnięcia podobnej kwestii przez Trybunał Konstytucyjny. Wniosek został odrzucony.

– Z uwagi na autorytet Sądu Najwyższego, z uwagi na fakt, że sprawą zajmuje się skład 7-osobowy, należy spodziewać się, że inne sądy będą kierowały się wykładnią Sądu Najwyższego – stwierdził jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

W uzasadnieniu wyroku padły również inne ważne konstatacje. Choćby ta, że państwo demokratyczne ma prawo rozliczać się z niedemokratyczną przeszłością, ale droga ostrych rozliczeń i prób naprawiania krzywd po latach jest tylko jedną z możliwości. Ocenianie przeszłości, powiedział sędzia Bohdan Bieniek, „powoduje silne linie podziału od strony etycznej, społecznej, ideologicznej czy wręcz politycznej”. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy na gruncie samego tylko prawa można w ogóle takie wielkie historyczne spory rozstrzygać.

Dezubekizacja w wymiarze międzynarodowym

Zgodnie z lipcową zapowiedzią w dniu 18.08 br Trybunał Konstytucyjny kolejny raz zabrał się do debatowania nad konstytucyjnością ustawy z 16 grudnia 2016 r., określanej najczęściej jako „dezubekizacyjna”.

Przypomnijmy tylko, że aktem tym PiS obniżył do głodowego minimum emerytury i renty ok. 55 tysiącom byłych funkcjonariuszy, urzędników i pracowników oraz ich rodzinom tylko z tego powodu, że swe kariery zawodowe zaczęli jeszcze w PRL, w resortach określanych jako siłowe. W absolutnie przeważającej większości nikt z tak represjonowanych nigdy nie popełnił przestępstwa, nie złamał prawa, ani nawet nie dokonał żadnego czynu nagannego moralnie czy etycznie, ale fakt ten dla partii, która nazwała się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”, nie miał najmniejszego znaczenie – liczył się tylko efekt polityczny.

Podobnie jak przy rozprawie lipcowej również tym razem przewodnicząca Trybunału mgr Przyłębska (która na swe pierwsze stanowisko sędziego została powołana w 1987 r. decyzją Rady Państwa PRL) nie odważyła się zaprosić nikogo, kto reprezentowałby tak wielką rzeszę ciężko skrzywdzonych ludzi – sytuacja w cywilizowanym świecie wręcz niewyobrażalna, ale całkowicie normalną w państwach totalitarnych. Wydaje się jednak, że tym razem niektórzy z sędziów TK sami dostrzegli szokującą niestosowność takiego procedowania. W efekcie kilku z nich zaczęło zadawanie grupie oskarżycieli (reprezentujących PiS-owski Sejm, PiS-owskie Ministerstwo Sprawiedliwości i PiS-owską Prokuraturę Krajową) szeregu niewygodnych dla nich pytań. Wielu represjonowanych, którzy mogli obserwować przebieg rozprawy w przekazie internetowym, zostało mocno zaskoczonych, że sędziowie ci dostrzegają przynajmniej niektóre rażące aspekty tak niewiarygodnego bubla prawnego, jakim jest wspomniana ustawa.

Postawiona kilka razy w niewygodnej sytuacji silna liczebnie reprezentacja oskarżycieli sięgnęła po argumenty całkowicie kłamliwe i obłudne (chyba taki jest już PiS-owski standard). Otóż stwierdzili oni, że ustawa wreszcie pozbawiła przywilejów emerytalnych objętych nią ludzi – niewiarygodne, że zmniejszenie obowiązującego od 2009 r. minimalnego przelicznika 0.7% za rok służby do absolutnego zera, oni nazywają odebraniem przywilejów! Innym kilkukrotnie powtarzanym argumentem było zdanie, że ustawa rzekomo wymierza sprawiedliwość dziejową. Okazało się więc, że w Rzeczpospolitej Polskiej, określonej jako konstytucyjne, demokratyczne państwo prawa, nie sądy, nie sędziowie, nie podczas uczciwych procesów, w których musi być sformułowany akt oskarżenia, a oskarżony ma prawo do obrony, lecz cyniczni politycy uznali się za uprawnionych do wymierzania sprawiedliwości wedle swego „widzi mi się”.

Niezbyt korzystny dla PiS-owskiej strony przebieg rozprawy spróbowała pod koniec poprawić mgr Przyłębska, gdy stwierdziła, że przecież przedmiotowych emerytur i rent wcale nie zabrano, a jedynie obniżono. Trzeba przyznać, że tak traktowana sprawiedliwość ma w państwach totalitarnych długie i ugruntowane tradycje – „mogliśmy zabrać wam wszystko, więc się cieszcie, że zostawiamy jakieś nędzne resztki”. Sugestia pani przewodniczącej wskazuje w jakim kierunku będzie zmierzała linia orzecznicza i dowodzi, że represjonowani, którzy chcieliby w ostatniej rozprawie dostrzec chociażby niewielką nadzieję na sprawiedliwość, powinni pozbyć się złudzeń. Sprawa jest bowiem ważna dla PiS nie tylko z uwagi na politykę krajową, ale niespodziewanie zyskała także istotny wymiar międzynarodowy.

Chodzi o to, że osobą, która z zapartym tchem śledzi losy „dezubekizacji” w Polsce i z całych sił trzyma kciuki za PiS, jest Aleksander Łukaszenka, sfałszowany prezydent Białorusi.

Sytuacja w tym kraju to najbardziej gorący temat ostatnich dni. Białoruś jako samodzielne państwo istnieje zaledwie od 30 lat, a jego społeczeństwo miało bardzo niewiele doświadczeń z autentyczną demokracją. Mimo to ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich przelało czarę goryczy ludzi, znanych z tego, że od wieków cierpliwie znosili rządy różnych despotów. Po prostu społeczeństwo powiedziało „dosyć” i wyszło na ulicę. Wydarzenia toczą się bardzo dynamicznie i żadne rozwiązanie nie jest przesądzone, ale tak wielkiej szansy na autentyczną wolność i demokrację Białorusini jeszcze nie mieli.

Narzędzia do rozwikłania niezwykle skomplikowanej sytuacji naszego wschodniego sąsiada znajdują się w Brukseli i w Waszyngtonie, a przede wszystkim w Moskwie, ale najważniejsze posiada Mińsk, a dokładniej mają je resorty zmilitaryzowane – milicja, wojsko, służby specjalne. Tylko na tych siłach reżym Łukaszenki opiera swe istnienie i dba wyłącznie o ich poparcie. Natomiast łatwo dostrzec, że zachowania poszczególnych formacji mundurowych są bardzo różne – od brutalnych pacyfikacji protestów, aż do bratania się z ludźmi manifestującymi na ulicach. Przyszłość Białorusi zależy dzisiaj od tego, jakie postawy wśród nich przeważą. Dobrze wiedzą o tym rozproszeni przywódcy demokratyczni i pojawiło się już sporo ich apeli, w których deklarują, że nikt z funkcjonariuszy i urzędników, kto nie popełnił przestępstwa, nie musi niczego się obawiać w przyszłej demokratycznej Białorusi, nowe państwo z pewnością potraktuje ich uczciwie, sprawiedliwie, życzliwie, nawet wybaczy …

Czy myśmy swego czasu nie słyszeli czegoś podobnego?

W niezwykle trudnej sytuacji Aleksandra Łukaszenki rządzący Polską politycy, którzy niedawno określali go jako „sympatycznego, ciepłego faceta”, wyciągają do niego swą przyjacielską dłoń. Polska „dezubekizacja” jest najlepszym prezentem, jaki mógł on sobie wymarzyć. To dzięki bratniej pomocy PiS-u „batiuszka” będzie mógł swym funkcjonariuszom, milicjantom, oficerom, żołnierzom, urzędnikom, przedstawić argumentację nie do odparcia: „Chcecie uwierzyć tym demokratom, no to popatrzcie sobie na Polskę i przyjrzyjcie się jak za kilkanaście, może trochę więcej lat, będziecie potraktowani. I nie ważne, czy popełniliście przestępstwo, czy zrobiliście cokolwiek złego – i tak zrobią z was nędzarzy”

Trudno w tej chwili przewidzieć, jak Łukaszenka odwdzięczy się kierownictwu PiS za poratowanie, ale kwiaty pani Przyłębskiej z pewnością się od niego należą.

Komuch, czyli kozioł ofiarny

16 grudnia 2016 roku w Sali Kolumnowej w sławnym już dzisiaj nocnym głosowaniu uchwalono ustawę „dezubekizacyjną”. Partia Rządząca znalazła kolejnego kozła ofiarnego, którego można było wystawić na widok publiczny i napiętnować: oto ubek, komuch i oto ten ubek został ukarany.

Ukształtowany w ZSRR w latach 30 XX wieku stalinizm, w Polsce zbierał swe okrutne żniwa prześladowań w okresie powojennym. Do śmierci Stalina w 1953 roku prześladowania w ZSRR jak i na terenach państw objętych reżimem pochłonęły miliony ofiar. Oznaczało to przemoc, aresztowania i tortury dla tych Polaków i Polek, którzy nie godzili się na rząd konstruowany przez władze ZSRR, oraz politykę gospodarczego i ekonomicznego zawłaszczania Polski. To również czasy wewnętrznej wojny pomiędzy tymi obywatelami i obywatelkami, którzy zgadzali się na dyktat sowiecki i tym którzy chcieli z nim walczyć. To również czasy bardzo silnego wsparcia ze strony ZSRR nowych władz Polski. W tych czasach działał też Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, który zasłynął ze szczególnego okrucieństwa wobec aresztowanych za działalność „wywrotową” i „na szkodę” ludowej ojczyzny. Innymi słowy opozycjoniści i krytycy rodzącego się wówczas ustroju byli wyłapywani i nierzadko mordowani po przesłuchaniach pełnych tortur i w zasadzie z góry przesądzonym procesie.

Po śmierci Stalina w całym bloku państw komunistycznych następuje odwilż. UB zostaje rozwiązane, w jego miejsce zostaje założona Służba Bezpieczeństwa PRL. W sumie działanie SB obejmują okres od 1956 do 1990 roku. Nadal tropiono, inwigilowano a nawet prześladowano „wrogów ludowej ojczyzny”, ale po terrorze stalinowskim i następującej po nim odwilży nie dochodziło do wynaturzeń na masową skalę. Ciągle ludzie w bloku państw komunistycznych nie mieli wolności obywatelskich, inaczej jednak wyglądała przemoc systemowa. W czasach stalinowskich ludzie po prostu znikali i nikt nie mógł się dowiedzieć co się tak naprawdę stało. O torturach i przemocy milczano. Po odwilży przemoc systemowa państwa została ubrana w bardziej „cywilizowane” i znormalizowane zasady.

Zweryfikowani

W maju 1990 roku SB zostało rozwiązane, a jego funkcjonariusze zostali poddani weryfikacji. Zweryfikowani funkcjonariusze SB zaczęli pracę w nowo powstałym Urzędzie Ochrony Państwa i policji. Na 14 038 funkcjonariuszy weryfikację przeszło pozytywnie 10 439 osób. Uchwała nr 69 Rady Ministrów z dnia 21 maja 1990 r mówiła, że zweryfikowany może zostać pozytywnie, a tym samym dopuszczony do pracy w UOP czy Policji pracownik SB, który podczas pełnienia swojej służby nie łamał praw człowieka i nie naruszał dóbr osobistych obywateli i obywatelek. Weryfikacja tym samym miała wycofać ze służby na rzecz obywateli i państwa osoby, które pracując dokonywały zbrodni.

Dla wielu pracowników oznaczało to początek nowej pracy. W zasadzie niektórzy po weryfikacji byli degradowani i musieli zaczynać od początku swoją służbę, tak jak Jacek, który przeszedł weryfikację pozytywnie mimo to ze stanowiska inspektora został przeniesiony na stanowisko wywiadowcy. Po 15 latach służby dla III RP, ze względu na stan zdrowia przeszedł na emeryturę. Do 16 grudnia 2016 roku mógł się cieszyć szacunkiem człowieka, który pracował dla społeczeństwa. Ustawa kolumnowa to wszystko jednak przekreśliła, Jacek został pozbawiony nie tylko części emerytury ale również godności. Władza sprawowana przez określoną ekipę od 2015 r. mogła z satysfakcją stwierdzić mediach: komuniści zostali pozbawieni przywilejów.

Kogo zatem dotyczy ustawa z dnia 16 grudnia 2016 roku?

Osób, które zaczynały swoją służbę w czasach PRL, najczęściej w latach 80, i później pracowały po weryfikacji w UOP czy policji naszego kraju. Ustawa z 16 grudnia bardzo często dotyczy ludzi, którzy zaledwie parę lat służyli w PRL, a po weryfikacji przez 17, 20 lat pracowali dla III RP. Tak jak Jola, która przepracowała całą wysługę lat w policji po 1989 roku, awansując i przechodząc na emeryturę po odbyciu pełnej służby. Jedyną przewiną Basi jest to, że urodziła się za wcześnie i zaczęła swoją służbę przed 1989 rokiem. Ustawa „dezubekizacyjna” obejmuje jednak i ją, ponieważ dwa lata służyła wrogiemu systemowi PRL.

W położeniu Joli znalazło się bardzo wielu pracowników i pracowniczek policji. Tak jak Basia, która z kolei pracowała od 1982, przeszła weryfikację w latach 90 i pracowała dalej 22 lata w kryminalistyce. Ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z prześladowaniem opozycjonistów, czy systemem stalinowskiego terroru, ale też i wdowy otrzymujące uposażenie po zmarłym (zweryfikowanym) mężu, czy dorosłe już dzieci z niepełnosprawnością otrzymujące rentę po zmarłym, ale pracującym w niewłaściwym miejscu rodzicu.

Pojawia się zatem zasadne pytanie: czemu miała służyć ta ustawa? Do czego ma prowadzić? Co przynosić? Zbrodniarze czasu stalinowskiego już dawno albo nie żyją, albo zostali skazani za swoją działalność. Osoby popełniające zbrodnie podczas stanu wojennego nawet jeżeli nie zostały rozliczone w pełnym wymiarze zostały poddane lustracji. Ustawa „dezubekizacyjna” tylko w nazwie ma likwidowanie UB. UB zostało zlikwidowane znacznie wcześniej, bo w 1956, a SB i jego pracownicy zostali zlustrowani i zweryfikowani w latach 90. Tak naprawdę zatem nie chodzi o przywrócenie sprawiedliwości, czy wyrównanie krzywd społecznych. W tej ustawie jak i w całym działaniu PiS mamy do czynienia z metodycznym poszukiwaniem wroga.

Ustawa z dnia 16 grudnia to wskazanie kozła ofiarnego. To pokazanie społeczeństwu „Złego”, który jest winny i którego należy tępić. To wykazanie się przed społeczeństwem z walki o prawo i sprawiedliwość.

Systemowe straszenie

Rządy PiS opierają swoją politykę jak i kampanie (nie tylko te przedwyborcze, ale również prowadzące do zwiększenia poparcia społecznego) na nieustannym polaryzowaniu społeczeństwa, wyszukiwaniu tych, którzy są winni, czy to afer ekonomicznych, czy to nadużyć politycznych, czy to kulturowego zagrożenia, czy społecznych nadużyć. Po uchodźcach, którymi straszono w 2015 roku, w 2016 przyszedł czas na komuchów, obecnie to „ideologia” gender i LGBT. W ten sposób PiS zyskał dość bogaty zbiór wrogów, których może niemalże bez końca, stosownie do okoliczności, eksponować i którymi może epatować swoich wyborców. Jest w tym jednak coś więcej, jest w tym polityka systemowa nienawiści i podsycania w społeczeństwie niepokoju, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy zagrożeni.

Powołanie nabożnego kultu Żołnierzy Wyklętych, ustawa z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, czy rozszerzenie w artykule 265 kodeksu karnego zapisu zabraniającego promowanie ustroju totalitarnego w tym nie tylko faszyzmu ale i komunizmu – te działania pokazują pewną obsesję połączoną z systemowym działaniem. PiS niejako przywraca do życia figurę „komucha”, który czyha na Polskę i wolność naszego narodu. Równocześnie partii rządzącej nie przeszkadzają faszystowskie symbole i zachowania skrajnej prawicy i razem z narodowcami w zeszłym roku organizowała marsz niepodległości w Warszawie. W ten sposób Rząd Polski otwierał 11 listopada 2018 roku pochód, w którym pojawiły się symbole i hasła rasistowskie i nazistowskie. To jednak komuch okazał się tym złym. Jest to systemowa strategia wskazywania z jednej strony niebezpiecznej części społeczeństwa – o złym rodowodzie i dziedzictwie PRL, oraz komunistycznych poglądach. Jest to swoista gra historią. Z drugiej strony, jest to budowanie figury kozła ofiarnego, dzięki której można zacząć tłumaczyć, że to, co się nam nie udaje dzisiaj zostało zawinione w przeszłości przez „komucha”. W ten sposób PiS dostarcza społeczeństwu grupę społeczną, której należy się bać, można ją nienawidzić i równocześnie jej przeszłymi działaniami obarczać nasze dzisiejsze niepowodzenia.

To właśnie artykuł 265 kodeksu karnego posłużył za podstawę donosu i wysłanie przez Szczecińską prokuraturę policji na konferencję naukową organizowaną przez Uniwersytet Szczeciński. Konferencja ma charakter cykliczny, jest poświęcona filozofii Karola Marksa. Policja „zabezpieczyła dowody”, a więc robiła zdjęcia programu naukowego, wydanym przez Nową Krytykę książką naukowym, spisywała też uczestników. To działanie jest tak samo absurdalne, jak odbieranie w ramach ustawy z 16 grudnia 2016 roku emerytur osobom, które pracowały dla „ustroju totalitarnego”. Biorąc pod uwagę fakt, że większość osób objętych tą ustawą zaczynało pracę w latach 80, czy została pozytywnie zweryfikowana w latach 90 – mamy tutaj absurd poszukiwania wroga. PiS potrzebuje znaleźć winnego, nie ważne jakiej zbrodni, byle by była to osoba winna, byleby stała się kozłem ofiarnym na którego można skierować frustrację i złość panującą w społeczeństwie.

Chleba i igrzysk, to rzymska zasada, która pozwalała na socjotechnikę kształtowania społeczeństwa. PiS w ramach akcji 500+ i uprawiania rozdawnictwa stosuję pierwszą rzymską zasadę: dać ludziom chleba. Igrzyska zaś dostarczane są pod postacią ustawy „dezubekizacyjnej”. Oto wyłoniony jest wróg, dawny okupant, okrutny i bezlitosny, zabierający wolność. Igrzyska czas zacząć, lud domaga się rozliczeń. Gruba kreska zaproponowana przez Mazowieckiego nie cieszyła się uznaniem społecznym. Oznaczała pojednanie i zaniechanie wendety. A przecież tak miło obarczyć kogoś winą, tak dobrze można się poczuć, kiedy wskaże się złego człowieka i powie: to on jest winny, a my jesteśmy tacy dobrzy.

Hipokryzja

Zasada kozła ofiarnego, chleba i igrzysk pozwala też ukryć swoją własną przeszłość. Przeszłość w PZPR i formułowanie oskarżenia pod adresem działacza opozycyjnego Antoniego Pikula czy awanse polityczne w PRL Stanisława Piotrowicza nie stanowią żadnego problemu dla PiS. Piotrowicz jest bardzo dobrze zakorzeniony i w tej partii i w jej polityce, dlatego obecnie doczekał się głosów swoich kolegów partyjnych powołujących go na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Opinii o Piotrowiczu nie psuje nic, nawet fakt, że w 2001 roku umorzył postępowanie przeciwko molestującego dzieci w Tylawie księdza. Andrzej Kryże, podobnie jak Piotrowicz działający w PRL, wydawał wyroki na działaczy opozycji w czasach stanu wojennego, w partii PiS znalazł i swoje miejsce i stanowisko – w poprzednim rządzie był wiceministrem sprawiedliwości.

Wieloletni skarbnik PiS to Stanisław Kostrzewski, który do rozwiązania należał do PZPR. Do tego można wymienić całą grupę członków PiS która była w PZPR a w czasach czy to stanu wojennego czy późniejszych zmieniła swe poglądy i weszła w struktury Solidarności. Okazuje się jednak, że wedle PiS są równi i równiejsi. „Dezubekizacja” tak naprawdę obejmuje nie tych, którzy działali w SB, ale tych, którzy nie są z PiSem. Jednym jak się bowiem okazuje można wybaczyć „incydent” bycia w PZPR czy SB a innym nie. Wszystko zależy od tego, jak zachowują się dzisiaj i po jakiej politycznej stronie stoją. W ten sposób właśnie PiS bardzo mocno spolaryzowało społeczeństwo. Po hasłem rozliczenia krzywd tak naprawdę z jednej strony manipulują historią, a z drugiej budują coraz boleśniejsze i coraz bardziej niebezpieczne podziały społeczne.

Stosowana przez PiS zasada wskazania kozła ofiarnego, regularne dostarczanie chleba i igrzysk pozwala również ukryć to co robi partia rządząca. Stwarzając tematy zastępcze PiS może przekierować uwagę społeczną na „komuchów”, konieczność „dezubekizacji”, „wymierzenia sprawiedliwości” przy równoczesnym destruowaniu prawa i łamaniu konstytucji. Wygodniej jest mówić o tym, co inni w przeszłości, robili źle, niż podjąć temat ustaw i działania powodującego całkowitą destrukcję systemu prawnego czy społecznego. Trybunał Konstytucyjny stracił dzisiaj nie tylko prestiż ale i możliwości działania – przez całkowite uzależnienie od polityki. Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym stała się narzędziem do usuwania sędziów sprzeciwiających się partii rządzącej i orzekających niezgodnie z oczekiwaniami partyjnymi. Upolitycznienie sądów jest jednym z elementów totalnej układanki jaką stara się wprowadzić z Polskie realia Jarosław Kaczyński. Upolitycznienie telewizji publicznej, reforma oświaty czy szkolnictwa wyższego, wraz z upolitycznionymi sądami staje się nie tyle destrukcją co pierwszym krokiem w stronę totalitaryzmu. Bez wolnych sądów, bez niezależnych mediów, bez wykształconego i krytycznie myślącego, świeckiego społeczeństwa, rządzić można długo i szczęśliwie. Złoty sen Kaczyńskiego. A ustawa z 16 grudnia to dwa w jednym i zasłona dymna, ludzie mają o czym mówić, i wskazanie wroga – ludzie mają kogo nienawidzić.

Dezubekizacja na wyborach

Zapowiedziane na 28 czerwca wybory prezydenckie to dzisiaj tak gorący temat, że nawet koronawirus poszedł w odstawkę.

Co prawda liczby nowych przypadków zachorowań dorównują, a nawet przewyższają te z marca i kwietnia, ale to nie powód, aby PiS nie ogłosiło swego wielkiego sukcesu na tym polu. Władza tak ofiarnie walczy z zarazą, że nie liczy się z żadnymi kosztami i od ręki dokonuje milionowych zakupów maseczek, przyłbic i respiratorów w firmach przyjaciół oraz rodziny królika. Oczywiście i tak się okazało, że czas jest najlepszym lekarzem, ale gdyby społeczeństwo zaczęło zgłaszać jakieś wątpliwości, to rząd może je ponownie zamknąć w areszcie domowym i wypuści kiedy zechce.

Teraz jednak nie skala epidemii jest ważna, lecz wyłącznie słupki poparcia poszczególnych kandydatów. O ile wzrost popularności reprezentantów opozycji wzbudza umiarkowane nadzieje ich środowisk, o tyle każdy procent mniej dla Dudy, wywołuje niezwykłą panikę w obozie PiS-u. Jest w nim kilku inteligentnych, chociaż do głębi obłudnych polityków, którzy dobrze rozumieją, jak wielu nieprawości, podłości i zwykłych szalbierstw się dopuścili. Teraz są przerażeni, bo groźba utraty władzy staje się całkiem realna; druga tura jest już pewna, a wówczas o ostatecznym wyniku zdecydują ułamki procenta – podobnie jak przy ostatnich wyborach do Senatu RP.

W tej sytuacji każdy głos jest na wagę złota, więc rządzący z niebywałym tupetem i cynizmem próbują wyciągać swe macki nawet do tych, których niedawno okrutnie skrzywdzili ustawą represyjną, kłamliwie zwaną też „dezubekizacyjną”. Nie jest tu miejsce na wyjaśnianie jak dalece podły i haniebny jest to akt legislacyjny, ale trzeba przypomnieć, że w jego wyniku, nie licząc się z jakimikolwiek regułami prawa, ani ze sprawiedliwością, sprowadzono na skraj wegetacji ponad 40 tysięcy całkowicie niewinnych obywateli RP. Ta grupa wraz z rodzinami to około 150 tysięcy zdeterminowanych wyborców, co stanowi, realnie biorąc, w przybliżeniu 1% całości elektoratu. I tych właśnie ludzi PiS kolejny raz próbuje omamić, a może tylko zdemobilizować, różnymi niejasnymi sugestiami i zwodniczymi sygnałami.

Były wiceminister MSWiA Jarosław Zieliński, jeden z głównych animatorów „dezubekizacji” w ostatnim czasie raczył przyznać publicznie, że akt ten nie jest doskonały i wymaga zmian. Co prawda natychmiast dodał, że na razie jest prawem, więc obowiązuje, ale i tak wywołał zdziwienie wszystkich dobrze pamiętających jego zaangażowanie i bezwzględność w organizowaniu represji.

Również prezes Trybunału Konstytucyjnego, pani mgr. Przyłębska, zdobyła się na zaskakującą uwagę, że wkrótce pokaże całemu światu swą niezależność od rządzącego ugrupowania. Ponieważ zbliża się termin procedowania Trybunału nad ustawą represyjną, więc niektóre osoby odebrały to jako zapowiedź, że przygotowywany wyrok może być krytyczny wobec niektórych jej rozwiązań.

Powyższe wypowiedzi pojawiły się w sferze publicznej, ale ponadto znaleźli się posłowie PiS, którzy w prywatnych rozmowach sugerują, że wkrótce, może za parę miesięcy, niektóre szykany zostaną złagodzone, albo i całkiem zniesione.

Trzeba przyznać, że środowisko represjonowanych, które od prawie czterech lat nie może uzyskać jakichkolwiek uczciwych i prawomocnych wyroków sądowych, każdy pozytywny sygnał odbiera z wielką uwagą. Wielu z nas z racji wieku ma coraz mniejsze szanse doczekania sprawiedliwości i dlatego chwyta się każdej nadziei. Niestety, nadzieje w powyższym wydaniu są całkowicie złudne i w żadnym wypadku nie możemy im ulec.

Przypomnijmy sobie, że Jarosław Zieliński na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił: „Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu.”. Były to słowa wypowiedziane po uchwaleniu przez Platformę Obywatelską Donalda Tuska pierwszej, odrobinę łagodniejszej ustawy represyjnej. Wielu dotkniętych nią oddało później swój głos na PiS, za co 6 lat później pan minister przygotował znacznie bardziej bezwzględną, okrutną i podłą ustawę „dezubekizacyjną”. Czy ktoś dzisiaj chce jeszcze raz uwierzyć w jego sugestie, że teraz trzeba w niej coś zmienić? Chyba, że jeszcze bardziej zaostrzyć szykany i zabrać nawet te żałosne zasiłki socjalne jakie pozostawiono.

Pani mgr. Przyłębska zapowiada swą niezależność, ale jednocześnie już piąty(!) raz w tym roku zmieniła termin procesu nad Ustawą, cały czas pilnując, aby wydać orzeczenie dopiero po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich. Chyba więc nikt nie powinien mieć wątpliwości, jaki wyrok zapadnie – PiS w żadnym momencie nie popełnia pomyłek i nigdy nie łamie Konstytucji – to najwyżej Konstytucja jest źle napisana, bo przecież najwyższym i niepodważalnym prawem jest wola suwerena, którą zna i ogłasza wyłącznie I Prezes Partii.

Z przykrością trzeba więc powiedzieć, że jakiekolwiek pozytywne sygnały, a zaczynają się one pojawiać na różnych forach internetowych, są wyłącznie dymną zasłoną dla kolejnych podłości szykowanych nam przez PiS. Jedyną naszą szansą jest odsunięcie od władzy tej partii, która nawet gdy mówi nam „Dzień dobry”, to też kłamie.

Wszyscy więc represjonowani, każdy kto ma siły, aby dojść do lokalu wyborczego, musi tam się stawić i oddać swój głos. Jedyną bezwzględnie przyzwoitą i uczciwą formacją polityczną, którą od początku stała po naszej stronie, jest Lewica i wyłącznie głosując na jej kandydata, Roberta Biedronia, możemy mieć pewność, że się nie zawiedziemy. Logika wyborcza jest bezwzględna, więc w drugiej turze także będziemy musieli stawić się przy urnach i poprzeć tego, który będzie rywalizował z A. Dudą – każdy z jego kontrkandydatów wygląda na bardziej uczciwego niż pełen obłudy, frazesów i śmieszności dzisiejszy prezydent RP.

Sondaże wskazują, że przy pełnej mobilizacji opozycji kandydat PiS przegra, co będzie początkiem końca tej formacji politycznej, która cofa naszą Ojczyznę o dziesiątki lat i coraz bardziej oddala od cywilizowanego świata Zachodu. My represjonowani możemy mieć natomiast nadzieję, że pan prezydent Duda przegra nie więcej niż o 1 % – byłoby niezaprzeczalnym dowodem, że na świecie istnieje jeszcze sprawiedliwość, gdyby to właśnie nasze głosy przeważyły szalę wyborów.

Ostatnie słowo skazanych

Aby zrozumieć fenomen i sens dzisiejszego bezprzykładnego ataku PiS na sądy, trzeba cofnąć się do grudnia 2016 r. Wtedy właśnie PiS przegłosował w sejmie RP jedną z najbardziej niekonstytucyjnych i podłych ustaw represyjnych, nazywaną „dezubekizacyjną”.

Od trzech lat trwa w Polsce niezwykły atak PiS-owskiej władzy wykonawczej (rządu i prezydenta) oraz ustawodawczej (sejmu) wymierzony w polskie sadownictwo. Partia Jarosława Kaczyńskiego z całych sił pragnie podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości, więc sięga po najbardziej brudne chwyty propagandowe, nie cofa się przed kłamstwami i oszczerstwami, także represjami, zwłaszcza wobec sędziów próbujących zachować minimum niezależności. Wciąż niezadowalające efekty wywieranego nacisku sprawiły, że PiS zdecydował się na uchwalenie kolejnej ustawy, zwanej „kagańcową”. Akt ten całkiem jawnie łamie elementarne zasady trójpodziału władzy oraz Konstytucję RP, ale w zamyśle jego autorów ma ostatecznie spacyfikować polskie sądownictwo.
Unia Europejska z najwyższym niepokojem obserwuje te zabiegi i jest wręcz zaszokowana, że jedno z tworzących ją państw staje się stopniowo obszarem faktycznego bezprawia, gdzie wyroki sądowe będą zależały wyłącznie od widzimisię rządzących polityków. Tocząca się batalia nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale już teraz ma interesujące efekty uboczne. Najważniejszym z nich jest ten, że dzisiaj PiS otwarcie zademonstrował całemu światu swe totalitarne zapędy oraz cynizm i pogardę dla cywilizowanych reguł prawa. Warto zadać pytanie, dlaczego to ugrupowanie rozpoczęło swoją walkę, po co mu taka awantura i koszty międzynarodowe, gdy w praktyce i tak może rządzić Polską bez żadnych ograniczeń?

Fenomen i sens bezpardonowego uderzenia w sądy stanie się jaśniejszy, gdy cofniemy się do grudnia 2016 r. To wtedy PiS przegłosował ustawę represyjną, manipulacyjnie i propagandowo nazwaną „dezubekizacyjną”. Zdecydowała ona, że bez konieczności sformułowania jakichkolwiek aktów oskarżenia, bez procesów sądowych, bez prawa do obrony, bez zasady domniemania niewinności, kilkadziesiąt tysięcy byłych funkcjonariuszy PRL zostało z automatu uznanych za zbrodniarzy.

Bez sądu i śledztwa

Prawicowi politycy w ustawie nie tylko przyjęli haniebną zasadę odpowiedzialności zbiorowej, ale i jednocześnie sami wymierzyli karę osobom nią objętym. Grupie tej, ludziom z reguły w bardzo podeszłym wieku, obniżyli wypracowane przez nich renty i emerytury do głodowego minimum. Całkowicie zlekceważono przy tym m. in. fakt, iż bardzo wielu z nich zostało w 1990 r. pozytywnie zweryfikowanych i później z oddaniem, niekiedy z narażeniem zdrowia i życia służyło III RP. Bo sensem ich życia była, jak i wcześniej, służba Polsce takiej, jaka istniała.

Ale przez prawie trzydzieści lat prawica polska włożyła mnóstwo wysiłku w przekonanie społeczeństwa, iż funkcjonariusze PRL dopuszczali się wszelakich możliwych zbrodni i przestępstw i w zasadzie nie robili nic poza tym. Aby zdobyć na to „potwierdzenie”, skierowano do IPN znaczną liczbę dyspozycyjnych pracowników, z zadaniem wykrycia, opisania i postawienia przed sądami tysięcy rzekomych komunistycznych zbrodniarzy.
Efekty pracy pionu prokuratorskiego IPN okazały się żałośnie nikłe wobec potrzeb i oczekiwań – poza sprawami sięgającymi lat stalinowskich oraz kilkoma bardzo mało spektakularnymi przypadkami z późniejszych okresów, nie było kogo i o co oskarżać. Podtrzymanie mitu o permanentnej i masowej zbrodniczości systemu, o nieustannym poddawaniu obywateli wyszukanym prześladowaniom, wymagało więc zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań. Właśnie dlatego została stworzona wspomniana ustawa.

Złośliwcy mogą powiedzieć, że my, ludzie którzy odbudowywaliśmy, pracowaliśmy i służyli Polsce Ludowej, sami jesteśmy sobie winni. Nie chodzi oczywiście o to, że naprawdę byliśmy zbrodniarzami, jakimi się nas maluje, ale o to, że od czasu upadku PRL z pokorą wysłuchiwaliśmy pogardliwych ocen tamtej rzeczywistości, sfałszowanych danych, oszczerczych i karykaturalnych opisów, w tym także mitów o funkcjonowaniu w niej struktur bezpieczeństwa. Nigdy nie spróbowaliśmy zaprotestować przeciwko zmyśleniom na nasz temat, w milczeniu przyjmowaliśmy kalumnie i kłamstwa o naszej pracy i służbie.

Historia nie jest czarno-biała

Ta nasza postawa wynikała w ogromnej mierze z faktu, że wiedzieliśmy doskonale, iż PRL-owski realny socjalizm to nie był dobry ustrój. Rozumieliśmy i bez propagandowych czytanek z IPN, że był to ustrój narzucony, obarczony szeregiem błędów oraz ludzkich krzywd i chociaż później, na różnych etapach przez większą część społeczeństwa akceptowany, to jednak ustrój marny. Marny, może nawet zły, ale od 1956 r. z pewnością nie zbrodniczy. Ponadto był to system polityczny, który dla wielu aspektów życia społecznego miał też jasne strony.

Temat wymagałby znacznie szerszego opracowania, więc jedynie kilka bardzo ogólnych uwag. Do ogromnego awansu cywilizacyjnego Polski po 1990 r przyczyniła się nie tylko zmiana ustrojowa, ale też fakt, że III RP odziedziczyła po Polsce Ludowej zaskakująco wysoki poziom powszechnego wykształcenia Polaków, dobrze rozwinięte życie kulturalne, brak istotnych obszarów bezrobocia, bezdomności i biedy, niską przestępczość, ponadprzeciętny w skali europejskiej poziom zdrowotny i fizyczny społeczeństwa, zachowaną w bardzo korzystnym stanie polską przyrodę, zasoby naturalne, zabytki itd. Oczywiście pozytywy te nie mogły rekompensować ogromnych słabości poprzedniego systemu, jego niedostatków gospodarczych, marnotrawstwa wysiłku społecznego, braku innowacyjności, rozwojowego zastoju, a zwłaszcza ograniczeń w demokracji i swobodach obywatelskich.

Z tego też powodu upadek realnego socjalizmu w 1989 r. również nasze środowisko przyjęło z wielkimi nadziejami.

Stracone złudzenia

Wierzyliśmy, że nowa Polska będzie lepsza, bardziej sprawiedliwa, praworządna, demokratyczna … Taki nasz stosunek do przemian wynikał ponadto z faktu, że jako pracownicy instytucji PRL, poza absolutnymi wyjątkami, nigdy nie łamaliśmy prawa, nie popełnialiśmy przestępstw, nie krzywdziliśmy ludzi. Sądzę, że mogę powiedzieć, że byliśmy in gremio ludźmi uczciwymi i przyzwoitymi. Czy inaczej ta kilkuset tysięczna grupa pracowników resortów siłowych przyjęłaby zmianę ustrojową tak spokojnie?

Dzisiaj oskarża się nas, że „mamy krew na rękach”, że biliśmy, mordowaliśmy, torturowaliśmy, zrywaliśmy paznokcie, kopaliśmy ciężarne kobiety – to tylko niewielki zestaw potwarzy jakie można usłyszeć i przeczytać. Płyną one nie tylko ze strony PiS i skrajnej prawicy – powtarzają je także naiwni dziennikarze, uważający się za ludzi przyzwoitych. Wszystkim tak twierdzącym – politykom, dziennikarzom, publicystom, zwykłym ludziom – należy zadać jedno pytanie:

Dlaczego nie stajemy jako oskarżeni przed sądami?

Dlaczego nieustannie słyszymy tylko ogólnikowe ataki na całą grupę ludzi i zapewnienia, że odebranie im emerytur było sprawiedliwe i potrzebne? Dlaczego od trzydziestu lat nie odbywają się w Polsce żadne procesy sądowe, w których konkretni ludzie, na podstawie konkretnych dowodów byliby oskarżani o konkretne czyny przestępcze? W świetle tego co mówią przedstawiciele PiS o naszych „rękach unurzanych we krwi”, to takich procesów powinny być setki, może tysiące. Dlaczego okazuje się, że w praktyce nie ma ich wcale?

Sami żądamy sformułowania aktów oskarżenia i postawienia nas przed sądami. Żądamy ukarania nas za nasze zbrodnie, jeżeli jakiekolwiek były, ale ukarania przez niezawisłe sądy, w uczciwych procesach, z prawem do obrony i ostatniego głosu. Przecież w ogromnej większości jeszcze żyjemy, tak jak i nasze rzekome ofiary. Niech one też przyjdą do sądów, wypowiedzą swoje stanowisko, zostaną wysłuchane. Trzeba przy tym pamiętać, że Służba Bezpieczeństwa i pokrewne jej instytucje były na wskroś zbiurokratyzowane, żadne działanie nie było podjęte bez wcześniejszego napisania analizy, oceny sytuacji, planu wykonawczego, podsumowania, itp. IPN ma całą tę dokumentację i każde z naszych przedsięwzięć jest tam opisane w najdrobniejszych szczegółach.
Oni to wszystko mają, ale do sądów nie idą – nikogo to nie zastanawia?
W zasadzie pytanie jest retoryczne. Mimo to odpowiemy, także z myślą o tych wszystkich, którzy, słuchając od lat historii o czarnej legendzie PRL zaczęli w nią wierzyć.

Po prostu nie ma kogo i o co oskarżać!

Kilka tego typu spraw, jakie toczyły się przed sądami po 1990 roku wykazało ich żałośnie małą przydatność propagandową dla prawicy, ich miałkość, nikłość. Na kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy służb specjalnych oraz na stan wzburzenia i rozemocjonowania jaki trwał w Polsce od roku 1980, jest to fakt, za który należy raczej podziwiać ówczesne władze, a nie je potępiać. Statystyka mówi, że jakieś pojedyncze przypadki, na pewno nie wynikające z systemowej praktyki, mogły się zdarzyć, ale one zdarzały się też po stronie ówczesnej opozycji. Można przytoczyć przykłady.
PiS i środowiska prawicowe praktycznie wszystkie oskarżenia formułują na poziomie ogólników, półprawd, niedomówień oraz cynicznych fałszerstw historii. Gdy propaganda się chwilowo „sypie”, ale wtedy zawsze można sięgnąć do okresu stalinowskiego i podrzucić kilka prawdziwych zbrodni. Potem było tak samo – sugerują propagandyści. Tyle, że z jednej strony okrucieństwu okresu stalinowskiego nikt nie zaprzecza, a z drugiej – to nie są sprawy, które bezpośrednio dotyczą „dezubekizowanych”! Prawie nikogo z nas, którzy dzisiaj tracimy świadczenia i jesteśmy poddawani stygmatyzacji, nie było wówczas na świecie. To jednak nie ma dla PiS znaczenia.

Powtórzmy zatem: jest propaganda, ale nie ma prawdziwych procesów, bo uczciwe, niezależne sądy wykazałyby nasza niewinność. A nie o to prawicy przecież chodzi.

Prawda nikomu nie jest potrzebna

Trzeba bowiem niestety dodać, że w zasadzie prawie wszystkim w Polsce bardzo odpowiada przedstawianie nas jako oprawców i to im straszniejszych – tym lepiej.

Dawnej Solidarnościowej opozycji, bo stanowi dowód jak wielkimi byli bohaterami – walczyli z tak okropnym, zbrodniczym systemem i jego funkcjonariuszami, więc teraz należą im się stanowiska, nagrody, ordery i odszkodowania. Ogromnej części, zwłaszcza starszego społeczeństwa, też to pasuje. Jest dobrym usprawiedliwieniem, dlaczego nie zdobyli wykształcenia, nie zrobili karier, nie „dorobili się”, nie osiągnęli sukcesów – przecież tkwili w w tak strasznym systemie. A jeszcze wielu byłych aktywnych pracowników i uczestników tamtego szeroko pojętego systemu władzy, także dziennikarzy, „celebrytów”, intelektualistów, usilnie stara się zasłużyć nowej władzy. Im gorzej mówią o poprzednim reżymie i o „zbrodniarzach z SB”, tym bardziej sami są niewinni i czyści.

Interesującym przykładem dla całego problemu może być sprawa tzw. „lustracji”. Dzisiaj temat ten wygasa, ale miał swoje znaczące zasługi w tworzeniu czarnej legendy służb specjalnych PRL. Chodzi o to, w jakiej sytuacji postawiono wcale nie małą rzeszę ludzi niegdyś niejawnie lub oficjalnie współpracujących z funkcjonariuszami ówczesnych służb. Prowadzony nacisk propagandowy sprawił, że współpraca taka stała się rzekomo hańbiąca, wstydliwa, godna potępienia. Co prawda tych ludzi (jak i samych funkcjonariuszy) nie było za co karać sądownie, więc wytworzono formułę „kłamstwa lustracyjnego”.

Cynicznie zafałszowany obraz spowodował, że nikt nie odważał się przyznać, iż głównymi motywami współpracy setek tysięcy tajnych informatorów z organami władzy PRL były względy patriotyczne, chęć zwalczania przestępstw, przeciwdziałanie łamaniu prawa, poczucie odpowiedzialności za dobro kraju, czasami też chęć przeżycia przygody. Teraz można to interpretować bardzo ironicznie, ale tak właśnie było – w absolutnie przeważającej większości powody zgody na tajną współpracę były godne szacunku. I taki szacunek i uznanie tym ludziom się należą, a nie infamia, potępienie, ostracyzm. Odium, które wytworzono sprawiło, że wielu poddawanych lustracji rozpaczliwie się broniło i twierdziło, że byli zmuszeni, szantażowani, wręcz torturowani. Można ich teraz zrozumieć, chociaż takie argumenty to desperackie kłamstwa. W SB i pokrewnych służbach, jak w każdej tego typu instytucji na świecie, panowała żelazna zasada: „z niewolnika nie ma robotnika”. Jak można przemocą zmusić kogoś do tajnej współpracy, jeżeli później musisz tej osobie całkowicie ufać, powierzać jej istotne dane, korzystać z jej informacji? Szantażowanie, aby zrobić z kogoś osobę zaufaną. jest absurdem. Jednak tragiczny przekaz ludzi rozpaczliwie broniących się przed sądami lustracyjnymi szedł w przestrzeń publiczną, a czarnymi charakterami oczywiście byli funkcjonariusze służb PRL.

Czarna legenda autorstwa premiera

Jak ważna dla polskiej prawicy jest czarna legenda SB dowodzi fakt, że w jej podtrzymaniu czynnie uczestniczy nawet aktualny premier Polski. W dniu 16 grudnia 2019 r. Mateusz Morawiecki, podobnie jak to zrobił kilka miesięcy wcześniej podczas wizyty w Brukseli, kolejny raz publicznie powiedział o „bestialskim mordowaniu ludzi przez Służbę Bezpieczeństwa”. Tym razem uczynił to w kontekście nieukarania przez polskie sądy sprawców tych przestępstw.

Pan premier nie sprecyzował o jakie morderstwa chodzi, więc ani byli funkcjonariusze SB ani też sędziowie nie mogą się bronić, bo nie wiedzą ani kto konkretnie, ani o co jest obwiniony. Natomiast jako wytrawny propagandzista pan premier Morawiecki wygłosił swe oskarżenie tak dobitnie, że wszyscy zrozumieli, iż ma on niepodważalną wiedzę o tych morderstwach i wie, kto ich dokonał. Sytuacja powyższa rodzi ciekawe problemy prawne. Posiadanie informacji o niewykrytych i nieukaranych przestępstwach oraz o ich sprawcach powinno skutkować natychmiastowym przekazaniem tej wiedzy polskiej prokuraturze. Dotyczy to zwłaszcza t zw. zbrodni komunistycznych, które nie ulegają przedawnieniu. O ile pan premier dotychczas tego nie uczynił, to sam łamie prawo i może zostać uznany za wspólnika zbrodniarzy.

Czy doczekamy sprawiedliwości?

Uczciwe, niezależne sądy – to właśnie z uwagi na te przymiotniki rządzący wypowiedzieli wojnę środowisku sędziowskiemu. PiS nie może pozwolić, aby w naszych procesach zaczęły zapadać uczciwe wyroki, bo wówczas cała narracja o zbrodniczym PRL i o swych zasługach w jego obaleniu, ległaby w gruzach. Z tego też powodu przez ponad dwa lata od wejścia w życie ustawy „dezubekizacyjnej” funkcjonariusze PiS w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w Trybunale Konstytucyjnym wszelkimi sposobami nie dopuszczali, aby jakiekolwiek sądy zaczęły rozpatrywać nasze skargi. Nie da się jednak odwlekać tego w nieskończoność, więc ostatnio rzetelni i odważni sędziowie zaczęli wreszcie wydawać sprawiedliwe, korzystne dla nas wyroki. To właśnie dlatego władza musiała radykalnie przyspieszyć pacyfikowanie środowiska sędziowskiego. Nie wszyscy ludzie w togach mają wystarczająco dużo sił, aby przeciwstawić się naciskom, znieść groźby, represje, szykany materialne. Zachowanie niezawisłości w tych warunkach będzie wymagało wielkiej odwagi, więc z pewnością pojawią się wkrótce także wyroki nas krzywdzące, tak bardzo oczekiwane przez PiS.
Niewątpliwie kiedyś trybunały międzynarodowe, prawdziwie niezależne oraz kierujące się autentycznym prawem i sprawiedliwością, wydadzą uczciwe wyroki w naszych sprawach, tylko kto z nas, starych, schorowanych, zestresowanych ludzi, tego doczeka? Niektórych ustawa represyjna już zabiła. Dosłownie.

Czy ktoś się zastanawia, jak może bronić się człowiek niewinny, który nigdy niczego złego nie zrobił i nawet nie wie o co jest oskarżony? Kto by pomyślał, że w XXI wieku na własne oczy zobaczymy rzeczywistość nie tylko z dzieł Orwella, ale także Kafki!

Dezubekizacja po polsku

Warszawski Sąd Okręgowy półtora roku temu zawiesił rozpatrywanie tysięcy spraw emerytów i rencistów, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Mógł tak zrobić (choć nie musiał), bo wysyłał pytanie prawne do Trybunału Konstytucyjnego. Ten jednak wciąż nie wyznaczył terminu publicznego ogłoszenia orzeczenia, a „sprawa jest w toku postępowania merytorycznego.
(cyt. za: »Rzeczpospolitą«).
Cała sprawa stanowi w mojej ocenie sprytną zagrywkę tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, zwanego także Trybunałem Przyłębskim.
Pozostawiając jednak na boku skierowane do ww. „organu” przez SO w Warszawie pytanie prawne (każdy sąd ma do tego prawo i to z mocy przepisu rangi konstytucyjnej — art. 193 Konstytucji RP), należy stwierdzić — nie tyle posiłkując się wiedzą prawniczą, ile rozumem — że cała ustawa dezubekizacyjna jest nielegalna. Jest ona sprzeczna z elementarną zasadą filozofii prawa, która zakazuje tak zwanej retroaktywności prawa, czyli działania norm prawnych z mocą wsteczną. Przy rozpoznawaniu kwestii dezubekizacyjnej należy zadać sobie pytania:
Czy służba władzy ludowej była legalna, obojętnie od tego, jak oceniamy sposób działania tej władzy?
Czy stopnie wojskowe nadawane były zgodnie z ówcześnie obowiązującymi ustawami i przez organ do tego powołany, obojętnie jak oceniamy jakość ówczesnego prawa i rzeczywiste zasługi, które pozwalały na nadanie takiego czy innego stopnia?
Na dwa powyższe pytania odpowiedź musi być pozytywna. Władza ludowa, chociaż głęboko ułomna w swoich założeniach ideologicznych, była władzą legalną, prawo stanowione przez tę władzę, choć ułomne jeszcze bardziej, było jednak prawem w znaczeniu ścisłym. A zatem z prawa poprawnie promulgowanego nie może w żadnym razie wypływać owoc nielegalny w postaci np. nadawania stopni wojskowych czy odznaczeń. Można oceniać te działania jako etycznie dalece kontrowersyjne, ale na pewno nie nielegalne.
PiS dopuszcza się prawnego barbarzyństwa, represjonując pracowników aparatu władzy ludowej za pomocą aktu z mocą wsteczną. Ludzie ci, skoro działali na podstawie zasady legalizmu, czyli w granicach i na podstawie prawa, nie mogą być posądzani o działania nielegalne. Nie piszę tutaj o zbrodniarzach czasów komunizmu, bo nie tego rzecz dotyczy. Każdy system polityczny może zostać uznany przez kolejną władzę za szkodliwy, nielegalny, wadliwy itd. To jest czysta uznaniowość i prawna partyzantka. Jak można zabierać emeryturę lekarzowi (przypadek z Rzeszowa), któremu zarzuca się, że współpracował z władzą socjalistyczną, gdyż przez dwa tygodnie zastępował jako ordynator kolegę w szpitalu wojskowym należącym do ministerstwa? Jak można ciąć emeryturę milicjantowi, który służył w MO (bo innej formacji tego typu nie było), ale swoje obowiązki wypełniał rzetelnie, a cała jego aktywność sprowadzała się do kontroli pojazdów? To jest jedna z paranoi państwa PiS. Jakieś osobiste demony Kaczyńskiego czy innych jego podkomendnych każą na zasadzie prymitywnego odwetu wywrzeć taką, czy inną presję na niewinnych osobach. To jest dekomunizacja za pomocą metod typowo komunistycznych (odpowiedzialność zbiorowa, działanie prawa wstecz, kierowanie się zemstą, a nie cywilizowaną literą prawa).
Niektórym niezwykle trudno jest odróżnić dwie z natury swej odrębne sfery. Mianowicie sferę legalizmu władzy (czyli jej umocowanie prawne), a sposób wykonywania tej władzy. Według tego rozumowania przyjmiemy, że rząd Adolfa Hitlera był rządem w pełni legalnym, ale nie sposób zaakceptować metod działania tego rządu, zwłaszcza od roku 1939. Tak więc władza legalnie wybrana i umocowana u swej podstawy w normach prawnych może być jednocześnie władzą barbarzyńską. Władza ludowa była władzą legalną, akty prawne (z wyjątkami) były promulgowane poprawnie, wielką jej wadą było zawisłe od PZPR sądownictwo. Natomiast nie budzi wątpliwości, że nadawane na podstawie ustawy odznaczenia, były przyznawane prawomocnie, stąd nie sposób ich odbierać na mocy nowej ustawy działającej z mocą wsteczną. Zakaz działania prawa wstecz jest elementarną gwarancyjną funkcją prawa. Kto tego nie pojmuje, nie ma tytułu moralnego do nazywania się prawnikiem. Natomiast adekwatnym określeniem dla takiego „znawcy” prawa będzie wyraz „konował” czy „dyletant”.
Ustawa dezubekizacyjna PiS-u, jak wspomniałem, godzi w jedną z naczelnych zasad prawa, a mianowicie zasadę „lex retro non agit” (prawo nie działa wstecz). Zwłaszcza na gruncie prawa karnego sentencja ta ma nieprzecenione znaczenie. Władza obecna chce karnie „rozliczać” funkcjonariuszy (często szeregowych pracowników) z ich współpracy z władzą ludową. Jest to niedorzeczność. Konstytucja RP w art. 42 ust. 1 zdanie 1 stanowi: „Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto dopuścił się czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia”. Konstytucyjny charakter omawianej przeze mnie zasady powoduje, że ma ona nadrzędne miejsce w hierarchii norm prawa karnego. Dawny Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że zarówno wszystkie elementy przestępstwa, jak i grożące za jego popełnienie kary muszą być określone w samej ustawie i to w sposób kompletny, precyzyjny i jednoznaczny (zob. np. postanowienie TK z 25 września 1991 r. – S 6/91, OTK 1991/1, poz. 34, oraz z 13 czerwca 1994 r. – S 1/94, OTK 1994/1, poz. 28). Nie są możliwe żadne wyjątki od zasady „lex retro non agit” i to nawet w czasie stanu wojennego lub wyjątkowego (zob. art. 233 ust. 1 Konstytucji).
Jakość prawa stanowionego w Polsce drastycznie spada. Depcze się święte i utrwalone od wieków zasady cywilizowanego prawodawstwa. Zasady legislacji leżą w gruzach. Ustawy, o często niezmiernie doniosłych dla przeciętnego obywatela skutkach, klecą politycy bez żadnego trybu, bez znaczącego udziału czynnika profesjonalnego, tj. wykwalifikowanych prawników (praktyków i teoretyków).
Masywna nowelizacja Kodeksu karnego (1/3 przepisów) uchwalona w dwa dni świadczy o tym najdobitniej. Prezydent, doktor prawa, zapytany zaś co sądzi o noweli k.k., stwierdził, że mankamentów formalnych nie widzi, ale na wszelki wypadek odsyła ustawę do TK. Czy tzw. TK uzna nowelizację za zgodną z Konstytucją? Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że tak, albowiem twór ten zwany Trybunałem, jest aktualnie towarzystwem w pełni podporządkowanym politycznie. Skoro pewien prezes stołuje się u innej prezes, to odmówić uznania noweli za konstytucyjną, byłoby wielką niezręcznością. Oto „państwo prawa” !

Przegrana dezubekizacja

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie zapadł precedensowy wyrok: zdecydowano o cofnięciu zmniejszenia emerytury w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Orzeczenie dotyczy mężczyzny, któremu MSWiA obniżyło świadczenie, chociaż był idealnym przykładem przewidzianego w ustawie wyjątku.

Orzeczenie dotyczy Augustyna Skitka – byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który w latach 80. w Gorzowie Wielkopolskim współpracował z „Solidarnością”, przekazywał opozycjonistom informacje o planowanych działaniach SB, których celem byli przeciwnicy rządu oraz aktywni w opozycji duchowni. W 1990 r. mężczyzna został zweryfikowany pozytywnie i przez kolejne 15 lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Po wprowadzeniu pierwszej tzw. ustawy dezubekizacyjnej przez rząd PO-PSL sąd potwierdził, że jego emerytura nie podlegnie zmniejszeniu. Mężczyzna spełniał wskazany w ustawie warunek – „podjął bez wiedzy i zgody przełożonych współpracę i czynnie wspierał osoby i organizacje działające na rzecz niepodległości Państwa Polskiego”.
Gdy PiS ogłosił drugą, radykalniejszą ustawę zmniejszającą świadczenia dawnych funkcjonariuszy, Augustyn Skitek również stracił emeryturę. Chociaż ponownie spełniał warunki, by zrobiono dla niego wyjątek. MSWiA nie zagłębiło się jednak w szczegóły jego sprawy, pozostało głuche na interwencję gorzowskiej „Solidarności” oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Skitek poszedł do sądu.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu Sądu Okręgowego Wydziału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie sędzia Jolanta Lewandowska ogłosiła uchylenie decyzji Zakładu Emerytalnego MSWiA o zmniejszeniu emerytury, nakazała przywrócić pełne świadczenie i wypłacić wyrównanie za ostatnie 18 miesięcy – ok. 22 tys. złotych.
Obniżka emerytur na mocy ustawy przeforsowanej przez PiS dotyczy blisko 40 tys. osób. Większość złożyła odwołania, ale Zakład Emerytalny MSWiA uwzględnił je tylko w stosunku do kilkunastu sportowców, których milicyjne etaty były czystą fikcją. W tej sytuacji 27 tys. osób zwróciło się do sądu. Jeden z sędziów rozpatrujących taką skargę zadał w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu.
– Teraz inni sędziowie zawieszają postępowanie w podobnych sprawach, tłumacząc się, że czekają właśnie na wyrok TK. Ale tak nie musi być. Sędziowie, jeśli uznają to za zasadne, mogą wydać wyrok bez czekania na Trybunał – tłumaczy „GW” Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału Spraw Żołnierzy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Na razie jednak orzekać bez czekania na opinię TK zdecydowała się jedynie sędzia Lewandowska z warszawskiego Sądu Okręgowego. – To może być przełom, który spowoduje, że inni sędziowie też zaczną wydawać podobne orzeczenia – skomentował dla „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Co z ta dezubekizacją?

„Gazeta Wyborcza” poinformowała o zapowiedzi cofnięcia ustawy, jako niezgodnej z Konstytucją… Sejmowa Komisja przyjęła opinię Biura Analiz Sejmowych, w której wskazano, że zmniejszenie emerytur w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej jest niekonstytucyjne. „Gazeta Wyborcza” wskazuje, że w głosowaniu wzięło udział wielu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości (m.in. Marek Ast, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz). „Naszym zdaniem ograniczenie wysokości emerytury do przeciętnej wypłacanej przez ZUS jest niekonstytucyjne” – stwierdziła mec. Dorota Lis-Staranowicz, przedstawicielka Biura Analiz Sejmowych (BAS), wskazując, że „ art. 15c. ust. 2 i art. 3 w zakresie, jaki ma zastosowanie do wymiaru wysokości emerytury za okres służby w policji po 1 sierpnia 1990, ograniczający jej wysokość do kwoty przeciętnej emerytury, jest niezgodny z zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji”. 4 października Komisja Ustawodawcza przyjęła opinię sejmowych prawników i zarekomendowała marszałkowi Sejmu, by takie właśnie stanowisko zaprezentował przed Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał ma bowiem rozstrzygnąć o konstytucyjności ustaw o dezubekizacji – pisze „Gazeta Wyborcza”. W ślad za tym, oraz odpowiadając na liczne zapytania pokrzywdzonych represyjną ustawą emerytów mundurowych – przypominamy czyimi głosami przyjęte zostały w Sejmie RP obie „ustawy dezubekizacyjne” – ta pierwsza z 23 stycznia 2009 roku i ta druga z 16 grudnia 2016 r. Najgorliwiej byłi „za” członkowie PiS, PO, ale także PSL..
(…) Wobec skutków obu ustaw przeprowadzono szeroko zakrojone kampanie protestacyjne i odwoławcze, uznajac je za niekonstytucyjne, naruszajace prawa człowieka, niesprawiedliwe, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz, wprowadzajce wreszcie odpowiedzialność zbiorową. W tych działaniach najaktywniej protestowały środowiska lewicy – SLD, FSSM, organizacje związkowe mundurowych. O wszystkich akcjach informowaliśmy na stronie posła Janusza Zemke, osobiście wspierającego te przedsięwzięcia, także w Parlamencie Europejskim. Jak kulą w płot! Czyżby teraz, na dwa tygodnie przed wyborami samorządowymi tzw. ustawy dezubekizacyjne stały się ratunkowym narzędziem pozyskania przychylności rządzącym niemałej grupy wyborców – emerytów i rencistów funkcjonariuszy mundurowych i ich rodzin, nieraz pozbawionych znacznej części ich świadczenia, wypracowanego całym zawodowym życiem.
Aż trudno w to uwierzyć. Poseł Borys Budka z PO podejrzewa, że to skutek pomyłki w głosowaniu członków Komisji Ustawodawczej z PiS, bo w przeciwnym razie, rządzący musieliby zwrócić zabrane emerytom świadczenia, liczone na ok. 300 mln rocznie. Zobaczymy, co uczyni marszałek Sejmu, wszak nie musi w swoim stanowisku sugerować się opinią Komisji Ustawodawczej. Zobaczymy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny, choć wskazówka z Sejmu dla Julii Przyłębskiej będzie zapewne ważną przesłanką do wyroku. Ale czy orzeknie przed wyborami? Chyba że owa „niekonstytucyjność”, jako zabieg PR, będzie ważna tylko do wyborów…