Każde procenty mogą szkodzić

Czy nadal potrzebne są przepisy, mające na celu ograniczanie konsumpcji wódki na rzecz wina i piwa?

 

Narzekamy – i słusznie – na dużą niestabilność polskiego prawa, jednak cały czas dobrze się mają ustawowe regulacje kompletnie nieprzystające do realiów dwudziestego pierwszego wieku.
Taki właśnie charakter ma ważne prawo – ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Skrojona pod realia lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, do dzisiaj stanowi fundament polityki społecznej państwa względem alkoholu. Jak przekonuje w najnowszym raporcie Instytut Jagielloński, koszty tej archaicznej regulacji są bardzo odczuwalne.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości dotyczy społecznych i ekonomicznych kwestii spożywania alkoholu – i opiera się na twardych danych. Jednakże, kiedy w 1982 roku uchwalano tę ustawę, struktura spożycia alkoholu i przede wszystkim jego ilości były zupełnie inne, niż obecnie.
Głównym celem ustawy było zwiększenie, głównie za pomocą rozwiązań administracyjnych, konsumpcji słabszych trunków kosztem wódki. I ustawa swój cel osiągnęła: znacząco wzrosło spożycie piwa, a spadło spożycie mocnych alkoholi.
Tyle, że ustawa – zapewne wbrew intencjom jej inicjatorów,– utrwaliła bardzo niebezpieczny stereotyp. A mianowicie teorię, że są alkohole bardziej i mniej szkodliwe, jeśli chodzi o ich nadużywanie.
W latach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej cudzoziemcy odwiedzający Polskę dziwili się, że w naszym kraju piwo traktowane jest nie jako orzeźwiający napój, tylko jako środek do wprowadzania się w stan nietrzeźwości, ewentualnie jako przepitka pod szklaneczkę wódki.
Trzydzieści lat po upadku realnego socjalizmu zamiast kolejek po piwo mamy setki gatunków złocistego trunku, będące przedmiotem pożądania smakoszy.
O ile na wódce ciąży wizerunek szalenie niebezpiecznego napoju (i nieodłącznego atrybutu alkoholików), a wino jest uważane za trunek dla koneserów i klasy średniej, to piwo kojarzy się z luzem i beztroską.
Kto by tam pamiętał, że butelka piwa stanowi odpowiednik 50-60 gramów wódki? Nawet polityk bez protestu da sobie zrobić zdjęcie z kuflem piwa przy meczu, ale za żadne skarby nie weźmie do ręki kieliszka wódki przy dziennikarzach. Tak mocno zakorzenione są mity na temat alkoholu.
Tymczasem wyniki badań, przytoczone w omawianym opracowaniu IJ, zadają kłam tym przekonaniom. W wolumenie alkoholi, spożywanych w sposób szkodliwy (w nadmiarze), 48 proc. przypada na piwo, 30 proc. na wódkę i inne mocne alkohole, a 22 proc. na wino.
Piwo jest tanie, w sklepach można kupić mocne i tanie piwa – a jeśli dodamy do tego, że ten napój nie ma tak negatywnych konotacji, jak wódka, to rozumiemy, skąd wzięły się te liczby. Eksperci Instytutu stwierdzają, że za rozpijanie odpowiadają nie procenty alkoholu w trunku, a jego cena i dostępność. W przypadku określonych grup społecznych alkohole niskoprocentowe mogą prowadzić do większych strat i kosztów społecznych. Na przykład wśród młodzieży (piwko na koncercie albo dwa), kierowców (ten, kto po wódce nie wsiądzie za kierownicę, po piwie zdarza się, że owszem), kobiet w ciąży (lampka wina nie zaszkodzi).
Przerabianie i łatanie starej ustawy nic nie da. Potrzebne jest nowe podejście do polityki społecznej dotyczącej alkoholu. I to takie z kalkulatorem w dłoni, bowiem koszty ponoszone przez budżet państwa w związku z patologiami alkoholowymi są olbrzymie. Ich zmniejszenie to jednocześnie oszczędności dla budżetu.
Nie idzie, rzecz jasna, o to, by lansować prohibicję, ale by uczyć odpowiedzialności. Przede wszystkim zaś wbijać do głowy, że nie ma mniej i bardziej bezpiecznych alkoholi. Że każdy alkohol, spożywany w niebezpieczny sposób, może doprowadzić do tragedii – ale też, że kieliszek wódki do posiłku albo szklaneczka whisky po nim, nie są bardziej niebezpieczne i szkodliwe niż wypicie kufla piwa.

Chcemy lepszego handlu

Ustawa ograniczająca handel w niedzielę od początku była źle przygotowana i nie powinna wejść w życie. Jej celem było ograniczenie handlu w dużych sklepach i galeriach handlowych orz wzmocnienie małych sklepów osiedlowych. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że ustawa wcale nie realizuje zamierzonych celów, a ponadto w małych sklepach prawa pracownicze najczęściej są łamane, płace są najniższe, a towary znacznie droższe niż w dużych placówkach handlowych.
Ustawa od początku zawierała mnóstwo wyjątków i niejasności, dlatego planowane są kolejne jej nowelizacje. Niestety kierunek zmian również może budzić poważne wątpliwości. Nowelizacja ma spowodować, że sklepy nie będą mogły pracować, udając placówki pocztowe. Spod zakazu handlu będą wyłączone tylko takie placówki pocztowe, których przeważająca działalność polega na świadczeniu usług pocztowych w rozumieniu ustawy. Czyli otwarte będą poczty i placówki, gdzie kiełbasa będzie stanowić 40% sprzedaży, a usługi pocztowe 60%, zaś zamknięte takie, gdzie kiełbasa będzie stanowiła 60% obrotu, a usługi pocztowe 40%. Trudno uznać, że jest to przejrzysty i spójny przepis, tym bardziej, że mnóstwo innych typów sklepów pozostanie otwartych w niedziele, jak np. cukiernie czy sklepy z dewocjonaliami.
Szczególnie szkodliwa jest druga poprawka, która zakłada, że w niedziele i święta za ladą będzie mógł stać nie tylko właściciel, ale także jego rodzina. Zgodnie z propozycjami rządowymi „przedsiębiorca będący osobą fizyczną, przy prowadzeniu handlu w placówce handlowej (…) może korzystać z nieodpłatnej pomocy małżonka, dzieci własnych, dzieci małżonka, dzieci przysposobionych, rodziców, macochy i ojczyma”. Ustawa dopuszcza więc wyzysk najbliższych członków rodziny. Niedziela dla Boga i rodziny ma polegać na tym, że część rodzin będzie nieodpłatnie pracować.
Solidarność naciska też, aby duże sklepy były zamknięte od godz. 22.00 w sobotę do 5.00 w poniedziałek. To pomysł będący reakcją na pogorszenie warunków pracy części pracowników po wdrożeniu przepisów ustawy. Okazało się bowiem, że w piątki i soboty sklepy czynne są dłużej i mają mnóstwo klientów.
Również ta zmiana nie poprawiłaby jednak warunków pracy pracowników handlu i nie skróciłaby tygodniowego czasu pracy. Wciąż byłoby to 40 godzin, a często i więcej. Ustawa o handlu w niedzielę nic nie mówi o tygodniowym wymiarze czasu pracy, a jedynie uderza w duże sklepy, w których średnio czas pracy jest krótszy niż w małych sklepach. Ustawa dopuszcza ciężką, długą i nisko płatną pracę od poniedziałku do soboty, a propozycje Solidarności i rządu nic tutaj nie zmieniają.
Naszym zdaniem zamiast selektywnych, niedopracowanych zakazów znacznie lepiej podnieść płace za każdą pracę w niedziele i skrócić tygodniowy wymiar czasu pracy. Dlatego proponujemy skrócenie tygodniowego wymiaru pracy do 38 godzin oraz wprowadzenie 2,5 razy wyższych stawek za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Nasze propozycje dotyczą nie tylko handlu, ale wszystkich branż. W związku z tym w najbliższych miesiącach będziemy naciskać, aby w poszczególnych branżach i zakładach pracy stawki za pracę w niedzielę były podnoszone w ramach układów zbiorowych i porozumień z pracodawcami.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Nie sądźcie

…byście nie byli sądzeni. Zwłaszcza nie sądźcie sędziów Sądu Najwyższego przed tym, zanim osiągną wiek emerytalny.

 

Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał nieprzychylne PIS-owi postanowienie zabezpieczające, w którym nakazuje Warszawie niezwłoczne zawieszenie przepisów dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65 lat i przywrócenie do pracy tych przesuniętych w stan spoczynku – na warunkach, jakie obowiązywały przed wejściem w życie nowej ustawy o SN, a także wstrzymanie mianowań na miejsca tych sędziów i unieważnienia całego procesu rekrutacji.
Stało się to na wniosek Komisji Europejskiej. Pierwszy raport na temat tego, co zrobiła Polska w sprawie odkręcenia zawikłanej sytuacji w Sądzie Najwyższym europejscy notable chcą dostać już w ciągu najbliższych 30 dni. Nie jest to postanowienie ostateczne, na to przyjdzie nam poczekać jeszcze wiele miesięcy. Trybuna chciał jednak zapobiec dalszemu niszczeniu struktur SN do tego czasu.
Mateusz Morawiecki nie chciał w pierwszej chwili komentować wydanego przez Luksemburg postanowienia. Rozmowny był za to Krzysztof Szczerski, prezydencki minister, który stwierdził z rozbrajającą szczerości (jak to Szczerski), że „prawo nie może działać wstecz”.
Szkoda, że rządzącej ekipie nie przeszkadzało to przy wysyłaniu na emeryturę Małgorzaty Gersdorf i jej kolegów, a także przy obsadzaniu miejsc w Trybunale Konstytucyjnym.
Co grozi Polsce za nierespektowanie orzeczenia TSUE? „Wówczas na Polskę będą nakładane wysokie kary finansowe w trybie dziennym. Teoretycznie takie środki będą mogły być stosowane po każdym dniu zwłoki. Komisja Europejska pracuje również nad utworzeniem mechanizmu, który pozwoli uzależnić wypłacanie funduszy strukturalnych od przestrzegania praworządności w krajach członkowskich. Oręż ten zostanie przydzielony prawdopodobnie już wiosną 2019 roku.” – twierdzi Piotr Nowak, publicysta strajk.eu.

Co z ta dezubekizacją?

„Gazeta Wyborcza” poinformowała o zapowiedzi cofnięcia ustawy, jako niezgodnej z Konstytucją… Sejmowa Komisja przyjęła opinię Biura Analiz Sejmowych, w której wskazano, że zmniejszenie emerytur w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej jest niekonstytucyjne. „Gazeta Wyborcza” wskazuje, że w głosowaniu wzięło udział wielu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości (m.in. Marek Ast, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz). „Naszym zdaniem ograniczenie wysokości emerytury do przeciętnej wypłacanej przez ZUS jest niekonstytucyjne” – stwierdziła mec. Dorota Lis-Staranowicz, przedstawicielka Biura Analiz Sejmowych (BAS), wskazując, że „ art. 15c. ust. 2 i art. 3 w zakresie, jaki ma zastosowanie do wymiaru wysokości emerytury za okres służby w policji po 1 sierpnia 1990, ograniczający jej wysokość do kwoty przeciętnej emerytury, jest niezgodny z zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji”. 4 października Komisja Ustawodawcza przyjęła opinię sejmowych prawników i zarekomendowała marszałkowi Sejmu, by takie właśnie stanowisko zaprezentował przed Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał ma bowiem rozstrzygnąć o konstytucyjności ustaw o dezubekizacji – pisze „Gazeta Wyborcza”. W ślad za tym, oraz odpowiadając na liczne zapytania pokrzywdzonych represyjną ustawą emerytów mundurowych – przypominamy czyimi głosami przyjęte zostały w Sejmie RP obie „ustawy dezubekizacyjne” – ta pierwsza z 23 stycznia 2009 roku i ta druga z 16 grudnia 2016 r. Najgorliwiej byłi „za” członkowie PiS, PO, ale także PSL..
(…) Wobec skutków obu ustaw przeprowadzono szeroko zakrojone kampanie protestacyjne i odwoławcze, uznajac je za niekonstytucyjne, naruszajace prawa człowieka, niesprawiedliwe, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz, wprowadzajce wreszcie odpowiedzialność zbiorową. W tych działaniach najaktywniej protestowały środowiska lewicy – SLD, FSSM, organizacje związkowe mundurowych. O wszystkich akcjach informowaliśmy na stronie posła Janusza Zemke, osobiście wspierającego te przedsięwzięcia, także w Parlamencie Europejskim. Jak kulą w płot! Czyżby teraz, na dwa tygodnie przed wyborami samorządowymi tzw. ustawy dezubekizacyjne stały się ratunkowym narzędziem pozyskania przychylności rządzącym niemałej grupy wyborców – emerytów i rencistów funkcjonariuszy mundurowych i ich rodzin, nieraz pozbawionych znacznej części ich świadczenia, wypracowanego całym zawodowym życiem.
Aż trudno w to uwierzyć. Poseł Borys Budka z PO podejrzewa, że to skutek pomyłki w głosowaniu członków Komisji Ustawodawczej z PiS, bo w przeciwnym razie, rządzący musieliby zwrócić zabrane emerytom świadczenia, liczone na ok. 300 mln rocznie. Zobaczymy, co uczyni marszałek Sejmu, wszak nie musi w swoim stanowisku sugerować się opinią Komisji Ustawodawczej. Zobaczymy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny, choć wskazówka z Sejmu dla Julii Przyłębskiej będzie zapewne ważną przesłanką do wyroku. Ale czy orzeknie przed wyborami? Chyba że owa „niekonstytucyjność”, jako zabieg PR, będzie ważna tylko do wyborów…

Weto

Czy przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego  odbędą się według tych samych reguł co w 2014 roku? Byłby to skutek spodziewanego weta prezydenta Dudy.

 

To już drugie podejście Jarosława Kaczyńskiego do zmian w Kodeksie Wyborczym. Pierwsza zmiana – nowelizacja ordynacji wyborczej do samorządów –zakończyła się wprowadzeniem tylko części zapisów forsowanych przez PiS. Najbardziej niebezpieczne dla demokratycznych wyborów były propozycje zmniejszenia okręgów wyborczych. W okręgach 3-5 mandatowych zabrakłoby miejsca dla radnych z mniejszych ugrupowań. Ostatecznie – pod wpływem zmasowanej krytyki – Jarosław Kaczyński cofnął się. Wielkości okręgów wyborczych pozostały bez zmian.
Podobny manewr PiS zastosował podczas nowelizacji ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Pod pretekstem zwiększenia reprezentacji mieszkańców Polski wschodniej, drastycznie podniesiony został tak zwany efektywny próg wyborczy. To oznaczało, że ugrupowanie, które nie osiągnie co najmniej kilkunastoprocentowego wyniku wyborczego, nie będzie miało szans na posiadanie swoich posłów w Parlamencie Europejskim. Wygląda na to, że Kaczyński przegrywa po raz drugi. Tym razem nogę podstawia mu prezydent Duda.

 

Europejski POPiS

Faktycznie, dotychczasowe reguły przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego były skomplikowane. Ale zapisany w Kodeksie Wyborczym 5 procentowy próg działał.
W pierwszych wyborach w 2004 roku na listę Komitetu Wyborczego Wyborców Socjaldemokracji Polskiej oddano 324 707 głosów, co stanowiło 5,33 proc. głosów ważnych w skali kraju. Mimo tak nieznacznego przekroczenia progu wyborczego, komitet uzyskał aż trzy mandaty. Podobnie rzecz się miała we wszystkich kolejnych wyborach. W 2014 roku najmniejszym ugrupowaniem, które przekroczyło próg wyborczy, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Uzyskując wynik 6,8 proc. wprowadziło do Parlamentu Europejskiego czterech europosłów.
W 2004 roku mandaty europoselskie rozdzielono pomiędzy 5 komitetów, a w 2009 roku pomiędzy 4 komitety. W ostatnich wyborach mandaty otrzymali przedstawiciele 5 ugrupowań. Gdyby zaproponowane przez PiS zmiany ordynacji weszły w życie, byłyby to ostatnie takie wybory. Za 9 miesięcy, do Strasburga i Brukseli pojechaliby wyłącznie posłowie i posłanki POPiS-u.

 

13 Polsk

Istotą manipulacji wyborczej proponowanej przez polityków PiS-u była zmiana sposobu rozdziału mandatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dotychczas cała Polska była jednym ogólnokrajowym okręgiem wyborczym. I w ramach całej Polski dokonywano podziału mandatów przypadających poszczególnym komitetom. To rozwiązanie naturalne i powszechnie stosowane w państwach Unii Europejskiej. Chodzi bowiem o to, by w Europarlamencie znalazły się reprezentacje państw, a nie województw. Zaś podział Polski na 13 okręgów wyborczych, z którym mieliśmy do czynienia w poprzednich wyborach, miał wyłącznie charakter techniczny. Ułatwiając kandydatom i kandydatkom na europosłów prowadzenie kampanii wyborczych.
PiS wprowadził zmianę sposobu liczenia głosów. Każdy z dotychczasowych 13 okręgów wyborczych uzyskał „autonomię”. Przypisano mu konkretną liczbę mandatów (minimum 3), a głosy miano liczyć niezależne od innych okręgów. Szukając analogii, można powiedzieć, że wybory do Parlamentu Europejskiego przypominałyby wybory do sejmików wojewódzkich. Każde województwo (ew. dwa województwa tworzące okręg wyborczy) wybierałoby swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Dla województw takie rozwiązanie mogło być niekiedy korzystne. Dla polskiej demokracji – nie.

 

16,5 procent

Unia Europejska stawia swoim członkom dwa główne warunki dotyczące przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego. Mają to być wybory proporcjonalne. I o progu wyborczym nie wyższym niż 5 procent.
Warunkiem proporcjonalności wyborów są okręgi wielomandatowe. Im większa liczba mandatów, tym lepsza reprezentacja różnych opcji politycznych. W wyborach do Parlamentu Europejskiego regułą jest okręg wyborczy obejmujący cały kraj. Wyjątkiem jest Belgia (trzy okręgi: flamandzki, francuski i niemiecki) i Irlandia. W przeszłości podział na 12 okręgów wyborczych istniał też w Wielkiej Brytanii oraz na 8 okręgów we Francji. Polska z 13 okręgami byłaby ewenementem w Unii Europejskiej.
Zmiana sposobu liczenia głosów skutkowała podwyższeniem efektywnego progu wyborczego. Biuro Legislacyjne Senatu obliczyło, że w skali kraju wyniósłby on 16,5 proc. Prawnicy Senatu ostrzegali, że zaproponowane przez PiS przepisy mogą być uznane za niezgodne z prawem europejskim.

 

Bez progu

Mimo że przepisy unijne pozwalają na stosowanie progu wyborczego, część państw rezygnuje z niego w swoich ordynacjach. Tak jest między innymi w Holandii, Belgii, Hiszpanii i Portugalii, gdzie nie ma minimalnego progu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z nowych krajów UE: w Bułgarii, Słowenii i Estonii. Niemcy stopniowo obniżali obowiązujący próg wyborczy, by w końcu zredukować go do zera.
Niski próg wyborczy lub jego brak jest logiczną konsekwencją specyfiki wyborów do Parlamentu Europejskiego. W wyborach krajowych próg ma chronić przed zbytnim rozdrobnieniem reprezentacji parlamentarnej. Pamiętamy wybory parlamentarne z 1991 roku, gdy nie obowiązywał próg wyborczy. W Sejmie znaleźli się przedstawiciele 29 ugrupowań. Z tego 11 komitetów uzyskało zaledwie po jednym mandacie.
Analogiczne rozdrobnienie nie grozi Parlamentowi Europejskiemu. Gdyby wśród wybieranych w 2019 roku 52 polskich europarlamentarzystów znaleźli się przedstawiciele i przedstawicielki nawet kilkunastu komitetów i tak w Strasburgu zasilą oni kilka istniejących tam frakcji politycznych. Wydaje się, że dotychczasowa praktyka, kiedy to Polskę reprezentowali w Parlamencie Europejskim przedstawiciele 4-5 największych ugrupowań politycznych, była optymalna. Próbę ograniczenia tej reprezentacji wyłącznie do przedstawicieli PiS i PO szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał rozwiązaniem „zbójeckim”.

 

Biskupi decydują

Nie ma róży bez kolców. Zapowiedziane przez prezydenta Dudę weto dla zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego z pewnością cieszy. Układ polityczny, stanowiący zaplecze prezydenta Dudy – mniej. Jarosław Makowski przypomniał na łamach Gazety Wyborczej słowa biskupów sprzed trzech lat. Po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku arcybiskup Stanisław Gądecki powiedział, że: „po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. To „zjednoczenie” jest szczególnie widoczne pomiędzy pałacami biskupimi i Pałacem Prezydenckim.
Kilka dni temu Episkopat wydał oświadczenie odnoszące się do wprowadzonych przez PiS zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Biskupi skrytykowali nowelizację Kodeksu Wyborczego, zaznaczając, że prawo wyborcze: „winno służyć całemu społeczeństwu, (…) a nie tylko największym partiom politycznym”. Gwoli ścisłości, hierarchowie raczej nie mieli na myśli SLD, tylko polityków Kukiza, Marka Jurka i ewentualną „nową siłę” Macierewicza.
Jednak fakt pozostaje faktem: na główne zaplecze polityczne Prezydenta Polski wyrasta Kościół. Komunikat Episkopatu miał za zadanie przygotowanie politycznego gruntu pod prezydenckie weto. Sytuacja jest łudząco podobna do tej sprzed roku. Wówczas po zaskakującym dla Kaczyńskiego wecie ustaw sądowych, natychmiast głos zabrali biskupi. Śląc wyrazy poparcia dla decyzji prezydenta Dudy. Zaś sam Andrzej Duda ostatnie godziny poprzedzające ogłoszenie decyzji o zawetowaniu dwóch z trzech ustaw sądowych spędził na Jasnej Górze.

 

Do trzech razy

Kaczyńskiego nie kosztowało zbyt wiele wycofanie się ze złych rozwiązań ordynacji wyborczej do samorządów. Nie będzie też rozpaczał po zawetowaniu przez Dudę zapisów ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Ostatecznie to raptem parę mandatów europoselskich mniej lub więcej dla jego ugrupowania.
Największą bolączką Jarosława Kaczyńskiego jest utrata możliwości przetestowania małych okręgów wyborczych podczas mniej istotnych dla niego wyborów. Jestem przekonany, że na początku przyszłego roku PiS przedstawi kolejny pakiet zmian Kodeksu Wyborczego. Tym razem dotyczących wyborów najważniejszych dla Kaczyńskiego – wyborów parlamentarnych. I jestem niemal pewien, że koncepcja małych okręgów wyborczych powróci. Bo tylko w ten sposób może się ziścić marzenie Prezesa o większości konstytucyjnej w Sejmie. Nie będzie wtedy musiał łamać Konstytucji. Będzie ją sobie dowolnie zmieniał.
Większość konstytucyjna przy obecnym poparciu sondażowym – to tylko marzenie prawicy. Ale „zbójeckie” zmiany ordynacji – wycięcie mniejszych ugrupowań – może to marzenie przybliżyć. Co prawda politycy obecni na poniedziałkowym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim cytują słowa prezydenta Dudy. Że zawetuje każdą ustawę, która ograniczałaby prawa wyborcze Polaków. Zaś Prezes już zapowiedział, że zmian w ordynacji do Sejmu nie będzie. Jednakże to ostatnia rzecz, którą doradzałbym opozycji: liczenie na Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę. I ewentualnie biskupów.

 

Weto

Chciałbym przy okazji zgłosić swoje osobiste weto. Sprzeciw wobec rosnącej roli Kościoła w świeckim państwie. Już nie tylko o aborcji, związkach homoseksualnych i in-vitro. Biskupi mówią również o trójpodziale władzy – o złych zmianach w sądownictwie. A ostatnio – o kształcie ordynacji wyborczej. W tych ostatnich dwóch sprawach mają zresztą rację. Ale obok racji – pokazują też polityczną siłę. Czego nie jest w stanie zdziałać opozycja. Czego nie są w stanie wywalczyć tłumy na ulicach. Tam biskupów posyłają.
Prezydenta i Prymasa powinno łączyć tylko jedno. Obaj zaczynają się na literę „P”. Tymczasem dla Dudy Kościół jest realnym i skutecznym zapleczem politycznym. To prawda, demokracja w Polsce jest zagrożona pod rządami Kaczyńskiego. Ale jako polityk lewicy, nie życzę sobie, aby na głównych obrońców sprawiedliwości i demokracji kreowali się hierarchowie kościelni.

***

Decyzja prezydenta Andrzeja Dudy o podpisaniu lub zawetowaniu uchwalonych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego ma zostać ogłoszona w czwartek. Spodziewamy się weta. Jeśli tak się nie stanie, SLD zwróci się do wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, w tym Fransa Timmermansa, aby Ci zwrócili się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o sprawdzenie zgodności polskich przepisów wyborczych z prawem wspólnotowym.

Sędziowie we własnej sprawie

Czy działania Sądu Najwyższego były zgodne z prawem unijnym i wyrokami Trybunału Sprawiedliwości UE?

 

Sąd Najwyższy skierował pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, dotyczących ostatnich zmian w ustawach regulujących ustrój sądownictwa (chodziło o interpretację prawa unijnego w kontekście przymusowego przeniesienia niektórych sędziów SN w stan spoczynku bądź uzależnienia ich dalszego orzekania od wydania im niczym nieskrępowanej zgody władzy wykonawczej).
Pytania uzupełniają postępowanie prowadzone przez Komisję Europejską, która również ma wątpliwości wobec ustawy o Sądzie Najwyższym.
Jednocześnie SN zawiesił stosowanie kilku przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym wobec niektórych sędziów.

 

Szukanie obiektywnych wskazówek

Dlaczego SN postanowił być sędzią we własnej sprawie?
Otóż zdaniem Sądu Najwyższego, unijna zasada skutecznej ochrony sądowej – która jest zasadą ogólną prawa UE i wynika ze wspólnych tradycji konstytucyjnych państw członkowskich – obejmuje również prawo do niezależnego sądu zagwarantowane w Karcie Praw Podstawowych UE i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Sąd Najwyższy uznał, że potrzebuje odpowiedzi Trybunału Sprawiedliwości UE. Wyjaśnienie wątpliwości, co do zgodności z prawem unijnym przepisów ustawy o SN obniżających wiek przejścia w stan spoczynku jest bowiem, zdaniem Sądu Najwyższego, jedynym skutecznym sposobem zapewnienia przestrzegania w porządku prawnym RP zasady państwa prawa jako wartości, na której opiera się UE – oraz zagwarantowania prawa do skutecznej ochrony sądowej.
W sytuacji kryzysu praworządności w Polsce tylko unijny TS może dostarczyć obiektywnych i pozbawionych politycznych uprzedzeń wskazówek interpretacyjnych.
Oczywiście, Sąd Najwyższy mógł równie dobrze przekazać do sprawę do rozstrzygnięcia Trybunałowi Konstytucyjnemu. Jednakże za skierowaniem pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE stoi – jak się wydaje – przekonanie SN, iż obecna sytuacja wokół Trybunału Konstytucyjnego nie pozwala temu ostatniemu na niezależne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

 

Trzeba przestrzegać prawa UE

Decyzja Sądu Najwyższego o skierowaniu sprawy do unijnego Trybunału Sprawiedliwości (a nie do polskiego Trybunału Konstytucyjnego) może być wskazówką dla sądów niższej instancji przekonanych o braku efektywnej kontroli konstytucyjności w Polsce.
Sąd Najwyższy miał pełne prawo zadać pięć pytań unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości. Dyskusję wzbudziło też jednak zastosowanie przez Sąd Najwyższy nowatorskiego, jak na polskie warunki, środka polegającego na zawieszeniu stosowania przepisów ustawy o SN wobec sędziów zagrożonych „czystką”.
Było oczywiste, że taki ruch ze strony SN spowoduje głosy o wejściu Sądu Najwyższego w rolę ustawodawcy. Jednak z faktu, iż konkretny instrument prawny zastosowano po raz pierwszy w historii w żadnym razie nie wynika, że jest on niezgodny z prawem.
Zgodnie z zasadą lojalnej współpracy, wyrażoną w art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej, jak również z zasadą efektywności – na wszystkich organach państw członkowskich (w tym również na sądach) spoczywa obowiązek zapewnienia skuteczności prawa unijnego.
Przez kilkadziesiąt lat działalności Trybunału Sprawiedliwości UE wypracował on mechanizmy, które pozwalają sądom krajowym na urzeczywistnienie tego obowiązku. Zalicza się do nich m.in. odmowę zastosowania przepisu krajowego sprzecznego z prawem UE lub dokonywanie wykładni prawa krajowego, aby tak dalece jak to możliwe, zapewnić skuteczność prawa unijnego w krajowym porządku prawnym. Podobnie, prawo UE wymaga, by – dla zapewnienia skutecznej ochrony sądowej – sąd krajowy miał możliwość zastosowania środków tymczasowych.
W tej sprawie Sąd Najwyższy połączył trzy wskazane tu środki – i w oparciu o instytucję zabezpieczenia roszczeń niepieniężnych z kodeksu postępowania cywilnego, zawiesił stosowanie trzech przepisów ustawy o SN wobec sędziów tego sądu, zagrożonych skróceniem wieku emerytalnego za sprawą nieskrępowanej decyzji Prezydenta RP.

 

Wszyscy powinni to respektować

Nie widzę w decyzji Sądu Najwyższego niczego niezgodnego z prawem UE – nie zawiesił on całej ustawy o SN, nie zrobił tego wobec wszystkich obywateli i dokonał zawieszenia tylko do czasu wydania orzeczenia przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Zastosował więc najmniej inwazyjną metodę, która pozwala za zabezpieczenie skuteczności przyszłego wyroku TS, a tym samym zapewnienie właściwego stosowania prawa unijnego w Polsce.
Tego rodzaju zawieszenie przepisów powinno być respektowane przez wszystkie organy państwa – w tym nową Krajową Radę Sądownictwa i Prezydenta RP. Zaangażowani są oni bowiem (lub będą) w postępowania bezpośrednio dotyczące sędziów, którym skrócono wiek przejścia w stan spoczynku.
Można postawić tezę, że dotyczy to również Sejmu i Senatu i nakazuje powstrzymanie się od uchwalania nowych przepisów, które mogłyby wpłynąć na sytuację prawną sędziów SN.
Opisywana sprawa uzupełnia postępowanie, prowadzone obecnie przez Komisję Europejską, która również wyraża wątpliwości co do zgodności ustawy o SN z zasadami państwa prawa.

 

Nowy etap walki o państwo prawa

Komisja Europejska może podnieść przed TS kwestię każdego przepisu ustawy o SN, co pozwoli unijnemu Trybunałowi na rzetelną i wszechstronną ocenę sytuacji wokół Sądu Najwyższego w kontekście przestrzegania prawa unijnego.
Z drugiej strony, nierespektowanie postanowienia SN przez władzę wykonawczą może mieć daleko idące konsekwencje. Oznaczać będzie nie tylko podważenie prawa krajowego (co ma już miejsce od kilkunastu miesięcy), ale również wyraźne zakwestionowanie unijnego porządku prawnego.
Takie działanie z pewnością powinno się spotkać z stosowną odpowiedzią instytucji unijnych, gdyż godzi ono pośrednio sytuację w całej UE i państwach członkowskich. Podsumowując, Sąd Najwyższy podjął nowatorską i nieznaną wcześniej w Polsce decyzję, kierując do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pięć pytań i zawieszając przepisy ustawy o SN.
Jest to początek nowego etapu walki wymiaru sprawiedliwości z większością rządzącą o zgodność z prawem (i zasięg) zmian w ustawach regulujących sądownictwo – a tym samym o interpretację zasad państwa prawa.
Wyraźne włączenie w ten spór unijnego Trybunału Sprawiedliwości może być obecnie jednym skutecznym środkiem wstrzymania, lub chociażby spowolnienia bezprecedensowego podważania zasad praworządności przez obecną większość rządzącą.
Mam nadzieję, że podobną skargę wniesie również Komisja Europejska, a wszelkie próby podważania decyzji SN spotkają się z odpowiednią reakcją instytucji unijnych.

Rektor przyniesiony w teczce

List otwarty Polskiej Partii Socjalistycznej do parlamentarzystów polskich w sprawie naruszania autonomii  uczelni wyższych i samorządności środowisk akademickich.

 

Polska Partia Socjalistyczna z niepokojem i oburzeniem przyjmuje kolejny etap ograniczania przez rządzące siły polityczne samorządności środowisk zawodowych i społecznych.
Procedowana ustawa o szkolnictwie wyższym, zwana potocznie „ustawą Gowina” oddaje szkoły wyższe pod władzę autorytarnej władzy. Wprowadzany nowy organ uczelni publicznej Rada Uczelni w której większość stanowią ludzie z poza uczelni może dokonywać wyboru Rektora co jest zaprzeczeniem standardów samorządności i demokracji w środowiskach akademickich. Rektora będzie można „przynieść w teczce” a los uczelni zależałby wówczas od rządzących sił politycznych.
Nie przewiduje się powoływania Rad Uczelni w uczelniach niepublicznych, pozostawiając wszystkie kompetencje Senatowi. Świadczy to dobitnie, że Rady Uczelni mają służyć celom politycznym, a nie merytorycznym oraz mają stanowić dodatkowe źródło zarobków dla „swoich” – wysoko opłacanych z naszych podatków urzędników.
Ustawowe rozbicie struktury wydziałowej uczelni to nie tylko odrzucenie akademickiej tradycji, ale odrzucenie racjonalnych metod zarządzania. „Ustawa Gowina” zawiera zapisy umożliwiające likwidację uczelni regionalnych, co oznacza likwidację regionalnych środowisk naukowych i kulturowych. Jest to sprzeczne z interesem społecznym i niegodne polskiego patrioty.
Obowiązująca ustawa zapewnia terytorialną autonomię uczelni, a konstytucja zapewnia wolność i swobodę badań naukowych. Zasady te nie były łamane w całej historii niepodległej Polski.
Tymczasem w dniu 11 maja 2018 roku policja wkroczyła na teren ośrodka Uniwersytetu Szczecińskiego w Pobierowie, łamiąc artykuł 227 ustawy o Szkolnictwie Wyższym. Policja przerwała seminarium naukowe poświęcone filozofii społecznej Karola Marksa i jej konsekwencjom. Miało to charakter zwalczania wszelkiej ideologii niezgodnej z ideologią rządzących i oznacza cofniecie polski do czasów „utrwalania władzy ludowej”.
Dotychczasowe zapisy dotyczące autonomii terytorialnej uczelni nie znalazły odpowiednika w „Ustawie Gowina. Oznacza to legalizację wkraczania sił porządkowych na teren uczelni.
Solidaryzujemy się z protestującymi studentami i pracownikami uczelni i popieramy ich żądania.
Piętnujemy wszelkie próby zastraszania środowiska naukowego, łamania autonomii i samorządności uczelni wyższych.

Polska nauka do poprawki

Nastały złe czasy dla polskiej edukacji. To już kolejny rząd, który lekceważy środowiska nauczycielskie i akademickie.

 

W V kadencji Senatu RP, w latach 2001-2005, pracowałam nad ustawą o szkolnictwie wyższym w Komisji Nauki, Edukacji i Sportu. Ustawa, uchwalona w 2004 r w czasie rządów SLD i Unii Pracy, tworzyła sprzyjające warunki prawne rozwoju polskich uczelni. Była w pełni akceptowana przez parlamentarzystów wszystkich opcji politycznych i środowiska uczelniane. W 2009 r rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego zmienił tę ustawę podporządkowując rozwiązania prawne idei neoliberalizmu oraz fetyszyzacji rankingów, punktów i grantów. Aktualnie obowiązująca ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym uchwalona przez PO hamuje rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, upolitycznia i ogranicza obiektywne oceny rozwoju naukowego pracowników naukowych. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w skutek obowiązywania tej ustawy i podporządkowania logice biznesowej humanistyki i nauk społecznych, nastąpiła zapaść tych dziedzin.

 

Obowiązująca ustawa musi zostać zmieniona.

W warunkach obowiązującej ustawy uczelnie nie mają zapewnionych długofalowych warunków finansowania. Muszą zwalniać samodzielnych pracowników z tytułami profesorów i ograniczać zatrudnienie asystentów i adiunktów. Uczelnie nie mają środków finansowych na opłacanie recenzentom honorarium za recenzje wydawnictw i publikacji swoich pracowników. Nauczyciele akademiccy nie mają możliwości finansowych pokrywania kosztów publikacji i udziału w konferencjach naukowych. Uczelnia traktuje aktywność naukową jako prywatny problem pracownika. Liczba punktów zdobyta za opłaconą prywatnie publikację nie zawsze jest odpowiednikiem jej poziomu naukowego. Preferowane punktowo są publikacje w języku angielskim oraz w zagranicznych czasopismach. Nie jest cenione wsparcie naukowe przedsiębiorców przez polskich naukowców oraz przydatność publikacji naukowych dla praktyki gospodarczej w Polsce. Jakość dydaktyki nie jest traktowana priorytetowo. Funkcja wychowawcza uczelni jest zaniedbana i traktowana marginalnie. Pracownicy naukowo-dydaktyczni, aby móc dorobić do niskich pensji, muszą występować do rektora o wyrażenie zgody na pracę na drugim etacie. Od przychylności i subiektywnego kryterium oceny rektora zależy czy pracownik naukowo – dydaktyczny tę zgodę uzyska. Od lat w uczelniach trwa negatywna selekcja kadr ze względu na bardzo niskie płace. Niskie wynagrodzenia nie wystarczają na zakup książek, programów, komputerów, szkolenia. Tylko pasjonaci pracują w uczelniach. Zdolna młodzież poszukuje pracy poza uczelniami lub wyjeżdża zagranicę. Jest to proces o negatywnych skutkach dla naszego kraju i polskiej nauki.
System zarządzania nauką jest przestarzały, rozbudowany, niewydolny i kosztowny. Nie motywuje prowadzenia badań w przedsiębiorstwach o polskiej własności. Polska staje się przepompownią środków unijnych do zagranicznych ośrodków naukowych i beneficjentów rezultatów badań. Obowiązuje zbyt rozbudowana procedura składania i oceny wniosków o finansowanie badań naukowych. Wnioski składane do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Centrum Nauki, według obowiązujących instrukcji, muszą być przygotowane w języku angielskim, najczęściej na koszt naukowca, autora lub zespół autorski wniosku. Każdy wniosek zawiera oryginalny tytuł, tezy i cele badawcze, przedmiot i zakres badań, metody badawcze, system organizacji i zarządzania badaniami. Jest to cenne now how autora i uczelni. Z tego powodu cała treść wniosku powinna być chroniona przed konkurencją na rynku naukowym. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że pomysły polskich naukowców są realizowane poza uczelnią, z której wywodzi się autor wniosku i wniosek. Recenzje projektów przez polskich naukowców są bardzo nisko opłacane. Uzyskanie przez polskie uczelnie i zespoły, w szczególności regionalne, środków na prowadzenie badań naukowych można porównać do loterii. Honorarium polskich naukowców za kierowanie zespołami badawczymi i udział w pracach naukowo – badawczych jest ograniczane oraz nieadekwatne do wkładu pracy i odpowiedzialności.
Pomimo zmiany rządu w 2015 r. nie zerwano ze szkodliwymi praktykami neoliberalnymi stosowanymi w szkolnictwie wyższym i nauce wdrożonymi przez rząd PO i PSL. Projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce przedstawiony w Sejmie przez ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki Jarosława Gowina, wicepremiera w rządzie PIS, nie zmienia tego stanu. W ustawie zawarto złe rozwiązania w obszarze organizacji i zarządzania uczelniami. Zakłada się demontaż struktur organizacyjnych i funkcji sprawdzonych w historii szkolnictwa wyższego w Polsce. W myśl postanowień ustawy nastąpi obniżanie autonomii decyzyjnej polskich uczelni, obniżanie kryteriów naukowych wyboru na stanowiska rektorów, dyskryminowanie polskich naukowców i ich osiągnięć, niedofinansowanie nauki. Ustawa nie zawiera gwarancji stabilnego finansowania uczelni i badań naukowych. Proponowane rozwiązania doprowadzą do pogłębiania kryzysu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki. Faworyzowanie uczelni uznanych za tzw. flagowe zablokuje rozwój regionalnych uczelni, nastąpi dalsza marginalizacja regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast. W sposób ukryty ustawa zakłada zróżnicowanie, skonfliktowanie i upolitycznienie środowiska polskich uczelni. To nie jest dobra zmiana, mimo wcześniejszych zapowiedzi. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie”, finansowania badań w uznaniowych i nietransparentnych konkursach i zarządzania uczelnią przez osoby z zewnątrz uczelni. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenie nakładów na badania zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczenia na ten cel co najmniej 3proc. PKB.

 

Projekt ustawy zakłada powstanie nowego, do końca nieokreślonego, organu zarządzającego uczelnią,

mianowicie rady uczelni. Najwięcej obaw wzbudza skład osobowy i funkcje rady uczelni, która będzie decydowała o wyborze rektora uczelni i zarządzała jej działalnością. Zakłada się, że ponad 50proc. składu rady będzie wywodzić się ze środowisk poza uczelnianych. Rodzi się pytanie kim będą członkowie rady uczelni wybierani ze środowiska zewnętrznego? Jakie będzie kryterium ich wyboru? Być może będą to politycy, którzy nie dostaną się do Sejmików i Parlamentu w nadchodzących wyborach oraz członkowie nowej partii Jarosława Gowina.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce do nowo powołanego organu zarządzającego – rady uczelni wejdzie od 6 do 8 osób powołanych przez senat uczelni z grona pracowników wraz z przewodniczącym samorządu studenckiego. Zgodnie z ustawą stanowić będą mniej niż 50proc. składu rady uczelni. Senat wskazywał będzie także interesariuszy, osoby spoza uczelni, wchodzące do rady uczelni. Przewodniczącym rady będzie osoba również pochodząca z zewnątrz. Rada uczelni, wyłaniać będzie dwóch kandydatów na rektora. Kolegium elektorów będzie wybierać rektora z dwóch osób narzuconych przez radę uczelni o mniejszościowym udziale nauczycieli akademickich. W tym układzie sił społeczność uczelniana nie będzie miała żadnego wpływy na wybór kandydatów i rektora uczelni. Senat uczelni, kolegium elektorów, a także pracownicy uczelni są w ustawie traktowani instrumentalnie. Aby móc wprowadzić swoich przedstawicieli, spoza grona pracowników uczelni, ustawowo obniżono wymagania w stosunku do kandydata na rektora. Rektorem może zostać osoba posiadająca stopień naukowy doktora nauk. Założono także uproszczoną, zależną od decyzji rektora, ścieżkę zdobywania tytułów profesora i stopnia doktora habilitowanego. Aby przygotować grunt do realizacji zamierzonego przejęcia uczelni przez partię i biznes, pierwszego rektora na okres roku będzie wskazywać, w trybie administracyjnym minister nauki i szkolnictwa wyższego, nawiązując z wybraną osobą stosunek pracy. Dlaczego minister wyznacza rektora ze swojej listy zamiast z grona społeczności akademickiej? W ten sposób uczelnie obdziera się z prestiżu jaki posiadają przez dziesięciolecia, wolności oraz autonomii decyzyjnej i demokratycznego systemu zarządzania. Jakim partnerem w stosunku do rektora, szanowanego naukowca, profesora zagranicznych uczelni, będzie asygnowany przez ministra, bez dorobku i doświadczenia naukowego, człowiek z zewnątrz uczelni. Dotychczas na stanowisku dziekana i rektora mogły pracować nauczyciele akademiccy posiadający tytuł profesora zwyczajnego i/lub doktora habilitowanego. W projekcie ustawy nie określono kryteriów zawodowych i naukowych w stosunku do osób z zewnątrz uczelni, tj. ponad 51proc. składu rady uczelni, która może przegłosować każdą decyzję rady i wybrać wskazanego przez nią rektora uczelni.
W projekcie ustawy zakłada się likwidację autonomii decyzyjnej wydziałów, jako podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni („Przesunięcie zarządzania z podstawowych jednostek na poziom całej uczelni”). W zamian zaproponowano w ustawie nowy poziom zarządzania w postaci rady uczelni, ciała nie związanego ze społecznością akademicką, ze składem osobowym stanowiącym mniej niż 50 proc. udziału pracowników uczelni i studentów.
Fikcją i propagandowym chwytem jest twierdzenia, że to wspólnota uczelni będzie wybierać władze uczelni i że zachowana zostanie tradycja wolności akademickiej i zrównoważonego rozwoju.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce rada uczelni, a de facto osoby spoza uczelni będzie uchwalać strategię uczelni, sprawować nadzór nad gospodarką finansową, sprawować nadzór nad zarządzaniem uczelnią, wskazywać kandydatów na rektora, opiniować plan rzeczowo – finansowy i sprawozdania z jego wykonania.
Czy osoby z zewnątrz, nie związane z uczelnią, sprawujące swoje funkcje w radzie uczelni z nadania ministra właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego będą posiadać odpowiednie kompetencje, prestiż i szacunek społeczności uczelnianej? Czy wezmą na siebie odpowiedzialność, w tym materialną za uczelnie?
Jest to zakamuflowana pięknymi słowami, najprostsza droga prowadząca do upadku uczelni państwowych, a następnie przejęcia ich majątku i funkcji przez sektor prywatny lub/i partyjne organizacje. Czy członkowie Prawa i Sprawiedliwości mają świadomość skutków zmiany systemu zarządzania państwowymi uczelniami?
W projekcie ustawy wprowadzono bardzo restrykcyjny system pracy nauczycieli akademickich określając liczbę godzin dydaktycznych. Zaplanowano 540 godz. dla asystenta i osób zatrudnionych na stanowisku równorzędnym, 360 godz. dla innego pracownika dydaktycznego, 240 godz. dla pracownika badawczo – dydaktycznego oraz obowiązek realizacji nadgodzin w wysokości maximum ¼ wymiaru zajęć dydaktycznych. Można zadać pytanie, kiedy pracownicy asystenci i inni pracownicy będą mieć czas na przygotowanie współczesnych, innowacyjnych treści wykładów, ćwiczeń, prezentacji oraz własny rozwój naukowy?
W projekcie ustawy dwa razy zwiększono czas pracy uprawniający nauczyciela akademickiego do płatnego urlopu dla poratowania zdrowia. Łączny czas trwania ograniczono do wymiaru jednego roku w okresie całego zatrudnienia, po 15 latach pracy. Jest to wielka krzywda, którą prawnie chce usankcjonować minister szkolnictwa wyższego i nauki. Wprowadzony zapis jest wyrazem braku szacunku do nauczycieli akademickich i ich ciężkiej, obciążonej chorobami zawodowymi, odpowiedzialnej pracy dydaktycznej, naukowej i wychowawczej. Pracując w warunkach założonych w projekcie ustawy nauczyciele nie dożyją do osiągnięcia 15 letniego stażu pracy. Nie do przyjęcia są bardzo niskie płace, nieadekwatne do posiadanego wykształcenia nauczycieli akademickich.

 

Czy na ten temat nie powinien wypowiedzieć się Związek Nauczycielstwa Polskiego?

W projekcie ustawy została zlikwidowana Centralna Komisja Kwalifikacyjna W jej miejsce zostaje wprowadzona Rada Doskonałości Naukowej (RDN). Zmiana dotyczy wyłącznie nazwy, bez zmiany istoty i funkcji oraz zasad działania członków Rady. W ustawie nadal utrzymany jest zapis, że RDN może odmówić wszczęcia postępowania w sprawie nadania tytułu profesora, a od jej decyzji przysługuje zażalenie do składu osobowego tej samej Rady Doskonalenia Nauki, bez ingerencji i kontroli właściwego ministra. Takie odwołanie z góry jest skazane na odmowę. Na postanowienia RDN o odmowie postępowania w sprawie nadania tytułu profesora wnioskodawcy przysługuje zażalenie wyłącznie do tego samego składu RDN. Jest to bezsensowny zapis, który nie zapewnia sprawiedliwej, obiektywnej oceny.
To był i jest zapis korupcjogenny, potencjalnie kreujący kliki osób o niskiej etyce zawodowej i moralności. Jak inaczej można ocenić sytuację, za rządów PO i PSL, kiedy jedna negatywna recenzja na sześć recenzji ogółem, w tym pięć pozytywnych decyduje o odrzuceniu wniosku o nadanie tytułu profesora. Na podkreślenie zasługuję fakt, że wśród 5 pozytywnych recenzji dwie są szczególnie ważne, ponieważ mają status recenzji napisanych przez superrecenzentów wyznaczonych przez CKK. To te recenzje, w przypadku wątpliwości, powinny decydować o pozytywnym głosowaniu nad zażaleniem złożonym do CKK. Opisuję ten nieetyczny mechanizm posiadając wiedzę z własnych doświadczeń. Osobiście zostałam skrzywdzona przez tryb postępowania i decyzję CKK za rządów PO i PSL. W środowisku naukowym jest wiele osób skrzywdzonych z tego powodu. Informowałam o fakcie ministra Jarosława Gowina przesyłając kopie zażalenia adresowaną do CKK z nadzieją, że w trwającej kadencji rządu Prawa i Sprawiedliwości nie będzie dochodzić do tego rodzaju nieprawidłowości. Od 2016 r. nie otrzymałam odpowiedzi na moje zażalenie. Kiedy działalność CKK, słusznie, została zawieszona Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie wydało decyzji o powtórnym rozpatrzeniu złożonych zażaleń i usunięcia nieprawidłowości. Sytuacja niesprawiedliwych ocen może się powtórzyć o ile nie nastąpi zmiana zapisu w projekcie nowej ustawy. Konieczne jest ustawowe wprowadzenie instrumentu kontroli RDN ze strony ministerstwa właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego. Nie było zasadne, przyjęte w projekcie ustawy, utajnianie nazwisk recenzentów. Cała procedura nadawania stopni i tytułów naukowych powinna być transparentna, obiektywna, sprawiedliwa i etyczna.
Procedura kontrolna działania Rady Doskonalenia Nauki nie jest zapisana w ustawie. W tym zakresie, w porównaniu do aktualnie obowiązującej ustawy – nic się nie zmieniło. Lobby dawnej Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej okazało się bardzo silne. Ona nadal działa. Właściwie RDN nadal będzie posiadać ustawową nieograniczoną władzę, bez jakiejkolwiek kontroli jej decyzji przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki.
Ustawowo obniża się kryteria uzyskiwania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego oraz zatrudniania osób na stanowiska profesorów uczelni. Wprowadzone zostały uznaniowe, a nie obiektywne, kryteria awansu naukowego. Doktor nauk może nabyć uprawnienia doktora habilitowanego w przypadku pracy w innym państwie, kierując zespołami badawczymi. Czyżby doktor nauk, kierując zespołami polskich naukowców i rozwiązując problemy naukowe i gospodarcze w Polsce, nie zasługiwał na to samo wyróżnienie? Dlaczego naukowcy pracujący w Polsce mają być dyskryminowani. Jest kolejny przykład lekceważenia polskich naukowców.
Nie można zatracić czujności słuchając pięknych i porywających propagandowych słów Pana Ministra Jarosława Gowina. Należy przeczytać ustawę – dokładnie, ze zrozumieniem i wyobraźnią skutków zawartych w niej zapisów. „Diabeł tkwi w szczegółach”. Np. stwierdzenie Pana ministra Jarosława Gowina, że „ustawa daje ośrodkom naukowym więcej niezależności: Konstytucja dla nauki zdecydowanie zwiększa autonomię uczelni” jest nieprawdziwe w świetle zapisów ustawowych. Zarządzane przez biznesmenów uczelnie zostaną doprowadzone do upadku a następnie do prywatyzacji ogromnego majątku państwowego. Są to tendencje wyniesione z rządów PO i PSL. Zostanie zniweczony dorobek wydziałów, jako gospodarzy majątku i środków finansowych. Wydziały zostaną zlikwidowane jakoby w imię integracji dyscyplinarnej uczelni. Jest to bardzo zły pomysł. Uczelnia może się rozwijać jako interdyscyplinarna organizacja bez likwidacji wydziałów. Zamierzona likwidacja wydziałów zmniejszy opór na drodze do liberalizacji i prywatyzacji uczelni. To jest właściwy cel.
Należy uszanować apel o zmiany w planie reformy nauki podpisany przez blisko 150 naukowców, pracowników instytucji naukowych i akademickich.
Mam nadzieję, że niezależnie od tego, która partia będzie u steru państwa polskie uczelnie pozostaną autonomiczne. Projekt ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” przedstawiony przez ministra i wicepremiera w rządzie PIS, Jarosława Gowina, bez istotnych zmian, nie powinien zostać przyjęty.

Taka piękna przemoc

Beata Szydło oficjalnie pogratulowała Radzie Miasta Zakopane. Oto jedyny samorząd, który nie wdrożył u siebie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i jest z tego dumny. Dumny jak cholera.

 

Dla wszystkich jest jasne, że Beata Szydło będzie kandydować z tamtego okręgu – zapewne nawet uda jej się zostać europosłanką z Małopolski. Ale są pewne nieprzekraczalne granice przyzwoitości. Właśnie zostały przekroczone.
Beata Szydło stwierdziła tajemniczo: – Muszę państwu przede wszystkim pogratulować, boście są odważni. No, jedyny samorząd w całej Polsce, który się sprzeciwił, ale górale, no wiadomo, jest naród odważny.
Później jeden z radnych wyjaśnił dziennikarzom, o co chodzi: – Miasto Zakopane jest jedyną gminą w Polsce, która nie wdrożyła ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – powiedział z dumą.
Zakopane jako jedyne nie powołało zespołów interdyscyplinarnych zgodnie z wymogami znowelizowanej 8 at temu ustawy. Zespoły te mają za zadanie monitorować lokalną społeczność, współpracują z OPS-ami i policją. W ich skład wchodzą kuratorzy, nauczyciele, psychologowie, pracownicy socjalni. Okazuje się, że w Zakopanem nie są potrzebni.
Iwona Anna Wiśniewska, dyrektor Ośrodka dla Osób Dotkniętych Przemocą z siedzibą w Krakowie, powiedziała TVN24: – Podhale jest jedynym takim miejscem, gdzie udaje się, że przemocy nie ma. Ponieważ stereotypowo myślimy, że kto baby nie bije, temu wątroba gnije. O nocleg i schronienie w Tatrzańskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej i Wsparcia Ofiar Przemocy w Rodzinie w Zakopanem nie prosi żadna góralka. Czemu góralki nie korzystają z ośrodka? – pyta retorycznie. Dobrze wie, czemu tak się dzieje. Opowiada historię sprzed kilku miesięcy. Historię kobiety, która zdecydowała się poprosić o pomoc. Raz.
– Jeden z pracowników socjalnych, do którego poszła, prosząc o pomoc, powiedział, że powinna iść do psychiatry, bo niemożliwe, żeby taki mężczyzna stosował przemoc – podsumowuje Wiśniewska.
Mówi, że góralki zwracają się o pomoc poza swoim rejonem. Bo policja odnotowuje rocznie około 70 przypadków przemocy domowej. Ale radni zamiast ustawę wdrożyć, chcą zaskarżyć ją do Trybunału Konstytucyjnego i liczą na to, że pomoże im w tym ich opiekunka i „matka Polka” – Beata.
To nie przypadek, że w tym samym czasie połowa Polaków opowiedziała się w sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” za karceniem dzieci poprzez klapsy. Sondaż ten opublikowała na Twitterze zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich Sylwia Spurek z adnotacją: „Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia – prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Jakby tego było mało, do jej wypowiedzi odniósł się brunatny chłopiec Krzysztof Bosak, wiceszef Ruchu Narodowego – i uznał, że wyjaśni jej różnicę pomiędzy „stosowaniem klapsów” a „biciem”. Bo klaps to przecież nie przemoc, to życiowa konieczność i twarda polska pedagogika w praktyce.
„Ja sam dostawałem lanie i wyszedłem na ludzi” – to najczęstsze tłumaczenie zwolenników stosowania kar cielesnych. Przerażająca tendencja byłych ofiar, aby w dorosłym życiu stać się katami, w kraju nad Wisłą zyskuje oficjalną aprobatę rządzących.