Lex inwestor

… czyli wąchaj i płacz.

W ekspresowym tempie Sejm przyjął szkodliwe przepisy o inwestycjach uciążliwych dla środowiska i mieszkańców. Okazuje się, że nie tylko rząd nie zamierza zamykać ferm futrzarskich, jak obiecywał trzy lata temu, ale już niedługo mieszkańcy mający domy w bezpośrednim sąsiedztwie takich i podobnych inwestycji, nie będą mieć nic do powiedzenia przy ich planowaniu.
Nowe przepisy mają jedno bardzo „cwane” założenie: właściciel działki zlokalizowanej w odległości powyżej 100 metrów od granicy terenu, na którym planowana jest budowa, nie może być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
Jeżeli inwestor stwierdzi, że „centrum” smrodu np. kurników na kurzej fermie, będzie znajdować się po środku wielkiej działki, to można będzie uznać, że magiczny limit 100 metrów został spełniony – a zatem mieszkańcy nie będą mogli być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
100-metrowy bufor oddziaływania to absurd. Zasięg uciążliwości takich inwestycji z punktu widzenia sąsiadów jest zwykle dziesięć razy większy.
Protesty trwają m.in. w sołectwie Wilczyn-Kamieniczne obok Białej Podlaskiej – tam mieszkańcy protestują przeciwko budowie kurników dla około 560 kurcząt. Podobnie w Żywcu, gdzie powstać ma spalarnia odpadów.
Nowe przepisy prawdopodobnie skutecznie zakneblują protestujących.
Szczęście mieli mieszkańcy Ustrzyk Dolnych, gdzie po olbrzymich protestach prywatna firma wycofała się z projektu budowy fabryki węgla drzewnego.
– Przecież nie można zakładać, że na setnym metrze kończy się uciążliwość każdej instalacji, że w odległości 101 metrów woda staje się czysta, a odór znika – powiedział mediom Marcin Stoczkiewicz, prezes Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Jak widać PiS słucha głosu suwerena tylko wtedy, kiedy można sie spodziewać, że ów będzie życzliwy. O przypadkach zamiany wiejskiej sielanki w śmierdzące piekło dzięki nowej ustawie z pewnością jeszcze usłyszymy.

Jak politycy PiS psują prawo

Wydarzyła się rzecz bez precedensu – Ministerstwo Sprawiedliwości groziło pozwem sądowym przeciwko grupie naukowców za opinie na temat projektu ustawy, przedstawione w trakcie prac legislacyjnych.

Sądu jednak nie było. Minister Zbigniew Ziobro powiedział, że pozew nie zostanie wniesiony, ale nie wycofał się z zarzutów pod adresem Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego.

Chodzi o obszerną nowelizację Kodeksu Karnego, której treść jak i sposób jej procedowania wzbudził wielkie kontrowersje w środowisku prawniczym. W projekcie zaproponowano zaostrzenie kar za wiele przestępstw, między innymi w stosunku do nieletnich, wprowadzenie 30 lat więzienia w miejsce dotychczasowej kary 25 lat, czy możliwość orzeczenia kary dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia.

Zdaniem prawników z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego, w rezultacie chaotycznego i szybkiego procedowania tej noweli ustawa po wyjściu z Senatu zawiera „wiele błędów, sprzeczności i groźnych systemowo luk”.

Aby temu zapobiec – a był jeszcze czas, bo poprawkami Senatu musiał się zająć Sejm – 9 czerwca Instytut opublikował na swoich stronach obszerną, licząca 110 stron opinię. W związku z „rażąco niekonstytucyjnym i nieregulaminowym trybem prac” oraz wprowadzeniem do ustawy błędów, sprzeczności i luk rekomendowano przerwanie prac nad nią.

Moralny obowiązek

Wyrażanie opinii, przedstawianie uwag na temat projektów aktów prawnych jest prawem każdego obywatela, a moralnym obowiązkiem ekspertów w dziedzinie poddawanej interwencji prawnej. Autor projektu może uwagi przyjąć, może je odrzucić, może wreszcie, co dzieje się nader często, zignorować je, ale nie ma prawa nikogo straszyć sądem za opinie, z którymi się nie zgadza. Przynajmniej takie są standardy w państwach prawa.

Większość sejmowa nie wzięła opinii KIPK pod uwagę. 13 czerwca posłowie uchwalili ustawę przyjmując 41 z 42 poprawek zaproponowanych przez senatorów.

Zareagował natomiast autor projektu, Ministerstwo Sprawiedliwości, które 15 czerwca na swoich stronach poinformowało, że pozwie „za kłamstwo profesorów i doktorantów krakowskiego uniwersytetu do sądu, w obronie swojego dobrego imienia, w obronie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a także w obronie renomy samego Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Owym kłamstwem miała być opinia, że „poprawki Senatu powodują, że przepisy dotyczące przestępstw łapownictwa/korupcji nie będą miały zastosowania do osób zarządzających największymi, strategicznych spółkami handlowymi z udziałem Skarbu Państwa, co może doprowadzić do ich bezkarności za niektóre czyny korupcyjne w sektorze publicznym.” Za tym stwierdzeniem stoi dość skomplikowany wywód związany z wprowadzoną przez ministerstwo zmianą w definicji „osoby sprawującej funkcję publiczną”, którą senatorowie chcieli doprecyzować, ale zdaniem pracowników krakowskiego Instytutu doprowadzili zamiast tego do wspomnianego absurdu. Ministerstwo takiego zagrożenia nie widzi.

Bez względu na to kto ma rację należy się zgodzić z oświadczeniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w którym czytamy „takie działanie Ministerstwa stanowiłoby bezprecedensowe naruszenie prawa do swobody działalności naukowej oraz swobody wypowiedzi. Mogłoby także wywołać efekt mrożący, uniemożliwiając w przyszłości debatę publiczną na temat aktów prawnych o istotnym publicznym znaczeniu.” Jak wspomniano, po dwóch dniach okazało się, że pozew nie zostanie wniesiony.

W szalonym tempie

Warto przyjrzeć się temu jak w rządzie, a potem w parlamencie pracowano nad rządowym projektem zmiany ustawy Kodeks Karny oraz niektórych innych, gdyż przy tworzeniu tego projektu naruszono zasady regulaminu pracy Rady Ministrów, regulaminu Sejmu RP oraz regulaminu Senatu.

Projekt nowelizacji Minister Sprawiedliwości upublicznił 25 stycznia br., choć jak stwierdził na posiedzeniu Senatu minister Zbigniew Ziobro pracowano nad nim od dwóch lat. W tym dniu rozpoczęto uzgodnienia międzyresortowe, konsultacje publiczne i opiniowanie. Na przedstawienie opinii w ramach konsultacji publicznych dano, bez żadnego uzasadnienia tej decyzji, tylko 14 dni.

W konsekwencji tylko trzy z 12 podmiotów, których pisma zostały upublicznione na platformie Rządowego Procesu Legislacyjnego, zdołały odpowiedzieć w terminie. Większość przesłanych stanowisk zawierała uwagi krytyczne. Wiele uwag przedstawiło także Rządowe Centrum Legislacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Finansów. Skutkiem było przygotowanie na początku maja drugiej, nieco zmienionej wersji projektu. Tę wersję, co warto podkreślić, gdyż zdarza się to rzadko, również przekazano do konsultacji, które tak jak za pierwszym razem trwały 14 dni. Otrzymano sześć, z wyjątkiem jednej krytycznych opinii. W jednej z nich konsultacje tak poważnej nowelizacji, w tak krótkim czasie nazwano „pozorowanymi”.

14 maja rząd zdecydował o natychmiastowym przesłaniu projektu do Sejmu. Pominięto przy tym kilka etapów prawidłowego procesu legislacyjnego. Projekt ustawy nie był przedmiotem prac Komisji Prawniczej, ani Stałego Komitetu RM. Oznacza to, że w praktyce zastosowano tryb odrębny (art.99 Regulaminu pracy RM), choć nie dopełniono warunku niezbędnego do jego zastosowania – wyrażenia zgody na jego zastosowanie przez „Prezesa Rady Ministrów albo działającego z jego upoważnienia Sekretarza Rady Ministrów” (art. 100). A więc już na rządowym etapie prac nad tym projektem nie przestrzegano zasad poprawnej legislacji zapisanych w Regulaminie pracy Rady Ministrów.

Żaba podstawia nogę

Posłowie opozycji oraz dziennikarze uważali, że powodem nadzwyczajnego przyspieszenia prac nad nowelizacją Kodeksu Karnego był fakt emisji w Internecie 12 maja filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim Kościele. W ciągu trzech dni film ten obejrzało 14 milionów osób.

Był to czas ostatnich dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rząd postanowił pokazać, że walczy z pedofilią. Fakt, że podczas I czytania projektu ustawy głos zabrał premier Mateusz Morawiecki przedstawiając projekt nowelizacji jako konieczne narzędzie do walki z pedofilią zdaje się uprawdopodobniać tę tezę.

Uchwalenie potężnej, liczącej 40 stron nowelizacji Kodeksu Karnego, do której posłowie zgłosili 25 poprawek, zajęło posłom zaledwie 33 i pół godziny. Zgodnie z zapisami Rozdziału 4 regulaminu Sejmu RP nie mogło ono trwać mniej niż 15 dni. Marszałek ma prawo zastosować przyspieszony tryb postępowania (Art. 51) w stosunku do projektów ustaw lub uchwał, a nie w stosunku do projektów kodeksów lub nowelizujących kodeksy. Doszło więc do złamania Regulaminu Sejmu, a niektórzy eksperci twierdzili, że doszło także do godzenia „w konstytucyjne zasady prawidłowej legislacji, stabilność prawa i zaufania obywateli do państwa”

Następnego dnia po zakończeniu nadzwyczaj szybkiej pracy posłów Marszałek Sejmu przekazał ustawę do Senatu. Prace senackie rozpoczęły się 23 maja na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Komisje wniosły o wprowadzenie 41 poprawek do ustawy, z których część było swoistą autopoprawką, gdyż została zaproponowana przez Ministra Sprawiedliwości. W trakcie debaty plenarnej senatorowie przedstawili kolejne cztery.

Ostatecznie Senat 24 maja po godz. 22 przyjął 42 poprawki. Problem w tym, że co najmniej kilka z tych poprawek było niezgodnych z zasadami zapisanymi w regulaminie Senatu, gdyż ich treść wychodziła merytorycznie poza zawartość ustawy uchwalonej przez Sejm. W poprawkach nr 26, 33, 34 i 35 senatorowie postanowili wprowadzić zmiany w ustawach, których nie znowelizowali posłowie. Jeśli senatorowie widzieli taką konieczność powinni „przedstawić wniosek o podjęcie [własnej] inicjatywy ustawodawczej wraz z projektem odpowiedniej ustawy” (art. 69 regulaminu Senatu).

Obecnie projekt czeka na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Jak chcą to mogą

Myliłby się ten, kto by na podstawie opisanego powyżej przykładu uważał, że nasi legislatorzy są nieprzygotowani do prawidłowego tworzenia aktów prawnych, nie potrafią przygotować spójnego, dobrze uzasadnionego projektu, właściwie go skonsultować i uzgodnić. Są przykłady, które świadczą o tym, że jest odwrotnie.

Liczba pracowników ministerstw i instytucji centralnych od kilku lat szkolonych w praktykach poprawnej legislacji, znających najlepsze wzorce zagraniczne, grubo przekracza setkę. Są do dyspozycji materiały pomocnicze, choćby „Wytyczne do przeprowadzenia oceny wpływu i konsultacji publicznych w ramach procesu legislacyjnego”. Wreszcie mamy przykłady dobrze prowadzonych projektów ustaw.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2017 r. przeprowadziło trwające niemal rok, z użyciem kilku różnych narzędzi, takich jak konferencje regionalne, warsztaty czy badanie opinii, pogłębione konsultacje nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Część projektów ustaw przygotowywanych w byłym Ministerstwie Rozwoju poprzedzona była dobrze przeprowadzonymi pre-konsultacjami. Inna sprawa, że wiele z tych pozytywnych działań realizowanych jest w ramach projektów unijnych.

To, czy ustawa jest dobre przygotowana i procedowana zgodnie z zasadami poprawnej legislacji, zależy od polityków. To członkowie rządu decydują, ile czasu chce się poświęcić na ten proces, czy chce się poważnie potraktować proces konsultacji i opiniowania, czy pro forma, czy przychylić się do głosów opozycji, czy en bloc wszystkie poprawki odrzucić, wreszcie czy projekt rządowy zgłosić jako poselski, aby uniknąć konsultowania ich z obywatelami.

Ponieważ tak wiele również w procesie tworzenia prawa zależy od polityków aktualnie sprawujących władzę obywatele i ich organizacje muszą mieć prawo do swobodnego wypowiadania opinii na temat tworzonych aktów prawnych oraz pilnowania, aby było ono procedowane zgodnie z zasadami prawidłowej legislacji.

Lobbing?! Jaki lobbing?!

„Przychodzą firmy, które zabiegają o to, żeby je zauważyć” – tak wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki wyjaśnia sens sejmowego spotkania grupy posłów PiS
z przedstawicielami wielkiego zagranicznego koncernu tytoniowego.

Czy szefowie resortu zdrowia i posłowie powinni umawiać się w Sejmie na spotkania z przedstawicielami zagranicznych koncernów tytoniowych, by dawać się przekonywać, jak mało szkodliwe są ich produkty?
Zdaniem liderów Prawa i Sprawiedliwości nie ma w tym nic złego. Tym bardziej, że spotykają się działacze obozu zjednoczonej prawicy, którzy przecież wiedzą co jest dobre dla Polaków.

O wyższości tytoniu podgrzewanego

Do takiego właśnie spotkania doszło 16 maja bieżącego roku. Urzędujący wiceminister zdrowia Zbigniew Król oraz prominentni parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości rozmawiali w sejmowej sali im. Macieja Rataja z przedstawicielami koncernu Philip Morris Polska (poinformowało o tym radio RM FM).
W PiS-owskiej grupie był m.in. wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (człowiek palący, to on zorganizował spotkanie posłów PiS z reprezentantami koncernu), obecny przewodniczący sejmowej komisji zdrowia Tomasz Latos, senator i były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł oraz kilku innych posłów. Narada poświęcona była nowoczesnym wyrobom tytoniowym, a konkretnie rozmawiano o wyższości tytoniu podgrzewanego nad zwykłymi papierosami.
Spotkanie miało charakter zamknięty, bez udziału osób postronnych i mediów. Władze Sejmu dyskretnie nie poinformowały o nim na stronach internetowych poświęconych aktywności posłów – co poniekąd zrozumiałe, bo tego koncernu nie ma w wykazie firm prowadzących działania lobbingowe w Sejmie. To zaś oznacza, że jego przedstawiciele nie powinni konferować w siedzibie najwyższej władzy ustawodawczej z członkami tejże władzy na temat zalet swych produktów.
Na późniejsze pytanie w sprawie charakteru spotkania, dziennikarz RM FM otrzymał odpowiedź: „Kancelaria Sejmu nie ma wiadomości o wspomnianym przez Pana spotkaniu”. Posłowie PiS nie ukrywali jednak swego w nim udziału. Wicemarszałek Ryszard Terlecki wyjaśnił, że dotyczyło ono „sposobu używania nikotyny, podobno zdrowszego niż papierosy”.
Natomiast senator Konstanty Radziwiłł dodał, iż spotkanie odbyło się z inicjatywy producentów tytoniu podgrzewanego. Czyli, to oni dotarli do wicemarszałka Ryszarda Terleckiego.
Senator Radziwiłł uchylił też nieco rąbka tajemnicy, ujawniając, że podczas prac nad ustawą tytoniową przedstawiciele wielkich koncernów aktywnie zabiegali o wprowadzenie korzystnych dla siebie zapisów. Dodał, że usiłują oni przekonać legislatorów, iż alternatywne sposoby konsumpcji tytoniu są mniej szkodliwe.

PiS dba o zysk wielkich koncernów

Warto zauważyć, że PiS-owska większość w parlamencie ma już na swym koncie niejedno rozstrzygnięcie korzystne dla zagranicznych koncernów tytoniowych. Parlament w grudniu 2017 r. zdecydował bowiem, że papierosy elektroniczne oraz tytoń do podgrzewania będą zwolnione z akcyzy do końca 2018 r.
Potem PiS-owska większość jeszcze raz postanowiła chronić zyski wielkich koncernów. Zdecydowano więc, że akcyza na płyny do e-papierosów i tytoniu do podgrzewania nie będzie pobierana aż do lipca przyszłego roku!.
Zrozumiałe zatem, że branża spodziewa się kontynuowania owocnej współpracy – i czeka na kolejne decyzje Prawa i Sprawiedliwości podejmowane w interesie zagranicznych koncernów tytoniowych. Zapewne się nie zawiedzie. Można bowiem przypuścić, że gdy zbliży się termin rozpoczęcia poboru akcyzy, PiS znowu postanowi, że nie będzie ona pobierana.
Wicemarszałek Terlecki przekonuje wszem i wobec, że zorganizowane przez niego spotkanie z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego nie miało nic wspólnego z przygotowywaniem żadnej ustawy. Jak powiedział, odbywa po kilka podobnych spotkań dziennie. „Przychodzą firmy, które zabiegają o to, żeby je zauważyć” – oświadczył wicemarszałek Terlecki.
Wicemarszałek poinformował o tym spotkaniu również w mediach społecznościowych (co uczynił, jak pisze, w związku z szumem medialnym na ten temat). Jego wyjaśnienia, delikatnie mówiąc, nie spotkały się z powszechnym zrozumieniem. Oto niektóre z pierwszych reakcji internautów:
„Kawa na ławę, ile zaproponowaliście za zmiany w ustawie?”. „Płacą w euro czy w wagonach?”. „Kiedy spotkanie z producentem butaprenu?”. „O szkodliwości margaryny będzie Pan rozmawiał z producentami margaryny?”. „Philip Morris towarzyskim odkryciem Terleckiego”. „Do kopertek od 50 kafli wzwyż ma prawo tylko pan Jarek”. „Czasy się zmieniają, a Pan zawsze blisko używek”. „A my panu wierzymy. Jest pan żywa reklamą firmy tytoniowej” . „A gdzie protokół z tego spotkania?”. „Protokół jest tajny – zawiera informacje handlowe, media, ani osoby postronne (czytaj ci bez legitymacji PiS) nie mają do niego dostępu”. „Ile paczek w łapę wziąłeś?”. „Czyli, doszły Pana słuchy, że palenie jest szkodliwe i chciał się Pan dowiedzieć od producenta, czy to aby prawda?”. „Rysiu, co wy tam palicie?”. „Za jakiś czas wyjdzie ustawa niezwykle korzystna dla koncernu, to kwestia czasu”.
I tak dalej, i tak dalej…

Posłowie powinni się spotykać

W sukurs wicemarszałkowi Terleckiemu i innym uczestnikom spotkania z zagranicznym koncernem tytoniowym postanowił przyjść instytut WEI (Warsaw Enterprise Institute) uchodzący za tzw. zaplecze intelektualne Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
WEI uważa, że posłowie powinni się spotykać z przedsiębiorcami i ubolewa, że materiał radia RMF FM nie prowadzi do wniosku, iż konieczne byłoby wypracowanie standardów właściwego działania lobbingowego, lecz jedynie odnosi się do napiętnowania pojedynczego spotkania, podczas którego nie doszło nawet do złamania ustawy lobbingowej przyjętej w 2005 r. Zdaniem WEI, dla poprawy standardów działań lobbingowych ta sprawa przyniesie więcej szkód niż pożytków (co akurat jest prawdą).
Dlaczego sejmowe spotkanie posłów PIS z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego nie stanowiło, według WEI, złamania polskiej ustawy lobbingowej?
Ano dlatego – twierdzi WEI – że ustawa dotyczy sytuacji, w której trwa proces legislacyjny, a tymczasem z informacji medialnych nie wynika aby wspomniane spotkanie dotyczyło jakiejkolwiek ustawy lub rozporządzenia nad którym toczą się obecnie prace legislacyjne.
Ponadto, biorący udział w spotkaniu przedstawiciele zagranicznego koncernu tytoniowego nie mogą być traktowani jako zawodowi lobbyści, bowiem działali w imieniu swojej firmy a nie podmiotu trzeciego. Ustawa lobbingowa nie ma zastosowania do takich sytuacji, a więc nie mogła zostać złamana – stwierdza WEI.

Lobbing pełną gębą

Eksperci tego instytutu coś niedokładnie przeczytali ustawę lobbingową na którą się powołują. Otóż stwierdza ona wyraźnie w art 2 pkt. 1:
„W rozumieniu ustawy działalnością lobbingową jest każde działanie prowadzone metodami prawnie dozwolonymi zmierzające do wywarcia wpływu na organy władzy publicznej w procesie stanowienia prawa”. Sejm jest najwyższym organem władzy ustawodawczej, zatem proces stanowienia prawa to jego stałe, nieprzerwane zadanie. Posłowie PiS byli w pracy gdy się spotkali – służbowo – z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego.
Oczywiste jest więc, że to spotkanie było elementem należącym do procesu stanowienia prawa przez posłów. Wbrew temu co twierdzą eksperci WEI, podlegało ono ustawie lobbingowej, nawet jeśli jednoznacznie nie dotyczyło konkretnych przepisów nad którymi toczą się obecnie prace legislacyjne – tym bardziej, że ustawa nie mówi o przepisach nad którymi trwają określone prace legislacyjne (jak uważa WEI), lecz szerzej, o całym procesie stanowienia prawa przez organy władzy publicznej.
Ponadto, inaczej niż chce WEI, ustawa lobbingowa nic nie mówi o tym, że działalność lobbingowa musi być prowadzona na rzecz podmiotów trzecich aby mogła podlegać przepisom tej ustawy. Mówi zaś – we wspomnianym art. 2 pkt. 1 – że w rozumieniu ustawy, działalnością lobbingową jest „każde działanie prowadzone metodami prawnie dozwolonymi”.
Owszem, inny przepis ustawy lobbingowej precyzuje, że w rozumieniu jej przepisów, zawodową działalnością lobbingową jest zarobkowa działalność lobbingowa prowadzona na rzecz osób trzecich. Tyle, że już początek pierwszego zdania artykułu 1 tej ustawy stwierdza, że określa ona „zasady jawności działalności lobbingowej” – bez ograniczenia, że chodzi wyłącznie o jawność zawodowej działalności lobbingowej na rzecz osób trzecich. Ustawa dotyczy więc wszelkiej działalności lobbingowej – nie tylko prowadzonej zawodowo na rzecz osób trzecich.
Ustawa lobbingowa jak najbardziej ma więc zastosowanie do zorganizowanego w Sejmie spotkania posłów PiS z reprezentantami zagranicznego koncernu tytoniowego. Choć można być pewnym, że partyjno-rządowa propaganda Prawa i Sprawiedliwości prowadzona przez tzw. media publiczne, będzie wmawiać, iż kryształowo uczciwym posłom PiS nie postał w głowach nawet cień myśli o lobbingu.

Do więzienia za dzieła Marksa na półce?

Pod osłoną innych afer w Polsce tylnymi drzwiami przepychane są właśnie zmiany w prawie, które umożliwiają pełną kryminalizację komunizmu. Komunizmu, a nawet „jego ideologii”, co prawicowej władzy i podporządkowanemu jej sądownictwu otwiera furtkę do kryminalizowania i ścigania praktycznie całej lewicy. Nie tylko jej sympatyków jej radykalnego nurtu, ale wszystkich tych, którzy posiadają egzemplarz „Kapitału” Karola Marksa lub założą na siebie koszulkę z Che Guevarą, Różą Luksemburg czy czerwoną gwiazdą.

Poprawione zapisy, które właśnie wchodzą do polskiego prawa w ramach aktualizacji kodeksu karnego, do listy systemów i praktyk totalitarnych dodają komunizm. Najgroźniejszy wydaje się być przy tym zupełnie nowy i wybitnie enigmatyczny zapis, który karać ma za samo „propagowanie ideologii komunistycznej”. W polskich warunkach – gdzie cenzuruje i prześladuje się za Matkę Boską z tęczą w tle – może to oznaczać nawet cenzurowanie dzieł sztuki autorstwa Fridy Kahlo, Pabla Picassa, czy innych znanych komunistek i komunistów.

W prześladowaniach komunizmu nie chodzi bowiem o żadną teoretyczną czy historyczną precyzję.

Sąd to nie miejsce do naukowej dyskusji. W rzeczywistości mamy do czynienia z praktykami o charakterze cenzorskim i totalnym. Poprawiony kodeks karny bez żadnego zawahania zrównuje ze sobą bowiem każdy rodzaj komunizmu i jego teorii.
Idee i działania Lwa Trockiego, Róży Luksemburg, Józefa Stalina czy nawet Karola Marksa, który pechowo dla siebie nie dożył żadnych prób realizacji swoich koncepcji wrzucone są do jednego worka. Do tego zapisy ułożone są w taki sposób, by prokuratorom i sędziom pozostawić pełną dowolność w interpretacji tego, co jest, a co nie jest komunizmem, jego ideologią, czy totalitaryzmem.
Przypomnijmy, że słowo „totalitaryzm” w polskim prawodawstwie nie ma nawet swej konkretnej definicji. Jego siła jest całkowicie względna i symboliczna. Określenie to, wywodzące się z filozofii, ale i głęboko zakorzenione w naukach społecznych, definiuje się zazwyczaj twierdząc, że totalitarnymi są te systemy, które dążą do całościowej i pełnej kontroli nad jednostką. Oczywiście panująca ideologia kapitalistyczna za złe totalitaryzmy uważa zazwyczaj wyłącznie faszyzm i komunizm. Sieciowo sterowany i rządzący przy pomocy algorytmów kapitalizm, gdzie pieniądz rządzi każdą kampanią wyborczą, a przy projektowaniu reklam wykorzystuje się zasady podświadomie piorącego mózgi neuromarketingu jest zaś „demokracją”… Bo tak.

Komunizm jako bezklasowe społeczeństwo, gdzie realizowany jest ideał „każdemu według potrzeb” nigdy nie istniał.

Jak widać nie musiał – wrogiem dla państwa jest bowiem sam ruch, a nie rzeczywisty byt, którego polska prawica nie jest przy tym nawet w stanie odpowiednio zdefiniować. Wprowadzane w ustawie poprawki są więc i o tyle tragikomiczne, że z perspektywy precyzji naukowej i poznawczej odnoszą się do bytu, którego nigdy nie było. Jako marksista mógłbym nawet uznać, że socjalizm jako system i idea pozostaje całkowicie dozwolony, ponieważ nie znajduje się na liście systemów, ideologii i praktyk totalitarnych… Tyle, że to, co będzie komunizmem i jego ideologią w świetle prawa będzie odtąd zależało wyłącznie od podporządkowanych ministrowi Ziobro prokuratorów. A dla większości polskiej prawicy wszystko, co związane z Polską Ludową to komunizm, a postkomunizmem jest nawet Koalicja Europejska.
Współczesna Polska stopniowo coraz bardziej przypomina faszystowskie Włochy za czasów Mussoliniego, kiedy to siłowe i policyjne prześladowania komunistów były na porządku dziennym. Jednym z wielu uwięzionych za poglądy był działacz i słynny teoretyk komunizmu Antonio Gramsci, cytowany obecnie w całej światowej socjologii czy naukach politycznych. Cenzorzy pilnujący zamkniętego w więzieniu Gramsciego i poszukujący słowa „komunizm” w jego zapiskach zostali jednak łatwo wykiwani, kiedy autor ten w swych dziełach słowo to zamienił na termin „filozofia praktyki”.
Także w przypadku Polski nowe zapisy zawierają na szczęście furtkę, która podkreśla, że nie mają zastosowania do nauki, czy sztuki. Jak mogliśmy jednak zaobserwować w zeszłym roku, kiedy to policja pojawiła się na konferencji naukowej poświęconej marksizmowi, dla prokuratury granice te mogą być bardzo niewyraźne. Policja wysyłana jest u nas bowiem zgodnie z chwilowym politycznym zapotrzebowaniem, a na samej górze dowodzą nią często ludzie wierzący w spisek światowej „żydokomuny”.

Strony takie jak Redwatch mogą być odtąd traktowane jako pożyteczna pomoc dla polskiej prokuratury.

Nowe zapisy tworzą tak gigantyczną przestrzeń pod wszelkiego rodzaju nadużycia, że proces karny z perspektywą skazania nawet na trzy lata więzienia z powodzeniem może mieć osoba, która na swoim ubraniu będzie miała wizerunek Ernesto „Che” Guevary, Róży Luksemburg, Karola Marksa, sierp i młot, czy samą nawet czerwoną gwiazdę. Ale i na tym nie koniec. Prawicowa paranoja sięga już w naszym kraju tego stopnia, że za „promowanie ideologii komunistycznej” i „rozpowszechnianie, powielanie, przesyłanie” źródeł z nią związanych można równie dobrze uznać obecność na pierwszomajowym pochodzie, udział w wydarzeniu upamiętniającym polskich socjalistów, przesłanie koledze fragmentu dzieł Marksa, posiadanie w domowej biblioteczce książek Zygmunta Baumana, Oskara Lange, Jacka Tittenbruna, Louisa Althussera, czy dowolnego z tysięcy autorek_ów identyfikujących się z komunistyczną teorią, myślą lub ideą. Bez etatu naukowego – a może także badań prowadzących do właściwych wniosków – lub zarabiania jako artysta nie będzie żadnej taryfy ulgowej.
Przepisy te są tak pojemne i tak otwarte na dowolność interpretacyjną ze strony władzy sądowniczej, że hak na każdą lewaczkę i lewaka po prostu zawsze może się znaleźć.
Ustawa ta wydaje się być też oczywistą zemstą za porażkę dekomunizacyjną, którą PiS poniósł w przypadku nazw ulic, a także w przypadku procesu wytoczonego przeciwko Komunistycznej Partii Polski, gdzie właśnie brak pojęcia „komunizm” we fragmentach o systemach totalitarnych był podstawową linią obrony podczas całego procesu.
Sprawa jest więc o tyle pilna i istotna, że kryminalizuje nie tylko lewicową historię, teorię oraz myśl. Stanowi też bardzo głęboką ingerencję w wolność słowa oraz swobodę wyrażania opinii. Bycie, czy identyfikowanie się jako komunistka_ta może być odtąd przepustką do więzienia.

Nowy kodeks karny odcina też Polskę od politycznej swobody, która w całej Unii Europejskiej stanowi oczywistą oczywistość.

Komuniści stale zasiadają bowiem w Europarlamencie, a partie komunistyczne obecne są w każdym kraju Unii Europejskiej i w ogóle praktycznie wszędzie na świecie. Istnieją też różnorodne partie lewicy odwołujące się do teorii komunistycznej, u których nawiązania do różnych wersji marksizmu są na porządku dziennym (np. niemiecka Die Linke czy szwedzka Partia Lewicy). Są one same w sobie zresztą tak różne, że nie da się ich wrzucić do jednego worka, jak czyni to nowa polska wersja kodeksu karnego.
Kneblowanie wolności słowa i prawne zastraszanie oraz zwalczanie radykalnej lewicy zagraża też lewicy nieradykalnej i umiarkowanej: pogłębia bowiem opresyjność systemu, uniemożliwia jej sięgnięcie do np. tradycji marksistowskiej i umieszcza socjaldemokrację na granicy prawa. Od teraz działacze SLD, Razem lub RSS, czy PPS będą musieli się mieć na baczności, czy ich praktyki nie stanowią nawiązania do „ideologii komunistycznej” lub nie są jej „propagowaniem”. Prokuratura będzie też mogła ścigać, szukać haków i wytaczać procesy wobec wszystkich działaczy, którzy zechcą np. poczytać dzieła Karola Marksa, Lwa Trockiego, czy nawet powspominać Edwarda Gierka. Organizacja debaty celem omówienia teorii imperializmu Róży Luksemburg, czy posiadanie w biblioteczce książek Gramsciego mogą być podstawą do ścigania każdego członka partii, a nawet umożliwić delegalizację organizacji i stowarzyszeń.

Nie jest to precedens. Podobne zmiany próbowano już wprowadzić na Węgrzech

W tamtym przypadku decyzja Trybunału w Strasburgu uchyliła możliwość kryminalizacji komunizmu i jego symboliki, uznając m.in. czerwoną gwiazdę i swobodę w jej wykorzystywaniu za element politycznej wolności i pluralizmu. Trybunał podkreślił też wówczas, że istnieje „społeczne zapotrzebowanie” dla takiej symboliki i emocje nie mogą decydować o wolności słowa.
W naszym przypadku cel rządu Prawa i Sprawiedliwości jest zasadniczo bardzo prosty: kryminalizacja komunizmu, marksizmu i okolic oraz zastraszanie środowisk politycznych, a także naukowych, które choćby podejmują marksistowską problematykę w ramach swoich badań. To stopniowe spychanie całej lewicy poza obszar legalnej działalności politycznej.
Obrona nacjonalizmu i konserwatywnego kapitalizmu wymaga ciągłego poszukiwania wroga, a ponieważ bezpośrednia walka z liberalizmem nie jest możliwa (z uwagi na jego siłę) to kozłem ofiarnym zostają komunizm i marksizm. To te idee w ostatnio wyemitowanym przez stację Tadeusza Rydzyka dokumencie „Zmierzch. Ofensywa ideologii gender” oskarża się o wszelkie możliwe „plagi” tego świata, z homoseksualizmem na czele. Poprawiony kodeks karny wychodzi naprzeciw właśnie tego rodzaju oczekiwaniom i takiej ideologii. Prawicowe kneblowanie wolności politycznej i wolności słowa nie ma swoich granic.
Ściganie za komunizm i (potencjalnie) socjalizm to możliwie pierwszy krok do odbudowy Berezy Kartuskiej. Ten moment to ostatnia chwila by skutecznie przeciwstawić się prawicowej cenzurze.

Czas na zniesienie restrykcji w obrocie ziemią

Trzy lata temu działacze PiS wprowadzili, dla celów propagandowych, ustawę ograniczającą handel gruntami rolnymi. Szkody, jakie wciąż ona przynosi są jednak jak najbardziej realne.

Prawo i Sprawiedliwość nie jest ugrupowaniem, które przyznawałoby się do popełnionych błędów. Bodaj pierwszym przypadkiem, gdy tak się stało, jest obecna nowelizacja ustawy z 14 kwietnia 2016 r., bardzo ograniczającej obrót ziemią w Polsce.
Nowelizacja, łagodząca restrykcyjne regulacje wprowadzone w 2016 roku trafiła właśnie na biurko prezydenta RP.

Żeby pokazać jak PiS się troszczy

Jeśli prezydent podpisze nową ustawę – a na pewno tak się stanie – to działki rolne do 1 hektara i znajdujące się w obrębie miast będą mogły być kupowane bez ograniczeń przez osoby, które nie są rolnikami.
Obecna nowelizacja ustawy zakłada, że nie będzie ograniczeń co do liczby kupowanych działek w mieście, natomiast na terenie wiejskim na cele nierolne będzie można kupić tylko jedną działkę do 1 ha bez posiadania uprawnień rolniczych (zamiast 0,3 ha, jak dotychczas).
Gdy natomiast powierzchnia nabytej ziemi przekroczy 1 ha, trzeba będzie prowadzić działalność rolniczą. Takiej nieruchomości nie będzie można zbyć przez 5 lat (a nie przez 10 lat jak obecnie).
Tak więc, nowelizacja przywraca normalność w obrocie ziemią, którą całkowicie zlikwidowała PiS-owska ustawa z 2016 r. Tamta ustawa była przyjęta tylko i wyłącznie w celach propagandowych, po by pokazać publiczności, jak to rzekomo PiS dba o to, by polska, święta ziemia nie przechodziła w obce ręce.
Wszyscy poważni eksperci przestrzegali, że przyjęte wtedy rozwiązania są szkodliwe, ale to dla PiS nie miało żadnego znaczenia, bo nie chodziło o przyjęcie rozumnych i potrzebnych przepisów, lecz o uzyskanie odpowiedniego efektu na słupkach sondażowych.

Minister i tak wie lepiej

Wprowadzone w 2016 r. nowe przepisy praktycznie uniemożliwiły racjonalne gospodarowanie ziemią rolną w Polsce. Przede wszystkim na pięć lat wstrzymano sprzedaż nieruchomości rolnych z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa o powierzchni powyżej 2 ha, a dominującą formą dysponowania państwową ziemią stała się dzierżawa.
Osoba fizyczna chcąca kupić gospodarstwo rolne musiała być rolnikiem. W przypadku nie-rolników wymagana była zgoda dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (dotychczas rozpatrzono 24 tysięcy wniosków o zgodę na zakup, dotyczących nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni ok. 70 tys. ha, a pozytywne decyzje wydano w prawie 90% przypadków).
Nabywca musiał osobiście prowadzić gospodarstwo przez co najmniej 10 lat i zamieszkiwać na terenie gminy w której było położone. Jeśli chciał sprzedać kupioną ziemię przed upływem 10 lat, wymagana była zgoda sądu.
Ograniczenia te spotkały się z powszechną i ostrą krytyką. Konsultacje społeczne, które PiS przez zapomnienie nieopatrznie przeprowadził w 2016 r. potwierdzały zbyt restrykcyjny charakter przepisów regulujących obrót nieruchomościami rolnymi. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi po prostu nie uwzględnił więc tych opinii.

Pisanie na Berdyczów

Rzecznik Praw Obywatelskich także już na etapie prac legislacyjnych zwracał uwagę na niekonstytucyjność części obowiązujących przepisów, ponieważ jego zdaniem naruszały one wolność gospodarczą i majątkową obywateli.
W 2016 r. Rzecznik Praw Obywatelskich skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności niektórych zapisów ustawy z Konstytucją RP. Pod rządami PiS odwoływanie się do Trybunału Konstytucyjnego jest jednak pisaniem na Berdyczów – więc wniosek Rzecznika wciąż czeka na rozpatrzenie.
Niejako w zastępstwie RPO wypowiedział się Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi – który odrzucił zarzuty Rzecznika, stwierdzając, że wprowadzone zmiany w prawie są „zgodne z krajowym porządkiem prawnym”. I koniec. Roma locuta causa finita.
I oczywiście spełniły się wówczas wszystkie najgorsze przewidywania specjalistów. Niekorzystne zmiany w przepisach regulujących obrót ziemią zahamowały tempo wzrostu cen gruntów rolnych i spowodowały zmniejszenie liczby transakcji sprzedaży oraz obniżenie wysokości czynszu dzierżawnego, także i gruntów z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Nie tylko wstrzymano sprzedaż gruntów należących do ZWRSP, ale też wprowadzono ograniczenia w obrocie prywatnym.
Wszyscy na tym stracili, a niekorzystna struktura obszarowa w rolnictwie, która pod rządami PO zaczynała sie stopniowo zmieniać na lepsze, od 2016 r. została zabetonowana.

Przywracanie normalności

Widząc, jakie skutki przynosi funkcjonowanie przepisów z 2016 r., ekipa rządząca zaczęła skłaniać się ku poglądowi, że konieczne jest złagodzenie ograniczeń.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała, jak wyglądało gospodarowanie ziemią w Polsce pod rządami restrykcyjnych (wciąż obowiązujących) przepisów wprowadzonych trzy lata temu.
W okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2018 r., w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa znajdowało się około 10% użytków rolnych w Polsce.
Agencja Nieruchomości Rolnych od początku swojej działalności, czyli od 1992 roku, przejęła ze wszystkich źródeł do ZWRSP nieco mniej niż 5 mln ha, w tym głównie z byłych PGR-ów – prawie 4 mln ha (80%).
Na koniec 2018 r. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa dysponował 1,4 mln ha, z tego w dzierżawie znajdowało się około 73% (1 mln ha).
W ciągu 26 lat, to jest od 1992 do końca 2018 r. z ZWRSP sprzedano prawie 3 mln ha gruntów, czyli 57% powierzchni przejętej do Zasobu od czasu jego utworzenia.
Największa sprzedaż gruntów Zasobu miała miejsce w 1996 r. (prawie 193 tys. ha).
W 2016 r. sprzedano 17 tys. ha ziem należących do Skarbu Państwa, w 2017 r. sprzedaż spadła do 3,5 tys. ha, a w 2018 r. do zaledwie 2,5 tys. ha.
W latach 1992-2018 cena gruntów rolnych ZWRSP wzrosła ponad 50-krotnie, od 500 zł za hektar w 1992 r. do ponad 32 tys. zł za hektar w 2016 r. Ograniczenie sprzedaży sprawiło, że cena gruntów rolnych ZWRSP w ubiegłym roku w porównaniu do 2016 r. spadła o 15%, do około 26 tys. zł za ha.
Handel ziemią zaczął być prowadzony „na gębę”, bez zawierania umów notarialnych. W połowie 2018 r. ponad 18 tys. ha nieruchomości ZWRSP użytkowano bez tytułu prawnego – o ponad połowę więcej niż w 2016 r. Coraz trudniej jest też wyegzekwować należności z tytułu bezumownego użytkowania gruntów.
W przyszłości, gdy znowelizowana ustawa wejdzie w życie, zacznie się wreszcie powolne naprawianie nieprawidłowości w gospodarowaniu ziemią, do których doprowadziła ekipa z PiS.

Kler niech płaci

O genezie powstania i źródłach projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych i zasad funkcjonowania państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa jak i cały konfesyjnie zdefiniowany system wartości narzucany wbrew różnicom światopoglądowym Polaków. Wobec tych i wielu innych różnic jesteśmy przekonani, że tylko państwo świeckie, które przestrzega zasady nie zaangażowania stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. W dążeniu do demokratycznego, świeckiego państwa prawnego podjęliśmy trud stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie poprzez osiągnięcie jawności finansów kościołów i związków wyznaniowych, pozbawienie ich przywilejów nie związanych z działalnością w sferze kultu religijnego, mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności państwa. kościołów i związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie.
Decydując się na zorganizowanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej wokół projektu jaki powstawał w ramach naszego stowarzyszenia Kon gres Świeckości, przeprowadziliśmy wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowaliśmy orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem. W pełni świadomi trudności i problemów jakie stwarza poruszana w projekcie ustawy problematyka postanowiliśmy zbudować komitet obywatelski inicjatywy ustawodawczej złożony z przedstawicieli ok. czterdziestu formalnie i nieformalnych działających organizacji, ruchów obywatelskich i pozaparlamentarnych partii politycznych.

Proponowany projekt ustawy

został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy

projektowana ustawa ingeruje głównie w taki zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.
Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła. Najlepszym ich przykładem jest ujawniona przez prasę rozmowa lidera partii rządzącej w sprawie budowy wieżowców w Warszawie, a dotycząca między innymi sposobu prowadzenia interesów budowlanych przez znanego zakonnika z Torunia.
Wszyscy muszą mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana przez nas ustawa nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu rzeczywiste osiągnięcie wyższego stopnia transparentności życia publicznego, który w efekcie przyczyni się do zmniejszenia ryzyka powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.
W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych co ma mieć związek z transparentnością sfery publicznej, nasz projekt likwiduje niejawność przychodów całej olbrzymiej instytucjonalnej sfery działalności kościołów i związków wyznaniowych. Działalność tych instytucji, a w szczególności poza religijna nie może być pozostawiona ich dyskrecjonalnemu uznaniu i owiana mgłą tajemnicy.
Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa w sprawach religijnych i prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich i niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada

powinna oznaczać w praktyce nie tylko całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa, ale i prawo władzy państwowej do kształtowania powinnego zachowania tych podmiotów w sferze publicznej będącej domena państwa.
Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień i różnych przywilejów kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych. Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne z drugiej strony. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie szantażowania polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno – prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym mającym obejmować wszystkich obywateli. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie wedle swoich potrzeb i uznania ustalają jakie kwestie objęte są katalogiem spraw religijnych i gdzie przebiegają granice ich autonomii i niezależności.
Z uwagi na trwającą od początku kwietnia kampanię zbierania podpisów poparcia dla projektu ustawy, która wobec doręczenia pełnomocniczce komitetu obywatelskiego postanowienia Marszałka Sejmu RP wydanego 19 marca bieżącego roku dopiero w dniu 27 marca, zaczęła się z niewielkim opóźnieniem, apelujemy do wszystkich zainteresowanych udzieleniem poparcia naszej inicjatywie o aktywne włączenie się do naszych działań i składanie podpisów w czasie zbiórek ulicznych np. w Warszawie od godz. 14 do 19 przy stacji metra Centrum (na tzw. patelni) oraz w Miasteczku Wolności pod Sejmem RP, a także samodzielne zbieranie podpisów wśród znajomych i rodziny na wydrukowanym samodzielnie formularzu do zbierania podpisów znajdującym się na stronie internetowej Kongresu Świeckości oraz stronach facebookowych Projektu Świeckie Państwo i przesyłanie nam pod adres wskazany na formularzu bądź składanie w miejscach zbiórek w Warszawie i w całym kraju.

Każde procenty mogą szkodzić

Czy nadal potrzebne są przepisy, mające na celu ograniczanie konsumpcji wódki na rzecz wina i piwa?

 

Narzekamy – i słusznie – na dużą niestabilność polskiego prawa, jednak cały czas dobrze się mają ustawowe regulacje kompletnie nieprzystające do realiów dwudziestego pierwszego wieku.
Taki właśnie charakter ma ważne prawo – ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Skrojona pod realia lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, do dzisiaj stanowi fundament polityki społecznej państwa względem alkoholu. Jak przekonuje w najnowszym raporcie Instytut Jagielloński, koszty tej archaicznej regulacji są bardzo odczuwalne.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości dotyczy społecznych i ekonomicznych kwestii spożywania alkoholu – i opiera się na twardych danych. Jednakże, kiedy w 1982 roku uchwalano tę ustawę, struktura spożycia alkoholu i przede wszystkim jego ilości były zupełnie inne, niż obecnie.
Głównym celem ustawy było zwiększenie, głównie za pomocą rozwiązań administracyjnych, konsumpcji słabszych trunków kosztem wódki. I ustawa swój cel osiągnęła: znacząco wzrosło spożycie piwa, a spadło spożycie mocnych alkoholi.
Tyle, że ustawa – zapewne wbrew intencjom jej inicjatorów,– utrwaliła bardzo niebezpieczny stereotyp. A mianowicie teorię, że są alkohole bardziej i mniej szkodliwe, jeśli chodzi o ich nadużywanie.
W latach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej cudzoziemcy odwiedzający Polskę dziwili się, że w naszym kraju piwo traktowane jest nie jako orzeźwiający napój, tylko jako środek do wprowadzania się w stan nietrzeźwości, ewentualnie jako przepitka pod szklaneczkę wódki.
Trzydzieści lat po upadku realnego socjalizmu zamiast kolejek po piwo mamy setki gatunków złocistego trunku, będące przedmiotem pożądania smakoszy.
O ile na wódce ciąży wizerunek szalenie niebezpiecznego napoju (i nieodłącznego atrybutu alkoholików), a wino jest uważane za trunek dla koneserów i klasy średniej, to piwo kojarzy się z luzem i beztroską.
Kto by tam pamiętał, że butelka piwa stanowi odpowiednik 50-60 gramów wódki? Nawet polityk bez protestu da sobie zrobić zdjęcie z kuflem piwa przy meczu, ale za żadne skarby nie weźmie do ręki kieliszka wódki przy dziennikarzach. Tak mocno zakorzenione są mity na temat alkoholu.
Tymczasem wyniki badań, przytoczone w omawianym opracowaniu IJ, zadają kłam tym przekonaniom. W wolumenie alkoholi, spożywanych w sposób szkodliwy (w nadmiarze), 48 proc. przypada na piwo, 30 proc. na wódkę i inne mocne alkohole, a 22 proc. na wino.
Piwo jest tanie, w sklepach można kupić mocne i tanie piwa – a jeśli dodamy do tego, że ten napój nie ma tak negatywnych konotacji, jak wódka, to rozumiemy, skąd wzięły się te liczby. Eksperci Instytutu stwierdzają, że za rozpijanie odpowiadają nie procenty alkoholu w trunku, a jego cena i dostępność. W przypadku określonych grup społecznych alkohole niskoprocentowe mogą prowadzić do większych strat i kosztów społecznych. Na przykład wśród młodzieży (piwko na koncercie albo dwa), kierowców (ten, kto po wódce nie wsiądzie za kierownicę, po piwie zdarza się, że owszem), kobiet w ciąży (lampka wina nie zaszkodzi).
Przerabianie i łatanie starej ustawy nic nie da. Potrzebne jest nowe podejście do polityki społecznej dotyczącej alkoholu. I to takie z kalkulatorem w dłoni, bowiem koszty ponoszone przez budżet państwa w związku z patologiami alkoholowymi są olbrzymie. Ich zmniejszenie to jednocześnie oszczędności dla budżetu.
Nie idzie, rzecz jasna, o to, by lansować prohibicję, ale by uczyć odpowiedzialności. Przede wszystkim zaś wbijać do głowy, że nie ma mniej i bardziej bezpiecznych alkoholi. Że każdy alkohol, spożywany w niebezpieczny sposób, może doprowadzić do tragedii – ale też, że kieliszek wódki do posiłku albo szklaneczka whisky po nim, nie są bardziej niebezpieczne i szkodliwe niż wypicie kufla piwa.

Chcemy lepszego handlu

Ustawa ograniczająca handel w niedzielę od początku była źle przygotowana i nie powinna wejść w życie. Jej celem było ograniczenie handlu w dużych sklepach i galeriach handlowych orz wzmocnienie małych sklepów osiedlowych. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że ustawa wcale nie realizuje zamierzonych celów, a ponadto w małych sklepach prawa pracownicze najczęściej są łamane, płace są najniższe, a towary znacznie droższe niż w dużych placówkach handlowych.
Ustawa od początku zawierała mnóstwo wyjątków i niejasności, dlatego planowane są kolejne jej nowelizacje. Niestety kierunek zmian również może budzić poważne wątpliwości. Nowelizacja ma spowodować, że sklepy nie będą mogły pracować, udając placówki pocztowe. Spod zakazu handlu będą wyłączone tylko takie placówki pocztowe, których przeważająca działalność polega na świadczeniu usług pocztowych w rozumieniu ustawy. Czyli otwarte będą poczty i placówki, gdzie kiełbasa będzie stanowić 40% sprzedaży, a usługi pocztowe 60%, zaś zamknięte takie, gdzie kiełbasa będzie stanowiła 60% obrotu, a usługi pocztowe 40%. Trudno uznać, że jest to przejrzysty i spójny przepis, tym bardziej, że mnóstwo innych typów sklepów pozostanie otwartych w niedziele, jak np. cukiernie czy sklepy z dewocjonaliami.
Szczególnie szkodliwa jest druga poprawka, która zakłada, że w niedziele i święta za ladą będzie mógł stać nie tylko właściciel, ale także jego rodzina. Zgodnie z propozycjami rządowymi „przedsiębiorca będący osobą fizyczną, przy prowadzeniu handlu w placówce handlowej (…) może korzystać z nieodpłatnej pomocy małżonka, dzieci własnych, dzieci małżonka, dzieci przysposobionych, rodziców, macochy i ojczyma”. Ustawa dopuszcza więc wyzysk najbliższych członków rodziny. Niedziela dla Boga i rodziny ma polegać na tym, że część rodzin będzie nieodpłatnie pracować.
Solidarność naciska też, aby duże sklepy były zamknięte od godz. 22.00 w sobotę do 5.00 w poniedziałek. To pomysł będący reakcją na pogorszenie warunków pracy części pracowników po wdrożeniu przepisów ustawy. Okazało się bowiem, że w piątki i soboty sklepy czynne są dłużej i mają mnóstwo klientów.
Również ta zmiana nie poprawiłaby jednak warunków pracy pracowników handlu i nie skróciłaby tygodniowego czasu pracy. Wciąż byłoby to 40 godzin, a często i więcej. Ustawa o handlu w niedzielę nic nie mówi o tygodniowym wymiarze czasu pracy, a jedynie uderza w duże sklepy, w których średnio czas pracy jest krótszy niż w małych sklepach. Ustawa dopuszcza ciężką, długą i nisko płatną pracę od poniedziałku do soboty, a propozycje Solidarności i rządu nic tutaj nie zmieniają.
Naszym zdaniem zamiast selektywnych, niedopracowanych zakazów znacznie lepiej podnieść płace za każdą pracę w niedziele i skrócić tygodniowy wymiar czasu pracy. Dlatego proponujemy skrócenie tygodniowego wymiaru pracy do 38 godzin oraz wprowadzenie 2,5 razy wyższych stawek za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Nasze propozycje dotyczą nie tylko handlu, ale wszystkich branż. W związku z tym w najbliższych miesiącach będziemy naciskać, aby w poszczególnych branżach i zakładach pracy stawki za pracę w niedzielę były podnoszone w ramach układów zbiorowych i porozumień z pracodawcami.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Nie sądźcie

…byście nie byli sądzeni. Zwłaszcza nie sądźcie sędziów Sądu Najwyższego przed tym, zanim osiągną wiek emerytalny.

 

Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał nieprzychylne PIS-owi postanowienie zabezpieczające, w którym nakazuje Warszawie niezwłoczne zawieszenie przepisów dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65 lat i przywrócenie do pracy tych przesuniętych w stan spoczynku – na warunkach, jakie obowiązywały przed wejściem w życie nowej ustawy o SN, a także wstrzymanie mianowań na miejsca tych sędziów i unieważnienia całego procesu rekrutacji.
Stało się to na wniosek Komisji Europejskiej. Pierwszy raport na temat tego, co zrobiła Polska w sprawie odkręcenia zawikłanej sytuacji w Sądzie Najwyższym europejscy notable chcą dostać już w ciągu najbliższych 30 dni. Nie jest to postanowienie ostateczne, na to przyjdzie nam poczekać jeszcze wiele miesięcy. Trybuna chciał jednak zapobiec dalszemu niszczeniu struktur SN do tego czasu.
Mateusz Morawiecki nie chciał w pierwszej chwili komentować wydanego przez Luksemburg postanowienia. Rozmowny był za to Krzysztof Szczerski, prezydencki minister, który stwierdził z rozbrajającą szczerości (jak to Szczerski), że „prawo nie może działać wstecz”.
Szkoda, że rządzącej ekipie nie przeszkadzało to przy wysyłaniu na emeryturę Małgorzaty Gersdorf i jej kolegów, a także przy obsadzaniu miejsc w Trybunale Konstytucyjnym.
Co grozi Polsce za nierespektowanie orzeczenia TSUE? „Wówczas na Polskę będą nakładane wysokie kary finansowe w trybie dziennym. Teoretycznie takie środki będą mogły być stosowane po każdym dniu zwłoki. Komisja Europejska pracuje również nad utworzeniem mechanizmu, który pozwoli uzależnić wypłacanie funduszy strukturalnych od przestrzegania praworządności w krajach członkowskich. Oręż ten zostanie przydzielony prawdopodobnie już wiosną 2019 roku.” – twierdzi Piotr Nowak, publicysta strajk.eu.