Ironia nader głęboko ukryta

Jeden z Czytelników przysłał do redaktora naczelnego dziennika Trybuna swoją polemikę, dotyczącą artykułu Andrzeja Leszyka. Publikujemy zatem list Czytelnika – oraz komentarz autora artykułu.

Redaktorze Kochany,
piszę z „interwencją”. W numerze DT z poniedziałku – wtorku 2 – 3 sierpnia ze zdumieniem wczytałem się w tekst Andrzeja Leszyka „PiS przyjmie bardziej liberalny kurs?”. Doświadczony dziennikarz, z wieloma pożytecznymi tekstami na koncie – ale tu przydarzył mu się wypadek przy pracy (i poniekąd całej redakcji, skoro to przepuściliście na zasadzie zaufania do autora). W pierwszej chwili myślałem – po kilku akapitach – że to majstersztyk ironii, ale nie – autor z najwyższą powagą rozwodzi się nad rzekomo pożytecznym zwrotem PiS w stronę wolności akademickiej. Widać, że zupełnie nie zna albo przynajmniej nie przemyślał dzisiejszych realiów akademickich. Narracja taka jak w starym porzekadle „naiwny jak bezpartyjny”.
Tylko w końcówce przebija przebłysk poczucia rzeczywistości, gdy wspomina o tym, że tak naprawdę wiadomy projekt ekipy Czarnka to pretekst do ograniczenia wolności akademickiej. Ale autor pisze o tym tylko w tym kontekście, że rektorom miałoby by być odebrane prawo do zawieszenia pracownika uczelni w toku postępowania dyscyplinarnego. Przenikliwość połowiczna, bo te wynikające z Gowinowej „Konstytucji dla Nauki” prerogatywy rektorów równie dobrze mogą służyć samowoli uczelnianych rządców (ustawa Gowina zredukowała samorządność społeczności akademickich na rzecz samowładztwa rektorów!); więc podważenie ich nie jest po prostu tożsame z zamachem na autonomię uczelni, wolność badań i wypowiedzi wykładowców itd.
Natomiast rzecz w czym innym: każdy, kto orientuje się w dzisiejszej atmosferze i sytuacji na uczelniach wie (chyba poza autorem artykułu?), że ta akcja „obrony wolności akademickiej” i „przywrócenia zachwianej równowagi” to nic innego jak przewrotna urzędowa, odgórna protekcja dla oszołomów i pseudouczonych domagających się swobody głoszenia swoich obsesji, nobilitacji zabobonów i popisów ignorancji pod szyldem „konferencji naukowych” i „debat akademickich”.
Celem jest uwolnienie od odpowiedzialności za wypowiedzi dyskryminacyjne, prymitywną i agresywną propagandę, demagogiczne formy „krytyki” i „polemiki” elementarnie sprzeczne z rygorami kompetencji naukowej i etyki naukowej. Za rasizm, antysemityzm, szowinizm narodowy, mizogynizm, demonstracyjne obrażanie ludzi inaczej myślących nie wolno będzie wszcząć postępowania dyscyplinarnego. I oto chodzi przede wszystkim. Pod hasłem – pretekstem „przeciwstawienia się ofensywie i dyktaturze lewactwa” resort ma objąć ochroną ekstremistów spod znaku religianctwa i klerykalizmu. Aż się prosi o to, by uświadomić tę istotę rzeczy czytelnikom, jak i autorowi niefortunnego, niedość przemyślanego tekstu.
Serdecznie pozdrawiam
Mirek

Do drogiego Czytelnika
Pański list wprawdzie nie jest do mnie, ale poniekąd o mnie, więc pozwolę sobie na próbę odniesienia się do do niego. Rzeczywiście, redakcja Trybuny nie wykazała rewolucyjnej czujności i – jak to na szczęście ma we zwyczaju – nie zastosowała cenzury wewnętrznej. Dzięki temu mogą m.in. przychodzić do nas interesujące listy, choćby takie jak niniejszy.
Inkryminowany artykuł był naturalnie ironią (a przynajmniej miał nią być w – zapewne nieudolnym – zamyśle autora). Pierwsze wrażenie p. Mirka było zatem prawidłowe, jednak autor, jak widać, nie sprostał wymogom ironizowania. Trzeba więc wyjaśnić, co ów autor miał na myśli. A miał on zamiar napisania artykułu przewrotnego, jakby pasującego do listu Czytelnika, który słusznie zauważył, że „ta akcja „obrony wolności akademickiej” i „przywrócenia zachwianej równowagi” to nic innego jak przewrotna urzędowa, odgórna protekcja dla oszołomów i pseudouczonych”. Niestety, wyglądać może na to, iż w moim artykule niezbyt udała się ta przewrotność…
Oczywiste jest, że ustawa, o której pisałem, mająca w nazwie troskę o wolność na uczelniach, w rzeczywistości tę wolność ogranicza – bo taki jest jej cel, zainicjowany przez decydentów z PiS i po to została uchwalona. Czyli, charakter ustawy jest dokładnie taki, jak opisał to p. Mirek pod koniec swego listu. Ja zaś świadomie przedstawiłem ustawę tak, jakbym brał za dobrą monetę jej zapisy – mając przy okazji nadzieję, że w ten sposób zdenerwuję tych, którzy tak jak prominenci PiS uważają, że wyższe uczelnie należy brać za mordę, nie zaś rozszerzać im wolność.
Sygnałem mówiącym o rzeczywistym charakterze tego artykułu (na co zapewne p. Mirek nie zwrócił uwagi) była na przykład wyrażana przez autora radość, że pod rządami nowej ustawy rozszerzającej wolność na uczelniach, będzie można bez żadnych przeszkód głosić, że stworzenie świata i człowieka przez Boga to bzdura, a księga która to opisuje jest kłamliwym nonsensem. Albo moje zadowolenie, że władza godzi się aby decyzje w sprawie postępowań dyscyplinarnych przeciw nauczycielom akademickim podlegały kontroli sądu – co jest ważne biorąc pod uwagę obecne dyscyplinarki wobec sędziów i prokuratorów, także pragnących rozszerzenia wolności (fakt, w ustawie jest zapis o poddaniu dyscyplinarek kontroli sądu, ale w rzeczywistości chodzi w nim nie o wolność, lecz o to, by ograniczyć prawo rektorów do wszczynania postępowań dyscyplinarnych wobec pseudonauczycieli, będących, jak słusznie zauważył p. Mirek oszołomami i głosicielami obsesji).
Albo wreszcie, przypomnienie losów Berii w kontekście poczynań przywódców Prawa i Sprawiedliwości oraz wyrażony przeze mnie – w zamyśle też przewrotny – niepokój, czy liderzy PiS biorący się za „rozszerzanie wolności”, nie skończą jak właśnie Beria, który po śmierci Stalina również chciał rozszerzać wolność i został zlikwidowany przez swych towarzyszy.
Reasumując: ten artykuł miał mieć taki charakter, jak na przykład mój inny tekst, w którym cieszyłem się ze zbliżenia Prawa i Sprawiedliwości z Rosją (mając na względzie, że liderzy PiS przedstawiają ją swemu elektoratowi jako wroga numer jeden) – i podawałem na to różne przykłady, jak choćby wzrost importu rosyjskiego węgla pod rządami PiS, czy podobne spojrzenie obu stron na demokrację. Rozumiem jednak, że należy chyba pisać bardziej w stylu: kawa na ławę, bo to lepiej trafi do niektórych Czytelników…
Pozdrawiam serdecznie
Andrzej Leszyk

Budżet państwa to nie tylko suche cyfry

Wzrost umieralności mieszkańców, spadek liczby urodzeń, coraz krótsze życie, coraz gorszy dostęp do służby zdrowia – taki obraz Polski pod panowaniem PiS rysuje Najwyższa Izba Kontroli.
Rada Ministrów uzyskała pozytywną opinię Najwyższej Izby Kontroli w kwestii udzielenia przez parlament absolutorium za wykonanie budżetu państwa w 2020 roku. Można jednak powiedzieć, że była to jedna z niewielu – fakt, że należąca do najważniejszych – łyżek miodu w beczce dziegciu. To, jak rząd PiS ten budżet wykonywał zostało bowiem bardzo mocno skrytykowane przez kontrolerów.
NIK przede wszystkim zwróciła uwagę na coraz większą skalę finansowania różnych zadań w sposób zaburzający przejrzystość realizacji budżetu, a zwłaszcza na operacje prowadzone poza rachunkami deficytu i wydatków budżetu państwa. To klasyczne, finansowe „zamiatanie wydatków pod dywan”, stosowane na masową skalę przez obecną ekipę.
Te manipulacje nie przyczyniły się do ograniczenia długu Skarbu Państwa. W 2020 r. nastąpił rekordowy wzrost tego długu. Wyniósł on w sumie 124,1 mld zł, z czego 30 mld zł było wynikiem operacji prowadzonych poza rachunkami budżetu państwa.
Izba w swej analizie trochę też usprawiedliwia działania rządu – i przypomina, że w ubiegłym roku światowa gospodarka doświadczyła największego, co najmniej od lat czterdziestych XX wieku, kryzysu gospodarczego, związanego z pojawieniem i szybkim rozprzestrzenianiem się pandemii. Kryzys ten miał zasięg ogólnoświatowy, ale różna była jego skala w poszczególnych krajach.
W krajach będących głównymi importerami towarów z Polski wystąpiła głęboka recesja. Wartość niemieckiej gospodarki była w 2020 r. o 4,9 proc. niższa niż w 2019 r., podczas gdy wartość gospodarki Czech zmniejszyła się o 5,6 proc., Wielkiej Brytanii o 9,8 proc., Francji o 8,1 proc., a Włoch o 8,9 proc. Natomiast realna wartość produktu krajowego brutto w Polsce zmniejszyła się w 2020 r. jedynie o 2,7 proc.
Mieszkańców Polski nękała jednak (i nęka coraz mocniej) podwyższona inflacja. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł 3,4 proc. (rok wcześniej 2,3 proc.). Wysoki był wzrost cen urzędowych – aż o 8,4 proc. – oraz wzrost cen żywności, który w 2020 r. wyniósł 5 proc. Natomiast uwzględniając również dane z 2019 r. można wskazać, że ceny żywności w dwóch ostatnich latach wzrosły o ponad 10 proc. W ten sposób rząd PiS przerzuca na najuboższych koszty swej polityki gospodarczej.
Pogorszyła się wyraźnie także sytuacja zdrowotna mieszkańców naszego kraju. NIK wskazuje, że oczekiwana długość życia od momentu narodzin wyniosła w 2020 r. 76,6 roku, czyli najmniej od 10 lat – podczas gdy jeszcze w 2019 r. długość tę szacowano na 78 lat. Skrócenie się oczekiwanej długości życia dotyczyło zarówno kobiet, jak i mężczyzn, chociaż w przypadku kobiet wartość ta wyniosła w 2020 r. 80,8 roku, a w przypadku mężczyzn zaledwie 72,6 roku. W 2020 r. zmarło w Polsce 477,4 tys. osób, czyli o 67,7 tys. więcej niż w 2019 r.
Od zakończenia drugiej wojny światowej do 2019 r. ujemny przyrost naturalny nigdy nie był niższy od minus 0,9 na 1000 mieszkańców, natomiast w 2020 r. wyniósł on aż minus 3,219 na tysiąc. „Oprócz tego w 2020 r. znacząco zmniejszyła się liczba osób leczących się i badających się ze względu na ograniczenia w dostępie do służby zdrowia i obawy przed zarażeniem” – stwierdza NIK. To również spowodowało wzrost umieralności Polaków.
Dla porównania: w 1990 r. urodziło się w Polsce 547,7 tys. dzieci, a w 2020 r. już tylko 355,3 tys. , o 20 tys. mniej niż rok wcześniej i o 47 tys. mniej niż w 2017 r. Rządzący nie przewidywali takich skutków wprowadzenia programu Rodzina 500 plus.
Konsumpcja w Polsce była niższa o 3 proc. w porównaniu z 2019 r., a stopa inwestycji w gospodarce narodowej obniżyła się do 16,7 proc., osiągając tym samym najniższą wartość spośród wszystkich 11 państw Unii Europejskiej położonych w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla porównania, stopa inwestycji w Czechach przekraczała w 2020 r. 25 proc. PKB, a na Węgrzech 27 proc. Stopę inwestycji powyżej 20 proc. PKB odnotowano także w Estonii, Chorwacji, Litwie, Łotwie i Rumunii.
Jednocześnie, w Polsce bez pracy pozostawało w 2020 r. średnio 3,2 proc. ludności aktywnej zawodowo. Oznacza to, że Polska miała drugą po Czechach, najniższą stopę bezrobocia w Unii Europejskiej. W województwie wielkopolskim odnotowano wręcz najniższą stopę bezrobocia (1,8 proc.) spośród wszystkich 229 regionów Unii Europejskiej, dla których były dostępne dane.
Polska zaliczała się więc do tych państw Unii Europejskiej, w których kryzys gospodarczy miał relatywnie łagodny przebieg, o czym świadczy stosunkowo niewielki spadek PKB, a także utrzymanie niskiej stopy bezrobocia i realny, choć nikły, wzrost przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Wpływ na łagodny przebieg kryzysu w Polsce miało udzielenie przez państwo wsparcia finansowego dla tych przedsiębiorców i pracowników, których sytuacja znacząco pogorszyła się w związku z wprowadzeniem obostrzeń dotyczących swobody przemieszczania się i kontaktów społecznych, a także czasowym wstrzymaniem lub ograniczeniem działalności niektórych branż w gospodarce.
Wsparciem okazała się także duża konkurencyjność cenowa polskiego przemysłu, pozwalająca na utrzymanie eksportu na poziomie sprzed epidemii, mimo że główni importerzy towarów z Polski doświadczyli znaczącego ograniczenia konsumpcji w swoich krajach.
NIK uważa, że konsekwencją wsparcia państwa dla sektora prywatnego w przeciwdziałaniu skutkom epidemii była właśnie głęboka nierównowaga finansów publicznych. Deficyt budżetu państwa wyniósł 85 mld zł, a deficyt całego sektora instytucji rządowych i samorządowych przekroczył 161 mld zł. Tak wysoka nierównowaga finansów publicznych spowodowała znaczący wzrost długu publicznego. Dług ten, obliczony zgodnie z metodologią Unii Europejskiej, wzrósł w 2020 r. aż o 290 mld zł, do 1336 mld zł! (dług Skarbu Państwa jest jednym ze składników długu publicznego). W przeszłości, zwiększenie długu publicznego o podobną wartość, jak w jednym tylko 2020 roku, trwało prawie dziesięć lat.
Mimo wszystko, Polska mogła sobie pozwolić na wsparcie sektora prywatnego środkami publicznymi bez ryzyka obniżenia swojej wiarygodności kredytowej. Dług publiczny, który zgodnie z metodologią unijną wzrósł z 45,6 proc. wartości produktu krajowego brutto na koniec 2019 r. do 57,5 proc. na koniec 2020, był wciąż stosunkowo niski w porównaniu z długiem publicznym innych państw Unii Europejskiej. Łączna wartość długu publicznego w 27 państwach Unii Europejskiej wyniosła bowiem prawie 91 proc. ich łącznego PKB.
Ta głęboka nierównowaga finansowa państwa w 2020 r., widoczna w danych sporządzonych według metodologii unijnej, nie była w takim samym stopniu widoczna w statystykach w ujęciu krajowym. Przyczyniło się do tego to, że duże operacje finansowe prowadzące do wzrostu długu publicznego, były planowane i dokonywane z pominięciem budżetu państwa.
Do tych operacji należało zwłaszcza przekazanie w 2020 r. różnym podmiotom obligacji skarbowych i udzielanie pożyczek zamiast dotacji (które zwiększyłyby wydatki i deficyt budżetu państwa). Takie operacje są oczywiście dopuszczone przepisami prawa – tyle, że Najwyższa Izba Kontroli wskazuje, iż stosując te rozwiązania można wykazać w budżecie państwa dowolny wynik, przez co ten budżet przestaje mieć istotne znaczenie dla oceny sytuacji finansowej państwa.
Niektóre machinacje finansowe powodujące przyrost zobowiązań państwa nie zwiększały wartości państwowego długu publicznego obliczanego zgodnie z metodologią krajową. Były one natomiast wykazywane w statystyce długu publicznego obliczonego zgodnie z metodologią Unii Europejskiej. Jako przykład NIK podaje emisję obligacji Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. i Banku Gospodarstwa Krajowego na rzecz Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 o łącznej wartości ponad 166 mld zł, których spłata i obsługa jest gwarantowana przez Skarb Państwa.
Te operacje wzbudziły zastrzeżenia NIK. „Zasadne jest przywrócenie budżetowi państwa odpowiedniej rangi związanej z jego szczególnym charakterem oraz centralną pozycją w systemie finansów publicznych. W tym celu należy dążyć do tego, aby operacje dokonywane w sektorze rządowym, mające wpływ na zmianę wysokości długu Skarbu Państwa były, co do zasady, ujmowane w dochodach i wydatkach budżetu państwa oraz budżetu środków europejskich. Dzięki temu wielkości łącznej nadwyżki lub deficytu obu budżetów wpływałyby na zmianę wartości długu publicznego, z uwzględnieniem autonomicznej pozycji samorządu terytorialnego i państwowych osób prawnych, których udział w długu publicznym jest jednak niewspółmiernie niższy od udziału Skarbu Państwa” – oświadcza Najwyższa Izba Kontroli.
Z kolei poprawie przejrzystości finansów publicznych służyłoby odstąpienie od wykazywania dochodów, wydatków, deficytu i długu publicznego w dwóch różnych ujęciach – według metodologii krajowej i unijnej. Ponieważ niektóre operacje, istotne dla rzetelnej oceny sytuacji finansowej państwa, są wykazywane obecnie tylko w ujęciu unijnym, to zasadne byłoby dostosowanie metodologii krajowej do tego ujęcia – uważa NIK, która podkreśla, że obecnie metodologia unijna jest wykorzystywana nie tylko dla potrzeb statystyki Unii Europejskiej, ale także dla potrzeb krajowego zarządzania finansami publicznymi i prowadzenia polityki rozwoju (Wieloletni Plan Finansowy Państwa, Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). Dlatego jak najbardziej pożądane byłoby podjęcie działań zmierzających do ujednolicenia obliczania długu publicznego.
Powstaje także potrzeba zmiany charakteru limitu długu publicznego określonego w Konstytucji RP. Utrzymywanie tego limitu w obecnej sytuacji, w której stosuje się rozwiązania umożliwiające pomijanie niektórych zobowiązań w państwowym długu publicznym, stwarza pozory, że konstytucyjne ograniczenie nadal funkcjonuje – gdy w rzeczywistości rząd PiS się nim nie przejmuje. Przyjęcie metodologii unijnej przy obliczaniu wartości państwowego długu publicznego doprowadziłoby do sytuacji, w której konstytucyjny limit wartości tego długu stanowiłby realne, a nie pozorne ograniczenie dla jego wzrostu.
NIK stwierdziła również nadużywanie w 2020 r. możliwości ujmowania w budżecie państwa tzw. wydatków niewygasających. Wydatki te powinny służyć finansowaniu zadań, których proces realizacji zainicjowano w danym roku budżetowym ale ich zakończenie ma nastąpić w roku następnym. Ponieważ rozwiązanie to stanowi odstępstwo od zasady roczności budżetu państwa, powinno mieć incydentalny charakter. Tymczasem w 2020 r. zaplanowano wydatki niewygasające w kwocie bliskiej 12 mld zł, służące przede wszystkim sfinansowaniu zadań realizowanych w roku następnym. Jednocześnie ustalono termin realizacji tych wydatków do końca listopada 2021 r. W rezultacie przez większą część 2021 roku wykonywane są dwa budżety – na rok 2020 i na rok 2021, co nie sprzyja przejrzystości finansów publicznych.
Innym niż wydatki niewygasające, sposobem finansowania z budżetu państwa na rok 2020 zadań przewidzianych do realizacji w 2021 r. było przekazanie środków na rachunki funduszy celowych i funduszy w Banku Gospodarstwa Krajowego. „Te rozwiązania doprowadziły do zaburzenia obrazu sytuacji finansowej państwa w latach 2020 – 2021, jaką przedstawiają dane o wykonaniu budżetu państwa” – stwierdza NIK.
W opinii Izby, w sytuacji, w której potrzeby wydatkowe związane z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 były mniejsze niż wcześniej szacowano, a ponadto dużą część wydatków na przeciwdziałanie tym skutkom poniesiono z pominięciem budżetu państwa, nieuzasadnione było dążenie do wykorzystania pełnego limitu wydatków budżetowych. Zadania planowane do realizacji w roku następnym powinny zostać sfinansowane z budżetu państwa na rok 2021, a nie na 2020.
Przejrzystość finansów publicznych zaburzają także, wprowadzane bez odpowiedniego vacatio legis,liczne zmiany w strukturze oraz kompetencjach członków Rady Ministrów i obsługujących ich urzędów. W 2020 r. premier wydał łącznie 27 rozporządzeń określających lub zmieniających szczegółowy zakres działania poszczególnych ministrów, w tym dokonujących zmian dysponenta lub urzędu go obsługującego, a Rada Ministrów wydała łącznie 18 rozporządzeń dotyczących odpowiednio utworzenia, przekształcenia lub zniesienia ministerstw. Jak widać, rząd PIS zajmował się w dużej mierze sobą.
W wyniku tych zmian 23 części budżetu zmieniły swojego dysponenta, w tym cztery dwukrotnie. Konsekwencją tego była konieczność wprowadzenia szeregu zmian w zakresie działalności finansowej i organizacyjnej tych jednostek oraz odpowiedniego przekazania ich majątku.
Generalnie, zdaniem NIK budżet państwa został wykonany zgodnie z ustawą budżetową na rok 2020. Tyle, że ustawa ta nie obejmowała wielu istotnych operacji finansowych związanych z realizacją zadań państwa i mających wpływ na wzrost długu Skarbu Państwa.

Jedynym pomysłem było strzelanie

Eksterminacja nie pomogła. Klęska w walce z afrykańskim pomorem dzików to kolejny przykład nieudolności i niedbalstwa PiS-owskiej władzy.
Po kilkunastu miesiącach obowiązywania specjalnej ustawy o zwalczaniu afrykańskiego pomoru świń i dzików (ASF), widać, że poniosła ona spektakularną klęskę. „Skuteczność” rządu „zjednoczonej prawicy” jest tu porażająca. Jeszcze w 2019 r. w Polsce zarejestrowano 48 ognisk ASF u świń i 2477 przypadków u dzików, ale w 2020 r. już 103 ogniska u świń i 3934 przypadki u dzików.
W sumie, liczba przypadków afrykańskiego pomoru w Polsce to ponad 10 000 z 27 000 stwierdzonych w całej Unii Europejskiej. Jesteśmy tu w ścisłej ponurej czołówce, tak jak i pod względem liczby zgonów na koronawirusa.
Ognisko choroby afrykańskiej u świń zależy od wielkości gospodarstwa i może obejmować od kilku do nawet kilkunastu tysięcy zwierząt. Tak było w przypadku pierwszego stwierdzonego w tym roku ogniska ASF – w województwie lubuskim ognisko choroby pojawiło się w gospodarstwie liczącym niemal 16 tysięcy świń. Dla zwierząt stwierdzenie wirusa oznacza zabicie całego stada, dla hodowców – olbrzymie straty finansowe.
Jak widać, w czasie rządów PiS, afrykański pomór świń i dzików objął terytorium całego naszego kraju i sięgnął pod zachodnią granicę Polski. Niemcy wysokie płoty grodzą, chcąc chronić się przed nadciągającą zza Odry zarazą, ale nie wiadomo, czy ich działania okażą się należycie skuteczne.
Mamy więc w Polsce i stale rosnącą liczbę przypadków wirusa ASF, i ogromny już zasięg terytorialny tej choroby: początkowo dotyczył on naszej ściany wschodniej, obecnie wirus występuje także na Mazowszu, Warmii i Mazurach, Pomorzu oraz w województwach lubuskim i wielkopolskim, skąd przedostaje się także do Niemiec. – Już w 2018 roku Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że program bioasekuracji stworzony w ramach walki z ASF jest nieprzygotowany i nierzetelnie realizowany – mówi pos. Małgorzata Tracz z klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej, obecna przewodnicząca Partii Zieloni.
Okazało się, że aż 74 proc. skontrolowanych gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń przeciwko rozprzestrzenianiu się tej choroby. Zamiast wyciągnąć wnioski z raportu NIK i skupić się na uszczelnieniu kwestii sanitarnych, władze zdecydowały się na eksterminację dzików. Choć na szczęście okazała się ona mało konsekwentna, to jednak i tak jeszcze bardziej pogłębiła problem ASF.
Organizacje pozarządowe i media wielokrotnie zwracały uwagę, że masowe odstrzały dzików nie były prowadzone z przestrzeganiem zasad bioasekuracji. Podkreślano między innymi: brak odzieży ochronnej, przenoszenie krwi (nośnika wirusa) na butach myśliwych i oponach ich samochodów, rozwłóczenie martwych dzików przez psy czy niewłaściwe zabezpieczenie transportowanych zwłok. Wszystko to sprzyjało rozwojowi afrykańskiego pomoru w Polsce.
Dziś występuje rażąca dysproporcja środków przyznanych na bezpośrednie i pośrednie metody zwalczania tej choroby. W 2021 r. przeznaczono aż 72 mln zł na odstrzał, wciąż niekiedy bezsensownie uważany za sposób na zwalczenie ASF i kontynuowany siłą rozpędu. Natomiast tylko 3,3 mln zł zaplanowano na poszukiwanie i utylizację padłych dzików).
Główne wady fatalnej PiS-owskiej spec-ustawy o zwalczaniu ASF to promowanie i wspieranie finansowe odstrzału sanitarnego jako głównego narzędzia zwalczania wirusa, iluzoryczność regulacji dotyczących kontroli bioasekuracji podczas polowań i odstrzałów sanitarnych, brak wyraźnego zdefiniowania odstrzału sanitarnego oraz zasad jego prowadzenia, co stwarza pole do nadużyć powodujących rozprzestrzenianie się wirusa (np. polowanie na inne zwierzęta pod pretekstem odstrzału sanitarnego dzików, sankcje karne za utrudnianie przebiegu polowań przez aktywistów.
Do Sejmu trafił niedawno poselski projekt ustawy mającej naprawić skutki specustawy o ASF, przygotowany i złożony przez pos. Małgorzatę Tracz i pos. Dorotę Niedzielę z Platformy Obywatelskiej. W napisaniu projektu pomogła Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Koalicja Niech Żyją!.
Ustawa proponuje wprowadzenie definicji odstrzału sanitarnego, która dokładnie określałaby obszar, na którym może być on prowadzony i wymogi jego zgłaszania oraz wprowadzała zakaz jednoczesnego polowania na inne zwierzęta. Nieprzestrzeganie zasad bioasekuracji w trakcie polowania lub odstrzału sanitarnego byłoby traktowane jako przestępstwo. Ponadto wymagane byłyby kontrole polowań i odstrzałów pod kątem bioasekuracji.
Ustawa przewiduje też całkowity zakaz dokarmiania i nęcenia zwierzyny, za wyjątkiem drastycznego niedoboru żeru naturalnego w zimie, a także wprowadzenie obowiązkowych elektronicznych książek polowań. – Celem tego projektu jest zapewnienie rzeczywistych a nie pozornych środków walki z ASF. Wiemy już, że polityka zwalczania ASF prowadzona w myśl reguły „wybić dziki – to rozwiąże problemy rolników” jest całkowicie chybiona. Ognisk przybyło, kolejne zwierzęta są zabijane – cierpi na tym przyroda i rolnictwo. Kluczem do naprawienia tej sytuacji jest określenie jasnych zasad, na jakich zwalczanie wirusa ma być prowadzone – mówi Tomasz Zdrojewski z koalicji Niech Żyją!
Jak wskazuje pos. Małgorzata Tracz, państwo polskie poniosło klęskę w walce z rozprzestrzenianiem się wirusa ASF i dąży do kolejnej przy okazji ptasiej grypy. Można jednak wypracować skuteczne, oparte na wiedzy naukowej, a nie na populizmie, narzędzia radzenia sobie z tymi chorobami.
Wspomniana ptasia grypa ma już wymiar epidemii w Euroazji i Afryce, zaś w Polsce tylko w 2021 roku wykryto 327 jej ognisk. Ptasia grypa jest śmiertelnie niebezpieczna dla dzikich ptaków, a pewne jej odmiany również dla ludzi. Naukowcy już dzisiaj alarmują, że wirus ptasiej grypy ma potencjał pandemiczny.
Na razie nie ma jednak szans, by w Polsce zaczęto myśleć o sposobach zapobiegania ptasiej grypie. Szkoda w postaci ludzkiej śmierci spowodowanej tą chorobą jeszcze u nas nie wystąpiła, a przecież Polak jest mądry – jeżeli w ogóle – dopiero po szkodzie.

Może będzie bezpieczniej ale i drożej

Zapewne zwiększy się ochrona kupujących – lecz nowe przepisy mogą sprawić, iż mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne, a formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą.
Nowa ustawa deweloperska – czyli mówiąc dokładniej, ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym – została już przyjęta przez Sejm z niektórymi poprawkami Senatu i czeka na podpis prezydenta. Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przygotował jej projekt, ma ona wzmocnić ochronę osób kupujących nowe domy i mieszkania (czyli na rynku pierwotnym).
Może i wzmocni, ale najprawdopodobniej sprawi również, że mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne dla wielu rodzin, a wszystkie formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą. Przy okazji, do ustawy deweloperskiej rząd wmontował też przepisy, które mogą pomóc w zasileniu trzeszczącego w szwach budżetu, pieniędzmi przeznaczonymi na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. Co oczywiście nie byłoby z pożytkiem dla budownictwa.
Elementem wzmacniającym ochronę kupujących będzie nowy fundusz – właśnie wymieniony w tytule ustawy Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – w połączeniu ze zmianą roli mieszkaniowych rachunków powierniczych.
Rachunki te istnieją już od dawna. Deweloperzy muszą gromadzić na nich wpłaty klientów. Mieszkaniowe rachunki powiernicze mogą być zamknięte lub otwarte. W pierwszym przypadku bank wypłaca przedsiębiorcy pieniądze z rachunku dopiero po przeniesieniu własności mieszkania lub domu na nabywcę. Na rynku dominują jednak (w ok. 90 proc.) otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze, czyli takie z których środki trafiają do dewelopera stopniowo, zgodnie z harmonogramem prac na budowie.
Deweloperzy starają się narzucać klientom otwarte rachunki powiernicze, bo to jest wygodniejsze i bezpieczniejsze dla firm budujących i sprzedających mieszkania. Dla klientów oznacza jednak realne ryzyko straty w sytuacji, gdy firma przerwie budowę lub upadnie, a bank przekazał jej już środki z rachunku powierniczego, wpłacone wcześniej na ten rachunek przez klientów.
Nowa ustawa przewiduje, że nadal będą istnieć zamknięte i otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze. Jednakże, wedle jej przepisów, w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego ostatnia transza płatności do dewelopera nastąpi dopiero po przeniesieniu przez dewelopera własności lokalu mieszkalnego na klienta na podstawie zawartego aktu notarialnego.
Zabezpieczeniem dla środków nabywcy zgromadzonych na rachunkach powierniczych stanie się nowa instytucja, czyli wspomniany Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Deweloperzy będą odprowadzać na niego część wpłat klientów dokonywanych na mieszkaniowe rachunki powiernicze.
Wysokość stawek procentowych, według których deweloper samodzielnie obliczy, jaką część wpłat klientów powinien przeznaczyć na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będzie ustalać w rozporządzeniu minister właściwy do spraw budownictwa (czyli obecnie to Minister Rozwoju, Pracy i Technologii). Przepisy nowej ustawy deweloperskiej przewidują, że składka może wynieść maksymalnie do 1 proc. w przypadku otwartych mieszkaniowych rachunków powierniczych i zaledwie do 0,1 proc. w przypadku zamkniętych rachunków, stwarzających skuteczniejszą ochronę dla nabywców mieszkań. O tyle też zmniejszą się kwoty wpłacane na te rachunki.
Tak więc, wraz ze wzrostem kwot na mieszkaniowych rachunkach powierniczych, rosnąć też będzie Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Ten 0,1 proc., albo najwyżej 1 proc. to sumy zupełnie marginalne, niemal niezauważalne w jakichkolwiek bilansach. Tym niemniej środowisko deweloperów i ich lobbystów zaczęło narzekać, jaki to kłopot i jak znacząco mogą podrożeć z tego powodu nowe mieszkania. To do złudzenia przypomina biadolenia banków komercyjnych, gdy muszą one zwiększyć kapitały rezerwowe – jakby te kapitały gromadzono z prywatnych pieniędzy bankierów, a nie ze środków klientów banków. Wzrost cen mieszkań trzeba jednak poważnie brać pod uwagę, bo deweloperzy nie przepuszczą żadnego pretekstu, aby głębiej sięgnąć w portfele swoich klientów.
Z Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego będą także wypłacane pieniądze w przypadku upadłości dewelopera lub upadłości banku (powyżej kwoty chronionej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny).
Upadłość banku, który prowadzi mieszkaniowe rachunki powiernicze, choć jest potencjalną rzadkością, może być zagrożeniem dla nabywcy mieszkania. Kwoty do 100 tys. euro są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale mieszkania bywają droższe. Poza tym limit gwarancji BFG dotyczy łącznie wszystkich pieniędzy klienta w danym banku, także zgromadzonych na koncie osobistym czy lokatach. W związku z tym nawet w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego klient dewelopera może nie odzyskać całej sumy – i wtedy do akcji powinien wejść Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.
Pieniądze z DFG będą też uruchamiane w przypadkach odstąpienia klienta od umowy w sytuacjach wskazanych w ustawie. Chodzi tu zwłaszcza o nie przeniesienie przez dewelopera na klienta własności lokalu w terminie określonym w umowie deweloperskiej, a także nieusunięcia przez dewelopera wady istotnej, którą uznał w protokole odbioru albo została ona potwierdzona przez rzeczoznawcę budowlanego. Czyli, chodzi generalnie o ochronę przed nieuczciwością deweloperów.
Ustawa deweloperska nie jest czymś nowym w polskim porządku prawnym. Po raz pierwszy problemem poprawy ochrony nabywców mieszkań zajęto się za czasów rządów Platformy Obywatelskiej (czym innym były wcześniejsze akty prawne, na mocy których Skarb Państwa mógł poręczać niektóre kredyty mieszkaniowe), kiedy to w 2011 r. przyjęto obecnie obowiązującą ustawę o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Rząd PiS chciał mieć jednak nowe, już własne – i oczywiście prezentowane jako lepsze – przepisy w tej dziedzinie, żeby móc się chwalić bardziej efektownym dorobkiem. – Dotychczasowe przepisy nie zapewniały klientom deweloperów odpowiedniej ochrony prawnej, a także finansowej. Nowa ustawa doprowadzi do tego, że polskie rodziny decydujące się na zakup mieszkania lub domu od dewelopera nie będą musiały obawiać się utraty powierzanych przedsiębiorcy pieniędzy. Temu służy także utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, z którego w kryzysowych sytuacjach, takich jak upadłość firmy deweloperskiej lub banku, nabywcy mieszkań otrzymają zwrot wpłaconych środków – twierdzi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Wszystko to jest jednak pieśnią odległej przyszłości, bo prezydent jeszcze nie podpisał ustawy deweloperskiej, a większość jej zapisów zacznie obowiązywać dopiero po dwunastu miesiącach od daty ogłoszenia ustawy.
Ustawa obejmuje też kwestię umów rezerwacyjnych. W dotychczasowej ustawie nie były one uregulowane. Umowa rezerwacyjna to forma gwarancji, że po dokonaniu ustalonej opłaty deweloper przez określony czas nie sprzeda nikomu innemu mieszkania przez nas wybranego.
Zgodnie z nową ustawą opłata rezerwacyjna nie będzie mogła przekraczać 1 proc. ceny nieruchomości. W przypadku kupna mieszkania, kwota ta zostanie zaliczona na poczet ceny mieszkania i trafi na mieszkaniowy rachunek powierniczy. Jeśli bank nie udzieli klientowi kredytu, to odzyska on wpłacone pieniądze. Gdyby natomiast deweloper w trakcie rezerwacji zawarł z inną osobą umowę dotyczącą zarezerwowanego lokalu, to będzie musiał zwrócić rezerwującemu wpłaconą przez niego opłatę rezerwacyjną w podwójnej wysokości – czyli tak jak w przypadku zadatku. Ale jeśli klient się rozmyśli, wówczas straci wpłaconą deweloperowi sumę.
Obecnie nabywca nie może zrezygnować z zakupu mieszkania lub domu, gdy ma on wady istotne, czyli takie, które czynią go bezwartościowym lub niezdatnym do zwykłego użytku. . Nowe przepisy dają nabywcy skuteczniejszy instrument dochodzenia swoich roszczeń w takiej sytuacji. Jeżeli deweloper uznał wadę istotną w protokole odbioru, a następnie nie usunął jej, to nabywca będzie mógł odstąpić od umowy i odzyskać kasę. Jeżeli jednak deweloper w trakcie odbioru nie uzna wady istotnej, nabywca może wystąpić do rzeczoznawcy budowlanego o opinię. W przypadku, gdy taka opinia potwierdzi istnienie wady istotnej, nabywca także będzie mógł skorzystać z prawa odstąpienia od umowy.
Nowa ustawa swoim zakresem obejmuje wszystkie umowy zawierane pomiędzy deweloperem a nabywcą, także te w których deweloper dopiero zobowiązuje się do wybudowania lokalu mieszkalnego (domu), ustanowienia jego własności lub przeniesienia tego prawa na nabywcę. Do tych umów zastosowanie znajdą wszystkie przepisy ustawy – a zatem deweloper będzie musiał założyć mieszkaniowy rachunek powierniczy, odprowadzić składki na DFG, zawrzeć umowę w formie aktu notarialnego, a roszczenia nabywcy zostaną wpisane do księgi wieczystej.
Taki sam zakres regulacji będzie stosowany do umów dotyczących lokali użytkowych, np. garaży, jeżeli będą zawierane łącznie z umową deweloperską. Jeżeli jednak deweloper zdecyduje, że w odniesieniu do lokali gotowych będzie zawierał klasyczne umowy sprzedaży (na podstawie tej umowy nabywca staje się właścicielem nieruchomości) to jego obowiązki ograniczone będą tylko do przekazania nabywcy określonych informacji przed zawarciem umowy oraz dokonania odbioru. Deweloper nie będzie musiał wtedy zakładać rachunku powierniczego, ani odprowadzać składek na DFG. Zresztą, analogiczne zasady będą obowiązywały przedsiębiorcę innego niż deweloper, który sprzedawałby nabywcom nowe mieszkania.
W przypadku gdy na nieruchomości, na której powstaje budynek ustanowiona została hipoteka na rzecz banku kredytującego dewelopera, deweloper będzie miał obowiązek uzyskać zgodę tego banku na to, aby klient po wpłaceniu pełnej ceny dostał mieszkanie z czystą hipoteką. Zgoda ta będzie załącznikiem do umowy deweloperskiej. Teraz taka zgoda nie jest obowiązkowa, więc w przypadku upadłości dewelopera kredytujący go bank zabiera pieniądze z hipoteki. Wedle nowych przepisów nabywca otrzyma mieszkanie bez obciążeń hipotecznych albo uzyska pierwszeństwo w zaspokojeniu swoich roszczeń. Jeśli deweloper nie będzie miał na to zgody banku, to pomimo istnienia obciążenia hipotecznego, klient może odstąpić od umowy, a sam deweloper będzie mógł zostać ukarany grzywną.
Przy tych, generalnie korzystnych dla nabywców mieszkań przepisach, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał uszczknąć trochę kasy na swe wydatki nie związane z budowaniem mieszkań.
Nowa ustawa deweloperska ma generalnie wejść w życie po upływie 12 miesięcy od dnia ogłoszenia, ale niektóre przepisy zaczną obowiązywać wcześniej. Chodzi tu między innymi o art 46, który zacznie obowiązywać po 30 dniach. Artykuł ten precyzuje, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, zwany dalej „Funduszem”, stanowi wyodrębniony rachunek w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym.
Wśród licznych celów, na jakie będzie można wydatkować środki Funduszu, jest też zapis, mówiący, że ze środków Funduszu pokrywa się również „wydatki związane z nabyciem rzeczowych składników majątku oraz wartości niematerialnych i prawnych, które będą wykorzystywane przy realizacji zadań Funduszu”. To zdanie jest zaś na tyle pojemne i mało precyzyjne, że stwarza pole do wydawania pieniędzy potencjalnych nabywców mieszkań, na cele niekoniecznie bezpośrednio związane z budowaniem i sprzedawaniem tychże mieszkań.

Gospodarka 48 godzin

Rekordowa polska inflacja
Za sprawą rządu Prawa i Sprawiedliwości coraz szybciej tracimy własne pieniądze. Mamy największą inflację w całej Unii Europejskiej. Ciągły wzrost cen w Polsce zjada nasze oszczędności, rujnuje siłę nabywczą zarobków, obniża nasz poziom życia. To wynik świadomych działań rządu PiS wymierzonych w dobro mieszkańców Polski. Jak podaje Eurostat (urząd statystyczny Unii Europejskiej) w marcu tego roku Polska zanotowała najwyższą stopę inflacji w całej Unii Europejskiej – aż 4,4 proc. O tyle wzrosły w naszym kraju ceny w porównaniu z marcem 2020 r. Drożeją zwłaszcza artykuły i usługi podstawowego użytku, co sprawia, że wzrost cen jest szczególnie mocno odczuwany przez uboższe gospodarstwa domowe w Polsce. Charakterystyczne, że drugie miejsce pod względem wysokości inflacji zajmują za Polską Węgry (3,9 proc.) – także rządzone w sposób autorytarny. Jak widać, quasi dyktatury nie sprzyjają poprawie poziomu życia mieszkańców. Średnia stopa inflacji w marcu 2021 r. dla całej Unii Europejskiej wyniosła tylko 1,3 proc.

Partyjny Trybunał
„Trybunał Konstytucyjny przyjmując do rozpatrzenia wniosek posłów Prawa i Sprawiedliwości, uznał, że ustawa o Rzeczniku Praw Obywatelskich z 15 lipca 1987 r jest niezgodna z Konstytucją. W związku z tym absurdalnym wnioskiem, zdaniem Trybunału Konstytucyjnego, wykonywanie obowiązków prof. dr hab. Adama Bodnara po zakończeniu kadencji jest nieuprawomocnione. Stanowczo sprzeciwiamy się takiemu orzeczeniu. Przez 33 lata ta ustawa nie była przeszkodą, by poprzedni Rzecznicy, po zakończeniu kadencji, wykonywali swe obowiązki do czasu objęcia stanowiska przez nowego Rzecznika” – stwierdza w swoim oświadczeniu Stowarzyszenie Dziennikarzy RP. W związku z tym Stowarzyszenie protestuje przeciwko politycznemu zamachowi na instytucję Rzecznika Praw Obywatelskich – i zwraca uwagę, że nie będzie praw obywatelskich – gwarantowanych Konstytucją (art. 5) – jeśli nie zagwarantuje się nieprzerwanej działalności RPO. Pozbawianie obywateli niezależnego Rzecznika Praw Obywatelskich jest czynem karygodnym. Jak zauważa SDRP, TK tym politycznym wyrokiem zignorował Konstytucję, przepisy prawa i standardy międzynarodowe, a także ustawę o Rzeczniku Praw Obywatelskich. Nie po raz pierwszy zresztą Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej udowodnił, że orzeka na partyjne zamówienie. W Polsce stało się już oczywiste, że o zgodności ustawy z Konstytucją TK decyduje wedle oczekiwań prominentów partii rządzącej. SDRP stwierdza więc, że wyrok TK jest przyzwoleniem na zawłaszczenie przez PiS ostatniego bastionu praworządności, jakim jest (na razie jeszcze) niezależny, niezawisły Rzecznik Praw Obywatelskich. Stowarzyszenie wyraża zatem sprzeciw – i podkreśla, że prof. Adam Bodnar w czasie ponad pięcioletniej kadencji zasłużył na najwyższą ocenę za standardy, za konsekwencję, bezstronność i niezależność, pomoc pokrzywdzonym przez władze, policję czy urzędy. Zaskarbił sobie wdzięczność wielu tysięcy obywateli – i być może właśnie dlatego obecna władza uznała go za swojego wroga.

Zawód farmaceuty został uregulowany

Będzie co nowelizować. Kontrowersyjna ustawa farmaceutyczna ma i zapisy słuszne, i pozbawione sensu.
Parlament zakończył prace nad ustawą o zawodzie farmaceuty. Dokument czeka tylko na podpis prezydenta. W finale prac Sejm odrzucił poprawkę, która dopuszczała możliwość wykonywania szczepień ochronnych przez farmaceutów. Posłowie nie zgodzili się także na wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej farmaceutów z tytułu ewentualnych szkód będących następstwem świadczenia usług farmaceutycznych.
Obie te decyzje są dość racjonalne. Niestety, pseudoideologiczna aberracja PiS-owskiej większości w Sejmie dała o sobie znać przy odrzuceniu rozumnej poprawki Senatu, mówiącej, że farmaceuci nie mogą odmówić wydania produktu leczniczego czy wyrobu medycznego potrzebnego do stosowania w antykoncepcji oraz dla regulacji poczęć.
Teraz rozmaici niezrównoważeni psychicznie osobnicy, którzy niestety są i wśród farmaceutów, będą mogli realizować swe obsesje poprzez odmowę sprzedawania środków antykoncepcyjnych (jak wiadomo sfera kobiecej seksualności budzi szczególne, niezdrowe zainteresowanie zboczonej grupki, realizowane pod pretekstem rzekomej „klauzuli sumienia”). To kolejny przejaw antykobiecej manii PiS-owskich prominentów – i uzasadniony powód do protestów organizacji kobiecych.
Przy okazji warto zauważyć, że mamy od lat organizację pod nazwą Liga Kobiet Polskich, wyróżniającą się całkowitą nieobecnością w ważnych kobiecych sprawach. Najnowsza „aktualność” na stronie internetowej Ligi Kobiet Polskich jest z października 2019 r. i dotyczy krajowych eliminacji do festiwalu „Anna German” w rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury pod patronatem europosła PiS Ryszarda Czarneckiego.
W ustawie o zawodzie farmaceuty znalazły się także zapisy, które wywołały, znacznie mniej uzasadnione, protesty dużych firm prowadzących sieci aptek.
Ich szefom nie podobają się zwłaszcza przepisy umożliwiające cofnięcie zezwolenia na prowadzenie apteki na skutek naruszenia niezależności farmaceuty oraz zamknięcie na trzy miesiące apteki lub hurtowni farmaceutycznej w przypadku uniemożliwienia wykonywania zadań kierownikowi apteki lub hurtowni. – Właściciele aptek zamiast skupiać się na rozwoju świadczonych usług farmaceutycznych będą musieli poświęcać środki organizacyjne i finansowe na prowadzenie postępowań administracyjnych, prowadzonych na skutek kwestionowania działań przeprowadzonych zgodnie z prawem – uważa Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, nie wyjaśniając, dlaczego ktoś miałby kwestionować działania zgodne z prawem.
Okazuje się, że zdaniem potentatów rządzących rynkiem aptecznym w Polsce, „trywialne konflikty personalne farmaceuty z przedsiębiorcą mogą zostać zinterpretowane jako zamach na niezależność farmaceuty, w konsekwencji doprowadzając do zamknięcia apteki i likwidacji miejsc pracy”. Uważa tak na przykład Piotr Paśniewski, prezes zarządu Grupy Nowa Farmacja. Może w tej sytuacji dobrze by było, aby przedsiębiorcy prowadzący sieci apteczne nie prowokowali konfliktów personalnych z farmaceutami, którzy w takim sporze zwykle są słabszą stroną?
Przedsiębiorcy apteczni rysują dość apokaliptyczny obraz polskich aptek po wejściu w życie ustawy o zawodzie farmaceuty. Ich zdaniem, konsekwencją przyjęcia wspomnianych zapisów w ustawie będą „osobiste dramaty” właścicieli aptek i ich pracowników, oraz ograniczenie dostępności leków dla pacjentów, niebezpieczne szczególnie w dobie pandemii. – Ponadto długotrwałe procesy sądowe doprowadzą w wielu przypadkach do bankructw a w rezultacie do problemów z szerokim dostępem do leków w czasie epidemii COVID-19 i po jej ustaniu. Dziś apteki robią wszystko, żeby zapewnić sprawne i bezpieczne funkcjonowanie oraz nieutrudniony dostęp do leków dla pacjentów. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy jest sytuacja, w której właściciel apteki i pracujący tam farmaceuci będą musieli się zastanawiać czy ich placówka zostanie zamknięta – dodaje prezes Piotr Paśniewski.
Z niewiadomych powodów pan prezes nie chce zauważyć, że to właśnie od zachowania szefów grup aptecznych będzie zależeć, czy wystąpią przesłanki do zastosowania przepisów pozwalających na cofanie zezwolenia na prowadzenie apteki albo trzymiesięczne zamykanie apteki bądź hurtowni farmaceutycznych.
Właścicielom sieci aptecznych w Polsce nie podoba się także i to, że niedawno Ministerstwo Zdrowia podpisało z samorządem aptekarskim dokument pod nazwą „Strategia na rzecz rozwoju aptek”. Zarzucają oni, że tak istotny dokument jak strategia był negocjowany i podpisywany przez Ministerstwo Zdrowia z tylko jedną, określoną częścią rynku, co budzi kontrowersje. Wydaje się jednak, że samorząd aptekarski trudno uznać za „tylko jedną, określoną część rynku”, gdyż działa on przecież na całym polskim rynku aptecznym.
A poza tym, można uspokoić przedsiębiorców aptecznych, żeby nie przejmowali się wspomnianą „strategią na rzecz rozwoju apek”, gdyż w rządzie premiera Mateusza Morawieckiego jakakolwiek strategia branżowa jest pozbawiona wszelkiego znaczenia. Wiadomo przecież, że i tak nie będzie realizowana.
Duzi przedsiębiorcy apteczni oświadczają także: „Trudno oprzeć się wrażeniu, że pod pozorem walki o dobro pacjenta, korporacja aptekarska po raz kolejny podejmuje działania mające na celu walkę z konkurentami, a docelowo także całkowitego wyeliminowania ich z rynku”. Jest to zaskakujące oświadczenie, bo samorząd aptekarski (zwany przez przedsiębiorców korporacją) nie jest przecież właścicielem sieci aptecznych, więc trudno mówić aby uczestniczył w walce konkurencyjnej.
Tym niemniej, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, w osobie wiceprezesa Marcina Nowackiego, głosi: „Przyznanie korporacji zawodowej zbyt daleko idących uprawnień i zamykanie rynku, rodzi ryzyko z punktu widzenia bezpieczeństwa lekowego pacjentów. Ten kierunek rozwoju rynku może bowiem paradoksalnie prowadzić do zwiększonej konsolidacji rynku, choćby w ramach sieci partnerskich budowanych przez hurtownie leków, które mogą wykorzystywać siłę negocjacyjną, wiążąc ze sobą pojedynczych aptekarzy”.
Wydaje się, ze w tej sytuacji przedsiębiorcy apteczni nie mają co biadolić. Niech więc biorą się do roboty – i konsolidują rynek apteczny.
Niestety, zamiast tego wolą narzekać, iż zapisy w projekcie ustawy o zawodzie farmaceuty, zamiast zgodnie z pierwotnymi celami stanowić kompleksową regulację dla tej grupy zawodowej, prowadzą raczej do przebudowywania rynku aptecznego w Polsce poprzez wyeliminowanie z niego poczucia bezpieczeństwa prawnego. I że są przez to „wysoce niebezpieczne” z uwagi na bezpieczeństwo lekowe pacjentów, a także ryzyko likwidacji miejsc pracy i ograniczenia wpływów budżetowych z podatków.
Przedsiębiorcy mogą tu mieć o tyle trochę racji, że przepisy są wykorzystywane niekiedy przez Głównego Inspektora Farmaceutycznego i Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne do bezpodstawnego utrudniania działalności firm aptecznych. Przykładem może być niedawno zakończony (3 grudnia bieżącego roku), trwający ponad trzy lata spór prawny, spowodowany bezpodstawną odmową wydania przedsiębiorcy zezwolenia na prowadzenie apteki przez Wojewódzkiego Inspektora Farmaceutycznego. Chodziło o względy formalne, nie mające żadnego znaczenia praktycznego.
Trzeba było dopiero zaangażowania się w sprawę Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców oraz postępowania przed sądem, aby uchylić bezprawne decyzje administracyjne organów nadzoru farmaceutycznego. Takie sytuacje nie są jednak spowodowane takim czy innym kształtem przepisami, lecz niską kulturą pracy urzędniczej w Polsce, nastawionej generalnie nie na pomaganie lecz na utrudnianie pracy innym. To szerszy problem naszego kraju: ktoś kto ma w Polsce jakiś fragment władzy nad kimś innym, musi mu oczywiście pokazywać, że może mu zaszkodzić.
Tyle, że akurat w przypadku bezpieczeństwa lekowego pacjentów oraz wysokości wpływów budżetowych, najwięcej zależy właśnie od zachowania szefów dużych przedsiębiorstw aptecznych w Polsce. Oni mają też znaczący, czy wręcz decydujący wpływ na bezpieczeństwo prawne farmaceutów zatrudnionych w aptekach.
Oczywiście, nie można się dziwić, że duże sieci apteczne występują przeciw wszelkim zapisom prawnym mogącym ograniczyć ich pełną swobodę działalności (by nie powiedzieć: samowolę). Trudno jednak to popierać.

Trybunał Konstytucyjny w roli marionetki rządzących

Firmy zażądają odszkodowań za bezprawny lockdown. Ponieważ Jarosław Kaczyński nakazał wybory w czasie pandemii, nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, ograniczającego wysokość tych odszkodowań. PiS uciekając przed odpowiedzialnością skierował więc do TK wniosek o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją, obowiązującego od lat przepisu kodeksu cywilnego umożliwiającego takie roszczenia.

W Trybunale Konstytucyjnym pojawiły się dwa wnioski dotyczące zbadania zgodności art. 417 kodeksu cywilnego z Konstytucją RP. Pierwszy wniosek, którego wnioskodawcą był premier, wpłynął 28 sierpnia 2020 r., drugi wniosek złożyła marszałek Sejmu 16 września 2020 r., a sprawy – ze względu na tożsamy przedmiot – połączono.
W założeniu wnioski te mają na celu uniemożliwić przedsiębiorcom dochodzenie odszkodowań za okres tzw. gospodarczego zamknięcia (lockdownu) – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Rozporządzenia, na mocy których dochodziło do zawieszania wolności działalności gospodarczej, mogą być niezgodne z art. 22, 31 ust. 3 i 92 ust. 1 Konstytucji RP. Zdaniem FOR, wniosek skierowany do Trybunału Konstytucyjnego to próba uniknięcia odpowiedzialności za popełniony przez rząd błąd, polegający na niewprowadzeniu stanu klęski żywiołowej.
Jak słusznie w swoim stanowisku z czerwca zaznaczył Rzecznik Praw Obywatelskich, rząd świadomie zrezygnował z wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Formalnym warunkiem dopuszczalności ograniczenia wolności i praw człowieka jest zapisanie ich w ustawie. Rozporządzenia to tylko akty wykonawcze o charakterze technicznym.
Kluczowy w sprawie pozostaje również fakt, iż upoważnienia ustawowe wynikające z ustawy o chorobach zakaźnych zezwalają jedynie na czasowe ograniczenie działalności gospodarczej, nie pozwalają zaś na przyjęcie zastosowanego w rozporządzeniach zakazywania prowadzenia działalności gospodarczej. Omawiane rozporządzenia wprowadziły nie tylko – co było dopuszczalne – ograniczenia określonych rodzajów działalności gospodarczej, ale też zakazy poszczególnych rodzajów działalności. W rezultacie nastąpiło wkroczenie w istotę wolności działalności gospodarczej.
Może więc dojść do prób dochodzenia odszkodowań przez poszkodowanych przedsiębiorców na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Nie ma bowiem możliwości wykorzystania ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia wolności i praw w czasie stanu nadzwyczajnego (bo nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej). Ustawa ta w założeniu ma na celu zapobiegać nieograniczonym roszczeniom odszkodowawczym. Stan nadzwyczajny ogranicza skalę odszkodowań.
Zgodnie z art. 2 ust. 2 tej ustawy, odszkodowania obejmują jedynie wyrównanie straty majątkowej, ale bez korzyści, które poszkodowany mógłby odnieść, gdyby szkoda nie powstała. Ustawa wyłącza również możliwość równoczesnego dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadziłoby do ograniczenia skali ewentualnych odszkodowań – których wysokość może być dziś wyższa, w związku z faktem dochodzenia swoich praw przez przedsiębiorców na podstawie kodeksu cywilnego.
W związku z pandemią doszło do wprowadzenia znaczących ograniczeń w zakresie prawa do prowadzenia działalności gospodarczej drogą rozporządzenia. Fakt ten pozostaje kluczowy dla podmiotów, które będą domagały się odszkodowań z tytułu poniesionych strat. Rozporządzeniem nie można bowiem ograniczać konstytucyjnych praw i wolności. Można tego dokonać w drodze ustawy (art. 31 ust. 3 Konstytucji RP). Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej naraża podatników na wyższe koszty odszkodowań za ograniczenie wolności gospodarcze.
Konkretne ograniczenia dotyczące zamrożenia określonych gałęzi gospodarki zapadały na podstawie rozporządzeń. W sposób oczywisty oznacza to ingerencję w prawa i wolności obywatelskie – co zgodnie z Konstytucją może nastąpić jedynie w drodze ustawy. Pojawiła się więc obawa leżąca u podstaw wniosków premiera oraz marszałek Sejmu skierowanych do Trybunału Konstytucyjnego.
Mając świadomość praw, które przysługują obywatelom w przypadku niewprowadzenia stanu klęski żywiołowej, premier oraz marszałek Sejmu skierowali do Trybunału Konstytucyjnego wnioski o zbadanie zgodności z Konstytucją art. 417 kodeksu cywilnego, celem zablokowania możliwości dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa.
Art. 417 § 1 kodeksu cywilnego określa odpowiedzialność odszkodowawczą karbu Państwa za legislacyjne bezprawie. Zgodnie z treścią tego przepisu: jeżeli szkoda została wyrządzona przez wydanie aktu normatywnego, jej naprawienia można żądać po stwierdzeniu we właściwym postępowaniu niezgodności tego aktu z Konstytucją, ratyfikowaną umową międzynarodową lub ustawą.
Dotychczas takim postępowaniem byłoby standardowe skierowanie pytania do Trybunału Konstytucyjnego (umożliwia to art. 193 Konstytucji RP). W chwili obecnej Trybunał Konstytucyjny nie daje jednak rękojmi dokonania rzetelnej i niepolitycznej oceny konstytucyjności ustaw. W związku z tym to na sędziach sądów powszechnych coraz częściej spoczywa odpowiedzialność za dokonanie wykładni przepisów i kwestii ich stosowania w razie sprzeczności z ustawą zasadniczą – uważa FOR.
Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż rozproszona kontrola konstytucyjności to nie wymysł ostatnich lat, ale funkcjonujący mechanizm. Jak stwierdziła prof. Ewa Łętowska, „polską Konstytucję sądy mogą stosować bezpośrednio. Sądy (a nie tylko Trybunał Konstytucyjny) mogą więc odmówić zastosowania ustawy, która w ich przekonaniu jest niekonstytucyjna. Inna sprawa, czy polskie sądy umieją i chcą z tej możliwości korzystać. Ale potencjał rozproszonej kontroli konstytucyjności istnieje”.
Choć faktycznym motywem niewprowadzenia na początku pandemii stanu klęski żywiołowej wydaje się dążenie rządzących do organizacji wyborów, to często uzasadniali swoją decyzję ewentualnymi odszkodowaniami. Dla przykładu, według Jarosława Gowina, polskie społeczeństwo stałoby się wtedy społeczeństwem bankrutów. Może się jednak okazać, że to niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadzi do wypłaty odszkodowań, których wysokość będzie wyższa niż ta wynikająca z ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw.
Decyzje rządzących z początków pandemii naraziły podatników na konieczność poniesienia kosztów odszkodowań. Aby uniknąć kolejnych, wygenerowanych przez samych siebie problemów, rządzący postanowili dążyć do stwierdzenia niezgodności z Konstytucją przepisów, służących dotychczas dochodzeniu odszkodowań za bezprawie legislacyjne.
Zlekceważenie konstytucyjnych rozwiązań kryzysowych doprowadziło do powstania niebezpiecznej, precedensowej sytuacji, w której prawo jest wykorzystywane niczym narzędzie do rozmontowania umowy społecznej istniejącej pomiędzy państwem a przedsiębiorcami. Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej pozostaje grzechem głównym rządzących. Naraża Skarb Państwa – a więc podatników – na dużo wyższe odszkodowania niż te, które otrzymaliby w ramach ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia, w czasie stanu nadzwyczajnego, wolności i praw człowieka i obywatela.
Próba fortelu rządzących, polegająca na skierowaniu wniosku do Trybunału Konstytucyjnego celem całkowitego uniknięcia wypłacenia odszkodowań, to nic innego jak zamknięcie tysiącom obywateli prawa do sądu. Tego rodzaju działanie, podejmowane przez rządzących, polegające na szukaniu ratunku dla własnych, bezprawnych posunięć, miało miejsce przy okazji innych kontrowersyjnych spraw.
To do Trybunału Konstytucyjnego trafiło zapytanie o zgodność zgromadzeń cyklicznych (dyskryminujących innego rodzaju zgromadzenia) z ustawą zasadniczą. To Trybunał ma rozstrzygnąć, czy RPO (pomimo istniejącej ku temu podstawie ustawowej) może pełnić swoją rolę do czasu wyboru następcy.
To również Trybunał, którym kieruje znajoma i „odkrycie towarzyskie” przewodniczącego partii rządzącej, zadecydował bezprawnie o uchyleniu mocy uchwały trzech izb Sądu Najwyższego, która mówiła o nienależytej obsadzie składów sędziowskich, jeśli znajduje się w nich osoba wyłoniona przez aktualną KRS.
Po raz kolejny rządzący działają według tego samego schematu, instrumentalnie wykorzystując stojący po ich stronie od czasu skutecznego przejęcia tej instytucji Trybunał Konstytucyjny. TK, niegdyś służący społeczeństwu poprzez badanie zgodności poczynań władzy z Konstytucją, dziś pozostaje de facto marionetką rządzących.

Pseudowybory metodą „na wnuczka”

Ustawa o szczególnych (korespondencyjnych) zasadach przeprowadzania wyborów powszechnych na Prezydenta RP zarządzonych w 2020 r., stanowi bezprecedensowy w historii wolnej Polski atak na jej demokratyczny system wyborczy, a co za tym idzie – na sam ustrój państwa.

Ustawa narusza nie tylko takie przymiotniki wyborcze jak powszechność czy równość, ale przede wszystkim tajność. Liczne, wątpliwe z punktu widzenia prawnego rozwiązania, obecne w tym akcie prawnym oraz wcześniej przyjętych przepisach w ramach tzw. tarcz rządowych, skłaniają do analiz w kontekście przepisów prawa karnego.

Warto zwrócić uwagę na art. 248 pkt. 2 kodeksu karnego. Zgodnie z jego treścią do przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat 3 dochodzi również w chwili, gdy sprawca używa podstępu celem nieprawidłowego sporządzenia listy kandydujących lub głosujących, protokołów lub innych dokumentów wyborczych albo referendalnych. Zazwyczaj, mówiąc o podstępie mamy na myśli zachowania powszechnie uznawane za czyny karalne (np. oszustwa metodą „na wnuczka”). Czy jednak przepisy pozornie mające inny cel niż ten, do którego zostają w ostateczności wykorzystane, mogą stanowić podstęp? Podstęp w rozumieniu prawa karnego skłania osobę do zachowania, od którego powstrzymałaby się, gdyby znała prawdziwa sytuację lub do złożenia takiego oświadczenia woli lub wiedzy, jakiego w innych warunkach nie chciałaby złożyć . Nie da się zignorować faktu, że obecne wybory mają być organizowane de facto przez Ministra Aktywów Państwowych – jednocześnie wicepremiera oraz aktywnego polityka partii rządzącej, która wspiera urzędującego prezydenta w jego dążeniach do reelekcji – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. To strona rządowa stoi za art. 11 ust. 1,2 i 3 specustawy COVID-19, który został wykorzystany w celu wydania wiążących poleceń, związanych z bezprawną organizacją pseudowyborów korespondencyjnych. Ostateczną treść przepisu przegłosowano w ramach tzw. Tarczy 2.0, pod pretekstem konieczności skutecznej walki z pandemią oraz jej skutkami. Jednakże uzasadnienie to nie ma pokrycia w rzeczywistej funkcji przepisu.

Czy opozycja, również popierająca swoich kandydatów w wyborach prezydenckich poparłaby te rozwiązania, wiedząc, do czego będą wykorzystane? Jest to wątpliwe. Stąd też zasadne wydaje się ponowienie kluczowego pytania – czy przepisy ustawy, uzasadniane pozornie kryzysowym położeniem państwa mogą w rzeczywistości być próbą podstępu w celu przeprowadzenia jak najkorzystniejszych dla większości rządzącej wyborów? Zbieg okoliczności związany z interesem politycznym podmiotów zaangażowanych w organizację wyborów z ich wynikiem, podważa zaufanie społeczeństwa do organów władzy publicznej, które – zgodnie z art. 7 Konstytucji RP – winny działać na podstawie i w granicach prawa.
PiS

Chcą rozmawiać tylko ze sobą

Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje tragedię epidemii koronawirusa do realizowania swych zapędów totalitarnych. Służy temu zamach na Radę Dialogu Społecznego.
PiS chce rozmawiać wyłącznie z tymi przedstawicielami strony społecznej, jacy mu pasują. Do rozmów z rządem w ramach Rady Dialogu Społecznego będzie zatem przystępować strona PiS-owsko – społeczna, czy wręcz PiS-owsko – PiS-owska. Nie ma to bowiem, jak konsultować wszystko samemu ze sobą. Jest wtedy szybciej, wygodniej i efektywniej.
Tak efekt przyniesie PiS-owski zapis w ustawie o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Uprawnia on Prezesa Rady Ministrów do odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego w okresie stanu zagrożenia epidemicznego i epidemii, na wniosek ich organizacji ale także i bez takiego wniosku.
Ten atak na niezależność Rady Dialogu Społecznego połączył, co rzadkie, pracodawców i pracowników. Organizacje pracodawców i związków zawodowych wspólnie wystąpiły przeciwko zamachowi na RDS i autonomię organizacji partnerów społecznych.
Partnerzy społeczni z Rady Dialogu Społecznego zdecydowanie protestują więc przeciwko ingerencji w niezależność tej najważniejszej instytucji dialogu społecznego w Polsce. Ustawa o RDS, z takim trudem wypracowana w 2015 roku, daje wszystkim organizacjom reprezentatywnym, które spełniają warunki zapisane w ustawie, gwarancję udziału w pracach Rady ich przedstawicieli, wskazanych przez ciała statutowe tych organizacji i powoływanych przez Prezydenta RP.
Niezależność i autonomia organizacji związkowych i organizacji pracodawców jest fundamentem dialogu społecznego, zagwarantowanym nie tylko w ustawie, ale także w dokumentach międzynarodowych, w tym w Konstytucji Międzynarodowej Organizacji Pracy i Traktatach Unii Europejskiej.
„Trudno wytłumaczyć pobudki uchwalenia takiego przepisu, a moment w którym partnerzy społeczni zgłaszają swoje uwagi do projektu, uczestnicząc zgodnie z gwarancjami ustawowymi w procesie legislacyjnym, reprezentując interesy milionów pracowników i tysięcy firm jest skandaliczną sytuacją. Przypominamy, że dialog społeczny jest jednym z fundamentów polskiej i europejskiej demokracji, a niezależność związków zawodowych i organizacji pracodawców i ich statutowych organów od administracji nigdy nie była podważana. Dlatego oczekujemy od Premiera i reprezentantów Sejmu RP natychmiastowego wycofania się z tej regulacji” – twierdzą sygnatariusze wspólnego wystąpienia (BCC, Forum Związków Zawodowych, OPZZ, KK Solidarnosć, Lewiatan, Związek Rzemiosła Polskiego, Związek. Przedsiębiorców i Pracodawców, Lewiatan, Pracodawcy RP).
Niezależnie od tego protestu, list „W sprawie ingerencji Zjednoczonej Prawicy w autonomię partnerów społecznych” napisał przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i wiceszef Rady Dialogu Społecznego Piotr Duda. Krytykuje to, że podczas procedowania ustawy „tarcza antykryzysowa” w sposób niezapowiedziany i bez konsultacji, na wniosek Klubu Parlamentarnego PiS, wprowadzone zostały zmiany dające prawo odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego przez Prezesa Rady Ministrów.
Stwierdza on, że wprowadzenie tej zmiany to rażące naruszenie autonomii parterów społecznych i nieuprawniona ingerencja w uprawnienia zarezerwowane wyłącznie dla Prezydenta RP.
Co więcej, wprowadzone zmiany zapewniają premierowi pełną dowolność działania w tym zakresie, łamiąc dotychczasową równowagę stron, która stanowi istotę funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego. Szef „S” podkreśla, że zgodnie z PiS-owskimi zmianami, można odwołać członka RDS z praktycznie każdego powodu, jaki premier uzna za właściwy. Nowelizacja daje mu w tym zakresie całkowitą swobodę.
Odnosząc się do możliwości odwoływania członków Rady, którzy w swoim życiorysie mają współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL i wobec których orzeczono kłamstwo lustracyjne, „Solidarność” wyraźnie podkreśla, że choć zabiega o takie regulacje, to jednak „tarcza antykryzysowa” nie jest miejscem, by zajmować się tą sprawą. Piotr Duda zauważa, że strona rządowa mogła się już tym dawno zająć w ramach postulowanej przez „Solidarność” nowelizacji ustawy lustracyjnej. Nie zrobiła tego jednak.
Dlatego też „Solidarność” żąda natychmiastowego wycofania powyższych zmian – i apeluje do prezydenta Andrzeja Dudy o niezwłoczną interwencję w tej sprawie. Zdaniem Piotra Dudy: „Jest to rażące naruszenie autonomii parterów społecznych”, które łamie dotychczasową równowagę stron, stanowiącą istotę funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego”.
Cała ta sprawa bardzo dobrze pokazuje, jak prominenci Prawa i Sprawiedliwości rozumieją demokrację i dialog społeczny. Zapewne dla nich jest to to samo, co zamordyzm.

Niech państwo nam pomoże

Rząd zapowiada wsparcie dla firm poszkodowanych przez koronawirusa, ale to na razie tylko obietnice – a przedsiębiorcy domagają się wsparcia już teraz.

Rząd zapowiedział pomoc dla firm, które ucierpiały w wyniku koronawirusa. Specjalna ustawa ma zawierać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorstw zmuszonych do przestojów. Będzie w niej pakiet osłonowy dla firm, przewidujący ulgi w należnościach, w tym udogodnienia w płatnościach podatków i składek ZUS, a także gwarancje kredytowe państwa oraz oraz dopłaty do kredytów z budżetu.
Przewidywane jest ułatwienie rozliczeń VAT, polegające na przesunięciu o trzy miesiące (z 01.04. 2020 na 01.07.2020 r.) wejścia w życie nowego jednolitego pliku kontrolnego. Podobne przesunięcie ma dotyczyć terminu obowiązku wpisywania się firm do tzw. Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych (na mocy ustawy o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy).
Rząd zapowiada też wcześniejsze zwroty VAT, zaliczenie do kosztów podatkowych wydatków związanych z anulowaniem wyjazdów, możliwość odliczania straty od dochodów osiąganych w ciągu następnych pięciu lat. Do powodów uzasadniających uzyskanie wsparcia z tzw. funduszu klęskowego zostaną też włączone skutki epidemii koronawirusa.
O korzystanie z wszystkich przedstawionych tu rozwiązań będą mogli ubiegać się przedsiębiorcy, których sprzedaż towarów i usług spadła o co najmniej 15 proc. w ciągu trzech miesięcy (i będą umieli ten spadek wiarygodnie udokumentować). Takie są plany . Ale ustawy jeszcze nie ma i nie wiadomo, jakie będą jej szczegółowe rozwiązania – a kryzys, spowodowany epidemią już dotknął boleśnie niektóre branże.
Dlatego też jedna z dziedzin najbardziej dotkniętych spadkiem obrotów – branża organizacji wydarzeń i spotkań biznesowych – domaga się od polskiego rządu przemyślanego podejmowania decyzji i apeluje o pomoc finansową. Kilka organizacji zrzeszających firmy działające na rynku organizacji wydarzeń, wyjazdów i spotkań biznesowych, przygotowało swoje wspólne stanowisko.
Zwraca się w nim uwagę, że rynek ten osiąga wartość ok. 3 mld zł rocznie, zatrudniając około 30 000 osób – na co składają się organizatorzy wydarzeń i wyjazdów, zarządcy obiektów i hoteli, organizatorzy transportu grupowego, logistyki, cateringu, wyposażenia technicznego. Prawie 95 proc. podmiotów działających w tej branży to małe i średnie firmy z polskim kapitałem, zasobami i know-how. Podstawą ich działalności jest organizowanie spotkań i wyjazdów biznesowych, które w ciągu roku odbywają się różną intensywnością zależną od celów biznesowych, dostępnych środków i harmonogramów klientów. Nie są to długoterminowe kontrakty gwarantujące ciągłość świadczenia usług przez dłuższy okres. W związku z tym, decyzje podejmowane na szczeblu państw, wielkich korporacji i organizacji gospodarczych, które anulują ogromną większość wydarzeń i wyjazdów w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, powodują wysokie ryzyko niewypłacalności – i nagłego zaprzestania działalności firm działających w branży organizacji wyjazdów i spotkań biznesowych. Zdaniem przedstawicieli branży, można porównać tę sytuację do stanu klęski żywiołowej. Na przykład, nagle z jakiegoś powodu niemożliwa staje się sprzedaż uprawianych plonów. W krótkim czasie znikają z rynku producenci rolni. Cały łańcuch dostaw zostaje przerwany. Cierpią dostawcy nasion, przetwórnie rolne, producenci nawozów, maszyn, leasingodawcy, pracownicy rolni itp. Straty pojawiają się na każdym etapie łańcucha dostaw. Uwzględniając te wszystkie zagrożenia, branża spotkań i wyjazdów biznesowych zwraca się do władz państwowych o wsparcie finansowe – jednorazowe lub ratalne, wypłacane bezpośrednio z budżetu państwa.
Ponadto, branża chce uruchomienia łatwo dostępnych i nisko oprocentowanych linii kredytowych ze strony instytucji finansowych, jak np. Bank Gospodarstwa Krajowego (przewiduje to projekt ustawy o rozwiązaniach osłonowych dla biznesu).
Konieczne są też ulgi i zwolnienia podatkowe oraz w składkach na ZUS, ponieważ firmy organizujące wyjazdy i spotkania biznesowe zapowiadają: „W okresie tej sytuacji nie będziemy w stanie regulować tych zobowiązań”. Branża domaga się też wcześniejszej wypłaty zaliczek za wydarzenia i wyjazdy, które miały odbyć się w tym roku, ale zostały odwołane. Ponieważ jednak z formalnego punktu widzenia dość trudno wypłacać pieniądze za coś, czego nie zrobiono, więc branża postuluje, aby odwołane wydarzenia nie zostały anulowane, lecz uznane za przeniesione na inny termin (oczywiście bez konieczności powtórnych procesów konkursowych i przetargowych). Wtedy, choćby to był termin odległy, będzie podstawa do szybkiej wypłaty tych zaliczek. Natomiast projekty, które już w tym roku zostały zrealizowane, powinny być rozliczone w trybie natychmiastowym – a nie w terminach płatności, które średnio wahają się pomiędzy 60, a 90 dni. Jeśli zaś projekty ostatecznie jednak anulowano, to organizatorom należy natychmiast wypłacić ich udokumentowane koszty, wraz z proporcjonalnym do stopnia zaawansowania prac wynagrodzeniem. Branża utrzymuje bowiem, że nie je st w stanie w sposób bezkosztowy anulować projektów, ze względu na zaciągnięte już zobowiązania (dostawcy, podwykonawcy, hotele, transport) oraz konieczność zapłaty za wykonaną dotychczas pracę. Generalnie zaś, branża postuluje utworzenie przez państwo stałego miesięcznego budżetu dla utrzymania w stanie gotowości zasobów i zespołów firm zajmujących się organizacją spotkań i wyjazdów biznesowych – i ostrzega, że inaczej nastąpią zwolnienia, bankructwa, efekt śnieżnej kuli niewypłacalności itd.
Czyli, branża chce przejść jakby na zasiłek podatników. Można powiedzieć: tak to każdy by chciał.