Chcą rozmawiać tylko ze sobą

Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje tragedię epidemii koronawirusa do realizowania swych zapędów totalitarnych. Służy temu zamach na Radę Dialogu Społecznego.
PiS chce rozmawiać wyłącznie z tymi przedstawicielami strony społecznej, jacy mu pasują. Do rozmów z rządem w ramach Rady Dialogu Społecznego będzie zatem przystępować strona PiS-owsko – społeczna, czy wręcz PiS-owsko – PiS-owska. Nie ma to bowiem, jak konsultować wszystko samemu ze sobą. Jest wtedy szybciej, wygodniej i efektywniej.
Tak efekt przyniesie PiS-owski zapis w ustawie o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Uprawnia on Prezesa Rady Ministrów do odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego w okresie stanu zagrożenia epidemicznego i epidemii, na wniosek ich organizacji ale także i bez takiego wniosku.
Ten atak na niezależność Rady Dialogu Społecznego połączył, co rzadkie, pracodawców i pracowników. Organizacje pracodawców i związków zawodowych wspólnie wystąpiły przeciwko zamachowi na RDS i autonomię organizacji partnerów społecznych.
Partnerzy społeczni z Rady Dialogu Społecznego zdecydowanie protestują więc przeciwko ingerencji w niezależność tej najważniejszej instytucji dialogu społecznego w Polsce. Ustawa o RDS, z takim trudem wypracowana w 2015 roku, daje wszystkim organizacjom reprezentatywnym, które spełniają warunki zapisane w ustawie, gwarancję udziału w pracach Rady ich przedstawicieli, wskazanych przez ciała statutowe tych organizacji i powoływanych przez Prezydenta RP.
Niezależność i autonomia organizacji związkowych i organizacji pracodawców jest fundamentem dialogu społecznego, zagwarantowanym nie tylko w ustawie, ale także w dokumentach międzynarodowych, w tym w Konstytucji Międzynarodowej Organizacji Pracy i Traktatach Unii Europejskiej.
„Trudno wytłumaczyć pobudki uchwalenia takiego przepisu, a moment w którym partnerzy społeczni zgłaszają swoje uwagi do projektu, uczestnicząc zgodnie z gwarancjami ustawowymi w procesie legislacyjnym, reprezentując interesy milionów pracowników i tysięcy firm jest skandaliczną sytuacją. Przypominamy, że dialog społeczny jest jednym z fundamentów polskiej i europejskiej demokracji, a niezależność związków zawodowych i organizacji pracodawców i ich statutowych organów od administracji nigdy nie była podważana. Dlatego oczekujemy od Premiera i reprezentantów Sejmu RP natychmiastowego wycofania się z tej regulacji” – twierdzą sygnatariusze wspólnego wystąpienia (BCC, Forum Związków Zawodowych, OPZZ, KK Solidarnosć, Lewiatan, Związek Rzemiosła Polskiego, Związek. Przedsiębiorców i Pracodawców, Lewiatan, Pracodawcy RP).
Niezależnie od tego protestu, list „W sprawie ingerencji Zjednoczonej Prawicy w autonomię partnerów społecznych” napisał przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i wiceszef Rady Dialogu Społecznego Piotr Duda. Krytykuje to, że podczas procedowania ustawy „tarcza antykryzysowa” w sposób niezapowiedziany i bez konsultacji, na wniosek Klubu Parlamentarnego PiS, wprowadzone zostały zmiany dające prawo odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego przez Prezesa Rady Ministrów.
Stwierdza on, że wprowadzenie tej zmiany to rażące naruszenie autonomii parterów społecznych i nieuprawniona ingerencja w uprawnienia zarezerwowane wyłącznie dla Prezydenta RP.
Co więcej, wprowadzone zmiany zapewniają premierowi pełną dowolność działania w tym zakresie, łamiąc dotychczasową równowagę stron, która stanowi istotę funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego. Szef „S” podkreśla, że zgodnie z PiS-owskimi zmianami, można odwołać członka RDS z praktycznie każdego powodu, jaki premier uzna za właściwy. Nowelizacja daje mu w tym zakresie całkowitą swobodę.
Odnosząc się do możliwości odwoływania członków Rady, którzy w swoim życiorysie mają współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL i wobec których orzeczono kłamstwo lustracyjne, „Solidarność” wyraźnie podkreśla, że choć zabiega o takie regulacje, to jednak „tarcza antykryzysowa” nie jest miejscem, by zajmować się tą sprawą. Piotr Duda zauważa, że strona rządowa mogła się już tym dawno zająć w ramach postulowanej przez „Solidarność” nowelizacji ustawy lustracyjnej. Nie zrobiła tego jednak.
Dlatego też „Solidarność” żąda natychmiastowego wycofania powyższych zmian – i apeluje do prezydenta Andrzeja Dudy o niezwłoczną interwencję w tej sprawie. Zdaniem Piotra Dudy: „Jest to rażące naruszenie autonomii parterów społecznych”, które łamie dotychczasową równowagę stron, stanowiącą istotę funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego”.
Cała ta sprawa bardzo dobrze pokazuje, jak prominenci Prawa i Sprawiedliwości rozumieją demokrację i dialog społeczny. Zapewne dla nich jest to to samo, co zamordyzm.

Niech państwo nam pomoże

Rząd zapowiada wsparcie dla firm poszkodowanych przez koronawirusa, ale to na razie tylko obietnice – a przedsiębiorcy domagają się wsparcia już teraz.

Rząd zapowiedział pomoc dla firm, które ucierpiały w wyniku koronawirusa. Specjalna ustawa ma zawierać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorstw zmuszonych do przestojów. Będzie w niej pakiet osłonowy dla firm, przewidujący ulgi w należnościach, w tym udogodnienia w płatnościach podatków i składek ZUS, a także gwarancje kredytowe państwa oraz oraz dopłaty do kredytów z budżetu.
Przewidywane jest ułatwienie rozliczeń VAT, polegające na przesunięciu o trzy miesiące (z 01.04. 2020 na 01.07.2020 r.) wejścia w życie nowego jednolitego pliku kontrolnego. Podobne przesunięcie ma dotyczyć terminu obowiązku wpisywania się firm do tzw. Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych (na mocy ustawy o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy).
Rząd zapowiada też wcześniejsze zwroty VAT, zaliczenie do kosztów podatkowych wydatków związanych z anulowaniem wyjazdów, możliwość odliczania straty od dochodów osiąganych w ciągu następnych pięciu lat. Do powodów uzasadniających uzyskanie wsparcia z tzw. funduszu klęskowego zostaną też włączone skutki epidemii koronawirusa.
O korzystanie z wszystkich przedstawionych tu rozwiązań będą mogli ubiegać się przedsiębiorcy, których sprzedaż towarów i usług spadła o co najmniej 15 proc. w ciągu trzech miesięcy (i będą umieli ten spadek wiarygodnie udokumentować). Takie są plany . Ale ustawy jeszcze nie ma i nie wiadomo, jakie będą jej szczegółowe rozwiązania – a kryzys, spowodowany epidemią już dotknął boleśnie niektóre branże.
Dlatego też jedna z dziedzin najbardziej dotkniętych spadkiem obrotów – branża organizacji wydarzeń i spotkań biznesowych – domaga się od polskiego rządu przemyślanego podejmowania decyzji i apeluje o pomoc finansową. Kilka organizacji zrzeszających firmy działające na rynku organizacji wydarzeń, wyjazdów i spotkań biznesowych, przygotowało swoje wspólne stanowisko.
Zwraca się w nim uwagę, że rynek ten osiąga wartość ok. 3 mld zł rocznie, zatrudniając około 30 000 osób – na co składają się organizatorzy wydarzeń i wyjazdów, zarządcy obiektów i hoteli, organizatorzy transportu grupowego, logistyki, cateringu, wyposażenia technicznego. Prawie 95 proc. podmiotów działających w tej branży to małe i średnie firmy z polskim kapitałem, zasobami i know-how. Podstawą ich działalności jest organizowanie spotkań i wyjazdów biznesowych, które w ciągu roku odbywają się różną intensywnością zależną od celów biznesowych, dostępnych środków i harmonogramów klientów. Nie są to długoterminowe kontrakty gwarantujące ciągłość świadczenia usług przez dłuższy okres. W związku z tym, decyzje podejmowane na szczeblu państw, wielkich korporacji i organizacji gospodarczych, które anulują ogromną większość wydarzeń i wyjazdów w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, powodują wysokie ryzyko niewypłacalności – i nagłego zaprzestania działalności firm działających w branży organizacji wyjazdów i spotkań biznesowych. Zdaniem przedstawicieli branży, można porównać tę sytuację do stanu klęski żywiołowej. Na przykład, nagle z jakiegoś powodu niemożliwa staje się sprzedaż uprawianych plonów. W krótkim czasie znikają z rynku producenci rolni. Cały łańcuch dostaw zostaje przerwany. Cierpią dostawcy nasion, przetwórnie rolne, producenci nawozów, maszyn, leasingodawcy, pracownicy rolni itp. Straty pojawiają się na każdym etapie łańcucha dostaw. Uwzględniając te wszystkie zagrożenia, branża spotkań i wyjazdów biznesowych zwraca się do władz państwowych o wsparcie finansowe – jednorazowe lub ratalne, wypłacane bezpośrednio z budżetu państwa.
Ponadto, branża chce uruchomienia łatwo dostępnych i nisko oprocentowanych linii kredytowych ze strony instytucji finansowych, jak np. Bank Gospodarstwa Krajowego (przewiduje to projekt ustawy o rozwiązaniach osłonowych dla biznesu).
Konieczne są też ulgi i zwolnienia podatkowe oraz w składkach na ZUS, ponieważ firmy organizujące wyjazdy i spotkania biznesowe zapowiadają: „W okresie tej sytuacji nie będziemy w stanie regulować tych zobowiązań”. Branża domaga się też wcześniejszej wypłaty zaliczek za wydarzenia i wyjazdy, które miały odbyć się w tym roku, ale zostały odwołane. Ponieważ jednak z formalnego punktu widzenia dość trudno wypłacać pieniądze za coś, czego nie zrobiono, więc branża postuluje, aby odwołane wydarzenia nie zostały anulowane, lecz uznane za przeniesione na inny termin (oczywiście bez konieczności powtórnych procesów konkursowych i przetargowych). Wtedy, choćby to był termin odległy, będzie podstawa do szybkiej wypłaty tych zaliczek. Natomiast projekty, które już w tym roku zostały zrealizowane, powinny być rozliczone w trybie natychmiastowym – a nie w terminach płatności, które średnio wahają się pomiędzy 60, a 90 dni. Jeśli zaś projekty ostatecznie jednak anulowano, to organizatorom należy natychmiast wypłacić ich udokumentowane koszty, wraz z proporcjonalnym do stopnia zaawansowania prac wynagrodzeniem. Branża utrzymuje bowiem, że nie je st w stanie w sposób bezkosztowy anulować projektów, ze względu na zaciągnięte już zobowiązania (dostawcy, podwykonawcy, hotele, transport) oraz konieczność zapłaty za wykonaną dotychczas pracę. Generalnie zaś, branża postuluje utworzenie przez państwo stałego miesięcznego budżetu dla utrzymania w stanie gotowości zasobów i zespołów firm zajmujących się organizacją spotkań i wyjazdów biznesowych – i ostrzega, że inaczej nastąpią zwolnienia, bankructwa, efekt śnieżnej kuli niewypłacalności itd.
Czyli, branża chce przejść jakby na zasiłek podatników. Można powiedzieć: tak to każdy by chciał.

Zapłacą przede wszystkim biedniejsi

Ustawa wprowadzająca „podatek cukrowy”, która znajduje się obecnie w Senacie, spotyka się z coraz ostrzejszymi słowami krytyki.
Krytyka nasila się przede wszystkim dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość, forsując tę ustawę, uderza w krajowych producentów soków i napojów, faworyzując przez to producentów słodyczy, którzy często reprezentują w Polsce wielkie koncerny zachodnie. Tak więc, PiS promuje zagraniczny kapitał, kosztem krajowego – co może nie stanowi już niczego dziwnego, zważywszy choćby na to, jak skutecznie rząd PiS doprowadza do wzrostu importu węgla z Rosji. Forum Obywatelskiego Rozwoju wskazuje zaś, że podatek cukrowy, to podatek od biednych.
Cel podatku cukrowego jest fiskalny i stąd planowane jego wejście w życie już od 1 lipca 2020 r., w trakcie roku podatkowego. Ten podatek obciąży przede wszystkim najbiedniejszych konsumentów, gdyż spożywają oni tyle samo słodkich napojów co zamożniejsi, ale zarabiają znacznie mniej. Dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie wpływów z tego podatku na wzrost kwoty wolnej w podatku PIT. W ten sposób ubożsi konsumenci otrzymaliby bodziec do wyboru napojów nieobciążonych dodatkowym podatkiem, zaś negatywny wpływ na ich sytuację materialną zostałby ograniczony. Rząd zapowiada jednak, że wpływy z podatku cukrowego będą przeznaczone na Narodowy Fundusz Zdrowia. FOR ocenia, że ta obietnica jest całkowicie niewiarygodna, na co wskazują losy środków z podatku od najwyższych zarobków, pod nazwą daniny solidarnościowej, który miał finansować świadczenia dla niepełnosprawnych.
W dodatku, objęcie podatkiem cukrowym napojów nie zawierających cukru, lecz słodzonych słodzikami, może ograniczyć bodźce prozdrowotne. Badania pokazują, że wpływ spożycia napojów słodzonymi słodzikami na masę ciała, w porównaniu ze słodzonymi cukrem i z wodą, jest korzystny bądź neutralny. Takie napoje są bliskimi zamiennikami słodzonych cukrem, więc łatwiej się ich trzymać. Ten walor jednak zniknie, jeśli i one zostaną objęte podatkiem. Natomiast ci, którzy zostaną najbardziej poszkodowani przez „podatek cukrowy” zarzucają rządowi hipokryzję. Producenci soków i napojów podkreślają, że nowa ustawa oficjalnie zakłada promocję prozdrowotnych wyborów konsumentów, ale merytorycznie rozmija się z tymi założeniami. Świadczy o tym wybiórczy charakter opodatkowania, dotyczący wyłącznie jednej kategorii produktów słodzonych (napojów).
– Ustawa nakłada podatek na branżę, która wykorzystuje tylko ok. 19 proc. cukru spożywanego w Polsce. W ewidentnej sprzeczności z celami prozdrowotnymi, nakreślonymi w ustawie jest także zupełne pominięcie innych kategorii, które zawierają cukier oraz segmentu napojów alkoholowych typu piwa smakowe – zwraca uwagę prezes Krajowej Unii Producentów Soków Julian Pawlak.

Nikomu nie będzie słodko

Prezydent Duda na podpisaniu ustawy o opłacie cukrowej może wyjść jak Zabłocki na mydle.

Wybory prezydenta traktowane są przez wszystkie główne siły polityczne jako plebiscyt za lub przeciw obecnemu obozowi władzy. Dlatego tenże obóz, zgodnie z logiką politycznych kampanii, powinien unikać ruchów, które zniechęcą do niego jakąkolwiek grupę społeczną.
W tym kontekście, należy dziwić się uporowi, z jakim wbrew krytyce ekspertów, przedsiębiorców i środowisk rolniczych, rząd i parlamentarna większość forsują ustawę, nakładającą kolejne podatki: tzw. ustawę o opłacie cukrowej – ocenia Instytut Staszica w analizie, poświęconej możliwemu wpływowi „podatku cukrowemu” na preferencje wyborcze Polaków. I wskazuje, że w związku z tym, nie jest wykluczone, że o wyborach prezydenckich w Polsce może rozstrzygnąć „efekt motyla”.
W tej chwili ustawa została przyjęta przez Sejm i zajmuje się nią Senat. W „izbie refleksji” jest szansa na rzeczywistą refleksję nad tą regulacją. Jak dotychczas żaden z istotnych postulatów ekspertów i producentów nie zyskał uznania rządzącej większości. Przesunięcie vacatio legis o trzy miesiące, przedstawiane jako wielkie ustępstwo, to jedynie efekt niepewności, czy proces legislacyjny dobiegnie końca przed 1 kwietnia, kiedy to pierwotnie miała wejść w życie rzeczona ustawa.
Od momentu zaprezentowania projektu wspomnianej ustawy (już kilka razy modyfikowanego) na ten temat wypowiadali się eksperci – w zdecydowanej większości krytycznie.
Wracając do wyborów prezydenckich: kluczowa zatem będzie mobilizacja wyborców, skłonnych do poparcia kandydata obozu władzy bądź kandydata opozycji. Każda decyzja szeroko pojętej władzy, którą określona grupa wyborców odczuje jako naruszającą jej podstawowe interesy, może przyczynić się do obniżenia frekwencji na niekorzyść kandydata popieranego przez obóz rządzący. – zauważa Instytut Staszica.
Wszystko wskazuje na to, że kluczowymi w rozpoczynającej się kampanii tematami będą kwestie związane z portfelami Polaków. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w styczniu 2020 r. odnotowano wzrost cen w rocznym stosunku 4,4 proc. – to najwięcej od grudnia 2011 r. Nie wszyscy Polacy większe wydatki mogą zrekompensować większymi dochodami. Nadchodzące – zdaniem ekonomistów, w drugiej połowie tego roku – wyraźne spowolnienie gospodarcze, spowoduje zmniejszenie optymizmu Polaków. To rozczarowanie w części uderzy w rządzącą większość.
W świetle tych danych logika nakazuje niepodejmowanie działań, które zwiększą odczuwalny wzrost cen – niezależnie, jak szlachetne byłoby uzasadnienie. Opłata cukrowa, wyjaśniana troską o zdrowie Polaków, jest właśnie podatkiem, który obciąży konsumentów. W dodatku, na co zwracają uwagę krytycy ustawy, podatek dotyka tylko wybranych producentów dosładzanej żywności, co trudno logicznie uzasadnić – wskazuje ekspertyza Instytutu Staszica zamieszczona w Kurierze365.pl. Konsumenci, czyli ogół wyborców, to jedna z grup, która odczuje finansowe skutki regulacji. Uderzy ona bowiem w setki polskich firm z branży rolno-spożywczej, w plantatorów buraka cukrowego, w rolników i sadowników.
Uderzy również we właścicieli małych sklepów. Co gorsza, uderzy nagle, bowiem nie dano czasu na przygotowanie się do jej skutków choćby do końca bieżącego roku. Założone (czas pokaże, czy rzeczywiste) wpływy z tytułu nowego podatku mogą okazać się śmiesznie niskim zyskiem w porównaniu z polityczną ceną, jaką może zapłacić obóz rządzący. Pytania, dlaczego do walki z nadmiernym spożyciem cukru przystąpiono bez przygotowań, wycinkowo, preferując w dodatku branżę piwną? – pozostają bez odpowiedzi. Eksperci obozu rządzącego i sztab prezydenta Andrzeja Dudy powinni uważnie przeanalizować argumentację opozycji, podnoszoną podczas prac nad tym projektem. Będzie ona bowiem wykorzystywana w kampanii – i w mediach, i podczas bezpośrednich spotkań z mieszkańcami. Oto najważniejsze z tych argumentów:
Ustawa, prezentowana jako prozdrowotna, jest tak naprawdę ustawą fiskalną, której głównym celem jest pozyskanie dochodów dla budżetu państwa. Przyznano to pośrednio w uzasadnieniu, wskazując, że regulacje – nominalnie mające zmniejszyć spożycie cukru – przyniosą stały dochód. A zatem, sam projektodawca przyznaje, że zakładane , zdrowotne skutki regulacji się nie ziszczą. Opłata cukrowa to – według wyliczeń opozycji – czterdziesty pierwszy podatek od 2015 r; stoi to w sprzeczności z zapewnieniami rządu na temat obniżania obciążeń fiskalnych i upraszczania systemu podatkowego.
Strona rządowa unika ą dyskusji o możliwych skutkach dla przedsiębiorców. Najczęściej pada tyleż niekonkretny, co bezpodstawny argument, że „branża sobie poradzi” – wbrew analizom samej branży. Tryb procedowania ustawy, jej geneza, nagłe i kilkakrotne zmiany w projekcie budzą, zdaniem opozycji, zastrzeżenia co do transparentności procesu legislacyjnego; i parlamentarzyści, i przedsiębiorcy krytykowali tryb pospiesznych konsultacji w Ministerstwie Zdrowia, których nie można było rejestrować.
Wycinkowa regulacja, uderzająca w producentów napojów, jest na rękę branży piwnej. Piwo stanie się jednym z najmniej obciążonych podatkami napojów – co w kontekście zrównywania się sprzedaży piwa ze sprzedażą wody butelkowanej – budzi obawy o sens prowadzonej polityki antyalkoholowej; ta sytuacja zwiększy też preferencje dla piwa wobec innych napojów alkoholowych – chociaż logika przemawiałaby za równie poważnym podejściem do potencjalnych zagrożeń, spowodowanych spożywaniem każdego rodzaju alkoholu. Jak pokazała dyskusja w parlamencie, zwolennicy ustawy nie dysponują rzeczowymi kontrargumentami. Powołują się raczej na pozytywną ocenę regulacji przez polskie i międzynarodowe gremia oraz na społeczne oczekiwania w zakresie polityki prozdrowotnej państwa. W bezpośredniej dyskusji kampanijnej, takie unikanie polemiki może przynieść szkody rządzącym.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica, zamieszczonej w Kurierze365pl, forsowane rozwiązania niosą groźbę demobilizacji dotkniętego ustawą elektoratu z mniejszych miast i wsi. Nierealne jest, by konserwatywni, przywiązani do wartości chrześcijańskich wyborcy w dużej części poparli kandydata liberalnego, ale mogą w ogóle nie wziąć udziału w wyborach – a przyczynić się do tego może opłata cukrowa. Jeśli zestawić to z wielce prawdopodobną wysoką frekwencją w wielkich miastach, tradycyjnie nieprzychylnych PiS-owi, to może to zaważyć na wyniku wyborów. Dodać należy, że umiejętne wykorzystanie słabości ustawy może pomóc kandydatce Koalicji Obywatelskiej zwiększyć poparcie w części mniejszych ośrodków miejskich (gdzie mieszczą się np. małe, polskie zakłady spożywcze, które odczują skutki wprowadzenia opłaty cukrowej). Otoczenie głowy państwa winno analizować potencjalne skutki procedowanego projektu – z przyczyn kampanijnych oraz z tego powodu, że to prezydent zdecyduje, czy złożyć swój podpis pod ustawą. Procedura legislacyjna jest na zaawansowanym etapie, już w Senacie. Czy obóz władzy ma jeszcze szansę naprawić popełnione błędy? Zdaniem Instytutu Staszica, owszem.
Po pierwsze, można postąpić tak, jak w przypadku matrycy VAT, nad którą debatowano rok temu. Z powodu rozwiązań uderzających w rolników, sadowników i polskich producentów napojów z sokiem, wycofano projekt z Sejmu i skierowano go do parlamentu ponownie, po wprowadzeniu istotnych poprawek. Warto zrobić to także teraz. Warto też, w dialogu z przedsiębiorcami i ekspertami od zdrowia, opracować nową, całościową ustawę – faktycznie prozdrowotną, a nie podatkową.
Po drugie, jasne stanowisko powinien zająć prezydent. To szansa, by pokazał, że słucha głosu przedsiębiorców i, wbrew zarzutom opozycji, potrafi zakwestionować decyzje partii rządzącej. Przedsiębiorcy, rolnicy, sadownicy czekają na ustosunkowanie się do ich argumentów i na uspokajający przekaz.
Po trzecie, rząd powinien zainwestować w kampanię społeczną, propagującą wybór zdrowszej żywności. Bez takiej kampanii każde rozwiązanie, nakładające obciążenia na produkty z dodatkiem cukru, zostanie odebrane jako represja wobec konsumentów. W tym samym czasie, kiedy procedowana jest ustawa „karząca” konsumentów za kupno np. nektaru z polskich owoców, politycy PiS wyśmiewają pomysły wprowadzenia podatku od mięsa. A przecież filozofia obu rozwiązań jest identyczna – i „prozdrowotne” uzasadnienie również.
I zdrowie Polaków, i ich pieniądze to zbyt ważne kwestie, by regulować je w sposób chaotyczny, pospieszny, mało przejrzysty.

Podatek nie krzepi

Podatek cukrowy jest szkodliwy dla krajowej gospodarki, polskich sadowników i rolników.
Nałożenie opłaty wyłącznie na napoje promuje pośrednio słodycze i piwa smakowe kosztem branży napojów bezalkoholowych – ocenia Krajowa Unia Producentów Soków. Konstrukcja opłaty, jaka znalazła się w projekcie ustawy cukrowej uderza w branżę nektarów i napojów owocowych. Tym samym wprowadza w błąd opinię publiczną, przekonywaną o prozdrowotnym charakterze ustawy. Stowarzyszenie jest przeciwne opłacie cukrowej na nektary oraz napoje owocowe – i apeluje do parlamentu o „całkowite zaniechanie prac nad tą ustawą”.
„Projekt ustawy cukrowej, której celem jest promocja prozdrowotnych wyborów konsumentów jest szkodliwy dla polskiej gospodarki, a szczególnie dla sadownictwa. Nie zgadzamy się z propozycją Ministerstwa Zdrowia odnośnie zaproponowanej konstrukcji opłaty na nektary oraz napoje owocowe, zawierające minimum 20 proc. składu z naturalnych owoców i warzyw. Zwracamy uwagę, że ustawa nie nakłada opłaty na słodycze czy inne kategorie napojów – jak słodzone piwa smakowe. Branża soków i wiodące organizacje rolnicze, związane z produkcją owoców w Polsce wyrażają swój zdecydowany sprzeciw wobec takiego wyłączenia. To dyskryminacja polskiej branży napojowej i nieuzasadnione promowanie słodyczy i piw smakowych” – wskazuje Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Jak dodaje, zaproponowane przez rząd rozwiązania, zwłaszcza dotyczące wysokości i sposobu naliczania opłaty cukrowej, będą mieć nieodwracalne, negatywne skutki ekonomiczne dla polskiej gospodarki. Oznaczają zmianę struktury polskiego sadownictwa i branży sokowniczej. Uderzą w rolników zajmujących się uprawą buraka cukrowego oraz sadowników dostarczających swoje surowce głównie na potrzeby przetwórstwa i produkcji napojów owocowych.
Według wyliczeń KUPS, w wyniku objęcia opłatą nektarów oraz napojów owocowych i warzywnych, zawierających minimum 20 proc. owoców i warzyw, kilkadziesiąt tysięcy ton owoców krajowych nie zostanie zagospodarowanych. Wprowadzenie podatku cukrowego doprowadzi do likwidacji kilku tysięcy miejsc pracy. W trudnej sytuacji znajdą się polskie firmy małe i średnie. Opłata cukrowa będzie szczególnie dotkliwa dla producentów napojów i nektarów oraz sadowników zajmujących się uprawą jabłek i owoców miękkich (jak czarna porzeczka, aronia czy wiśnia). Z uwagi na wysoką kwasowość takich owoców, nie można wyprodukować soku 100 proc. bez dodatku cukru – taki produkt nie nadawałby się do picia. Nektar z czarnej porzeczki, będący tradycyjnym produktem polskiego przemysłu owocowo-warzywnego, w wyniku dodatkowego opodatkowania może stracić swoją pozycję rynkową. Ten sam problem dotyczy większości nektarów z owoców krajowych.

Czy potrzebowaliśmy koronawirusowej specustawy?

Daremnie 2 marca apelowałam do posłanek i posłów, polityczek i polityków o rozwagę i nieuchwalanie Ustawy wirusowej w postaci, w jakiej uchwalona została. Nie wyszło. Na 411 posłów, 400 głosowało za Ustawą.

Jednak mój apel, ze względu na treść Ustawy i zagrożenie, jakie stwarza, jest nadal aktualny. Proszę Senatorki i Senatorów o namysł i refleksję nad skutkami, jakie niesie z sobą treść tej Ustawy. Nie ulegajcie szantażowi PiS.

Zadbajcie o naszą wolność, zdrowie, życie

Racjonalny Ustawodawca nie mnoży bytów ponad potrzebę. Zanim przystąpi do tworzenia nowej Ustawy ma obowiązek sprawdzić, czy istniejące już prawo nie dostarcza instrumentów pozwalających prawidłowo zareagować na problem – także zarazy. Nie wiem, czy rząd jest przygotowany, wiem, że istnieje już Ustawa, która w zupełności wystarczy dla realizacji celów związanych faktycznie z zapobieganiem i reagowaniem na kryzys związany z epidemią. To Ustawa z 27 kwietnia 2007 r o Zarządzaniu kryzysowym (Dz. U. 2007 Nr 89 poz. 590 ze zm)
Chciałabym wiedzieć, jak stosowana jest ta, która obowiązuje i skoro stosowana nie jest, to jaka jest gwarancja, że nowo uchwalona będzie stosowana w celu zapowiadanym, a nie po to, by dać władzy arbitralność i dowolność w decydowaniu o naszej wolności.Oczekiwałabym od Sejmu i Senatu wyjaśnienia, czego nie ma w już obowiązujących przepisach, co może służyć skutecznemu zwalczaniu koronawirusa.

Ustawa nie jest czarodziejską różdżką

Nie sprawi, że pojawią się respiratory, zniknie horror na SORach, a wypoczętych pielęgniarek i lekarzy przybędzie tylko dlatego, że taki stworzymy przepis.Specustawa tym bardziej nie daje gwarancji, że służyć będzie naszemu zdrowiu i społecznemu dobrostanowi.

Uchwalona przez Sejm 2 marca 2020 r.,– znów nocną porą – Ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (druk 265) jest niestety kolejną, która jawnie łamie Konstytucję. Zwraca na to uwagę Pierwsza Rzecznik Praw Obywatelskich i Sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, Profesor Ewa Łętowska. „Konstytucja gwarantuje <<słuszne odszkodowanie=””>> za wywłaszczenie. Rozdział XI Konstytucji (art. 228-234) – o stanach nadzwyczajnych przewiduje, że pewne prawa i wolności można zawiesić, ale tylko w określonych sytuacjach. Dotyczą zagrożenia zewnętrznego (stan wojenny), zagrożenia „konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego” (stan wyjątkowy wprowadza prezydent na wniosek Rady Ministrów), a także w stanie klęski żywiołowej. Zawieszenie takie może nastąpić na maksimum 30 dni. Ale ustawa pozornie tylko dotycząca koronawirusa nie wprowadza stanu nadzwyczajnego. Nie może więc wywłaszczać bez odszkodowania”.
A tym właśnie jest przewidziane w tej ustawie arbitralne, bez uzasadnienia i dowolne działanie władzy w zakresie przewidzianej w nim kontrybucji od prywatnych podmiotów.

Ustawa jest tu sprzeczna z Konstytucją

Ten projekt daje obecnej władzy prawo użyć wojska i każdej innej siły przeciw każdemu. Daje prawo umieścić dowolnie wybranego człowieka w każdym (także bliżej nieznanym) miejscu, na czas dowolny, za każdym razem przedłużany o 21 dni, bez podawania przyczyny poza podejrzeniem o kontakt z osobą, która miała kontakt z osobą…i koronawirusem (a później z innym wirusem lub chorobą według zapotrzebowania władzy). Z góry zwalniają się z odpowiedzialności za szkody, jakie tym wyrządzą. Te szkody dotyczą naszego zdrowia, wolności, życia.

Już raz Sejm i Senat uchwalił w 2013 roku ustawę, gdy wyszedł jeden z Was i mówił o bestiach. Każdego dnia jej stosowanie urąga prawu i prawa nadużywa. Kto pod byle pretekstem pozwala sobie na jawne łamanie prawa nie daje gwarancji, że nagle będzie się stosował do przepisów i na poważnie traktował godność i dobro zwykłego człowieka.

Groźna ustawa

Uchwalona pod pretekstem koronawirusa Ustawa to groźne i proste powtórzenie zabiegu wykorzystanego przy stworzeniu Ustawy z dnia 22 listopada 2013 r. o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób, (Dz.U. 2014 poz. 24). Ustawa dotyczy ludzi, którzy odbyli karę, nie popełnili nowego przestępstwa, a mimo to zostali nadal bezterminowo pozbawieni wolności, bo uznani zostali za groźnych. Wprowadzona została w podobnej atmosferze paniki moralnej i strachu. Miała mieć zastosowanie do najgroźniejszych, nielicznych, ale już w tytule było widać, że ma zastosowanie do każdego, kto trafił do więzienia.

Ustawa dotycząca koronawirusa wykorzystuje taką sama panikę i strach. Już w tytule widać, że planowana jest na długo i jest do wykorzystania pod byle pretekstem. Obecny stan służby zdrowia i to, jak dotychczas wygląda przeciwdziałanie koronawirusowi, jest tego dowodem. Ustawa nie powstrzyma ewentualnej epidemii; może być podstawą do odebrania nam wolności, zdrowia, a w efekcie tego możemy stracić i życie. Mamy przepisy na okazję zarazy – one już istnieją. Nie trzeba nowych ustaw; trzeba po stronie Sejmu i Senatu choćby odrobiny odpowiedzialności!!!

Nowe normy włoskiego rządu

Specjalny dekret ogłoszony przez włoski rząd 4 marca, przewiduje zamknięcie szkół i uniwersytetów w całym kraju do 15 marca oraz wzmocnienie systemu opieki zdrowotnej o 50 proc. miejsc na terapii intensywnej w szpitalach.

Włosi przynajmniej przez kolejne 30 dni będą musieli zmienić radykalnie styl życia. Zostaną odwołane lub przełożone wszystkie imprezy masowe: targi, meetingi, imprezy sportowe, a także imprezy publiczne i kulturalne powodujące gromadzenie się osób w miejscach zamkniętych (min. teatry, kina, sale koncertowe). Ponadto rząd rekomenduje by obywatele w kontaktach zachowywali bezpieczną odległość – przynajmniej 1,5 m – co oznacza powstrzymanie się od podawania sobie ręki, od uścisków, od pocałunków. Przypomina się o zachowaniu wszystkich norm sanitarnych: jak częste mycie rąk, dezynfekcja, nie picie z butelek lub naczyń używanych przez innych. Normy przewidują również zakaz towarzyszenia pacjentom udającym się po pomoc na pogotowie oraz ograniczenie wizyt w szpitalach, w domach opieki i w innych placówkach tego typu. Osobom powyżej 65 roku zalecono pozostawanie w domu. To samo dotyczy wszystkich osób, które mają jakiekolwiek objawy grypowe – w tej sytuacji należy skontaktować się telefonicznie z lekarzem domowym, który przeprowadzi pierwszy wywiad dotyczący koronowirusa i zdecyduje o dalszych działaniach.
Nowe, drastyczne normy przyjęte przez rząd premiera Giuseppe Conte mają na celu powstrzymanie rozpowszechniania się na terenie całego kraju epidemii Covid 19, której epicentrum znajduje się na północy Włoch, głównie pomiędzy Lodi w Lombardii i Padwą w Wenecji Euganejskiej, gdzie utworzono 11 „czerwonych stref” objętych kordonem sanitarnym. W miejscowości Codogno w Lombardii, 21 lutego odkryto pierwsze ognisko koronowirusa.
Normy przyjęte we Włoszech są normami antyepidemiologicznymi, które mogą zostać zastosowane także w innych krajach zagrożonych Covid 19. Włoski rząd przyjął je po konsultacji ze sztabem ekspertów i środowiskiem naukowym.
Panika czy nieświadomość?
Po pierwszym szoku, który sparaliżował Włochy i spowodował odwołanie 70 proc. rezerwacji turystycznych w tym kraju, zawieszenie lub ograniczenie lotów do Włoch przez liczne linie lotnicze oraz zatrzymanie się gospodarki i w konsekwencji jej prawdopodobną recesję w nadchodzących miesiącach, zaczęto minimalizować problem Covid 19, oskarżając media o podsycanie psychozy oraz przytaczając uspakajające opinie immunologów i biologów. Maria Rita Gismondo – dyrektorka laboratorium Mikrobiologii Klinicznej przy szpitalu Sacco w Mediolanie, które od samego początku wybuchu epidemii we Włoszech analizuje próbki pobrane od pacjentów, stwierdziła, że jest zdegustowana klimatem paniki, gdyż nowy koronawirus to „infekcja trochę poważniejsza od zwykłej grypy”. Przeciwstawił się tej opinii wirusolog Roberto Burioni – jeden z najczęściej cytowanych ekspertów we włoskich mediach. „To nieprawda. Covid 19 to nie dżuma, ale i nie grypa. Uwaga, nie należy minimalizować problemu”.
Także profesor Massimo Galli – ordynator mediolańskiego szpitala Sacco i kierownik Instytutu Nauk Biomedycznych, w którym został wyizolowany włoski szczep nowego koronawirusa (przez zespół badawczy kierowany przez profesor Claudię Balotta, w którym pracował także Polak – Maciej Tarkowski) – nie jest optymistą.
Profesor Galli ma nadzieję, że drastyczne normy wprowadzone przez rząd pozwolą opanować rozszerzanie się epidemii poza kordon sanitarny na cały obszar Włoch, nie jest jednak pewny, że izolacja chorych wystarczy. Immunolog lombardzki obawia się najbardziej o to, czy włoski system sanitarny wytrzyma nadmiar pacjentów zarażonych Covid 19. Już w tej chwili w mediolańskim Sacco trzeba robić miejsce dla nowych chorych, przenosząc tych, którzy czują się lepiej, ale jeszcze nie wyzdrowieli do szpitala wojskowego, przygotowanego w tych dniach specjalnie do tego celu. Galli jest również zdania, że wszystkie zachorowania są efektem tego, że wirus krążył we Włoszech już znacznie wcześniej zanim go odkryto, gdyż przypadki leczone w tej chwili w Sacco są wynikiem infekcji, trwających już około pięciu tygodni. Najbardziej ceniony włoski immunolog nie wierzy również w to, że nowy koronawirus może zniknąć, gdy wraz z nadchodzącym latem podwyższy się temperatura i obawia się, że stan zagrożenia może trwać dłuższy czas.
Również Roberto Burioni alarmuje: „Obawiam się, że zbyt wiele osób nie zrozumiało jeszcze z czym mamy do czynienia. Informacje uspokajające mogą wywołać prawdziwe zagrożenie epidemiologiczne. Lepiej, aby w tym okresie ludzie siedzieli w domu.”
Skąd wirus wziął się w Lombardii?
Nie dano jeszcze jednoznacznej odpowiedzi. Nie znaleziono również tzw. „pacjenta 0”. Przypomnijmy, że epidemia we Włoszech wybuchła w miejscowości Codogno w Lombardii, gdy u 38-letniego mężczyzny, leżącego w szpitalu z ciężkimi objawami grypy potwierdzono obecność koronowirusa 21 lutego 2020 r. W pierwszym momencie wydawało się, że zaraził się on od włoskiego managera, który w połowie stycznia powrócił z Chin. Okazało się jednak, że jego test był negatywny.
Dzięki badaniom prowadzonym na włoskim szczepie wirusa wyizolowanym 27 lutego przez zespół naukowców kierowanych przez profesor Claudię Balotta w Instytucie Nauk Biomedycznych przy szpitalu Sacco w Mediolanie, wiadomo już jednak, że jest on pochodzenia chińskiego i ma taką samą charakterystykę jak koronawirus rozprzestrzeniający się w Niemczech i Ameryce Środkowej. Włoscy naukowcy z Sacco ustalili również, że krążył on we Włoszech od około 5 tygodni – czyli od drugiej połowy stycznia, miesiąc przed odkryciem ogniska epidemii w Codogno.
Nie jest powiedziane, że nowy koronawirus został przyniesiony do Włoch przez liczną wspólnotę Chińczyków żyjących w tym kraju, która na początku wybuchu epidemii w Chinach stała się celem oskarżeń i ataków rasistowskich. Równie dobrze „pacjentem 0” mógł być jakiś włoski biznesmen czy pracownik włoskiej firmy, który powrócił z Chin lub z innego kraju. Być może nie uda się nigdy ustalić włoskiego „pacjenta 0”. Jak podaje The New England Journal of Medicine, europejskim „pacjentem 0” jest Niemiec z Monachium, który wrócił z Chin w połowie stycznia 2020 r.
Jak twierdzą włoscy lekarze, jednym z największych niebezpieczeństw jakie niesie ze sobą Covid 19 jest to, że w 6 na 10 pacjentów jest on prawie nierozpoznawalny i że poprzez wysoką zakaźność może rozpowszechniać się w sposób mało widoczny, wywołując ogniska epidemii, grożące załamaniem systemu sanitarnego.
Według informacji podanych 4 marca b.r., przez szefa włoskiej Obrony Cywilnej Angelo Borrelliego, liczba przypadków zarażenia koronawirusami zarejestrowanych do tej pory we Włoszech, w oparciu o liczby podane przez Ministerstwo Zdrowia i poszczególne Regiony, wzrosła do 3089. Do tej pory zarejestrowano 107 ofiar (28 więcej w ciągu 24 godzin). 2706 pacjentów jest pozytywnych. Wyzdrowiało 276 osób. 295 pacjentów z koronawirusem jest hospitalizowanych na oddziale intensywnej terapii (66 więcej w ciągu 24 godzin). Liczba ofiar we Włoszech odpowiada 3,47 proc. ogólnej liczby osób zakażonych koronawirusem. (W dniu 24 lutego, we Włoszech odnotowano 229 osób zarażonych koronawirusem i 7 zgonów).
Liczby mówią same za siebie, że Covid 19 to zdecydowanie coś więcej niż zwykła grypa.

Zanim nas ktoś rozjedzie

Czy wprowadzenie bezwzględnego pierwszeństwa dla pieszych, wkraczających na przejście, pozwoli radykalnie zmniejszyć liczbę tragicznych wypadków?

Trwają prace nad ustawę wprowadzającą pierwszeństwo dla pieszych wchodzących na pasy oraz ujednolicony limit prędkości w terenie zabudowanym (do 50 km/h przez całą dobę).
Te rozwiązania zbliżą Polskę do europejskich standardów poprawiających bezpieczeństwo najsłabiej chronionych uczestników ruchu. Pytanie jednak, czy nowe przepisy naprawdę skutecznie poprawią bezpieczeństwo? Niestety nie – o ile nie będą naprawdę egzekwowane. Chodzi przede wszystkim o kontrolę prędkości. Z dostępnych badań wynika bowiem, że to właśnie prędkość jest główną przyczyną śmierci na polskich drogach. Wielu wypadków można by uniknąć, a do wielu innych po prostu by nie doszło, gdyby kierowcy przestrzegali obowiązujących ograniczeń.
Plany przedstawione przez władze zakładają, że do roku 2021 w Polsce będzie około 600 urządzeń pomiarowych. Nie brak opinii, że to zdecydowanie za mało. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze zwraca uwagę, że dla porównania, we Włoszech jest niemal 6 tys. takich urządzeń, w Wielkiej Brytanii – ok. 5,5 tys., w Niemczech – prawie 4 tys., a we Francji – ponad 2,6 tys. Dlatego stowarzyszenie zaapelowało o pilną realizację postulatu wspólnej inicjatywy organizacji zabiegających o poprawę stanu bezpieczeństwa ruchu drogowego, która nosi nazwę #ChodziOżycie – i o zwiększenie liczby fotoradarów do 2000, oraz 400 odcinków z automatycznym pomiarem prędkości na terenie całego kraju.
Ustawa wprowadza możliwość zatrzymywania prawa jazdy także w przypadku kierujących, którzy przekroczyli o 50 km/h dopuszczalną prędkość poza obszarem zabudowanym. Przepis ten dotknie głównie piratów drogowych, czyli kierowców rażąco i nagminnie przekraczających prędkość. Niezbędne jest również, aby w ślad za zwiększeniem urządzeń do kontroli prędkości nastąpiła reforma Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD). Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, w latach 2015–2018 na skutek zaniedbań Głównego Inspektora Transportu Drogowego przedawniło się ponad 1,6 miliona wykroczeń o wartości kar ponad 370 milionów złotych. Szef GITD nie poniósł za to odpowiedzialności. Ponadto, fotoradary programowano tak, aby wychwytywały przekroczenia prędkości dopiero powyżej 30 km/h od dozwolonej prędkości. W efekcie, na skutek takiego „podwyższenia” limitów prędkości w latach 2015–2018 nie nałożono kar o wartości co najmniej 2,8 mld zł. To już – z punktu widzenia kierowców, niestety – przeszłość. Dziś kary z fotoradarów są wlepiane już za kilkunastokilometrowe przekroczenie ograniczeń prędkości. Do poprawy efektywności działania systemu CANARD niezbędne jest też jak najszybsze, postulowane zresztą przez GITD, wprowadzenie administracyjnego trybu nakładania kar za przekroczenia prędkości ujawnione za pomocą fotoradaru lub odcinkowego pomiaru prędkości. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze w ramach konsultacji złożyło uwagi do proponowanej treści ustawy. Zaproponowało, aby zmienić treść przepisu wprowadzającego pierwszeństwo – tak aby pierwszeństwo mieli również piesi dopiero oczekujący na wejście na przejście. Nie da się jednak ukryć, że nigdy nie uda się uniknąć kłopotów z rozróżnieniem, czy pieszy wszedł na przejście, czy może jednak nieoczekiwanie wtargnął – i wszystko będzie zależeć od zeznań świadków i uczestników zdarzenia. Wiadomo przecież, że jeśli jedynym uczestnikiem zostanie kierowca (gdy pieszy nie przeżyje), to może się zarzekać, iż pieszy wręcz chciał popełnić samobójstwo, rzucając się nagle pod koła. Pojawiają się też – częste w pomysłach dotyczących ruchu drogowego – propozycje, aby coraz surowiej karać za przewinienia. Miasto Jest Nasze proponuje np., aby podnieść kwoty mandatów (tak by odzwierciedlały inflację i wzrost zarobków). Takie działanie popiera 82 proc. badanych na zlecenie Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Pytanie też, czy nie wprowadzić jakiejś zaawansowanej formy badania psychiatrycznego dla osób ubiegających się o prawo jazdy? Dla każdego, kto obserwuje sposób jazdy polskich kierowców, oczywiste przecież jest, że wielu z nich musi cierpieć na poważne zaburzenia psychiczne.

Jedni chwalą, inni potępiają

Wciąż nie wiadomo, jakie skutki przynosi ustawa „Apteka dla aptekarza”. Okazuje się, że w naszym kraju dżentelmeni jak najbardziej mogą spierać się o fakty.

Zdaniem Naczelnej Izby Aptekarskiej ustawa przynosi dobre skutki. Zdaniem Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, wręcz przeciwnie.
Fatalna ustawa
Według ZPA PharmaNET miniony rok potwierdził, że ustawa „Apteka dla aptekarza” przynosi niedobre skutki. Od kiedy weszła w życie, z mapy Polski zniknęło ponad tysiąc aptek i punktów aptecznych, w tym wiele na obszarach wiejskich. W przypadku aż 86 miejscowości to była jedyna funkcjonująca w okolicy placówka apteczna. Nie powstały tam żadne nowe. Teraz mieszkańcy tych miejscowości muszą pokonywać dodatkowe kilometry, by zakupić potrzebne im leki.
Najnowsze dane międzynarodowej firmy IQVIA mają wskazywać, że liczba aptek i punktów aptecznych w Polsce spada nieprzerwanie od października 2017 roku, kiedy łącznie w całym kraju działało ich 14 914.
Na koniec grudnia 2019 roku było ich już tylko 13 777 (12 573 aptek i 1204 punktów aptecznych). Oznacza to, że w ciągu ponad dwóch lat z mapy Polski zniknęło 1137 placówek aptecznych.
– Liczba placówek spada od kilkunastu miesięcy i wygląda na to, że ten trend będzie się utrzymywał. W efekcie rynek aptek w Polsce cofnął się do poziomu z początku roku 2013 – mówi Marcin Piskorski, prezes ZPA PharmaNET.
Daleko od szosy
Według ZPA, likwidacja placówek aptecznych w dużym stopniu dotknęła obszarów wiejskich, gdzie dostęp do usług farmaceutycznych z zasady bywa utrudniony. Od historycznego rekordu w październiku 2017 r, kiedy na wsiach i w małych miejscowościach funkcjonowało najwięcej, bo 3479 aptek i punktów aptecznych, do końca 2019 roku ubyło ich 215. Obecnie działa tam 3264 placówek.
Spadek liczby placówek aptecznych odnotowano na terenie całego kraju, we wszystkich województwach. Najwięcej zostało zamkniętych w województwach: łódzkim (116), mazowieckim (113), dolnośląskim (108) i śląskim (106). Najmniej zniknęło ich na Opolszczyźnie (23) i Pomorzu Zachodnim (25).
Główną przyczyną obserwowanego spadku liczby aptek w Polsce jest dramatyczne zmniejszenie się liczba otwarć nowych placówek. To, zdaniem ZPA, są właśnie efekty obowiązywania ustawy „Apteka dla aptekarza”, która weszła w życie 25 czerwca 2017 roku i wprowadziła bardzo restrykcyjne zasady otwierania nowych aptek ogólnodostępnych.
Zgodnie z ustawą, nowa placówka musi przypadać na co najmniej 3 tys. mieszkańców i znajdować się co najmniej 500 m od już istniejącej, a jej właścicielem może być jedynie farmaceuta lub spółka farmaceutów (kiedyś każdy przedsiębiorca). Takie obwarowania spowodowały, że nowych aptek nie ma kto, ani gdzie otwierać.
Miało być dobrze, jest źle
Po ponad dwóch latach funkcjonowania regulacji „Apteka dla aptekarza” wyraźnie widać, że nie został zrealizowany żaden z celów prezentowanych w uzasadnieniu ustawy. Jednym z nich był wzrost liczby aptek na wsiach i w małych miasteczkach, co – jak wynika z prezentowanych danych statystycznych – nie ma w ogóle miejsca. Wprost przeciwnie, regulacja bezpardonowo eliminuje z rynku placówki apteczne na tych obszarach – wskazuje ZPA.
Nie ulega wątpliwości, że nowelizacja ustawy prawa farmaceutycznego wprowadzająca zasadę „Apteka dla aptekarza” wywróciła do góry nogami polski rynek apteczny.
Z typowego europejskiego systemu otwartego (według raportu UOKiK z 2015 r.) zmieniła go w jeden z najostrzejszych w Europie systemów zamkniętych, w którym łącznie obowiązują restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe, geograficzne i demograficzne oraz bezwzględny zakaz reklamy aptek i punktów aptecznych.
Nic się nie udało
Kolejnym wskazywanym przez ustawodawcę celem nowych przepisów było ukrócenie procederu nielegalnego wywozu leków z Polski.
Tymczasem „Apteka dla Aptekarza” okazała się nie mieć z tą walką żadnego związku – o czym świadczy konieczność wprowadzania kolejnych nowelizacji prawa farmaceutycznego oraz doniesienia mediów dotyczące walki z mafiami lekowymi. Z informacji tych wynika, że w odwrócony łańcuch dystrybucji leków, obok aptek zaangażowane są zorganizowane grupy przestępcze.
Zdaniem Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, argument o wywozie leków z Polski przez sieci apteczne, od początku nieprawdziwy, miał za sprawą zwolenników ustawy „Apteka dla Aptekarzy” budować apokaliptyczny obraz sieci aptecznych i zohydzić je w oczach decydentów i społeczeństwa, podobnie jak argument o monopolizacji rynku aptecznego przez sieci lub duże międzynarodowe koncerny.
ZZPA wskazuje, że sieci apteczne obejmują w sumie 375 podmioty, głównie małe i średnie polskie firmy rodzinne (spadek o 50 w stosunku do grudnia 2017 r.), zaś argument o monopolu kilkuset przedsiębiorstw jest „sprzeczny z podstawową wiedzą ekonomiczną”. Również cel w postaci repolonizacji aptek i wyrwania ich z rąk obcego kapitału od początku brzmiał demagogicznie. W posiadaniu podmiotów krajowych jest ponad 90 proc. ogólnej liczny aptek w Polsce, a sieci z udziałem kapitału zagranicznego działa w Polsce zaledwie pięć.
Ustawa dobra i potrzebna
Odmienne zdanie o tym wszystkim mają przedstawiciele indywidualnych aptek, a zwłaszcza najważniejsza reprezentacja środowiska aptekarskiego, czyli Naczelna Izba Aptekarska.
Swobodny dostęp do aptek i usług farmaceutycznych dla pacjentów, placówki powstające tam, gdzie faktycznie są potrzebne oraz eliminacja z rynku nieuczciwych przedsiębiorców – to według NIA główne skutki nowelizacji prawa farmaceutycznego, czyli ustawy „Apteka dla Aptekarza”, która już od dwóch lat porządkuje polski rynek apteczny.
Do 25. czerwca 2017 r. o zezwolenie na prowadzenie apteki mógł starać się zarówno farmaceuta, jak i osoba fizyczna, która z farmacją nie ma nic wspólnego.
Nowelizacja prawa farmaceutycznego to zmieniła, powierzając jedynie farmaceutom odpowiedzialność za prowadzenie nowych aptek, prowadzonych w ramach wybranych spółek osobowych. Naczelna Izba Aptekarska ocenia, że jest to dobra zmiana.
Po niespotykanej w historii, często sztucznie „pompowanej” liczbie otwarć placówek, rynek powoli wraca do poziomu sprzed 2014 roku. Liczba aptek wprawdzie spada, ale w skali ogólnopolskiej nadal istnieje ok. 14 tys. aptek i punktów aptecznych (źródło: Centralny Rejestr Aptek).
Obecny poziom nasycenia aptek w pełni pokrywa więc potrzeby polskich pacjentów związane z dostępem do tych placówek, zapewniając pacjentom swobodny dostęp do usług farmaceutycznych – podkreśla NIA, dodając, że obecnie ok. 70 proc. europejskich placówek objętych jest podobnymi regulacjami (m.in. Niemcy, Francja, Austria, Hiszpania, Dania, Finlandia, Belgia).
Wreszcie jest porządek
Ustawa stopniowo porządkuje sektor apteczny, który w 60 proc. został zdominowany przez sieci apteczne (w 2004 r. w Polsce było ich 45, dzisiaj jest ich ok. 420).
Agresywna ekspansja sieci odbywała się kosztem polskich aptek indywidualnych – dziennie upadały nawet dwie małe apteki, a w ich miejsce powstawały trzy apteki sieciowe, nierzadko „wspierane” przez zagraniczny kapitał.
Jeżeli nikt nie powstrzymałby tego procesu to za 4 lata apteki indywidualne zniknęłyby z rynku, a konsekwencje tego zjawiska byłyby nieodwracalne dla polskiej gospodarki.
Celem nowych regulacji ustawowych była więc ochrona ponad 4,5 tysiąca polskich drobnych przedsiębiorców prowadzących apteki, którzy balansowali na granicy bankructwa oraz zabezpieczenie wielu tysięcy miejsc pracy – uważa NIA.
Żeby jeszcze inspekcja pracowała
W opinii Naczelnej Izby Aptekarskiej ustawa generalnie spełnia swoje założenia i przynosi oczekiwane skutki. Tym niemniej, nie wszystkie jej postanowienia są realizowane, czego przyczyną ma być „bierność organów Inspekcji Farmaceutycznej w zakresie egzekucji prawa”.
Izba zauważa, że od momentu wejścia w życie ustawy zlikwidowano ok. 100 aptek trudniących się procederem nielegalnego wywozu leków za granicę, a kolejne śledztwa są prowadzone.
Dowodem na to jest choćby aresztowanie przez Centralne Biuro Antykorupcyjne właściciela sieci aptek – z doniesień medialnych wynika, że w ciągu ostatnich dwóch lat grupa przestępcza, której był uczestnikiem, wywiozła z Polski leki o wartości ponad 100 mln zł.
Jak widać, dwie organizacje – NIA oraz ZPA – mówią co innego na temat skutków tej ważnej zmiany. Szkoda, że nikt nie pyta o zdanie najbardziej zainteresowanych, czyli klientów aptek.
Warto na koniec dodać, że ustawa „Apteka dla aptekarza” jest dosyć skutecznie omijana. Większe podmioty kupują apteki, zostawiając uprawnionego farmaceutę w ramach „słupa” (oczywiście za stosowną opłatą).
Wtedy rola aptekarza-właściciela placówki sprowadza się jedynie do posiadania zezwolenia. Inną metodą jest skupowanie akcji lub udziałów, a następnie przejmowanie tą drogą kontroli nad spółkami prowadzącymi apteki.
Tak więc, wkrótce może się okazać, że skutki ustawy „Apteki dla aptekarza” są żadne, a więc i spór o jej zapisy nie będzie mieć znaczenia.

Lex inwestor

… czyli wąchaj i płacz.

W ekspresowym tempie Sejm przyjął szkodliwe przepisy o inwestycjach uciążliwych dla środowiska i mieszkańców. Okazuje się, że nie tylko rząd nie zamierza zamykać ferm futrzarskich, jak obiecywał trzy lata temu, ale już niedługo mieszkańcy mający domy w bezpośrednim sąsiedztwie takich i podobnych inwestycji, nie będą mieć nic do powiedzenia przy ich planowaniu.
Nowe przepisy mają jedno bardzo „cwane” założenie: właściciel działki zlokalizowanej w odległości powyżej 100 metrów od granicy terenu, na którym planowana jest budowa, nie może być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
Jeżeli inwestor stwierdzi, że „centrum” smrodu np. kurników na kurzej fermie, będzie znajdować się po środku wielkiej działki, to można będzie uznać, że magiczny limit 100 metrów został spełniony – a zatem mieszkańcy nie będą mogli być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
100-metrowy bufor oddziaływania to absurd. Zasięg uciążliwości takich inwestycji z punktu widzenia sąsiadów jest zwykle dziesięć razy większy.
Protesty trwają m.in. w sołectwie Wilczyn-Kamieniczne obok Białej Podlaskiej – tam mieszkańcy protestują przeciwko budowie kurników dla około 560 kurcząt. Podobnie w Żywcu, gdzie powstać ma spalarnia odpadów.
Nowe przepisy prawdopodobnie skutecznie zakneblują protestujących.
Szczęście mieli mieszkańcy Ustrzyk Dolnych, gdzie po olbrzymich protestach prywatna firma wycofała się z projektu budowy fabryki węgla drzewnego.
– Przecież nie można zakładać, że na setnym metrze kończy się uciążliwość każdej instalacji, że w odległości 101 metrów woda staje się czysta, a odór znika – powiedział mediom Marcin Stoczkiewicz, prezes Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Jak widać PiS słucha głosu suwerena tylko wtedy, kiedy można sie spodziewać, że ów będzie życzliwy. O przypadkach zamiany wiejskiej sielanki w śmierdzące piekło dzięki nowej ustawie z pewnością jeszcze usłyszymy.