Jeszcze o grudniu 1970 r.

Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w Trybunie ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania swojego własnego zdania.. Jednakże w przypadku, gdy w grę wchodzą fakty, to czuję się zobligowany do ich skorygowania. Dlatego też pozwalam sobie zabrać głos w kontekście publikacji prof. Jerzego J. Wiatra pt. „Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje”.

Również dlatego, że zostało tam przywołane nazwisko mojego ojca Bolesława Jaszczuka, sekretarza KC PZPR w latach 1963-70. Uważam zatem za celowe dokonanie pewnych sprostowań na podstawie zarówno relacji moich rodziców, jak i w oparciu o własne obserwacje.

Po pierwsze, w roku 1968 nie tylko na Węgrzech ale też w niektórych innych KS podjęto próby reformowania systemu ekonomicznego. W CSRS rozpoczęto wprowadzanie rachunku ekonomicznego, nazywanego tam rosyjskim terminem chozraščot, co jednak zostało przyhamowane po interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Mimo to czechosłowacka gospodarka nie tylko się rozwijała lecz także była w wysokim stopniu samowystarczalna oraz pozbawiona zmory bezrobocia – wręcz na odwrót, sprowadzano tam masowo pracowników nie tylko z Polski ale i z Kuby – a także niemal zerowym poziomem inflacji dzięki czemu wzrost płac nominalnych automatycznie przekładał się na wzrost płacy realnej. W końcu lat 80. pracowałem w Czechosłowacji w sumie ponad pół roku i mogłem to obserwować z bliska. Sklepy były znakomicie zaopatrzone we wszystkie towary poczynając od szerokiego wyboru mięsa i wędlin po artykuły przemysłowe w przeważającej większości produkcji krajowej. Z towarów importowanych w sklepach można było wypatrzyć co najwyżej jakieś trunki czy albańskie owoce. Dewizami gospodarowano bardzo oszczędnie wydając je na wybrane artykuły konsumpcyjne, np. w Bratysławie funkcjonował sklep z renomowanymi francuskimi kosmetykami. Nie odczuwało się też braków w zaopatrzeniu. Kiedy jednego dnia w jednej z dzielnic Bratysławy zabrakło proszków do prania to zrobiła się afera na cały kraj. Ponadto czechosłowackie towary były atrakcyjne cenowo dla gości zagranicznych. Jugosłowianie masowo kupowali meble. Osobiście widziałem jak Węgrzy w jednym z największych sklepów wykupili cały zapas kawy. Jednakże już następnego dnia kawa ponownie się w sklepie pojawiła. Dobrze prosperowały też Zjednoczone Spółdzielnie Rolnicze, które w odróżnieniu od zakładów przemysłowych były obciążone znacznie mniejszą ilością obowiązkowych wskaźników. Przytoczone przeze mnie przykłady świadczą to tym, że gospodarka może całkiem nieźle funkcjonować bez wprowadzania reform. Jednak tylko do czasu aż system nie wyczerpie swoich możliwości. W 1988 r. moi czechosłowaccy rozmówcy zwracali uwagę na to, że system oparty o wielość obowiązkowych wskaźników jest skostniały i wymaga zmian. Jednak podobnie jak w 1968 r. ingerencja zewnętrzna nie pozwoliła na wdrożenie w życie bardziej demokratycznego modelu socjalizmu, tak w 31 lat później zmiana ustroju doprowadziła do zahamowania gospodarki i pojawienia się takich niespotykanych tam zjawisk, jak bezrobocie, bezdomność a nawet nędza, choć obszar biedy, jak wynikało z moich osobistych obserwacji w latach 90., był znacznie mniejszy niż na Węgrzech. Nowy mechanizm zaczęto też wprowadzać w ZSRR jednak jego promotor, ówczesny premier Aleksiej Kosygin był za słaby aby pokonać opór biurokracji. W efekcie w latach 70. namnożyła się liczba resortów gospodarczych. Powstawały np. ministerstwa budowy maszyn dla przemysłu lekkiego i oddzielne takie ministerstwa dla innych gałęzi przemysłu. Panowanie biurokracji na różnych szczeblach władzy nie tylko ekonomicznej doprowadziło w końcu do takiego stanu, że niezbędna stała się pieriestrojka. Jednak jej przebieg i skutki to już odrębny, szeroki temat.

Również w Polsce w końcówce lat 60. na najwyższych szczeblach władzy dostrzegano konieczność zmiany mechanizmów gospodarczych. Zespół ekspertów pilotowany przez mojego ojca pracował nad przygotowaniem nowych zasad funkcjonowania gospodarki czego efektem było wypracowanie systemu bodźców mającego na celu powiązanie wynagrodzeń z efektywnością produkcji. Był on być może nazbyt skomplikowany – może dlatego, że był przygotowany przez naukowców – jednak była to jakaś realna próba reformowania gospodarki co stoi w sprzeczności z tezą prof. Wiatra, iż pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono błędną politykę gospodarczą, „której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego”. Po roku 1970 nowa ekipa odeszła od wdrażania mechanizmów ekonomicznych i postawiła na rozwój nowych technologii, co było przejawem przewagi strategii technicznej nad ekonomiczną. Jak trafnie zauważa prof. Wiatr, pokolenie, które przejęło władzę w większości „ tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich”.

Należy też wspomnieć o tym, że sam Gomułka dostrzegał potrzebę zmian o czym może świadczyć fakt, iż w lutym 1968 r. zaproponował strategię selektywnego rozwoju. Z grubsza miała ona polegać na rozwoju przyszłościowych i proeksportowych gałęzi gospodarki kosztem przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Nie trzeba być specjalnie domyślnym aby zauważyć, że tego typu strategia uderzała w lobby węglowe i hutnicze ulokowane głównie na Śląsku. Część aktywu i aparatu partyjnego czuła się ponadto znudzona władzą Gomułki i upatrywała w Edwardzie Gierku kogoś w rodzaju odnowiciela. Szczególnym tego dowodem było zebranie warszawskiego aktywu partyjnego w 1968 r., gdy z inspiracji ówczesnego I Sekretarza KD PZPR Warszawa-Wola grupa uczestniczących w nim osób skandowała głośno: Gierek! Gierek!

Władysław Gomułka był też niemile widziany przez niektórych działaczy ponieważ przy nim nie wypadało się bogacić. Gomułka co prawda nie wtrącał się w życie osobiste partyjnych i państwowych funkcjonariuszy sam jednak mieszkał w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku. W podobnych warunkach mieszkały też inne osoby z najwyższych pięter władzy co może potwierdzić Józef Tejchma, który wraz z żoną i dwiema córkami zajmował trzypokojowe mieszkanie w pięciokondygnacyjnym budynku bez windy. Dlatego też innym nie wypadało budować sobie ekskluzywnych wilii. Oficer BOR przydzielony do ochrony sekretarza KC Ryszarda Strzeleckiego pisał w swoich wspomnieniach, że Strzelecki odmówił zamieszkania w zaproponowanej mu wilii. Skoro już mowa o ówczesnym BOR, to warto wspomnieć, że ochrona przysługiwała osobom wchodzącym w skład Biura Politycznego ale już nie sekretarzom KC. Artur Starewicz jeździł na wczasy wraz z rodziną bez kierowcy i sam zasiadał z kierownicą. Wspominam o tych faktach mimo tego, że nie dotyczą bezpośrednio głównego tematu publikacji prof. Wiatra, jednak ukazują one pewne niestandardowe na tle innych krajów reguły mające odniesienie do politycznego kierownictwa państwa.

Tak więc kilka czynników plus polityczne ambicje niektórych liczących się postaci jak choćby Mieczysław Moczar musiało w końcu doprowadzić do usunięcia Gomułki w czym zresztą sam sobie pomógł przez ową feralną podwyżką cen. O ile mi wiadomo, Gomułka wahał się nad wprowadzeniem tych podwyżek akurat w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Jednak niektórzy współtowarzysze z Biura Politycznego przekonywali go, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i ludzi ze zrozumieniem przyjmą podwyżkę cen. Podstawowym błędem Gomułki było to, że naiwnie uwierzył w te zapewnienia. Jednak gdyby nie ów tragiczny grudzień 1970 wcześniej czy później doszłoby do zmiany władzy na najwyższym szczeblu, gdyż takie były okoliczności oraz wola dużej części aktywu partyjnego. Przyznał to prywatnie jeden z ówczesnych nie żyjących już działaczy z najwyższych pięter władzy. Tak więc przyczyny kryzysu 1070 są o wiele bardziej złożone niż wynikałoby to z publikacji Jerzego Wiatra, a także z moich powyższych spostrzeżeń i wniosków. Sprawa ta być może będzie przedmiotem badań historyków i politologów co pozwoli nam zbliżyć się do lepszego poznania przyczyn a także politycznych kulisów tych wydarzeń.

Wojsko Polskie w Grudniu 1970

„Nasze Wojsko nie było żądnym krwi żołdactwem. Akt oskarżenia unikając ustaleń sprawstwa bezpośredniego oraz przypadków obrony koniecznej, w istocie rzeczy znieważa żołnierzy, czyni z nich anonimowych, bezwolnych siepaczy… Gdyby nie Wojsko, o ile więcej krwi by się przelało?… Stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Gdy Państwo Czytelnicy otrzymacie ten tekst, będziecie po obejrzeniu dokumentalnych filmów w TVP, prezentujących sytuację niejako w dwóch ujęciach: „na miejscu”- w miastach Wybrzeża. W „centrali”, czyli fragmenty rozmów, podejmowanych decyzji w MSW i informacji o decyzjach Władysława Gomułki w Warszawie. Zważywszy na tytuł publikacji- nie negując ani pomijając roli MO, ZOMO, MSW, zatrzymam Państwa uwagę na „obrazach z miast” i organów decyzyjnych, gdzie wiele razy przewijały się pojazdy wojskowe- transportery TOPAS i SKOT, czołgi i samochody oraz żołnierze, zarówno w budynkach, np. KW PZPR i na ulicach, wśród nich dowódcę 7 Dywizji Desantowej- wtedy płk Tadeusza Urbańczyka z grupą oficerów. Na zdjęciach widać żołnierzy używających broni palnej- strzelających z powietrze z okien budynku KW PZPR w Gdańsku, pod bramami stoczni i na ulicach- także strzelających z powietrze.

Treść publikacji oparłem na dokumentach i materiałach procesu sądowego, jaki został wytoczony za „Wydarzenia na Wybrzeżu”. Eksponuję oskarżenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z grupą oficerów. Być może, że do tego procesu będzie trzeba wrócić w późniejszym czasie- na życzenie Państwa, pokazując jego „całokształt”. Nie muszę mówić, że ta materia, zarówno z uwagi na specyfikę „języka sądowego”, szczegółowość opisu zdarzeń, ale także zdumiewających Czytelnika pominięć i przeinaczeń Prokuratury w akcie oskarżenia-niezwykle jest zawiła, trudna do przedstawienia „zrozumiałym językiem”. Namiastkę tego spotkają Państwo w dalszej treści publikacji. Zachęcam do przeczytania w pierwszej kolejności publikacji prof. Jerzego Wiatra, który – jak zawsze, na łamach Trybuny- prezentuje oceny faktów i zdarzeń, skłaniając Czytelnika do- potocznie mówiąc-„wyrabiania zdania”. Nie tyle dla siebie, co na użytek naszych dzieci i wnuków, by uczyć ich „historycznej wyobraźni”, poznawania „politycznego rodowodu i tła” tych wydarzeń oraz poczucia odpowiedzialności za Ojczyznę. Profesor czyni to zachęcająco, także do sięgnięcia po ten tekst -ale w drugiej kolejności. Też do innych publikacji prasowych oraz uważnemu przyjrzeniu się widowisku „Anioły Grudnia”- ciekawe „jakie i czyje”.

„Kto kazał strzelać?”

Obok politycznego, a dziś po 50 latach, chcąc „przypodobać się”(?) różnym krytykantom – powiedzielibyśmy „partyjnego” (wiadomo jakiej partii) tła i rodowodu wydarzeń na Wybrzeżu, czołową pozycję zajmuje pytanie- kto kazał strzelać i kto zdecydował o wyprowadzeniu Wojska na ulice. Nie trzeba wyjaśniać, że pierwsza część obejmuje MO, która miała wprawdzie prawo użycia broni, wobec ewidentnych zbrodniarzy, nie zaś wobec ulicznych wystąpień zbiorowych. Stąd MO, ZOMO i Wojsko-właśnie przy zbiorowych wystąpieniach ulicznych. Nie trzeba daleko szukać odpowiedzi- jest w powszechnie dostępnych materiałach. Podczas narady o godz. 9.00, 15 grudnia 1970 r., Władysław Gomułka zdecydował – w „obliczu brutalnego pogwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać w nogi”- (akt oskarżenia). Uczynił to po informacji z MSW o zajściach w Gdańsku 14 grudnia (środa), w tym podpaleniu budynku KW PZPR i zagrożeniu w nim ludzi, niszczeniu mienia, np. samochodów strażackich, sklepów i rabunkach; 2 zabitych i wielu rannych milicjantów, ataku na Komendę Miejską MO, wtargnięcie tłumu do budynku i groźbie zabrania broni. Atak na komendę MO, opisał Lech Wałęsa w książce „Droga nadziei”, Wyd. Rytm, 1988. Oto fragment-„Ludzie podzielili się na dwie grupy. Jedna grupa poszła na Świerczewskiego, na komendę MO, druga zaś w stronę dzisiejszego budynku LOT. Widzę, że milicjanci mają ochotę z nami zacząć, ale chyba się wahają i dlatego cofają się. Wyprzedziłem ludzi i mówię do tych milicjantów: panowie, przed chwilą był akcja pod stocznią. Tam milicjanci dostali po łbach., dostaniecie i wy. Wycofajcie się, jak nas nie przepuścicie, potłuczemy i was. Posłuchali i powoli się wycofali… w tym czasie tłum dotarł już przed budynek komendy. Rzuca kamieniami, lecą szyby. Milicjanci stojący w oknach są zaskoczeni. Są wśród nich ranni. Leje się krew”. Pojawia się pytanie – czy, nawet po 50 latach mielibyście, obawy przed wydaniem takiej decyzji w Warszawie? Proszę zauważyć- po „telefonicznym opisie” zajść ulicznych w Gdańsku. Na ile wiarygodnym, precyzyjnym, a na ile emocjonalnym? Ktoś powie- może nie tyle do samej decyzji, co jej wykonania. Racja- co innego, patrzeć z boku, z dystansu czasu, przy odpowiednim nastawieniu do „tamtej władzy i milicji”, co innego samemu wykonywać taką decyzję, będąc obrzucany kamieniami, gdy obok ranni są koledzy. Ale takie dywagacje można toczyć bez końca. Raz jeszcze odwołam się do filmu dokumentalnego. Odniosłem wrażenie, że „dość oszczędnie” pokazuje zachowanie tłumu wobec MO i Wojska, poza budynkiem KW PZPR i komendy MO nie widać zniszczeń – może redaktorzy nie mogli „wszystkiego dojrzeć” i sfilmować, może…

Zeznając przed Sądem Generał stwierdził- „Na wciąż medialnie eksponowane pytanie: „Kto kazał strzelać?” wyraźną odpowiedź dał sam Władysław Gomułka w liście do Biura Politycznego KC PZPR z 27 marca 1971 roku, znajdującym się w aktach sprawy i przywołanym przeze mnie przed Sądem 12-13 marca 2002 r. Potwierdził to premier-przewodniczący Komitetu Obrony Kraju Józef Cyrankiewicz- w znajdujących się również w aktach sprawy oświadczeniach – m.in. stwierdzając, że decyzję Władysława Gomułki przekazał osobiście wyznaczonemu na Szefa Sztabu Lokalnego w Gdańsku, gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu (Główny Inspektor Obrony Terytorialnej- Sekretarz Komitetu Obrony Kraju). Przypomnę, że w znajdującym się w aktach sprawy oświadczeniu z 2 czerwca 1971 r., gen. Korczyński pisze: „O godzinie 9.50 (15 stycznia 1970 roku) tow. Cyrankiewicz poinformował mnie telefonicznie, że decyzją Biura Politycznego zezwolono na użycie broni, przyznając jednocześnie dowódcom jednostek pododdziałów prawo, zależnego od sytuacji rozstrzygania o jej zastosowaniu. Decyzję tę przekazałem dowódcom jednostek, rygorystycznie zastrzegając jednocześnie, aby przy konieczności użycia broni przestrzegać określonych bezpieczników”. W protokole z przeprowadzonej z nim przez Komisję rozmowy w dniu 17 czerwca 1971 roku znajduje się następujący zapis: „Tow .Korczyński – decyzję tę otrzymałem w dniu 15 grudnia 1970 roku o godz. 9,00 z minutami od Premiera Cyrankiewicza. Powiadomił mnie, że jest zezwolenie na wprowadzenie wojska i użycie broni w uzasadnionych przypadkach. Chcę przy tym zaznaczyć, iż jeszcze przed godziną 9 rano dzwoniłem do tow. Cyrankiewicza informując go o ciężkiej sytuacji … Wojsko będące w akcji nie używało broni, nie strzelało. Strzelało dopiero wtedy, kiedy dostałem takie polecenie od Cyrankiewicza””.

Postawa Generała

Był wezwany na tę odprawę. Wysłuchał informacji i decyzji I Sekretarza. Premier, Józef Cyrankiewicz uzupełnił ją wnioskiem o ogłoszenie stanu wyjątkowego i wprowadzenie godziny milicyjnej. O godz. 9.50 zadzwonił do gen. Grzegorza Korczyńskiego (był w Gdańsku), zapytał o sytuację i przekazał decyzję- zgodę na użycie broni przez MO i Wojsko, dopiero od godz. 12.00. Najpierw ostrzegać o użyciu, strzelać w powietrze, potem w ziemię i nogi. Poza Premierem- nikt z obecnych nie zabrał głosu. Byli m.in. marsz. Marian Spychalski, przewodniczący Rady Państwa i Mieczysław Moczar, Sekretarz KC, nadzorujący MON i MSW.

W tej sprawie Generał zabrał głos na VIII Plenum KC (luty 1971), gdy odczytano list Władysława Gomułki i wywiązała się dyskusja o użyciu Wojska i broni na Wybrzeżu. Stwierdził wtedy m.in., że sytuacja wskazywała na taką konieczność i jednocześnie ostrożność stosowania siły. Nie mógł być przeciwny, mimo świadomości, że podawane, napływające informacje były emocjonalne i nie dokładne. Swoją postawę o godz. 9.00 przed Sądem wyjaśniał tak-„Wojsko znalazło się na ulicach nie wtedy, kiedy rozpoczęły się tam protesty, demonstracje, ale dopiero wówczas, kiedy już zaistniały niszczycielskie fakty oraz doszło do sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu ludzi. Do tego dochodziła świadomość, iż palone, dewastowane, rabowane jest – w ostatecznym rachunku – społeczne, wspólne dobro, że powstają ogromne straty materialne. I dla nas, starych i dla dziedziczących tradycje bojowe młodych żołnierzy, dramat 1970 roku był więc niejako podwójny. Ale też- jak sądzę – daje to nam moralne prawo do uczciwej, społecznie sprawiedliwej oceny”. Odniósł się też do oceny postawy Władysława Gomułki, mówiąc-„obok wad i błędów miał też niewątpliwe zasługi. Należały do nich m.in. usilne działania na rzecz ostatecznego uznania nienaruszalności naszej granicy zachodniej. Kilka dni przed tragicznymi wydarzeniami-7 grudnia 1970 roku, dokonał się ten historycznej wagi akt. Był wielkim sukcesem Polski i osobiście Gomułki. To, zresztą – jak sądzę, rzutowało również na nerwowość jego reakcji w czasie wydarzeń na Wybrzeżu. Odczuwał je jako poważne dezawuowanie wysiłków związanych z odbudową i zagospodarowaniem Ziem Zachodnich i Północnych, w co włożył osobiście tak wiele starań i serca. To, oczywiście nie usprawiedliwienie, ale pewne wyjaśnienie psychologicznych mechanizmów owych decyzji”.

Przygotowanie procesu Sądowego

Kto z Państwa pamięta deklarację- „przeszłość oddzielamy grubą kreską”, kto i kiedy ją wypowiedział? (premier Tadeusz Mazowiecki w ekspose, wrzesień 1989). Swoistą zapowiedzią jej podważenia i chęci „rozliczeń z przeszłością”, stała się interpelacja poselska Kazimierza Ujazdowskiego. Szef MON, gen. Florian Siwicki odpowiedział w maju 1990 r., m.in. pisząc- „Dyspozycja o użyciu broni została wydana przez ówczesnego I Sekretarza KC PZPR, na posiedzeniu nieformalnego zespołu kierowniczego, z udziałem przewodniczącego Rady Państwa i premiera. Następnie premier przekazał ją bezpośrednio do Gdańska wiceministrowi obrony narodowej gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu z pominięciem ministra obrony narodowej i szefa Sztabu Generalnego WP”.

Od wiosny zaczynają krążyć pogłoski, iż o funkcji Głowy Państwa „marzy” Lech Wałęsa. Jesienią było już wiadomo, że Generał rozmawiając z Prymasem Józefem Glempem i kilkoma osobami, wyraził wolę odejścia, ale pod warunkiem, że odbędą się powszechne wybory prezydenckie. Stosowne pismo do Marszałka Sejmu, skierował we wrześniu. Prokuratora Marynarki Wojennej w Gdyni, 8 października 1990 r. wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń grudniowych 1970 r., w toku których, „w wyniku użycia broni palnej przez żołnierzy, śmierć poniosły osoby cywilne”. Nikt-oczywiście nie mówi kogo ma na myśli. Proszę zauważyć-Generał jest jeszcze Prezydentem RP. Po latach uchylił mi przysłowiowego rąbka tajemnicy, co myślał słysząc o tych poczynaniach. Nie śmiem napisać, kto już wtedy nabierał „odwagi”. Tak właśnie rozpoczęło się postępowanie przygotowawcze. Ruszyło „pełną parą” od stycznia 1991 r. Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Marynarki Wojennej, następnie Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Przesłuchano 3516 świadków. Zebrano ponad 100 tomów materiałów procesowych. Oskarżyciel wskazał 1091 świadków, do przesłuchania przez Sąd.

Początkowo sprawę miał prowadzić Sąd Wojewódzki w Gdańsku, który „postanowieniem z 7 listopada 1995 roku przekazał sprawę według właściwości, tj. profesjonalnej kompetencji, Sądowi Marynarki Wojennej w Gdyni. Sąd Apelacyjny to postanowienie uchylił. W rezultacie akt oskarżenia cechuje ignorancja w materii wojskowej…Odebranie sprawy prokuraturze wojskowej i przekazanie jej do prokuratury powszechnej, nie tylko poważnie wydłużyło jej przygotowawczy bieg, ale również spłyciło precyzję oskarżenia, które powinno uwzględnić w większym stopniu profesjonalno-regulaminowe uwarunkowania działalności Sił Zbrojnych”- ocenił Generał. Wreszcie skierowano do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sprawa trafiła na wokandę w październiku 2001 r. W dniach 18 października i 8 listopada 2001 r., Generał złożył wyjaśnienia. Choroba Przewodniczącego Sądu sprawiła, że proces rozpoczęto od początku.

Oskarżeni ponownie złożyli wyjaśnienia. Biorąc pod uwagę wcześniejsze pytania Sądu i uwagi obrońców, Generał złożył rozszerzone wyjaśnienie w dniach 12-13 marca 2020 r. Ponadto, 27 czerwca, po złożeniu wyjaśnień przez wszystkich oskarżonych – złożył wniosek „o usunięcie istotnych braków postępowania przygotowawczego w celu uzupełnienia ewidentnych luk oraz wyeliminowania sprzeczności, niejasności, a nawet mijania się z prawdą”. Proszę zwrócić uwagę na tytuł wniosku. By Państwu skrótowo i przystępnie go opisać, konieczny jest odrębny tekst. Podam dwa takie przykłady. Pierwszy- „Prokuratura nie skorzystała ze wskazówki, którą tak plastycznie ujął pełnomocnik Solidarności, pan Piotr Łukasz Andrzejewski mówiąc, że „była to gigantyczna prowokacja: Milicja i Służby Bezpieczeństwa podpalały, a Wojsko gasiło” (wydarzenia w Gdyni 17 grudnia, moje, GZ). Trudno posądzić byłego senatora Rzeczypospolitej Polskiej, że w obliczu Wysokiego Sądu nie wiedział, co mówi, że użył bez pokrycia tak ważkich słów. Ma niewątpliwie jakąś wiedzę na powyższy temat. Obecnie powstaje okazja, aby prokuratura uzupełniając materiał dowodowy, poszła wskazanym przez niego śladem i eliminując pogłoski, czy plotki, a ustalając fakty, dotarła do winnych ewentualnej prowokacji. Niestety, nic w tym kierunku nie uczyniono”. Drugi- wniosek, por. Wiesława Gopa o zwrot aktu oskarżenia, który bezpodstawnie zarzuca, że 16 grudnia w rejonie nr 2 Stoczni Gdańskiej w „wyniku moich działań śmierć poniosły 2 osoby, a 11 było rannych. 3 pluton, którym dowodziłem, znajdował się w drugiej linii, w drugim rzucie. Gdyby miał strzelać do demonstrantów, musiałby najpierw strzelać do czołgów oraz w plecy innych, znajdujących się przed moim plutonem żołnierzy. Jak można mi przypisać odpowiedzialność za śmierć Stefana Mosiewicza, który został postrzelony z broni kalibru 9 mm, kiedy mój pluton uzbrojony był wyłącznie w pistolety maszynowe kalibru 7, 62 mm”. Jeszcze jeden, podobny wniosek. „Na str. 56 aktu oskarżenia znajduje się stwierdzenie: „mjr Wiesław Wiekiera podał komendę „ładuj broń”, a następnie „w górę, krótką serią ognia”. Natomiast na str. 57 jest zapis: „W wyniku użycia broni palnej przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej śmierć ponieśli Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz”. Jak pogodzić moją komendę do strzelania w górę z przypisaniem mi przez prokuraturę odpowiedzialności za śmierć powyższych dwóch i ranienie 11 osób”- pyta, zwracając akt oskarżenia mjr Wiesław Wiekiera.

Generał oskarżony o …

Składając dwukrotnie wyjaśnienia, oświadczał- „Oskarżenie jest bezpodstawne. Są w nim zasadnicze luki, ewidentne błędy i manipulacje, a nawet mijanie się z prawdą. Oświadczam, iż w czasie tragicznych wydarzeń w Grudniu 1970 roku na Wybrzeżu: nie postąpiłem wbrew Konstytucji; nie wydałem rozkazu użycia broni; nie popełniłem przestępstwa. Wręcz przeciwnie – w ramach swych realnych, zawężonych wówczas możliwości, przyczyniłem się do ograniczenia bolesnych skutków wydarzeń, a następnie do takich zmian polityczno-państwowych, które pozwoliły przerwać groźną spiralę rozszerzenia konfliktu oraz jego siłowego rozstrzygania, zapobiec katastrofie, realnie grożącej w ogólnokrajowej skali…Raz jeszcze stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem. Materiały śledztwa moje słowa potwierdzają. Trzeba wyjątkowej tendencyjności, ażeby zinterpretować je inaczej. Owa tendencyjność przejawia się m.in. także w tym, iż prokurator odrzucił gruntownie umotywowane wnioski dowodowe obrony, w tym również dotyczące uzupełniającego przesłuchania wielce istotnych dla sprawy świadków. Jak widać intencja jest inna- „wystrzelić” akt oskarżenia, a później niech się martwi Sąd, „wyłuskując” wśród 3516 przesłuchiwanych w nieskończoność świadków to, co jeszcze przed rozprawą mogło być oczywiste… Trudno nie zauważyć intencji „grubymi nićmi szytej” – przede wszystkim „polowania” na Jaruzelskiego”.

Uzasadniając bezpodstawność oskarżenia, mówił-„Gdyby to była tylko moja sprawa, nie dręczyłbym siebie, nie obciążałbym innych osób różnymi wyjaśnieniami i oświadczeniami. Jestem jednak starym żołnierzem, przez wiele lat byłem naczelnym dowódcą Wojska Polskiego. We wszystkich jego wcieleniach jest mi ono bliskie i drogie. Boleję, gdy podważane jest jego dobre imię. Taki bowiem jest wydźwięk tego procesu, łącznie z przypisywaniem Wojsku wszystkich ofiar, także tam, gdzie- jak to ewidentnie wynika nawet z aktu oskarżenia – „strzelały w tłum” inne informacje. W tej sytuacji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełniąca polityczny obstalunek Prokuratura, po to, aby „uderzyć” we mnie, nie waha się zastosować takiej, krzywdzącej dla całego Wojska manipulacji”. W podsumowaniu tego wątku mówił -„Niech mi wolno będzie, jako byłemu przełożonemu wszystkich oskarżonych tu osób wojskowych- z całym poszanowaniem dla ostatecznego werdyktu Wysokiego Sądu- oświadczyć, iż nie widzę ich winy. Działali w ramach istniejących okoliczności oraz postawionych im zadań, i jak wynika ze znanych mi materiałów i faktów, oskarżenie tych osób jest niesprawiedliwe i krzywdzące. Jeśli zaś jakaś wina miałaby im być przypisana – to ja biorę ją na siebie”.

Refleksja…

Od 40 lat ofiary Wydarzeń Grudniowych upamiętnia pomnik w Gdańsku. Odsłonięty 16 grudnia 1980 r., jako jeden z postulatów powstałej Solidarności, przy ogromnym udziale jej członków. Kto z Państwa pamięta tę uroczystość? Proszę sobie przypomnieć, jakie wtedy i dziś wywołuje skojarzenia i refleksje. Generał wspominał tak-„Dla mnie jednak, przy całym szacunku dla poległych w 1970 roku robotników, było to nie tylko gorzkie „requiem”, lecz i „larum”. Nigdy nie wzniesiono pomnika 400 Polaków, poległych podczas zamachu majowego. Nie uczczono nawet obeliskiem małopolskich chłopów zastrzelonych przez policję, ani ofiar zajść krakowskich, lwowskich i wielu innych. Zaczynało wyglądać na to, że tylko Polska Ludowa dopuszczała się przemocy wobec robotników i chłopów. Nie mogłem się z tym wewnętrznie pogodzić. To było następne kłamstwo historyczne, a przecież miało ich już nie być”.

Mam świadomość skrajnego niedosytu tego tekstu, pewnego rodzaju ułomności. Wywoła on szereg pytań i wątpliwości. Skala złożoności „problemu” oraz ograniczone ramy publikacji na krótki, hasłowy opis nie pozwalają, gdyż zubożyłyby istotę sprawy. Do tego nie mogę dopuścić. Będę starał się odpowiedzieć na Państwa pytania, sugestie i wnioski w następnym tekście.

Na zakończenie

Słowa podziękowania i uznania kieruję do Pana Ministra Rafała Skąpskiego, za krótkie ale dobitne zwrócenie uwagi- powiem oględnie- na frywolność porównań sytuacji wewnętrznej obecnie i „medialnych polityków” do sytuacji z okresu stanu wojennego i Generała.

Zwrócił moją uwagę tekst „Każdy sukces ma swoją cenę” Pana Dawida Kopy. Nie tyle treścią, co argumentami Autora. Artykuł prof. Zbigniewa Wiktora w 102 rocznicę Rewolucji Październikowej faktycznie jest osobliwy, trudny w ocenie z dzisiejszej perspektywy. Pana ocena polemiki prof. Jerzego Wiatra z tym tekstem, zdumiała mnie. Przecież Profesor przystępnie i krótko zwraca uwagę na istotę wydarzenia sprzed 102 lat i jego następstwa. Pan ma pełne prawo z tą polemiką- jej argumentami, ocenami i wnioskami, nie zgadzać się! Ale, czy one świadczą o „obronie życiorysu”, oczywiście swojego przez prof. Wiatra? Zachęcam Pana – i to poważnie, by wnikliwie poznał życiorys Profesora i skrupulatnie wynotował gdzie, na jakich zagranicznych uczelniach na Zachodzie Profesor prowadził wykłady, do jakich naukowych stowarzyszeń oraz organizacji należał, nie tylko w Polsce. To pierwszy etap. Drugi- dla Pana trudniejszy. Proszę się zastanowić, czy tam właśnie na Zachodzie nikt nie wiedział, że Profesor był członkiem PZPR, zajmował ważne stanowiska w „centrali”, nie tylko dyrektora „wrażego” Instytutu. Czy z powodu „takiego członkostwa” spotkały Profesora na Zachodzie afronty, gesty dezaprobaty? I trzeci- też chyba dla Pana trudny. 26 marca 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski w Natolinie spotkał się z Prymasem Tysiąclecia. Generał pisze- „Na pewno to zdziwi czytelników, ale mówiąc o Rewolucji Październikowej w listopadzie 1917 roku, prymas stwierdził, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne, egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy””… Zachęcam do poznania drugiej wypowiedzi. Generał pisze- „Kiedy mówiliśmy o newralgicznym politycznie i strategicznie położeniu kraju- prymas użył bardzo plastycznej metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską””. Po przeanalizowaniu obu wywodów Prymasa, uprzejmie Pana proszę o ich interpretację, wykładnię dla obecnych Czytelników Trybuny. Będę prosił Panów-Redaktora Naczelnego i Zastępcę o publikację Pana tekstu. Z ciekawością i uwagą zapoznam się nie tylko ja. By ułatwić Panu pracę, proponuję przeczytać tekst Generała z tej jedynej rozmowy obu Mężów Stanu, pt. „Spotkanie z wielkością”. Jest w książce Generała „Stan wojenny. Dlaczego” (str. 81-92), Wyd. BGW 1992. I proszę nie zapomnieć- konicznie zamieścić „wyciąg” z życiorysu prof. Jerzego Wiatra i jego „wpływie” na „zachodnie wojaże” naukowe. Powiem Panu całkiem prywatnie – tym życiorysem i uznaniem dorobku Profesora na Zachodzie, można obdzielić nie jednego 38- letniego uczonego, który na pierwszym miejscu powinien mieć szacunek dla nauki. I prywatnie – proszę podać na jakiej Uczelni nauczono Pana „zaglądania” do cudzego życiorysu, by czynić z tego podstawę oceny treści publikacji. Czy nie wstydzi się Pan? Proszę się zastanowić, czy za 30-40 lat młodzi uczeni właśnie od życiorysu nie będą rozpoczynać oceny Pańskiego dorobku naukowego- już życzę dobrego samopoczucia. Pana teza o „doborze faktów” jest błędna, nie do przyjęcia. Czy na podstawie „dobranych faktów” jest możliwa ocena obiektywna wydarzenia, okresu historycznego, itp. Od kogo, jeśli nie od uczonego, naukowca oczekiwać prawdy, obiektywizmu?

Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje

Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat są dla większości ludzi żyjących dziś odległą i coraz mniej zrozumiałą przeszłością a ich znaczenie dla powojennych losów Polski przesłoniły następne wydarzenia, w szczególności o jedenaście lat późniejszy stan wojenny. Warto jednak zastanowić się nad ówczesnym kryzysem politycznym, także dlatego, że płyną z niego wnioski dla władzy sprawowanej w innych, znacznie korzystniejszych warunkach, ale także narażonej na to, że swymi błędami może stworzyć zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa a samej sobie wykopać polityczny grób.

Historia pełna jest wielkich paradoksów. To, co stało się w Polsce w grudniu 1970 roku, należy do największych. Na początku tego miesiąca Polska odnotowała ogromny, o historycznej skali, sukces polityczny, jakim była wizyta w Warszawie kanclerza Willy Brandta i podpisanie 7 grudnia porozumienia normalizującego stosunki między PRL i RFN na gruncie uznania nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie. Było to uwieńczeniem wieloletniej, konsekwentnej polityki Władysława Gomułki – jego drugi wielki sukces polityczny (po pamiętnym październiku 1956 roku, gdy triumfalnie wrócił do władzy wbrew oporom radzieckiego kierownictwa i gdy swą odważną a zarazem mądrą polityka uchronił Polskę przed losem Węgier). Siódmego grudnia 1970 roku Gomułka był u szczytu powodzenia, z poczuciem dobrze spełnionego wobec Polski obowiązku. Dwa tygodnie później odchodził w poczuciu klęski, opuszczony przez najbliższych i skompromitowany w oczach rodaków.

Zrozumienie dramatu Gomułki wymaga uwzględnienia nie tylko okoliczności, w jakich przyszło mu sprawować władzę, ale także – a raczej przede wszystkim – cech jego osobowości. Był człowiekiem nieprzeciętnym, o wielkiej sile charakteru i ideowości. Jak żaden inny z polskich przywódców komunistycznych potrafił przeciwstawić się Stalinowi wiedząc, że ryzykuje nie tylko stanowiskiem ale także życiem. W odróżnieniu od wielu innych przedwojennych komunistów bardzo wyraźnie stawiał interes narodowy Polski nad racjami „internacjonalistycznej solidarności”. To te cechy uczyniły go naszym wymarzonym, może nawet idealizowanym, przywódcą w roku 1956.
Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i byłem w pełni zaangażowany w działania wspierające reformatorską większość ówczesnego Komitetu Centralnego. Zostało mi z tego okresu przekonanie o zbawiennym wpływie, jaki na bieg polskich spraw miało to, iż PZPR miała w Gomułce przywódcę historycznego formatu. Pozostawałem temu przekonaniu wierny przez wiele lat, także wtedy, gdy przeciw polityce Gomułki burzyli się moi bardziej radykalni koledzy, najczęściej zresztą wywodzący się z kręgu rozczarowanych byłych fanatyków komunistycznych. Jeszcze dziś, myśląc o fatalnym końcu tego polityka, nie zapominam o jego wcześniejszej roli, która zapewniła mu godne miejsce w historii Polski. Po przełomie październikowym Polska stała się najbardziej otwartym na świat państwem ówczesnego bloku socjalistycznego. Nauka i kultura rozkwitły w warunkach znacznej wolności twórczej. Kościół katolicki cieszył się swobodą, jakiej nie znały kościoły w innych państwach socjalistycznych. Nigdy nie wrócono do kolektywizacji rolnictwa ani do bezprawia aparatu bezpieczeństwa. W stosunkach z ZSRR Gomułka konsekwentnie i skutecznie dbał o suwerenność wewnętrzną i o interesy naszego państwa.

Jako przywódca PZPR – hegemonicznej partii ówczesnego systemu władzy – Gomułka stał się piastunem władzy autorytarnej. To było od niego niezależne, ale sposób sprawowania tej władzy już od niego zależał. Biograf Gomułki Andrzej Werblan zwraca uwagę na to, że w jego stosunku do współpracowników od początku wyraźny był rys autokratyczny. Kierownictwo PZPR przestało funkcjonować jako rządząca oligarchia, a stało się drużyną wodza, który „miał nad swoim otoczeniem, z jednej strony, znaczną przewagę polityczną, z drugiej – miał poparcie społeczne” (Modzelewski-Werblan Polska Ludowa, s. 165). Miało to fatalne konsekwencje –zwłaszcza wtedy, gdy w polityce Gomułki pojawiały się groźne w skutkach błędy.

Błędy te dotyczyły przede wszystkim polityki gospodarczej. Gomułka się na gospodarce nie znał i mimo ogromnej pracowitości, z jaką studiował materiały ekonomiczne nie był w stanie zastąpić tym luk w wiedzy ekonomicznej. Polska miała wówczas światowej sławy ekonomistów, wśród których szczególnie ważna była wielka trójka: Oskar Lange (1904-1965), Michał Kalecki (1899-1970) i Czesław Bobrowski (1904-1996). Po przełomie październikowym powstała Rada Ekonomiczna (z Oskarem Lange jako przewodniczącym i Czesław Bobrowskim jako wiceprzewodniczącym). Snuła ona ambitne plany zreformowania nadmiernie scentralizowanej gospodarki, ale napotkała na opór polityczny i na początku lat sześćdziesiątych przestała działać. Wybitni ekonomiści zostali pozbawieni realnego wpływu na politykę gospodarczą, której ster Gomułka przekazał technokratom. Od V Zjazdu PZPR (1968) kierownictwo polityki gospodarczej znajdowało się w ręku Bolesława Jaszczuka (1913-1990) – zasłużonego działacza KPP i PPR i więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych, ale człowieka o wykształceniu technicznym, bez naukowego przygotowania do kierowania gospodarką narodową. To właśnie odrzucenie autorytetów naukowych w połączeniu z przywiązaniem Gomułki do strategii gospodarczej opartej na systemie nakazowym i na inwestowaniu w ciężki przemysł zrodziło kryzys gospodarczy końca 1970 roku.

Decyzja o podwyżce cen artykułów codziennego użytku, zwłaszcza żywności, była w intencji Gomułki i Jaszczuka środkiem służącym podniesieniu wydajności pracy i zdyscyplinowania załóg robotniczych. Był to krok desperacki – wynik pogłębiających się trudności gospodarki, która coraz gorzej radziła sobie z narzuconym, przesadnie wysokim, tempem inwestowania w przemysł ciężki. Problem był realny, ale lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

Trzeba w tym kontekście odnieść się do często głoszonej tezy, że taki kierunek polityki gospodarczej wynikał nieuchronnie z wad systemu i z nacisku ZSRR. To teza wygodna dla ówczesnej elity władzy – ale nieprawdziwa. Od 1 stycznia 1968 roku Węgry realizowały Nowy Mechanizm Ekonomiczny, w pewnej mierze oparty na wykorzystaniu praw rynku. Nie był on panaceum na wady gospodarki socjalistycznej, ale zapewnił Węgrom znacznie lepszą i bardziej stabilną sytuację gospodarczą. A przecież Węgry po interwencji 1956 roku były znacznie bardziej zależne od ZSRR niż Polska! Trzeba więc wyraźnie powiedzieć: za stan polskiej gospodarki po koniec lat sześćdziesiątych odpowiada błędna polityka gospodarcza, której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego.
Ośrodek ten – a mówiąc wprost tandem Gomułka-Jaszczuk – ponosił też pełną odpowiedzialność za źle pomyślaną i w fatalnym momencie ogłoszoną podwyżkę cen. Nic nie zmuszało do tej decyzji, a jej podjęcie świadczyło o oderwaniu się Gomułki od realiów społecznych.
Pierwotny błąd, jakim była podwyżka cen, pociągnął za sobą następne. Gdy w poniedziałek 14 grudnia rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej (wtedy imienia Lenina) reakcją władz były chaotyczne próby stłumienia protestu siłą, bez jakiejkolwiek próby porozumienia ze strajkującymi. Było to gaszenie pożaru benzyną.

Przebieg kryzysu grudniowego jest dobrze opisany w literaturze historycznej. Wystarczy więc przypomnieć jego kalendarium.
11 grudnia odbyło się posiedzenie Biura Politycznego, na którym bez jakiegokolwiek sprzeciwu przyjęto propozycję podwyżki cen. Weszła ona w życie w niedzielę 13 grudnia, a już w poniedziałek rozpoczął się protest stoczniowców gdańskich. Tego samego dnia obradowało plenum Komitetu Centralnego, ale członków tego grona nawet nie poinformowano o powstałej w Gdańsku sytuacji. We wtorek 15 grudnia na naradzie w KC Gomułka wydał (niekonstytucyjny) rozkaz użycia wojska przeciw demonstrantom – w tym czasie już atakującym budynek komitetu wojewódzkiego w Gdańsku. W środę rozruchy rozszerzyły się na Elbląg, a w czwartek na Szczecin. Rosła liczba ofiar, w tym w wyniku ostrzelania w Gdyni (w czwartek) robotników udających się do pracy, do czego wezwał ich wicepremier Stanisław Kociołek. Mnożyły się sygnały o narastających napięciach w innych miastach, w tym w Łodzi i w Warszawie.

W środę 16 grudnia kierownictwo radzieckie podjęło inicjatywę polityczną zachęcając przebywającego w Moskwie wicepremiera Piotra Jaroszewicza do szybkiego powrotu do kraju i przekazania radzieckiego „zaniepokojenia” powstałą sytuacją. 18 grudnia ambasador Awierkij Aristow przekazał list Komitetu Centralnego KPZR adresowany do KC PZPR i wzywający do znalezienia politycznego rozwiązania powstałej sytuacji, Za tym enigmatycznym sformułowaniem kryła się sugestia zmiany kierownictwa. Władze radzieckie jednoznacznie postawiły wtedy na Edwarda Gierka. Nagłe i ostre pogorszenie się stanu zdrowia Gomułki przyśpieszyło rozwiązanie. W sobotę 19 grudnia na posiedzeniu Biura Politycznego (bez Gomułki) zapadły decyzje personalne, zatwierdzone w niedzielę przez plenum KC PZPR. Wraz z Gomułką z kierownictwa PZPR odwołani zostali Bolesław Jaszczuk, Zenon Kliszko, Marian Spychalski i Ryszard Strzelecki – a więc najwierniejsi współtowarzysze upadającego przywódcy. Nowy szef partii wygłosił koncyliacyjne przemówienie do narodu. Zaczęło się wychodzenie z kryzysu władzy.

Wokół tych wydarzeń narosły liczne mity. Autorem jednego z nich był sam Gomułka, który (w wywiadzie udzielonym Antoniemu Przygońskiemu w marcu 1981 roku) dowodził, że jego upadek był spowodowany ingerencją radziecką i że 17-18 grudnia „sytuacja w Polsce była w zasadzie opanowana”. Moim zdaniem w ocenie tej zawarte są dwa podstawowe błędy. Po pierwsze: kierownictwo radzieckie nawet jeśli Gomułka grał mu na nerwach swą apodyktycznością nie miało możliwości zachwiania jego pozycją tak długo, jak długo sytuacja w Polsce by la stabilna. To dopiero bezsensowna podwyżka cen i brutalna odpowiedź na protest robotniczy stworzyły sytuację krytyczną, w której radziecka ingerencja stała się możliwa. Po drugie: wbrew opinii Gomułki sytuacja w połowie krytycznego tygodnia nie uspakajała się lecz zaostrzała tworząc całkowicie realną groźbę ogólnokrajowego wybuchu. Wybuch taki niósł z sobą groźbę wojskowej interwencji ZSRR – słusznie uważanej przez obie strony za katastrofalną. Tym, jak sądzę, przede wszystkim należy tłumaczyć inicjatywę kierownictwa KPZR.

Gomułka (w cytowanym wywiadzie) wyraził gorzką i niesprawiedliwą ocenę, że „komuniści polscy widzieli w KPZR czynnik nadrzędny” i traktowali Breżniewa jako „gospodarza”. A przecież czternaście lat wcześniej Komitet Centralny PZPR w zdecydowanej większości sprzeciwił się radzieckiej presji! Czyżby przez czternaście lat dokonał się – i to pod rządami Gomułki – nawrót do prosowieckiego serwilizmu? Prawda, której Gomułka nigdy nie zaakceptował, była taka: to nie serwilizm wobec Moskwy, lecz poważne błędy polskiego przywódcy obróciły przeciw niemu ludzi, którzy tkwili przy nim niemal do ostatniej chwili.

Andrzej Skrzypek, który na podstawie dokumentów radzieckich prześledził uważnie działania władz ZSRR w czasie polskiego kryzysu (Mechanizmy klientelizmu: stosunki polsko-radzieckie 1965-1989, Pułtusk-Warszawa 2008), twierdzi, że niekorzystna dla Gomułki decyzja kierownictwa KPZR zapadła już w środę 16 grudnia pod wpływem napływających informacji o ofiarach w Gdańsku (s. 114). Nic natomiast nie przemawia za tezą, że kierownictwo radzieckie już wcześniej podejmowało próby odsunięcia kłopotliwego polskiego przywódcy. Inną natomiast sprawą jest to, że w wyniku kryzysu grudniowego i zmiany polskiego kierownictwa nastąpiło wyraźne wzmocnienie zależności Polski od ZSRR. Ekipa Gierka ani nie chciała, ani nie potrafiła tak skutecznie bronić polskiej suwerenności, jak czynił to Gomułka. Jego upadek był więc z punktu widzenia pozycji Polski w „bloku socjalistycznym” wyraźnie niekorzystny.

Wokół przebiegu kryzysu grudniowego powstało wiele mniej lub bardziej sensacyjnych koncepcji spiskowych, które miałyby tłumaczyć ówczesną walkę o władzę. Rzecz znamienna: koncepcji tych nie podzielają kompetentni autorzy zachodni, w tym pierwszy autor poświęconej tej sprawie pracy Zbigniew Pełczyński – powstaniec warszawski i politolog brytyjski („The Downfall of Gomulka” w: A. Bromke i J.W. Strong, Gierek’s Poland, New York 1973). Prawda jest taka, że nawet jeśli w kierowniczym aktywie PZPR dostrzegano niebezpieczeństwa związane z polityką „zaciskania pasa”, to aż do krytycznego tygodnia nikt na działania wobec przywódcy opozycyjne nie miał odwagi się zdecydować.

Beneficjentami kryzysu grudniowego był Edward Gierek i skupiona wokół niego grupa technokratów, a także – szerzej na rzecz patrząc – młodsze pokolenie działaczy partyjnych, już bez korzeni w przedwojennej KPP. Pod tym względem kryzys ten bardzo głęboko przeorał polską politykę. Pokolenie przedwojennych działaczy KPP schodziło ze sceny otwierając drogę do władzy ludziom młodszym – wchodzącym w życie polityczne w latach wojny, lub już po jej zakończeniu. Był to proces polityczny – a nie biologiczny. Gomułka tracąc władzę miał 65 lat, odchodzący z nim współpracownicy byli od niego o kilka lat młodsi. Ich rówieśnicy kierowali innymi państwami socjalistycznymi przez wiele następnych lat. To kryzys polityczny wymusił zmianę pokoleniową na szczytach władzy.

Zmiana ta miała istotne konsekwencje. Nowe pokolenie przywódców było znacznie bardziej pragmatyczne, choć zarazem w swej większości tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich. Początkowo nowe kierownictwo zdecydowało się na poluzowanie polityki gospodarczej w kierunku poprawy warunków życia, co owocowało popularnością „ekipy Gierka” – przynajmniej w pierwszych latach. Już po paru latach wrócono jednak do bardziej tradycyjnej polityki inwestowania w ciężki przemysł (i górnictwo węglowe, będące „oczkiem w głowie” nowego szefa partii). W połączeniu z niekorzystną koniunkturą światową (po gwałtownej zwyżce cen ropy naftowej spowodowanej bojkotem arabskim po wojnie Jom Kipur 1973 roku) spowodowało to powrót poważnych trudności polskiej gospodarki. W tym znaczeniu kryzys grudniowy okazał się zmarnowaną szansą na istotną zmianę polityki gospodarczej.

Nie przyniósł on także trwałego uspokojenia sytuacji w kierownictwie PZPR. Rosnącemu kultowi Edwarda Gierka towarzyszyły kolejne zawirowania walk frakcyjnych, których ofiarami padali kolejno Mieczysław Moczar (1971), Franciszek Szlachcic (1974) i Stefan Olszowski (1980). W konfliktach tych trudno dopatrzyć się głębszego sensu programowego: była to w czystej postaci walka o władzę.

Jeden jednak aspekt zmiany grudniowej okazał się trwały i brzemienny w skutkach: rola wojska. Z przyczyn politycznych i ideologicznych sprawa ta nie była przedmiotem publicznej dyskusji w Polsce, ale znalazła wyraz w publikacjach poważnych uczonych zagranicznych. Pierwszym, który zwrócił uwagę na kluczową rolę wojska w rozwiązaniu kryzysu grudniowego i w polityce pogrudniowej był amerykański politolog z Los Angeles Andrzej Korboński (1927-2013) – powstaniec warszawski a prywatnie bratanek ostatniego Delegata Rządu na Kraj Stefana Korbońskiego. W kilku poświęconych temu zagadnieniu publikacjach wysunął on tezę, że o upadku Gomułki ostatecznie zdecydowało stanowisko ministra obrony narodowej generała Wojciecha Jaruzelskiego, który najpierw zakazał wojsku używania broni wobec demonstrantów a następnie oparł zmianę na stanowisku pierwszego sekretarza. Co więcej, dowodził Andrzej Korboński, decyzjami tymi stworzono swego rodzaju „prawa veta” wojska w stosunku do decyzji wymagających użycia siły, co miało kluczowe znaczenie w czerwcu 1976 roku a zwłaszcza latem 1980 roku. Jak w żadnym innym państwie ówczesnego „bloku państw socjalistycznych”, polskie siły zbrojne stały się bardzo ważnym i względnie samodzielnym czynnikiem politycznym. Warto o tym stanowisku kompetentnego amerykańskiego uczonego pamiętać – zwłaszcza w kontekście jednostronnych i powierzchownych naświetleń tych zagadnień w niechętnej Wojciechowi Jaruzelskiemu literaturze prawicowej (Np. Paweł Kowal i Mariusz Cieślik, autorzy tendencyjnej książki „Jaruzelski – życie paradoksalne”, Kraków 2015) prac Korbońskiego w ogólne nie zauważyli – czyżby tylko z niedouczenia?).

Kryzys grudniowy miał także poważne reperkusje dla przyszłości protestu robotniczego w PRL. Był to ostatni protest zdominowany przez starcia uliczne. Tragiczne doświadczenie grudnia 1970 roku zrodziło nowe przywództwo robotnicze i nową taktykę walki – opartą na strajku okupacyjnym. W tym sensie sukces strajków letnich 1980 roku był w dużej mierze dzieckiem tragedii grudnia 1970 roku. To odrębny ważny problem – wymagający zapewne innego autora.

Kryzys przywództwa: analogie historyczne

Obecna sytuacja polityczna w Polsce w coraz większym stopniu nasuwa analogie historyczne. Jak pięćdziesiąt lat temu partia sprawująca władzę przeżywa podwójny kryzys, gdyż na silne napięcia społeczne nakłada się raptownie pogarszający się stan ośrodka kierowniczego.

Wtedy, w grudniu 1970 roku, kryzys doprowadził do burzliwych wystąpień ulicznych, przeciw którym skierowano milicję i wojsko, a rozwiązanie kryzysu odbyło się w drodze wymuszonej rezygnacji ze stanowiska szefa PZPR Władysława Gomułki – człowieka o niewątpliwych zasługach dla Polski, ale już tak dalece oderwanego od realiów politycznych, że swymi decyzjami najpierw kryzys sprowokował, a następnie pogłębił.
Historia nigdy nie powtarza się dosłownie, ale z historii poprzednich kryzysów można i trzeba wyciągać wnioski dla dnia dzisiejszego – a jeszcze bardziej dla bardzo nieodległego jutra.

Jesień 2020 roku przejdzie do historii jako okres, gdy dotychczas bardzo silna pozycja obozu władzy uległa raptownej erozji. Przejawem tej erozji są wyniki najnowszych sondaży – najgorszych z punktu widzenia obozu władzy od 2015 roku, gdy obóz ten wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne rozpoczynając szumnie ogłaszaną „dobrą zmianę”. Można pocieszać się, że sondaże bywają omylne, ale faktem jest, że deklarowane poparcie dla PiS (zaledwie 27 procent w sondażu ośrodka Kantar) oznacza, iż ugrupowanie to stoi przed bardzo realną perspektywą stracenia władzy w najbliższych wyborach. Jeszcze gorzej dla rządzących wypada odpowiedź na pytanie o polityczne losy jego przywódcy: 69 procent badanych chce dymisji Jarosława Kaczyńskiego.

Kryzys to nie tylko złe sondaże. To także utrzymujący się masowy protest uliczny, którego nie udaje się złamać brutalnym używaniem policji i nieumundurowanych antyterrorystów. To także ferment w obozie władzy wyrażający się między innymi tym, że już zaczął się proces odchodzenia posłów, a zwłaszcza ich publicznego dystansowania się od polityki partii rządzącej. To wreszcie publiczne już utarczki na szczytach władzy, w szczególności ataki potężnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro kontestującego z prawej strony politykę jego nominalnego szefa premiera Mateusza Morawieckiego. Wreszcie o stanie ośrodka kierowniczego świadczą powtarzające się w Sejmie wybuchy niepohamowanej wściekłości Jarosława Kaczyńskiego, niewiele znaczące politycznie ale ukazujące jego fatalny stan psychiczny.

Ten kryzys przyszedł po dość dobrym dla rządzących lecie. Udało się wówczas opanować na pewien czas rozwój pandemii – i to na poziomie znacząco niższym niż w wielu innych krajach. Udało się wygrać wybory prezydenckie – wprawdzie minimalną większością i w dużej mierze dzięki fatalnym błędom tej części opozycji, która nie zdecydowała się na jednoznaczne i pełne zaangażowanie po stronie opozycyjnego kandydata w drugiej turze, gdy do zwycięstwa zabrakło mu zaledwie czterysta tysięcy głosów. Pod koniec lata można było sądzić, że rok 2020 umocnił władzę Prawa i Sprawiedliwości na lata.

Jesień przekreśliła te oczekiwania. Nastąpiła kumulacja zjawisk wysoce niekorzystnych dla obozu rządzącego. W dużej mierze (choć nie wyłącznie) są one skutkiem własnych błędów i zaniedbań tego obozu.

W grę wchodzą cztery problemy, które skumulowały się w rozległy kryzys.
Po pierwsze – nastąpił nawrót pandemii i to na znacznie wyższym poziomie niż wiosną tego roku. Nie bez podstaw twierdzi się, że rząd zaniedbał przygotowanie służby zdrowia na to, co ją obecnie spotyka. Łudzono się optymistyczną wizją przezwyciężonego już kryzysu epidemiologicznego, w czym pierwsze skrzypce grał sam premier, zwłaszcza pod koniec kampanii wyborczej. Na oczywiste zaniedbania nałożyły się podejrzane operacje zakupowe w Ministerstwie Zdrowia, z czym zapewne wiążą się kolejne dymisje w kierownictwie tego resortu. Nie wierzę w oficjalne zapewnienia, ze były one spowodowane stanem zdrowia odchodzących dygnitarzy – raczej stanem kierowanej przez nich służby zdrowia.

Po drugie – orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego prowadzące do jeszcze większego ograniczenia możliwości legalnego przerwania ciąży było iskrą rzuconą na prochy i spowodowało największy i najbardziej trwały protest społeczny w dziejach Trzeciej Rzeczypospolitej. Nikt rozsądny nie uwierzy, że trybunał ten, którego skład został uformowany decyzjami Prawa i Sprawiedliwości, działał tu całkowicie samodzielnie. Decyzję o daniu mu zielonego światła musiał podjąć sam prezes – zapewne dlatego, że chciał pokazać się własnym radykałom jako niezłomny obrońca konserwatywnych wartości. Czy sądził, że radykalne zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych – i tak najsurowszych w Europie – przejdzie bez społecznego sprzeciwu?

Po trzecie – bez jakiejkolwiek wyraźnej racji i bez przygotowania zaserwowano Sejmowi projekt ustawy „o ochronie zwierząt” uderzającej bardzo silnie w rolnictwo i branżę hodowlaną. Spora część posłów PiS głosowała przeciw tej ustawie (lekkomyślnie popartej przez kluby Koalicji Obywatelskiej i Lewicy) a prezydent Duda – niezbyt znany z samodzielności w stosunku do prezesa – zapowiedział zawetowanie tej ustawy. Ostatecznie – po sensownych poprawkach uchwalonych przez Senat – projekt ugrzązł w Sejmie – na jak długo?

Czwarta sprawa ma charakter wręcz kuriozalny. Premier Morawiecki – poganiany publicznie przez Zbigniewa Ziobrę – zapowiedział zawetowanie ( bardzo dla Polski korzystnego) budżetu Unii Europejskiej w odwecie za przyjęcie przez nią zasady, że korzystanie ze środków unijnych może być uzależnione od przestrzegania praworządności. Premier Morawiecki popełnił w tej sprawie błąd podwójny. Po pierwsze: naraził się opinii publicznej, która w ogromnej większości obawia się, że jest to krok w stronę „polexitu”. Po drugie: przyznał pośrednio, że w Polsce łamie się zasady rządów prawa, bo jak inaczej tłumaczyć nerwową reakcję na ustalenia unijne w tej sprawie?

Te cztery sprawy łączy jedno: we wszystkich dzisiejsze kłopoty obecnej władzy pojawiły się w wyniku jej własnych błędów, których można było bez trudu uniknąć.

Bardzo to przypomina sytuację sprzed pięćdziesięciu lat. Znaczna podwyżka cen żywności – i to na dziesięć dni przed Bożym Narodzeniem – nie spadła z nieba, lecz była wynikiem poważnego błędu politycznego. Użycie siły przeciw protestującym robotnikom było spowodowane rozkazami wydanymi przez Władysława Gomułkę. Jego decyzje nie były wymuszone przez sytuację, lecz wynikały z postępującej izolacji od realiów życia i z rosnącego autokratyzmu.

Autokratyzm paraliżuje otoczenie wodza. Z otoczenia tego odchodzą lub zostają usunięci ludzie mądrzejsi i odważniejsi, którzy gotowi byliby powiedzieć wodzowi, że się myli. To dwór wodza – a nie tylko on sam – ponosi odpowiedzialność za staczanie się ku przepaści.

Niekiedy ktoś w tym dworze zaczyna grać własną grę – może nie tyle przeciw wodzowi, co z myślą o sukcesji po nim. Taka rolę odegrał u boku Gomułki wpływowy minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar – zwłaszcza w haniebnej kampanii antysemickiej w 1968 roku. Podobną rolę odgrywa obecnie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zdaniem nieźle poinformowanej Anny Dąbrowskiej „chce stanąć na czele całej polskiej prawicy i zastąpić Kaczyńskiego” („Polityka”, nr. 48/3289, 2020 r.). Moczarowi ta gra się nie udała, a czy uda się Ziobrze?

Analogie historyczne wymagają jednak uwzględnienia kontekstu. Ten zaś wyraźnie różni Polskę z jesieni 1970 roku i z jesieni 2020. Wtedy było to państwo wciśnięte w ramy powojennego podziału Europy na strefy mocarstwowej hegemonii i rządzone na zasadach autorytarnej władzy jednej partii. Dziś jest to państwo oparte na demokratycznej konstytucji, z silnym społeczeństwem obywatelskim i legalną, mająca silną reprezentację parlamentarną , opozycją. Państwo to jest częścią wspólnoty demokratycznych państw – Unii Europejskiej – a nie radzieckiego bloku „państw socjalistycznych”. Rządzący nim politycy do niedawna mogli liczyć na to, że przed izolacją międzynarodową chronić ich będzie autorytarny populista w Białym Domu. Z ich punktu widzenia wynik wyborów prezydenckich w USA to prawdziwa tragedia.

Z tych wszystkich względów obecny kryzys polityczny nie musi przebiegać tak dramatycznie jak tamten sprzed półwiecza. Jest jednak pewna istotna analogia. W obu kryzysach zapalnikiem były całkowicie błędne, wręcz nieracjonalne, decyzje jednego człowieka. Jego odejście stawało się warunkiem koniecznym wyjścia z kryzysu.

Czy jednak znajdzie się w Prawie i Sprawiedliwości ktoś, kto – jak Józef Tejchma w grudniu 1970 roku – będzie miał odwagę i rozum, by pójść do wodza z przesłaniem, że jego czas się skończył? Okaże się to w najbliższym czasie.

W 1970 roku dymisja Gomułki otworzyła drogę do poważnych zmian politycznych, które na niemal dziesięć lat ustabilizowały sytuację polityczną. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby tego rozwiązania wtedy zabrakło. Teraz jest łatwiej. Jeśli Kaczyński pozostanie u władzy, obóz rządzący będzie pogrążał się w coraz głębszym kryzysie, z którego wyjściem będzie jego klęska w najbliższych – być może przyśpieszonych – wyborach.

Najnowsze wydanie wierszyka Juliana Tuwima „Karta z dziejów ludzkości”

Ten tekst mógłby zacząć się w ten sposób: Smutne czasy II RP mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończyła się na ziemniakach, kapuście, zacierce lub chudym żurku, a od święta małym kawałkiem mięsa. Jakie były potrawy naszych dziadków?

Niestrawne historyczne kulinaria

Ale na Onecie, autorstwa Pawła Rzewuskiego brzmi on następująco „Smutne czasy PRL mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończy się na schabowych i mielonych. Tymczasem niegdyś jadano rzeczy, które nawet dzisiaj rzadko goszczą na polskich stołach. Jakie były potrawy naszych dziadków?” Przywołuje więc: parmezan, leguminy i Auflauf, kasztany, móżdżek, majonez, kapłony, raki, pularda, minogi.

Dziadkowie autora byli w tamtych czasach albo sporymi obszarnikami, albo równie bogatymi przedsiębiorcami, bo naród, szczególnie ten robotniczo-chłopski jadał co w pierwszym akapicie napisałem..

Nie było jednak tak źle w PRL-u: kasztany wszyscy posmakowali, bo te najlepsze były, dzięki „Stawce większej niż życie” na placu Pigalle, móżdżek jadałem w barze w Brzesku dopóki opresyjne władze sanitarne tego nie zakazały, a majonez, co prawda nie Monatowej, a kielecki do dziś można kupić w markecie. A jeśli chodzi o tego powszechnego schabowego i mielonego w Polsce Ludowej to dziś go brakuje wielu rodzinom.

Jerzy Urban znowu ante portas?

W „Newsweeku” (17-23.08.2020) ukazał się spory materiał jemu poświęcony, a w „Gazecie Wyborczej” (6.09.2020) wywiad liczący aż osiem stron. Może to zbieg okoliczności, może kryje się za tym jakaś tajemnicza przyczyna bo z Urbanem nigdy nic nie wiadomo, a być może niepokój, że nadchodzi-powraca, dzięki swoim filmikom, tym razem jako król Internetu. Z obu rozmów z Urbanem ważnym był fragment drugiej na temat PiS: „uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 łat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.”

Podobnej, bardzo realnej przecież prognozy naszych najbliższych narodowych losów nie tylko nie miałem okazji nigdzie przeczytać, ale wątpię czy rozliczni współcześni nasi mędrcy, łącznie z polityczną opozycją, zdają sobie w ogóle z tego sprawę.

Materiał o Urbanie w „GW” dopełniony został obiektywnym, jak na ten tytuł, opisem jego publicznej działalności, natomiast na okładce wspomnianego „Newsweeka” zapowiedziano go jako „Drugie życie łajdaka”. Mógłbym się nie obruszyć, gdyby to pismo podobnie potraktowało przywódców Solidarności prowadzących strajkujących robotników od hasła „Socjalizm tak, wypaczenia nie” do najgorszej wersji kapitalizmu. Bądź twórców transformacji wyrzucających na bruk, czy poza pegeerowską ziemię, setki tysięcy ludzi. A jego redaktor naczelny Tomasz Lis w kolejnym wydaniu (7-13.09,2020) śmie coś jeszcze pisać o fundamentalnym znaczeniu wyrzeczenia się wszelkiej przemocy.

Wyrzeczenia się wszelkiego myślenia

oczekuje chyba Witold Gadomski przy czytaniu tekstu „Białoruś, czyli taka była alternatywa dla polskich reform” („GW”, 26.08.2020), w którym jako jedyny dotąd komentator na świecie, powiązał wydarzenia u naszego sąsiada nie z fałszerstwem prezydenckich wyborów, a z brakiem reform typu Balcerowicz. Potwierdzeniem tej tezy mają być rozlicznie, przywoływane liczby, nie uwzgledniające ani położenia tego kraju, jego ludnościowych i naturalnych możliwości, ani też dokonanego wyboru odmiennej, być może słusznej ekonomiczno-społecznej drogi. Gadomski w swych krytycznych opiniach nie wspomina o białoruskiej „Dolinie krzemowej”, której ze świeczką u nas szukać, ale w stosunku do całej wypowiedzi to zupełny drobiazg. Jak z licznych doniesień wynika Białorusini oczekują uczciwości w politycznym życiu, nie marząc o neoliberalnej transformacji, i miejmy nadzieję, że uchroni ich od tego zdrowy rozsądek.

Uchroń nas Panie

od wojny, nędzy i głodu, od rządowych podatków od cukru, deszczu i spółek, ale i od tych przyszłych od słońca (wschodzącego dla komuchów i zachodzącego dla euroentuzjastów), od powietrza (dla palących) i od wszystkich kolejnych, rządowo-podatkowych, genialnych pomysłów. I od…

Równie mądre propozycje,

w związku z drobną samochodową stłuczką spowodowaną przez stulatka, wygłosił kolejny, zapewne wybitny ekspert proponując obowiązkowe badania starszych kierowców. Wiedza o tym, że najwięcej wypadków, także śmiertelnych, powodują młodzi i troszkę starsi nie jest mu znana, a opisany zdarzenie znalazło się w mediach z uwagi na jego wyjątkowość, a nie częstotliwość. Parcie na szkło wyjaśnia zapewne co robił ten myśliciel w telewizji.

W pogoni za szpiegiem

„Nie wiemy jeszcze o Edwardzie Gierku bardzo ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy wiedzieć – myślę tutaj o jego powiązaniach ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach” – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor Oddziału IPN w Warszawie, „gdyby… okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.”

Nie wiem czy w programie studiów historycznych, które kończył na Uniwersytecie Warszawskim pan Profesor była wykładana logika; ja na tej uczelni zdawałem ją u dra Zdzisława Ziemby, później profesora i nota bene męża znanej powszechnie prof. Hanny Świdy-Ziemby. Ale nawet jak nie, to przecież w XI ówczesnej klasie liceum uczyliśmy się wszyscy logiki z popularnego podręcznika Andrzeja Grzegorczyka, a wiec coś pozostać powinno.

Domniemane i tak oczekiwane powiązania Edwarda Gierka z ZSRR i spec-służbami, powodujące przekreśleniem jego powszechnej oceny jako dobrego gospodarza, stanowi nie tylko szczyt braku logiki, nadto pasują wzajemnie jak garbaty do ściany. Równie ważnymi są tu, degradujące historyka, nie poszukiwanie prawdy, a haka, celem polityczno-propagandowego dezawuowania Gierka. I to wszystko w imię dobrej (Instytut) Pamięci Narodowej.

Pucz, którego nie było

Na Onecie Wojtek Duch w tekście „Gomułka kontra Chruszczow. W 1956 r. na Warszawę ruszyły radzieckie czołgi” napisał: „Tymczasem sam Gomułka…chciał jednak, by partia w Polsce zachowała autonomię, co do składu personalnego oraz kierowania sprawami wewnętrznymi. To stało się powodem konfliktu, który niemal przerodził się w radziecki pucz.”
Wiadomo, że pucz, inaczej zamach stanu, dokonuje się z użyciem siły i przeprowadzają go samodzielnie miejscowi oponenci. Określenie „radziecki pucz” oznaczać może, ze sporym trudem, zamach stanu w ZSRR i taki miał miejsce – tzw. pucz Janajewa, inaczej pucz moskiewski w dniu 21 sierpnia 1991 roku. Natomiast w opisywanej polskiej sytuacji mógł ewentualnie mieć miejsce pucz tzw. natolińczyków przy pomocy miejscowych sil zbrojnych, acz w tamtych dniach na takie wsparcie liczyć żadną miarą nie mogli. Pomimo znaczenia i funkcji ministra obrony PRL, jakie posiadał wtedy marszałek Rokossowski oraz inni radzieccy wojskowi na stanowiskach w naszej armii, pucz z udziałem miejscowych sil zbrojnych nie miał szansy na sukces, gdyż zbyt wielu polskich dowódców popierało październikowy przełom i powrót do władzy Gomułki, nie wspominając o reakcji robotniczych załóg warszawskich zakładów pracy (czasem uzbrojonych) i nastrojach w całym kraju. Wśród naszych wojskowych byli m. in. generałowie: Wacław Komar (KBW), Julian Hibner (MSW), Jan Frey-Bielecki (lotnictwo) i kontradmirał Jan Wiśniewski; wszyscy komuniści, niektórzy z pochodzenia Żydzi, czasem związani z radzieckim wywiadem, ale wszyscy okazali się polskimi patriotami.

Tak wiec panie Wojtku – a jest to wiedza podstawowa – w opisanej sytuacji nie było szansy na żaden pucz, a mogła mieć miejsce jedynie radziecka interwencja zbrojna z osadzeniem swoich na kluczowych stanowiskach, która z wielu powodów nie nastąpiła, podobnie zresztą jak ta w latach 1980-1981.

Lotnisko i inne pomysły

W ślady byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, mówiącego o państwie San Escobar, którego po prostu nie ma, poszło Ministerstwo Zdrowia zaliczając na liście krajów objętych zakazem lotów Księstwo Andory z międzynarodowym lotniskiem, którego też tam nie ma. Nie ma też wystarczającej liczby szczepionek przeciw grypie bo naród nie wiedzieć czemu nie posłuchał PAD-a, natomiast wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za sprawą przygotowywanych zmian w zakazach w ruchu lotniczym, „turyści powinni liczyć się z tym, że możliwość powrotu do kraju może być ograniczona”. W okresie przedwyborczym nasze ukochane władze nadzwyczaj troszczyły się o Polaków będących gdzieś na krańcach świata, ale następne wybory będą dopiero w 2023 roku.

Tę celną myśl „ograniczona możliwość powrotu do kraju” można by twórczo rozwinąć w kolejną tarczę, tym razem antypisowską i wzorem Łukaszenki wręczać wszystkim, co bardziej krnąbrnym, opozycjonistom bon turystyczny w jedną stronę. I po kłopocie. Śmieszne? Wcale nie, bo przecież możliwe.

Znów można latać

Gdzie te czasy okrutnego reżimu, gdy komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz hulał po Polsce za kierownicą, a dyktator gen. Wojciech Jaruzelski ze skromną obstawą w polonezie beztrosko przemierzał zniewolony kraj. Strefa zamknięta dla ruchu lotniczego w promieniu 600 m od domu Zbigniewa Ziobry już nie obowiązuje, ale cofnięty zakaz lotów wydaje się decyzją pochopną, gdyż na nadzwyczajną opiekę SOP zasługuje przewodniczący Solidarnej Polski. Partia co prawda w najnowszym sondażu IBRiS uzyskała aż-jedynie 1,4 % poparcia, co nie przeszkadza Ziobrze rządzić krajem prawie w roli wice-naczelnika. Wziąć pod uwagę jednak należy obawy rządzących przed kochającym ich narodem, wyrażające się w wielkich, prezydenckich samochodowych kolumnach, wzmożonym pilnowaniu domu pana prezesa, nie wspominając już o ogrodzonym Sejmie. Nasuwa się rozwiązanie nadzwyczaj proste, historycznie dobrze znane, a w dzisiejszej Polsce stosowane „na odwyrtkę””, o wydzieleniu specjalnych stref „Tylko dla PiS”. Wzorem może być także „zielona strefa” w Bagdadzie, w której mieszczą się, demokrację po całym świecie upowszechniające, amerykańskie instytucje, bo przecież, jak tak dalej ci kolorowi LGBT-owcy demonstrować będą, to diabli wiedzą co stać się może.

Zabawna moralność

Pan Prezydent Andrzej Duda 5 września ogłosił, że za rok, podczas narodowego czytania, będziemy słuchali zabawnego utworu Gabrieli Zapolskiej „Moralność Pani Dulskiej”. Zapowiadając ten dramat Panu Prezydentowi ze śmiechu pawie łzy z oczu się lały, a jego polonistom zapewne także, ale z odmiennych powodów. Kontynuując w taki właśnie sposób upowszechniane czytelnictwo proponuję na kolejną lekturę „Kamizelkę” Bolesława Prusa jako nadzwyczaj przystępny podręcznik krawiecki, a w jeszcze następnym roku Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant” będącą opowieścią o życiu wielkiego kompozytora Jana Sebastiana Bacha.

A dla dopełnienia:

w naszych rozlicznych mediach i w życiu publicznym spotykają się nadzwyczaj często miejscowy mędrzec z tutejszym geniuszem.

PiSowski język podziałów i propagandy

Gdyby wyobrazić sobie abstrakcyjną sytuację gdzie w czasach Piastów rządzi PiS, zaistnienie narodu polskiego zostałoby mocno zagrożone, a Polanie prędzej skoczyli by sobie do gardeł niż zjednoczeni, wspólnie wystąpili by przeciw sąsiednim plemionom i wrogom zewnętrznym. Dlaczego?, to proste; z powodu używanego przez tę partię języka.

Język to jeden z podstawowych czynników pozwalających na wyodrębnienie wspólnoty narodowej. To element łączący ludzi w jednolitą wspólnotę etniczną, część składowa powiązań strukturalno – świadomościowych i psychospołecznych, które kształtują świadomość i tożsamość grupową. Obok wspólnego terytorium i więzów gospodarczych, podobnego składu psychicznego, wspólnych tradycji, wartości etosu, język kreuje jednolity naród.

O ile wspólny dla narodu język służył jego integracji, to język używany przez pisowców służy podziałowi narodu. Pisowski język polityki to zadziwiające i specyficzne zjawisko. Definitywnie przestał służyć celowi łączenia Polaków. Stał się instrumentem siania wzajemnej niechęci, a nawet nienawiści, wykluczenia i skutecznego niestety podzielenia narodu, a przez to ważnym narzędziem zdobywania i utrwalania władzy obecnej ekipy. To wszystko jednak kosztem osłabienia nie tylko więzi społecznej, lecz i pozycji Polski, jej roli na arenie międzynarodowej.

Słowo jako element nachalnej propagandy potrafi wpłynąć na postawy i dokonywane oceny milionów ludzi, sposób postrzegania otaczającego świata, rozbudzić ksenofobię, nienawiść do inaczej myślących, znaleźć poparcie dla antyinteligenckiej kampanii. Kłamliwe słowa, lecz sączone codziennie i powtarzane w kółko, potrafią intelektualnie rozleniwić całą rzeszę ich odbiorców, uczynić ich świadomość pomroczną i podatną na manipulacje. To co na co dzień obserwujemy w mediach to gomułkowski styl przemawiania A. Dudy, gebelsowskie kłamstwa M. Morawieckiego, przekonywanie do swoiście pojmowanej ludowej sprawiedliwości Z. Ziobry czy bredni A. Macierewicza. Kto to wszystko bezkrytycznie łyka, staje się mimowolnie osobnikiem o mentalności bolszewickiej, nie zdając sobie z tego sprawy, niczym bohater Moliera, nie wiedzący, że mówi prozą.
Pisowska machina propagandowa doprowadziła do sytuacji, w której słowa i pojęcia nabrały zupełnie innego znaczenia i uległy zadziwiającej dewiacji. Nic już nie znaczy to co dotychczas. Wiekami ugruntowane pojęcia zatraciły swe aksjomatyczne właściwości. To przypomina czytanie wspak. Całe zwroty, zbitki pojęciowe, związki frazeologiczne, treści zawarte w zrozumiałych dotąd określeniach nagle wypaczyły się i zmutowały do mętnych i bałamutnych fraz.

Zwróćmy uwagę jakiej potwornej degradacji uległ pisowski język używany w prymitywnej propagandzie. Każdy język ewoluuje. Jednak pisowska nowomowa to obraz ewolucji wstecznej, nawiązującej do języka używanego w okresie gomułkowskim. Właściwie partyjni funkcjonariusze PZPR z Wydziału Propagandy mogliby pozazdrościć tonu i formy obecnie używanego przez rządzących języka, który wyraźnie zatracił adekwatność pojęć do ich treści i najzwyczajniej uległ zwyrodnieniu. Niegdyś partyjne przemówienia sekretarzy służyły nie tyle przekazywaniu informacji co mobilizacji społeczeństwa, a język nacechowany aksjologicznie był tzw. nowomową. Nowomową byłby też pisowski język gdyby nie powielał dawnej propagandowej gadki. Jest więc w istocie komunistyczną staromową.

Warto pod kątem komunistycznych ciągot i resentymentów przyjrzeć się pisowskiemu językowi i sposobowi wysławiania się. Kiedy w 1945 r. W. Gomułka wypowiada słowa: ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, wyrażał w ten sposób wiarę w wieczność nastających właśnie rządów komunistycznych. Jego zapowiedzi w stylu: ,,Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów”, nieodmiennie nasuwają na myśl bliskie naszym czasom skojarzenia z strategią J. Kaczyńskiego. Prof. S. Niesiołowski wskazywał na politologiczną teorię konwergencji, której uległ obecny ,,naczelnik państwa”, upodobniając się do Gomułki. Kaczyński może nie wie, ale słowa o nie oddawaniu władzy, jeszcze przed Gomułką wypowiedział w 1917 r. W. Lenin. On to mówił i w tym kierunku działał. Kaczyński tego nie mówi, lecz w tym kierunku działa. Przytoczmy inne jeszcze słowa Gomułki mówiącego o tym, że żadne siły wrogie socjalizmowi, nie odwrócą biegu historycznych zmian w PRLu: ,, możecie jeszcze krzyczeć”. Prezydent Duda, jak zwykle, wykrzyczał w styczniu 2017 r. słowa o tym, że program Prawa i Sprawiedliwości będzie zrealizowany z żelazną konsekwencją i nie zostanie zatrzymany przez ,,żaden jazgot i żadne demonstracje”. No cóż, nauka nie idzie w las. Trzeba przyznać, iż są jednak różnice między wypowiedziami Gomułki i Kaczyńskiego. O ile Gomułka w październiku 1956 r. mówił o nagromadzonych w minionych latach patologii i złu, miał na myśli to co działo się wewnątrz jego partii. Gdy o złu i patologii mówi Kaczyński, ma na myśli to co nagromadziło się nie w jego partii, a w PO.

Najnowsze ekspiacje Kaczyńskiego uderzająco przypominają język propagandy PRLu. Kiedyś były hasła rzucane przez aktywistów partyjnych w stylu: ,,Kto za Polską, ten za Gomułką !”, a sam I sekretarz zapewniał: ,,Możemy z ufnością patrzeć w przyszłość, idziemy bowiem słuszną drogą”. Obecnie mamy patriotyczne zawołania i oświadczenia jednoznacznie wskazujące którą drogą ma zmierzać każdy kto chciałby mieć prawo nazywania się Polakiem. To nieznośne w formie metkowanie Polaków, pseupatriotyczne pustosłowie Dudy, samego Kaczyńskiego, a także Morawieckiego o wspólnocie narodowej, jest rażącym fałszem, bo z samej definicji obejmuje tylko i jedynie ,,genetycznych patriotów” PiS-u. Wspólnota narodowa, owszem, lecz obejmie jedynie zwolenników rządzącej ekipy dobrej zmiany. Pozostałych wyrzuci się poza nawias społeczeństwa, zneutralizuje, wykluczy i pozbawi godności.

Takim wykluczającym językiem zwiera się swe własne szeregi, szerzy się i upowszechnia negatywne zjawisko szowinizmu, lecz także ksenofobii, a także złudne poczucie wyjątkowości. Można by zgodzić się ze słowami B. Szydło mówiącej, że bez względu na wszystko najważniejsza jest Polska. Jednak o wiele lepiej byłoby gdyby rozumiała przy tym, że racja ranga Polski wynika z jej przynależności do UE, jej silnej pozycji w unijnych strukturach, a pryncypialny interes Polski każe nam najściślej jak tylko można wiązać się z Europą. Jeśli Szydło mówiła jednocześnie o Polsce ,,nowoczesnej i ambitnej, przykładzie dla Europy i świata” – to zarazem posługiwała się językiem hipokryzji, zakłamania i prowincjonalnego zadufania w sobie. To po prostu kłamstwo, które stało się u PiS jednym z narządzi polityki.

Zajrzyjmy głębiej do pisowskiego słowniczka. To zbiór zdumiewających osobliwości. Zmiana rządzących ekip to nie rezultat zbiorowej decyzji większości wyborców, a coś na kształt przewrotu (puczu). Przecież Kaczyński ogłosił w 2007 r.: ,,obalili nasz rząd”, a mówił o rezultacie demokratycznych, przedterminowych wyborów, do których sam parł. Przemysł rozumiany dotąd jako gałąź gospodarki wytwarzający np. papę, tekturę falistą bądź kapsle od piwa, w oficjalnej propagandzie PiS zaadoptowany został do walki z opozycją, która rzekomo uruchomiła i zawłaszczyła go do produkowania pogardy i nienawiści wobec ,,obozu patriotycznego”. To typowe odwracanie kota ogonem, bo język, którym posługują się funkcjonariusze tej partii, język nienawiści, pogardy, oszczerstwa i wykluczenia został oto przez nich nazwany językiem miłości i koncyliacji i jako taki używany jest wobec opozycji, np. przez pisowską urzędniczkę żądającą dla Tuska szubienicy lub przez ONR-owców zapowiadających wieszanie komunistów i syjonistów. Bełkot pisowców bywa piramidalnie niedorzeczny gdy np. J. Gowin nazywał przemysłem pogardy wobec Polaków wyliczanie przez dziennikarkę przejawów rodzącego się neofaszyzmu. Zapowiedź prawicowej bojówki stawiania szubienic dla inaczej myślących jest wg zawłaszczonej prokuratury ,,wypowiedzią ironiczną” i jako taka nie podlega ściganiu. Min. J. Czaputowicz objaśniał znaczenie pojęcia ,,żydowski sprawca zbrodni”, nazywając je ukłonem w stronę środowisk żydowskich. Pokrętny i jakże perfidny jest także język maryjno – pisowskiego radia z Torunia, które kazało nazwać T. Mazowieckiego ,,ostatnim premierem komunistycznego rządu”, a taką laurkę wystawiono mu w tej rozgłośni bezpośrednio po Jego zgonie. Rozdzielanie na oślep zapomóg w postaci 500 +, często skutkujące zwiększonym spożyciem alkoholu lub porzucaniem pracy przez wielodzietne matki i uwłaczające godności życie za zapomogę, jest w pisowskim leksykonie odzyskiwaniem godności przez Polaków, którzy najwidoczniej dumni są, że żyją z jałmużny, a nie budują swego poczucia wartości na sukcesach w pracy zawodowej. Wyzywanie europosłanki od szmalcowniczki oznacza w języku Czarneckiego lojalność wobec swego kraju. Trzymanie zaś na smoleńskich kontrzgromadzeniach napisów krytykujących władzę zalicza się do kategorii ,,bezprawnego wystawiania powierzchni reklamowych”. Sam prezes każdego 10 danego miesiąca, kiedy padają najcięższego kalibru słowa skierowane do opozycji o zdradzie, morderstwie, wrogach ojczyzny, bredził o ,,wyspie tolerancji”, a to wszystko w kraju znanym z zasianej przez PiS ksenofobii, rasizmu i pomyślnie wyhodowanego neofaszyzmu.

Dobra zmiana od 5 lat oznacza fatalną zmianę i demolowanie Polski. Prawda wykazana przez komisję profesjonalnych ekspertów od lotnictwa nt. wypadku komunikacyjnego pod Smoleńskiem staje się odtąd ,,kłamstwem smoleńskim”, podczas gdy macierewiczowskie kłamstwo smoleńskie staje się obowiązującym dogmatem. Łamanie prawa i praworządności, jej gwałcenie określa się jako ochronę i zwiększanie poziomu praworządności, a infantylnie deklarowane przez prezydenta stania na straży konstytucji jest faktycznie jej łamaniem. Przywracanie godności Polakom oznacza jej odebranie tej połowie Polaków, którzy nie opowiadają się za PiS. Cały zakłamany proces demokratyzacji państwa należy odczytywać nie inaczej jak niepohamowane parcie ku autorytaryzmowi. Obrona przez opozycję konstytucyjnych wartości staje się zdradą, Targowicą, choć to PiS kalkuje działania i zachowania Targowiczan. W rozumieniu byłej posłanki K. Pawłowskiej zdradą Polski byłoby także przyjęcie syryjskich dzieci wojny. Spontaniczne demonstracje pod Sejmem obywateli protestujących przeciw gwałceniu konstytucji nabrało w rządowej propagandzie cech puczu (a więc wojskowego przewrotu). Totalna rozwałka szkolnictwa przez totalnie niekompetentną minister Zalewską staje się nagle w języku propagandy perfekcyjnie przeprowadzoną reformą procesu nauczania. Niszczenie puszczy, jej wycinka, masowe egzekucje zwierząt opisywane są jako ochrona przyrody przez ministra – barbarzyńcę. Nagle okazuje się, że ochrona dbałość o naturę polega wg policji na usuwaniu protestujących obywateli w środku miasta. Oczernianie Polski poprzez wywieszanie za 100 mln zł. czarnych bilbordów w polskich miastach z informacją o sędziach kradnących batoniki i kiełbasę, jest w założeniu Polskiej Fundacji Narodowej promowaniem Polski za granicą (!). Sprowokowana przez pisowskie dyletanctwo legislacyjne fala zainteresowania świata polskimi przewinami wobec Żydów, zepsuta opinia o Polakach, oznaczać ma wg pisowskiej narracji powtarzany do nudności termin o obronie honoru Polaków i godności Polski. Demolowanie jej pozycji i wizerunku na arenie międzynarodowej, jej samoizolacja są opisywane przez propagandę jako wstawanie z kolan i przywracanie podmiotowości, a rzekoma wrogość pisowców wobec komuny to w rzeczywistości ogromne ich resentymenty wobec byłego ustroju i zakorzeniona mentalność rodem z tamtych czasów.
Ideologizacja wojska, jego religijna indoktrynacja, faktyczne rozbrajanie, pokazywane są jako historyczny proces umacniania obronności kraju.

Dotychczas w języku mówiących o historii polityków, odnoszone zwycięstwa żołnierzy polskich określone były adekwatnie do wagi tych zwycięstw i czynów. Dziś min. M. Błaszczak zapewnia, że w historii Wojska Polskiego na trwale zapisze się… katastrofa wojskowej CASY w 2008 r. To całkiem tak jak z tragedią smoleńską, której ofiary równane były przez Macierwicza z żołnierzami spod Monte Cassino i Tobruku. A jeśli już mowa o żołnierzach, to ci nazywani dziś wyklętymi są de facto konsekrowanymi, a wyklętymi stali się ci spod Lenino, o których pisowcy chcieliby na trwałe zapomnieć jako żołnierzach ,,polskojęzycznych”. Polscy agenci ratujący amerykańskich kolegów w Iraku, za co Polsce umorzono 16 mld dol. długu, stali się w języku pisowskiej propagandy i na mocy pisowskej, absurdalnej ustawy dezubekizacyjnej ,,oprawcami” i ,,bandytami”.

Dosłownie wszystko można w warstwie słownej odwrócić do góry nogami, o czym świadczy, że epicentrum największego kryzysu dyplomatycznego wywołanego przez PiS, premier Morawiecki oświadczył, że z USA nigdy dotąd nie mieliśmy tak dobrych stosunków, a min. Szczerski, że żaden rząd nie zrobił dotąd tyle dobrego dla stosunków z Izraelem. Nie ma co nawet stawiać pytania czy my w ogóle żyjemy w normalnym kraju. Kto by przypuszczał, że w XXI w. będziemy funkcjonować w orwellowskiej rzeczywistości, a wspólny dla nas język polski wykreuje dzielące, absurdalne pojęcia dwóch żyjących obok siebie narodów – Polaków i Niepolaków.

Droga socjalistycznego realisty

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało.

Dwa lata po ukazaniu się rewelacyjnego zapisu rozmów Roberta Walenciaka z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa” ISKRY 2017) to wielce zasłużone wydawnictwo obdarowało nas autobiograficznym wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez tego samego rozmówcę z Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa. Postsciptum”, ISKRY 2019). Po tym jak w 2013 roku ISKRY wydały autobiografię Karola Modzelewskiego („Zajeździmy kobyłę historii”, ISKRY 2013) otrzymaliśmy więc trzecią część tryptyku znakomicie przedstawiającego powikłane losy dwóch nurtów lewicy w powojennej Polsce. W czasach, gdy oficjalna propaganda i wysługujący się jej historycy spod znaku IPN prześcigają się w prymitywnym potępianiu całego dorobku Polski Ludowej, takie inicjatywy wydawnicze są szczególnie cenne.

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało. Jego książka ukazała się niemal dokładnie na 95. urodziny autora – ostatniego żyjącego członka historycznego Komitetu Centralnego PZPR z października 1956 roku. Socjologowie od dawna podkreślają znaczenie tak zwanej „historii oralnej” odczytywanej nie tyle z dokumentów, co z relacji uczestników i świadków wydarzeń. Wiedza tego typu nie może zastąpić kwerendy archiwalnej, ale jest jej bardzo ważnym uzupełnieniem.

Bezcenne relacje

Jest tak z dwóch powodów – obu bardzo wyraźnie zarysowanych w książce Werblana. Po pierwsze: relacje uczestników dostarczają wiedzy o faktach, których śladu nie znajdziemy w archiwach. Werblan opowiada Walenciakowi o ważnych rozmowach, które nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w dokumentach. W żadnym dokumencie nie ma na przykład śladu tego, że to reprymenda otrzymana bezpośrednio od Breżniewa w 1976 roku spowodowała, iż Edward Gierek porzucił myśl o ponownej podwyżce cen, zarzuconej w wyniku protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Takich informacji jest w tej książce mnóstwo.

Drugim powodem, dla którego relacje osobiste są tak cenne, jest to, że pozwalają one uchwycić sposób myślenia autorów wydarzeń. Pod tym względem książka Werblana jest wprost bezcenna, gdyż bardzo uczciwie i wnikliwie przedstawia racje, dla których on i wielu ludzi bliskich mu ideowo zaangażowało się po stronie Polski Ludowej i nie zmieniło swego stanowiska mimo, że wichry historii wystawiały ich na ciężkie próby.

Zatrzymam się na tym aspekcie, gdyż wydaje mi się on w książce najważniejszy. Odpowiadając na pytanie Roberta Walenciaka autor tak podsumowuje swoją drogę życiową: „Mam poczucie – mówi – że służyłem dobrej sprawie. Polska Ludowa okazała się jedynym realnie możliwym dostosowaniem polskiego bytu państwowego do skutków największej z wojen. Wygrać jej nie mogła, mogła w niej zginąć lub zaadaptować do wyniku, w sumie korzystnego. …Historia naukowa jest z natury sprawiedliwa, zatem wcześniej czy później również w kwestii oceny PRL wszystko postawi na właściwe miejsce” (s. 380).

Zwycięstwo realistów

Jest to klucz do zrozumienia drogi życiowej nie tylko Andrzeja Werblana, lecz także bardzo wielu ludzi z jego i, jak w moim wypadku, nieco młodszego) pokolenia, których wybór polityczny nie dokonał się w wyniku olśnienia ideologicznego wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji trzeźwego namysłu nad sytuacją, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po II wojnie światowej. Politolodzy i historycy od dawna wskazują na znaczenie, jakie w historii Polski (od czasu Wielkiej Wojny Północnej (1700-1721) odgrywał podział na „realistów” i „idealistów”, by przypomnieć ważną dla tej problematyki książkę Adama Bromke (1928-2008) wydaną jeszcze w emigracyjnym okresie jego twórczości (w 1967 roku). Pierwsi kierowali się trzeźwą kalkulacją sił i możliwości, drudzy wiarą, że „chcieć to móc”. Historia Polski tego okresu to historia powtarzających się klęsk, u podstaw których leżała przegrana realistów starciu z idealistami, których hasła lepiej trafiały do emocji Polaków, ale w konsekwencji prowadziły do kolejnych katastrof: od konfederacji barskiej i spowodowanego przez nią pierwszego rozbioru aż po powstanie warszawskie.
Werblan opowiada – barwnie i z wielką znajomością zagadnienia – losy pierwszego pokolenia polskich realistów, któremu udało się tak pokierować losami Polski, że z bardzo trudnej sytuacji powojennej doszła ona do pełnej suwerenności w dobrych i bezpiecznych granicach. Tego sukcesu nie byłoby bez pokolenia, którego bardzo ciekawym przedstawicielem jest autor tej autobiografii.

Polska, socjalizm, kompromisy

Urodzony w inteligenckiej rodzinie na przedwojennych „kresach wschodnich”, w Tarnopolu, w czasie wojny zesłaniec syberyjski, potem żołnierz wojska, które szło do Polski u boku Armii Czerwonej, po wojnie działacz socjalistyczny, a następnie – aż do 1982 roku – działacz PZPR, kierownik wydziału, potem sekretarz KC. a krótko (w 1980 roku) nawet członek Biura Politycznego jest Werblan przykładem człowieka, którego do zaangażowania socjalistycznego skłoniła przed wszystkim trzeźwa ocena sytuacji, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po wojnie. Mówiąc o swojej drodze powołuje się parokrotnie na Juliana Hochfelda (1911-1966) i na jego książkę „My socjaliści”(1946) noszącą znamienny podtytuł „ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Był to mój mistrz uniwersytecki i człowiek, któremu najwięcej zawdzięczam, gdy idzie o uformowanie się moich poglądów politycznych, więc te fragmenty książki czytałem ze szczególnym wzruszeniem. Tu bowiem widzę związek miedzy własną drogą polityczną a wzorami stworzonymi przez socjalistów z pierwszych lat Polski Ludowej.

Socjaliści – tacy jak Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Julian Hochfeld, Jan Strzelecki – nie idealizowali powojennej sytuacji, ale dążyli do tego, by w takich warunkach, jakie istniały, realizować polską rację stanu, a zarazem wcielać w życie socjalistyczne ideały – na tyle, ile to było możliwe. Wymagało to kompromisów, często bardzo bolesnych. Relacja Werblana jest bezcenna dla zrozumienia tej postawy. Pozwala także zrozumieć, dlaczego ci „socjalistyczni realiści” okazali się znacznie bardziej odporni na kryzysy sumienia niż dawniejsi komuniści, dla których nierzadko odrzucenie stalinizmu powodowało utratę politycznej wiary.

Barwna narracja, trzeźwa ocena

Werblan do generacji przedwojennych komunistów ma stosunek raczej chłodny, gdyż dostrzega ich fanatyzm i serwilizm w stosunku do stalinowskiego ZSRR. Jest tu jednak bardzo ważny wyjątek – Władysław Gomułka. Werblan był bliskim współpracownikiem Gomułki, jego konsekwentnym zwolennikiem. a potem biografem. Boleśnie świadom dokonującej się autodestrukcji tego wybitnego przywódcy i krytycznie oceniający jego politykę w latach 1967-70 pozostał jednak obrońcą najważniejszych elementów linii politycznej Gomułki: zwiększania polskiej autonomii w ramach bloku socjalistycznego i stosunkowo liberalnej polityki wewnętrznej. Drugim przywódcą, którego autor wysoko ocenia, jest Wojciech Jaruzelski. Werblan broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, choć krytycznie ocenia późniejszą politykę PRL jako marnującą szansę stworzoną przez decyzję z 13 grudnia.

Książkę czyta się świetnie, gdyż barwna narracja połączona jest ze zdumiewającym wręcz bogactwem faktów. Werblan, o ile wiem, nie prowadzi dziennika, ale z przyzwyczajenia zawodowego historyka starannie gromadzi dokumenty, a przede wszystkim dysponuje imponującą pamięcią. Zaś Robert Walenciak potrafi mądrze pokierować rozmową tak, by z tego bogactwa wiedzy historycznej wydobyć jak najwięcej. Tak więc powstała książka, której nikt poważnie interesujący się dziejami Polski Ludowej nie będzie mógł pominąć.

PS. Ta bardzo starannie opracowana książka nie uchroniła się jednak przed drobnymi błędami. W indeksie nazwisk Mieczysław Moczar figuruje jako Kazimierz, a Helena Wolińska staje się „Wolicką”.

 

Inaczej oświetlony

Władysław Gomułka

„Najnudniejszy człowiek świata. Taki zawsze wydawał mi się Władysław Gomułka” – z tym zdaniem otwierającym opowieść Piotra Lipińskiego nie zgadzam się w całej rozciągłości.
Mnie Gomułka, którego, jako człowiek równo o dekadę starszy od autora, pamiętam (pamięcią niedorostka, ale ta jest bardzo chłonna) w przeciwieństwie do niego bezpośrednio, z pierwszych stron gazet, z telewizyjnych i radiowych przekazów oraz z przemówień, wydawał się figurą niezwykle fascynującą, trochę jak gnom, ponury krasnolud czy złośliwy troll z makabrycznej bajki. Jego kostyczny sposób bycia, specyficzna, plebejska, pobrzmiewająca wschodnim akcentem intonacja (połączona skądinąd z bardzo dobrą dykcją), towarzyszące mu jakby stałe rozdrażnienie, apodyktyczność jego przygarbienie, łysina, siwizna i siermiężny garnitur czyniły go dla mnie groźnym, fascynującym, strasznym dziaduniem ze złego snu.
Był rówieśnikiem moich dziadków i wyobrażałem sobie, że takiego dziadka bym się bał. Gdy w ciepły i słoneczny (pamiętam jak dziś!) dzień 1 września 1964 roku przeżywałem (ciężko!) mój pierwszy w życiu początek roku szkolnego, mijała 25 rocznica wybuchu II wojny światowej i Gomułka wtedy okazjonalnie przemawiał, więc ten dzień kojarzą i z jego postacią. I to było fascynujące! Ale Gomułka jako kwintesencja nudy? Nigdy w życiu! To była postać jak z powieści Stephena Kinga czy opowiadań Edgara Allana Poe.
Piotra Lipińskiego rzecz o Władysławie Gomułce nie jest ani naukową ani publicystyczną biografią przywódcy PRL w latach 1956-1970. Takie zresztą już powstały m.in. autorstwa Jana Ptasińskiego czy Andrzeja Werblana). Nie jest też powieścią ani klasyczną opowieścią o nim, czego z kolei jeszcze nikt nie próbował. Jest udaną próbą zmieszczenia się ze swoją narracją między tymi biegunami. Z jednej strony, dzięki pokazaniu Gomułki nie przez pryzmat twardego, zdyscyplinowanego, oschłego przekazu naukowego czy publicystycznego, wyłącznie jako działacza, polityka i doktrynera, lecz przez zmiękczenie, jakie daje osobista, autorska opowieść, ta trudna i w zasadzie raczej zewnętrznie mało ciepła i sympatyczna postać nabrała jakby nowych barw, bardziej osobistych i może fragmentami nawet cieplejszych.
Z drugiej strony, są w opowieści Lipińskiego inkrustacje prozatorskie w postaci okruchów typowego powieściowego dialogu, motywy wyobrażone, jakby dopowiedziane i do pewnego stopnia sfikcjonowane. Uprzedzam: w opowieści Lipińskiego nie ma żadnych nowo ustalonych faktów, niczego, czego historycy czy miłośnicy tematu nie znali lub nie mogli wcześniej poznać z literatury przedmiotu. Lipiński Gomułki na nowo nie odkrywa, w porządku faktów rekapituluje to, co można znaleźć w innych, powszechnie dostępnych publikacjach, ale opowiada o nim w sposób nowy, rzucając na niego inaczej ustawione światło. Polecam z przekonaniem tę lekturę.

Piotr Lipiński – „Gomułka. Władzy nie oddamy”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, str. 395, ISBN 978-83-8049-898-3

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.