Najnowsze wydanie wierszyka Juliana Tuwima „Karta z dziejów ludzkości”

Ten tekst mógłby zacząć się w ten sposób: Smutne czasy II RP mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończyła się na ziemniakach, kapuście, zacierce lub chudym żurku, a od święta małym kawałkiem mięsa. Jakie były potrawy naszych dziadków?

Niestrawne historyczne kulinaria

Ale na Onecie, autorstwa Pawła Rzewuskiego brzmi on następująco „Smutne czasy PRL mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończy się na schabowych i mielonych. Tymczasem niegdyś jadano rzeczy, które nawet dzisiaj rzadko goszczą na polskich stołach. Jakie były potrawy naszych dziadków?” Przywołuje więc: parmezan, leguminy i Auflauf, kasztany, móżdżek, majonez, kapłony, raki, pularda, minogi.

Dziadkowie autora byli w tamtych czasach albo sporymi obszarnikami, albo równie bogatymi przedsiębiorcami, bo naród, szczególnie ten robotniczo-chłopski jadał co w pierwszym akapicie napisałem..

Nie było jednak tak źle w PRL-u: kasztany wszyscy posmakowali, bo te najlepsze były, dzięki „Stawce większej niż życie” na placu Pigalle, móżdżek jadałem w barze w Brzesku dopóki opresyjne władze sanitarne tego nie zakazały, a majonez, co prawda nie Monatowej, a kielecki do dziś można kupić w markecie. A jeśli chodzi o tego powszechnego schabowego i mielonego w Polsce Ludowej to dziś go brakuje wielu rodzinom.

Jerzy Urban znowu ante portas?

W „Newsweeku” (17-23.08.2020) ukazał się spory materiał jemu poświęcony, a w „Gazecie Wyborczej” (6.09.2020) wywiad liczący aż osiem stron. Może to zbieg okoliczności, może kryje się za tym jakaś tajemnicza przyczyna bo z Urbanem nigdy nic nie wiadomo, a być może niepokój, że nadchodzi-powraca, dzięki swoim filmikom, tym razem jako król Internetu. Z obu rozmów z Urbanem ważnym był fragment drugiej na temat PiS: „uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 łat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.”

Podobnej, bardzo realnej przecież prognozy naszych najbliższych narodowych losów nie tylko nie miałem okazji nigdzie przeczytać, ale wątpię czy rozliczni współcześni nasi mędrcy, łącznie z polityczną opozycją, zdają sobie w ogóle z tego sprawę.

Materiał o Urbanie w „GW” dopełniony został obiektywnym, jak na ten tytuł, opisem jego publicznej działalności, natomiast na okładce wspomnianego „Newsweeka” zapowiedziano go jako „Drugie życie łajdaka”. Mógłbym się nie obruszyć, gdyby to pismo podobnie potraktowało przywódców Solidarności prowadzących strajkujących robotników od hasła „Socjalizm tak, wypaczenia nie” do najgorszej wersji kapitalizmu. Bądź twórców transformacji wyrzucających na bruk, czy poza pegeerowską ziemię, setki tysięcy ludzi. A jego redaktor naczelny Tomasz Lis w kolejnym wydaniu (7-13.09,2020) śmie coś jeszcze pisać o fundamentalnym znaczeniu wyrzeczenia się wszelkiej przemocy.

Wyrzeczenia się wszelkiego myślenia

oczekuje chyba Witold Gadomski przy czytaniu tekstu „Białoruś, czyli taka była alternatywa dla polskich reform” („GW”, 26.08.2020), w którym jako jedyny dotąd komentator na świecie, powiązał wydarzenia u naszego sąsiada nie z fałszerstwem prezydenckich wyborów, a z brakiem reform typu Balcerowicz. Potwierdzeniem tej tezy mają być rozlicznie, przywoływane liczby, nie uwzgledniające ani położenia tego kraju, jego ludnościowych i naturalnych możliwości, ani też dokonanego wyboru odmiennej, być może słusznej ekonomiczno-społecznej drogi. Gadomski w swych krytycznych opiniach nie wspomina o białoruskiej „Dolinie krzemowej”, której ze świeczką u nas szukać, ale w stosunku do całej wypowiedzi to zupełny drobiazg. Jak z licznych doniesień wynika Białorusini oczekują uczciwości w politycznym życiu, nie marząc o neoliberalnej transformacji, i miejmy nadzieję, że uchroni ich od tego zdrowy rozsądek.

Uchroń nas Panie

od wojny, nędzy i głodu, od rządowych podatków od cukru, deszczu i spółek, ale i od tych przyszłych od słońca (wschodzącego dla komuchów i zachodzącego dla euroentuzjastów), od powietrza (dla palących) i od wszystkich kolejnych, rządowo-podatkowych, genialnych pomysłów. I od…

Równie mądre propozycje,

w związku z drobną samochodową stłuczką spowodowaną przez stulatka, wygłosił kolejny, zapewne wybitny ekspert proponując obowiązkowe badania starszych kierowców. Wiedza o tym, że najwięcej wypadków, także śmiertelnych, powodują młodzi i troszkę starsi nie jest mu znana, a opisany zdarzenie znalazło się w mediach z uwagi na jego wyjątkowość, a nie częstotliwość. Parcie na szkło wyjaśnia zapewne co robił ten myśliciel w telewizji.

W pogoni za szpiegiem

„Nie wiemy jeszcze o Edwardzie Gierku bardzo ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy wiedzieć – myślę tutaj o jego powiązaniach ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach” – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor Oddziału IPN w Warszawie, „gdyby… okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.”

Nie wiem czy w programie studiów historycznych, które kończył na Uniwersytecie Warszawskim pan Profesor była wykładana logika; ja na tej uczelni zdawałem ją u dra Zdzisława Ziemby, później profesora i nota bene męża znanej powszechnie prof. Hanny Świdy-Ziemby. Ale nawet jak nie, to przecież w XI ówczesnej klasie liceum uczyliśmy się wszyscy logiki z popularnego podręcznika Andrzeja Grzegorczyka, a wiec coś pozostać powinno.

Domniemane i tak oczekiwane powiązania Edwarda Gierka z ZSRR i spec-służbami, powodujące przekreśleniem jego powszechnej oceny jako dobrego gospodarza, stanowi nie tylko szczyt braku logiki, nadto pasują wzajemnie jak garbaty do ściany. Równie ważnymi są tu, degradujące historyka, nie poszukiwanie prawdy, a haka, celem polityczno-propagandowego dezawuowania Gierka. I to wszystko w imię dobrej (Instytut) Pamięci Narodowej.

Pucz, którego nie było

Na Onecie Wojtek Duch w tekście „Gomułka kontra Chruszczow. W 1956 r. na Warszawę ruszyły radzieckie czołgi” napisał: „Tymczasem sam Gomułka…chciał jednak, by partia w Polsce zachowała autonomię, co do składu personalnego oraz kierowania sprawami wewnętrznymi. To stało się powodem konfliktu, który niemal przerodził się w radziecki pucz.”
Wiadomo, że pucz, inaczej zamach stanu, dokonuje się z użyciem siły i przeprowadzają go samodzielnie miejscowi oponenci. Określenie „radziecki pucz” oznaczać może, ze sporym trudem, zamach stanu w ZSRR i taki miał miejsce – tzw. pucz Janajewa, inaczej pucz moskiewski w dniu 21 sierpnia 1991 roku. Natomiast w opisywanej polskiej sytuacji mógł ewentualnie mieć miejsce pucz tzw. natolińczyków przy pomocy miejscowych sil zbrojnych, acz w tamtych dniach na takie wsparcie liczyć żadną miarą nie mogli. Pomimo znaczenia i funkcji ministra obrony PRL, jakie posiadał wtedy marszałek Rokossowski oraz inni radzieccy wojskowi na stanowiskach w naszej armii, pucz z udziałem miejscowych sil zbrojnych nie miał szansy na sukces, gdyż zbyt wielu polskich dowódców popierało październikowy przełom i powrót do władzy Gomułki, nie wspominając o reakcji robotniczych załóg warszawskich zakładów pracy (czasem uzbrojonych) i nastrojach w całym kraju. Wśród naszych wojskowych byli m. in. generałowie: Wacław Komar (KBW), Julian Hibner (MSW), Jan Frey-Bielecki (lotnictwo) i kontradmirał Jan Wiśniewski; wszyscy komuniści, niektórzy z pochodzenia Żydzi, czasem związani z radzieckim wywiadem, ale wszyscy okazali się polskimi patriotami.

Tak wiec panie Wojtku – a jest to wiedza podstawowa – w opisanej sytuacji nie było szansy na żaden pucz, a mogła mieć miejsce jedynie radziecka interwencja zbrojna z osadzeniem swoich na kluczowych stanowiskach, która z wielu powodów nie nastąpiła, podobnie zresztą jak ta w latach 1980-1981.

Lotnisko i inne pomysły

W ślady byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, mówiącego o państwie San Escobar, którego po prostu nie ma, poszło Ministerstwo Zdrowia zaliczając na liście krajów objętych zakazem lotów Księstwo Andory z międzynarodowym lotniskiem, którego też tam nie ma. Nie ma też wystarczającej liczby szczepionek przeciw grypie bo naród nie wiedzieć czemu nie posłuchał PAD-a, natomiast wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za sprawą przygotowywanych zmian w zakazach w ruchu lotniczym, „turyści powinni liczyć się z tym, że możliwość powrotu do kraju może być ograniczona”. W okresie przedwyborczym nasze ukochane władze nadzwyczaj troszczyły się o Polaków będących gdzieś na krańcach świata, ale następne wybory będą dopiero w 2023 roku.

Tę celną myśl „ograniczona możliwość powrotu do kraju” można by twórczo rozwinąć w kolejną tarczę, tym razem antypisowską i wzorem Łukaszenki wręczać wszystkim, co bardziej krnąbrnym, opozycjonistom bon turystyczny w jedną stronę. I po kłopocie. Śmieszne? Wcale nie, bo przecież możliwe.

Znów można latać

Gdzie te czasy okrutnego reżimu, gdy komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz hulał po Polsce za kierownicą, a dyktator gen. Wojciech Jaruzelski ze skromną obstawą w polonezie beztrosko przemierzał zniewolony kraj. Strefa zamknięta dla ruchu lotniczego w promieniu 600 m od domu Zbigniewa Ziobry już nie obowiązuje, ale cofnięty zakaz lotów wydaje się decyzją pochopną, gdyż na nadzwyczajną opiekę SOP zasługuje przewodniczący Solidarnej Polski. Partia co prawda w najnowszym sondażu IBRiS uzyskała aż-jedynie 1,4 % poparcia, co nie przeszkadza Ziobrze rządzić krajem prawie w roli wice-naczelnika. Wziąć pod uwagę jednak należy obawy rządzących przed kochającym ich narodem, wyrażające się w wielkich, prezydenckich samochodowych kolumnach, wzmożonym pilnowaniu domu pana prezesa, nie wspominając już o ogrodzonym Sejmie. Nasuwa się rozwiązanie nadzwyczaj proste, historycznie dobrze znane, a w dzisiejszej Polsce stosowane „na odwyrtkę””, o wydzieleniu specjalnych stref „Tylko dla PiS”. Wzorem może być także „zielona strefa” w Bagdadzie, w której mieszczą się, demokrację po całym świecie upowszechniające, amerykańskie instytucje, bo przecież, jak tak dalej ci kolorowi LGBT-owcy demonstrować będą, to diabli wiedzą co stać się może.

Zabawna moralność

Pan Prezydent Andrzej Duda 5 września ogłosił, że za rok, podczas narodowego czytania, będziemy słuchali zabawnego utworu Gabrieli Zapolskiej „Moralność Pani Dulskiej”. Zapowiadając ten dramat Panu Prezydentowi ze śmiechu pawie łzy z oczu się lały, a jego polonistom zapewne także, ale z odmiennych powodów. Kontynuując w taki właśnie sposób upowszechniane czytelnictwo proponuję na kolejną lekturę „Kamizelkę” Bolesława Prusa jako nadzwyczaj przystępny podręcznik krawiecki, a w jeszcze następnym roku Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant” będącą opowieścią o życiu wielkiego kompozytora Jana Sebastiana Bacha.

A dla dopełnienia:

w naszych rozlicznych mediach i w życiu publicznym spotykają się nadzwyczaj często miejscowy mędrzec z tutejszym geniuszem.

PiSowski język podziałów i propagandy

Gdyby wyobrazić sobie abstrakcyjną sytuację gdzie w czasach Piastów rządzi PiS, zaistnienie narodu polskiego zostałoby mocno zagrożone, a Polanie prędzej skoczyli by sobie do gardeł niż zjednoczeni, wspólnie wystąpili by przeciw sąsiednim plemionom i wrogom zewnętrznym. Dlaczego?, to proste; z powodu używanego przez tę partię języka.

Język to jeden z podstawowych czynników pozwalających na wyodrębnienie wspólnoty narodowej. To element łączący ludzi w jednolitą wspólnotę etniczną, część składowa powiązań strukturalno – świadomościowych i psychospołecznych, które kształtują świadomość i tożsamość grupową. Obok wspólnego terytorium i więzów gospodarczych, podobnego składu psychicznego, wspólnych tradycji, wartości etosu, język kreuje jednolity naród.

O ile wspólny dla narodu język służył jego integracji, to język używany przez pisowców służy podziałowi narodu. Pisowski język polityki to zadziwiające i specyficzne zjawisko. Definitywnie przestał służyć celowi łączenia Polaków. Stał się instrumentem siania wzajemnej niechęci, a nawet nienawiści, wykluczenia i skutecznego niestety podzielenia narodu, a przez to ważnym narzędziem zdobywania i utrwalania władzy obecnej ekipy. To wszystko jednak kosztem osłabienia nie tylko więzi społecznej, lecz i pozycji Polski, jej roli na arenie międzynarodowej.

Słowo jako element nachalnej propagandy potrafi wpłynąć na postawy i dokonywane oceny milionów ludzi, sposób postrzegania otaczającego świata, rozbudzić ksenofobię, nienawiść do inaczej myślących, znaleźć poparcie dla antyinteligenckiej kampanii. Kłamliwe słowa, lecz sączone codziennie i powtarzane w kółko, potrafią intelektualnie rozleniwić całą rzeszę ich odbiorców, uczynić ich świadomość pomroczną i podatną na manipulacje. To co na co dzień obserwujemy w mediach to gomułkowski styl przemawiania A. Dudy, gebelsowskie kłamstwa M. Morawieckiego, przekonywanie do swoiście pojmowanej ludowej sprawiedliwości Z. Ziobry czy bredni A. Macierewicza. Kto to wszystko bezkrytycznie łyka, staje się mimowolnie osobnikiem o mentalności bolszewickiej, nie zdając sobie z tego sprawy, niczym bohater Moliera, nie wiedzący, że mówi prozą.
Pisowska machina propagandowa doprowadziła do sytuacji, w której słowa i pojęcia nabrały zupełnie innego znaczenia i uległy zadziwiającej dewiacji. Nic już nie znaczy to co dotychczas. Wiekami ugruntowane pojęcia zatraciły swe aksjomatyczne właściwości. To przypomina czytanie wspak. Całe zwroty, zbitki pojęciowe, związki frazeologiczne, treści zawarte w zrozumiałych dotąd określeniach nagle wypaczyły się i zmutowały do mętnych i bałamutnych fraz.

Zwróćmy uwagę jakiej potwornej degradacji uległ pisowski język używany w prymitywnej propagandzie. Każdy język ewoluuje. Jednak pisowska nowomowa to obraz ewolucji wstecznej, nawiązującej do języka używanego w okresie gomułkowskim. Właściwie partyjni funkcjonariusze PZPR z Wydziału Propagandy mogliby pozazdrościć tonu i formy obecnie używanego przez rządzących języka, który wyraźnie zatracił adekwatność pojęć do ich treści i najzwyczajniej uległ zwyrodnieniu. Niegdyś partyjne przemówienia sekretarzy służyły nie tyle przekazywaniu informacji co mobilizacji społeczeństwa, a język nacechowany aksjologicznie był tzw. nowomową. Nowomową byłby też pisowski język gdyby nie powielał dawnej propagandowej gadki. Jest więc w istocie komunistyczną staromową.

Warto pod kątem komunistycznych ciągot i resentymentów przyjrzeć się pisowskiemu językowi i sposobowi wysławiania się. Kiedy w 1945 r. W. Gomułka wypowiada słowa: ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, wyrażał w ten sposób wiarę w wieczność nastających właśnie rządów komunistycznych. Jego zapowiedzi w stylu: ,,Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów”, nieodmiennie nasuwają na myśl bliskie naszym czasom skojarzenia z strategią J. Kaczyńskiego. Prof. S. Niesiołowski wskazywał na politologiczną teorię konwergencji, której uległ obecny ,,naczelnik państwa”, upodobniając się do Gomułki. Kaczyński może nie wie, ale słowa o nie oddawaniu władzy, jeszcze przed Gomułką wypowiedział w 1917 r. W. Lenin. On to mówił i w tym kierunku działał. Kaczyński tego nie mówi, lecz w tym kierunku działa. Przytoczmy inne jeszcze słowa Gomułki mówiącego o tym, że żadne siły wrogie socjalizmowi, nie odwrócą biegu historycznych zmian w PRLu: ,, możecie jeszcze krzyczeć”. Prezydent Duda, jak zwykle, wykrzyczał w styczniu 2017 r. słowa o tym, że program Prawa i Sprawiedliwości będzie zrealizowany z żelazną konsekwencją i nie zostanie zatrzymany przez ,,żaden jazgot i żadne demonstracje”. No cóż, nauka nie idzie w las. Trzeba przyznać, iż są jednak różnice między wypowiedziami Gomułki i Kaczyńskiego. O ile Gomułka w październiku 1956 r. mówił o nagromadzonych w minionych latach patologii i złu, miał na myśli to co działo się wewnątrz jego partii. Gdy o złu i patologii mówi Kaczyński, ma na myśli to co nagromadziło się nie w jego partii, a w PO.

Najnowsze ekspiacje Kaczyńskiego uderzająco przypominają język propagandy PRLu. Kiedyś były hasła rzucane przez aktywistów partyjnych w stylu: ,,Kto za Polską, ten za Gomułką !”, a sam I sekretarz zapewniał: ,,Możemy z ufnością patrzeć w przyszłość, idziemy bowiem słuszną drogą”. Obecnie mamy patriotyczne zawołania i oświadczenia jednoznacznie wskazujące którą drogą ma zmierzać każdy kto chciałby mieć prawo nazywania się Polakiem. To nieznośne w formie metkowanie Polaków, pseupatriotyczne pustosłowie Dudy, samego Kaczyńskiego, a także Morawieckiego o wspólnocie narodowej, jest rażącym fałszem, bo z samej definicji obejmuje tylko i jedynie ,,genetycznych patriotów” PiS-u. Wspólnota narodowa, owszem, lecz obejmie jedynie zwolenników rządzącej ekipy dobrej zmiany. Pozostałych wyrzuci się poza nawias społeczeństwa, zneutralizuje, wykluczy i pozbawi godności.

Takim wykluczającym językiem zwiera się swe własne szeregi, szerzy się i upowszechnia negatywne zjawisko szowinizmu, lecz także ksenofobii, a także złudne poczucie wyjątkowości. Można by zgodzić się ze słowami B. Szydło mówiącej, że bez względu na wszystko najważniejsza jest Polska. Jednak o wiele lepiej byłoby gdyby rozumiała przy tym, że racja ranga Polski wynika z jej przynależności do UE, jej silnej pozycji w unijnych strukturach, a pryncypialny interes Polski każe nam najściślej jak tylko można wiązać się z Europą. Jeśli Szydło mówiła jednocześnie o Polsce ,,nowoczesnej i ambitnej, przykładzie dla Europy i świata” – to zarazem posługiwała się językiem hipokryzji, zakłamania i prowincjonalnego zadufania w sobie. To po prostu kłamstwo, które stało się u PiS jednym z narządzi polityki.

Zajrzyjmy głębiej do pisowskiego słowniczka. To zbiór zdumiewających osobliwości. Zmiana rządzących ekip to nie rezultat zbiorowej decyzji większości wyborców, a coś na kształt przewrotu (puczu). Przecież Kaczyński ogłosił w 2007 r.: ,,obalili nasz rząd”, a mówił o rezultacie demokratycznych, przedterminowych wyborów, do których sam parł. Przemysł rozumiany dotąd jako gałąź gospodarki wytwarzający np. papę, tekturę falistą bądź kapsle od piwa, w oficjalnej propagandzie PiS zaadoptowany został do walki z opozycją, która rzekomo uruchomiła i zawłaszczyła go do produkowania pogardy i nienawiści wobec ,,obozu patriotycznego”. To typowe odwracanie kota ogonem, bo język, którym posługują się funkcjonariusze tej partii, język nienawiści, pogardy, oszczerstwa i wykluczenia został oto przez nich nazwany językiem miłości i koncyliacji i jako taki używany jest wobec opozycji, np. przez pisowską urzędniczkę żądającą dla Tuska szubienicy lub przez ONR-owców zapowiadających wieszanie komunistów i syjonistów. Bełkot pisowców bywa piramidalnie niedorzeczny gdy np. J. Gowin nazywał przemysłem pogardy wobec Polaków wyliczanie przez dziennikarkę przejawów rodzącego się neofaszyzmu. Zapowiedź prawicowej bojówki stawiania szubienic dla inaczej myślących jest wg zawłaszczonej prokuratury ,,wypowiedzią ironiczną” i jako taka nie podlega ściganiu. Min. J. Czaputowicz objaśniał znaczenie pojęcia ,,żydowski sprawca zbrodni”, nazywając je ukłonem w stronę środowisk żydowskich. Pokrętny i jakże perfidny jest także język maryjno – pisowskiego radia z Torunia, które kazało nazwać T. Mazowieckiego ,,ostatnim premierem komunistycznego rządu”, a taką laurkę wystawiono mu w tej rozgłośni bezpośrednio po Jego zgonie. Rozdzielanie na oślep zapomóg w postaci 500 +, często skutkujące zwiększonym spożyciem alkoholu lub porzucaniem pracy przez wielodzietne matki i uwłaczające godności życie za zapomogę, jest w pisowskim leksykonie odzyskiwaniem godności przez Polaków, którzy najwidoczniej dumni są, że żyją z jałmużny, a nie budują swego poczucia wartości na sukcesach w pracy zawodowej. Wyzywanie europosłanki od szmalcowniczki oznacza w języku Czarneckiego lojalność wobec swego kraju. Trzymanie zaś na smoleńskich kontrzgromadzeniach napisów krytykujących władzę zalicza się do kategorii ,,bezprawnego wystawiania powierzchni reklamowych”. Sam prezes każdego 10 danego miesiąca, kiedy padają najcięższego kalibru słowa skierowane do opozycji o zdradzie, morderstwie, wrogach ojczyzny, bredził o ,,wyspie tolerancji”, a to wszystko w kraju znanym z zasianej przez PiS ksenofobii, rasizmu i pomyślnie wyhodowanego neofaszyzmu.

Dobra zmiana od 5 lat oznacza fatalną zmianę i demolowanie Polski. Prawda wykazana przez komisję profesjonalnych ekspertów od lotnictwa nt. wypadku komunikacyjnego pod Smoleńskiem staje się odtąd ,,kłamstwem smoleńskim”, podczas gdy macierewiczowskie kłamstwo smoleńskie staje się obowiązującym dogmatem. Łamanie prawa i praworządności, jej gwałcenie określa się jako ochronę i zwiększanie poziomu praworządności, a infantylnie deklarowane przez prezydenta stania na straży konstytucji jest faktycznie jej łamaniem. Przywracanie godności Polakom oznacza jej odebranie tej połowie Polaków, którzy nie opowiadają się za PiS. Cały zakłamany proces demokratyzacji państwa należy odczytywać nie inaczej jak niepohamowane parcie ku autorytaryzmowi. Obrona przez opozycję konstytucyjnych wartości staje się zdradą, Targowicą, choć to PiS kalkuje działania i zachowania Targowiczan. W rozumieniu byłej posłanki K. Pawłowskiej zdradą Polski byłoby także przyjęcie syryjskich dzieci wojny. Spontaniczne demonstracje pod Sejmem obywateli protestujących przeciw gwałceniu konstytucji nabrało w rządowej propagandzie cech puczu (a więc wojskowego przewrotu). Totalna rozwałka szkolnictwa przez totalnie niekompetentną minister Zalewską staje się nagle w języku propagandy perfekcyjnie przeprowadzoną reformą procesu nauczania. Niszczenie puszczy, jej wycinka, masowe egzekucje zwierząt opisywane są jako ochrona przyrody przez ministra – barbarzyńcę. Nagle okazuje się, że ochrona dbałość o naturę polega wg policji na usuwaniu protestujących obywateli w środku miasta. Oczernianie Polski poprzez wywieszanie za 100 mln zł. czarnych bilbordów w polskich miastach z informacją o sędziach kradnących batoniki i kiełbasę, jest w założeniu Polskiej Fundacji Narodowej promowaniem Polski za granicą (!). Sprowokowana przez pisowskie dyletanctwo legislacyjne fala zainteresowania świata polskimi przewinami wobec Żydów, zepsuta opinia o Polakach, oznaczać ma wg pisowskiej narracji powtarzany do nudności termin o obronie honoru Polaków i godności Polski. Demolowanie jej pozycji i wizerunku na arenie międzynarodowej, jej samoizolacja są opisywane przez propagandę jako wstawanie z kolan i przywracanie podmiotowości, a rzekoma wrogość pisowców wobec komuny to w rzeczywistości ogromne ich resentymenty wobec byłego ustroju i zakorzeniona mentalność rodem z tamtych czasów.
Ideologizacja wojska, jego religijna indoktrynacja, faktyczne rozbrajanie, pokazywane są jako historyczny proces umacniania obronności kraju.

Dotychczas w języku mówiących o historii polityków, odnoszone zwycięstwa żołnierzy polskich określone były adekwatnie do wagi tych zwycięstw i czynów. Dziś min. M. Błaszczak zapewnia, że w historii Wojska Polskiego na trwale zapisze się… katastrofa wojskowej CASY w 2008 r. To całkiem tak jak z tragedią smoleńską, której ofiary równane były przez Macierwicza z żołnierzami spod Monte Cassino i Tobruku. A jeśli już mowa o żołnierzach, to ci nazywani dziś wyklętymi są de facto konsekrowanymi, a wyklętymi stali się ci spod Lenino, o których pisowcy chcieliby na trwałe zapomnieć jako żołnierzach ,,polskojęzycznych”. Polscy agenci ratujący amerykańskich kolegów w Iraku, za co Polsce umorzono 16 mld dol. długu, stali się w języku pisowskiej propagandy i na mocy pisowskej, absurdalnej ustawy dezubekizacyjnej ,,oprawcami” i ,,bandytami”.

Dosłownie wszystko można w warstwie słownej odwrócić do góry nogami, o czym świadczy, że epicentrum największego kryzysu dyplomatycznego wywołanego przez PiS, premier Morawiecki oświadczył, że z USA nigdy dotąd nie mieliśmy tak dobrych stosunków, a min. Szczerski, że żaden rząd nie zrobił dotąd tyle dobrego dla stosunków z Izraelem. Nie ma co nawet stawiać pytania czy my w ogóle żyjemy w normalnym kraju. Kto by przypuszczał, że w XXI w. będziemy funkcjonować w orwellowskiej rzeczywistości, a wspólny dla nas język polski wykreuje dzielące, absurdalne pojęcia dwóch żyjących obok siebie narodów – Polaków i Niepolaków.

Droga socjalistycznego realisty

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało.

Dwa lata po ukazaniu się rewelacyjnego zapisu rozmów Roberta Walenciaka z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa” ISKRY 2017) to wielce zasłużone wydawnictwo obdarowało nas autobiograficznym wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez tego samego rozmówcę z Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa. Postsciptum”, ISKRY 2019). Po tym jak w 2013 roku ISKRY wydały autobiografię Karola Modzelewskiego („Zajeździmy kobyłę historii”, ISKRY 2013) otrzymaliśmy więc trzecią część tryptyku znakomicie przedstawiającego powikłane losy dwóch nurtów lewicy w powojennej Polsce. W czasach, gdy oficjalna propaganda i wysługujący się jej historycy spod znaku IPN prześcigają się w prymitywnym potępianiu całego dorobku Polski Ludowej, takie inicjatywy wydawnicze są szczególnie cenne.

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało. Jego książka ukazała się niemal dokładnie na 95. urodziny autora – ostatniego żyjącego członka historycznego Komitetu Centralnego PZPR z października 1956 roku. Socjologowie od dawna podkreślają znaczenie tak zwanej „historii oralnej” odczytywanej nie tyle z dokumentów, co z relacji uczestników i świadków wydarzeń. Wiedza tego typu nie może zastąpić kwerendy archiwalnej, ale jest jej bardzo ważnym uzupełnieniem.

Bezcenne relacje

Jest tak z dwóch powodów – obu bardzo wyraźnie zarysowanych w książce Werblana. Po pierwsze: relacje uczestników dostarczają wiedzy o faktach, których śladu nie znajdziemy w archiwach. Werblan opowiada Walenciakowi o ważnych rozmowach, które nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w dokumentach. W żadnym dokumencie nie ma na przykład śladu tego, że to reprymenda otrzymana bezpośrednio od Breżniewa w 1976 roku spowodowała, iż Edward Gierek porzucił myśl o ponownej podwyżce cen, zarzuconej w wyniku protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Takich informacji jest w tej książce mnóstwo.

Drugim powodem, dla którego relacje osobiste są tak cenne, jest to, że pozwalają one uchwycić sposób myślenia autorów wydarzeń. Pod tym względem książka Werblana jest wprost bezcenna, gdyż bardzo uczciwie i wnikliwie przedstawia racje, dla których on i wielu ludzi bliskich mu ideowo zaangażowało się po stronie Polski Ludowej i nie zmieniło swego stanowiska mimo, że wichry historii wystawiały ich na ciężkie próby.

Zatrzymam się na tym aspekcie, gdyż wydaje mi się on w książce najważniejszy. Odpowiadając na pytanie Roberta Walenciaka autor tak podsumowuje swoją drogę życiową: „Mam poczucie – mówi – że służyłem dobrej sprawie. Polska Ludowa okazała się jedynym realnie możliwym dostosowaniem polskiego bytu państwowego do skutków największej z wojen. Wygrać jej nie mogła, mogła w niej zginąć lub zaadaptować do wyniku, w sumie korzystnego. …Historia naukowa jest z natury sprawiedliwa, zatem wcześniej czy później również w kwestii oceny PRL wszystko postawi na właściwe miejsce” (s. 380).

Zwycięstwo realistów

Jest to klucz do zrozumienia drogi życiowej nie tylko Andrzeja Werblana, lecz także bardzo wielu ludzi z jego i, jak w moim wypadku, nieco młodszego) pokolenia, których wybór polityczny nie dokonał się w wyniku olśnienia ideologicznego wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji trzeźwego namysłu nad sytuacją, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po II wojnie światowej. Politolodzy i historycy od dawna wskazują na znaczenie, jakie w historii Polski (od czasu Wielkiej Wojny Północnej (1700-1721) odgrywał podział na „realistów” i „idealistów”, by przypomnieć ważną dla tej problematyki książkę Adama Bromke (1928-2008) wydaną jeszcze w emigracyjnym okresie jego twórczości (w 1967 roku). Pierwsi kierowali się trzeźwą kalkulacją sił i możliwości, drudzy wiarą, że „chcieć to móc”. Historia Polski tego okresu to historia powtarzających się klęsk, u podstaw których leżała przegrana realistów starciu z idealistami, których hasła lepiej trafiały do emocji Polaków, ale w konsekwencji prowadziły do kolejnych katastrof: od konfederacji barskiej i spowodowanego przez nią pierwszego rozbioru aż po powstanie warszawskie.
Werblan opowiada – barwnie i z wielką znajomością zagadnienia – losy pierwszego pokolenia polskich realistów, któremu udało się tak pokierować losami Polski, że z bardzo trudnej sytuacji powojennej doszła ona do pełnej suwerenności w dobrych i bezpiecznych granicach. Tego sukcesu nie byłoby bez pokolenia, którego bardzo ciekawym przedstawicielem jest autor tej autobiografii.

Polska, socjalizm, kompromisy

Urodzony w inteligenckiej rodzinie na przedwojennych „kresach wschodnich”, w Tarnopolu, w czasie wojny zesłaniec syberyjski, potem żołnierz wojska, które szło do Polski u boku Armii Czerwonej, po wojnie działacz socjalistyczny, a następnie – aż do 1982 roku – działacz PZPR, kierownik wydziału, potem sekretarz KC. a krótko (w 1980 roku) nawet członek Biura Politycznego jest Werblan przykładem człowieka, którego do zaangażowania socjalistycznego skłoniła przed wszystkim trzeźwa ocena sytuacji, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po wojnie. Mówiąc o swojej drodze powołuje się parokrotnie na Juliana Hochfelda (1911-1966) i na jego książkę „My socjaliści”(1946) noszącą znamienny podtytuł „ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Był to mój mistrz uniwersytecki i człowiek, któremu najwięcej zawdzięczam, gdy idzie o uformowanie się moich poglądów politycznych, więc te fragmenty książki czytałem ze szczególnym wzruszeniem. Tu bowiem widzę związek miedzy własną drogą polityczną a wzorami stworzonymi przez socjalistów z pierwszych lat Polski Ludowej.

Socjaliści – tacy jak Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Julian Hochfeld, Jan Strzelecki – nie idealizowali powojennej sytuacji, ale dążyli do tego, by w takich warunkach, jakie istniały, realizować polską rację stanu, a zarazem wcielać w życie socjalistyczne ideały – na tyle, ile to było możliwe. Wymagało to kompromisów, często bardzo bolesnych. Relacja Werblana jest bezcenna dla zrozumienia tej postawy. Pozwala także zrozumieć, dlaczego ci „socjalistyczni realiści” okazali się znacznie bardziej odporni na kryzysy sumienia niż dawniejsi komuniści, dla których nierzadko odrzucenie stalinizmu powodowało utratę politycznej wiary.

Barwna narracja, trzeźwa ocena

Werblan do generacji przedwojennych komunistów ma stosunek raczej chłodny, gdyż dostrzega ich fanatyzm i serwilizm w stosunku do stalinowskiego ZSRR. Jest tu jednak bardzo ważny wyjątek – Władysław Gomułka. Werblan był bliskim współpracownikiem Gomułki, jego konsekwentnym zwolennikiem. a potem biografem. Boleśnie świadom dokonującej się autodestrukcji tego wybitnego przywódcy i krytycznie oceniający jego politykę w latach 1967-70 pozostał jednak obrońcą najważniejszych elementów linii politycznej Gomułki: zwiększania polskiej autonomii w ramach bloku socjalistycznego i stosunkowo liberalnej polityki wewnętrznej. Drugim przywódcą, którego autor wysoko ocenia, jest Wojciech Jaruzelski. Werblan broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, choć krytycznie ocenia późniejszą politykę PRL jako marnującą szansę stworzoną przez decyzję z 13 grudnia.

Książkę czyta się świetnie, gdyż barwna narracja połączona jest ze zdumiewającym wręcz bogactwem faktów. Werblan, o ile wiem, nie prowadzi dziennika, ale z przyzwyczajenia zawodowego historyka starannie gromadzi dokumenty, a przede wszystkim dysponuje imponującą pamięcią. Zaś Robert Walenciak potrafi mądrze pokierować rozmową tak, by z tego bogactwa wiedzy historycznej wydobyć jak najwięcej. Tak więc powstała książka, której nikt poważnie interesujący się dziejami Polski Ludowej nie będzie mógł pominąć.

PS. Ta bardzo starannie opracowana książka nie uchroniła się jednak przed drobnymi błędami. W indeksie nazwisk Mieczysław Moczar figuruje jako Kazimierz, a Helena Wolińska staje się „Wolicką”.

 

Inaczej oświetlony

Władysław Gomułka

„Najnudniejszy człowiek świata. Taki zawsze wydawał mi się Władysław Gomułka” – z tym zdaniem otwierającym opowieść Piotra Lipińskiego nie zgadzam się w całej rozciągłości.
Mnie Gomułka, którego, jako człowiek równo o dekadę starszy od autora, pamiętam (pamięcią niedorostka, ale ta jest bardzo chłonna) w przeciwieństwie do niego bezpośrednio, z pierwszych stron gazet, z telewizyjnych i radiowych przekazów oraz z przemówień, wydawał się figurą niezwykle fascynującą, trochę jak gnom, ponury krasnolud czy złośliwy troll z makabrycznej bajki. Jego kostyczny sposób bycia, specyficzna, plebejska, pobrzmiewająca wschodnim akcentem intonacja (połączona skądinąd z bardzo dobrą dykcją), towarzyszące mu jakby stałe rozdrażnienie, apodyktyczność jego przygarbienie, łysina, siwizna i siermiężny garnitur czyniły go dla mnie groźnym, fascynującym, strasznym dziaduniem ze złego snu.
Był rówieśnikiem moich dziadków i wyobrażałem sobie, że takiego dziadka bym się bał. Gdy w ciepły i słoneczny (pamiętam jak dziś!) dzień 1 września 1964 roku przeżywałem (ciężko!) mój pierwszy w życiu początek roku szkolnego, mijała 25 rocznica wybuchu II wojny światowej i Gomułka wtedy okazjonalnie przemawiał, więc ten dzień kojarzą i z jego postacią. I to było fascynujące! Ale Gomułka jako kwintesencja nudy? Nigdy w życiu! To była postać jak z powieści Stephena Kinga czy opowiadań Edgara Allana Poe.
Piotra Lipińskiego rzecz o Władysławie Gomułce nie jest ani naukową ani publicystyczną biografią przywódcy PRL w latach 1956-1970. Takie zresztą już powstały m.in. autorstwa Jana Ptasińskiego czy Andrzeja Werblana). Nie jest też powieścią ani klasyczną opowieścią o nim, czego z kolei jeszcze nikt nie próbował. Jest udaną próbą zmieszczenia się ze swoją narracją między tymi biegunami. Z jednej strony, dzięki pokazaniu Gomułki nie przez pryzmat twardego, zdyscyplinowanego, oschłego przekazu naukowego czy publicystycznego, wyłącznie jako działacza, polityka i doktrynera, lecz przez zmiękczenie, jakie daje osobista, autorska opowieść, ta trudna i w zasadzie raczej zewnętrznie mało ciepła i sympatyczna postać nabrała jakby nowych barw, bardziej osobistych i może fragmentami nawet cieplejszych.
Z drugiej strony, są w opowieści Lipińskiego inkrustacje prozatorskie w postaci okruchów typowego powieściowego dialogu, motywy wyobrażone, jakby dopowiedziane i do pewnego stopnia sfikcjonowane. Uprzedzam: w opowieści Lipińskiego nie ma żadnych nowo ustalonych faktów, niczego, czego historycy czy miłośnicy tematu nie znali lub nie mogli wcześniej poznać z literatury przedmiotu. Lipiński Gomułki na nowo nie odkrywa, w porządku faktów rekapituluje to, co można znaleźć w innych, powszechnie dostępnych publikacjach, ale opowiada o nim w sposób nowy, rzucając na niego inaczej ustawione światło. Polecam z przekonaniem tę lekturę.

Piotr Lipiński – „Gomułka. Władzy nie oddamy”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, str. 395, ISBN 978-83-8049-898-3

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.