Obalmy mity

Pragnę przedstawić Państwu pięć mitów, które zdominowały w ostatnim czasie polską politykę. A z mitami jest tak, że nie zawsze są one prawdziwe.

Mit pierwszy,

Koalicja Europejska musi mieć jeden skonsolidowany program we wszystkich sprawach. Tak nie będzie. Należy powiedzieć, że tworzymy Koalicję Europejską, ale jesteśmy różni i mamy różne programy. Czarzasty nie będzie Schetyną, nie myślimy tak samo w sprawie aborcji, w sprawie państwa świeckiego, czy też związków partnerskich. Ktoś szanuje bardziej profesora Leszka Balcerowicza, ktoś wierzy bardziej w profesora Grzegorza Kołodkę. Każdy po wyborach pójdzie do swojej frakcji w Parlamencie Europejskim. Jesteśmy różni i nie przyjmujemy krytyki, że jest to złe, ale łączy nas kilka zasadniczych spraw. Wszyscy wierzymy w projekt pt. Unia Europejska, uważamy, że jest to drugi Plan Marshalla, a który w obecnym czasie dotyczy i Polski. Pierwszy Plan, ze względu na historię naszego kraju, Polski nie objął. Pragniemy być strażnikami tego projektu. Uważamy, że członkostwo Polski w Unii Europejskiej jest wielką dla nas sprawą. Obserwujemy to co się dzieje z brexitem, jakie zamieszanie panuje obecnie w Europie. Łączy nas również to jak wielki mamy szacunek dla Unii Europejskiej i chcemy, aby i Polska była darzona szacunkiem w Unii. Szacunek to nie jest przegrywanie głosowań 27 do 1.
Mówią nam, że projekt Koalicji Europejskiej jest rzadki i niesłychany, że nie można się różnić i połączyć w ważnej sprawie. To jest nieprawda. Zwołaliśmy swego czasu Okrągły Stół, przy którym siedzieli przedstawiciele Episkopatu, strona opozycyjna – Solidarność, w tym i Lech Kaczyński; siedzieli przedstawiciele PZPR, którzy sprawowali władzę. A Okrągły Stół doprowadził do tego, że Polska przeszła przez pokojową transformację. Razem wprowadzaliśmy Polskę do Unii Europejskiej, bez względu na to czy ktoś był z Unii Wolności, Polskiego Stronnictwa Ludowego, czy tez Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wierzyliśmy, że to wielki projekt, ale byliśmy różni. Kiedy w RFN powstaje tzw. Wielka Koalicja CDU-CSU i SPD, to mówimy: jacy nasi sąsiedzi są mądrzy. A przecież te partie są różne i nie mają takich samych programów. Są takie momenty w życiu każdego kraju, w życie każdego narodu, że dostrzega się sprawy ważniejsze od różnic między partiami. Powinniśmy być dumni z tego, że ponad podziałami jesteśmy w stanie stworzyć jedność. Należy o tym mówić i nie poddawać się krytyce, że różnice programowe są złe, damy radę i w tej sprawie. Z drugiej strony należy przypomnieć, iż PiS tworzy Zjednoczoną Prawicę, w tej koalicji są trzy partie. Czy ktoś zna nazwy dwu pozostałych partii poza PiS-em? A może jest tak, że szefem wszystkich tych partii jest Jarosław Kaczyński? Ten sam Jarosław Kaczyński, który jest jednocześnie premierem, prezydentem oraz I sekretarzem wszystkich partii tworzących Zjednoczoną Prawicę. Jednocześnie PiS mówi, że są to trzy różne struktury, ale przecież są jedną partią. Marzą o różnorodności, ale jej nie mają. Marzą o wielu przywódcach, ale mają jednego. I zarzucają nam to, że dogadaliśmy się ponad podziałami. Zarzucają nam to, co jest naszym, PO, PSL-u, Nowoczesnej oraz Partii Zielonych plusem.

Mit drugi,

Koalicji Europejskiej zarzuca się, iż partie się jednoczą, aby odsunąć PiS od władzy. Co to jest za zarzut? Łączymy się po to, aby odsunąć PiS od władzy. Powtórzę to raz jeszcze: łączymy się po to, aby odsunąć PiS od władzy. Dlaczego? Ponieważ chcemy Polski tolerancyjnej, praworządnej, szanującej konstytucję, socjalnej, ale i demokratycznej; mówiącej prawdę o historii i nieskłóconej. Polski bez Misiewiczów, bez rządzenia bankami przez prezesów partii za pomocą telefonu. To jest nasza wojna, o Polskę naszych marzeń. Bądźmy dumni, że pragniemy odsunąć PiS od władzy i nie wstydźmy się tego. Jako partie demokratyczne szukamy różnych drug, aby ratować Polskę przed utratą samorządności, praworządności, żeby w Polsce nie była łamana konstytucja. Mój przyjaciel Władysław Kosiniak-Kamysz zgłosił projekt wpisania do konstytucji, iż Polska jest członkiem Unii Europejskiej oraz NATO. Już dziś prawo mówi, iż nie można łamać konstytucji, ale jest tylko jedna metoda zagwarantowania obecności Polski w UE oraz NATO zawsze kiedy będzie tego chciała – to odsunięcie PiS-u od władzy. To nie konstytucję trzeba dopasowywać do sytuacji politycznej, to rządy prawa powinny działać na bazie ustawy zasadniczej. Aby to osiągnąć, nie możemy się co trzy miesiące zastanawiać co nowego wpiszemy do konstytucji, aby PiS nie łamał prawa w Polsce, ponieważ oni i tak ją złamią. Droga jest jedna, trzeba PiS od władzy odsunąć!

Mit trzeci,

nie ma w Polsce populizmu. Populizm w Polsce ma dwa oblicza: ideologiczne oraz progresywne. Od trzech lat uprawia go PiS. PiS szuka wroga, którym jest – według niego i używając jego słów – Żyd, muzułmanin, pedał, uchodźca, edukacja seksualna i onanizujące się trzyletnie dzieci, Niemiec, mord smoleński, dzielenie Polek i Polaków na sorty. To jest wszystko to czym nas codziennie straszą i mówią: tylko pod naszymi rządami możecie być bezpieczni. I to jest właśnie populizm ideologiczny. Jest również populizm progresywny, który polega na obiecywaniu Polkom i Polakom wszystkiego bez pokrycia. To jest prezentacja programu, który kosztuje 1 bilion złotych i mówienie, że to kosztuje 35 mld zł. Zresztą nie usłyszeliśmy nawet skąd wziąć te 35 mld? Populizm progresywny i prawicowy mają jedną cechę wspólną: obiecać wszystko wszystkim. Bez pokrycia. Zaatakować i podzielić kraj, na sorty. Byle by zdobywać punkty procentowe i władzę. W tym wszystkim wydarzyła się sprawa szczególnie skandaliczna, uznano, że ludzie starsi do niczego się nie nadają i nie mogą nigdzie kandydować, są gorsi od młodych. Zawsze mówię, że i młodzi, i starsi są ważni dla naszego kraju. W plemionach ameryki północnej była rada starszych, która wiedziała kiedy bizony przyjdą, a kiedy bizony przyszły to młodsi na nie polowali.
My jesteśmy dumni z tego, że ludzie z doświadczeniem oraz dystansem, ludzie mądrzy będą nas reprezentowali w Unii Europejskiej. Jesteśmy przekonani, że to dobra – z naszej lewicowej strony – propozycja dla Polek i Polaków. Trzy lata temu przedstawiłem projekt, w którym trzech byłych premierów, którzy pełnili tę funkcję z rekomendacji SLD, startowało do Parlamentu Europejskiego. I stało się to, znowu jesteśmy razem. Witam Włodzimierza Cimoszewicza i Marka Belkę! Pozdrawiam również Leszka Millera! To są ludzie, którzy wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej. Młodzi biegają szybko, ale starsi wiedzą dokąd. I jedni i drudzy są potrzebni.

Mit czwarty,

PiS twierdzi, że jeżeli opozycja przejmie władzę to wszystkie sprawy socjalne, które wprowadziła ta partia, zostaną zlikwidowane. Nic bardziej wierutnego, to kłamstwo. Powołam się na autora słów, które są w tej chwili powtarzane przez wszystkie partie opozycyjne: damy Wam to co PiS Wam dał i oddamy to co PiS Wam zabrał. Autor jest przed Wami. Wszyscy powtarzają: to rozsądne słowa. Rozsądne, pod warunkiem, że kasa jest pełna. Gwarantujemy to, że 500 plus zostanie utrzymane i gwarantuje to partia socjalna – Sojusz Lewicy Demokratycznej. Gwarantujemy to, że wiek emerytalny zostanie utrzymany. Jest jedna zasada, która nas różni od wszystkich partii: od PiS-u lub progresywnego populizmu. Zrobimy nowe projekty socjalne to tylko wtedy, kiedy nasze państwo będzie na to stać. Nie będzie żadnego rozdawnictwa. Jesteśmy poważną partią, odpowiedzialną oraz obywatelską. Jeżeli budżet państwa na to stać, to obywatelki i obywatele powinni z tego budżetu korzystać. Wolelibyśmy projekty, które systemowo pomagałaby Polkom i Polakom. Systemowo, a nie jednorazowo. Cieszymy się z tego, że emeryci dostaną dodatkową emeryturę, ale wolelibyśmy, aby nie dostawali jej raz w roku na trzy tygodnie przed wyborami. Zgłosiliśmy dwa projekty, które są odpowiedzią na pytanie, co byśmy zrobili gdybyśmy mieli co roku do wydania 40 miliardów złotych. Pierwszy dotyczył wybudowania 800 000 mieszkań, a projekt zakładał prosty pomysł, aby 50 000 złotych dać 800 000 osobom, aby mogły pokryć wkład własny na kredyt mieszkaniowy. Wierzymy, że byłoby to koło zamachowe dla polskiej gospodarki i wierzymy, że w przeciągu 10 lat problem mieszkań zostałby rozwiązany. Właśnie w sposób systemowy. 40 miliardów złotych sfinansowałoby nasz projekt, który mówi, iż najniższa renta i najniższa emerytura powinna być równa najniższemu wynagrodzeniu. Problem najniżej uposażonych emerytów zostałby rozwiązany na wiele lat, a nie raz przed wyborami.

Mit piąty,

Koalicja Europejska nie wypracuje wspólnego programu do Parlamentu Europejskiego. Bądźcie oto spokojni. Każda partia będzie wnosiła sprawy dla siebie najważniejsze. Dla SLD, dla socjaldemokracji będzie to kwestia ujednolicenia standardów socjalnych w Unii Europejskiej: płaca minimalna, usług medycznych, usług użyteczności publicznej, czy też świadczeń na rzecz niepełnosprawnych. Chcielibyśmy, aby w Polsce zostało wprowadzone euro, ale pod warunkiem, że będzie się to wiązało ze wzrostem płac Polek i Polaków.
Chciałbym podkreślić, że nasze kandydatki i kandydaci do Parlamentu Europejskiego zostaną wybrani, to wejdą do frakcji Socjalistów i Demokratów, tam jest ich miejsce.
Opowiedziałem Państwu o pięciu mitach, które bezmyślnie są powtarzane w mediach przez polityków, a przez nas, jako części Koalicji Europejskiej, w wielu miejscach bezkrytycznie przyjmowane. Nie wstydźmy się tego, że jesteśmy różni, że walczymy z PiS-em. Pragnę, aby SLD wraz ze swoimi partnerami w KE był gwarancją rozsądku, dystansu i doświadczenia, abyśmy trzymali się z dala od populizmu.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Z kim (czym) do Europy?

Czasy Unii Europejskiej, do jakiej zdążyliśmy się po roku 2002 przyzwyczaić, odchodzą w przeszłość. Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie to już zupełnie inna Unia, i to bez względu na to, jaki będzie rodzaj Brexitu, i czy w ogóle nastąpi.
Aktualnie największymi ugrupowaniami w Europarlamencie są konserwatywni liberałowie (Europejska Partia Ludowa) i socjal(liberalni) demokraci (S&D). Te dwa ugrupowania dzielą i rządzą w parlamencie europejskim, mając odpowiednio 217 i 187 mandatów, czyli znacznie powyżej połowy wszystkich (751).
Nowy parament będzie zupełnie inny. Z ostatnich sondaży paneuropejskich można wywnioskować, że największe (do dziś) ugrupowania stracą, w sumie 100 lub więcej mandatów.
Sondaże wskazują, że nowy europarlament może być bardziej rozdrobniony niż dotąd. Prawdopodobne jest też powstanie nowych grup parlamentarnych z przekształcenia istniejących lub zupełnie nowych. Znacznie więcej będzie ugrupowań nierozumiejących korzyści z istnienia Unii lub wręcz jej istnieniu wrogich.
Możliwe będzie powstanie nowych koalicji i wielce prawdopodobne jest powstanie koalicji, która będzie rządziła Unią bez udziału grupy lewicowej.
W takim momencie pojawia deus ex machina wymyślona przez PO Koalicja Europejska. Polscy posłowie z grupy EPL czyli reprezentujący PO, jak zresztą większość posłów reprezentujących Polskę, nie należą do czołówki zapracowanych. Z drugiej strony, w czołówce „zarobionych” plasują się za to panowie Krasnodębski i Czarnecki. Można o nich, co prawda długo rozprawiać ale też nic dobrego nie powiedzieć. Na pewno zaś nie to, że potrafią zadbać o interesy Polski czy polskich obywateli.
(…)
Nie dziwi mnie, że szefowi PO zależy na osłabianiu wszystkich ugrupowań, które miały by szansę uzyskać mandaty do europarlamentu. Im mniej ich wystartuje i przekroczy próg, tym więcej mandatów zostanie dla PO. Mandaty dla PiS nie wydają się zagrożone, bo prawdopodobnie żadne ugrupowanie bliżej prawej ściany niż PiS, mandatów nie uzyska. Nie potrafię tego udowodnić, ale wydaje mi się, poparcie dla Kukiz 15 jest przeszacowane, i w konsekwencji to ugrupowanie nie uzyska mandatów.
Głosy uzyskane przez PSL nie są do uzyskania przez PO, stąd presja na ludowców, by przyłączyli się do koalicji. Nie jest to łatwa decyzja, bo PSL balansuje na progu wyborczym a startując w koalicji ryzykują utratę części wyborców, którzy nie muszą do niego wrócić w jesiennych wyborach.

Tekst ukazał się na blogu Adama Jaśkowa Aristokr’s Blog – Brzytwą Ockhama”.

Wiosna na cały wyborczy rok

Politycznym hitem ostatnich tygodni stała się konwencja założycielska partii Roberta Biedronia, która oficjalnie przyjęła optymistyczną nazwę „Wiosna”. Przyznam, że – jak na partię – nazwa to nietypowa.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że partie w większości już samą nazwą wbijają nam do głów swe ideowe przesłanie, aczkolwiek niektóre z nich popisały się w ostatnich latach wyjątkową przewrotnością: bez wątpienia cecha ta dotyczy przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”, bowiem w praktyce nazwa ta stała się praktyczną wersją sformułowanej niegdyś, też przez J. Kaczyńskiego, zasady „tkm” (przed podaniem pełnej wersji spłoszyło mnie słowo na „k”).
Słucham, czytam i „konstatuję”, że R. Biedroń efektowną inauguracją zdrowo zamieszał politykom i dziennikarzom w głowach. Przywódcy partyjni nie wróżą Wiośnie rozwoju, chociaż na Torwarze zobaczyli mnóstwo młodych twarzy, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn! To rzadki obrazek na tle polskiej rzeczywistości politycznej i od razu wyznam, że mniej mnie dziwi nawet ten nadmierny optymizm (niektórzy nazywają to populizmem) Biedronia, demonstrowany na progu własnego politycznego domu, niż obecność np. Barbary Nowackiej w pierwszym rzędzie prawicowej Platformy. Zwłaszcza w kontekście podejmowanej przez nią mało zręcznej krytyki programu partii Wiosna.
Nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń wykonał kawał dobrej, społecznie potrzebnej roboty, wzywając do polityki pokolenie, którego obecności na polskiej scenie politycznej bardzo brakowało. Wprawdzie kilka lat temu powstała partia Razem, ale – przy użyciu ostrych kryteriów ideologicznych już na starcie zamknęła się przed otwartym naborem chętnych, co – jak wiadomo – ani jej, ani innym strukturom na lewicy sukcesu nie przyniosło. Zapamiętale krytykowała też SLD, odmawiając tej partii współpracy w jakiejkolwiek formie. Dzięki temu – jak to ktoś niedawno powiedział – Razem znalazła się dziś w próżni politycznej.
Warto przypomnieć, że na lewicy wcześniej były próby „pragmatycznej” zamiany liderów starych na młodych. W 2011 r ówczesny szef SLD – Grzegorz Napieralski – w wyborach do Sejmu powierzył jedynki w większości kandydatom młodym, aczkolwiek nawet na lewicy szerzej nie znanym. Próba zmiany pokoleniowej wewnątrz partii nie dała sukcesu, wynik wyborczy SLD był najsłabszy w ówczesnej historii partii. Podobną decyzję i z podobnym skutkiem podjął M. Borowski, który wyprowadził z SLD w 2004 poważnych ludzi, po czym nieoczekiwanie na czołowych funkcjach w partii wymienił ich na nieopierzonych, politycznych małolatów. Ci pierwsi poczuli się zbędni i z czasem zaczęli wracać do SLD, ci drudzy nie mieli siły przyciągania, bo – jak się okazało – niewiele jeszcze umieli. Myślę, że warto pamiętać o tych nieudanych próbach odmładzania partii na siłę.
Do niedawna zadawałam sobie nieustannie pytanie, w jaką niszę polityczną schowała się dziś generacja 25-45? Przecież nie wszyscy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy i szczęścia pod innym niebem, nie wszyscy też trafili do wyizolowanej partii Razem. Wszystko wiedzący dziennikarze (wspierani przez niektórych socjologów) wieszczyli, że młode pokolenie w większości jest indyferentne politycznie, a jeśli już – to raczej skłania się ku prawicowej wizji rzeczywistości (patrz: narodowcy), niż ku lewicowości.
I oto okazało się, że na polskiej scenie politycznej jest zapotrzebowanie na nową partię polityczną – demokratyczną, proeuropejską i antyklerykalną, której powstanie zdecydowanie osłabia społeczne umocowanie bloku autorytarnego, reprezentowanego przez PiS, zwarte szeregi ONR i kościół hierarchiczny. Na Torwarze Wiosna przedstawiła polityczną ofertę i ekipę, która obiecała ją urzeczywistniać. Mam nadzieję, że nie zabraknie im energii, wytrwałości i rozumu, bo zbudowanie nowej partii jest samo w sobie wyzwaniem niezwykle żmudnym, wymagającym talentu i twórczej inwencji, a polityka jest zajęciem poważnym i odpowiedzialnym.
Wie coś na ten temat pokolenie lewicy, które budowało nową socjaldemokrację po 1989r, wówczas najczęściej 35 +, (Kwaśniewski był jeszcze młodszy, a Oleksy na pewno nie należał wówczas do „średnio-starszego” pokolenia). W każdym razie dominowali wśród nas ludzie urodzeni tuż po II wojnie światowej i tak nam się po 1989 /90 potoczyło, że niespodziewanie dla nas samych przyszło nam zastąpić tych, którzy przy Okrągłym Stole podzielili się władzą ze środowiskiem opozycyjnym.
Czy byliśmy do tego przygotowani..?
Moje pokolenie rosło szczęśliwie bez wojny, czas spędzało na kształceniu w porządnych szkołach i uczelniach, a po 1989r – gdy „przyszła na nas pora” – na miarę uzyskanego poparcia społecznego – odważnie włączyliśmy się w realizację wyzwania, jakim było wypracowanie nowego ładu ustrojowego i gospodarczego Polski oraz jej pozycji na scenie międzynarodowej. To, co nas odróżnia od współczesnych, w tym założycieli partii Wiosna, w większości polegało na znaczącej (przed 1989r) aktywności organizacyjnej i społecznikowskiej, przetrenowanej pod szyldami ZSP, ZMS, ZMW, ZHP, ZNP, LPŻ, Ligi Kobiet Polskich, Kół Gospodyń Wiejskich i wielu innych form organizowania się, według potrzeb i zainteresowań środowiskowych. Organizacje te miały charakter masowy, aprobujące socjalizm (dziś zwany „komunizmem”) i na tym gruncie tworzyły, bądź wspomagały adresowane do młodzieży ścieżki awansu społecznego, zawodowego oraz politycznego (w PZPR, ZSL, SD, Stowarzyszeniu „PAX” i in). Były najczęściej w całości, lub w części finansowane przez państwo, stąd na ogół miały charakter trwały. Przez te organizacje przez lata przewinęło się wiele milionów ludzi, wyposażonych w umiejętności organizatorskie (a niektórzy nawet przywódcze), kontakty i pozycję środowiskową, popartą najczęściej dyplomem wyższej uczelni. Ten kapitał społeczny bardzo nam się przydał po 1989r.
Na zadane powyżej pytanie mogę więc z przekonaniem odpowiedzieć, że tak, byliśmy przygotowani do pełnienia funkcji i zadań politycznych. A. Kwaśniewski czasem z rozrzewnieniem wspomina, że już z pierwszego klubu SLD można było wyłonić co najmniej dwa składy rządu…. ( i dobrze nam szło do momentu, w którym SLD zalała fala politycznych nomadów i łowców stanowisk – zły pieniądz zaczął wypierać lepszy).
Czy entuzjaści politycznego organizowania się – na zasadzie pospolitego ruszenia – w partię Wiosna, której celem jest najpierw sformułowanie programu, a później włączenie się w system wolnej gry sił politycznych, są przygotowani do brania na siebie odpowiedzialności za wspólną Rzeczpospolitą? – tego dziś nie wiem. Doświadczenia Ruchu Palikota, Europy+ i Razem każą zastanowić się, czy przypadkiem nie powstaje kolejna partia sezonowa, która nie udźwignie ciężaru, jaki pozostawią nam rządy prawicy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w potencjale rządzenia państwem liczą się takie czynniki, jak zasoby kompetencyjne, pamięć instytucjonalna, poczucie środowiskowej wspólnotowości, odwołanie się do określonych tradycji, a dzisiaj –uwaga! –rośnie w cenę również uczciwość.
Zastanowiło mnie również określanie przez R. Biedronia nowo tworzonej partii mianem „progresywna” (co dziś może się bardziej kojarzyć z… prawem podatkowym, niż z ideowym charakterem partii). To hasło budzi we mnie semantyczne wątpliwości, chociażby z tego powodu, że w zasobach języka polskiego mamy przecież piękne słowo „postęp”.
Jednakże nie ulega wątpliwości, że Wiosna niesie polityczną świeżość. Odniosłam wrażenie, że ogłoszony program wyrażał poglądy pokolenia, które zebrało różnorakie indywidualne doświadczenia już w polskim kapitalizmie (bezrobocie rodziców, brak pewności jutra, narastanie nierówności społecznych, ureligijnianie od przedszkola „do naturalnej śmierci”, wojna 30-letnia w sprawie aborcji, antykoncepcji, in vitro, niskie płace, umowy śmieciowe itp.). Jak widać, wypowiedziało też zaufanie starym liderom, próbuje samodzielności i jeśli chce walczyć o swoje interesy na drodze demokratycznej – ma do tego prawo – nawet, gdy deklaracje programowe głoszone są na wyrost, a towarzyszące temu wyliczenia budzą wątpliwości. Jest jeszcze czas, aby to solidnie zweryfikować (z merytorycznym udziałem kandydata na premiera).
Zauważyłam również, że w swoim przemówieniu R. Biedroń nie użył ani razu hasła „komunizm”, bądź „postkomuniści”, nie atakował Polski Ludowej, nie mówił ani o teczkach i agentach, ani o zdrajcach i gorszym sorcie. Nie robił min Zeusa Gromowładnego, nie straszył, nie wymyślał, za to deklarował pochwałę obowiązującej Konstytucji.
Mój wcześniejszy optymizm zmąciły nieco ostatnie informacje, dotyczące przebiegu rozmów o współpracy z partią RAZEM. Dużo wokół nich niepotrzebnego swądu. Nieciekawe informacje na ten temat skomentuję wzorem klasyka: nie idźcie tą drogą, wystarczą nam kłótnie, kłamstwa, zapiekłość i nienawiść, które wniosły do życia politycznego partie postsolidarnościowe.
R. Biedroń wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wcale już nie małych środowisk społecznych, które oczekują zmian, odnoszących się do stosunków państwo-kościół. Relacja ta obciążona jest złą praktyką polityczną, trwającą latami i potwierdzaną – niestety – wyrokami Trybunału Konstytucyjnego (TK). Na łamach „Trybuny” pisałam niejednokrotnie o tym, jak ten organ państwowy swymi orzeczeniami torował drogę dla prawnej akceptacji komponentów państwa wyznaniowego. W ani jednym z nich nie stanął na gruncie państwa neutralnego światopoglądowo, nie dostrzegł pluralizmu światopoglądowego społeczeństwa, w tym interesów ludzi niewierzących (interesy tej grupy po 1989 w żadnym z wyroków nie zaistniały, chociaż – jako mniejszość – powinna się cieszyć szczególną troską Trybunału!). Ostatnio na łamach „Polityki” Ewa Siedlecka zauważyła, że jeszcze przed „dobrą zmianą” TK rozstrzygał „wszystkie sprawy kościelne” zgodnie z poglądami wyznania dominującego (łącznie z pełną emocjonalnej przemocy i wspierającą fanatyków „klauzulą sumienia”). W świetle orzeczeń TK z okresu III RP można stwierdzić, że w sprawach stosunków państwo-kościół organ ten – w majestacie Rzeczypospolitej – pomagał prawicy stopniowo eliminować z porządku prawnego formułę państwa neutralnego światopoglądowo ( nad źródłami tej tendencji w najbliższej przyszłości należałoby się głęboko zastanowić, wyciągając wnioski na przyszłość).
Przy okazji przypomnę, że w systemie prawnym RP funkcjonuje Polska Rada Ekumeniczna, instytucja w obecnej praktyce politycznej nie dostrzegana. Myślę, że byłoby szkodą dla idei wolności religijnej i postępu społecznego, aby w przestrzeni publicznej tracić z pola widzenia ludzi i instytucje, które mogłyby wnieść wiele dobrego do dialogu społecznego na gruncie religijnym.
Postulaty „kościelne” Biedronia spotkały się z aplauzem ludzi zgromadzonych na Torwarze. Myślę, że oni czerpią ten nastrój również z własnego doświadczenia z księżmi i kościołem. Zapewne dlatego coraz rzadziej chrzczą dzieci, coraz częściej żyją w związkach partnerskich i potrafiliby świetnie uzasadnić, dlaczego w szkołach publicznych (i w przedszkolach!) nie sprawdzają się lekcje religii. Organizują się przeciwko utajnianiu pedofilii w kościele (ostatnio przeczytałam, że nawet w Ordynariacie Polowym WP wykryto po 2012 trzy przypadki księży pedofilów, jeden z nich siedzi już w więzieniu; poinformował o tym ostatnio sam biskup polowy Józef Guzdek).
Na prawicy postulaty Biedronia po staremu potraktowano jako „atak na kościół” (znamy to, znamy). W ślad za tym np. szef PSL z nabożnym grymasem twarzy zapowiedział zdecydowaną obronę korzeni i wartości chrześcijańskich. Bojownikom przypominam, że nieraz już byliśmy świadkami, jak ostentacyjnym obrońcom tych wartości łatwo było wymykać się spod składanych przysiąg religijnych w życiu osobistym…. więc doradzałabym ostrożność i dobrą pamięć.
R. Biedroń zapowiedział także renegocjację konkordatu, podpisanego przez rząd H. Suchockiej 28 lipca 1993; na prawicy i ten postulat uznano za niemożliwy do spełnienia, ponieważ konkordat ma charakter umowy międzynarodowej o statusie konstytucyjnym, a ponadto na zmianę jego postanowień musiałby się zgodzić również Watykan. Formalnie tak jest, ale – gwoli prawdy przypomnijmy, że faktycznie konkordat z 1993r był umową między polskimi biskupami, a polską prawicą. Dziś wiemy, że w przebiegu negocjacji nie uczestniczył żaden przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, który nie byłby Polakiem, z nuncjuszem apostolskim włącznie (był nim abp Józef Kowalczyk) i –rzecz oczywista – z Janem Pawłem II. Taka to była „umowa międzynarodowa”, dzięki której ograno nową Rzeczpospolitą tym łatwiej, że papież miał od początku problemy z respektowaniem przesłania i ustaleniami Soboru Watykańskiego II.
Poświęcę tej kwestii nieco więcej uwagi czytelnika, ponieważ polskie konkordaty nie mają dobrej historii. Pierwszy był zawarty w 1925 i ratyfikowany przy ostrym sprzeciwie PPS. Dziś do wyjątków należy przypomnienie, że praktyka obowiązywania konkordatu z 1925 w okresie międzywojennym również nie była wolna od konfliktów między państwem a kościołem hierarchicznym. Konflikty te miały miejsce, mimo, że po 1926 obóz piłsudczykowski w sprawach światopoglądowych przesuwał się systematycznie na prawo, motywując to zresztą zbieżnością celów rządu i strony kościelnej w odniesieniu do „obrony religii przed komunizmem”. Spory dotyczyły spraw doczesnych, a przede wszystkim rewindykacji gruntów i budynków zabranych kościołowi przez zaborców, a po 1918 przejętych przez skarb państwa. Jednakże do najbardziej spektakularnych należał konflikt między piłsudczykami a kardynałem Sapiehą o miejsce spoczynku J. Piłsudskiego na Wawelu, kłócono się także w sprawach, dotyczących nauczania religii w szkołach.
Ostre, permanentne zatargi między stronami sprawiły, że w 1938r rząd Felicjana Składkowskiego postanowił dokonać oceny działania konkordatu w praktyce i w tym celu powołano komisję międzyresortową. Komisja zebrała wnioski z różnych resortów, a na finalnym jej posiedzeniu dokonano głęboko krytycznej oceny zachowywania się duchowieństwa wobec władz państwowych. Rząd zarzucał hierarchii utrudnianie mu pracy, podważanie autorytetu władz oraz „partyjniackie” angażowanie się kleru (to chyba trwała przypadłość..?).
Wobec jakości tych wniosków postanowiono wszcząć w Watykanie kroki o uzupełnienie konkordatu dodatkowymi klauzulami, po to „aby hierarchia kościelna formalnie i faktycznie liczyła się z interesami państwa”. Najsurowiej oceniona została działalność Akcji Katolickiej (nazwa spinająca organizacje katolików świeckich, oddzielne dla kobiet, mężczyzn, dzieci i młodzieży, ściśle współpracujących z hierarchią kościelną), która – zdaniem rządu – „pod pozorem apostolstwa świeckiego dąży do zmiany ustroju społecznego przez organizowanie życia społecznego z pominięciem wszelkiego nadzoru ze strony legalnych władz państwowych”. Jak widać – historia lubi się powtarzać.
Komisja międzyresortowa wypracowała m.in. następujące wnioski:
– Kościół katolicki w Polsce coraz bardziej usuwa się spod wszelkiej kontroli administracji państwowej (zgłoszony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych);
– konkordat nie przyniósł państwu korzyści i w przyszłości należy zmierzać do stanu bezkonkordatowego (zgłoszony przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego);
– kwestie sporne należy uzgadniać bezpośrednio z Watykanem, nie dopuszczając do tych negocjacji biskupów krajowych;
Na podstawie tych wniosków polski MSZ sporządził specjalny memoriał, który drogą dyplomatyczną został przedstawiony kurii rzymskiej i – jak mówią źródła – dotarł do Piusa XII, ponieważ w czasie ostatniej audiencji biskupów polskich w Rzymie w grudniu 1938 papież przywoływał i omawiał treść tego dokumentu. A znajdowały się w nim zarzuty poważne. Jednakże nie zrobiono już z nich użytku, ponieważ na przeszkodzie stanęła polityka Niemiec hitlerowskich wobec Polski, popierana przez Watykan (myślę, że w watykańskich archiwach memoriał ten spoczywa do dziś). Współczesnych może poruszyć przypomnienie, że w przededniu wojny papież Pius XII za pośrednictwem nuncjusza Philippe Cortesi doradzał Polsce, aby wyjść Niemcom naprzeciw, oddając im Gdańsk z korytarzem.
Nie pamiętam, aby w toku dyskusji na temat konkordatu z 1993r ktokolwiek z kręgów prawicowych przypomniał opinii publicznej o zastosowanej procedurze przez rząd F. Składkowskiego. Czytając o faktach sprzed kilkudziesięciu laty zadawałam sobie pytanie, dlaczego dziś nie można byłoby pójść tą samą drogą..? Co stoi na przeszkodzie, bo nie oportunizm, czy brak odwagi? Oczywiście, brak większości parlamentarnej, która byłaby zdolna podjąć takie wyzwanie. Analitycy od dawna wskazują argument, że w przypadku obowiązującego konkordatu wciąż aktualna pozostaje kwestia konstytucyjności jego treści oraz trybu jego ratyfikacji. Warto się nad tym pochylić. Poza tym, warto zadać kolejne pytanie: – co dziś oznacza pojęcie „autonomia państwa i kościoła”; kto konsekwentnie narusza ich umowne i prawne granice w rytm postępującej klerykalizacji życia politycznego? Dlatego wyznaję pogląd, że renegocjacja konkordatu leży w interesie Rzeczypospolite, choć będzie bez wątpienia sprawa trudną, ale nie niemożliwą, pod warunkiem, że weźmie się za to młode pokolenie, nieobciążone „moralnymi” zobowiązaniami z przeszłości wobec hierarchii kościelnej.
Piłsudczycy w 1938, a więc w 13 lat po ratyfikacji konkordatu doszli do wniosku, iż umowa ta nie sprawdza się i w jej miejscu wystarczyłaby ustawa. My mamy takie dwie, z 17 maja 1989 – o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Warto je odkurzyć, zwłaszcza, że ta pierwsza mówi, iż obywatele wierzący i niewierzący mają w Polsce równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.
Polecam także jej art. 10, który brzmi:
„Rzeczpospolita jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Państwo i państwowe jednostki organizacyjne nie subwencjonują kościołów i innych związków wyznaniowych. Wyjątki od tej zasady określają ustawy lub przepisy wydane na ich podstawie”.
Ustawy te nie zostały derogowane z systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Nadal obowiązują.

Czas decyzji

Przyszedł czas decyzji. Ale tu nie chodzi o ułożenie list wyborczych i kształt kampanii wyborczej. Tu idzie o przyszłość naszego kraju i naszych dzieci. Czy będziemy żyli w demokratycznym, praworządnym kraju, czy też populistycznej autokracji? Nie miejcie złudzeń. Jeszcze cztery lata rządów PiS-u, a nie poznacie swojego kraju. To będzie państwo zamordyzmu ideologicznego i kulturowego, trzymanych za pysk przedsiębiorców i wszechwładnych służb bezpieczeństwa. Państwo koncesjonowanej lewicy i prawicy, z systemem wyborczym zapewniającym zwycięstwo partii rządzącej, bez samodzielnych samorządów i fasadowym życiem politycznym.

Po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wszystko jest możliwe.

To będzie także państwo bez przyjaciół zewnętrznych. Wrogów będziemy mieli blisko, a sojuszników daleko za oceanem. Wracamy więc do II Rzeczypospolitej z tragicznym finałem września 1939 roku. Po agresji Rosji na Ukrainę nie ma już trwałych i pewnych granic w Europie. Żadnemu państwu nie jest nic dane na zawsze. Kto o tym nie pamięta, ten nic nie rozumie ze współczesnego świata i problemów globalizacji. Co gorsza, opacznie rozumie własna historię i nie pozwala wyciągać z niej wniosków.

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest partią polskiego patriotyzmu i polskiej odpowiedzialności. Rządziliśmy w Polsce przez 8 lat, przez 10 lat mieliśmy swojego prezydenta. Można nam zarzucić wiele rzeczy, ale nigdy, w najmniejszym stopniu, nie można nam zarzucić, że naraziliśmy na jakiekolwiek ryzyko interes narodu i i państwa polskiego. Wręcz przeciwnie, to podpis polskiego prezydenta widnieje pod aktem akcesji do NATO; a podpis polskiego, eseldowskiego premiera – pierwszego przewodniczącego naszej partii – widnieje pod aktem akcesji do Unii Europejskiej. To my daliśmy państwu nowoczesną Konstytucję i plan Grzegorza Kołodki, który przestawił 25 lat temu polską gospodarkę na tory rozwoju gospodarczego, służącego do dziś państwu i ludziom.

Nasze dziedzictwo zobowiązuje. To nie jest tak, że jest kolizja pomiędzy ideą socjaldemokracji a dobrem państwa i narodu polskiego. To wartości współistniejące, wzajemnie się wspierające. Nie rezygnujemy z budowania demokratycznego społeczeństwa równości i sprawiedliwości społecznej, państwa respektującego wszystkie prawa człowieka i obywatela, cywilizacji opartej na twórczym wykorzystanie różnic , jakie dzielą nas jako ludzi, jako jednostki. Obojętnie: kobieta czy mężczyzna, wierzący i niewierzący, Polak czy Białorusin, Ślązak i Kaszub, hetero czy homoseksualista – wzbogacając nasze życie społeczne służy tej samej ojczyźnie. Nikomu nie chcemy zaglądać do mózgów i do sypialni, do książek, które czyta i filmów, które ogląda i wiar, które wyznaje. Każdego chcemy i będziemy oceniać wedle tego co robi w domenie publicznej, co robi dla wspólnego, narodowego i państwowego interesu.

Ale w tym wszystkim musimy trzymać się ziemi, trzymać się realiów. Nie możemy obiecywać wszystkim powszechnej szczęśliwości, rozdawać wirtualnych miliardów, udawać, że najważniejszym segmentem gospodarki jest przemysł drukujący banknoty.

Populizm progresywny jest tak samo groźny jak populizm prawicowy. Polityka uprawiana tylko po to, aby zostać premierem jest polityką bez wartości. Abstrahowanie od realiów hasłem „to nie nasza wojna” jest brakiem odpowiedzialności. Nie można być miłym dla wszystkich – nie wszyscy na to zasługują.

To prosta droga do greckiego wariantu, za który zapłacą najuboższe warstwy społeczeństwa. Wzrost zamożności społeczeństwa prowadzi przede wszystkim przez wzrost wynagrodzeń za pracę, a nie poprzez rozdawnictwo zasiłków. I temu problemowi warto poświęcić więcej niż dotychczas uwagi.

To się może dokonać tylko w warunkach pokoju społecznego, wiemy jak to zrobić , mamy doświadczenie Okrągłego Stołu. My nie będziemy wywoływać wojen domowych i kreować nowych podziałów społecznych. To co chcemy odwojować – od kościoła, od krezusów wzbogaconych na pracy ludzkiej, od propagandzistów oszukujących ludzi i polityków nie dbających o państwo – zrobimy nie odwołując się do przemocy, usłużnych prokuratorów i lizusowatych urzędników państwowych. Bez odwoływania się do populizmu, wytwarzającego iluzję, że wszystko da się łatwo zrobić. Takie postawy nie służą Polsce, ani naszej lewicowej sprawie.

Rok 2019 przyniesie zasadnicze rozstrzygnięcia w sprawie naszej polskiej przyszłości. Przed nami wybory. Pierwsze – do Parlamentu Europejskiego – rozstrzygną ważne kwestie. Jedna z nich – to zatrzymanie populizmu prawicowego: nacjonalizmów i rewindykacji historycznych. Od ich wyniku zależy, czy ograniczymy wpływ na Europę tych wszystkich, którzy chcieliby powrotu do Europy jako kontynentu narodowych egoizmów, waśni i sporów jako żywo przypominających Europe weimarską. To ta Europa zrodziła faszyzm i II wojnę światową, ze skutkami której walczyło cztery pokolenia Europejczyków. Takie powtórki z historii nie chce chyba nikt z nas. Wokół takiej idei musimy zorganizować wszystkie siły polityczne w Polsce. Oprócz narodowców, którzy chcą iść z Putinem przeciw Europie i oprócz partii rządzącej, która chce tego samego i pomocy szuka u Donalda Trumpa.

PSL, PO, Nowoczesna, Zieloni, SLD Lewica Razem – mamy takie samo stanowisko. Jak najwięcej posłanek i posłów musi wziąć odpowiedzialność za Europę. Wspólnie, razem musimy wziąć odpowiedzialność za Europę!

My chcemy iść razem z Europą. Pragniemy dalszej integracji, jesteśmy gotowi rozpocząć proces przyjmowania euro, a wraz z nim europejskich standardów wynagrodzeń i polityki socjalnej. Będziemy walczyć o europejską płacę minimalną; oczekujemy, iż Polska dołączy do unii bankowej, pragniemy budowy europejskiej armii.

Więcej Polski w Europie i więcej Europy w Polsce – to nadal nasze hasło. Jeśli tak – to stawiamy sobie dwa cele: utrzymać, a nawet powiększyć reprezentację SLD w Parlamencie Europejskim i wzmocnić Partię Europejskich Socjalistów, formację której cele zbieżne są z naszymi.

Droga ku temu – moim zdaniem – prowadzi poprzez szeroką koalicję sił proeuropejskich w Polsce. Chcemy iść razem, ale pod własnymi znakami i do macierzystych frakcji ideowych. Skoro wróg jest jeden, to musi walczyć z nim jedna armia. A w niej rozmaite wojska, ale z tą samą myślą przewodnią. Trzeba wygrać i wiemy jak to zrobić. Potrzeba nam woli współpracy i poczucia lojalności, czytelnych zasad i dobrego porozumienia uwzględniającego niezbędna konieczności, ale wykorzystującego każdą szansę. Widzę możliwość takiego porozumienia.

Dlaczego Donald Trump i PiS wygrywają wybory? Ponieważ potrafią zmobilizować różne, czasem przeciwstawne grupy pod jednym sztandarem. My też mamy takie wartości!!! Unia Europejska, Konstytucja, praworządność, nowoczesność, tolerancja i demokracja! Mamy ludzi, którzy to reprezentują: premierów Leszka Millera, Włodzimierza Cimoszewicza, Marka Belkę oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Bogusława Liberadzkiego, Janusza Zemke, Jerzego Wenderlicha, Małgorzatę Sekułę-Szmajdzińską, Marka Balta, Andrzeja Szejnę, Riada Haidara i Katarzynę Piekarską.

Wierzę, że SLD ma tak silną tożsamość i historię, iż nie zniknie w tym bloku. Polska nie rozmyła się w Unii Europejskiej, a Sojusz nie rozmyje się w bloku walczącym o dobrą przyszłość dla naszych dzieci!!!

Jeśli wygramy te walkę, to tę zasadę chcielibyśmy utrzymać także w wyborach krajowych, jesienią 2019 roku. Rozstrzygną o tym członkowie naszej partii w referendum, ale aby miało ono sens wpierw trzeba wygrać w maju.

Z kim do Sejmu

Za rok w Polsce może być tak. PiS wygrywa wybory, ale będzie miało w Sejmie 220 parlamentarzystów. Aż dwustu dwudziestu. I tylko dwustu dwudziestu, bo do zwykłej większości, do powołania rządu zabraknie im przynajmniej jedenastu.
Jeśli w Sejmie znajdzie się reprezentacja Kukiz15, albo wyrosłej z Kukiza reprezentacji narodowców, to pan prezes Kaczyński zmontuje z nimi koalicję. I będzie rządził Polską nadal. I wtedy, bez skrępowania pójdzie drogą Wiktora Orbana. Skutecznie spacyfikuje opozycję i ustanawia rządy PiSowskiej oligarchii.
Może mu się to szybko udać, jeśli na fali jesiennego zwycięstwa reprezentant pana prezesa Kaczyńskiego wygra latem 2020 roku wybory prezydenckie. Wygra, jeśli zdołowana przegraną opozycja zacznie szukać winnych klęski w szeregach swych partnerów politycznych. I we własnych też. Każdy rozkład opozycyjnego bloku będzie sprzyjał szansom Kaczyńskiego kandydata.
Wariant drugi to kolejne rządy PiS i wielka mobilizacja opozycji w czerwcu 2020 roku. Dającą wygraną kandydata zjednoczonej opozycji w wyborach prezydenckich. Wtedy będziemy mieli rządy PiS stale blokowane przez prezydenckie weta. Co doprowadzić może do eskalacji politycznej wojny lub rozpisania nowych wyborów parlamentarnych.
Jeśli pan prezes Kaczyński uzna, że następnym razem PiS wygra tak wysoko, że będzie miał w Sejmie wystarczająca większość do odrzucania prezydenckich wet.
W wariancie trzecim sytuacja będzie podobna. Tylko wtedy zjednoczona opozycja, czyli „PO, Nowoczesna, PSL, SLD +” wygrywają wybory parlamentarne. I po przepychankach z panem prezydentem Andrzejem Dudą montują koalicyjny rząd.
Ale nie są już w stanie wystawić jednego, silnego kandydata w wyborach prezydenckich. I potem o jeden procent przegrywają z kandydatem pragnącej rewanżu narodowo-katolickiej prawicy. Znów zjednoczonej wokół pana prezesa Kaczyńskiego.
Wariant czwarty to wygrana zjednoczonej, antypisowskiej opozycji w wyborach parlamentarnych i przyszły rząd koalicji. I jeszcze wygrana w wyborach prezydenckich kandydata zjednoczonej opozycji. Dzięki nadal jej zgodnej współpracy latem 2020 roku.

Kaprysy Wiosny

Wszystkie wymienione warianty politycznej przyszłości są wielce prawdopodobne dzięki zaistnieniu nowej siły politycznej. Partii Roberta Biedronia zwanej „Wiosną”. Ma ona sondażowe notowania na poziomie 14 procent, co skłania jej lidera do kreowania się na trzecią siłę polityczną.
Dlatego partia Biedronia wystartuje samodzielnie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chce poznać rzeczywisty poziom swego poparcia. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbywają się wedle ordynacji sprzyjającej dużym i średnim ugrupowaniom. Dlatego przy notowaniach na poziomie kilkunastu procent partia Biedronia może zyskać 5-8 mandatów w Parlamencie Europejskim. Co dla partii debiutującej na scenie politycznej jest wyjątkowo cenne.
Inaczej będzie w wyborach do Sejmu i Senatu. Te odbywają się wedle większościowej metody D’Hondta. Ta preferuje ugrupowania, które mają przynajmniej piętnaście procent poparcia.
Partie osiągające wynik poniżej 10 procent mogą liczyć na trzydzieści – czterdzieści mandatów, czyli własny klub poselski w przyszłym Sejmie.
Ale jednocześnie każde ugrupowanie osiągające wynik na poziomie 5-8 procent poparcia wzmacnia też wynik partii zwycięskiej w wyborach. Pod warunkiem, że te mniejsze ugrupowania nie podbierają wyborców zwycięskiemu ugrupowaniu.
Jeśli wierzyć sondażom na partię Roberta Biedronia chcą głosować wyborcy sympatyzujący z PO i Nowoczesną, Partią Razem oraz wyborcy, którzy nie głosowali wcześniej. Bo nie mieli swoich reprezentantów.
Nic dziwnego, że najsilniejsza krytyka spadła na Roberta Biedronia ze strony środowisk liberalnych i radykalnej lewicy.
Wynik wyborczy wiosennego Biedronia jest dzisiaj trudny do oszacowania. Jeśli zdobędzie przynajmniej 15 procent poparcia, to ma szansę być trzecią siłą polityczną.
Jeśli dostanie poniżej 10 procent, to uzyska swój klub parlamentarny w Sejmie. Będzie jednak tylko radykalną opozycją. Co gorsza, wtedy taki wynik może nabić dodatkowe poparcie dla narodowo- katolickiej PiS.
Takie są efekty metody D’Hondta.

Z kim SLD?

Podstawowym politycznym obowiązkiem SLD jest powrócić do Parlamentu Europejskiego i przed wszystkim do Sejmu i Senatu.
I dlatego wszyscy świadomi Wyborcy i kierownictwo SLD powinni kierować się najbliższych wyborach przede wszystkim pragmatyzmem politycznym.
W wyborach do Parlamentu Europejskiego jeszcze niedawno kierownictwo SLD mogło wybierać. Koalicję lewicową, czyli dotychczasowy sojusz SLD-Lewica Razem wzmocniony porozumieniem z Partią Razem i Zielonymi. Praktyka polityczna ostatnich tygodni pokazuje, że część środowisk Partii Razem i Zielonych może zostać wchłoniętych przez partię Roberta Biedronia.
Zatem bardziej efektywna może być trudniejsza programowo koalicja „Proeuropejska”. Czyli porozumienie PO + PSL+ Nowoczesna + SLD +.
Taki blok ma szansę wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego pod jednym warunkiem. Bardzo silnej pracy każdej z tych partii ze swoimi Wyborcami. Uświadomienia im, że nadzwyczajna sytuacja wymaga takich nadzwyczajnych koalicji. Że interes państwa polskiego czasem trzeba postawić ponad interes partii, ponad jej pryncypia ideowe.
Podobny blok wyborczy mógłby wystartować w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu RP. W tych wyborach obowiązuje metoda D’Hondta. Jeśli przyszła koalicja antypisowska sporządzi uczciwe listy wyborcze, czyli takie które zagwarantują przyszłą reprezentację w Sejmie i Senacie mniejszych od PO partii, to taki plan polityczny wart jest realizacji. Nawet kosztem wspólnych list z przeciwnikami ideowymi.
Podstawowym obowiązkiem SLD, dla dobra Polski i lewicy, jest powrót do Sejmu i Senatu. Nawet dzięki kooperacji z PO. Taka współpraca będzie wymagała od SLD posiadania własnego zwartego programu wyborczego i tożsamości ideowej.
I przede wszystkim wystawieniu wyborach kandydatów reprezentujących patriotyzm SLD-owski.
A nie polityków zmieniających barwy partyjne niczym rękawiczki. Pod wpływem kaprysów politycznej aury.

Drapieżna Wiosna

Czy Wiosna zamierzała wchłonąć Razem? O dealu, którego podobno nie było, ale który oficjalnie odrzucił Adrian Zandberg.

Partia Wiosna złożyła partii Razem „korzystną” ofertę wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego – mówią Portalowi Strajk działacze karminowej lewicy. Anonimowo opowiadają: Razem miało otrzymać jedną „jedynkę” na liście wyborczej w zamian za wpłatę miliona złotych na kampanię, przy rezygnacji z własnej symboliki i szyldu. Wśród aktywistów partii taki efekt negocjacji z formacją Roberta Biedronia wzbudził prawdziwy gniew.
Po fatalnych dla Razem wyborach samorządowych, w których partia uzyskała wynik 1 proc. i żadnego mandatu, w partii rozważane były różne warianty dalszego działania. Dopuszczono nawet scenariusz, który wcześniej był odrzucany a priori – dogadanie się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Pewne nadzieje były również pokładane we współpracy z partią Roberta Biedronia, która wtedy była jeszcze projektem w stadium tworzenia.
Rozmowy z Wiosną doprowadziły jednak bardziej niż bolesnego rozczarowania – dowiedział się Portal Strajk. Jak niezależnie od siebie opowiedziały nam dwie osoby zasiadające w partyjnej Radzie Krajowej, pod warunkiem zachowania anonimowości, partia Roberta Biedronia wykluczyła możliwość startu z Razem w formacie koalicji uwzględniającej symbole, nazwy i koncepcje programowe obydwu formacji. Od Razem oczekiwano również wpłaty miliona złotych (po negocjacjach – 900 tys. złotych) na wspólną kampanię pod nazwą typu „Europejska Wiosna Roberta Biedronia”. Co mieli z tego mieć socjaldemokraci? Gwarantowano im jedno miejsce nr 1 i jedną „dwójkę” w jednym z okręgów.
Wiosna stawiała również warunek, by ową „jedynką” nie został Adrian Zandberg, którego osoba nie pasowała liderom partii Biedronia do ogólnej koncepcji. Jak mówią rozmówcy Portalu Strajk, typowano Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
– W Zarządzie Krajowym Razem tylko dwie osoby były gotowe uznać takie porozumienie za sensowne – mówi nam działacz jednego z okręgów partii w południowej Polsce. – W Radzie Krajowej była już minimalna większość, 18 osób, za takim rozwiązaniem. Ale gdy przedstawiono je ogółowi partii, co nastąpiło 12 lutego, wybuchł bunt – dodaje.
Oświadczenia ze sprzeciwem wobec porozumienia wydały partyjne okręgi poznański i krakowski. 12 kolejnych terytorialnych struktur (Gdańsk, Białystok, Częstochowa, Kalisz, Katowice, Olsztyn, Bielsko-Biała, Łódź, Lublin, Kielce, Tarnów, Rzeszów, a ponadto zarząd okręgu województwa lubuskiego) podpisało się pod wspólnym stanowiskiem, w którym również dają jasno do zrozumienia, że nie takiej partii sobie życzą.
– Zamiast szukania coraz bardziej desperackich opcji koalicyjnych, wzywamy do przeprowadzenia szerokiej dyskusji nad dalszą przyszłością partii, jej metodami działania i strukturą organizacyjną. Staje się coraz bardziej jasne, że silna centrala koncentrująca się na obecności w mediach nie zdała egzaminu i nie doprowadziła nas bliżej do realizacji naszych postulatów – piszą działacze z Gdańska w stanowisku, do którego dotarł Portal Strajk. – Albo znajdziemy inne sposoby na działalność polityczną, albo nie przeżyjemy i oddamy pole organizacjom ze znacznie lepszymi koneksjami od nas – takimi jak Wiosna – podsumowują.
– Warto przypomnieć, że kryzys z którego do dzisiaj nie może wydobyć się europejska lewica jest silnie związany z mitem “trzeciej drogi” i współpracą z partiami o liberalnym profilu światopoglądowym – trafnie zauważają z kolei aktywiści ze stolicy Wielkopolski. – Nadchodzi moment w którym musimy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie – po której stoimy stronie? Pracujących biednych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, czy prezesów korporacji, którzy wyzysk starają się przysłonić prowadzoną przez siebie działalnością charytatywną? Ludzi, którzy ciułają grosze, by spłacić ratę kredytu hipotecznego (o ile w ogóle ich na niego stać), czy deweloperów liczących zyski przy okazji nabrzmiewającej bańki spekulacyjnej? Strajkujących lekarzy, pielęgniarek i nauczycieli żądających zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia i edukację, czy postępującej prywatyzacji tych sektorów, która drenuje nasze kieszenie i wpływa na pogłębienie różnic klasowych w dostępie do podstawowych usług publicznych?
Poznańscy działacze Razem widzą wzory do naśladowania raczej w hiszpańskim Podemos, programie labourzystów Jeremy’ego Corbyna czy Alexandrii Ocasio-Cortez w USA. Zaś moi rozmówcy nie mają wątpliwości: liczba aktywistów i aktywistek, którzy chcą „skrętu w lewo”, współpracy z organizacjami takimi jak Ruch Sprawiedliwości Społecznej i wspierania walk pracowniczych przewyższa liczbę zwolenników partyjnego „prawego skrzydła”.
Kategorycznie stawiają sprawę aktywiści z Krakowa, którzy w swoim stanowisku oznajmiają: – Nie zgadzamy się na wydawanie pieniędzy powierzonych nam przez naszych wyborców i naszych członków na zakup sznura, na którym mamy się powiesić.
– Robert Biedroń niestety zaprezentował metody prowadzenia polityki w starym stylu. Okazuje się więc, że jest nie tylko produktem marketingowym, ale też cwaniaczkiem w sprawach finansowych. Przypomina to trochę Jarosława Kaczyńskiego z ostatnio ujawnionych taśm – mówi nam jeden z rozmówców. Zaznacza, że po takiej reakcji partyjnych dołów przyjęcie propozycji należy uznać za niewyobrażalne.
O porozumienie z Biedroniem Portal Strajk zapytał również Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Ta stanowczo zaprzecza, jakoby informacje o „milionie za jedynkę” były zgodne z prawdą. – Nigdy nie było mowy o żadnym porozumieniu zakładającym zapłacenie Robertowi Biedroniowi miliona złotych lub jakichkolwiek innych pieniędzy za jedną „biorącą jedynkę” na jego listach. Nigdy także nie rozmawialiśmy o zapłaceniu Biedroniowi jakichkolwiek pieniędzy konkretnie za mój start – powiedziała nam członkini Zarządu Krajowego partii. Dziemianowicz-Bąk potwierdziła, że w ostatnich miesiącach jej partia rozmawiała z podmiotem tworzonym przez Biedronia o możliwościach współpracy koalicyjnej, jednak porozumienia nie zawarto – Rada Krajowa Razem nie przystała na warunki proponowane przez drugą stronę, która z kolei odrzuciła kontrpropozycję. Jakie więc rozważano warunki? Na to pytanie odpowiedzi nie otrzymaliśmy.
– Podjęte na wniosek Rady Krajowej Razem próby ponownego otwarcia rozmów nie zakończyły się sukcesem i na ten moment Razem nie prowadzi z Wiosną negocjacji wyborczych – mówi polityczka. Dodaje przy tym, że ona sama od początku dopuszczała dwie możliwości startu Razem w eurowyborach. – Albo start koalicyjny z innym podmiotem, dający szansę na przekroczenie progu wyborczego i uzyskanie mandatów, albo całkowicie samodzielny start Razem, w celu walki o jak najlepszy wynik przy zachowaniu tożsamości, odrębności i podmiotowości partii, jako budowanie własnej marki i podwalin pod kolejne wybory – precyzuje w rozmowie z nami Dziemianowicz-Bąk.
Sondaże dają obecnie Wiośnie poparcie w granicach 14-16 proc., Razem w tych samych badaniach nie przekracza fatalnego wyniku z wyborów samorządowych. Równocześnie po konwencji partii Biedronia na warszawskim Torwarze nie brakowało głosów, że szereg postulatów uwzględnionych w programie tej formacji, zwłaszcza tych o charakterze socjalnym i emancypacyjnym, było wcześniej mozolnie wprowadzanych do polskiego dyskursu politycznego przez Razem. Z tym, że wtedy część mediów głównego nurtu traktowała je jako z gruntu nierealne i nadmiernie radykalne.
Portal Strajk poprosił Wiosnę o ustosunkowanie się do informacji, które zostały anonimowo przekazane nie tylko nam, ale pojawiły się również na profilach dziennikarzy Adriany Rozwadowskiej i Witolda Głowackiego w mediach społecznościowych.
***
Partia Wiosna nie odpowiedziała na prośbę portalu o komentarz.
Dopiero w godzinach popołudniowych odniosła się do sprawy w innych mediach, twierdząc, że „milionowa” propozycja nigdy nie miała miejsca.
Partia Razem tymczasem już oficjalnie potwierdza: propozycja organizacji Biedronia została odrzucona. Adrian Zandberg z Zarządu Krajowego Razem oznajmił w wywiadzie z NaTemat.pl, iż jego formacja to partia lewicowa, dążąca do sprawiedliwości społecznej, a nie starająca się pozyskać elektorat liberalny. Zaznaczył także, iż Razem nie jest zainteresowane „wypożyczaniem polityków” do innych formacji i ukrywaniem swojego szyldu.

W kolejnym wydaniu „Dziennika Trybuna” przedstawimy kulisy działania Partii Razem od początku jej istnienia. Wnikliwą analizę początkowych sukcesów oraz ostatnich klęsk partii przygotowała Justyna Samolińska oraz Mateusz Trzeciak.

Osobno a nie razem

Wśród politycznych elit trwają ożywione dysputy na temat tworzenia szerokiej koalicji mającej na celu odsunięcie PiS od władzy.

Utworzenie takiej koalicji niewątpliwie leży w interesie Platformy Obywatelskiej co umocniłoby jej rolę najważniejszego gracza w szeregach opozycji. Szeroka koalicja to także szansa dla ratującej się przed upadkiem Nowoczesnej oraz być może niektórych polityków z kręgu marginalnego koalicjanta uosabianego przez Barbarę Nowacką. Wątpliwa natomiast jest sensowność przystępowania do koalicji przez PSL i SLD. Jedynym argumentem na rzecz włączenia się w projekt PO jest obawa przed nieosiągnięciem progu wyborczego. Na którego progu oba te ugrupowania balansują. Jednak PSL już niejednokrotnie tak balansowało, również poniżej progu, a jednak zawsze wprowadzało swoich ludzi do Sejmu. SLD natomiast najwyraźniej boi się powtórki z ostatnich wyborów skutkujących brakiem parlamentarnej reprezentacji.
Pojawia się jednak pytanie, czy taki koalicyjny wariant jest korzystny dla lewicy. Start w ramach szerokiego opozycyjnego frontu mógłby wprawdzie dać poselskie mandaty kilku czołowym politykom SLD jednak już nie przedstawicielom struktur sojuszniczych. Chyba nie po to utworzono blok SLD Lewica Razem aby przyklejać się do prawicowej Platformy. Ponadto ewentualny start lewicy do spółki z blokiem prawicowo-chadecko-liberalnym mógłby dla lewicowych wyborców być na tyle niezrozumiały, że mógłby niemałą ich część odstręczyć od udziału w wybory. Pozostałej zaś części lewicowego elektoratu przypadłaby natomiast rola napędzania głosów liberałom i chadekom. Robiliby zatem za jeleni, które są wprawdzie pożytecznymi zwierzętami jednak niekoniecznie na okoliczność wyborów.
Niektórzy politycy lewicy dali sobie narzucić lansowaną przez Koalicję Obywatelską, jak to się ostatnio modnie mówi, narrację traktującą na równi wybory europejskie i krajowe. O ile w przypadku wyborów do Sejmu w ewentualnej szerokiej koalicji anty-PiS można by się od biedy doszukiwać jakiegoś racjonalnego uzasadnienia o tyle koncepcja wspólnej listy w eurowyborach jest pozbawiona sensu. Między oby tymi głosowaniami zachodzi bowiem istotna różnica. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie chodzi o uwalenie PiS, ponieważ ugrupowanie to nie jest w stanie zdominować Europarlamentu nawet gdyby w Polsce zdobyło 100 procent głosów, a to który z bloków będzie miał więcej europosłów ma znaczenie wyłącznie prestiżowe. Start do spółki z PO dla Nowoczesnej a zwłaszcza dla Barbary Nowackiej może być czymś w rodzaju gwarancji załapania się do Europarlamentu. Jednak już nie dla lewicowych koalicjantów SLD, których szanse na umieszczenie na biorących miejscach listy wielkiej koalicji są raczej minimalne. Można by co prawda wspólny start do Europarlamentu potraktować jak sprawdzian przed wyborami sejmowymi. Jednak efekty takiego sprawdzianu będą zerowe. Fakt ewentualnego załapania się kilku polityków lewicy na europejskie mandaty nie będzie oznaczał żadnej wskazówki co do strategii w wyborach do Sejmu. Co najwyżej może świadczyć o tym, że zachowawcza postawa zapewnia mandaty kilku preferowanym osobom. Przy czym nie jest powiedziane, że liczba lewicowych posłów z łaski PO byłaby większa niż w przypadku przekroczenia przez lewicę progu wyborczego. Natomiast samodzielny start dawałby możliwość rozeznania co do społecznego poparcia a zatem szans w ważniejszych niż europejskie wyborach do Sejmu co z kolei pozwoliłoby na opracowanie strategii działania na okoliczność wyborów parlamentarnych. Start ze wspólnej antypisowskiej listy możliwość taką wyklucza.
Do tej pory PiS narzucało tematy publicznej dyskusji powodując reakcję ze strony opozycji. Jednak przed wyborami europejskimi Platforma przejęła inicjatywę proponując dychotomiczny podział na tych, którzy chcą wyjść z Unii i tych, którzy chcieliby w niej pozostać. PiS zareagowało tak jak powinno odkurzając szmatę w postaci flagi UE oraz ogłaszając, że w życiu Unii nie opuści, gdyż Polska jest sercem Europy. Dzięki temu przeciętnego wyborcę nie wnikającego w autentyczność i prawdomówność deklaracji PiS postawiono przed dylematem osiołka: który żłób wybrać, ten z owsem czy ten, gdzie jest siano.
Na podobny podział dała się również złapać znacząca część lewicy przyłączając się do koalicyjnego chóru powtarzając, iż PiS chce Polskę wyprowadzić z Unii. Takie podejście nie wydaje się być do końca przemyślane. Wprawdzie Kaczyńskiemu i jego ekipie nie w smak jest unijne korygowanie antykonstytucyjnych decyzji, to jednak prawdopodobnie dostrzegają to, że z tej antypolskiej Unii płyną do nas jakieś pieniądze a współfinansowane przez UE inwestycje przyczyniają się do lepszego wizerunku tzw. dobrej zmiany. Biorąc pod uwagę pisowską retorykę a także kontakty z podobnie rozumującym siłami w Europie można dojść do wniosku, że PiS i jego zagraniczni sprzymierzeńcy bynajmniej nie chcą opuszczać Unii, lecz starają się kształtować ją na swoją modłę – chrześcijańską, ksenofobiczną i antyimigracyjną.
Tymczasem aby się na tle tego koalicyjnego chóru wyróżnić a także by zainteresować wyborców samymi wyborami lewica powinna promować bardziej oryginalne i zgodne z lewicowymi wartościami hasła niż lakoniczny slogan „Europa”. I nie udawać, że Unia Europejska jest wzorem doskonałości nie wymagającym reformowania oddając pole do mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki nacjonalistycznej prawicy. Wielu polityków i to nie tylko z antyunijnej prawicy dostrzega konieczność reformowania UE, lecz nie w kierunku chrystianizacji i nacjonalistycznej ksenofobii. Lewica powinna optować za bardziej demokratyczną i socjalną Unią, za Unią z bardziej ludzką twarzą. Powinna proponować ograniczenie uprawnień i kompetencji niewybieralnej brukselskiej administracji na rzecz zwiększenia decyzyjnej roli parlamentu Europejskiego, co pozwoli wyborcom zrozumieć, że eurogłosowanie ma jakiś sens.
Również w przypadku wyborów parlamentarnych nie wystarczy powtarzanie koalicyjnego hasła „Konstytucja”, które może być nośne i zrozumiałe głównie w kręgach liberalno-intelektualnych, które jednak nie stanowią większości wyborców. Lewicy natomiast powinno zależeć na pozyskaniu tych wszystkich, który nie tylko nie korzystają lecz wręcz tracą na polityce tzw. dobrej zmiany. A jak wiadomo jest ich nie mało. Rezygnując z samodzielnego startu w wyborach lewica pozbawia się dużej części swojej programowej tożsamości godząc się na rolę przystawki do posiadającej władcze ambicje Platformy Obywatelskiej. Argumentem na rzecz szerokiej opozycyjnej koalicji jest odebranie PiS-owi władzy. Cel ten można jednak również osiągnąć i wówczas, gdy ugrupowania opozycyjne osiągną w sumie taki wynik, który pozbawiłby PiS sejmowej większości. Dodatkowo taką szansę stwarza Wiosna Roberta Biedronia przyczyniając się, jak na razie, do utraty przez PiS sondażowych punktów procentowych. Dopiero po wyborach przyjdzie czas na wybór odpowiedniej taktyki w zależności od tego jaką ilość mandatów zdobędzie PiS wraz z przybudówkami. Jeżeli nie uzyska bezwzględnej większości, to znając talenty koalicyjne tej formacji można by oczekiwać utworzenia przez nią rządu mniejszościowego, którego pomysły mogłaby blokować opozycyjna większość bez wchodzenia w zinstytucjonalizowane alianse – tym bardziej przed wyborami. Są tego przykłady na świecie, wystarczy sobie poczytać i wyciągnąć wnioski.
Można wprawdzie w najnowszej historii znaleźć przykłady głosowania negatywnego, które dzięki mobilizacji całego spektrum politycznego uniemożliwiło zwycięstwo skrajnej prawicy. Były to jednak głosowania zero-jedynkowe na zasadzie alternatywy rozłącznej: albo-albo. Chodziło tu o prosty wybór między konkretnymi politykami, którym zjednoczona koalicja była w stanie uniemożliwić wygranie wyborów. Tak było we Francji w 2002 r., kiedy to Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym na jego prawicowego kontrkandydata Jacquesa Chiraca zagłosowała zgrzytając zębami francuska lewica. Drugi przykład mniejszego kalibru to ostatnie wybory wojewody w słowackiej Bańskiej Bystrzycy. Aby usunąć ze stołka dotychczasowego włodarza, przywódcę neofaszystowskiego ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja Mariana Kotlebę wszystkie pozostałe liczące się siły polityczne porozumiały się co do wystawienia w wyborach jednego kontrkandydata nie powiązanego z żadną partią. Taka mobilizacja miała sens i przyniosła zamierzony efekt. Kotleba przegrał wybory a jego następcą został bezpartyjny przedsiębiorca Ján Lunter. Jednak przedwyborcza sytuacja w Polsce jest bardziej skomplikowana co powinno wymagać bardziej wnikliwej analizy niż posługiwanie się prostymi, lecz pozbawionymi głębszej treści hasłami typu „Europa” i „Konstytucja”.

Koalicja SLD – Lewica Razem

W poniedziałek 18 czerwca 2018 roku doszło do bezprecedensowego, z punktu widzenia udziału różnych nurtów lewicy, spotkania, które zapoczątkowuje budowę demokratycznej, partnerskiej koalicji na najbliższe wybory samorządowe i europejskie, z perspektywą na parlamentarne i prezydenckie.

 

Ruch ten przypomina wydarzenie o podobnym charakterze z dnia 9 lipca 1991 roku. Wówczas podjęto decyzję o utworzeniu działającej przez kilka lat koalicji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Głównymi jej podmiotami od momentu powstania były partie: Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP) oraz organizacje społeczne i związki zawodowe: Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP), Demokratyczna Unia Kobiet, Komitet Obrony Bezrobotnych i organizacje lokalne.
Ówczesne SLD było strukturą demokratyczną. W ciągu kilku lat uległo rozszerzeniu o nowopowstające partie i organizacje lewicowe i postępowe. W roku 1997 liczyło 33 podmioty. W roku 1999 koalicja przekształciła się w partię polityczną SLD. Kilka ugrupowań, m.in. PPS nie skorzystało z oferty samolikwidacji i wejścia w struktury nowej partii. Ta przez 15 lat odgrywała znaczącą, choć jednocześnie słabnącą w ostatnim okresie rolę, na polskiej scenie politycznej.
Przypomnienie tych faktów jest o tyle ważne, że przybliża nam doświadczenia, które polska lewica, jako całość zdobywała w okresie od początku transformacji ustrojowej rozpoczętej w roku 1990.
Podpisane porozumienie zapowiada powołanie Koalicyjnego Komitetu Wyborczego SLD – Lewica Razem. Komitet ma perspektywę przynajmniej kilkuletnią: w roku 2018 – wybory samorządowe, w roku 2019 – wybory europejskie i parlamentarne, a w roku 2020 – wybory prezydenckie.
Na tle tych informacji rodzi się pytanie, czy polska lewica wyczerpała swoje możliwości i siły pozwalające rządzić krajem, lub uczestniczyć w układzie większej koalicji w rządzeniu. Celem każdej partii politycznej jest bowiem sprawowanie władzy i zmienianie rzeczywistości w oparciu o swoje wartości ideowe i program działania.
Na pewno mamy dziś do czynienia z próbą ograniczenia degradacji wartości lewicowych i roztopieniu się ich w neoliberalnej papce, która podawana jest każdego dnia obywatelom przez usłużne media. Na pewno mamy do czynienia z podjęciem walki o nowy kształt sceny politycznej zapewniającej minimum demokracji i realizowania praw obywatelskich. W ostatnich latach było wyraźne dążenie do stworzenia dwubiegunowej sceny politycznej, na której rozgrywkę przed nieświadomą publicznością toczyli chłopcy z tego samego podwórka. Wejście odnowionej, zjednoczonej lewicy to nowy element na tym boisku. Jeśli będzie ona w stanie zachować własną tożsamość i wyznaczone cele, to ma szansę znaleźć sobie dobre miejsce i wpływać na rozwój kraju wg swoich wartości.
W ostatnich latach znaczna część lewicy przemawiała głosem środowisk realizujących liberalną wersję demokracji i neoliberalną wersję gospodarki. Realizowała tym samym nie swój program, roztapiając się w ogólnym samozadowoleniu elit posierpniowych. Porażka w wyborach parlamentarnych w 2015 roku była poważnym ostrzeżeniem, które, jak można sądzić, zostało właściwie zrozumiane. Wcześniej było wiele ostrzeżeń ze strony m.in. środowisk socjalistycznych, które nie akceptowały tej drogi rozwoju, którą wybrano wbrew zapisom Konstytucji z 1997 roku, wyłącznie w myśl interesów korporacji i banków. Socjaliści, co trzeba przypomnieć, mówili o zapisie konstytucyjnym dotyczącym sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej. Wbrew temu na całego szedł program powszechnej prywatyzacji i ograniczenie zdobyczy socjalnych ludzi pracy.
Ostatnią szansą na zrozumienie przez lewicę swojej unikalnej w obecnych warunkach roli był II Kongres Lewicy zorganizowany jesienią 2016 roku, który przyjął uchwałę stawiającą jasno powinności lewicy wobec świata pracy i kierunków rozwoju kraju. Czytamy w niej m.in.: „Współczesna polska i międzynarodowa lewica właściwie rozumie zachodzące na naszych oczach zjawiska i procesy, ale powinna wypracować racjonalne propozycje teoretyczne i programowe ws. modernizacji i rozwoju – w myśl wyznawanych wartości ideowych. Idee wypływające z zasad dobra człowieka i sprawiedliwości społecznej mają prawo do istnienia na równi z innymi, konkurencyjnymi systemami wartości. Lewica powinna zdecydowanie i nieprzerwanie walczyć o urzeczywistnienie wyznawanych zasad”.
To, że w gronie partii i organizacji, które podpisały deklarację Koalicji SLD – Lewica Razem stanęli wszyscy uczestnicy II Kongresu Lewicy świadczy, że jego uchwały i postanowienia żyją w myśli politycznej lewicy. Ważne jest aby tę myśl rozwijać, budować na niej założenia programowe będące alternatywą dla neoliberalnej i konserwatywnej prawicy, która zawładnęła Polską.

Co lewica może zaoferować Warszawie czyli pięcioro zgodnych ludzi za stołem

„Co lewica może zaoferować Warszawie?” – na taki temat debatowali dzisiaj przedstawiciele i przedstawicielki wszystkich znaczących partii politycznych sytuujących się właśnie po lewej stronie sceny politycznej, na spotkaniu zorganizowanym przez Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie.

 

Notowałam wypowiedzi raczej dla porządku niż dlatego, żeby przedstawicielka Razem, działaczka Zielonych, lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, członkini Inicjatywy Polska czy też reprezentant SLD powiedzieli coś zaskakującego, coś, czego ich formacje już nie postulowały w studiach telewizyjnych czy na demonstracjach. Postulaty były to zresztą zupełnie słuszne, diagnozy właściwe. Tak, Warszawa potrzebuje prospołecznej polityki mieszkaniowej, wyrównywania różnic między dzielnicami, rozgrodzenia, większej roli samorządu na rynku pracy (klauzule społeczne!). Potrzebuje samorządowców, którzy nie będą obawiali się stosować już istniejącego prawa, zamiast przymykać oczy, gdy deweloperzy je łamią, i którzy będą chcieli kształtować miasto inaczej niż tylko pod kątem potrzeb najbogatszych. I nie tylko Warszawa potrzebuje polityczek i polityków, którzy tak, jak Hanna Gospodarczyk z Razem będą mówić, że jako socjaliści mają obowiązek występować po stronie pracujących i zmuszać kapitał do ustępstw, albo jak Piotr Ikonowicz wciągać zwykłych ludzi do aktywności.
Jedno wszakże stwierdzenie, które padło zza stołu, odnotowałam z niedowierzaniem (nie wzburzeniem, gdyż gorsze już rzeczy zdarzały się na polskiej lewicy). Oto oznajmił Sebastian Wierzbicki z SLD, a potwierdziła Dagmara Misztela z Zielonych, że najważniejsze było to, że delegaci pięciu partii usiedli, usłyszeli, że są zgodni w najważniejszych, ba, we wszystkich punktach i zadeklarowali gotowość do rozmów o dalszej współpracy. Sukcesem jest, zasugerowano, już wola rozmawiania, dzięki niej może powstaną trzy osobne listy wyborcze, a może jedna.
Otóż nie, warszawska lewico, to, że zasiedliście za jednym stołem i przez trzy godziny bardzo ożywionej momentami debaty nie oskarżyliście się po raz tysięczny o zdradę/oportunizm/brak doświadczenia/odwoływanie się do niewłaściwego elektoratu nie jest, w obecnym układzie sił, żadnym osiągnięciem. Do tego, by zrozumieć, że zajmujecie aktualnie (przynajmniej w słowach, bo w czynach rzadko macie okazję) podobne stanowisko w sprawach polityki społecznej, że podobnie widzicie swoje zadania w stołecznym samorządzie i że macie pod adresem PiS i PO zbliżone zarzuty, nie potrzebowaliście dzisiejszego spotkania. Wystarczyłoby wam doświadczenie dziesiątek demonstracji, na których zgodnie powiewały obok siebie wasze flagi, a aktywistki i aktywiści zbierali podpisy pod tymi samymi obywatelskimi inicjatywami. Dla ocenienia skutków obecnego rozdrobnienia dostateczna winna być świadomość tego, że wszystkie te protesty, poza najbardziej spektakularnymi, niczego nie były w stanie osiągnąć. Oraz doświadczenie pójścia w rozdrobnieniu do poprzednich warszawskich wyborów.
W tych natomiast, oprócz starych problemów, już towarzyszą wam – i będą się tylko wzmagały – naciski ze strony obozu liberalnego, który zaczął już drżeć o swojego faworyta i nawoływać: lewico, zrezygnuj nawet z pierwszej tury wyborów na prezydenta Warszawy, oddaj nam swoje głosy. I to za darmo, bo nawet nie w zamian za pustą obietnicę „zajęcia się problemami społecznymi” kiedyś, kiedy już uznamy polską demokrację za oficjalnie uratowaną. Wy o tym wiecie, na dzisiejszej debacie trafnie ocenialiście perspektywy rządów Rafała Trzaskowskiego. Wszyscy. Tak samo, jak zgodnie się uzupełniając wskazaliście, o jaki procent elektoratu mogłaby walczyć wasza lista, ilu radnych moglibyście mieć, ilu kandydatów potrzeba do skutecznego startu (w mieście i w dzielnicach).
Co jeszcze jest wam potrzebne, by wielogodzinne negocjacje o programie i możliwym kształcie list, które, jak zadeklarowała delegatka Razem, trwają, zaowocowały podjęciem choćby próby odejścia od dotychczasowych, jak widać nieskutecznych strategii? Jeszcze więcej ataków na „lewactwo”? Macie gwarantowane. Nowe doświadczenia bezradności w obliczu prawicowego szaleństwa? Tymi dzieliła się na debacie Paulina Piechna-Więckiewicz, mówiąc, że samotna radna-krytyczka neoliberalnego podejścia do miasta i mieszkańców sama nic nie może zrobić, nic zgłosić – ani projektu uchwały, ani projektu stanowiska.
Nie zaskoczyliście mnie propozycjami programowymi, zaskoczcie inaczej, pokazując, że naprawdę chcecie w następnej kadencji mieć narzędzia do wpływania na rzeczywistość. Mówiliście: pójście osobno jeszcze nie jest przesądzone. Udowodnijcie.