Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.

Obiecanki, cacanki

PiS da – i nie martwi się konsekwencjami. Rządzący zapowiadają dziś hojne wydatki pieniędzy publicznych, ale ich następcy będą musieli porządnie zaciskać pasa.

PiS zapowiedziało w polityce gospodarczej powtórzenie swoich działań z 2007 roku. Wówczas w szczycie światowej koniunktury rząd PiS uchwalił ustawy, które weszły w życie w trakcie spowolnienia w 2008 i 2009 r., zwiększając deficyt sektora finansów publicznych o 2 proc. PKB i wymuszając na rządzie PO-PSL szukanie oszczędności.
Obecne zapowiedzi również ogłoszono w szczycie koniunktury, ale w pełni wejdą w życie dopiero w kolejnych latach, gdy wedle dostępnych prognoz wzrost gospodarczy będzie wolniejszy i – w konsekwencji – sytuacja finansów publicznych trudniejsza.

Podciągnęła nas strefa euro

Lata 2015-2018 to okres najszybszego od 2007 r. wzrostu naszego największego partnera handlowego – strefy euro, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi polskiej gospodarki.
O ile przez cały okres 2013-2015 gospodarka strefy euro urosła o 3,2 proc., to w latach 2015-2018 wzrost przyspieszył do 6,4 proc. Obecnie zaczyna już być widoczne cykliczne spowolnienie w strefie euro (prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzrost w okresie 2019-2021 to 5,2 proc.).
Szybki wzrost strefy euro wspierał wzrost polskiej gospodarki, która wzrastała w szybkim tempie pomimo negatywnych skutków polityki PiS, najlepiej widocznych w załamaniu stopy inwestycji (po 3 latach rządów PiS jest ona na najniższym poziomie od ponad 20 lat). Wzrost gospodarczy, oparty przede wszystkim o konsumpcję, przyczynił się do szybkiego wzrostu dochodów podatkowych.
W kolejnych latach czeka nas jednak spadek tempa rozwoju, związany nie tylko ze spowolnieniem w strefie euro, ale także ze starzeniem się społeczeństwa (efekt dodatkowo pogłębiony obniżeniem wieku emerytalnego przez PiS).

Kiełbasa wyborcza

Najnowsze zapowiedzi partii rządzącej są dużo gorsze od ustaw uchwalonych przez nią w 2007 roku. Wówczas obniżono podatek od dochodów osób fizycznych i składki na ZUS, co choć zwiększyło deficyt sektora finansów publicznych w 2009 r. o ponad 2 proc. PKB, to jednocześnie obniżyło opodatkowanie pracy i sprzyjało wzrostowi zatrudnienia.
Obecne zapowiedzi w trzech czwartych dotyczą wzrostu wydatków socjalnych (500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to łącznie 25-30 mld zł), a tylko w jednej czwartej zmniejszenia opodatkowania pracy (zwolnienia z PIT dla osób młodych oraz wzrost kosztów uzyskania przychodu – łącznie ok. 10 mld zł).
Poza ogłoszonymi w sobotę obietnicami, rząd PiS już wcześniej uchwalił na 2020 r. wzrost wydatków na zdrowie i armię o 0,27 proc. PKB, czyli ok. 5 ld zł. Razem z najnowszymi zapowiedziami daje to dodatkowe wydatki na poziomie 40-45 mld zł (prawie 2 proc. PKB).

Będzie coraz trudniej

Dobra koniunktura w ciągu ostatnich 3 lat ułatwiła wzrost ściągalności podatków, ukryte podwyżki podatków (brak zmiany progów podatkowych) i oszczędności (mrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym).
O ile jeszcze w tym roku możliwe będzie sfinansowanie wchodzących od połowy roku nowych wydatków bez zwiększenia zaplanowanego deficytu, to w 2020 r. sytuacja będzie już znacznie trudniejsza.
W czasie spowolnienia gospodarczego następny rząd będzie miał o wiele bardziej ograniczone pole manewru. Utrudnione będzie finansowanie nowych wydatków, ograniczona zostanie możliwość przeprowadzenia potrzebnych reform, jak np. reformy podatkowej.

Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.

Żeby móc oszczędzać, trzeba mieć co

Z próżnego i Salomon nie naleje. Dlatego ludzi słabo zarabiających, których w Polsce jest większość, trudno namawiać do długofalowego oszczędzania.

Zakończyły się dwa najgorsze miesiące dla rodzinnych finansów Polaków.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez BIG InfoMonitor, styczeń to drugi, najtrudniejszy miesiąc dla Polaków pod względem finansowym (duże wydatki, związane głównie z feriami, a niewielkie dochody).
Na pierwszym miejscu znajduje się, z powodów oczywistych grudzień – aż 62 proc. ankietowanych w tym okresie z powodu dużych, świątecznych wydatków miało problemy z terminowym opłaceniem rachunków czy rat kredytów.
Trzecie miejsce zajmuje naturalnie wrzesień (wydatki szkolne), kiepskie są także maj i czerwiec (organizowanie wakacji), nie najlepiej jest również w kwietniu i maju (zależnie od tego, w którym z tych miesiąców wypada Wielkanoc), słabo jest w sierpniu (kumulacja wydatków urlopowych). W sumie, bardzo niewiele pozostaje miesięcy, w których Polacy mogą powiedzieć, iż w skali roku wiedzie im się relatywnie nieco lepiej.

Trzeba próbować liczyć

W kłopoty finansowe wpaść łatwo, ale wyjście na finansową prostą może zająć co najmniej wet kilka miesięcy. Szczególnie wtedy, gdy utracimy zmysł samokontroli i ulegniemy np. poświątecznym wyprzedażom lub nie będziemy ograniczać wydatków podczas zimowych wyjazdów w trakcie ferii. Wszyscy ci, którzy mają wrażenie, że weszli w nowy rok z finansowym kacem i brakuje im gotówki, powinni powiedzieć sobie – czas na zmiany.
Akurat pierwsze miesiące roku to dobry moment na uporządkowanie domowych finansów. Wiadomo, że gdy pod koniec miesiąca brakuje nam środków na koncie, trudno myśleć o planie odkładania pieniędzy na „czarną godzinę”. Trzeba jednak myśleć o oszczędzaniu.
Pierwszym krokiem do opanowania domowej kasy, powinno być opracowanie budżetu, czyli po prostu skrupulatne policzenie wszystkich wydatków, które czekają nas w skali miesiąca oraz wpływów. Jest to nudna i żmudna robota, ale stanowi dobry punkt wyjścia do opracowania dalszego „planu naprawczego” naszych finansów. Pomagają w tym nowoczesne technologie. Według ekspertów, w odnalezieniu się w „domowej księgowości” pomogą aplikacje finansowe dostępne np. na smartfony. Trzeba w tym celu pobrać na telefon darmowe narzędzie np. „Kontomierz” i zacząć kontrolować, ile wydajemy. Aplikację można zsynchronizować z kontami osobistymi, dzięki czemu da się sumować wpływy i grupować wydatki według kategorii, np.: rachunki, zakupy spożywcze, spontaniczne przyjemności, spłaty pożyczek, itd. Wiele takich programów (np. „MoneyLover” czy „HandWallet”), oprócz podstawowej funkcji liczenia wydatków umożliwia także skanowanie rachunków, i tworzenie prostych planów oszczędzania.
Większość banków umożliwia także korzystanie z programów, które automatycznie grupują i zliczają płatności oraz przelewy, które wykonujemy z konta osobistego.
Wszystkie te narzędzia, choć początkowo skomplikowane. przy pewnej dozie wprawy mogą pozwolić na stały podgląd dostępnych funduszy, a także monitorowanie kondycji naszych finansów.

Na czarną godzinę

W domowym budżecie oprócz stałych wydatków, musimy także umieścić nagłe i niezaplanowane koszty – w innym przypadku, te mogą stać się potencjalnym źródłem kłopotów finansowych. Łatwo to powiedzieć, ale trudniej zrobić.
Nie możemy przewidzieć nagłych i przykrych niespodzianek, takich jak np. choroba czy utrata pracy, ale możemy próbować zawczasu się na nie przygotować finansowo.
Za minimalną kwotę, która daje jakie takie poczucie bezpieczeństwa w trakcie życiowych zawirowań, uznaje się sumę, która pokrywa koszty życia naszej rodziny przynajmniej przez trzy miesiące – choć okres sześciu miesięcy jest optymalny. a dziewięciu – jeszcze lepszy.
Oczywiście, taka poduszka finansowa może być też przeznaczona po prostu na wszelkie nieprzewidziane, duże wydatki, które pojawią się na naszej drodze. Trudno ją zgromadzić od razu, więc każdego miesiąca odkładajmy nawet drobniejsze kwoty. Jak będziemy mieć szczęście i obędzie się bez nagłych wydatków, to po jakimś czasie – z reguły dosyć długim – dadzą one sensowne oszczędności.
W tym celu warto wyrobić w sobie nawyk oszczędzania – radzą eksperci.

Życie bez kredytu

Dobrym pomysłem na trzymanie w ryzach finansów jest rezygnacja z karty kredytowej i spłacenie jej jak najszybciej, najlepiej tak, aby nie płacić dodatkowych odsetek, nawet gdy oznacza to rezygnację z zaplanowanych zakupów. Dzięki temu, łatwiej będzie nam pozbyć się obciążenia finansowego.
Ważnym krokiem do w miarę stabilnej i bezpiecznej sytuacji finansowej jest zadbanie o przyszłość – co oznacza, że nie wystarczą tylko zgromadzone środki na tzw. czarną godzinę.
Warto też pomyśleć o długoterminowym planie pomnażania środków, by zapewnić sobie godne życie na emeryturze.
Można w tym celu wybrać program oszczędzania, taki jak Indywidualne Konto Emerytalne lub Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, które nie pomniejszają zaoszczędzonych kwot o „podatek Belki” w wysokości 19 proc. Oszczędzanie w ramach tych produktów wiąże się jednak z długim horyzontem czasowym – ulga obowiązuje tylko wtedy, gdy nie będziemy sięgać po rosnące oszczędności aż do 60 lub 65 roku życia.
A poza tym, w ogóle trzeba się zastanowić, czy warto odejmować sobie od ust tylko po to, by na emeryturze pożyć kilka lat bez nędzy. To kwestia strategicznego wyboru życiowego.

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.

Dług

Polscy seniorzy są zadłużeni ogółem na 7,3 miliarda złotych.

 

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biuro Informacji Kredytowej wskazują, że długi polskich seniorów po 65. roku życia to w głównej mierze niespłacone kredyty i pożyczki zaciągnięte na zakup niezbędnych leków, ale również zaległości w bieżących rachunkach.
Jak informuje prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak, co osiemnasty senior nie reguluje płatności na czas, a średnie zadłużenie osoby po 64. roku życia to 21,23 tys. zł.
Portal money.pl podaje też, że w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku, średnia kwota zadłużenia osób starszych urosła o 9 proc. Czyli wychodzi na to, że ilość pożyczek zaciąganych przez seniorów wciąż wzrasta.
W końcu leków nie kupi się raz: trzeba je przyjmować regularnie. BIG InfoMonitor przeprowadził badanie opinii publicznej, z którego wyszło, że zadłużeni inwestowali po prostu w zdrowie. 66 proc. ankietowanych seniorów miało przyznać, że pożyczone pieniądze wydało na leki, a 34 proc. – na prywatne leczenie i rehabilitację.
Rekordziści?
Pierwsze miejsce zajmuje 74-letnia mieszkanka Podkarpacie. Jest zadłużona na prawie 8 milionów złotych. Na podium znalazł się również 69-latek z Wielkopolski. On zalega tylko na 6. Trzecie miejsce zajmuje dłużnik na ponad 5 milionów złotych.
BIG Monitor zbadał również, w jaki sposób seniorzy w Polsce spędzają czas wolny, gdyż wydawałoby się, że za milionowe pożyczki grane będą egzotyczne podróże. A jednak wychodzi, że seniorzy w ankiecie mówili prawdę o tych lekach: w ramach rozrywki większość ogląda telewizję (41 proc.) i czyta książki, a także zajmuje się wnukami.

Ile kosztuje bezpłatne studiowanie Wydatki związane z edukacją

W tym roku akademickim studia rozpoczęło nieco ponad 400 tys. osób. Będą one musiały zmierzyć się nie tylko z trudami nauki, ale także z dużymi wydatkami.

 

Choć studia na państwowych uczelniach są bezpłatne, to nie oznacza to, że nie wiążą się z nimi żadne koszty. Studenckie fundusze pochłania przede wszystkim wynajęcie lokum i inne wydatki związane z samodzielnym utrzymaniem się z dala od rodzinnego domu. Takie rachunki mogą sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy złotych rocznie.
Najtaniej zdobyć akademik, jednak nie wszyscy chętni studenci mają szansę. O przyznaniu pokoju w domu studenckim nie decyduje bowiem kolejność zgłoszeń, ale kryteria, które ustala dana uczelnia. Teoretycznie, zwykle pierwszeństwo mają studenci w trudnej sytuacji materialnej lub tacy, których dom rodzinny leży daleko od uczelni.
Ci, którym uda się zakwaterować w akademiku, muszą liczyć się z kosztami na poziomie od kilkuset do 1000 zł za pokój. Przykładowo, za miesięczny pobyt w domu studenckim Uniwersytetu Warszawskiego student zapłaci od 315 zł do 780 zł, a na Uniwersytecie Jagiellońskim 1000 zł, jeśli zdobędzie pokój 1-osobowy.
Studenci mogą także korzystać z prywatnych akademików, które często oferują wysoki standard zakwaterowania i dodatkowe atrakcje, np. w postaci siłowni na terenie budynku. W przypadku prywatnego domu studenckiego w Łodzi, za najem całego apartamentu studenckiego trzeba zapłacić od 1150 zł miesięcznie, ale koszt można dzielić ze współlokatorem.
Niewiele więcej pochłonie wynajęcie mieszkania. Ceny ofertowe za najem małego lokalu, o powierzchni do 38 m. kw. w największych miastach Polski zaczynają się od 1223 zł w Katowicach i sięgają nawet 2084 zł w Warszawie. Koszty te można jednak znacznie obniżyć, wynajmując lokal w kilka osób.
Koszt najmu mieszkania czy miejsca w akademiku, nie wyczerpuje oczywiście wszystkich wydatków studenta. Dochodzą wydatki związane z wyżywieniem, opłaceniem rachunków za telefon czy Internet, kupieniem biletu komunikacji miejskiej, książek i skryptów. W sumie, wszystkie te wydatki mogą wynieść około 1600 zł miesięcznie – tyle przeciętnie wydają na utrzymanie studenci zbadani przez Związek Banków Polskich.
Gdy nie można liczyć na pomoc rodziny, warto poszukać dodatkowych źródeł finansowania. Na niektórych uczelniach już na etapie rekrutacji, można ubiegać się o stypendium socjalne, jeżeli student jest w trudnej sytuacji materialnej.
Studenci, którzy potrzebują dodatkowego wsparcia finansowego, mogą starać się o preferencyjny kredyt studencki.
– Jego niewątpliwą zaletą jest to, że jest on niemal darmowy. Przez cały okres studiów i jeszcze przez 2 lata po ich zakończeniu wszystkie odsetki od takiego długu spłaca państwo. Jest on nietypowy także dlatego, że nie jest wypłacany jednorazowo, jak w przypadku „normalnego” kredytu, lecz w comiesięcznych transzach. Student sam wybiera, czy chce dostawać 400 zł, 600 zł, 800 zł czy 1000 zł miesięcznie – mówi Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF.
Niestety, nie jest to produkt finansowy dostępny dla każdego. Mogą go uzyskać tylko ci studenci, których dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 2500 zł netto.

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Nasze drogie pociechy

Dla rodziców dzieci w wieku szkolnym wrzesień to zawsze niebezpieczna pora.

 

Z początkiem roku szkolnego rodziców tradycyjnie czekają duże wydatki. To przede wszystkim zakup podręczników oraz uiszczenie różnych opłat związanych z edukacją dzieci.
Na największe koszty muszą przygotować się rodzice uczniów szkół ponadgimnazjalnych, którzy już nie otrzymują darmowych książek szkolnych.

 

Zasługa poprzedniej ekipy

Młodsze dzieci, które uczęszczają do szkół podstawowych, za sprawą rozwiązań wprowadzonych przez rząd PO, korzystają z bezpłatnych podręczników lub materiałów edukacyjnych przygotowanych przez szkoły.
Jednak mimo to, jak wynika z ustaleń Centrum Badania Opinii Społecznej, z roku na rok rodzice uczniów na tzw. wyprawkę wydają coraz więcej.
Według CBOS (badanie „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2017/2018”) w ubiegłym roku wspomniana wyprawka kosztowała średnio 1003 zł.
W przeliczeniu na jedną pociechę rodzice wydali od 649 zł do 686 zł, na dwoje średnio 1270 zł, a na troje nawet 1730 zł. Generalnie jednak, im więcej dzieci w rodzinie, tym wychodzi to taniej na głowę.
Rok wcześniej rodzice musieli wydać na ten cel mniej, bo 588 zł na jednego ucznia. Warto jednak pamiętać, że to nie wszystkie wydatki. Do opłacenia są na przykład zajęcia dodatkowe, niby nieobowiązkowe, ale często potrzebne, na które w ubiegłym roku rodzice uczniów szkół wszystkich wydawali ponoć średnio 455 zł miesięcznie na głowę jednego ucznia. Taką przynajmniej kwotę podaje Związek Firm Pośrednictwa Finansowego, choć cyfry te wydają się bardzo zawyżone.
Nie zmienia to faktu, że wygospodarowanie niemałych sum na początku roku szkolnego może być tak dużych kwot z bieżących wpływów może być trudne. Warto więc dobrze podliczyć wszystkie koszty i robić zakupy w sposób przemyślany.

 

Wydatków nie ubywa

Nic niestety nie wskazuje na to, aby w tym sezonie wspomniane koszty były niższe. Istotną zmianą jest jednak to, że część potrzebnej kwoty można uzyskać dzięki świadczeniu z programu „Dobry start”, które wynosi 300 zł i obejmuje wszystkie uczące się dzieci, do ukończenia przez nie 20. roku życia. Ważne, by zrobić to nie później niż do 30 listopada, inaczej świadczenie przepada.
Jak jednak sfinansować resztę kosztu wyprawki, gdy dopiero co domowy budżet został nadwyrężony wakacyjnymi wyjazdami? Wydatki na ten cel można zmniejszyć dzięki kilku prostym sposobom, o których nie zawsze się jednak pamięta.
Oczywiste jest, że zanim wybierzemy się do sklepu po przybory i książki szkolne, robimy listę potrzebnych rzeczy. Podliczamy także, ile wydamy na zajęcia pozaszkolne dzieci – i jakiej kwoty nam po tym wszystkim brakuje. Być może znajdziemy ją w budżecie domowym, obcinając inne wydatki, które mogą poczekać.

 

Metodą „na wnuczka”

Skutecznym sposobem na poszukanie oszczędności może być zamówienie podręczników w większej ilości w hurtowni razem z innymi rodzicami, dzięki czemu powinniśmy uzyskać znaczący rabat.
Inna droga to odkupienie używanych egzemplarzy od starszych roczników – choć rzadko istnieje taka możliwość, bo wydawnictwa szkolne bardzo dbają o to, aby zachęcać nauczycieli do stosowania co roku innych podręczników.
Wreszcie, przed zrobieniem zakupów warto porównać ceny w Internecie i poszukać najtańszych książek także w sklepach w sieci.
W ostateczności, jeśli mimo to okaże się, że brakuje pieniędzy na wyprawkę, trzeba skorzystać z dodatkowych źródeł finansowania.
Zacząć należy od poszukania takich, które będą jak najmniej obciążające – czyli w praktyce od metody „na wnuczka”. Rzadko która babcia nie wyasygnuje bowiem zaskórniaka na zakupy szkolne jeśli zostanie poproszona.
Jeśli zaś ten sposób odpada, a nie mamy już wydatków do obcięcia, to pozostaje nam niestety karta kredytowa. Skorzystajmy z dostępnego limitu, pamiętając tylko, żeby spłacić zadłużenie w okresie bezodsetkowym. Nie poniesiemy wtedy dodatkowych kosztów.

Jesteśmy krajem innowacyjnym inaczej

W rządowej propagandzie gospodarczej nie ma celu ważniejszego od innowacyjności. I chyba bardziej zaniedbywanego.

 

Nasz kraj jest poniekąd fenomenem na skalę światową. Mamy bowiem około 60 instrumentów finansowego wsparcia, ze środków publicznych, przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. A skutek funkcjonowania tych wszystkich instrumentów jest żaden.
„Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” – stwierdza jednoznacznie Najwyższa Izba Kontroli w swym najnowszym raporcie. Pomoc ta nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach.
Nie uległa też zmianie pozycja Polski w rankingu innowacyjności prowadzonym przez Komisję Europejską. Nasz kraj od lat zajmuje w nim miejsca 25 – 26, wśród 28 badanych państw europejskich.

 

Wszystko jest innowacyjnością

Pieniądze publiczne o których wyżej mowa to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz budżetowymi.
Innym ważnym rozdzielnikiem państwowej kasy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które w teorii ma wspierać politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa.
W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą też udzielać urzędy marszałkowskie ze środków rozlicznych Regionalnych Programów Operacyjnych.
Na badania, innowacje i rozwój idą duże pieniądze – ponad 60 mld zł rocznie, choć dokładnie nie wiadomo ile, bo nikt nigdy tego dokładnie nie policzył. I ciągle słychać opinie, że to za mało, bo wydatki na cele powinny być prawie dwa razy większe.
Rzecz w tym, że gdyby były i pięć razy większe to też nic by to nie zmieniło. W naszym kraju można bowiem wszystko uznać za innowacyjność, badania i rozwój – i wyciągnąć na ten cel godziwe pieniądze.
Innowacyjnym projektem (zapewne o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki) był na przykład „Szlak konny województwa łódzkiego”.
Jeszcze większy potencjał unikalnych nowości z pewnością zawierał w sobie projekt modernizacji wyposażenia dyskoteki w województwie małopolskim, zaprezentowany jako unikalny na skalę światową, poprzez zmodernizowanie tejże dyskoteki za sprawą zainstalowania nowoczesnych urządzeń technicznych. I oczywiście urzędnicy zaakceptowali pomysł, a właścicielom dyskoteki udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 1 923,9 tys.

 

Wydawać tak, by się nikt nie czepiał

W Polsce na rzekomą działalność innowacyjną wydaje się dużo i chętnie. Wszyscy są tym bowiem zainteresowani.
Pomysłodawcy – bo chcą oczywiście dostać jak najwięcej kasy na swoją działalność; urzędnicy – bo szybko pragną rozdysponować pieniądze na innowacyjność i badania, dzięki czemu mogą chwalić się, jak to sprawnie wspierają w ten sposób rozwój naszego kraju, a przy okazji uzyskać i coś dla siebie od wdzięcznego przedsiębiorcy. Sprzyja temu odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „innowacyjność” uprawiane w propagandzie rządu PiS.
Mamy więc typowe wsie potiomkinowskie: innowacje i badania to w Polsce fikcja, wszyscy o tym wiedzą (łącznie z rządem) – ale wszyscy są zadowoleni, bo pieniądze idące na te cele są bardzo realne, zaś dla władzy najważniejszy jest efekt propagandowy, gdyż to dzięki niemu wygrywa się u nas wybory.
„Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki” – krytycznie zauważa NIK.
Kontrolerzy wyraźnie się czepiają. A niby dlaczego w Polsce miałoby się przeznaczać duże pieniądze na „projekty o wysokim potencjale innowacyjnym”? Żeby je zmarnować?
Przecież takie autentycznie innowacyjne projekty mogłyby nie wypalić, za uzyskane pieniądze niczego nie udałoby się stworzyć, byłyby pretensje i zarzuty o niegospodarność. Lepiej więc wydać tę kasę na coś co na pewno się uda, jak wspomniany szlak konny czy wyposażenie dyskoteki. Wtedy nikt nie będzie mieć o nic pretensji.
Tak więc kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniają w Polsce promocji najbardziej innowacyjnych projektów.
Programy nie preferują unikalnych produktów lub technologii, czy wyższej konkurencyjności. NIK zaobserwował to na przykład w procedurze oceny wniosków – np. w jednym z innowacyjnych jakoby programów, za spełnienie kryterium „innowacyjność” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania.
Średnio w tzw. innowacyjnych projektach waga samej innowacyjności stanowi tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji. Jak zarzuca NIK, nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o rodzaju i skali proponowanych innowacji. Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen.
W rezultacie, rzekomo innowacyjne projekty odznaczały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji.
W wyniku takiej polityki, nasz kraj wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach we wspomnianych rankingach innowacyjności, zaś nasza gospodarka rozwija się nie dzięki cennym pomysłom lecz w wyniku w miarę sprawnego wykonywania tego co wymyślają inni.

 

W pułapce średniego wzrostu

Główne przyczyny słabości polskiej innowacyjności od lat są takie same – brak przemyślanej strategii, źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej nowatorskich projektów, brak zaangażowania w rozwój autentycznej innowacyjności, na której nikomu nie zależy.
Liczy się za to innowacyjność pozorna, bo to dzięki niej można efektywnie przepompowywać pieniądze podatników do prywatnych kieszeni. Zyskują też przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów wsparcia – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. A że nie nie jest to produkcja czegokolwiek innowacyjnego, to cóż z tego?
I właśnie dlatego w Polsce nie udaje się stworzenie i wypromowanie jakichkolwiek projektów o nowatorskim charakterze, czy wykreowanie produktów będących marką polskiej gospodarki.
Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu – czyli tym, że po wykorzystaniu aktualnego potencjału produkcyjnego i efektu tańszej siły roboczej, nie będzie już innych możliwości rozwojowych.
U nas tak się już dzieje – wiadomo, że w kolejnych latach polska gospodarka będzie rozwijać się wolniej. Lekarstwem na to mogą być właśnie innowacje – nowoczesne wyroby i usługi podbijające rynki i zdobywające klientów. W Polsce jednak brak takich wyrobów i usług. Tymczasem w krajach rozwiniętych aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem i wykorzystaniem innowacji.

 

Umiemy wydawać cudze

Według danych rządowych, jakiekolwiek działania innowacyjne w Polsce są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach i przede wszystkim dzięki wsparciu państwa.
Jak wykazała kontrola NIK, przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia. Świadczy to tylko o ich rozsądku: nie chcieli topić własnych pieniędzy w czymś niepewnym i zagrożonym klapą. Pieniądze państwowe to co innego…
Wydawanie pieniędzy publicznych jest u nas dobrze rozwinięte i funkcjonuje bez zarzutu. Jak stwierdziła NIK, „rozdysponowanie środków na badania, innowacje i rozwój następuje sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie”.
O tak, nasi urzędnicy i przedsiębiorcy doskonale sobie radzą z szybkim wydawaniem cudzych pieniędzy. Innowacyjne efekty tych wydatków są wprawdzie niezauważalne, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele.