Reguła do deregulacji?

Pod pozorem walki z kryzysem wywołanym epidemią COVID-19 wysocy rangą urzędnicy Ministerstwa Finansów postulują zniesienie reguły wydatkowej, a nawet progów długu publicznego zapisanych w ustawie o finansach publicznych i w Konstytucji.
Ze strony przedstawicieli rządu PiS padają pytania retoryczne takie jak np: „czy stałoby się coś złego, gdybyśmy nie mieli reguły ani progów ostrożnościowych”. Te niebezpieczne propozycje, mające zamaskować zły stan finansów naszego państwa, nie są poparte żadną analizą merytoryczną.
Tymczasem polska, stabilizująca reguła wydatkowa, zapisana w art. 112 ustawy o finansach publicznych, jest bardzo ważną instytucją: chroni przyszłe pokolenia przed nadmiernym obciążaniem finansów publicznych wydatkami, które nie mają trwałego źródła finansowania. Jako taka, musi być zachowana – podkreśla Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Polska reguła wydatkowa stanowi implementację Dyrektywy Rady UE w sprawie wymogów dla ram budżetowych państw członkowskich. Dyrektywa wskazuje na konieczność dysponowania przez państwa członkowskie Unii Europejskiej regułami fiskalnymi oraz ich stosowania w corocznym procesie budżetowym. Powinno to skutecznie wspierać wypełnianie zobowiązań wynikających z traktatu o funkcjonowaniu UE w zakresie długu i deficytu (utrzymywanie poziomów deficytu i długu odpowiednio poniżej 3 proc. i 60 proc. produktu krajowego brutto).
Likwidacja tej reguły, czy też jej zawieszenie oznaczałoby zmianę niezgodną z dyrektywą UE i spowodowało wszczęcie procedury naruszeniowej. Uzasadnianie ewentualnego zawieszenia reguły rzekomo dobrą sytuacją budżetową jest sprzeczne z faktami – wskazuje TEP.

Komisja Europejska, instytucje międzynarodowe i rynki finansowe oceniają sytuację finansów publicznych nie na podstawie wyniku budżetu państwa, ale na podstawie wyniku sektora finansów publicznych jako całości – wraz z jednostkami samorządu terytorialnego oraz z funduszami, agencjami i innymi jednostkami publicznymi, do których w ostatnim czasie „przepychane” są wydatki (bez pokrycia dochodami). Deficyt całego polskiego sektora finansów publicznych daleki jest wciąż od zrównoważenia i opiera się na dochodach jednorazowych. Według prognoz Komisji Europejskiej deficyt strukturalny w Polsce w 2019 r. wyniósł ponad 2 proc. PKB i będzie dwukrotnie wyższy niż średni dla UE. W 2020 r. deficyt strukturalny może nawet sięgnąć 3 proc. PKB. Już w tym roku niestety nie da się uniknąć uruchomienia dla Polski procedury nadmiernych odchyleń dla finansów publicznych.

To decydenci określają priorytety polityki społeczno-gospodarczej. Zjawisko malejącego udziału wydatków prorozwojowych (inwestycyjnych) w Polsce jest efektem krótkookresowego, często podyktowanego bieżącymi względami wyborczymi, ich patrzenia na potrzeby rozwojowe polskiej gospodarki. Nie jest to efekt funkcjonowania polskiej reguły wydatkowej, gdyż nie ogranicza ona wydatków inwestycyjnych. Propozycje ewentualnego rozluźniania reguły w związku z rzekomo niskimi kosztami obsługi długu są krótkowzroczne i doraźne – przy nieodpowiedzialnej polityce fiskalnej obecna sytuacja może ulec szybko zmianie.

Likwidacja lub zawieszenie reguły wydatkowej spowodowałoby pogorszenie ratingów Polski, wzrost kosztów obsługi długu. Mogłoby to doprowadzić do destabilizacji finansów publicznych i negatywnie wpłynąć na zrównoważony rozwój gospodarczy. TEP wzywa więc do podjęcia działań legislacyjnych mających na celu uszczelnienie reguły wydatkowej. Chodzi o objęcie jej zakresem państwowych funduszy celowych i innych podmiotów sektora finansów publicznych, które dostają z pominięciem wydatków budżetowych skarbowe papiery wartościowe czy pożyczki, nie mając własnych dochodów, czy źródeł spłaty pożyczek. Należy też zwiększyć przejrzystość ustawy budżetowej, tak by prezentować w niej pełne rozliczenie wydatków objętych regułą wydatkową dla wszystkich istotnych podmiotów. A prace nad ewentualnymi zmianami w obecnie obowiązującej regule wydatkowej powinny być jawne, przejrzyste i poprzedzone rzetelnymi konsultacjami, analizami oraz symulacją zaproponowanych rozwiązań.
Warto przypomnieć, że prace koncepcyjne nad wprowadzeniem reguły wydatkowej w Polsce, co nastąpiło w 2013 r., trwały kilka lat. Wiarygodność polskich reguł fiskalnych musi zostać zachowana.

Czego nie mówią rządowe plany?

Już przed epidemią załamały się wpływy z VAT, co pokazało fikcję rzekomej PiS-owskiej walki z „mafiami VAT-owskimi”.
Obecnie jeszcze nie znamy pełnych konsekwencji gospodarczych pandemii koronawirusa oraz działań rządów mających je ograniczyć. W efekcie, prognozy makroekonomiczne są obarczone bardzo dużą niepewnością – z marcowej ankiety ekonomistów Narodowego Banku Polskiego wynikało, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realny wzrost produktu krajowu brutto w tym roku będzie w przedziale między minus 4,5 proc. a minus 0,5 proc.
Polski rząd opublikował Program Konwergencji, który z powodu niepewności związanej z dalszym przebiegiem epidemii koronawirusa oraz wciąż zmienianymi programami pomocowymi jest dokumentem skróconym. W obecnej sytuacji wszelkie prognozy są obarczone dużą niepewnością, jednak w dokumencie szczególnie zwraca uwagę pominięcie wpływu na finanse publiczne tarczy finansowej oraz funduszu przeciwdziałania COVID-19, oraz brak refleksji nad podwyższoną ścieżką wydatków publicznych także po 2020 roku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rząd tworząc Program Konwergencji przyjmuje, że realne PKB spadnie o 3,4 proc., a nominalne o 0,3 proc. Jednocześnie zaznacza, że jest istotne ryzyko większego spadku.
Recesja spowodowana pandemią koronawirusa i ograniczeniem aktywności gospodarczej, będzie oznaczać spadek dochodów państwa, który w planie rządowym może być niedoszacowany.
Według założeń rządowych, dochody podatkowe mają, rok do roku spaść o ponad 5 proc. (czyli o ok. 25 mld zł). Choć spadek wynika przede wszystkim ze skutków recesji, to należy podkreślić, że jeszcze przed nią plany rządowe wydawały się nadmiernie optymistyczne.
O ile w całym 2020 roku rząd zakładał wzrost dochodów z VAT o 9 proc. r/r, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy przed pandemią (listopad 2019 – luty 2020) wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynosił symboliczne 0,2 proc. Doświadczenia poprzednich spowolnień wskazują, że spadek dochodów z VAT może być jeszcze większy od zakładanych przez rząd.
W przypadku równie istotnych składek na ubezpieczenie społeczne, zakładany jest symboliczny wzrost, ale to efekt sposobu konstrukcji programów pomocowych – składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za pracowników firm z nich zwolnionych zapłaci sektor publiczny. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym miejscu niedoszacowane jest ryzyko zmian na rynku pracy – będzie mniej umów o pracę, a więcej niżej oskładkowanych nietypowych form zatrudnienia.
Według szacunków rządowych, koszty działań antykryzysowych mają wynieść ok. 3,2 proc. PKB – jednak szacunki te nie uwzględniają szeregu działań i przez to są niedoszacowane. Rząd wprost liczy koszty tzw. tarczy antykryzysowej, jednak pomija koszty realizowanej przez Polski Fundusz Rozwoju tzw. tarczy finansowej oraz mającego funkcjonować w Banku Gospodarstwa Krajowego funduszu przeciwdziałania COVID-19.
O ile rząd może manipulować krajową definicją długu publicznego i zamieść te pozycje pod dywan, to najpewniej Eurostat uwzględni je w statystykach sektora finansów publicznych, co będzie skutkowało silniejszym wzrostem długu publicznego, według szacunków dr. Sławomira Dudka nawet o 9 punktów procentowych. Ponadto należy pamiętać, że rząd wciąż pracuje nad kolejnymi rozszerzeniami tarczy antykryzysowej, które mogą zwiększyć jej koszt.
Według szacunków rządu, spadek dochodów oraz nowe wydatki kryzysowe mają łącznie podbić dług publiczny według metodologii unijnej do 55,2 proc. PKB. Jednak uwzględnienie długu ukrytego w PFR oraz w BGK może podbić tę relację nawet powyżej 60 proc.
Rządowy dokument, poza stwierdzeniem o oczekiwanym odbiciu gospodarki w 2021 roku oraz zapowiedzią nowych dochodów podatkowych, nie odnosi się do następnego roku.
Oczekiwania co do wzrostu w przyszłym roku są bardzo mgliste i mówią o odbiciu przekraczającym spadek w tym roku. Przyjęcie takiego założenia oznaczałoby, że w 2021 roku nominalny PKB będzie o jakieś 5-6 proc. wyższy niż w 2019 roku (łączny efekt spadku o 0,3 proc. w 2020 roku i wzrostu rzędu 5-6 proc. w 2021 roku). Tymczasem szereg pozycji wydatkowych wzrośnie w tym czasie znacznie bardziej.
Same wydatki administrowanego przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego mają w 2020 roku wzrosnąć o ok. 6-7 proc. Nawet przy czysto inflacyjnej waloryzacji oraz wzroście liczby emerytów proporcjonalnej do starzenia się społeczeństwa w 2021 roku, wzrosną one o kolejne 5 proc. W efekcie wydatki na emerytury i renty w relacji do PKB wzrosną z 11,6 proc. do 12,3 proc.
Podobnych efektów, choć na mniejszą skalę, można spodziewać się także w innych obszarach wydatków publicznych, np. w planie konwergencji rząd szacuje, że wydatki na płace w sektorze publicznym wzrosną z 10,2 proc. PKB w 2019 roku do 10,7 proc. PKB w 2020 roku. Pytanie, o ile uda się rządowi obniżyć ich dynamikę poniżej dynamiki PKB w 2021 roku?. Te mechanizmy oraz wcześniej uchwalone już nowe wydatki (np. wzrost wydatków na ochronę zdrowia) oznaczają, że nawet po wycofaniu wydatków na programy antykryzysowe wydatki publiczne w 2021 roku będą o 2-3 proc. PKB wyższe, niż w 2019 roku.
Nawet przy optymistycznym założeniu, że dochody w relacji do PKB tak szybko wrócą do poprzedniego poziomu, będzie to oznaczało wyższy deficyt – stawiając rząd przed wyborem nowych podatków (już zapowiedziano podatek od handlu) lub ograniczenia wydatków.

Priorytety władzy: rodzina i wojsko

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące wydatków na politykę społeczną państw członkowskich UE w 2018 roku. Po raz kolejny okazało się, że w Polsce polityka społeczna nie jest priorytetem władz i wbrew rozpowszechnionej opinii wydatki na nią wcale nie są wysokie.

W 2018 roku najwyższe wydatki na świadczenia socjalne były w Finlandii – 24,1 proc. PKB, we Francji – 23,9 proc. i w Danii – 21,9 proc. . Najmniejsze wydatki socjalne miały Irlandia – 9,0 proc. oraz Malta – 10,9 proc. . Średnia dla całej Unii wyniosła 18,6 proc. .
Okazało się też, że Polska należy do krajów, które wydają na usługi socjalne znacznie poniżej unijnej średniej – w 2018 roku było to zaledwie 16,2 proc. .
Eurostat pokazuje też, że Polska łącznie ma znacznie mniejsze wydatki rządowe w PKB niż wynosi średnia unijna. W 2018 roku łączny udział państwa w gospodarce wynosił w krajach należących do UE 45,8 proc. PKB, przy czym w Finlandii, Belgii i Danii wydatki publiczne przekraczały 50 proc..
Tymczasem w Polsce było to zaledwie 41,6 proc. , czyli o ponad 10 pkt proc. więcej niż w krajach o największym udziale państwa w gospodarce! Eurostat przedstawił też szczegółowe dane dotyczące wydatków na różne wymiary polityki społecznej. Wynika z nich, że Polska radykalnie odstaje od średniej unijnej w wydatkach na służbę zdrowia. Na cele zdrowotne polskie państwo w 2018 roku wydawało 4,8 proc.
PKB przy średniej unijnej 7,1 proc. ! Wyraźnie niższe od średniej są też wydatki Polski na pomoc dla osób z niepełnosprawnościami (1,6 proc. PKB przy średniej UE 2,7 proc. ), na wsparcie dla seniorów (9,2 proc. przy średniej UE 10,1 proc. ), śladowe wydatki ponosimy na walkę z bezrobociem (zaledwie 0,2 proc. PKB przy średniej unijnej 1,2 proc. ). Polskie władze marginalną rolę przywiązują też do ochrony środowiska (0,4 proc. przy średniej UE 0,8 proc. ). W czym Polska się wyróżnia? Faktycznie wzrosły wydatki na wsparcie dla rodzin. Tu Polska wydaje 2,6 proc. przy średniej unijnej 1,7 proc. , przy czym warto pamiętać, że dużą część tych środków stanowi świadczenie Rodzina 500+.
Wydatki na opiekę żłobkową i przedszkolną czy posiłki w szkołach są już znacznie niższe niż w krajach najbardziej rozwiniętych. Ponadprzeciętnie wysokie są w Polsce wydatki na obronność – 1,6 proc. PKB przy średniej UE 1,2 proc. oraz na porządek publiczny i bezpieczeństwo – 2,1 proc. przy średniej unijnej 1,7 proc. .
Innymi słowy polityka polskiego państwa jest mało rozwinięta, usługi publiczne są lekceważone i selektywne, nie ma żadnych dalekosiężnych celów związanych z poprawą jakości życia społeczeństwa, a państwo wydaje duże środki wyłącznie na programy pieniężne adresowane dla rodzin z dziećmi i umacnianie wojska oraz policji.
Program Rodzina 500+ uzupełniona przez jednorazowe 300+ ma zaspokajać wszystkie oczekiwania Polaków wobec państwa. Władza jednak chyba czuje, że gniew społeczny narasta i stąd, pomimo nadchodzącego kryzysu, zwiększa wydatki na służby bezpieczeństwa.

Zdrowie wciąż mało szlachetne

Opieka medyczna pochłania coraz więcej pieniędzy podatników, ale rząd PiS nie potrafi przekuć tych środków na osiągnięcie zadowalających efektów.

Wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD, wynoszą 4,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – i są niższe niż w większości państw europejskich należących do tej organizacji.
Niskie nakłady na ten cel oznaczają, że coraz większe są wydatki ponoszone przez samych pacjentów – czy to w postaci udziału w dodatkowych systemach ubezpieczeń, czy pieniędzy przeznaczanych na świadczenia lub leki.
Na zdrowie
Narodowy Fundusz Zdrowia stanowi najważniejsze źródło finansowania publicznego systemu ochrony zdrowia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, pokrywa 85 proc. wydatków na ten cel. Reszta to wydatki budżetu państwa – 11 proc. i jednostek samorządu terytorialnego – 4 proc.
Przychody NFZ w 2018 r. wyniosły blisko 85,3 mld zł i były wyższe o 7 proc. niż w 2017 r. (wzrost o prawie 5,7 mld zł). W ciągu ostatnich czterech wzrosły zaś o ponad 25 proc.
Największą część tych przychodów stanowiły składki obywateli na ubezpieczenie zdrowotne, które wyniosły ponad 80,8 mld zł i składki Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego – 3,3 mld zł.
Ten wzrost o 5,7 mld zł oznacza, że Fundusz po raz pierwszy przeznaczył na świadczenia opieki zdrowotnej ponad 80 mld zł (w stosunku do 2017 r. średnio o 6 proc. więcej).
Najszybciej rosły koszty administracyjne, czyli zadań wynikających z tzw. przepisów o koordynacji (o 53 mln zł czyli o 11,1 proc. ). Jest to jednak generalnie stosunkowo niewielka kwota.
Nieporównanie poważniejszą pozycję stanowią koszty leczenia szpitalnego – wzrost o blisko 3,8 mld zł (9,8 proc.). Równie szybko zwiększały się także koszty podstawowej opieki zdrowotnej – o ok. 1 mld zł (9,9 proc.).
Przyrost kosztów opieki psychiatrycznej i leczenia uzależnień zamknął się kwotą 181,5 mln zł, na długoterminowe świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze wydano blisko o 149 mln zł więcej, na opiekę paliatywną i hospicyjną o 66 mln więcej. Zaopatrzenie w wyroby medyczne to wzrost o ponad 72 mln zł, a pomoc doraźna i transport sanitarny – tylko o niespełna 3 mln zł.
Nikła efektywność
Tak więc, wydano wprawdzie więcej, ale nieudolność rządu Prawa i Sprawiedliwości sprawia, że z tych zwiększonych wydatków bardzo niewiele wynika. Pieniądze, pompowane w niewydolny, PiS-owski system ochrony zdrowia gdzieś przepadają, zaś system nadal jest niewydolny.
„Działalność NFZ w 2018 r. nie spowodowała istotnej zmiany w dostępności świadczeń dla pacjentów” – stwierdza zatem Najwyższa Izba Kontroli.
Nadal nierozwiązanym problemem pozostaje brak dostępu do części świadczeń zdrowotnych, wielomiesięczne czekanie na dostanie się do specjalisty, a na terenie czterech województw, niemożliwość uzyskania kompleksowej opieki po zawale serca.
Niepokoi również wzrost kosztów leczenia szpitalnego (o blisko 4 mld zł) – i wzrost ich udziału w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej do 52,4 proc. A także rosnąca liczba czekających coraz dłużej na świadczenia rehabilitacyjne. Jeszcze w 2016 r. leczenie szpitalne stanowiło 49 proc. kosztów świadczeń opieki zdrowotnej.
Oznacza to całkowitą nieefektywność PiS-owskiego modelu finansowania opieki zdrowotnej w placówkach zakwalifikowanych do „sieci szpitali”. Wprowadzenie ryczałtu nie spowodowało zatrzymania wzrostu udziału leczenia szpitalnego w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej.
NIK zwraca uwagę, na oczywisty fakt: wzrost kosztów świadczeń opieki zdrowotnej nie przełożył się wprost na zwiększenie zakupu świadczeń. W kosztach świadczeń opieki zdrowotnej ujęte zostały bowiem wydatki przeznaczone na podwyższenie wynagrodzeń personelu medycznego.
Koszty podwyżek dla medycznych grup zawodowych wyniosły ponad 4,5 mld zł i były wyższe niż w 2017 roku o 1,9 mld zł. Podniesiono zarobki pielęgniarek i położnych, ratowników medycznych, lekarzy posiadających specjalizację. A wszyscy oni jakoś nie są przesadnie zadowoleni.
Tylko parę pozytywów
W ponurym krajobrazie naszej opieki medycznej widać jednak, zdaniem NIK, parę pozytywów: zmniejszyły się kolejki na operację zaćmy, wprowadzenie dentobusów poprawiło – acz w niewielkim stopniu – powszechność świadczeń stomatologicznych, nastąpiła też wyraźna poprawa dostępności rehabilitacji kardiologicznej dla pacjentów po zawale mięśnia sercowego. Wreszcie, o ponad 50 tys. osób zmniejszyła się ogólna liczba oczekujących na świadczenia. W sumie, dla 28,8 proc. świadczeń czas oczekiwania się wydłużył, a dla 71,2 proc. skrócił się lub pozostawał na niezmienionym poziomie.
Oczywiście pozytywnie trzeba ocenić zmniejszenie się w stosunku do 2017 r. liczby oczekujących na udzielenie świadczeń. Należy zwrócić uwagę, że miało to miejsce w sytuacji wzrostu liczby osób starszych (tj. które osiągnęły 65 i więcej lat), co zawsze stanowi czynnik zwiększający popyt na świadczenia medyczne. Łączna liczba oczekujących na świadczenie (razem, przypadków pilnych i stabilnych) w styczniu 2019 r. wyniosła 5 mln 646 tys. osób – i była o 51 tys. niższa niż o rok wcześniej.
Niepożądaną tendencją jest natomiast wzrost ogólnej liczby oczekujących przypadków pilnych, o ponad 68 tys. osób (tj. o ponad 14 proc.). Oznacza to bowiem, że wiele z tych „przypadków” może nie doczekać.
Na ogólny spadek liczby oczekujących wpłynęła głównie poprawa w organizacji leczenia zaćmy. Pozwoliło to na zmniejszenie liczby oczekujących o blisko 122 tys. osób czyli o 25 proc. (z ponad 494 tys. oczekujących na koniec 2017 r. ,do ponad 372 tys. osób na koniec 2018 r.).
Mediana średniego czasu oczekiwania, dla przypadków stabilnych, spadła o 139 dni i w początku ubiegłego roku wynosiła 345 dni. Tylko w jednym województwie, Podlaskim, czas oczekiwania się wydłużył.
Ogólny spadek liczby czekających nie dotyczył jednak wszystkich rodzajów świadczeń. W rehabilitacji leczniczej, leczeniu szpitalnym i ambulatoryjnej opiece specjalistycznej liczba oczekujących na świadczenie wzrosła.
Na rehabilitację leczniczą na koniec 2018 r. czekało ponad 1 mln 645 tys. osób czyli o ponad 63 tys. więcej niż na koniec 2017 r. (wzrost o 4 proc.), a na leczenie szpitalne 651,5 tys. osób – i było to o 7,7 tys. osób więcej niż na koniec 2017 r.
W ambulatoryjnej opiece zdrowotnej liczba oczekujących (liczona łącznie dla przypadków stabilnych i pilnych) była wyższa o 6,4 tys. osób – przy czym, co także bardzo niepokojące, należy zauważyć, że dla przypadków stabilnych spadła o 16,5 tys. osób, a dla przypadków pilnych wzrosła o blisko 23 tys. osób.
Dentobusy wychodzą z poślizgu
Minister Zdrowia zakupił dentobusy już w 2017 r., jednak w żadnym województwie nie zawarto szybko umowy o udzielanie świadczeń. Ich wprowadzenie napotkało problemy organizacyjne. W efekcie dentobusy wykorzystano w poszczególnych województwach przez okres zaledwie od trzech do dziewięciu miesięcy. Najwcześniej poradzono z tym sobie w łódzkim, podlaskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim. W pięciu województwach dentobusy zaczęły funkcjonować dopiero w drugiej połowie roku – w tym w Opolskim i Pomorskim, dopiero od 1 października 2018 r.
Z pomocy stomatologicznej w dentobusach skorzystało w sumie blisko 34 tys. pacjentów. Największą grupę wiekową stanowili pacjenci pomiędzy 7 a 16 rokiem życia – 61,7 proc. ogólnej liczby, z czego ci młodsi pacjenci stanowili 36,4 proc., a starsi 1,9 proc.
Z ustaleń kontroli wynika, że tylko w ograniczonym zakresie został zrealizowany cel zakupu dentobusów jakim było dotarcie ze świadczeniami do pacjentów, którzy mieli do nich utrudniony dostęp.
Praktyka ustalania miejsc udzielania świadczeń w dentobusach nie uwzględniała rzeczywistych potrzeb i w ograniczony sposób zapewniała możliwość kontynuacji leczenia. Dyrektorzy Oddziałów Wojewódzkich NFZ nie uczestniczyli aktywnie w ustalaniu miejsc udzielania świadczeń. Robili to świadczeniodawcy. W efekcie, dentobusy zatrzymywały się również w dużych miejscowościach, gdzie zapewniony był dostęp do świadczeń w gabinetach.
Natomiast wprowadzenie kompleksowej opieki po zawale serca poprawiło dostępność rehabilitacji kardiologicznej dla pacjentów. Jednak tylko 12,5 proc. pacjentów (9 287 pacjentów z 74 481), którzy w 2018 r. byli hospitalizowani z rozpoznaniem kwalifikującym do kompleksowej opieki po zawale, było leczonych w ramach tej formy opieki. Najwięcej – w Śląskim (34 proc. hospitalizowanych pacjentów), Lubelskim (38 proc. hospitalizowanych) i Dolnośląskim (24 proc. hospitalizowanych).
Natomiast w czterech województwach: Podkarpackim, Świętokrzyskim, Pomorskim i Warmińsko-Mazurskim pacjenci w ogóle nie mieli dostępu do kompleksowej opieki po zawale mięśnia sercowego.
Szczęściarze mieli oczywiście większą szansę na przeżycie. Wiadomo, że wczesne rozpoczęcie rehabilitacji redukuje ryzyko zgonu lub powtórnego zawału.
Generalnie, realizację zadań Narodowego Funduszu Zdrowia utrudniały rozliczne problemy systemowe, dotykające systemu ochrony zdrowia.
Mówiąc najprościej, dostępne zasoby systemu i ich rozmieszczenie nie odpowiadają potrzebom zdrowotnym ludności. To zaś oznacza, że od wielu lat występują ograniczenia w dostępie do części świadczeń zdrowotnych. I to się szybko nie zmieni.

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Brzemię świątecznych zakupów

Na prezenty i inne przyjemności wydajemy coraz więcej, ale większość z nas potrafi zachować dyscyplinę finansową.

Święta zbliżają się wielkimi krokami i już w drugiej połowie listopada w większości sklepów możemy spotkać półki ze świątecznymi stroikami, a galerie handlowe zaczynają świecić kolorowymi światełkami. Co więc zrobić, aby nasz portfel przed świętami nie zaczął świecić pustkami?
W ubiegłym roku Polacy na zakupy świąteczne wydali 272 euro (równowartość 1168 zł). Jest to zaledwie o 64 zł więcej, niż w 2017 roku (257 euro, czyli 1104 zł).
Wydaje się, że jak na czas generalnie rosnącej konsumpcji krajowej jest to przyrost niewielki, wystawiający niezłe świadectwo roztropności finansowej rodaków. Spośród tych deklarowanych 1168 zł wydawaliśmy: na prezenty – 532 zł, na artykuły spożywcze – 511 zł, a na spotkania towarzyskie 125 zł – wynika z zeszłorocznego badania firmy Deloitte.
Inna sprawa, że jak pokazuje badanie, Polacy spośród mieszkańców państw europejskich są szczególnie skłonni aby przekraczać założony budżet na wydatki świąteczne. 53 proc. badanych deklaruje, że zapewne przekroczy go o ponad 200 zł, podczas gdy średnia „przekroczenia” dla Europy to 32 zł.

Ostrożnie z pożyczkami

Nasze wydatki na prezenty świąteczne rosną w tempie nieco ponad 3 proc. rocznie, ale w internecie znacznie szybciej – na prezenty kupowane online wydajemy już o prawie 9 proc. więcej rok do roku. W przypadku wielu rodzin wpływ na to mogą mieć środki z rządowego programu Rodzina 500 plus.
Na rosnące zakupy wpływ może mieć oczywiście większa zasobność naszych portfeli, ale także i, zauważalny przez Polaków wzrost cen. Z jednej strony nominalnie mamy zatem więcej, ale jest to skutecznie „zjadane” zwłaszcza przez część wydatków związanych właśnie z żywnością, czy rozmaitymi usługami.
Wszystkie badania pokazują, że większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności.
Mimo szaleńczego wręcz nasilenia reklam różnych pożyczek i kredytów konsumpcyjnych, zaledwie co dwunasty z nas zamierza zaciągnąć kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków.
Dobrze już rozumiemy, że przedświątecznych pożyczek należy unikać jak ognia. Co piąty z grona tych, którzy zamierzają wspomagać się pożyczkami bądź kredytami, przeczuwa niestety, że popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków.

Nie wierzcie promocjom

Nie jest tajemnicą, że przed świętami produkty w sklepach drożeją. Kłamliwe są wszelkie reklamy mówiące o promocjach świątecznych czy nadzwyczajnych obniżkach. Również i listopadowe wyprzedaże to w dużej mierze lipa, bo ceny tylko sporadycznie bywają niższe. Warto więc pamiętać o dyscyplinie finansowej, a najlepiej przygotować wcześniej plan, którego będziemy się trzymać podczas robienia zakupów.
Dużą część świątecznych wydatków pochłaniają prezenty, a zatem teoretycznie możnaby je kupić wcześniej. Można też trafić na rozmaite akcje rabatowe oraz skorzystać z ofert klubów zakupowych, które niekiedy pozwolą na złapanie okazji. Niekiedy zdarzają się także wyprzedaże garażowe rzeczy używanych, które przywędrowały do nas ze Stanów Zjednoczonych i stopniowo zaczynają zyskiwać popularność.
Można w ten sposób „przewietrzyć szafy” oraz zarobić na rzeczach, które nam się już nie przydadzą – a z drugiej strony jest to szansa na upolowanie fajnego prezentu, np. na targach vintage (to taka bardziej elegancka nazwa targów staroci czy pchlich targów), gdzie czasem da się znaleźć interesujące bibeloty, książki, czy biżuterię. Oczywiście im bliżej świat, tym o to trudniej.

Warto mieć poduszkę

Najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić przed świętami jest przygotowanie poduszki finansowej – tak aby mogła zamortyzować ona upadek naszych finansów wywołany nadchodzącymi wydatkami.
Czyli, trzebaby wcześniej trochę zaoszczędzić. Problem w tym, że większość Polaków ciągle nie bardzo ma co zaoszczędzić. Gdy zaś już cokolwiek zaoszczędzą, to ich pieniądze są systematycznie konsumowane przez rosnącą inflację. Oszczędności mogą też zostać zrujnowane przez nieprzewidziane kłopoty: wydatki nieplanowane, związane z pogorszeniem stanu zdrowia bądź jakąś sytuacją kryzysową.
Generalnie oszczędności Polaków wynikają przede wszystkim z ograniczenia bieżących wydatków, nie zaś z lepszego gospodarowania pieniędzmi czy pojawieniem się nadwyżek w portfelu.
Według raportu GfK Polonia, Polacy stopniowo oszczędzają coraz więcej, jednak wciąż pozostają w tyle za sąsiadami. Skumulowane oszczędności polskich gospodarstw domowych w Polsce wynoszą 2,2 proc. produktu krajowego brutto, natomiast w Niemczech wartość ta wynosi ponad 11 proc. PKB.
Większość z nas odkłada kwoty, wynoszące średnio pomiędzy 100 a 250 złotych miesięcznie. Aby święta nie były dla nas zaskoczeniem warto więc już wcześniej przeznaczać na ten cel choć część miesięcznych oszczędności.
Dyscypliny finansowej nie nauczymy się z dnia na dzień, ale możemy przyjrzeć się swoim wydatkom i zanotować, ile pochłaniają Święta Bożego Narodzenia – a potem wrócić do tego rozliczenia za rok, gdy zaczniemy myśleć o wydatkach na święta 2020 r.

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.

Obiecanki, cacanki

PiS da – i nie martwi się konsekwencjami. Rządzący zapowiadają dziś hojne wydatki pieniędzy publicznych, ale ich następcy będą musieli porządnie zaciskać pasa.

PiS zapowiedziało w polityce gospodarczej powtórzenie swoich działań z 2007 roku. Wówczas w szczycie światowej koniunktury rząd PiS uchwalił ustawy, które weszły w życie w trakcie spowolnienia w 2008 i 2009 r., zwiększając deficyt sektora finansów publicznych o 2 proc. PKB i wymuszając na rządzie PO-PSL szukanie oszczędności.
Obecne zapowiedzi również ogłoszono w szczycie koniunktury, ale w pełni wejdą w życie dopiero w kolejnych latach, gdy wedle dostępnych prognoz wzrost gospodarczy będzie wolniejszy i – w konsekwencji – sytuacja finansów publicznych trudniejsza.

Podciągnęła nas strefa euro

Lata 2015-2018 to okres najszybszego od 2007 r. wzrostu naszego największego partnera handlowego – strefy euro, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi polskiej gospodarki.
O ile przez cały okres 2013-2015 gospodarka strefy euro urosła o 3,2 proc., to w latach 2015-2018 wzrost przyspieszył do 6,4 proc. Obecnie zaczyna już być widoczne cykliczne spowolnienie w strefie euro (prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzrost w okresie 2019-2021 to 5,2 proc.).
Szybki wzrost strefy euro wspierał wzrost polskiej gospodarki, która wzrastała w szybkim tempie pomimo negatywnych skutków polityki PiS, najlepiej widocznych w załamaniu stopy inwestycji (po 3 latach rządów PiS jest ona na najniższym poziomie od ponad 20 lat). Wzrost gospodarczy, oparty przede wszystkim o konsumpcję, przyczynił się do szybkiego wzrostu dochodów podatkowych.
W kolejnych latach czeka nas jednak spadek tempa rozwoju, związany nie tylko ze spowolnieniem w strefie euro, ale także ze starzeniem się społeczeństwa (efekt dodatkowo pogłębiony obniżeniem wieku emerytalnego przez PiS).

Kiełbasa wyborcza

Najnowsze zapowiedzi partii rządzącej są dużo gorsze od ustaw uchwalonych przez nią w 2007 roku. Wówczas obniżono podatek od dochodów osób fizycznych i składki na ZUS, co choć zwiększyło deficyt sektora finansów publicznych w 2009 r. o ponad 2 proc. PKB, to jednocześnie obniżyło opodatkowanie pracy i sprzyjało wzrostowi zatrudnienia.
Obecne zapowiedzi w trzech czwartych dotyczą wzrostu wydatków socjalnych (500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to łącznie 25-30 mld zł), a tylko w jednej czwartej zmniejszenia opodatkowania pracy (zwolnienia z PIT dla osób młodych oraz wzrost kosztów uzyskania przychodu – łącznie ok. 10 mld zł).
Poza ogłoszonymi w sobotę obietnicami, rząd PiS już wcześniej uchwalił na 2020 r. wzrost wydatków na zdrowie i armię o 0,27 proc. PKB, czyli ok. 5 ld zł. Razem z najnowszymi zapowiedziami daje to dodatkowe wydatki na poziomie 40-45 mld zł (prawie 2 proc. PKB).

Będzie coraz trudniej

Dobra koniunktura w ciągu ostatnich 3 lat ułatwiła wzrost ściągalności podatków, ukryte podwyżki podatków (brak zmiany progów podatkowych) i oszczędności (mrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym).
O ile jeszcze w tym roku możliwe będzie sfinansowanie wchodzących od połowy roku nowych wydatków bez zwiększenia zaplanowanego deficytu, to w 2020 r. sytuacja będzie już znacznie trudniejsza.
W czasie spowolnienia gospodarczego następny rząd będzie miał o wiele bardziej ograniczone pole manewru. Utrudnione będzie finansowanie nowych wydatków, ograniczona zostanie możliwość przeprowadzenia potrzebnych reform, jak np. reformy podatkowej.

Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.