„Dobra zmiana” wkroczyła do prawa gospodarczego

W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.

31 sierpnia 2021 r. w Dzienniku Ustaw poz.1598 ogłoszono ustawę o z zmianie ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów, przymusowej restrukturyzacji oraz niektórych innych ustaw. Dowiadujemy się z niej o zmianach w wielu ustawach w ogóle nie związanych z celem czy ogłoszonym tytułem. Jest to kolejny przykład zmian prawa wprowadzonych w ukryciu, bez konsultacji, pokazujący dokąd w prawie gospodarczym zmierzamy.
Na stronie 70 dowiadujemy się, że zmiany dotyczą też ustawy o biegłych rewidentach i o nadzorze publicznym. Nie ma to żadnego związku z tytułem owej noweli, a sposób ujęcia tych zmian wskazuje, że autorom nie zależało na rozgłosie, nie wspominając o trybie konsultowania, procedowania czy uchwalania. Przedstawiono je jako propozycję rządową, a z zapisu procesu legislacyjnego wynika, że żadnej dyskusji parlamentarnej, czy merytorycznego uzasadnienia tych zmian nie było. Nie było też wskazania źródeł pokrycia kosztów – bo wiadomo, że pokryją je biegli rewidenci, czyli pozarządowa organizacja, Polska Izba Biegłych Rewidentów (PIBR), utrzymująca się ze składek. PIBR, najważniejsza w kraju organizacja, nawet nie została o tych zmianach poinformowana, Jeśli ktoś miał wątpliwości o zamiarach władz, to po przeczytaniu  owych  zmian, które weszły w życie 15 września, zapewne się ich pozbył. Podobnych zmian było więcej, tym razem chodzi o przedłużenie do ośmiu lat, czasu gromadzenia dokumentacji, czytaj makulatury, oraz karania biegłych.
Nasuwa się jedno pytanie: czemu owe zmiany mają służyć, jak mają poprawić jakość audytu, o której głośno trąbi PANA (Państwowa Agencja Nadzoru Audytowego) i jak mają pozytywnie wpłynąć na obraz działalności gospodarczej prezentowany w sprawozdaniach?. A rozjazd pomiędzy rzeczywistością gospodarczą i sprawozdawczością, nie tylko się powiększa, ale też władz nie interesuje. Rzeczywistością staje się bardziej to, co głosi się na konferencjach prasowych, zapisze się w dobrych sprawozdaniach, a biegli, jeśli chcieliby jeszcze przeprowadzać jakieś rewizje finansowe, to niech się mają na baczności.
Przypomnijmy, że audyt finansowy/ rewizja finansowa, to kompleksowe badanie sprawozdania finansowego, które ma dostarczyć podstaw do stwierdzenia, że przedstawia ono rzetelnie i jasno sytuację majątkową i finansową oraz wynik finansowy jednostki. Że jest ono zgodne z obowiązującymi jednostkę przepisami, postanowieniami statutu lub umowy, że zostało sporządzone na podstawie ksiąg rachunkowych itd. Wyniki takiej rewizji są przedstawiane w postaci sprawozdania z badania, które zawiera ocenę, czy sytuacja finansowa nie jest zagrożona w okresie przynajmniej 12 najbliższych miesięcy. Tak, 12 miesięcy, bo po nich przychodzi nowy audytor, badający jednostkę ponownie i ocenia sytuację niezależnie od poprzedników. Badany podmiot jest zobowiązany do zachowania dokumentacji źródłowej przez 5 lat, takoż i biegły dokumentujący czynności rewizyjne; z dniem 15.09 będzie to 8 lat. Jakie znaczenie mają mieć wtórne informacje i czego miałyby dowodzić po 8 latach w sytuacji, gdy nie ma już dokumentacji źródłowej? Czemuż miałyby owe robocze notatki służyć, kiedy mamy audyt najnowszy, sprzed dwóch, trzech, czterech czy pięciu lat? Odpowiedź na każde z owych pytań jest prosta: mają one niewielkie znaczenie już po badaniu sporządzonym przez następnego audytora, więc możliwości są dwie: karać bez względu na trafność wydanej opinii (bo czegoś biegły nie zapisał), albo nie karać tych, którzy wydali opinię taką, jakiej oczekiwaliśmy, niezależnie od faktów. Nie ma danych źródłowych, więc opinię obronią notatki!
Zakres wiedzy, którą musi posiąść biegły rewident jest rozległy i obejmuje: teorię i zasady rachunkowości; sporządzanie sprawozdań i ich analizę, rachunek kosztów i rachunkowość zarządczą; kontrolę wewnętrzną; rewizję finansową, etykę zawodową, prawo spółek, ład korporacyjny; prawo upadłościowe i naprawcze; prawo podatkowe, cywilne; prawo pracy i ubezpieczeń społecznych; prawo bankowe, ubezpieczeniowe; technologie informacyjne i systemy komputerowe; mikroekonomię i makroekonomię; matematykę i statystykę, zarządzanie itd. Wydaje się wręcz niemożliwością posiadanie tak rozległej wiedzy, ale tak stanowi prawo. Wskazane byłoby, aby wiedza biegłych była wykorzystana, więc to oni powinni stać na straży jawności i przejrzystości obrotu gospodarczego, a także dbać o właściwy przekaz informacji generowanych przez podmioty gospodarcze.
Rewizja finansowa jest systemowym badaniem polegającym na obiektywnym ustaleniu prawdziwości i ocenie stwierdzeń na temat wyników działalności gospodarczej oraz stopnia zgodności z rzeczywistością gospodarczą. Wyniki tych badań przedstawia się akcjonariuszom, udziałowcom, bankom, właścicielom, a w przypadku jednostek zaufania publicznego, także społeczeństwu. Nie ma innego zawodu w Polsce, który wymagałby tak szerokiej merytorycznej wiedzy! Ale informacja o wynikach rewizji finansowej jest coraz bardziej ograniczana, a nawet utajniana!.
Jak wynika z art. 64 ustawy o rachunkowości, badaniu podlegają roczne sprawozdania finansowe – kontynuujących działalność: banków, zakładów ubezpieczeń, spółdzielczych kas, jednostek działających na podstawie przepisów o obrocie papierami wartościowymi oraz przepisów o funduszach inwestycyjnych, funduszy emerytalnych, instytucji płatniczych, spółek kapitałowych z wyłączeniem mikro i małych przedsiębiorstw. Dla nich audyt stanowią rozliczenia podatkowe, a ponieważ zarządzają majątkiem własnym, nie jest niezbędny arbiter w postaci biegłego rewidenta. Natomiast w sytuacji przedsiębiorstw i organizacji większych, gdzie zarządza się majątkiem nie swoim, rewizja finansowa jest konieczna. Znamienne jest też, że badaniu podlegają podmioty „kontynuujące działalność”, więc jeśli podmiot zaufania publicznego ogłosi, że nie zamierza jej kontynuować (zostanie poddany likwidacji, restrukturyzacji itp.) to rewizji finansowej uniknie. To jest idealna furtka do uniknięcia kontroli. Może zamiast 8-letnej karalności, należałoby się zastanowić nad korektą tego zapisu?
Obecne zmiany prowadzą do tego, że znaczenie audytu ulega zmniejszeniu, a problemy rosną. Dodatkowe obciążenia i obowiązki firm audytorskich wyeliminują następne podmioty z rynku, który staje się powoli oligopolem. Kontrolowanie działalności audytowej w zakresie takim, jaki planuje PANA, wzmacnia nadzór publiczny nad działalnością PIBR, co nie jest z gruntu złe, ale nie ma tam nic, co wzmacniałoby rolę audytu i prowadziło do niwelowania rozbieżności między rzeczywistością a sprawozdawczością! Tak rozumiana reforma audytu pozwala sterować, kto ma badać najważniejsze podmioty i organizacje w państwie i jaki ma być efekt owej rewizji. Spośród 1,3 tysiąca firm audytorskich, jedynie 70 z nich badały jednostki zaufania publicznego. Rynek audytu banków, funduszy, zakładów ubezpieczeń, spółek akcyjnych i innych jzp jest już owładnięty przez nielicznych. Pojedynczy biegły ma niewielkie szanse konkurowania z gigantami: po pierwsze: jego opinia niewiele znaczy, a po drugie: zamawiający nie ma pewności jakąż to opinię ów biegły wyda. Dlatego zamawia audytora, któremu płaci dużo, ale otrzymuje opinię taką, jakiej oczekuje. Przykładów na to jest mnóstwo.
Scentralizowany nadzór nad firmami audytowymi miał zmniejszyć możliwości działania spółek niezgodne z prawem. Ale przecież nie tylko o spółki tu chodzi, lecz również partie, fundacje, jednostki budżetowe i wszelkie inne podmioty korzystające ze środków publicznych. Kontrola audytu to niewielka część całości, najważniejsze są kompetencje i umiejętność formułowania wniosków z audytu, czyli tzw. eksperckiego osądu. Dlaczego z procesu kontroli oraz zmian prawa wyłączono PIBR i inne organizacje skupiające biegłych? Jakie względy merytorycznie za tym przemawiają? Czy PANA, działająca od roku, jest tak kompetentną organizacją, że nie potrzebuje z nikim współpracować? Dotychczasowe próby to raczej pozory współpracy, bo PANA jako organ władczy i tak postanowi, jak zechce. Potwierdzają to dyskusje, które dotychczas się odbyły.
Właściciele jednostek oprócz opinii na temat sprawozdania, chcieliby też wiedzieć, czy i co robią nie tak, co należałoby usprawnić itp. Wizyta biegłego u przedsiębiorcy była ważna – ale teraz biegłemu nie wolno udzielić żadnych porad! Jest to absurd oznaczający, że od chwili wprowadzenia zapisu art. 56 ustawy, zawód ten w oczach przedsiębiorców przestał mieć merytoryczne znaczenie. A przecież dla zachowania niezależności wystarczyłoby wymienić usługi wtedy wyświadczone. No ale zwyciężył interes innych zawodów, więc nie pora lać łez na biegłymi, którym w nagrodę dodano obowiązków administracyjnych.
Od chwili likwidacji Krajowej Komisji Nadzoru, zawód biegłego rewidenta nie jest już wolnym zawodem; ma co prawda mnóstwo ważnych obowiązków, lecz uprawnień niewiele, a samorządności żadnej. W tym kontekście należałoby zapytać: kto się odważy sprzeciwić wynikom finansowym ogłoszonym przez popieranych politycznie czempionów? Po drugie: co i w jaki sposób mają poprawić owe przedłużone terminy karania/dokumentowania? Skoro żadnego uzasadnienia nie przedstawiono, podpowiedzmy: nie poprawią nic!.
Gdyby natomiast chodziło o podniesienie rangi audytu i jego wpływu na rzeczywistość gospodarczą, należałoby, wzorem krajów Unii Europejskiej doprecyzować następujące sprawy:
1) uznać, że sprawozdanie z badania zawiera wiążące dane dla wszystkich którzy się tym posługują – urzędów, sądów, inwestorów, właścicieli, chyba że wykaże się jego nieprawidłowości w toku kontroli, którą zaostrza PANA. Po co zatem zwiększone restrykcje wobec biegłych, kiedy nie zwiększamy/poszerzamy znaczenia audytu? Dziś w przeważającej większości audyt to niepotrzebny wydatek, niemal zło konieczne: by raport złożyć do KRS! Tak rozumują przedsiębiorcy!
2) objęcie audytem partii politycznych, w miejsce formalnego potwierdzania sporządzonych tabelek, że pieniądze wpłynęły na prawidłowe konto itp. Takie sprawdzania (bo przecież nie audyt) mogą robić urzędnicy np. Państwowej Komisji Wyborczej. Natomiast audyt partii winien obejmować ocenę jej działalności finansowej wraz z zasadnością ponoszonych wydatków na cele statutowe. Dotychczas nie podlegają one kontroli i wystarczy, że koszt urządzonej imprezy partia nazwie konwencją, by wszystkie związane z nią koszty jak zakup alkoholu, najem kwater, ochrona prywatnych osób, uważać za koszty statutowe. Jak uznać koncert Zenka na imprezie partyjnej za koszt statutowy? Partie mogłyby ponosić sobie te koszty, gdyby nie korzystały z pieniędzy publicznych! Dla porównania – przedsiębiorcom takich kosztów ponosić nie wolno, mimo, że finansują je z własnych środków. Jak długo mamy czekać na zlikwidowanie tego absurdu?
3) rozgraniczenie wydatków  na cele państwa oraz na cele partii. W tym zakresie nie różnimy się wiele od Korei Płn. Merytorycznie łatwo to zrobić, trzeba jedynie politycznej woli. Jak długo klasa polityczna ma pasożytować na państwie? W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to jest kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.
4) wszelkie nietrafione inwestycje, wieże, przekopy, porty, zapasy strategiczne itp muszą podlegać audytowi, czyli wycenie według wartości godziwej, a różnice odpisywane w straty. Jako składniki aktywów, czyli majątku narodowego, mogą być uznane tylko te, które w przyszłości przysporzą korzyści ekonomicznych. Jeśli jakaś wartość nie spełnia tego kryterium, nie może stanowić składnika majątku.
5) uściślenie wymogów audytorskich wobec spółek Skarbu Państwa, na równi z innymi podmiotami po to, by zapobiec budowaniu ” wydmuszek narodowych”. Dotyczy to również wydatków na finansowanie politycznych przedsięwzięć, niezwiązanych z działalnością gospodarczą tych podmiotów.
6) egzekwowanie wymogów sprawozdawczych firm inwestorskich, funduszy, spółek giełdowych, których majątek w pomad 90 proc. zależy od wyceny wszelkiego rodzaju papierów, często wbrew nazwie, bezwartościowych. Audyt tych podmiotów wymaga szczególnych rygorów wyceny!
7) Żadne wydatkowanie pieniędzy publicznych nie może pozostać bez kontroli, czyli standardowego audytu. Takie prawo w zasadzie jest, ale funkcjonuje wybiórczo.
8) uczestnictwo biegłych w procedurach upadłościowych. Każde sprawozdanie sporządzone na moment upadłości musi być poddane rewizji, by syndyk rozliczył się z majątku, który przejmuje. Nie może się on w procesie upadłości rozpływać. To w upadłościach mamy największy rozjazd między sprawozdawczością a rzeczywistością gospodarczą, sięgający czasem 100 proc., a procesy upadłości trwają wiele lat, po których rzadko kiedy zostaje cokolwiek do podziału wierzycielom. Dlaczego, nadzorując audyt, PANA tego nie dostrzega?
10) wzmocnienie roli prawa bilansowego w ewidencji gospodarczej oraz sprawozdawczości wszystkich podmiotów, w tym państwa. Dotychczas jest ono rozumiane jako niemal „lex imperfecta” (prawo pozbawione sankcji, niemożliwe do wyegzekwowania).
11) uczestnictwo biegłych w przygotowaniach zmian przepisów prawa gospodarczego i bilansowego na każdym etapie jego tworzenia. Czy najnowsze zmiany były z kimkolwiek  konsultowane? Dla skuteczności kontroli działalności gospodarczej, dostęp do informacji jest niezbędny, wręcz kluczowy, dlatego ograniczanie dostępu do informacji podmiotów zaufania publicznego, świadczy że działania władz zmierzają w kierunku przeciwnym niż deklaracje. Aby to stwierdzić, wystarczy dokładnie analizować bieżące nowele prawa.
Przypomnijmy też, że rząd zamierza znowelizować kodeks spółek handlowych, co ma rzekomo odpowiadać potrzebom polskich przedsiębiorców, ale nikt ich o to nie pytał! Ministerstwo Aktywów Państwowych przedstawia zmiany jako największą reformę kodeksu od 20 lat. Główne cele to wprowadzenie tzw. prawa holdingowego, wdrożenie przepisów o „grupie spółek”, zapewnienie spółce dominującej sprawnego zarządzania grupą oraz rzekome zwiększenie odpowiedzialności rad nadzorczych – jak wskazuje MAP. Ale zmiany te budzą wiele zastrzeżeń o charakterze fundamentalnym – także co do zgodności z Konstytucją, zasadami techniki prawodawczej, prawem unijnym, systemowej spójności i zgodności z podstawami prawa handlowego i prawa cywilnego, czyli prawa prywatnego, którego podstawową funkcją jest ochrona praw jednostki. Z decyzją powinna być zawsze związana odpowiedzialność, a tu proponuje się oderwanie tej zależności
Proponowane rozwiązania prowadzą do ograniczenia swobody przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału. Stwarzają możliwości drenażu majątku spółek zależnych przez spółki dominujące, które mogą łatwo uniknąć odpowiedzialności cywilnoprawnej. Obniżą próg ochronny dla spółek zależnych, ich wspólników/akcjonariuszy oraz wierzycieli tychże spółek. Już sama wielość zmian powoduje zamieszanie przez brak korelacji z pozostałymi przepisami kodeksu spółek handlowych. Ma to pozornie zwiększyć efektywność rad nadzorczych, ale chodzi tu raczej o uzasadnienie wysokich zarobków członków tych rad. Wiele rozwiązań zakłóca, a wręcz zaburza istniejący system nadzoru korporacyjnego, przerzucając obowiązki nadzorcze na zarząd spółki. Nie są one też zgodne z prawem unijnym ponieważ dla spółek z UE niektóre postanowienia będą nie do spełnienia. A największy problem to „przeregulowanie” przepisów i nadmierny formalizm, który w działalności gospodarczej już staje się udręką.
Pomijając fakt, że dotychczasowe ksh w zasadzie regulują wszystkie sprawy w sposób wystarczający oraz że owe zmiany nie były konsultowane ze środowiskiem biegłych rewidentów, podkreślmy, że po wprowadzeniu nowych przepisów spółki kapitałowe zaczną działać jak urzędy, a ludzie nie będą podejmowali inicjatyw, dopóki nie dostaną polecenia z góry. Nowela zakłada, że spółka dominująca będzie mogła żądać od spółki zależnej wykupienia udziałów mniejszościowych. Nowe przepisy ułatwiają pozbywanie się takich udziałowców. Wprowadza się też zwolnienie członków zarządu i rad nadzorczych z odpowiedzialności wobec spółki za daną czynność, jeżeli osoby te działały w sposób lojalny wobec spółki. Ma wzmocnić rolę spółek dominujących poprzez wprowadzenie szeregu uprawnień wobec spółek zależnych.
Proponowane zmiany zdaniem MAP mają ułatwić wiele procesów, które zachodzą dzisiaj w praktyce działania grup kapitałowych, za którymi rzekomo nie nadąża prawo. Ale te regulacje nie uwzględniają rzeczywistej i obowiązującej już praktyki zarządzania grupami spółek, gdzie z założenia członkowie zarządów i rad nadzorczych mają znać prawo. Nowe regulacje takiego założenia nie podtrzymują. Ma powstać wielotorowość w stosowaniu prawa, znaczna część problemów holdingowych będzie rozwiązywana przy pomocy instrumentów nie tylko prawa spółek i prawa cywilnego, ale też prawa administracyjnego i karnego, co może doprowadzić do dodatkowych problemów na niższych poziomach zarządzania grup. Problem przeregulowania i nadmiernego formalizmu, pozwoli szczeblom wyższym na znaczącą dowolność w sprawowaniu nadzoru przez rady nadzorcze spółek dominujących nad realizacją zadań przez spółki zależne.
Regulacje prawa holdingowego mają rzekomo zapewnić skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi, co będzie zależało od woli samych zainteresowanych – a to oznacza, że na wyższych szczeblach mogą one być wykorzystywane do ochrony interesów członków zarządów i rad nadzorczych, oraz przypisywania odpowiedzialności niższym szczeblom zarządzania grup spółek. Niezależnie od ostatecznej wersji proponowanych zmian, ich intencje są dość widoczne, choć w zamęcie wielosłowia nie zawsze łatwe do identyfikacji.

Podejrzane numery w Totalizatorze

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości zarządzają firmami państwowymi nie przejmując się ani przepisami, ani tym bardziej etyką biznesu. Czy zarząd Totalizatora Sportowego pójdzie siedzieć ?
Najwyższa Izba Kontroli zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o. przy wyborze dostawcy 300 terminali do gier hazardowych wraz z oprogramowaniem, oraz zakupie licencji do centralnego systemu zarządzania terminalami. Na skutek tego spółka poniosła szkodę majątkową w wysokości co najmniej 9,8 mln zł. Te patologie miały miejsce w Totalizatorze Sportowym w latach 2016 – 2019, czyli pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. To nie jest zaskoczenie. Wydawać się może, iż prominenci tej partii niejednokrotnie są zdania, że firmy państwowe to ich prywatne dojne krowy.
Ważnym zadaniem w każdej spółce – także państwowej – powinno być stworzenie optymalnych procedur zakupowych. Właściwie skonstruowane procedury pozwalają na świadome i racjonalne dokonywanie wszelkich zakupów. Dzięki temu można znacząco obniżyć koszty produkcji oraz poprawić konkurencyjność spółek. Ta prawda jakoś się jednak nie przyjęła pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości. Tu racjonalne zakupy się nie liczą, istotne jest raczej to, ile mogą zarobić krewni i znajomi królika.
Przykładowo, w trzech wielkich spółkach państwowych, po roku 2016 na transakcje realizowane poza procedurami zakupowymi – czyli w praktyce wedle dowolnego widzimisię szefostwa tych firm – wydawano od 183 mln zł do ponad 248 mln zł.
I tak np., wydatki Energa SA (firmy wytwarzającej i dostarczającej energię) na cele marketingowe w latach 2016-2020 (pierwsze półrocze) dokonane z wyłączeniem procedur zakupów wyniosły łącznie 183 mln zł, czyli 92 proc. wydatków ogółem. „Wydatkując co roku znaczące kwoty na działalność marketingową, Energa SA nie posiadała strategii marketingowej” – zaznacza NIK.
Wprawdzie Energa SA aż trzykrotnie zamawiała opracowanie strategii marketingowej, wydając na ten cel łącznie 369 tys. zł (ciekawe, kto z krewnych i znajomych królika zarabiał na opracowywaniu tych strategii?), ale żaden z przygotowanych dokumentów nie został przyjęty do stosowania.
W Totalizatorze Sportowym sp. z o.o. łączna wartość zakupów zrealizowanych w latach 2016-2019 z wyłączeniem procedur zakupowych wyniosła natomiast blisko 244 mln zł. Na podstawie tych wyłączeń realizowane były zwłaszcza zakupy o dużej wartości, dokonywane w ramach wykonywania monopolu państwa na urządzanie i prowadzenie gier na automatach poza kasynami gry.
Z kolei wydatki Polskiej Grupy Energetycznej SA dokonywane poza procedurami przekroczyły 248 mln zł – z tego blisko 232,5 mln przeznaczono na sponsoring i reklamę (pytanie, ile z tego przeznaczono na utrzymanie różnych pisemek prawicowych?), a ponad 11 mln na usługi prawne. Łącznie było to ponad 58 proc. wydatków na zakupy ogółem.
Zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o., pomijając tryb konkurencyjny dokonał wspomnianego zakupu systemu centralnego i terminali do gry, od dostawcy nie posiadającego kompetencji do oferowania tych produktów. W konsekwencji, w ocenie NIK, Totalizator Sportowy poniósł szkodę majątkową w wysokości co najmniej 9,8 mln zł. W tym przypadku Najwyższa Izba Kontroli skierowała 16 listopada 2020 r. do Prokuratury Regionalnej w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o.
Przestępstwo, dokonane przez członków zarządu Totalizatora miało polegać na dokonaniu, bez zachowania konkurencyjnego trybu, wyboru dostawcy 300 terminali do gier hazardowych wraz z oprogramowaniem oraz zakupu licencji do centralnego systemu zarządzania terminalami. Zarząd Totalizatora Sportowego postanowił także odstąpić od dochodzenia części kar umownych z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania umowy przez tego dostawcę. Może to wskazywać , że ów dostawca cieszył się wielkimi względami wśród członków zarządu.
Łączna wartość zakupów zrealizowanych przez zarząd Totalizatora Sportowego poza podstawowymi trybami wyniosła dokładnie 243,9 mln zł, co stanowiło 34,3 proc. ogólnej kwoty przeznaczonej w Totalizatorze na zakupy (711 mln zł). NIK stwierdziła, że Totalizator Sportowy nie posiadał odpowiedniego doświadczenia w urządzaniu gier na automatach, ani też systemu służącego do nadzoru nad siecią terminali.
„Podejmując decyzje o wyborze głównego dostawcy niezbędnych urządzeń zarząd Totalizatora Sportowego nie zabezpieczył prawidłowo interesów spółki, jak również nie zachował zasad uczciwej konkurencji, co oznaczało przekroczenie dozwolonego ryzyka gospodarczego. W szczególności negatywnie pod względem gospodarności i celowości NIK oceniła fakt, że w odniesieniu do zakupów terminali i systemu centralnego do zarządzania tymi terminalami zarząd TS odstępował od stosowania procedur przetargowych, pomimo iż analizy wykonane dla potrzeb tego przedsięwzięcia wskazywały na ryzyko zagrożenia interesu spółki” – podkreśla NIK. Czyli, były analizy i ostrzeżenia, ale zostały świadomie zlekceważone przez władze Totalizatora Sportowego.
Wyjaśniając powód tej decyzji, jeden z ówczesnych członków zarządu Totalizatora tłumaczył, iż były „zalecenia przekazywane zarządowi nieformalnie” (potocznie nazywa się to naciskami), aby prowadzić współpracę wyłącznie ze spółkami Skarbu Państwa.
Można to zrozumieć, bo jak wiadomo, ze spółek Skarbu Państwa znacznie łatwiej wyprowadza się pieniądze, niż z firm prywatnych. Zainteresowanie prominentów PiS kontaktami tylko ze spółkami państwowymi jest więc jakoś wytłumaczalne.
„Konsekwencją zastosowanego sposobu postępowania przy zakupie systemu centralnego i terminali do gry było powstanie szkody majątkowej dla Totalizatora Sportowego w łącznej kwocie nie mniejszej niż 9867,4 tys. zł” – podsumowuje Najwyższa Izba Kontroli. I konkretyzuje, że na tę szkodę składają się:

  • nieuzyskane przychody w wysokości nie mniejszej niż 2581,5 tys. zł, oczekiwane za pierwsze pięć miesięcy 2018 r. z tytułu różnicy pomiędzy sumą wpłaconych stawek a kwotami wypłaconych wygranych;
  • utracone wpływy w wysokości nie mniejszej niż 1750,0 tys. zł, na skutek odstąpienia przez zarząd Totalizatora od nałożenia kar umownych należnych z tytułu niewywiązania się przez wybraną spółkę Skarbu Państwa z postanowień zawartej umowy;
  • strata w łącznej wysokości 5535,9 tys. zł z tytułu akceptacji przez zarząd TS ceny za system centralny nie spełniający wymogów umowy. W 2018 r. w porównaniu do 2017 r. przychody Totalizatora Sportowego wzrosły z 4667117,9 tys. zł do 5108113,2 tys. zł, czyli o 9,4 proc. Natomiast zysk netto zmniejszył się z 302484,5 tys. zł do 234869,1 tys. zł, a więc aż o 22,4 proc.! Odpowiedzialność za to ponoszą członkowie zarządu Totalizatora – już tego wymienionego podczas panowania PiS.
    Jak widać, NIK w sprawie przestępstwa w Totalizatorze Sportowym, dokonując tych ustaleń w zasadzie wyręczyła już prokuratorów. Jakoś jednak nie wpłynęło to na szybszą pracę PiS-owskiej prokuratury. Zawiadomienie o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa zostało złożone w listopadzie ubiegłego roku, czyli prawie osiem miesięcy temu, ale dotychczas głucho o czynnościach prokuratorskich. Nikt też jednak i nie oczekiwał, że PiS-owska prokuratura będzie się ochoczo zajmować machinacjami PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili państwowe – czyli już partyjne – spółki.
    Oświadczenie wydał za to zarząd Totalizatora Sportowego. Nie odnosi się w nim do meritum, czyli do wielomilionowej szkody i do podejrzenia popełnienia przestępstwa. Zarząd informuje natomiast, że sprawa dotyczy „wielokrotnie już omawianej współpracy” (ciekawe, przez kogo omawianej ?) Totalizatora Sportowego z innymi spółkami Skarbu Państwa, która rozpoczęła się w 2016 roku i następnie kontynuowana była w 2017 r.
    Zarząd tłumaczy też, że postępowania zakupowe Totalizatora Sportowego przebiegały „zgodnie z obowiązującymi w spółce regulaminami, uzyskując wszelkie wymagane zgody korporacyjne, w tym właścicielskie oraz odbywały się pod ścisłym nadzorem organów kontrolujących”. Uzgodniona treść porozumienia była zaś „przedmiotem akceptacji organu właścicielskiego”.
    Czyli, wszystko było zgodne z naszymi wewnętrznymi regulaminami, zaś PiS-owskie władze państwowe i rząd wszystko wiedziały oraz akceptowały. A jakby co, to my wykonywaliśmy tylko rozkazy…

Jaka PiS-owska afera może zostać ujawniona tym razem?

NIK chce skontrolować Polską Fundację Narodową. Fundacja to uniemożliwia – i publikuje kuriozalne oświadczenie, że PFN jest podmiotem prywatnym, nie dysponującym środkami publicznymi (!).
Najwyższa Izba Kontroli zawiadomiła 6 kwietnia prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd państwowej Polskiej Fundacji Narodowej. Przestępstwem tym ma być to, że władze PFN uniemożliwiły NIK-owi skontrolowanie finansów fundacji. Dodajmy, że finansów mocno kontrowersyjnych.
Polska Fundacja Narodowa to z każdego punktu widzenia instytucja tak bardzo PiS-owska, jak sobie tylko można wyobrazić. Została powołana z inicjatywy prominentów PiS, a mówiąc dokładniej, na polityczne polecenie nowej władzy. 16 listopada 2016 r. utworzyło ją (i finansuje jej istnienie) 17 spółek państwowych, od Enei po Polskie Koleje Państwowe (alfabetycznie licząc). Spółki te zostały uprzednio obsadzone przez nominatów PiS, więc nikt z ich nowych prezesów nie dyskutował z polityczną dyrektywą, nakazującą wykładanie publicznej kasy na PFN.
Działalność Polskiej Fundacji Narodowej ma służyć umacnianiu władzy Prawa i Sprawiedliwości, i jego zwycięstwu w kolejnych wyborach, poprzez uprawianie propagandy polskiego sukcesu i chwalenie rzekomych dokonań obecnej władzy na tej niwie. A także umożliwiać zarabianie sporych pieniędzy z publicznej kiesy przez PiS-owskich krewnych i znajomych królika.
PFN ma zatem sławić rozmaite polskie dokonania, dbać o dobre imię i honor Polski (a jak wiemy od ponad 80 lat, honor jest rzeczą bezcenną) – i prowadzić w tym celu działania, którymi kierują zaufani (i sowicie wynagradzani) ludzie obecnej ekipy. Pierwsze słowa na stronie internetowej PFN są następujące: „Dla nas Polaków nie ma rzeczy niemożliwych – tak jest od zawsze. Chcemy pokazać naszą solidarność, wrażliwość, gościnność, przedsiębiorczość, kreatywność, pracowitość i determinację. Pragniemy promować nasze sukcesy w nauce, bogatą kulturę, wspaniałą historię i niepowtarzalną przyrodę. Taką misję ma Polska Fundacja Narodowa”.
Nieco śmieszne jest to, że PFN chce reklamować te cechy Polaków, które są raczej mało obecne. Przede wszystkim warto jednak zauważyć, że zamiary PFN są opisane w czasie przyszłym. Władze PFN mówią o tym, co chcą i pragną robić – a nie o tym, co rzeczywiście robią. I słusznie, bo faktyczna działalność PFN jest znikoma i mało zauważalna w stosunku do pieniędzy, jakie otrzymuje fundacja i jej ekipa. Jeden Aleksander Doba, przepływając trzy razy kajakiem Atlantyk zrobił znacznie więcej dla promowania korzystnego wizerunku Polski niż cała Polska Fundacja Narodowa przez ponad cztery lata swego istnienia. Na marginesie – nikt w PFN nie raczył zająć się wykorzystaniem dokonań Doby dla promocji naszego kraju, co dobitnie pokazuje, jakie są kompetencje i pracowitość tej ekipy. Ale kasa ze środków publicznych, otrzymywana przez PFN jest jak najbardziej realna i obfita.
W rezultacie, od samego początku istnienia Polskiej Fundacji Narodowej pojawiają się informacje o rozrzutności władz fundacji, o przeznaczaniu publicznych środków na cele polityczne PiS, o braku profesjonalizmu, przemilczaniu szczegółów swoich wydatków organizowanych poza kontrolą. Jednym z przykładów może być finansowanie przez PFN prorządowej, opierającej się na przekłamaniach i manipulacji kampanii „Sprawiedliwe sądy” (nazwa typowo orwellowska, tak jak Ministerstwo Miłości), której faktycznym celem było podporządkowanie sądów PiS-owskiej władzy. Ciekawe, jak to się miało do misji PFN, która ma „pokazać naszą solidarność, wrażliwość, gościnność, przedsiębiorczość, kreatywność, pracowitość” i tak dalej.
Oczywiście wszystkie te zarzuty spływały dotychczas po władzach PFN jak woda po psie, bo wiadomo było, że gdy rządzi PiS, nikomu z władz fundacji nie spadnie włos z głowy. Ale dopóty dzban wodę nosi… Polską Fundacją Narodową zajęła się bowiem Najwyższa Izba Kontroli.
Działalność NIK mocno bulwersuje Jarosława Kaczyńskiego i innych PiS-owskich dygnitarzy. Przecież nie po to obsadza się NIK swoim człowiekiem, żeby potem Izba zabierała się za kontrolowanie PiS-owskich instytucji. Jednak szef NIK Marian Banaś boleśnie odczuł to, że władze PiS zwróciły się przeciwko niemu, gdy wybuchły kontrowersje związane z wynajmem jego kamienicy, zatajeniem faktycznego stanu majątkowego oraz z nieudokumentowanymi źródłami dochodu. Banaś, prywatnie twardy karateka, zapewne powiedział sobie wtedy: „Chcieliście wojny, no to ją macie” – i skierował siły kontrolne NIK przeciwko PiS-owskim urzędom i instytucjom. PiS postanowiło natomiast wyeliminować Banasia, co jednak bez zmiany Konstytucji będzie trudne do przeprowadzenia.
Polska Fundacja Narodowa stała się oczywistym celem dla NIK – bo wydaje się pewne, że wnikliwe skontrolowanie jej finansów może doprowadzić do ujawnienia szkodliwych dla PiS afer, których już nie uda się zatuszować. Władze PFN zastosowały więc jedyny środek ratunkowy – i po prostu uniemożliwiły kontrolę inspektorom NIK. Marian Banaś jednak nie odpuścił, uznał to za przestępstwo i zawiadomił prokuraturę.
PIS-owska prokuratura najprawdopodobniej stwierdzi, że oczywiście nie ma mowy o żadnym przestępstwie władz Polskiej Fundacji Narodowej – ale pozostaje jeszcze opinia publiczna, która naturalnie została zawiadomiona przez NIK. A informacja o tym, że władze Polskiej Fundacji Narodowej próbują unikać kontroli, jest mocno kompromitująca dla PiS.
Polska Fundacja Narodowa (zapewne realizując swą misję) zaczęła atakować izbę. Władze PFN oświadczyły, iż ogłaszanie opinii publicznej przez NIK, że w związku z prowadzoną kontrolą ujawniono fakty uzasadniające podejrzenie popełnienie przestępstwa przez zarząd Polskiej Fundacja Narodowej jest „niestosowne”, bo żadne „przestępstwo nie zaistniało”.
W kuriozalnym oświadczeniu władz Polskiej Fundacji Narodowej znalazły się słowa, że Polska Fundacja Narodowa to podmiot prywatny, niedysponujący środkami publicznymi (sic!), który „nie dysponuje w działalności majątkiem lub środkami państwowymi” – a więc nie podlega kontroli NIK. PFN zarzuca, że Najwyższa Izba Kontroli w dotychczasowej korespondencji z Polską Fundacją Narodową, nie wykazała „swojej kompetencji kontrolnej wobec PFN”, pomimo żądań ze strony fundacji.
Najwyższa Izba Kontroli rozbija w puch te zdumiewające wywody władz PFN. NIK przypomina najpierw, że dysponuje także prawem kontroli podmiotów niepowiązanych wprost z aparatem władzy państwowej, ale korzystających ze środków o charakterze publicznym w każdej formie i wielkości. Dlatego zwykło się określać Najwyższą Izbę Kontroli jako strażnika publicznego grosza.
NIK stwierdza także to, co każdy widzi: iż PFN to jednostka organizacyjna, która jest zasilana środkami ze spółek Skarbu Państwa. Izba zrwaca uwagę, że siedemnaście dużych spółek działających z udziałem Skarbu Państwa dokonało wpłat na fundację – i dokonuje ich dalej na działalność PFN (co będzie trwać jeszcze co najmniej przez sześć lat). Polska Fundacja Narodowa powinna otrzymać do 2026 r. łącznie ponad 633 mln zł.
NIK zauważa także, że istnieje „konieczność zaprowadzenia większej transparentności wydatków Polskiej Fundacji Narodowej”, co jest częstym tematem dyskusji publicznej oraz przedmiotem zastrzeżeń części przedstawicieli klasy politycznej czy urzędników państwowych.
Izba chce więc pomóc władzom PFN w osiągnięciu tej transparentności – i dlatego postanowiła w listopadzie 2020 r. podjąć kontrolę w Polskiej Fundacji Narodowej.
Niestety, władze PFN jakoś nie kwapią się do skorzystania z tej pomocy. NIK wskazuje, że pomimo upływu kolejnych wyznaczanych terminów, zarząd PFN nie zapewnił kontrolerom Izby dostępu do dokumentów umożliwiających przeprowadzenie czynności kontrolnych. Dlatego właśnie Najwyższa Izba Kontroli postanowiła złożyć zawiadomienie dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na udaremnieniu (a także utrudnianiu) przeprowadzenia kontroli.
Chodzi o przestępstwo wskazane w art. 98 ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli: „Kto osobie uprawnionej do kontroli, o której mowa w niniejszej ustawie, lub osobie przybranej jej do pomocy, udaremnia lub utrudnia wykonanie czynności służbowej, w szczególności przez nieprzedstawienie do kontroli dokumentów lub materiałów, nie informuje bądź niezgodnie z prawdą informuje o wykonaniu wniosków pokontrolnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.”.
Czy ziści się wizja posadzenia szefów PFN za kratkami? Nie da się ukryć, że niezależnie od niechęci do poddania się kontroli, władze PFN wykazują też brak entuzjazmu do szczerego informowania o swych wydatkach. Nie bez powodu. Trudno przecież, na przykład, obronić to, że władze Polskiej Fundacji Narodowej wypłaciły amerykańskiemu przedsiębiorstwu ponad 5,5 mln dol. pod pretekstem promowania wizerunku Polski w Stanach Zjednoczonych. Pod pretekstem – bo tylko tak można określić skromne działania, jakie za te pieniądze wykonywała od października 2017 r. firma o dumnej nazwie White House Writers Group.
WHWG dostawała najpierw za swoje usługi 45 tys. dol. miesięcznie, potem ta kwota dwukrotnie wzrosła. Co robiła za te sumy? Wysyłała dziennikarzom różnych amerykańskich redakcji informacje prasowe i komentarze dotyczące naszego kraju. Prowadziła też poświęcony Polsce serwis na Twitterze, mający niespełna 6 tys. obserwatorów (szybko został zlikwidowany, „osierocając” tę, rzekomo obserwującą go grupę) – oraz dwa profile internetowe. Oba niespecjalnie popularne. Pierwszy, na Instagramie, obserwowało regularnie „aż” 51 osób. Drugi, na YouTubie, miał 13 subskrybentów. Tylu zainteresowanych było na całym świecie (wedle stanu na połowę września 2019 r.). Prawdopodobnie to grono składało się z pracowników polskiego personelu dyplomatycznego i ich rodzin. Dla porównania – 20-letnia polska blogerka Littlemooonster miała 1,5 mln obserwatorów. Dokonania WHGW osiągnęły pewien rozgłos, gdy na jednym z profili prowadzonych przez tę firmę piękny zachód słońca w Polsce ilustrowało zdjęcie zrobione w Pradze, a Zakopane zostało przedstawione jako Zakapone – ale firmie z USA mogło się przecież pomylić, bo w Warszawie też jest Praga, a Al Capone mógł w końcu być w Zakopanem. W innym miejscu gratulacje dla Kamila Stocha za zdobycie Pucharu Świata 2018 zilustrowano zaś zdjęciem jakiegoś narciarza freestyle’owego wykonującego akrobację.
WHWG organizowała też niekiedy konferencje i dyskusje, a żeby nikt nie miał pretensji, że ich odzew jest niezauważalny, w umowie między WHWG a Polską Fundacją Narodową przezornie zapisano, że amerykańska firma nie gwarantuje żadnych konkretnych rezultatów. Ówcześni szefowie PFN chętnie przystali na takie postanowienie – no i rezultatów nie było. W rezultacie, w majestacie prawa działalność promocyjna WHWG mogła przynosić zerowe efekty, a Polska musiała za nią płacić (ta narracja jest zresztą dość powszechnie stosowana przez PFN, która informuje nie o tym, co osiągnęła, lecz czym się zajmowała).
WHWG wśród swoich działań wymieniała imprezy, których bynajmniej nie organizowała – jak choćby dwa spotkania w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie – ale to nikomu nie przeszkadzało. PFN zwracała też koszty wykazywane przez WHWG, co oznaczało tylko w 2019 r. wydatki sięgające niemal 3 mln dol. To kwota robiąca wrażenie, w porównaniu np. z kampanią „polski hydraulik”, która w dobrym świetle zaprezentowała Polskę w całej Europie (nie tylko we Francji) i kosztowała grosze, mieszcząc się w zwykłym budżecie Polskiej Organizacji Turystycznej.
Prawne relacje między PFN a WHGW były takie, że PFN nie miała wpływu na wydatki WHWG. Mogła tylko je pokrywać z pieniędzy polskich podatników. Mimo mało zauważalnych efektów, z oświadczeń Polskiej Fundacji Narodowej wynikało, iż władze PFN były zadowolone ze współpracy z WHWG.
Chyba jeszcze bardziej zadowolony był związany z PiS historyk, prof. Marek J. Chodakiewicz. Profesor, pracujący w waszyngtońskim Instytucie Polityki Światowej, będący też członkiem rady historycznej związku żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, to dobry znajomy Macieja Świrskiego, który był wiceprezesem PFN w chwili gdy fundacja nawiązywała współpracę z WHWG. Zrozumiałe więc, że np. profesor dostał 1 tys. dol. za to, że wziął udział w konferencji na temat współpracy Ronalda Reagana i Jana Pawła II. Było to sztandarowe (gdyż niemal jedyne) dokonanie PFN na amerykańskim gruncie. Ponadto w WHWG podjęła pracę siostra prof. Chodakiewicza, Anna Chodakiewicz-Wellisz, która zarabiała rocznie 120 tys. dol., a przede wszystkim korzystała ze zwrotu kosztów. Przelewy z WHWG otrzymywała także małżonka, Monika Jabłońska-Chodakiewicz.
W sumie, jak obliczył red. Stankiewicz z Onetu, państwo Chodakiewiczowie na współpracy z PFN zarobili ponad 250 tys. dol. w ciągu dwóch lat. I to był chyba najbardziej konkretny i mierzalny rezultat działalności promocyjnej Polskiej Fundacji Narodowej w Stanach Zjednoczonych.
W przeszłości Polska Fundacja Narodowa niejednokrotnie angażowała się w poczynania, delikatnie mówiąc, mało skuteczne, za to kosztowne, które możnaby określić jako złe gospodarowanie publicznymi pieniędzmi. Tak było np. z rejsem jachtu o nazwie „I love Poland”, nabytym za 0,9 mln euro. Polska jest ponoć potęgą w produkcji jachtów, ale kupiono używaną jednostkę zagraniczną. Zaplanowano, że w stulecie odzyskania niepodległości popłynie po morzach i oceanach, szkoląc polskich żeglarzy regatowych i promując nasz kraj. Jednak 14 godzin po rozpoczęciu wyprawy, złamał się maszt, rejs przerwano, a jacht na wiele miesięcy został wyłączony z użytkowania. Dotychczasowe koszty związane z jachtem idą już w grube miliony.
Trudno także pojąć sens gruntownej modernizacji i rozbudowy za sprawą PFN muzeum gen. Ryszarda Kuklińskiego w Warszawie (jest takie!). Szefowie muzeum na stronie internetowej żartobliwie informują, że to „najbardziej efektywne muzeum nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce”. Ciekawe, ilu gości z Zachodu dotychczas zawitało do tego muzeum i jak wpłynęło ono na poprawę wizerunku Polski w ich oczach? Albo jak miało się przysłużyć dobrej marce naszego kraju za granicą wydanie w Polsce przez PFN śpiewnika pieśni żołnierskich i legionowych?
PFN zorganizowała też konkurs dla mazowieckich uczniów, zatytułowany „Odkrywanie śladów historii 1944-1989” (oczywiście z uwzględnieniem martyrologii, „żołnierzy wyklętych” i opozycji antykomunistycznej). Wprawdzie Mazowsze, niczego mu nie ujmując, to jednak nie zagranica, więc żeby nikt się nie czepiał, zmieniono statut Polskiej Fundacji Narodowej, wpisując weń upowszechnianie w kraju wiedzy o historii Polski. Od tego czasu PFN może wydawać publiczne pieniądze praktycznie na to, na co chce.
Biorąc to wszystko pod uwagę – a także i wiele innych, dotychczas nieujawnionych przykładów – można zrozumieć, że szefowie Polskiej Fundacji Narodowej bardzo nie chcą, aby NIK skontrolowała ich poczynania finansowe.

Polacy wymierają pod rządami PiS

Niska jakość usług publicznych w naszym kraju sprzyja bardzo dużej liczbie zgonów podczas pandemii.

Pierwsza fala pandemii COVID-19 zaskoczyła wszystkich, ale do drugiej państwa i obywatele mieli szansę się przygotować. W państwach Unii Europejskiej o wysokiej jakości usług publicznych, podczas drugiej fali pandemii było mniej zgonów spowodowanych wirusem COVID-19, niż w państwach, gdzie jeszcze przed pandemią sektor publiczny był słabo oceniany.
W państwach członkowskich UE jesienią ubiegłego roku związek między wysoką jakością usług publicznych i profesjonalizmem apolitycznej służby cywilnej, a ograniczoną liczbą tzw. nadliczbowych zgonów był silniejszy, niż związek z zamożnością czy wysokością wydatków na zdrowie. Niestety efektywność rządu i szeroko rozumiana jakość usług publicznych w Polsce były jednymi z niższych w UE (21 miejsce w rankingu Banku Światowego w 2019 roku).
Polska jest relatywnie biednym państwem na tle UE i ma nisko ocenianą jakość usług publicznych. Pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego w ostatnich 30 latach, Polska wciąż jeszcze nie nadrobiła zaległości rozwojowych i w 2019 r. była siódmym najbiedniejszym państwem UE (produkt krajowy brutto na mieszkańca według parytetu siły nabywczej). Jak wynika z porównań, biedniejsze państwa UE przeznaczają na ochronę zdrowia mniej od bogatszych państw. Jednakże w Polsce łączne wydatki na ten cel są niższe niż powinny być, uwzględniając poziom rozwoju – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W 2019 r. wydatki na publiczną służbę zdrowia w Polsce były piątymi najniższymi w UE. Sytuację poprawiają prywatne wydatki na ochronę zdrowia, choć według szacunków OECD w 2018 r. także one były poniżej średniej unijnej.
Szerszym problemem, dotyczącym nie tylko służby zdrowia, jest generalnie niska ocena jakości usług publicznych oraz profesjonalizmu i apolityczności służby cywilnej. Według indeksu efektywności rządzenia (Government Effectiveness) przygotowanego przez Bank Światowy w 2019 r. Polska była siódmym najgorzej ocenianym państwem UE. Ponownie widać zależność między poziomem rozwoju a jakością usług publicznych, która zapewne jest dwukierunkowa (wysoka jakość usług publicznych sprzyja szybszemu wzrostowi PKB, a jego wysoki poziom ułatwia finansowanie wysokiej jakości usług). Jednak warto zauważyć, że szereg państw regionu (m.in. Estonia, Łotwa, czy w pewnym stopniu też Słowacja) cieszą się wyższą jakością usług, niż wynikałoby to wprost z ich zamożności – zwraca uwagę TEP.
Pierwsza fala pandemii COVID-19 zaskoczyła zdecydowaną większość państw na świecie, niezależnie od ich poziomu rozwoju. Spośród państw wysoko rozwiniętych zdecydowanie lepiej poradziły sobie wówczas państwa, które miały wcześniejsze doświadczenia z SARS (m.in. Tajwan czy Korea). Większość państw Zachodu nie dała rady ograniczyć pandemii, co doprowadziło do znacznego wzrostu liczby zgonów w porównaniu do lat poprzednich. Do Polski i krajów regionu pandemia COVID-19 dotarła z kilkutygodniowym opóźnieniem w stosunku do Europy Zachodniej. Prawdopodobnie słabsze powiązania ze światem oraz szybko wprowadzone restrykcje ograniczyły skalę pierwszej fali pandemii w krajach naszego regionu.
Gospodarcze konsekwencje drugiej fali były mniejsze niż na wiosnę – firmy i obywatele były lepiej przygotowane, a skala zakłóceń w łańcuchach dostaw mniejsza. W rezultacie PKB Unii Europejskiej w IV kwartale 2020 r. spadł o 4,6 proc. w porównaniu do analogicznego kwartału roku poprzedniego, wobec spadku o 13,8 proc. w drugim kwartale w trakcie pierwszej fali pandemii. Jednocześnie jednak konsekwencje zdrowotne były znacznie poważniejsze. W II kwartale w UE średnio umierało o 10 proc. więcej ludzi więcej niż w poprzednich latach, podczas gdy w IV kwartale tak rozumiane nadliczbowe zgony sięgnęły blisko 30 proc. .
Duży wzrost „nadliczbowych” zgonów (czyli tych spowodowanych bezpośrednio przez COVID-19) przede wszystkim odnotowały państwa, w których jakość usług publicznych i służby cywilnej była źle oceniana jeszcze przed pandemią, w tym niestety Polska. W przeciwieństwie do sytuacji na wiosnę ubiegłego roku, ryzyko drugiej fali pandemii było znane, co dawało czas na przygotowania, także służby zdrowia. Proste zestawienia sugerują, że uniknięciu nadliczbowych zgonów sprzyjała przede wszystkim szeroko rozumiana wysoka efektywność rządu, obejmująca wysoką jakość usług publicznych i profesjonalną służbę cywilną, a niekoniecznie zamożność danego państwa lub stosunkowo wysokie (w relacji do PKB) wydatki na ochronę zdrowia.
Choć zbyt wcześnie jeszcze na pełną ocenę, to jednak wskazane relacje stanowią istotny sygnał, aby dyskusji o nadliczbowych zgonach i ochronie zdrowia nie sprowadzać tylko do kwestii wysokości wydatków publicznych. Konieczne jest pamiętanie o kwestii efektywności rządu. Należy przy tym podkreślić, że prezentowana przez Bank Światowy miara efektywności rządu jest bardzo szeroka i uwzględnia nie tylko służbę zdrowia, ale także inne usługi publiczne, których jakość też mogła wpływać na przygotowanie państwa do drugiej fali pandemii. W tym kontekście warto pamiętać, że o ile problemy z funkcjonowaniem ochrony zdrowia w trakcie pandemii są już dobrze widoczne, to znacznie mniej wiemy o skutkach problemów w edukacji, szczególnie w przypadku dzieci z mniej zamożnych lub gorzej wykształconych rodzin.

Gospodarka 48 godzin

Inflacja w odwrocie?
Nie ma powodów do zaniepokojenia groźbą wybuchu inflacji. Tego niebezpieczeństwa nie potwierdzają żadne dane, perspektywy rozwoju gospodarczego, ani kształtowanie się cen światowych czy dynamika płac w Polsce – oświadczył prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. Zdaniem prezesa Glapińskiego, jeżeli można odczuwać jakieś zaniepokojenie to przeciwnym trendem, czyli jej spadkiem – inflacja od początku 2020 roku obniżyła się prawie dwukrotnie. Mimo to szef NBP stwierdził, że spadek inflacji bazowej będzie kontynuowany.

Dług atakuje
Ekonomiści debatują, a dług rośnie. Inwestycje publiczne mogą uzasadniać ich finansowanie długiem, zwłaszcza jeżeli korzyści z nich będą czerpały kolejne pokolenia. Ocenia się jednak, że w krajach rozwiniętych zaledwie 4 proc. przyrostu długu publicznego można powiązać z finansowaniem inwestycji publicznych, a szacunki Forum Obywatelskiego Rozwoju dla Unii Europejskiej wskazują na tylko 1,5 proc. Deficyty budżetowe kumulują się w coraz wyższy dług publiczny, który może ograniczać wzrost gospodarczy i stwarzać ryzyka fiskalne. Dlatego rządy powinny emitować dług tylko w uzasadnionych przypadkach. Często dzieje się jednak inaczej. Wielu ekonomistów uważa, że rządy powinny prowadzić politykę antycykliczną, czyli zwiększać finansowanie długiem w kryzysach gospodarczych i ograniczać w boomach. Jednak w największych gospodarkach świata od 40 lat dług publiczny rośnie, a jego dużym przyrostom w kryzysach nie towarzyszą spadki w boomach – wskazuje Rafał Trzeciakowski z FOR.
Dług publiczny jest wyższy w gospodarkach o starzejących się społeczeństwach, w których istnieje pokusa finansowania coraz liczniejszych, starszych wyborców na koszt młodszych pokoleń. W próbie 51 krajów, większy o 10 puntów procentowych udział osób w wieku 65 pus w populacji, związany jest z długiem publicznym wyższym o 85 proc. w produktcie krajowym brutto. Wysoki dług publiczny i niski wzrost gospodarczy są zjawiskami występującymi wspólnie. Szacuje się, że gospodarki krajów rozwiniętych o długu publicznym poniżej 30 proc. PKB rosną w tempie 3,7 proc. rocznie, natomiast tych o zadłużeniu publicznym powyżej 90 proc. PKB – już tylko 1,2 proc. Ten związek jest dwukierunkowy – zwraca uwagę Rafał Trzeciakowski. Z jednej strony dług publiczny może wypierać inwestycje prywatne, ograniczając dostęp firm do finansowania, lub zniechęcać firmy do inwestycji, tworząc oczekiwania wzrostu podatków w przyszłości. Z drugiej strony jeżeli na przykład rządy reagują na załamania wzrostu gospodarczego wzrostem wydatków publicznych, to zależność może przebiegać w odwrotną stronę.
Od czasu globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady na świecie utrzymują się bardzo niskie stopy procentowe, które ułatwiają rządom obsługę zadłużenia publicznego. Nie wiadomo, dlaczego, ani na jak długo, stopy procentowe na świecie spadły – w przeszłości ich wzrosty były jednak skokowe i niemożliwe do przewidzenia. Jak wskazuje R. Trzeciakowski, kiedy stopy procentowe wzrosły w globalnym kryzysie finansowym przed dekadą, Węgry popadły w problemy fiskalne, przy podobnym do spodziewanego na koniec roku w Polsce poziomie zadłużenia (ok. 65 proc. PKB). Kraj uniknął niewypłacalności dzięki pożyczce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale załamanie silnie przełożyło się na trwały spadek PKB i utratę wielowiekowej przewagi gospodarczej Węgier nad Polską.

Gospodarka 48 godzin

Budżet bez reguły

Od czasu przygotowywania ustawy budżetowej na 2015 r. głównym czynnikiem, który określa dopuszczalną wysokość wydatków budżetu państwa jest stabilizująca reguła wydatkowa, która, mówiąc w uproszczeniu, określa jakie maksymalnie mogą być wydatki budżetu, by nie spowodowały nadmiernego zadłużenia. Rząd PiS nie chce jednak być krępowany przepisami ograniczającymi swobodę jego wydatków. Dlatego, pod pretekstem pandemii COVID-19 wprowadzono przepisy, które rozszerzają katalog zdarzeń wyłączających przestrzeganie stabilizującej reguły wydatkowej. „Rozwiązanie to umożliwia wsparcie gospodarki dodatkowymi środkami i skuteczne przeciwdziałanie epidemii oraz jej skutkom gospodarczym” – stwierdza Rada Ministrów. Tak więc, stabilizującej reguły wydatkowej nie będzie już trzeba stosować w stanie epidemii. Natomiast po oficjalnym zakończeniu stanu epidemii, nastąpiłby automatyczny powrót do stosowania reguły wydatkowej. Należy więc przypuszczać, że epidemia koronawirusa potrwa w Polsce bardzo długo, bo rząd woli nie być krępowany jakimikolwiek regułami. Rada Ministrów już teraz zapowiedziała, że można założyć, iż powrót do stosowania stabilizującej reguły wydatkowej nastąpi najwcześniej za dwa lata.

Ci upadają, ci powstają

Koronawirus coraz mocniej dławi polską gospodarkę. W drugim kwartale 2020 r. (kwiecień – czerwiec) Główny Urząd Statystyczny odnotował, że liczba rejestracji nowych firm spadła o 31,8 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Liczba upadłości zwiększyła się zaś o 19,8 proc. W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że liczba rejestracji podmiotów gospodarczych w II kwartale 2020 r. wyniosła 64 410 – wobec 94 385 w II kwartale ubiegłego roku. Natomiast liczba upadłości w tym samym czasie wzrosła z 129 do 157.
Ten wzrost upadłości nie ma nadmiernego znaczenia – choć nigdy nie jest dobrze, jesli liczba plajt rośnie (największy wzrost liczby upadłości odnotowano w przemyśle: 40 wobec 26). Coraz mniej rejestracji nowych firm stanowi jednak poważny sygnał ostrzegawczy, wskazujący na nieuniknione pogarszanie się koniunktury w polskiej gospodarce.
W II kwartale 2020 r. było mniej rejestracji niż rok wcześniej we wszystkich rodzajach działalności. I tak, w budownictwie nastąpił spadek o 35,0 proc., w usługach o 34,3 proc., w informacji i komunikacji o 32,5 proc., w zakwaterowaniu i gastronomii o 31,8 proc., w sekcji transport i gospodarka magazynowa o 31,0 proc., w przemyśle o 30,4 proc, w handlu o 17,9 proc. Warto jeszcze dodać, że w Polsce osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność stanowią 83 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych. Wśród upadających firm zdecydowaną większość stanowią jednak spółki – ponad 70 proc. Plajtują więc głównie raczej te większe podmioty gospodarcze, co będzie mieć rosnący, ujemny wpływ na kondycję polskiej gospodarki.

Więcej płacimy

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 3,0 proc. (z czego usługi zdrożały o 7,3 proc., a towary o 1,5 proc.). Pandemia spowodowała więc wprawdzie kryzys w Polsce, ale nie zahamowała inflacji. W porównaniu z lipcem poprzedniego roku najbardziej poszły w górę ceny związane z mieszkaniem (o 5,8 proc.), ceny żywności (o 4,1 proc.) oraz usług restauracyjnych i hotelowych (o 6,0 proc. ).

Wciąż kupujemy i wydajemy, ale inaczej

Zaczynamy wracać do stosowania prostych, sprawdzonych oraz skutecznych od stuleci strategii gospodarowania swoimi pieniędzmi.
Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków I bardziej racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są nam niezbędne (72 proc.).
Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (także 72 proc.), niż na dobrach trwałych i usługach (66 proc.). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39 proc.) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48 proc. częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.
Takie wyniki przyniosło badanie nastrojów społecznych przeprowadzone przez ING wspólnie z firmą GFK w maju tego roku, a opracowane i upublicznione pod koniec lipca.
Okazuje się, że Polacy nadal martwią się o przyszłości polskiej gospodarki. Na pogorszenie sytuacji w kraju w ciągu najbliższych 12 miesięcy wskazuje aż 77 proc. Polaków. Ponad dwie trzecie (69 proc. ) spodziewa się kryzysu gospodarczego i wzrostu bezrobocia w perspektywie najbliższych 5 lat. Niemal połowa oczekuje znacznego wzrostu cen. Ponad jedna trzecia (36 proc.) ocenia finanse gospodarstwa domowego gorzej niż rok temu. 46 proc. spodziewa się zmiany sytuacji finansowej swego gospodarstwa w najbliższym roku na gorsze.
Nastroje konsumenckie w Polsce są bardziej pesymistyczne niż w czasie światowego kryzysu finansowego. Widać jednak, że z każdym kolejnym etapem uwalniania gospodarki, ulegają one stopniowej poprawie. Pod koniec kwietnia indeks nastrojów wzrósł o 5 punktów, a na początku maja poprawił się o kolejne 9 punktów. Generalnie, bardziej pesymistyczne są osoby lepiej wyedukowane i starsze (powyżej 50 lat). Bardziej optymistyczni – ludzie młodzi, do 29 roku życia.
Ponad dwie trzecie Polaków obawia się kryzysu gospodarczego i bezrobocia z którymi będziemy prawdopodobnie borykać się w ciągu najbliższych pięciu lat. Częściej takiego zdania są mieszkańcy większych miast, osoby najlepiej wykształcone, a także te, które już obecnie muszą sięgać po swoje oszczędności.
Mimo planów ograniczenia zakupów i wprowadzenia oszczędności, widać, że z każdym tygodniem znoszenia ograniczeń w funkcjonowaniu gospodarki Polacy zaczynali patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość. Wróciła chęć kupna sprzętu komputerowego, telewizora, dużego AGD, a w związku z porą roku – rzeczy do ogrodu czy wyposażenia warsztatu. Do łask wracają też plany zakupów nieruchomości, a w konsekwencji skorzystania z usług finansowych (kredyt lub inwestycje).
Polacy coraz mniej obawiają się znacznego wzrostu cen. 14 proc. z nas (pytanie czy to aż, czy tylko 14 proc.?) deklaruje problemy z pokryciem codziennych kosztów życia tylko z bieżących dochodów.
Chociaż zaczynamy patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi.

-Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym podejściem do finansów to dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami – również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie sobie limitów, bardziej przemyślane planowanie zakupów. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy więcej oszczędzać i inwestować, jednocześnie ostrożniej wydając pieniądze – mówi psycholog Maria Rotkiel.
Jesteśmy więc zmotywowani przez okoliczności do coraz bardziej efektywnego i racjonalnego wydawania pieniędzy oraz do codziennego zarządzania budżetem. Epidemia koronawirusa może stać się katalizatorem nowych trendów związanych z świadomą konsumpcją i bardziej zrównoważonym podejściem do życia i świata.

Reguła do deregulacji?

Pod pozorem walki z kryzysem wywołanym epidemią COVID-19 wysocy rangą urzędnicy Ministerstwa Finansów postulują zniesienie reguły wydatkowej, a nawet progów długu publicznego zapisanych w ustawie o finansach publicznych i w Konstytucji.
Ze strony przedstawicieli rządu PiS padają pytania retoryczne takie jak np: „czy stałoby się coś złego, gdybyśmy nie mieli reguły ani progów ostrożnościowych”. Te niebezpieczne propozycje, mające zamaskować zły stan finansów naszego państwa, nie są poparte żadną analizą merytoryczną.
Tymczasem polska, stabilizująca reguła wydatkowa, zapisana w art. 112 ustawy o finansach publicznych, jest bardzo ważną instytucją: chroni przyszłe pokolenia przed nadmiernym obciążaniem finansów publicznych wydatkami, które nie mają trwałego źródła finansowania. Jako taka, musi być zachowana – podkreśla Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Polska reguła wydatkowa stanowi implementację Dyrektywy Rady UE w sprawie wymogów dla ram budżetowych państw członkowskich. Dyrektywa wskazuje na konieczność dysponowania przez państwa członkowskie Unii Europejskiej regułami fiskalnymi oraz ich stosowania w corocznym procesie budżetowym. Powinno to skutecznie wspierać wypełnianie zobowiązań wynikających z traktatu o funkcjonowaniu UE w zakresie długu i deficytu (utrzymywanie poziomów deficytu i długu odpowiednio poniżej 3 proc. i 60 proc. produktu krajowego brutto).
Likwidacja tej reguły, czy też jej zawieszenie oznaczałoby zmianę niezgodną z dyrektywą UE i spowodowało wszczęcie procedury naruszeniowej. Uzasadnianie ewentualnego zawieszenia reguły rzekomo dobrą sytuacją budżetową jest sprzeczne z faktami – wskazuje TEP.

Komisja Europejska, instytucje międzynarodowe i rynki finansowe oceniają sytuację finansów publicznych nie na podstawie wyniku budżetu państwa, ale na podstawie wyniku sektora finansów publicznych jako całości – wraz z jednostkami samorządu terytorialnego oraz z funduszami, agencjami i innymi jednostkami publicznymi, do których w ostatnim czasie „przepychane” są wydatki (bez pokrycia dochodami). Deficyt całego polskiego sektora finansów publicznych daleki jest wciąż od zrównoważenia i opiera się na dochodach jednorazowych. Według prognoz Komisji Europejskiej deficyt strukturalny w Polsce w 2019 r. wyniósł ponad 2 proc. PKB i będzie dwukrotnie wyższy niż średni dla UE. W 2020 r. deficyt strukturalny może nawet sięgnąć 3 proc. PKB. Już w tym roku niestety nie da się uniknąć uruchomienia dla Polski procedury nadmiernych odchyleń dla finansów publicznych.

To decydenci określają priorytety polityki społeczno-gospodarczej. Zjawisko malejącego udziału wydatków prorozwojowych (inwestycyjnych) w Polsce jest efektem krótkookresowego, często podyktowanego bieżącymi względami wyborczymi, ich patrzenia na potrzeby rozwojowe polskiej gospodarki. Nie jest to efekt funkcjonowania polskiej reguły wydatkowej, gdyż nie ogranicza ona wydatków inwestycyjnych. Propozycje ewentualnego rozluźniania reguły w związku z rzekomo niskimi kosztami obsługi długu są krótkowzroczne i doraźne – przy nieodpowiedzialnej polityce fiskalnej obecna sytuacja może ulec szybko zmianie.

Likwidacja lub zawieszenie reguły wydatkowej spowodowałoby pogorszenie ratingów Polski, wzrost kosztów obsługi długu. Mogłoby to doprowadzić do destabilizacji finansów publicznych i negatywnie wpłynąć na zrównoważony rozwój gospodarczy. TEP wzywa więc do podjęcia działań legislacyjnych mających na celu uszczelnienie reguły wydatkowej. Chodzi o objęcie jej zakresem państwowych funduszy celowych i innych podmiotów sektora finansów publicznych, które dostają z pominięciem wydatków budżetowych skarbowe papiery wartościowe czy pożyczki, nie mając własnych dochodów, czy źródeł spłaty pożyczek. Należy też zwiększyć przejrzystość ustawy budżetowej, tak by prezentować w niej pełne rozliczenie wydatków objętych regułą wydatkową dla wszystkich istotnych podmiotów. A prace nad ewentualnymi zmianami w obecnie obowiązującej regule wydatkowej powinny być jawne, przejrzyste i poprzedzone rzetelnymi konsultacjami, analizami oraz symulacją zaproponowanych rozwiązań.
Warto przypomnieć, że prace koncepcyjne nad wprowadzeniem reguły wydatkowej w Polsce, co nastąpiło w 2013 r., trwały kilka lat. Wiarygodność polskich reguł fiskalnych musi zostać zachowana.

Czego nie mówią rządowe plany?

Już przed epidemią załamały się wpływy z VAT, co pokazało fikcję rzekomej PiS-owskiej walki z „mafiami VAT-owskimi”.
Obecnie jeszcze nie znamy pełnych konsekwencji gospodarczych pandemii koronawirusa oraz działań rządów mających je ograniczyć. W efekcie, prognozy makroekonomiczne są obarczone bardzo dużą niepewnością – z marcowej ankiety ekonomistów Narodowego Banku Polskiego wynikało, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realny wzrost produktu krajowu brutto w tym roku będzie w przedziale między minus 4,5 proc. a minus 0,5 proc.
Polski rząd opublikował Program Konwergencji, który z powodu niepewności związanej z dalszym przebiegiem epidemii koronawirusa oraz wciąż zmienianymi programami pomocowymi jest dokumentem skróconym. W obecnej sytuacji wszelkie prognozy są obarczone dużą niepewnością, jednak w dokumencie szczególnie zwraca uwagę pominięcie wpływu na finanse publiczne tarczy finansowej oraz funduszu przeciwdziałania COVID-19, oraz brak refleksji nad podwyższoną ścieżką wydatków publicznych także po 2020 roku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rząd tworząc Program Konwergencji przyjmuje, że realne PKB spadnie o 3,4 proc., a nominalne o 0,3 proc. Jednocześnie zaznacza, że jest istotne ryzyko większego spadku.
Recesja spowodowana pandemią koronawirusa i ograniczeniem aktywności gospodarczej, będzie oznaczać spadek dochodów państwa, który w planie rządowym może być niedoszacowany.
Według założeń rządowych, dochody podatkowe mają, rok do roku spaść o ponad 5 proc. (czyli o ok. 25 mld zł). Choć spadek wynika przede wszystkim ze skutków recesji, to należy podkreślić, że jeszcze przed nią plany rządowe wydawały się nadmiernie optymistyczne.
O ile w całym 2020 roku rząd zakładał wzrost dochodów z VAT o 9 proc. r/r, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy przed pandemią (listopad 2019 – luty 2020) wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynosił symboliczne 0,2 proc. Doświadczenia poprzednich spowolnień wskazują, że spadek dochodów z VAT może być jeszcze większy od zakładanych przez rząd.
W przypadku równie istotnych składek na ubezpieczenie społeczne, zakładany jest symboliczny wzrost, ale to efekt sposobu konstrukcji programów pomocowych – składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za pracowników firm z nich zwolnionych zapłaci sektor publiczny. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym miejscu niedoszacowane jest ryzyko zmian na rynku pracy – będzie mniej umów o pracę, a więcej niżej oskładkowanych nietypowych form zatrudnienia.
Według szacunków rządowych, koszty działań antykryzysowych mają wynieść ok. 3,2 proc. PKB – jednak szacunki te nie uwzględniają szeregu działań i przez to są niedoszacowane. Rząd wprost liczy koszty tzw. tarczy antykryzysowej, jednak pomija koszty realizowanej przez Polski Fundusz Rozwoju tzw. tarczy finansowej oraz mającego funkcjonować w Banku Gospodarstwa Krajowego funduszu przeciwdziałania COVID-19.
O ile rząd może manipulować krajową definicją długu publicznego i zamieść te pozycje pod dywan, to najpewniej Eurostat uwzględni je w statystykach sektora finansów publicznych, co będzie skutkowało silniejszym wzrostem długu publicznego, według szacunków dr. Sławomira Dudka nawet o 9 punktów procentowych. Ponadto należy pamiętać, że rząd wciąż pracuje nad kolejnymi rozszerzeniami tarczy antykryzysowej, które mogą zwiększyć jej koszt.
Według szacunków rządu, spadek dochodów oraz nowe wydatki kryzysowe mają łącznie podbić dług publiczny według metodologii unijnej do 55,2 proc. PKB. Jednak uwzględnienie długu ukrytego w PFR oraz w BGK może podbić tę relację nawet powyżej 60 proc.
Rządowy dokument, poza stwierdzeniem o oczekiwanym odbiciu gospodarki w 2021 roku oraz zapowiedzią nowych dochodów podatkowych, nie odnosi się do następnego roku.
Oczekiwania co do wzrostu w przyszłym roku są bardzo mgliste i mówią o odbiciu przekraczającym spadek w tym roku. Przyjęcie takiego założenia oznaczałoby, że w 2021 roku nominalny PKB będzie o jakieś 5-6 proc. wyższy niż w 2019 roku (łączny efekt spadku o 0,3 proc. w 2020 roku i wzrostu rzędu 5-6 proc. w 2021 roku). Tymczasem szereg pozycji wydatkowych wzrośnie w tym czasie znacznie bardziej.
Same wydatki administrowanego przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego mają w 2020 roku wzrosnąć o ok. 6-7 proc. Nawet przy czysto inflacyjnej waloryzacji oraz wzroście liczby emerytów proporcjonalnej do starzenia się społeczeństwa w 2021 roku, wzrosną one o kolejne 5 proc. W efekcie wydatki na emerytury i renty w relacji do PKB wzrosną z 11,6 proc. do 12,3 proc.
Podobnych efektów, choć na mniejszą skalę, można spodziewać się także w innych obszarach wydatków publicznych, np. w planie konwergencji rząd szacuje, że wydatki na płace w sektorze publicznym wzrosną z 10,2 proc. PKB w 2019 roku do 10,7 proc. PKB w 2020 roku. Pytanie, o ile uda się rządowi obniżyć ich dynamikę poniżej dynamiki PKB w 2021 roku?. Te mechanizmy oraz wcześniej uchwalone już nowe wydatki (np. wzrost wydatków na ochronę zdrowia) oznaczają, że nawet po wycofaniu wydatków na programy antykryzysowe wydatki publiczne w 2021 roku będą o 2-3 proc. PKB wyższe, niż w 2019 roku.
Nawet przy optymistycznym założeniu, że dochody w relacji do PKB tak szybko wrócą do poprzedniego poziomu, będzie to oznaczało wyższy deficyt – stawiając rząd przed wyborem nowych podatków (już zapowiedziano podatek od handlu) lub ograniczenia wydatków.

Priorytety władzy: rodzina i wojsko

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące wydatków na politykę społeczną państw członkowskich UE w 2018 roku. Po raz kolejny okazało się, że w Polsce polityka społeczna nie jest priorytetem władz i wbrew rozpowszechnionej opinii wydatki na nią wcale nie są wysokie.

W 2018 roku najwyższe wydatki na świadczenia socjalne były w Finlandii – 24,1 proc. PKB, we Francji – 23,9 proc. i w Danii – 21,9 proc. . Najmniejsze wydatki socjalne miały Irlandia – 9,0 proc. oraz Malta – 10,9 proc. . Średnia dla całej Unii wyniosła 18,6 proc. .
Okazało się też, że Polska należy do krajów, które wydają na usługi socjalne znacznie poniżej unijnej średniej – w 2018 roku było to zaledwie 16,2 proc. .
Eurostat pokazuje też, że Polska łącznie ma znacznie mniejsze wydatki rządowe w PKB niż wynosi średnia unijna. W 2018 roku łączny udział państwa w gospodarce wynosił w krajach należących do UE 45,8 proc. PKB, przy czym w Finlandii, Belgii i Danii wydatki publiczne przekraczały 50 proc..
Tymczasem w Polsce było to zaledwie 41,6 proc. , czyli o ponad 10 pkt proc. więcej niż w krajach o największym udziale państwa w gospodarce! Eurostat przedstawił też szczegółowe dane dotyczące wydatków na różne wymiary polityki społecznej. Wynika z nich, że Polska radykalnie odstaje od średniej unijnej w wydatkach na służbę zdrowia. Na cele zdrowotne polskie państwo w 2018 roku wydawało 4,8 proc.
PKB przy średniej unijnej 7,1 proc. ! Wyraźnie niższe od średniej są też wydatki Polski na pomoc dla osób z niepełnosprawnościami (1,6 proc. PKB przy średniej UE 2,7 proc. ), na wsparcie dla seniorów (9,2 proc. przy średniej UE 10,1 proc. ), śladowe wydatki ponosimy na walkę z bezrobociem (zaledwie 0,2 proc. PKB przy średniej unijnej 1,2 proc. ). Polskie władze marginalną rolę przywiązują też do ochrony środowiska (0,4 proc. przy średniej UE 0,8 proc. ). W czym Polska się wyróżnia? Faktycznie wzrosły wydatki na wsparcie dla rodzin. Tu Polska wydaje 2,6 proc. przy średniej unijnej 1,7 proc. , przy czym warto pamiętać, że dużą część tych środków stanowi świadczenie Rodzina 500+.
Wydatki na opiekę żłobkową i przedszkolną czy posiłki w szkołach są już znacznie niższe niż w krajach najbardziej rozwiniętych. Ponadprzeciętnie wysokie są w Polsce wydatki na obronność – 1,6 proc. PKB przy średniej UE 1,2 proc. oraz na porządek publiczny i bezpieczeństwo – 2,1 proc. przy średniej unijnej 1,7 proc. .
Innymi słowy polityka polskiego państwa jest mało rozwinięta, usługi publiczne są lekceważone i selektywne, nie ma żadnych dalekosiężnych celów związanych z poprawą jakości życia społeczeństwa, a państwo wydaje duże środki wyłącznie na programy pieniężne adresowane dla rodzin z dziećmi i umacnianie wojska oraz policji.
Program Rodzina 500+ uzupełniona przez jednorazowe 300+ ma zaspokajać wszystkie oczekiwania Polaków wobec państwa. Władza jednak chyba czuje, że gniew społeczny narasta i stąd, pomimo nadchodzącego kryzysu, zwiększa wydatki na służby bezpieczeństwa.