Konie przejadają Polskę?

Może nie przejadają (jak mogliśmy przeczytać czterdzieści kilka lat temu), ale na pewno trzeba do nich coraz więcej dokładać. To rezultaty PiS-owskiego gospodarowania.
A dokładać trzeba, gdyż za sprawą nieudolności i zaniedbań różnych PiS-owskich nominatów, hodowla koni z której jeszcze kilkanaście lat temu słynął nasz kraj, teraz przynosi coraz większe straty i oceniana jest coraz gorzej. Zwłaszcza na świecie, gdzie pamiętane są bodaj najgłośniejsze negatywne zdarzenia, do jakich doszło, gdy PiS dokonało skoku także na kierownicze stołki w stadninach – czyli padnięcie dwóch klaczy żony muzyka Rolling Stones w 2016 r. Oczywiście wkrótce potem Shirley Watts zabrała swoje pozostałe klacze ze stadniny w Janowie Podlaskim.
Za niekompetencję, nepotyzm i brak rozumu trzeba płacić (choć niestety nie zawsze), toteż państwowa hodowla koni w Polsce zaczęła przynosić straty.
„Hodowla koni w spółkach stała się deficytowa. Istotny wpływ na systematycznie pogarszającą się sytuację finansową spółek hodowli koni miały coraz niższe wyniki hodowli koni, której przychody nie pokrywały kosztów ponoszonych na tę działalność” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim niedawnym raporcie.
Ujemny wynik z hodowli koni za 2015 r. wyniósł nieco ponad 10 mln zł, za 2016 r. – prawie 13 mln zł, za 2017 r. – 14,5 mln zł a za 2018 r. nieco ponad 17 mln zł. Takie są efekty PiS-owskiego gospodarowania.
Zdaniem NIK pogarszająca się sytuacja finansowa spółek hodowli koni w niektórych przypadkach może spowodować zwiększenie ryzyka upadłości podmiotów o szczególnym znaczeniu dla gospodarki narodowej (za takie uważane są stadniny) – i stanowić zagrożenie dla stabilności hodowli koni. Stadniny mają bowiem strategiczne znaczenie dla postępu biologicznego, dzięki któremu można zachowywać – czy raczej, można było zachowywać do czasu rządów PiS – polską specyfikę doskonałej hodowli koni.
Państwowa hodowla koni w Polsce jest prowadzona w 20 spółkach, nadzorowanych przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Ów nadzór, także przejęty przez PiS, jak widać nie okazał się szczególnie skuteczny i nie zapobiegł regresowi. W tych spółkach hodowane są konie dziewięciu ras. W Polsce hodowlą koni zajmują się również podmioty prywatne.
Obecnie ponad połowę pogłowia koni w Polsce stanowią konie zimnokrwiste i tzw. pogrubione, które w II połowie XX wieku z koni roboczych stały się głównie końmi rzeźnymi, z apetytem jedzonymi m.in we Włoszech. U nas konina przestała być popularna w miarę stopniowego wzrostu poziomu zamożności społeczeństwa. Jednak pół wieku temu potrawy z koni widniały w polskich książkach kucharskich, a dziś można je znaleźć w internecie na stronach, starających się o przywrócenie koniny do polskiego jadłospisu. Ale najważniejsza w w Polsce jest oczywiście hodowla koni arabskich czystej krwi. „Jako jedyna ma znaczenie międzynarodowe i ma realny wpływ na hodowlę światową” – zauważa NIK, choć raczej należałoby sprecyzować, że miała do 2016 r.
Bez wątpienia na poziom hodowli miała wpływ częstotliwość zmian składów organów zarządzających spółek. W ocenie NIK nie sprzyjało to ciągłości i jakości zarządzania. W latach 2016-2018 stadniny w Janowie Podlaskim i Michałowie miały po 4 prezesów każda.
Izba wylicza, że ogółem w latach 2015-2019 odwołanych zostało 43 członków zarządu 14 spółek hodowli koni, w tym 21 odwołanych członków zarządu nie otrzymało absolutorium z wykonania obowiązków. W okresie tym powołano 41 członków zarządu, w tym jako pełniących obowiązki prezesa zarządu powołano 31 osób, a 10 członków zarządu wyłonionych zostało spośród kandydatów, którzy zgłosili się w trybie postępowania kwalifikacyjnego.
Tę karuzelę kadrową można zrozumieć, bo przecież oczywiste jest, że nowe władze PiS-owskie chciały się jak najszybciej nachapać. Zrozumiałe też, że musiało to mieć marne konsekwencje dla państwowej hodowli koni, czym zresztą nikt się specjalnie nie przejmował.
Wśród przyczyn regresu hodowli koni w Polsce NIK wymienia między innymi i to, że dotychczasowa strategia działania spółek hodowli koni, polegająca na utrzymywaniu hodowli koni przez inną działalność (np. hodowlę bydła, produkcję mleka i produkcję roślinną) przestała przynosić efekty. Wpływ na to miały susze w latach 2018 i 2019 r. – bo spółki nie otrzymywały dopłat z tego tytułu.
Inny powód to rabunkowa polityka wyprzedawania wartościowych koni, zamiast pozostawiania ich dla rozrodu, w celu doraźnej poprawy wyników finansowych. PiS-owscy nominaci z upodobaniem stosowali tę prymitywną, krótkowzroczną metodę. Jak wskazuje NIK, średnia cena za sprzedanego konia w trzech spółkach zajmujących się hodowlą koni arabskich czystej krwi, czyli w Michałowie, Janowie Podlaskim i Białce, uległa zmniejszeniu ze 104 tys. zł z 2015 r. do 23,8 tys. zł w 2018 r.
Generalnie, zdaniem NIK, państwowa hodowla koni w Polsce prowadzona była przez spółki rzetelnie, nie zawsze jednak gospodarnie. Dotyczyło to przede wszystkim gospodarowania majątkiem spółek. Izba wykryła też nieprawidłowości, mogące ewidentnie służyć interesom osób prywatnych, takie jak trzymanie czyichś koni po cenach niższych niż określone w cennikach lub w ogóle za darmo. Nie jest podane, czy przypadkiem nie była to darmowa usługa na rzecz koni jakichś dygnitarzy PiS.
Oczywiście negatywny wpływ na kłopoty państwowych spółek hodowli koni miały też czynniki o charakterze międzynarodowym. NIK wymienia tu sytuację na rynku koni użytkowych i sportowych, zmniejszenie zainteresowania końmi arabskimi czystej krwi, zmniejszające się zapotrzebowanie na ogiery-reproduktory.
Nie ulega jednak wątpliwości, że do tych negatywnych tendencji znacząco przyczyniła się wyprzedaż koni wysokiej klasy, prowadzona przez Polskę. Niestety, w ostatnich latach właśnie w ten sposób objawił się, wymieniony przez NIK, „realny wpływ na hodowlę światową” jaki ma państwowa hodowla koni arabskich w naszym kraju.

Na żelaznym szlaku

Szefowie polskiego kolejnictwa są zadowoleni z tempa realizacji Krajowego Programu Kolejowego i oceniają, że dzięki niemu PKP stają się dostępniejsze, bezpieczniejsze i coraz bardziej konkurencyjne. Na razie jednak trzeba mozolnie wychodzić z tegorocznego załamania przewozowego.

Jak policzono, około 10 tys. pracowników i ponad 3 tysiące maszyn jest codziennie zaangażowanych przy realizacji programu kolejowego. Władze państwowego przedsiębiorstwa PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. twierdzą, że utrzymują dobre tempo inwestycji mimo pandemii – i wskazują, że 85 proc. Krajowego Programu Krajowego o wartości 76 mld zł to już projekty zakończone, albo „na zaawansowanym etapie realizacji”. Wypada jednak zauważyć, że zakończenie to nie to samo, co „zaawansowany etap realizacji”, od którego do finału może być jeszcze całkiem daleko.
„Dzięki inwestycjom kolej staje się dostępniejsza, bezpieczniejsza i coraz bardziej konkurencyjna” – zapewnia kierownictwo PKP PLK. I dodaje, że pandemia nie zmniejszyła tempa kolejowych inwestycji, a wykonawcy nie przerwali robót i realizują ważne umowy przy rozkładowym ruchu pociągów.

-W dobrym tempie realizowane są inwestycje z Krajowego Programu Kolejowego, które zwiększają dostępność i możliwości kolei zarówno w regionach, jak i na trasach międzynarodowych – pochwalił się Andrzej Bittel, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury. Wskazał też, że wraz z nową perspektywą finansową Unii Europejskiej gotowe będą kolejne przetargi, które już przygotowują PKP Polskie Linie Kolejowe .
Jak twierdza władze PKP, około 80 proc. inwestycji jest realizowanych zgodnie z założonym harmonogramem. Codziennie na sieci kolejowej wykonywane są roboty o wartości ponad 40 mln zł. W 2020 r. kolejowe nakłady na inwestycje będą na poziomie kilkunastu miliardów złotych.

-Nie zwalniamy tempa. Obecnie na budowach realizujemy roboty o łącznej wartości ponad 51 mld zł. Zakończyliśmy prace o wartości około 14 mld zł. PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. przygotowują się do nowej perspektywy. W 2021 r. spółka będzie gotowa do ogłoszenia 26 przetargów na budowę za kwotę ok. 36 mld zł – powiedział Ireneusz Merchel, prezes PKP PLK.
Wedle jego słów, wzrosła wartość i tempo inwestycji PKP PLK. W obecnej unijnej perspektywie finansowej wykonanie inwestycji ma być cztery razy większe niż w poprzedniej – ponieważ wydatki do czerwca siódmego roku tejże perspektywy wynosiły 30,6 mld zł, a w analogicznym momencie poprzedniej perspektywy tylko 7,6 mld zł.
PKP PLK informują również, że wspólnie z wykonawcami wypracowały rozwiązania usprawniające i ułatwiające proces inwestycyjny, co ma sprzyjać utrzymaniu stabilności na rynku budowlanym poprzez zachowanie ciągłości realizacji inwestycji, ogłaszanie nowych przetargów i podpisywanie umów – mimo pandemii koronawirusa. Takim ułatwieniem ma być wpisywanie do materiałów przetargowych zabezpieczenia należytego wykonania umowy zmniejszonego do 5 proc.
„Obniżenie maksymalnej wartości poziomu zabezpieczenia do 5 proc. oznacza istotną redukcję obciążeń finansowych dla wszystkich uczestników rynku. Dla wykonawców oznacza to możliwość ubiegania się o dodatkowe zamówienia, a dla PLK większą konkurencyjność ofert” – zapewniają władze PKP PLK.
Krajowy Program Kolejowy ma przynieść „znaczącą poprawę” ruchu kolejowego w dużych aglomeracjach, podnieść standard podróży (na trasach regionalnych) oraz poprawić warunki dla przewozów towarowych. Pociągi mają osiągać wyższe prędkości, zapewniając krótsze podróże we wszystkich regionach i w ruchu międzyregionalnym. W przewozach towarowych chodzi zwłaszcza o połączenia Śląska z portami Trójmiasta, Szczecina i Świnoujścia (choć Polska już jest importerem, a nie eksporterem węgla kamiennego)
W 2021 roku PLK mają być gotowe do ogłoszenia przetargów na realizację robót budowlanych dla 26 projektów inwestycyjnych o wartości ok. 36 mld zł. Natomiast w 2022 roku gotowych ma być 6 dokumentacji technicznych dla projektów o wartości ok. 11 mld zł.
Polskim kolejom przyda się jak najszybsze ukończenie podjętych inwestycji, gdyż może to pomóc w odzyskaniu pasażerów, którzy zrezygnowali z podróżowania pociągami. Regres jest poważny, bo jak podaje Urząd Transportu Kolejowego, w pierwszym półroczu 2020 r. z usług PKP skorzystało około 104 mln pasażerów, co oznacza spadek o blisko 58 mln osób (35,7 proc.) w stosunku do ubiegłego roku. Styczeń i luty wskazywały wprawdzie na zwiększające się zainteresowanie koleją, ale epidemia koronawirusa spowodowała zmniejszenie mobilności Polaków.
W czerwcu PKP przewiozły 14,5 mln pasażerów, co oznacza spadek o 12,8 mln w porównaniu z czerwcem 2019 r. To niemal 47 proc. mniej.
Jest jednak światełko w tunelu, bo ubytek liczby pasażerów spowodowany epidemią koronawirusa jest mniejszy, niż w kwietniu i maju kiedy sięgał 77 proc. i 66 proc. Tak więc, mimo trwającej epidemii, pasażerowie powoli wracają na kolej. Zauważalne jest też zwiększenie zainteresowania pociągami dalekobieżnymi. Średnia odległość podróży wzrosła z 52 km w maju do ponad 60 km w czerwcu.

-Kolej stoi przed trudnym wyzwaniem, jak przekonać pasażerów, że podróżowanie pociągami jest bezpieczne w czasie epidemii. Ważne jest utrzymanie wysokich norm sanitarnych i stosowanie nowoczesnych metod dezynfekcji składów – mówi dr inż. Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego.
Nieco lepiej było z przewozami towarowymi. W czerwcu 2020 r. przewieziono koleją 17,5 mln ton ładunków – o 1,1 mln ton mniej niż w czerwcu ubiegłego roku. To najmniejszy miesięczny spadek przewozów licząc rok do roku – tylko 6,1 proc..
Te przewiezione przez PKP 17,5 mln ton w czerwcu 2020 r. to wynik o prawie 900 tys. ton wyższy niż w poprzednim miesiącu.

-Wyniki przewozowe za czerwiec potwierdzają, że kryzys wywołany epidemią miał mniejszy wpływ na przewozy towarowe niż pasażerskie. Z informacji przekazywanych przez przewoźników wynika, że w dalszym ciągu rozwija się transport kolejowy między Azją a Europą – wskazuje prezes Ignacy Góra.
W sumie, w pierwszym półroczu przewoźnicy przetransportowali 105 mln ton towarów, co w porównaniu z rokiem poprzednim oznacza spadek o 13 mln ton (11 proc.). Średnia odległość przewozów towarowych w pierwszym półroczu wyniosła 233 km i była o 6 km niższa w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego.

Ko(s)miczne wizje rządu – i rzeczywistość

Pod rządami PiS w naszym kraju, wedle ocen Europejskiej Agencji Kosmicznej, firmy sektora kosmicznego „znajdują się na najniższym poziomie rozwoju”.

Jak powszechnie wiadomo, sektor kosmiczny jest jednym z najbardziej innowacyjnych i zaawansowanych technologicznie obszarów w gospodarce europejskiej i światowej. Mało kto chyba natomiast wie, że w naszym kraju istnieje coś takiego jak Polska Strategia Kosmiczna.
Wydawać by się mogło, że nasza, delikatnie mówiąc, niespecjalnie nowoczesna gospodarka, nie bardzo ma czego szukać w przestrzeni kosmicznej. A jednak, mamy ambicje w tej dziedzinie. W rezultacie, w listopadzie 2012 r., za rządów PO, Polska przystąpiła do Europejskiej Agencji Kosmicznej.
Natomiast w lutym 2017 r., już za czasów PiS, formalnie weszła w życie wspomniana Polska Strategia Kosmiczna, ustalająca cele rozwoju naszego sektora kosmicznego (który ponoć wykazuje jakieś oznaki aktywności). To jednak, że weszła w życie, nie oznacza, że przynosi jakiekolwiek efekty. Najważniejsze jest, że działa u nas stosowny urząd – Polska Agencja Kosmiczna z suto opłacanymi stanowiskami. To wspaniała robota, wolna od pośpiechu i odpowiedzialności!
W Polskiej Strategii Kosmicznej wyznaczone zostały trzy cele strategiczne oraz pięć celów szczegółowych, które powinny zostać osiągnięte do 2030 r. Jest to więc perspektywa bezpieczna, bo na tyle odległa, że PiS, zgodnie ze swą metodą działania, może obiecywać co chce, nie troszcząc się o realizację obietnic. Koordynatorem realizacji Strategii jest minister właściwy do spraw gospodarki. Nie przepracowuje się, skoro realizacji nie ma.
Cele strategiczne mają doprowadzić do tego, że polski sektor kosmiczny będzie zdolny do skutecznego konkurowania na rynku europejskim, a jego obroty wyniosą co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów tego rynku (proporcjonalnie do polskiego potencjału gospodarczego).
Ponadto, polska administracja publiczna będzie wykorzystywać dane satelitarne dla szybszej i skuteczniejszej realizacji swoich zadań, a krajowe przedsiębiorstwa będą w stanie w pełni zaspokoić popyt wewnętrzny na tego typu usługi oraz eksportować je na inne rynki.
Polska gospodarka i instytucje publiczne mają zaś posiadać dostęp do infrastruktury satelitarnej, umożliwiający zaspokojenie ich potrzeb, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności.
Natomiast cele szczegółowe obejmują: 1 – Wzrost konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego i zwiększenie jego udziału w obrotach europejskiego sektora kosmicznego.
2 – Rozwój aplikacji satelitarnych, co ma stanowić wkład w budowę gospodarki cyfrowej.
3 – Rozbudowę zdolności zapewnienia bezpieczeństwa i obronności państwa z wykorzystaniem technologii kosmicznych i technik.
4 – Stworzenie sprzyjających warunków do rozwoju sektora kosmicznego w Polsce.
5 – Budowę kadr dla potrzeb polskiego sektora kosmicznego.
Jak widać więc, zarówno cele strategiczne jak i szczegółowe, są na tyle niekonkretne i … pozbawione szczegółów, iż trudno będzie komukolwiek czynić zarzuty, że nie zostaną zrealizowane. Trudno zaś cokolwiek zrealizować, jeśli wszystkie te cele stanowią propagandową lipę, mającą pokazać elektoratowi, jak to PiS-owska władza śmiało buduje w Polsce innowacyjną gospodarkę przyszłości.
W rzeczywistości, nikt tu niczego nie buduje i nawet nie próbuje. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła właśnie, że w Polskiej Strategii Kosmicznej nie zapisano jakimi instrumentami minister właściwy do spraw gospodarki miałby wykonywać zadania związane z realizacją celów strategicznych i szczegółowych.
A ponieważ nie zapisano, więc minister nie podjął żadnych działań i nie stworzył systemu wykonania tej strategii. Nie przypisał też odpowiednim instytucjom celów i kierunków, które mają realizować. Nie zobowiązał również nikogo, a w szczególności kierowników jednostek uczestniczących w strategii kosmicznej, do okresowej oceny stopnia wykonania wspomnianych celów. W rezultacie, nikt nic nie wie i niczym się nie przejmuje.
„Podjęta przez Ministra w październiku 2019 r. (w czasie kontroli NIK) próba uzyskania całościowej wiedzy o stanie realizacji projektów wymienionych w PSK okazała się bezskuteczna” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli (chodzi o Jadwigę Emilewicz).
Kiepsko wygląda także proces tworzenia ram prawnych dla rozwoju sektora gospodarki kosmicznej. Polska jest stroną trzech traktatów tworzących międzynarodowy system prawa kosmicznego. Wszystkie te umowy nakładają na nasz kraj konieczność uregulowania w krajowym prawie takich kwestii jak: zasady wyrażania zgody na działalność w przestrzeni kosmicznej przez podmioty krajowe oraz wyznaczenie organu odpowiedzialnego za nadzór nad tego rodzaju działalnością; zasady prowadzenia krajowego rejestru obiektów kosmicznych; zagadnienia dotyczące odpowiedzialności państwa oraz kwestie odszkodowawcze.
Oczywiście nic z tego nie zostało wykonane. Nie ukończono prac legislacyjnych nad projektem ustawy o działalności kosmicznej i Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych. Prace nad tymi regulacjami zapoczątkowane zostały już w 2013 r., za rządów PO. Ale dwa lata później w wyborach wygrało Prawo i Sprawiedliwość i prace ustawodawcze zarzucono.
Konsekwencją braku ustawy jest niewykonywanie części zadań przez Polską Agencję Kosmiczną oraz nie wypełnianie przez nasz kraj zobowiązań międzynarodowych dotyczących rejestracji obiektów kosmicznych. Między innymi, nie zarejestrowane były dwa polskie satelity (czyli latają wokół Ziemi „na dziko”).
„Nierealizowanie zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego może negatywnie wpływać na wizerunek Polski, jako kraju, który pretenduje do aktywnego udziału w europejskiej polityce kosmicznej” – ubolewa NIK. Tu akurat Izba trochę przesadza, bo jest wiele czynników znacznie bardziej negatywnie wpływających dziś na wizerunek Polski, niż niewykonywanie zobowiązań międzynarodowych.
Nie zmienia to faktu, że Polska wedle ocen Europejskiej Agencji Kosmicznej znajdowała się na najniższym poziomie rozwoju firm sektora kosmicznego. W przypadku Polski raczej trudno zresztą mówić o jakimkolwiek rozwoju skoro, jak stwierdza NIK, minister nie wypracował kryteriów oceny wzrostu kompetencji polskiego sektora kosmicznego – a tym samym nie monitorował wpływu wydatków ponoszonych z budżetu państwa na wzrost efektywności sektora.
Wygląda to na przemyślaną strategię rządową, dzięki której można ciągnąć kasę od państwa, nie przejmując się żadnymi wynikami. A kasa jest niemała, bo w skontrolowanym prez NIK okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2019 r., dla polskiego sektora kosmicznego przeznaczono z budżetu państwa łącznie 157 mln zł oraz jeszcze aż 136 milionów euro uzyskanych od Unii Europejskiej. Jeszcze więcej Polska musi płacić w ramach składki członkowskiej do Europejskiej Agencji Kosmicznej. W latach 2016-2019 Polska wpłaciła do tej agencji łącznie 165,4 mln euro, to jest ok. 620 mln zł.
Jakie rezultaty przyniosły wszystkie te wydatki? Najprawdopodobniej żadne (oczywiście oprócz wysokich apanaży dla urzędników rządowych zajmujących się naszą „ekspansją kosmiczną”). „Minister nie przeprowadzał ani nie dysponował wynikami analiz, które pozwoliłyby na ocenę, w jakim stopniu firmy sektora kosmicznego przybliżyły się w tym czasie do wyższego poziomu rozwoju” – stwierdza jednoznacznie NIK.
Nie został też przyjęty Krajowy Program Kosmiczny – a zgodnie z zapisami Strategii miał być podstawowym narzędziem realizacji jej celów. Jak wykryła NIK, w 2018 r. Polska Agencja Kosmiczna odpowiedzialna za opracowanie tego dokumentu, nierzetelnie przygotowała finansową jego część. Przede wszystkim nie uzyskała żadnego potwierdzenia gotowości do zaangażowania finansowego w realizację Programu Kosmicznego.
Zdaniem NIK, brak Krajowego Programu Kosmicznego jest postrzegany przez przedsiębiorców, jako jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla rozwoju sektora kosmicznego w Polsce. Poniewczasie, w byłym już Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii jego szefowa (a obecnie wicepremierka) Jadwiga Emilewicz podjęła próbę wypracowania właściwego trybu przyjęcia programu kosmicznego, tak aby możliwe było rozpoczęcie finansowania jakichś zadań. Była to jednak próba nieudana, a resort przedsiębiorczości i technologii nawet nie był w stanie stanie stworzyć podstaw prawnych do zatwierdzenia takiego dokumentu przez jakikolwiek organ. W rezultacie, przez lata projekt Krajowego Programu Kosmicznego już się kompletnie zdezaktualizował.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła ankietę wśród jednostek naukowo-badawczych oraz firm z sektora kosmicznego (mamy w Polsce nawet Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego!). Ankietowani wskazali na podstawowe bariery utrudniające rozwój polskiego sektora kosmicznego.
Te najważniejsze bariery to: brak Krajowego Programu Kosmicznego; brak efektywnych mechanizmów finansowania; preferencyjne podejście do firm prywatnych kosztem jednostek badawczych, które mogą najczęściej pełnić jedynie rolę podwykonawcy usług badawczych; brak długofalowej wizji rozwoju; brak wiedzy merytorycznej; brak urządzeń do przetwarzania danych; wybór ekspertów do Europejskiej Agencji Kosmicznej spośród urzędników a nie naukowców lub fachowców-praktyków.
Ostatni zarzut jest kompetnie naiwny. Czy ktoś naprawdę mógłby uważać, że strona polska zechce delegować specjalistów na intratne stanowiska w Europejskiej Agencji Kosmicznej, zamiast urzędników, będących z reguły krewnymi i znajomymi królika? Przecież jak w Polsce ktoś jest urzędnikiem, w dodatku jeszcze odpowiednio umocowanym politycznie i towarzysko, to siłą rzeczy jest też ekspertem, nadającym się na wszelkie posady zagraniczne.
I tak właśnie wygląda nasz podbój kosmosu w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości.

Znowu się dzieje na półwyspie Apenińskim

Niedzielne wybory w dwóch regionach Włoch zakończyły się zwycięstwem współrządzącej krajem centrolewicy w Emilii-Romanii na północy i sukcesem centroprawicy w Kalabrii na południu. Kampanię wyborczą zdominował (jak zwykle) lider Ligi – Matteo Salvini.

W wyborach gubernatora regionu Emilia-Romania wygrywa ośmioma punktami przewagi kandydat centrolewicy Stefano Bonaccini (51,6 proc.) przeciwko kandydatce centroprawicy Lucia Borgonzoni (43,7 proc.).
Za to w słonecznej Kalabrii prowadzi Jole Santelli z Forza Italia (51 proc.), którą popierały także pozostałe ekipy centroprawicy włącznie z Ligą, na zasadzie podpisanej umowy jeszcze sprzed wyborów z 2018 roku. Zdecydowanie wygrała z kandydatem centrolewicy Filippo Callipo (31 proc.).
W obu regionach ogromną porażkę poniósł współtworzący rząd Włoch Ruch Pięciu Gwiazd. To kolejny cios wizerunkowy dla antyestablishmentowej ekipy po dymisji z fotela przewodniczącego Luigi Di Maio. Znany ze swojej momentami populistycznej retoryki Ruch już od jakiegoś czasu jest pogrążony w kryzysie przywództwa zmagając się jednocześnie z migracją swoich parlamentarzystów. Ugrupowanie, które jeszcze niedawno uznawano za wybawcę pogrążonej w marazmie Italii ewidentnie nie jest w stanie otrząsnąć się.
Czyżby to był początek końca Ruchu założonego przez komika Beppe Grillo? Czas pokaże, a póki co stało się coś brzmiące prawie jak tekst z literatury science-fiction.
O ile bastion centrolewicy w regionie Emilii Romanii został obroniony przez narodzony w listopadzie zeszłego roku w Bolonii ruch obywatelski nazwany „sardynkami”, o tyle Matteo Salviniego zdobył kolejny rejon południa Włoch, co może oznaczać całkiem ciekawy scenariusz w wypadku przyspieszonych wyborów.
Może nie ma pożaru na horyzoncie, ale też nie ma powodów do otwierania szampana.

Znaczy kapitał

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości rośnie liczba zgonów w Polsce, skraca się przeciętna długość życia, coraz częściej chorujemy na długotrwałe choroby. Natomiast program Rodzina 500 plus doprowadził do spadku liczby żywych narodzin. Taka jest kondycja naszego kapitału ludzkiego.

Główny Urząd Statystyczny zbadał, jak przedstawia się kondycja kapitału ludzkiego w naszym kraju. Jak mówi definicja, ów kapitał ludzki to „wiedza, umiejętności, zdolności oraz inne właściwe jednostce atrybuty (czyli cokolwiek innego) które ułatwiają tworzenie osobistego, społecznego oraz ekonomicznego dobrostanu (co nie do końca jest tym samym co dobrobyt).
Przybywa nam wieśniaków
Kondycję kapitału ludzkiego opisuje cały szereg danych i wskaźników, porównujących sytuację w 2014 r. i na koniec 2018 oraz w roku ubiegłym.
Wiedza o nich ma posłużyć, jak stwierdza GUS, poprawie jakości kapitału ludzkiego, rozumianego jako wykształcone społeczeństwo, cieszące się dobrym stanem zdrowia oraz dopasowane do potrzeb rynku pracy (choć może rynek pracy powinien być dopasowany do potrzeb społeczeństwa, bo w końcu to praca służy ludziom, a nie odwrotnie).
Badaniem zostały objęte osoby zamieszkujące Polskę, posiadające polskie obywatelstwo. Mamy tych polskich obywateli 38 411,1 tys. (w tym 51,6 proc. kobiet), co oznacza spadek w stosunku do 2014 r. o 67,5 tys. osób. Liczba mieszkańców miast wyniosła 23 067,2 tys. (60,1) i była niższa w porównaniu z 2014 r. o 149,1 tys.
W Polsce stopniowo przybywa ludzi mieszkających na wsi (choć nie będących rolnikami).
Stopniowo zaczęły się zmieniać w naszym kraju proporcje wieku. W latach 2014-2018 udział ludności w wieku produkcyjnym zmniejszył się z 63,0 proc. do 60,6 proc., a ludności w wieku poprodukcyjnym wzrósł z 19,0 proc. do 21,4 proc. Udział osób w wieku przedprodukcyjnym nie zmienił się znacząco i wynosi 18,1 proc..
Rządy PiS to wymieranie Polaków
W ostatnich latach obserwowano w Polsce ujemny przyrost naturalny – największy wystąpił w 2015 i 2018 roku i wyniósł odpowiednio minus 25,6 tys. i minus 26,0 tys. Nie sprawdził się program Rodzina 500 plus, który miał spowodować wzrost liczby narodzeń. Jak zapowiadał premier Mateusz Morawiecki, o kilkadziesiąt tysięcy rocznie.
Była to oczywiście lipa, bo w rzeczywistości program 500 plus prowadzi do spadku liczby urodzin. W 2017 r. urodziło się 403 tys. dzieci, a w 2018 jedynie 388 tys. Danych za ubiegły rok jeszcze nie ma, ale wszystko wskazuje na utrzymanie trendu spadkowego, gdyż w pierwszym półroczu 2019 r. urodziło się 182 tys dzieci, czyli o 11 tys. mniej niż w pierwszym półroczu 2018 r.
Z drugiej strony, mamy coraz więcej zgonów i regres w długości życia Polaków, co jest wynikiem zaniedbań w opiece zdrowotnej, do jakich doprowadziły rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Nastąpił wzrost liczby zgonów z 376,5 tys. w 2014 r. do 414,2 tys. w 2018 r. Najczęstszymi przyczynami zgonów były choroby układu krążenia (41,5 proc. ogólnej liczby zgonów) oraz nowotwory (26,5 proc. ) i choroby układów oddechowego i pokarmowego – 10,7 proc. Liczba zachorowań na nowotwory złośliwe systematycznie rośnie.
Krótsze życie, więcej chorób
Przeciętne trwanie życia dla mężczyzn wyniosło w Polsce 73,8 lat, a dla kobiet 81,7 lat. W latach 2014-2018 średnia długość życia kobiet skróciła się o 0,1 roku. Długość życia mężczyzn przestała zaś rosnąć.
Bardziej też chorujemy – długotrwałe problemy zdrowotne (trwające co najmniej 6 miesięcy) wystąpiły u 37,5 proc. osób (o 3,6 pkt. proc. więcej niż w 2014 r.).
W rezultacie, w latach 2014-2018 obserwowano w Polsce ujemny przyrost naturalny – największy ubytek nastąpił w 2015 i 2018 r. i wyniósł odpowiednio minus 25,6 tys. i minus 26,0 tys.
Różnica między najdłuższym a najkrótszym trwaniem życia dla mężczyzn wśród 16 województw wynosi 3,6 lat.
Najniższe wartości tradycyjnie dotyczyły mężczyzn mieszkających na terenie województwa łódzkiego (72,0 lata), a najwyższe mężczyzn z terenu województwa podkarpackiego (75,6 lat) i małopolskiego (75,3 lat).
Wśród kobiet zróżnicowanie było mniejsze i wyniosło 2,5 roku. Najniższe wskaźniki zanotowano w przypadku kobiet z łódzkiego (80,7 lat) i lubuskiego (80,9 lat), natomiast najwyższy dotyczył kobiet z podkarpackiego (83,2 lata) i małopolskiego (82,9 lat). Przeciętne trwanie życia kobiet mieszkających w województwach leżących na terenie Polski wschodniej i południowo-wschodniej było dłuższe niż średnia dla kraju, co przeczy powszechnej tezie, że wykształcenie i wyższe zarobki wydłużają ludzkie życie.
Mniej kandydatów na magistrów
Jak pod względem demografii wyglądamy w porównaniu z innymi państwami?
Według danych Eurostatu spośród państw europejskich najwyższy wskaźnik trwania życia mężczyzn odnotowano w Szwajcarii i Liechtensteinie (po 81,6 lat), a najniższy na Ukrainie (68,3 lat).
Wśród kobiet za długowieczne można uznać Hiszpanki i także mieszkanki Liechtensteinu. Tam przeciętne trwanie życia wyniosło powyżej 86 lat. Najkrócej w Europie żyją Gruzinki i mieszkanki Macedonii Północnej – nie osiągają wieku 78 lat.
Różnica między trwaniem życia kobiet i mężczyzn była najwyższa na Białorusi (10,0 lat) i Litwie (9,9 lat), a najniższa w Albanii (3,0 lata).
Jeśli chodzi o edukację Polaków (od ich najmłodszych lat) to warto zauważyć, że w 2019 r. dzieci w wieku od 3-5 lat w 87,3 proc. były objęte wychowaniem przedszkolnym (na obszarach wiejskich w 67,0 proc.), co stanowiło wzrost w stosunku do roku szkolnego 2014-15 o 7,9 punktu procentowego.
W szkolnictwie ponadgimnazjalnym obserwowano wzrost zainteresowania szkołami umożliwiającymi naukę zawodu. Udział uczniów techników zwiększył się z 36,9 proc. w roku szkolnym 2014-15 do 40,8 proc. w roku 2018-19. Odnotowano natomiast spadek udziału uczniów zasadniczych szkół zawodowych (o 2,2 pkt. proc.) oraz uczniów liceów ogólnokształcących (o 1,7 pkt. proc.).
Tak zwany współczynnik skolaryzacji netto w szkolnictwie wyższym w latach akademickich 2014-15, 2018-19 zmniejszył się o 2,2 pkt. proc, co świadczy o tym, że pod rządami PiS doszło do zahamowania tendencji powszechnego zdobywania wykształcenia akademickiego.
Wśród absolwentów uczelni zaobserwowano wzrost udziału osób kończących kierunki studiów związane z nauką, techniką, przemysłem i budownictwem z 22,8 proc. dla rocznika 2013-14 do 28,5 proc. dla rocznika 2017-18.
Wielki sukces gimnazjów
Analiza struktury wykształcenia wskazuje, że polskie kobiety są lepiej wykształconą grupą niż mężczyźni – w 2018 r. 32,6 proc. kobiet legitymowało się dyplomem uczelni wobec 21,9 proc. mężczyzn.
Wykształcenie mieszkańców zdecydowanie najlepiej przedstawia się w województwie mazowieckim, w którym 37,1 proc. osób ma dyplom ukończenia studiów wyższych, zaś udział osób o niskim poziomie wykształcenia (zasadniczym zawodowym, gimnazjalnym, podstawowym i niepełnym podstawowym) był najniższy w kraju i wyniósł 29,5 proc. Wpływa na to oczywiście Warszawa i jej urzędy i instytucje, gdzie pracuje wiele osób z wyższym wykształceniem.
Jasnym punktem w edukacyjnym krajobrazie Polski stało się wprowadzenie gimnazjów, co nastąpiło w 1999 r. po kilkudziesięcioletniej przerwie i zaowocowało doskonałymi umiejętnościami naszych piętnastolatków.
Na podstawie obserwacji wyników osiąganych przez gimnazjalistów w ramach Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA, odbywającego się co trzy lata i koordynowanego przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) widać, jak poprawiła się jakość wiedzy tych uczniów.
Badanie to (w 2018 r. zostało przeprowadzone w 79 krajach i regionach) określa umiejętności 15-latków w trzech obszarach: czytanie i interpretacja, nauki przyrodnicze oraz matematyka, a jego wyniki w sposób obiektywny i porównywalny w skali międzynarodowej pozwalają odpowiedzieć na pytanie, czy młodzi ludzie potrafią efektywnie analizować, rozumować i jasno przekazywać swoje myśli oraz czy są przygotowani do uczenia się przez całe życie. Dzięki wprowadzeniu gimnazjów, w przypadku Polski ta odpowiedź brzmi jednoznacznie „Tak”.
W badaniu umiejętności czytania i interpretacji Polska z wynikiem 512 punktów znalazła się na 4 miejscu w Unii Europejskiej i na 10 miejscu wśród wszystkich krajów i regionów biorących udział w badaniu. Od 2015 r. średni wynik polskich uczniów z czytania i interpretacji polepszył się o 6 punktów.
W zakresie umiejętności matematycznych Polska z wynikiem 516 punktów (wzrost o 12 punktów) zajęła 3 miejsce (co oznaczało jednocześnie wzrost o 6 pozycji w stosunku do 2015 r.) wśród krajów Unii Europejskiej i 10 miejsce wśród krajów i regionów biorących udział w badaniu. W obszarze nauk przyrodniczych z wynikiem 511 punktów zajmujemy 11 miejsce wśród państw i regionów biorących udział w badaniu (3 miejsce wśród krajów Unii Europejskiej). Rezultat ten był o 10 punktów wyższy w porównaniu z 2015 r.
Jesteśmy więc jednym z paru państw świata, gdzie młodzież jest ponadprzeciętna we wszystkich badanych przedmiotach. Niestety, to już ostatni taki sukces polskich piętnastolatków. Likwidacja gimnazjów przez PiS oznacza, że w przyszłości możemy zapomnieć o równie dobrych rezultatach.
W latach 2014-2018 miał miejsce spadek liczby czytelników wypożyczających książki, zarejestrowanych w bibliotekach publicznych – z 164 do 155 osób na 1000 ludności. Zmniejszyła się również liczba książek wypożyczonych w ciągu roku na 1 czytelnika z 18,3 do 17,1. Zaobserwowano natomiast wzrost liczby uczestników różnych wydarzeń kulturalnych organizowanych w domach kultury, świetlicach i klubach.
Te dane nie świadczą oczywiście o spadku czytelnictwa w Polsce lecz o tym, że tradycyjne biblioteki w niedalekiej przyszłości zaczną stawać się przeżytkiem. W istocie Polacy czytają coraz więcej – tyle , że na ekranach komputerów i innych podobnych urządzeń.
Pośrednim dowodem na taki wzrost czytelnictwa może być to, że w 2018 r. już 84,2 proc. gospodarstw domowych wyposażonych było w dostęp do Internetu, co stanowiło wzrost o 9,6 pkt .proc. w stosunku do 2014 r.

Oni wiedzą wszystko

Jak pokazuje poniższa rozmowa, dziś już nie da się ukryć informacji na swój temat.

– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?
– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.
– Źle się dodzwoniłem?
– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.
– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.
– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?
– To co zwykle? A pan mnie zna?
– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją peperoni i szynki.
– OK! Taką zamawiam!
– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi
pomidorami?
– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!
– Ale ma pan podwyższony cholesterol.
– Skąd o tym wiecie?!
– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat. Nie brał pan ostatnio lekarstw regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.
– Kupiłem więcej w innej aptece
– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.
– Zapłaciłem gotówką!
– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.
– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.
– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem
skarbowym.
– Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady, albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!
– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.

Koszty przekraczają przychody

Przedsiębiorstwa w Polsce muszą funkcjonować w coraz gorszych warunkach rozwojowych.

W okresie styczeń-wrzesień 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże, czyli zatrudniające 50 i więcej pracowników (50+), zwiększyły przychody ze sprzedaży o 6,7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.
Jednak ich koszty rosły szybciej niż przychody, bo o 7 proc., a wynik finansowy netto wzrósł o 1,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Z taką tendencją mamy do czynienia od początku 2018 r. Przynosi ona skutek w postaci spadku rentowności sprzedaży netto – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. rentowność sprzedazy netto wyniosła 4,6 proc. Teraz jest to 4,0 proc.

Bez większych szans

Generalnie rentowność polskich dużych i średnich przedsiębiorstw (50+) nie jest wysoka. Nie daje zbyt dużych szans na budowanie coraz większych, coraz silniejszych kapitałowo przedsiębiorstw, które w czasach cyfryzacji, robotyzacji, uczenia maszynowego, technologii komórkowej piątej generacji (5G) byłyby zdolne do zwiększania inwestycji niezbędnych dla utrzymania konkurencyjności. O nakładach na badania i rozwój oraz innowacje nie wspominając.
Należy przypomnieć, że w okresie 2016-2018 r. (a zatem w ciągu trzech lat) aktywnych innowacyjnie było w Polsce zaledwie 26 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 21 proc. firm usługowych.
Warto w tym kontekście wrócić do exposé premiera Mateusza Morawieckiego z 19 listopada i zapowiedzi wprowadzenia w Polsce estońskiego CIT (podatku od dochodów przedsiębiorstw).
Pomysł bardzo dobry, jednak już na początku jest on obarczony grzechem małej przydatności. Ma bowiem dotyczyć tylko małych i średnich firm, które są spółkami prawa handlowego. A takich firm wśród małych i średnich przedsiębiorstw jest jedynie ok. 8-9 proc.
Estońskim CIT-em, skierowanym do tak małej grupy małych firm, świata więc nie zawojujemy.
Decyzje nowego rządu w okresie coraz wyraźniejszego spowalniania polskiej gospodarki (wzrost produktu krajowego brutto w trzecim kwartale 2019 r. wyniósł 3,9 proc., podczas gdy w pierwszym półroczu 2019 r. było to 4,6 proc.) muszą być odważne – i stanowić wyraźny efekt zachęty do inwestowania. Aczkolwiek nie jest to czynnik wystarczający, bo przedsiębiorcy potrzebują także stabilności i przewidywalności prawa, któremu podlegają. A z tym było w poprzedniej kadencji rządu naprawdę bardzo źle. Pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji i procedowanie ustaw w nocy też nie rokują najlepiej.

Inwestycje rosną wolniej

Wyniki finansowe przedsiębiorstw w okresie styczeń-wrzesień 2019 r. generalnie nie były złe. Płynność finansowa (gotówkowa), czyli zdolność do natychmiastowej realizacji zobowiązań była ciągle wysoka (firmy były w stanie spłacić od razu ponad 35 proc. zobowiązań).
Odsetek wszystkich firm wykazujących zysk netto (prawie 75 proc.) był porównywalny z poprzednimi latami. Niestety o 8,3 proc. wzrosła wartość strat netto. Były one większe o 1,3 mld zł niż w tym samym okresie 2018 r. i wyniosły 17,7 mld zł.
Spośród kosztów wyraźnie rośnie udział wynagrodzeń. Wraz z ubezpieczeniami społecznymi stanowią one już 19,4 proc. kosztów. W okresie styczeń-wrzesień 2015 r. było to 17,7 proc.
Jest to efekt wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach czyli główny czynnik wzrostu kosztów w firmach.
Mimo trudnej sytuacji na rynkach naszych głównych partnerów handlowych, od eksporterów płyną dobre informacje – podkreśla TEP. Ponad 53 proc. przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób wykazało przychody ze sprzedaży na eksport. W stosunku do tego samego okresu 2018 r. przybyło 460 firm-eksporterów. Widać, że osłabienie na rynkach unijnych, czylia w krajach będących naszymi kluczowymi partnerami, może być szansą, nie tylko kłopotem.
I wreszcie inwestycje. W ciągu dziewięciu miesięcy 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże zainwestowały 104,5 mld zł – o 16 proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku (w cenach stałych). Wydaje się to dobrym wynikiem. Jednak nakłady inwestycyjne w pierwszym kwartale 2019 r. były wyższe rok do roku o prawie 22 proc., w pierwszym półroczu o 19 proc., a po trzech kwartałach 2019 r. „tylko” o 16 proc. Widać wyraźne wygaszanie wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. To najgorszy z możliwych sygnałów.

Jak domek z kart

Coś niedobrego stało się w budownictwie, bowiem jeszcze w pierwszym kwartale bieżącego roku nakłady inwestycyjne firm tego sektora wzrosły o prawie 11 proc. w porównaniu z I kw. 2018 r. Po sześciu miesiącach nakłady inwestycyjne były niższe rok do roku o 8 proc., a po 9 miesiącach były niższe już o 11,5 proc.
Wyraźnie zmniejsza się tempo wzrostu nakładów na inwestycje w energetyce. To grozi blackoutem. Wyraźnie spada też dynamika inwestycji w najbardziej innowacyjnym sektorze – informacji i komunikacji. Jest to bardzo niepokojące w kontekście niebywale szybkich zmian cyfryzacyjnych i technologicznych na świecie.
Jeśli tych wyraźnie rysujących się, negatywnych trendów nowy-stary rząd nie weźmie pod uwagę, to osłabienie gospodarcze będzie znacznie silniejsze niż zakłada się w projekcie budżetu na 2020 r. (wzrost PKB o 3,6 proc.).
Jeżeli wzrost gospodarczy spadnie zaś poniżej 3 proc., a takie ryzyko istnieje, to posypie się wszystko jak domek z kart.

Senat odzyskany

Spośród nowo wybranych senatorów 48 reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, 51 związanych jest z ugrupowaniami antypisowskiej opozycji.

Prawo i Sprawiedliwość uzyskało aż 9 z 42 mandatów województw północnej i zachodniej Polski, w tym 4 na Dolnym Śląsku. Dziesiąty mandat zdobyła Lidia Staroń, w przeszłości wieloletnia działaczka Platformy Obywatelskiej, obecnie kojarzona bardziej z PiS-em. Opozycja antypisowska wygrała za to w 8 z 13 okręgów województwa śląskiego, a ponadto w 2 okręgach podwarszawskich oraz Lublinie, w których to okręgach faworytem było Prawo i Sprawiedliwość. O naszym wyborczym sukcesie przesądziły Śląsk, aglomeracja warszawska i Lublin.
W senackiej beczce miodu jest jednak lewicowa łyżka dziegciu. Niewielka partia Polska Lewica wystawiła swoich kandydatów w trzech okręgach wyborczych, w dwóch z nich niemal na pewno zdecydowało to o zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości, między innymi kosztem znanego działacza SLD Jerzego Wenderlicha. Trudno sobie odpowiedzieć sensownie na pytanie, jaki interes miało niemające szans na zdobycie mandatu (co najwyżej w okręgu, w którym zdobyło ponad 21,5 proc. głosów), lewicowe ugrupowanie w zwiększaniu prawdopodobieństwa sukcesu PiS-u. Posiadanie 53 senatorów w olbrzymim stopniu stabilizowałoby większość bezwzględną w Senacie, praktycznie przesądzając o jej utrzymaniu do końca kadencji.
Senat może rozpatrywać uchwaloną przez Sejm ustawę w okresie 30 dni od jej przekazania z Sejmu. Skończyło się przepychanie projektu ustawy przez parlament w ciągu kilkunastu godzin. Komfort sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość zmniejszył się, nie tylko zresztą z powyższych powodów. A w przyszłym roku czekają nas wybory prezydenckie…

Krajobraz po bitwie

Przeżyliśmy kampanię wyborczą i znacznie spokojniej, chociaż w ukrywanym emocjonalnym napięciu, same wybory. Pamięć mam słabą, ale długą. I – szczerze mówiąc – nie pamiętam rezultatu wyborów parlamentarnych, który formalnie może być uznawany za sukces rządzącego ugrupowania, ale jednocześnie grozić mu poważnymi kłopotami.

Po tych wyborach tylko trzy ugrupowania mogą powiedzieć, że naprawdę osiągnęły zakładane cele. Lewica – bo umiała zawiesić niepotrzebne spory i po czteroletniej przerwie wróciła do Parlamentu, z reprezentacją znacznie większą, niż wróżyli malkontenci.

Naprawdę wygrani

Konfederacja, której poglądów i programów lokujących się zbyt blisko narodowo – socjalistycznych idei, nie pochwala większość społeczeństwa, ale popiera jednak na tyle znacząca liczba obywateli, że też weszli do Sejmu z godziwą reprezentacją. I połączone siły Polskiego Stronnictwa Ludowego i grupy Kukiz15, które długo miały bardzo niekorzystne wyniki badań sondażowych, ale przez połączenie sił i umiejętną końcówkę kampanii odwróciły tą tendencję. Liczyłem wprawdzie, że PSL nie da się tak dalece odepchnąć od wsi i uzyska jeszcze lepszy wynik, ale najważniejsze, że utrzymali się w Parlamencie.

Optymiści

Dwa największe ugrupowania, jakie od wielu lat kształtują polityczne oblicze kraju, – czyli Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska z Nowoczesną, robią wrażenie zadowolonych, „ale się nie cieszą”. Zwolennicy Platformy liczyli na znacznie większy wynik. Część uważa, że popełniono liczne błędy w kampanii wyborczej i że była ona mało aktywna. Pociesza ich niewielka, ale politycznie znacząca przewaga ugrupowań opozycyjnych uzyskana w Senacie. Liczą na to, że przewaga ta pozwoli na lepsze przygotowywanie aktów prawnych decydujących o życiu obywateli i gospodarce. Zakładają też, że zahamuje pęd rządu i jego zaplecza politycznego do dalszego omijania konstytucji, prób przejmowania nadzoru nad innymi organami władzy i kontroli działań administracji.
Formalny zwycięzca, – czyli Prawo i Sprawiedliwość – obudziło się po wyborach z uśmiechem i okrzykami radości, ale jednocześnie z przysłowiową „ręką w nocniku”. W tym starodawnym naczyniu znalazły się bowiem co najmniej trzy utrudnienia błogiego życia domorosłego autokraty.

Zawartość nocnika

Pierwsze – że partia i jej koalicjanci nie mają wspomnianej większości w Senacie i tym samym nie będą mogli go traktować wyłącznie, jako maszynki do głosowania.
Drugie – że nagle urosły w siłę koalicyjne ugrupowania prowadzone przez dwóch sprawdzonych i wiernych członków rządu, – czyli Panów Ziobrę i Gowina. Mają teraz po 17 – 18 posłów, czyli każdy z nich może decydować o utrzymywaniu większości przez rządzące ugrupowanie. I mogą mieć większe ambicje i oczekiwania.
I trzecie – że, jak wspomniałem, weszły do Sejmu dwa bardziej radykalne i ostre w działaniach ugrupowania – Lewica i Konfederacja. Są skrajnie odmienne w poglądach, ale dla rządzących mogą być równie kłopotliwe. Lewica dysponuje zaprawionym w bojach zapleczem specjalistycznym, zwłaszcza w sferze gospodarczej. Wśród jej posłanek i posłów jest kilka osób o wyjątkowych zdolnościach krasomówczych i perswazyjnych. W zespole poselskim Konfederacji jest jej niezastąpiony szef, czyli pan Korwin Mike, którego smacznych wypowiedzi oczekuje krąg moich znajomych, – ale są tez nowi w polityce, wybitnie inteligentni i aktywni młodzi ludzie – chyba trudni do pokonania w słownych pojedynkach z działaczami PiS, robiącymi niemal zawsze wrażenie centralnie sterowanych.

I co dalej?

Czytelnik, który dotrwał do tego miejsca tekstu może powiedzieć: autor nieco uporządkował fakty, jednak to wszystko już wiemy. I wszyscy o tym piszą. Ale co dalej?
Kiedyś już deklarowałem, że wprawdzie nie jestem wróżbitą, ale mam skłonności do fantazjowania. Ulegając tym skłonnościom sądzę, że przez pewien czas będziemy świadkami kurczowych prób utrzymania przez PIS przewagi w Senacie. Powiedzieli już otwarcie, że „przecież zawsze mogą być jakieś transfery”. Starsi pamiętają też nagrania rozmów w pokoju hotelowym uroczej posłanki Renaty Beger, z którą zamiast rozmawiać o „kurwikach w oczach”, usiłowano Ją przekonać, aby zmieniła poglądy polityczne i przynależność partyjną.
Pewność siebie charakterystyczna dla działaczy PIS powoduje, że myślą i mówią o transferach tylko w jedną stronę – czyli do nich. Ale to jest droga dwukierunkowa. Nic nie będzie tak proste jak dawniej, bo dzisiaj mogą się znaleźć także członkowie ich „zjednoczonych” ugrupowań, którzy tracą wiarę w słuszność sposobów realizacji programów i mogą wiedzieć swoją przyszłość w obecnej opozycji. Ale w krótkim czasie po wyborach każdy transfer oznacza dla wędrowca „utratę twarzy” nie tylko w swoim okręgu, ale w całym kraju. Opina publiczna traktuje to wtedy jak zdradę i nie wybacza. Sądzę więc, że istotne zmiany nie nastąpią i opozycja, wspomagana przez większość senatorów niezależnych, utrzyma zdobytą przewagę.
Mimo to jednak problemy, jakie rząd może mieć z nowym Senatem nie będą – moim zdaniem – tak duże, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. Owszem, senatorowie będą „normalnie”, czyli bardziej wnikliwie i dłużej, analizować otrzymywane projekty ustaw, ale nie będzie to oznaczało paraliżu władzy. Bardziej przykre dla rządzących może być to, że istnienie faktycznie, a nie tylko formalnie, niezależnego Senatu, osłabia poważnie utrwaloną w ostatnich latach nadzieję na wprowadzenie „dyskretnej” autokracji. I „twardy elektorat” PiS może się czuć zawiedziony.

Hamulce „rewolucji”

Po kilku tygodniach praca parlamentu wróci pozornie do normy. Dlaczego pozornie? Bo właśnie wtedy zacznie być widoczna krytyczna aktywność Lewicy i Konfederacji. PiS jest zapewne przygotowany na kłopoty z Lewicą i będzie wspomagał wszelkie działania zmierzające do jej ponownego rozbicia. Jestem przekonany, że rozsądek przywódców Lewicy i doświadczenie z wyborów, na to nie pozwolą. Jako wyborca uważam, że dla zamanifestowania jedności powinni tworzyć jeden klub.
Mam natomiast wrażenie, że PiS uważa Konfederację za naturalnego sprzymierzeńca, uwielbiającego werbalny patriotyzm, nienawidzącego LGBT, uległego wobec Kościoła i wspierającego projekty całkowitego zakazu aborcji. Nie jestem takim optymistą. Konfederacja w Sejmie może się okazać zaskakująco racjonalna, nie wpierać koncepcji rządów „silnej ręki”. Możemy być świadkami, że na sali sejmowej PiS będzie nadal „siłą większości” przegłosowywać niesłuszne ustawy, ale w świetle toczonych dyskusji będzie to robiło większe, niż dotychczas, wrażenie zabijania deskami wejścia do stacji „demokracja”.
I co jeszcze? Sądzę, że PiS złagodnieje w słowach i czynach. Rewolucyjne wprowadzanie „dobrych zmian” ulegnie pewnemu zahamowaniu. Zamaskowane, ale czające się za progiem zagrożenie zmiany frontu przez któregoś z koalicjantów, narastająca irytacja UE związana z naruszaniem praworządności, dekoncentracja uwagi spowodowania przygotowaniami do wyborów prezydenckich, nie będą sprzyjać utrzymaniu twardego kursu. Nie wspominając już o tym, że niezależne od nas spowolnienie europejskiej gospodarki, problemy z brexitem, kłopoty z Turcją, będą na nas także wpływały negatywnie, podobnie zresztą, jak na naszych sąsiadów. Ale rząd PiS będzie w trudniejszej sytuacji. Konfrontacja ogromu podjętych w kampanii wyborczej obietnic finansowych, z prawdopodobnym zmniejszeniem wpływów, stworzy nowe, trudne do rozwiązania problemy.

Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.