Senat odzyskany

Spośród nowo wybranych senatorów 48 reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, 51 związanych jest z ugrupowaniami antypisowskiej opozycji.

Prawo i Sprawiedliwość uzyskało aż 9 z 42 mandatów województw północnej i zachodniej Polski, w tym 4 na Dolnym Śląsku. Dziesiąty mandat zdobyła Lidia Staroń, w przeszłości wieloletnia działaczka Platformy Obywatelskiej, obecnie kojarzona bardziej z PiS-em. Opozycja antypisowska wygrała za to w 8 z 13 okręgów województwa śląskiego, a ponadto w 2 okręgach podwarszawskich oraz Lublinie, w których to okręgach faworytem było Prawo i Sprawiedliwość. O naszym wyborczym sukcesie przesądziły Śląsk, aglomeracja warszawska i Lublin.
W senackiej beczce miodu jest jednak lewicowa łyżka dziegciu. Niewielka partia Polska Lewica wystawiła swoich kandydatów w trzech okręgach wyborczych, w dwóch z nich niemal na pewno zdecydowało to o zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości, między innymi kosztem znanego działacza SLD Jerzego Wenderlicha. Trudno sobie odpowiedzieć sensownie na pytanie, jaki interes miało niemające szans na zdobycie mandatu (co najwyżej w okręgu, w którym zdobyło ponad 21,5 proc. głosów), lewicowe ugrupowanie w zwiększaniu prawdopodobieństwa sukcesu PiS-u. Posiadanie 53 senatorów w olbrzymim stopniu stabilizowałoby większość bezwzględną w Senacie, praktycznie przesądzając o jej utrzymaniu do końca kadencji.
Senat może rozpatrywać uchwaloną przez Sejm ustawę w okresie 30 dni od jej przekazania z Sejmu. Skończyło się przepychanie projektu ustawy przez parlament w ciągu kilkunastu godzin. Komfort sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość zmniejszył się, nie tylko zresztą z powyższych powodów. A w przyszłym roku czekają nas wybory prezydenckie…

Krajobraz po bitwie

Przeżyliśmy kampanię wyborczą i znacznie spokojniej, chociaż w ukrywanym emocjonalnym napięciu, same wybory. Pamięć mam słabą, ale długą. I – szczerze mówiąc – nie pamiętam rezultatu wyborów parlamentarnych, który formalnie może być uznawany za sukces rządzącego ugrupowania, ale jednocześnie grozić mu poważnymi kłopotami.

Po tych wyborach tylko trzy ugrupowania mogą powiedzieć, że naprawdę osiągnęły zakładane cele. Lewica – bo umiała zawiesić niepotrzebne spory i po czteroletniej przerwie wróciła do Parlamentu, z reprezentacją znacznie większą, niż wróżyli malkontenci.

Naprawdę wygrani

Konfederacja, której poglądów i programów lokujących się zbyt blisko narodowo – socjalistycznych idei, nie pochwala większość społeczeństwa, ale popiera jednak na tyle znacząca liczba obywateli, że też weszli do Sejmu z godziwą reprezentacją. I połączone siły Polskiego Stronnictwa Ludowego i grupy Kukiz15, które długo miały bardzo niekorzystne wyniki badań sondażowych, ale przez połączenie sił i umiejętną końcówkę kampanii odwróciły tą tendencję. Liczyłem wprawdzie, że PSL nie da się tak dalece odepchnąć od wsi i uzyska jeszcze lepszy wynik, ale najważniejsze, że utrzymali się w Parlamencie.

Optymiści

Dwa największe ugrupowania, jakie od wielu lat kształtują polityczne oblicze kraju, – czyli Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska z Nowoczesną, robią wrażenie zadowolonych, „ale się nie cieszą”. Zwolennicy Platformy liczyli na znacznie większy wynik. Część uważa, że popełniono liczne błędy w kampanii wyborczej i że była ona mało aktywna. Pociesza ich niewielka, ale politycznie znacząca przewaga ugrupowań opozycyjnych uzyskana w Senacie. Liczą na to, że przewaga ta pozwoli na lepsze przygotowywanie aktów prawnych decydujących o życiu obywateli i gospodarce. Zakładają też, że zahamuje pęd rządu i jego zaplecza politycznego do dalszego omijania konstytucji, prób przejmowania nadzoru nad innymi organami władzy i kontroli działań administracji.
Formalny zwycięzca, – czyli Prawo i Sprawiedliwość – obudziło się po wyborach z uśmiechem i okrzykami radości, ale jednocześnie z przysłowiową „ręką w nocniku”. W tym starodawnym naczyniu znalazły się bowiem co najmniej trzy utrudnienia błogiego życia domorosłego autokraty.

Zawartość nocnika

Pierwsze – że partia i jej koalicjanci nie mają wspomnianej większości w Senacie i tym samym nie będą mogli go traktować wyłącznie, jako maszynki do głosowania.
Drugie – że nagle urosły w siłę koalicyjne ugrupowania prowadzone przez dwóch sprawdzonych i wiernych członków rządu, – czyli Panów Ziobrę i Gowina. Mają teraz po 17 – 18 posłów, czyli każdy z nich może decydować o utrzymywaniu większości przez rządzące ugrupowanie. I mogą mieć większe ambicje i oczekiwania.
I trzecie – że, jak wspomniałem, weszły do Sejmu dwa bardziej radykalne i ostre w działaniach ugrupowania – Lewica i Konfederacja. Są skrajnie odmienne w poglądach, ale dla rządzących mogą być równie kłopotliwe. Lewica dysponuje zaprawionym w bojach zapleczem specjalistycznym, zwłaszcza w sferze gospodarczej. Wśród jej posłanek i posłów jest kilka osób o wyjątkowych zdolnościach krasomówczych i perswazyjnych. W zespole poselskim Konfederacji jest jej niezastąpiony szef, czyli pan Korwin Mike, którego smacznych wypowiedzi oczekuje krąg moich znajomych, – ale są tez nowi w polityce, wybitnie inteligentni i aktywni młodzi ludzie – chyba trudni do pokonania w słownych pojedynkach z działaczami PiS, robiącymi niemal zawsze wrażenie centralnie sterowanych.

I co dalej?

Czytelnik, który dotrwał do tego miejsca tekstu może powiedzieć: autor nieco uporządkował fakty, jednak to wszystko już wiemy. I wszyscy o tym piszą. Ale co dalej?
Kiedyś już deklarowałem, że wprawdzie nie jestem wróżbitą, ale mam skłonności do fantazjowania. Ulegając tym skłonnościom sądzę, że przez pewien czas będziemy świadkami kurczowych prób utrzymania przez PIS przewagi w Senacie. Powiedzieli już otwarcie, że „przecież zawsze mogą być jakieś transfery”. Starsi pamiętają też nagrania rozmów w pokoju hotelowym uroczej posłanki Renaty Beger, z którą zamiast rozmawiać o „kurwikach w oczach”, usiłowano Ją przekonać, aby zmieniła poglądy polityczne i przynależność partyjną.
Pewność siebie charakterystyczna dla działaczy PIS powoduje, że myślą i mówią o transferach tylko w jedną stronę – czyli do nich. Ale to jest droga dwukierunkowa. Nic nie będzie tak proste jak dawniej, bo dzisiaj mogą się znaleźć także członkowie ich „zjednoczonych” ugrupowań, którzy tracą wiarę w słuszność sposobów realizacji programów i mogą wiedzieć swoją przyszłość w obecnej opozycji. Ale w krótkim czasie po wyborach każdy transfer oznacza dla wędrowca „utratę twarzy” nie tylko w swoim okręgu, ale w całym kraju. Opina publiczna traktuje to wtedy jak zdradę i nie wybacza. Sądzę więc, że istotne zmiany nie nastąpią i opozycja, wspomagana przez większość senatorów niezależnych, utrzyma zdobytą przewagę.
Mimo to jednak problemy, jakie rząd może mieć z nowym Senatem nie będą – moim zdaniem – tak duże, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. Owszem, senatorowie będą „normalnie”, czyli bardziej wnikliwie i dłużej, analizować otrzymywane projekty ustaw, ale nie będzie to oznaczało paraliżu władzy. Bardziej przykre dla rządzących może być to, że istnienie faktycznie, a nie tylko formalnie, niezależnego Senatu, osłabia poważnie utrwaloną w ostatnich latach nadzieję na wprowadzenie „dyskretnej” autokracji. I „twardy elektorat” PiS może się czuć zawiedziony.

Hamulce „rewolucji”

Po kilku tygodniach praca parlamentu wróci pozornie do normy. Dlaczego pozornie? Bo właśnie wtedy zacznie być widoczna krytyczna aktywność Lewicy i Konfederacji. PiS jest zapewne przygotowany na kłopoty z Lewicą i będzie wspomagał wszelkie działania zmierzające do jej ponownego rozbicia. Jestem przekonany, że rozsądek przywódców Lewicy i doświadczenie z wyborów, na to nie pozwolą. Jako wyborca uważam, że dla zamanifestowania jedności powinni tworzyć jeden klub.
Mam natomiast wrażenie, że PiS uważa Konfederację za naturalnego sprzymierzeńca, uwielbiającego werbalny patriotyzm, nienawidzącego LGBT, uległego wobec Kościoła i wspierającego projekty całkowitego zakazu aborcji. Nie jestem takim optymistą. Konfederacja w Sejmie może się okazać zaskakująco racjonalna, nie wpierać koncepcji rządów „silnej ręki”. Możemy być świadkami, że na sali sejmowej PiS będzie nadal „siłą większości” przegłosowywać niesłuszne ustawy, ale w świetle toczonych dyskusji będzie to robiło większe, niż dotychczas, wrażenie zabijania deskami wejścia do stacji „demokracja”.
I co jeszcze? Sądzę, że PiS złagodnieje w słowach i czynach. Rewolucyjne wprowadzanie „dobrych zmian” ulegnie pewnemu zahamowaniu. Zamaskowane, ale czające się za progiem zagrożenie zmiany frontu przez któregoś z koalicjantów, narastająca irytacja UE związana z naruszaniem praworządności, dekoncentracja uwagi spowodowania przygotowaniami do wyborów prezydenckich, nie będą sprzyjać utrzymaniu twardego kursu. Nie wspominając już o tym, że niezależne od nas spowolnienie europejskiej gospodarki, problemy z brexitem, kłopoty z Turcją, będą na nas także wpływały negatywnie, podobnie zresztą, jak na naszych sąsiadów. Ale rząd PiS będzie w trudniejszej sytuacji. Konfrontacja ogromu podjętych w kampanii wyborczej obietnic finansowych, z prawdopodobnym zmniejszeniem wpływów, stworzy nowe, trudne do rozwiązania problemy.

Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.

Szacunek dla siwych włosów Ważny tunajt

Wracam właśnie pociągiem z Lublina do Warszawy z niezwykle pouczającej i interesującej rozmowy z Andrzejem Szwabe, wieloletnim dziennikarzem lubelskich mediów pisanych i mówionych. Rozmawialiśmy głównie o jego roi w tworzeniu „Tygodnika Zamojskiego”. Wiele razy podczas tej rozmowy padało nazwisko I sekretarza KW PZPR Zamość, Ludwika Maźnickiego, którego pan Andrzej przedstawiał jako człowieka niezwykłej klasy i niesłychanie wysokiej, jak na ówczesne standardy, kultury osobistej.

Ludwik Maźnicki żyje. Jako jeden z nielicznych pierwszych I sekretarzy, nowopowstałych w 1975 roku województw, skasowanych dopiero za rządów Buzka. Zamierzam z nim jutro porozmawiać. Podobnie jak z pozostałymi żyjącymi. Spieszę się, bo niewielu już ich zostało. Po co to robię, zdradzę w swoim czasie. Na razie dzielę swoją pracę z czasem bacznego obserwowania, co też się dalej odjaniepawli w Sejmie. Szczególnie bacznym okiem łypię w kierunku lewicy, bo gdy co rusz to rozmawiam z doświadczonym człowiekiem, słyszę, że chłopcy i dziewczęta z Razem tylko czekają na moment, żeby odkleić się w nowym parlamencie od SLD i Biedronia i powołać własny klub, żeby za bardzo nie stopić się ze „starą komuną” i ZBOWiD-em.
Mój kolega, poeta znanego nazwiska, opowiadał mi nie tak dawno temu historię, jak to jedna z piosenkarek, z gatunku tych znanych i grubych, przyjęła do kapeli nowego muzyka. Chłopiec był z typu małomównych i zabierających głos tylko wtedy, kiedy go o coś pytano. Żeby młodzieńca nieco wybadać i ośmielić do mówienia, gruba piosenkarka, przy wspólnym, zespołowym obiedzie w trasie, zapytała go, gdy akurat pochylał się nad schabowym, co takiego robi, że tak dobrze wygląda, a nie odmawia sobie, a ona, bidulka, chciałaby zrzucić 10-15 kilo, a jakoś nigdy jej się nie udaje. – 10,15 kilo, zasromał się małomówny muzyk. – No tak, odpowiedziała gruba piosenkarka. 10-15. Co najmniej! – 10-15? To upierdol sobie jedną nogę, odparł małomówny muzyk. Po czym powrócił spokojnie do konsumpcji.
Jeśli ziściłyby się te ploty i ploteczki które słyszę o dwóch klubach Lewicy w nowym Sejmie, sens ich funkcjonowania przypominałby sens złotych rad małomównego muzyka. Gdyby partia Razem w istocie jednak planowała podobny, odcinający ruch, finał tego przykrego kroku byłby, jednakowoż, finałem zbliżonym do tego, z rady muzyka dla grubej piosenkarki. Odjęcie jednej, lewicowej nogi, ważącej w ogólnym, politycznym rozrachunku nieco więcej niż 15 kilo, byłoby dla nowej sejmowej lewicy niezwykle ciężkie do załatania. Po pierwsze dlatego, że na jednej nodze trudniej się chodzi, a po wtóre, bo rana po takim ubytku tak szybko się nie zabliźni. A komunikat płynący do wyborców, którzy postawili lewicę na obie nogi byłby taki, że ta zaczyna się powoli zmieniać w prawicę, która nim się na dobre połączy, jeszcze prędzej się podzieli.
Nie wiem co siedzi w głowach liderów Razem, ale poniekąd ich rozumiem; tworząc nowoczesną lewicę, nie chcą być wsadzani do tego samego worka co ludzie, którzy uwłaszczyli się na nieboszczce komunie, Kiszczak, esbecy od Przemyka i Popiełuszki. Jeśli jednak w pewnym momencie wychodzi im z rachunku, że samemu nie dadzą rady zrobić więcej niż 2-3 procent, a kampanię w terenie robi im znienawidzone, rachityczne i zmurszałe SLD, bo oni sami nie mają struktur oraz know-how i praktyki, to trzeba się przestać obrażać na starych i krygować na pięknoduchów bez skazy, zwłaszcza że konsumpcja już się odbyła na oczach wyborców i to do tego przy udziale Biedronia, więc nikt nie uwierzy, żeście niewinni, jako te dzieci.
Ludzie mówią, ja ich słucham i im wierzę; kampanię dla Lewicy robili prócz młodych i ambitnych, ci starzy i doświadczeni; z rodowodem pezetpeerowskim, zetempowskim, zbowidowskim. I bardzo dobrze że robili. Bo zrobili lepiej, niż samo Razem cztery lata wcześniej i śmiem twierdzić, niż samo Razem mogłoby zrobić teraz, o Wiośnie nie wspominając, bo jedne wybory, wiadomo, Wiosny nie czynią. Rozmawiam z tymi ludźmi; słucham ich opowieści; Oni naprawdę nie mają dziś za wiele do zyskania w tej, nowej-starej Polsce. Mają już swoje lata. Emerytury. Renty. Kwatery na cmentarzach. Co mogli, to już od Polski wzięli i jej oddali; teraz działają, bo mają czas i nie chcą biernie czekać dni ostatnich. Warto z ich wiedzy i rad korzystać. Bo nawet jak się nie przydadzą, to szacunek dla siwych włosów się należy. Czy kto na nich nosił rogatywkę, beret czy malarską czapkę z gazety.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Lekcja przegranych wyborów

Powiedzmy sobie gorzką prawdę: przegraliśmy wybory do Sejmu i zapewne na cztery lata odsunęła się perspektywa odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego, szkodliwej dla Polski, partii o mylącej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Tej oceny nie przekreślają ani wygranie przez opozycję wyborów do Senatu, ani – rzeczywiście krzepiące – odrodzenie się lewicy jako trzeciej siły politycznej, która tak dobrego wyniku nie miała od osiemnastu lat.

Przegrana opozycji nie wynikała z braku poparcia. W liczbach uzyskanych głosów trzy listy opozycyjne pokonały Zjednoczoną Prawicę o dziewięćset tysięcy głosów. Na rządzącą koalicję oddano 8.05 mln. głosów, a na trzy listy opozycyjne (bez głosów oddanych na Konfederację) 8.95 mln. głosów. PiS wraz z jego koalicjantami zdobył większość mandatów, gdyż obowiązująca metoda d’Hondta (lekkomyślnie przywrócona głosami SLD po wyborach 2001 roku!) daje wysoką premię za jedność. Przeprowadzone na podstawie zwykłej ordynacji większościowej wybory do Senatu dały opozycji dwumandatową przewagę, co odzwierciedla rzeczywisty podział głosów wyborców.

Każdy sobie

Ojcami wygranej PiS są więc – obok Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników – przywódcy PSL i PO, którzy lekkomyślnie rozbili Koalicję Europejską błędnie interpretując jej gorszy od oczekiwanego wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem przywódcy lewicy nie mają sobie nic do zarzucenia. Byli jedynymi, którzy uporczywie dążyli do utrzymania wspólnej listy opozycyjnej. Udało się jedynie zbudować szerokie porozumienie w wyborach do Senatu i pokazało ono, że tak – i tylko tak – można pokonać PiS – przynajmniej w tym roku.
Przez kilka miesięcy pisałem – głównie na lamach „Trybuny” – że koniecznym warunkiem wygrania wyborów jest połączenie sił całej opozycji demokratycznej. Nie byłem w tym odosobniony. Takie stanowisko zajmowało wielu autorów poważnie analizujących polską scenę polityczną. Niestety mieliśmy rację.

Mityczny wyborca

Przeciw temu stanowisku wytaczano przede wszystkim argument, że opozycyjni wyborcy są tak dalece podzieleni w swych poglądach politycznych, iż wielu z nich nie zagłosuje na wspólną listę. Zaczęło się to od ogłoszenia przez PSL, że nie chce iść do wyborów razem z lewicą, a następnie wyraziło się w stanowisku Platformy Obywatelskiej odrzucającym wspólna listę z lewicą (choć nie gardzącą na swoich listach ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno odgrywali poważną rolę w SLD). Temu zacietrzewieniu ideologicznemu politycy lewicy przeciwstawili gotowość do budowania wspólnej listy – i to mimo, że jeszcze bardzo niedawno między kierowanymi przez nich ugrupowaniami trwały ostre spory. Dlatego w nowym Sejmie lewica będzie miała trzecią pod względem liczebności reprezentację. To premia za rozum polityczny, którego zabrakło kierowniczym gremiom dwóch pozostałych ugrupowań opozycyjnych.

… mości panowie

Podziałom po stronie opozycji towarzyszy zupełnie inna linia postępowania obozu rządzącego. Prawo i Sprawiedliwość samo nie zdobyłoby większości sejmowej. Ma ją tylko dlatego, że do wyborów poszło jako Zjednoczona Prawica, przy czym dwa ugrupowania sojusznicze („Porozumienie” Jarosława Gowina i „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobro) zdobyły razem 36 mandatów, bez których PiS nie mógłby rządzić. Z perspektywy lewicy może wydawać się, że trzy partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy nic nie dzieli, ale jest to złudzenie wynikające z tego, że wszystkie te trzy ugrupowania są od nas ideowo bardzo odległe. W istocie politycy prawicy odrobili lekcję i już w 2015 poszli do wyborów jako szeroka koalicja prawicowa a w tym roku powtórzyli ten manewr. Dostali za to premię, co można było przewidzieć znając obowiązującą ordynację. Inną sprawą jest natomiast to, ze stosunkowo silna pozycja dwóch ugrupowań sojuszniczych ogranicza autokratyczne zapędy przywódcy PiS, gdyż będzie się on – bardziej niż w poprzedniej kadencji – liczyć ze stanowiskiem obu sojuszników.
Błędnych decyzji nie da się cofnąć. Będziemy musieli żyć z ich konsekwencjami przez następne cztery lata. Trzeba jednak wyciągnąć z nich właściwe wnioski.

Wasz premier, nasz prezydent

Po pierwsze: trzeba już teraz przygotować się do wyborów prezydenckich, od których dzieli nas zaledwie pól roku. Prawdopodobnie wszystkie ugrupowania parlamentarne wystawią swoich kandydatów w pierwszej turze wyborów, co jest w tym sensie racjonalne, że pozwoli im wzmocnić swa więź z wyborcami. Trzeba jednak już teraz zawrzeć porozumienie, że w kampanii wyborczej kandydaci demokratycznej opozycji nie będą się wzajemnie atakowali i że w drugiej turze oni oraz popierające ich partie poprą tego kandydata opozycyjnego, który w pierwszej turze otrzyma najlepszy wynik. Byłoby też dobrze, by wysuwając kandydatów partie opozycyjne jako jedno z najważniejszych kryteriów doboru potraktowało stopień, w jakim kandydat będzie akceptowalny dla wyborców innych ugrupowań opozycyjnych. Pojawia się też myśl, że najlepszym kandydatem opozycji byłby ktoś o bardzo wybitnych i wysoko ocenianych osiągnięciach spoza obszaru polityki. Gdyby partie opozycyjne znalazły takiego kandydata (kandydatkę?), mogłyby nawet zrezygnować z wystawiania odrębnych kandydatur w pierwszej turze.

Zjednoczenie

Po drugie: trzeba dobrze wykorzystać kolejne cztery lata w opozycji. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL powinny jak ognia wystrzegać się walk w łonie opozycji. Powinny pokazać, że potrafią wspólnie pracować nad lepszymi projektami ustaw i stosować uzgodnioną wspólnie taktykę wobec tego wszystkiego, co obóz rządzący będzie starał się Polsce zgotować. Wielka w tym rola przypadnie Senatowi, który powinien stać się codziennym przykładem odpowiedzialnej, wspólnie prowadzonej polityki opozycyjnej.

Generacja edukacji

Po trzecie: konieczne jest systematyczne i cierpliwe prowadzenie edukacji obywatelskiej dla rozszerzania i umacniania przekonania o tym, że powrót Polski na drogę demokracji wymaga jedności podstawowych sił, które dziś są w opozycji, ale które mają potencjał pozwalający im poważnie myśleć o powrocie do władzy w nie nazbyt odległej przyszłości. Oznacza to przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń, w tym tych które wynikają z powikłanej historii poprzednich dziesięcioleci. Zwiększona rola polityków młodej generacji powinna temu sprzyjać.

Pojutrze

Po czwarte: trzeba już teraz podjąć zaniedbany problem strategicznego planu dla Polski na następne dziesięciolecia. Samo przeciwstawienie się polityce PiS, choć niezbędne, nie wystarczy. Trzeba opracować a przede wszystkim przedstawić poważną i atrakcyjna wizję Polski na lata, które przyjdą.
Te wybory były przegraną , ale nie klęską polskiej demokracji. Pokazały, ze siły demokratyczne mają wielki potencjał polityczny. Pokazały tez, jak wysoka jest cena błędnych decyzji. Jeśli wyciągniemy z tej lekcji właściwe wnioski, przyjdzie taki wieczór wyborczy, na jaki czekaliśmy i którego się w tym roku nie doczekaliśmy.

Wyborcy opozycji patrzą w lustra Remanent powyborczy

– Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzyć w lustrze w oczy – mówił dr Robert Sobiech w tuż powyborczej rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Według sondażu exit poll PiS zdobył samodzielną większość – 239 mandatów; KO – 130, Lewica 43 mandaty, Konfederacja – 11. Jest pan zaskoczony?

ROBERT SOBIECH: Nie bez powodu wyniki ostatnich sondaży pokazywały podobne różnice między poszczególnymi partiami. Zaskoczenia są dwa. Sądziłem, że jednak przy tej temperaturze sporu politycznego frekwencja będzie większa, niż 60 proc. Co prawda to o 10 punktów proc. więcej, niż 4 lata temu, ale jak widać, dla 40 proc. Polaków jest wszystko jedno, kto będzie rządził Polską. Zaskoczeniem może być też dobry wynik PSL – prawie 10 proc., co jest w zasadzie porównywalne z wynikiem Lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że PSL, tym razem z Kukizem, jest niedoszacowany i robi dobry wynik.
Mamy reprezentację 3, a właściwie 4 partii w opozycji, to pierwszy wniosek. Po drugie, proponuję poczekać co do pewności, że PiS będzie miał samodzielną większość. Tu byłbym ostrożny. Oczywiście ten sondaż jest wiarygodny, ale przewaga licząca 9 mandatów niekoniecznie musi być utrzymana. Gdyby okazało się, że nie zostanie utrzymana, to czeka nas bardzo trudny rząd koalicyjny: PiS plus Konfederacja.

PiS nie radzi sobie najlepiej w koalicji. Gdy ostatnio tak rządził, mieliśmy przyśpieszone wybory.

To prawda i może się okazać, że to, czego PiS oczekiwało, czyli stabilnych rządów, staje pod znakiem zapytania. Warto się teraz zastanowić, czy ten wynik mógł się ułożyć inaczej. To jest pytanie, które od końca maja większość komentatorów sobie zadaje. Gdyby zsumować wyniki partii opozycyjnych (bez Konfederacji), to mamy 48 proc., zatem więcej niż Zjednoczona Prawica. Zatem czy to politycy nie chcieli pójść jednym dużym blokiem, czy ich wyborcy im na to nie pozwolili?
Przypuszczam, że po wielu próbach liderzy poszczególnych partii chcieli porozumienia i lista senacka to pokazuje. Natomiast zróżnicowanie wyborców i ich rozmaite zastrzeżenia co do innych partii sprawiły, że mamy do czynienia z 3 koalicjami i rządami pis przez następne lata. Wyborcy pis, mimo że też zróżnicowani, nie mają takich rozterek i wątpliwości.
Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzeć w lustrze w oczy.

Konfederacja 6,4 proc. Korwin w swoim wystąpieniu studził euforię. “Poczekajmy do rana” – mówił.

To wynik na granicy progu i prawdą jest, że te 5-6 proc. to ta część Polski, która składa się z wyborców ksenofobicznych, bardzo ostro wolnorynkowych, bagatelizujących rolę państwa. Ta grupa Polaków jest właśnie na takim poziomie i te 5-6 proc. to wynik optymistyczny.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu raczej refleksyjny, niż cieszący się ze zwycięstwa. Mówił, że trzeba ciężko pracować, aby stać się lepszym, i że PiS zasługuje na więcej. Skąd takie przemówienie?

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na ostateczny wynik trzeba poczekać dzień czy dwa, aby zobaczyć, czy ma tę rzeczywistą większość, czy czeka go bardzo ciężka koalicja. To zmusza do takiego samoograniczenia. Po drugie, prezes zdaje sobie sprawę, że niewiele zostało czasu do wyborów prezydenckich.
Te prawie 8 mln głosów, które pis mógł uzyskać, jest dobrym wskaźnikiem na te wybory, a może się jeszcze okazać, że to poparcie stopnieje. Wówczas większość parlamentarna pis-u może być ograniczona wyborem przyszłego prezydenta. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i wie, że potrzebna jest nadal mobilizacja elektoratu.

Na razie nie mamy danych o rozkładzie sił w Senacie. Co, jeżeli PiS stracił tam większość?

Tu pewnie wynik będzie z niewielką różnicą, nawet jeśli opozycja weźmie w nim większość. Jeżeli tak, to spowolni ten ekspres legislacyjny PiS-u. Senat może stać się znowu Izbą Refleksji, ale to wszystko, bo do obalenia weta Senatu wystarczy zwykła większość.

Mateusz Morawiecki będzie premierem?

Ma duże szanse, ponieważ wiele będzie zależało od relacji Polski z UE i innymi krajami. Nawet nie chodzi tu o jego sprawczość, tylko o to, że dla większości wyborców PiS-u jest lepszym premierem, niż Beata Szydło, która miała tylko i wyłącznie walor polskiego polityka. Morawiecki, zdaniem elektoratu PiS-u, ma walor polityka polskiego i międzynarodowego.

A Jarosław Kaczyński premierem?

Nie sądzę. Ten model sprawowania władzy nie przez lidera partii, który kieruje rządem – taki model postkomunistyczny, jak by powiedział Jarosław Kaczyński – bardzo dobrze się sprawdził w wydaniu PiS-u.

Lewica w Sejmie: to początek Remanent powyborczy

To dobrze, że zdeklarowani socjaldemokraci – a nawet jeden socjalista – wracają do polskiego Sejmu. Dobrze, że mandaty wywalczyło kilkoro działaczek i działaczy młodych, ciężko pracujących w ostatnich latach przy organizacji protestów i odkurzaniu socjaldemokratycznych postulatów w totalnie niesprzyjającej atmosferze.

Znakomicie, że lewica dostanie platformę do prezentowania się w mediach, które w Polsce totalnie nie interesują się oddolnymi ruchami społecznymi i rzadko przyznają, że polityka może toczyć się nie tylko w parlamencie (ewentualnie w siedzibach partii). Źle, że wynik Lewicy jest ostatecznie niższy od najbardziej optymistycznych sondaż.
Oznacza to bowiem, że lewicy pozasejmowej nie udało się przekonać ludzi, że polityka społeczna PiS to, owszem, zwrot w dobrym kierunku po neoliberalnym szaleństwie, ale przecież wybiórczy, dziurawy i raczej nie na zawsze. PiS samo pogrzebało program Mieszkanie Plus, a pracowników budżetówki, którzy ośmielali się strajkować, upokarzało. Mówię tu tylko o przewinieniach na polu socjalnym, zostawiając na marginesie rozmaite afery i obrzydliwe seanse szczucia na wybranego w danym momencie „wroga”. A jednak poprzednie rządy doprowadziły społeczeństwo do takiej ostateczności, że konserwatywna prawica wciąż wypada wiarygodnie jako reprezentant zwykłych ludzi, pracowników. Zabójcza dla lewicy zbitka myślowa „Ludziom pomaga prawica” zachowuje moc. Ba, przez cztery lata tylko mocy nabrała.
Oczywiście, łatwiej jest rządzącej partii, kontrolującej publiczne media i zdolnej po prostu do działania, a nie tylko przedstawiania projektów, utrzymywać w społeczeństwie korzystne dla siebie stereotypy niż opozycji je kontestować. Ale to, że Lewica ma w ostatecznym rozrachunku nie więcej, niż te 12,5 proc. pokazuje również, że metody kontestowania nie były szczególnie trafne. Do tego wiodącym politykom Lewicy ciągle o wiele składniej idzie mówienie o potrzebie ograniczenia wpływów Kościoła, zalegalizowania związków partnerskich i zwalczania mowy nienawiści. A sedno socjaldemokratycznego i socjalistycznego programu, czyli sprawy ludzi pracy? Postulaty poprawy jakości usług publicznych, głównie oświaty i służby zdrowia, szły jeszcze koalicjantom nieźle – także dlatego, że w szeregach Razem i SLD naprawdę są nauczycielki czy pielęgniarki, zdolne spojrzeć na problem od wewnątrz. Ale już wrzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego tematu podwyższenia płacy minimalnej, obliczone zresztą głównie na to, by sprowokować nowe kompromitujące wypowiedzi ludzi Schetyny, spowodowało w szeregach koalicjantów pewną konsternację – chcemy wyższych zarobków czy jednak boimy się oskarżeń o populizm? Sprawa zwiększenia progresji podatkowej, chociaż wyborcy wcale nie są tak absolutnie przeciw, z katalogu postulatów wypadła. Wzmocnienie pozycji związków zawodowych, walka z patologią wymuszonego samozatrudnienia? Koniec z chorą reprywatyzacją? O tym chyba nawet nie pomyślano na serio.
Cieszmy się zatem dziś i jutro z tego, że mamy reprezentację w Sejmie. To dopiero początek, nie koniec. Od pojutrza patrzmy reprezentantom na ręce i rozliczajmy ich. Niech zgłaszają projekty ustaw, o których mówili i mówiły w kampanii. Niech punktują te miejsca, gdzie polityka społeczna rządu będzie niekonsekwentna. A przede wszystkim – niech będą z ludźmi i po stronie ludzi, gdy ci ośmielą się walczyć o to, co im się słusznie należy. Być może liberalne media i podręczniki PR podpowiadają inne ścieżki zdobywania popularności, ale nie warto im wierzyć. Lepiej brać przykład z Magdaleny Biejat, która jako jedyna przyszła 9 października na zwołaną w ostatniej chwili pikietę w obronie bezprawnie zwolnionego z pracy związkowca. Oby koleżanki i koledzy z sejmowych ław zechcieli ją naśladować. A za bycie z ludźmi dostaną za cztery lata nie dwanaście, tylko dwadzieścia procent. Fakt, mogą też dalej dryfować w kierunku czystej obyczajówki, samych tylko wolności jednostki, bez myślenia o zbiorowości. Ale to już nie będzie lewica.

 

Wybrańcy wyborców Lewicy

W niedzielnych wyborach do Sejmu i Senatu Lewica wprowadziła do izby niższej 49 posłów, zaś wyższej – 2 senatorów.

Publikujemy listę wybrańców. W celu łatwiejszego wyszukiwania, łamiemy regułę języka polskiego i pozwalamy sobie najpierw wymieniać nazwiska. Na końcu zaś jest region, gdzie daną osobę obdarzono parlamentarnym zaufaniem.

Posłanki i posłowie Lewicy

Adamczyk Rafał Jan, Katowice
Ajchler Romuald Kazimierz, Piła
Biejat Magdalena Agnieszka, Warszawa
Buż Wiesław, Rzeszów
Czarzasty Włodzimierz, Katowice
Czerniak Jacek Andrzej, Lublin
Dyduch Marek, Wałbrzych
Dziemianowicz-Bąk Agnieszka Ewa, Wrocław
Falej Monika Walentyna, Elbląg
Gawkowski Krzysztof Kamil, Bydgoszcz
Gdula Maciej Roman, Kraków
Gill-Piątek Hanna Beata, Łódź
Gosek-Popiołek Daria Iwona, Kraków
Iwaniak Arkadiusz, Płock
Konieczny Maciej, Katowice
Koperski Przemysław Adam, Bielsko-Biała
Kopiec Maciej Kamil, Bielsko-Biała
Kotula Katarzyna Agata, Szczecin
Kretkowska Katarzyna Maria, Poznań
Krutul Paweł, Białystok
Kucharska-Dziedzic Anita Agnieszka, Zielona Góra
Kulasek Marcin Robert, Olsztyn
Kwiatkowski Robert Artur, Toruń
Maciejewska Beata Monika, Gdańsk
Matysiak Paulina, Sieradz
Nowicka Wanda Hanna, Katowice
Obaz Robert Marcin, Legnica
Pawliczak Karolina Monika, Kalisz
Pawłowska Monika Jolanta, Chełm
Prokop-Paczkowska Małgorzata Barbara, Koszalin
Rozenek Andrzej Tadeusz, Warszawa
Rutka Marek Andrzej, Słupsk
Scheuring-Wielgus Joanna Izabela, Toruń
Sekuła-Szmajdzińska Małgorzata Helena, Legnica
Senyszyn Joanna, Słupsk
Sowińska Anita Katarzyna, Piotrków Trybunalski
Szczepański Wiesław Andrzej, Kalisz
Szejna Andrzej Jan, Kielce
Szopiński Jan Józef, Bydgoszcz
Śmiszek Krzysztof Jan, Wrocław
Tomaszewski Tadeusz, Konin
Trela Tomasz Dominik, Łódź
Ueberhan Katarzyna, Poznań
Wieczorek Dariusz Krzysztof, Szczecin
Wolski Zdzisław, Częstochowa
Wontor Bogusław Tadeusz, Zielona Góra
Zandberg Adrian Tadeusz, Warszawa
Zawisza Marcelina Monika, Opole
Żukowska Anna Maria, Warszawa

Lewica w Senacie

Konieczny Wojciech Jan, Częstochowa
Morawska-Stanecka Gabriela Anna, Katowice

Sześć punktów do przemyślenia Remanent Powyborczy

1. PiS wygrał wyborcy do Sejmu, ale bez wielkiej przewagi. Większości konstytucyjnej nie ma.
2. Opozycja przegrała, ale nie jest to klęska. Ma cztery lata na stworzenie przekonywującej alternatywy dla kontrrewolucji narodowo- katolickiej proponowanej przez PiS.
3. Lewica wróciła do Sejmu. Teraz nadszedł czas jej próby. Taryfy ulgowej nie będzie.
4. Wyniki pokazały, że mamy pokoleniową zmianę. Poza gronem liderów, mamy w Sejmie duża grupę debiutantów. Pokolenie „Okrągłego Stołu”, które stworzyło III Rzeczpospolitą, odchodzi na polityczne emerytury.
5. Senat będzie mógł hamować szaleństwa PiS. Ale tylko odsuwać je w czasie. Dlatego potrzebny jest dodatkowy polityczny hamulec. Nowy prezydent RP.
6. Czas już teraz na rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Skoro zjednoczona opozycja osiągnęła tak dobry wynik w Senacie, to powinna wystawić jednego, wspólnie uzgodnionego kandydata na prezydenta. Aby tak się stało trzeba szybko przeprowadzić prawybory.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.