Kompromis

Tak się jakoś dziwnie składa, że w naszej nowej Polsce zagościła tendencja do odwracania znaczeń słów i pojęć. Albo też używa się ich od razu w ironicznym, przeciwstawnym znaczeniu: demokracja jako rządy bez ludu, suweren jako bezsilny obserwator, kompromis jako bezdyskusyjny dyktat. Życie społeczno-polityczne jest, a przynajmniej było jeszcze do niedawna, grą pozorów.

Przyjrzałem się kiedyś nazwom polskich partii politycznych i doszedłem do wniosku, że są odzwierciedleniem tych właśnie wartości, którymi partia nie chce się zajmować, ewentualnie stanowią rodzaj teatralnej zasłony. Ugrupowania szczerze wrzucające idee na sztandary, a sztandarowe idee – do nazw, szybko kończą swój żywot. Tak było z różnych powodów z SdRP, ZChN czy KLD (choć KLD był ideom wierny tylko częściowo, bo w swojej drugiej, i ostatniej, kampanii wyborczej głosił hasło „Milion nowych miejsc pracy”, a zniknęło ich cokolwiek więcej).

Unia Wolności wytrwała krótko, przepoczwarzając się w Platformę, w której zabrakło już miejsca na wolność, a obywatelska też była w stopniu ograniczonym. Sojusz Lewicy Demokratycznej okazał się słabym sojuszem i wkrótce stracił władzę. Zdaniem niektórych, lewicowości także nie miał w nadmiarze, i może jest tu coś na rzeczy, skoro jeden z byłych szefów SLD dosyć łatwo znalazł sobie miejsce na (w) Platformie. W Nowoczesnej – jak przekonaliśmy się szybko – nowoczesności starczyło tylko na nazwę. Najnowszy twór polityczny, określając siebie jako Polska 2050, zdaje się deklarować, że do tego roku na pewno nie dotrwa. A do 2023? Porozumienie Centrum, które – jak pewnie już się domyślacie – nigdy w centrum nie było, przekształciło się płynnie w Prawo i Sprawiedliwość. Doprawdy nikt nie powinien się spodziewać, że będzie się kierować czymś innym niż prawo kaduka – pardon, prezesa. A sprawiedliwość, jak wiadomo, musi być zawsze po stronie tych, co do prawa prezesa się stosują. Z ostatniej niemal chwili: Koalicja Polska przestała być koalicją… czy więc była też polska?

Do tego mamy jeszcze jakże popularne tworzenie definicji na własny użytek, indywidualizację pojęć, połączone zwykle z niechęcią do korzystania ze źródeł i definicji przyjętych w poszczególnych dziedzinach nauki.

Wygląda to tak, że każdy mówi, co chce, rozumie, jak chce, i oczywiście denerwuje się, że inni go nie rozumieją albo rozumieją niewłaściwie. Grecy nie mieli racji: na początku nie było chaosu, bo dobry chaos trzeba sobie wychodzić. Albo wymyślić i wygadać.

Zajmijmy się jednak crème de la crème naszej politycznej kultury, czyli kompromisem.

Uwaga! Będzie definicja, której zamierzam się trzymać. Jeśli zabrzmiało to jak groźba, to słusznie, tak właśnie miało zabrzmieć. Kompromis według Słownika Języka Polskiego PWN pod redakcją Doroszewskiego to: „1. porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw; 2. odstępstwo od zasad, założeń lub poglądów w imię ważnych celów lub dla praktycznych korzyści”. Pierwszy punkt zawiera opis efektu wspólnych działań, gdy strony (przynajmniej dwie) wypracowują rozwiązanie, które częściowo je zadowala. W drugim punkcie chodzi raczej o rezygnację z osiągnięcia pełnego efektu i przyjęcie efektu cząstkowego. Mamy więc tak naprawdę dwa kompromisy: jeden to efekt porozumienia stron, a drugi to osiągniecie cząstkowego celu, dające jednak pewną satysfakcję.

Czy kwestię „kompromisu aborcyjnego” można powiązać z którąś z tych definicji ?

Z pierwszą raczej nie, bo żadnej dyskusji pomiędzy stronami nie było. Premier Suchocka bez czytania i bez czułości wrzuciła do kosza obywatelską propozycję utrzymania przerywania ciąży. Głos oddano tylko jednej stronie. Pozostaje więc drugie słownikowe znaczenie kompromisu. I tu można powiedzieć, że domagający się całkowitego zakazu aborcji poszli na kompromis: chwilowo zadowolili się częściowym zakazem. Nie znaczy to, że zrezygnowali ze swojej misji. Niemal od razu przystąpiono do realizowania pełzającej taktyki w celu osiągnięcia całkowitego zakazu, sięgając po rozmaite środki. Jednym z nich był Trybunał Konstytucyjny, który w Konstytucji odnalazł nakaz ochrony życia (poczętego), nigdy tam nie zapisany, i wprowadził do obiegu prawnego termin „dziecko poczęte”, niefunkcjonujący w słownictwie medycznym. Innym środkiem był kodeks etyki lekarskiej, do którego starano się wprowadzić termin „chwila poczęcia”, co świadczyłoby, że albo lekarze nie uczą się biologii, albo zapominają o niej zaraz po studiach, albo niektórzy świadomie ją ignorują.
Znając jednak te dwie słownikowe definicje, nie można twierdzić, że terminu „kompromis aborcyjny” stosować nie należy. Mają do niego pełne prawo ci, którzy domagają się całkowitego zakazu aborcji – i tylko oni. Gdyby wszyscy używali słów zgodnie z ich definicją, o wiele łatwiej przebiegałaby dyskusja społeczna. Byłoby od razu wiadomo, że z osobami używającymi świadomie terminu „kompromis aborcyjny” nie ma tak naprawdę o czym tu rozmawiać.

Od dawna prześladuje mnie wrażenie, że ten rodzaj kompromisu jest u nas na porządku dziennym, szczególnie jeśli chodzi o akceptację naukowego konsensu i wynikających z niego rozstrzygnięć. W debacie publicznej czy nawet prywatnej wiele osób chętnie się podpiera ustaleniami naukowymi. Czy ustalenia naukowe można akceptować w części lub w jednej dziedzinie, a w innych nie? Okazuje się, że nie tylko można, ale że dzieje się to niemal powszechnie.

Ignorancja stała się prawie normą społeczną.

Na zakończenie smutnego tekstu ostatni przykład kompromisu, zaczerpnięty tym razem z projektu zmiany w ustawie o ruchu drogowym. Autorzy zawarli kompromis z fizyką. Intencje szczytne, cel sensowny, a wykonanie kompromisowe. Cytata prosto ze strony rządowej: „Na autostradach i drogach ekspresowych bezpieczna odległość między pojazdami wynosić będzie połowę aktualnej prędkości. Oznacza to, że kierowca jadący 100 km/h będzie musiał poruszać się 50 m za poprzedzającym samochodem, a 120 km/h – 60 m”. Jestem prostym magistrem politologii, sądzę jednak, że połowa prędkości 100 km na godzinę to 50 km na godzinę. Jako laik w dziedzinie fizyki byłbym też skłonny zaakceptować odpowiedź: 50 km albo półgodziny. Ustawodawca zapewne zachowuje w stosunku do wiedzy naukowej pewien kompromis. Można dyskutować, czy jest to kompromis rozsądny, czy nie. Ja nazwałbym go aborcyjnym.

Kto kogo?

Historia kołem się toczy, wszystko już było, nihil novi sub sole – mamy w języku wiele takich tekstów wyrażających przekonanie, że to, co teraz się dzieje nastąpiło już kiedyś w przeszłości.

Czy jednak na pewno? Czy takie prawdy obiegowe można zastosować do tłumaczenia zachowania polskiej policji wobec protestujących przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego pani Przyłębskiej — zgodnie z prawem — młodych Polek i Polaków?

A tak się dzieje. W prasie można spotkać wiele wypowiedzi przywołujących rok 1968 i to, co działo się w Warszawie na Uniwersytecie. To wtedy tak zwany aktyw robotniczy na wezwanie Władysława Gomułki rozpędzał studentów krzycząc – studenci do nauki, pisarze do piór, dość warcholstwa, tylko pracą zbudujemy pomyślność naszej socjalistycznej ojczyzny. W użyciu były grube kable, uderzenie kablem robiło krechę na plecach na całe tygodnie.

Teraz w użyciu są stalowe pałki teleskopowe służące do łamania kości lub nawet zabicia przeciwnika. Ci funkcjonariusze, których użyto ostatnio w Warszawie do rozpędzenia protestujących kobiet i wspierających je mężczyzn, to byli ludzie szkoleni do walki z gangsterami, uzbrojonymi bandytami gotowymi użyć broni w walce z policją. To, że tacy ludzie zostali wysłani do rozpędzania pokojowego protestu, manifestacji kobiet na ulicach Warszawy, to nowa jakość. Tego nie było ani kiedyś, ani teraz. Protest kobiet trwa już trzy tygodnie; pamiętamy, jak policja zabezpieczała maszerujących a policjantki biły brawo przechodzącym, sielanka.

To co się zmieniło, co spowodowało taką zmianę zachowań polskiej policji?

Zmienił się jej przełożony na najwyższym szczeblu władzy, bo na szczeblu rządowym. Jarosław Kaczyński, prezes PiS, do niedawna zwykły poseł, został powołany (powołał się sam) na stanowisko wicepremiera ds. bezpieczeństwa i to jemu podlegają resorty sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, a więc i policja, i służby specjalne. Oraz ministerstwo obrony, a więc wojsko. Jarosław Kaczyński ma realną władzę, nie tylko przez wpływ, przez polityczne zwierzchnictwo nad rządem — ma władzę konkretną, realizowaną wydawaniem poleceń służbowych ministrom resortów siłowych.

No i stało się, skończyła się sielanka, a zaczęła się twarda polityka.

Powiem szczerze – nie jestem tym zaskoczony, zaskoczony byłem wtedy, gdy przez całe tygodnie władza zachowywała się tak jak zachowywała a policja była miła i uprzejma. Jednak po marszu „niepodległości”, gdy nie reagowano na brutalność i agresję kiboli — nastąpiła zmiana. Teraz policja zatrzymuje nastolatkę, aresztuje niepełnoletniego pod zarzutem naruszenia nietykalności funkcjonariusza policji (zarzutem zagrożonym paroletnim więzieniem), robi „kocioł” otaczając grupy demonstrantów pod pretekstem potrzeby ich wylegitymowania i wzywając jednocześnie do natychmiastowego rozejścia się – czysty absurd.

Krzysztof Łoziński wzywa do opracowania małego podręcznika dla protestujących, podręcznika jak zachować się wobec policjantów, jakie mamy prawa – na wzór takich powielanych broszur jakie „chodziły” w stanie wojennym. To też może być argument za prawdziwością tezy, że wszystko już było.

Było, ale tylko podobnie – teraz nie trzeba powielać tego w papierze, wystarczy wrzucić do sieci. Podobnie jak te pałki teleskopowe, które zastąpiły prymitywne kable. Wszystko już istotnie było, ale inaczej. To nie zataczanie tych samych kręgów, tych samych wydarzeń i procesów a rozwój po spirali, zupełnie jak w pełnej mistycyzmu teorii Pierre’a Teilharda de Chardina.

Ale to już zupełnie inna bajka.

I co dalej?

Dalej to samo, ale nie tak samo. Protest kobiet będzie trwał, zmieniać się będą jego formy. Klęska w walce z epidemią, klęska okupiona tysiącami zgonów i bankructwem wielu firm wywoła nowe pole konfliktu. Ta władza może stawać się coraz bardziej okrutna, ale nie będzie coraz bardziej sprawna w rozwiązywaniu naprawdę ważnych problemów. A pojawiające się coraz to nowe przykłady jej nieudolności — patrz afera ze Szpitalem Narodowym na stadionie narodowym w Warszawie — każe spojrzeć nowym okiem na małe afery z zakupem respiratorów od handlarza bronią czy maseczek od instruktora narciarstwa, który uczył ministra jazdy na nartach.

To są jak strumyki wody przeciskające się przez wielką konstrukcję, jaką jest władza państwowa. Strumyki rosną, zwiększają swą moc i tama zawsze pada powodując powódź ze wszystkimi jej konsekwencjami.

Teraz jesteśmy na etapie nasilających się represji, różnych szykan, którym poddawani są protestujący ludzie. Trwa próba sił, jeżeli ludzie odpuszczą to władza odtrąbi zwycięstwo i będzie nawet skłonna poluzować reżymy.

Jeżeli jednak wytrwamy — to w samym obozie władzy nastąpią ruchy tektoniczne, zachowania ratunkowe i ta władza upadnie. Jak każda władza.

Jak zostałem zwolennikiem praw kobiet i przestałem mieć wątpliwości

Całkowity zakaz aborcji? Kompromis aborcyjny? Prawo do przerywania ciąży pozostawione w rękach kobiety? To pytania, które my mężczyźni zadajemy sobie obserwując debatę publiczną na temat prawa do przerywania ciąży nawet jeśli nas nie dotyczy.

A może właśnie dlatego, że nas nie dotyczy, mamy potrzebę zajęcia jakiegoś stanowiska? Ja nie mam tych wątpliwości. Chcę wam koledzy opowiedzieć swoją historię, kolejną historię mężczyzny rozprawiającego o prawie kobiet do podejmowania decyzji o tym, czy urodzić dziecko czy nie.

Historia ta jest bardzo osobista i nierozerwalnie związana z moją rodziną, ale ukształtowała mój pogląd w temacie prawa do aborcji. Może i wam, drodzy koledzy, bracia, ojcowie, dziadkowie, mężowie, w jakiś sposób pomoże wyrobić swoje zdanie i przestać mieć wątpliwości.

Nie wiesz nic, Jonie Snow.

Patrząc wstecz na czasy, gdy byłem 25-letnim młodzieńcem określiłbym swoje ówczesne poglądy jako umiarkowane, co oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że popierałem w zasadzie istniejący w Polsce “kompromis” – dopuszczenie prawa do legalnej aborcji z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu, ciąży z gwałtu i ciąży zagrażającej życiu matki. Przerwanie ciąży “na życzenie” wydawało mi się czymś niewłaściwym, czymś czego nie powinno się robić, czymś czego sam bym nigdy nie zrobił i nie chciałbym, żeby tak postępowały inne osoby. Ten pogląd po prostu we mnie był, nie wyrobiłem go sobie, a przynajmniej nie pamiętam żebym to świadomie zrobił. Będąc katolikiem w katolickim kraju wciągnąłem go z powietrzem i przyjąłem za normę, nie poświęcając jego uzasadnieniu większej uwagi.

Wszystko zmieniło się, gdy moja siostra, po dwóch poronieniach, zaszła w kolejną ciążę. Cieszyliśmy się całą rodziną na myśl o dziecku wiedząc, jak bardzo wspólnie z mężem chcieli je mieć. Przyszedł jednak ten dzień, kiedy powiedziała mi, że ich synek jest nieuleczalnie chory i nie wiadomo czy w ogóle się urodzi, a jeśli tak, to nie pożyje długo. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy mi to mówiła. Z jakimś nadzwyczajnym spokojem, a nawet z pogodą duchą, w której tle zaledwie czaił się smutek. Bardzo chciałem w tym momencie coś powiedzieć, zrobić coś, coś przydatnego i istotnego, podzielić się jakąś mądrością, doświadczeniem, wesprzeć, uspokoić, okazać zrozumienie, miłość i troskę, ale nie umiałem. Wszystko co wiedziałem i myślałem o życiu okazało się błahe, banalne, nieistotne, miałkie i przede wszystkim kompletnie niestosowne. Jedyne co udało mi się wtedy z siebie wydusić to że nie wiem co powiedzieć. “Nie musisz nic mówić. Tu nic nie trzeba mówić” odpowiedziała siostra uśmiechając się.

Zrozumiałem wtedy, że nie mam nic do powiedzenia na ten temat i nigdy nie będę miał, bo nigdy nie będę kobietą noszącą w łonie dziecko, o którym jeszcze przed urodzeniem wiadomo, że nawet jeśli się urodzi to jego życie będzie można liczyć w godzinach, lub w najlepszym wypadku w dniach. Wiedziałem też, że bez względu na to co siostra planuje zrobić, będę ją w pełni wspierał.

Miej serce i patrzaj w serce

Moja siostra, wspólnie z mężem, zdecydowała się, że urodzi synka. Mając w pamięci dwa poprzednie poronienia chciała urodzić swoje ukochane dziecko, zobaczyć je, przywitać, przytulić i pożegnać. Tak żeby chłopiec mógł poznać kochającą matkę, kochającego ojca i całą rodzinę. Przez całą ciążę siostra starała się zachować pogodę ducha, żeby synek wiedział, że jest kochany i jest wielkim szczęściem. I wszyscy staraliśmy się tak zachowywać. Mój chrześniak urodził się i zakwilił. W obecności rodziny, wspierającego hospicjum dla dzieci nieuleczalnie chorych, księdza i fotografa został ochrzczony. Wszyscy się z nim przywitaliśmy, dotknęliśmy go, przekazaliśmy swoje uczucia, ile ich w nas było. W trakcie ceremonii starałem się trzymać, ale prawie cały czas lały się ze mnie łzy. Nawet teraz gdy piszę te słowa nie mogę ich powstrzymać.

Syn mojej siostry, mój chrześniak, odszedł od nas po jednym dniu. W tym miejscu wielu z was pewnie przyklaśnie lub oburzy się. To nie ma znaczenia.

To było bardzo ważne wydarzenie dla naszej rodziny i dla mnie osobiście. Historia mojej siostry, jej męża i ich synka trafiła do mediów jako opowieść o bezgranicznej miłości i bezgranicznej determinacji. Mimo pozytywnego wydźwięku publikacji pojawiały się liczne, negatywne komentarze. Krytykowano moją siostrę za to, że zdecydowała się urodzić dziecko, a nie przerwała ciąży wcześniej, choć wielokrotnie jej to sugerowano. Zarzucano jej egoizm i ideologiczne zaślepienie. Byłem wściekły i nie mogłem zrozumieć tych ludzi, którzy tak zajadle atakowali moją siostrę za decyzję, którą podjęła z pełnym wsparciem rodziny. Decyzję, którą podjęła w ramach swojego własnego wyboru, który jest dla niej prawem każdej kobiety.

Nie mogłem zrozumieć jak ludzie nie mający pojęcia o jej sytuacji, o emocjach które przeżywała, o wadze tego wydarzenia, które odcisnęło się na nas wszystkich, że ludzie nie mający o tym pojęcia tak kategorycznie wydają swoje żałosne, płytkie osądy na lewo i prawo jakby ktokolwiek ich pytał o zdanie. Jakby ich zdanie miało mieć jakiekolwiek znaczenie dla tego co przeżyła moja siostra, co przeżyliśmy wszyscy.

Co, gdyby zdecydowała się przerwać ciążę? A jakie ma to dla was znaczenie? Jakie może mieć znaczenie dla kogokolwiek z was? Bylibyśmy z nimi. Tylko to się liczy. Nie żadne spokojne sumienie fanatyków, nie żadne przekonania tego czy innego polityka, nie orzeczenie sądu czy trybunału.

Nie twoje ciało, nie twój wybór

Dziś sam jestem ojcem dwóch niesfornych córek. Byłem obecny przy ich narodzinach. Widziałem ich pierwszy wdech powietrza, słyszałem pierwszy płacz, dwukrotnie własnoręcznie przecinałem pępowinę. Narodziny mojego chrześniaka i córek są dla mnie wiecznie żywymi zdarzeniami. To chwile najczystszego humanizmu, które mnie ukształtowały. To przeżycia, emocje i myśli, których nie da się opisać, nie da się powtórzyć, ani nie da się zapomnieć. Przeżywałem je wspólnie z moją żoną, która w czasie porodu pierwszej córki leżała półprzytomna ze zmęczenia i bólu prosząc o znieczulenie, którego nie mogła się doczekać, bo w tym samym czasie było sześć porodów, a jedyny anestezjolog na oddziale mógł założyć znieczulenie maksymalnie u dwóch rodzących na raz.

Siedziałem prawie dziesięć godzin widząc jak żona cierpi coraz bardziej, słuchając wycia kobiety rodzącej obok, która raz po raz błagała swojego partnera, żeby dali jej więcej znieczulenia. Choć byłem blisko przy tych wszystkich momentach wysiłku i bólu, a także w momentach wielkiej radości po zobaczeniu ukochanego dziecka, to jednak zdałem sobie sprawę, że choćbym był najlepszym z ojców jakiego nosiła ziemia to nigdy nie donoszę i nie urodzę dziecka, nigdy nie poczuję nawet części tego, co przez całą ciążę i poród przeżywa matka.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek mógłby decydować za kobietę o tym czy urodzić czy nie. Decyzja o macierzyństwie, ciąża, poród i to jak te zdarzenia wpływają na życie kobiety jest zbyt osobiste, zbyt indywidualne, zbyt powiązane z kobietą i jej życiem, żeby ktokolwiek inny mógł powiedzieć jej “musisz urodzić” albo “musisz przerwać ciążę”.

Jest też z gruntu nieludzkie, naruszające nie tylko sferę wolności, ale i godności kobiety, której odbiera się jej naturalne prawo decyzji oddając je w ręce obcych ludzi.

My, mężczyźni nigdy nie będziemy uprawnieni do decyzji o urodzeniu czy nie urodzeniu dziecka. Możemy wspierać, kochać, pomagać, troszczyć się, zapewniać, organizować, otaczać opieką, ale nigdy nie będziemy nosić dziecka pod sercem i nigdy nie będziemy rodzić, nie do nas więc należy ostatnie słowo. Nieważne czy zaplanował to Bóg, czy taki wyrok wydała natura – tego nigdy nie doświadczymy, a wszystko co przeżyjemy, choćby nie wiem jak intensywnie, będzie inne, bez porównania do tego co przeżywa matka.

Kto was sędziami sióstr waszych uczynił?

Nie wiem czy aborcja jest OK, czy nie jest OK. Czy jest ciężką, traumatyczną decyzją czy zwykłym zabiegiem medycznym. Nie mam zdania na temat cudzych aborcji, nie chcę go mieć i przede wszystkim mieć go nie muszę. Już nie.

Nie jest jednak tak, że nie mam zdania w kwestii dopuszczalności prawa do przerwania ciąży.

Wierzę, że każda kobieta, i tylko kobieta, powinna mieć wybór.

Nie wziąłem tego z książek czy teoretycznych rozważań. Pogląd mój wyrzeźbiło życie łzami smutku i radości.

Nie ma takiego sądu, takiej sali parlamentu, nie ma takiego gabinetu, nie ma takiej izby, w której można zadecydować za kobietę, czy powinna urodzić dziecko czy nie. Decyzja ta powinna na zawsze pozostać w jej rękach. Każda kobieta powinna mieć prawo podjąć ją w gronie ukochanych ludzi, w atmosferze zrozumienia, miłości i wsparcia. Żadne państwo i żadna władza nie ma moralnego prawa ingerować w tę decyzję. Ma za to obowiązek otoczyć kobietę opieką i zaoferować jej wszystko czego potrzebuje, tak by mogła zadecydować w spokoju wiedząc, że nie zostanie do niczego zmuszona, że nie zostanie odrzucona, oceniona, czy ukarana. Kiedy dziś rozmawiam o tym z siostrą powtarza wciąż: “To był mój wybór. Wybór, nie nakaz. Każda kobieta powinna mieć swój”.

Dlatego hańba spada na wszystkich, którzy chcą naruszyć to święte kobiece prawo i z daleka, z wygodnych foteli, z sejmowych ław czy z sędziowskich tronów, ze swoich zimnych sal, ze swoich złotych pałaców, ze swoich kaplic czy salonów dyktować prawa, które odbiorą kobietom wolność i wejdą w te najbardziej ludzkie z ludzkich spraw butami policjantów, prokuratorów, polityków czy sędziów.

Hańba. Hańba. Po stokroć hańba.

Kobiety nie ustępują

Użycie policyjnych pałek i gazu podczas pokojowej demonstracji 18 listopada wzburzyło opinię publiczną. Ulicami Krakowa i Łodzi przeszły marsze solidarnościowe. W Warszawie na 23 listopada szykowane są kolejne blokady ulic.

Manifestacja solidarnościowa z warszawskimi aktywistami i aktywistkami z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet odbyła się w Krakowie 19 listopada. Pod komisariat w geście wsparcia przyszło ok. tysiąca osób. Frekwencja zadziwiła nawet organizatorki, które spodziewały się symbolicznej pikiety.
Zgromadzenie było reakcją na pacyfikację warszawskich protestów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet przez policję i oddziału BOA w cywilu. Sceny z policjantami używającymi pałek teleskopowych przeciwko kobietom i mierzących gazem wprost w twarz posłanki Magdaleny Biejat obiegły cały kraj.

Początkowo w Krakowie planowano jedynie symboliczną pikietę, ale ze względu na dużą liczbę przybyłych pochód ruszył na spontaniczny spacer. „Kraków- Warszawa, nasza wspólna sprawa”, „Myślę, czuję, decyduje”, „Solidarność naszą bronią” – krzyczały setki osób na wczorajszym spacerze solidarnościowym. Słychać też bębny i dzwonki Samby, rewolucyjnego zespołu perkusyjnego, grającego ma ulicznych demonstracjach.

Zaskoczona policja

Marsz przebiegał w gorącej atmosferze, jednak bez interwencji obecnych na miejscu funkcjonariuszy. Dopiero po marszu policja zaczęła legitymować i spisywać uczestników, kilka osób zostało ukaranych mandatami za udział w „nielegalnym zgromadzeniu”, wiele osób jednak nie przyjęło mandatów i sprawy zostaną skierowane do sądu.

Nasze hasło: Wyp***

Legitymowanie, pouczenia i próby wystawienia mandatów miało miejsce również w Łodzi. Tam ulicą Piotrkowską przemaszerowało 21 listopada około tysiąca osób. Złość z powodu ostatnich wydarzeń w stolicy była widoczna – skandowano m.in. „Nie będziemy się użalać, nasze hasło: Wypierdalać!”. Razem z obywatelami szli posłowie, w tym reprezentanci Lewicy. W przekonaniu parlamentarzystów to ich obecność sprawiła, że policja była dużo mniej konfrontacyjna niż w stolicy., głównie przypominając o pandemii i żądając, by demonstrantki nie blokowały jezdni. Łódzki pochód na swojej trasie minął m.in. siedzibę PiS. Po raz kolejny pozostawiono pod nią znicze i transparenty.

Kilkaset osób zablokowało z kolei 19 listopada rondo Kaponiera w Poznaniu – mieście, gdzie miały miejsce jedne z najostrzejszych protestów podczas ciągle trwającej fali demonstracji. I tutaj skandowano i śpiewano „Wypierdalać”. Protest w Poznaniu współtworzą aktywistki związków zawodowych i Socjalnego Kongresu Kobiet, stąd właśnie z Wielkopolski najgłośniej płyną wezwania, by program demonstrantek nabrał socjalnego charakteru, a żądanie prawa do decydowania o swoim ciele łączyło się z żądaniem wyższych płac i niższych czynszów.

Znamienna rocznica

Ogólnopolski Strajk Kobiet odwołał protesty w Warszawie wstępnie szykowane na niedzielę 22 listopada. Liderki organizacji Marta Lempart i Klementyna Suchanow mówią o oszczędzaniu sił na następny tydzień. 23 listopada w Warszawie zaplanowane zostało kilka blokad ważnych ulic i rond w mieście. Z kolei w sobotę 28 listopada wypada rocznica uzyskania praw wyborczych przez obywatelki odrodzonej Polski. Działaczki na rzecz praw kobiet zamierzają zmienić ją w kolejny wielki dzień walki.
Tymczasem wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego, podyktowany przez katolickich fundamentalistów, nadal nie został opublikowany.

Dramatyczny wieczór w Warszawie

Policja nie pozwoliła kobietom i ich zwolennikom zablokować Sejmu – sama otoczyła parlament barierkami. Demonstranci nie zamierzali ustępować i ruszyli blokować centrum miasta. Pod siedzibą Telewizji Polskiej w ruch poszedł gaz.

18 listopada Sejm wznowił po przerwie pracę – i właśnie tego dnia Ogólnopolski Strajk Kobiet postanowił przypomnieć o tym, że sprawa praw kobiet ciągle nie została załatwiona.

Protesty kobiet w Warszawie i nie tylko w poprzednich tygodniach nie były już akceptowane przez policję. Uczestniczki otaczano i spisywano. Na blokadę Sejmu policja również się przygotowała – tylu radiowozów w centrum miasta nie widziano od dawna. W efekcie demonstrantki dość wcześnie opuściły okolicę Sejmu i udały się w kierunku ścisłego centrum. Atmosfera w tłumie była pokojowa. Transparenty z mocnymi słowami skierowanymi w stronę rządzących były jakby mniej liczne.

Przeniesiona blokada

Policja próbowała przegrodzić ulice na trasie przemarszu, ale bezskutecznie, ponieważ protestujący przeszli przez ludzki łańcuch policjantów i policjantek. Tłum zalał rondo de Gaulle’a i ruszył Nowym Światem dalej. Celem stała się Telewizja Polska, znienawidzona tuba propagandowa PiS.

Pod gmachem TVP przy Placu Powstańców Warszawy doszło do kuriozalnej sytuacji. Policja otoczyła plac i uniemożliwiła opuszczanie zgromadzenia, równocześnie… nadając w kółko komunikat o jego nielegalności i wezwanie do rozejścia. Osoby, które chciały go usłuchać, były jednak narażone na to, że kordon potraktuje je gazem.

Wobec uczestników demonstracji policja użyła również pałek teleskopowych. Aktywną rolę mieli w tym policjanci po cywilnemu, którzy próbowali zatrzymać osoby, uznane przez nich za aktywne czy agresywne. Dochodziło do momentów dezorientacji, które mogły zakończyć się wybuchem paniki i prawdziwą tragedią: demonstranci, widząc ubranych po cywilnemu ludzi z pałkami, momentami mieli wrażenie, że to bojówki skrajnej prawicy ich zaatakowały.

Posłanka dostała gazem

Przed gazem nie chroniły nawet legitymacje dziennikarska czy poselska. Operator Onetu musiał otrzymać na miejscu pomoc medyczną. Posłanka Lewicy Magdalena Biejat, która chciała interweniować w sprawie nieumundurowanych policjantów bijących ludzi pałkami i podeszła do kordonu z wyraźnie widoczną legitymacją poselską w dłoni, została spryskana gazem. W innym miejscu policja mogła naruszyć nietykalność wicemarszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego.

– Chciałem przejść, przedstawiłem się – relacjonuje szef SLD. Polityk nie miał przy sobie legitymacji, ale jego tożsamość potwierdzała idąca obok posłanka Anna-Maria Żukowska. Policjant, który zastawił Czarzastemu drogę, uciekł. Jego przełożony nie kwapił się do tego, by go zlokalizować. Sprawa została zgłoszona Straży Marszałkowskiej, powiadomiona została też marszałek sejmu Elżbieta Witek, która oświadczyła jednak, że nie zamierza zajmować się tą kwestią. Dopiero następnego dnia policja poinformowała, że jednak postara się wyjaśnić sytuację.

Otoczonym w kordonie na Placu Powstańców i przy ul. Wareckiej pomagali mieszkańcy pobliskich domów. Otwierali im przejścia na parkingi podziemne, pomagali przeskoczyć płot przy zamkniętym osiedlu. W tym samym czasie druga grupa protestujących tkwiła w kordonie przy ul. Pięknej. Tam kto zgodził się zostać spisany, mógł odejść – a część demonstrantów uniknęła nawet tego, przekonując policjantów, że podali już dane ich kolegom.

Zachowanie policji nie było kwestią przypadku czy nadgorliwości konkretnych oficerów. 18 listopada Jarosław Kaczyński grzmiał z sejmowej mównicy w stronę opozycji, zarzucając jej, że demonstracje doprowadziły do śmierci wielu ludzi. Wicepremier ds. bezpieczeństwa groził: wielu z was będzie siedzieć.

Trybunał Antykonstytucyjny

Gdyby ktoś zagranicą zechciał się zainteresować polskimi realiami, to powinien niektóre przynajmniej nazwy odczytywać odwrotnie do ich oficjalnej nazwy. Dotyczy to nie tylko Prawa i Sprawiedliwości, lecz także Trybunału Konstytucyjnego.

Szewc Fabisiak widzi dwa aspekty niekonstytucyjności wspominanego wyżej trybunału. Pierwszy polega na tym, że sam ów trybunał został po części powołany niezgodnie z ustawą zasadniczą. Wskazują na to liczne analizy i opinie wyrażane przez prawników, którzy znają się na rzeczy. Zasiadają tam co najmniej dwie osoby nie spełniające ustawowych wymagań zarówno ze względu na wiek jak pani Pawłowicz czy też wiek i brak kwalifikacji jak w przypadku pana Potrowicza, który sędzią nigdy nie był i nie posiada żadnego dorobku naukowego. Skoro jednak te dwie wielce zasłużone na odcinku dobrej zmiany osoby nie załapały się do Sejmu – Pawłowicz z własnej woli a Piotrowicz z powodu przerżnięcia wyborów – to należało im zapewnić odpowiednią fuchę wzmacniając jednocześnie pozycję siły rządzącej w trybunale. I czyż można się dziwić, że Trybunał Antykonstytucyjny podejmuje antykonstytucyjne decyzje? – zadaje retoryczne pytanie szewc Fabisiak.

Przykładem takich niezgodnych z konstytucją decyzji jest ostatnie orzeczenie w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Ów niby trybunał powołał się tu na Artykuł 38 Konstytucji mówiący o zapewnieniu każdemu człowiekowi prawnej ochronę życia. Wszystko się zgadza tyle tylko, że chodzi tu o człowieka czyli istotę już narodzoną a nie o płód, który dopiero będzie człowiekiem. Tak też logicznie rozumując uważają uczestniczki i uczestnicy antytrybunalskich, antypisowskich, antykaczyńskich i antykościelnych protesrów. Natomiast trybunał przyjął tu wąsko rozumianą katolicką interpretację człowieka, którym ponoć staje się każdy w momencie zapłodnienia, choć w Polsce – jak zauważa szewc Fabisiak – póki co obowiązuje prawo świeckie a nie kościelne.

Szewc Fabisiak zwraca ponadto uwagę na to, że Konstytucja zawiera również i inne zapisy, które mogłyby być przydatne w przypadku analizowania ustawy. I chodzi tu nie tylko o często podnoszony Artykuł 40 zgodnie z którym „nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu i karaniu”. W grę wchodzą tu też Artykuły 31. ust.2 czy też 32. ust.2. Ten pierwszy zakazuje zmuszania do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje W tym przypadku zmuszania do urodzenia wysoce upośledzonego dziecka. Z kolei ten drugi obligatoryjnie stwierdza, iż „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek
przyczyny” a taką ewidentną przyczyną dyskryminacji jest odebranie kobiecie prawa do świadomego macierzyństwa – wnioskuje szewc Fabisiak.

Gdyby tzw. trybunał stosował się konsekwentnie do definicji dziecka poczętego jako pełnoprawnego człowieka, to powinien uznać za niekonstytucyjną całą ustawę a nie tylko jej fragmenty. Oznaczałoby to, jak twierdzą prawnicy, że w praktyce nie obowiązywałby żaden akt prawny zakazujący czy też ograniczający prawo do przerywania ciąży. Skoro tak, to – zgodnie z zasadą, iż dozwolone jest to, co nie jest prawnie zakazane – legalna byłaby każda aborcja bez jakichkolwiek ograniczeń. Na taki układ – jak zauważa szewc Fabisiak – nie mogą sobie pozwolić ani katoliccy fundamentaliści ani pragnący nade wszystko spokoju społecznego zwolennicy tzw. kompromisu aborcyjnego, który może być kompromisowym wariantem dla niektórych polityków ale już nie dla kobiet, które mają już dość tego aby ktoś podejmował za nie decyzje w najważniejszych dla nich sprawach.

Olej rozlany – mur spękany

Kilka dni spędziłem w szpitalu, pełen zdenerwowania o wynik operacji, ale jednocześnie uspokojony i wyciszony, bo skupiony na swoich problemach zdrowotnych, odcięty od informacji o wydarzeniach politycznych.

Tuż przed moim pójściem do szpitala redaktor Piotr Gadzinowski przypomniał mi, że dawno nie publikowałem w Trybunie. Prosił o kolejny artykuł. Napisał „czasy zarazy potrzebują kultury – nie gaśmy jej”. Wróciłem już w domu, pragnę zatem odpowiedzieć na apel redaktora Piotra. Zapewne nie w pełni tak jak oczekiwał, bo napiszę o tym o czym przede wszystkim teraz myślę, od kilku dni znowu śledząc bieżące informacje. Słowa redaktora Gadzinowskiego przypomniały mi temat jednego ze Spotkań Zamkowych, które organizowała Narodowa Rada Kultury w połowie lat osiemdziesiątych. Spotkania odbywały się na Zamku Królewskim w Warszawie, prowadził je profesor Bogdan Suchodolski. Temat brzmiał „Co z kulturą w czasie trudnym?”. Temat podobny, czasy inne…

Gdy pisze te słowa mamy za sobą kolejny dzień protestów, w wielu miastach włączyli się artyści, ludzie kultury, zwracając uwagę na problemy które dla ich pracy, statusu i sytuacji bytowej stworzyła pandemia. Nie rozwiązał tych problemów rząd, jak można się domyślać. Zresztą ten rząd niewiele problemów rozwiązał skutecznie, a większość decyzji wydaje wprowadzając nas co najmniej w osłupienie, tworząc bałagan, a nie porządkując. Wystarczy przypomnieć ogłoszoną w piątek późnym wieczorem decyzję o zamknięciu od soboty cmentarzy, czy o pracy zdalnej urzędów od poniedziałku, co już w sobotę premier poprawiał na – od wtorku. Tak czy siak z dnia na dzień. Zaskoczenie dla urzędników, ale przede wszystkim dla interesantów. Rząd nie nadąża za rzeczywistością i nie wie co dzieje się w poza Warszawą. To co dzieje się w Warszawie interesuje go zresztą tylko wtedy gdy z jakiegoś powodu można „przyłożyć” Trzaskowskiemu. Trudno dziś już wierzyć w którekolwiek z zapewnień premiera czy innego polityka obozu rządzącego. Napletli tyle bzdur, że cokolwiek powiedzą to do bzdur od razu to zaliczamy. Wygłaszający swe „orędzie” prezes został porównany przez kogoś do generała Wojciecha Jaruzelskiego. To obraża pamięć Generała. Odpowiem żartobliwym cytatem z Internetu: „Moja babcia pamięta, że Jaruzelski przynajmniej nie mlaskał podczas przemówienia”. Od siebie dodam, że mówił piękną polszczyzną. Ponadto sytuacja z grudnia 1981 jest całkiem inna, nieporównywalna z obecną. Różny też jest format tych dwóch polityków. Jeśli do któregoś z polityków PRL mógłbym porównać prezesa PiS, to do Władysława Gomułki, ale tylko do stanu jego emocji z roku 1968 lub z grudnia 1970. Podobne oderwanie się od rzeczywistości, błędna ocena sytuacji i inwektywy rzucane pod adresem przeciwnika. Wtedy, 50. lat temu, ratunkiem dla kraju (dla partii też) okazał się Józef Tejchma, który odważył się i zaryzykował. Poszedł do pierwszego sekretarza i uświadomił mu, że powinien on odejść. Czy w PiS-ie znajdzie się ktoś tak odważny? I czy teraz wystarczy by tylko prezes odszedł? Wtedy zmiana na stanowisku pierwszego uspakajała, studziła emocje, dawała nadzieję. Dziś oczekiwania są większe, radykalniejsze, odejść ma PiS. Cały PiS. Gorzej, że nie widzę nikogo kto mógłby wystąpić w roli neo Gierka… Opozycja, mimo wielu podpowiedzi z różnych stron wciąż nie potrafi unieść się ponad, istniejącymi i oczywistymi, podziałami, by w imię racji wyższej stworzyć wspólny front obrony kraju. Była na to szansa podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, a jeszcze większa podczas prezydenckich. Niestety interesy partyjne wygrały z interesem narodowym, wydawałoby się, ważniejszym.

Staram się pisywać w Trybunie o kulturze. To szeroki temat. Mieści się w nim niestety i polityka. Niestety, bo sposób uprawiania polityki odbiega coraz częściej od zachowań uznanych za kulturalne. Do polityki, poprzez selekcję negatywną, trafiają ludzie pozbawieni kultury, niewrażliwi, lub na braku kultury budujący swój wizerunek człowieka odważnego, bezkompromisowego, niemal ideowego. Gorzej jeśli zdobywają w ten sposób uznanie części mediów, czy też aprobatę suwerena. Jest jeszcze kategoria osób, którą nazywam „dumnymi ze swej głupoty”. Idą oni w zaparte, z uśmiechem zwycięstwa, nie przyznając, że popełnili błąd, że im się coś poplątało, źle zapamiętało w szkole, czy na studiach. Na każdy rodzaj takiego braku kultury, czy po prostu głupoty, można podawać liczne przykłady, wymieniać nazwiska kolejnych polityków, a będą to głównie nazwiska z pierwszej linii funkcjonariuszy PiS.

W zasadzie można zacytować każdego polityka PiS, przywołując mniej lub bardziej niestosowne jego zachowania, mniej lub bardziej kompromitujące go wypowiedzi. Zapadłbym się pod ziemię ze wstydu gdyby zdarzyło mi się obżerać się na sali sejmowej, lub nie wiedzieć kim była caryca Katarzyna I. Tymczasem politycy tacy brylują w mediach, plotą nadal bzdury, awansują, otrzymują synekury, promieniują pychą, samozadowoleniem. Prowadzą obrady sejmu, lub komisji, uczestniczą w konferencjach, półgębkiem reagując na niezależne media. Zastanawiam się czy gdzieś w głębi duszy, w skrawku sumienia mają chwilę autorefleksji, moment wstydu, zadumy nad tym co robią. Raczej jednak są bezrefleksyjnie dumni ze swego postępowania. Z obraźliwych, wulgarnych i knajackich zachowań i gestów, z tego jak odpowiadają, nie odpowiadając, lekceważąc dziennikarzy i ich pytania, odchodząc czy odwracając się manifestacyjnie do nich plecami. Och, gdyby tak któregoś dnia dziennikarze pozostali w domach, w redakcjach, nie wystawali godzinami pod ich gabinetami, pod siedzibami partii, okazując im swoją ale i naszą obojętność, znudzenie. Każdy dzień przynosi nowe porażające informacje, kolejna afera minimalizuje poprzednią. Bo czym jest dorobienie sobie, mimo zakazu, 400 tysięcy złotych przez byłego marszałka Senatu, w porównaniu z wielomilionowymi dotacjami dla braci Szumowskich. To kolejny dowód, że związki braterskie źle służą Polsce. W 1984 roku w Tygodniku Powszechnym Stefan Kisielewski opublikował felieton zatytułowany „Moje typy” będący listą czterdziestu nazwisk dziennikarzy o poglądach bliskich ówczesnej władzy. Była to tak zwana „Lista Kisiela”. Dziś wszyscy prominentni politycy PiS powinni się na takiej liście znaleźć, od Asta do Zybertowicza. Byłaby ona teraz znacznie dłuższa niż ta Kisiela, niestety.

Poza nielicznymi, pojedynczymi przypadkami, wszyscy moi bliscy, tak w rodzinie, jak i wśród znajomych są ostatnio przygnębieni. Nawet obaj wnukowie. Już rozróżniają prawdę od fałszu, obłudę od szczerości i naturalności, taktykę i perfidię od troski i ofiarności, myślenie o innych od dbania o interes własny. Już wiedzą, że choć byłem wiceministrem to było to w całkiem innym rządzie. W rządzie, który wprowadził Polskę do Unii. Mam nieodparte wrażenie że większość obecnie protestujących to pokolenie świadomie dorastające już w unijnej Polsce. Nie muszę już wnukom tłumaczyć, że różnię się wszystkim od obecnych ministrów. W świetle informacji o zamiarze zakupu 300 limuzyn dla ministrów – powinienem im jeszcze powiedzieć, że przez cały czas urzędowania korzystałem z samochodu przejętego po poprzedniku, a miał on (samochód) w chwili objęcia przeze mnie funkcji ponad 250 tysięcy kilometrów na liczniku, oraz że otrzymywaliśmy wtedy nagrody raz w roku i zbliżone one były do połowy miesięcznego wynagrodzenia.

Prezes swoim orędziem dolał oliwy do ognia. Podejrzewam, że w redagowaniu ostatniego wystąpienia mógł mu doradzać, oczarowany Łukaszenką, senator Karczewski. Prezes osiągnął to czego opozycja nie potrafiła, podczas ostatniej serii wyborów. Pobudził młodzież, rozruszał tych, którzy zapewne nie chodzili na wybory, ale także zrobił rozłam w swoim elektoracie; poparcie dla PiS znacząco opadło i oby to była tendencja stała. Dyktator z reguły jest groźny. Tak wygląda, tak się zachowuje. Nasz dyktatorem, na szczęście, nie jest, co najwyżej dyktatorkiem.

Niebezpiecznym, szkodliwym, doskwierającym, ale do groźnych bym go nie zaliczał. Ostatnio, z wielu powodów stał się śmieszny. Jest przedmiotem kpin i karykatur. Janusza Szpotańskiego zastąpiła młodzież, dyktatorkowi zaprezentowano Dziady, wciąż aktualne, wciąż na czasie, co potwierdza rangę narodowego wieszcza. Pierwszy mieszkaniec Żoliborza, strzeżony, jak żaden inny kiedykolwiek przywódca w kraju, sam stał się swoją karykaturą. Ośmieszony dyktator przestaje być groźny, staje żałosnym, a to oznaka jego końca. Oby!

Sądzę, że hasła z jakimi młodzież bierze udział w protestach, staną się przedmiotem naukowych badań i ocen. Dowcip, ostry i złośliwy, zaskakujące skojarzenia, wiele nawiązań do literatury (na przykład „Annuszka już rozlała olej”) świadczą dobrze o poziomie demonstrantów. Przyznała to nawet siostra Małgorzata Chmielewska. Oczywiście część haseł może razić ekspresją i jednoznacznością wypowiedzi, niektórzy z oburzeniem mówią o wulgarności. Ja uważam, że to emocjonalna, słowna wersja języka migowego jaki zaprezentowała posłanka Lichocka. Innym słowa te przypominają zwrot użyty przez Lecha Kaczyńskiego do bezdomnego żebraka.

Jestem całym sercem po stronie protestujących. Jako członek kierownictwa Kuźnicy podpisałem się pod oświadczeniem jednoznacznie wspierającym, obejmujące cały kraj, protesty. Ich skala jest niespotykana od lat, od 30 na pewno. Wyborczy podział na Polskę A i B, na Polskę PiS i resztę – został zatarty. Protestują bastiony PiS. To sukces, którego nie wolno utracić. Do protestujących kobiet dołączają mężczyźni, oraz całe grupy zawodowe: rolnicy, ludzie kultury… To dobrze, lecz nie powinni oni rozszerzać postulatów, dopisywać swoich żądań, niech dramatyczny protest kobiet wybrzmiewa jedną niezmąconą myślą – obrony ich praw. Każdy nowy, najsłuszniejszy nawet postulat rozmywa ten najważniejszy, ten pierworodny. Wolność wyboru. Edukacja. Opieka medyczna i społeczna. Równa troska o narodzonych, żyjących, chorych i umierających. Ogłoszono skład Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet. Pojawiły się nazwiska znanych mi, i w większości lubianych, polityków. Ale po co? Raz, że przypomina to bez powodu (identyczna nazwa) radę pani Cichanouskiej, dwa że protesty powinna firmować ta grupa kobiet, która je rozpoczęła. Nie czas i nie miejsce tu dla polityków.

Z uwagą przeczytałem apel rektorów wyższych uczelni, apel generałów w stanie spoczynku. Takich apeli ludzi o niepodważalnym dorobku, o życiowych zasługach powinno być więcej. A gdyby tak ministrowie w stanie spoczynku, byli parlamentarzyści, ci wszyscy nie zabiegający już dla siebie o wolne stołki, zaapelowali do polityków PiS – ustąpcie, nie niszczcie kraju, nie ośmieszajcie nas na arenie międzynarodowej. Podpisałbym się.

List posłanek Lewicy

Przedstawiamy treść listu otwartego, jaki posłanki Lewicy skierowały do europejskiej komisarz ds. równości Heleny Dalli oraz do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.

My, Europejki, posłanki i przewodniczące parlamentarnych zespołów zajmujących się prawami kobiet zwracamy się do Pani z prośbą o spotkanie w niezmiernie pilnej sprawie.

Chciałybyśmy przedstawić Pani szczegóły poważnego kryzysu politycznego będącego skutkiem drastycznych naruszeń praw kobiet, które ostatnio zaszły w Polsce. 22 października Trybunał Konstytucyjny, co do legalności którego są poważne wątpliwości natury konstytucyjnej, uznał, że aborcja z powodów embriopatologicznych jest sprzeczna z konstytucją, a zatem będzie zdelegalizowana, co de facto oznacza prawie całkowity zakaz aborcji w Polsce. Ta skandaliczna decyzja doprowadziła do największych protestów społecznych. Od dnia ogłoszenia „wyroku” setki tysięcy ludzi protestuje na ulicach miast i mniejszych miejscowości, mimo ogromnego zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi, które stwarza szalejąca pandemia koronawirusa. Podczas spotkania chciałybyśmy zaprezentować nasze stanowisko w tej sprawie, a także dowiedzieć się, jakie kroki może podjąć Unia Europejska, zwłaszcza Komisja, w celu ochrony fundamentalnych praw Polek jako obywatelek Unii.

Liczymy na pozytywną odpowiedź możliwie jak najszybciej.

I o co chodzi?

Poproszę, aby ten tekst potraktować jako satyryczny. Co prawda Trybuna nie jest pismem prześmiewczym, a i Gadzinowski nie znosi konkurencji. Gdyby jednak miał to być tekst poważny, to Gadzina dałby go na 3 stronę i opatrzył stosownymi tytułami oraz zdjęciem Naczelnika.

Nie musiałby wykreślać niecenzuralnych słów, bo bym ich nie używał. Mam traumę po tym, jak kapral Milicji Obywatelskiej dał mi w 1970 roku mandat o wysokości 10 zł, za użycie na ul. Manifestu Lipcowego w Krakowie słowa „dupa”. W zamian za to napisałbym o wynikach badań, przytoczył CBOS, IBRIS, Kantar i Bóg wie co jeszcze. W odróżnieniu od wielu polityków, badania pod strasznie nudnym tytułem „Młodzi Polacy wobec …” staram się czytać ze zrozumieniem. Ale tu tego nie będzie. Bo tu nie o prawdę naukową chodzi tylko społeczną. Oto garść uwag. Jeśli komuś to się politycznie skojarzy, to na własną odpowiedzialność.

Ludzie wychodzą na ulice. Kobiety i mężczyźni. Młodzi i starzy, ale głównie młodzi. Uczeni wszelakiej politycznej maści oraz etatowi oraz niezawodowi politycy (też różnej maści) zastanawiają się po co. O co chodzi? Otóż mam z tej sprawie swoją opinię. Wcale – moim zdaniem – nie chodzi o mgr Przyłębską, prawo do aborcji i tym podobne rzeczy. Tu chodzi o wolność i o ściśle rozumiana politykę. Moi rówieśnicy wywalczyli ją w 1989 roku. My – postpezetpeerowska lewica – do tego też przyczyniliśmy się. Nie baliśmy się wolnych wyborów, ani demokratycznej konkurencji. Też nie lubiliśmy towarzyszy radzieckich, którzy zawsze wiedzieli lepiej i nie chcieliśmy karier zależnych od ślepej, politycznej i ideologicznej, lojalności. Tu z ówczesnymi „Solidarnościowcami” było nam po drodze.

Rozeszliśmy się – choć na szczęście nie ze wszystkimi – gdy określano granice i wyznaczniki tej wolności. Polska pseudoprawica i liberałowie z Bożej łaski uznali, że wolność polityczna i neoliberalnie rozumiana wolność ekonomiczno-socjalna (wolność do biedy) wystarczy. Cała reszta była poza ich zainteresowaniem. Część spłacić chciała wydumany dług wobec kościołów (w tym największego), część była w wieku i doświadczeniu (wszak PRL była bardzo pruderyjna), kiedy wolność do marzeń była poza ich zasięgiem. Ofiarą takiej postawy padła nie tylko aborcja. Także np. pomysły, aby zalegalizować obrót miękkimi narkotykami, albo usankcjonować związki partnerskie osób tej samej płci. W zamian za to dostaliśmy kapelanów w każdym zorganizowanym państwowo fragmencie życia społecznego, rytuały kościelne przeniesione do życia państwowego. To nie tylko wina prawicy. Także wybitni politycy lewicy apelowali, aby nie walczyć z kościołem i religią, klękali gdy nie trzeba było i uderzali się w piesi, bacząc, czy robią to stosunkowo głośno. Sam tu nie jestem bez winy, bo jeśli już protestowałem, to po cichu. Choć sam od wielu lat już nie klęczę, to nie umiałem podnieść z kolan wielu moich kolegów. To ważne, bo lewicowy antyklerykalizm jest stosunkowo świeżej daty.

Ci młodzi, którzy dziś wychodzą na ulicę, chcą dla siebie wolności. Maja w dupie demokrację, wybory, partie polityczne i wolności obywatelskie. Oni chcą własnej wolności, tak jak ją rozumieją w roku 2020. Prawa do wyznawania wiary w makaron spaghetti i w to, że zwierzęta są naszym mniejszymi braćmi, a drzewa żyją i odczuwają ból. Chcą, aby nikt nie dopieprzał się do ich ciała, do tego, ze ozdabiają je agrafkami i kolorowymi pasemkami włosów. Chcą przyzwolenia na to, aby czerpać przyjemność z seksu bez zobowiązań. I do tego, aby życie rodzinne i obowiązki rodzicielskie podjąć wtedy kiedy będą do tego gotowi, a nie jak sąsiadka uzna to za stosowne. I żeby państwo, jego policje jawne i tajne oraz dwupłciowe odwaliły się od tego jak oni chcą żyć, z kim i w jakich okolicznościach. To co było pod spodem, chronione konwenansem, w tym religijnym, chcą wyjąć na wierzch, mało tego, chcą aby oczekiwania te cieszyły się takim samym szacunkiem obywateli i wsparciem państwa, jak wszystkie dotychczas uznawane modele.

Wiedzą, że to muszą sobie wywalczyć i że w dużej mierze zależy to od polityków. Rozumieją też „jak ta polityka chodzi”. Nie dadzą zepchnąć się na jakieś boczne, bez znaczenia, ścieżki. Dlatego nie chodzą pod budynek Trybunału Konstytucyjnego czy Ministerstwa Edukacji Narodowej. (Zresztą, to słowo „narodowej” też ich drażni. Bo co, „narodowa” edukacja jest lepsza niż europejska?) Idą na Żoliborz, na Wiejską, licząc, że faceci zza barier policyjnych i sop-owskich się zreflektują. I widząc reakcje tych „chronionych” tracą nadzieję. Na to, że ten kraj może być dobrym miejscem do życia, że polityka to sztuka zaspokojenia ludzkich potrzeb, to czynienie dobra. Państwo, które lubili, którego czasem się wstydzili, ale częściej bywali dumni, pokazuje im środkowy palec. Nie pierwszy raz zresztą, bo już wiedzą, ze w minionych latach nie przybyło miejsc w żłobkach i przedszkolach, że wobec handlarzy narkotykami czy dopalaczami stać to państwo co najwyżej na zaostrzanie kar, że „piątka” Kaczyńskiego poległa w bojach o władzę, a Tusk walczył z pedofilami poprzez chemiczna kastrację.

To się w ich umysłach, pokoleniowej pamięci, odkłada i dlatego maja w dupie politykę, jej przedstawicieli i elity. Tych wszystkich starców, którzy nie rozróżniają tik-toka od fb, a tego ostatniego od insta. Którzy nie rozumieją, że jak mnie wkurwią to pojadę za granicę. Gdzie nikt mnie nie będzie pouczał, jak mam żyć. Że ta cała religia, historia i WoS-ie, to jedna wielka manipulacja, która ma ich pozbawić własnego osądu rzeczywistości. A nauczyciel z Szydłowca, który wyrzuca ich ze zdalnej lekcji za ozdobienie swojego logo błyskawicą, to nie wyjątek, to reguła. Odbierają to wszystko jako opresję wymierzoną w istotę ich człowieczeństwa.

Co na to lewica? Fajnie, że chodzą na te demonstracje, a lewicowe posłanki dają dowód odwagi i determinacji. Ale – z szacunkiem do Was dziewczyny – to za mało. Polityka to praca głową, to debata z przeciwnikiem, a przede wszystkim niezdecydowanym. Zobaczcie na ostatnie badania. Problemem dla Lewicy, nie są jej notowania. Problemem jest 26% respondentów, którzy nie mają na kogo głosować. Trzeba więc wyłożyć filozofię Lewicy, dać ludziom materiał do pomyślenia. Nic tam Wasze liczne inicjatywy legislacyjne, Hołownia nie zgłosił żadnej. Antonio Gramsci (nie wiem, czy ktoś na lewicy go jeszcze czyta), powiadał, że dobra partia polityczna to coś na kształt religii, tyle, ze opartej na swobodnej wymianie poglądów i na realnie istniejących ludziach i rzeczach.. Nie chcę go tu cytować, ale ta debata powinna oprzeć się na trzech kluczach. To słowa: wolność-równość-człowieczeństwo. „Tylko nie spieprzcie ich banałami” – zakończył klasyk swój list z faszystowskiego więzienia.

Państwo abdykowało

– Kaczyński wezwał do walk ulicznych, a przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaka będzie dynamika tych starć. One mogą skończyć się śmiercią ludzi i wicepremier będzie za to odpowiedzialny. To koniec państwa, które miało wstawać z kolan – mówi Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W Warszawie wielki marsz protestujących, już kolejny dzień, podobnie jak i w innych miastach, w tle prezydent kieruje projekt do Sejmu, który wprowadza przesłanki, które przewidują możliwość aborcji przy wadach letalnych. To sukces strajkujących czy mydlenie oczu?

MAREK MIGALSKI: To już oczywiście jest sukces, dlatego że przecież Andrzej Duda pogratulował jako pierwszy pani Przyłębskiej tego orzeczenia i był usatysfakcjonowany. Dziś okazuje się, że pod wpływem przecież nie refleksji czy namysłu, tylko tego, co dzieje się na ulicach polskich miast, podjął decyzję o zrobieniu pół kroku w tył. Ta kompromisowa, umiarkowana propozycja prezydenta w moim przekonaniu nie znajdzie dzisiaj poparcia ani wśród rządzących, którzy chyba idą na zwarcie, ani tym bardziej u protestujących.

Po co zatem ten ruch prezydentowi?

Podejrzewam, że został do tego zmuszony, że musi coś zrobić, a tego typu propozycja wydawała mu się najlepsza, bo uważał, że w ten sposób zyska sympatię i jednych, i drugich. Oczywiście w przypadku tego wybitnego męża stanu będzie zupełnie odwrotnie. Zarówno Jarosław Kaczyński jest na niego wściekły i wszyscy ci, którzy przyjęli twardą pozycję w rządzie. Tak samo protestujący, bo dla większości z nich ten kompromis jest nie do zaakceptowania. To pokazuje, że jest on zagubiony w rzeczywistości politycznej, a jednocześnie czuje, że musi coś zrobić. Mam wrażenie, że pogubiony jest także wicepremier Kaczyński, którego modus operandi jest skłócić i skonfliktować, ale teraz sam chyba się zakiwał? Jeżeli weźmie się jeszcze pod uwagę wprowadzanie i wycofywanie „Piątki dla zwierząt”, to wygląda na to, że to się kompletnie wymknęło się spod kontroli. Nad trwaniem tego kryzysu wewnątrz obozu władz nikt już chyba nie panuje.
Poważniejszą sprawą jest jednak co innego. Mam wrażenie, że nasz Breżniew się odkleił od rzeczywistości i może to mieć przyczyny bardziej niż polityczne. Skłaniają mnie do takiego twierdzenia dwie rzeczy. Po pierwsze przemówienie „z bunkra”, gdzie główną rolę grały jego dłonie, a on sam wyglądał jakby wprowadzał stan wojenny. Wiadomo, że PiS ma mnóstwo pieniędzy na takie rzeczy, a to było takiej jakości, jakby kręcono telefonem komórkowym z pozycji stołu.

Po drugie świadczy o tym fakt, jak się „odpalił”, mówiąc kolokwialnie, podczas 3-minutowego przemówienia w Sejmie. Wszedł na mównicę z wyraźnym chłodnym i spokojnym komunikatem, ale wystarczył jeden krzyk Sławomira Nitrasa, kiedy nagle się zmienił i zaczął krzyczeć do opozycji, że są przestępcami. Dodatkową sprawą jest to, co do mnie spływa z obozu PiS-u o tym, że duża część polityków tej partii jest przerażona tym, jak tracą kontakt z Kaczyńskim i jak on nie rozumie tego, co się dzieje, i emocji z tym związanych.

Drugą koncepcją, kompletnie sprzeczną, jest teoria, że to, co się dzieje, to świadomy plan wprowadzenia stanu wyjątkowego. Ponieważ władza nie radzi sobie z COVID, to Kaczyński wymyślił, że lepiej wprowadzić stan wyjątkowy pod pretekstem walki z anarchią szalejącą na ulicach, niż z powodu nieradzenia sobie rządu. Dlatego też wszedł do rządu jako wicepremier od spraw bezpieczeństwa, dlatego polecił Przyłębskiej wydać orzeczenie i dlatego zaapelował do bojówek faszystowskich, by wyszły na ulice, aby mieć pretekst, aby wprowadzić stan wyjątkowy, ale pod pretekstem ochrony przez zamieszkami i warcholstwem, a nie z powodu pandemii.

To są dwie sprzeczne teorie i mówiąc szczerze, nie jestem przekonany, która jest właściwa.Testem na to, która jest właściwa, będzie to, jak Kaczyński będzie reagował na protesty. Kaczyński w dobrej formie, cyniczny, wyrachowany pozwoliłby się tym protestom rozejść, a potem wprowadziłby stan wyjątkowy. Kaczyński, który stracił kontakt z rzeczywistością, pójdzie na twardo.

Strajk Kobiet zapowiada już dziś, że protesty się nie kończą. Mówi się nawet o ogólnym strajku całego kraju, czyli rozumiem, że ma to być coś na kształt tego, co dzieje się na Białorusi po ultimatum Cichanouskiej.

Pyta pani o przyszłość i przyznam, że ciężko ją przewidywać. Natomiast jestem już tak stary i cyniczny, że rozumiem, że w Strajku Kobiet już w tej chwili są napięcia wewnętrzne, bo taka jest natura polityki. Im dłużej protesty będą trwały, tym bardziej te konflikty będą narastać. Za chwilę ma zostać powołana rada konsultacyjna, w której także będą napięcia, bo każdy będzie grał własną grę. To skłania mnie do tezy, że jeżeli Kaczyński jest racjonalny, to pozwoli im wszystkim się pokłócić.

Natomiast może być tak, że ja się kompletnie mylę, a faza buntu dopiero się rozpoczyna, o co paradoksalnie dba bardzo rząd ogłaszając w piątek wieczorem, że od północy nikt nie będzie mógł wejść na cmentarze przez najbliższe trzy dni. To oczywiście musiało bardzo wkurzyć, a na pewno zaskoczyć miliony Polaków, którzy chcieli pójść na groby. Co oni mają teraz zrobić z wieńcami i świecami? Proponuję, aby 1 i 2 listopada złożyć wieńce i zapalić świeczki pod biurami PiS-u.

Po drugie, ten protest im bardziej będzie radykalny, tym bardziej będzie marginalny. Wchodzenie na msze, przerywanie nabożeństw, jakieś ocierające się o przemoc werbalną i fizyczną ataki na księży będą ciężkie do zaakceptowania dla większości, a przypominam, że to milcząca większość rozstrzygnie, czy ten protest ma szanse na sukces, czy nie. Zatem im bardziej będzie umiarkowany, ludyczny, śmieszny, tym bardziej będzie powszechny i jego siła będzie większa. Nie mam niestety przekonania, że liderki o tym wiedzą.

Czy bez zmiany postawy Kościoła da się pokonać PiS? I jak zmienić sam Kościół?

Do wypchnięcia Kościoła z życia politycznego potrzeba przejęcia władzy, bo nie można wynieść religii ze szkół, księży z uroczystości państwowych, dać odpór Rydzykowi, nie mając władzy. To oznacza, że walczenie z PiS-em i Kościołem naraz jest przeciwskuteczne, tego się nie da zrobić. To musi być stopniowalne i najpierw trzeba pokonać PiS, a potem realizować ideowe postulaty, które de facto leżą u podstaw tego protestu. Również nie mam poczucia, że organizatorzy protestów o tym wiedzą. Mówiąc krótko: podstawowym przeciwnikiem powinien być PiS, a żeby obalić pis, mam nadzieję w sposób demokratyczny, spowodować pęknięcie wewnątrz obozu władzy, doprowadzić do przedterminowych wyborów, potrzebna jest zgoda części kościoła, a przynajmniej część katolików.

Jakie znaczenie ma to, że dziś głównie protestują młodzi? Sam pan pisał jeszcze rok, dwa lata temu sarkastycznie, że młodzi wyjdą na ulice, jak zabierze się im caffè latte na sojowym mleku i Netflix.

No i w jakimś sensie to się właśnie stało. Przez 5 lat bajdurzenie takich zgredów jak ja o TK, o trójpodziale władzy było przez dużą część młodych traktowane jako opowieści z mchu i paproci i nagle się okazało, że pani Przyłębska dotknęła ich do żywego. To jeden z podstawowych powodów, bo oni zrozumieli, że państwo PiS dotyka ich osobiście, ogranicza ich wolności i prawa. Oczywiście, że elementem podstawowym jest też pewna ludyczność protestów, to że są popkulturowe, tam jest mnóstwo fantastycznych memów. Paradoksalnie epidemia sprzyja również temu, żeby młodzi wychodzili, bo przez wiele miesięcy byli pozamykani, teraz ponownie ogranicza się im możliwość spotkań. Absolutnie nie obniżam rangi tego wydarzenia, ale jeżeli szukamy przyczyn, dlaczego młodzi wyszli, to są to właśnie one.

Jarosław Kaczyński wzywał bojówki do działania, szef Falangi mówił, że jest ich w stolicy 10 tys., doszło też do pierwszych starć, musiała interweniować policja. Wzywanie bojówek to przypomnienie najczarniejszych kart przedwojennej historii. Jak pan to ocenia?

Przedwojennej, ale i powojennej, bo to też przecież Gomułka, który wzywał aktyw robotniczy ORMO do bicia studentów. Oprócz tego, o czym rozmawialiśmy już, czyli że to część planu anarchizacji państwa, aby mieć pretekst, aby wprowadzić stan nadzwyczajny, to jako politolog oceniam to z punktu widzenia trwałości państwa jako jego dezercję. Wicepremier odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa, m.in. obiektów sakralnych, wzywa bojówki do tego, aby one to robiły. Jeden z wysokich urzędników państwowych, a szczerze, to najważniejszy człowiek w państwie mówi, że państwo sobie z tym nie radzi, czyli policja, wojsko, żandarmeria, i wzywa do obrony wiary, narodu i Boga powszechne powstanie czarnych sił w Polsce. Państwo abdykowało.

Koncepcja weberowska zakłada, że to państwo ma monopol na przemoc, a tu wyzbywa się tego i mówi „bierzcie sprawy w swoje ręce”; jest to tak haniebne i straszne, że aż strach pomyśleć. To jest wezwanie do walk ulicznych, a przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaka będzie dynamika tych starć. To mogą być siniaki i otarcia, ale też może się skończyć śmiercią ludzi i za to wszystko będzie odpowiedzialny wicepremier Kaczyński. To koniec państwa, a przecież miało ono wstawać z kolan i dokonać przezwyciężenia imposybilizmu i miało być silne wobec silnych i słabe wobec słabych. Abdykowało i powiedziało: bijcie się.
Ostatni sondaż pokazuje drastyczny spadek poparcia dla koalicji rządzącej – do 26 proc., ale trend spadkowy utrzymuje się od wyborów prezydenckich.

Zaczął się koniec PiS-u?

Jestem tu ostrożny, bo wahania były już wcześniej, choć to rzeczywiście duży spadek. Nie wiem, czy to początek końca rządu PiS-u, ale na pewno najpoważniejszy kryzys, jaki PiS sobie zafundowało w ciągu ostatnich 5 lat. Co więcej, nie wygląda na to, aby to zostało rozwiązane i niezależnie, jaki scenariusz zostanie wybrany, czy na ostro, czy rozmiękczania protestów, to nie sądzę, aby przyniosło to poprawę notowań PiS-u, zwłaszcza że jesteśmy w środku drugiej fali epidemii. W tym sondażu wyraźnie wzrosło poparcie dla Hołowni, co oznacza, że prawicowi wyborcy, którzy byli przy PiS-ie, bo realizował ich ideały, próbują szukać sobie kogoś innego.

Jak ocenia pan działania opozycji?

Ona robi mniej więcej to, co powinna, czyli nie wychodzi na ulicę, bo duża część demonstrantów mogłaby także przeciwko nim wykrzykiwać hasła. W najlepszej sytuacji jest lewica, bo to są ich postulaty i aż dziw bierze, że na tym proteście nie zyskuje, co świadczy o tym, że ta lewica ma duże problemy z popularnością społeczną. Największy problem ma PSL i KO, która jest wewnętrznie popękana. Tam inne poglądy ma Katarzyna Lubnauer, a inne Paweł Poncyliusz czy Paweł Kowal, czyli konserwatywne skrzydło. Oni nie mogą poprzeć tych postulatów wprost, bo w ich programie było zachowanie kompromisu aborcyjnego.

Bardzo dobrze, że trzymają się z daleka od protestów, angażując się w pomoc dla demonstrantów, wyciągając ich z aresztów, plus wnoszą sprawę na forum Sejmu, co pozwala zaliczać kolejne wpadki rządzącym. PSL jako konserwatywna partia ma trudności z przyłączeniem się do protestów, bo to nie jest ich agenda i gdyby zapytać PSL-owców, to oni nie zgadzają się z postulatami protestujących.