Zabawa w państwo

Przeciętny, względnie inteligentny Polak, zarówno dobrego jak i gorszego sortu, czasem czyta jakąś gazetę. Jednak chwiejną orientację w tym, co dzieje się w kraju i na wierchuszkach władzy, czerpie przede wszystkim z telewizji.

W wirtualnej przestrzeni tworzonej przez to medium, żyje w jednym z dwóch, całkiem odmiennych, światów. Jeśli ogląda tylko telewizję państwową, hojnie dotowaną przez aktualny rząd, to nabiera przekonania, że jest dobrze, albo wręcz „idealnie” lub „fenomenalnie” Każde działanie władz kończy się sukcesem, w wielu dziedzinach jesteśmy „najlepsi”, kochamy się i wspomagamy. Z trudem, ale jednak bohatersko, znosimy czarnowidztwo i kłamstwa serwowane przez bezczelną opozycję, wspieraną przez „ulicę i zagranicę”

Jeśli jednak stać go na dostawców telewizji satelitarnej, i może oglądać programy informacyjne prywatnej telewizji TVN, Polsatu i mniejszych stacji, zachowujących jeszcze niezależność, i żyjących głównie z emisji reklam, to obraz otaczającego świata jest zdecydowanie mniej optymistyczny. Sukcesów jest mało, porażek więcej, ceny rosną, firmy padają, państwo jest nadmiernie zadłużone, wirus nas gryzie, a w szczepieniach chroniących przed skutkami jego apetytu mamy normalny, słowiański bałagan.

Prywatne, niezależne media, bardzo przeszkadzają w rozwijaniu zabawy w państwo. Dlatego tez państwo wykupuje je za pośrednictwem paliwowego koncernu Orlen i próbuje obciążyć je dodatkowymi podatkami. Trudno przewidzieć, jaki będzie rezultat tych działań. Przypuszczam jednak, że osłabione media będą gryzły bardziej boleśnie.

Ołowiane żołnierzyki

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mam nieustannie do czynienia z zabawą w bitwy – z kimś lub o coś. W tych bitwach większość działaczy rządzącego ugrupowania przypomina, zawsze posłusznych, ołowianych żołnierzyków.
Dziwię się, że nikt mi nie proponuje wysokopłatnego stanowiska eksperta lub doradcy w tych zabawach. Mam bowiem niebagatelne doświadczenie.

W latach chłopięcych dysponowałem pokaźną armią ołowianych żołnierzyków i miałem kolegów, których ołowiane armie były jeszcze większe. Ku zaskoczeniu rodziców i nauczycieli, nie organizowaliśmy bitew i zamachów stanu, wykorzystując własne scenariusze. Tak długo grzebaliśmy w bibliotekach szkolnych, aż w końcu znajdowaliśmy opisy takich zdarzeń, o historycznym znaczeniu. Zgodnie z tymi opisami ustawialiśmy nasze oddziały, a potem analizowaliśmy przyczyny, które doprowadziły do określonego wyniku bitwy. Czasem nawet formułowaliśmy konkurencyjne strategie, które mogły go zmienić.
Te zadania były niekiedy przejrzyste i łatwe, jak bitwa pod Termopilami, pod Grunwaldem czy pod Radzyminem, a czasem bardziej skomplikowane, jak odtwarzanie bitwy pod Waterloo, czy walk Maurów z Hiszpanami między Madrytem i Grenadą. Czyli uczyliśmy się przez zabawę, nie wiedząc, że kiedyś będziemy mieli prezydenta o podobnych upodobaniach.

Bawimy się

Mimo różnic w pojmowaniu rzeczywistości, znaczna część Polaków jest przekonana, że ci, którzy kierują obecnie naszym państwem, „chcą dobrze”, chociaż nie zawsze potrafią. Rączki i główki mają słabe, uwielbiają, kiedy ktoś ich chwali, albo robią to sami, ale wspólnymi siłami trzymają nad nami ochronny parasol państwa. Ten parasol, szarpany w lecie przez burze, a w zimie przez śnieżyce, czasem się chwieje, – ale jest i osłania nas przed złośliwościami Europy, nadmiernie kosztownymi objawami miłości z USA i niebezpieczeństwami zagrażającymi ze strony wielkiego sąsiada, rządzonego od wieków przez okrutnych Piotrów i Iwanów, rozpustne Katarzyny oraz przebiegłych Józefów i Władimirów.

Wiara w istnienie tego parasola wielokrotnie była podkreślana w dyskusjach na mojej przyzbie. Totalnie krytykowano jego sprawność i znaczenie. Tonowałem tą krytykę, wskazywałem na obiektywne trudności, na kłopoty głównej rządzącej partii z zaspokajaniem ambicji koalicjantów.
Przyznaję ze wstydem, że ostatnio przestałem być jej nieetatowym obrońcą. Usta skrzywiły mi się w nieustannym, szyderczym uśmiechu. Śmiałem się głownie z siebie, bo zacząłem się obawiać, czy to, co się dzieje w kraju, nie dowodzi, że teraz wszyscy jesteśmy ołowianymi żołnierzykami, ustawianymi tak, jak grającym jest wygodnie.

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mamy nieustannie do czynienia ze świadomą zabawą w państwo, coraz częściej oderwaną od rzeczywistości.
Mój niepokój zaczął się od momentu, kiedy zauważyłem, że rządząca zjednoczona prawica naprawdę uwierzyła w swoje wyborcze hasło, streszczające się w powiedzeniu „zrobimy dobre zmiany”. Nie przemyślane, skonsultowane, logiczne, postępowe, chroniące wolność obywateli. Tylko „dobre” – nawet bez wskazania, dla kogo. I się zaczęło.

Najpierw był kłamliwy slogan wyborczy, że „przez ostatnie osiem lat” nic nie zrobiliśmy, naród pluskał się tylko w błogim lenistwie i ciepłej wodzie, a władza nielegalnie się bogaciła. Potem zaczął się atak na wymiar sprawiedliwości. „Dobra zmiana” polegała albo na tworzeniu nowych organizmów, albo zmianach kadrowych, zgodnie z zasadą „teraz, ku…a my”. To już w starożytnym Rzymie wiedzieli, że najlepszymi pretorianami gwardii cesarskiej są tacy, którzy nie myślą, tylko słuchają i są posłuszni. Nowe kadry kierownicze, w wielu przypadkach, mają tylko takie zalety.
Zabawa w organizacyjne uzdrawianie sprawiedliwości poszła w trzech kierunkach. Po pierwsze – zapewnienia posłuszeństwa Trybunału zwanego Konstytucyjnym. Po drugie – uzyskaniu możliwości wpływania na decyzje Sądu Najwyższego i stworzeniu w jego ramach izby pilnującej lojalności sędziów wobec władzy. I po trzecie – tłumieniu niezależności sędziów przez „odpowiednią” zmianę składu Krajowej Rady Sądownictwa, zapewniającą m.in. powoływanie „właściwych”, nowych sędziów.

Ta część zabawy w państwo trwa nadal, bo nie uzyskano pożądanych efektów. Ciągle są sędziowie, którzy nic chcą być posłuszni, mimo, że odbiera się im immunitety, aktywizuje przeciw nim prokuraturę i wytacza procesy. Nowa izba w SN pracuje z oporami, bo zarówno inne izby jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, uznali ją za powołaną wadliwie i niemającą charakteru i uprawnień sądu..

Szczytem ludowej zabawy, w sferze „unowocześniania” wymiaru sprawiedliwości, było i jest, serwowanie narodowi anegdot o nieuczciwości sędziów. Naprawdę nie wiem, jak można wpaść na pomysł tworzenia i publicznego podtrzymywania zarzutów w oparciu o takie „tragiczne” przykłady, jak kradzieże części do wiertarek, kiełbasy, czy 50-ciu złotych. Te humorystyczne historyjki, wielokrotnie opowiadane przez wysoko postawionych przedstawicieli władzy z zasępionymi minami, wprawiały w zachwyt większość narodu, który nigdy w historii nie tracił zbiorowego poczucia humoru.

Aborcja

Rozbawionemu narodowi prawdziwy kłopot zrobił jednak Trybunał, zwany Konstytucyjnym, który orzekł, że kobiety powinny rodzić dzieci, nawet w wówczas, kiedy wiadomo, że płód jest obarczony „nienaprawialnymi wadami”. Spowodowało to zrozumiałe, masowe protesty kobiet i poszukiwanie zgodnych z prawem dróg unieważnienia tego wyroku. Przyspieszyło także spadek zaufania i poparcia dla rządzącej Zjednoczonej Prawicy. Nie można wykluczyć, że przyczyni się też do przyspieszenia wyborów.

Zmiany personalne i ta decyzja spowodowały, że Trybunał stał się również elementem zabawy w państwo. Naród z lubością zaczął go nazywać Trybunałem Julii Przyłęskiej, czyli imieniem i nazwiskiem uroczej jego prezeski. Szef Zjednoczonej Prawicy też uległ jej urokowi, nazywając ją jego „odkryciem towarzyskim”.

Ostatni szczyt zabawy w państwo osiągnęliśmy właśnie, z niezamierzoną pomocą tego szefa. Jest hiperprezesem największej rządzącej partii politycznej, ale przez kilka lat nie chciał pełnić żadnej funkcji w „aparacie władzy”, Ograniczał się do zdalnego sterowania, tworzącymi ten aparat członkami partii. Trochę tak, jak robił to niezapomniany towarzysz Stalin, a także Tito, który na stare lata osiadł na wyspie Brioni i stamtąd usiłował kierować rozpadającym się państwem. My nie mamy takiej pięknej wyspy, więc nasz „prezes prezesów” urzędował tylko na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Jak długo można jednak znosić zarzuty, że chce się rządzić, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za popełniane błędy? Hiperprezes miał dosyć ciągłego narzekania na jego pozycję w państwie, i wyraził łaskawie zgodę, na objęcie stanowiska wicepremiera. Bardziej skłonna do zabawy część społeczeństwa pokładała się ze śmiechu. Powstała bowiem dziwna sytuacja – wicepremier jest „ważniejszy” od premiera, którego, jako członka partii, może zganić i z pomocą wiernych poddanych „zdjąć” ze stanowiska. Wicepremier wygłasza, co pewien czas, przemówienia i udziela wywiadów, traktowanych przez media jak orędzia głowy państwa. W tej sytuacji oficjalna głowa państwa niemal zamilkła i zajmuje się głównie pogaduszkami z zagranicą, rozdawaniem odznaczeń i uświetnianiem swoją obecnością patriotycznych uroczystości.

Utrzymanie, współcześnie nieznanego w innych krajach, stanowiska „nieetatowego autokraty” drogo nas kosztuje. Najbardziej widowiskowe, i zapewne najbardziej kosztowne, pokazy troski o jego dobry nastrój i bezpieczeństwo organizuje nasza „profesjonalna” policja. Kilkadziesiąt samochodów policyjnych i kilkuset policjantów pilnuje ulicy, na której autokrata raczy mieszkać. W czasach powojennych nikogo nie otaczano tak szczelną ochroną, mimo, że pierwsi sekretarze, prezydenci i premierzy nie wszystkim się podobali. A przed wojną, kiedy jeszcze żył Piłsudski i rezydował w Sulejówku, zastanawiając się nad celowością przeprowadzenia majowego zamachu stanu, ochraniało go dyskretnie kilku zaprzyjaźnionych oficerów z I Brygady Legionów. Widocznie „my naród”, jesteśmy teraz zarówno bardziej przestraszeni, jak i niebezpieczni.

Modlitwa, taniec i śpiew

Ostentacyjna pobożność działaczy rządzącej partii, łącznie z tymi, którym powierzono kierowanie państwem, jest także specyficznym rodzajem zabawy. Wzajemne zrozumienie instytucjonalnego kościoła katolickiego i administracji państwowej może mieć więcej zalet niż wad. Problem w tym, że na „wysokich szczeblach” tylko nieznacznie przekracza ono europejskie zwyczaje. Za to, w ramach zabawy w państwo, rozwijane są nadzwyczaj bliskie kontakty z pewnym zakonnikiem, zapobiegliwie tworzącym imperium biznesowe. Także i ta część zabawy często przybiera formy rozrywkowe, sprawdzające m.in. umiejętności taneczne i wokalne osób „trzymających władzę”. To budzi radość obserwatorów, ale jednocześnie zmusza uczestników do pokrywania wysokich kosztów udziału w takich imprezach. Zakonnik jest bowiem mistrzem wypompowywania potrzebnych mu środków, z różnych działów budżetu państwa.

Napady śmiechu przerywanego płaczem wywołuje także zabawa w narodowe szczepienie przeciwko COVID19. Znam 95-latków dotychczas (10 luty) niezaszczepionych i 30-latków zaszczepionych mimo, że nie podejmowali żadnych starań. Internet i słynny telefon 989 przyjmują zgłoszenia np. 70-latków, ale później w ogóle się nie mają z nimi kontaktu. Potencjalny pacjent nie wie, czy komputery go zgubiły, czy w ogóle został zarejestrowany, czy szukają dla niego szczepionki 200 km od miejsca zamieszkania, czy ma ponawiać zgłoszenie?

W tej zdrowotnej części zabawy w państwo, najbardziej ciekawe nie są nawet zakupy niedostarczonych respiratorów, ale brak wyobraźni w zakupach szczepionek. Tych najbardziej znanych zamówiliśmy za mało. Szukamy uzupełnień. Parę dni temu ogłoszono, że rosyjska szczepionka Sputnik V jest bardzo dobra, ma skuteczność powyżej 90-% i nie wymaga przechowywania i transportu w bardzo niskich temperaturach. Jesteśmy jednym z najbliższych sąsiadów i moglibyśmy kupić poważne ilości tej szczepionki, po relatywnie niskiej cenie. Ale nawet nie próbowaliśmy. I „nie rozważaliśmy” – jak powiedział ostatnio odpowiedzialny za walkę z wirusem członek rządu. Dlaczego? Bo nasze państwo i część ludności nie lubi Rosjan. Bo właśnie traktujemy państwo jak plac zabaw, na którym nie bawimy się w dyplomację. Wstaliśmy z kolan i jak kogoś nie lubimy – to nie będziemy z nim rozmawiać, a tym bardziej handlować społecznie strategicznymi towarami. Tylko trochę nam przykro, że węgierskie „bratanki od szabli i od szklanki” nie mają tych oporów i już kupują Sputnika V.

Narodowa zabawa w państwo trwa już tak długo, że zepsuła nam opinię w Europie. Ale to nie jest jeszcze najgorsze. Znacznie gorsza jest utrata szacunku dla władzy i narastające przekonanie, że nic na to nie możemy poradzić. Czekanie przez następne 2 lata do kolejnych wyborów, jest dla wielu Rodaków nie do zniesienia. Wprawdzie w opozycji coś się zaczyna dziać, ale przypomina to manewry bez wyraźnie określonego celu. A tym celem powinna być przyspieszona zmiana władzy, umożliwiająca szybkie wycofanie się z bezsensownych i społecznie szkodliwych decyzji „zjednoczonej Prawicy”. To – moim skromnym zdaniem – jest nakazem historii.

Żywe trumny na śmiertelnej loterii

Zaostrzając w sposób skrajnie barbarzyński, niehumanitarny, nonsensowny i obłąkańczy obowiązujące od 28 lat (od 7 stycznia 1993) drakońskie prawo, dotyczące aborcji w Polsce, władza PiS rękami podporządkowanego sobie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, uczyniła z polskich kobiet w wieku rozrodczym – żywe trumny. Niektóre już nimi są, niektóre stać się nimi mogą w przyszłości.

Tym razem dokona się to bez uciekania się do zasłon dymnych i bez ogródek, co jednak miało miejsce do tej pory z uwagi na kształt prawa, zawierającego trzy przesłanki umożliwiające przerwanie ciąży, w tym zezwalającej na aborcję uszkodzonych płodów. Dziś już nikt nie będzie miał potrzeby, by uciekać się do nierespektowania prawa, odmawiając kobietom zabiegów aborcji, tak jak to uczynił przed laty osławiony Chazan. Od 27 stycznia 2020 można to już będzie czynić „legalnie”.

Nowe okoliczności wywołają liczne, rozlegle i dramatyczne, a nawet tragiczne konsekwencje społeczne dotykające, bezpośrednio, nie tylko kobiet, ale także ich bliskich, rodzin. Spowodują też zamrożenie klimatu społecznego, wywołają nastroje zagrożenia i lęku przed restrykcyjnymi, bezpardonowymi działaniami policji czy prokuratury przeciw kobietom, ich bliskim, osobom pomocnym czy lekarzom, spotęgują znaną z historii i zatruwającą życie społeczne atmosferę podejrzliwości i donosów charakterystyczną dla państw autorytarnych, totalitarnych i policyjnych. Siłą faktów, życie intymne ogromnej części Polek i Polaków znajdzie się, w skali nigdy dotąd nieznanej, w polu zainteresowania państwowych organów ścigania, a ujmując rzecz obrazowo – władza będzie miała instrumenty kontrolowania de facto tego, co dzieje się w łóżkach małżeńskich i pozamałżeńskich. Przy czym nie łudźmy się nadzieją, że w praktyce będziemy mieli do czynienia z powtórką z niegdysiejszego w tym względzie „imposybilizmu”, z sytuacją w której walka organów ścigania z aborcją nigdy nie dokonywała się na szeroką skalę. Tym razem, wyposażona w „nowe prawo” władza pisowska, w tym w szczególności ta jej część, która znajduje się w gestii Ziobry i Kamińskiego Mariusza, będzie z sadystyczną satysfakcją i energią korzystać z nowych instrumentów. Znając ich fanatyczny upór i psychopatyczną energię trudno mieć co do tego wątpliwości. Zacznie się polowanie na czarownice, które ograniczy możliwości a co najmniej uczyni bardziej ryzykownymi nie tylko samo dokonywanie zabiegów, ale także np. podawanie informacji o możliwości skorzystania z tzw. pigułki wczesnoporonnej, jej dystrybucję czy upowszechnianie wiedzy o możliwościach dokonania aborcji n.p. za granicą, nie mówiąc już o strumieniu podejrzliwości, który zostanie skierowany na lekarzy ginekologów. Wymieniłem tu tylko niektóre zagrożenia, które jawią się na horyzoncie. Jest ich znacznie więcej.
Tymczasem za rzekomą motywacją „ochrony życia” nie kryje się nic innego, jak mizoginiczny sadyzm religijnych fanatyków katolickich, którzy za wszelką cenę chcą uczynić z kobiet w Polsce biologiczne maszyny do rodzenia, także za wszelką cenę, nawet półtrupów, jakimi są przecież w końcu najczęściej płody z tzw. wadami letalnymi, a więc bezmózgowce itp. Od 27 stycznia 2021, czyli od momentu opublikowania tzw. wyroku TK z 22 października 2020 roku, dla kobiet w wieku rozrodczym, zarówno decyzja o zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka będzie oznaczała śmiertelną loterię.

Zachodząc w ciążę kobieta będzie ryzykowała, że padnie ofiarą wyjątkowo traumatycznego przymusu urodzenia także płodu ciężko i śmiertelnie chorego, uszkodzonego, zdeformowanego. To samo w gruncie rzeczy dotyczyć będzie tych kobiet, które zajdą w ciążę nieplanowaną. Wywoła to lawinę niewyobrażalnych cierpień. Nic dziwnego, że owo „prawo” wyczerpuje znamiona tortur, zakazanych przez prawo międzynarodowe. W siedemnastym roku członkowstwa Polski w Unii Europejskiej uchwalając obłąkańcze „prawo” sprokurowano Polkom (ale także ich partnerom i rodzinom) piekło, przy którym nawet przedwojenne „piekło kobiet” opisane w słynnym pamflecie Tadeusza Boya-Żeleńskiego może wydać się wyraźnie łagodniejsze, tym bardziej, że tamto prawo sprzed II wojny światowej funkcjonowało w zupełnie innym kontekście kulturowym i cywilizacyjnym (zakaz aborcji był wtedy, także w innych krajach, normą). Mamy dziś do czynienia z prawem, które trudno określić inaczej niż jako makabryczny horror i upiorny nonsens „z piekła rodem”. Dodatkowo zaistniały stan rzeczy doprowadzi de facto do likwidacji lub skrajnej redukcji badań prenatalnych, intensywny wzrost podziemia aborcyjnego i kosztów jego usług oraz tzw. turystyki aborcyjnej za granicę.

Trwające (z mniejszym czy większym natężeniem) demonstracje uliczne przeciw temu co się stało są tylko początkiem wielkiej akcji oporu, który trwać będzie długo i permanentnie. Jedną z jego form będzie presja na instytucje, w tym międzynarodowe, aby wspierały polskie kobiety i ich bliskich. Te działania będą niezbędne nie tylko z uwagi na wypełniający znamię tortur bezprawny i okrutny charakter „wyroku” wydanego przez tzw. Trybunał Konstytucyjny. Także dlatego, że w przyszłości (raczej bliższej niż dalszej) należy spodziewać się, że władza PiS po raz kolejny skorzysta z usług Ordo Iuris i wysmaży do osławionego Trybunału Przyłębskiej wniosek, który zakończy się także zakazem aborcji, która powstaje w wyniku przestępstwa (gwałtu, kazirodztwa czy pedofilii). Już niedługo spodziewajmy się zatem dalszego ciągu „aborcyjnej” wojny PiS przeciw Polkom.

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny w 187 numerze internetowego biuletynu „Mam prawo”, poinformowała, że rozpoczęła właśnie akcję wymierzoną w drakońskie prawo, pod nazwą Skarga Kobiet. Mianowicie został opracowany wzór skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (ETPCz). Jest to skarga o naruszenie praw gwarantowanych przez Europejską Konwencję Praw Człowieka, która została przyjęta przez Polsce. Każda osoba w wieku reprodukcyjnym, która może zajść w ciążę jest potencjalną ofiarą tzw. wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku. Od tej chwili zaczęły zgłaszać się do Federacji osoby, których prawo do przerwania ciąży w związku z tzw. wyrokiem TK już zaczęło być łamane, jako że mimo braku jego publikacji, w wielu miejscach w Polsce był on traktowany jako obowiązujący. Dzięki interwencjom prawniczek Federacji w większości przypadków udawało się przełamywać obawy szpitali i lekarzy. W tym samym czasie zgłosiły się do Federacji trzy kobiety, które w związku z „wyrokiem TK” zmieniły swoje plany życiowe. Mając świadomość fikcji tzw. kompromisu aborcyjnego w Polsce i nadchodzącego zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, zdecydowały, że rezygnują z macierzyństwa. Brak realnego dostępu do aborcji i brak prawa do przerwania ciąży ze względu na wady płodu stanowią ryzyko dla ich zdrowia i życia oraz życia rodzinnego. Było to ryzyko, którego te kobiety nie chciały podejmować. I mimo że żadna z nich nie potrzebowała w tamtym momencie aborcji, to wszystkie są potencjalnie poszkodowane tzw. wyrokiem TK”. Takich osób, jak te trzy kobiety jest w Polsce na pewno więcej. Dlatego Federacja zdecydowała się wesprzeć wszystkie Polki w wieku reprodukcyjnym, które mogą zajść w ciążę a „wyrok TK” zagraża ich prawom przewidzianym w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, stanowiąc naruszenie zasady poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zaś zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży w sytuacji wad płodu, postrzegać trzeba jako naruszenie zakazu tortur. Federacja chce, aby zaistniałą sytuację ocenił Europejski Trybunał Praw Człowieka. Kobiety chcące skierować skargę do ETPCz, mogą znaleźć jej wzór na stronie Skarga Kobiet wraz z instrukcją jej wypełnienia. Na stronie Federacji można znaleźć także liczne informacje (łącznie z numerami telefonów), cenne dla kobiet, które zaszły w niepożądaną (z różnych powodów) ciążę.

Idą ciężkie dekady

– Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, socjolog i politolog, dyrektor Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Ludwik Dorn uważa, że teraz jest „najmniej zły” czas na opublikowanie tzw. wyroku, bo wiosną rząd będzie się tłumaczył z kryzysu i pandemii, opozycja przekonuje, że publikacja miała przykryć klapę narodowego programu szczepień, rząd przekonuje, że TK jest niezależny. A pan gdzie widzi przyczynę publikacji orzeczenia TK Przyłębskiej w sprawie aborcji?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: Od procedury całkowicie abstrahować nie można, choć ci, którzy twierdzą, że wszystko szło swoim trybem, zdają się nie zauważać, że wniosek wpłynął w 2017 roku, rozpatrzony został pod koniec 2020, a opublikowany dopiero w 2021.

Rozumiem, że takie sprawy nie mogą dziać się z dnia na dzień, ale trudno jednak obronić tezę, że duża polityka nie miała wpływu na czas, tym bardziej, że to orzeczenie ma bardzo polityczny wymiar i liczni aktorzy próbują go wykorzystywać do swojej gry.

Jarosław Kaczyński decydował?

Stawiałbym, że tak. Biorąc pod uwagę wcześniejsze instrumentalne wykorzystywanie agend państwowych i instytucji państwa, trudno mi uwierzyć, że akurat w tym nie maczał palców. Byłoby to zresztą niezgodne z jego modus operandi. Nie wiem natomiast, co próbował osiągnąć; niektórzy twierdzą, że to wielopiętrowa intryga, aby powrócić do status quo.
Reklama

Na pewno jest to temat bardzo polaryzujący, który podgrzał atmosferę. W tej sprawie trudno o kompromis, bo mamy do czynienia z dobrem niepodzielnym. Przykłady z innych krajów pokazują, że w tej kwestii kompromis jest ciężko wypracować.

Eskalacja tego konfliktu obciąża bezdyskusyjnie ekipę rządzącą, bo większość prawników była przekonana, że wobec brzmienia naszej konstytucji, a także linii orzeczniczej od lat 90. przepisy były w tej kwestii jednoznaczne.

Jednym ze skutków orzeczenia jest skłócenie opozycji, bo każda z partii ma inny pomysł, jak rozwiązać kwestię aborcji. To nie wróży dobrze opozycji.
Tu nie sposób pominąć opinii Polek i Polaków, bo tu także mamy do czynienia ze sporą polaryzacją. Wiele zależy od tego, jakiej metodologii się używa i jakie pytania się zadaje, ale wiadomo, że grupy przeciwników, jak i zwolenników aborcji są wielomilionowe. Część chce mocnej liberalizacji, część cieszy się z orzeczenia, inni chcą powrotu do kompromisu. Orzeczenie ma wyraz bardziej symboliczny, bo wiadomo, że w krajach, gdzie jest zakaz aborcji, istnieje podziemie. Zachowania samych polityków rządzącej większości wskazują, że orzeczenie jest bardziej symboliczne, a jego skutki mają być łagodzone ustawą. Dostrzegam też komunikaty rozmiękczające, w tym samo uzasadnienie TK, w którym wprost czytamy, że kobieta nie może być pociągnięta do odpowiedzialności karnej.

Politycy powinni zrozumieć, że zapominanie o tym, co się dzieje na poziomie społecznym, nie jest rozsądne.

Tym bardziej, że głównie zmobilizowana jest grupa pro-choice, która jest dość liczna. Jeżeli te emocje będą podsycane przez polityków, to nie wróży nam to jako wspólnocie dobrze. O porozumienie, rozejm czy kompromis będzie teraz bardzo trudno przy tak rozbudzonych emocjach. To, co się dzieje na ulicach od października, zostanie z nami na dłużej.

70 proc. negatywnie ocenia orzeczenie TK Przyłębskiej. Jednocześnie znaczna większość z nas uważa się za katolików i wyznawców konserwatywnych wartości. To jacy jesteśmy naprawdę?

Przede wszystkim trudno zestawiać ze sobą takie wyniki, bo badani inaczej odpowiadają na pytanie o aborcję ogólnie, a inaczej, gdy np. aborcja dotyczyłaby bliskiej osoby. Co do zasady, na poziomie deklaratywnym jesteśmy pewnie bardziej konserwatywni, niż na poziomie behawioralnym. Wiemy, że Polki wykonują dużo więcej aborcji, niż mówią oficjalne dane. A to, że w przygranicznych klinikach, np. w Czechach, jest personel mówiący po polsku, o czymś świadczy. Możemy oczywiście się oszukiwać, ale szacowane dane mówią nawet o 150, a może nawet 200 tys. aborcji poza systemem kontroli państwa.

Wracając do badań opinii publicznej, to generalnie zawsze mamy rozdźwięk między deklaracją a zachowaniem i nie ma się co dziwić, bo łatwiej jest zadeklarować coś niż zrobić; wiadomo to chociażby z badań nad dobroczynnością czy nad zachowaniami wyborczymi. Zawsze więcej ludzi deklaruje, że weźmie udział w wyborach, niż naprawdę bierze. Stąd można powiedzieć, że ten paradoks z pani pytania jest… paradoksalny.

Można jednocześnie być w 90 proc. społeczeństwem konserwatywnym i w 70 proc. takim, któremu orzeczenie się nie podoba. Także dlatego, że np. niektórzy chcieliby całkowitego zakazu aborcji.

Pani Kaja Godek kilka dni po orzeczeniu TK mówiła, że kolejnym etapem powinno być wyeliminowanie przesłanki przestępstwa.

Pani Kai Godek trzeba przyznać pewną konsekwencję myślenia, bo skoro można było zakazać terminacji ciąży z powodu trwałego uszkodzenia płodu, to dlaczego zdrowy płód może zostać usunięty tylko dlatego, że pochodzi z przestępstwa, np. gwałtu czy czynu pedofilskiego.

Premier Morawiecki zapowiedział „Nowy polski ład”, który ma być lekarstwem na czas po pandemii. Premier chce być jak Roosevelt, który wprowadził New Deal po wielkim kryzysie na początku XX wieku?
Nie mam wątpliwości, że premier Morawiecki nawiązuje do New Deal z lat 30., natomiast warto pamiętać, że tamten nowy ład oznaczał fundamentalną zmianę paradygmatu – zmienił właściwie całe życie społeczne. Czy tego chce premier Morawiecki?

Można zadać sobie pytanie, dlaczego po 5 latach realizacji „dobrej zmiany” potrzebny jest nowy ład.

Warto dodać, że dobra zmiana nie oznaczała nowego porządku, bo jeśli chodzi o podstawowe procesy, zjawiska i trendy w polskim społeczeństwie, to niedużo się wydarzyło. Wiele wydarzyło się za to w sferze „nadbudowy”, mówiąc po marksistowsku.

W kwestii gospodarczej przejedliśmy owoce sukcesu ekonomicznego i tyle. Nie zbudowano np. lepszej służby zdrowia, zresztą dawanie ludziom pieniędzy do ręki nie buduje lepszych usług publicznych, co najwyżej rozwija te prywatne. Polska wydaje się krajem, który przy relatywnie niskiej śmiertelności z powodu COVID ma bardzo dużą śmiertelność na skutek innych chorób, ponieważ całość pary w systemie ochrony zdrowia poszła na walkę z wirusem. Mówiąc w dużym skrócie, największymi ofiarami są chorzy na inne choroby, którzy w normalnych warunkach przeżyliby rok 2020. Liczba 70 tys. dodatkowych zgonów robi ogromne wrażenie.

Podobne robi liczba urodzeń – jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy kilka lat temu.

500 plus, które miało być programem natalistycznym, okazało się czymś zupełnie innym. Dziś wiemy, że to przede wszystkim był element klientelizmu politycznego.

Podsumowując, nie wiem, na czym ten nowy ład miałby polegać, bo jeżeli coś ma być nowe, to w stosunku do czego. Ostatnich 5 lat czy okresu wcześniejszego? Poza ogólnikami, że ma być sprawiedliwiej, lepiej, a Podkarpacie ma się stać naszą Bawarią, to niewiele wiadomo.

Niestety ostatnio politykę robi się głównie na konferencjach prasowych. To tak decyzje polityczne, które powinny mieć ontologiczny charakter, są komunikowane, potem się okazuje, że ktoś się pomylił, ktoś powiedział za dużo, ktoś czegoś nie dopowiedział itd.

Wierzy pan w to, że prezes Orlenu Daniel Obajtek może zostać premierem?

Jestem w stanie w to uwierzyć, tym bardziej, że jest on całkowicie zależny od prezesa Kaczyńskiego.

Pewne plusy ma fakt, że był wójtem Pcimia, bo paradoksalnie to idealnie wpisuje się w idée fixe Kaczyńskiego o przebudowie polskiego społeczeństwa.

Myślę, że wobec powyższego Obajtek, człowiek z ludu, lepiej niż Morawiecki – bankster, syn prof. fizyki, wpisuje się w wizje Kaczyńskiego. Jednocześnie Obajtek jest sprawnym menedżerem, choć mając za sobą tak bezwzględny rząd, to nie jest takie trudne.

Pamiętajmy także, że w Zjednoczonej Prawicy tarcia są dziś bardzo mocne, trwa walka o konfitury, a niektórzy walczą nawet o realną władzę, szczególnie dotyczy to Solidarnej Polski i Zbigniewa Ziobry.

A być może te pogłoski o Obajtku są tylko plotkami mającymi przestraszyć Morawieckiego. To także byłoby w stylu prezesa.

Smutny to kraj, gdzie o wszystkim decyduje jeden człowiek… W naszej rozmowie Jarosław Kaczyński przewinął się w niemalże każdym pytaniu.
Wygląda na to, że to akurat mu się udało, bo na wielu frontach bez jego decyzji czy przynajmniej opinii nic się nie wydarzy. Niestety przede wszystkim ma ogromną siłę destrukcyjną. Mimo że do konstytucji z 1997 roku wpisano pewne bezpieczniki, to okazały się one niewystarczające. Na pocieszenie mogę dodać, że jesteśmy w lepszej sytuacji, niż Węgrzy, bo tam poszło to szybciej i dalej. Wiele wskazuje na to, że w Polsce nie będzie to satrapia, która będzie trwała dziesiątki lat.

Kolejne wybory PiS przegra?

W obecnej sytuacji wyzwań, przed którymi stoimy, nietrudno to sobie wyobrazić, ale to wcale nie musi być dobra informacja, bo być może następny parlament będzie tak rozdrobniony i skłócony, że nie będzie w stanie wyłonić stabilnej większości lub część obywateli odwróci się z od demokratycznych procedur. Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą.

Zdrętwiała mi skóra…

Ale musimy się przygotować także i na taki scenariusz, bo idą naprawdę ciężkie dekady, a przynajmniej lata.

Kryzys pandemiczny nie przejdzie szybko, a co dopiero kryzys gospodarczy, który po nim będzie. W takich czasach kryzysu różne dziwne rzeczy się dzieją, często bardzo niefajne.

Jestem sobie w stanie wyobrazić po odejściu Kaczyńskiego, starszego dziś pana, roczne rządy słabego skłóconego rządu, który w końcu upada. To jest prawdopodobne, ale oczywiście nie musi się zdarzyć. Może też być tak, jak w 1989 roku, kiedy elity tego kraju były w stanie wzbić się na wyżyny i postawić dobro Rzeczpospolitej nad własne małe interesiki. Scenariusze mogą być różne, pewne jest, że czekają nas bardzo ciężkie czasy, a ten rząd nie umie działać sprawnie w czasach kryzysu, ponieważ nie był specjalnie sprawny, jak wszystko szło gładko, gospodarka rosła itd. Teraz będziemy mieć do czynienia z bardzo poważnym kryzysem i trzeba się liczyć z tym, że będzie ciężko.

Kobietom należy się wsparcie

– Podsuwamy prawicy rozwiązanie, jak wyjść z kryzysu, który nam wszystkim zgotowała – mówi Magdalena Biejat – posłanka Lewicy Razem, wprowadzająca w Sejmie projekt tzw. ustawy ratunkowej depenalizującej wykonanie aborcji i pomaganie przy niej, w rozmowie z Julią Anną Lauer (Strajk.eu).

Jak przebiegło spotkanie dotyczące ustawy ratunkowej?

Było bardzo produktywne i merytoryczne. Byli obecni przedstawiciele PSL – Urszula Pasławska i Bożena Żelazowska, Nowoczesnej – Monika Rosa, Katarzyna Lubnauer, Krzysztof Mieszkowski, Zielonych – Ula Zielińska, Tomasz Aniśko, Inicjatywy Polskiej – Katarzyna Piekarska, Platformy Obywatelskiej – Agnieszka Pomaska, Monika Wielichowska, Polski 2050 – Hanna Gill-Piątek.

Rozmawialiśmy o tym, jak wesprzeć kobiety tu i teraz, zarówno na protestach, jak i w ramach prac Sejmu. Jako posłowie i posłanki powinniśmy działać też w parlamencie, dlatego umówiliśmy się na dwa konkretne kroki. Po pierwsze, chcemy prawdziwej debaty na sali sejmowej. Aby do tego doprowadzić, wspólnie złożymy stosowny wniosek do marszałkini Witek. Mamy przygotowane trzy projekty ustaw złożone przez opozycję – dwa projekty Lewicy oraz projekt PSL. Chcemy, żeby były procedowane na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Druga sprawa to wsparcie kobiet i lekarzy, którzy chcą im pomóc. Dzisiaj mamy do czynienia z chaosem informacyjnym. Posłowie Solidarnej Polski oraz Prawa i Sprawiedliwości mówią, że przerwanie zagrożonej ciąży nadal będzie możliwe ze względu na przesłankę o zdrowiu psychicznym kobiet. Dlatego złożymy wniosek do ministra Ziobry o informację dotyczącą realnej możliwości wykonania zabiegu w takich sytuacjach. Kobiety muszą wiedzieć, jak naprawdę wygląda ich sytuacja w obecnym stanie prawnym.

Jakie są najważniejsze założenia ustawy? Kiedy powstała i dlaczego rozmawiamy o niej właśnie teraz?

Ustawa została złożona tuż po wydaniu wyroku przez tzw. TK. Odnosi się do art. 152 Kodeksu Karnego, znosi karę za wykonanie aborcji do 12 tygodnia ciąży i w sytuacji wad płodu. Depenalizuje pomoc w aborcji w tych przypadkach. Jest to ustawa, która sprawi, że kobiety, które decydują się na przerwanie ciąży, nie pozostaną same.

Myślisz, że dojdzie do głosowania nad ustawą?

Będziemy robić wszystko, żeby tak się stało. Wiemy, co wydarzyło się w Irlandii – dopiero śmierć kobiety, której odmówiono aborcji w zagrożonej ciąży, doprowadziła do zmiany prawa. Dziś lekarze obawiają się utraty pracy i zarzutów ze strony prokuratury, jeśli wykonają zabieg. Ta ustawa depenalizuje jego wykonanie. Nie chodzi w niej o liberalizację prawa aborcyjnego, czego docelowo chciałaby Lewica, ale może pomóc kobietom i lekarzom w obecnej, dramatycznej sytuacji.

Ale czy w tym parlamencie jest szansa na przegłosowanie takiej ustawy?
Uważam, że jest. To jedyne wyjście – tak naprawdę podsuwamy prawicy rozwiązanie, jak wyjść z kryzysu, który nam wszystkim zgotowała. Ustawa ratunkowa Lewicy to projekt raczej konserwatywny, napisany tak, aby mogli go poprzeć także posłowie i posłanki z prawicy. Znamy wypowiedzi medialne posłanki Magdaleny Sroki czy posła Andrzeja Sośnierza, oni zdają sobie sprawę z konsekwencji tego wyroku.

Jak przekonać posłanki i posłów Zjednoczonej Prawicy do głosowania za ustawą?

Najważniejsze, żeby posłanki i posłowie prawicy zrozumieli, czego ta ustawa dokładnie dotyczy. Mamy sygnały, że jest zainteresowanie rozmową ze strony Zjednoczonej Prawicy. Wiceminister Sellin i Karczewski w swoich wypowiedziach medialnych podkreślali, że nie chcieliby zmuszać bliskich sobie kobiet do rodzenia nieuleczalnie chorych dzieci. Jest coraz więcej osób, które dostrzegają, jak barbarzyński jest wyrok.

Oprócz ustawy ratunkowej trwa zbiórka podpisów pod projektem liberalizującym prawo do aborcji. Jakie jeszcze planujecie działania w tym zakresie?

Trwa zbiórka obywatelska, do której jako posłanki Lewicy się przyłączyłyśmy. Nie będziemy odpuszczać w sejmie oraz w komisjach. Nie damy Prawu i Sprawiedliwości zapomnieć o prawach kobiet. Aby doprowadzić do złagodzenia prawa aborcyjnego, ten temat nie może schodzić z agendy, także sejmowej. Jesteśmy w trakcie rozmów ze środowiskami lekarzy i szukamy poparcia, gdzie to tylko możliwe. Depenalizacja i jakakolwiek pomoc kobietom w obliczu tego drakońskiego prawa jest w interesie całego społeczeństwa.

Jak oceniasz ogólny poziom debaty na temat aborcji w Polsce? Czy przez ostatnie lata coś się zmieniło?

Dyskusja na temat aborcji jest bardzo mocno zideologizowana. Osoby przeciwne aborcji manipulują faktami, aby narzucić innym swój sposób myślenia. Środowiska kobiece, Lewica, ekspertki wkładają mnóstwo wysiłku w to, aby w tej debacie było więcej rzetelnych informacji, a mniej opinii prezentowanych jako obiektywna wiedza. Być może dzięki temu najnowsze badania pokazują, że gwałtownie rośnie poparcie dla liberalizacji prawa do aborcji do 12 tygodnia. Coraz więcej ludzi rozumie, że decyzja powinna należeć do kobiety.

Chciałabym, żebyśmy zaczęli mówić z empatią i troską o kobietach. Na szczęście głos kobiet i organizacji kobiecych jest coraz bardziej słyszalny w przestrzeni publicznej.

Kłopoty PiS dopiero się zaczną

– Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Wróciła sprawa zakazu aborcji. W wielu miastach znowu zawrzało. Dlaczego teraz?

RAFAŁ CHWEDORUK: Ten temat tworzy wspólny mianownik dla różnych grup społecznych, różnych pokoleń, tworzy czytelną linię podziału politycznego. Wreszcie także jest to spór, który, poza kilkoma minipaństwami, wszędzie w Europie został rozstrzygnięty na rzecz liberalnych rozwiązań, z reguły w powojennym półwieczu.

W długoterminowej perspektywie, ze względu na cywilizacyjne przemiany, utrzymanie nie tylko właśnie zaostrzanych przepisów, ale też tzw. kompromisu aborcyjnego, czyli efektu zgody ówczesnej prawicy z częścią liberałów w latach 90., będzie niemożliwe w Polsce, można się tylko zastanawiać nad tym, kiedy i w jakim politycznym kontekście dojdzie do liberalizacji.

Według jednego z ostatnich sondaży wybory wygrałoby Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 32,5 proc. Koalicja Obywatelska ma 21 proc., a Polska 2050 16,2. Rozumiem, że nie jest pan zaskoczony takimi wynikami?

Takie wyniki nie są niczym szczególnym i pokazują coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a mianowicie, że żyjemy w jednym z najstabilniejszych systemów partyjnych już nie tylko w regonie, ale i w całej Europie. W wielu krajach mamy tektoniczne wstrząsy; Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, niektóre z państw nordyckich – widać, że dochodzi tam do przetasowań na historyczną skalę. U nas od ukształtowania się podziału 2+2+1, czyli dwie wielkie partie, dwie średnie w postaci PSL i SLD i jedna mała, z reguły populistyczna, niewiele się zmienia.

Aż chciałoby się powiedzieć, że tak wyczekiwana przez polski naród mieszczańska nuda świata zachodniego, jeżeli chodzi o politykę, zaistniała na dobre.

W ostatnich miesiącach wszyscy zwracali uwagę na spadek PiS-u w sondażach, dziś największe zainteresowanie wzbudza wewnętrzny mecz w PO, w którym dla niepoznaki jeden z graczy występuje pod innymi barwami, mam oczywiście na myśli rywalizację między ruchem Hołowni a PO.

Skąd ta stabilność?

Mamy ogromny skok śmiertelności, ciągnącą się już rok pandemię, protesty, bunt przedsiębiorców plus klasyczny nepotyzm, jak historia z zaszczepieniem posła Girzyńskiego czy narty posłanki Emilewicz.
Sama pandemia raczej konserwuje podziały, nieco ogranicza możliwości oddziaływania polityków, kieruje debatę w stronę jednego tematu. Mógł się zdarzyć zryw w postaci kwestii przerywania ciąży, ale miało to miejsce w zasadzie jeszcze w interludium między głównymi falami pandemii.

Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji. Powszechne stają się wtedy oczekiwania czegoś na kształt rekompensaty za czas wyrzeczeń, nawet jeżeli nie uznajemy, że było to winą rządzących, to od nich oczekujemy np. podwyżki pensji, lepszych warunków zatrudnienia, inwestycji itd. Wiele rządów tego doświadczyło, poniekąd rząd PO-PSL po światowym kryzysie nie zrozumiał rosnących aspiracji i podniósł wiek emerytalny. Zapłacił za to wysoką cenę.

Skoro system partyjny jest stabilny, tzn. że podziały wśród obywateli także są trwałe, czyli podziały partyjne zaczęły się pokrywać z różnicami interesów wielkich grup społecznych.

Przypomnę tylko, że podział PO i PiS zaczął się od niewinnej wojny domowej dwóch postsolidarnościowych partii, które były w zasadzie już w koalicji. Być może to wszystko wymknęło się później spod kontroli i okazało się, że dzielimy się rzeczywiście na liberałów i konserwatystów, na Polskę solidarną i liberalną, na Polskę wielkich miast i prowincji itd.

Dowiedzieliśmy się w ten sposób sporo o sobie jako o społeczeństwie, a nakładanie się na siebie kolejnych osi konfliktów tylko umocniło konflikt. Potem to już same główne partie miały interes, żeby tak pozostało, bo w ten sposób mogły blokować konkurencję.

Szczepienie posła Girzyńskiego nie będzie symboliczną ośmiorniczką PiS-u?

Skoro powyższy podział społeczeństwa jest tak trwały, to znaczy, że większość konsumentów polityki od razu przyjmie za prawdę to, co mówi ugrupowanie, na które głosuje. Narracja drugiej strony jest a priori odrzucana i w tej sytuacji jeden epizod z posłem, jeszcze w sytuacji, kiedy PiS od razu go zawiesił, nie mógł zadziałać.

Oczywiście on sygnalizuje główny problem PiS-u, z którego zresztą opozycja nie potrafi skorzystać, czyli kłopoty kadrowe. Ta kwestia cały czas będzie ciążyć rządzącej partii, która, z wielu powodów, nie może sobie pozwolić na tak elastyczne reagowanie, na jakie mogą sobie pozwolić partie opozycyjne.

W tym kontekście opozycja przez kilka ostatnich lat popełniała błąd, próbując przedstawić jako ofiarę rządów PiS-u przedstawicieli elit społecznych. To w olbrzymim stopniu znieczuliło tę część opinii publicznej, która mogłaby się zawahać w swoich preferencjach i w innej sytuacji stwierdzić, że politycy PiS-u też stali się elitą oderwaną od rzeczywistości.

Stąd kiedy zdarza się taka sytuacja, jak z panią Emilewicz czy z panem Girzyńskim, to nie będzie efektów sondażowych i wszyscy pozostaną na tych samych pozycjach.

Czy bunt przedsiębiorców może zagrozić stabilności rządów PiS-u, tym bardziej, że buntują się regiony, które w wyborach popierały prawicę, jak Małopolska czy Podkarpacie?

Mamy w Polsce tendencję do zaliczania do przedsiębiorców różnych grup społecznych. Przedsiębiorcą jest zarówno wielki biznesmen kontrolujący bank, jak i właściciel warzywniaka czy ktoś zmuszony do samozatrudnienia. Nie sądzę wobec tego, aby obecny „bunt przedsiębiorców” to było coś bardzo istotnego.

Po pierwsze szeroko pojęci przedsiębiorcy zawsze byli grupą niedoreprezentowaną wśród wyborców PiS-u. Zatem w olbrzymim stopniu ci, którzy zdecydują się na jakąś formę protestu, już wcześniej statystycznie częściej należeli do tych, którzy głosowali na PO. Co do czynnika geograficznego, to można powiedzieć, że zarówno PO, jak i PiS to takie polskie Volksparteien, jak to nazywają Niemcy, czyli wielkie partie, które mają poparcie we wszystkich regionach, we wszystkich grupach, oczywiście nie symetrycznie.

Wiadomo, że np. SPD będzie zawsze potężna w Bremie, a słaba w Badenii-Wirtembergii, a CDU na odwrót. Tak też jest w Polsce, są regiony, gdzie większe poparcie ma PO, swoje regiony ma PiS, ale przecież jak spojrzymy np. na bastion prawicy w Polsce, jakim jest Podhale, gdzie PiS osiąga niebotyczne wyniki, to zauważymy też, że w samym Zakopanem są one wyraźnie niższe. Zatem protesty właścicieli lokalnych firm nie oznaczają, że od rządzącej partii odwraca się większość jej miejscowego elektoratu. Ten protest, póki co, obejmuje w sensie makroekonomicznym niezbyt duży segment gospodarki i nie zanosi się na jego geometryczny rozwój.

Dla PiS problemem będzie raczej wspomniany moment, w którym to, co najgorsze, zacznie przemijać, bo wtedy PiS zderzy się nie tylko z oczekiwaniami tych grup, które najczęściej głosują na drugą stronę – np. pracowników służby zdrowia, nauczycieli, części biznesu, ale i niektórych kręgów wyborców z własnego elektoratu, a spełnienie narastających oczekiwań może być, ze względów ekonomicznych, trudne.

Czyli to nie jest wina opozycji, „która zajmuje się sobą”?

Ze strony opozycji nie doczekaliśmy się spójnej narracji w sprawie walki z pandemią, ponieważ z jednej strony pojawiają się zarzuty, że walka z pandemią jest słabo zorganizowana, a rządzący są niedostatecznie zdeterminowani, czyli poniekąd, że powinno się jeszcze bardziej rygorystycznie walczyć.

Z drugiej strony pojawiają się ukłony w stronę grup, które chcą łamać restrykcje. Te dwie narracje wzajemnie się wykluczają, bo nie można jednocześnie zarzucać rządzącym, że restrykcje są za małe i za duże, ale rozumiem, że stworzenie takiej spójnej narracji jest niezwykle trudne, choćby dlatego, że w liberalnym elektoracie jest obecnych wielu przedsiębiorców.

Dla PiS dużo groźniejsza byłaby konsekwentnie przedstawiana ta pierwsza sytuacja, w której obywatele uznaliby, że PiS sobie nie radzi i nie jest wystarczająco zdeterminowany, że w działania władzy wdarł się chaos, a polityka pełna jest partykularyzmów.

To wynika chociażby ze struktury wiekowej wyborców PiS-u, wśród których odnaleźć można liczne grono osób z grup najbardziej zagrożonych COVID-em.

Dlaczego ruchowi Szymona Hołowni rośnie poparcie?

Bo wszyscy pamiętają jeszcze wybory prezydenckie, a jego zaplecze z wielkim wysiłkiem i determinacją stara się podtrzymywać to zainteresowanie. Także dlatego, że dość trafnie wybrano moment ataku na PO tuż przed jej rocznicą. Wiadomo, że nie mogą istnieć obok siebie dwie, niemal takie same partie, tak samo jak było to z Nowoczesną i PO. Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że na zapleczu Szymona Hołowni mamy liczną reprezentacje osób bliskich Donaldowi Tuskowi.

Z tej sytuacji wynika, że Szymon Hołownia nie jest drugim Macronem i nie będzie pozyskiwał wyborców w poprzek głównych elektoratów. W jego programie prezydenckim niewiele w istocie było oferowane wyborcom bardziej socjalnym, a także bardziej konserwatywnym światopoglądowo, a cały jego wizerunek ukształtowany w kampanii wyborczej czyni go atrakcyjnym dla młodych wyborców o często nieokreślonych poglądach, choć raczej liberalnych niż konserwatywnych, oraz dla tradycyjnych liberalnych wyborców. Ten atak ma sens, bo casus Kukiza i Palikota pokazały, że bez struktur lokalnych zdolnych do uczestniczenia w wyborach samorządowych żadna partia nie przetrwa, niezależnie od tego, jak bardzo popularnego będzie miała lidera.

Szymon Hołownia znajdując się pod presją czasu musi zdążyć z pozyskaniem takich struktur z innych partii, głównie z PO. Wreszcie poparcie dla tego polityka jest znaczące także dlatego, że PO reaguje zupełnie inaczej, niż reagowała w czasach Grzegorza Schetyny, gdy miała problem z Nowoczesną i z KOD-em. Wystarczyło kilka miesięcy i mogliśmy oglądać dwa spektakularne polityczne nokauty, a PO z 15-proc. sondaży awansowała na poziom ok. 25 procent poparcia. Choć dziś jest nieco słabsza, niż za czasów poprzedniego kierownictwa, to w PO nie widać jak dotąd poważniejszych prób wykorzystania swoich zasobów do politycznej walki z Szymonem Hołownią.

Jeśli kierownictwo PO w pełni kontroluje struktury partii i zdecyduje się na taką walkę, to będzie faworytem. Platforma ma wciąż potężne zasoby. Zwracam też uwagę na pewną sztuczność obecnej sytuacji i powszechności tezy o kryzysie Platformy. Notowania PO nie idą w górę, ale nie widać też strategicznego załamania. W ostatnich wyborach ta partia uzyskała paręset tysięcy nowych wyborców. W liczbie oddanych głosów to był najlepszy rezultat PO od 2011 roku. To znaczy, że jej logo już tak bardzo nie odstrasza.

Jeśli dobrze przecież przygotowany atak na PO jednak długofalowo się powiedzie, notowania Platformy zdecydowanie osłabną, to stworzy to nową sytuację wśród opozycji, zakłóci dotychczasowe hierarchie i aktualne stanie się pytanie o nowe przywództwo i nowe ośrodki decyzyjne w miejsce kierownictw głównych partii.

Osoby w otoczeniu Szymona Hołowni mogą być tu pewną podpowiedzią, kto stałby się beneficjentem takich zmian. Oczywiście tym staraniom będzie też przyklaskiwać ulica Nowogrodzka, dla której powrót Donalda Tuska byłby rozwiązaniem wielu dylematów i szansą powrotu na stare, wypróbowane tory, które doprowadziły PiS do władzy.

Protesty na ulicach i co dalej? Dylematy lewicy

Trwają protesty wywołane opublikowaniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie usunięcia z obrotu prawnego możliwości przeprowadzania aborcji z uwagi na nieodwracalne wady płodu.

Podnosi się różne argumenty wskazujące na niezgodność takiego orzeczenia z Konstytucją. Wskazuje się na niewłaściwość obsadzenia Trybunału Julii Przyłębskiej z uwagi na uczestnictwo w wydaniu wyroku t.zw sędziów dublerów, na uczestnictwo w składzie orzekającym Krystyny Pawłowicz, która będąc posłanka podpisała wniosek do Trybunału o zakwestionowanie konstytucyjności tej przesłanki dopuszczającej legalną aborcję. Te przesłanki, jakkolwiek istotne nie robią wrażenia na rządzących, którzy traktują prawo instrumentalnie i mają na sumieniu znacznie większe naruszenia Konstytucji.

Podnosi się również zarzut, że Konstytucja gwarantuje ochronę życia człowieka od narodzenia do śmierci, nie precyzując od kiedy zaczyna się to życie. Interpretacja Trybunału Konstytucyjnego z 1993 roku, że życie człowieka zaczyna się od jego poczęcia miała charakter wyraźnie światopoglądowy wynikający z interpretacji katolickiej i powstała pod wyraźnym naciskiem kościelnych hierarchów i też nie była tak kategoryczna jak interpretacja obecnego Trybunału.

Warto zauważyć, że doktryna kościelna dotycząca poglądu, kiedy płód staje się człowiekiem, zmieniała się na przestrzeni wieków i nie może być uznawana za prawdę objawioną .

Ponieważ rządząca partia, ale również część opozycji (np. PSl, Konfederacja , a nawet część posłów KO i Ruch Hołowni) uznaje „prawdy” głoszone przez kościół katolicki za obowiązujące, nie widać w tej chwili szans na uznanie tego argumentu prawnego.

Obecne protesty mają więc w rzeczywistości charakter psychologiczny, pokazania narastającego niezadowolenia z polityki rządzących , którzy narzucają swoja wolę wbrew poglądom większości społeczeństwa. Warto przy tym zauważyć, że nie do końca wiadomo, czy podstawowe postulaty protestów dotyczące liberalizacji przesłanek upoważniających do legalnej mają poparcie większości społeczeństwa. Duża grupa niezadowolonych z wyroku Trybunału stanowią zwolennicy powrotu do t.zw. kompromisu aborcyjnego. Powrót do tego kompromisu jest mentalnie niemożliwy zarówno dla lewicy, która wyraźnie opowiada się za liberalizacja aborcji , jak i dla fundamentalistów po prawej stronie, którzy byli autorami lub popierali wniosek d Trybunału.

Rozwiązaniem byłoby referendum i zapytanie o zdanie całego społeczeństwa, ale nie widać szans na zgodę rządzących dla takiego referendum.

Powstaje zasadne pytanie jaki jest sens dalszych protestów. Odpowiedź musi być pozytywna, ponieważ są przejawem budzącego się z letargu społeczeństwa, zwłaszcza jego młodszej części, dla wyrażenia poglądu, że wygrana w wyborach nie upoważnia rządzących do narzucania rozwiązań zgodnych wyłącznie z ich wizja świata. Przypomina również, że prawa kobiet są integralną częścią zapisanych w Konstytucji wolności obywatelskich. O prawa te walczyła zawsze lewica, a szczególnym impulsem w egzekwowaniu tych praw było przyznanie kobietom praw wyborczych, z inicjatywy pierwszych po wyzwoleniu Polski w roku 1918 rządów , na czele których stanęli działacze Polskiej Partii Socjalistycznej.
Następne, narzucające się pytanie to, czy udział w protestach prowadzonych w obecnej formie to działania, które powinny wyczerpywać aktywność wielu działaczy lewicowych, zwłaszcza, że protesty te stanowią dla rządzących wygodną przykrywkę dla odwrócenia uwagi społeczeństwa od licznych porażek, szczególnie w zakresie zwalczania pandemii i ochrony gospodarki w dobie tej pandemii.

Lewica powinna się skupić na dążeniu do eliminowania podstawowych przyczyn obowiązywania w Polsce przepisów łamiących wolności obywatelskie w zakresie praw kobiet.

Te przyczyny to polityczna dominacja religii w życiu publicznym oraz związane z tym nierozerwalnie kanony wychowania w oświacie.

Czy powszechnie organizowane są protesty przeciwko, lub przynajmniej nieustanne pokazywane są fakty powszechnego łamania zasady rozdziału kościoła i państwa. Rzesze opłacanych przez państwo, czyli obywateli, wierzących i niewierzących, katechetów i kapelanów, uroczystości święcenia obiektów infrastruktury, obfite dotacje do instytucji związanych z kościołem, ostentacyjny udział najwyższych władz w uroczystościach kościelnych to wyraźne cechy państwa wyznaniowego. Budzi to zastrzeżenia nawet wielu wierzących i nie spotyka się z adekwatną reakcja lewicy.

Eliminowanie ze szkół resztek rzetelnej edukacji seksualnej to prosta droga do wzrostu niechcianych ciąż, a tendencje programowe w oświacie to droga do wychowania młodego pokolenia na biernych, lecz posłusznych obywateli. Czy lewica ma jakiś program na przeciwdziałanie tym zjawiskom?

Czy ma plan jak zmobilizować rodziców aby domagali się wprowadzenia takiej edukacji?

Młodzież spontanicznie rezygnuje z uczęszczania na lekcje religii, a wielu rodziców zachowuje wstrzemięźliwość w domaganiu się zmian w systemie oświaty.

Należy podkreślić jeszcze jeden aspekt problemu aborcji. Brak możliwości decydowania o wyborze utrzymania lub pozbycia się ciąży, a w przypadku eugenicznych wad płodu lub po prostu niechcianej ciąży to problem przede wszystkim biedniejszej części społeczeństwa. Zamożni zawsze znajdą wyjście poprzez zabieg aborcji za granicą, mają łatwiejszy dostęp do badań prenatalnych, środków antykoncepcyjnych i pigułki „dzień po”. Dla ubogich jest to często niemożliwe ze względów finansowych, ale także mniejszego dostępu do odpowiedniej informacji.

Wprowadzone przez tarcze finansowe dla ochrony gospodarki przed skutkami pandemii adresowane są głównie do przedsiębiorców, a ochrona pracowników ma się odbywać poprzez mechanizmy utrzymania miejsc pracy, które dla przedsiębiorców są zagadnieniem wtórnym wobec zagadnienia utrzymania istnienia firmy. Czy lewica przygotowała i przedstawiła jakiś program adresowany bezpośrednio do pracowników i tych którzy pracę stracili?

Poważne zajęcie się tymi problemami wymaga programów i długofalowej organizacji działań, które powinny lub wręcz zastąpić doraźne wyrażanie poglądów i wykrzykiwanie haseł w mediach społecznościowych i na manifestacjach.

Gniew kobiet

Czy rząd liczył na to, że nieoczekiwanie opublikuje uzasadnienie wyroku pseudotrybunału i uniknie protestów, bo wszyscy są już zajęci czym innym? A może wolał wkurzyć obywatelki, by nie mówiono o klapie programu szczepień?

Pewne jest jedno – kiedy tylko uzasadnienie wyroku, słusznie nazywanego wyrokiem na kobiety, zostało podane do wiadomości publicznej, obywatelki zaczęły w sieci skrzykiwać się na demonstracje. Nie tylko w Warszawie i nie tylko w wielkich miastach. Spacerowano również w mniejszych miejsco-
wościach, znowu zabrzmiało „wypierdalać” i „nigdy nie będziesz szła sama”.

– Po miesiącach zawieszenia, rząd zdecydował o naszym losie. O życiu wielu kobiet, tak wielu osób. O przyszłości tylu rodzin. Zabierając tak wielu z nas koło ratunkowe skazał na cierpienie i śmierć – skomentowała wyrok w internecie posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek. – Nie zgadzam się z wyrokiem. Nie zgadzam się na zabieranie nam naszych praw. Na terror. Na cierpienie. Te słowa doskonale oddają strach i gniew tysięcy kobiet w całym kraju.

Aborcje dla bogatych

W stolicy początkowo gromadzono się przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Tam głos zabrała m.in. posłanka Lewicy Magdalena Biejat, zapowiadając, iż jej ugrupowanie zacznie wkrótce zbiórkę podpisów pod
obywatelskim projektem ustawy liberalizującej dostęp do aborcji
i apelując, by już teraz wdrożyć w Sejmie prace nad inną ustawą złożoną przez socjaldemokratów – depenalizującą pomoc w przerywaniu ciąży. –

Aborcja prawem

osób z macicami! Trzeba było nas nie wkurwiać! – skandowali zgromadzeni. – Zakaz aborcji nie sprawia, że nie ma aborcji. Aborcje są wtedy dozwolone, ale tylko dla osób bogatych – przemawiała przez megafon Marta Lempart, jednak z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
Chociaż manifestacja byłacałkowicie spontaniczna, pod Trybunał przyszło kilka tysięcy osób. Znowu, jak w październiku, spod budynku, w którym zapadł pseudowyrok, przeniesiono sipod siedzibę Prawa i Sprawie-
dliwości, szczelnie obstawionąprzez policję. Tym razem jednak
funkcjonariusze nie próbowali rozbijać demonstracji. Nawet komunikat o tym, że „nie zgłoszono żadnego zgromadzenia” był emitowany tylko przez krótki czas.

Nie było gazu ani kotłów. Uczestniczki demonstracji zauważyły, że dzięki temu protest był wyjątkowo bezpieczny. Liderka OSK zdecydowała, by pozostać w centrum Warszawy, nie iść pod dom Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego protestujący zakończyli zgromadzenie tam, gdzie się ono zaczęło – pod siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Aktywistki zapowiada ją powtórkę z protestów w czwartek 28 stycznia i piątek 29 wieczorem. Tego dnia Ogólnopolski Strajk Kobiet wzywa wszystkich i wszystkie do Warszawy. Niech znowu wyjdzie na ulice 100 tys. ludzi, a może jeszcze więcej. Mamy rząd do obalenia Nie tylko Warszawa będzie tego dnia protestować. Kontynuację protestów w czwartkowy wieczór zapowiadają również aktywistki z Wrocławia, gdzie w środę protest również zgromadził kilka tysięcy oburzonych. Przeszli przez historyczne centrum miasta, skandując „Przepraszamy za utrudnienia, mamy rząd do obalenia”. Przed biurami PiS zbierano się w Łodzi, Gdańsku, Białymstoku. W stolicy Podlasia co prawda udało się zgromadzić jedynie kilkadziesiąt osób, ale ich gniew był szczególnie gorzki. W rozmowie z mediami zwracali uwagę na fakt, że teraz odmówiono im prawa do aborcji, a już wcześniej region był faktycznie wykluczony, jeśli chodzi o opiekę gineko- logiczną dla kobiet z mniejszych miejscowości.

Zajmijcie się narodzonymi…

Podczas demonstracji w Łodzi przypomniano niedawną tragedię z Bytomia, gdzie 15-latek zabił swoją 13-letnią dziewczynę, która była w ciąży. Zgromadzeni nie mieli wątpliwości: gdyby w Polsce normalnie podchodzono do spraseksualności i antykoncepcji, podobne dramaty by się nie zdarzały. Prawica woli jednak zmuszać wszystkich do zaakceptowania
fundamentalistycznie katolickich„wartości” i swojej koncepcji „życia poczętego”. Również w Radomiu przed biurem PiS zachęcano rządzących, by zajęli się raczej ludźmi, którzy już się urodzili. Obok zniczy ustawiono ulepione ze śniegu kaczuszki.

… i pandemią

Podczas kilku protestów w Trójmieście powracał natomiast wątek zaniedbanej walki z koronawirusem. – Rząd znowu zmusza nas do wyjścia na ulice i znowu naraża nasze zdrowie. Trybunał Konstytucyjny publikuje uzasadnienie wyroku w czasie, gdy Narodowy Program Szczepień nie daje sobie rady z obecną sytuacją.

W systemie rejestracyjnym panuje chaos, a szczepionek, które są naszą jedyną nadzieją na zakończenie pandemii, brakuje.

Mamy w Polsce pilniejsze sprawy, którymi rząd powinien się zająć. Zajmijcie się pandemią, a prawo wyboru zostawcie kobietom – mówiła jedna z działaczek, które zabrały głos podczas spontanicznego, ok. stuosobowego zgromadzenia na Targu Drzewnym w Gdańsku.

– Żadna władza nie trwa wiecznie! Zapłacą za to, co zrobili kobietom – mówił do zebranych w Gdy-  ni poseł Lewicy Marek Rutka. Oby miał rację! I to jak najprędzej.

Pierwsza polska feministka

„Wszystkie są córkami królowej Bony” – często myślę o tych kobietach, które na ulicach mojej rodzinnej Polski demonstrują przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, który zakazał przerywania ciąży nawet w przypadku poważnych wad rozwojowych płodu, czyniąc prawo aborcyjne, które jest już jednym z najsurowszych w Europie, jeszcze bardziej restrykcyjnym.

„To wojna” – z tym okrzykiem na ustach przez wiele dni protestowały i protestują nadal tysiące kobiet w całym kraju, od stolicy Warszawy po małe wioski na wsi – wydarzenie bez precedensu na terenach wiejskich i tradycyjnie konserwatywnych. To wojna z archaicznym i mizoginistycznym patriarchatem, nie tylko Jarosława Kaczyńskiego i polskiego Kościoła, ale całego społeczeństwa.

Bona Sforza, córka księcia Mediolanu Gian Galeazzo Sforzy i Izabeli Aragońskiej, została w 1518 roku drugą żoną króla Zygmunta I Starego, przyjmując tytuł królowej Polski i wielkiej księżnej litewskiej. To fałszywy mit, że Bona przywiozła do Polski „włoszczyznę” (czyli wiązkę korzeni pietruszki, selera, porów i kapusty włoskiej, z których gotuje się tradycyjny polski rosół), wino i że od niej zaczął się polski renesans. Warzywa i wino dotarły już wcześniej wraz z zagranicznymi kupcami poruszającymi się Bursztynowym Szlakiem, a renesans w Polsce był już w toku (po pożarze 1499 roku na Wawelu trwała odbudowa przy udziale włoskich artystów i rzemieślników, którzy przenieśli się z Węgier).

W rzeczywistości najsłynniejsza włoska imigrantka, która przez prawie czterdzieści lat przebywała nad Wisłą, zasiała w tym kraju zalążki feminizmu.

Wykształcone i niezależne kobiety były wówczas w Polsce zjawiskiem nieznanym, i znienawidzonym. Obawiano się ich jako demonów. Przykładna i cnotliwa polska niewiasta, nazywana „białogłową”, zawsze nosiła chustę lub proste nakrycie głowy, szła pokornie za mężem oraz nigdy nie odważała się podnieść oczu i otworzyć ust, zwłaszcza w obecności mężczyzn. Była jak karp słodkowodny. Bona była inna. Jej piękne, gęste, kręcone włosy w kolorze miodu falowały swobodnie na wietrze i inspirowały wersety poetów. Oczy ciemne i błyszczące jak rozżarzone węgle patrzyły śmiało i z wyższością. Głęboki dekolt ukazujący piersi ściśnięte przez gorset, bogate włoskie suknie i prowokujące nakrycia głowy, budziły wstręt bigotów. Przede wszystkim Bona miała jeszcze jedną wadę: mówiła, wyrażała opinie, kłóciła się, krytykowała, doradzała mężowi, zarządzała, wydawała rozkazy, zabierała głos w kwestiach politycznych i finansowych. Stary król Zygmunt I pozostawał pod dyskretnym wpływem swojej młodej, cudzoziemskiej żony, choć nigdy jej nie ustępował w sprawach państwowych. Z powodu takiej postawy Bony Sforzy, którą dziś możemy określić jako „feministyczną”, a która już wtedy reprezentowała dążenie do walki o równe szanse ekonomiczne i polityczne dla obu płci, królowa małżonka szybko popadła w konflikt z licznymi dostojnikami i magnatami w Polsce, i na Litwie, robiąc sobie wielu zaciekłych wrogów. Polska szlachta, dostojnicy i duchowni czuli się urażeni „rozpustą” włoskiej szlachcianki. Jeśli mamy mówić szczerze i opowiedzieć wszystko, to trzeba dodać, że na Wawelu, Bona zastała osławioną kompanię: „Bibones et Comedones”, stworzoną przez niektórych dworzan Zygmunta I. W odczuciu królowej ich imprezy, pijaństwo i bójki były obrzydliwe. Nie podobało jej się również ich podłe zachowanie, wulgarny styl, głupota, arogancja i prepotencja. Jak widać spotkała się z tradycyjnym obrazem typowego polskiego męskiego szowinizmu, który niestety przetrwał do naszych czasów.

Na polskim dworze królowej pozostało trzynaście Włoszek (damy Ifigenia, Beatrice Zurla, Lucrezia Alifio, Beatrice Roselli, Porcia Arcamone, Faustina Oppizoni, Laura Effrem, Isabella Dugnano, Laudomia Caracciolo, a także dwie guwernantki i dwie służące). Sforza postarała się, aby wszystkie jej dwórki wyszły za mąż za przyzwoitych mężczyzn, a później zorganizowała dla nich luksusową „klinikę położniczą” na Wawelu. Kobiety udawały się tam, aby rodzić dzieci z pomocą fachowych położnych i bez zbytniego ryzyka dla ich życia i zdrowia. Wszystko to wywoływało plotki i oszczerstwa. Zapewne tylko dzięki randze Włoszki nikt nie odważył się zarzucić jej otwarcie kontaktów z diabłem.

Od czasu, gdy najsłynniejsza włoska imigrantka wylądowała nad Wisłą jako królowa małżonka, minęło pięćset lat. Nie była zbytnio kochana i pozostała niezrozumiana, ale reprezentowała tę feministyczną siłę szoku, która już wtedy wywarła wrażenie na władzy. Często myślę o niej jako o protoplastce, dzięki której geny włoskiego kobiecego renesansu zostały przeniesione na Polki, co pozwoliło słodkowodnym karpiom otworzyć usta i wydać krzyk. Krzyk ten rozbrzmiewa dziś na polskich placach. Krzyk polskich „białogłów” tłumiony przez stulecia. Niestety w dalszym ciągu niektóre z nich pozostały słodkowodnymi karpiami.

Niezwykła solidarność kobiet

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego podcięło lawinę społecznego protestu, który ogarnął cały kraj. Tym razem spacerowano nie tylko w dużych miastach, ale i w małych miejscowościach. Na naszych oczach bunt przeciwko ograniczaniu praw kobiet przez rządzących zamieniał się w demonstracje nieznane dotąd ze stylu, głośnych przemarszów, haseł na tekturach, fiesty z muzyką i przede wszystkim licznym udziałem młodych ludzi.

22 października kobiety wystąpiły z ogromną werwą, nie zważając na łamane przepisy o zgromadzeniach związane z pandemią.

Bunt dotyczył tak ważnej sprawy, że warto było ryzykować. Maseczki na twarzach przekonywały o zrozumieniu zagrożenia, odstępy o  odpowiedzialności. Niezwykła była ta kobieca solidarność na ulicach, młode broniły swojej wolności i prawa wyboru, starsze mówiły, że idą w tym wielkim spacerze dla swoich córek i wnuczek, żeby kiedyś pytane – co zrobiły dla wolności kobiet, miały choćby taki dowód – były!

Energia protestu rosła z dnia na dzień rozprzestrzeniając się coraz bardziej, bo przecież sprawa dotyczyła połowy naszego społeczeństwa! Panie wspierali także ich partnerzy, koledzy, całe środowiska, jak choćby taksówkarze czy rolnicy ze swymi traktorami…

Nastolatki z Osięcin, niewielkiej miejscowości (ok. 2,5 tys. mieszkańców) w powiecie radziejowskim, też były zafrapowane nowymi wydarzeniami. Trochę z ciekawości, trochę z emocji zamierzały pojechać na protest do Radziejowa, tym bardziej, że „babeczki z Radziejowa” zapraszały w mediach na 30 października o 19,oo, sugerując czarne stroje i błyskawice.
Pełne wrażeń dzieliły się spostrzeżeniami z mamą jednej z nich, panią Małgosią. Rozmawiały, analizowały jak kobiety z kobietami. Wciągnięte w wir krajowych przecież wydarzeń, planowały udział w proteście w Radziejowie. Mama zaniepokojona nieco o bezpieczeństwo nastolatek spontanicznie wpadła na pomysł, że… może pospacerujemy po naszej miejscowości? Pomysł „spaceru” zrazu przyjęty z entuzjazmem, przyniósł pani Małgosi sporo kłopotów.

Wśród mieszkańców Osięcin wieść rozeszła się szybko – dziewczyny, rodzice, rodzina, znajomi spotykani co dzień i „zdarzenie” na Facebooku zaledwie na dwa dni przed zbiórką na Rynku – 31 października.
Nie wszyscy traktowali pomysł przychylnie, krytykowano wulgarność języka pokazywaną w telewizji, zniechęcano młodzież zagrożeniem covidowym.

Sprawa robiła się poważna, a pani Małgosia czuła na sobie odpowiedzialność sprawczą (przydało się tu doświadczenie wcześniejszej pracy w domu kultury). Jej obawy dzieliła 15-letnia córka Gabrysia, która wraz z mamą poszła na zbiórkę. Wypożyczyły nagłośnienie, a pod pachą przyniosły kilka tekturowych haseł. Jedno odzwierciedlało cały sens przedsięwzięcia: „Kiedy niesprawiedliwość staje się prawem, opór staje się obowiązkiem”.

Reszta miała być spontaniczna!

Pani Małgosia nie miała pewności, ile osób przyjdzie, nie wyznaczyła scenariusza i trasy spaceru. Jakież było zdziwienie, gdy ludzi przybywało – młodych i starszych, w sumie ok. 60 osób. Trzeba było powitać i zagaić, a potem zapytać – czy ktoś chce zabrać głos. Chwile zawieszenia akcji przerwała dziewczynka, która chwyciła mikrofon i wyrecytowała: „Myślę – czuję – decyduję!” nieco rozbawiwszy zebranych, ale też dając temat pod rozwagę.

Robiło się już ciemno, wszyscy zachowywali pandemiczny reżim – odległość i maseczki. Takiego spaceru Osięciny nie pamiętały! Czuło się wagę dziejącej się chwili.

Policja? Owszem, byli, poinformowali o zagrożeniu wirusem, obserwowali, pytali o trasę marszu ustaloną ostatecznie dopiero przez ogół zgromadzonych.

Było pokojowo, więc nikogo nie legitymowano, nie było dla policjantów roboty.

Niemal w tym samym czasie odbyły się podobne demonstracje w Radziejowie (ok. 500 osób) i Piotrkowie Kuj. (ok. 300 osób).

Kiedy w Osięcinach wykrzyczano swoje racje o prawach kobiet, które nie są dane raz na zawsze i 102 lata doświadczeń jakoś mało, 30 października w Warszawie protestowało 100 tysięcy osób! To tam musiało być ze 2000  takich inicjatywnych kobiet, jak pani Małgorzata Woźniak i ten 60-osobowy spacer po Osięcinach.

Ale okazało się, że będąc jedną z wielu, jest niezwykle ważną, ba – groźną osobą!

Nastolatki prowadzące profil ze „zdarzeniem” na Facebooku nieco przerażone presją i wielkością zadania, zmieniły pierwotną nazwę grupy na „Nie wiem co dalej”, a Pani Małgosia poprosiła, by mogła poprowadzić ten profil i została jego administratorem. Napisała tam niedawno: „Usłyszałam dzisiaj, a powiedział tak również o mnie Sekretarz Stanu Jarosław Sellin, że jestem skrajną, agresywną feministką, narażającą Nas Wszystkich na śmierć, a Panowie Policjanci czują się zagrożeni, taka jestem groźna”.

Fakt 1. Do mieszkania pani Małgosi, na co dzień pracownicy Zakładów Przetwórstwa Spożywczego, mieszkającej od urodzenia w Osięcinach, zapukał policjant z zasadniczą prośbą o podanie jej numeru telefonu. Ponieważ nie otrzymał żądanej informacji, zapowiedział rychłe wezwanie do Komendy Powiatowej Policji w Radziejowie.

Fakt 2. Wezwanie z 1 grudnia 2020 r. opatrzone podpisem Naczelnika Wydziału Prewencji dotarło, informując o stawieniu się „w charakterze osoby co do której istnieje uzasadniona podstawa do sporządzenia przeciwko niej wniosku o ukaranie w sprawie o wykroczenie z art. 52 §  2 pkt. 2 Kodeksu Wykroczeń.”.

Przepis ten brzmi: Kto organizuje zgromadzenie bez wymaganego zawiadomienia lub przewodniczy takiemu zgromadzeniu lub zgromadzeniu zakazanemu (…) – podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny.

Jeśli podobne wezwania otrzyma owe 2000 inicjatorek marszu w Warszawie, Pani Małgosia może mieć przeświadczenie, że „nie jest sama, nie idzie sama!”

Jeśli ktoś doczytał art. 4 naszej Konstytucji, to jest tam upoważnienie suwerena do bezpośredniego wyrażania swoich racji, poza demokratycznymi wyborami, których nikt nie kwestionuje. A jeszcze inne – art. 54 „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”, albo art. 57 „Każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich”.

Jeśli legalnie rządzący nie chcą negocjować z demonstrantami, czyli tym przywoływanym często suwerenem, to nad zasadami prawnymi górę biorą zasady moralne. Przykład z niedawnej historii – czy strajki z okresu „Solidarności” były legalne? Nie! A jednak je chwalimy i doceniamy ich rolę.
Cechę spontaniczności ma nie tylko pojedynczy marsz, ale cały ten ruch zbuntowanych kobiet, które wyszły na ulice bez przywództwa, bez programu, a pierwotny powód – zakaz aborcji, obrasta sprzeciwem wobec stylu rządzenia, niesłuchania racji opozycji, niekonsultowania aktów stanowionego prawa, rozdawnictwa stanowisk i publicznych pieniędzy.
Dzieje się proces społeczny, dzieje się historia…

Kompromis

Tak się jakoś dziwnie składa, że w naszej nowej Polsce zagościła tendencja do odwracania znaczeń słów i pojęć. Albo też używa się ich od razu w ironicznym, przeciwstawnym znaczeniu: demokracja jako rządy bez ludu, suweren jako bezsilny obserwator, kompromis jako bezdyskusyjny dyktat. Życie społeczno-polityczne jest, a przynajmniej było jeszcze do niedawna, grą pozorów.

Przyjrzałem się kiedyś nazwom polskich partii politycznych i doszedłem do wniosku, że są odzwierciedleniem tych właśnie wartości, którymi partia nie chce się zajmować, ewentualnie stanowią rodzaj teatralnej zasłony. Ugrupowania szczerze wrzucające idee na sztandary, a sztandarowe idee – do nazw, szybko kończą swój żywot. Tak było z różnych powodów z SdRP, ZChN czy KLD (choć KLD był ideom wierny tylko częściowo, bo w swojej drugiej, i ostatniej, kampanii wyborczej głosił hasło „Milion nowych miejsc pracy”, a zniknęło ich cokolwiek więcej).

Unia Wolności wytrwała krótko, przepoczwarzając się w Platformę, w której zabrakło już miejsca na wolność, a obywatelska też była w stopniu ograniczonym. Sojusz Lewicy Demokratycznej okazał się słabym sojuszem i wkrótce stracił władzę. Zdaniem niektórych, lewicowości także nie miał w nadmiarze, i może jest tu coś na rzeczy, skoro jeden z byłych szefów SLD dosyć łatwo znalazł sobie miejsce na (w) Platformie. W Nowoczesnej – jak przekonaliśmy się szybko – nowoczesności starczyło tylko na nazwę. Najnowszy twór polityczny, określając siebie jako Polska 2050, zdaje się deklarować, że do tego roku na pewno nie dotrwa. A do 2023? Porozumienie Centrum, które – jak pewnie już się domyślacie – nigdy w centrum nie było, przekształciło się płynnie w Prawo i Sprawiedliwość. Doprawdy nikt nie powinien się spodziewać, że będzie się kierować czymś innym niż prawo kaduka – pardon, prezesa. A sprawiedliwość, jak wiadomo, musi być zawsze po stronie tych, co do prawa prezesa się stosują. Z ostatniej niemal chwili: Koalicja Polska przestała być koalicją… czy więc była też polska?

Do tego mamy jeszcze jakże popularne tworzenie definicji na własny użytek, indywidualizację pojęć, połączone zwykle z niechęcią do korzystania ze źródeł i definicji przyjętych w poszczególnych dziedzinach nauki.

Wygląda to tak, że każdy mówi, co chce, rozumie, jak chce, i oczywiście denerwuje się, że inni go nie rozumieją albo rozumieją niewłaściwie. Grecy nie mieli racji: na początku nie było chaosu, bo dobry chaos trzeba sobie wychodzić. Albo wymyślić i wygadać.

Zajmijmy się jednak crème de la crème naszej politycznej kultury, czyli kompromisem.

Uwaga! Będzie definicja, której zamierzam się trzymać. Jeśli zabrzmiało to jak groźba, to słusznie, tak właśnie miało zabrzmieć. Kompromis według Słownika Języka Polskiego PWN pod redakcją Doroszewskiego to: „1. porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw; 2. odstępstwo od zasad, założeń lub poglądów w imię ważnych celów lub dla praktycznych korzyści”. Pierwszy punkt zawiera opis efektu wspólnych działań, gdy strony (przynajmniej dwie) wypracowują rozwiązanie, które częściowo je zadowala. W drugim punkcie chodzi raczej o rezygnację z osiągnięcia pełnego efektu i przyjęcie efektu cząstkowego. Mamy więc tak naprawdę dwa kompromisy: jeden to efekt porozumienia stron, a drugi to osiągniecie cząstkowego celu, dające jednak pewną satysfakcję.

Czy kwestię „kompromisu aborcyjnego” można powiązać z którąś z tych definicji ?

Z pierwszą raczej nie, bo żadnej dyskusji pomiędzy stronami nie było. Premier Suchocka bez czytania i bez czułości wrzuciła do kosza obywatelską propozycję utrzymania przerywania ciąży. Głos oddano tylko jednej stronie. Pozostaje więc drugie słownikowe znaczenie kompromisu. I tu można powiedzieć, że domagający się całkowitego zakazu aborcji poszli na kompromis: chwilowo zadowolili się częściowym zakazem. Nie znaczy to, że zrezygnowali ze swojej misji. Niemal od razu przystąpiono do realizowania pełzającej taktyki w celu osiągnięcia całkowitego zakazu, sięgając po rozmaite środki. Jednym z nich był Trybunał Konstytucyjny, który w Konstytucji odnalazł nakaz ochrony życia (poczętego), nigdy tam nie zapisany, i wprowadził do obiegu prawnego termin „dziecko poczęte”, niefunkcjonujący w słownictwie medycznym. Innym środkiem był kodeks etyki lekarskiej, do którego starano się wprowadzić termin „chwila poczęcia”, co świadczyłoby, że albo lekarze nie uczą się biologii, albo zapominają o niej zaraz po studiach, albo niektórzy świadomie ją ignorują.
Znając jednak te dwie słownikowe definicje, nie można twierdzić, że terminu „kompromis aborcyjny” stosować nie należy. Mają do niego pełne prawo ci, którzy domagają się całkowitego zakazu aborcji – i tylko oni. Gdyby wszyscy używali słów zgodnie z ich definicją, o wiele łatwiej przebiegałaby dyskusja społeczna. Byłoby od razu wiadomo, że z osobami używającymi świadomie terminu „kompromis aborcyjny” nie ma tak naprawdę o czym tu rozmawiać.

Od dawna prześladuje mnie wrażenie, że ten rodzaj kompromisu jest u nas na porządku dziennym, szczególnie jeśli chodzi o akceptację naukowego konsensu i wynikających z niego rozstrzygnięć. W debacie publicznej czy nawet prywatnej wiele osób chętnie się podpiera ustaleniami naukowymi. Czy ustalenia naukowe można akceptować w części lub w jednej dziedzinie, a w innych nie? Okazuje się, że nie tylko można, ale że dzieje się to niemal powszechnie.

Ignorancja stała się prawie normą społeczną.

Na zakończenie smutnego tekstu ostatni przykład kompromisu, zaczerpnięty tym razem z projektu zmiany w ustawie o ruchu drogowym. Autorzy zawarli kompromis z fizyką. Intencje szczytne, cel sensowny, a wykonanie kompromisowe. Cytata prosto ze strony rządowej: „Na autostradach i drogach ekspresowych bezpieczna odległość między pojazdami wynosić będzie połowę aktualnej prędkości. Oznacza to, że kierowca jadący 100 km/h będzie musiał poruszać się 50 m za poprzedzającym samochodem, a 120 km/h – 60 m”. Jestem prostym magistrem politologii, sądzę jednak, że połowa prędkości 100 km na godzinę to 50 km na godzinę. Jako laik w dziedzinie fizyki byłbym też skłonny zaakceptować odpowiedź: 50 km albo półgodziny. Ustawodawca zapewne zachowuje w stosunku do wiedzy naukowej pewien kompromis. Można dyskutować, czy jest to kompromis rozsądny, czy nie. Ja nazwałbym go aborcyjnym.