Czy czas się bać?

Rozmontowanie traktatu o zakazie rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) może słusznie budzić obawy. Zwłaszcza w Europie, a jeszcze bardziej w naszej jej części. Bo to przecież ta klasa pocisków – o zasięgach od 500 do 1000 km i od 1000 do 5500 km – od w przypadku ewentualnego konfliktu między supermocarstwami nam zagraża najbardziej. Choć wybuch takiego konfliktu to sprawa teorii – nie nastąpił w najbardziej „mroźnych” dniach zimnej wojny – to jednak powrót do fazy wyścigu zbrojeń z tamtej epoki wydaje się wszak całkiem realną konsekwencją. Wszak podpisany w 1987 r. przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana wyznaczał właśnie punkt zwrotny procesu, który ostatecznie doprowadził do zakończenia politycznej epoki lodowcowej i dwubiegunowości świata. Teraz by miała ona powrócić. Nawet jeśli można mieć przynajmniej ograniczone zaufanie do nawet uważanych za potencjalnie nieobliczalnych przywódców, że nie dadzą się sprowokować do decyzji nieodwracalnych – nawet nie wymieniajmy jakich – to powrót do nuklearnej rywalizacji sam w sobie nie budzi pozytywnych skojarzeń ani otuchą nie napawa. Wręcz odwrotnie – ponura to perspektywa. Czy jednak tak być musi?
Obustronne wyjście z traktatu wskazywałoby, że takie będą konsekwencje. I także po obu stronach dawnych sygnatariuszy układu o INF pojawiają się wypowiedzi zdające się świadczyć, że tak teraz będzie. Wprawdzie są one póki co warunkowe – jak ostatnia wypowiedź prezydenta Władimira Putina – że jeśli, Amerykanie rozmieszczą swoje Rakiety, Rosja odpowie tym samym. Ale rozmieszczenie jakich rakiet przez Rosjan Waszyngton uzna za wystarczający warunek, aby rozmieścić swoje i przerzucić za to odpowiedzialność na Moskwę?
To pytanie bez oczywistej odpowiedzi. Ale też wskazujące na istotę problemu, jak również podsuwające nieco bardziej optymistyczny punkt wyjścia dla futurologicznych rozważań. Chodzi mianowicie o to, że rakiety, których dotyczył traktat – przede wszystkim SS-20 i „Pershingi” przy obecnym stanie technologii byłyby co najwyżej muzealnymi eksponatami. Przemysły zbrojeniowe i USA i Rosji dawno popracowały systemy dużo bardziej zaawansowane. Co więcej – takie, których parametry istotnie mogą budzić wątpliwości, czy podpadają pod traktatowe ograniczenia, czy też nie. A tego właśnie dotyczy spór. I choćby z tego powodu traktat należałoby w tym zakresie doprecyzować. Druga sprawa – trzeba zdać sobie sprawę, że świat dzisiejszy, przy wszystkich paralelach, jakie możemy przywołać, nie jest światem z 1987 r. Sytuacja, także geopolityczna i strategiczna, wbrew pozornym podobieństwom nie jest powtórzeniem tej sprzed ponad 30 lat. Na scenie są również i inni aktorzy – i tu wypada się zgodzić z Donaldem Trumpem – że chodzi m.in. o Chiny. Czysto dwustronna umowa rozbrojeniowa nie jest więc w takiej sytuacji rozwiązaniem adekwatnym.
Traktaty międzypaństwowe nie są rozwiązaniami „na wieczność”. Wcześniej czy później muszą być redefiniowane, aby mogły spełniać swoją funkcję. Raz może odbyć się to w sposób aksamitny, innym razem oznacza to rozpoczęcie kolejnej rozgrywki. Oczywiście, mniej nerwów by kosztowało resztę świata, gdyby i tym razem tak było, żeby dokonało się to w mniej napiętej atmosferze, ale zważywszy obecny klimat w stosunkach amerykańsko-rosyjskich i amerykańsko-chińskich, trudno by było realistycznie założyć, że droga mniej „pokerowa” byłaby możliwa. Pozostaje zatem czekać, co ona przyniesie, apelować o porozumienie. I – contra spem spero – być dobrej myśli.

Józef Rotblat nie był naiwny

Dobrze się stało, że w roku bieżącym ukazała się biografia Józefa Rotblata – „Noblista z Nowolipek”.

 

Autor książki Marek Górlikowski przedstawił trudne życie wielkiego fizyka w Polsce, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Był Rotblat uczestnikiem i współtwórcą ważnych wydarzeń. Jako pracownik naukowy wchodził – w czasie drugiej wojny światowej – w skład elitarnego zespołu realizującego projekt Manhattan, który umożliwił wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych w broń atomową. Po wielu latach stał się bliskim współpracownikiem Bertranda Russella i współorganizatorem ruchu Pugwash, którego celem było stopniowe eliminowanie broni jądrowej Przez wiele lat był przywódcą tego ruchu.

Mam nadzieję, że ta pożyteczna książka przyciągnie zainteresowanie szerokich rzesz czytelników. Jest rzeczą zrozumiałą, że zainteresowanie okazali jej recenzent i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jednakże w ich tekstach są uchybienia i nieścisłości.

W recenzji Wojciecha Orlińskiego (Pokuta za atom, „Gazeta Wyborcza”, 7 sierpnia 2018 r.) nie ma nazwisk Alberta Einsteina i Bertranda Russella. A Józef Rotblat nie był sam.

Paweł Smoleński w artykule pod bałamutnym tytułem Pacyfista cudownie naiwny („Gazeta Wyborcza”, 3 września 2018 r.) kilkakrotnie określa Rotblata jako założyciela ruchu Pugwash. Jest to nieścisłe. Był nim Bertrand Russell, który zaprosił do współpracy Józefa Rotblata. Smoleński pisze: „Lecz mimo wszystkich zastrzeżeń stało się tak, jak wiele lat wcześniej przewidział jeden z ojców chrzestnych (obok Alberta Einsteina) Pugwash sir Bertrand Russell. Ten najwybitniejszy logik minionego stulecia,filizof, matematyk i laureat literackiego Nobla prorokował, że Rotblat Nagrodę Nobla dostanie.. Potrzebna korekta – powinno być lord Bertrand Russell. Warto dodać, że Russell tytuł lorda odziedziczył po swoim dziadku Johnie, który w czasach królowej Wiktorii dwukrotnie był premierem Wielkiej Brytanii. Tytuł sir otrzymał natomiast Józef Rotblat w roku 1998.

 

Geneza ruchu Pugwash

Albert Einstein i Bertrand Russell byli przekonani, że broń atomową należy wyeliminować, a pierwszym i najpilniejszym krokiem w tym kierunku powinno być wstrzymanie próbnych eksplozji zatruwających świat śmiercionośnymi izotopami.

W latach 1950-tych ciągłe eksplozje nuklearne dokonywane przez ZSRR i USA miały dwojaki sens. Przywódcy polityczni i generałowie używali ich dla straszenia drugiej strony, do demonstrowania jak bardzo są przeciw „czerwonemu niebezpieczeństwu” i „imperialistycznemu zagrożeniu”.Te niebezpieczne, infantylne popisy ciągle zwiększały ilość szkodliwych izotopów w atmosferze. Celem próbnych eksplozji było też „doskonalenie” arsenałów jądrowych i „oswajanie” społeczeństw z nową bronią. Generałowie twierdzili, że bomby nuklearne to po prostu nowy rodzaj broni z którego nie należy rezygnować. Gdy ktoś mówił o wyjątkowo okrutnych skutkach tych broni, generałowie i ich zwolennicy w mediach odpowiadali, że dynamit i karabiny maszynowe też kiedyś uznawano za okrutne i niedopuszczalne.

Gdy dochodziło do rozważań o zakazie lub ograniczaniu prób nuklearnych, to z Waszyngtonu dobiegały głosy o potrzebie kontroli na miejscu, a z Moskwy, że taka kontrola to zalegalizowane szpiegostwo. Tylko uczeni o wielkim autorytecie mogli udowodnić, że po pierwsze wojna światowa z użyciem broni atomowej oznaczałaby koniec życia na Ziemi, po drugie, że bez kontroli na miejscu możliwe jest sprawdzenie, czy układ o ograniczaniu prób jest przestrzegany.

23 grudnia 1954 roku Bertrand Russell wygłosił przemówienie radiowe o możliwości zniszczenia życia na Ziemi przez eksperymenty nuklearne. Po tym przemówieniu otrzymał ogromną ilość listów z wielu krajów. Jeden z tych listów pochodził od wielkiego fizyka – francuskiego noblisty Fryderyka Joliot-Curie (zięcia Marii Skłodowskiej-Curie), członka Francuskiej Partii Komunistycznej, a w latach wojny – bojownika ruchu oporu. W 1945 roku szef rządu Charles de Gaulle mianował go Wysokim Komisarzem Komisji Energii Atomowej. W roku 1950 został z tego stanowiska zdjęty za swą postawę komunisty.

Fryderyk Joliot-Curie był człowiekiem zaufanym i wielkim autorytetem dla ówczesnych przywódców Związku Radzieckiego. W oczach Russella był on ważnym partnerem do rozmów o powołaniu międzynarodowego ruchu uczonych na rzecz rozbrojenia nuklearnego. Tekst radiowego wystąpienia Russella stał się podstawą dokumentu znanego jako Manifest Russella-Einsteina.

Oczekiwania Russella wobec najwybitniejszego fizyka ówczesnej Francji sprawdziły się. Po kilkugodzinnej rozmowie w Paryżu uzyskał podpis Joliot-Curie pod Manifestem.

18 kwietnia 1955 roku, w czasie lotu z Rzymu do Paryża, Russell usłyszał – wygłoszoną przez kapitana samolotu – wiadomość o śmierci Alberta Einsteina. Był zdruzgotany . Wkrótce przekonał się jednak, że nie wszystko stracone. Kiedy przybył do paryskiego hotelu otrzymał kopertę zawierającą tekst Manifestu z podpisem Einsteina. Był to zapewne ostatni podpis, jaki złożył twórca teorii względności.

9 lipca 1955 roku Russell organizuje zebranie w Caxton Hall w centrum Londynu (Westminster). Russell – matematyk, logik i filozof – był także znakomitym popularyzatorem fizyki, jednakże przygotowując zebranie na temat Manifestu postanowił powierzyć przewodnictwo wybitnemu fizykowi, który mógłby – w miarę potrzeby – wyjaśnić techniczne szczegóły broni jądrowej. Wybrał do tej funkcji profesora Józefa Rotblata, którego rok wcześniej poznał jako partnera-współuczestnika telewizyjnej dyskusji w BBC. Po zebraniu w Caxton Hall Russell podejmuje prace przygotowawcze do postulowanej międzynarodowej konferencji uczonych reprezentujących Zachód i Wschód. Do tych prac zaprosił Rotblata i brytyjskiego noblistę Cecila Powella.

Na adres Russella napłynęło kilka propozycji dotyczących miejsca konferencji i pokrycia jej kosztów. Ostatecznie wybrał ofertę swego przyjaciela, milionera Cyrusa Eatona, który wziął na siebie pokrycie kosztów podróży i utrzymania uczestników oraz kosztów organizacyjnych. Eaton postawił tylko jeden warunek. Konferencja powinna odbyć się w Pugwash – miejscu jego urodzenia. Była to mała miejscowość rybacka w Nowej Szkocji w Kanadzie. Warunek ten został przyjęty.

Konferencja z udziałem 22 fizyków odbyła się w dniach 7-11 lipca 1957 roku. Schorowany Russell liczący wówczas 85 lat nie mógł przybyć do Pugwash. Jego przemówienie zostało odtworzone z taśmy. O przebiegu obrad codziennie przez telefon informował go Rotblat. W późniejszym okresie Russell uczestniczył jedynie w konferencjach, które odbywały się w Wiedniu i Londynie.
Russell był przewodniczącym ruchu Pugwash, a Rotblat – sekretarzem generalnym.

 

Pominięty wywiad

Profesora Rotblata poznałem w okresie pracy nad książką Bertrand Russell. Biografia polityczna. Ukazała się ona w 1999 roku (wyd. Atla 2, Wrocław).Była recenzowana m.in. w „Trybunie”

W roku 1996 w czasie pobytu prof. Rotblata w Warszawie przeprowadziłem z nim wywiad na temat Lojalność wobec rodu ludzkiego, który zamieściła „Rzeczpospolita” (29-30 czerwca 1996 r.). Wywiad ten w książce Marka Górlikowskiego nie został wzięty pod uwagę. A szkoda, bo wyjaśniał on motywację Rotblata w jego działalności na forum Pugwash.

W trakcie rozmowy poprzedzającej wywiad zapytałem o rolę Russella w kierowaniu ruchem. W niektórych publikacjach był bowiem Russell przedstawiany jako postać-symbol, albo wręcz figurant a nie jako rzeczywisty przywódca. Mój rozmówca kategorycznie zaprzeczył. Stwierdził, że systematycznie informował sędziwego filozofa o działalności ruchu i otrzymywał od niego pożyteczne wskazówki i sugestie. Tak więc Russell do końca życia wywierał wpływ na kierunek działań ruchu Pugwash, który stał się uznaną instytucją międzynarodową.

 

Przywódcy nie byli naiwni

Po śmierci Russella (2 lutego 1970 r.) Józef Rotblat stał się dominującym przywódcą ruchu w jego staraniach na rzecz całkowitego zakazu prób z bronią jądrową, przeciwstawianiu się rozpowszechnianiu tej broni oraz – w dalszej perspektywie – jej całkowitego wyeliminowania.

Dyskusje na konferencjach Pugwash doprowadziły do istotnych wniosków praktycznych:
– Techniki i metody sejsmiczne sprawiają, że kontrola na miejscu nie jest konieczna,
– Odczuwalne ograniczenie opadów radioaktywnych jest możliwe przy dopuszczeniu eksplozji podziemnych.

Układ o zaprzestaniu prób z bronią jądrową na ziemi, w powietrzu i pod wodą, podpisany przez trzy mocarstwa nuklearne – USA, ZSRR i Wielką Brytanię – w dniu 5 sierpnia 1963 roku wynegocjowany został przy uwzględnieniu dyskusji na forum ruchu Pugwash. W układzie tym było ustępstwo na rzecz generałów w postaci dopuszczalności prób podziemnych. Te ostatnie w latach późniejszych (1974 i 1976) były stopniowo ograniczane poprzez kolejne porozumienia międzynarodowe. Całkowity zakaz wszelkich prób z bronią jądrową – stanowiący cel wieloletnich starań Józefa Rotblata – podpisany został 24 września 1996 roku. Za te działania parlament Norwegii przyznał Pokojową Nagrodę Nobla za rok 1995 prof. Rotblatowi oraz ruchowi Pugwash.

Dochodzenie do wyżej wymienionych porozumień międzynarodowych było możliwe dzięki temu, że argumenty przedstawiali kompetentni uczeni będący autorytetami dla rządów wielkich mocarstw. Zgodnie z zasadami ustalonymi przez Russella i Rotblata konferencje Pugwash miały charakter poufny i były skoncentrowane ściśle na problematyce zbrojeń nuklearnych.

Podejmowanie jakichkolwiek innych tematów mogłoby doprowadzić do przerwania konferencji przez jedną ze stron. Russell i Rotblat wykazywali wielką mądrość polityczną w unikaniu na forum Pugwash krytyki poszczególnych rządów bez względu na motywy tego rodzaju krytyki. Wykazywali również umiejętność pozyskiwania do poufnych rozmów uczonych posiadających nie tylko sławne nazwiska, ale również zaufanie wpływowych polityków. Nie było to łatwe. Po obydwu stronach „żelaznej kurtyny” generałowie twierdzili, że przeciwnik nigdy nie zrezygnuje z doskonalenia broni jądrowej i że całkowity zakaz prób byłby „utopijny”, „szkodliwy”, „kapitulancki” itp. Wbrew tym twierdzeniom ruch Pugwash stworzył możliwość przerwania serii eksplozji na ziemi, pod wodą i w powietrzu. Bez tego wielu z nas nie byłoby na świecie, a wielu innych cierpiałoby na straszliwą chorobę popromienną.

W zakończeniu powyżej przywołanego artykułu Paweł Smoleński pisał, że Rotblat „nagrodę otrzymał w niepewnym czasie, po co najmniej zagmatwanych dziejach ruchu Pugwash i w duchu tej cudownie szczerej naiwności wielu wspaniałych ludzi Zachodu głoszących, że „better red than dead”. Najpewniej lepiej być czerwonym niż martwym, lecz z pewnością nie na każdych warunkach”.

Rozważania, że „lepiej być czerwonym niż martwym” miały miejsce w okresach wielkich napięć i groźby światowej wojny nuklearnej. Kiedy napięcie opadało i dochodziło do – zaskakujących wówczas – układów oddalających niebezpieczeństwo kataklizmu wówczas rozważania „czerwony czy martwy” stały się bezprzedmiotowe. Poszukiwanie związku pomiędzy Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla z 1995 roku, a „duchem cudownie szczerej naiwności” jest – łagodnie mówiąc – zupełnie nieuzasadnione.

 

Marek Górlikowski – „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”, wyd. Społeczny Instytut Znak, Krakow 2018, str. 340, ISBN 978-83-240-5540-1.

O realizmie na temat Rosji RECENZJA

Witold Modzelewski, znany ze swej działalności naukowej i doradczej w dziedzinie prawa podatkowego napisał i wydał w ostatnich latach cztery książki na temat relacji Polska-Rosja. W roku 2014: Polska-Rosja. Szkice. W roku 2015: Polska-Rosja. Co dalej? W roku 2016: Polska-Rosja. Wojny nie będzie. I ostatnią, w roku 2017: Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Przedmiotem tej recenzji jest książka ostatnia, refleksyjny zbiór esejów historyczno-politologicznych ukazujących historyczny kontekst Rewolucji Październikowej, jej kreatorów i realizatorów, układ interesów w ówczesnym świecie, który doprowadził do tego wydarzenia i długofalowe konsekwencje sprawowania władzy w Rosji przez bolszewików.
Jeżeli przyjąć za pewnik wszystkie przedstawione w książce fakty historyczne dotyczące projektu „Rewolucja Październikowa”, to należy od nowa napisać historię Rosji, Europy i świata, wskazując na innych bohaterów i zupełnie inny układ wydarzeń, które przeorały naszą cywilizację i zmieniły świat. Celem publikacji jest bowiem naświetlenie od nowa układu interesów w przedrewolucyjnej Rosji, jak też relacji w układzie ówczesnych graczy globalnych: Rosji, Niemiec, Austrii, W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Główną siłą napędową wydarzeń był wówczas wg autora plan marginalizacji rozwijającej się dynamicznie na przełomie XIX i XX wieku Rosji i sprowadzenie jej w perspektywie do roli kraju zależnego, głównie od Niemiec. Istotą planu było wywołanie chaosu w Rosji, jej ewentualny podział i sprowadzenie do roli dostarczyciela surowców, a nie kraju rozwiniętego przemysłowo i kulturalnie. Rolę siły dezintegrującej wzięli na siebie bolszewicy, których działalność od początku miała charakter destrukcyjny, antyrosyjski.
Jednym z głównych wątków książki jest sprawa relacji: bolszewizm a narodowy interes Rosji. Autor jednoznacznie argumentuje, że istnieje głęboki rozdział i faktyczna sprzeczność pomiędzy celami i dążeniami bolszewików a narodem rosyjskim. Bolszewicy, ich ideologia i program, to było narzędzie mające na celu zniszczenie Rosji.
W książce ukazującej się na rok przed 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę obecny jest pogłębiony wątek polski, zarysowany pod kątem rozpoznania i zewidencjonowania wszystkich faktów i argumentów i historycznych a także współczesnych, za i przeciw zbliżeniu stosunków Polski z Rosją. Autor w swej analizie procesów historycznych sięga do nieznanych kulis układów europejskich i globalnych w końcowych latach XIX wieku, ukazując grę pomiędzy ówczesnymi mocarstwami. Zwraca szczególnie uwagę na interesy polskie w konfrontacji z wielkomocarstwową polityką Niemiec, Rosji, W. Brytanii i Francji. Szczegółowo analizuje długofalowe aspekty polityki niemieckiej, wskazując na jej ciągłość w całym okresie istnienia państwa niemieckiego od momentu jego ukształtowania w XIX wieku.
Na uwagę zasługuje wątek książki dotyczący praktycznego wymiaru aktualnych relacji Polska-Rosja w obszarze kreowanych w Polsce opinii. Autor powołuje się na wydane już książki na temat Rosji i wyciąga z nich jedno ważne zdanie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Witold Modzelewski twierdzi, że osób nie rozumiejących w Polsce rosyjskiej rzeczywistości jest wiele. Można podzielić polskie społeczeństwo na kilka charakterystycznych grup, w oparciu o przypisane im, kreowane aktualnie opinie dotyczące Rosji. Wymieniając po kolei za autorem książki są to: rusofobi zadeklarowani, którzy twierdzą, że Rosja to „azjatycka dzicz” zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”. Druga grupa to antykomuniści, którzy wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego. Dla nich całe zło bolszewizmu ma wyłącznie rosyjskie korzenie, a Władzimir Putin jest kryptokomunistą, który dąży do odtworzenia ZSRR. Trzecią grupę stanowią post Polacy, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest zjednoczona Europa. Reszta ich nie obchodzi. Wreszcie czwarta grupa to niedouczona część pokolenia III RP – Lemingi, którym myli się Powstanie Styczniowe z Powstaniem Warszawskim. Generalnie wg autora „mają wszystko w dupie”.
Ciekawe rozważania snuje autor wobec problemu strachu przed Rosją. W swoim wariancie realistycznym uważa, że „…strach jest wyłącznie tworem medialnym tych nielicznych, którzy się boją, a chcą zmobilizować większość, by bała się razem z nimi… Z tego co wiem, nikt na przysłowiowej ulicy nie boi się Putina. Wręcz odwrotnie – zwykli ludzie, widząc wszechobecny, „liberalny” bajzel i niemoc twierdzą, że ktoś na tę miarę przydałby się w Polsce. Nie wyjaśnia to jednak przyczyn strachu „elyt”; może to jest strach irracjonalny”. Twierdzi on dalej, że „…poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich…”.
Sięgając do historii przemian w Europie po I wojnie światowej i powstania m.in. niepodległego państwa polskiego autor zadaje kilka dość zasadniczych pytań inspirujących do przeszukiwania archiwów berlińskich i wiedeńskich, tak się bowiem złożyło, że Niemcy kajzerowskie i cesarska Austria współdziałając tworzyły podwaliny nowej Europy na początku XX wieku. Pytania dotyczą m.in. Józefa Piłsudskiego i jego roli po uwolnieniu w 1918 roku z magdeburskiego więzienia a także skali współpracy polskich i bolszewickich socjalistów, kontakty trwały bowiem aż do śmierci Piłsudskiego. Inne zasadnicze pytanie autora dotyczy przewrotu bolszewickiego w listopadzie 1918 roku, który zmienił historię świata. Czy został on wykonany na rozkaz z Berlina obalenia tymczasowego rządu Republiki Rosyjskiej, z którym chciał zawrzeć pokój główny sojusznik – austriacki Wiedeń.
Poza wątkami historycznymi i wielu pytaniami, książka Witolda Modzelewskiego zawiera obszerny wątek współczesny, który można określić jako ważny problem współczesności: „kiedy i dokąd od bolszewizmu i zimnej wojny?”.
– Od ćwierć wieku – czytamy w książce Witolda Modzelewskiego – nie ma radzieckich armii pancernych nad Łabą, nie ma radzieckiego komunizmu, nie ma nawet tamtego państwa. Zostało jednak zredukowane militarnie NATO, którego sensem istnienia jest wykreowanie Rosji jako wroga… Dziś nikt, ani państwa naszego europejskiego zadupia, ani tym bardziej Ameryka, nie chce się uwikłać w żaden nowy, długotrwały konflikt militarny, zwłaszcza z kimś, kto był, jest i będzie groźny. Aby tak się stało, trzeba odsunąć w cień tych, dla których straszenie wojną jest treścią istnienia… Nowy prezydent USA prędzej, czy później zakończy polityczną izolację Rosji, wpychając ją tylko w ramiona Chin, i rozpocznie coś, co ma już nazwę – proces pokojowy…”.
W swej dogłębnej diagnozie autor stawia dość zasadniczy problem dotyczący roli Polski w nowym układzie postjałtańskim, w którym mamy stabilne granice, a na wschodzie i zachodzie dwa konkurencyjne mocarstwa, które nie wyzbyły się swych przyzwyczajeń i doświadczeń historycznych. Uważa on, że my Polacy nie powinniśmy popełnić błędu w generalnej diagnozie status quo, gdy oceniamy współcześnie Rosję i jej politykę. Zasadnicze pytanie dotyczy prawidłowości poglądu, że dzisiejsza Rosja jest czwartą wersją państwa bolszewickiego lub alternatywnie jest państwem, które chce pozbyć się bolszewickiego piętna, stać się przedrewolucyjną Rosją i kontynuować jej tradycję i wartości.
W przypadku pierwszym Polska znajduje się pomiędzy dwoma współpracującymi ze sobą mocarstwami, dla których wojna 1941-45 była epizodem, a Rosja pozostanie państwem realizującym niemieckie teorie socjalistyczne, wrogie samej Rosji, jej tradycji, słowiańszczyźnie i chrześcijaństwu. Patrząc z tej pozycji berlińscy politycy uważają Moskwę za swego najważniejszego partnera i z tego wypływa ich stosunek do Polski, jako największego kraju środkowej Europy. W tym przypadku twierdzi autor, osią polskiej polityki powinno być antagonizowanie stosunków niemiecko-rosyjskich, na ile to będzie możliwe.
W drugiej diagnozie inaczej rysuje się pozycja Polski, bowiem Niemcy i Rosja jako konkurenci na forum europejskim i globalnym będą walczyli o swoją pozycję gospodarczą i polityczną. Polem konfrontacji będzie też Europa środkowa i wpływy w Polsce. Polska może wówczas stać się znacznie ważniejszym graczem, który może wykorzystać swoje położenie jako atut, a nie przekleństwo. Możemy wówczas być symetrystami, zwiększyć swą niezależność, stać się pełnoprawnym uczestnikiem i beneficjentem polityki regionalnej, również licytować, kto da więcej. Nie przeczyłoby to też naszej obecności i pozycji w Unii Europejskiej i NATO.
W konkluzji autor stwierdza: „A jaka diagnoza dominuje w oficjalnej, polskiej narracji? Zdecydowanie pierwsza. I to nas pcha, czy chcemy czy nie chcemy, w objęcia Berlina…”
Przyznam, że z dużym zainteresowaniem i uwagą czytałem tę książkę. Zawiera ona bowiem niezwykle bogaty materiał faktograficzny dotyczący tematu Polska-Rosja-Niemcy zarówno w sensie historycznym, jak i merytorycznym. Chodzi o niezwykle ciekawe interpretacje historyczne i politologiczne, wielowątkowość rozważań i poszukiwanie mądrych alternatyw, jeśli chodzi o sferę rozważań perspektywicznych.
Książka ta nie spodoba się wszystkim, bowiem jest do bólu prawdziwa i szczera. Autor nie zagłaskuje rzeczywistości, nie pomija niewygodnych faktów historycznych.
Obiektywizm tej książki bierze się z faktu, że autor nie wkracza na zdradliwe pole konfrontacji ideologicznej. Warto ją przeczytać; polskim elitom rusofobicznym potrzebny jest zimny prysznic i odrobina refleksji.

 

Witold Modzelewski, Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Instytut Studiów Podatkowych. Warszawa 2017, stron 255.

Ni to wojna, ni to rozejm

W Korei każdy miał swój Stalingrad.

Tamtej wojny wszyscy spodziewali się od miesięcy, ale jej wybuchł wszystkich zaskoczył . Latem 1950 roku dwa istniejące już państwa koreańskie przygotowywały się do obchodów pierwszych rocznic swego istnienia. Na południu, w Republice Korei dyktatorsko rządził prezydent Ly Syng Man. Wspierała go administracja USA. Na północy w Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej rządził Kim Ir Sung, znany w Polsce jako Kim Ir Sen. Wspierał go Związek Radziecki. Rządzący północą kraju stwarzali wówczas pozory demokracji. Represjom poddano przede wszystkim związanych z niedawnymi japońskimi okupantami właścicieli ziemskich, policjantów i urzędników. Na południu tajna policja Ly Syng Mana miała za zadanie zlikwidować wszystkie osoby podejrzane o sympatie „komunistyczne”, co w praktyce przekładało się na represjonowanie wszystkich przeciwników politycznych reżimu. W roku 1945 dotknęło to ponad 300 tysięcy osób.
Po klęsce w 1949 roku wspomaganego przez USA chińskiego generalissimusa Czang Kai – Szeka, administracja USA skupiła się na wspieraniu okupowanej Japonii. No i wyspy Tajwan, gdzie schroniła się armia Czanga pobita przez czerwoną amię przewodniczącego Mao. Z perspektywy mocarstwowych USA i ZSRR podzielona na dwie strefy wpływów Korea była stanem optymalnym. Wywiad amerykański informował o wycofywaniu się wojsk radzieckich z Korei i niechęci Stalina do zmiany status quo. W odpowiedzi Amerykanie też rozpoczęli wycofywanie swych wojsk, przerzucając je do sąsiedniej Japonii. Oba mocarstwa nie doceniły ambicji trzeciego. Powstałej 1 października 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej.

 

Azja wstaje z kolan

Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin, obiecał też Chińczykom przywrócenie im godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. A Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona.
Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już, że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się wtedy na wasalizowaniu państw Europy Środkowo – Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko – koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.

 

Zwroty akcji jak w serialu

Zaczęła się wczesnym rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakowało wojska południowo koreańskie. Te stawiły słaby opór, szybko poszły w rozsypkę. Nie miały ciężkiego sprzętu. Nigdy nie walczyły na froncie, nie uczono ich tego. Były przede wszystkim wsparciem policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów, lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe. Największymi przeszkodami w marszu były trudne warunki geograficzne i totalny brak dróg odpowiednich dla oddziałów zmotoryzowanych.
W sierpniu 1950 roku Armia Ludowa KRL – D oponowała już całe południe z wyjątkiem regionu wokół portu Pusan. Tam broniły się skoncentrowane resztki wojsk USA i niedobitki wojsk południowokoreańskich. Wydawało się, że wojska Kim Ir Sunga zjednoczyły Koreę. Ale 15 września następuje niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i kontruderzenie z „worka Pusańskiego”. W międzyczasie Amerykanie zmienili charakter tej lokalnej wojny. Korzystając z bojkotu przedstawicieli ZSRR obrad Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane marszami wojska północno koreańskiego. Potem siły ONZ żwawo ruszyły na północ kraju. W październiku około 90 proc. terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale teraz przez siły południa.
Kiedy w listopadzie armie ONZ zbliżały się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”. Chodziło o to aby Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia.

 

Jeszcze jedna atomowa?

Stalin wpadł w wściekłość, prezydent USA Truman w osłupienie, a generał Mac Arthur zaproponował odwetowe zrzucenie bomb atomowych na Chiny. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska pod sztandarem ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot akcji, tej ciągnącej się jak serial, wojny.
Ochotnicy wraz z formowanymi na nowo wojskami północnokoreańskimi pomaszerowały na południe i w styczniu 1951 roku zdobyły Seul. Dalszy marsz i odwrót utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam poniżej 20 C. Obie armie nie były do tego przygotowane. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy obie walczący strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie jwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób niż starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która załamała się. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej przeplatanej lokalnymi starciami.
W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych. Toczyły się one powoli. Aż wybór prezydenta Eisenhowera, zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną, śmierć Stalina i walka o schedę po nim, oraz brak znaczących efektów działań militarnych, zmusiły obie strony do podpisania 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38. Równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny. Rozejm podpisali dowódcy armii Korei Północnej, Chin i wojsk ONZ. Nie podpisał go reprezentant Korei Południowej, co bywa powodem podważania go przez władze KRL – D.
Straty wojenne trudne są do oszacowania, bo poza stratami wojsk walczącymi pod flagą ONZ, nie ujawniono innych precyzyjnych szacunków. Armia południowokoreańska mogła stracić ok. 0, 5 miliona żołnierzy, podobnie tyle armia z północy. Na pewno wojska ONZ straciły ponad 50 tysięcy żołnierzy, a straty chińskie szacuje się na 400 tysięcy. Straty ludności cywilnej ocenia się na ponad milion.
Dodatkowo ten przed wojną kraj został totalnie zniszczony, zwłaszcza w efekcie bombardowań lotniczych. Stolica Korei Północnej została całkowicie zburzona, Seul zrujnowany.
Długotrwały rozejm umocnił sfery wpływów w Korei i sprzyjał dyktatorskim rządom w obu krajach. Na południu wojsko obaliło znienawidzonego prezydenta Ly i korzystając z gwarancji bezpieczeństwa USA rozpoczęło w latach sześćdziesiątych budowę nowoczesnej gospodarki. Wzorowanej na japońskiej. Przemiany demokratyczne rozpoczęły się w Republice Korei dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. Dzisiaj jest to gospodarcza potęga ze specyficzną, azjatycką demokracja parlamentarną.
W Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej ekipa Kim Ir Sunga najpierw zlikwidowała konkurentów do władzy. Potem lawirując między chińskimi i radzieckimi protektorami stworzyła azjatycką satrapię i autarkiczną, podporządkowaną wojsku gospodarkę. Rząd klanu rodziny Kimów i wojskowej ,generalicji. Dysponującą skuteczną polisą bezpieczeństwa – gigantyczną armią i bronią atomową.
Lata mijają, zjednoczenie Korei, ani zawarcia pokoju nadanie widać.

Annus mirabilis (rok cudów) 1968

To był żywiołowy protest młodego pokolenia przeciw dominującej formie kapitalizmu i wojnie w Indochinach.

Annus mirabilis – łacińskie określenie odnoszące się do roku, w którym nastąpiło wiele ważnych, a nawet wyjątkowych – godnych szczególnego upamiętnienia – wydarzeń zyskało na popularności dopiero w XVII stuleciu. Upowszechnili je angielski dramaturg Thomas Dekker i nadworny poeta dynastii Stuartów John Dryden. Ten ostatni podawał jako przykład rok 1666, gdy doszło do wielkiego pożaru Londynu, który miała zażegnać cudowna boska interwencja. Wtedy też flota angielska w dniu św. Jakuba rozbiła flotę holenderską, Izaak Newton zaś dokonał swoich wielkich odkryć, m.in. prawa grawitacji. Wreszcie zapis roku 1666 zawiera wszystkie liczby rzymskie w malejącym porządku: MDCLXVI.
Z czasem pojęcie to ulegało stopniowej dewaluacji. Coraz częściej zdarzało się coś nadzwyczajnego w różnych częściach kuli ziemskiej. Ale po II wojnie światowej nie było aż tak wielu lat obfitujących w wydarzenia lub procesy o wielkiej wadze dla dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi.
Takim był np. rok 1989, gdy rozpoczęły się transformacje ustrojowe w Europie Środkowo-Wschodniej, które zaowocowały również zjednoczeniem Niemiec i końcem „zimnej wojny”, a przyczyniły się także do późniejszego rozpadu ZSRR. Ponadto miały miejsce tragiczne wydarzenia na placu Niebiańskiego Spokoju w stolicy Chin.
W tej liczbie bez wątpienia znajdują się też wydarzenia równo sprzed półwiecza – głównie w Europie (zwłaszcza we Francji i Republice Federalnej Niemiec), ale też w Stanach Zjednoczonych i Meksyku. Zostały one dziś trochę zapomniane i zabrakło m.in. więcej takich inicjatyw jak trwający obecnie przegląd filmów fabularnych
„Rok protestu 1968 w kinie europejskim”, aby przywołać tylko tę jedną, nader wartościową.

Sens i odmiany protestu

Mimo istnienia obszernej literatury przedmiotu nie ma pełnej zgody co do ujęcia tej kwestii. Daniel Cohn-Bendit (nazywany Dany le Rouge, Czerwony Dany) – jeden z liderów ruchu studenckiego, a później eurodeputowany zarówno z ramienia francuskich, jak i niemieckich Zielonych – w syntetycznym tekście „Nieuchwytne dziedzictwo roku 1968”, będącym wstępem do polskiego wydania książki „Maj ’68. Rewolta”, pisał: „Rok ’68 zmienił przede wszystkim tradycyjną kulturę, ciasny moralizm i zasady hierarchicznej władzy.
Odmienił życie społeczne, style życia, język, seks itd. Po to, aby stworzyć nową formę rebelii, ruch – mimo swej skali – trzymał się z dala od przemocy.
(…) Bunt był formą politycznej ekspresji, ale jego celem nie była władza polityczna jako taka. Egzystencjalne jądro tej rewolty uczyniło ją wręcz nieprzekładalną na język polityki. Pragnienie wolności, które niosło ruch, z konieczności wymyka się archaicznym stylom myślenia”. Pasowało to idealnie do przypadku Francji, ale niekoniecznie do wszystkich innych przypadków.
Zawirowania polityczne owego roku w naszej części Europy miały nieco inny charakter niż na zachodzie kontynentu, nie mówiąc o Ameryce Północnej. Tam był to żywiołowy protest głównie młodego pokolenia, szczególnie studentów, przeciw dominującej formie kapitalizmu, z silnym pierwiastkiem antywojennym. Wydarzenia marcowe 1968 r. w Polsce, których rocznicę tak niedawno w sposób godny obchodziliśmy nad Wisłą, potępiając szczególnie ewidentnie haniebną kampanię antysemicką, były w dużym stopniu pochodną wewnętrznych rozgrywek w kierownictwie PZPR. Z kolei o wiele bardziej burzliwe i dramatyczne procesy w Czechosłowacji, określane od stycznia 1968 r. – od momentu wyboru Alexandra Dubčeka na przywódcę partii komunistycznej – mianem Praskiej Wiosny, były głównie efektem tego, że ani Czesi, ani Słowacy nie mieli swojego antydogmatycznego Października ’56. Domagano się więc elementarnej liberalizacji politycznej.

Tekst ukazał się pierwotnie w tygodniku „Przegląd”. Publikujemy jego fragmenty dzięki uprzejmości autora. Całość do przeczytania w najnowszym „Przeglądzie”.