Minister przegranej wojny

Głównym zajęciem ministra sprawiedliwości jest walka z wymiarem sprawiedliwości.
Zbigniew Ziobro formalnie jest ministrem sprawiedliwości. Jego ambicje sięgają jednak daleko poza samo kierowanie resortem. Celem 50-letniego polityka jest zdobycie całkowitej kontroli nad aparatem oskarżania i ferowania wyroków. Ziobro sprawa wrażenie człowieka, dla którego nie ma obiektywnie istniejących niemożliwości na drodze do realizacji założonego planu.
Przy wsparciu rządu i mediów metodycznie niszczy resztki zaufania do polskiego sądownictwa, wykorzystując poczucie niesprawiedliwości z funkcjonowania sądów do utrzymania poparcia społecznego dla swoich reform. Społeczeństwo dowiaduje się, że sędziowie nie tylko sądzą niesprawiedliwe, ale również kradną batoniki na stacjach benzynowych i oszukują na reszcie w sklepach. Nicponie, najwyższy czas pogonić to towarzycho.
Ziobro niszczy istniejące instytucje, dając początek nowym podporządkowanym jego jurysdykcji. W jego armii służą już sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, posłuszni prezesi sądów powszechnych, członkowie neoKRS oraz Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym. Symboliczną klamrą spinającą dorobek ministra jest uchwalona właśnie ustawa kagańcowa.
Ofensywa Ziobry została wczoraj zatrzymana. Uchwała trzech Izb Sądu Najwyższego to dla ministra bolesny cios. 23 stycznia na konferencji prasowej widzieliśmy człowieka, który zdaje sobie sprawę, że przegrał ważne starcie, a próbuje przekonać swoich kibiców, że to nie on leżał na deskach. Ziobro z teatralną emfazą zapewniał, że „uchwała SN nie wywołuje skutków prawnych”, gdyż „została wydana z rażącym naruszeniem prawa”. Wiedział, że musi grać rolę twardego szeryfa do końca, gdyż tego oczekują jego wyborcy.
Czy pójdą za nim również sędziowie? Wątpliwe. W zasadzie jedynym rozsądnym wyjściem dla sędziego z neoKRS jest wstrzymanie się od orzekania i nie stawianie na szali własnej kariery. Bo jeśli teraz zachowa ostrożność, w przyszłości, po cofnięciu pisowskiej „reformy”, może utrzymać prawo do ferowania wyroków. Jeśli zaś teraz pójdzie za radą Ziobry, upadnie razem z ministrem, a nawet szybciej.Może się oczywiście zdarzyć, że któryś z sędziów uważa, że minister zwycięży w potyczce z SN i Unią Europejską, jednak w zdecydowanej większości sędziowie widzą, że Ziobro został sprowadzony do defensywy. Wyrok Sądu Najwyższego to tylko jeden z jego problemów. Trybunał Sprawiedliwości UE może lada dzień zawiesić Izbę Dyscyplinarną przy SN. Niezastosowanie się do decyzji Luksemburga oznaczać będzie najpierw wysokie kary finansowe, a w dalszej konsekwencji wylot z Unii Europejskiej. To zbyt duża stawka, której na stole nie położy nawet Jarosław Kaczyński.
Do Kancelarii Sejmu pukają również senatorowie, którzy chcą zobaczyć listy poparcia dla kandydatów wybranych do neoKRS w marcu 2018. Tego samego domaga się sędzia Paweł Juszczyszyn, który podczas dzisiejszego spotkania z dziennikarzami groził Ziobrze grzywną w razie dalszego blokowania dostępu do informacji, które mogą jasno wskazać na polityczną zależność KRS od władzy politycznej. Minister i jego ludzie robią wszystko, by moment ten opóźnić, próbując w międzyczasie rozegrać sytuację polityczną na swoją korzyść. Fakty są jednak takie, że Ziobro nie ma ruchu, po którym nie zanotuje straty ważnego pionka.
Paradoksalnie, najgorszym z możliwych wariantów dla Ziobry jest ten, w którym sędziowie z pisowskiego nadania pozostają masowo w składach orzekających. Każdy wydany przez nich wyrok będzie można zaskarżyć, dojdzie do chaosu na nieprawdopodobną skalę. To może doprowadzić do ostatecznego spadku zaufania do całego wymiaru sprawiedliwości, ale również do ministra, który całe zamieszanie sprokurował.

Bigos tygodniowy

Nie pozostaje nic innego jak uznać za trafne określenie Roberta Biedronia aktualnego lokatora Białego Domu, jako „furiata waszyngtońskiego”. To co robi Donald Trump przekracza nawet te wyśrubowane standardy, do których przyzwyczaili nas prezydenci USA. Można być jak ja, o tysiąc lat świetlnych od sympatii do Iranu, antypatycznego państwa totalitarnego, ponurej teokracji, a jednocześnie uznać skrytobójcze (bo tak to wypada określić) zabicie irańskiego generała Kasima Sulejmaniego za akt krańcowego szaleństwa. I ten człowiek (Trump) w chwilę po tym pisze na twitterze, że Iran „nigdy nie wygrał wojny, ale nigdy nie przegrał negocjacji). I znów wkrótce po tym grozi zniszczeniem zabytków Iranu (starożytnej Persji), co jest zapowiedzią zbrodni wojennej. I znów za chwilę grozi 52 odwetami za 52 krzywdy wyrządzone Stanom Zjednoczonym, co przypomina metodę hitlerowską. Ten człowiek wyraźnie podlega huśtawce emocjonalnej, zrównoważony to on nie jest, co w przypadku prezydenta USA jest przerażające. Na domiar wszystkiego sekretarz Pompeo oburza się, że Europa przyjęła szaleństwa Trumpa bez entuzjazmu. Jeśli Sulejmani był zbrodniarzem wojennym, trzeba było dążyć do postawienia przed trybunałem, a nie zabijać skrytobójczo. I pomyśleć, że Polska ma mieć tego furiata za najlepszego sojusznika i opiekuna! Impeachment byłby najlepszym rozwiązaniem, ale bardziej realna jest reelekcja tego….
*****
Władimir Putin nie jest bohaterem mojego romansu, ale ta uporczywość komentatorów od prawa do lewa w potępianiu go, to gorliwość i poprawność polityczna godna lepszej sprawy. Jeśli Putin powiedział, że Polska wywołała II wojnę światową, to minął się z prawdą. Jednak flirt II Rzeczypospolitej z III Rzeszą był faktem. Rozpoczął się paktem o nieagresji, i trwał poprzez wizyty niemieckich dygnitarzy ze szczytów władzy jak Goebbels czy Goering („Pan Goering znów do Białowieży na małe polowanko wpadł…”), wzięcie Zaolzia przy okazji monachijskiego rozbioru Czechosłowacji aż po wizyty Becka u Hitlera w Berchtesgaden i Ribbentropa w Warszawie zimą 1939 roku. Odnośnie wypowiedzi Putina warto odnotować satysfakcję wreszcie, jakiej doznaliby, gdyby żyli twórcy komedii filmowej „Jak rozpętałem II wojnę światową”, reżyser Tadeusz Chmielewski i główny bohater Franek Dolas, grany przez Mariana Kociniaka.
*****
Prymas Irlandii Eamon Martin wystąpił w obronie Grety Thunberg. Co na to Jędraszewski, który się nad nią wyzłośliwiał? Młodzi ekolodzy krakowscy powinni pójść pod jego pałac w najbardziej zasmogowanym mieście świata (tak jest!) z transparentem „Mój arcybiskup jest starą świnią ekologiczną”. I oczywiście od razu przeprosić świnie. Jedyne pocieszenie, że Jędrasz wdycha to samo powietrze, co jego owieczki.
*****
„Król Skorpion” ustąpił. Z nim jest trochę tak, jak z nieodżałowanym profesorem Geremkiem – nigdy nie było wiadomo czy będąc na schodach, schodzi czy wchodzi. Na czas obecny było to jednak jedyne rozsądne rozwiązanie bo Platforma tkwi w pacie. Tym ruchem okazał „Król Skorpion” polityczny rozsądek i zręczność, bo to jest jednak polityk pierwszej gildii, nie można mu odmówić pewnej klasy i zasług. Pojął, że swoją osobą obciąża przede wszystkim Kidawę-Błońską i jej szanse prezydenckie. Ale nie trzeba zapominać, że to jednak Skorpion, a skorpion może się zaczaić i kiedyś ukąsić znienacka kogo trzeba.
*****
Co do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, to największą wadą tej Wytwornej Damy Kier jest jej dobre wychowanie, maniery i kultura bycia, co osłabia jej szanse w społeczeństwie ludzi źle wychowanych. Ludzie na ogół nie przepadają za nadmiernie dystyngowanymi nauczycielkami, bo uważają ich sposób bycia za zawoalowaną postać wywyższania się, a nawet pogardy. Przesadzają, ale tak jest. Gdyby Polska była monarchią, to co innego. Królowej przyznaje się prawo do maksymalnej dystynkcji i noszenia korony, ale prezydentce demokratycznej już nie. Gdybym więc miał coś podsunąć jej spin doktorom pani Kidawy-Błońskiej, to zrobienie jej szybkiego, bo czas goni, treningu lekkiego zejścia z dystynkcji i manier. Chodzi o to by korona troszeczkę się jej na głowie przesunęła. Zdecydowane powinni też szybko poprawić jej sprawność retoryczną (są na to specjalne techniki instant), która rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia. Radzę to bez kpiny, z dobrego serca, na wypadek, gdyby do drugiej tury nie wszedł kandydat lewicy.
*****
Na kur-wizji, złotousty konfederat Grzegorz Braun próbował przebić się z tajemniczym wątkiem zgubionego czy zniszczonego laptopa Ziobra, w którym podobno są jakieś kompromitujące dla tegoż materiały. Coś musi być na rzeczy, bo funk. propag. Klarenbach gasił go intensywnie i nerwowo. Na razie wokół sprawy cisza.
*****
„W dzisiejszych atakach na duchowieństwo czuć podobną żądzę mordu. Nie mogą zamordować fizycznie, to chcą zamordować duchowo. Wysyłają do piekła. Trzeba się przed tym bronić i to odsłaniać, podobnie jak Jezus odsłaniał” – powiedział w Telewizji Trwam ksiądz Oko. A na razie ci prześladowani zaczynają instalować w kościołach tacomaty. Bo co najbardziej lubią księża? „Kase, misiu, kasę”. Jak ten proboszcz, co nazwał parafian „skąpcami”, bo mu dali za mało kasy na drzwi. tekst

Elity PiS zaniemówiły. Ze wstydu?

Kalesony Pietrzaka

Co się w tej naszej Polsce porobiło. Pan prezes Kaczyński wygrał wybory. I milczy.
O jego nowych wspaniałych, uszczęśliwiających Naród „piątkach”, „siódemkach”, czy „jedenastkach” w mediach „Dobrej Zmiany” już nie słyszymy.
Milczy pan premier Morawiecki, chociaż nieraz już dowiódł, że co jak co, ale „gadane” to on ma. A teraz żadnych zapowiedzi kolejnych, iście herkulesowych prac jego ministrów już nie słyszymy.Żadna nowa, kolejna wizja budowy przedwojennej „Luxtorpedy” już nie pada.
Jak żyć panie premierze, kiedy pan milczy?
Milczy też pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Dzielna, jeszcze niedawno aktywna husarka „Dobrej Zmiany”. Teraz okopała się w szańcu na Wiejskiej. Nie wychyla się ani na chwilę.
Milczy jeszcze niedawno wielce wymowny pan marszałek Stanisław Karczewski. Ale kiedy już przestał być panem marszałkiem, to tak jakby mowę mu odebrało. Zresztą nie tylko mowę stracił. Okazuje się, że ten polityk i lekarz, który jeszcze niedawno wielce pouczał młodych strajkujących lekarzy, ratowników medycznych i rehabilitantów, że służba zdrowia to misja i czasem trzeba też „pracować dla idei”, w tym samym czasie bezprawnie zagarniał setki tysięcy złotych rocznie dzięki „dyżurom” w bliskim mu szpitalu. Być może też „dyżurom” fikcyjnym, odpracowanym dzięki złodziejskiej księgowości.
Milczy wymownie pan prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie pana posła Zbigniewa Ziobry. Sumienie moralne Prawa i Sprawiedliwości.
Milczy pan minister spraw wewnętrznych i nadzorca służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jeszcze niedawno stawiany za wzorzec rycerza „Dobrej Zmiany”. Prawy i uczciwy. Bat na aferzystów, zwłaszcza tych z liberalnej PO. Taki „Dzierżyński” pana prezesa Kaczyńskiego.

Nie chce za to milczeć pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jeszcze niedawno „złoty chłopak PiS”. Prezentowany w mediach narodowo- katolickich jako wzór do naśladowania dla patriotycznej młodzieży. Szczery antykomunista od urodzenia. Towarzysz broni pana Mariusza Kamińskiego z czasów konspiracji. Niezłomny pro państwowiec tropiący „mafie VAT-owskie”. Człowiek z kryształu, jak rzekł pan Marszałek Karczewski.

Miś Ziobry i Jakiego

Pan prezes Banaś przestał milczeć, bo zapewne zrozumiał, że w tym mafijno podobnym układzie politycznym stworzonym przez prominentów PiS, jedynie sypanie, oskarżanie politycznych konkurentów może zapewnić bezpieczeństwo Banasiowi i jego rodzinie.
I pewnie dlatego dowiedzieliśmy się, że inne „złote dziecko” PiS, jak były wiceminister sprawiedliwości, obecny euro deputowany z listy PiS, pan Patryk Jaki nadzorował ministerialny pogram organizowaniu pracy dla więźniów.
Program przepięknie prezentowany w mediach narodowo- katolickich. A w rzeczywistości, zapewne kolejny „Miś”. Czyli rozbuchany, wielce kosztowny i bezsensowny ekonomicznie projekt.
Drogi, bo wtedy z gigantycznego budżetu łatwiej można „wyprowadzić”, „zoptymalizować”, czyli zwyczajnie ukraść publiczne pieniądze. Pieniądze wszystkich podatników, czyli nasze.
Przed ostatnimi wyborami w kręgach dziennikarzy, komentatorów politycznych i kandydujących do parlamentu polityków krążyła, zaczerpnięta ponoć z polskich bazarków, przepowiednia. PiS miał znowu wygrać wybory, bo polski lud, wcale nie taki ciemny i głupi, uznał, że chociaż elity „Dobrej Zmiany” kradną jak te poprzednie z koalicji PO- PSL, to jednak tym razem elity pana prezesa Kaczyńskiego nie zapominają o potrzebach ludu.
Nawet jeśli zagarniają dla siebie, ale też „dzielą się” z ludem przyrastającym bogactwem Polski. Wypłacają 500+, trzynaste emerytury, obiecują podwyżki.
Słuchając przekazów i zawiadomień pana prezesa Najwyższej Izby Kontroli można odnieść wrażenie, że elity PiS, te „złote dzieci” pana prezesa Kaczyńskiego, uwierzyły w taką przepowiednie.
Uznały, że można bezkarnie kraść, tylko trzeba jakąś działkę ludowi odpalić. I wtedy nasycony programem 500+ dobry lud złodziejstwo elitom wybaczy.
Można odnieść takie wrażenie na poważnie, bo nagle wszyscy liderzy „Dobrej Zmiany” zamilkli w tej sprawie. Milczy pan prezes Kaczyński. Milczy jego pan premier, pani Marszałek Sejmu RP. Nawet pan wicemarszałek Terlecki, uważany za wiernego psa politycznego pana prezesa, ani nie warknie na pana prezesa Banasia.
Milczą też bojowi, żarliwi niedawno narodowo-katoliccy publicyści. Bracia Karnowscy. Rodzina Wildsteinów. Piotr Semka. Milczy nawet pierwszy zagończyk prawicy Rafał Ziemkiewicz.
W licznych, wysokonakładowych narodowo- katolickich mediach nie dyskutuje się o aferach ujawnianych przez pana prezesa NIK Mariana Banasia.
Oczywiście, gdyby podobne afery dotyczyły polityków opozycji, to zagościłyby od razu i na czołówkach tychże mediów.
A tak obcując dziś z nimi można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem Polski i Polaków jest nadal nie zrealizowany projekt monumentalnego pomnika Bitwy Warszawskiej z roku 1920.
Pomnik, lansowany przez byłego „komunistę”, wielce zasłużonego kabareciarza Jana Pietrzaka, ma mieć formę wielkiego Łuku Triumfalnego. Stojącego na obu brzegach Wisły, w wersji monumentalnej. Albo na Placu na Rozdrożu, w wersji minimalnej.
Czy stać nas duży Łuk czy mniejszy? O to spierają się teraz elity PiS.
Niestety zaprezentowany projekt pomnika, jest wielce szkaradny, jak wszystkie inne pomniki postawione przez elity „Dobrej Zmiany”. Jak żywo przypomina wojskowe kalesony. Takie jakie nosił mój tatuś w czasie przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Słuchając informacji pana prezesa Banasia o złodziejskich projektach nadzorowanych rzekomo przez ministrów sprawiedliwości można przyjąć, że ten monumentalny Łuk będzie kolejnym misiem elit „Dobrej Zmiany”.
Bo przecież im większe i droższe te triumfalne kalesony będą, tym więcej będzie można przy okazji tak monumentalnej inwestycji ukraść. I większe działki wyborczemu ludowi odpalić.
Taka to ta „Dobra Zmiana” jest.

Bigos tygodniowy

Ogólnie krąży idealistyczna opinia, że aby nie dopuścić PiS do uzyskania większości w Senacie, senatorowie z niepisowskiej strony muszą się okazać szlachetni, uczciwi i nieprzekupni. Jako człowiek żywiący bardziej pesymistyczną opinię o naturze ludzkiej uważam, że jest wręcz przeciwnie. Aby zablokować PiS na drodze do większości w Senacie, senatorzy owi muszą egoistycznie myśleć przede wszystkim o własnym interesie. Chodzi o to, żeby doszli do wniosku, że w ich najlepiej pojętym interesie jest trzymać się z daleka od PiS i jego pokus. Nowej aktualności nabierają słynne słowa z historii wojny trojańskiej: „Timeo Danaos et dona ferentes” („Boję się Greków nawet jeśli niosą dary”). Pożyteczna może się tu okazać przestroga senatora Jerzego Fedorowicza, który oświadczył, że każdy kto da się przewerbować PiS-owi, powinien zostać objęty klątwą do trzeciego pokolenia. Polak jest przesądny, klątw się boi, więc może to skutecznie podziała.

 *****

Jeśli jednak ktoś przypuszczał, że PiS poprzestanie na jakichś podstępnych zabiegach w ramach składu Senatu, ten wykazał się przenajświętszą naiwnością. Oto PiS zaskarżyło prawomocność wyników wyborów w kilku okręgach, Oznacza to, że PiS zdywersyfikuje działania i poza wariantem umeblowania Senatu na swoją modłę metodą salami, w ramach tego, co jest, przygotowuje się jednocześnie do włamania do Senatu.

*****

PiS szuka ponadto chętnego do zrzeczenia się mandatu, tak aby mandat mógł jednak objąć przegrany Stanisław Piotrowicz. PiS już nie traktuje poważnie procedur demokratycznych, ale traktuje swoje działania jako przedsiębiorstwo pod nazwą „Władza. Spółka z.o.o”

*****

Neo-KRS stwierdziła, że nie było afery hejterskiej w resorcie Ziobra, że Piebiak i consortes są niewinni i czyści jak łza. O tego typu zachowaniach mawia się, że „plują im w twarz, a oni mówią, że pada deszcz”. W tej sytuacji Ziobro powinien skrzywdzone niewiniątko Piebiaka przywrócić na stanowisko wiceministra.

*****

Również prokuratura Ziobra orzekła, w innej sprawie, że „nie ma sprawy”. Konkretnie – nie było afery niedoszłych „wież Srebrnej”. PiS stworzyło w prokuraturze taki system, że gdyby nawet redaktor Kittel z TVN ujawnił, że Przewodniczący Mało przetrzymuje i gwałci niemowlęta w piwnicy swej willi przy ulicy Zajączka na Żoliborzu, to też by nie wszczęła przeciw niemu postępowania.

*****

W „Studiu Polska” TVPiS publicysta Piotr Semka, stary chłop, jak dziecko płakał, no normalnie się wzruszał i pocił na wspomnienie dnia, w którym Popiełuszko dostał w czapę, czego nie pochwalam. Tak bardzo nie lubię łzawej czułostkowości, że na przyszłą rocznicę zabójstwa Popiełuszki zafunduję sobie tiszerta z napisem na piersi: „Nie płakałem po Popiełuszce”.

*****

Zacznę od żartu z antologii czerstwych dowcipów: „Złapali Kaczora za Banasia, a Kaczor krzyczy: To nie mój Banaś”. Sprawa Banasia robi się coraz bardziej bajeczna. Okazuje się, że nie tylko kombinował przy swoich zeznaniach podatkowych, ale jak dochodzą słuchy, blokował działania kontrolerów Najwyższej Izby Kontroli w sprawie działalności Wojsk Obrony Terytorialnej, GetBanku i ruchów kadrowych w administracji finansowej. Banasiowi pozostaje teraz trzymać się stołka i grać Przewodniczącemu Mało na nosie (na zasadzie „chuj mi zrobicie”). Gdyby nie jego finansowe machinacje i zblatowanie z gangsterką miałby szansę na wybicie się na niepodległość i bycie rzeczywiście bezstronnym szefem NIK, ale to nie wchodzi w rachubę. Nie ten numer kapelusza. Zwykły żulik. Sprawa Banasia robi się coraz bardziej bajońska. Podobno poza kamienicą od akowca, otrzymał też od tego ubogiego emeryta piękną posiadłość. Zgarnia chłop pieniądze jak magnes opiłki. Toż to istny Ali Baba, który przypadkiem natrafił na Sezam. Pozazdrościć! „Będąc młodym opozycjonistą przyszedł do mnie akowiec…”

*****

Pierwszy sędzia nie dał rady w konfrontacji z „dobrą zmianą”. Tym sędzią jest Wojciech Łączewski, który zrzekł się urzędu. O tyle to zaskakujące, że to pierwszy sędziowski fighter antypisowski, ten który skazał na 3 lata bezwzględnego więzienia „Maria” Kamińskiego.

*****

Dopiero po 20 latach usunięto krzyż z sali ślubów w USC na Białołęce. To bezprawie uprawiano przez dwie dekady i chyba nikt nie protestował, przynajmniej skutecznie. Ten krzyż był wyrazem wyjątkowej klerykalnej bezczelności. Przecież osoby, które biorą śluby w USC, a nie w kościele, to na ogół ateiści, agnostycy, sceptycy, nie chcący mieć do czynienia z religią. Zapewniam, że casus Białołęki, to czubek góry lodowej. Jestem przekonany, że w dziesiątkach a może i setkach sal ślubnych USC w całym kraju, zwłaszcza w Polsce wschodniej i południowej, wiszą dziesiątki a może setki krzyży.

*****

Przewodniczący Mało skrył się i liże rany po zwycięstwie nie takim jakie miało być. Na pewno coś knuje, bo o jego natura.

*****

Korwin oświadczył z goryczą, że „dzisiejsza kobieta nie kocha, ona odbywa stosunek seksualny”. Czy to ogólna, uniwersalna refleksja czy nawiązanie do doświadczeń małżeńskich z młodą żoną?

*****

Ponadprzeciętnie dużo hałasu robią media PiS wokół postaci dwóch wojowniczych księży katolickich-ideologów, polityków – Popiełuszki i Wyszyńskiego, który ma być beatyfikowany. To sygnalizuje wojownicze zamiary PiS. Z tym, że ten pierwszy był fanatycznym ideologiem, co niestety sprowadziło na niego śmierć. Co do tego drugiego, to trzeba jednak przyznać, że potrafił zachować się politycznie. Jego mowa na Jasnej Górze w Częstochowie 26 sierpnia 1980 roku w czasie strajków była bardzo koncyliacyjna wobec władz PRL, wręcz wykazująca zrozumienie wobec dotykających ich trudności. Media solidarnościowe ją później cenzurowały, ale każdy kto zapozna się z całością wspomnianego wystąpienia, ten przekona się, że Wyszyński był wobec Gierka bardzo koncyliacyjny. Czy zatem nadaje się na pisowskiego „świętego Pawła z mieczem”?

Bigos tygodniowy

„Republika Bana-siowa”. Dobre i trafne. Kupuję.

Ćwierćinteligent z tytułem profesora i w randze ministra kultury, po czterech miesiącach od konkursu na dyrektora Muzeum Żydów Polskich „Polin” nadal blokuje objęcie stanowiska przez zwycięzcę, profesora Dariusza Stolę. Panie Gliński, kończ waść, wstydu oszczędź. Bo jak się Żydzi zdenerwują, użyją swoich mocy i się odwiną, to waści pogonią takiego kota jak prawie trzy lata temu po zmianie ustawy o IPN i znów będziecie uciekać w popłochu gubiąc gacie. A wtedy będzie wstydu co niemiara. Już jest.

„Zasada autonomii wymaga, aby organy państwa w swoich relacjach z instytucjami kościelnymi opierały się na współdziałaniu, rezygnując z wykorzystywania swoich uprawnień władczych w sposób antagonistyczny” – to fragment pisma zawierającego wytyczne, jakie Prokuratura Krajowa miała skierować do prokuratur w całym kraju, a które to pismo przeniknęło do mediów. Ta monstrualnie skandaliczna dyrektywa nakazuje rezygnację ze stosowania prawa do przestępczych działań funkcjonariuszy kościoła kat. Już bezczelny Głódź gdański odmówił kontynuowania sprawy jednej z ofiar Jankowskiego.

Kryzys w szpitalnictwie i perturbacje w rolnictwie to dwa podstawowe zakłócenia PiS-owi spokoju w prowadzeniu kampanii wyborczej. Pojawiły się jak niespodziewane wrzody na dupie. Ta zapaść kadrowa w szpitalach, zamykanie placówek zwaliło się na PiS jak belka na łeb w kościele. Z tajnej konferencji ministra rolnictwa z ARiMR przeciekło też nagranie słów Ardanowskiego Jana, że kłopoty są takie, iż „nie da się ich zwalić na poprzedników”. I tylko nauczyciele, jak to dupy wołowe, dają się jeść PiS-owi w kaszy i proklamowali strajk włoski na czas po wyborach. Pomoże im to jak umarłemu kadzidło, bo strajk włoski nie jest dokuczliwy dla władzy. Dzieci się zmartwią, że nie pojadą na wycieczkę, ale ucieszą, bo nie pójdą na dodatkowe zajęcia. Rodziców to niewiele ruszy, skoro dzieci będą chodzić do szkoły, a brak wycieczek, to dla nich tylko oszczędność.

Dało się słyszeć szum propagandowy wokół perspektywy beatyfikacji kardynała-prymasa Wyszyńskiego Stefana. W TVPiS z tej okazji odbył się istny klerykalny paroksyzm i wylew katolickiej wazeliny. A to przecież Wyszyński był jednym z budowniczych pychy i rozpasania Kościoła katolickiego w Polsce, więc w jakimś sensie jest praojcem plagi pedofilii, chciwości materialnej oraz heroldem przyszłej bezkarności kleru. Poza tym ta lawina frazesów o pokojowej, koncyliacyjnej, wypływającej z miłości bliźniego postawie Wyszyńskiego, o tym że był gołąbkiem pokoju, niezupełnie jest zgodna z prawdą. Dywizji, podobnie jak papież, nie miał, więc nie mógł walczyć z władzą PRL, potrafił lawirować, ale to był w gruncie rzeczy wojowniczy ideolog marzący o Polsce w postaci Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, o czym świadczą już jego przedwojenne pisma.

Jerzy Stuhr oburzył PiS swoją uwagą o tym, że elektorat obecnej władzy, to potomkowie chłopów pańszczyźnianych, a ich obecna dominacja i walka z elitami to forma zemsty za wielowiekowe uciemiężenie przez szlachtę, czyli „ciarachów”. Stuhr powrócił do wątku starego, już historycznego, sięgającego jeszcze połowy XIX wieku. Krakowska rabacja 1846 roku, czyli chłopska, z Jakubem Szelą na czele, rzeź szlachty, to istotnie była zemsta za uciemiężenie i upokorzenie. Mowa o tym m.in. w „Weselu” Wyspiańskiego, w dialogu Dziennikarza z Gospodarzem. Kolejnym etapem tej zemsty miała być była wroga postawa chłopów w stosunku do szlacheckiego powstania styczniowego 1863. Motyw mniej czy bardziej skrytej nienawiści chłopów do szlachty, to stary wątek, jedna z form walki klasowej. A czy to rzeczywiście przełożyło się na świadomość czy podświadomość współczesnych potomków włościaństwa polskiego? Bo ja wiem? Teza to efektowna, ale publicystyczna i meta-ideologiczna, bardzo trudna do empirycznego udowodnienia.

Pożal się boże przedwieczny – minister kultury, wspomniany już wyżej, oświadczył, że wypożyczy Luwrowi „Damę z łasiczką”, jeśli Luwr wypożyczy Muzeum Narodowemu w Polsce „Monę Lisę”. Dowcipny człowiek, dowcipem wprost z Monthy Pytona.

A pisowski Ogórek, dawna mianowanica prawicowego polityka Leszka Millera (dziękujemy!) szaleje jak cała TVPiS i wyrzuca ze studia telewizyjnego osoby mówiące jej w oczy prawdę o jej kłamstwach i manipulacjach. A główne kłamstwo TVPiS polega w tym momencie na tym, że milczy jak głaz o horrendalnej sprawie zblatowania z gangsterami szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Ministra Finansów i szefa Najwyższej Izby Kontroli, a grzeje niczym trzęsienie ziemi jakieś durne, knajackie i bez znaczenia chełpliwe bredzenia Sławomira Neumana sprzed dwóch lat.

„Haratanie w gałę” pojawiło się expressis verbis w tekście programu PiS. Widać, że Przewodniczący Mało osobiście maczał palce we frazeologii dokumentu. Czyżby to wyraz kompleksu niewysportowanego maminsynka, nie potrafiącego trafić nogą w piłkę, bitego przez silniejszych kolegów na podwórku – kompleksu w stosunku do wysportowanego gdańskiego ulicznika-łobuziaka Donalda z ulicy Aksamitnej? A przecież Marek Kondrat, znany aktor, kolega podwórkowy braciszków Kaczyńskich opowiadał kiedyś w wywiadzie, że były to dokuczliwe łobuzy, które ciągle coś tam podpalały i niszczyły na osiedlu. I tak zostało.

Przewodniczący Mało najwyraźniej, jak człowiek stworzony do roli dyktatora, fascynuje się budowaniem. Faraonowie budowali sfinksy i piramidy, cezarowie rzymscy – cyrki i posągi na kolumnach, Stalin – Biełomor Kanał. Przewodniczący Mało też chciałby zostać Wielkim Budownikiem (jedno z masońskich określeń Istoty Boskiej), ale na razie więcej fantazjuje niż buduje. O odbudowie zamków kazimierzowskich dawno już się nie mówi, z wież Srebrnej nic nie wyszło, poza wycięciem lasu ani drgnęła budowa kanału na Mierzei Wiślanej, w budowie jest kilka muzeów (można n.p. zobaczyć dość rozbabraną budowę jednego z nich nieopodal Cytadeli warszawskiej). Ostatnio Wielki Budownik mówił o odbudowie przemysłu chemicznego. Jeszcze nam murarzem zostanie na stare lata.

Z braku realnych sukcesów budowlanych, PiS kontynuuje festiwal niepohamowanych, oszalałych i nierealnych obietnic.

Na koniec, tuż przed wyborami, 7 nazwisk liderów listy hańby i niesławy TVPiS, „haniebna siódemka” najbardziej gorliwych pisowskich propagandystów: Magdalena Ogórek, Danuta Holecka Jacek Łęski, Michał Rachoń, Adrian Klarenbach, Michał Adamczyk, Jan Pospieszalski.

Kradną i się dzielą?

– Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak, jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan Miller – usłyszał minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w jednym Zbigniew Ziobro, podczas przedwyborczego spotkania w Sosnowcu.

– Rozumiem – rzekł na to Ziobro, po czym, niezrażony zaczął wyliczać to co co klepią na mitingach wszyscy politycy tej opcji.
– Czy wie pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – skonstatował, nie odnosząc się do swojej roli w takim deformowaniu wymiaru sprawiedliwości, które spowodowało konieczność tłumaczenia się przez Polskę, za uchybienia w praworządności.
Ziobro nie wspomniał też, że pieniądze na pisowskie transfery socjalne nie pochodzą tylko z podatku VAT, ale coraz częściej są skutkiem rosnących cen, marż i innych czynników cenotwórczych. Zaś prym w tym wiodą głównie spółki skarbu państwa. Czyli banki, które przerzuciły na klientów podatek bankowy obłożony dużym procentem bankowego zysku. Tak samo postąpiły, Orlen i Lotos podnosząc marżę za swoje produkty do nienotowanych wcześniej wysokości. Dlatego ceny paliwa wynoszą dziś, przy niskiej cenie ropy, tyle ile wynosiły, gdy na giełdach była ona dwa razy droższa.
Ziobro nie wie, albo nie chce wiedzieć, że za zrealizowane obietnice PiS nie płacą przestępcy, bo oni wiedząc co im grozi, zaprzestali szwindli z paliwem i robienia karuzeli z VAT. Płacą za nie wszyscy. Łącznie z beneficjentami dotacji.
Wiedzą o tym nawet wyborcy PiS. Stąd opowieści, że PiS jest jak wszyscy poprzednicy tej opcji u władzy. Kradnie, ale przynajmniej się z ludźmi dzieli.
O tym, że tak naprawdę dzieli się głównie ze swoimi, w TVP Info elektorat Ziobry, Kaczyńskiego, Kuchcińskiego i innych, się nie dowie.
Tego, że sam się zrzuca na 500 plus i trzynastą emeryturę, też tam się nie dowie.

Wybaczcie, dobrzy ludzie Ważny tunajt

Niewiarygodna jest ta Polska. Nawet w tak ważnych i istotnych sprawach jak skażenie Wisły ściekami na dużą skalę, można mówić w niej w dwóch różnych dialektach. Jedni twierdzą, że jest katastrofa ekologiczna i że winna jest tęczowo zarządzana Warszawa, a drudzy, że owszem, coś się tam niby zdarzyło, ale nie ma co bić piany, bo to na dobrą sprawę nic takiego. A ludzi zostawia się samych sobie, że wyciągnęli wnioski, takie, jakie im pasują i w zależności od preferencji politycznych, zabezpieczyli się na czas braku wody pitej lub nie. Ale ja dziś nie o tym…

Wracałem wczoraj kolejką z lotniska do Śródmieścia. Gdzieś na wysokości Dworca Zachodniego dosiadł się człowiek. Zajął miejsce obok mojego. Nie zwracałem nań specjalnie uwagi, bo czytałem książkę. On w tym czasie zatopiony był w komórce i internecie. Tak przynajmniej wyglądał. Między stacjami Ochota a Dworzec Centralny przyszedł konduktor. Zażądał biletów. Wydałem. Pan obok mnie na żądanie konduktora zaczął coś pilnie sprawdzać w komórce. Konduktor go ponaglał; pan twierdził, że ma bilet, ale akurat dopadł go pech, bo zawiesił się mu system w telefonie i nie może go mu pokazać. Tego biletu znaczy. Konduktor poszedł dalej, sprawdzać bilety innym pasażerom. Wrócił po paru minutach. Człowiek okazał bilet w komórce. Bilet, który kupił minutę wcześniej, zgodnie z informacją na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu. Nie uszło to uwadze konduktora. – Oszukał mnie Pan, powiedział konduktor. Twierdził Pan, że ma Pan bilet, gdy tymczasem jechał Pan bez, bo gdy zażądałem okazania, Pan wykpiłeś się awarią komórki, a tak naprawdę dopiero rozpocząłeś procedurę kupna. Facet-oszust siedział ze spuszczoną głową, jak mały Jasio, którego gospodarz przyłapał na kradzieży jabłek z sadu. Wyglądał w tym swoim zawstydzeniu dość poczciwie. – No słucham, zapytał konduktor, co ma mi Pan do powiedzenia? – Proszę mi wybaczyć-z rozbrajającą szczerością, bąknął pod nosem skruszony pasażer.
Czytam dziś kolejne doniesienia o tym, jak w Ministerstwie Sprawiedliwości działał specjalny, tajny pion do spraw „wsparcia medialnego” reformy sądownictwa made by dobra zmiana. Posługiwali w nim urzędnicy i sędziowie oraz pani Emilia. Wymieniali się regularnie wskazówkami i obserwacjami. Pod koniec „dnia pracy” kasowali całą korespondencję. Pracowali na jednym komunikatorze. Dochodziło wewnątrz grupy do nawiązywania relacji intymnych, cokolwiek to znaczy, choć cyberseks znany jest nie od dziś. Wszystkie te fakty, po pobieżnym przeanalizowaniu, dają podstawy do przypuszczenia, że taka „zorganizowana akcja” nie mogła być finałem oddolnego działania największych w ministerstwie ideowców. Ktoś to musiał wymyślić, zaplanować, skoordynować i wprowadzić w czyn. I tym kimś był najprawdopodobniej minister P. Ale w to, że wiceminister działa solo, jako samodzielna grupa operacyjna, a jego pryncypał żyje w przekonaniu, że ma pod sobą samych prawych i sprawiedliwych, najlepszych i najmoralniejszych synów i córy polskiej palestry, to już chyba nawet konduktor z PKP nie uwierzy.
W popularnym programie publicystycznym, profesor Bugaj Ryszard wysnuł tezę, że Ziobro dlatego wciąż pozostaje na stanowisku, bo musi mieć jakieś kwity, i to na tyle mocne, że jest nie do ruszenia. W końcu jest tylko ministrem. Skoro można się było pozbyć przed wyborami Marszałka Sejmu, to co za kłopot wymienić ministra? A że szef koalicyjnego ugrupowania? Jak by przyszło co do czego, to zostałby w nim sam, żeby móc samemu wyprowadzić sztandar i się samorozwiązać. Naturalnie, zamieszanie z wymianą Ziobry jest w tym momencie dla Kaczyńskiego nie na rękę, bo gdyby zdecydował się jednak pójść z nim na wojnę, ten pokąsa po kostkach, a nie, jak Kuchciński, usunie się w cień. Także, coś pewnie jest na rzeczy, podług słów prof. Bugaja, że papiery ma Ziobro mocne i w razie zagrożenia, nie zawaha się ich użyć. Bo o honorowym rozwiązaniu mowy tu być nie może. I nie mam na myśli kodeksu Boziewicza. O elementarny, przyrodzony honor mi idzie. Ja jestem szefem. Moi najbliżsi podwładni dopuszczają się grubej przewiny, a ja nic o tym nie wiem, więc jaki ze mnie szef. Żeby móc spokojnie patrzeć sobie w twarz, rezygnuję, bo spaliłbym się ze wstydu, gdybym musiał firmować swoim nazwiskiem taki występek kolejny raz. U nas jednak, nawet przepraszam więźnie politykom w gardle, bo to takie niemęskie. Zwłaszcza w ustach prokuratora i ministra w jednym.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Niezależne sądy – to podstawa demokracji

W obronie „ciemnego ludu”.

Przeczytałem ostatnio wypowiedź Adama Hofmana, byłego spin doctora PiSu, na temat tzw. afery Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości, którą próbuje sprowadzić do współczesnego pola walki. Według niego dla JK (jak można się domyślić – dla Jarosława Kaczyńskiego) tylko „tacy zawodnicy się liczą”, którzy w takiej walce biorą udział, a jedyny ich błąd polegał na tym, że nie przekazali zadań do realizacji na zewnątrz i w końcu się wydało. Gdyby afera nie wyszła na jaw, problemu by nie było. Podobnie jak w przypadku lotów marszałka Kuchcińskiego, który pewnie by dalej sobie latał z żoną, pociotkami, krewnymi i znajomymi pisowcami do Rzeszowa, gdyby nie wredne niezależne media, które sprawę wywęszyły, doprowadzając do jego dymisji. Jak niemal filozoficznie podsumował Hofman, „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi parówki”, tym samym twórczo rozwijając koncepcję Jacka Kurskiego, że „ciemny lud wszystko kupi”.

Im gorszy tym lepszy w nienawiści

Mam wciąż jednak nadzieję, że ludzie nie uwierzą w wersję zdarzeń promowaną w tzw. mediach narodowych o tym, że afera Piebiaka to konflikt pomiędzy dwoma grupami sędziów – tymi, którzy za „dobrej zmiany” awansowali oraz tymi, którzy w jej wyniku stracili stołki. To, co się wydarzyło w Ministerstwie Sprawiedliwości, i niewykluczone, że dalej w nim się dzieje, to kolejny przejaw ataku na niezależne sądownictwo oraz oznaka postępującego w zastraszającym tempie totalnego psucia państwa. W normalnym kraju urzędnicy publiczni nie wykorzystują metod polegających na opluwaniu, oczernianiu i pomawianiu osób, z którymi się nie zgadzają po to, aby je zdyskredytować i zastraszyć. W normalnym kraju po takiej aferze do dymisji podałby się cały rząd, a nie tylko sam vice – minister Piebiak, oraz natychmiast rozpisano by przedterminowe wybory.
Wszystko na to wskazuje, że w Ministerstwie Sprawiedliwości za takimi właśnie zorganizowanymi działaniami przeciwko sędziom otwarcie sprzeciwiającym się niszczeniu niezależności sądownictwa stali sędziowie powiązani ze Zbigniewem Ziobro, zawdzięczający mu swoje wielokrotne awanse „w żadnym trybie”, bez względu na kwalifikacje, albo raczej z uwagi na ich brak. Można powiedzieć, że ideał sięgnął bruku, bo przecież sędzia powinien spełniać szczególnie wysokie wymogi moralne. Jednocześnie działania tych osób można traktować jako dalszy ciąg żenującej kampanii propagandowej wymierzonej w sądy i sędziów prowadzonej w ubiegłym roku za pieniądze podatników (czyli za nasze) przez Polską Fundację Narodową.
Sędziowie, którzy wciąż walczą o niezależność sądów, stali się przedmiotem zmasowanych ataków w internecie, na portalach społecznościowych i w tzw. mediach narodowych, gdzie nie tylko obrzuca się ich oszczerstwami, ale również udostępnia się informacje z życia prywatnego, które państwo ma obowiązek chronić, a nie ujawniać. Celem tych działań jest z jednej strony zdyskredytowanie konkretnych sędziów, ale z drugiej – zastraszenie wszystkich pozostałych, którzy na co dzień unikają wypowiedzi publicznych na temat zmian w sądownictwie i po prostu starają się możliwie najlepiej wykonywać swoją pracę. Sygnał dla wszystkich jest jasny – macie nie protestować przeciwko temu, co robimy, bo w przeciwnym razie zostaniecie obrzuceni błotem. Nie każdy będzie w stanie taki atak wytrzymać.

Brzeszcze, dwie wieże – czyli bezkarność

Łatwo powiedzieć, że walka sędziów to ich sprawa, mnie ona nie dotyczy, a z sądami lepiej nie mieć nic wspólnego. Nic bardziej mylnego, bo przecież sądy nie tylko rozstrzygają spory, ale przede wszystkim chronią nas przed samowolą ze strony państwa. To ostatnie staje się szczególnie ważne, kiedy tzw. władza ma w głębokim lekceważeniu nie tylko Konstytucję, ustawy, ale – co już wielokrotnie pokazywała – również prawomocne wyroki sądowe. Wystarczy przypomnieć odmowę opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego, o którym politycy PiS mówili, że jest to ledwie opinia kilku prawników wyrażona przy kawie. Podobnie kancelaria Sejmu otwarcie odmawia wykonania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego nakazującego opublikowanie list sędziów, którzy poparli listy kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, powołując się na konieczność jego sprawdzenia pod kątem zgodności z ustawą o ochronie danych osobowych. Nieważne, że zostało to już zbadane przez sąd, nieistotne, że wyrok jest prawomocny, jedyne, co się liczy to fakt, że nie podoba się on PiSowi. Można jedynie spekulować, dlaczego. Albo zapytać słynną małą Emi, czy coś o tym wie, a jeżeli tak, to czy zechce ujawnić.
Aby zrozumieć stopień zagrożenia wynikający z ewentualnego zniszczenia niezależności sędziów i sądów, do czego wyraźnie dąży PiS, nie potrzeba abstrakcyjnych przykładów. Wystarczy wspomnieć przypadek chłopaka, który miał nieszczęście zderzyć się z kolumną samochodów odwożącą premier Szydło na weekend do Brzeszcz. Sprawa, która w normalnych okolicznościach powinna się dawno skończyć, trwa już ponad rok, do tego w dużej mierze z wyłączeniem jawności. Pojawia się pytanie, wcale nie teoretyczne, co będzie, jeżeli wydany w końcu wyrok nie spodoba się PiSowi, bo chłopak zostanie uniewinniony od stawianego mu zarzutu. Czy w takim wypadku jego wykonanie zostanie wstrzymane przez np. Głównego Inspektora Transportu Drogowego, który stwierdzi, że wprawdzie sąd ustalił jedno, ale jego zdaniem wydarzyło się drugie?
Oczywiście nie każdemu, ale zdarzają się i będą się zdarzać sprawy, gdzie stroną przeciwną jest prominentny działacz PiSu. W państwie prawa zarówno prokurator jak i sędzia traktuje taką sprawę jak każdą inną, z poszanowaniem równości stron, działając zgodnie z literą prawa, na podstawie oceny zgromadzonych dowodów i doświadczenia życiowego, nie zwracając uwagi na powiązania polityczne. W państwie, w którym te zasady nie obowiązują, członek partii rządzącej będzie traktowany szczególnie, tak aby chronić jego interes, a nie dbać o sprawiedliwość. I znowu nie trzeba szukać daleko, bo takie sytuacje już się dzieją. Piękny przykład – sprawa słynnych dwóch wież, które chce wybudować w stolicy Jarosław Kaczyński. W normalnych okolicznościach prokurator już dawno zdecydowałby o tym, czy wszcząć postępowanie. W tej sprawie nie podejmuje żadnej decyzji, pomimo że miał na to 30 dni od momentu otrzymania zawiadomienia od pokrzywdzonego Austriaka. Prokurator unika wydania jakiejkolwiek, bo wie, że w razie wszczęcia narazi się partii rządzącej, a w razie odmowy sprawa trafi z zażaleniem pokrzywdzonego do wciąż niezależnego sądu, który może nakazać prowadzenie śledztwa. Nie sposób przemilczeć – pani prokurator Renata Śpiewak za bezprawne wstrzymywanie postępowania została awansowana do prokuratury okręgowej.

Sprawiedliwość to wolność i demokracja

Podobnie niezależne sądy potrzebne są, aby zdecydować o roszczeniach kilkudziesięciu tysięcy osób, których pozbawiono w 2016 r. wyższych emerytur na podstawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Postępowania w większości tych spraw zostały zawieszone w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez Julię Przyłębską, czyli odkrycie towarzyskie prezesa Kaczyńskiego. Kto wie, czy wyrok w sprawie obniżonych emerytur nie został już uzgodniony w trakcie jednego ze wspólnych niedzielnych obiadów.
Znalazł się jednak ostatnio sędzia – Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie, który postanowił nie czekać na decyzję upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego i nakazał zwrot świadczeń odebranych byłemu funkcjonariuszowi SB. W uzasadnieniu wytknął, że istnienie przepisów ustawy dezubekizacyjnej jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa. Nie wiadomo, czy to orzeczenie będzie utrzymane w mocy, ale najważniejsze, żeby rozstrzygnął o tym niezależny sąd na podstawie Konstytucji, prawa europejskiego oraz z uwzględnieniem praw człowieka, nie kierując się interesami jakichkolwiek grup politycznych. Można się znowu zastanawiać, czy pisowska władza w razie prawomocnej wygranej przed sądami przez takie osoby uszanuje te wyroki, czy też posunie się do kolejnego wybiegu.
Sędziowie wciąż walczą i to nie o siebie, ale o naszą wolność. Nie będzie ona istnieć nie tylko bez nich, ale również bez niezależnych mediów, bo to one wykrywają i nagłaśniają kolejne afery PiSu: Piebiaka, lotów Kuchcińskiego, działek Morawieckiego, dwóch wież Kaczyńskiego, KNFu, SKOKów, nagród, które się po prostu należały, pedofilii w Kościele, korupcji w MONie, finansowania Rydzyka, nepotyzmu, układów i wielu innych, których nie sposób tu wymienić. Niezależne sądy i niezależne media nie przetrwają kolejnych lat pisowskich rządów, tak jak wydarzyło się to na Węgrzech. Dlatego nadchodzące wybory możemy tylko wygrać. Inaczej przegramy wolność i demokrację.

Kuratela wstaje z kolan

Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych przedstawił opinię do rządowego projektu dotyczącego wynagrodzeń kuratorów zawodowych i aplikantów kuratorskich. OZZKS kierunkowo poparł projekt Rozporządzenia w zakresie podwyższenia mnożników kwoty bazowej, ale zaznaczył, że wzrost mnożników jest zbyt niski.
Związkowcy wskazują, że wzrost kwoty bazowej, który nastąpił na mocy tegorocznej Ustawy Budżetowej, oraz proponowany wzrost mnożników podnosi wynagrodzenie w grupie kuratorów zawodowych oraz aplikantów kuratorskich o ok. 200 zł na etat. Podkreślają, że kwota bazowa nie była zmieniana w latach 2009-2018, a w 2019 r. wzrosła tylko o 43,1 zł. Dlatego OZZKS oczekuje znacznie większego wzrostu mnożników, który między innymi uwzględniałby poziom inflacji. Związkowcy wskazują, że w innych grupach zawodowych pracujących w sądownictwie wzrost wynagrodzenia w 2019 r. jest znacznie wyższy. Podwyżka, która została przyznana sędziom oraz referendarzom, w bieżącym roku wynosi średnio 600 zł na etat. Podwyżka dla urzędników sądów wyniosła ok. 200 zł, ale od października 2019 r. ma być uzupełniona o dodatkowe 450 zł na etat.
OZZKS negatywnie ocenił termin procedowania Rozporządzenia. Projekt przewiduje, że przepisy Rozporządzenia będą stosowane do ustalenia wysokości wynagrodzenia od 1 stycznia 2019 r., jednak projektodawca nie wziął pod uwagę poziomu inflacji. Biorąc pod uwagę obecny, szybki wzrost cen, okazuje się, że realny spadek wartości wynagrodzenia zasadniczego zgodnie z projektowanym rozporządzaniem w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wynosi po 46 zł, co stanowi niemalże 25% proponowanych podwyżek.
OZZKS proponuje podwyższenie wysokości mnożników dla wszystkich stopni służbowych oraz dla aplikantów kuratorskich po równo, o wartość 0,08 (czyli średnio ok. 155 zł), dodanie w Rozporządzeniu zapisów uwzględniających wzrost wynagrodzenia o procent inflacji w okresie od stycznia 2019 r. do daty wejścia w życie Rozporządzenia oraz pilne rozpoczęcie procedowania nad wzrostem wynagrodzenia kuratorów na 2020 r. tak, aby zmiany mogły być wprowadzone wraz z uchwaleniem Ustawy Budżetowej na 2020 r.
OZZKS domaga się też, aby wynagrodzenie zasadnicze kuratora zawodowego w danym roku było ustalane na podstawie przeciętnego wynagrodzenia w drugim kwartale roku poprzedniego.