Wybaczcie, dobrzy ludzie Ważny tunajt

Niewiarygodna jest ta Polska. Nawet w tak ważnych i istotnych sprawach jak skażenie Wisły ściekami na dużą skalę, można mówić w niej w dwóch różnych dialektach. Jedni twierdzą, że jest katastrofa ekologiczna i że winna jest tęczowo zarządzana Warszawa, a drudzy, że owszem, coś się tam niby zdarzyło, ale nie ma co bić piany, bo to na dobrą sprawę nic takiego. A ludzi zostawia się samych sobie, że wyciągnęli wnioski, takie, jakie im pasują i w zależności od preferencji politycznych, zabezpieczyli się na czas braku wody pitej lub nie. Ale ja dziś nie o tym…

Wracałem wczoraj kolejką z lotniska do Śródmieścia. Gdzieś na wysokości Dworca Zachodniego dosiadł się człowiek. Zajął miejsce obok mojego. Nie zwracałem nań specjalnie uwagi, bo czytałem książkę. On w tym czasie zatopiony był w komórce i internecie. Tak przynajmniej wyglądał. Między stacjami Ochota a Dworzec Centralny przyszedł konduktor. Zażądał biletów. Wydałem. Pan obok mnie na żądanie konduktora zaczął coś pilnie sprawdzać w komórce. Konduktor go ponaglał; pan twierdził, że ma bilet, ale akurat dopadł go pech, bo zawiesił się mu system w telefonie i nie może go mu pokazać. Tego biletu znaczy. Konduktor poszedł dalej, sprawdzać bilety innym pasażerom. Wrócił po paru minutach. Człowiek okazał bilet w komórce. Bilet, który kupił minutę wcześniej, zgodnie z informacją na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu. Nie uszło to uwadze konduktora. – Oszukał mnie Pan, powiedział konduktor. Twierdził Pan, że ma Pan bilet, gdy tymczasem jechał Pan bez, bo gdy zażądałem okazania, Pan wykpiłeś się awarią komórki, a tak naprawdę dopiero rozpocząłeś procedurę kupna. Facet-oszust siedział ze spuszczoną głową, jak mały Jasio, którego gospodarz przyłapał na kradzieży jabłek z sadu. Wyglądał w tym swoim zawstydzeniu dość poczciwie. – No słucham, zapytał konduktor, co ma mi Pan do powiedzenia? – Proszę mi wybaczyć-z rozbrajającą szczerością, bąknął pod nosem skruszony pasażer.
Czytam dziś kolejne doniesienia o tym, jak w Ministerstwie Sprawiedliwości działał specjalny, tajny pion do spraw „wsparcia medialnego” reformy sądownictwa made by dobra zmiana. Posługiwali w nim urzędnicy i sędziowie oraz pani Emilia. Wymieniali się regularnie wskazówkami i obserwacjami. Pod koniec „dnia pracy” kasowali całą korespondencję. Pracowali na jednym komunikatorze. Dochodziło wewnątrz grupy do nawiązywania relacji intymnych, cokolwiek to znaczy, choć cyberseks znany jest nie od dziś. Wszystkie te fakty, po pobieżnym przeanalizowaniu, dają podstawy do przypuszczenia, że taka „zorganizowana akcja” nie mogła być finałem oddolnego działania największych w ministerstwie ideowców. Ktoś to musiał wymyślić, zaplanować, skoordynować i wprowadzić w czyn. I tym kimś był najprawdopodobniej minister P. Ale w to, że wiceminister działa solo, jako samodzielna grupa operacyjna, a jego pryncypał żyje w przekonaniu, że ma pod sobą samych prawych i sprawiedliwych, najlepszych i najmoralniejszych synów i córy polskiej palestry, to już chyba nawet konduktor z PKP nie uwierzy.
W popularnym programie publicystycznym, profesor Bugaj Ryszard wysnuł tezę, że Ziobro dlatego wciąż pozostaje na stanowisku, bo musi mieć jakieś kwity, i to na tyle mocne, że jest nie do ruszenia. W końcu jest tylko ministrem. Skoro można się było pozbyć przed wyborami Marszałka Sejmu, to co za kłopot wymienić ministra? A że szef koalicyjnego ugrupowania? Jak by przyszło co do czego, to zostałby w nim sam, żeby móc samemu wyprowadzić sztandar i się samorozwiązać. Naturalnie, zamieszanie z wymianą Ziobry jest w tym momencie dla Kaczyńskiego nie na rękę, bo gdyby zdecydował się jednak pójść z nim na wojnę, ten pokąsa po kostkach, a nie, jak Kuchciński, usunie się w cień. Także, coś pewnie jest na rzeczy, podług słów prof. Bugaja, że papiery ma Ziobro mocne i w razie zagrożenia, nie zawaha się ich użyć. Bo o honorowym rozwiązaniu mowy tu być nie może. I nie mam na myśli kodeksu Boziewicza. O elementarny, przyrodzony honor mi idzie. Ja jestem szefem. Moi najbliżsi podwładni dopuszczają się grubej przewiny, a ja nic o tym nie wiem, więc jaki ze mnie szef. Żeby móc spokojnie patrzeć sobie w twarz, rezygnuję, bo spaliłbym się ze wstydu, gdybym musiał firmować swoim nazwiskiem taki występek kolejny raz. U nas jednak, nawet przepraszam więźnie politykom w gardle, bo to takie niemęskie. Zwłaszcza w ustach prokuratora i ministra w jednym.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Niezależne sądy – to podstawa demokracji

W obronie „ciemnego ludu”.

Przeczytałem ostatnio wypowiedź Adama Hofmana, byłego spin doctora PiSu, na temat tzw. afery Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości, którą próbuje sprowadzić do współczesnego pola walki. Według niego dla JK (jak można się domyślić – dla Jarosława Kaczyńskiego) tylko „tacy zawodnicy się liczą”, którzy w takiej walce biorą udział, a jedyny ich błąd polegał na tym, że nie przekazali zadań do realizacji na zewnątrz i w końcu się wydało. Gdyby afera nie wyszła na jaw, problemu by nie było. Podobnie jak w przypadku lotów marszałka Kuchcińskiego, który pewnie by dalej sobie latał z żoną, pociotkami, krewnymi i znajomymi pisowcami do Rzeszowa, gdyby nie wredne niezależne media, które sprawę wywęszyły, doprowadzając do jego dymisji. Jak niemal filozoficznie podsumował Hofman, „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi parówki”, tym samym twórczo rozwijając koncepcję Jacka Kurskiego, że „ciemny lud wszystko kupi”.

Im gorszy tym lepszy w nienawiści

Mam wciąż jednak nadzieję, że ludzie nie uwierzą w wersję zdarzeń promowaną w tzw. mediach narodowych o tym, że afera Piebiaka to konflikt pomiędzy dwoma grupami sędziów – tymi, którzy za „dobrej zmiany” awansowali oraz tymi, którzy w jej wyniku stracili stołki. To, co się wydarzyło w Ministerstwie Sprawiedliwości, i niewykluczone, że dalej w nim się dzieje, to kolejny przejaw ataku na niezależne sądownictwo oraz oznaka postępującego w zastraszającym tempie totalnego psucia państwa. W normalnym kraju urzędnicy publiczni nie wykorzystują metod polegających na opluwaniu, oczernianiu i pomawianiu osób, z którymi się nie zgadzają po to, aby je zdyskredytować i zastraszyć. W normalnym kraju po takiej aferze do dymisji podałby się cały rząd, a nie tylko sam vice – minister Piebiak, oraz natychmiast rozpisano by przedterminowe wybory.
Wszystko na to wskazuje, że w Ministerstwie Sprawiedliwości za takimi właśnie zorganizowanymi działaniami przeciwko sędziom otwarcie sprzeciwiającym się niszczeniu niezależności sądownictwa stali sędziowie powiązani ze Zbigniewem Ziobro, zawdzięczający mu swoje wielokrotne awanse „w żadnym trybie”, bez względu na kwalifikacje, albo raczej z uwagi na ich brak. Można powiedzieć, że ideał sięgnął bruku, bo przecież sędzia powinien spełniać szczególnie wysokie wymogi moralne. Jednocześnie działania tych osób można traktować jako dalszy ciąg żenującej kampanii propagandowej wymierzonej w sądy i sędziów prowadzonej w ubiegłym roku za pieniądze podatników (czyli za nasze) przez Polską Fundację Narodową.
Sędziowie, którzy wciąż walczą o niezależność sądów, stali się przedmiotem zmasowanych ataków w internecie, na portalach społecznościowych i w tzw. mediach narodowych, gdzie nie tylko obrzuca się ich oszczerstwami, ale również udostępnia się informacje z życia prywatnego, które państwo ma obowiązek chronić, a nie ujawniać. Celem tych działań jest z jednej strony zdyskredytowanie konkretnych sędziów, ale z drugiej – zastraszenie wszystkich pozostałych, którzy na co dzień unikają wypowiedzi publicznych na temat zmian w sądownictwie i po prostu starają się możliwie najlepiej wykonywać swoją pracę. Sygnał dla wszystkich jest jasny – macie nie protestować przeciwko temu, co robimy, bo w przeciwnym razie zostaniecie obrzuceni błotem. Nie każdy będzie w stanie taki atak wytrzymać.

Brzeszcze, dwie wieże – czyli bezkarność

Łatwo powiedzieć, że walka sędziów to ich sprawa, mnie ona nie dotyczy, a z sądami lepiej nie mieć nic wspólnego. Nic bardziej mylnego, bo przecież sądy nie tylko rozstrzygają spory, ale przede wszystkim chronią nas przed samowolą ze strony państwa. To ostatnie staje się szczególnie ważne, kiedy tzw. władza ma w głębokim lekceważeniu nie tylko Konstytucję, ustawy, ale – co już wielokrotnie pokazywała – również prawomocne wyroki sądowe. Wystarczy przypomnieć odmowę opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego, o którym politycy PiS mówili, że jest to ledwie opinia kilku prawników wyrażona przy kawie. Podobnie kancelaria Sejmu otwarcie odmawia wykonania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego nakazującego opublikowanie list sędziów, którzy poparli listy kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, powołując się na konieczność jego sprawdzenia pod kątem zgodności z ustawą o ochronie danych osobowych. Nieważne, że zostało to już zbadane przez sąd, nieistotne, że wyrok jest prawomocny, jedyne, co się liczy to fakt, że nie podoba się on PiSowi. Można jedynie spekulować, dlaczego. Albo zapytać słynną małą Emi, czy coś o tym wie, a jeżeli tak, to czy zechce ujawnić.
Aby zrozumieć stopień zagrożenia wynikający z ewentualnego zniszczenia niezależności sędziów i sądów, do czego wyraźnie dąży PiS, nie potrzeba abstrakcyjnych przykładów. Wystarczy wspomnieć przypadek chłopaka, który miał nieszczęście zderzyć się z kolumną samochodów odwożącą premier Szydło na weekend do Brzeszcz. Sprawa, która w normalnych okolicznościach powinna się dawno skończyć, trwa już ponad rok, do tego w dużej mierze z wyłączeniem jawności. Pojawia się pytanie, wcale nie teoretyczne, co będzie, jeżeli wydany w końcu wyrok nie spodoba się PiSowi, bo chłopak zostanie uniewinniony od stawianego mu zarzutu. Czy w takim wypadku jego wykonanie zostanie wstrzymane przez np. Głównego Inspektora Transportu Drogowego, który stwierdzi, że wprawdzie sąd ustalił jedno, ale jego zdaniem wydarzyło się drugie?
Oczywiście nie każdemu, ale zdarzają się i będą się zdarzać sprawy, gdzie stroną przeciwną jest prominentny działacz PiSu. W państwie prawa zarówno prokurator jak i sędzia traktuje taką sprawę jak każdą inną, z poszanowaniem równości stron, działając zgodnie z literą prawa, na podstawie oceny zgromadzonych dowodów i doświadczenia życiowego, nie zwracając uwagi na powiązania polityczne. W państwie, w którym te zasady nie obowiązują, członek partii rządzącej będzie traktowany szczególnie, tak aby chronić jego interes, a nie dbać o sprawiedliwość. I znowu nie trzeba szukać daleko, bo takie sytuacje już się dzieją. Piękny przykład – sprawa słynnych dwóch wież, które chce wybudować w stolicy Jarosław Kaczyński. W normalnych okolicznościach prokurator już dawno zdecydowałby o tym, czy wszcząć postępowanie. W tej sprawie nie podejmuje żadnej decyzji, pomimo że miał na to 30 dni od momentu otrzymania zawiadomienia od pokrzywdzonego Austriaka. Prokurator unika wydania jakiejkolwiek, bo wie, że w razie wszczęcia narazi się partii rządzącej, a w razie odmowy sprawa trafi z zażaleniem pokrzywdzonego do wciąż niezależnego sądu, który może nakazać prowadzenie śledztwa. Nie sposób przemilczeć – pani prokurator Renata Śpiewak za bezprawne wstrzymywanie postępowania została awansowana do prokuratury okręgowej.

Sprawiedliwość to wolność i demokracja

Podobnie niezależne sądy potrzebne są, aby zdecydować o roszczeniach kilkudziesięciu tysięcy osób, których pozbawiono w 2016 r. wyższych emerytur na podstawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Postępowania w większości tych spraw zostały zawieszone w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez Julię Przyłębską, czyli odkrycie towarzyskie prezesa Kaczyńskiego. Kto wie, czy wyrok w sprawie obniżonych emerytur nie został już uzgodniony w trakcie jednego ze wspólnych niedzielnych obiadów.
Znalazł się jednak ostatnio sędzia – Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie, który postanowił nie czekać na decyzję upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego i nakazał zwrot świadczeń odebranych byłemu funkcjonariuszowi SB. W uzasadnieniu wytknął, że istnienie przepisów ustawy dezubekizacyjnej jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa. Nie wiadomo, czy to orzeczenie będzie utrzymane w mocy, ale najważniejsze, żeby rozstrzygnął o tym niezależny sąd na podstawie Konstytucji, prawa europejskiego oraz z uwzględnieniem praw człowieka, nie kierując się interesami jakichkolwiek grup politycznych. Można się znowu zastanawiać, czy pisowska władza w razie prawomocnej wygranej przed sądami przez takie osoby uszanuje te wyroki, czy też posunie się do kolejnego wybiegu.
Sędziowie wciąż walczą i to nie o siebie, ale o naszą wolność. Nie będzie ona istnieć nie tylko bez nich, ale również bez niezależnych mediów, bo to one wykrywają i nagłaśniają kolejne afery PiSu: Piebiaka, lotów Kuchcińskiego, działek Morawieckiego, dwóch wież Kaczyńskiego, KNFu, SKOKów, nagród, które się po prostu należały, pedofilii w Kościele, korupcji w MONie, finansowania Rydzyka, nepotyzmu, układów i wielu innych, których nie sposób tu wymienić. Niezależne sądy i niezależne media nie przetrwają kolejnych lat pisowskich rządów, tak jak wydarzyło się to na Węgrzech. Dlatego nadchodzące wybory możemy tylko wygrać. Inaczej przegramy wolność i demokrację.

Kuratela wstaje z kolan

Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych przedstawił opinię do rządowego projektu dotyczącego wynagrodzeń kuratorów zawodowych i aplikantów kuratorskich. OZZKS kierunkowo poparł projekt Rozporządzenia w zakresie podwyższenia mnożników kwoty bazowej, ale zaznaczył, że wzrost mnożników jest zbyt niski.
Związkowcy wskazują, że wzrost kwoty bazowej, który nastąpił na mocy tegorocznej Ustawy Budżetowej, oraz proponowany wzrost mnożników podnosi wynagrodzenie w grupie kuratorów zawodowych oraz aplikantów kuratorskich o ok. 200 zł na etat. Podkreślają, że kwota bazowa nie była zmieniana w latach 2009-2018, a w 2019 r. wzrosła tylko o 43,1 zł. Dlatego OZZKS oczekuje znacznie większego wzrostu mnożników, który między innymi uwzględniałby poziom inflacji. Związkowcy wskazują, że w innych grupach zawodowych pracujących w sądownictwie wzrost wynagrodzenia w 2019 r. jest znacznie wyższy. Podwyżka, która została przyznana sędziom oraz referendarzom, w bieżącym roku wynosi średnio 600 zł na etat. Podwyżka dla urzędników sądów wyniosła ok. 200 zł, ale od października 2019 r. ma być uzupełniona o dodatkowe 450 zł na etat.
OZZKS negatywnie ocenił termin procedowania Rozporządzenia. Projekt przewiduje, że przepisy Rozporządzenia będą stosowane do ustalenia wysokości wynagrodzenia od 1 stycznia 2019 r., jednak projektodawca nie wziął pod uwagę poziomu inflacji. Biorąc pod uwagę obecny, szybki wzrost cen, okazuje się, że realny spadek wartości wynagrodzenia zasadniczego zgodnie z projektowanym rozporządzaniem w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wynosi po 46 zł, co stanowi niemalże 25% proponowanych podwyżek.
OZZKS proponuje podwyższenie wysokości mnożników dla wszystkich stopni służbowych oraz dla aplikantów kuratorskich po równo, o wartość 0,08 (czyli średnio ok. 155 zł), dodanie w Rozporządzeniu zapisów uwzględniających wzrost wynagrodzenia o procent inflacji w okresie od stycznia 2019 r. do daty wejścia w życie Rozporządzenia oraz pilne rozpoczęcie procedowania nad wzrostem wynagrodzenia kuratorów na 2020 r. tak, aby zmiany mogły być wprowadzone wraz z uchwaleniem Ustawy Budżetowej na 2020 r.
OZZKS domaga się też, aby wynagrodzenie zasadnicze kuratora zawodowego w danym roku było ustalane na podstawie przeciętnego wynagrodzenia w drugim kwartale roku poprzedniego.

Głos lewicy

Więzienie za koszulkę z Che Guevarą

Anna Grodzka boi się ścigania za propagowanie komunizmu. Swoją refleksją na temat najnowszej nowelizacji Kodeksu karnego dzieli się na Facebooku:

Wykorzystując poruszenie społeczne, które powstało na tle ujawniania przestępstw „pedofili” i ich ukrywania przez funkcjonariuszy kościoła katolickiego PiS wywindował się na szczyty populizmu i niekompetencji wprowadzając szeroką, w wielu aspektach niekonstytucyjną i szkodliwą, nowelizację kodeksu karnego. Wiele aspektów tej zmiany omawiane jest szeroko i i krytykowane przez prawnicze autorytety w tzw. „demokratycznych”, „niezależnych” mediach. Więc ja tu nie o tym.
Ja o tym że:
1. będziesz mógł odsiedzieć 3 lata za to, że w Twojej bibliotece są książki Gramsciego, Żiżka, „Kapitał” Karola Marksa albo książka o życiu i działalności Róży Luxemburg. A jeśli przerażony odsiadką zechcesz je sprzedać – jeszcze gorzej.
2. wsadzą cię za koszulkę z Che Guevarą albo czerwoną gwiazdą;
3. będziesz spowiadał się na prokuraturze, jeśli 1 listopada złożysz kwiaty na grobach żołnierzy radzieckich – to przecież byli „komunistyczni” żołnierze.
4. zamkną za wpis na FB, że za czasów twojej młodości w PRL-u nie czułeś, że wszystko było źle – bo przecież chwaląc PRL, chwalisz „komunizm”;
5. staniesz się kryminalistą, jeśli zaprosisz do publicznej dyskusji w Polsce (choćby) europosła niemieckiej Die Linke albo włoskiej, belgijskiej, francuskiej, hiszpańskiej, czy fińskiej partii komunistycznej – bo „propagujesz komunizm”.
Idiotyzmem (albo sprytem) takiej nowelizacji jest to, że „komunizm” jest pojęciem niezdefiniowanym w prawie, bardzo szerokim i niejednoznacznym. To, co jest „komunizmem”, zależeć będzie od „widzi-mi-się” prokuratora ministra Ziobry i powołanego przez nowy KRS sędziego. Komunizmem nazywany jest przecież nie tylko totalitarny, zbrodniczy stalinizm, ale także PRL okresu Gierka czy Jaruzelskiego. A zatem (jeśli Prezydent podpisze tę nowelizację) każdy, kto tylko chce, może zrobić z lewicowca „osadzonego” kryminalistę.
Myśli ktoś, że to niemożliwe? No to przyjrzyjmy się zmienianym zapisom:
– Dotychczasowe brzmienie par. 1 art. 256 kk.:
§ 1. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
– a po PiS-owskiej zmianie ma brzmieć:
§ 1. Kto publicznie propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
– Par 2. tego artykułu brzmiał:
§ 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 albo będące nośnikiem symboliki faszystowskiej, komunistycznej lub innej totalitarnej.
– a po PiS-owskiej zmianie ma brzmieć:
§ 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, zbywa, oferuje, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 lub 1a albo będące nośnikiem symboliki nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub innej totalitarnej, użytej w sposób służący propagowaniu treści, określonej w § 1 lub 1a.
Dodano także par. 1 (a) który brzmi:
§ 1a. Tej samej karze podlega, kto publicznie propaguje ideologię nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne.

Bigos tygodniowy

No i cały Scicluna na nic. Wygląda na to, że ten terminator, ten pogromca pedofilii w kościele kat., ten groźny watykański rewizor – w Polsce, w konfrontacji z polskimi biskupami okazał się cienkim Bolkiem. Nie dał rady. Zachodniacy są często bezradni wobec naszego tu wschodniego krętactwa i ketmanowskiej obłudy. To nie są prostolinijni biskupi niemieccy czy amerykańscy, których zachodnia edukacja filozoficzna przyzwyczaiła do jasności i otwartości. Gądecki, Głodź, Nycz, Polak et consortes to są polscy machiaweliści, gracze wytrenowani w kłamstwie, krętactwie, obłudzie, w „mowie janusowej”. Zapewne zagadali tego biednego Sciclunę, zasypali słodkimi frazesami i pochlebstwami, utopili go w udawanej pokorze. Wyjechał chłopina z Polski oszołomiony i skołowany. Może jak ochłonie, rozczai bazę, to wróci do sprawy.

Spełzły na niczym nadzieje PiS i innych europejskich populistów typu Salviniego i Le Pen na poszerzenie wpływów w Parlamencie Europejskim. Nadal nie będą mieli tam wiele do powiedzenia.

Młody Morawiecki odnalazł genealogię u Greków spod Salaminy. Powiedzieć, że to udawanie Greka, to nic nie powiedzieć, bo to raczej „greckie wesele” i grecka zmiana warty. Jako stary czytelnik profesora Aleksandra Krawczuka interesuję się historią starożytnej Grecji, więc czekam na kolejne porównania. Sugerowałbym zajrzenie do sienkiewiczowskiego „Quo vadis”, bo tam jest taki grecki Zagłoba – Chilon Chilonides. Na Arystotelesa bym nie liczył, bo brak soli attyckiej. Najważniejsze jednak, by były finansista od Tuska nie zrobił nam Grecji w Polsce, tym bardziej że klimat grecki już prawie mamy.

Pod Jasną Górą młoda osoba z Marszu Równości wyraziła nadzieję, że PiS utraci władzę, gdy „powymierają wszystkie stare kurwy”. Młodym ludziom – to nie ich wina – z natury samej, z racji krótkiego życia, brak perspektywy historycznej, brak należytego poczucia proporcji czasu. Dlatego nie wiedzą jeszcze, że historia już od czasów panowania najstarszej dynastii Egiptu uczy, że „stare kurwy” nigdy nie wymierają.

W reakcji na zranienie księdza nożem we Wrocławiu, w internecie znalazły się wyrazy żalu młodego internauty, że „klecha niestety przeżył” i radości innego młodego internauty, że „tłusty klecha pasożyt dostał kosą” i inne tym podobne. Jestem „od zawsze” ostro krytyczny wobec kleru, ale pokolenie JP2 zdecydowanie spycha mnie na pobocze. „Czy warto było, czy warto było, czy warto było zmieniać rząd?” – jak brzmiał refren jednej z piosenek z kabaretu Olgi Lipińskiej.

PiS szykuje przejęcie terenu Westerplatte w Gdańsku i chce tam zrobić wypasioną filię muzeum II wojny światowej. Założę się, że na tej ekspozycji słynna fotografia, na której major Henryk Sucharski z szablą u boku składa 7 września 1939 roku składa rycerską kapitulację przed generałem Wehrmachtu Friedrichem Eberhardtem, będzie opatrzona podpisem: „Niemiecki generał Eberhardt składa akt kapitulacji przed dowódcą polskiej załogi wojskowej majorem Henrykiem Sucharskim na Westerplatte”. I nie będzie to bardzo dalekie od prawdy, bo przecież na Westerplatte Polacy odnieśli niezaprzeczalne zwycięstwo moralne. A część z nich od razu poszła do nieba, o czym pięknie napisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Pisowskie kierownictwo PKP najpierw odwołało pociągi na festiwal – nazwijmy to tak ogólnie – Jurka Owsiaka (Pol’and’Rock?), a potem częściowo je przywróciło. Podobnie było z wycofanym sądowym pozwem Ziobra przeciw ekspertom prawnym z „Jagiellonki”. Ruch do przodu, wycofanie, ruch do przodu, wycofanie. Trochę też przypomina to metodę coitus interruptus, a może jest zastosowaniem metody opartej na stosowaniu opozycji typu: policjant zły-policjant dobry.

Moim skromnym zdaniem RPO Adam Bodnar odrobinę przesadził z tym przeczuleniem na sposób zatrzymania podejrzewanego o zabójstwo Jakuba A. z Mrowin. Przynajmniej na ekranie nie widać nic drastycznego. Że Jakub A. pozostał w krótkich gatkach? Przecież było gorąco i właśnie nakaz założenia długich portek można by uznać za torturę. A co do argumentu, że zatrzymany nie stawiał oporu, więc nie było potrzeby kajdanowania go w sposób zespolony – a wy stawialibyście opór, gdyby nagle na wasz barłóg rzuciło się z rykiem dziesięciu uzbrojonych po zęby, zamaskowanych olbrzymów w hełmach z „Gwiezdnych wojen”?

Ale Bodnar to pikuś przy Rzeczniku Praw Dziecka Mikołaju „Muszce” Pawlaku. I nie chodzi o jakieś tam durne klapsy, ale o to, że będąc dzieckiem Mikołaj naruszył prawa innego dziecka oblewając mu nogę denaturatem i podpalając ją. Pożar mocnymi klapsami ugasił ojciec Mikołaja i dziecko długo nie mogło usiąść. Czy poszukując kandydata na RPD Jarosław Kaczyński szukał właśnie kogoś takiego?

Po zagraniu czarnego charakteru w filmie „Smoleńsk” Jerzy Zelnik ogłosił, że kończy z aktorstwem. Dał też do zrozumienia, że ograniczy swoją aktywność polityczną. Dzięki Bogu, znów będę mógł spokojnie oglądać „Faraona”. Lecąc niedawno aeroplanem PPL „Lot” dowiedziałem się, że firma oferuje pasażerom możliwość obejrzenia kilku dzieł z kanonu polskiego kina, w których są motywy „lotnicze”, n.p. „Jak być kochaną” W. J. Hasa. Niniejszym stawiam formalne pytanie kierownictwu Firmy: dlaczego w ofercie nie ma „Smoleńska” Antoniego Krauze?

Gdyby jednak, jak uparcie mówią niektórzy, film „Polityka” Patryka Vegi groził PiS odebraniem choćby półtora procenta głosów niezbędnych do rządów samodzielnych czy uzyskania większości konstytucyjnej, to odwołam swój sceptycyzm sprzed tygodnia i przyznam, że znów „kino jest najważniejszą ze sztuk”.

Ekstowarzyszka Genowefa Grabowska znów wspierała PiS w jakieś propisowskiej telewizyjce. To samo czyniła jej dawna koleżanka z SLD Aleksandra Jakubowska, znana publicystka u braci Karnowskich. W internecie można obejrzeć filmik (chyba że już dokonali korekty), w którym wypowiedź Grabowskiej opatrzona jest wizerunkiem Jakubowskiej, a może odwrotnie. Po prostu pomylono je. Nie, podkreślam, nie są pomylone, tylko pomylono je. A dlaczego je pomylono? Bo tego rodzaju pomyłki są stare jak świat i nigdy nie wymierają.

Pochwalić muszę natomiast – choć z bólem – Jarosława Kaczyńskiego za to, że swoją trzynastą emeryturę przeznaczył na wykupienie koni z uboju. Sorry, ale Winnetou by mi nie wybaczył, gdybym postąpił inaczej.

To zupełny upadek

„Nagromadzenie bzdur tak horrendalne, że pozostaje śmiech przez łzy. Myślę, że w tej chwili Andrzej Duda przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) senator Marek Borowski.

 

KAMILA TERPIAŁ: Senat odrzucił wniosek prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie referendum konstytucyjnego. Za głosowało 10 senatorów, przeciw było 30, wstrzymało się 52 senatorów PiS. „Żałuję, że społeczeństwo nie będzie miało szansy, by wypowiedzieć się w sprawie konstytucji” – tak wynik głosowania skomentował wiceszef Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha. Pan też żałuje?

MAREK BOROWSKI: Nie żałuję, dlatego że społeczeństwo trzeba traktować poważnie. Prezydent swoją koncepcją i pomysłami na przyszłą konstytucję, dotychczasową praktyką, czyli łamaniem konstytucji i zaproponowanym terminem referendum, traktował polskie społeczeństwo niepoważnie. Strata żadna, a wręcz przeciwnie. Myślę, że gdyby wynik głosowania był inny, to prezydent jeszcze bardziej by tego żałował.
Prawdopodobna frekwencja byłaby minimalna i klapa zupełna. A teraz Andrzej Duda może jeszcze otrzepać piórka i próbować coś proponować.

 

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski przekonywał po głosowaniu, że „to nie porażka, a sukces prezydenta”…

Wypowiedzi marszałka Karczewskiego są ostatnio coraz dziwniejsze. Żeby wygłaszać takie stwierdzenia, to jednak trzeba być człowiekiem niezwykle utalentowanym. Przecież to jest ewidentna porażka. PiS wymierzył prezydentowi policzek. To ma być sukces? PiS po prostu próbuje pocieszyć prezydenta.
Podczas debaty senatorowie partii rządzącej bardzo dziękowali panu prezydentowi, a także mówili o swoim głębokim szacunku dla jego inicjatywy. A potem Andrzej Duda już tylko „dostał z liścia” i tyle.

 

Senatorowie PiS-u nie głosowali przeciw, tylko wstrzymali się od głosu – to ma być według marszałka Senatu dowód na sukces. Może jednak coś w tym jest?

Nie wierzę, że marszałek Senatu nie wie, jaki był tryb głosowania, bo to bardzo źle by o nim świadczyło. Myślę, że chodzi o odwracanie kota ogonem i jest to zwykły cynizm. W tym głosowaniu nie wystarczyła zwykła większość, potrzebna była większość bezwzględna, czyli spośród głosujących więcej niż połowa musiała powiedzieć tak. Głosem przeciwnym był zatem głos na nie, ale także wstrzymujący. Senatorowie PiS-u elegancko się wstrzymali, co oznaczało, że byli przeciwni. Nie wiedziałem, czy byli tego świadomi, dlatego na wszelki wypadek poinformowałem ich o tym z mównicy przed głosowaniem.
Ale jest jeszcze jeden element wypowiedzi marszałka Karczewskiego, który zrobił na mnie wrażenie – obarczył winą Platformę Obywatelską. To zwala z nóg.

 

Nie ma pan wrażenia, że to stały element wypowiedzi polityków PiS-u?

Ale jednak trzeba znać granice. PO rzeczywiście głosowała przeciw, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze były wstrzymujące się głosy polityków PiS-u.

 

Marszałek Senatu przyznał, że liczył, że PO wzniesie się „ponad nienawiść, ponad walkę polityczną” i „nie wyrażą swojej opinii, wstrzymają się od głosu”. To pana zwaliło z nóg?

Marszałek uważa, że Platforma powinna wstrzymać się od głosu, czyli postąpić tak jak PiS, czyli być przeciwko. Przecież tu nie ma żadnej logiki. Poza tym Stanisław Karczewski przekonywał, że PiS to partia demokratyczna, ponieważ szanuje inicjatywy referendalne. Dlatego wstrzymali się od głosu w przypadku wniosku referendalnego Bronisława Komorowskiego, czyli… byli przeciw. Nagromadzenie bzdur jest tak horrendalne, że pozostaje tylko śmiech przez łzy.

 

To element kłótni w rodzinie Prawa i Sprawiedliwości?

Zadaję sobie cały czas pytanie: po co prezydent forsował taką datę referendum? Wygląda na to, że PiS byłby w stanie zgodzić się na jakiś plebiscyt, ale nie w terminie 11 listopada. Przecież Andrzej Duda o tym wiedział. Po co tak się upierał? Nie wiem. Może jego doradcy przekonywali, że musi raz postawić na swoim i pokazać, że nie jest marionetką.
Ale przecież już od dawna wiadomo, że prezydent jest na usługach PiS-u i żadne manewry z referendum tego nie zmienią.

 

Teraz prezydent będzie miał doskonałą okazję, żeby pokazać, czy jest marionetką. Myśli pan, że może nie podpisać przegłosowanych we wtorek w nocy ustaw sądowych?

Nie sądzę, żeby odważył się na zawetowanie albo odesłanie do TK. Myślę, że w tej chwili raczej przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam.

 

Nie będzie chciał się zemścić za odrzucony wniosek referendalny? Znowu uklęknie i podpisze?

Nie ma wyjścia. Przecież jego kandydowanie w wyborach zależy tylko od PiS-u i on zdaje sobie z tego sprawę.

 

PiS przyjął bez poprawek nowelizację ustaw sądowych w kilka godzin. „Dokonał nocnej zmiany” – mówią politycy PO. Też by pan tak to określił?

Nie po raz pierwszy PiS zamyka usta opozycji i przepycha ustawy w nocy. To stała praktyka sejmowa i senacka.
Jest rozkaz „przyjąć natychmiast” i marszałek to posłusznie realizuje. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że to bezczelne łamanie konstytucji, parlamentarnego obyczaju i naruszanie regulaminu. To wszystko się powtarza. Mam poczucie, że nic innego i mocniejszego powiedzieć nie mogę.
Ale w końcowej fazie naruszenie regulaminu było dramatyczne i bardzo przykre. Regulamin prac w Senacie mówi wyraźnie, że przed ostatecznym głosowaniem wnioskodawcy poprawek i wniosków mniejszości mają prawo zabrać głos i jeszcze raz przypomnieć swoje wnioski. To jest uświęcona tradycja od 30 lat. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś próbował to naruszyć. Do tej pory. Senator Martynowski, szef klubu senatorów PiS, zgłosił wniosek, aby marszałek nie dopuścił opozycji do tych wystąpień – i marszałek Karczewski się zgodził. Smutne, bo to podobno trzecia osoba w państwie.

 

To piąta nowelizacja ustawy o SN. Co pozostało z procesu legislacyjnego?

To zupełny upadek.

 

Politycy PO zapowiadają wniosek do sądu w związku z przyjęciem ustawy niezgodnie z prawem. Ten element sprzeciwu też trzeba wykorzystać?

Tak, chociaż nic z tego nie będzie. Prokuratura albo będzie się tym zajmować przez najbliższe dwa lata, albo sprawę umorzy. Ale ta skarga jest potrzebna, bo nie pozwala zamieść sprawy pod dywan. To bardzo ważne.

 

Dlaczego PiS-owi tak zależy na jak najszybszym przejęciu SN?

Przyczyn jest kilka. Wyroki sądów powszechnych po przejściu apelacji mogą być zaskarżane do Sądu Najwyższego. Gdyby mimo wszelkich starań nie udało się opanować sądów powszechnych, bo sędziowie będą chcieli orzekać w sposób niezależny i nie po myśli władzy, to będzie można odwracać wyroki w SN.
Chodzi także o ukochane dziecko ministra Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego, czyli nową Izbę Dyscyplinarną. Niezawisłym sędziom będzie można zarzucić naruszenie prawa i ukarać, niekoniecznie zakazem wykonywania zawodu, ale chociażby pozbawieniem pensji przez pół roku. To będzie efekt mrożący i ostrzeżenie dla pozostałych sędziów. Najbardziej brzemienne w skutkach może być uprawnienie do stwierdzania ważności wyborów. To do SN są kierowane skargi wyborcze.

 

PiS może posunąć się do unieważnienia wyborów parlamentarnych?

Wątpię, żeby zdecydowali się na unieważnienie całych wyborów, bo to byłby skandal na niespotykaną skalę, który mógłby wyprowadzić na ulice milion ludzi. Ale mogą na przykład unieważnić wybory w kilku okręgach, co też może spowodować odpowiednią zmianę wyniku wyborczego.

 

Na polityków PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego w jakikolwiek sposób działają jeszcze protesty w obronie sądów?

PiS uważa, że ruch protestu słabnie i nie ma się co nim zajmować.
Rzeczywiście, protesty są zdecydowanie mniej liczne niż w zeszłym roku, ale i tak tym ludziom należy się uznanie, bo nie pozwalają zasnąć opinii publicznej.

 

Pozostaje jeszcze ruch oporu sędziów.

I dlatego będzie potrzebny Sąd Najwyższy złożony z sędziów sprzyjających władzy. Mimo to ci szeregowi sędziowie, w sądach powszechnych, mogą jeszcze tej łamiącej konstytucję władzy narobić sporo kłopotu.

Alimenciarz na smyczy

Pracodawcy RP nie chcą odpowiadać za zaległości alimentacyjne swoich pracowników.

 

Co można zarzucić Zbigniewowi Ziobrze w jego walce z alimenciarzami? Na pewno nie to, że ukrzywdzi pracodawców. Jeśli już, to fakt, że dotychczasowe reformy dotyczyły głównie dłużników związanych z Fundusze Alimentacyjnym.
Dłużników z Funduszu ścigać łatwiej, bo de facto są oni dłużnikiem państwa. Fundusz bierze na siebie niejako rolę pośrednika – płaci dziecku ze swojej kieszeni, a od tatusia (w 90 proc. to mężczyzna) egzekwuje, jeśli trzeba – nawet karą pozbawienia wolności. Gorzej jest z tymi, gdzie zarobki matki są wyższe, tam zostawał tylko komornik. I nawet jeśli coś zajął, to kombinator potrafił wziąć kasę „do łapy”, albo strategicznie przepisać majątek na matkę czy nową partnerkę.
To takie praktyki Ziobro wziął na celownik – i straszy, że zaległości będzie egzekwować od pracodawców. Ci oczywiście słusznie podnoszą, że alimenty mają charakter osobisty, a zatrudniający z tytułu zatrudniania może ponosić odpowiedzialność jedynie za łamanie prawa pracy. I zapewne w projektowanej ustawie dostaną możliwość wykazania na drodze sądowej, że zatrudniając pana X, nie współuczestniczyli w procederze ukrywania przez niego dochodów przed dzieckiem lub dziećmi – i w takich przypadkach nie staną się współdłużnikami cywilnymi.
Ministerstwo szuka również pola dla rozwiązania problemu dłużników alimentacyjnych wymawiających się bezrobociem. Tym razem stosowną ustawę przygotować ma resort Rafalskiej. Magicznym sposobem na alimenciarzy bez zajęcia mają być roboty publiczne – na organizatora ma zostać nałożony obowiązek zatrudniania dłużników w pierwszej kolejności.
To działania, za które należy rząd PiS pochwalić. Trzeba jednak uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, ponieważ pracodawcy, mając nad sobą groźbę automatycznego współdzielenia czyjegoś prywatnego długu, po prostu przestaną alimenciarzy zatrudniać w ogóle, co spowoduje błędne koło rzeczywistego braku dochodów i możliwości wywiązania się z zaległości.
Jak jednak walczyć ze zmową szef-alimenciarz? Pomysł Ziobry z pewnością wymaga doprecyzowania, tak aby namierzać rzeczywistych kombinatorów, pomagających omijać komornika i Fundusz. Pracodawcy powinni mieć wgląd w zadłużenie człowieka, którego zatrudniają. Tylko w ten sposób zniknie społeczne przyzwolenie na uchylanie się od łożenia na własne dziecko.

Święta rodzina

Podczas kiedy za granicą rządzący wykonują światopoglądowy skok w przyszłość, rząd PiS nadal dba o to, by polskie rodziny spajał strach i ekonomiczna zależność, a patologie były skrzętnie ukrywane zamiast eliminowane.

Do niewątpliwych „prezentów”, jakie rząd PiS przygotował dla kobiet (utrudnienia w oddaniu dziecka do adopcji oraz likwidacja kodeksu „Rodzić po ludzku”, o których pisałam wcześniej) dodać należy jeszcze dwa: pierwszy to ministra Ziobry walka z rozwodami. Nowy projekt nowelizacji Kodeksu cywilnego przedstawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości zakłada, że opłata za wniesienie pozwu wzrosnąć ma z 600 zł do 2 tysięcy. Żeby nie było – Ziobro podniesie też opłaty w sprawach innych niż rozwodowe. Tak czy siak jest to ograniczenie obywatelom prawa do sądu, które przełożenie na nierozerwalność instytucji małżeństwa będzie miało co najwyżej takie, że obywatele skutecznie nauczą się system omijać i albo przestaną decydować się na ślub w ogóle, albo po prostu zadowolą się instytucją separacji.
Drugi prezent od rządu to ustawa resortu minister Rafalskiej: ustawa kołtuńska i szkodliwa, choć w nazwie ma wspieranie rodziny”: w praktyce jednak chodzi o to, aby wywierać nacisk na gminy, aby zwracały biologicznym rodzinom dzieci, które trafiły do domów dziecka, placówek opiekuńczych lub rodzin zastępczych. Bez zbędnej zwłoki i pod groźbą kary finansowej.
Niebezpieczna jest jednak druga strona tego medalu: rząd nie przedstawia żadnych narzędzi do dalszego monitorowania sytuacji tych rodzin. Prawdopodobnym jest więc, że dzieci odebrane z powodu przemocy bądź uzależnień w rodzinie – będą wracać w patologiczne warunki. Rząd wymyślił sobie bowiem że polskim rodzinom „odbiera się dzieci z biedy”, co nie ma żadnego przełożenia na statystyki, jest wyłącznie nadmuchaną bańką propagandy.
W Sejmie minął 40. dzień protestu. Wycieńczeni rodzice i opiekunowie niepełnosprawnych skapitulowali przed rządem, który wziął ich na przetrzymanie, a przed oficjelami z NATO zasłonił ich za „kotarą wstydu”. Iwona Hartwich i reszta zawiesili protest, nie dostawszy swojego 500+.
Tymczasem Irlandia przestała już być krajem o najbardziej restrykcyjnym prawie aborcyjnym w Europie – pokazując drzwi kościelnym regulacjom, a Szwecja zmieniła definicję gwałtu (uznając, iż wystarczającym kryterium jest brak zgody, nie trzeba już wykazywać, że ofiara „broniła się” fizycznie). I to wszystko w ciągu jednego tygodnia. Europa odpływa i majaczy gdzieś w oddali.