Zapraszamy do debaty

Bez programu V Rzeczpospolitej polska lewica nie stanie się pierwszorzędną siłą polityczną.
Wielokrotnie pisałem przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu.
Za wszelką cenę. Zgody na przejściowy, autorytarny styl kierowania SLD. Zgody na wspólną listę z centrową, liberalną Platformą Obywatelską i konserwatywnym PSL. Powrót do parlamentu wart był dla lewicy każdej politycznej „mszy”. Bo jedynie powrót do parlamentu gwarantował rewitalizację gasnącego SLD i innych, marginalizowanych partii.
Powrót do Sejmu i Senatu dawał szansę stworzenie tam politycznego przyczółka. Takiego „lewicowego Piemontu”, aby potem konsekwentnie powiększać wpływy lewicy w Polsce. Analogicznie do znanego z historii procesu jednoczenia Włoch w drugiej połowie XIX wieku.
Nasz lewicowy „Piemont” już mamy. Zyskaliśmy go po wyjątkowo korzystnej cenie. Lewica nie musiała celebrować politycznej mszy z demokratycznymi liberałami. Dostała głosy lewicowych wyborców w 2019 roku jedynie za „cud zjednoczenia”. Za to, że trójka liderów lewicowych partii stanęła w jednym szeregu przed telewizyjnymi kamerami. Zaczęli przemawiać razem, choć nie mówili tak samo. Dostała lewica te głosy na kredyt. Wyborcy lewicy w Polsce lubią spory, nawet personalne, polemiki i debaty. Ale jedność organizacyjną lewicy uważają za podstawową wartość.
„Tyleśmy warci ileśmy zwarci”, powtarzano nam podczas spotkań z wyborcami, kiedy tworzyliśmy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Pod koniec zeszłego wieku. Dzięki tej zwartości lewica dwukrotnie rządziła w III RP, miała też swojego prezydenta. Potem nastąpiła seria rozłamów,kłótni personalnych w Sojuszu. I wtedy SLD zaczął przypominać ówczesne telefony komórkowe Nokii.
Z każdym nowym sezonem politycznym stawał się coraz mniejszy.
Zjednoczmy się wreszcie
Konsekwencją „cudu zjednoczenia” sprzed 3 lat powinno być zunifikowana, powstała z SLD i Wiosny, nowa partia. Nowa Lewica. Były zaręczyny, terminy wesela, do skonsumowania związku nie doszło.
Ostatnio wielokrotnie słyszałem głosy przeróżnych patriotów SLD, że to małżeństwo polityczne pachnie im jednak mezaliansem. Bo oto bogate w kadry, programy i struktury organizacyjne SLD żeni się ze znacznie uboższą Wiosną. Ot bogaty panicz bierze dziadówkę za żonę i jeszcze ma ślubować jej partnerskie małżeństwo!
Wedle lewicowych standardów.
W SLD jestem od początku. Byłem posłem klubu SLD, kiedy Sojusz nie był jedną partią, tylko federacją partii politycznych, związków zawodowych, organizacji społecznych. Mariażem politycznych paniczów z politycznymi dziadówkami. Jedną z nich, Ruch NIE, w tamtym Sojuszu reprezentowałem. I nasze największe wspólne sukcesy osiągaliśmy kiedy lewicowi zasobni panicze traktowali po partnersku te lewicowe dziadówki.
Dlatego apeluję do lewicowych koleżanek i kolegów z SLD i Wiosny. Zjednoczmy się wreszcie! Na ustalonych wcześniej zasadach. A aktualnym krytykom tego mariażu mogę jedynie przypomnieć, że także oni głosowali za przyjętymi wtedy zasadami zjednoczenia i statutami. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.
Na pocieszenie krytycznym wobec zjednoczenia patriotom z SLD mogę przypomnieć też, że nasi parlamentarzyści nieraz głosowali ustawy niekorzystne wizerunkowo dla naszej partii, za to korzystne dla reformowanego państwa polskiego. Tracił na tym Sojusz, ale per saldo zyskiwała Polska.
Niebawem minie trzeci rok działalności koalicyjnego klubu parlamentarnego lewicy. Od przynajmniej dwóch lat słyszymy o konsumowaniu politycznego małżeństwa SLD i Wiosny. I mam nadzieję, że na październikowym Kongresie wreszcie się to stanie.
Zakończy się ten stan organizacyjnego chaosu, gorszącego wielce lewicowych wyborców.
Wskazówki na Piątą
Mamy już „lewicowy Piemont”, dojdzie pewnie do zjednoczenia SLD z Wiosną. Ale Kongres zjednoczeniowy powinien być jednocześnie Kongresem programowym. Polska lewica, zwłaszcza ta związana z SLD, ma liczne, historyczne zasługi. Doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, wcześniej współtworzyła obecną demokratyczną Konstytucję. Jednak po naszej akcesji do Unii Europejskiej kreatywność programowa, intelektualna polskiej lewicy wyschła.
Być może lewicowe elity uznały, sama implementacja euro norm rozwiąże podstawowe problemy polskiego społeczeństwa i państwa. A skopiowanie dorobku europejskiej lewicy stworzy z polskiej lewicy nowoczesny i sprawny ruch polityczny. I tak po naszej akcesji do UE, zakorzenieniu się w rodzinie europejskich socjalistów, socjaldemokratów, zielonych,komunistów polskie lewicowe elity polityczne zwolniły się z wysiłku umysłowego.
Oczywiście nie siedziały czas cały z założonymi rękami. Przez całe lata trwała produkcja projektów programów, ustaw. Zmieniano logo partii aby zwabić nim miej świadomych wyborców. Pomimo tych wysiłków lewicowi wyborcy nie wiedzieli i nie wiedzą jakiej, tej już „europejskiej” Polski, nasza lewica chce. Znają poszczególne propozycje, słyszeli o jakiś receptach.
PiS w 2015 roku celnie zdiagnozował obecną w społeczeństwie potrzebę zmiany. Zaproponował alternatywną IV Rzeczpospolitą. Nie łaty, plastry na poszczególne bolączki, tylko nową jakość. I tym uwiódł wyborców. Także tych, głosujących kiedyś na lewicę.
Dlatego teraz podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest stworzenie spójnego programu demokratycznej i socjalnej V Rzeczpospolitej. Alternatywnej wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i niedawnej III Rzeczpospolitej. Bez takiego horyzontu programowego polska lewica dalej będzie dusić się intelektualnie w kajdanach IV RP i utopijnych nostalgiach za III RP. Nie pomogą jej atrakcyjne, szczątkowe programy, ustawy pisane w odpowiedzi na działania PiS, ani medialne pląsy.
Dlatego zapraszamy wszystkich polskich lewicowców do dyskusji o lewicowej, demokratycznej V Rzeczpospolitej.
O tym co polska lewica powinna zrobić po szkodliwych dla Polski rządach PiS. O wieloletnim lewicowym planie budowy społeczeństwa polskiego w XXI wieku.
Zapraszamy wszystkich pragnących debaty o przyszłej lewicowej Polsce. Chcemy być trybuną szeroko rozumianych lewicowych idei i programów.
Bez stworzenia programu V Rzeczpospolitej polska lewica będzie skazana na rolę przystawki politycznej. Drugorzędnej, niesamodzielnej siły politycznej.

Trzydziesta rocznica zjednoczenia Niemiec

Otwarcie granicy niemiecko-niemieckiej i upadek muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec. Jak bardzo przyspieszyło to bieg historii świadczyło chociażby to, że w 1987r. podczas wizyty prezydenta RFN – Richarda von Weizsäckera w Moskwie M. Gorbaczow powiedział, że „o zjednoczeniu będzie można pomyśleć za sto lat”. Natomiast w czerwcu 1989 r. po wizycie M. Gorbaczowa w RFN u większości przedstawicieli korpusu b. krajów socjalistycznych panowała opinia, że strona RFN nie osiągnęła w trakcie wizyty postępu w „kwestii niemieckiej”. Ich zdaniem wynikało to także stąd, iż także Zachód nie był w istocie zainteresowany jakąkolwiek zmianą w podejściu do tego problemu.

Z rozmów w CDU wynikało, że wizyta ta wywoła duże zaniepokojenie zachodnich sojuszników RFN. Ostre komentarze wypowiadali Anglicy, którzy podkreślali konieczność utrzymywania wojsk alianckich wraz z bronią jądrowa (rakiety krótkiego zasięgu) na terytorium RFN, jako gwarancji przed zbyt daleko idącym zbliżeniem RFN-ZSRR. Bardzo zdecydowanie na ewentualność takiego zbliżenia zareagowała prasa amerykańska. Komentarze „o osiąganiu ramię w ramię z Gorbaczowem czwartej Rzeszy”, czy też tytuł publikacji A.M. Rosenthala w „New York Times” – „Niemiecki rozsądek jest marzeniem o panowaniu na Wschodzie” nie pozostawiały wątpliwości. Przedstawiciele korpusu krajów kapitalistycznych podkreślali, że podpisana podczas wizyty „Deklaracja” zawierała jedynie zbiór haseł, natomiast nie dawała instrumentów niezbędnych do ich realizacji. „Chłód” naszych gospodarzy (władz NRD), w podejściu do wizyty Gorbaczowa wynikał stąd, ze NRD pragnęła nadal pozostawać głównym architektem w kształtowaniu stosunków z RFN. Poza tym, nie chciała stracić niczego, ani z własnej tożsamości, ani z tego, co tak misternie było przez jej kierownictwo z E. Honeckerem na czele osiągnięte w stosunkach
niemiecko-niemieckich.
Ale wszystkie te oceny, rachuby i prognozy przestały być nagle aktualne po całym splocie wydarzeń w NRD latem i jesienią 1989 r. prowadzących do upadku mury berlińskiego 9 listopada 1989 r.
Dla nas – polskich dyplomatów pracujących w Berlinie – stało się oczywistym i takie stanowisko przekazaliśmy w listopadzie 1989 r. do MSZ, „że pokojowa rewolucja w NRD ma również swój wymiar międzynarodowy, w tym szczególnie „gorący” niemiecko-niemiecki. Wydarzenia w tym kraju począwszy od sierpniowej fali ucieczek – do otwarcia granic z RFN i Berlinem Zachodnim – spowodowały, że Republika Federalna Niemiec dąży do przeniesienia problemu „zjednoczenia Niemiec” na grunt bieżącego działania w różnych dziedzinach, w tym działalności dyplomatycznej”.
Niezależnie od tego, jak odległa jest perspektywa spełnienia wielu warunków ( wola obywateli obu państw niemieckich, zgoda czterech mocarstw, gwarancje, że nowe zjednoczone Niemcy nie zagrożą bezpieczeństwu i współpracy europejskiej, itd.), nie ulega wątpliwości, ze sam temat zjednoczenia Niemiec został wprowadzony do stosunków międzynarodowych i wzmożona aktywność polskiej polityki zagranicznej na tym odcinku wydaje się ze wszech miar niezbędna”.
Było to także istotne i z tego powodu, ze na demonstracjach ulicznych w NRD coraz częściej pojawiały się hasła zjednoczeniowe, np. : „Wszyscy jesteśmy Niemcami i trzeba nam myśleć o jednym wspólnym losie”, czy „Zjednoczenie przez wolne wybory”.
W świetle wydarzeń 1989 r. oraz procesów „jawności’ problem przyszłości obu państw niemieckich przestał być w NRD tematem tabu. Wszystkie siły polityczne w NRD czuły się zobowiązane do wypracowania stanowiska w sprawie zjednoczenia.
A po zburzeniu muru proces zjednoczenia Niemiec postępował szybciej, niż zdolni to byli przewidzieć politycy i wszelkie prognozy. 13 listopada 1989 r. premierem NRD został Hans Modrow (b. I Sekretarz KC NSPJ w Dreźnie marginalizowany wcześniej przez centralę w Berlinie za jego krytyczne opinie wobec sposobu sprawowania władzy przez E. Honeckera, za to popularny i dobrze odbierany w Saksonii), który zapowiedział odnowę życia społecznego i demokratyzację kraju.
Również w listopadzie 1989 r. przewodniczący CDU w NRD – Lothar de Maizie’re po rozmowach w Berlinie z sekretarzem generalnym CDU w RFN – V. Rühe i przewodniczącym CDU w Berlinie Zachodnim – E. Diepgenem stwierdził, ze „problem ponownego zjednoczenia Niemiec jest rozwiązywalny w ramach wspólnego europejskiego domu”.Natomiast 28 listopada 1989 r. kanclerz Helmut Kohl w Bundestagu w trakcie debaty w sprawie jedności Niemiec przedstawił 10-punktowy plan mający doprowadzić do niemieckiej jedności, który przewidywał pomoc dla NRD po likwidacji monopolu władzy jednej partii i we wprowadzaniu gospodarki rynkowej. Stopniowe zbliżanie obu państw niemieckich miało prowadzić do federalizacji całych Niemiec. H. Kohl zaproponował wspólną komisję rządową, wspólne komisje problemowe i wspólne gremium parlamentarne. Ale przede wszystkim nakreślił wizję dobrobytu, który będzie osiągnięty we wschodniej części Niemiec, jeśli wybory doprowadzą tam do zasadniczych przemian ustrojowych.
W połowie grudnia Rada NATO wypowiedziała się za swobodnym stanowieniem narodu niemieckiego z zastrzeżeniem, że „proces ten powinien przebiegać pokojowo i demokratycznie, przy pełnym poszanowaniu odpowiednich porozumień i układów” oraz „odbywać się w perspektywie integracji europejskiej”.
Moskwa zareagowała ostro na wizje „planu Kohla” i stanowisko Rady NATO. 19 grudnia 1989 r. na forum Parlamentu Europejskiego minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze przestrzegał w ostrej formie przed szybkim zjednoczeniem Niemiec. Według niego, należało najpierw stworzyć polityczne, ustawowe i materialne gwarancje, że zjednoczenie Niemiec nie zagrozi bezpieczeństwu innych państw i pokojowi w Europie. Uznał za konieczne sprecyzowanie statusu wojskowego przyszłych Niemiec oraz ich stanowiska wobec wojsk sprzymierzonych na ziemi niemieckiej.
Jednakże trudna sytuacja gospodarcza NRD i perspektywa pomocy RFN oraz nakreślona przez Kohla wizja dobrobytu powodowały nacisk społeczeństwa NRD w kierunku przyspieszenia procesu zjednoczeniowego. W tej sytuacji 1 lutego 1990 r. pojawił się „plan Modrowa” przedstawiony po jego wizycie i rozmowach z M. Gorbaczowem w Moskwie. Przewidywał on zawarcie „wspólnoty traktatowej” z istotnymi elementami konfederacyjnymi (unia gospodarcza, walutowa i komunikacyjna oraz ujednolicenie przepisów prawa), utworzenie konfederacji poprzez którą doszłoby do utworzenia jednolitego państwa ze stolicą w Berlinie. Świat odebrał „plan Modrowa” jako przyzwolenie Moskwy na zjednoczenie Niemiec pod pewnymi warunkami. 2 lutego 1990 r. minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze wstępnie poparł dążenia Niemców. Helmut Kohl wykorzystuje historyczną szansę i „prze” dalej. 11 lutego składa wizytę w Moskwie, gdzie przyrzeka M. Gorbaczowowi honorować interesy bezpieczeństwa ZSRR. Podczas tej wizyty przekonuje M. Gorbaczowa i uzyskuje zgodę przywódcy radzieckiego na rozpoczęcie rozmów o zjednoczeniu Niemiec. Znalazło to wyraz w deklaracji rządowej z 15 lutego, gdzie szef rządu bońskiego powołując się na opinię prezydenta USA – G. Busha oraz na rozmowy z M. Gorbaczowem zapowiedział, że po wyborach w NRD 18 marca 1990 r. rządy obu państw niemieckich podejmą rozmowy na temat przywrócenia jedności Niemiec, jak również rozmowy z czterema mocarstwami o kontekście międzynarodowym tej jedności i związanych z nią gwarancją dla państw sąsiednich. Deklaracja kanclerza była podbudowana ottawską decyzją ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw ( USA, ZSRR, Francji i Wielkiej Brytanii) i obu państw niemieckich z 14 lutego 1990 r. o „ustanowieniu niemieckiej jedności w dwóch etapach”. Ustalenie przewidywało, ze po wyborach w NRD przedstawiciele obu państw niemieckich wyjaśnią między sobą wszystkie kwestie natury wewnątrzpolitycznej, gospodarczej i prawnej. Następnie dwaj ministrowie przedyskutują ze swoimi odpowiednikami z czterech mocarstw wszystkie aspekty międzynarodowe „ustanowienia niemieckiej jedności” i przedstawią wyniki tych dyskusji na jesiennym „szczycie” 35 państw KBWE.
Przed wyborami do Izby Ludowej 18 marca 1990 r. rozważane były trzy możliwości osiągnięcia jedności: – poprzez struktury konfederacyjne, w ramach których następowałoby „zrastanie” dwu państw niemieckich – drogą „Anschlussu”, czyli poprzez art. 23 Ustawy Zasadniczej o treści: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza obowiązuje zrazu na obszarach Wielkiego Berlina, Hamburga, Hesji, Dolnej Saksonii, Północnej Nadrenii Westfalii, Nadrenii Palatynatu, Szlezwika-Holsztynu, Wirtembergii-Badenii i Wirtembergii-Hollenzollernu. W innych częściach Niemiec należy nadać Ustawie Zasadniczej moc obowiązującą po ich przystąpieniu” – na drodze dialogu i porozumienia się w sprawie utworzenia nowego państwa, opierającego się na nowej, wcześniej opracowanej ogólnoniemieckiej konstytucji. Była to droga z wykorzystaniem art. 146 Ustawy Zasadniczej RFN, która stanowiła: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza traci moc obowiązującą z dniem, w którym wejdzie w życie konstytucja uchwalona przez Naród Niemiecki w drodze swobodnej decyzji”.
Po wyborach zakończonych zwycięstwem partii konserwatywnych skupionych w „Sojuszu na rzecz Niemiec” i opowiadających się za szybkim zjednoczeniem stało się jasnym, ze wybrana
zostanie droga przez art. 23. określana jako „królewska”, „najszybsza”, „bezproblemowa”,
„najefektywniejsza dla osiągnięcia niemieckiej” jedności”. Takiego rozwiązania, pojmowanego jako szybkie wprowadzenie unii walutowej, gospodarczej i socjalnej, a zwłaszcza DM oczekiwała znaczna część społeczeństwa NRD, która z tych właśnie względów głosowała na CDU, DSU i „Demokratyczny Przełom”.
Natomiast siły demokratyczne, które jesienią 1989 r. doprowadziły do przełomu w NRD („Nowe Forum”, „Demokracja teraz”, „Inicjatywa na rzecz pokoju i praw człowieka”), znaczna część inteligencji, przedstawiciele środowisk twórczych opowiadały się za „dłuższą” drogą zjednoczeniową, w której NRD wystąpiłaby jako suwerenny, równoprawny partner i która pozwoliłaby na wniesienie przez nią przynajmniej części swej tożsamości do przyszłych zjednoczonych Niemiec. Takie stanowisko powodowane było m.in. już na wstępie niedotrzymaniem przez H. Kohla obietnic przedwyborczych i postawieniem pod znakiem zapytania relacji, według której marka NRD miałaby być wymieniana na DM.
W przypadku wyboru drogi przez art. 146 Ustawy Zasadniczej należało się liczyć ze znacznym opóźnieniem czasowym niemieckiej jedności – opóźnieniem, które dla ludzi oczekujących na szybkie zjednoczenie, unię walutową, gospodarczą i socjalną było nie do zaakceptowania.
Stąd „nabierający coraz większej prędkości pociąg zjednoczeniowy ciągniony przez „lokomotywę Kohla”, wykorzystujący przy tym sprzyjający wiatr historii” był nie do zatrzymania.
Dobitnie pokazuje to kronika głównych wydarzeń w NRD w 1990 r. prowadzących do zjednoczenia Niemiec:
2.01. – rząd NRD wyraża gotowość konstruktywnej współpracy z całym spektrum politycznym uczestniczącym w rozmowach „okrągłego stołu”;
1.02. – ówczesny premier H. Modrow występuje publicznie z koncepcją „Für Deutschland einig Vaterland”;
5.02. – na propozycję H. Modrowa wynikającą z realnej oceny układu sił politycznych tworzony jest rząd odpowiedzialności narodowej, w skład którego wchodzą przedstawiciele ośmiu nowych partii i ugrupowań demokratycznych;
13 / 14.02. – H. Kohl i H. Modrow porozumiewają się podczas rozmów w Bonn w sprawie utworzenia wspólnej komisji ekspertów ds. przygotowania unii walutowej oraz wspólnoty gospodarczej;
25.02. – prezydent G. Bush zapewnia H. Kohla podczas rozmów w Waszyngtonie o poparciu dla niemieckiej jedności;
18.03. – odbywają się pierwsze wolne wybory parlamentarne do Izby Ludowej, zakończone zdecydowanym zwycięstwem partii konserwatywnych z CDU na czele. Zwycięstwo chrześcijańskich demokratów umocniło pozycję Kohla i jego linię zjednoczenia Niemiec;
20.03. – rząd boński opowiada się za wprowadzeniem unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między RFN a NRD do przerwy wakacyjnej;
12.04. – L. de Maizie’re zostaje wybrany premierem. Jego rząd określany jest jako „ostatni rząd NRD”, na którym spoczywa historyczna misja przygotowania warunków dla zjednoczenia Niemiec;
6.05. – mają miejsce pierwsze wybory komunalne w NRD. Ich rezultaty odzwierciedlają i stabilizują układ sił politycznych powstały w wyniku wyborów parlamentarnych;
maj / czerwiec – Izba Ludowa podejmuje decyzje polegające na dostosowaniu konstytucji i ustawodawstwa NRD do procesu zjednoczeniowego. Eliminowane są elementy ideologiczne (np. o socjalistycznym porządku państwowym i prawnym) i tworzone są warunki dla gospodarki rynkowej;
17.06. – frakcja DSU na specjalnej sesji Izby Ludowej występuje z wnioskiem o natychmiastowym przystąpieniu NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej (wniosek ten po dramatycznej dyskusji nie uzyskuje większości);
21.06. – oba parlamenty niemieckie głosują za Układem państwowym o wprowadzeniu unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między NRD i RFN;
1.07. – wchodzi w życie unia walutowa, gospodarcza i socjalna. Równocześnie granica NRD – RFN zostaje otwarta dla obywateli obu państw niemieckich;
10.07. – następuje rozpoczęcie prac nad 2-gim Układem państwowym NRD – RFN;
15 / 16.07. – w rezultacie rozmów Gorbaczow – Szewardnadze – Kohl – Genscher na Kaukazie usunięte zostają „zewnętrzne” przeszkody dla osiągnięcia niemieckiej jedności. Zjednoczone, suwerenne Niemcy mają same zdecydować o swej przynależności do sojuszów
militarnych;
22.07. – Izba Ludowa podejmuje decyzję o wprowadzeniu struktury landów w NRD;
11.-12.08. na zjeździe w Hanowerze następuje zjednoczenie partii liberalnych (BFD, DFP i FDP-NRD z FDP-RFN);
19.08. – SPD występuje z rządu. W ciągu miesiąca 20.07. – 19.08.1990 r. dochodzi w NRD do trzech kolejnych kryzysów rządowych, które doprowadzają do kompletnego rozkładu wielkiej koalicji CDU/CSU, liberałów i SPD;
31.08. – minister spraw wewnętrznych RFN – W. Schäuble i sekretarz stanu NRD – G. Krause podpisują 2-gi „Układ o przywróceniu jedności państwowej Niemiec” zwany również „Układem zjednoczeniowym”;
12.09. – w Moskwie zostaje podpisany „Układ 2 + 4”. Zgodnie z nim wraz z przystąpieniem NRD do RFN 3.10.1990 r. zostają zniesione prawa czterech mocarstw i zjednoczone Niemcy odzyskują pełną suwerenność;
19.09. – następuje samorozwiązanie FDGB ( Wolnych Niemieckich Związków Zawodowych);
20.09. – Izba Ludowa i Bundestag przyjmują „Układ zjednoczeniowy”;
27/28.09. – na zjeździe w Berlinie następuje połączenie się SPD w obu państwach w jedną ogólnoniemiecką SPD;
1 / 2.10. – na zjeździe w Hamburgu następuje zjednoczenie partii siostrzanych CDU;
3.10. – NRD przystępuje do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Po 40 latach i 362 dniach podziału osiągnięta zostaje jedność niemiecka. NRD przestaje istnieć jako podmiot międzynarodowego prawa;
4.10. – w berlińskim Reichstagu zbiera się parlament ogólnoniemiecki (w posiedzeniu uczestniczy również 144 deputowanych z b. NRD);
14.10. – mają miejsce wybory do parlamentów krajowych w 5-ciu nowo utworzonych landach b. NRD (w 4 zwycięstwo odniosła CDU, jedynie w Brandenburgii wygrała SPD);
2.12. – odbywają się pierwsze ogólnoniemieckie wybory parlamentarne do Bundestagu (na dwóch obszarach wyborczych z 5% klauzulą) oraz wybory ogólnoberlińskie, wieńczące jedność niemiecką. Wybory zakończyły się zdecydowanym zwycięstwem CDU i umocniły pozycję H. Kohla jako „kanclerza wszystkich Niemców”.
Należy podkreślić, że te wszystkie wydarzenia polityczne prowadzące do zjednoczenia Niemiec działy się na terenie NRD, były rozstrzygane przede wszystkim na forum parlamentarnym – w Izbie Ludowej, stanowiska poszczególnych partii były wypracowywane na zjednoczeniowych forach partyjnych .
Zrządzenie losu sprawiło, ze będąc w tym czasie na placówce w NRD miałem okazję przeżycia tak ważnego wydarzenia historycznego jakim było zjednoczenie Niemiec i współuczestniczenia w relacjonowaniu i informowaniu o przebiegu procesu zjednoczeniowego do MSZ na użytek
władz polskich.
A zjednoczenie Niemiec dotyczyło także Polski, polskiej racji stanu. Stąd na ważne posiedzenia Izby Ludowej dotyczące kwestii zjednoczeniowych udawałem się z Ambasadorem dr Januszem Obodowskim, który po godzinie, półtorej (ze względu na inne obowiązki) wychodził, a ja zostawałem do końca posiedzenia, czy roztrzygnięcia ważnej kwestii, po czym udawałem się do Ambasady, aby przygotować informację do kraju. To tu na forum parlamentu zapadały kluczowe decyzje dotyczące ostatniego etapu osiągania niemieckiej jedności, a w szczególności kontynuowane były prace nad zapisami „Układu o przywróceniu jedności niemieckiej między Republiką Federalną Niemiec i Niemiecką Republiką Demokratyczną” zwanego również „2-gim Układem państwowym NRD-RFN” bądź „Układem zjednoczeniowym”. Negocjatorami tego układu byli Günther Krause( parlamentarny sekretarz stanu) ze strony NRD i Wolfgang Schäuble (ówczesny minister Spraw Wewnętrznych ) ze strony RFN. Jednym z podstawowych zapisów tego dokumentu były szczegóły przystąpienia NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Treść i zakres „2-go Układu” stanowiły istotny przedmiot sporu między poszczególnymi partiami
w NRD i RFN.
Ten okres mojej pracy na placówce w Berlinie był pasjonujący, wielce absorbujący i wymagający ogromnej odpowiedzialności. Tempo wydarzeń było ogromne, przewidywalność dotycząca ich zakończenia i skutków często trudna do określenia, a jednocześnie nie można było być pasywnym, tylko należało wyprzedzać teraźniejszość i wybiegać w przyszłość. Kiedy upadł mur berliński i na porządku dnia pojawił się temat zjednoczenia Niemiec, w korpusie dyplomatycznym dawało się odczuć, że stanowiska poszczególnych krajów – czterech mocarstw są zróżnicowane.
Pierwsze reakcje Zachodu na zjednoczenie Niemiec, były bardzo ostrożne – szczególną ostrożność, a wręcz wstrzemięźliwość w dyskusji zjednoczeniowej wykazywał rząd brytyjski, a przede wszystkim M. Thatcher. Ówczesna premier Wielkiej Brytanii oświadczyła, że sprawa zjednoczenia Niemiec jest zbyt szybkim wychodzeniem w przyszłość i wezwała do postępowania mądrego „krok po kroku”. Ja sam pamiętam pytanie retoryczne zadane mi przez radcę ambasady brytyjskiej w listopadzie 1989 r. – „mam nadzieję, że Polska nie zgodzi się tak szybko na zjednoczenie Niemiec”. Z późniejszych rozmów z pracownikami Ambasady ZSRR w Berlinie przed wyborami do Izby Ludowej 18.03. 1990 r. wynikało, że Związek Radziecki jest przeciwny zjednoczeniu na drodze klasycznego „Anschlussu”. Argumentował to tym, że aktualnie istnieją dwa państwa niemieckie – dwa podmioty prawa międzynarodowego. W przypadku „Anschlussu” znika jeden z tych podmiotów, pozostaje tylko Republika Federalna Niemiec. Od tego momentu jedynymi obowiązującymi stają się międzynarodowe układy i zobowiązania RFN. Władzom radzieckim chodziło wówczas o to, aby w momencie zjednoczenia z dwóch dotychczasowych państw niemieckich, powstał zupełnie nowy podmiot prawa międzynarodowego, który przejąłby międzynarodowe zobowiązania, zarówno RFN, jak i NRD. Chcieli, aby zjednoczone Niemcy na nowo wstąpiły do ONZ, EWG i innych międzynarodowych organizacji (powtórzyły niejako tę drogę, którą przeszły RFN i NRD).
Ale kanclerz H. Kohl w swojej ofensywie dyplomatycznej konsekwentnie rozwiewał wątpliwości i usuwał przeszkody na drodze do zjednoczenia. W kontaktach z ZSRR pozostała jeszcze jedna – Moskwa sprzeciwiała się pozostaniu zjednoczonych Niemiec w NATO i obstawała przy wizji ich neutralności. Ta ostatnia przeszkoda została usunięta podczas decydującej dla niemieckiej jedności wizyty H. Kohla i bardzo reprezentatywnej delegacji niemieckiej ( m.in. H.-D. Genschera, T. Weigla) w Stawropolu na Kaukazie w dniach 15-16 lipca 1990 r. M. Gorbaczow zmienił zdanie w tej kwestii, godząc się na popieraną przez samą RFN opcję państw zachodnich, jak również na wycofanie wojsk radzieckich z ziemi niemieckiej do 1994 r. W trakcie tych rozmów uzgodniono, ze RFN udzieli ZSRR pomocy finansowej i że oba kraje zawrą traktat dwustronny. Ta tak ważna dla niemieckiej jedności wizyta H. Kohla i rozmowy z radzieckim przywódcą nie przypadkiem odbyły się w Stawropolu. Stawropolski Kraj to były rodzinne strony M. Gorbaczowa, gdzie się urodził i w których rozpoczął młodzieżową i partyjną karierę .
W Ambasadzie główną uwagę przywiązywaliśmy do przebiegu procesu zjednoczeniowego w kontekście spraw polskich. W lutym 1990 r. poinformowaliśmy nasz MSZ o opinii dr Rosemarie Jarosch z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu w Lipsku, która stwierdziła, że każdy kto zaleca rozwiązanie problemu zjednoczenia Niemiec na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej musi pogodzić się z zarzutem, że „chce trzymać otwarte tylne drzwi dla roszczeń terytorialnych po drugiej stronie granicy na Odrze i Nysie”. Także według nas wówczas – czyli placówki w Berlinie – wobec nasilających się wówczas tendencji nacjonalistycznych w NRD i utrzymujących się tendencji rewizjonistycznych w RFN oraz „manewrów” kanclerza H. Kohla w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie, dwuznaczność interpretacyjna art. 23 była bardzo niebezpieczna dla Polski.
Generalnie otwarcie drogi zjednoczonym Niemcom na Zachód, do NATO i do EWG przyjęto z zadowoleniem w Polsce. Po raz pierwszy od końca II wojny światowej nasz kraj, odzyskujący pełną suwerenność, miał uzyskać bezpośrednią granicę ze światem zachodnim. Ale zadowolenie z planów przyjęcia Niemiec do NATO tłumione było sporem dyplomatycznym z H. Kohlem o uznanie granicy na Odrze i Nysie. Mimo, że oba państwa niemieckie opowiedziały się za zachowaniem istniejącej granicy Niemiec i Polski, jednak sam kanclerz zwlekał z ostatecznym uznaniem granicy, argumentując, że uczynią to dopiero zjednoczone Niemcy. Rząd T. Mazowieckiego, widząc uniki kanclerza zażądał, aby delegat polski uczestniczył w konferencji mocarstw ( Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Wielka Brytania, Francja) i obu państw niemieckich na temat kształtu tworzonego państwa ogólnoniemieckiego. Starania dyplomatyczne Polski przyniosły sukces i już dzień po przełomowej wizycie H. Kohla na Kaukazie polski minister Spraw Zagranicznych zasiadł przy stole konferencji „2+4” dotyczącej zjednoczenia Niemiec na której Niemcy zobowiązały się do zawarcia traktatu potwierdzającego istniejącą granicę na Odrze
i Nysie. Niezmiernie celnymi, zabezpieczającymi polskie interesy były działania podjęte przez ówczesnego ministra Spraw Zagranicznych – prof. K. Skubiszewskiego prowadzące do podpisania 14 listopada 1990 r. „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy” ( gwarantującego uznanie granicy na Odrze i Nysie).
Drugim traktatem wynegocjowanym ze zjednoczonymi Niemcami był „Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” podpisany 17 czerwca 1991 r. Przed podpisaniem tego Traktatu minister-prof. K. Skubiszewski powiedział „Nie ma jedności europejskiej bez (traktatowego uregulowania) porozumienia i pojednania polsko-niemieckiego”.
Nie ulega wątpliwości, ze twórcą niemieckiej jedności był kanclerz H. Kohl, który wszedł do historii Republiki Federalnej Niemiec jako „ojciec zjednoczenia”. Muszę przyznać, ze kiedy został kanclerzem, osobiście nie darzyłem go sympatią jako polityka, nie miałem do niego zaufania w kwestiach relacji polsko-niemieckich. Obawy te potwierdzały jego „manewry” przed zjednoczeniem w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie. Kiedy jednak okoliczności związane z osiągnięciem głównego celu, jakim było zjednoczenie Niemiec, spowodowały zmianę tego stanowiska i wyrażenie zgody na ostateczne traktatowe uznanie
granicy polsko-niemieckiej, H. Kohl stał się „ambasadorem polskich interesów w strukturach europejskich”. Nasza droga do Europy wiodła przez Niemcy, a on był kanclerzem zjednoczonej Europy. Jak powiedziała po jego śmierci 16 czerwca 2017 r. kanclerz Angela Merkel – „był właściwym człowiekiem we właściwym czasie, który wykorzystał historyczną szansę na zniesienie podziałów na Starym Kontynencie”.
Obchodząc 3.10. br. 30-tą rocznicę zjednoczenia Niemiec należy podkreślić, że o doniosłości tego wydarzenia świadczy fakt ,że stało się ono najważniejszym elementem ówczesnej polityki światowej, a w centrum zainteresowania znalazła się kwestia uznania przez Niemcy granicy polsko-niemieckiej.

Autor był I sekretarzem Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992 i Radcą Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Więcej nadziei niż obaw

Dwie sale, obok siebie, w jednym centrum konferencyjnym.

W jednej osoby w wieku dojrzałym, a miedzy nimi młodzi, ale nieliczni. W drugiej młodzi, a miedzy nimi trochę starszych.
Ci pierwsi, z twarzami ogorzałymi od polityki, posłowie i byli parlamentarzyści, prezydenci miast i byli ministrowie. Ale raczej tacy, którzy już szczyt kariery politycznej mają za sobą. W drugiej sali młodzi, którym wiosenny optymizm nie do końca się udał, a na dalszą drogę zapału jakoś już nie starcza.
Pierwsi od lat mają około 5 procent poparcia u wyborców, drudzy mieli poparcie chwilowe, ale rozpłynęło się jak kamfora.
Do starszych przemawia Adrian Zandberg. Krótkie wystąpienie spotyka się z akceptacją, starsi podają Zandbergowi ręce i robią focie. Jest inaczej niż jeszcze niedawno temu.Te dwie grupy mają stworzyć nową partię. W sali ze starszymi co poniektórzy z nostalgią bronią dorobku partii i nazwy, ale ten dorobek nie stwarza nadziei na przyszłość. W polityce pamięć wyborców jest krótka.
Z sali z młodymi co i rusz dochodzą okrzyki euforii. Jeżeli to radość z nadchodzącego nowego to niech tak będzie. W tym czasie starsi mozolą się nad nowym statutem partii. Co będzie jak sąd taki statut odrzuci? Wtedy pozostaniemy przy starym statucie i będziemy nadal nazywać się SLD, ale to chyba nie jest dobry projekt na przyszłość.
W obu salach unosi się także duch niepewności. Jak to będzie kiedy doświadczeni spotkają się z młodymi, gorącymi głowami. Innego wyjścia nie ma. Partia stara i partia młoda osobno nie odnotowują wysokiego poparcia. Połączone razem jak najbardziej. Przy współpracy z partią Razem lewica ostatnio odnotowuje 19 procent poparcia. Nawet jak się niektórym w partiach połączenie nie podobało to podoba się wyborcom. To, rosnące poparcie pokazuje, że sojusz musi być.
Starsi w końcu, po paru godzinach, głosują nad projektem nowego statutu.
Konwencje się kończą i dają początek nowemu. W holu starsi i młodzi jedzą wigilijne pierogi z kapustą i popijają cienkim barszczykiem. Widać, że w partyjnych kasach raczej skromnie. Oczywiście pewności, że nowa partia odniesie sukces nie ma, ale jest nadzieja. Osobne trwanie partii starszych z nielicznymi młodymi i partii młodych z rozpadającymi się strukturami nadziei na sukcesy w polityce nie dawały żadnych.
Ale SLD mi szkoda. Samymi wspomnieniami żyć można, ale w polityce niewiele to daje. Mówię to ja, który swoje przeżył, ale ciągle spoglądam w przyszłość, choć wzrok już nie ten.

 

Flaczki Tygodnia

„W mediach będziemy słyszeć, że na lewicy jedna partia zwasalizowała drugą. Nie dajcie sobie tego wmówić”, przestrzegał Robert Biedroń swoich „Wiośniaków” podczas sobotniej Konwencji.

”Robert Biedroń udanie zakończył nieudany projekt polityczny, jakim okazała się Wiosna. Już na etapie budowania list wyborczych okazał się świetnym negocjatorem, który ułożył je tak, by do Sejmu weszły prawie wszystkie osoby, na których liderowi nowej formacji zależało. To z kolei dało mu większą siłę w rozmowach o klubie Lewicy i połączeniu z SLD.
Biedroń zyskał więc wszystko co chciał, poza tym, że: nie zbudował własnej siły politycznej, nie zrealizował swoich przywódczych ambicji i nie wniósł na polską lewicę nowej jakości, chyba, że na bardzo krótko.
Nie jest to historia na lewicy ani nowa, ani szczególnie dramatyczna. Różne ideowe mniejsze partie próbowały przez ostatnie 30 lat zabawy z tygrysem, którym była socjaldemokratyczno-liberalna formacja z korzeniami w PRL. PPS, Unia Pracy, Unia Lewicy, Ruch Palikota, SdPL… W sobotę dołączyła do nich Wiosna. Kilkadziesiąt osób zyskało możliwość kontynuowania kariery, czy choćby tylko zatrudnienia w polityce, spora grupa ma mandaty poselskie, co przecież nie jest – także z politycznego punktu widzenia – do pogardzenia”, tak napisała w „Rzeczpospolitej” Zuzanna Dąbrowska. Jedna z mądrzejszych polskich publicystek. I ta lewicy przychylna.

Konwencje debatujące o zjednoczeniu obu partii w jednym odbywały się domu. W sąsiadujących salach hotelu „Sungate”, którego współwłaścicielami są teraz polscy Wietnamczycy. SLD obradowało po cichu, jakby „wadzić nie chciało nikomu”. Wiosna przeciwnie, przy drzwiach otwartych. Na głośno „najdziksze wyprawiała swawole”. Medialne rzecz jasna.

Dzięki temu badacze polskiej sceny politycznej mieli znakomite pole do obserwacji. Oto w warunkach laboratoryjnych, spotkały się dwie odmienne stylowo kultury polityczne. Śmigająca Wiosna i stateczne SLD. Formacje różne pokoleniowo, fryzurowo, językowo, garniturowo. Ale wyznające ten sam program polityczny. Choć często akcentujący silniej jego poszczególne punkty.

„Nowa Lewica” ruszy zaraz po nowym roku. Będzie partią nowego typu. Bacznie obserwowaną przez media. Bo na szczeblu centralnym kierować nią będzie dwójka przewodniczących. Jeden z SLD, drugi w Wiosny. Podobnie będzie na szczeblu wojewódzkim. Niżej taka zasada nie będzie już wymagana. Do tej pory tylko polscy Zieloni praktykowali podwójne kierownictwo.

Ciężar działalności politycznej Nowej lewicy zapewne przeniesie się do frakcji politycznych. Frakcje mają wedle statutu odzwierciedlać „różne nurty ideowe w partii” i działać „na rzecz ich promocji w jedności programowej”.
Czyli z nowym rokiem będziemy mieli Nową Lewicę wielo nurtową, o wielu liderskich twarzach. Twór polityczny pluralistyczny wymagający od swych członków przynajmniej minimum lojalności. No i minimum zwyczajnego polubienia się.
Czy takie polityczne „małżeństwo z rozsądku”, zaaranżowane i wymuszone nawet przez lewicowych Wyborców utrzyma się?

Tu intuicja podpowiada ”Flaczkom” umiarkowany optymizm. Nowa Lewica pozostanie partią opozycyjną. Związkiem partii „po przejściach i z przeszłością” z formacją entuzjastów potrzebujących organizacyjnego i finansowego wsparcia.
Miejsca na lewicową, opozycyjną działalność jest w Polsce pod dostatkiem. Wystarczy dla Nowej Lewicy i dla Partii Razem, która pozostanie w dotychczasowym klubie parlamentarnym pod nazwą „Nowa Lewica Razem”.
I pieniędzy z dotacji państwowej wywalczonej przez wszystkich kandydatów zjednoczonego, lewicowego komitetu wyborczego też wystarczyć powinno. Zatem jeśli liderzy lewicy nie zachorują na dziecięcą chorobę medialnej najważności, nową Lewica ma wielką polityczną przestrzeń przed sobą.

Oczywiście w SLD i we Wiośnie są grupy partyjnych patriotów, które optują za pozostawieniem dotychczasowych nazw i symboli. Więcej ich w SLD, bo to partia z dłuższą przeszłością. I ci partyjni patrioci uważają, że nie trzeba się unifikować, bo idąc osobno też można przekroczyć próg wyborczy. Też mieć klub, czy choćby koło parlamentarne. Małe, ciasne, ale własne.

Jednak ostatnie wybory parlamentarne niezbicie pokazały, że dobry wynik lewicy został osiągnięty jedynie dzięki premii za jedność. Lewicowy wyborcy tak dość już mieli tych niezrozumiałych dla nich podziałów, dziecięcych sporów między liderami, że dopiero tej zjednoczonej Lewicy dali swój polityczny kredyt.

Zresztą, co zauważa redaktor Zuzanna Dąbrowska, „prawdę mówiąc SLD się zmieniło i to samo z siebie. Trudne czasy poza parlamentem nie sprzyjają budowaniu partyjnej biurokracji/…/ Samo SLD także zrobiło dobry interes, nowy szyld brzmi nieźle, zdejmuje z agendy dawne grzechy formacji, która odeszła ze sceny na pewien czas, po długim okresie rządzenia. Symbolicznie zamyka wszelkie reminiscencje afery Rywina, czy ciemne sprawki niegdysiejszych baronów. Teraz będzie Nowa Lewica i niech ktoś z politycznych konkurentów pierwszy rzuci kamieniem, jeśli o takim politycznym rebrandingu nie marzył.”
I dodaje. „Razem stanęło życzliwie z boku, jako partia, która nie chce jednak podzielić losu oranżady w proszku. I tak długo, jak długo stosunki między teraz już tylko dwoma lewicowymi podmiotami będą poprawne, tak długo wszyscy będą otrzymywać premię za współpracę. Być może już w maju, jeśli uda im się wyjść z impasu i zgłosić solidnego prezydenckiego kandydata”.

Co prawda lewicowa kandydatka na prezydenta RP miała być na najbliższe święta, ale przed wielkanocnymi zjednoczona lewica zdąży na pewno.
Jeśli zaś wierzyć sondażowi przeprowadzonemu dla portalu wPolityce.pl., to choć na PiS chce głosować nadal 40 procent respondentów, a Koalicję Obywatelską wskazało 22 procent badanych, a na koalicję SLD, Wiosny i Razem Lewica już 19 procent. Notowania jednoczącej się Lewicy wzrosły tam o 3 procent.

Zatem szykujcie weselisko, skoro lud lewicowy tak chce.

Harakiri z tym seppuku

Rozważania o jedności lewicy i związanych z tym koniecznych, trudnych kompromisach są naturalne, ale jednak mają swoje granice.

Wyznaczała je zawsze określona sytuacja polityczna i stan-potencjał partii, natomiast siła SLD, o czym od lat wiadomo, jest niestety bardzo słaba, możliwości ograniczone, a przyszłość mglista. Nie wchodząc w analizę popełnionych błędów, bo już inni to nie raz czynili, powszechna rada wyrażała konieczność zakończenia wojny, a przynajmniej rywalizacji i zjednoczenie wszystkich lewicowych sił. Sukces w ostatnich parlamentarnych wyborach potwierdził skuteczność takich działań, acz formalnie nie zakończył procesu jednoczenia.
„Sepuku” to tytuł wypowiedzi Jacka Uczkiewicza na łamach „Dziennika-Trybuna” (20.11.2019), która powstała na podstawie obserwacji z obrad Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu. Już sam ten fakt ogranicza uogólnianie sytuacji na cały kraj, ale mimo to warto przyglądnąć się różnym kwestiom przez autora i uczestników spotkania podniesionych.

Przekształcenia SLD,

związane z łączeniem się z „Wiosną” są po to – relacjonuje autor wypowiedź sekretarza Generalnego SLD na tym spotkaniu – „aby za cztery łata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Skądinąd słuszny cel nie wydaje się Uczkiewiczowi wystarczająco przedstawiony w dokumencie KW SLD „Polska jutra”, gdyż „Dokument ten nie wyczerpuje… znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo.” Znałem bardzo obszerny program pewnej wielkiej partii, który nie ustrzegł jej od klęski, nie znam tego opracowania, ale wiem, że nigdy nie narodził się jakikolwiek program, który nie miałby wad, a nadto zadowolił wszystkich. Natomiast jasny cel, osiągnięty m. in. przez jednoczenie się, trafia do każdego.

„Polityka kierownictwa SLD

jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego…który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Abstrahując od Kwaśniewskiego, jedno jest pewne, że zarzucanie SLD, bądź przyszłej partyjnej strukturze braku wartości to co najmniej gruba przesada, nadto SLD z różnych powodów od dawna nie wygrał żadnych wyborów.

„Obecna sytuacja Sojuszu

jest efektem – pisze dalej autor – wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczy-pospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.”
Obecna sytuacja Sojuszu, który zresztą nigdy nie uciekał od przeszłości, po raz pierwszy, po latach, wydaje się bardziej klarowna, gdyż zamkniecie karty SLD, a otwarcie nowej lewicowej formuły daje nadzieję na przyszłość. I będzie to niewątpliwie nie wina, a zasługa Czarzastego, jakby go zresztą nie oceniać.

Przykład przeobrażenia SdRP w SLD,

które w swoim czasie odniosło ogromny sukces wyborczy, potwierdza jedynie słuszność obecnie podjętych poszukiwań. Przywoływanie w tym kontekście PO jest bezpodstawne, bo chodziło o wspólny anypisowski front całej opozycji, a nadto Czarzasty nie okazał się Nowacką. Natomiast nazywanie „Wiosny” przypadkowym rozpuszczalnikiem SLD tylko wyraża opinię autora o tej partii i stosunek do tak trudnego jednoczenia lewicowych sił. SLD nie potrzeba zresztą żadnego rozpuszczalnika, bo jak będzie po staremu to sam się na stałe wywabi z politycznej mapy.

Liczne uwagi

wyraża także autor w sprawach podziału odpowiedzialności i stanowisk: „SLD sprowadził do roli techniczno-organizacyjnej…wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym”, „Na najważniejszą…funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”, „Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski”, „Już tylko wisienką na torcie, jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą…a przed „frakcją” SLD trudne czasy.”
A na samym końcu to idzie o stołki, czy też o ludzi, którzy sprawnie wypełniać będą swoje obowiązki ? Warto przy tej okazji przypomnieć, że po zjednoczeniu PPR i PPS, jakie by ono nie było, przez całe liczne lata obowiązywał szczególny parytet: I sekretarz KC PZPR z PPR – premier z PPS, jak I sekretarz KW PZPR z PPS to II sekretarz (organizacyjny) z PPR, i na odwrót. Uczkiewicz w innym miejscu chwali się legitymacją SdRP nr 001 – ja też taką miałem, co prawda z wyższym numerem, ale nie znaczy to abym miał płakać za brakiem byłych działaczy byłej partii w tworzonych nowych strukturach. Dyduch raz jest przez autora krytykowany, ale jak trzeba, to okazuje się niezbędny. SLD zniknie ale nie za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu jak chce autor, ale dlatego, że wyczerpał – elegancko mówiąc – swoje możliwości.

„Zanosi się więc na nową partię

– kontynuuje Jacek Uczkiewicz – której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego r z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.”

Przyznać należy,

że w tych słowach jest wiele racji, ale mimo wszystko nie te kwestie są najważniejsze. To prawda również, że „Czarzasty prowadzi SLD w nieznane” ale lepsze to niż uwiąd starczo-wyborczy tego politycznego ugrupowania, bowiem nie ma dziś żadnej innej alternatywy dla Sojuszu. O tym powinien wiedzieć autor tych rozlicznych wątpliwości, choćby z racji swojego wieloletniego, także politycznego, doświadczenia. Przeczytałem ten tekst bardzo nim zawiedziony, gdyż oczekiwałem nie tyle zjednoczeniowego huraoptymizmu, co rozważań, może nawet propozycji, na temat przełamania nadzwyczaj skomplikowanych procesów zbliżania, często wręcz wrogich sobie ruchów lewicowych w Polsce. Poza krytyką kierowaną nostalgią za przeszłością, która niczego na przyszłość nie buduje, nie odnalazłem w nim niestety lepszego niż proponowany, środka na długoletnią i śmiertelną chorobę SLD.

Jest wiele pytań,

dużo ważniejszych, które nie padły na wrocławskim spotkaniu, a które i sam sobie zadaję. I najmniej mi idzie o to, czy nowe ugrupowanie, o czym wspominali jego uczestnicy, będzie swoim członkom wręczać partyjne legitymacje, gdyż pomimo jej braku zawsze wiedziałem na kogo mam głosować. Niejasna jest przede wszystkim sytuacja „Razem”, nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego to trójprzymierze sprowadza się jedynie do partii z dwoma tylko partnerami. Jest to szczególnie ważne w kontekście powszechnej opinii o wyjątkowej postaci jaką jest Adrian Zandberg, ale dotyczy również, acz może to nie najważniejsze, podziału środków finansowych. Jaką rolę spełniać ma Robert Biedroń, też niewątpliwie postać charyzmatyczna. Jaki jest plan, jaki pomysł na dalsze rozszerzanie lewicy, na takie ugrupowania jak Inicjatywa Polska, ruchy kobiece, Zieloni. Wreszcie, jak zamierza lewica układać się, i gdzie są tego układu granice, z demokratycznymi partiami i siłami we wspólnym froncie przeciw PiS. I jeszcze szereg innych.

Oj nie lubi promotor „Sepuku”

Czarzastego, który „postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy.” Jak już sięgamy w przeszłość, to jeszcze była Fiszbacha Polska Unia Socjaldemokratyczna i, trochę wcześniej, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a na poważnie to swoimi wywodami autor proponuje całej polskiej lewicy zbiorowe harakiri.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.