Stanowisko Stowarzyszenia „Pokolenia” we Wrocławiu w sprawie Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych we Wrocławiu

W maju 2021 roku, Rada Miejskiej  Wrocławia, podjęła ostateczną decyzję o budowie Pomnika Żołnierzy Niezłomnych.

Po ogromnej katastrofie wojennej, zrujnowane państwo polskie zaczęło się odbudowywać. W odbudowie tej wzięła udział większość społeczeństwa polskiego, niezależnie od dzielących je znacznych różnic politycznych.  Innego zdania byli tzw. „żołnierze wyklęci”, którzy pod hasłem walki o wolność ojczyzny zabijali nie tylko członków władzy centralnej i terenowej – działaczy i członków PPR, PZPR oraz, choć w mniejszym stopniu, członków ZSL. Najłatwiejszym celem była ludność cywilna i działacze szeroko rozumianej lewicy, którzy mieli dość wojny i okupacji niemieckiej. Napadano na posterunki MO, lokalne więzienia, grabili, palili  i siali postrach wobec bezbronnych wsi. Trzeba tu wyraźnie rozgraniczyć osoby, które brały udział w tym procederze, na skutek różnych form przymusu, od tych, którzy przystąpili do partyzantki antykomunistycznej z powodów ewidentnie politycznych. Nie pogodzili się oni ze zmianami politycznymi, które zaszły po wojnie w Polsce, i na które trzeba to wyraźnie powiedzieć, większość Polaków nie miała żadnego wpływu. Byli oni gotowi kontynuować walkę niezależnie od kosztów i cierpień ludności. 

Dlaczego jednak pomnik tzw. żołnierzy niezłomnych stanąć ma właśnie we Wrocławiu, stolicy Dolnego Śląska? Dolny Śląsk wraz z Wrocławiem znalazły się w granicach Polski decyzją mocarstw podjętej na konferencji w Poczdamie. Prawdą jest, że orędownikiem przyłączenia tej ziemi do Polski był Stalin, podczas gdy przywódcy mocarstw zachodnich byli raczej za ograniczeniem rekompensaty, jaką miała otrzymać Polska za utracone ziemie na wschodzie dawnej II Rzeczypospolitej. Była mowa o granicy na Odrze i Nysie, ale Nysie Kłodzkiej. W takim przypadku w Polsce znalazłaby się tylko północna część Wrocławia. Mówiąc obrazowo, w Polsce byłby Cmentarz Osobowicki, ale cały przemysł, uczelnie i zabytki znalazłyby się po stronie niemieckiej. Dużą rolę w wytyczeniu zachodnich i północnych  granic Polski miał Rząd Tymczasowy, w którym decydujący głos mieli przedstawiciele lewicy polskiej, nie tylko zresztą komuniści.  Jeśli chodzi o utracone ziemie wschodnie, sprawa była przesądzona przez mocarstwa jeszcze w Teheranie w 1943 roku i w Jałcie. Zresztą po 50 latach od wojny, ani kawałek tych ziem nie jest częścią Rosji – należą one do Litwy i Ukrainy, które są naszymi sojusznikami oraz do Białorusi. Czy ktoś rozsądny nie przyzna, że granice te są sprawiedliwe? 

Powojenny Dolny Śląsk z Wrocławiem stał się tyglem, w którym znaleźli swoje miejsce przedstawiciele wielu narodów. Ziemie te zasiedlane były przez Polaków przesiedlonych ze wschodu, ale także przybyłych z zachodu i południa Europy: górników z Francji i Belgii, a także z Jugosławii. Dużą część stanowili  przybysze z tzw. centralnej Polski – Mazowsza, Wielkopolski, Kielecczyzny itd. Na Dolnym Śląsku osiedlano też ocalonych z Zagłady Żydów, uchodźców z Grecji, Ukraińców i Łemków. Należy pamiętać, że wielkie zagospodarowanie Worka Żytawskiego – Turoszowa, odbyło się rękami polskiej młodzieży, która w liczbie ponad 5 tysięcy przyjechała do pracy głównie z przeludnionych wsi podkarpackich. Z tej wielkiej mieszaniny etnicznej ukształtowała się społeczność dolnośląska – Dolnoślązacy. Tutaj spotyka się tradycja Wschodu i Zachodu.

Skąd powstała idea, że żołnierzom niezłomnym, czytaj wyklętym, należy się cześć  i należy im się pomnik tu: na ziemi zachodniej? Przecież oni nie wzięli nawet udziału w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski. Wręcz przeciwnie, na Zachód wraz z wojskami hitlerowskimi wycofywali się żołnierze Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Polityka historyczna firmowana i kreowana przez Instytut Pamięci Narodowej i obie główne partie postsolidarnościowe, doprowadziły do powstania zafałszowanej narracji o tzw. „żołnierzach wyklętych”. O korzeniach ideowych IPN świadczy np. fakt powołania na dyrektora IPN we Wrocławiu  Tomasza Greniucha, zwolennika rosyjskiej agresji na Ukrainę, doktora bez znaczącego dorobku naukowego za to z ONR-owską przeszłością, wykonującego tzw. salut rzymski, będący w rzeczywistości hitlerowskim pozdrowieniem. Powołany na zastępcę prezesa IPN, dr Karol Nawrocki, chlubi się, że „zdemolował” wystawę główną Muzeum II wojny światowej. Taki właśnie IPN uważa, że ma wyłączność na mówienie o polskich dziejach. Pisze o tym dr Mariusz Sawa – badacz stosunków polsko-ukraińskich, usunięty z IPN. Dr Sawa stracił pracę, ale zachował twarz (Konflikt pamięci – Przegląd nr 22, 24-30 maja 2021 r.). Dla podkreślenia osiągnięć w szkolnictwie i nauce polskiej w okresie powojennym, z uzasadnieniem liczbowym, pisze Bogdan Galwas  –  „Dziadersa uwagi i refleksje” (Trybuna – środa 19, czwartek 20 maja 2021 r.). 

Działalność tzw. żołnierzy wyklętych budzi w społeczeństwie polskim ogromne kontrowersje. Próby wynoszenia na pomniki takich postaci jak „Bury” czy „Ogień” spotyka się ze sprzeciwem na terenach, na których oni działali, jest natomiast popierana przez środowiska skrajnej prawicy. Należy wreszcie podkreślić, że na Dolnym Śląsku próby działań „żołnierzy wyklętych” zostały zgaszone w zarodku i można powiedzieć, że tu ich nie było. 

Budowa we Wrocławiu Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych jest działaniem, które nie przyczynia się do integracji społeczeństwa naszego miasta i regionu, wręcz przeciwnie, wywołuje podziały. Jest to akt wymierzony w tolerancję, która charakteryzuje mieszkańców Miasta Spotkań – miasta przyjaznego i łączącego ludzi.

Stowarzyszenie „Pokolenia” we Wrocławiu stanowczo nie zgadza się z decyzją Rady Miejskiej i tą drogą wyraża swój protest. 

Z pełnym zrozumieniem popieramy zdanie Społecznego Forum Wymiany Myśli z Wrocławia, które pojawiło się na łamach Trybuny wcześniej oraz życzymy powodzenia Wrocławskim Radnym z Lewicy, którzy wystąpili w obronie honoru miasta i ludzi, głosując przeciw pomysłowi postawienia Pomnika Żołnierzy Niezłomnych w naszym mieście.

Fałszujemy historię i co nam zrobicie?

Coś jest nie tak z naszą pamięcią historyczną. Cyniczni politycy chcą nam namieszać w głowach. Rada Miejska Wrocławia uchwaliła, że w mieście powstanie pomnik żołnierzy wyklętych.

Wcześniej, już od 1990 roku zaczęto zacierać ślady dawnej historii. Zacierano wszystko. To co należało zatrzeć, ale też pamięć o wydarzeniach i ludziach, którzy pozytywnie zaważyli na historii miasta i regionu. Burzono buldożerami pomniki, rozbijano tablice pamiątkowe, znikali patroni ulic i placów. Historia miasta i regionu miała być napisana od nowa i jest teraz tak pisana. Liczne cmentarze poległych tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej i żołnierzy I i II Armii Wojska polskiego są wyrzutem obecnej władzy, bo pokazują, że było inaczej. Te cmentarze obecna władza najchętniej zaorałaby i postawiła tam pomniki swojej chorej czy urojonej rzeczywistości. Teraz w mieście są ulice, ronda, pomniki i tablice żołnierzy wyklętych. Bandytów zrównano z bohaterami i powiedziano obywatelom: oto wasza prawdziwa historia. Polskim żołnierzom II Wojny poświęcona jest tylko skromna tablica na placu Wolności. W czasie remontu placu rozbito ją i wyrzucono na śmietnik. Dzięki uporowi kombatantów odlano nową. Krew setek tysięcy poległych żołnierzy stała się nic nie warta. Jest wyrzutem sumienia obecnie rządzących. Bo żołnierze wykleci i ich polityczni mocodawcy nie chcieli ziem zachodnich. Teraz tutaj stawia się im pomniki. W więzieniu na ul. Kleczkowskiej zostało zamordowanych kilkuset żołnierzy podziemia. Są upamiętnieni na Cmentarzu Osobowickim. To tragiczne. Ale krew tych zamordowanych jest dzisiaj wielokrotnie wyżej wyceniana od krwi poległych setek tysięcy żołnierzy, dzięki którym tutaj jest teraz Polska. Taka to sprawiedliwość dziejowa. Nic jednak nie zmieni faktów historycznych, choćby nie wiem jak je zacierano oraz drukowano tysiące kłamliwych książek i stawiano setki pomników.

Mam nadzieję, że nie dożyję czasów kiedy młoda, zindoktrynowana osoba poprosi mnie abym opowiedział jak to żołnierze wyklęci wyzwalali Wrocław i Ziemie Zachodnie z rąk bolszewików, a dobrzy hitlerowcy im w tym pomagali. Piszę bzdury? Dzisiaj to jeszcze bzdury, ale co będzie za kilkanaście lat? IPN pracuje pełną parą. I może tylko po domach będą sobie opowiadać, że było inaczej. Mam nadzieję, że jednak tych czasów nie dożyję. Coraz więcej ludzi widzi, że coś jest nie tak, że ktoś nas okłamuje.
I na koniec. Nie chcę powrotu do czasów, kiedy fałszowano i kolorowano naszą historię na inną modłę, ale jednak nie aż tak jak dzisiaj. Ja chcę historii prawdziwej i szacunku dla bohaterów, dzięki którym tu żyję i te ziemie ciągną kraj do Europy. Pomnik żołnierzy wyklętych to wyraz pychy i zakłamania. Ci, którzy to robią, mówią nam: fałszujemy historię tych ziem i co nam zrobicie.

P.S. Ja głosowałem przeciw budowie pomnika.

Sejmowa Lewica upamiętniła ofiary „wyklętych”

Podczas gdy politycy obozu władzy składali 1 marca wieńce pod pomnikami „żołnierzy podziemia niepodległościowego”, Lewica uhonorowała tych, których wyklęci zamordowali.

Ulica „Żołnierzy Wyklętych” została przemianowana na „Ofiar Żołnierzy Wyklętych”. Na razie tylko symbolicznie – na jednej z tablic na warszawskim Bemowie działacze Nowej Lewicy zawiesili baner z nazwą, która według ich powinna oficjalnie obowiązywać.

Zaraz potem odbyła się konferencja prasowa.
– Każdego roku upominamy się o prawdę, bo coraz mocniej i wulgarniej wciska nam się kłamstwa na temat naszej historii. Czci się bandytów, morderców i zdrajców. Na najwyższych stanowiskach umieszcza się fundamentalistów religijnych, działaczy nacjonalistycznych lub wprost faszystowskie – mówił Jakub Pietrzak, działacz SLD i Federacji Młodych Socjaldemokratów.
Polityk zauważył, ze dzień tzw. Żołnierzy Wyklętych powinien być dniem uczczenia ich ofiar.
– Święto powinno być dniem symbolicznej żałoby narodowej. Zamiast pamiętać o tych, którzy chcieli odbudowywać państwo polskie z gruzów wojny i okupacji, oddajemy cześć tym, którzy na jego zgliszczach marzyli już o nowym pożarze – marzyli o III wojnie światowej Żądamy prawdy, a nie ideologii i zakończenia kultu fałszywych bohaterów, którzy przelewali polską krew – powiedział Pietrzak.

Posłanka Anna-Maria Żukowska mówiła o metodycznym fałszowaniu historii. – Wrzuca się do jednego worka: gen. Nil czy rotmistrz Pilecki jak Łupaszka, Ogień czy Brygada Świętokrzyska. Przypomniała, że wyklęci palili wioski, mordowali ciężarne kobiety i wrzucali do ognia niemowlęta, przeprowadzali czystki etniczne wśród ludności polskiej, litewskiej i białoruskiej, kolaborowali z Niemcami hitlerowskimi – wskazała. Żukowska podkreśliła, że nie zgadza się na stawianie znaku równości pomiędzy tymi, którzy będąc w opozycji do władzy, próbowali spokojnie żyć w powojennej Polsce i padli ofiarami represji, a tymi, którzy dokonywali zbrodni. – Mówię to jako wnuczka „żołnierza wyklętego”, członka organizacji „Wolność i Niezawisłość”.

Oświadczenie w związku z dzisiejszą datą wydał też warszawskim okręg Lewicy Razem. – „Bohaterowie” nie byli żołnierzami wyklętymi, tylko zwykłymi mordercami, którzy dopuścili się zbrodni wojennych na cywilach. Masakra w Dubinkach, w Horeszkowicach, w Przedborzu, na Spiszu i Orawie, mord pod Borowem, zbrodnia na Żydach w Krościenku to tylko ułamek barbarzyńskich działań oddziałów NSZ. Narodowe Siły Zbrojne tworzyły listy proskrypcyjne, na których umieszczano osoby pochodzenia żydowskiego oraz o innych poglądach politycznych. Zazwyczaj publikacja czyjegoś nazwiska na takiej liście miało tragiczny skutek. 1 marca pamiętajmy o ofiarach, o tych którzy stracili życie z rąk morderców, nazywanych przez narodowców „bohaterami”! To niewinni cywile zasługują na pamięć, a nie „Ogień”, „Bury” czy „Łupaszko” – czytamy w stanowisku.

„Wyklęci” – czyli kto?

W hołdzie „Żołnierzom Wyklętym”- bohaterom antykomunistycznego podziemia, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienie dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku, jak i w inny sposób, przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu- stanowi się co następuje:
Dzień 1 marca ustanawia się Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.
Ustawa z dnia 3 lutego 2011 r.

Poprzedni tekst- „zbrodnicze bandy”…mam taką nadzieję, że zwrócił Państwa uwagę na ten- po ludzku -bardzo bolesny i zarazem bardzo wrażliwy czas naszej powojennej historii. Jednocześnie czas 10 lat od wejścia w życie wiadomej ustawy i corocznego świętowania „wyklętych”, także pozostawił w naszej pamięci ślady. Choćby sięgania do rodzinnej pamięci sprzed 65-75 lat, odpowiadania na pytania dzieci i wnuków, o tym co usłyszały na lekcjach historii, nawet religii, gdzie uczestniczyły w składaniu wieńców, co księża mówili w kościele itp. Do tego komentarze medialne…środowiskowe dyskusje. Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie- gdzie leży prawda? Dziwne to, ale łatwiej dostrzec „czyja” ta prawda jest i jaka. Że często rozmija się z faktami, których naocznymi świadkami byli nasi rodzice, dziadkowie- ku zdumieniu kilku milionów Polaków, jakby straciło sens, znaczenie. Może tylko czasowo …

Mając w pamięci podanych tylko kilka przykładów zbrodni, hańbiących istotę ludzką, proszę raz jeszcze przeczytać zacytowany fragment ustawy, by wspólnie zastanowić się nad znaczeniem użytych określeń i zwrotów.

„Wyklęci”- ustawą „czyści”

Słownik języka polskiego pojęcie „wyklęty” objaśnia jako „wyrzec się kogoś, potępić go przeklinając”. Logicznym jest, że w tych określeniach mieszczą się czyny, zachowania, postępowanie, zasługujące w ludzkiej ocenie właśnie na „potępienie”, na wyrzeczenie się go ze swej pamięci, rodziny, ze znajomości z nim, itp. Jednakże ustawa interpretuje odwrotnie, jako osobę zasługującą na uznanie, pochwałę, na przywrócenie do ludzkiej pamięci. Krótko mówiąc-czyny, które „kiedyś” były złe, wróciły do chwały! Mocą tej ustawy uzyskały nie tylko „nowe oblicze”. Na Polaków -głównie na młodzież szkolną, został nałożony obowiązek ich szanowania, czczenia, brania z nich przykład jako wzorzec wychowania i postępowania! Pokażcie Państwo w historiografii podobną interpretację. Stało się to w Polsce XXI wieku.

Przeczytajcie Państwo raz jeszcze- „w hołdzie żołnierzom wyklętym”; „bohaterom”; Pomyślcie – „żołnierz” zabijający bezbronne kobiety, dzieci, starców, palący ich żywcem (oszczędzał amunicję)-pisałem wcześniej. Przecież pytanie -czy to byli antykomuniści- to nie tylko obraza rozumu, a pytającego należy uznać durniem! Morderca- nazwany „żołnierzem”, teraz zasługuje na „hołd” czyli na wdzięczność, szacunek. Jak nazwać to bestialstwo, wprost barbarzyństwo? Teraz-od 1 marca 2011 r. „bohater” w powszechnie, pozytywnie rozumianym pojęciu. Postawcie sobie Państwo pytanie i pomyślcie- mając przed sobą choćby poprzedni tekst- dlaczego ewidentny zbrodniarz, oprawca uzyskał tytuł do chwały? Uzasadnienie tego, pokrętnego myślenia jest w cytowanym fragmencie. Skłania ono do postawienia takich pytań:

Czy „obronę niepodległego bytu Państwa Polskiego” można było realizować „dobrze i mądrze”, mordując osoby cywilne, napadając i okradając obiekty użyteczności publicznej? Czy napady na posterunki MO miały i mogły doprowadzić do „niepodległego bytu”? Czy tak „bronili niepodległego bytu Państwa”? Przecież to „Państwo” dopiero było terytorialnie i politycznie kształtowane – podkreślam- nie przez Polaków, ale przez Wielką Trójkę w Teheranie (1943), w Jałcie i Poczdamie 1945! Czy i na ile rząd londyński miał wpływ, był słuchany, mógł być inny ustrój a przynajmniej bardziej demokratyczny – szansa była, nie dziwcie się Państwo Czytelnicy. Skrótowo powiedzieć można tak – rząd londyński, czy to kierowany przez gen. Władysława Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Tomasza Arciszewskiego był przeciwny, wrogi ZSRR, choć utrzymywał stosunki dyplomatyczne, zerwane po ujawnieniu Katynia w 1943 r. (Churchill gen. Sikorskiemu mówił- „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”). Proszę sięgnąć po książkę Eugeniusza Guza „Londyński rodowód PRL”. Autor był wielokrotnie postponowany za sam tytuł- londyński rodowód! To ciężka obraza prawicy, by przypisywać jej jakąkolwiek odpowiedzialność za powojenne rządy w Polsce. Ta książka jest spisana na zapomnienie- od Czytelnika wymaga wyobraźni, zachęcam do przeczytania. Jej przesłanie-gdyby rząd londyński, jego przedstawiciele w kraju, różne polityczne partie chciały się „dogadać” ze sobą!- podkreślam-skład „rządu lubelskiego” pozwalałby uniknąć a przynajmniej osłabić skalę stalinizacji w Polsce, lata 1947-1953, nawet do 1956. Bierut i Gomułka- tak! czynili takie starania, oczywiście z myślą o przewadze w rządzie swoich zwolenników, obawiali się partyzantki, bratobójczej walki, a stąd i „pomocy” NKWD. Stalin i Churchill, podejmowali mediację, nie uzyskali wzniesienia się naszych polityków z różnych orientacji ponad często słuszne urazy i waśnie, które wtedy należało odłożyć na inny czas. Potrzebny był rozum i wyobraźnia o przyszłości Polski. Ale nie karabin i zbrojne podziemie!

Lata1944-1945, to „sowiecka agresja” czy okres walk o wyzwolenie Polski spod okupacji hitlerowskiej? Czytając te określenia, trudno uniknąć zdumienia – trzeba na głowę upaść, by coś takiego napisać w „Ustawie”- akcie prawa. Trzeba pogubić się w czasie, datach i faktach, by wprowadzać w błąd posłów i „zwykłych” Polaków.

Podziemie przeciwko ZSRR-„z czym do gości”! („chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam”- Churchill). Także tu potrzebny był rozum, nie karabin. Oczywiste jest, że Stalin będzie dążył, by ZSRR było mocarstwem i miało ogromne terytorium- jak carska Rosja! Od stworzenia świata wiadomo, że terytorialną wielkość kraju buduje się kosztem sąsiada, podbojów. Przecież w latach 1944- 1947, gdy trwała nasza krwawa bijatyka we wschodnich województwach- nie powstały samodzielne państwa- Litwa, Łotwa, Estonia, ale jako „republiki radzieckie”. Polska zachowała państwowość-od lat „poszerzając” uzyskaną sferę suwerenności, po 1956 r. Polityczni i „historyczni” pluje na PRL tego nie pamiętają, a wciąż obrzydzają młodemu pokoleniu Polaków.

Bohdan Piętka, w tekście „Polska albo republika radziecka”, Przegląd nr 27, 29.6-5.7.2020, pisze- „Do realizacji scenariusza z Polską jako republiką radziecką mogli doprowadzić ci, których dzisiaj określa się patetycznym mianem >żołnierzy wyklętych<, dążący do wywołania powstania narodowego przeciw ZSRR, naiwnie wierzący w pomoc Zachodu lub szybki wybuch III wojny światowej. Gdyby ich działalność uzyskała szerokie poparcie narodu, czyli gdyby w Polsce w 1945 r. doszło do wybuchu powstania antyradzieckiego, oczywista klęska tego powstania położyłaby kres jakiejkolwiek państwowości polskiej”. „wyklęty” -prawem „żołnierz” Proszę o analizę wspomnianej ustawy, w tym cytowanego fragmentu, z punktu widzenia prawa, wówczas i dziś obowiązującego, zwracając uwagę na dwa zasadnicze fakty. Pierwszy- 19 stycznia 1945 r. decyzją Komendanta Głównego AK, gen. Leopolda Okulickiego, AK- walcząca z hitlerowskim okupantem została rozwiązana. Tu ciekawostka- gen, Wojciech Jaruzelski i Aleksander Kwaśniewski, w przeddzień obchodów Dnia Zwycięstwa w Moskwie (maj 2005 r.), wspólnie złożyli kwiaty na grobach ofiar NKWD na Cmentarzu Dońskim- m.in. na grobie gen. Leopolda Okulickiego. Jak nazwać dowódców i ich oddziały, które nie podporządkowały się temu rozkazowi? Co złego by nie mówić o rządzie londyńskim, te oddziały nie były mu podporządkowane, nie wydawał im dyspozycji. Inną kwestią-oczywiście naganną, są różnego rodzaju inspiracje, „podpowiedzi”, zachęcające do- powiem oględnie-czynów zbrojnych. Także te oddziały nie podporządkowały się „rządowi lubelskiemu” i nie rozwiązały się. Podobnie oddziały NSZ, NZW. Gdyby tylko prowadziły akcje propagandowe, sabotażowe- co też byłoby naganne, można byłoby tłumaczyć takie zachowanie „przeświadczeniem ideowym”, itp. Przez fakt nie wykonania tego rozkazu- od 20 stycznia 1945, przyjmijmy, że od lutego- marca, stały się oddziałami samozwańczymi. Tu stawiam pytanie- jak w Polsce, w każdej armii na świecie-jest traktowany i nazywany żołnierz, który nie wykonuje rozkazu? Jeśli ktoś w tym miejscu chce podjąć dyskusję o „jakości i sensie” wydanego rozkazu- odpowiadam. Żołnierz, a więc każdy noszący mundur, ma prawo zażądać na piśmie wydania mu tego rozkazu, który w jego ocenie danej, konkretnej sytuacji jest sprzeczny z obowiązującym prawem, jego poczuciem żołnierskiego honoru, wewnętrznym, duchowym odczuciem, sumieniem. Po spełnieniu tego żądania- rozkaz powinien wykonać, a całą odpowiedzialność ponosi dowódca wydający rozkaz. Ktoś tu powie- to „piękna teoria”, a praktyka, życie codzienne jest złożone i trudne. I tu macie Państwo rację- jaką? Dla „wyklętych” punktem odniesienia jest II Rzeczpospolita, jej wojsko. To oczywiste, innej RP nie znali. Wtedy, głównie w latach 1923-1939 co najmniej kilkuset robotników i chłopów padło od kul Wojska i Policji w Krakowie, Tarnowie, Lwowie, Włocławku, województwie rzeszowskim, Małopolsce Wschodniej. Były tysiące rannych, pobitych i w różny sposób poszkodowanych. Nikt wtedy, przed wojną takich czynów wojska nie ocenił krytycznie, nie potępił! Tu jeszcze jeden przykład.

Podczas przewrotu majowego 1926 r. zginęło 215 oficerów i żołnierzy oraz 164 osoby cywilne. Dlaczego- bo żołnierz strzelał do żołnierza, do cywili, także do okien z których obserwowali uliczne zajścia. Proszę- oceńcie to Państwo sami. Może tym usprawiedliwicie postępowanie „wyklętych”. Rozumiem osoby dociekliwe, które postawią pytanie- co mieli robić w 1946 r. i latach następnych. Wyjścia były co najmniej trzy. Pierwsze- skorzystać z amnestii w styczniu 1945 r. i później- z lutego 1947 r. W obu przypadkach-front wschodni przechodził albo przeszedł przez Polskę. Było wiadomo, że Niemcy „padną”. I też było wiadomo, że Polska będzie tylko w strefie wpływów ZSRR. Dlaczego- bo Zachód, głównie USA nas nie chce. Już w marcu 1946 r. Churchill w Fulton „zaciągnął” żelazną kurtynę. Tę ocenę należy wbić sobie do głowy. Rozumiem -tego nie uświadamiali sobie „wyklęci” w lesie. Ale dobrze to wiedział rząd londyński, jego czołowe postacie. Pisałem o tym, powtarzam. 14 października 1944 r., (czyli po upadku Powstania Warszawskiego, za którego wybuch ten rząd odpowiada, co od lat się przemilcza w sierpniu każdego roku), Winston Churchill (wkurzony) podczas rozmowy z premierem Stanisławem Mikołajczykiem m.in. mówi-„Nie jesteście żadnym rządem, jeżeli nie możecie podjąć żadnej decyzji. Jesteście warchołami, którzy chcą zburzyć Europę. Odwołam się teraz do innych Polaków, zwłaszcza, że rząd lubelski może funkcjonować doskonale. On będzie rządem. Pana argumenty to tylko zbrodniczy pomysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum veto. Jeżeli chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam. Mam wrażenie, że jestem w domu obłąkanych. Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał”.

Wybaczcie Państwo wprost banalne pytania- czy premier nie wiedział, że terytorialnie Polska leży między Rosją i Niemcami i którędy Armia Radziecka będzie szła na Berlin?; czy jeszcze wtedy liczył że Wielka Brytania i USA zapewnią temu rządowi „władanie” w Polsce; czy nie mógł pojąć, że trzeba się dogadać z „rządem lubelskim”. Tu taka ciekawostka. W sierpniu 1944 Stanisław Mikołajczyk był w Moskwie, rozmawiał ze Stalinem, który namawiał go na funkcję premiera w rządzie lubelskim- tak! Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że jego zgoda wywołałaby wściekłość- jak dziś mówimy- „betonu” wśród swoich w Londynie i trudno przewidzieć ich reakcje. Ale wtedy jeszcze Churchill i Roosvelt popierali Mikołajczyka- była więc nić szansy, nadziei na „inny skład” rządu lubelskiego, wciąż pamiętając o znaczącym miejscu i roli osób bliskich ideowo Moskwie. Tuż po Jałcie, Stanisław Grabski opublikował apel-„dogadajmy się z Moskwą… bo to daje nam jedyną szansę po pierwsze, na Ziemie Zachodnie, po drugie – na przetrwanie państwa”. Oświadczył – „jadę do Warszawy, gdyż tylko tam jeszcze dla Polski da się coś zrobić”. Nawiasem wspomnę, iż był on i Mikołajczyk – członkami delegacji rządu na Konferencję w Poczdamie. Z USA przyjechał prof. Oskar Lange, ks. Orlemański, inni. Drugi wyjście – po prostu się rozejść, rozwiązać się, zakopać broń. Wrócić do domu rodzinnego, podjąć pracę lub wyjechać na Ziemie Odzyskane. Trzecie- teoretyczne: siedzieć cicho w lesie, jak długo? Czy chłopi z „dobrego serca” mieliby ich żywić, „po cichu”? Zapytam wyraźnie – proszę wskazać kraj, którego władza toleruje różne grupy, dopuszczające się rabunków, napadów, przestępstw, nie wykluczając morderstw – po prostu ich nie „widzi” i nie reaguje? Przecież te „grupy” nosiły żołnierskie mundury, występowały z bronią, co zaświadcza kilkaset zdjęć!

Znacie Państwo taki kraj? Dlaczego więc ci, którzy nie respektują władzy na danym terenie, nie mają być nazwani „bandami podziemia”? Dlaczego nazywa się ich „wyklętymi”? Drugą kwestią, barierą były Kresy Wschodnie. Czyli nowy kształt wschodniej granicy i konieczność przesiedlenia. Z politycznego i ludzkiego punktu widzenia to bardzo złożony i bolesny temat. Przez kilka wieków tzw. Kresy Wschodnie były częścią ziem Polski – od Unii Lubelskiej z 1 lipca 1569 r. Tak z ciekawości- zapytajcie Państwo dzieci i wnuków, co wiedzą o tym i jak rozumieją. Mieszkańcami byli Polacy, Ukraińcy, Tatarzy, Rosjanie. Ich współżycie w sensie narodowościowym układało się różnie-dla Polski to wstydliwa karta, władza miała dla nich „ciężką rękę”. Że tak było-dwa przykłady. W 1934 r. nacjonalista ukraiński dokonał zamachu w Warszawie (ul. Foksal) na szefa MSW Bronisława Pierackiego, mszcząc się za nasze surowe postępowanie wobec Ukraińców. Będę tu brutalny i zapytam- dlaczego podziemie „walcząc z komuną” nie organizowało zamachów na przedstawicieli władzy w Warszawie? Drugi- we wrześniu 1939 r. narodowe mniejszości witały Armię Czerwoną z flagami i kwiatami, jako wyzwolicieli spod „polskiego jarzma”. Znam to z kilku publikacji i od naocznego świadka, młodego Wojciecha Jaruzelskiego gdy rodzina uciekała na wschód, we wrześniu 1939. Straciliśmy te ziemie mocą decyzji Wielkiej Trójki. Nasz historyczny sentyment, pamięć itp. były bolesne. Nie mniej bolesna była konieczność opuszczenia „rodzinnych gniazd” przez Polaków i Ukraińców. Trzeba było zostawić przez lata gromadzony dobytek, groby bliskich … Zdecydować w mieszanych, polsko- ukraińskich rodzinach, gdzie dalej żyć. Tu szczegół- Generał Zdzisław Rozbicki opisał przypadek w ukraińsko- polskiej rodzinie. Syn, przyszedł do ojca z bronią i przekonywał że dowódca ukraiński polecił zabić Polkę – Jadwigę, jego matkę i żonę. Ojciec i mąż nie był w stanie zdeterminowanemu synowi wybić z głowy takiego czynu. Wreszcie wziął ten jego pistolet i zabił syna. Z żoną uciekli do Polski, na Ziemie Odzyskane. Zachęcam do refleksji i przeczytania tekstu w Trybunie. Proszę się zastanowić, czy oddziały zbrojnego podziemia miały na celu utrzymanie Kresów w polskich granicach? Nie spotkałem takich argumentów, poza „walką z komuną” oraz „nową okupacją”.

Tu taka, historyczna ciekawostka. Kresy Wschodnie w pewnym sensie symbolizuje „linia Curzona”. Była linią demarkacyjną między wojskami polskimi a Armią Czerwoną z lipca 1920 r., jaką uznali uczestnicy konferencji w Spa. Tu zwracam Państwu uwagę- kto pamięta, żeby mówiono o niej gdy obchodziliśmy 100. lecie odzyskania niepodległości 2-3 lata temu? Przecież ją Zachód ustalił, Churchill i Stalin uznawali za obowiązującą! Wskazana w nocie dyplomatycznej Szefa MSZ W. Brytanii, lorda Georga Curzona, do Szefa MSZ ZSRR (RFSRR), Gieorgija Cziczerina. „Linia” ta, była wcześniej, tj. 8 grudnia 1919 r. wskazana przez mocarstwa sprzymierzone w ich „deklaracji” w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski, opartej na etnicznym rozmieszczeniu ludności. Właśnie ten szczegół-deklaracja państw zachodnich które już w 1919 r. ją wskazały, biorąc pod uwagę narodowość, czyli mieszkających tu Ukraińców, Polaków, Rosjan, itp Nie daje to Państwu nic do myślenia? Z tym Polska nie chciała się pogodzić. Stańmy przed lustrem, spójrzmy sobie w twarz. Wtedy rozdzielano Ukraińców i Rosjan od Polaków. Po co? Byśmy- w dzisiejszym języku-byli narodowo „czyści”. Bądźmy wobec siebie szczerzy. Trzeci- Ustawa jest przykładem działania prawa wstecz! Powtórzę, przyjęta 3 lutego 2011 r. Prawo wstecz. Które państwo w Europie, w UE honoruje takie prawo? Do tego ma ono na celu oczyszczenie zbrodniarzy z ewidentnych morderstw. To osobny, kolejny temat. Istota „żołnierzy wyklętych” Zapewne Państwo zauważyli, że od kilku lat jest pojęciem powszechnym. Osobiście go unikam, gdyż kojarzenie wyklęcia z „żołnierzem” jest barbarzyństwem w naszym, polskim przypadku. Żołnierz ma u nas historycznie konotacje patriotyczne, jako obrońca, wyzwoliciel walczący „za naszą i waszą wolność”. Żołnierz, osoba służąca społeczeństwu pomocą, np. poprzez prace na rzecz gospodarki narodowej (dziś tak wyśmiewaną) czy udział w akcjach ratowniczych, ochronie porządku. Tego nikt nie może, nie powinien wystawiać pokrętnie na doraźnie polityczne cele, nawet plując na PRL-fałszywie oceniać i tłumaczyć! Kto z b. żołnierzy służby zasadniczej pamięta promowanie czynów żołnierzy-bohaterów czasu pokoju.

Pierwsze pytanie-czy wszyscy z powojennego podziemia byli „bohaterami”, czy też zabójcami- kobiet, dzieci, starców? Jeśli byli rabusiami, po prostu złodziejami, napadającymi na sklepy, banki, listonoszy itp. to po 70 latach zasługują na szczytne miano żołnierza, do tego z przymiotnikiem „wyklęty”? Tu wręcz sensacja! Przegląd nr 9, 22-28 lutego br. opisuje jak Stanisław Matuszak, karany w latach 50-tych więzieniem za napady i kradzieże, oszukał IPN, wyłudzając jako od kilku lat „wyklęty”, sumę 355 tys. zł odszkodowań, za „krzywdy” jakich doznał. Szczęściem, dyrektor archiwum IPN Pan Rafał Dyrcz, przyznał przed Sądem w Krakowie, że historycy zostali oszukani. Słowa uznania, Panie Dyrektorze! Przeczytajcie Państwo ten tekst. Słowa podziękowania Redakcji Przegląd, za publikacje „zasług wyklętych” Choćby powyższe przykłady stanowczo przeczą uznaniu ich tym zaszczytnym tytułem. Żołnierz zawsze walczył z wrogiem, uzbrojonym żołnierzem. Czynem honorowym było udzielenie pomocy rannemu żołnierzowi wroga. Tak np. postąpił późniejszy gen. Stanisław Skalski, który 2 września 1939 r. zestrzelił niemiecki samolot, wyciągnął i opatrzył rannego pilota, do końca życia przyjaźnił się z jego rodziną. Zachęcam Państwa do przeczytania książki o tym asie polskiego lotnictwa, autorstwa Pani Katarzyny Ochabskiej. Czytanie tej książki będzie przyjemnością, przekonajcie się Państwo. Z lat ’90 pamiętam jak koledzy odbywający praktyki wojskowe w Bundeswehrze – były takie!- wskazywali na oburzenie niemieckich oficerów, gdy mówili, że podczas wojny Wehrmacht strzelał do cywili, żądali dowodów. Usprawiedliwiali, że to policja, gestapo, SS, nie liniowy żołnierz (byli uczuleni na „żołnierską postawę” nawet na wojnie).Choć dowody są ewidentne, np. w Bydgoszczy 3 września 1939 r. Kto z Państwa pamięta z podręcznika historii zdjęcie niemieckiego żołnierza strzelającego do kobiety, osłaniającej własnym ciałem dziecko? Do symboli hitlerowskiego barbarzyństwa podczas II wojny są zaliczane: zagłada wsi Sochy (podczas akcji wysiedlania z Zamojszczyzny), 1 czerwca 1943 (gm. Zwierzyniec, pow. Zamość), zginęło ok. 200 osób (88 mężczyzn, 52 kobiety, 45 dzieci) z rąk żołnierzy Wehrmachtu, wieś spalono, ocalał 1 dom. Ponadto- Michniów (kieleckie); Lidice (Czechy), Oradur- Sue-Glane (Francja).

Użycie broni przez Wojsko w okresie II RP, np. podczas przewrotu majowego czy innych, ulicznych protestach było na różne sposoby tłumaczone i wyjaśniane, regulaminy wojskowe -m.in. opracowane przez ppłk Grota Roweckiego wówczas użycie dopuszczały. Nigdy nie było przedmiotem uznania, tym bardziej dumy. Zawsze było traktowane jako bolesna skaza na mundurze, na żołnierskim honorze. Tak było w okresie PRL. Wojska nie używano bezpośrednio przeciwko cywilom. Nie ma przypadku, by żołnierz strzelał do kobiet i dzieci. Użycie w Grudniu ’70 opisałem wcześniej (21-22 grudnia 2020) Ostatnio zweryfikowane dane: walkę w podziemiu prowadziło w 1945- ok.13-17 tys. osób, w 1946-ok.8,6-8,8 tys. Po amnestii w 1945- 1947, już ok. 1,8 tys. Po 1950, walczyło zbrojnie ok.250-400 ludzi. Zabito 7672 „leśnych” (Maria Turlejska podaje 8668). W latach 1944-54, wydano ok. 5 tys. wyroków śmierci, wykonano ok. połowy. W walce ze zbrojnym podziemiem zginęło: 4018 milicjantów, 495 funkcjonariuszy ORMO oraz 1616 UB. Ponadto, 3729 żołnierzy WP, KBW, WOP. Ofiary wśród osób cywilnych: 5143, w tym 187 dzieci do lat 14. Łącznie ok. 15 tysięcy. Moralną ocenę walk „wyklętych” zawiera kolejny tekst.

Pamięć ofiarom, hańba mordercom

Pod koniec lutego w Hajnówce lewica razem z mieszkańcami czci pamięć prawosławnych zamordowanych przez „żołnierzy wyklętych”. W ubiegłych latach pełna zadumy uroczystość odbywała się przed prowokacyjnym marszem nacjonalistów wychwalających krwawy oddział „Burego”. Tym razem było inaczej.

W poczuciu, że inaczej nie da się powstrzymać nacjonalistów, depczących uczucia i pamięć większości mieszkańców regionu hajnowskiego, aktywistki Obywateli RP zarejestrowały w terminach, gdy w ubiegłym roku odbywały się marsze, własne zgromadzenia. Zakazywanie nacjonalistycznego pochodu było bowiem uchylane przez sądy. Podziałało o tyle, że narodowcy zrezygnowali z przemarszu przez Hajnówkę. Zamiast tego zorganizowali w niedzielę rajd samochodowy z Hajnówki do Narewki, też prowokacyjnie, bo przez wsie, gdzie „wyklęci” Romualda Rajsa siali śmierć i zniszczenie.

W sobotę jednak w upamiętnieniu ofiar nie przeszkodzili. Uroczystość zgromadziła kilkadziesiąt osób, w tym delegacje organizacji lewicowych.

Nie ma zgody na pochwałę zbrodni

– Oddaliśmy hołd, pozostawiliśmy po sobie znicze i minutę ciszy, aby zsolidaryzować się z rodzinami ofiar i upamiętnić osoby, które były bite, gwałcone, palone i zabijane za to, że wyznawały inną religię, porozumiewały się innym językiem, czy żegnały się inaczej niż katolicy. Wydarzenie, w którym wzięliśmy udział jest wyraźnym podkreśleniem, że nie ma zgody na to co będzie się działo w najbliższych dniach, czyli gloryfikację zbrodniarzy i marsze faszystowskich organizacji nacjonalistycznych, takich jak ONR – .wyjaśnili na Facebooku sens swojej obecności w Hajnówce działacze Młodych Razem. Obok nich kwiaty i znicze składali aktywiści podlaskiego okręgu Lewicy Razem oraz poseł Paweł Krutul z SLD. Zabrakło, inaczej niż w poprzednich latach Adriana Zandberga – w Warszawie zatrzymała go kwarantanna.

Po stronie ofiar, a nie morderców stanęli również delegacji Platformy Obywatelskiej i reprezentacja miejscowych samorządowców. A politycy PiS? Cóż, oni zabiegają raczej o elektorat maszerujących w pochodach „wyklętych”.

79 imion

Podczas uroczystości wymieniono wszystkie 79 ofiar „żołnierzy wyklętych”, zabitych w Zaleszanach, Zaniach, Szpakach i Puchałach Starych w 1946 r. Uczestnicy zgromadzenia mieli też przy sobie tablice z wypisanymi imionami i wiekiem ofiar – od kilku dni do wieku podeszłego.

Przed świecką uroczystością przy pomniku miała miejsce modlitwa w cerkwi Narodzenia św. Jana Chrzciciela, jednej z trzech hajnowskich świątyń prawosławnych. Część ofiar „Burego”, w tym wszyscy porwani, zmuszeni do przewożenia oddziału „wyklętych”, a na koniec rozstrzelani prawosławni furmani zostali w ubiegłym roku uznani przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny za świętych. Ośrodkiem ich kultu jest monaster w Zaleszanach, tych samych, które w 1946 r. spalili „wyklęci”.

Policja rozczarowała

Publiczna uroczystość ku czci ofiar „Burego” to już w Hajnówce tradycja. Świadczy o tym frekwencja na niej, mimo pandemii. Niestety smutną tradycję kuriozalnego wręcz zachowania kontynuowała miejscowa policja, której „udało się” na chwilę zaburzyć pełen zadumy nastrój.

W poprzednich latach mieszkańcy Hajnówki nie raz z niedowierzaniem patrzyli na spychanie pod płot i za podwójny kordon ludzi z transparentami „Bury nie jest bohaterem” czy deptanie białych róż przynoszonych na znak niewinności ofiar przez Obywateli RP stających na trasie przemarszu. W tym roku spora grupa funkcjonariuszy pilnie obserwowała, czy uczestnicy ściśle pokojowego, apolitycznego zgromadzenia stosują się do przepisów pandemicznych i, jak relacjonowała na Facebooku jednak z uczestniczek wydarzenia, natychmiast zatrzymała człowieka, który zdjął na chwilę maseczkę, by zjeść bułkę. Funkcjonariusze wylegitymowali część zgromadzonych, a cztery osoby, które odmówiły poddania się tej procedurze, odwieziono na komisariat.

W poprzednich latach żadne zachowanie maszerujących nacjonalistów nie skłaniało policji do interwencji – ani groźby zabijania wrogów ojczyzny, ani nawet przynoszenie przez uczestników ewidentnie nazistowskich symboli. Policja żądała natomiast karania blokujących marsz nacjonalistów – uniewinniały ich sądy.

„Zbrodnicze bandy podziemia” – przewrotnie „wyklęte” cz. I

„Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”
Z „Porozumienia”… 14 kwietnia 1950 r.

Zbliża się 10 rocznica przyjęcia przez Sejm ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którym z mocy prawa stał się 1 marca. Tak, już mija 10 lat. Czas na refleksję. Mijająca dekada dostarczyła wielu powodów, natury faktograficznej i tej- powiedzmy etyczno- moralnej, ludzkiej. Każdego roku Ministerstwo Edukacji …wydawało stosowne pisma, wytyczne odnośnie organizowania „patriotycznych lekcji” historii i udziału w uroczystościach kościelnych. Telewizja, media, także Kościół świadomie przypominały lata 1944-1947 i późniejsze, jako okres i czyny godne święta państwowego-Narodowego Dnia Pamięci. Ludność, mocą tej ustawy uznano za „komunę”. Zbrojna walka z bezbronnymi jest od 10 lat patriotycznym, chwalebnym wzorcem w wychowaniu młodego pokolenia Polaków. Refleksje płynące z tego zakłamania historii, ujmuję w tym i kolejnych tekstach odnośnie „wyklętych” oraz „martwicy sumień”. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnienia rodzinne, na „świadectwo prawdzie” naszym następcom.

Sens „Porozumienia”

Proszę o ponowne przeczytanie powyższej oceny. Jest w „Porozumieniu zawartym między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, podpisanym 14 kwietnia 1950 r. Działalność podziemia była już śladowa, m.in. na skutek dwóch amnestii z 22 września 1945 r. i 22 lutego 1947 r. Pisał o tym Redaktor Tadeusz Jasiński, Trybuna z 28 lutego-1 marca 2020 r. Ponadto, operacja „Wisła” KBW i MO przeciwko podziemiu, akcja wyjaśniająca (celowo nie piszę propagandowa), nawoływania do udziału w odbudowie kraju, wyjazdów na Ziemie Odzyskane, podejmowania nauki, usuwania analfabetyzmu, itp. były prowadzone przez PSL, PPS, PPR (PZPR) organizacje młodzieżowe, także przez rozumnych księży i biskupów- nie zapominajmy tego- miały w tym chwalebny udział.
Pamiętajmy o reformie rolnej. Spełniała dwa zasadnicze cele-była praktyczną realizacją programu PPR i PPS oraz marzenia małorolnego i bezrolnego chłopstwa. Choć tego nikt nie mówił, że niektórym sędziwym mieszkańcom przypominała carskie uwłaszczenie po powstaniu styczniowym. Skoro niektórzy uczeni chcą być tacy „pryncypialni w prawdzie” -niech o tym też nie zapominają. Parcelacja majątków ziemiaństwa służyła też oddolnym inicjatywom, np. tworzeniu uspołecznionych ogniw „Samopomoc chłopska”, wiejskich sklepów. W południowo-wschodniej i centralnej Polsce spotkały się z szerokim poparciem ludności. Tu przypomnę Państwu taki fakt- ciekawostkę. Kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię- „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, choć z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył -że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził -„Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli”- prorocze myśli, chciałoby się powiedzieć. Jego następca, wspomniany kard. Stefan Wyszyński, był zwolennikiem takich poglądów, poparł więc tę reformę i zalecał taką postawę księżom. A jak do reformy rolnej odniosło się podziemie? Większość podziemia podjęła rabunkową działalność: napady na sklepy wiejskie, kradzieże, palenie domów, niszczenie mienia „Samopomocy chłopskiej”, połączone z morderstwami i zbrodniami. Pamięć o nich po 3-6 latach, była wciąż żywa. I znów ciekawostka. Jednym z dowódców pododdziałów AK na Podkarpaciu był Józef Gucwa, późniejszy biskup tarnowski, który uważnie obserwował tę reformę i reakcję ludzi. O jego poglądach i refleksjach, gdy powstawała Polska Ludowa i po zmianie ustroju w 1989 r.- zasługujących na szacunek, usłyszałem od Profesora, członka b. ZSL i Generała, podczas procesu sądowego. Ale to osobny temat.
Można z dozą wyrozumiałości przyjąć, że wtedy- 1950 r. gdy pisano „Porozumienie” nikomu do głowy- ze strony Kościoła jak i władzy nie przyszło roztrząsać jaki, czyj oddział popełniał zbrodnie. „Fakty masowe”, głównie w woj. rzeszowskim, lubelskim, podlaskim, były widoczne gołym okiem. Proszę zauważyć, że od 1948 r. Prymasem Polski był kardynał Stefan Wyszyński, wcześniej biskup lubelski. Znał sytuację wewnętrzną w kraju na bieżąco i nie było żadnej potrzeby „naukowego badania” bestialstw. Należy pamiętać, że „zbrodnia” jako taka, z ducha, nauki Kościoła podlegała potępieniu. Stanowisko Kościoła miało i ma charakter zasadniczy, doktrynalny. Posądzanie Prymasa, Episkopatu o koniunkturalizm wobec władzy wówczas i z dystansu70 lat byłoby historycznym błędem. „Porozumienie” oraz określenie „zbrodnicza działalność band podziemia” ma sens- powtórzę- oparty w faktach. Niektóre porażające przykłady morderstw, bestialstw, sadyzmu, podaję niżej.

Zbrodnicze bandy

Proszę o chwilę namysłu nad zwrotem- „zbrodnicza działalność band podziemia” Zwraca uwagę brak rozróżnienia na AK, BCh (część partyzantów z tych oddziałów zasiliła szeregi 1 i 2 AWP, to istotny szczegół), NSZ, WiN i inne-wszyscy mają jedno miano. Nie trudno postawić pytanie – dlaczego? Odpowiedzi niżej.

1. kpt. Romuald Rajs „Bury”
– 29-31.01.1946 oraz 2.02.46 oddział kpt. Romualda Rajsa „Bury” spalił 5 wsi: Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska, zabijając w okrutny sposób 82 osoby, w tym starców, kobiety i dzieci, których spalono żywcem w zamkniętych budynkach; w Zaleszanach spalił żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci,(ciężarną Marię żonę, Sergiusza Niczyporuka, 3 synów, brata z żoną i dzieckiem), 2 zastrzelił. W Zaniach i Szpakach nie spalono katolickich domów i ich prawosławnych sąsiadów;
– w styczniu 1946 oddział „Burego” zatrzymał we wsi Łozice 40 chłopów na „szarwarku” przy pracy. Chłopi zawieźli ich do Hajnówki, potem do Zaleszan. Mieszkańców stłoczono w jednym domu i spalono. 30 furmanów zamordowano we wsi Puchały Stare, a 10 jako katolików puszczono wolno.
Dla oszczędności amunicji, ludzi palono żywcem w domach, zabijano obuchami siekier; strzelano tylko do uciekających i rannych.

„Z Polakami nie ma żartów”

„Ja tam nie żałuję ich, broń Boże, bo to kacapy. Cholera, ale jednak to człowiek był. Nie wiem jak strzelali inni, bo to zależało od ludzi, ale ja to nie przepuścił. Ja byłem okropnie cięty na nich, ale lepiej niech to między nami zostanie. Ale jednak taka walka to nie dla katolika. Mogłem ich puścić, ale nie puściłem. Nie wypuściłem nikogo”- opowiadał Czesław Popławski, „Pliszka”, o rajdzie przez wioski prawosławne.

„Żadnych tam dyskusji po tym nie było. Chłopaki wspominali, a ten to zrobił, a ten to. Większość z nas była cięta na Białorusinów. To nauczka-mówili chłopaki- żeby się nauczyli, że z Polakami nie ma żartów”- opowiadał Marian Maliszewski „Wyrwa” (Karta 1990, ze wspomnień bandytów „Burego”). .

Oddział IPN w Białymstoku 30.6.2005 uznał „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa. Akcje „Burego” w „żadnym wypadku nie sprzyjały poprawie stosunków narodowych polsko- białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski”.18.11.2008 wyrok ten utrzymał Sąd Okręgowy w Białymstoku.

Film „Podwójnie wyklęty”, wyemitowany w 2019 r., na którym obecny był jego syn, wybiela „Burego”. Podlaski Oddział Partii Razem, napisał taką ocenę tego filmu-„Ciężko ponownie apelować o przyzwoitość i uczciwość. Trudno mówić o rzetelności naukowej, kiedy IPN ignoruje ustalenia końcowe śledztwa prowadzonego przez własną placówkę w Białymstoku, gdzie wprost padają stwierdzenia o zbrodni, której w żaden sposób nie można powiązać z walką o niepodległy byt państwa polskiego. Zbrodni, która nosi znamiona ludobójstwa”.

„Bury” dla Białorusinów mieszkających na Białostocczyźnie – ocenia prof. Eugeniusz Mironowicz z Uniwersytetu w Białymstoku – jest symbolem bezmyślnego okrucieństwa, sadyzmu, sprawcą mordu bezbronnej ludności, w tym dzieci, kobiet i starców”.

2. Józef Kuraś „Ogień” i jego oddział:
-23.6.1945, w Maniowej koło Nowego Targu, zamordował 4 osoby narodowości żydowskiej;
-10.12.1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą;
-30.12.1945 w m. Gronków zamordowano 6 osób;
-21.1.1946 w Trybusiu zamordowano młynarza Pawła Bizuna i jego syna, Słowaków;
-28.1.1946 w Nowym Targu zamordowano Żyda Rudolfa Ozorowskiego;
-30.1.1946 w Porębie Wielkiej koło Limanowej zamordowano repatrianta Władysława Godfryda;
-10.2.1946 zamordowano Dawida Grazgerina, wójta gminy żydowskiej;
-29.2.1946 zamordowano kierownika Towarzystwa Tatrzańskiego w Zakopanem;
-2/3.5.1946 w Krościenku obrabowano i zamordowano 12 Żydów, 7 raniono;
-15.8.1946 w Rabce zamordowano kierownika Straży Pożarnej St. Mankiewicza;
-25.8.1946, ze szpitala św. Łazarza w Krakowie porwano 2 osoby, a pielęgniarkę Barbarę Kowalę zabito;
Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu- Czubiakową, matkę 2 dzieci, a jego podwładny, który ją odprowadzał, także zgwałcił i zastrzelił.
„Ogień” w latach 19 45-1947 dokonał ok. 120 zwykłych napadów rabunkowych.

3. Inne bandy:
– 23.6.1944, banda „Łupaszki” zamordowała we wsi Dubinki 27 osób, w tym kobiety i dzieci, np. Annę Górską z 4-letnim synem;
-13.4.1945 we wsi Horeszkowie banda NSZ „Sokoła” zamordowała 8 przesiedleńców, w tym ciężarną kobietę, którą zakopano żywcem;
– 27.5.1945 w Przedborzu banda NSZ Władysława Kołacińskiego„Żbik” zamordowała 9 ocalałych Żydów, w tym kobietę i dziecko;
– wieś Piskorowice, kilka razy napadały bandy NZW, m.in. Józefa Zadzierskiego, „Wołyniaka”- zamordowano 178 osób. Proszę przeczytać opisy bandytyzmu w Przeglądzie, nr 17 z 2020, „Morderca na pomniku” (ma pomnik w Bostonie!);
– 8.6.1945 banda NSZ „Szarego” w Wierzchowinach zamordowała 194 osoby, w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety i 65 dzieci do 11 lat (najstarszy 92 lata, najmłodszy 2 tygodnie). Tu taka relacja i ocena prof. Andrzeja Werblana – książka „Polaka Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017- bardzo zachęcam do przeczytania. „To była wieś, głównie ukraińska, choć trochę i polska, w powiecie hrubieszowskim…Duże zgrupowanie oddziałów NSZ i poakowskich, w sumie dwustu wojaków, wieś tę wymordowało. Po to chyba, żeby postraszyć chłopów ukraińskich w tamtym regionie i >zachęcić< do wyniesienia się za Bug, a może dlatego, że posądzano tych chłopów o sprzyjanie nowej władzy. Rzetelnie to opisał historyk lubelski Rafał Wnuk. Początkowo >żołnierzom wyklętym< szło jak po maśle. Wysłane przeciw nim oddziały MO oraz elewów oficerskiej szkoły z Chełma łatwo rozbili, broń odebrali, nawet samochód pancerny zdobyli. Popełnili błąd. Idąc na Wierzchowiny napadli na małe polowe lotnisko radzieckie, wybili nieliczną załogę, spalili dwa samoloty, wymontowawszy przedtem – w celu dozbrojenia się, cztery działka. To ich zgubiło. W pościg ruszyła kompania wojsk pogranicznych NKWD z Brześcia. O połowę mniej liczna, około setki ludzi, uzbrojona podobnie, w broń piechoty, ckm-y i rkm-y. Jednak zmotoryzowana i z lepszą łącznością, ale przede wszystkim dobrze wyszkolona, z frontowym doświadczeniem. Dwa dni po Wierzchowinach dopadli ten dwustuosobowy oddział i w trwającej kilkanaście godzin bitwie wybili do nogi. Jeńców nie brali, rannych chyba dobijali, zginęło stu siedemdziesięciu partyzantów, odbito ten samochód pancerny i te działka. Straty Rosjan wyniosły sześciu poległych i jedenastu rannych”. Właśnie, gdyby nie „zaczepili” Rosjan. Przypomnę, iż mieli oni zakaz włączania się do walk wewnętrznych- z przestrzeganiem bywało różnie, zasadniczo się stosowali, co potwierdza w opracowaniach np. prof. Rafał Wnuk. Natomiast kilka przykładów bandyckich wyczynów „zbrodniczych band” na Dolnym Śląsku, przypomniał prof. Zbigniew Wiktor (DT, 24-26 kwietnia 2020). Ocena działalności podziemia Poddaję Państwu pod rozwagę – czy atakując przedstawicieli władzy, administracji, np. sołtysów, starostów, można było w ten sposób zmusić do demokratycznego sprawowania władzy? Wniknijcie Państwo myślą w głoszone dziś oceny o walce z „komuną”, zastanówcie się- czy oni byli „komuną”? Przecież wtedy w latach 1944- 1950, byli to ludzie we wsiach, miasteczkach umiejący czytać i pisać, po 2-4 klasach przedwojennej szkoły. Potrafili się sensownie „wygadać”, umieli napisać pismo do gromadzkiej rady narodowej (gminy) np. w sprawie podatku, którego chłop nie mógł zapłacić jednorazowo, by rozłożono na raty – pisał mój Ojciec. Były przypadki zabijania wiejskich nauczycieli, traktując ich jako „propagatorów komuny”, a nie jako ludzi niosących „kaganek oświaty”- jak to rozumieć? Dziś apologeci „zbrodniczych band” podnoszą, że podziemie atakowało posterunki MO, więzienia, „kazamaty komuny”. Zgoda, tak było. Zapytam- kto tam trafiał? Przecież, dla przykładu- komendantem MO w Nowym Targu był Józef Kuraś, ps. „Ogień”. Potem „robotę porzucił” i zajął się „obroną wolności” lub „krzewienia demokracji”- przyjmijcie Państwo wg własnego uznania! Przypomnę powyższy dowód -10 grudnia 1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą. Wymierzył więc „karę” za obrazę „takiej władzy”. Kto powie, że „nie słuszną”? Co myśleć o sąsiadce? A napady rabunkowe, za co jego rabusie- bandyci złapani przez MO i KBW trafiali do więzień. Pytam – czyżby niesłusznie? Jednakże w MO, w niewielkiej liczbie byli przedwojenni policjanci, ale głównie zdemobilizowani wojskowi oraz „młody narybek” ci, którzy umieli czytać i pisać, proszę sięgnąć do przedwojennej ustawy o policji i zobaczyć, że to był podstawowy warunek naboru. Uparcie pytam- to też była „komuna”?

Więzienia. Były zapełnione częściowo np. przez chłopów nie mających pieniędzy na podatek, pomówieni w różnych waśniach, często bici trzymani kilka tygodni i zwalniani -znam od Ojca. Były sadystyczne przesłuchania, nie wyłączając tortur. Oto przykład – jeden z wielu. Żona płk Janusza Przymanowskiego (Autor „Czterech pancernych”)- Maria Hulewicz, b. sekretarka Mikołajczyka. Za próbę ucieczki przez granicę skazana na 7 lat więzienia, była torturowana, zmarła w 1978 r. Takie „praktyki” władzy, „sądowe morderstwa” należy ocenić jednoznacznie- ból i cierpienie, często nie zawiniona krzywda. Błąd, który zamiast odstraszać „rodził” przeciwników, a nie zwolenników. Jednakże główny „skład” przetrzymywanych, to członkowie właśnie „zbrodniczych band”. Kto to był? Głównie młodzi chłopcy, zwiedzeni „patriotyczną, narodową” propagandą różnych miejscowych oddziałów, nie rozróżniający ich politycznej orientacji, bo kto miał im objaśniać. Najczęściej pochodzili z wiejskiej i miejskiej biedoty, z „pańskich czworaków”, mieli w znacznej części od 16-25 lat. Dla przykładu, chyba w 2008 r. dowiedziałem się od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że prof. Zdzisław Sadowski, mający niepodważalne zasługi w przygotowaniu i wdrażaniu reformy gospodarczej- obok prof. Władysława Baki, Zbigniewa Madeja, jako 16-latek był w NSZ. Szczęśliwie objęła go amnestia, trafił na studia. Wywiad z Profesorem na początku 2018 zamieścił Przegląd. Nie sposób go czytać, by uniknąć refleksji. Ocena generalna Dostępna literatura, środowiskowe rozmowy, dyskusje i przemyślenia oraz publikacje prasowe np. na łamach Trybuny, Gazety Wyborczej i Przeglądu, za które serdecznie dziękuję Redaktorom Naczelnym i Redakcjom dają faktograficzne podstawy, by działalność podziemia oceniać jako zbrodniczą. Nieliczne zachowania mające znamiona poprawności należy nie tylko dostrzec. Należy je pamiętać! Ale nie przesłonią okrucieństw zadawanych bezbronnym ludziom – dzieciom, kobietom… „Uświęcanie” tych zbrodni czyni Polaka bezdusznym. Było to podziemie samozwańcze. Władza ogłosiła dwie amnestie- w styczniu 1945 i dwa lata później, w lutym 1947. Dlaczego z tego nie skorzystano? Można nie było szanować, nie „uważać za władzę”. Była daleko, w Warszawie. Wojna się skończyła, należało „urządzić siebie w cywilu”, także podwładnym dać zacząć normalne życie. Osobliwe wyjaśnienie tej zawiłości spotkałem u Hieronima Dekutowskiego, „Zapory”-„Amnestia jest dla przestępców, a my jesteśmy Wojsko Polskie”.

Zastanówcie się Państwo. Skoro tak, dlaczego to „Wojsko” nie zgłosiło się do pokojowej służby? Czyżby miał „coś” na sumieniu, a może podwładni też popełniali przestępstwa? Podczas wojny był w AK, która od stycznia1946 r. była rozwiązana. Czy jestem w błędzie uważając „jego Wojsko” za samozwańcze? Na obronę jego myślenia może przemawiać tylko propagandowe oddziaływanie, docierające ze Wschodu i Zachodu, z różnych politycznych ugrupowań, gdzie trudno doszukać się prawdy. Fakty z działalności zbrojnego podziemia wtedy, lata 1944-1947 i później, nie dają podstaw do pozytywnych ocen, tym bardziej ubranych w„patriotyczny garnitur”. Zachęcam Państwa do namysłu nad naszą „krwią pisaną” przeszłością. Temu celowi będą służyć kolejne teksty. Co możemy uczynić, by obiektywna prawda, nawet bolesna dla naszego poczucia dumy i godności narodowej, zajęła właściwe jej miejsce w wychowaniu młodego pokolenia? Proszę- pomyślcie Państwo!

Warszawa, 21 stycznia 2021

Fałszywy „wyklęty”

Przed krakowskim sądem trwa proces Stanisława M., oskarżonego o wyłudzenie od skarbu państwa 350 tys. zł. 83-latek wymyślił męczeńską opowieść o „żołnierzu wyklętym”, prześladowanym przez władze PRL ze sobą w roli głównej.

Stanisław M. twierdził w listach do IPN, że w 1954 roku został zwerbowany do tajnej organizacji wywrotowej „Polska Walcząca”. – Moja działalność w początkowej fazie Polski Walczącej polegała na rozrzucaniu ulotek, zrywaniu komunistycznych haseł, malowaniu własnych haseł na murach i kamienicach oraz oblewaniu pomników i urzędów państwowych farbą lub innymi chemikaliami – deklarował.

Dowódcą M. w podziemnej organizacji miał być mjr Wacław Szczerbakowski. Instytut Pamięci Narodowej, mimo dokładnej kwerendy, nie znalazł żadnej wzmianki o takim żołnierzu, który, według opowieści, miał operować na terenie Małopolski.

Stało się coś niezwykłego – sąd uznał, że mężczyzna faktycznie działał w antykomunistycznej organizacji. Za podstawę uznano wyłącznie zeznania rzekomego kombatanta. M. poszedł dalej – wywalczył najpierw 101 tys w ramach rekompensaty za wyrok z 1959 roku, a następnie za kolejny, skazujący go za posiadanie broni bez zezwolenia – tutaj skapnęło mu aż ćwierć miliona. To i tak niewielkie kwoty, w porównaniu z oczekiwaniami M. , który wnosił o prawie 4 mln zł.

Kiedy M. cieszył się już zdobytym majątkiem, a także rosnącym prestiżem wśród kombatantów powojennego podziemia i wypowiedziami w mediach relacjonujących uroczystości ku jego czci, ktoś ponownie przejrzał jego akta. A potem poinformował prokuraturę, za co „wyklęty” został skazany w 1959 roku. Okazało się, że wraz z dwoma kumplami dokonał napadu rabunkowego z bronią na sklep Samopomocy Chłopskiej w Baczynie koło Suchej Beskidzkiej, przy „użyciu pistoletów wojskowych” sterroryzowali sprzedawczynię Anastazję S. i klientów. Zabrali kasę, wódkę, czekolady konserwy i cukierki, towary za 10 tys. zł, po czym zbiegli. Cztery miesiące później wspólnie przeprowadzili napad na listonoszkę. Roman P. pogroził jej pistoletami i zabrał 145 500 zł. I nie było wątpliwości – to nie było „zdobywanie pieniędzy na organizację”.

Prokuratura Rejonowa Kraków – Śródmieście Wschód wystosowała do sądu akt oskarżenia w związku z wyłudzeniem przez M. 350 tys. w postaci niezależnych odszkodowań i zadośćuczynienia z tytułu uznania za nieważne orzeczeń sądowych. Mężczyźnie grozi również wyrok za składanie fałszywych zeznań. Teoretycznie mógłby spędzić w więzieniu 10 lat. Siedzieć jednak nie pójdzie, z uwagi na wiek.

Poseł PiS broni zbrodniarza

Poseł PiS Dominik Tarczyński uczcił rocznicę śmierci Romualda Rajsa „Burego”, podoficera Wojska Polskiego, odpowiedzialnego za zbrodnie na prawosławnych mieszkańcach Podlasia, okolicznościowym wpisem na Twitterze.

Człowiek, który w swoim rajdzie przez podlaskie wsie palił domostwa i nie oszczędzał kobiet i dzieci, to dla prawicowego parlamentarzysty „patriota, Polak, katolik”.

Według posła Tarczyńskiego Rajs jest bohaterem, żołnierzem wyklętym, ofiarą komunistycznego państwa. Tymczasem w 2005 roku Instytut Pamięci Narodowej określił czyny „Burego” jako noszące znamiona ludobójstwa. Do dzisiaj pseudonim tego „żołnierza wyklętego” budzi w regionie hajnowskim zgrozę i oburzenie. Żyją jeszcze ludzie, których bliscy zginęli z rąk jego podkomendnych, a pod koniec lutego, gdy wypada rocznica spalenia wsi Zaleszany, Zanie, Szpaki i Końcowizna, odbywają się uroczystości ku pamięci niewinnych ofiar. Nigdy nie brakuje na nich przedstawicieli podlaskiej lewicy.

PiS stoi wtedy po innej stronie. Środowiska skrajnej prawicy organizują od 2016 roku w Hajnówce marsz pamięci „wyklętych”, na którym nie może obyć się bez zdjęć „Burego”. Politycy rządzącej partii nie raz szukali usprawiedliwień dla tej inicjatywy, potępianej przez większość mieszkańców Hajnówki. Gdy hajnowska rada miejska uchwalała rezolucje przeciwko marszowi, politycy PiS starali się udowadniać, że Romuald Rajs to jednak bohater, bo walczył z komunistami i o niepodległą Polskę. Zresztą nie tylko na Podlasiu PiS często idzie ramię w ramię ze skrajnymi nacjonalistami (wręcz faszystami) i nie ustaje w próbach fałszowania historii. Żołnierze wyklęci nadal mają się dobrze na państwowych sztandarach i bluzach skrajnych prawicowców..

Do zmiany stosunku do „Burego” prawicowców nie skłania nawet jego postawa po aresztowaniu. W nadziei na zwolnienie Romuald Rajs ujawnił wszystkie swoje kontakty, podał imię i nazwisko oraz domniemany adres zamieszkania dawnego zastępcy. Trudno nazywać go „żołnierzem niezłomnym”…

Żołnierze wyklęci czy przeklęci (na Dolnym Śląsku)

W lutym 2011 r. prezydent B. Komorowskiego podpisał ustawę o ustanowieniu 1 marca Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych dla uczczenia tych, którzy oficjalnie walczyli z „dwoma totalitaryzmami”, tj. z niemieckim faszyzmem i komunizmem. W związku z tym liczne instytucje państwowe, samorządowe, partyjne, w tym szkoły, stowarzyszenia oświatowe, sportowe i historyczne, także kościoły prowadzą szeroką akcję mającą na celu propagowanie patriotycznych osiągnięć żołnierzy wyklętych.

W ślad za postanowieniem prezydenta w licznych miastach, w których władzę sprawuje nie tylko PiS nastąpiło przemianowanie nazw znaczniejszych ulic i placów na „Żołnierzy Wyklętych” bądź ich dowódców i bohaterów. Szeroką akcję propagandową osiągnięć żołnierzy wyklętych prowadzi Instytut Pamięci Narodowej, dysponujący wielomilionowym budżetem dla fałszowania historii i budowania nowego mitu wielkiego bohaterstwa wyklętych. Jest to nowa legenda, która ma być mitem założycielskim budowanej obecnie tzw. IV. Rzeczypospolitej, która ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną o nie tak odległej przeszłości.

Do napisania tego artykułu skłoniła autora zorganizowana 1 marca przez Dom Kultury w Bolkowie na Dolnym Śląsku akademia dla uczczenia żołnierzy wyklętych w odbudowanym niedawno byłym kościele ewangelickim, w którym z tej okazji odbyła się uroczystość z udziałem reprezentacyjnych, osób, wyświetlono tendencyjny film o żołnierzach wyklętych, wygłoszono referat oficjalny, miejscowy zespół artystyczny przygotował także odpowiedni program artystyczny. Impreza cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem, jej głównym adresatem była młodzież szkolna, którą od lat ćwiczy się w studiowaniu i przejmowaniu nowych prawd o żołnierzach wyklętych. Bez wątpienia szkołom wyznaczono ważną funkcję indoktrynowania młodzieży zgodnie z obowiązującymi obecnie programami nauczania najnowszej historii nie tylko Polski, mając na uwadze obowiązujące obecnie cele programowe i oświatowo-dydaktyczne. Podobnych imprez było multum we Wrocławiu i w innych większych miastach, a nawet, jak świadczy przykład Bolkowa, w miasteczkach i gminach.

Zacznijmy od samej nazwy. Według Małego Słownika Języka Polskiego z 1968 r. (s.927) „wykląć (wyklęty)” znaczy pozbawić kogoś należnych mu praw, wyklinając wyrzuca się kogoś, wykląć syna, córkę, a historycznie oznaczało „wyłączenie kogoś z kościoła chrześcijańskiego: rzucić na kogoś klątwę”. W zamierzeniu prezydenta chodziło o to, by „wyklętym” przywrócić należne im prawa i by znaleźli należne i godne miejsce w narodowej rodzinie, wspólnocie.

Czy rzeczywiści było tak, jak życzył sobie prezydent B.Komorowski i ówczesne siły partyjno-polityczne. Przypomnijmy, że także ówczesny Sejm przyjął głosami wszystkich frakcji uchwałę o tym, że żołnierze wyklęci dobrze przysłużyli się Polsce. Obecnie pogłębiły się różnice między obozem PiS i Platformy Obywatelskiej i szerzej Koalicji Obywatelskiej, czemu sprzyjają kolejne kampanie wyborcze i rosnące różnice interesów i na tematy międzynarodowe, a nawet ich przedstawiciele obrzucają się najgorszymi inwektywami. Jednak zadziwiające pozostaje, że pod względem „żołnierzy wyklętych” panuje między nimi niemal kordialna zgoda i prześcigają się we wspólnym ich fetowaniu. Głównym lepiszczem takiej postawy był ich jednoznaczny antykomunizm, tradycje zbrojnej walki z Polską Ludową i antysowietyzm, żeby wymienić najważniejsze.

Kto to byli „żołnierze wyklęci” i dlaczego stali się świętą ikoną obecnych kierowników polskiej nawy państwowej. Dziś tym określeniem IPN obejmuje się prawie całą wojenną partyzantkę, głównie AK, partyzantkę chłopską i inne ugrupowania, które miały odmienne nie tylko sztandary, także cele ideowo-polityczne i często inaczej kreśliły programy ustroju przyszłej Polski wyzwolonej spod niemieckiej okupacji.

Jak dowodzą liczne badania historyczne tym określeniem przedstawia się głównie żołnierzy zbrojnego podziemia, które po 1944-45 r. nie podporządkowały się powstającej Polsce Ludowej, nie złożyli broni, nie wstąpili do odrodzonego Wojska Polskiego, było ich (według różnych źródeł) w sumie ok. 15 do 20 tys., dekowali się na zapleczu, a niektórzy z nich uciekali się do bratobójczej wojny. Nie wzięli udziału w decydującej fazie 2 wojny światowej, tj. w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski, walkach o Pomorze (Wał Pomorski), pod Budziszynem i o Drezno, a wreszcie w operacji zdobycia Berlina. Jednostki 1. Armii Polskiej dotarły w tych historycznych bojach do Łaby, a 2. Armii wyzwalały (po ostrych walkach na Łużycach) na początku maja 1945 r. północne Czechy, dochodząc do przedmieścia Pragi. Do dziś w Melniku nad czeską Łabą stoi pomnik wyzwoliciela generała Karola Świerczewskiego (legendarnego bohatera walk przeciwko faszystom w Hiszpanii gen. Waltera), podczas gdy na polskiej ziemi jego pomniki podobnie jak nazwy jego ulic dawno zostały w Polsce zburzone lub wymazane z historii. Tak polska reakcyjna prawica rozprawia się z pamięcią o najlepszych synach polskiego narodu. Za sprawą tego wielkiego wysiłku zbrojnego rodzącej się Polski Ludowej polskie oddziały wzięły aktywny udział w operacji berlińskiej, a 1. Dywizja wraz z innymi wydzielonymi pododdziałami wzięła udział w szturmie Berlina i przypadł jej zaszczyt zawiesić polskie flagi na szczycie Pruskiej Kolumny Zwycięstwa w centrum Berlina. Są to fakty historyczne porównywalne tylko z Bitwą pod Grunwaldem, przy czym rezultaty polityczne i zdobycze terytorialne tego zwycięstwa przewyższały znacznie victorię grunwaldzką.

Ten wielki polski czyn bojowy, który okazał się także epokowym zwycięstwem politycznym był wynikiem przejęcia inicjatywy ideowo-politycznej przez siły polskiej lewicy i kształtowania się przyjaźni i współpracy polskich sił patriotycznych ze Związkiem Radzieckim i jego bohaterską Armią Czerwoną, utrwalonych wspólną walką z niemieckim najeźdźcą w bitwie pod Lenino w październiku 1943 r., pod Studziankami, w walkach o wyzwolenie Warszawy w 1944-45 r., walkach na Pomorzu, krwawych bitwach przy forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej i Wzgórzach Seelowskich pod Berlinem, na których zginęło 2.310 poległych, a ogółem straty wyniosły 10.385 żołnierzy. (K.Kaczmarek, (1) s. 361). Jeszcze większe straty były udziałem 2. Armii Wojska Polskiego na polach Łużyc, gdzie polskie oddziały poza walkami czołowymi musiały przyjąć na siebie potężne uderzenie wojsk pancernych feldmarszałka F.Schoernera, idących na pomoc Berlinowi. Bitwa budziszyńska była niezwykle krwawa, polski żołnierz złożył w tej sprawiedliwej walce wielką daninę krwi, ale ostatecznie była ona zwycięska. Zginęło tam 4.912 poległych, 2.798 było zaginionych oraz 10.532 rannych i kontuzjowanych, tj. 20, 3 proc. ogólnego stanu Armii. Wielkie były także straty w uzbrojeniu i taborach, ale cel bojowy 2. Armia wykonała z odznaczeniem, armia Schoernera nie przerwała polskiego zbrojnego pierścienia i odsiecz dla hitlerowskiego Berlina została zatrzymana.(K.Kaczmarek, (2) s. 365). Jeszcze większe były straty Armii Radzieckiej. Ocenia się, że tylko podczas walk o wyzwolenie Dolnego Śląska życie straciło prawie 30.000 czerwonoarmistów a 70-80.000 odniosło rany.(R.Majewski, s.200).
Trzeba także pamiętać, że polski wysiłek zbrojny był także znaczący na frontach zachodnich w ramach operacji prowadzonych przez sojusznicze armie amerykańskie i angielskie, gdzie Korpus gen. W.Andersa wsławił się walkami w północnej Afryce, pod Monte Cassino w maju 1944 r., , dochodząc w pochodzie wyzwoleńczym w maju 1945 r. do Bolonii. Wojska 1.Korpusu w składzie armii brytyjskiej wyzwalały Holandię i Belgię a także zachodnie Niemcy, w czym wsławiła się dywizja gen. Maczka. Ogółem polski żołnierz walczył na różnych frontach z okupantem niemieckim od 1. września 1939 r. do 9. maja 1945 r., wnosząc olbrzymi wkład w koalicyjnych walkach z niemieckim faszyzmem i faktycznie, biorąc pod uwagę siły partyzanckie w okupowanym kraju, klasyfikowany był jako czwarta siła zbrojna.

A jak na tym bojowym tle przedstawiał się obraz sił tzw. żołnierzy wyklętych. Dziś są oni przedstawiani przez tendencyjnych historyków, głównie przez IPN jako wielka siła bojowa, która niemal sama wyzwoliła Polskę spod okupacji niemieckiej i zadawała decydujące ciosy Wehrmachtowi. Podobno można spotkać nawet opracowania głoszące, że Berlin zdobyty został przez żołnierzy wyklętych. Śmiechu warte. Żołnierze wyklęci jako najbardziej antysowiecko i antykomunistycznie kształtowani żołnierze byli przygotowywani głównie do walki z „nowym jeszcze gorszym okupantem” czyli Związkiem Radzieckim. Od początku ich strategią była oficjalnie „walka na dwa fronty” faktycznie jednak „walka” z okupantem niemieckim polegała na staniu z bronią u nogi, a w licznych przypadkach nawet kolaboracji z okupantem i aktywnej walce z partyzantką radziecką i lewicową partyzantką polską, szczególnie na wschodnich obszarach kraju. Dowództwo czekało na pomoc z Zachodu i czyniło przygotowania do 3. wojny z „nowym okupantem” ze Wschodu. Potwierdzeniem tych mrzonek były słowa popularnej „leśnej piosenki”: „Jedna bomba atomowa i wrócimy wnet do Lwowa. Jeszcze jedna albo dwie – w Wilnie znów znajdziemy się!” NSZ nie miało żadnych zasług w powrocie Polski na Ziemie Odzyskane. Wręcz przeciwnie, ich marzenia błądziły na „Kresach”, i gdzie mogli, także zbrojnie szkodzili polityce polskiej lwicy, która prawidłowo realizowała interesy narodowe Polaków.

Tzw. „niezłomne podziemie” po 1944-45 r. było niewiele znaczącymi zbrojnymi bandami, które zamiast pójść do odrodzonego Wojska Polskiego i walczyć z silnym nadal okupantem w zachodniej Polsce, kryło się po lasach i zgodnie z wytycznymi wodzów politycznych z Londynu hołdowali zasadzie „walki z dwoma wrogami”, a więc przede wszystkim walki z „żydo-komuną”, mniejszymi pododdziałami Armii Czerwonej. Główny problem polegał na tym, że faktycznie były to mało znaczące grupy, które opuszczali bardziej światli członkowie, korzystali z amnestii i zaciągali się na własną rękę do berlingowców. Operacyjnie nie były one zdolne do prowadzenia otwartych walk z oddziałami regularnej armii. Uciekały się zatem do różnych form terroru wobec bezbronnych wsi, małych pododdziałów, maruderów, lewicowej partyzantki, napadały na posterunki MO, lokalne więzienia. Najłatwiejszymi celami była ludność cywilna i ofiarni działacze szeroko rozumianej lewicy i postępu społecznego, którzy mieli dość wojny, okupacji niemieckiej, chcieli wreszcie żyć w spokoju i pokoju, a przede wszystkim absolutnie nie godzili się na powrót rządów dawnej sanacji, rządów jaśnie panów, burżuazji i ich zagranicznych mocodawców. Historycy oceniają, że w latach 1944-48, kiedy w kraju toczyła się półotwarta wojna domowa, szczególnie we wschodnich województwach żołnierze wyklęci wymordowali około 20.000 zwolenników Polski Ludowej, radnych, starostów, sołtysów, geometrów, działaczy PPR a także innych postępowych partii, milicjantów, ormowców, żołnierzy czynnej służby, także żołnierzy Armii Radzieckiej. Na Ziemiach Zachodnich władza ludowa była silniejsza i tu „wyklęci” niewiele mogli zdziałać, ale np. w Jaworze ofiarą bandytyzmu politycznego stał się pierwszy starosta, na posterunek MO w Czarnym Borze napadli bandyci, były jakieś formy konspiracji w Sadach i w innych miejscowościach. Mordował także oddział niejakiego Otta spod Kluczborka, który później uciekał do Bawarii i został rozbity przez siły Bezpieczeństwa w okolicach Kamiennej Góry. I to były ich największe „osiągnięcia bojowe” i za to obecny reżim tak bardzo ich docenia i fetuje.

A jak politycznie prezentowali się ówcześni żołnierze wyklęci. Dziś pod to pojęcie wkłada się całą Armię Krajową (AK) a nawet Bataliony Chłopskie, które były odrębną formacją ruchu ludowego i tylko czasowo i w luźnych formach podporządkowały się dowództwu AK. Żołnierzami wyklętymi byli głównie członkowie Narodowych Sił Zbrojnych i ich różnych odłamów. Było to najbardziej reakcyjne ugrupowanie ideowo-polityczne, nawiązujące do programów i działalności Obozu Narodowo-Radykalnego i Endecji. W czasach okupacji „wsławiły się” mordowaniem Żydów, oddziałów Gwardii i Armii Ludowej, partyzantki radzieckiej, np. w Borowie (Lubelskie), Rząbcu na Kielecczyźnie. Dowództwa niektórych oddziałów szły na niemal jawną kolaborację z Gestapo i innymi organami okupanta niemieckiego. Po wyzwoleniu tzw. Polski lubelskiej, powstaniu PKWN i Rządu Tymczasowego, a w czerwcu 1945 r. Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, następowała stabilizacja nowej władzy, której podstawą były reformy ustrojowe, w tym reforma rolna, demokracja ludowa, zapowiedź upaństwowienia podstawowych gałęzi przemysłowych, co umacniało ludowo-demokratyczny rząd w Warszawie i osłabiało siły reakcji społecznej.

Mając to na uwadze głównodowodzący Armią Krajową gen. Okulicki wydał 19. stycznia 1945 r. rozkaz rozwiązania AK, ale nie wszyscy dowódcy mu się podporządkowali, część zeszła do głębszego podziemia, a niektóre oddziały odmówiły wykonania rozkazu. Część AK przekształciła się w podziemną organizację „NIE”. Powstał także WiN. Szczególnie aktywni byli członkowie Narodowych Sił Zbrojnych. Już w listopadzie 1944 r. część NSZ wyodrębniła się z AK i po połączeniu się z Narodową Organizacją Wojskową utworzyła Narodowy Związek Wojskowy. Na Kielecczyźnie „działała” Brygada Świętokrzyska NSZ. Była ona bezprzykładnym przypadkiem kolaboracji z Niemcami, mordowania żołnierzy lewicowej partyzantki (Borów, Rząbiec), szerzyła terror wobec zwolenników Polski Ludowej i „wsławiła się” kolaboracją i haniebną ucieczką pod skrzydłami Wehrmachtu do Bawarii wobec zbliżania się w styczniu 1945 r. nowej ofensywy Armii Czerwonej – operacja wiślańsko-odrzańska. (W. Roszkowski, s. 145).

Obecnie rządzący i ich apologeci pod niebiosa wychwalają „czyny zbrojne” żołnierzy wyklętych, które w latach 1945-1947 były niczym innym tylko zwykłymi aktami terroru, bandytyzmu i nowego barbarzyństwa, głównie wobec bezbronnej ludności cywilnej. Paradoksem historycznym było, że w ich szeregach znajdowało się wielu młodych chłopców, rekrutujących się z najbardziej zapadłych części wschodniej Polski, często wywodzących się z najbiedniejszych warstw wiejskich, folwarcznych, którym oenerowska i endecka propaganda, wspierana przez najbardziej reakcyjną część kleru katolickiego wpajała nienawistny obraz wszystkiego, co wiązało się z lewicą i „żydo-komuną”. Byli oni kierowani przez reakcyjnych oficerów, którzy z powodów ideowo-politycznych i za londyńskie funty i amerykańskie dolary kierowali ich do najbardziej ohydnych czynów, co umacniało związanie przysięgą wojskową. Faktycznie prowadzili oni dalszą wojnę, choć w ograniczonej skali, przy czym nie była to tylko wojna przeciwko rządowi demokracji ludowej, ale także przeciwko całemu narodowi polskiemu, którego interes historyczny w tym czasie prawidłowo formułował, określał i realizował obóz polskiej lewicy i demokracji, na czele z PPR, PPS i innymi demokratycznymi partiami

Jej podstawowymi celami było: 1. Mobilizowanie wszystkie siły narodu do walki z okupantem niemieckim i faszyzmem. 2. Budowanie i umacnianie przyjaźni i dobrosąsiedzkich stosunków z wszystkimi sąsiadami, a głównie ze Związkiem Radzieckim. 3. Ziemie ukraińskie – Ukrainie, ziemie białoruskie – Białorusi, litewskie – Litwie i uznanie granicy wschodniej na Linii Curzona. 4. Piastowskie ziemie nad Odrą, Nysą i Bałtykiem mają być polskie. 5. Naczelnymi wartościami są: precz z sanacją, sprawiedliwość społeczna, demokracja ludowa, reforma rolna, upaństwowienie podstawowych gałęzi przemysłowych. 6. Pokój i przyjaźń między narodami, precz z wojną. 7. Suwerenem państwa polskiego jest lud pracujący miast i wsi, określający interesy i politykę polskiego narodu.(Manifest PKWN).

Program i polityka PKWN, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej, który powstał w czerwcu 1945 r. stworzyły historyczną szansę odrodzenia na demokratycznych zasadach i sprawiedliwości społecznej powstanie i odrodzenie nowego państwa polskiego, które było antytezą przedwojennej burżuazyjno-obszarniczej i sanacyjnej II. Rzeczypospolitej. Odrodzone państwo polskie rodziło się jako nowy typ państwa, definiowany początkowo jako demokracja ludowa, a w późniejszych latach w następstwie dalszych reform jako państwo budujące socjalizm. Umacniało ono i zapewniało warunki nowego odrodzenia narodu, w którym suwerenem stał się lud pracujący miast i wsi, kierowany politycznie przez klasę robotniczą, które ekonomicznie, socjalnie i na arenie międzynarodowej tworzyły i zapewniły pomyślny byt narodu polskiego do 1989 r., a w pewnych częściach, np. w zakresie kontynuacji porządku terytorialno-granicznego trwa do dziś.

Wszystkie te postulaty były popierane bardziej lub mniej przede wszystkim przez Związek Radziecki i jego kierownictwo polityczne – WKP(b) na czele ze Stalinem, ale także przez pozostałe wielkie mocarstwa, co zostało przypieczętowane na Konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, następnie w Poczdamie, a ukoronowaniem tej polityki było przyjecie Polski do ONZ jako członka założyciela. Jednak zasadniczą zmianę w budowaniu stabilizacji politycznej miało powstanie Rządu Jedności Narodowej w czerwcu 1945 r., który powstał nie tylko jako rezultat zawiązania szerokiej demokratycznej koalicji „Polaków z Warszawy i Londynu”, ale także mocarstwa zachodnie uznały ten rząd na arenie międzynarodowej jako legalny rząd polski i jednocześnie odmówiły tego uznania tzw. rządowi londyńskiemu. W następstwie praktycznie wszystkie państwa świata uznały wkrótce rząd warszawski. W tej sytuacji rząd polski miał nie tylko wewnętrzny mandat polityczny i historyczny, ale także prawno-międzynarodowy do pełnego zaprowadzenia porządku wewnętrznego w Polsce. Od tego czasu „żołnierze wyklęci” stali się nie tylko metaforycznie wyklęci, także pod względem prawnym i to tak w stosunkach wewnętrznych jak i międzynarodowych. Od tego czasu pod każdym względem stali się oni niczym innym jak tylko leśnymi bandami, zwalczanymi przez legalne władze państwowe z całą surowością prawa. Ta nowa sytuacja prawno-międzynarodowa spowodowała poważne uszczuplenie i osłabienie sił „wyklętych”, masowe stały się ucieczki z oddziałów i korzystanie z amnestii, szczególnie od 1947 r. Czym zatem kierowali się i na co liczyli pozostali tzw. niezłomni. Niektórzy czekali na 3. wojnę światową, inni przywykli do bandytyzmu i nie chcieli nauczyć się uczciwego życia, jeszcze inni mieli na sumieniu liczne zbrodnie i nawet mimo amnestii obawiali się ludowej sprawiedliwości. Dziś instruktorzy IPN wynajdują „niezłomnych”, którzy podobno trwali w oporze nawet do lat 60-tych. Pożałowania godny bandytyzm. Jest to nowa czarna legenda, mająca osłabić Polskę Ludową.

Obecnie tym aktom terroru niektórzy nadają wielkie cechy bohaterstwa, gdyż nie poddali się, byli niezłomni i do końca walczyli z „nowym okupantem” i jego „pachołkami”. Nic bardziej błędnego, akty te są i pozostają zbrodniami, a próby ich zafałszowania są wyrazem obłudy historycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej. Szczególnie jest to niebezpieczne wobec młodego pokolenia, któremu przedstawia się fałszywych bohaterów i wzory postępowania niezgodne z prawdą historyczną. Wysławianie „żołnierzy wyklętych”, budowanie ich rzekomo wielkiej historii martyrologicznej nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych. Ich apologeci nie potrafią wymienić bodaj jednej nazwy miasta, miasteczka, czy nawet wsi, które mieli rzekomo wyzwalać spod niemieckiej okupacji, zresztą ich dowódcy nie stawiali sobie nawet takich celów wojskowo-operacyjnych, a kiedy zbliżał się front (ofensywa styczniowa 1945 r.), uciekali pod zbrojnymi skrzydłami Wehrmachtu, Gestapo, Abwehry do Bawarii i pod przyszłą okupację amerykańską.

Dobitnym przykładem takiego wyboru były losy Brygady Świętokrzyskiej NSZ, liczącej ok. 1500 dobrze uzbrojonych żołnierzy, o której już wspomniano. Ich ucieczka w grudniu 1944 r. przebiegała m.in. przez Częstochowę, Lubliniec, Nysę i tereny powiatów wałbrzyskiego i kamiennogórskiego do Trutnova dawnym Protektoracie Czech i Moraw, by znaleźć się w Bawarii. Do nowego haniebnego symbolu urosło niedawne złożenie wieńca pod kamieniem pamiątkowym w zachodnich Czechach przez premiera RP M. Morawieckiego na cześć tej brygady. Daje to nam wiele do myślenia, jakie siły ideowo-polityczne rządzą obecnie Polską i jaki jest ich rodowód historyczny.

Ta polityka jest szczególnie groźna i niebezpieczna na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Odzyskanych po wiekach, gdzie masowo burzone są pomniki chwały dawnych wyzwolicieli z Armii Radzieckiej i Ludowego Wojska Polskiego, wymazuje się imiona dawnych ich dowódców i zasłużonych postaci dla przywracania tych ziem do Macierzy. Jest jeszcze gorzej, gdyż jednocześnie odbudowuje się dawne wojenne pomniki pruskiego i niemieckiego militaryzmu, a nawet jak na Opolszczyźnie formacji SS. Ten nawrót niemczyzny znajduje obecnie masowy wyraz w odbudowie dawnych pomników niemieckich, świadczących o postaciach niemieckiej kultury. One nie muszą nam przeszkadzać pod warunkiem, że owe postacie np. nie splamiły się kolaboracją i poparciem dla reżimu hitlerowskiego. Czynimy także ukłon pod adresem wybitnych antyfaszystów niemieckich, np. von Moltkego z Krzyżowej. Ale powstaje pytanie, dlaczego usunięto pomniki i nazwy ulic z imionami wybitnych komunistów i socjaldemokratów niemieckich jak np. E.Thaelmanna we Wrocławiu i Wałbrzychu? Odpowiedź jest prosta, właśnie dlatego, że byli komunistami czy socjaldemokratami i choć zostali zamęczeni przez hitlerowskich siepaczy, nie zasługują na miejsce w polskiej przestrzeni publicznej, podobnie jak Finder, Wieczorek, Wasilewska, Bierut, Fornalska, Świerczewski, Gomułka , Luksemburg, Fiderkiewicz i wielu innych. Niestety tym zmianom ochoczo patronują niektóre władze samorządowe, które wyraziły zgodę na usunięcie w Polsce ponad 500 pomników (a wcześniej nazw licznych ulic), które rzekomo „propagowały komunistyczny totalitaryzm”. W Legnicy usunięto wspaniały Pomnik Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni (z dziewczynką na rekach), także w Bolkowie wywieziono na cmentarz Pomnik Chwały, To tylko dwa przykłady, nie przynoszą one chluby miejscowym decydentom, więcej, takie działania są przysłowiowym podcinaniem gałęzi, na której siedzą nie tylko oni. Musimy pamiętać, że Rosja, kiedyś ZSRR jest i pozostanie naszym sąsiadem, czy tego chcemy, czy nie i że podpis ich przedstawiciela widnieje na tekście Deklaracji Jałtańskiej i Umowy Poczdamskiej i także obecna Rosja jest jednym z gwarantów naszej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Wielu zapomniało, że imperializm niemiecki, choć w czasie 2. wojny światowej został poważnie osłabiony, nie upadł całkowicie, a obecnie w rezultacie zjednoczenia Niemiec, wzmocnienia ich pozycji i roli w rezultacie brexitu i unifikującej się pod ich komendą Unii Europejskiej, odradza się w przyspieszonym tempie i w związku z tym odgrzewane są dawne plany imperialistycznej ekspansji, tradycyjnie głównie na Wschód (Drang nach Osten). Oczywiście wyciągnął on wnioski z dwóch przegranych wojen światowych, dlatego dziś preferuje formy ekspansji gospodarczej, inwestycyjnej, finansowej, kulturalnej, historycznej, sztucznej odbudowy mniejszości niemieckiej, w polityce międzynarodowej, a głównie w budowaniu i umacnianiu tzw. jądra europejskiego, tym bardziej, że Unia znajduje się na historycznym rozdrożu. Polska w tych planach traktowana jest jako cel ekspansji, częściowo już osiągnięty, a więc zniszczenie polskiego przemysłu, potężne bezrobocie i odpływ młodego pokolenia jak nowych gastarbeiterów, Polska jako duży rynek zbytu dla głównie niemieckiej produkcji. Stajemy się w sensie gospodarczym nowym niemieckim protektoratem. Źle to prognozuje Polsce, ale jeszcze gorzej dla naszych Ziem Zachodnich, które kapitałowo, inwestycyjnie, komunikacyjnie i kulturowo są coraz mocniej integrowane z Niemcami pod hasłem łatwiejszej do strawienia przez Polaków integracji europejskiej.

Z tej krótkiej wypowiedzi wynikają pesymistyczne wnioski odnośnie aktualnie realizowanej polityki historycznej sił rządzących w Polsce. Z powodu klasowego interesu falsyfikują one nie tylko najnowszą historię Polski, przedstawiają ją w fałszywym świetle, a w szczególności przedstawiają dawnych szkodników i bandytów jako bohaterów narodowych. Bardzo niedobrą rolę w tym zorganizowanym w skali ogólnopaństwowej procederze realizuje Instytut Pamięci Narodowej (IPN), który na masową skalę uprawia fałszerstwa historyczne, wydaje w licznych nakładach książki i broszury, plakaty i różne graficzne i elektroniczne pomoce dydaktyczne, które fałszują prawdziwą historię, szczególnie na Ziemiach Zachodnich. Główny kierunek tych działań jest ześrodkowany na młode pokolenie, młodzież szkolną, która poddana jest systemowo – dydaktycznej obróbce historycznej w treści i duchu falsyfikacji historycznej. Dowodów na tę tezę dostarczają aż nadto treści podręczników i innych książek o najnowszych dziejach Polski, gdzie np. wysiłek zbrojny polskiej lewicy w czasie 2. wojny światowej jest marginalizowany bądź przedstawiany tendencyjnie a Wojsko Polskie pod komendą gen. Z .Berlinga sprowadza się do minimum i opatruje się nieprawdziwymi bądź zjadliwymi komentarzami. Burzone są pomniki gen. Z.Berlinga, gen. K.Świerczewskiego, ich nazwiska dawno zdarto z ulic polskich miast. Polska Ludowa to „sowiecka okupacja” bądź „czarna dziura” w polskiej historii.

Na masową skalę organizuje się akademie, rocznice, rajdy historyczne, pielgrzymki historyczno-kościelne do nowych miejsc „pamięci narodowej żołnierzy wyklętych”, także „walk z komuną”, które budują nie tylko nową pamięć o prawdziwych czy rzekomych ich zasługach, ale mają na celu budowanie nienawiści do Polski Ludowej, jej wielkich osiągnięć i wszystkich tych, którzy zasłużyli się w walkach o jej powstanie, obronie, budowie i umacnianiu. Następstwem tej zorganizowanej ofensywy sił reakcyjno-prawicowych jest osłabienie w Polsce sił patriotyczno-lewicowych, które do niedawna dawały skuteczny odpór tym niebezpiecznym działaniom. Jednocześnie daje o sobie znać biologia, gdyż szybko odchodzą przedstawiciele dawnych pokoleń, które z autopsji znały dawne dzieje i przekazywały je w środowiskach rodzinnych młodemu pokoleniu. Znamieniem nowych czasów jest Internet i telefonia komórkowa, telewizja. Słownictwo i argumentacja starych dziadków rzadko trafia do młodzieży, ukształtowanej na przekonaniach i racjach płynących z mądrości Internetu czy komórki. W wyniku zmian w komunikacji cywilizacyjnej następuje zerwanie tradycyjnej więzi międzypokoleniowej, kiedyś tak ważnej w budowaniu jedności światopoglądowej grup społeczno-rodzinnych. W związku z tym trzeba bić na alarm i walczyć o prawdę. Prawda jest bardzo czułą i delikatną materią. Co prawda jest przysłowie, że „oliwa nieżywa, ale zawsze (niczym prawda) na wierzch wypływa”, ale prawda sama się nie obroni. Trzeba jej pomóc poprzez dyskusję publiczną, odbudowę nowych stowarzyszeń, aktywizację różnych dotychczasowych postępowych partii i organizacji społeczno-kulturalnych. Musimy pamiętać, ze jako naród polski mieliśmy piękną i pełną chwały historię, ale na skutek egoizmu klasowego kiedyś Polską rządzących dochodziło do jej tragicznego upadku. Miejmy to na uwadze, negliżując i zwalczając obecne niebezpieczeństwa.

Zarysowane zjawiska są szczególnie ważne na Dolnym Śląsku i Ziemiach Odzyskanych; gdzie polskość nosi wymiar historyczny (Polska piastowska), ale musimy pamiętać, że poza Śląskiem państwowość piastowska szybko została wyparta przez niemiecki żywioł etniczny i państwa niemieckie, z Ziemi Lubuskiej przez Brandenburgię już w poł. XIII w. Pomorze Zachodnie było rządzone przez rodzimą dynastię książąt pomorskich, luźno związanych stosunkiem lennym z Polską Bolesława Chrobrego i Bolesława Krzywoustego a od końca XII w. weszło ono w skład Rzeszy Niemieckiej. Trwalszy był związek z Polską Pomorza Gdańskiego, ale także tam panowała miejscowa dynastia książęca. Rozbicie dzielnicowe Polski od XII do początków XIV w. radykalnie przyczyniło się do osłabienia Polski i oderwania od niej także Pomorza Gdańskiego, co ostatecznie wykorzystali Krzyżacy, zagarniając je podstępnie w 1308 r. Piastowscy książęta śląscy szybko się niemczyli i od początku XIV w. masowo uznawali zwierzchnictwo lenne królów czeskich, wchodząc pośrednio w skład Rzeszy Niemieckiej. Pewnym wyjątkiem byli Bolkowie z Księstwa Jaworskiego i Świdnickiego, którzy do końca XIV w. opierali się dominacji czesko-niemieckiej. Ziemia Kłodzka do 1741/63 r. należała do Korony Czeskiej, a od tych dat weszła po wojnach śląskich w skład Królestwa Pruskiego i Polsce przypadła w 1945 r. jak przysłowiowa manna z nieba, choć bardzo energicznie po 1. i 2. wojnie światowej Czesi zabiegali u zwycięskich mocarstw, by w oparciu o argumentację historyczną Hrabstwo Kłodzkie powróciło do Czeskiej Macierzy. Polsce po 1945 r. przypadła nawet 1/3 historycznych Łużyc, które tylko przez ok. 20 lat należały do Polski w okresie Bolesława Chrobrego i Mieszka II. Prusy z wyjątkiem Warmii od 1456 do 1772 r. do Polski nigdy nie należały. Do Polski piastowskiej na trwałe nie należały ruskie i litewskie zachodnie rubieże, a więc południowo-wschodnia Rzeszowszczyzna, Ziemia chełmińska, Drohiczyńska, duża część Podlasia. Obecnie rację tracą argumenty historyczne. Liczy się potencjał gospodarczy, finansowy, demograficzny, umiejętność negocjacji w Unii Europejskiej, inne sojusze zagraniczne, głównie z USA, liczą się także prawidłowe relacje z Rosją i Chinami.

Na Dolnym Śląsku mimo upływu 75 lat i 3 pokoleń już tu urodzonych Polaków polszczyzna nie jest głęboko zakorzeniona, nie wszyscy nawet tu urodzeni czują się Dolnoślązakami. Wielu nawiązuje do wartości, tradycji i folkloru okolic dziadków i rodziców, a nawet zdarzają się powroty na stare strony całych rodzin. Dotyczy to np. rodzin góralskich, także Łemków, przesiedlonych tu przymusowo po akcji „Wisła” w 1947 r. W przeciwieństwie do Polski centralnej i wschodniej rolnicy na Dolnym, Śląsku łatwo rozstali się z własną ziemią, którą zagarnęli wielcy farmerzy, „ekolodzy” a nawet nie wiadomo jakiego pochodzenia spekulanci. Po 1989 r. na Ziemiach Zachodnich upadły liczne tu kiedyś zakłady pracy, nie tylko wałbrzyskie górnictwo węglowe, także przemysł ceramiczny, włókienniczy i wiele innych gałęzi. Świadczą o tym ruiny dawnych fabryk. Np. w Wałbrzychu i okolicach likwidacji uległo przeszło 20 tyś. miejsc pracy, owszem przybyła japońska „Toyota”, ale to tylko 4 tys. W Kamiennej Górze ubyło ok. 10 tyś miejsc pracy, w Dzierżoniowie, Bielawie, Pieszycach a także wielu innych lokalnych osrodkach upadły liczne zakłady włókiennicze, nawet w Bolkowie straty miejsc pracy liczy się na 2 tyś. Upadła dawna „Silena”, garbarnia, przemysłowy młyn, mleczarnia, rzeźnia, POM, PGR, GS, liczne małe sklepy, rzemiosło i usługi. Za to przybyła filia niemieckiego „Schneidera” (niewielka), supermarkety i nieliczne nowe punkty usługowe, ale nie rekompensują one ujemnego bilansu.

Nic dziwnego, że pojawiło się wielkie bezrobocie, masowa stała się bieda. Duża część głównie młodego pokolenia, z reguły dobrze wykształconego ogólnie i fachowo wyjechała do pobliskich Niemiec, Czech, Anglii, nawet Skandynawii, szukając tam pracy a niektórzy nowej ojczyzny. W tej sytuacji siły rządzące lansowały hasło „Europa da się lubić”, co w praktyce oznaczało drenaż Polski z najlepiej wykształconej i młodej polskiej siły roboczej. Szczególnie jest niepokojące, że obecnie odpływa także coraz więcej młodych ludzi po studiach nie tylko uniwersyteckich, także inżynieryjnych, ekonomicznych, lekarskich, pielęgniarskich. Tu tkwi główna przyczyna braku wykształconych kadr w polskiej gospodarce, lekarzy i pielęgniarek w szpitalach, co z drugiej strony częściowo jest łagodzone masowa imigracją ukraińską. W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem znanym w krajach tzw 3. świata, czyli z drenażem mózgów i to dokumentuje, w jakim stanie znajduje się Polska. Te negatywne procesy są szczególnie niebezpieczne na Ziemiach Zachodnich ze względu na bliskość i łatwość znalezienia pracy za zachodnią granicą. Miasta i wsie wyludniają się, pozostaje starsze pokolenie, zmniejsza się liczba par małżeńskich, dzieci. Innymi słowy osłabia się żywioł polski, a jak wiadomo przyroda i polityka nie znoszą próżni. (Transformacja, s. 24).

Z drugiej strony tym bardziej godnym podziwu była siła polskiego żywiołu i woli mocnego zakotwiczenia na tych ziemiach Polaków po 2. wojnie światowej, którzy nie bali się frontowych walk, zasiedlania wtedy obcej ziemi, odbudowy zrujnowanych fabryk, domów, zaciągnięcia wojskowej straży nad Odrą, Nysą i Bałtykiem. Przypomnijmy młodemu pokoleniu, że często sytuacja była nadzwyczaj trudna. Ponad 70 proc. Wrocławia leżało w gruzach, Strzelin był zburzony w 80 proc. , Ścinawa w 75 proc. , Oleśnica w 70 proc. , Bolesławiec w 58 proc. , pobliski Strzegom w 54 proc. . W przemyśle dolnośląskim ofiarą dewastacji padło 1526 zakładów, co stanowiło 54 proc. całości. W rolnictwie całkowicie zniszczonych było 54 tyś. zagród , co stanowiło 20 proc. całości. Prawie drugie tyle było pozbawione żywego inwentarza i narzędzi pracy. Duże obszary były zaminowane.(R.Majewski, s. 205-206). Wszystko to zostało szybko odbudowane i rozbudowane a Dolny Śląsk stał się jednym z najbogatszych regionów polski. Dziś to już historia, powszechna stała się deindustrializacja starych okręgów przemysłowych, a nowe nie wypełniły dużej luki, podobnie jak nowe usługi, Dolny Śląsk pod względem PKB wyprzedza nawet woj. mazowieckie. (Polska Ludowa 1944-1956, s.76).

Słabością kulturową na ziemiach zachodnich jest mała liczba pomników kultury, historii i bohaterstwa żołnierzy polskich i radzieckich. Kiedyś tych ostatnich było wiele, ale obecnie zostały zburzone lub usunięte na cmentarze, bądź prowizoryczne lapidaria, tak jak w Kłodzku, Bolkowie, Legnicy czy Wałbrzychu. Te które się ostały jak np. w Kamiennej Górze w centrum miasta zostały zbezczeszczone, oszpecone, obdarte z inskrypcji i patriotycznej symboliki, dokumentując nienawiść klasowo-polityczną nowych władców Polski i godnych pogardy osobników w lokalnych środowiskach. Powstaje pytanie, komu nie podobał się dawny Pomnik w Rynku w Bolkowie, wystawiony po 1945 r. na cześć i dla upamiętnienia bohaterów, którzy miasto w maju 1945 r. wyzwolili i przywrócili Polsce, a spośród których wielu poległo. Dlaczego wręcz w bestialski sposób zniszczono wspaniały Pomnik Chwały i Wdzięczności Armii Czerwonej w Kłodzku, mieście, które nigdy nie znalazłoby się w granicach państwa polskiego, gdyby nie wielki wysiłek zbrojno-wzwoleńczy radzieckich żołnierzy nie tylko w maju 1945 r. (M.Orzechowski, s. 31).

Przypomnijmy, że w walkach o wyzwolenie Polski zginęło 625 tys. radzieckich żołnierzy. Znaczny był także udział Ludowego Wojska Polskiego. To w wyniku ich wysiłku zbrojnego i ciężkich ofiar Bolków po wiekach powrócił do Polski. Jakże skromna i chwalebna była Tablica Pamiątkowa na tym Pomniku, głosząca: „Chwała bohaterom poległym w walkach o wyzwolenie narodów”. Co w tej inskrypcji komuś się nie spodobało, kogo ona zabolała, że Tablica wraz z Pomnikiem musiały być usunięte i wywiezione na odległy cmentarz. W Polsce w rezultacie podobnych akcji „dekomunizacyjnych” zniszczono bądź usunięto ponad 500 takich pomników, większość bezpowrotnie. Szczególnie bolesne są te nowe akty kulturowego barbarzyństwa na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich, gdzie pomniki te upamiętniały nie tylko bohaterów wojskowych, ale także licznych pionierów, pierwszych burmistrzów, starostów, sołtysów, radnych, ludzi kultury i nauki, którym dziś przypina się „łatkę” komunisty bądź, że służyli „komunie”. Jako wyjątkowo szkodliwy, wręcz haniebny, przykład tego myślenia i procederu można podać likwidację nazwy ulicy im. Stanisława Kulczyńskiego, pierwszego organizatora i rektora Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki we Wrocławiu. Ów bezprzykładny akt szkodnictwa i barbarzyństwa kulturowego został dokonany mimo protestów prawie całego Uniwersytetu. Co się stało, jakie siły społeczne były w stanie dokonać coś takiego. Kto za to odpowiada. Dlaczego nie organizuje się masowych protestów przeciwko temu.

Te same pytania odnoszą się do aktu likwidacji Pomnika Bohaterów w Bolkowie w 2019 r. Autor rozmawiał kilka lat temu z byłym burmistrzem Wrońskim podczas dożynek na uroczystości w Sadach, przypuszczając, że byt pomnika może być zagrożony. Burmistrz odpowiedział: „Mnie on nie przeszkadza”. Co się stało, że dwa lata później podpisał się pod decyzją o jego zburzeniu i przeniesieniu na cmentarz. Przecież Pomnik ten nie został nawet ujęty w instrukcji IPN, wymieniającej enumeratywnie pomniki z mocy ustawy podlegające usunięciu.

Władze lokalne zamiast burzyć pomniki i usuwać imiona zasłużonych Polaków z nazw ulic, zamiast fetowania kolejnych rocznic „żołnierzy wyklętych” szczególnie na Ziemiach Zachodnich, którzy nie mieli nic wspólnego z walką o ich odzyskanie, powinny więcej uwagi i wysiłku włożyć w dzieło uczczenia prawdziwych bohaterów Wojska Polskiego, którzy ponieśli wielkie ofiary jako żołnierze 2. Armii Wojska Polskiego, mającej znaczny udział w wyzwoleniu Dolnego Śląska i która prowadziła krwawe boje w walkach na Łużycach, dochodząc w bojach do Drezna, przyczyniając się do wyzwolenia północnych Czech i Pragi. Dlaczego usunięto nazwy Szkoły w Kamiennej Górze im. dra A. Fiderkiewicza i pułku II. Armii Wojska Polskiego (który wyzwalał to miasto w 1945 r.), komu przeszkadzała nazwa ulicy z imieniem gen. Karola Świerczewskiego, który był wiceministrem obrony narodowej i zginął w walce z bandą UPA w Bieszczadach (podobnie w Bolkowie, Wrocławiu i nazwa 1.Liceum w Wałbrzychu). Ten generał walczył z hiszpańskimi faszystami już w 1936 r. a jego hiszpański pseudonim gen. Walter znany jest w całym postępowym świecie. Komu wadziła nazwa ulicy im. Zygmunta Berlinga w Jaworze, gdzie, podobnie jak w całym powiecie, osiedliło się wielu dawnych kombatantów I. Armii Wojska Polskiego.

Dyrektorz szkół, nauczyciele, władze lokalne, stowarzyszenia zamiast czcić fałszywych bohaterów powinny organizować wycieczki historyczne do Zgorzelca, składać kwiaty na grobach poległych kilku tysięcy młodych polskich żołnierzy w walkach za Nysą Łużycką, które toczyły się w kwietniu-maju 1945 r.. Będzie za kilka tygodni piękna rocznica 75 lat tych walk, zbliża się 75 rocznica zwycięskiego zakończenia wojny 8 – 9 maja 1945 r. Czy ta data nie zobowiązuje do godnego upamiętnienia bohaterów. Na pewno tak, do dziś spontanicznie i w sposób zorganizowany składane są przy podobnych okazjach wieńce i kwiaty przez kombatantów i przedstawicieli samorządów w Jaworze, Zgorzelcu i wielu innych miejscach. Trzeba upowszechnić ten piękny zwyczaj. Od Bolkowa i okolic są jeszcze bliższe miejsca, np. w Strzegomiu, gdzie w lutym-marcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej toczyły ciężkie boje o zdobycie i utrzymanie tego ważnego, dobrze uzbrojonego garnizonowego miasta. O wadze tej lokalnej hitlerowskiej twierdzy świadczyło to, że Wehrmacht nie zaniechał walki i po utracie w lutym ponownie odbił je w marcu z rąk radzieckich. W rezultacie tych walk zginęło w Strzegomiu kilkaset żołnierzy radzieckich, miasto przechodziło z rąk do rąk, a o zażartości walk świadczyły ponad 50 proc. zniszczenia. Ostatecznie Strzegom został wyzwolony w rezultacie majowej ofensywy oddziałów Armii Czerwonej. W pobliżu Strzegomia znajduje się Muzeum Obozu Koncentracyjnego Gross Rosen, gdzie było więzionych przeszło 120 tys. więźniów, z których prawie 50 tys. zginęło. W Sudetach jest mnóstwo pomników świadczących obecność licznych podobozów Gross Rosen, wszędzie tam powinny trafiać delegacje szkół i władz lokalnych z kwiatami. Podobne cmentarze wojskowe są w Jaworze, Legnicy, Bolesławcu, Wałbrzychu, trzeba także być w Lubaniu, Zgorzelcu, szczególnie na Cmentarzu poległych żołnierzy II Armii Wojska Polskiego, gdzie są groby wielkich prawdziwych bohaterów, którzy obficie zrosili ziemię krwią a wielu oddało życie za wyzwolenie tych ziem spod jarzma hitlerowskiego i przywrócenie ich Polsce.

Na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich potrzebna nam jest nieco inna definicja patriotyzmu niż np. w Polsce tzw. centralnej, w szczególności w Warszawie, którą wyznacza nasza lokalna racja stanu. Mamy na uwadze, że nasze racje na zachodnich rubieżach Polski wyznacza nam nie tylko centralna polityka rządów w Warszawie. Tu w lokalnym i samorządowym wymiarze musimy we własnym interesie umacniać naszą pozycję gospodarczą, mieszkaniową, demograficzną, także w zakresie utrzymywania międzynarodowych kontaktów z partnerami zagranicznymi. Niczemu dobremu nie służy tu apologetyka żołnierzy wyklętych, których wodzowie byli nawet przeciwni tak dalekiemu przesunięciu granic Polski na zachód. Wręcz przeciwnie, osłabia i rozbija jedność społeczeństwa. Musimy jeszcze głębiej i mocniej wrastać w tą starą piastowską dziedzinę i bronić jej jak własnego zdrowia, pomyślności i życia. To jest racja stanu Dolnego Śląska i Ziem Zachodnich i Północnych. Tym bardziej, że w RFN mimo formalnego uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej przez rząd Trybunał Konstytucyjny RFN w Karlsruhe 31.7. 1973 i 7.7. 1975 r. stwierdził, że „Das Deutsche Reich existiert in seinen Grenzen von 1937 fort”.(Heimatbuch, s.57, in fine).

W jednoczącej się Europie rośnie znaczenie nie tylko gospodarki, także polityki zjednoczonych Niemiec. Coraz donośniej dają tam o sobie znać siły niemieckiej monopolistycznej burżuazji i tradycji imperialistycznych, które nie tylko marzą ale i przygotowują plany ostatecznego pełnego „zjednoczenia Niemiec’, a więc wchłonięcia do nowej Rzeszy także „ziem niemieckich za Odrą i Ńysą Łużycką”. Nie są to tylko stare partie nacjonalistyczne typu Nacjonalistyczna Partia Niemiec (NPD), to także rosnąca w siłę nowa ekspansywna Alternative fuer Deutschland (AFD) także PEGIDA, które chcą przejąć polityczną rolę CDU/CSU w systemie partyjnym Bundesrepubliki. Paradoksalne, że plany te realizuje się już pod skrzydłami USA i NATO w ich ekspansji przeciwko Rosji (Ukraina – 2014, „Anakonda” – 2016, „Defender” – 2020), w których aktywną rolę wypełnia Bundeswehra, a nawet przeciwko dalekim Chinom („Ab heute wird die Bundesrepublik auch am Hindukusch verteidigt”. (M.Baraki, „Rot Fuchs”, s. 16).

W sytuacji przyspieszonej unifikacji Europy, faktycznej likwidacji granic i wzrostu potęgi zjednoczonych Niemiec możemy jako słabsze państwo być spychani z pozycji suwerena na pozycję wasala, utracić suwerenność i popaść w coraz większą zależność i podległość wobec zachodniego sąsiada. Takie sytuacje miały już miejsce w historii. W Polsce powstały siły, które godzą się na taki wariant wydarzeń, organizują je i wspierają. Czy pozwolimy jako naród, by powtórzyła się ona we współczesnej epoce. Dbajmy o dobrą przyszłość i pomyślność nie tylko naszego pokolenia, ale także przyszłych polskich Dolnoślązaków. Utrwalajmy dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi naszymi sąsiadami, także pokój w Europie i na świecie. Inaczej Historia nie wybaczy nam tego zaniechania.

Zbigniew Wiktor

  • Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego.

Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!