Fałszywy „wyklęty”

Przed krakowskim sądem trwa proces Stanisława M., oskarżonego o wyłudzenie od skarbu państwa 350 tys. zł. 83-latek wymyślił męczeńską opowieść o „żołnierzu wyklętym”, prześladowanym przez władze PRL ze sobą w roli głównej.

Stanisław M. twierdził w listach do IPN, że w 1954 roku został zwerbowany do tajnej organizacji wywrotowej „Polska Walcząca”. – Moja działalność w początkowej fazie Polski Walczącej polegała na rozrzucaniu ulotek, zrywaniu komunistycznych haseł, malowaniu własnych haseł na murach i kamienicach oraz oblewaniu pomników i urzędów państwowych farbą lub innymi chemikaliami – deklarował.

Dowódcą M. w podziemnej organizacji miał być mjr Wacław Szczerbakowski. Instytut Pamięci Narodowej, mimo dokładnej kwerendy, nie znalazł żadnej wzmianki o takim żołnierzu, który, według opowieści, miał operować na terenie Małopolski.

Stało się coś niezwykłego – sąd uznał, że mężczyzna faktycznie działał w antykomunistycznej organizacji. Za podstawę uznano wyłącznie zeznania rzekomego kombatanta. M. poszedł dalej – wywalczył najpierw 101 tys w ramach rekompensaty za wyrok z 1959 roku, a następnie za kolejny, skazujący go za posiadanie broni bez zezwolenia – tutaj skapnęło mu aż ćwierć miliona. To i tak niewielkie kwoty, w porównaniu z oczekiwaniami M. , który wnosił o prawie 4 mln zł.

Kiedy M. cieszył się już zdobytym majątkiem, a także rosnącym prestiżem wśród kombatantów powojennego podziemia i wypowiedziami w mediach relacjonujących uroczystości ku jego czci, ktoś ponownie przejrzał jego akta. A potem poinformował prokuraturę, za co „wyklęty” został skazany w 1959 roku. Okazało się, że wraz z dwoma kumplami dokonał napadu rabunkowego z bronią na sklep Samopomocy Chłopskiej w Baczynie koło Suchej Beskidzkiej, przy „użyciu pistoletów wojskowych” sterroryzowali sprzedawczynię Anastazję S. i klientów. Zabrali kasę, wódkę, czekolady konserwy i cukierki, towary za 10 tys. zł, po czym zbiegli. Cztery miesiące później wspólnie przeprowadzili napad na listonoszkę. Roman P. pogroził jej pistoletami i zabrał 145 500 zł. I nie było wątpliwości – to nie było „zdobywanie pieniędzy na organizację”.

Prokuratura Rejonowa Kraków – Śródmieście Wschód wystosowała do sądu akt oskarżenia w związku z wyłudzeniem przez M. 350 tys. w postaci niezależnych odszkodowań i zadośćuczynienia z tytułu uznania za nieważne orzeczeń sądowych. Mężczyźnie grozi również wyrok za składanie fałszywych zeznań. Teoretycznie mógłby spędzić w więzieniu 10 lat. Siedzieć jednak nie pójdzie, z uwagi na wiek.

Poseł PiS broni zbrodniarza

Poseł PiS Dominik Tarczyński uczcił rocznicę śmierci Romualda Rajsa „Burego”, podoficera Wojska Polskiego, odpowiedzialnego za zbrodnie na prawosławnych mieszkańcach Podlasia, okolicznościowym wpisem na Twitterze.

Człowiek, który w swoim rajdzie przez podlaskie wsie palił domostwa i nie oszczędzał kobiet i dzieci, to dla prawicowego parlamentarzysty „patriota, Polak, katolik”.

Według posła Tarczyńskiego Rajs jest bohaterem, żołnierzem wyklętym, ofiarą komunistycznego państwa. Tymczasem w 2005 roku Instytut Pamięci Narodowej określił czyny „Burego” jako noszące znamiona ludobójstwa. Do dzisiaj pseudonim tego „żołnierza wyklętego” budzi w regionie hajnowskim zgrozę i oburzenie. Żyją jeszcze ludzie, których bliscy zginęli z rąk jego podkomendnych, a pod koniec lutego, gdy wypada rocznica spalenia wsi Zaleszany, Zanie, Szpaki i Końcowizna, odbywają się uroczystości ku pamięci niewinnych ofiar. Nigdy nie brakuje na nich przedstawicieli podlaskiej lewicy.

PiS stoi wtedy po innej stronie. Środowiska skrajnej prawicy organizują od 2016 roku w Hajnówce marsz pamięci „wyklętych”, na którym nie może obyć się bez zdjęć „Burego”. Politycy rządzącej partii nie raz szukali usprawiedliwień dla tej inicjatywy, potępianej przez większość mieszkańców Hajnówki. Gdy hajnowska rada miejska uchwalała rezolucje przeciwko marszowi, politycy PiS starali się udowadniać, że Romuald Rajs to jednak bohater, bo walczył z komunistami i o niepodległą Polskę. Zresztą nie tylko na Podlasiu PiS często idzie ramię w ramię ze skrajnymi nacjonalistami (wręcz faszystami) i nie ustaje w próbach fałszowania historii. Żołnierze wyklęci nadal mają się dobrze na państwowych sztandarach i bluzach skrajnych prawicowców..

Do zmiany stosunku do „Burego” prawicowców nie skłania nawet jego postawa po aresztowaniu. W nadziei na zwolnienie Romuald Rajs ujawnił wszystkie swoje kontakty, podał imię i nazwisko oraz domniemany adres zamieszkania dawnego zastępcy. Trudno nazywać go „żołnierzem niezłomnym”…

Żołnierze wyklęci czy przeklęci (na Dolnym Śląsku)

W lutym 2011 r. prezydent B. Komorowskiego podpisał ustawę o ustanowieniu 1 marca Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych dla uczczenia tych, którzy oficjalnie walczyli z „dwoma totalitaryzmami”, tj. z niemieckim faszyzmem i komunizmem. W związku z tym liczne instytucje państwowe, samorządowe, partyjne, w tym szkoły, stowarzyszenia oświatowe, sportowe i historyczne, także kościoły prowadzą szeroką akcję mającą na celu propagowanie patriotycznych osiągnięć żołnierzy wyklętych.

W ślad za postanowieniem prezydenta w licznych miastach, w których władzę sprawuje nie tylko PiS nastąpiło przemianowanie nazw znaczniejszych ulic i placów na „Żołnierzy Wyklętych” bądź ich dowódców i bohaterów. Szeroką akcję propagandową osiągnięć żołnierzy wyklętych prowadzi Instytut Pamięci Narodowej, dysponujący wielomilionowym budżetem dla fałszowania historii i budowania nowego mitu wielkiego bohaterstwa wyklętych. Jest to nowa legenda, która ma być mitem założycielskim budowanej obecnie tzw. IV. Rzeczypospolitej, która ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną o nie tak odległej przeszłości.

Do napisania tego artykułu skłoniła autora zorganizowana 1 marca przez Dom Kultury w Bolkowie na Dolnym Śląsku akademia dla uczczenia żołnierzy wyklętych w odbudowanym niedawno byłym kościele ewangelickim, w którym z tej okazji odbyła się uroczystość z udziałem reprezentacyjnych, osób, wyświetlono tendencyjny film o żołnierzach wyklętych, wygłoszono referat oficjalny, miejscowy zespół artystyczny przygotował także odpowiedni program artystyczny. Impreza cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem, jej głównym adresatem była młodzież szkolna, którą od lat ćwiczy się w studiowaniu i przejmowaniu nowych prawd o żołnierzach wyklętych. Bez wątpienia szkołom wyznaczono ważną funkcję indoktrynowania młodzieży zgodnie z obowiązującymi obecnie programami nauczania najnowszej historii nie tylko Polski, mając na uwadze obowiązujące obecnie cele programowe i oświatowo-dydaktyczne. Podobnych imprez było multum we Wrocławiu i w innych większych miastach, a nawet, jak świadczy przykład Bolkowa, w miasteczkach i gminach.

Zacznijmy od samej nazwy. Według Małego Słownika Języka Polskiego z 1968 r. (s.927) „wykląć (wyklęty)” znaczy pozbawić kogoś należnych mu praw, wyklinając wyrzuca się kogoś, wykląć syna, córkę, a historycznie oznaczało „wyłączenie kogoś z kościoła chrześcijańskiego: rzucić na kogoś klątwę”. W zamierzeniu prezydenta chodziło o to, by „wyklętym” przywrócić należne im prawa i by znaleźli należne i godne miejsce w narodowej rodzinie, wspólnocie.

Czy rzeczywiści było tak, jak życzył sobie prezydent B.Komorowski i ówczesne siły partyjno-polityczne. Przypomnijmy, że także ówczesny Sejm przyjął głosami wszystkich frakcji uchwałę o tym, że żołnierze wyklęci dobrze przysłużyli się Polsce. Obecnie pogłębiły się różnice między obozem PiS i Platformy Obywatelskiej i szerzej Koalicji Obywatelskiej, czemu sprzyjają kolejne kampanie wyborcze i rosnące różnice interesów i na tematy międzynarodowe, a nawet ich przedstawiciele obrzucają się najgorszymi inwektywami. Jednak zadziwiające pozostaje, że pod względem „żołnierzy wyklętych” panuje między nimi niemal kordialna zgoda i prześcigają się we wspólnym ich fetowaniu. Głównym lepiszczem takiej postawy był ich jednoznaczny antykomunizm, tradycje zbrojnej walki z Polską Ludową i antysowietyzm, żeby wymienić najważniejsze.

Kto to byli „żołnierze wyklęci” i dlaczego stali się świętą ikoną obecnych kierowników polskiej nawy państwowej. Dziś tym określeniem IPN obejmuje się prawie całą wojenną partyzantkę, głównie AK, partyzantkę chłopską i inne ugrupowania, które miały odmienne nie tylko sztandary, także cele ideowo-polityczne i często inaczej kreśliły programy ustroju przyszłej Polski wyzwolonej spod niemieckiej okupacji.

Jak dowodzą liczne badania historyczne tym określeniem przedstawia się głównie żołnierzy zbrojnego podziemia, które po 1944-45 r. nie podporządkowały się powstającej Polsce Ludowej, nie złożyli broni, nie wstąpili do odrodzonego Wojska Polskiego, było ich (według różnych źródeł) w sumie ok. 15 do 20 tys., dekowali się na zapleczu, a niektórzy z nich uciekali się do bratobójczej wojny. Nie wzięli udziału w decydującej fazie 2 wojny światowej, tj. w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski, walkach o Pomorze (Wał Pomorski), pod Budziszynem i o Drezno, a wreszcie w operacji zdobycia Berlina. Jednostki 1. Armii Polskiej dotarły w tych historycznych bojach do Łaby, a 2. Armii wyzwalały (po ostrych walkach na Łużycach) na początku maja 1945 r. północne Czechy, dochodząc do przedmieścia Pragi. Do dziś w Melniku nad czeską Łabą stoi pomnik wyzwoliciela generała Karola Świerczewskiego (legendarnego bohatera walk przeciwko faszystom w Hiszpanii gen. Waltera), podczas gdy na polskiej ziemi jego pomniki podobnie jak nazwy jego ulic dawno zostały w Polsce zburzone lub wymazane z historii. Tak polska reakcyjna prawica rozprawia się z pamięcią o najlepszych synach polskiego narodu. Za sprawą tego wielkiego wysiłku zbrojnego rodzącej się Polski Ludowej polskie oddziały wzięły aktywny udział w operacji berlińskiej, a 1. Dywizja wraz z innymi wydzielonymi pododdziałami wzięła udział w szturmie Berlina i przypadł jej zaszczyt zawiesić polskie flagi na szczycie Pruskiej Kolumny Zwycięstwa w centrum Berlina. Są to fakty historyczne porównywalne tylko z Bitwą pod Grunwaldem, przy czym rezultaty polityczne i zdobycze terytorialne tego zwycięstwa przewyższały znacznie victorię grunwaldzką.

Ten wielki polski czyn bojowy, który okazał się także epokowym zwycięstwem politycznym był wynikiem przejęcia inicjatywy ideowo-politycznej przez siły polskiej lewicy i kształtowania się przyjaźni i współpracy polskich sił patriotycznych ze Związkiem Radzieckim i jego bohaterską Armią Czerwoną, utrwalonych wspólną walką z niemieckim najeźdźcą w bitwie pod Lenino w październiku 1943 r., pod Studziankami, w walkach o wyzwolenie Warszawy w 1944-45 r., walkach na Pomorzu, krwawych bitwach przy forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej i Wzgórzach Seelowskich pod Berlinem, na których zginęło 2.310 poległych, a ogółem straty wyniosły 10.385 żołnierzy. (K.Kaczmarek, (1) s. 361). Jeszcze większe straty były udziałem 2. Armii Wojska Polskiego na polach Łużyc, gdzie polskie oddziały poza walkami czołowymi musiały przyjąć na siebie potężne uderzenie wojsk pancernych feldmarszałka F.Schoernera, idących na pomoc Berlinowi. Bitwa budziszyńska była niezwykle krwawa, polski żołnierz złożył w tej sprawiedliwej walce wielką daninę krwi, ale ostatecznie była ona zwycięska. Zginęło tam 4.912 poległych, 2.798 było zaginionych oraz 10.532 rannych i kontuzjowanych, tj. 20, 3 proc. ogólnego stanu Armii. Wielkie były także straty w uzbrojeniu i taborach, ale cel bojowy 2. Armia wykonała z odznaczeniem, armia Schoernera nie przerwała polskiego zbrojnego pierścienia i odsiecz dla hitlerowskiego Berlina została zatrzymana.(K.Kaczmarek, (2) s. 365). Jeszcze większe były straty Armii Radzieckiej. Ocenia się, że tylko podczas walk o wyzwolenie Dolnego Śląska życie straciło prawie 30.000 czerwonoarmistów a 70-80.000 odniosło rany.(R.Majewski, s.200).
Trzeba także pamiętać, że polski wysiłek zbrojny był także znaczący na frontach zachodnich w ramach operacji prowadzonych przez sojusznicze armie amerykańskie i angielskie, gdzie Korpus gen. W.Andersa wsławił się walkami w północnej Afryce, pod Monte Cassino w maju 1944 r., , dochodząc w pochodzie wyzwoleńczym w maju 1945 r. do Bolonii. Wojska 1.Korpusu w składzie armii brytyjskiej wyzwalały Holandię i Belgię a także zachodnie Niemcy, w czym wsławiła się dywizja gen. Maczka. Ogółem polski żołnierz walczył na różnych frontach z okupantem niemieckim od 1. września 1939 r. do 9. maja 1945 r., wnosząc olbrzymi wkład w koalicyjnych walkach z niemieckim faszyzmem i faktycznie, biorąc pod uwagę siły partyzanckie w okupowanym kraju, klasyfikowany był jako czwarta siła zbrojna.

A jak na tym bojowym tle przedstawiał się obraz sił tzw. żołnierzy wyklętych. Dziś są oni przedstawiani przez tendencyjnych historyków, głównie przez IPN jako wielka siła bojowa, która niemal sama wyzwoliła Polskę spod okupacji niemieckiej i zadawała decydujące ciosy Wehrmachtowi. Podobno można spotkać nawet opracowania głoszące, że Berlin zdobyty został przez żołnierzy wyklętych. Śmiechu warte. Żołnierze wyklęci jako najbardziej antysowiecko i antykomunistycznie kształtowani żołnierze byli przygotowywani głównie do walki z „nowym jeszcze gorszym okupantem” czyli Związkiem Radzieckim. Od początku ich strategią była oficjalnie „walka na dwa fronty” faktycznie jednak „walka” z okupantem niemieckim polegała na staniu z bronią u nogi, a w licznych przypadkach nawet kolaboracji z okupantem i aktywnej walce z partyzantką radziecką i lewicową partyzantką polską, szczególnie na wschodnich obszarach kraju. Dowództwo czekało na pomoc z Zachodu i czyniło przygotowania do 3. wojny z „nowym okupantem” ze Wschodu. Potwierdzeniem tych mrzonek były słowa popularnej „leśnej piosenki”: „Jedna bomba atomowa i wrócimy wnet do Lwowa. Jeszcze jedna albo dwie – w Wilnie znów znajdziemy się!” NSZ nie miało żadnych zasług w powrocie Polski na Ziemie Odzyskane. Wręcz przeciwnie, ich marzenia błądziły na „Kresach”, i gdzie mogli, także zbrojnie szkodzili polityce polskiej lwicy, która prawidłowo realizowała interesy narodowe Polaków.

Tzw. „niezłomne podziemie” po 1944-45 r. było niewiele znaczącymi zbrojnymi bandami, które zamiast pójść do odrodzonego Wojska Polskiego i walczyć z silnym nadal okupantem w zachodniej Polsce, kryło się po lasach i zgodnie z wytycznymi wodzów politycznych z Londynu hołdowali zasadzie „walki z dwoma wrogami”, a więc przede wszystkim walki z „żydo-komuną”, mniejszymi pododdziałami Armii Czerwonej. Główny problem polegał na tym, że faktycznie były to mało znaczące grupy, które opuszczali bardziej światli członkowie, korzystali z amnestii i zaciągali się na własną rękę do berlingowców. Operacyjnie nie były one zdolne do prowadzenia otwartych walk z oddziałami regularnej armii. Uciekały się zatem do różnych form terroru wobec bezbronnych wsi, małych pododdziałów, maruderów, lewicowej partyzantki, napadały na posterunki MO, lokalne więzienia. Najłatwiejszymi celami była ludność cywilna i ofiarni działacze szeroko rozumianej lewicy i postępu społecznego, którzy mieli dość wojny, okupacji niemieckiej, chcieli wreszcie żyć w spokoju i pokoju, a przede wszystkim absolutnie nie godzili się na powrót rządów dawnej sanacji, rządów jaśnie panów, burżuazji i ich zagranicznych mocodawców. Historycy oceniają, że w latach 1944-48, kiedy w kraju toczyła się półotwarta wojna domowa, szczególnie we wschodnich województwach żołnierze wyklęci wymordowali około 20.000 zwolenników Polski Ludowej, radnych, starostów, sołtysów, geometrów, działaczy PPR a także innych postępowych partii, milicjantów, ormowców, żołnierzy czynnej służby, także żołnierzy Armii Radzieckiej. Na Ziemiach Zachodnich władza ludowa była silniejsza i tu „wyklęci” niewiele mogli zdziałać, ale np. w Jaworze ofiarą bandytyzmu politycznego stał się pierwszy starosta, na posterunek MO w Czarnym Borze napadli bandyci, były jakieś formy konspiracji w Sadach i w innych miejscowościach. Mordował także oddział niejakiego Otta spod Kluczborka, który później uciekał do Bawarii i został rozbity przez siły Bezpieczeństwa w okolicach Kamiennej Góry. I to były ich największe „osiągnięcia bojowe” i za to obecny reżim tak bardzo ich docenia i fetuje.

A jak politycznie prezentowali się ówcześni żołnierze wyklęci. Dziś pod to pojęcie wkłada się całą Armię Krajową (AK) a nawet Bataliony Chłopskie, które były odrębną formacją ruchu ludowego i tylko czasowo i w luźnych formach podporządkowały się dowództwu AK. Żołnierzami wyklętymi byli głównie członkowie Narodowych Sił Zbrojnych i ich różnych odłamów. Było to najbardziej reakcyjne ugrupowanie ideowo-polityczne, nawiązujące do programów i działalności Obozu Narodowo-Radykalnego i Endecji. W czasach okupacji „wsławiły się” mordowaniem Żydów, oddziałów Gwardii i Armii Ludowej, partyzantki radzieckiej, np. w Borowie (Lubelskie), Rząbcu na Kielecczyźnie. Dowództwa niektórych oddziałów szły na niemal jawną kolaborację z Gestapo i innymi organami okupanta niemieckiego. Po wyzwoleniu tzw. Polski lubelskiej, powstaniu PKWN i Rządu Tymczasowego, a w czerwcu 1945 r. Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, następowała stabilizacja nowej władzy, której podstawą były reformy ustrojowe, w tym reforma rolna, demokracja ludowa, zapowiedź upaństwowienia podstawowych gałęzi przemysłowych, co umacniało ludowo-demokratyczny rząd w Warszawie i osłabiało siły reakcji społecznej.

Mając to na uwadze głównodowodzący Armią Krajową gen. Okulicki wydał 19. stycznia 1945 r. rozkaz rozwiązania AK, ale nie wszyscy dowódcy mu się podporządkowali, część zeszła do głębszego podziemia, a niektóre oddziały odmówiły wykonania rozkazu. Część AK przekształciła się w podziemną organizację „NIE”. Powstał także WiN. Szczególnie aktywni byli członkowie Narodowych Sił Zbrojnych. Już w listopadzie 1944 r. część NSZ wyodrębniła się z AK i po połączeniu się z Narodową Organizacją Wojskową utworzyła Narodowy Związek Wojskowy. Na Kielecczyźnie „działała” Brygada Świętokrzyska NSZ. Była ona bezprzykładnym przypadkiem kolaboracji z Niemcami, mordowania żołnierzy lewicowej partyzantki (Borów, Rząbiec), szerzyła terror wobec zwolenników Polski Ludowej i „wsławiła się” kolaboracją i haniebną ucieczką pod skrzydłami Wehrmachtu do Bawarii wobec zbliżania się w styczniu 1945 r. nowej ofensywy Armii Czerwonej – operacja wiślańsko-odrzańska. (W. Roszkowski, s. 145).

Obecnie rządzący i ich apologeci pod niebiosa wychwalają „czyny zbrojne” żołnierzy wyklętych, które w latach 1945-1947 były niczym innym tylko zwykłymi aktami terroru, bandytyzmu i nowego barbarzyństwa, głównie wobec bezbronnej ludności cywilnej. Paradoksem historycznym było, że w ich szeregach znajdowało się wielu młodych chłopców, rekrutujących się z najbardziej zapadłych części wschodniej Polski, często wywodzących się z najbiedniejszych warstw wiejskich, folwarcznych, którym oenerowska i endecka propaganda, wspierana przez najbardziej reakcyjną część kleru katolickiego wpajała nienawistny obraz wszystkiego, co wiązało się z lewicą i „żydo-komuną”. Byli oni kierowani przez reakcyjnych oficerów, którzy z powodów ideowo-politycznych i za londyńskie funty i amerykańskie dolary kierowali ich do najbardziej ohydnych czynów, co umacniało związanie przysięgą wojskową. Faktycznie prowadzili oni dalszą wojnę, choć w ograniczonej skali, przy czym nie była to tylko wojna przeciwko rządowi demokracji ludowej, ale także przeciwko całemu narodowi polskiemu, którego interes historyczny w tym czasie prawidłowo formułował, określał i realizował obóz polskiej lewicy i demokracji, na czele z PPR, PPS i innymi demokratycznymi partiami

Jej podstawowymi celami było: 1. Mobilizowanie wszystkie siły narodu do walki z okupantem niemieckim i faszyzmem. 2. Budowanie i umacnianie przyjaźni i dobrosąsiedzkich stosunków z wszystkimi sąsiadami, a głównie ze Związkiem Radzieckim. 3. Ziemie ukraińskie – Ukrainie, ziemie białoruskie – Białorusi, litewskie – Litwie i uznanie granicy wschodniej na Linii Curzona. 4. Piastowskie ziemie nad Odrą, Nysą i Bałtykiem mają być polskie. 5. Naczelnymi wartościami są: precz z sanacją, sprawiedliwość społeczna, demokracja ludowa, reforma rolna, upaństwowienie podstawowych gałęzi przemysłowych. 6. Pokój i przyjaźń między narodami, precz z wojną. 7. Suwerenem państwa polskiego jest lud pracujący miast i wsi, określający interesy i politykę polskiego narodu.(Manifest PKWN).

Program i polityka PKWN, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej, który powstał w czerwcu 1945 r. stworzyły historyczną szansę odrodzenia na demokratycznych zasadach i sprawiedliwości społecznej powstanie i odrodzenie nowego państwa polskiego, które było antytezą przedwojennej burżuazyjno-obszarniczej i sanacyjnej II. Rzeczypospolitej. Odrodzone państwo polskie rodziło się jako nowy typ państwa, definiowany początkowo jako demokracja ludowa, a w późniejszych latach w następstwie dalszych reform jako państwo budujące socjalizm. Umacniało ono i zapewniało warunki nowego odrodzenia narodu, w którym suwerenem stał się lud pracujący miast i wsi, kierowany politycznie przez klasę robotniczą, które ekonomicznie, socjalnie i na arenie międzynarodowej tworzyły i zapewniły pomyślny byt narodu polskiego do 1989 r., a w pewnych częściach, np. w zakresie kontynuacji porządku terytorialno-granicznego trwa do dziś.

Wszystkie te postulaty były popierane bardziej lub mniej przede wszystkim przez Związek Radziecki i jego kierownictwo polityczne – WKP(b) na czele ze Stalinem, ale także przez pozostałe wielkie mocarstwa, co zostało przypieczętowane na Konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, następnie w Poczdamie, a ukoronowaniem tej polityki było przyjecie Polski do ONZ jako członka założyciela. Jednak zasadniczą zmianę w budowaniu stabilizacji politycznej miało powstanie Rządu Jedności Narodowej w czerwcu 1945 r., który powstał nie tylko jako rezultat zawiązania szerokiej demokratycznej koalicji „Polaków z Warszawy i Londynu”, ale także mocarstwa zachodnie uznały ten rząd na arenie międzynarodowej jako legalny rząd polski i jednocześnie odmówiły tego uznania tzw. rządowi londyńskiemu. W następstwie praktycznie wszystkie państwa świata uznały wkrótce rząd warszawski. W tej sytuacji rząd polski miał nie tylko wewnętrzny mandat polityczny i historyczny, ale także prawno-międzynarodowy do pełnego zaprowadzenia porządku wewnętrznego w Polsce. Od tego czasu „żołnierze wyklęci” stali się nie tylko metaforycznie wyklęci, także pod względem prawnym i to tak w stosunkach wewnętrznych jak i międzynarodowych. Od tego czasu pod każdym względem stali się oni niczym innym jak tylko leśnymi bandami, zwalczanymi przez legalne władze państwowe z całą surowością prawa. Ta nowa sytuacja prawno-międzynarodowa spowodowała poważne uszczuplenie i osłabienie sił „wyklętych”, masowe stały się ucieczki z oddziałów i korzystanie z amnestii, szczególnie od 1947 r. Czym zatem kierowali się i na co liczyli pozostali tzw. niezłomni. Niektórzy czekali na 3. wojnę światową, inni przywykli do bandytyzmu i nie chcieli nauczyć się uczciwego życia, jeszcze inni mieli na sumieniu liczne zbrodnie i nawet mimo amnestii obawiali się ludowej sprawiedliwości. Dziś instruktorzy IPN wynajdują „niezłomnych”, którzy podobno trwali w oporze nawet do lat 60-tych. Pożałowania godny bandytyzm. Jest to nowa czarna legenda, mająca osłabić Polskę Ludową.

Obecnie tym aktom terroru niektórzy nadają wielkie cechy bohaterstwa, gdyż nie poddali się, byli niezłomni i do końca walczyli z „nowym okupantem” i jego „pachołkami”. Nic bardziej błędnego, akty te są i pozostają zbrodniami, a próby ich zafałszowania są wyrazem obłudy historycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej. Szczególnie jest to niebezpieczne wobec młodego pokolenia, któremu przedstawia się fałszywych bohaterów i wzory postępowania niezgodne z prawdą historyczną. Wysławianie „żołnierzy wyklętych”, budowanie ich rzekomo wielkiej historii martyrologicznej nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych. Ich apologeci nie potrafią wymienić bodaj jednej nazwy miasta, miasteczka, czy nawet wsi, które mieli rzekomo wyzwalać spod niemieckiej okupacji, zresztą ich dowódcy nie stawiali sobie nawet takich celów wojskowo-operacyjnych, a kiedy zbliżał się front (ofensywa styczniowa 1945 r.), uciekali pod zbrojnymi skrzydłami Wehrmachtu, Gestapo, Abwehry do Bawarii i pod przyszłą okupację amerykańską.

Dobitnym przykładem takiego wyboru były losy Brygady Świętokrzyskiej NSZ, liczącej ok. 1500 dobrze uzbrojonych żołnierzy, o której już wspomniano. Ich ucieczka w grudniu 1944 r. przebiegała m.in. przez Częstochowę, Lubliniec, Nysę i tereny powiatów wałbrzyskiego i kamiennogórskiego do Trutnova dawnym Protektoracie Czech i Moraw, by znaleźć się w Bawarii. Do nowego haniebnego symbolu urosło niedawne złożenie wieńca pod kamieniem pamiątkowym w zachodnich Czechach przez premiera RP M. Morawieckiego na cześć tej brygady. Daje to nam wiele do myślenia, jakie siły ideowo-polityczne rządzą obecnie Polską i jaki jest ich rodowód historyczny.

Ta polityka jest szczególnie groźna i niebezpieczna na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Odzyskanych po wiekach, gdzie masowo burzone są pomniki chwały dawnych wyzwolicieli z Armii Radzieckiej i Ludowego Wojska Polskiego, wymazuje się imiona dawnych ich dowódców i zasłużonych postaci dla przywracania tych ziem do Macierzy. Jest jeszcze gorzej, gdyż jednocześnie odbudowuje się dawne wojenne pomniki pruskiego i niemieckiego militaryzmu, a nawet jak na Opolszczyźnie formacji SS. Ten nawrót niemczyzny znajduje obecnie masowy wyraz w odbudowie dawnych pomników niemieckich, świadczących o postaciach niemieckiej kultury. One nie muszą nam przeszkadzać pod warunkiem, że owe postacie np. nie splamiły się kolaboracją i poparciem dla reżimu hitlerowskiego. Czynimy także ukłon pod adresem wybitnych antyfaszystów niemieckich, np. von Moltkego z Krzyżowej. Ale powstaje pytanie, dlaczego usunięto pomniki i nazwy ulic z imionami wybitnych komunistów i socjaldemokratów niemieckich jak np. E.Thaelmanna we Wrocławiu i Wałbrzychu? Odpowiedź jest prosta, właśnie dlatego, że byli komunistami czy socjaldemokratami i choć zostali zamęczeni przez hitlerowskich siepaczy, nie zasługują na miejsce w polskiej przestrzeni publicznej, podobnie jak Finder, Wieczorek, Wasilewska, Bierut, Fornalska, Świerczewski, Gomułka , Luksemburg, Fiderkiewicz i wielu innych. Niestety tym zmianom ochoczo patronują niektóre władze samorządowe, które wyraziły zgodę na usunięcie w Polsce ponad 500 pomników (a wcześniej nazw licznych ulic), które rzekomo „propagowały komunistyczny totalitaryzm”. W Legnicy usunięto wspaniały Pomnik Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni (z dziewczynką na rekach), także w Bolkowie wywieziono na cmentarz Pomnik Chwały, To tylko dwa przykłady, nie przynoszą one chluby miejscowym decydentom, więcej, takie działania są przysłowiowym podcinaniem gałęzi, na której siedzą nie tylko oni. Musimy pamiętać, że Rosja, kiedyś ZSRR jest i pozostanie naszym sąsiadem, czy tego chcemy, czy nie i że podpis ich przedstawiciela widnieje na tekście Deklaracji Jałtańskiej i Umowy Poczdamskiej i także obecna Rosja jest jednym z gwarantów naszej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Wielu zapomniało, że imperializm niemiecki, choć w czasie 2. wojny światowej został poważnie osłabiony, nie upadł całkowicie, a obecnie w rezultacie zjednoczenia Niemiec, wzmocnienia ich pozycji i roli w rezultacie brexitu i unifikującej się pod ich komendą Unii Europejskiej, odradza się w przyspieszonym tempie i w związku z tym odgrzewane są dawne plany imperialistycznej ekspansji, tradycyjnie głównie na Wschód (Drang nach Osten). Oczywiście wyciągnął on wnioski z dwóch przegranych wojen światowych, dlatego dziś preferuje formy ekspansji gospodarczej, inwestycyjnej, finansowej, kulturalnej, historycznej, sztucznej odbudowy mniejszości niemieckiej, w polityce międzynarodowej, a głównie w budowaniu i umacnianiu tzw. jądra europejskiego, tym bardziej, że Unia znajduje się na historycznym rozdrożu. Polska w tych planach traktowana jest jako cel ekspansji, częściowo już osiągnięty, a więc zniszczenie polskiego przemysłu, potężne bezrobocie i odpływ młodego pokolenia jak nowych gastarbeiterów, Polska jako duży rynek zbytu dla głównie niemieckiej produkcji. Stajemy się w sensie gospodarczym nowym niemieckim protektoratem. Źle to prognozuje Polsce, ale jeszcze gorzej dla naszych Ziem Zachodnich, które kapitałowo, inwestycyjnie, komunikacyjnie i kulturowo są coraz mocniej integrowane z Niemcami pod hasłem łatwiejszej do strawienia przez Polaków integracji europejskiej.

Z tej krótkiej wypowiedzi wynikają pesymistyczne wnioski odnośnie aktualnie realizowanej polityki historycznej sił rządzących w Polsce. Z powodu klasowego interesu falsyfikują one nie tylko najnowszą historię Polski, przedstawiają ją w fałszywym świetle, a w szczególności przedstawiają dawnych szkodników i bandytów jako bohaterów narodowych. Bardzo niedobrą rolę w tym zorganizowanym w skali ogólnopaństwowej procederze realizuje Instytut Pamięci Narodowej (IPN), który na masową skalę uprawia fałszerstwa historyczne, wydaje w licznych nakładach książki i broszury, plakaty i różne graficzne i elektroniczne pomoce dydaktyczne, które fałszują prawdziwą historię, szczególnie na Ziemiach Zachodnich. Główny kierunek tych działań jest ześrodkowany na młode pokolenie, młodzież szkolną, która poddana jest systemowo – dydaktycznej obróbce historycznej w treści i duchu falsyfikacji historycznej. Dowodów na tę tezę dostarczają aż nadto treści podręczników i innych książek o najnowszych dziejach Polski, gdzie np. wysiłek zbrojny polskiej lewicy w czasie 2. wojny światowej jest marginalizowany bądź przedstawiany tendencyjnie a Wojsko Polskie pod komendą gen. Z .Berlinga sprowadza się do minimum i opatruje się nieprawdziwymi bądź zjadliwymi komentarzami. Burzone są pomniki gen. Z.Berlinga, gen. K.Świerczewskiego, ich nazwiska dawno zdarto z ulic polskich miast. Polska Ludowa to „sowiecka okupacja” bądź „czarna dziura” w polskiej historii.

Na masową skalę organizuje się akademie, rocznice, rajdy historyczne, pielgrzymki historyczno-kościelne do nowych miejsc „pamięci narodowej żołnierzy wyklętych”, także „walk z komuną”, które budują nie tylko nową pamięć o prawdziwych czy rzekomych ich zasługach, ale mają na celu budowanie nienawiści do Polski Ludowej, jej wielkich osiągnięć i wszystkich tych, którzy zasłużyli się w walkach o jej powstanie, obronie, budowie i umacnianiu. Następstwem tej zorganizowanej ofensywy sił reakcyjno-prawicowych jest osłabienie w Polsce sił patriotyczno-lewicowych, które do niedawna dawały skuteczny odpór tym niebezpiecznym działaniom. Jednocześnie daje o sobie znać biologia, gdyż szybko odchodzą przedstawiciele dawnych pokoleń, które z autopsji znały dawne dzieje i przekazywały je w środowiskach rodzinnych młodemu pokoleniu. Znamieniem nowych czasów jest Internet i telefonia komórkowa, telewizja. Słownictwo i argumentacja starych dziadków rzadko trafia do młodzieży, ukształtowanej na przekonaniach i racjach płynących z mądrości Internetu czy komórki. W wyniku zmian w komunikacji cywilizacyjnej następuje zerwanie tradycyjnej więzi międzypokoleniowej, kiedyś tak ważnej w budowaniu jedności światopoglądowej grup społeczno-rodzinnych. W związku z tym trzeba bić na alarm i walczyć o prawdę. Prawda jest bardzo czułą i delikatną materią. Co prawda jest przysłowie, że „oliwa nieżywa, ale zawsze (niczym prawda) na wierzch wypływa”, ale prawda sama się nie obroni. Trzeba jej pomóc poprzez dyskusję publiczną, odbudowę nowych stowarzyszeń, aktywizację różnych dotychczasowych postępowych partii i organizacji społeczno-kulturalnych. Musimy pamiętać, ze jako naród polski mieliśmy piękną i pełną chwały historię, ale na skutek egoizmu klasowego kiedyś Polską rządzących dochodziło do jej tragicznego upadku. Miejmy to na uwadze, negliżując i zwalczając obecne niebezpieczeństwa.

Zarysowane zjawiska są szczególnie ważne na Dolnym Śląsku i Ziemiach Odzyskanych; gdzie polskość nosi wymiar historyczny (Polska piastowska), ale musimy pamiętać, że poza Śląskiem państwowość piastowska szybko została wyparta przez niemiecki żywioł etniczny i państwa niemieckie, z Ziemi Lubuskiej przez Brandenburgię już w poł. XIII w. Pomorze Zachodnie było rządzone przez rodzimą dynastię książąt pomorskich, luźno związanych stosunkiem lennym z Polską Bolesława Chrobrego i Bolesława Krzywoustego a od końca XII w. weszło ono w skład Rzeszy Niemieckiej. Trwalszy był związek z Polską Pomorza Gdańskiego, ale także tam panowała miejscowa dynastia książęca. Rozbicie dzielnicowe Polski od XII do początków XIV w. radykalnie przyczyniło się do osłabienia Polski i oderwania od niej także Pomorza Gdańskiego, co ostatecznie wykorzystali Krzyżacy, zagarniając je podstępnie w 1308 r. Piastowscy książęta śląscy szybko się niemczyli i od początku XIV w. masowo uznawali zwierzchnictwo lenne królów czeskich, wchodząc pośrednio w skład Rzeszy Niemieckiej. Pewnym wyjątkiem byli Bolkowie z Księstwa Jaworskiego i Świdnickiego, którzy do końca XIV w. opierali się dominacji czesko-niemieckiej. Ziemia Kłodzka do 1741/63 r. należała do Korony Czeskiej, a od tych dat weszła po wojnach śląskich w skład Królestwa Pruskiego i Polsce przypadła w 1945 r. jak przysłowiowa manna z nieba, choć bardzo energicznie po 1. i 2. wojnie światowej Czesi zabiegali u zwycięskich mocarstw, by w oparciu o argumentację historyczną Hrabstwo Kłodzkie powróciło do Czeskiej Macierzy. Polsce po 1945 r. przypadła nawet 1/3 historycznych Łużyc, które tylko przez ok. 20 lat należały do Polski w okresie Bolesława Chrobrego i Mieszka II. Prusy z wyjątkiem Warmii od 1456 do 1772 r. do Polski nigdy nie należały. Do Polski piastowskiej na trwałe nie należały ruskie i litewskie zachodnie rubieże, a więc południowo-wschodnia Rzeszowszczyzna, Ziemia chełmińska, Drohiczyńska, duża część Podlasia. Obecnie rację tracą argumenty historyczne. Liczy się potencjał gospodarczy, finansowy, demograficzny, umiejętność negocjacji w Unii Europejskiej, inne sojusze zagraniczne, głównie z USA, liczą się także prawidłowe relacje z Rosją i Chinami.

Na Dolnym Śląsku mimo upływu 75 lat i 3 pokoleń już tu urodzonych Polaków polszczyzna nie jest głęboko zakorzeniona, nie wszyscy nawet tu urodzeni czują się Dolnoślązakami. Wielu nawiązuje do wartości, tradycji i folkloru okolic dziadków i rodziców, a nawet zdarzają się powroty na stare strony całych rodzin. Dotyczy to np. rodzin góralskich, także Łemków, przesiedlonych tu przymusowo po akcji „Wisła” w 1947 r. W przeciwieństwie do Polski centralnej i wschodniej rolnicy na Dolnym, Śląsku łatwo rozstali się z własną ziemią, którą zagarnęli wielcy farmerzy, „ekolodzy” a nawet nie wiadomo jakiego pochodzenia spekulanci. Po 1989 r. na Ziemiach Zachodnich upadły liczne tu kiedyś zakłady pracy, nie tylko wałbrzyskie górnictwo węglowe, także przemysł ceramiczny, włókienniczy i wiele innych gałęzi. Świadczą o tym ruiny dawnych fabryk. Np. w Wałbrzychu i okolicach likwidacji uległo przeszło 20 tyś. miejsc pracy, owszem przybyła japońska „Toyota”, ale to tylko 4 tys. W Kamiennej Górze ubyło ok. 10 tyś miejsc pracy, w Dzierżoniowie, Bielawie, Pieszycach a także wielu innych lokalnych osrodkach upadły liczne zakłady włókiennicze, nawet w Bolkowie straty miejsc pracy liczy się na 2 tyś. Upadła dawna „Silena”, garbarnia, przemysłowy młyn, mleczarnia, rzeźnia, POM, PGR, GS, liczne małe sklepy, rzemiosło i usługi. Za to przybyła filia niemieckiego „Schneidera” (niewielka), supermarkety i nieliczne nowe punkty usługowe, ale nie rekompensują one ujemnego bilansu.

Nic dziwnego, że pojawiło się wielkie bezrobocie, masowa stała się bieda. Duża część głównie młodego pokolenia, z reguły dobrze wykształconego ogólnie i fachowo wyjechała do pobliskich Niemiec, Czech, Anglii, nawet Skandynawii, szukając tam pracy a niektórzy nowej ojczyzny. W tej sytuacji siły rządzące lansowały hasło „Europa da się lubić”, co w praktyce oznaczało drenaż Polski z najlepiej wykształconej i młodej polskiej siły roboczej. Szczególnie jest niepokojące, że obecnie odpływa także coraz więcej młodych ludzi po studiach nie tylko uniwersyteckich, także inżynieryjnych, ekonomicznych, lekarskich, pielęgniarskich. Tu tkwi główna przyczyna braku wykształconych kadr w polskiej gospodarce, lekarzy i pielęgniarek w szpitalach, co z drugiej strony częściowo jest łagodzone masowa imigracją ukraińską. W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem znanym w krajach tzw 3. świata, czyli z drenażem mózgów i to dokumentuje, w jakim stanie znajduje się Polska. Te negatywne procesy są szczególnie niebezpieczne na Ziemiach Zachodnich ze względu na bliskość i łatwość znalezienia pracy za zachodnią granicą. Miasta i wsie wyludniają się, pozostaje starsze pokolenie, zmniejsza się liczba par małżeńskich, dzieci. Innymi słowy osłabia się żywioł polski, a jak wiadomo przyroda i polityka nie znoszą próżni. (Transformacja, s. 24).

Z drugiej strony tym bardziej godnym podziwu była siła polskiego żywiołu i woli mocnego zakotwiczenia na tych ziemiach Polaków po 2. wojnie światowej, którzy nie bali się frontowych walk, zasiedlania wtedy obcej ziemi, odbudowy zrujnowanych fabryk, domów, zaciągnięcia wojskowej straży nad Odrą, Nysą i Bałtykiem. Przypomnijmy młodemu pokoleniu, że często sytuacja była nadzwyczaj trudna. Ponad 70 proc. Wrocławia leżało w gruzach, Strzelin był zburzony w 80 proc. , Ścinawa w 75 proc. , Oleśnica w 70 proc. , Bolesławiec w 58 proc. , pobliski Strzegom w 54 proc. . W przemyśle dolnośląskim ofiarą dewastacji padło 1526 zakładów, co stanowiło 54 proc. całości. W rolnictwie całkowicie zniszczonych było 54 tyś. zagród , co stanowiło 20 proc. całości. Prawie drugie tyle było pozbawione żywego inwentarza i narzędzi pracy. Duże obszary były zaminowane.(R.Majewski, s. 205-206). Wszystko to zostało szybko odbudowane i rozbudowane a Dolny Śląsk stał się jednym z najbogatszych regionów polski. Dziś to już historia, powszechna stała się deindustrializacja starych okręgów przemysłowych, a nowe nie wypełniły dużej luki, podobnie jak nowe usługi, Dolny Śląsk pod względem PKB wyprzedza nawet woj. mazowieckie. (Polska Ludowa 1944-1956, s.76).

Słabością kulturową na ziemiach zachodnich jest mała liczba pomników kultury, historii i bohaterstwa żołnierzy polskich i radzieckich. Kiedyś tych ostatnich było wiele, ale obecnie zostały zburzone lub usunięte na cmentarze, bądź prowizoryczne lapidaria, tak jak w Kłodzku, Bolkowie, Legnicy czy Wałbrzychu. Te które się ostały jak np. w Kamiennej Górze w centrum miasta zostały zbezczeszczone, oszpecone, obdarte z inskrypcji i patriotycznej symboliki, dokumentując nienawiść klasowo-polityczną nowych władców Polski i godnych pogardy osobników w lokalnych środowiskach. Powstaje pytanie, komu nie podobał się dawny Pomnik w Rynku w Bolkowie, wystawiony po 1945 r. na cześć i dla upamiętnienia bohaterów, którzy miasto w maju 1945 r. wyzwolili i przywrócili Polsce, a spośród których wielu poległo. Dlaczego wręcz w bestialski sposób zniszczono wspaniały Pomnik Chwały i Wdzięczności Armii Czerwonej w Kłodzku, mieście, które nigdy nie znalazłoby się w granicach państwa polskiego, gdyby nie wielki wysiłek zbrojno-wzwoleńczy radzieckich żołnierzy nie tylko w maju 1945 r. (M.Orzechowski, s. 31).

Przypomnijmy, że w walkach o wyzwolenie Polski zginęło 625 tys. radzieckich żołnierzy. Znaczny był także udział Ludowego Wojska Polskiego. To w wyniku ich wysiłku zbrojnego i ciężkich ofiar Bolków po wiekach powrócił do Polski. Jakże skromna i chwalebna była Tablica Pamiątkowa na tym Pomniku, głosząca: „Chwała bohaterom poległym w walkach o wyzwolenie narodów”. Co w tej inskrypcji komuś się nie spodobało, kogo ona zabolała, że Tablica wraz z Pomnikiem musiały być usunięte i wywiezione na odległy cmentarz. W Polsce w rezultacie podobnych akcji „dekomunizacyjnych” zniszczono bądź usunięto ponad 500 takich pomników, większość bezpowrotnie. Szczególnie bolesne są te nowe akty kulturowego barbarzyństwa na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich, gdzie pomniki te upamiętniały nie tylko bohaterów wojskowych, ale także licznych pionierów, pierwszych burmistrzów, starostów, sołtysów, radnych, ludzi kultury i nauki, którym dziś przypina się „łatkę” komunisty bądź, że służyli „komunie”. Jako wyjątkowo szkodliwy, wręcz haniebny, przykład tego myślenia i procederu można podać likwidację nazwy ulicy im. Stanisława Kulczyńskiego, pierwszego organizatora i rektora Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki we Wrocławiu. Ów bezprzykładny akt szkodnictwa i barbarzyństwa kulturowego został dokonany mimo protestów prawie całego Uniwersytetu. Co się stało, jakie siły społeczne były w stanie dokonać coś takiego. Kto za to odpowiada. Dlaczego nie organizuje się masowych protestów przeciwko temu.

Te same pytania odnoszą się do aktu likwidacji Pomnika Bohaterów w Bolkowie w 2019 r. Autor rozmawiał kilka lat temu z byłym burmistrzem Wrońskim podczas dożynek na uroczystości w Sadach, przypuszczając, że byt pomnika może być zagrożony. Burmistrz odpowiedział: „Mnie on nie przeszkadza”. Co się stało, że dwa lata później podpisał się pod decyzją o jego zburzeniu i przeniesieniu na cmentarz. Przecież Pomnik ten nie został nawet ujęty w instrukcji IPN, wymieniającej enumeratywnie pomniki z mocy ustawy podlegające usunięciu.

Władze lokalne zamiast burzyć pomniki i usuwać imiona zasłużonych Polaków z nazw ulic, zamiast fetowania kolejnych rocznic „żołnierzy wyklętych” szczególnie na Ziemiach Zachodnich, którzy nie mieli nic wspólnego z walką o ich odzyskanie, powinny więcej uwagi i wysiłku włożyć w dzieło uczczenia prawdziwych bohaterów Wojska Polskiego, którzy ponieśli wielkie ofiary jako żołnierze 2. Armii Wojska Polskiego, mającej znaczny udział w wyzwoleniu Dolnego Śląska i która prowadziła krwawe boje w walkach na Łużycach, dochodząc w bojach do Drezna, przyczyniając się do wyzwolenia północnych Czech i Pragi. Dlaczego usunięto nazwy Szkoły w Kamiennej Górze im. dra A. Fiderkiewicza i pułku II. Armii Wojska Polskiego (który wyzwalał to miasto w 1945 r.), komu przeszkadzała nazwa ulicy z imieniem gen. Karola Świerczewskiego, który był wiceministrem obrony narodowej i zginął w walce z bandą UPA w Bieszczadach (podobnie w Bolkowie, Wrocławiu i nazwa 1.Liceum w Wałbrzychu). Ten generał walczył z hiszpańskimi faszystami już w 1936 r. a jego hiszpański pseudonim gen. Walter znany jest w całym postępowym świecie. Komu wadziła nazwa ulicy im. Zygmunta Berlinga w Jaworze, gdzie, podobnie jak w całym powiecie, osiedliło się wielu dawnych kombatantów I. Armii Wojska Polskiego.

Dyrektorz szkół, nauczyciele, władze lokalne, stowarzyszenia zamiast czcić fałszywych bohaterów powinny organizować wycieczki historyczne do Zgorzelca, składać kwiaty na grobach poległych kilku tysięcy młodych polskich żołnierzy w walkach za Nysą Łużycką, które toczyły się w kwietniu-maju 1945 r.. Będzie za kilka tygodni piękna rocznica 75 lat tych walk, zbliża się 75 rocznica zwycięskiego zakończenia wojny 8 – 9 maja 1945 r. Czy ta data nie zobowiązuje do godnego upamiętnienia bohaterów. Na pewno tak, do dziś spontanicznie i w sposób zorganizowany składane są przy podobnych okazjach wieńce i kwiaty przez kombatantów i przedstawicieli samorządów w Jaworze, Zgorzelcu i wielu innych miejscach. Trzeba upowszechnić ten piękny zwyczaj. Od Bolkowa i okolic są jeszcze bliższe miejsca, np. w Strzegomiu, gdzie w lutym-marcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej toczyły ciężkie boje o zdobycie i utrzymanie tego ważnego, dobrze uzbrojonego garnizonowego miasta. O wadze tej lokalnej hitlerowskiej twierdzy świadczyło to, że Wehrmacht nie zaniechał walki i po utracie w lutym ponownie odbił je w marcu z rąk radzieckich. W rezultacie tych walk zginęło w Strzegomiu kilkaset żołnierzy radzieckich, miasto przechodziło z rąk do rąk, a o zażartości walk świadczyły ponad 50 proc. zniszczenia. Ostatecznie Strzegom został wyzwolony w rezultacie majowej ofensywy oddziałów Armii Czerwonej. W pobliżu Strzegomia znajduje się Muzeum Obozu Koncentracyjnego Gross Rosen, gdzie było więzionych przeszło 120 tys. więźniów, z których prawie 50 tys. zginęło. W Sudetach jest mnóstwo pomników świadczących obecność licznych podobozów Gross Rosen, wszędzie tam powinny trafiać delegacje szkół i władz lokalnych z kwiatami. Podobne cmentarze wojskowe są w Jaworze, Legnicy, Bolesławcu, Wałbrzychu, trzeba także być w Lubaniu, Zgorzelcu, szczególnie na Cmentarzu poległych żołnierzy II Armii Wojska Polskiego, gdzie są groby wielkich prawdziwych bohaterów, którzy obficie zrosili ziemię krwią a wielu oddało życie za wyzwolenie tych ziem spod jarzma hitlerowskiego i przywrócenie ich Polsce.

Na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich potrzebna nam jest nieco inna definicja patriotyzmu niż np. w Polsce tzw. centralnej, w szczególności w Warszawie, którą wyznacza nasza lokalna racja stanu. Mamy na uwadze, że nasze racje na zachodnich rubieżach Polski wyznacza nam nie tylko centralna polityka rządów w Warszawie. Tu w lokalnym i samorządowym wymiarze musimy we własnym interesie umacniać naszą pozycję gospodarczą, mieszkaniową, demograficzną, także w zakresie utrzymywania międzynarodowych kontaktów z partnerami zagranicznymi. Niczemu dobremu nie służy tu apologetyka żołnierzy wyklętych, których wodzowie byli nawet przeciwni tak dalekiemu przesunięciu granic Polski na zachód. Wręcz przeciwnie, osłabia i rozbija jedność społeczeństwa. Musimy jeszcze głębiej i mocniej wrastać w tą starą piastowską dziedzinę i bronić jej jak własnego zdrowia, pomyślności i życia. To jest racja stanu Dolnego Śląska i Ziem Zachodnich i Północnych. Tym bardziej, że w RFN mimo formalnego uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej przez rząd Trybunał Konstytucyjny RFN w Karlsruhe 31.7. 1973 i 7.7. 1975 r. stwierdził, że „Das Deutsche Reich existiert in seinen Grenzen von 1937 fort”.(Heimatbuch, s.57, in fine).

W jednoczącej się Europie rośnie znaczenie nie tylko gospodarki, także polityki zjednoczonych Niemiec. Coraz donośniej dają tam o sobie znać siły niemieckiej monopolistycznej burżuazji i tradycji imperialistycznych, które nie tylko marzą ale i przygotowują plany ostatecznego pełnego „zjednoczenia Niemiec’, a więc wchłonięcia do nowej Rzeszy także „ziem niemieckich za Odrą i Ńysą Łużycką”. Nie są to tylko stare partie nacjonalistyczne typu Nacjonalistyczna Partia Niemiec (NPD), to także rosnąca w siłę nowa ekspansywna Alternative fuer Deutschland (AFD) także PEGIDA, które chcą przejąć polityczną rolę CDU/CSU w systemie partyjnym Bundesrepubliki. Paradoksalne, że plany te realizuje się już pod skrzydłami USA i NATO w ich ekspansji przeciwko Rosji (Ukraina – 2014, „Anakonda” – 2016, „Defender” – 2020), w których aktywną rolę wypełnia Bundeswehra, a nawet przeciwko dalekim Chinom („Ab heute wird die Bundesrepublik auch am Hindukusch verteidigt”. (M.Baraki, „Rot Fuchs”, s. 16).

W sytuacji przyspieszonej unifikacji Europy, faktycznej likwidacji granic i wzrostu potęgi zjednoczonych Niemiec możemy jako słabsze państwo być spychani z pozycji suwerena na pozycję wasala, utracić suwerenność i popaść w coraz większą zależność i podległość wobec zachodniego sąsiada. Takie sytuacje miały już miejsce w historii. W Polsce powstały siły, które godzą się na taki wariant wydarzeń, organizują je i wspierają. Czy pozwolimy jako naród, by powtórzyła się ona we współczesnej epoce. Dbajmy o dobrą przyszłość i pomyślność nie tylko naszego pokolenia, ale także przyszłych polskich Dolnoślązaków. Utrwalajmy dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi naszymi sąsiadami, także pokój w Europie i na świecie. Inaczej Historia nie wybaczy nam tego zaniechania.

Zbigniew Wiktor

  • Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego.

Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

Lewica uczciła ofiary „wyklętych”

Włodzimierz Czarzasty obiecał w 2019 r. w Hajnówce, że co roku będzie przyjeżdżał na Podlasie i nazywał po imieniu haniebne czyny powojennego podziemia, które prawica próbuje usprawiedliwiać. Słowa dotrzymał.

Co roku 29 stycznia mieszkańcy Zaleszan i okolicznych miejscowości czczą pamięć swoich przodków, zamordowanych tego dnia i w dniach następnych 1946 r. przez oddział Romualda Rajsa „Burego”. Uczestnictwo w tych uroczystościach jest też dobrą tradycją podlaskiej lewicy.

Krwawy rajd „Burego”

Oddział Rajsa, z którego organizacje nacjonalistyczne i rządząca prawica robią pierwszorzędnego bohatera najnowszej historii, na przełomie stycznia i lutego 1946 r. zabił w Zaleszanach, Zaniach i Szpakach 47 osób cywilnych, prawosławnych chłopów pochodzenia białoruskiego. Spalił również wieś Końcowizna, gdzie ofiar śmiertelnych nie było głównie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okolicznosci. W Zaleszanach „wyklęci” spędzili mieszkańców do jednego z wiejskich domów, następnie podpalili budynek. Zebranym w chacie udało się jednak wydostać. „Wyklęci” spalili również pozostałe chaty w Zaleszanach, a do tych, którzy na zebranie nie poszli i próbowali uciekać z domów przed ogniem, strzelali. Tu właśnie padły ofiary śmiertelne, a wśród nich kobieta w zaawansowanej ciąży oraz dzieci – najmłodsze miało siedem dni. Ponadto we wsi Puchały Stare „żołnierze wyklęci” rozstrzelali trzydziestu wozaków, których wcześniej porwali i zmusili do przewożenia oddziału. Również w tym wypadku zginęli tylko prawosławni. Kto udowodnił, że jest katolikiem, został zwolniony.
Ofiary „żołnierzy wyklętych” uczczono w Zaleszanach najpierw prawosławnym nabożeństwem, przed krzyżami wzniesionymi na miejscu domu, do którego ludzie „Burego” spędzili mieszkańców wsi. Historię tragicznych wydarzeń sprzed 74 lat przypominała wystawa opracowana przez stowarzyszenie „Nasza pamięć”.

Lewica pamięta

Przedstawiciele Lewicy, która zawsze sprzeciwiała się nienawiści i przemocy na tle narodowościowym czy religijnym, od wielu lat przybywają na zaleszańskie uroczystości. Także w tym roku kwiaty składali działacze podlaskiej Lewicy Razem, a razem z nimi posłowie Adrian Zandberg, Paweł Krutul oraz wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. To najprawdopodobniej jak dotąd najwyższy rangą przedstawiciel polskich władz państwowych, który uczcił pamięć zamordowanych przez „Burego”.

Morderstwo nazwać morderstwem

I nie był to gest jednorazowy. W 2018 r., przed niesławnym marszem nacjonalistów w Hajnówce, Czarzasty przepraszał, iż SLD swojego czasu bezrefleksyjnie poparło ustanowienie dnia „żołnierzy wyklętych”, traktując ich wszystkich na równi. W 2019 r. również w Hajnówce mówił: Jestem tu i będę przyjeżdżał tu co roku, podobnie jak do Zaleszan, aby przypominać o tych zbrodniach. Morderstwo trzeba nazywać morderstwem, gwałty trzeba nazywać gwałtami, a złodziejstwo trzeba nazywać złodziejstwem.
Czarzasty składał kwiaty przed pomnikiem pamięci ofiar, który dosłownie w przededniu uroczystości skończyło remontować Stowarzyszenie Kursk. Prace prowadził na miejscu wolontariusz stowarzyszenia Mariusz Niczyporuk, sam potomek rodziny, której członkowie zginęli z rąk ludzi „Burego”. Już kilka lat temu burmistrz Kleszczel (na terenie tej gminy leżą Zaleszany) starał się o dofinansowanie remontu podupadłego pomnika w podlaskim urzędzie wojewódzkim. Urząd, będący już pod kontrolą PiS, nie wydzielił jednak żadnej kwoty.

– Miało tu miejsce zło i niestety to zło będzie trwać nadal, dopóki oprawca będzie uznawany za bohatera narodowego – powiedział Niczyporuk podczas uroczystości.

A takich, którzy usprawiedliwiają oprawców, niestety nie brakuje. W lutym 2019 r. podczas nacjonalistycznego pochodu w Hajnówce niesiono transparent, z którego wynikało, że największymi bohaterami antykomunistycznego byli właśnie „Bury” oraz działający na Podhalu „Ogień”. Jego pseudonim budzi z kolei grozę wśród podhalańskich Słowaków, udowodniono mu także zbrodnie na Żydach. Czy przeszkadza to IPN-owi w szerzeniu kultu obydwu postaci? Bynajmniej.

Kraj widziany oczyma obecnej władzy

Po rządach koalicji PO-PSL PiS zastało kraj w ruinie. Mafia VAT-owska ukradła w tym czasie, za przyzwoleniem tamtej władzy, kilkaset miliardów złotych.
Teraz wstaliśmy z kolan i przestajemy być wasalami Zachodu. Obywatele dostali 500+ i inne bonusy. Dzieci przestały chodzić głodne i wiele z nich mogło wreszcie zobaczyć morze czy góry. Sprawiedliwy rząd walczy z niesprawiedliwymi sądami. Parlament, rząd i prezydent to jedna drużyna pragnąca wyłącznie dobra obywateli. Kraj się rozwija wyjątkowo dynamicznie. W Polsce jest dobrze bo nie ma w niej obcych. My, Polacy, jesteśmy dumnym, dobrym i gościnnym narodem przywiązanym do wartości katolickich i dlatego kościół jest ważnym sprzymierzeńcem politycznym władzy. Reforma szkolnictwa spowoduje, że staniemy się bardzo wykształconym społeczeństwem.
Niestety jest spora grupa zdradzieckich mord, które ryją pod dobrym i sprawiedliwym rządem, a przecież prezes, premier, a nawet i prezydent bardzo się starają.
Podstawowym źródłem obiektywnej wiedzy i informacji o tym co się dzieje w kraju jest rządowa telewizja z prezesem Kurskim na czele. Inne, prywatne media powinny być w najbliższym czasie wzięte w cugle i wtedy wreszcie nikt nie będzie wichrzył i krytykował władzy, która zawsze chce dobrze. Nasza armia jest nareszcie sprawa i silna. I dlatego Rosja nas się boi i atakuje naszą dobrą władzę.
Aktualnie bohaterami są żołnierze wyklęci, bo zabijali komunistów i Rosjan. Teraz Niemcy będą naszymi historycznymi sojusznikami, ale najpierw muszą tylko zapłacić odszkodowania za ostatnią wojnę.
Solą naszej ziemi będą obywatele wsi i miasteczek. Inteligencja i inne grupy zbyt samodzielnie myślące będą pod baczną obserwacją, by nie sprowadziły ludu polskiego na manowce. Parafie są strażnicami moralności i polskości. Są ideowym ramieniem władzy w terenie.

Za zdradę narodu polskiego…

– czyli o niektórych objawach metanoji nienawiści.

Królestwo kłamstwa nie jest tam, gdzie się kłamie, lecz tam, gdzie się kłamstwo akceptuje.
Karel Čapek, 1890-1938

Wieczór 30 marca 1946 roku. Energiczne pukanie do drzwi mieszkania Anny i Aleksandra Cepuszyłów w Koszalinie. Oprócz domowników obecne są w nim dwie koleżanki pani Anny, pielęgniarki z Ośrodka Zdrowia: Anna Grubert i Leokadia Jankowska.
Anna Cepuszyłów otwiera drzwi. Wchodzi dwóch uzbrojonych w pistolety osobników. Żądają od wszystkich okazania dokumentów, ale ich nie sprawdzają. Jeden z mężczyzn podchodzi do Aleksandra Cepuszyłówa i pyta: „Byłeś w sądzie i sądziliście człowieka z AK?” Po uzyskaniu potwierdzenia, mówi: „Daliście mu 5 lat. A to za łagodny wymiar kary w Białogardzie!”, po czym strzela dwa razy w kierunku Cepuszyłówa.
Przed opuszczeniem mieszkania sprawcy zostawiają przy swojej ofierze kartkę, na której są dużymi literami wydrukowane słowa: „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY”, dalej wypisane piórem nazwisko i imię: Cepuszyłow Alex. Pod spodem podpis: D-ca 5 Bryg. Wil. /ŁUPASZKA/ mjr.
Fotokopia tego dokumentu oraz inne sygnowane przez mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka” jawią się niczym „trofea” przy ponad 1,5 m fotografii przedstawiającej w bojowej postawie jego sylwetkę. Ekspozycja ta otwiera stałą wystawę Muzeum w Koszalinie pt. „Koszalin 1945-2015. Od Dyktatury do Demokracji”. Tym sposobem – według mojej obserwacji – został osiągnięty efekt, że większość osób ją zwiedzających zdaje się ulegać iluzji jakoby „Łupaszka” i wykonawcy jego rozkazów byli prekursorami rozpoczętych po wyborach do Sejmu 4 czerwca 1989 r. zmian ustrojowych w naszym państwie. Akcentuje to z umieszczony po lewej stronie, nad jego fotografią, sugestywny napis: „Opozycja niepodległościowa 1945-1950”.
Gdyby jednak zwiedzający – a tylko nieliczni tak czynią – zadali sobie trud dogłębnego zapoznania się ze znajdującymi się po stronie przeciwnej – zapisanymi gęstym i drobnym drukiem – treściami fotokopii dokumentów wydanych przez „Łupaszkę”, to – jak domniemam – narodziłyby się w nich, co najmniej wątpliwości natury moralnej.
Być może – tak jak ja – dostrzegliby, że „opozycja niepodległościowa” w wydaniu „Łupaszki” i jego podkomendnych miała przeważnie charakter destrukcyjny. Wystawione fotokopie dokumentów stanowią wymowne świadectwo, że ich działalność opierała się głównie na rabunku cudzego mienia oraz mordowaniu ludzi akceptujących powojenny porządek w Polsce.
Cóż było pozytywnego we wtargnięciu „łupaszkowców” do mieszkań Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego, a następnie – w obecności rodzin i znajomych – ich zastrzelenie.
Mimo wieloletnich i dogłębnych badań tematu – w tym również kwerendy akt udostępnianych przez IPN – nie znalazłem niczego, co by wskazywało, że Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, w jakikolwiek sposób dopuścili się „zdrady narodu polskiego i wysługiwania się wrogowi ”, co rzekomo było powodem wydania na nich wyroku śmierci przez „Łupaszkę”.
Jan Patrycy wywodził się z rodziny o kolejarskich tradycjach. W pierwszych dniach tragicznego września 1939 roku kierował pociągiem pancernym „Wilk”. W czasie okupacji hitlerowskiej był żołnierzem Armii Ludowej. Pracę maszynisty w pociągach towarowych wykorzystywał do przewożenia dokumentów, szukających pomocy ludzi, w tym ukrywających się Żydów.
„Po wyzwoleniu prawobrzeżnej Warszawy, Jan Patrycy wybrany został przewodniczącym Rady Robotniczej w Parowozowni Warszawa-Praga. Jeszcze lewobrzeżna Warszawa była w rękach okupanta, kiedy” na zakończenie trwającego w dniach 14-15 stycznia w Lublinie Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu delegatów kół Związku Zawodowego Jana Patrycego wybrano na delegata XV Krajowego Walnego Zjazdu Delegatów Kół Związku Zawodowego Pracowników Kolejowych w Warszawie, a tu z kolei wybrano na członka Zarządu Głównego.
Po zakończeniu wojny Polska Partia Robotnicza, której był członkiem, skierowała go na Ziemie Odzyskane. „Pionierską pracę maszynisty kolejowego rozpoczął na węźle PKP w Białogardzie”. Wybrano go tu na prezesa miejscowego Związku Zawodowego Kolejarzy i sekretarza komórki PPR węzła PKP. Ponadto został członkiem Komitetu Powiatowego PPR w Białogardzie. 16 marca 1946 r. Jan Patrycy – we własnym mieszkaniu, w obecności żony, która przyjechała do niego z Warszawy – został zastrzelony przez „łupaszkowców”. (Podane przeze mnie – nieznacznie przeredagowane – informacje o Janie Patrycym oraz o rodzininie Cepuszyłowów – jeśli nie zaznaczono tego inaczej – pochodzą z książki Stefana Sokołowkiego „Niebezpieczne posterunki”, Koszalińskie Wydawnictwo Prasowe, Koszalin 1985,).
W ten sam sposób, w podobnych okolicznościach, czternaście dni później zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa. Był on wysokiej klasy fachowcem z rozległą wiedzą w zakresie budowy dróg, mostów, twierdz i umocnień.
Jeszcze przed pierwszą wojną światową ukończył studia politechniczne w Petersburgu oraz drugi fakultet w Inżynieryjnej Akademii Wojskowej. Był uczniem wybitnego rosyjskiego akademika Kirisznikowa – znanego i cenionego w Europie specjalisty od budowy dróg.
Po wybuchu pierwszej wojny światowej Aleksander Cepuszyłów został powołany do carskiej armii. Odniesiona w trakcie walk przeciwko Niemcom rana w nogę sprawiła, że do końca życia pozostał cywilem.
Do 1927 roku pracował na kolei w Pińsku i Wołkowysku. Przez następne dwanaście lat w Wilnie w Dyrekcji Dróg Wodnych, a w roku 1939 zaangażowano go do pracy w magistracie.
W okresie międzywojennym „Aleksander Cepuszyłów nie wiązał się z partiami politycznymi, ale był człowiekiem wrażliwym na problemy sprawiedliwości społecznej. Wielokrotnie, szczególnie w okresie kryzysu gospodarczego, pomagał pracującym z nim robotnikom, a w okresie bezrobocia ich rodzinom.
W czasie okupacji niemieckiej rodzina Cepuszyłowów zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Anna była kurierką w Armii Krajowej”. ” W tejże organizacji działali synowie Cepuszyłowów: Dominik (student Politechniki Warszawskiej) i Leonard. Jeden z nich (nie pamiętam który) – jak wyczytałem w aktach udostępnionych mi przez IPN – uratował „Łupaszkę” z opresji od Niemców.
Dominika, Niemcy rozstrzelali po ujęciu podczas obławy w Górach Ponarskich. Leonarda dopadli w Kownie, gdzie się ukrywał i po aresztowaniu wywieźli do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, skąd już nie powrócił.
Gdzieś pod koniec 1942 roku Anna i Aleksander „zostali wywiezieni przez Niemców do Berlina. Tam Aleksander zamiatał ulice, a następnie był pomocnikiem technika przy naprawie dróg. Żona, Anna pracowała w szpitalu dla obcokrajowców jako akuszerka”.
Po zakończeniu wojny Cepuszyłówie wrócili do Polski. Na dworcu w Pile zostali przywitani przez niespodzianie napotkanych ziomków radosnym okrzykiem: „nasz czerwony inżynier z Wilna”. Aleksander Cepuszłów zawsze był obdarzany dużym szacunkiem w środowisku kolejarzy i drogowców. Ceniono go nie tylko za znajomość fachu, ale i społeczną postawę. Przypuszczam, że wielu zapamiętało jego dobroczynność z okresu międzywojennego.
Cepuszyłówie namówieni przez znajomych pozostali na Ziemiach Odzyskanych. Anna zaangażowała się jako przełożona akuszerek Ośrodka Zdrowia w Koszalinie. Aleksander podjął pracę w tutejszym „starostwie, jako kierownik Biura Techniczno-Budowlanego na obwód Koszalin”. Cieszył się uznaniem starosty Edmunda Dobrzyckiego. Wysoko cenił go też Leon Borkowicz wojewoda zachodniopomorski.
28 października 1945 Aleksander Cepuszłów został przyjęty do Polskiej Partii Robotniczej. Tu dał się poznać jako aktywny członek tej organizacji, „któremu przydzielano różne odpowiedzialne zadania”. Adolf Lechelt, sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie widział w nim kandydata na posła w wyborach do Sejmu RP. Z poręki Adolfa Lechelta Aleksander Cepuszyłów został ławnikiem Sądu Doraźnego. W tym charakterze 29 marca 1946 roku uczestniczył w procesie przeciwko zatrzymanym sprawcom dokonanego 16 marca 1946 roku (w tym też dniu zamordowano Jana Patrycego) napadu pod Białogardem na ambulans pocztowy i zrabowania zeń 102 tys. zł.
Powstaje w tym miejscu pytanie: czyżby rzeczywiście za wydany przez Sąd Doraźny wyrok po pięć lat więzienia dla osób współuczestniczącym w rabunkowym napadzie na ambulans pocztowy pod Białogardem został zamordowany, z rozkazu „Łupaszki” ławnik tego sądu Aleksander Cepuszyłów. Takowy odwet monstrualnie przekracza miarę poczucia sprawiedliwości. Nie mieści się on nawet, w znanym z wyjątkowej surowości starożytnym prawie Hammurabiego, głoszącym zasadę: „ząb za ząb, oko za oko”. Poza tym warto zauważyć, że Aleksander Cepuszyłów nie był jedyną i najważniejszą osobą w składzie Sądu Doraźnego i to nie on ostatecznie decydował o jego wyroku, lecz sędzia. Domyślam się, że na podjęcie decyzji zamordowania go przez „łupaszkowców” miała w niemałym stopniu okoliczność, że mieszkał w bardzo bliskiej odległości od siedziby Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie.
Motyw zastraszania zaistniał również w przypadku zamordowania Jana Patrycego. Dowodzi tego nie tylko pozostawiona przy nim, taka sama – jak przy Cepuszyłówie – kartka z wypisanym na niej identycznym uzasadnieniem wyroku śmierci, ale jeszcze bardziej – również sygnowany przez „Łupaszkę – list przysłany na adres sekretariatu KP PPR
w Białogardzie:
„Wyrokiem sądu polowego Armii Krajowej został rozstrzelany Patrycy Jan czł. PPR za szkodliwa działalność w stosunku do Narodu Polskiego oraz szerzenie wrogiej propagandy bolszewickiej. Ostrzegam wszystkich czł. PPR przed podobnymi konsekwencjami ich działalności. Rozkazuję Sekretarzowi tutejszej komórki PPR Kuźminskiemu w ciągu 48 godzin zwolnić się z zajmowanego stanowiska w Partii. D-ca 5 Brygady Wileńskiej, «Łupaszka» major”.
Przysłowiowego „konia z rzędem” dam temu, kto wykaże „szkodliwość” działalności Jana Patrycego i Aleksandra Cepuszyłówa „w stosunku do Narodu Polskiego” i wyjaśni na czym polegało „szerzenie” przez tego pierwszego „wrogiej propagandy bolszewickiej”.
Jak na razie nie dość zbadałem tę sprawę, ale na podstawie dotychczas uzyskanych danych mogę stwierdzić, że byli oni ludźmi głęboko zaangażowanymi w tworzeniu zrębów państwowości polskiej na Ziemiach Odzyskanych i ich odbudowie po zniszczeniach wojennych.
Kto dobrze pamięta, lub dobrze zapoznał się z tamtymi czasami, to zdaje sobie sprawę, że mało kto wówczas – niezależnie od politycznych przekonań–– oczekiwał, tak jak część – określanych obecnie mianem – „Żołnierzy Wyklętych”, na III wojnę światową. Zdecydowana większość ówczesnego społeczeństwa chciała za wszelką cenę żyć w warunkach pokoju. Bez wątpienia ciężka i pełna poświecenia praca takich ludzi jak Jan Patrycy i Aleksander Cepuszyłów przyczyniła się do stworzenia fundamentów naszej obecnej polskiej rzeczywistości.
A co, w czasie, kiedy istniała pilna potrzeba wyciągnięcia kraju z ruin i odbudowy, czynili członkowie zbrojnego podziemia antykomunistycznego z mjr. Zygmuntem Szendzielarzem ps. „Łupaszka” na czele?
Jakże inaczej, niż mordercami i złodziejami, można ich określić skoro zamordowali tak uczciwych i zasłużonych dla kraju ludzi jak Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, dokonali napadów rabunkowych na Bank Rolny w Koszalinie, ambulans pocztowy pod Białogardem, sklep w Szczecinku i inne miejsca.
„Łupaszki” i jego podkomendnych nie usprawiedliwiają pozostawione w miejscach zbrodni i rabunku kartki z wypisanych na nich wyjaśnieniami dlaczego zabijali i dlaczego kradli. Nie przekonuje mnie – co już chyba dostatecznie wykazałem – niezgodne z obiektywną prawdą lakoniczne i szablonowe tłumaczenie, że zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego „za zdradę narodu polskiego i wysługiwanie się wrogowi”. Nie przekonują mnie też „pozostawione przez „łupaszkowców” pokwitowania z wyjaśnieniem, że przywłaszczone z miejsc rabunku pieniądze i towary zostaną przeznaczone na potrzeby zbrojnego podziemia antykomunistycznego, czyli – nikogo innego – tylko ich samych (sic!)
Nie tylko z fotokopii dokumentów umieszczonych tuż przy ponad 1,5 m portrecie „Łupaszki”, na wystawie w koszalińskim muzeum, wynika, że on i jego ludzie świadomie odłączyli się od dzieła odbudowy kraju. Kartki z wypisanymi krótko wyrokami śmierci dla wybranych przez siebie ofiar „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY” stanowiły częsty ślad, który celowo pozostawiali w miejscach dokonywanych zbrodni. Chodziło im bowiem nie tylko o zamordowanie określonych działaczy partyjnych czy związkowych, którzy w jakiś sposób się im narazili, ale bardziej sianie zamętu atmosfery terroru, w tym również zastraszania zwykłych ludzi, aby odwieść ich od współpracy z władzą ludową. Czynili tak według schematu wcześniej wypraktykowanego przez „Łupaszkę” na terenie północno wschodniej Polski, czego między innymi odzwierciedleniem jest zeznanie niejakiego Nakwasa – Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okonia”: „ …Łupaszko wydał rozkaz, aby wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób będą starali się przeszkadzać w działalności oddziałów przez meldowanie lub stawianie oporu, w najlepszym razie chłostać, a gdy odnosi się do ludzi partii robotniczych, szczególnie wrogo nastawionych do oddziałów leśnych, należy ich bezapelacyjnie mordować, a dobytek palić. Przez stosowanie terroru i bezkompromisowości w postepowaniu odnośnie ludzi partyjnych, należy stworzyć atmosferę taką, aby nikt nie ważył się wstępować w szeregi partii robotniczych, a należący do nich pod strachem wystąpią z partii – co w konsekwencji stworzy warunki do dalszego działania oddziałów i zmieni wrogi stosunek ludności do oddziałów leśnych. W związku w zaopatrywaniu oddziałów w żywność „Łupaszko” polecił nadal kontynuować napady rabunkowe na Spółdzielnie, kasy, bogatych wieśniaków itp…” (Zeznanie Nakwasa-Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okoń” złożone w Warszawie 6 listopada 1948 roku – Akta IPN BU 944 s. 369).
Specjalistą od wykonywania orzekanych przez „Łupaszkę” wyroków śmierci był por. Zdzisław Badocha ps. „Żelazny”. On też najprawdopodobniej zamordował Aleksandra Cepuszyłówa, co jako w pełni sprawdzoną „zasługę i w walce z ustrojem komunistycznym” nie omieszkała wymienić mgr. Danuty Szewczyk (autorka wystawy: „Koszalin 1945-2015 Od Dyktatury do Demokracji”) w opracowaniu pt. „Kalendarium – Koszalin 1945-1950. Historia na nowo odkryta”:
„Grupa ze szwadronu „Żelaznego” z V Wileńskiej Brygady AK wykonała wyrok śmierci na Aleksandrze Cepuszyłówie, aktywiście PPR, ławniku Sądu Doraźnego w Koszalinie „za zdradę narodu polskiego i za wysługiwanie się wrogowi”.
W kontekście innych opracowań mgr. Danuty Szewczyk oraz wielu innych dyżurujących obecnie historyków oraz publicystów, zdają się być skazane na potępienie: aktywne członkostwo w Polskiej Partii Robotniczej i uczestnictwo w Sądach Doraźnych okresie działania „Opozycji Niepodległościowej 1945 – 1950”. Można nawet odnieść wrażenie, że osoby pokroju Danuty Szewczyk, niemal w pełni uważają za słuszne wydawane wyroki śmierci przez „Łupaszkę” oraz organizowane przez niego akcje terrorystyczno-rabunkowe. Jakoś dziwnie to grono nie zauważa, że przez tego typu gloryfikację tzw. „Żołnierzy Wyklętych” nie sprzyjają rozwojowi „Demokracji”. Wręcz przeciwnie, wzorem tych ostatnich propagują nietolerancję i nienawiść.
Smutna to refleksja w trzydziestą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego Stołu, kiedy wydawało się, że Polacy bez względu na różnice światopoglądowe oraz wszelkie inne, potrafią się ze sobą dogadać. Według mojej oceny, był to szczytowy moment w historii rozwoju naszej demokracji. Wbrew wszelkim pozorom odwrót zaczął się z chwilą zwycięstwa ruchu „Solidarność” w wyborach 4 czerwca 1989. Od tej daty, najpierw powoli, a potem coraz szybciej zaczęliśmy być coraz bardziej politycznie, ekonomicznie i mentalnie zatomizowani. A jako naród – coraz mniej solidarni.

„Bury nasz bohater” – chociaż nie do końca

Instytut Pamięci Narodowej, gdy już doprowadził do wściekłości polskich prawosławnych i wywołał skandal w stosunkach Warszawa-Mińsk swoim stanowiskiem w sprawie „Burego”, próbuje gasić pożar. Pokrzykując: nic się nie stało!

Wydane 21 marca nowe oświadczenie Instytutu jest o tyle lepsze od poprzedniego, że nie dowiemy się już z niego, iż spalenie pięciu białoruskich wsi to za mało na prawdziwą zbrodnię o cechach ludobójstwa, bo przecież Romuald Rajs mógł zniszczyć więcej. Teraz IPN ogłasza po prostu, że nie ma nic strasznego w tym, że co innego głoszą historycy Instytutu w swoich publikacjach, a co innego wynika z prokuratorskich śledztw prowadzonych przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. W przypadku „Burego”, potwierdza Instytut, nadal w mocy pozostają wnioski końcowe prokuratora Dariusza Olszewskiego ze słowami potępienia dla działalności Rajsa. IPN twierdzi również, że nie miał i nie sugerował intencji wznowienia i rewizji śledztwa w tej sprawie.
Z drugiej strony Instytut nie był uprzejmy zauważyć nic niestosownego w swoim komunikacie i upiera się, że firmowani przez niego historycy prowadzą badania z pełnym szacunkiem dla warsztatu swojej dyscypliny. Jak z tym szacunkiem jest, udowodnił Jakub Woroncow w artykule na łamach „Przeglądu” – przypomniał, że praktycznie wszyscy autorzy, których opinie o „Burym” cytował skandaliczny komunikat, są związani ze skrajną prawicą.
– Wolność badań naukowych pozwala historykom na odnoszenie się do ustaleń śledztwa, a nawet ich kwestionowanie. Jednocześnie żadne interpretacje naukowe, nawet dalece rozmijające się z sentencją umorzenia śledztwa, nie mogą zmieniać decyzji prokuratora – to esencja nowej publikacji IPN. Należy ją czytać następująco: wnioski Olszewskiego zostaną w mocy, żeby nie było nowych skandali, tymczasem jednak my nadal będziemy promować „Burego” jako bohatera.
Nie tylko zresztą jego. IPN zaprasza również na odsłonięcie kolejnego pomnika „Łupaszki” – w opisie wydarzenia dwa razy pada „jeden z najwybitniejszych”. Dlaczego dla historyków to postać kontrowersyjna, a części obywateli Polski kojarzy się raczej z przelaną krwią? Znowu się nie dowiemy.

Głos lewicy

Czarzasty w Hajnówce

Przełom stycznia i lutego 1946 roku był tragiczny dla prawosławnych mieszkańców wsi: Zaleszany, Puchały Stare czy też Zanie. Wtedy to oddział „Burego” zamordował 79 osób, w tym również i dzieci. Coroczne marsze „patriotycznych” organizacji w Hajnówce są nie tylko demonstracją pogardy dla ofiar tej zbrodni, ale także przypominają o obecności w bliskim sąsiedztwie tych, którym imponują dokonania Romualda Rajsa „Burego”. Sprzeciwiamy się zakłamywaniu historii i bezkrytycznemu gloryfikowaniu Żołnierzy Wyklętych. W proteście przeciwko marszowi Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce protestowali m.in. Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, Piotr Kusznieruk, przewodniczący podlaskiej Rady Wojewódzkiej SLD oraz Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa Sojuszu, a także Adrian Zandberg z Partii Razem.
Podczas spotkania z dziennikarzami Włodzimierz Czarzasty powiedział: Powinniśmy tu przyjeżdżać co roku i mówić prawdę na temat temat wydarzeń, w których udział brali Żołnierze Wyklęci. Według nas część Żołnierzy Wyklętych walczyło o Polskę i o swoje ideały oraz wartości, i mieli prawo walczyć o swoją wizję Polski. Sojusz Lewicy Demokratycznej uważa, iż wśród nich było wielu bandytów, morderców, złodziei. Motywacje do popełniania zbrodni były różne: nienawiść do Żydów, czy też nienawiść do osób o wyznaniu prawosławnym. Zbrodnie te pociągały za sobą totalne absurdy, takie jak śmierć dzieci, kobiet, czy też śmierć osób niezaangażowanych w jakąkolwiek politykę. Zbrodnia też jest zbrodnią, jeżeli ktoś jest zaangażowany w politykę. PiS wykorzystuje Żołnierzy Wyklętych do budowania nowej historii, w której nie ma miejsca dla innych formacji, które walczyły o Polskę: Armii Krajowej, Armii Ludowej, czy też Batalionów Chłopskich. Dla matki, która płacze po synu nie ma różnicy w jakiej formacji służył.
Jestem tu i będę przyjeżdżał tu co roku, podobnie jak do Zaleszan, aby przypominać o tych zbrodniach. Morderstwo trzeba nazywać morderstwem, gwałty trzeba nazywać gwałtami, a złodziejstwo trzeba nazywać złodziejstwem. Będę przyjeżdżał po to, aby ludzie wiedzieli, że jest również inne zdanie na temat Żołnierzy Wyklętych.
To co teraz powiem, może się nie spodobać wielu moim koleżankom i kolegom, kilka lat temu Sejm przyjął ustawę o ustanowieniu w dniu 1 marca święta Żołnierzy Wyklętych. Za tą ustawą głosowało wielu posłów SLD, za co przepraszam. Uważam, że to była nierozsądna i głupia decyzja.
Info: sld.org.pl

Chronią pamięć mordercy

Nie milkną echa kuriozalnych usprawiedliwień białostockiej prokuratury w sprawie umorzenia śledztwa w sprawie propagowania faszyzmu.

 

Chodziło o uczestników III Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce w lutym 2018 roku (strajk.eu pisał o tym tutaj), zorganizowanego przez skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne organizacje takie jak ONR, Patriotyczna Jagiellonia, Narodowa Hajnówka, Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”. Jego uczestnicy nieśli symbole jednoznacznie w przestrzeni publicznej kojarzone z ideami faszyzmu: krzyże celtyckie, symbole Falangi, trupie główki takie same, jak ten noszone formacje SS. Marsz za głównego swojego bohatera wziął Romualda Rajsa „Burego”, odpowiedzialnego za mordy na ludności cywilnej.
Podczas samego marszu organy państwa nie reagowały na używaną przez jego uczestników symbolikę, więc Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar złożył w marcu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstw podczas przejścia prawicowców, a mianowicie publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i znieważenia osób wyznania prawosławnego z Hajnówki. Policja umorzyła postępowanie, prowadzone pod nadzorem prokuratury we wrześniu tego roku. Prokuratura tę decyzję policji zaakceptowała trzy dni później. Teraz przyszedł czas na wyjaśnienia tej kuriozalnej decyzji, zaskarżonej zresztą przez RPO.
Prokurator rejonowy Karol Radziwonowicz uznał, że „Bury” był „postacią niejednoznaczną”, powołał się na jego rehabilitację przez sąd w 1995 roku. A skoro był niejednoznaczną postacią, to nie można go przedstawiać w sposób jednoznacznie negatywny. Zaś co do symboli, to cóż, trupia główka była elementem odznaki podziemia polskiego, a nie wiadomo jaki miała mieć kształt, więc nie można tez uznać, że to chodziło o symbol SS, krzyż celtycki zaś nie musi być symbolem rasistowskim, powołała się prokuratura białostocka na wyrok sądu z Warszawy, wprawdzie już dawno zakwestionowanego, ale to przecież nie szkodzi.
Wydaje się, że po uzasadnieniu, że swastyka jest hinduistycznym symbolem szczęścia, białostocka prokuratura chce przejść do historii jako ślepa na oczywiste fakty struktura wymiaru sprawiedliwości.