Lizaki i landrynki

Wszystko może okazać się bronią, aby dziecko omamić i skazać na cierpienie. Zabójcze mogą być nawet lizaki i cukierki.

Niepozornie wyglądający oficer NKWD znęcił dziewczynkę lizakiem, żeby nieświadomie wydała swego ojca. Potem go zabił. Komendant Wiesiołowski z granatowej policji w Biłgoraju rozdawał polskim dzieciom cukierki za odnalezienie dzieci żydowskich. Potem je zabijał.
Anonimowy oficer NKWD to postać fikcyjna z przejmującej powieści ukraińskiej pisarki Marii Matios „Słodka Darusia”. Komendant Wiesiołowski to postać z krwi i kości – jego przerażające czyny opisał w swoim wspomnieniu leśniczy Jan Mikulski.
Słodka Darusia
We wsi nazywali ją słodką Darusią. Może przez jej strach przed słodyczami. Sąsiedzi uważali ją za głupią. Bo od czasów wojny nie mówiła. Tę zagadkę zawiązanych ust nie od razu rozwiązuje Maria Matios, autorka najsłynniejszej powieści ukraińskiej XXI wieku. Powieść zdobyła wiele prestiżowych nagród, weszła do lektur szkolnych, jej adaptacje trafiły na deski kilku scen.
Ukazała się także po polsku w tłumaczeniu Anny Korzeniowskiej-Bihun (2010). Stała się też materiałem monodramu „Słodka” Marty Pohrebny. Jego reżyserka, Małgorzata Paszkier-Wojcieszonek o bohaterce powieści mówiła tak: „Darusia jako dziecko zdradza naiwnie informację o swoich rodzicach. NKWD-zista wyciąga z Darusi niezbędną informację, darując dziecku słodki lizak. Potem zabija jej ojca, a matka popełnia samobójstwo. Obejmując nogi martwej matki, Darusia krzyczy „Mamo!!!” i traci głos”.
Maria Matios maluje losy swojej bohaterki na przestrzeni wielu lat: przed wielką wojną, w jej trakcie i w latach 70. ubiegłego wieku. To opowieść o innych, mniej widocznych ofiarach wojny, tych, którzy nie zginęli, ale których życie się skończyło. Wszystko za sprawą lizaka, słodkiego czerwonego kogucika, którym zwiedziona, Darusia wyznała szczerze wszystko, co wiedziała o gościach tatusia. Bezwiednie zaprowadziła rodziców na śmierć. W takiej zatrważającej metaforze Maria Matios zawarła losy Ukrainy.
Zabawa w chowanego w Biłgoraju
„Podobne sceny odnotował w swoich wspomnieniach leśniczy Jan Mikulski, który pojawił się w Biłgoraju 2 listopada 1942 roku, żeby wypłacić z banku pieniądze dla robotników leśnych. Tego właśnie dnia, jak się dowiedział, likwidowano biłgorajskie getto: „Na ulicach, wolnych placach i ogródkach leży wiele trupów kobiet i dzieci. Komendant polskiej policji Wiesiołowski, otoczony kilkudziesięciu dzieciakami w wieku od 6-12 lat przeszukuje podwórka, strychy, piwnice i komórki. Za każde znalezione [i – J.G.] przyprowadzone dziecko żydowskie rozdaje polskim dzieciom landrynki. Małe żydowskie dzieci łapie za kark i strzela małokalibrowym rewolwerem w głowę”.
Cytat ten przywołuję za książką Janą Grabowskiego „Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów” (2020). Wiele w niej podobnych świadectw. Tak wiele, że nawet niektórzy recenzenci wytykali autorowi, że książkę czyta się jak reportaż, że przypomina reportaż, choć jednocześnie spełnia wszelkie wymagania historycznej pracy naukowej.
Przetrząsanie archiwów
Książka Grabowskiego to praca pionierska. Jej wewnętrzny recenzent, profesor Marcin Zaremba (UW) oceniał, że „jego książka to najważniejsza pozycja od czasów „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa”. Tak wysoka ocena tej pracy w dziedzinie badań dziejów Zagłady wynika w dużej mierze z faktu, że wypełnia ona białą plamę w dotychczasowych badaniach. Nie było bowiem żadnego poważniejszego opracowania, ujmującego tak wielostronnie rolę polskiej policji granatowej i kryminalnej w „ostatecznym rozwiązaniu”. Co więcej, jeśli w ogóle wspominano o związku policji granatowej z niemieckimi zarządzeniami i działaniami przeciw Żydom, to raczej sugerowano, że granatowi wyciągali pomocną dłoń, a nie dłoń po sowite łapówki, a często dłoń z bronią gotową do strzału.
Autor przetrząsnął archiwa, sięgając po zachowane materiały policyjne, niekiedy bardzo precyzyjnie opisujące poszczególne zdarzenia, jak poszukiwanie i zatrzymanie Żydów, liczba oddanych strzałów, czasem nazwiska ofiar. Sięgnął także po raporty niemieckie, książki i wspomnienia niepublikowane, informacje prasowe. Mimo że archiwa zostały w dużej mierze przetrzebione przez sprawców zbrodni i gwałtów, to co udało się profesorowi Grabowskiemu zebrać, wystarczy, aby wyrobić sobie pewność o sprawczym udziale w Zagładzie granatowych i kryminalnych, a także strażaków z Ochotniczych Straży pożarnych (i wielu samorzutnie działających cywilów).
Autor ukazuje ten udział jako postępujący proces, rozwijający się w ciągu lat okupacji – od początków stosunkowo „niewinnych” zadań „porządkowych” (pilnowanie noszenia gwiazdy Dawida), przez nasilający się nadzór granatowej policji nad gettami, a potem pośredni bądź bezpośredni udział w ich likwidacji, aktywne wyłapywanie ukrywających się po aryjskiej stronie, po gwałty, rabunki i morderstwa w biały dzień, niekoniecznie na życzenie Niemców. Profesor Grabowski zauważył rosnącą rolę policji granatowej w ciągu tych lat, ale też w zależności od położenia posterunku na prowincji, gdzie nierzadko polscy policjanci działali bez bieżącego nadzoru niemieckiego. Prowadzili wtedy akcje przeciw Żydom na własną rękę – i nie tyko chodziło o ewentualne łupy.
Jak to się stało?
Jednym z motywów podjęcia się tej gigantycznej pracy było dla autora pragnienie odnalezienia szyfru, który sprawiał, że przeciętny, zwyczajny człowiek stawał się brutalnym grabieżcą i mordercą. Trudny przecież do zrozumienia jest mechanizm przyzwolenia na zbrodnie, bez wyraźnego stawienia czoła prawdzie o zakorzenionym szeroko antysemityzmie, o złowrogiej roli kościoła katolickiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich, które ukorzeniały w polskiej świadomości żywiołową niechęć do Żydów. Bez tego tła, nie sposób pojąć, jak ludzie stawali się drapieżcami, polującymi na sąsiadów, często kolegów ze szkolnej ławki.
„Przystępując do pisania tej książki – pisał na zakończenie Jan Grabowski – pragnąłem znaleźć odpowiedź na pytanie, które trapi historyków zajmujących się historią ludobójstw. Nie tylko historyków Zagłady, lecz także badaczy zajmujących się wyniszczeniem Ormian czy też wymordowaniem Tutsich. Pytanie jest proste: dlaczego i w jaki sposób z pozoru normalni ludzie przekształcają się w masowych morderców? Przeglądając dziesiątki tysięcy stron archiwalnych dokumentów, słuchając nagranych relacji, czytając książki i artykuły poświęcone tej tematyce, miałem nadzieję, że z czasem zbliżę się do znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie (i wielu innych) pytanie. Niestety w miarę postępu lektury i namysłu cel się oddalał”.
Potępienie i hołd
„15 sierpnia 1944 Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego rozwiązał granatową policję, uznając ją za formację kolaborancką, pozostającą na usługach wroga”. Ale nowe władze nie wykazywały szczególnej aktywności w wymierzaniu sprawiedliwości polskim prześladowcom Żydów. Większość kary uniknęła.
13 listopada 2012 podczas uroczystości odsłonięcia obelisku [na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Płaszowie] upamiętniającego granatowych policjantów rozstrzelanych przez Niemców jesienią 1943 roku przedstawiciel stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939” mówił: „Cieszymy się, że dożyliśmy chwili, w której możemy przywrócić dobre imię granatowym policjantom. Wymazujemy białą plamę służby granatowego policjanta, uzupełniamy ją o ich bohaterskie czyny i walkę z okupantem w podziemnych strukturach ZWZ AK. Dziś przywracamy im pamięć, składamy im hołd”.
Części z nich, ale nie całej formacji, na pewno hołd się należy. Jaka to część, trudno wyliczyć i pewnie nigdy się tego nie dowiemy. To zresztą jeden z niemądrych powtarzanych zarzutów przeciw Grabowskiemu, który nie ujął zbrodni granatowych statystycznie. Rzecz w tym, że to zadanie niewykonalne wobec stanu archiwów i braku świadków.
„NA POSTERUNKU. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów”, s. 429, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Poseł Konieczny gromi Konfederację

Drakońskie prawo antyaborcyjne, czy raczej antykobiece, nie było jedynym projektem rozpatrywanym przez Sejm 14 i 15 kwietnia. Wróciła również forsowana przez Konfederację sprawa tzw. ustawy 447 i wizje odszkodowań, jakich za chwilę zażądają od Polski organizacje żydowskie. Poseł Lewicy przy tej okazji obnażył hipokryzję konfederatów. Udowodnił, że wcale nie leży im na sercu los lokatorów, którzy mogą zostać eksmitowani z reprywatyzowanych budynków. Przypomniał także, kto obiecał Polakom ustawę reprywatyzacyjną i do tej pory nie dotrzymał słowa.

Przedstawiamy całość przemówienia Macieja Koniecznego.

Panowie z Konfederacji zaraz będą tłumaczyć, że amerykańska ustawa stanowi wielkie zagrożenie dla Polek i Polaków. Będą straszyć, że zaraz przyjadą Żydzi i zaczną zabierać domy. Może tego nie wiecie, panowie z Konfederacji, ale w Polsce od wielu lat wyrzuca się ludzi z domów. I nie potrzeba do tego żadnej uchwały amerykańskiego senatu. Robią to od lat Polacy, na mocy polskiego prawa i wyroków polskich sądów. To nie 447. To się, szanowni Panowie, nazywa reprywatyzacja. Tym się jakoś nie zajmujecie. Bo to nie o ludzką krzywdę wam chodzi. Wam chodzi po prostu o szczucie na obcych.

To, co przyjmuje amerykański parlament, nie rodzi dla Polski żadnych skutków prawnych. Jesteśmy niepodległym krajem, a nie amerykańską kolonią. O polskim prawie nie decyduje ani amerykański senat ani rosyjska duma tylko polski Sejm! Wydaje mi się, że posłowie Konfederacji, po kilku miesiącach w Sejmie, powinni już o tym wiedzieć. Polska nie będzie zwracać żadnego mienia bezspadkowego, bo nie ma do tego żadnej podstawy prawnej. Kwestia roszczeń obywateli amerykańskich została rozstrzygnięta w 1960 roku w ramach umowy pomiędzy USA, a Polską Ludową. Koniec, kropka.

Skrajna prawica chce rozpętać antysemicką kampanię. Nie powinno to dziwić. Jednym z inicjatorów projektu jest były szef ONR. To środowisko od ponad stu lat kultywuje antysemickie obsesje. Straszenie Żydami, którzy rzekomo idą ograbić Polskę, doskonale się w to wpisuje. Nacjonalistyczne szczucie już nie raz doprowadziło do zbrodni. Tak było, gdy po podłej nagonce nacjonalista zamordował prezydenta Narutowicza! Tak było, gdy ONR-owcy podburzali do pogromów ludności żydowskiej. Tak było, gdy nacjonaliści kolaborowali z hitlerowcami, urządzali polowania na Żydów. Inicjatorzy tego projektu stają dziś w jednym rzędzie z tamtymi siewcami nienawiści.

Przepraszam, ale nie jestem w stanie uwierzyć, że panów z Konfederacji interesuje los eksmitowanych rodzin, ofiar reprywatyzacji. Przecież dla was najważniejsze jest święte prawo własności i pieniądz! Bez mrugnięcia okiem podpisalibyście się pod wyrzucaniem na ulicę rodzin z małymi dziećmi czy chorych emerytów. Dzika reprywatyzacja trwa od lat! Gdzie byliście, kiedy lewica społeczna i ruchy lokatorskie walczyły o prawo do dachu nad głową, o ludzką godność, o elementarną sprawiedliwość? Gdzie byliście, gdy blokowaliśmy eksmisje? Nie widziałem was tam!
Pamiętam za to dobrze wilgotne, zarobaczone baraki na Przeworskiej, do których wyrzucało się ludzi w rządzonej przez Platformę stolicy. Tzw. “pomieszczenie tymczasowe” – trafiasz tam na trzy miesiące, a potem na ulicę, a władza umywa ręce. Pamiętam też świetnie, że wam wtedy nie przeszkadzały baraki na Przeworskiej. Pewnie nawet nie wiedzieliście o ich istnieniu. Wam wtedy przeszkadzała tęcza na Placu Zbawiciela!

Jesteście tchórzami. Jedyne na co was stać to szczucie na słabszych i walka z wymyślonymi wrogami. Do realnej obrony ludzi, do postawienia się prawdziwej mafii potrzeba odwagi. Potrzeba odwagi spalonej żywcem przez mafię Jolanty Brzeskiej, odwagi Piotra Ikonowicza, odwagi Ewy Andruszkiewicz, odwagi Piotra Ciszewskiego, odwagi Janusza Baranka, odwagi Jana Śpiewaka, odwagi Beaty Siemieniako, odwagi Jakuba Żaczka i setek innych. Zamiast zajmować się obsesjami prawicy, Sejm powinien raz na zawsze przeciąć kwestię reprywatyzacji. Na to jednak rządzącym zabrakło odwagi. Dobrze pamiętamy jak wiceminister Patryk Jaki z dumą prezentował założenia ustawy reprywatyzacyjnej. Gdzie jest ta obiecywana ustawa, panowie i panie z Prawa i Sprawiedliwości? Czy znowu oszukaliście ludzi? Czego się boicie? Czyje interesy chronicie? Dziś Patryk Jaki jest w Brukseli, a ustawy nie ma. Czemu tak nagle zabrakło wam odwagi?

Nam odwagi nie zabraknie. Tę sprawę trzeba w końcu przeciąć. Dlatego Lewica złoży w sejmie ustawę reprywatyzacyjną, która raz na zawsze zakończy kwestię roszczeń. Wtedy, podczas głosowania, będziemy mogli wszyscy się przekonać, kto stoi po której stronie. Po stronie lokatorów, czy po stronie mafii reprywatyzacyjnej.

A co do tego antysemickiego gniota, którym dzisiaj zajęto uwagę wysokiej izby, lewica będzie oczywiście głosowała za skierowaniem go tam, gdzie jest jego miejsce – na śmietnik.

Powikłane związki

Nie mam wątpliwości, że teatr żydowski jest częścią kultury polskiej” – pisała w niedawno wydanej fundamentalnej księdze o teatrze polskim i żydowskim „Polska Szulamis” profesor Anna Kuligowska-Korzeniewska.

Tym właśnie tomem studiów o teatrze polskim i żydowskim, opublikowanym przez Akademię Teatralną, potwierdza żywotność tych związków, choć obarczonych licznymi dowodami demonstrowanej niechęci albo obojętności. Ubolewał nad takim stanem relacji Tadeusz Żeleński-Boy, tak pisząc po obejrzeniu pokazywanego gościnnie w Warszawie (1928) spektaklu Trupy Wileńskiej „Baj nacht ijfn ałtn mar” („Nocą na starym rynku) Icchoka Pereca:
„Czy to ma jaki sens, aby żyjąc obok siebie tak mało wiedzieć o sobie, tak zupełnie się nie znać? Grywa się u nas sztuki z całego świata, często błahe i liche, a nie czynimy absolutnie nic dla poznania duszy narodu, z którym jest nam przeznaczone współżycie. Czy nie warto by w teatrach polskich pokazać paru reprezentatywnych utworów żydowskich? Bodaj tej „Nocy na starym rynku” posłuchałbym z wielką satysfakcją”.
Autorka podzielając opinię Boya, że to nie ma sensu „aby żyjąc obok siebie tak mało wiedzieć o sobie”, z pasją oddaje się od wielu lat badaniom związków polsko-żydowskich w teatrze, ustalaniem historii narodzin i rozwoju scen żydowskich, analizą utworów dramatycznych pisanych przez Żydów i Polaków, ukazujących wzajemne relacje i wielu innym szczegółowym badaniom historycznym. Jak widać, przez lata powstało niemało studiów autorki, które złożyły się na tę imponujących rozmiarów księgę (ponad 600 stron druku). W dodatku księgę bogato ilustrowaną zdjęciami aktorów, afiszów teatralnych, budynków, w których odbywały się spektakle.
Zgromadzone studia podzieliła Anna Kuligowska-Korzeniewska na cztery działy: „Przeszłość i teraźniejszość”, „Łódź”, „Zagłada”. „Po polsku”. Już same tytuły tych działów tematycznych określają ich zawartość. Pierwszy zawiera studia uporządkowane historycznie, drugi skupia się na ukochanej Łodzi pani profesor, trzeci opisuje dramatyczne dzieje teatru w getcie łódzkim i żydowskim, a na koniec autorka bada polskojęzyczne losy czołowych dramatów żydowskich.
Pierwsza część, zatytułowana „Przeszłość i teraźniejszość” to sekwencja szkiców poświęconych wybranym bohaterom sceny żydowskiej w Polsce, teatralnym relacjom polsko-żydowskim i najważniejszym instytucjom, w tym polskiemu Państwowemu Teatrowi Żydowskiemu. Szkic otwierający ten dział – „Teatr żydowski na ziemiach polskich (do roku 1939)” – to zwięzła prezentacja nienapisanej jeszcze historii polskiego teatru żydowskiego. Nie sposób przecenić zasług autorki, która zbiorem „Polska Szulamis” uczyniła znaczący krok w stronę powstania w przyszłości syntezy historycznej. Warto przypomnieć, że ma także wraz z prof. Małgorzatą Leyko na swoim koncie zbiór „Teatr żydowski w Polsce” (1998), opracowała też plon konferencji „Teatralna Jerozolima. Przeszłość i teraźniejszość” (2006), publikując zbiór referatów w książce pod tym tytułem. Zanim narodzi się synteza, to panorama dziejów teatru żydowskiego w Polsce do roku 1939 może taką funkcję spełniać.
Autorka przypomina z jakimi przeciwnościami musieli się zmagać pionierzy teatru żydowskiego. Po pierwsze, konfrontowali się z niechętnym stosunkiem ortodoksów żydowskich przeciwnych teatrowi w ogólności. Po drugie, narażeni byli na ataki purystów języków, dla których jidisz, nazywany żargonem nie miał prawa kulturalnego obywatelstwa, Po trzecie, zderzali się z polityką zaborcy, niechętnie zezwalającemu na występy teatralne w „żargonie” (często dla niepoznaki nazywanych żargonem „niemiecko-żydowskim” przez antreprenerów ubiegających się o zgodę na dawanie przedstawień w zaborze rosyjskim). Po czwarte wreszcie, borykali się z repertuarem, zwykle korygowanym „w dół” przez niewyrobioną publiczność i jej niewyszukany gust, a dobierając repertuar pod jej gust, narażali się na kpiny prasy, nieoszczędzającej wytwórców kiczu. Na koniec okazywało się, że interes nie wychodził, czasem dyrektorzy znikali z resztkami kasy, zostawiając swoich aktorów na lodzie albo wszyscy razem głodowali. Opisy tych zmagań przypominają bez mała akcję powieści przygodowych, pełnych zwrotów sytuacji, nieoczekiwanych zwycięstw i klęsk.
W jeszcze większym stopniu praca badaczki przypomina trud detektywa w studiach poświęconych narodzinom pierwszych przedstawień polskich, niemieckich i żydowskich w Łodzi. Wiele materiału źródłowego uległo zniszczeniu, cześć informacji pochodzi więc siłą rzeczy z drugiej ręki, z ocalałych okruchów, ze wspomnień albo marginalnych zapisów w dokumentach pochodzących z innych zupełnie miejscowości, czasem napomknięć w gazetach. Toteż po większości aktorów-pionierów, którzy próbowali swych sił w robotniczej Łodzi pozostało tylko nazwisko albo anonimowy ślad pobytu. Autorka sięgając po statystyki demograficzne i ekonomiczne z połowy XIX wieku, pokazuje, jak niezwykle niesprzyjająca teatrowi panowała tu sytuacja – przede wszystkim brakowało polskiej inteligencji, wśród mieszkańców początkowo dominowali Niemcy. Pierwsze pokazy kończyły się więc finansową klapą. Z czasem dopiero udawało się zaprezentować polskie przedstawienie, któremu frekwencję zapewniała w znacznej mierze publiczność żydowska. Badaczka, związana emocjonalnie z Łodzią, nie szczędziła wysiłku, aby wiarygodnie odtworzyć heroiczne dzieje narodzin teatru w ośrodku produkcji i handlu włókienniczego.
Szczególny charakter mają szkice poświęcone teatrowi żydowskiemu w czasach zagłady – autorka opisuje i analizuje spektakle za murami getta, w tym fenomen teatrów grających w języku polskim. Kluczem do rekonesansu po teatrach, rewiach i kabaretach getta warszawskiego są dramaty. Po pierwsze, Jerzego Jurandota „Miłość szuka mieszkania”, którą Jurandot wystawił w teatrze Femina (1942); była to pierwsza komedia „dzielnicowa”, o miłości za murami, utwór powstały w czasach zagłady i próbujący się tej zagładzie przeciwstawiać. Po drugie, dramaty Jacka Burasa („Gwiazda za murem”) i Henryka Grynberga („Kabaret po tamtej stronie”), już z perspektywy powojennej odtwarzające (nie bez patosu) emocje towarzyszące teatralnej twórczości w getcie.
Pora wyjaśnić tytuł zbioru studiów Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej. Kim jest owa Szulamis? W dodatku polska. Rzecz idzie o najpopularniejszą spośród 60 sztuk Abrahama Goldfadena – melodramat „Szulamis, córka jerozolimska” (1881), którego prapremiera miała miejsce w Odessie. To rodzaj operetki, której wątek został zaczerpnięty z biblijnej „Pieśni nad pieśniami” – historia miłosna tytułowej Szulamis i Absaloma, którzy poprzysięgli sobie wierność po grób. Mężczyzna jednak przysięgi nie dotrzymał, poślubił inną, ale dzieci z tego związku zginęły śmiercią tragiczną. Wtedy wiarołomny Absalom odnajduje Szulamis i dawni kochankowie biorą ślub pod palmami. Obok romantycznego wątku utwór zawierał zapowiedź syjonizmu, rozbudzał uczucia patriotyczne. Łączył malowniczość, egzotykę, melodramatyczne napięcie z ideą odrodzenia wspólnoty państwowej.
Kiedy Goldfaden zjechał do Warszawy, pokazywał swoją operetkę historyczną z ogromnym powodzeniem kilkadziesiąt razy. Nasilające się jednak zakazy używania „żargonu żydowskiego” zmusiły go do wyjazdu. Wtedy przyszedł czas na premierę w języku polskim (1887). Na widowni spotkała się publiczność żydowska, głównie inteligencja, i polska. Niektórzy badacze – jak zauważa autorka – uważają, że gdyby carski zakaz grania w jidisz utrzymał się dłużej (został zniesiony w roku 1905), powstałaby polskojęzyczna dramaturgia żydowska, publiczność żydowska bowiem już w teatrze zasmakowała. Tak czy owak, polska Szulamis (albo Sulamita) zrobiła furorę i kasę, co przy znanych kłopotach trup grających nieco ambitniejszy repertuar żydowski warte jest szczególnego odnotowania.
Autorka śledzi recepcję „polskiej „Szulamis”, tropiąc kolejne wystawienia i tournée. Co ciekawe, mimo wielkiego powodzenia sztuki (a może właśnie dlatego) nie zachował się ani jeden egzemplarz polskiego przekładu. Nie ulega przy tym wątpliwości, że ta historyczna operetka odegrała wielką rolę w zbliżaniu obu narodowości, wypełniających widownię: „Obie narodowości – konkludowała badaczka – zaspokajały dzięki „Szulamis” swoje potrzeby emocjonalne i estetyczne. Ten widowiskowy melodramat Goldfadena można uznać za idealny przykład teatru popularnego w końcu XIX wieku”.
W szkicach pomieszczonych w tomie „Polska Szulamis” znaleźć można wiele innych ciekawych wątków, m.in. zarys dziejów Państwowego Teatru Żydowskiego, dopełniony osobnymi tekstami o wybranych dramatach. Jedno jest pewne – autorka dotrzymała obietnicy wyrażonej we wstępie do swojej książki: „Redagując na nowo i uzupełniając rozprawy wyznaczyłam podstawowy cel tej książce: ukazanie złożonych stosunków polsko-żydowskich, dla których dramat i teatr były i są do dzisiaj czułym zwierciadłem”.

POLSKA SZULAMIS. Studia o teatrze polskim i żydowskim Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej, Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza, Warszawa 2018

My, Polacy i Żydzi

W moim rodzinnym mieście, Sokołowie Podlaskim, blisko połowa mieszkańców była narodowości żydowskiej. Żyliśmy zgodnie, bez konfliktów. Do czasów mojego dzieciństwa, do 1939 roku, liczyło ono 14-15 tysięcy mieszkańców, w tym sześć tysięcy Żydów. Ich potomkowie mieszkali tu od wielu wieków. Król Kazimierz przyjął ich, kiedy byli pozbawieni prawa pobytu na terenach niemieckich. Innych także, m.in. z Hiszpanii i Belgii. Tu, w Polsce, budowali swoje domostwa i różne warsztaty pracy.

Na naszej ulicy Lipowej mieszkały dwie rodziny Rozensztajnów, braci. Jednego imię pamiętam – Haim. Miałem kolegów pochodzenia żydowskiego w szkole podstawowej, w pierwszej klasie w 1938-1939 siedziałem w jednej ławce z Arbuzem. Był otoczony koleżankami niemal zawsze w czasie przerw, darzyły go dziecięcą sympatią. Był ładnym chłopcem.
Pożyczymy ci, zarobisz
Mój tata miał różne handlowe interesy: krowy, konie. Gdy miał kłopot finansowy, słyszałem słowa pana Haima: Janek, co ty się martwisz, pożyczymy ci, zarobisz, to nam oddasz z procentem. Tata spłacał długi żydowskim sąsiadom. Wśród nich było wielu kupców. Byli dzierżawcami sklepów w sukiennicach, których właścicielem był znany bogacz, ziemianin p. Malewicz.
W innych miasteczkach powiatu sokołowskiego, np. w Kosowie Lackim, znaczny procent ich mieszkańców było także narodowości żydowskiej. Nie pamiętam i nie widziałem większych konfliktów oraz złych relacji żydowsko-polskich.
Może i były, ale miały one jednostkowy zakres. Nie było oznak antysemityzmu i nienawiści do Żydów, jak próbują światu i nam udowadniać niektórzy politycy. Właściwie słowo antysemityzm, pojęcie nienawiść do Żydów nie były w obiegu publicznym, w relacjach naszych mieszkańców. Byłem w takim wieku dziecięcym, w którym komputery biologiczne już rejestrują informacje oraz różne zdarzenia, które się widziało i obserwowało.
Chodziłem z mamą i tatą do żydowskich sklepów. Byli konkurencyjni wobec sklepów, których właścicielami byli Polacy. Niższe ceny towarów, można też było się potargować i kupować na tzw. zeszyt. Słyszałem wielokrotnie słowa: pani Paulino, będzie pani miała pieniądze, to mi pani odda. Ubrania nasze też szył krawiec Żyd, bo był tańszy. Można było nawet zapłacić za usługi krawieckie w ratach.
Rodziny polsko-żydowskie znały się od kilkudziesięciu lat. Byli czasami mieszkańcami jednego domu lub sąsiadami ich posesji. Nikt w moim mieście nie mówił: nasze kamienice, wasze ulice. Takiego zjawiska nie było w małych miasteczkach całego powiatu.
Nasza sokołowska rzeczywistość oraz relacje polsko-żydowskie uległy zmianie w czasach dramatyzmu ludności żydowskiej po wkroczeniu okupanta niemieckiego. Zlikwidowano szkoły średnie. Jeśli ktoś miał radio, musiał je oddać już w pierwszych dniach okupacji władzom niemieckim pod groźbą kary.
Szkoła w baraku
Siedziby szkół i budynki murowane zajęte zostały przez administrację okupanta i wojsko. Gestapo i żandarmeria wojskowa rozpoczęły aktywną działalność przeciw Polakom i Żydom. Okupant pozwolił tylko na utworzenie jednej szkoły podstawowej w barakach, w których uczyło się około 800 uczniów, w tym niżej podpisany. Naszym współmieszkańcom w ogóle nie pozwolono się uczyć, nawet czytać i pisać.
Nie było ani jednego Żyda wśród nas, uczniów, dzieci wojny. To było w planach panów, przedstawicieli rasy germańskiej. Przeto był ostry zakaz uczenia dzieci żydowskich, no bo byli i tak skazani na zagładę przez rasistowskich ideologów. Polacy natomiast mogli się tylko uczyć pisać i czytać oraz przysposabiać do pracy w firmach niemieckich. Była to odpowiednio zaprogramowana polityka oświatowa, która miała zniszczyć polską inteligencję, ludzi wykształconych.
Mając osiem lat, trudno było zrozumieć, dlaczego moi koledzy narodowości żydowskiej nie mogli się uczyć, chodzić do szkoły. Rodzice próbowali mi wyjaśnić, dlaczego kolega, wyższy nieco ode mnie, nie przychodził do szkoły. A był to dopiero pierwszy etap tego najgorszego, zaplanowanego dzieła niemieckiego.
Młodzi Żydzi z pałkami
Wstęp do całkowitej zagłady narodu żydowskiego. Niejako etapami zaostrzali represje wobec Żydów po to, by było ich łatwiej unicestwić i przesiedlić do zamkniętego obszaru getta.
Było to jakże antyhumanitarne, nieludzkie. Przesiedlono nie tylko mieszkańców naszego miasta, lecz także tych z pobliskich miejscowości, wiosek. Do jednego mieszkania, w którym dotychczas mieszkała jedna rodzina, wprowadzono kilka rodzin, w tym starców i dzieci. Polskie rodziny, które dotychczas mieszkały na terenie getta, wysiedlono do domów poza jego terenem.
Strażnikami wejścia i bramy wjazdowej byli młodzi Żydzi z pałkami i opaskami na rękawach. Policji granatowej nie widziałem. Robili z tych pałek czasem użytek, okładając swoich braci po plecach.
Co się działo za tymi drutami kolczastymi? To było coś strasznego, zwłaszcza dla oczu nas, niepełnoletnich dzieci. Wiedzieliśmy o warunkach życia mieszkańców tego jakże nieludzkiego osiedla. Głód, choroby, zgony, błagania o kawałek chleba czy kartofle. Istniał zakaz kupowania żywności, nawet ziemniaków. Słyszałem co mówili znajomi Żydzi, którym późnym wieczorem udało się przyjść do naszego mieszkania. Nasz dom był oddalony o kilkaset metrów od getta.
Rzuciła się na jadło
Wielu mieszkańców mojego miasta udzielało pomocy, dzieląc się tym, co mieli. Ziemniakami, kaszą, chlebem, kawałkiem słoniny. Mówili mi o tym moi koledzy na spotkaniach podwórkowych. Przychodzili do nich ich znajomi zaprzyjaźnieni z rodzinami żydowskimi. Mówiliśmy o naszych kolegach po cichu, by nikt nie słyszał, bo już wiedzieliśmy, co grozi za udzielanie pomocy Żydom.
Nigdy nie zapomnę wieczoru wiosną 1943 roku. Miałem wówczas dwanaście lat. Siedzieliśmy całą ośmioosobową rodziną przy dużym stole jedząc fasolę z mlekiem. Tak się kiedyś jadło, ale i kartofle z wodą, nieodlewane, posolone szarą solą. Nagle otwierają się drzwi z tzw. sieni. Wchodzi kobieta.
Jak ona wyglądała? Niemal strach na ptaki. Była otulona zniszczoną odzieżą, wzbudzając litość. Na kuchni jak zwykle gotowały się obierki z kartofli dla świń i kur. Rzuciła się na to jadło dla zwierząt. Jadła gorące, połykając jak zwierzęta. Co to był dla nas za widok? Wszyscy byliśmy w stanie zamroczenia tym, co widzieliśmy. Nasza mama pierwsza zareagowała, odciągając ją od tego gorącego świńskiego jadła. Wzięła miskę, nałożyła fasoli i wlała mleka, a ojciec postawił taboret stojący pod ścianą. Siadła, Nie patrzyła na nas, lecz łapczywie połykała jadło, jakie było w misce.
Za drutami
To było coś przerażającego dla całej naszej rodziny. Gdy już zjadła, spojrzała na nas. Mama miała zwyczaj gotować w dużych naczyniach i jeszcze trochę tego naszego jadła było. Dołożyła jej do miski. Gdy już skończyła jeść, powiedziała kilka słów o tym, co się dzieje tam za drutami getta. Członkowie jej rodziny i inni umierali z głodu.
Ona od kilku dni nic nie miała w ustach. To, co mieli dali dzieciom. Wszystko, co było w jej domu sprzedała za żywność. Dzieci płaczą, proszą o kawałek chleba, którego nie ma. Nasz tata wstał i poszedł na strych. W worku przyniósł trochę mąki i kaszy. Prosiła o ziemniaki.
W kuchni była piwnica, w której właśnie je przechowywano. Ojciec ziemniaków nie żałował, bo było ich dużo. Uprawialiśmy je. Mąka, którą dał, była z własnego mielenia w młynku ręcznym. Były one niemal w każdej rodzinie, podobnie jak karbidowe lampy do oświetlania mieszkań. Dziękowała, chwytając za ręce tatę i całując je. Tata odciągnął ją od siebie.
Kto pomaga – będzie rozstrzelany
Na drugi dzień po tej wzruszającej wizycie naszej znajomej Żydówki najstarszy brat Józek przerzucił jej w umówione miejsce trochę jadła, jak to często robił, nie wiem, chociaż nie wolno było nam o tym wiedzieć z uwagi na bezpieczeństwo całej rodziny. Przypomnę, że obwieszczenia komunikowały, że kto pomaga Żydom, będzie rozstrzelany z całą rodziną. Nie byliśmy wyjątkiem w zakresie udzielania pomocy umierającym z głodu naszym współmieszkańcom.
Nagle stało się to najgorsze, czyli likwidacja sokołowskiego getta latem w 1943 roku. Parę dni przed jego likwidacją dotarła do gminy żydowskiej ta wiadomość, podobno od Ukraińca z batalionu pomocniczego garnizonu niemieckiego. Wielu Żydów uciekło do lasu oddalonego około pięciu kilometrów od miasta. Niemcy zorganizowali akcję propagandową, otaczając las i wzywając przez rozgłośnie do powrotu, gdyż miało to być nieprawdą, że mają być wywiezieni do obozu, i że jest to tylko propaganda bolszewików i polskich komunistów. Wracali.
Transport do zagłady
Tylko niektórzy pozostali w lasach sokołowskich. Władze gminy żydowskiej zebrały oszczędności i udały się do starosty Ernsta Gramssa. Oczywiście biżuterię przyjął, zapewniając, że nic im nie grozi, to tylko propaganda bolszewików. Ale już na drugi dzień rozkazał zlikwidować getto i transportować Żydów do obozu zagłady, w którym krematoria były przygotowane do masowego uśmiercania wszystkich Żydów. Na dworcu kolejowym czekały na nich transporty.
Nad ranem, była chyba piąta, usłyszeliśmy marsz żołnierzy niemieckich chodnikiem po obu stronach ulicy Lipowej. Szli w ciszy. Mama i tata stali w oknach. Cała nasza rodzina wybudziła się ze snu. – To już ich koniec, wszyscy zginą w Treblince niedaleko Sokołowa – powiedział tata.
Do tego niemieckiego obozu przywożono nie tylko Żydów z całej Polski, lecz też z innych państw, w tym sojuszników Niemiec – Rumunii, Węgier, Bułgarii i Francji, w której zarządzał z woli Niemiec rząd Vichy kolaborujący z Niemcami w przekazywaniu własnych obywateli narodowości żydowskiej, wiedząc, że będą oni wywiezieni do obozów zagłady. Widziałem łzy na twarzy mamy.
Ucieczki do ogrodów
Rodzice zakazali nam wychodzić z domu. Po krótkim czasie słychać było odgłosy strzałów i wybuchy granatów. Pojawiły się na naszej ulicy pierwsze kolumny zwarte otoczone żołdakami z bronią w rękach. Padły pierwsze strzały do tych, którzy próbowali ucieczki do ogrodów przylegających do domów. Szły cienie ludzkie, dzieci, niemowlęta na rękach matek, starcy prowadzeni przez młodszych.
Po obu stronach tego marszu śmierci szli ci, którzy mieli ich transportować do pieców krematoryjnych. W tym ludobójstwie brali także udział Ukraińcy, co potwierdzają wspomnienia wielu osób, a m.in. pana Pietrzaka, autora wielu książek wspomnieniowych o zagładzie sokołowskich Żydów. Ci Ukraińcy byli na służbie w batalionie pomocniczym wojsk niemieckich. Byli to żołnierze Armii Czerwonej, armii gen. Własowa, która po napaści Niemiec 22 czerwca 1941 roku zaniechała walki i wspierała wojska hitlerowskich Niemiec. Te kolumny szły na śmierć naszą ulicą przez kilka godzin na dworzec kolejowy, gdzie czekały na nich składy pociągów towarowych z okienkami z drutu kolczastego. Moja mama odważyła się wyjść przed dom, który był ogrodzony drewnianym płotem.
Padały strzały
Ja cichaczem stanąłem w pewnej odległości za nią. Słyszałem pożegnalne słowa naszych znajomych: pani Rozbicka, do widzenia, już się nie zobaczymy. Czyli już wiedzieli, jaki jest ich los. To moje oczy widziały, a uszy słyszały. To było już piekło dla tych ludzi tu na ziemi tylko dlatego, że urodzili się Żydami.
Padały strzały, byli ranni, zabici na naszej ulicy. Nie mogę tego zapomnieć, tak mocno tkwi to w mojej pamięci – młodej Żydówki wiszącej na płocie sąsiada po przeciwnej stronie ulicy, której ucieczka się nie powiodła. Seria pocisków niemieckiego żołdaka pozbawiła ją życia. Tata odciągnął mnie od tego dramatycznego wydarzenia, którego podstawą był zbrodniczy rozkaz Hitlera o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.
Miliony Niemców gorliwie wykonywało tę wolę swego wodza. Taka jest prawda. Te polowania na Żydów prowadzone były z dużą determinacją niemal do końca wojny. Gdy Niemiec spotkał Żyda na swojej drodze, likwidował go, mimo że był tylko sam, bez kolegów i przełożonych. W moim mieście wiele rodzin polskich poległo za przechowywanie i udzielanie pomocy Żydom. Zaświadczały o tym kikuty spalonych domów i wymordowanie całych polskich rodzin i przechowywanych Żydów.
Strych nad obórką
Do naszego domu po likwidacji getta, nocą zapukał młody Żyd, krawiec, który szył nam ubrania. Był w przerażającym stanie. Błagał, by go ukryć. Był cieniem człowieka. Tata zastanawiał się chwilę, gdyż wiedział, jak to niebezpieczne dla całej naszej rodziny. Po krótkiej rozmowie i nakarmieniu go wyszedł z nim.
Później dowiedziałem się, że ukrywa się w naszej małej obórce na strychu, gdzie było składowane siano. Tam przynoszono mu posiłki przez wiele tygodni. Kilka razy rodzice posyłali mnie z wiadrem niby z karmą dla świń. Wchodziłem do obórki i na widłach przez ukryty otwór podawałem mu jedzenie. Jak pamiętam, przebywał tam kilka tygodni. Dzień przed opuszczeniem tej kryjówki wyznał mi, że musi uciekać w nocy do lasu. Powiedział, że wie, co Niemcy robią z rodzinami, które ukrywają Żydów.
– Ja nie mogę tu przebywać – mówił – obok jest siedziba starosty niemieckiego Ernsta Gramssa oraz żandarmerii. Wasz dom w pobliżu tych instytucji może być szczególnie obserwowany. Nie mogę was narażać na to, co by się stało z wami, gdyby mnie tu odkryli.
Realna groźba
Po tej rozmowie na drugi dzień opuścił swoją kryjówkę. Moja rodzina nie była wyjątkiem w udzielaniu pomocy i schronienia Żydom. Było wiele takich rodzin nie tylko na naszej ulicy. A wiele całych rodzin utraciło życie. Takich miast jak moje było wiele w okupowanym kraju, miast i wsi. Ratowano życie naszych współmieszkańców i ginęli Polacy razem z nimi, gdy Niemcy odkryli ich kryjówki.
Po latach pytałem rodziców, czy mieli świadomość, co czynili, jaki los mógł spotkać całą naszą rodzinę za przechowywanie Żyda lub udzielenie pomocy żywnościowej? Przecież była realna groźba, że mogą odkryć, że przechowują Żyda. Zginęłaby cała nasza rodzina. Polska była jedynym krajem, w którym karano rozstrzelaniem za udzielenie pomocy mordowanym przez Niemców Żydom. Polowanie na nich trwało niemal do końca wojny. Armia Czerwona zbliżała się do naszego miasta, słychać było ostrzał artylerii na przedpolach miasta. Jeszcze w tym czasie ginęli Żydzi i Polacy, którzy dali im schronienie przed mordercami. Nasza pomoc była taka, jaka była możliwa w warunkach totalnego terroru oraz ludobójstwa Żydów i Polaków.
System uśmiercania
Procentowo Polska poniosła największe straty, bo aż 6 milionów jej obywateli, w tym trzy miliony Polaków. Niemcy stworzyli system zagłady całych narodów i mniejszości narodowych. Żydzi mieli być pierwszymi ofiarami, później w kolejce mieli być Polacy i inne narody słowiańskie. To właśnie Armia Czerwona i jej sojusznicy położyli kres dalszym zbrodniom na masową skalę. Na polskiej ziemi w walkach z ludobójczym faszyzmem niemieckim zginęło 600 tysięcy czerwonoarmistów, młodych ludzi wielu narodów. Tylko we Wrocławiu spoczywa ich 6 tysięcy na dwóch cmentarzach.
Niemieckie obozy zagłady narodu żydowskiego to nie tylko dzieło władz Trzeciej Rzeszy, to dzieło całego niemal narodu niemieckiego. Stworzyli oni system dobrze zorganizowanej zbrodni, największej w historii świata. Ginął niemal cały naród żydowski, w wielu państwach Europy, nie tylko w tych okupowanych przez Niemców, lecz także ich sojuszników, Włoch, Bułgarii, Hiszpanii, Rumunii, Słowacji. Francja też przekazywała tysiące swoich obywateli, wiedząc, co ich czeka w obozach.
Prawda historyczna
I jeszcze kilka uwag na zakończenie moich wspomnień napisanych nie na podstawie opowiadań innych, ale z mojej autopsji. Do ich napisania zainspirował mnie wywiad w telewizji Polsat, w grudniu ubiegłego roku, pana prof. Szewacha Waisa, byłego przewodniczącego Knesetu i ambasadora Izraela w Polsce, Kawalera Orderu Orła Białego. Niestrudzenie powtarza on, jakie były relacje polsko-żydowskie w czasie wojny i przed jej wybuchem.
Mówi obiektywną prawdę o naszej wspólnej historii i współżyciu na polskiej ziemi. Broni prawdy historycznej o niemieckiej okupacji Polski. Mówi, kto był katem, a kto ofiarą, o tym, że Polacy uratowali najwięcej Żydów od zagłady. To Niemcy byli ludobójcami i zamordowali miliony jego rodaków. Szmalcownicy to były jednostkowe przypadki. Obozy zagłady Żydów to dzieło Niemców, nie tylko Hitlera.

„Szanowny panie Gistapo”

Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941 – to pełny tytuł książki prof. Barbary Engelking, którą można dostać już tylko w formie e-booka. Szkoda, bo bardzo by się przydała w dobie budowania kultu Polaka-bohatera niezłomnego.

Z pożytkiem można by o niej rozmawiać z młodzieżą na lekcjach historii, albo na lekcjach polskiego podczas analizowania różnorodnych postaw w obliczu wyzwań ekstremalnych, niecodziennych.

Jest to książka naukowa – napisana z użyciem naukowego warsztatu, który widać i czuć na każdej ze stron. Fakty usystematyzowane, uporządkowanie tematycznie, policzone, spisane… A mimo to nie da się jej jednak czytać, jak pracy naukowej. Wywołuje na przemian oburzenie, zdziwienie, zaskoczenie, wstyd, złość – uczucia, których praca naukowa, teoretycznie przynajmniej, wywoływać nie powinna.

Obcując z książką Barbary Engelking czujemy się, jakbyśmy trzymali rodzinną fotografię – dużą, ze wszystkimi, nawet nieznanymi dotąd pociotkami i kuzynami. Zanim wzięliśmy ją do ręki nie mieliśmy pojęcia, że w ogóle są. Ale, jak się okazuje – byli i są. Czy nam się to podoba, czy nie.
Według szacunków AK, tylko z gestapo współpracowało 60 tys. Polaków. Naszych rodaków. A ilu współpracowało z policją kryminalną, ilu z granatową? Chętnie powtarzamy: Nie było pośród nas Quislinga… Może dlatego, że Niemcy nie chcieli, żeby był? W końcu nie byliśmy Nordykami, za to byliśmy trzeci w kolejce do gazu – za Żydami i Cyganami…

Jakże kochamy naszą martyrologię

Nasz szlak bojowy, wojenne przewagi, naszą krzywdę i świętą krew przelaną na bezdrożach świata!…
„Czerwone maki, serce, ojczyzna,
Trzaska koszula, tu szwabska kula,
Tu, popatrz, blizna.”
Jak bardzo te słowa, ten nastrój są prawdziwe, jak bardzo są o nas – zaperzonych, zakochanych we własnych o sobie wyobrażeniach, żądających od wszystkich szacunku, często po pijaku zresztą! A tymczasem, gdy zasłona opada, legenda płonie, ukazuje się inna twarz. Inna, ale też nasza…

„Uprzejmie proszę przeprowadzić dokładną rewizję w domu u bogatych żydów Pawia 29/31 w drugim pokoju mieszka kupiec z manufaktury mają towary schowane stoi tam stół kryty jeśli tam niema to trzeba śledzić surowo bo schowali bo się spodziewają. (…) W materacach mają schowano biżuterję. W pierwszym pokoju też bogaty ma w ukryciu ceres i łój do wyrobu mydła proc tego ma sklep oleju na pawiej pod beczkami wmurowane trzeba sprawdzić”*;

„Przechodziłem ulicą Freta była godzina 5-6 po poł. i widziałem jak zajechała furmanka naładowana pełno mięsem i dorożka z mąką w workach po 100 kg i zaczęli to znosić pod Nr 37 na tej ulicy, że aż ludzie przystawali i kiwali głowami z podziwu. Zaciekawiło mnie to i wszedłem do bramy – handlarze szli w podwórze do oficyny na I piętro do mieszkania Nr 12 którego okno wychodzi na ulicę żydowską i tym oknem podają żydom wszystek towar. Wracając zauważyłem jak drudzy handlarze znoszą towar dosłownie całemi worami aż stękają pod ciężarem do dozorcy domu i do mieszkania Nr 6 a ci się bogacą zarabiając po kilka tysięcy zł na dzień”.

Okropne – prawda? Ale to też my! Trudno stwierdzić, jak rozpowszechnione było donosicielstwo w okresie okupacji. Zdawano sobie jednak wówczas sprawę, że jest to zjawisko masowe.

Donoszono nawet bez powodu

„Już w pierwszym roku okupacji – autorka przywołuje wspomnienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego – prawdziwą klęską stały się anonimy wysyłane do gestapo przeciwko osobistym wrogom, których tą drogą można się było łatwo pozbyć. W każdym społeczeństwie jest jakiś procent ludzi, którzy bez większych skrupułów gotowi są uwolnić się od niebezpiecznego konkurenta, męża, żony albo niewygodnej kochanki – jeśli da się to załatwić bezkarnie i po cichu. Metody gestapo stwarzały ku temu doskonałą okazję”.
Prof. Engelking usystematyzowała przechowywane w IPN donosy. W zbiorze, który badała, najwięcej dotyczy spraw politycznych (107), Żydów (86) i gospodarczych (57). Denuncjowano ukrywających się oficerów Wojska Polskiego, przedwojennych działaczy politycznych, ludzi znanych wcześniej z działalności społecznej, współobywateli ukrywających się przed wywózką na roboty do Niemiec, Żydów, którzy nie poszli do getta i nie noszą opaski. Donoszono z każdego powodu, a nawet bez powodu…
„Niniejszym zawiadamiam że Marjan Ryciak syn Franciszka jest polskim oficerem i się ukrywa u swojej matki Kazimiery ktura go świadomie ukrywa przed władzo niemiecko w kosowie powiat Sokołów”;
„Wedle zarządzenia Pana o przymusowem obowiązku do robót rolnych do Niemiec począwszy od lat 16/25 lat włącznie wymieniony przeze mnie pisemnie panu, ten jegomość się ukrywa do tej pory obecnie przed prawem, więc na co on zasługuje, i co mu grozi za to? Zasługuje na najsurowsze ukaranie. Adres tego pana Ryszard Szafrański ul. Krucza N7 – 96, lat 19”;
„Kotkowski Stanisław, Zurawia 33. Były więzień polityczny, narodowiec. Osobistość niepewna, nielojalna”…

Polak przeciw Polakowi…

Nawet dziś czyta się to z przerażeniem pomieszanym z obrzydzeniem. W kraju bohaterów, rycerzy niezłomnych, w kraju, który „nigdy się nie poddał”, hitlerowskim donosicielem jest chłop, który denuncjuje sąsiadów hodujących nielegalnie świnie, nierejestrujących krów, mielących tajnie zboże; jest robotnik wskazujący kolegów z pracy lub swego przełożonego – Polaka. Donosicielem jest kupiec, piszący o konkurencie, no i po prostu szumowiny: „których nie brak we wszystkich warstwach społecznych narodu i które z chęci zysku, lub z zemsty, lub z jakichś innych powodów donoszą wrogowi o lokalach konspiracyjnych, o niepodległościowcach, o czytających pisemka, o przechowujących broń itd.”

Jako czytelnik zadaję sobie pytanie – dlaczego właściwie tak mnie to zaskakuje, dlaczego mnie to zadziwia? Przecież nawet dowódca AK, gen. Stefan Grot-Rowecki zginął w wyniku zdrady Polaków. Został wydany przez szpiegów Gestapo ulokowanych w wywiadzie AK (Blanka Kaczorowska, Ludwik Kalkstein, Eugeniusz Świerczewski). Skoro byli szpiedzy, musieli być też donosiciele – taka jest logika zdrady.

…Żyd przeciw Żydowi

Dodaje prof. Engelking, jakby wyprzedzając pytania, które w związku z okupacyjnym donoszeniem zawsze są stawiane – że na Żydów nie donosili wyłącznie Polacy-antysemici. Także Żydzi donosili na Żydów! I znowu zaskoczenie, zderzenie z nieznanym, nieuświadamianym. „Szmalcownicy” – wiadomo, to był element polskiego krajobrazu okupacyjnego. Przyjęliśmy do wiadomości, że byli, pogodziliśmy się z tym nawet. Niemiła to prawda, ale prawda – trudno. Tłumaczymy sobie, że inni zachowywali się jeszcze gorzej. Poza tym i tak najwięcej drzewek w Yad Vashem jest polskich…
Ale, żeby Żydzi na Żydów? To w polskich wyobrażeniach o życiu pod okupacją się nie mieści. Autorka cytuje dla przykładu fragment takiego listu:

„Pisząc ten anonimowy list zaznaczam, że jestem również Żydem i tego się nie wstydzę, rozkazu usłuchałem, jestem w dzielnicy żydowskiej, ale nie mogę tego znieść, aby inny Żyd kpił sobie z władzy niemieckiej i mieszkał w dzielnicy polskiej nie mając ku temu prawa”.

Podłość, zawiść, chęć zysku, ale także okupacyjny strach przed śmiercią, przed głodem, poniewierką – tak sobie to tłumaczę – to prawdopodobne motory napędzające zdradę, donos, budujące wiarę, że jak się podliże okupantowi, dobrze zapisze w jego pamięci, to się samemu przeżyje. Łatwo to potępić – zwłaszcza dziś, kiedy czytamy tę książkę w ciepłych mieszkaniach, najedzeni, lekko rozleniwieni. Czytamy o głodzie, ale przecież tak naprawdę, co my wiemy, czym jest głód? Wielodniowy, wielotygodniowy, taki do spodu, do dna, każący człowiekowi zjadać psa, kota, obierki, cokolwiek. Pisał Marek Groński („Proca Dawida. Kabaret w przedsionku piekieł”), że o głodzie najwięcej mogliby opowiedzieć ci, którzy go doświadczyli. Niestety na ogół nie zdążyli…

Nie jesteśmy w stanie powiedzieć dziś, z perspektywy sytych czasów, jak sami byśmy się zachowali, będąc w położeniu tych z getta, z piwnic, z leśnych ziemianek. Gdybyśmy za cenę zdrady mogli zdobyć kawałek chleba dla dziecka… Straszne są takie dywagacje, ale warto czasem o czymś takim pomyśleć, żeby zbył łatwo, po latach, nie popaść w pokusę osądzania życia, o którym na szczęście nie mamy pojęcia. Ale i to jest tylko jedna z tysięcy tragicznych odsłon okupacyjnego horroru rodzącego okupacyjne podłości. Popełniali je bowiem także ludzie syci, wielu z takich, którzy na wojennym nieszczęściu obławiali się co dnia. Prezentowane listy do „szanownego pana gistapo” – zdaniem prof. Engelking – nie upoważniają nas do stwierdzenia, że donosy pisali jedynie przedstawiciele marginesu społecznego.

Donosili wszyscy

Prezentowane listy do „szanownego pana gistapo” – zdaniem prof. Engelking – nie upoważniają nas do stwierdzenia, że donosy pisali jedynie przedstawiciele marginesu społecznego, czy ludzie z klas niższych. Wśród donosicieli zdarzali się są też (co prawda raczej nieliczni) ludzie wykształceni, używający poprawnej polszczyzny. Jak na przykład: „Byłem w lokalu przy ulicy Kruczej 41. Wywiązała się rozmowa, że administracja tego domu idzie na rękę żydom. Usunięcie ze stanowiska b. dygnitarzy tramwajowych w rodzaju Dabulewicza posła BB na Sejm pp. Niepokojczyckiego, Rostka, Więckowskiego i innych spotkało się z ogólnym uznaniem świata robotniczego”.

Większość donosów pisana jest po polsku, są też pisane po niemiecku, dwa w jidysz i jeden – po rosyjsku.

Autorka zaznacza, że pośród dokumentów są również donosy Żydów na Polaków. Można to jej zdaniem stwierdzić pośrednio – po treści listu lub innych poszlakach.

Tak było zapewne w przypadku donosu „w sprawie kilku osób i szkodników zamieszkałych na terenie domów przy okopowej numer 8. 10. 12. i 14.(…) Pierwszy to Jerzy Głowacki zamieszkały przy okopowej nr 12 (…) Drugi to niejaki Jan Kalota spułpracownik piekarni Miejskiej rospowszechnia ulotki przeciw Państwu Niemieckiemu do spułki ze Stefanem Włochowski zamieszkałym przy ulicy przy okopowej N 8 i ktury uciek zniewoli i ktury podopnierz ma aparat na dawczy. (…) 3ci to jest Feliks Nowicki zamieszkały przy Okopowa N11 i w tym domu sklep u niego jest nowy samochut marki szewrolet poodejmował mu koła i motor i pozakopywał gdy ras się go spytałem dlaczego taki samochut mu […] mnie nazwał śpiegiem niemieckim”.

Przy Pańskiej mieszka Żyd

Z donosami na Żydów jest prościej. Stanowią one ok 30 proc. całego zbioru i są antysemicko charakterystyczne zarówno w formie, jak i w treści. „Żyduwa”, „żydowica”, „opasłe żydzisko”, „bezczelny i podstępny żyd” – te określenia nie pozostawiają cienia wątpliwości o pobudkach z jakich donoszono do Niemców. Donosicielami powodowała zawiść, zazdrość, chęć utrącenia konkurencji w handlu, no i nienawiść do Żydów jako taka.
Żydzi, którzy próbowali zataić swoje pochodzenie, uniknąć getta i wywózki do obozu, na każdym kroku mogli spodziewać się, że i na nich ktoś do Niemców napisze:

„Zawiadamiam, że żyd Bromberg Adolf, karany sądownie, zamieszkał przy ul. Pańskiej 84 w domu należącym częściowo do jego żony Fajgi, podaje się za aryjczyka i nie nosi opaski”; „Zawiadamiam, że na ul Chocimskiej Nr 29 m 8 ukrywa się żydówka-wychrzta Zofia Gronowska dawna urzędniczka Min Rolnictwa”;
„Donoszę Panom że Janusz Perec zamieszkały przy ulicy 6go Sierpnia N11 mieszkania 8, Żyd, wykszta z ojca żyda i matki żydówki, został przez Władze Niemieckie raz usunięty z mieszkania, z powrotem wszedł do mieszkania i mieszka wcale nie myśli iść do dzielnicy żydowskiej, i w ten sposób oszukuje Władze Niemieckie i śmieje się z rozpożądzeń Władz i oszukuje Pana Starostę Powiatowego, Proszę się przekonać że piszę prawdę”…
***
„Lata dwudzieste, lata trzydzieste
Wrócą piosenką, sukni szelestem,
Błękitnym cieniem nad talią kart
I śmiechem, który kwitował żart.
Lata dwudzieste, lata trzydzieste
Kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem,
Zapachem dawno już zwiędłych bzów,
Poezją skrytą wśród zwykłych słów.”
Autorzy tej piosenki (Ryszard Marek Groński i Włodzimierz Korcz) ożywili nostalgiczny nastrój uszlachetnionych przez lata wspomnień o belle_époque – o Polsce dwudziestolecia międzywojennego. W legendzie, która je spowiła, wszystko było piękne, inteligentne, wysublimowane. Ludzie kulturalni, gotowi do poświęceń, ojczyźnie oddani, kobiety cudne, mężczyźni szarmanccy. Władcy zaś dobrotliwi, mili, światli, pewną ręką prowadzący nawę państwową ku szczęśliwej przyszłości.

Koniec pieśni

I nagle te marzenia, ta bajka rozbiła się bezlitośnie o ruiny zburzonych domów, o ciała poległych, o mur getta, niewolę i… ludzką podłość:
„To prawdziwy wstyd, że tacy muzycy jak: Arthur Gold, ul. Chmielna 22, Jakub Kagan, AL. Jerozolimskie 7, Rubinstein, swego czasu Melodie Palast, ul. Rymarska mogą się jeszcze rejestrować i prawdopodobnie wskutek tego zatrzymać pozwolenie na pracę. Całymi latami wyżej wymienieni panowie rządzili się i nie przyjęli do zespołu ani jednego Aryjczyka. A nawet próbowali robić co tylko możliwe, by nie pozwolić na pracę u siebie żadnemu chrześcijaninowi. Dopiero ostatnio, na krótko przed wojną, kiedy poczuli się niepewnie, zaczęli kurczowo angażować nie żydowskich muzyków. (…) Wyżej wymienieni muzycy regularnie bojkotują każdy niemiecki przebój taneczny. Życzę każdemu, żeby jadł swój własny chleb, ale ci muzycy są zwykłymi grajkami podwórzowymi. Aryjski muzyk.”
Artur Gold to jeden z tych wielobarwnych warszawskich motyli międzywojennego dwudziestolecia, który swoją muzyką wzruszał, towarzyszył zakochanym, porzuconym, tęskniącym. Dawał ludziom radość, uśmiech, łzę i „Jesienne róże”. Jego nuty towarzyszyły zakochanym „Przy kominku”, a potem tłumaczyły, że „Szkoda twoich łez, dziewczyno, wszystko ma swój kres, dziewczyno…” „Ta mała piła dziś”, to też jego melodia. Jego piosenki śpiewali Eugeniusz Bodo, Tadeusz Faliszewski, Loda Halama, Tadeusz Olsza, Zula Pogorzelska, Stefan Witas… Ale donosiciel, „aryjski muzyk”, okazał się morderczo skuteczny. Gold zakończył życie w 1943 roku w Treblince.

Donosy są przytoczone dosłownie za książką „Szanowny panie gistapo”.

Anatomia pogromu

Jak Pan Tadeusz zabił Jankiela.

Słuchajcie co się stało 18 dnia
miesiąca Kislew;
Mordowano i męczono Żydów,
Pogrom to był krwawy,
Który ciągnął się przez kilka dni.
Kto teraz może milczeć?
Widząc nasze cierpienie na wygnaniu?
Przysłuchiwać się płaczom i lamentom,
Kiedy nasze serce pełne jest łez.
„Nie umrę a będę żył”. Pieśń pogromowa Oskara Rohatyna. Przekład: Natalia Krynicka

Prawie sto lat milczano o tym pogromie. Nawet jeśli wspominano o godnych pożałowania „wypadkach lwowskich” w listopadzie 1918 roku, nie używano słowa „pogrom”.
Do tej wypartej z pamięci zbiorowej sprawy wrócił po niemal stu latach Grzegorz Gauden. Po raz pierwszy dowiedział się o wymazanym z historii pogromie podczas dyskusji w Krakowie w roku 2011 – wtedy właśnie profesor Andrzej Romanowski wspomniał o lwowskim pogromie, którym jego sprawcy powitali odradzające się państwo polskie.
To była dla niego
szokująca wiadomość.
O lwowskim pogromie nie wiedział wówczas nic jak prawie wszyscy inni. Pamięć o nim została starannie ukryta, dokumenty (włącznie z raportami wysłanników rządowych) skrupulatnie zniszczone, informacje w ówczesnej prasie – poza jednym wyjątkowym, uczciwym artykułem Andrzeja Struga w „Robotniku – załgane albo nieobecne. „Stała się we Lwowie – pisał Strug – jakaś bezecna okropność. Po wymordowanych współrodakach obchodzi żałobę cały świat żydowski. Nam Polakom przystoi przywdziać jeszcze czarniejszą żałobę, bo mord masowy miał miejsce w mieście, którym chlubimy się, że jest polskim! Bo broniliśmy krwią własną jego polskości”.
Relacje o przebiegu pogromu we wspomnieniach weteranów i hagiograficznych opowieściach o wyzwoleniu Lwowa zostały pominięte albo przekręcone. Polska prasa w zasadzie milczała. Poruszony wiadomością o ukrywanym pogromie Grzegorz Gauden stanął przed ścianą. Niełatwo mu było dotrzeć do prawdy, musiał przeprowadzić rozlegle śledztwo. Aby odtworzyć przebieg wydarzeń, by wreszcie pokazać prawdę o lwowskim pogromie, który pozostał haniebnym dowodem polskiego antysemityzmu i przedziwnej zdolności do modyfikowania historii, przez kilka lat szukał materiałów i świadków na Ukrainie i w Ameryce. Gdzie się tylko dało.
Wydawca powstałej w rezultacie tych poszukiwań książki „Lwów – kres iluzji” tak referuje jej treść:
„Polski pogrom ludności żydowskiej we Lwowie miał miejsce 22 i 23 listopada 1918. Lwów – kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918 jest pierwszym obszernym studium poświęconym temu wydarzeniu, które w polskich opracowaniach historycznych jest albo całkowicie przemilczane, albo sprowadzane do fali rabunków dokonywanych głównie przez ukraińskich i żydowskich (!) bandytów oraz dezerterów z armii austriackiej w ogarniętym wojennym chaosem mieście.
Istnieje też inna polska wersja wydarzeń oskarżająca Żydów o zaatakowanie polskich żołnierzy, którzy musieli się bronić.
Rzetelne opisanie pogromu we Lwowie pokazuje, że to legendarni obrońcy Lwowa wraz z żołnierzami odsieczy, która przybyła z Krakowa i Przemyśla, stanowili podstawową grupę inicjatorów i sprawców pogromu. To oni rozpoczęli rabunki, gwałty i morderstwa w lwowskiej dzielnicy zamieszkałej przez ok. 70 000 Żydów we wczesnych godzinach porannych 22 listopada 1918 roku.
Do pogromu niemal natychmiast dołączyła polska ludność cywilna Lwowa, w tym także przedstawiciele jej najwyższych warstw społecznych”.
To bez wątpienia trafne streszczenie zawartości książki, która przynosi rzetelny, poparty licznymi świadectwami, zapis wydarzeń tak uporczywie pomijanych przez historyków. Ale książka Gaudena to coś znacznie więcej niż odtworzenie niemal godzina po godzinie tego wszystkiego, co wydarzyło się w dniach 22 i 23 listopada, a także później, kiedy impet pogromu przygasł, ale jeszcze tlił się długo. Może objawiał się już nie tak ekstremalnie, jak w tych listopadowych dniach – czas mordowania Żydów, podpalania i grabienia ich domów i sklepów minął, ale nie zakończył się czas plądrowania mieszkań, poniżania, szykanowania, prześladowania pod byle pretekstem.
Wartość studium Gaudena wykracza jednak poza budzący szacunek trud rekonstrukcji pogromu, co samo w sobie stawi dostateczny powód do chwały dociekliwego autora, ale polega również na zdefiniowaniu
anatomii pogromu,
jego źródeł i zakotwiczenia w praktyce społecznej. Gauden ukazuje szerokie tło polityczne, społeczne, ekonomiczne, religijne, kulturowe, które ukształtowało „gotowość pogromową”. Zasadne przecież musi być pytanie, co sprawiło, że ludzie uchodzący za przyzwoitych, a nawet z tzw. dobrego towarzystwa, ulegali pogromowej histerii i chętnie korzystali z okazji. Dość przywołać szokującą informację, którą przywołuje Gauden, o lwowskich damach z dobrych domów, które przybywały do rabowanych sklepów w towarzystwie służących, zajmujących się w ich imieniu rabunkiem wskazanych towarów. Zgromadzone w tej mierze dowody nie brzmią miło dla czytelnika kołysanego opowieścią o tolerancyjnym kraju, w którym stosunki między rozmaitymi nacjami były bez mała anielskie.
Z tym sielskim mitem rozprawiała się Olga Tokarczuk w swoich „Księgach Jakubowych” – zawarła w nich opowieści o domniemanych krwawych mordach rytualnych, jakich rzekomo dopuszczają się Żydzi, o zawstydzających dochodzeniach i ciągnących się procesach, wszczynanych nawet wbrew stolicy apostolskiej, o pogromach, przekupstwie, zachłanności i hipokryzji purpuratów. Toteż po opublikowaniu powieści, posypały się pod jej adresem niewyszukane, napastliwe pogróżki. Te gwałtowne reakcje wywołały zwłaszcza słowa, jakie wypowiedziała przed kamerą po odebraniu nagrody Nike za powieść „Księgi Jakubowe”: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.
Do dzisiaj – nawet po otrzymaniu Nagrody Nobla – „prawdziwi” Polacy ciskają na pisarkę gromy, że uprawia pedagogikę wstydu i cierpi na polakożerstwo. Gauden idzie w jej ślady. Toteż nic dziwnego, że i jego nie ominęły podobne insynuacje. Pogrobowcy pogromczyków nadal zaprzeczają pogromowi lwowskiemu, tak jak czynili to przed stoma laty twórcy legendy bohaterskiego i niepokalanego Lwowa. Mają autora książki za mistyfikatora, by uciec się tylko do najłagodniejszego epitetu miotanego pod jego adresem. Tymczasem właśnie ta tak znienawidzona przez rzeczników dobrej zmiany i nowej polityki historycznej pedagogika wstydu to nader skuteczne narzędzie wyzwolenia się z okowów historycznego kłamstwa. To terapia wstrząsowa, odsłaniająca prawdziwe fakty i wstydliwe ideologiczne trucizny, którymi przez stulecia karmiona była polska dusza. Karmiona przez kościół panujący, przez narodowych demokratów i ich akolitów. Książka Gaudena pełni rolę środka dezynfekującego. Każe spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, jak łatwo zakłamanie, wmówienie, manipulacja odnoszą zwycięstwo. Także dzisiaj.
To trzecia zasługa autora, który poddaje analizie
mechanizm wyparcia
prawdy. Mechanizm to znany w przypadku sprawców zbrodni, którzy jeśli uda im się ujść karze, usiłują, często skutecznie, wyprzeć z pamięci dokonane czyny. Okazuje się, że podobny mechanizm może funkcjonować w przestrzeni społecznej – nie jako jednostkowy sposób obrony przed następstwami zbrodni, ale jako metoda uprawiana przez zbiorowość. Gauden nie ukrywa, że motywem zasadniczym zaprzeczania pogromowi lwowskiemu były państwotwórcze, patriotyczne intencje – wiadomości o pogromie mogłyby bardzo zaszkodzić odradzającej się Polsce w uzyskaniu poparcia międzynarodowego dla aspiracji państwowych. Za wszelką więc cenę umniejszano skalę pogromu, zmieniano jego nazewnictwo eliminując ze sprawozdań, raportów i relacji określenie „pogrom”, obwiniając za wypadki lwowskie zdemoralizowane jednostki, Ukraińców, a nawet Żydów. Uprawiane konsekwentnie państwowe kłamstwo historyczne wspierała cenzura i Kościół. Było prawie pozamiatane i to jakże skutecznie, skoro przez sto lat pogrom lwowski uważano za niebyły. Przy czym tym skutecznym zabiegom dyplomatycznym i propagandowym nie towarzyszyły żadne korekty w polityce nadal stosowanych represji wobec Żydów, czy choćby nieśmiałe próby ukrócenia szalejącego antysemityzmu.
Najlepszym tego dowodem wiele innych pogromów i zajść antysemickich, które u progu niepodległości rozpoczęły się od pogromu kieleckiego 11 listopada 1918 (nie mylić z drugim pogromem kieleckim, tym po drugiej wojnie światowej). Podobnych zajść było wiele, wśród których prym wiodły pogromy w Wilnie czy w Mińsku. Polskiej niepodległości towarzyszyły one nie przypadkiem – kultywowany od lat antysemityzm przynosił swoje zatrute owoce. Dotykał wszystkich Żydów, nawet zdecydowanych rzeczników asymilacji i polskich patriotów. Wiedza o tej przeszłości, przekonuje swoją książką Gauden, jest konieczna, aby wreszcie wyzwolić się z dziedzictwa endenckiej retoryki, zerwać z mitami i otworzyć na prawdę.
Wielki krok ku ozdrowieńczej prawdzie czyni autor tą trudną do przecenienia książką. Jej sens metaforyczne ujął Gauden jednym zdaniem w jednym z końcowych rozdziałów: „22 listopada 1918 roku pan Tadeusz zabił Jankiela”.

Grzegorz Gauden – „Lwów. Kres iluzji Opowieść o pogromie listopadowym 1918”, wyd. Univeristas, Kraków 2019, str, 616, ISBN 97883-242-3536-0.

Po ataku w Halle

Jedynie zamknięte drzwi uratowały Żydów zgromadzonych w synagodze w Halle na obchodach święta Jom Kippur przed rzezią, planowaną przez prawicowego ekstremistę.

Niemcy są w szoku – to tradycyjna fraza w takich wypadkach, nadużywana przez media, ale istotnie, Niemcy muszą stawić czoło faktowi, że prawicowy ekstremizm w ich kraju jest krwawym zagrożeniem.
9 października w Halle 27-letni Niemiec – Stephan B. (choć niektóre media podają inne dane – Samuel Heidegger), uzbrojony w dwa rodzaje broni długiej próbował wedrzeć się do synagogi. Po niedanej próbie sforsowania drzwi i wysadzenia ich (ładunki brał ze sportowej torby, w której było ich znacznie więcej), prawicowy przestępca swój gniew skierował przeciwko przechodniom (jedna ofiara śmiertelna) i personelowi tureckiej jadłodajni z kebabami, w której zabił kolejnego mężczyznę. Przebieg swych krwawych czynów dokumentował na video, zapisanym przy pomocy kamery osadzonej najprawdopodobniej na głowie. W tle słychać wyzwiska wypowiadane przez zamachowca skierowane pod adresem Żydów i Turków.
Początkowo niemieckie organy ścigania przypuszczały, że napastników było dwóch i ta wersja jest wciąż sprawdzana. Sprawca został, według informacji niemieckiej policji, zatrzymany. Obecnie sprawdzane są jego powiązania. Wstępnie media podają, powołując się na źródła w niemieckiej policji, że nie był on wcześniej obiektem zainteresowania policji i służb specjalnych.
Policja informuje też, że w miasteczku Landsberg, 15 kilometrów od Halle też wybuchła strzelanina. Nie wiadomo, czy miała związek z wydarzeniami w Halle.
Policja w Halle zaapelowała do mieszkańców o pozostanie w domach i nie podchodzenie do okien.
Prezydent Niemiec wezwał współobywateli do okazania solidarności z Żydami. Kanclerz Angela Merkel wyraziła głębokie współczucie bliskim ofiar zamachowca, zaś wieczorem przybyła do berlińskiej synagogi, by okazać swoja solidarność z wyznawcami judaizmu.

Żydzi, masoni i… radykalna lewica

Można tę sprawę porównać do nagłej burzy w szklance wody, albo do szybko ugaszonego pożaru, lecz będzie miała ona dalekosiężne skutki: przyśpieszy prawne rozszerzenie definicji antysemityzmu o antysyjonizm i krytykę polityki izraelskiej. Francja Macrona ma dać przykład całemu światu. A zdarzyła się rzecz bardzo rzadka: doszło do przejściowego
napięcia między francuskim lobby proizraelskim a masonami, mimo powierzchownych opinii, że obie organizacje są sobie bardzo bliskie.

Nikt pewnie nie zwróciłby uwagi, że w Normandii trwa Konwent (rodzaj sesji parlamentu) największej w Europie organizacji wolnomularskiej Wielkiego Wschodu Francji (GODF), gdyby nie ów skandal, od którego osłupiał sam Wielki Mistrz Jean-Philippe Hubsch. Stoi on na czele Wielkiej Loży i Rady Zakonu od sierpnia zeszłego roku: ponad 53 tys. francuskich „braci” i 1360 lóż rozsianych po kraju i świecie. Oto jedna z nich, paryska, pod samym bokiem, loża Maksymilian Nieprzekupny (MI), poddała pod głosowanie Konwentu tzw. życzenie, to jest projekt wewnętrznej rezolucji/ustawy, która miała zobowiązywać Radę Zakonu (ok. 37 mężczyzn rządzących GODF) do – uwaga – zerwania stosunków z CRIF-em.
CRIF to z kolei Rada Przedstawicielska Instytucji Żydowskich we Francji, najsilniejszy politycznie ośrodek lobby proizraelskiego, pretendujący do reprezentowania największej w Europie, francuskiej społeczności żydowskiej. Cały świat polityczny bywa na dorocznych obiadach CRIF, by, jak mówi, zacieśniać stosunki. Zerwanie z CRIF-em „brzmi jak ponury dowcip” – komentowano, to niemożliwość, polityczna fikcja, prowokacja nieodpowiedzialnych „lewaków” i antysemitów.
W swoim projekcie, popartym przez 2650 „braci” i „sióstr”, loża Maximiliena de Robespierre’a argumentuje, że CRIF reprezentuje najwyżej pięć procent francuskich żydów i cały izraelski rząd, którego politykę nazywa „polityką skrajnej prawicy religijnej”. Jest tam mowa o „zaborze ziem” palestyńskich i zachowaniu CRIF, które miałoby „przyczyniać się do antysemityzmu”, czego zabrania GODF. Czy wartości masonerii są zgodne z wartościami kolonialnego państwa Izrael? Nie. – wskazuje Maksymilian Nieprzekupny.
Gdy szef CRIF, osoba o budzącym respekt nazwisku Francis Kalifat, usłyszał o tym projekcie, mało nie wyszedł z siebie – „To język międzywojennej skrajnej prawicy!”. Nie wiadomo jak w GODF pojawiło się grono „radykalnych antysyjonistów”, za którym stoi, według Kalifata, sam Jean-Luc Mélenchon, lider lewicowej Nieuległej Francji (LFI), wyrzucony swego czasu z GODF. „Natychmiast zadzwoniłem do Wielkiego Mistrza, który był tak samo przerażony i zdruzgotany, jak ja” – opowiadał Kalifat w radiu. Podjęto szybkie działania: „życzenie” MI spadło z porządku obrad Konwentu. Rada Zakonu nie dopuści do głosowania.
Podjęto też wewnętrzne śledztwo, które ma wyjaśnić jak to się stało, że skandaliczne „życzenie” znalazło się oficjalnie w katalogu zadań Konwentu. GODF na razie komunikuje niepewnie, że musiał wystąpić błąd proceduralny na poziomie regionalnego zatwierdzania „życzenia”. Było ono, ale jakby nie było, więc ominięto jedno z pięter procedury, co sprawia, że jest nieważne, jakby nie istniało. To należy do tradycji. Np. w 2010 r. na Konwencie w Vichy, GODF, którego dewiza jest republikańska (Wolność, Równość, Braterstwo) od bardzo dawna, nastąpiła rewolucyjna decyzja dopuszczenia kobiet do inicjacji. Rok później anulowano ją uroczyście, z „powodów proceduralnych”. Wniesiona jeszcze raz, została ponownie odrzucona przez Radę Zakonu w 2012 r. z tych samych powodów, ale są już loże mieszane i kobiece. Ogólnie jest niecałe osiem proc. kobiet „sióstr”, ale jakby nie istniały. Faceci w fartuszkach wolą bawić się sami.
Masonerię można lubić bądź nie, ale we Francji należy do jądra tradycji społeczno-politycznej, jako nosicielka laicyzmu. Jest tam prawie wszystko – od idei pewnego mistycyzmu, po ustawianie przetargów w mieście, jednak tu była moralnie jednoznaczna. „Antymasonizm i antysemityzm są dwiema formami nienawiści, często połączonych obsesją spisków masońsko-żydowskich. Zbyt wiele krwi naszych masońskich i żydowskich przodków płynęło w historii” – przypomina GODF. W związku z tym, dodał Francis Kalifat, należy zwalczać antysemityzm ukryty za obroną sprawy palestyńskiej lub krytyką polityki państwa Izrael.
Macron już w lutym tego roku zapewniał telefonicznie premiera Netanjahu, że Francja włączy „antyizraelizm” do definicji antysemityzmu, ale nic się nie działo. Szef CRIF Kalifat zaapelował więc publicznie do parlamentu, by przegłosował to w końcu. Padła szybka odpowiedź: ma to nastąpić w październiku. Wejście antysyjonizmu do definicji antysemityzmu pociągnie za sobą pewne zmiany w stosowaniu kodeksu karnego: nie należy być zbyt niechętnym w stosunku do Izraela, bo można za to siedzieć. „Sprawa skandalu jest zamknięta” – ogłosił zadowolony Kalifat. „Lewacy” z GODF przegrali.

Katokomuna

Zapomniany flirt katolików z komunizmem

Podczytuję sobie w tych dniach ciekawą książkę młodego amerykańskiego badacza wydaną w 2016 roku przez IPN. Zatytułowana dość niewinnie: „Personalizm po polsku. Francuskie korzenie polskiej inteligencji katolickiej”. Tymczasem jej treść powinna zaciekawić zarówno katolików, jak i piewców katolickiej niewinności. Otóż mówi ni mniej, ni więcej tylko o fascynacji polskich katolików komunizmem. Co więcej, ta ich fascynacja przerodziła się w całkiem konkretne zaangażowanie w budowę „nowego lepszego świata”.
Jest tam mowa nie tylko o byłym faszyście, który cudownie przemienił się w piewcę nowego systemu, zdobywając niezwykłą wprost pozycję pośrednika pomiędzy nową władzą a kościołem (to oczywiście Bolesław Piasecki). Jest też mowa o młodych katolikach, którzy dzielnie mu pomagali w kształtowaniu katolicko-komunistycznej mentalności (Janusz Zabłocki i Tadeusz Mazowiecki).
O katokomunie pomyślałem,
czytając świetny tekst Włodzimierza Goldkorna w Gazecie Wyborczej zatytułowany „Komunizm był dla wielu Żydów związany z chęcią wyrwania się z zatęchłych ścian Sztetła”. Z tego ciekawego artykułu, do którego z kolei pretekstem była książka „My dzieci komunistów”, zacytuję tylko jeden, ale znamienny fragment: „A więc żydokomuna? I tak, i nie. Tak, bo – powtarzam – komunizm był dla wielu Żydów ściśle związany z ich przynależnością, z chęcią wyrwania się z zatęchłych ścian sztetla (za którymi to ścianami dziś odczuwa się niezdrową tęsknotę), pomysłem i sposobem emancypacji. Nie, bo komunizm (być może to paradoks) był drogą do polskości właśnie, był dla wielu żydowskich wyznawców tej świeckiej wiary w Zbawienie czymś podobnym do myśli Juliana Tuwima, kiedy ten pisał: „Jojne, idź na wojnę! Poszedł, szanowni panowie, i zginął za Polskę”. I nie, bo większość Żydów w Polsce daleka była od komunizmu, a emancypację wyobrażała sobie inaczej niż pod sowieckimi flagami”. Jednak niektórych Żydów mogło popychać w stronę nowej władzy jeszcze coś, o czym mówi się i pisze rzadziej – niechęć, a nawet wrogość polskich katolików.
W tym kontekście naszła mnie zdrożna myśl, a co by się stało, gdyby jakiś katolik napisał, że „Komunizm dla katolików był realizacją ich marzenia o równości i sprawiedliwości”?
A przecież dla wielu właśnie tak było. Nawet wśród kleru ta liczba byłą znaczna, np. w 1954 roku było około tysiąca tzw. księży patriotów, czyli około 10% wszystkich kapłanów, drugie tyle współpracowało ze służbami tajnymi. Niektórzy do samego końca, czyli do 1990 roku. Powstaje na ten tema sporo publikacji. Z czystej ciekawości je przeglądam, bo dotyczą też bliskiego mi zakonu jezuitów.
Ale nie tylko o sympatie do komunizmu chodzi.
Równie ciekawie przedstawia się ówczesny antysemityzm, czyli po prostu organiczna wprost wrogość społeczeństwa polskiego do nielicznych Żydów, którym udało się cudem przeżyć Zagładę. Kosicki we wspomnianej książce obszernie cytuje relacje z podróży Emanuela Mouniera, który wraz z innymi intelektualistami francuskimi (katolikami i komunistami) odwiedził Polskę w maju 1946 roku (od 6 do 31), a obszernymi refleksjami podzielił się z czytelnikami swego pisma „Esprit” już w czerwcu.
Tekst jest dostępny w wersji elektronicznej, więc go sobie przeczytałem. Oj, niewesołe tam spostrzeżenia, zwłaszcza na temat polskiego, tuż powojennego antysemityzmu. O ile wiem, przed Kosickim nikt tego tekstu nie wyzyskał, więc pozwalam sobie przytoczyć fragmenty z rzeczonej książki, które polecam uwadze badaczy z IPN-u. Jak wiadomo, to właśnie historycy skupieni w tym Instytucie od lat gorączkowo szukają milionów sprawiedliwych wśród narodów świata. To chwalebne wysiłki, które jednak warto skonfrontować tym, co widzieli naoczni świadkowie, jak choćby katolik Mounier, życzliwie nastawiony do polskiego społeczeństwa.
Dodać trzeba, że swoje spostrzeżenia Mounier kreślił na miesiąc przed pogromem kieleckim. Kosicki zauważa, że „Powojenny antysemityzm wyrósł z doświadczeń czasu wojny oraz z religijno-ideologicznej mieszaniny, w której skład wchodziła swego rodzaju odmowa Żydom statusu »osoby ludzkiej« w sensie personalizmu katolickiego”. Odwołuje się przy tym do najnowszych badań historyków skupionych w Ośrodku Badań nad Zagładą Żydów, przywołuje też najbardziej znane publikacje Jana Tomasza Grossa. Znamy je; natomiast po raz pierwszy chyba w literaturze związanej z tym okresem został przypomniany esej Mouniera.
Oto komentarz Kosickiego do tych właśnie fragmentów: „Mounier z iście zegarmistrzowską precyzją zdiagnozował przewrotnie paradoksalny skutek, jaki przyniósł Polsce koniec wojny – wskrzeszenie antysemityzmu”. A tu fragment ze strony 999 artykułu „L’ordre regne-t-il a Varsovie?”, „Esprit”, czerwiec 1946 w tłumaczeniu Kosickiego:
Można było sądzić, że ta hekatomba położy kres antagonizmowi rasowemu, tym bardziej że większość Polaków zachowała się w podziwu godny sposób, ratując prześladowanych. Jednak niemal w każdym środowisku, również w środowiskach katolickich, a nawet wśród najbardziej wielkodusznych czy najwyżej postawionych katolików antysemityzm kwitnie, jak gdyby eksterminacja nigdy nie dotknęła narodu Izraela. […] Jednak twarda postawa, jaką przyjmują wszyscy, gdy tylko poruszy się ten temat, nie zdając sobie sprawy, że popadają w najbardziej pospolity na całym świecie model antysemityzmu – wszystko to przyczynia się do panowania pewnego klimatu pogardy, zdystansowania i rozproszonej wrogości, w którym akty przemocy, mające swe korzenie gdzie indziej – bez względu na to, co się dzieje – znajdują tu pewne współsprawstwo.

Piotr H. Kosicki – „Personalizm po polsku. Francuskie korzenie polskiej inteligencji katolickiej”, wyd. IPN, Warszawa 2016, str. 502, ISBN 978-83-8098-077-8.

Taniec i cierpienie

Historia Poli Nireńskiej

Przyznam, że ostatnimi czasy odczuwałem przesyt „tematyką żydowską”, tematem losów żydowskich w czasach Holocaustu. Nie posunę się do stwierdzenia, że daje się zauważyć niejaka inflacja tego tematu, bo brzmiałoby to niestosownie. Z punktu widzenia imperatywu dania świadectwa doświadczeniom „czasów pogardy”, każde pamiętniki, każda relacja, każdy dokument, każde ujęcie beletrystyczne jest potrzebne i cenne i każde z nich wzbogaca zasób literatury poświęconej Zagładzie. Jednak z czysto indywidualnego, czytelniczego punktu widzenia w takim uczuciu przesytu nie ma nic dziwnego, tym bardziej, że obfitość literatury na ten temat i tak dalece przekracza możliwości percepcji pojedynczego czytelnika.
Z powyższych powodów przystępowałem do lektury „Tancerki i zagłady. Historii Poli Nireńskiej” Weroniki Kostyrko z pewną rezerwą. No i okazało się, że uprzedzenie było nietrafne. Z każdą kolejną stroną i rozdziałem lektury wciągałem się coraz bardziej w historię życia urodzonej w Warszawie polskiej Żydówki, przedwojennej tancerki, której dane było nieco paradoksalne doświadczenie tanecznych, przedwojennych występów w Niemczech rodzącego się nazizmu, w Austrii i w faszystowskiej Italii, Żydówki, która w Polsce doznała antysemityzmu i która w Zagładzie straciła całą niemal rodzinę i którą los zetknął z człowiekiem, który w historii Holocaustu jest legendą jako tragiczny człowiek-świadectwo – z legendarnym Janem Karskim, rdzennym Polakiem, z którym nigdy nie rozmawiała po polsku, co daje jakiś asumpt do gorzkiego pomyślenia o naszym kraju.
To także historia jej powojennego, amerykańskiego życia, zakończonego samobójczym skokiem w 1992 roku (zginęła w ten sam sposób jak dwaj amerykańscy imigranci polscy – Bolesław Wieniawa-Długoszowski i Jan Lechoń. A przy tym to opowieść o kobiecie, która całe życie walczyła o swoją niezależność i o jej miłościach. Część przywołanych tu wątków brzmi może znajomo, a przecież Weronika Kostyrko dokonała dzieła rzadkiego – nadała im nowy ton, nowego ducha, nowy koloryt, czyniąc tę lekturę frapującą.

Weronika Kostyrko – „Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, str. 421, ISBN 978-83-66219-09-0.