„Bieguni” albo furtka ocalenia

Nie wszystkich zachwycił sukces Olgi Tokarczuk, której powieść „Bieguni” wyróżniona została prestiżową MAN Booker International Prize.

 

Prawica znowu ma kłopot. Z trudem zniosła cios, jakim była nagroda reżyserska dla Pawła Pawlikowskiego za film „Zimna wojna” na festiwalu Cannes. Teraz trzeba mężnie znieść Tokarczuk, którą już zdążono mianować wrogiem publicznym. Nie będę tu powtarzać obrzydliwego hejtu, jaki wylał się nią po „Księgach Jakubowych”. Teraz też „niezadowoleni” pomrukują. Bardzo ich ten Booker uwiera. Tymczasem warto się bezinteresownie cieszyć tą nagrodą, która nie tylko Oldze Tokarczuk, ale polskiej literaturze współczesnej może się dobrze przysłużyć.
Jak wiadomo, zainteresowanie budzi zainteresowanie, a „Bieguni” takie wielkie zainteresowanie wzbudzili. Przewodnicząca jury, Lisa Appignanesi powiedziała, że powieść Tokarczuk idealnie oddaje specyfikę naszych czasów: „Wszyscy jesteśmy w jakimś sensie migrantami, którzy gdzieś zmierzają, a coś innego pozostawiają. Ta książka przepełniona jest jednocześnie poczuciem straty, jak i pragnieniem ucieczki”.

 

Apetyt czytelniczy

jaki wzbudziła ta właśnie opowieść Olgi Tokarczuk nie jest łatwy do wyjaśnienia. Nie mamy przecież do czynienia ani z trzymającym w napięciu wątkiem kryminalnym (choć tajemnica pojawia się od czasu do czasu), ani z romansem, ani tym bardziej charakterystycznym dla współczesnej powieści nieokiełznanym erotyzmem. Przeciwnie, opowiada się tu proste i rozmaite historyjki, przeplatając je uwagami o literaturze, podróżach, życiu w ruchu i nieśmiertelności ciała (to nie błąd, właśnie tak: ciała, a nie duszy).

Oto na jakiejś chorwackiej wyspie młodemu letnikowi z Polski giną z oczu żona i maleńki syn. Podejmuje daremne poszukiwania. Potem szuka ich cała wyspa, napięcie gwałtownie rośnie, ale w tym momencie autorka przerywa opowieść, potrafi gospodarować emocjami i wie, kiedy w serialu powinien pojawić się koniec odcinka.

Albo rozpocząć ma się pokaz sekcji zwłok w niderlandzkim mieście. Prowadzić pokaz będzie z niebywałą gracją Federik Ruysch. Przybyli tłumnie mieszczanie, wykupiwszy drogie bilety, w napięciu obserwują maestrię maga-anatoma, powodowani nieprzepartą gorączką wiedzy. Bo, jak powtarza Tokarczuk, „widzieć, to wiedzieć”.

Albo z pozoru nieuważne spotkanie z wielbicielem Ciorana, który metodą na chybił trafił cytuje kilka zdań ze swego mistrza, a wśród nich takie, które mogłoby być mottem jej powieści: „nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”.

Albo wyrafinowane wykłady pewnego emerytowanego profesora na pokładzie statku przemierzającego szlaki między greckimi wyspami o dawnych bogach, w szczególności tych zapomnianych. I przypadkowe zderzenie z jakimś jachtem, które kładzie kres tym ekstrawagancjom.

Albo… Rzeczywiście jest tak, jak napisał wydawca na okładce: „Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie”.

Między tymi dwoma modelami świata: nieruchomym, wiecznym, zamkniętym w preparatach, nieulegającym prawom natury, zawsze świeżym i łudząco wiecznie żywym, i tym w bezustannym ruchu, zmienności, popłochu ucieczki przed stabilnością rozpina pisarka swoją planszę gry z czytelnikiem. Inkrustuje je drobnymi zapiskami, które tworzą mapę nieustannej podróży, dosłownej i intelektualnej – podróży po miejscach, głównie lotniskach, ludziach i ideach.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia

 

z dziełem rozkapryszonym

które samo siebie komentuje, odchodzi od tematu, często zmienia tempo opowieści i jej kierunek. Przypomina to kompozycję sternowską. To właśnie Laurence Sterne „Życiem i myślami JW Pana Tristrama Shandy” (1759-1767) dał początek rewo­lucji formal­nej – jawnie podeptał klasycy­styczne wzor­ce, poddając akcję powieści kapryśnej woli narra­tora, jego subiektywnym skojarze­niom, poświęcając wiele miejs­ca refleksji autotematycznej. Jako pierwszy wprowadził tu zaczątki tzw. strumienia świadomo­ści. Tokarczuk idzie w jego ślady, wierna przede wszystkim swojej intuicji i pojawiającym się skojarzeniom.

Toteż w „Biegunach”, opowieści poddanej najwyraźniej poetyce ruchomej anegdoty, w której zasadą jest odrzucenie zasad, narratorka, a jej śladem czytelnik porusza się jak na szachownicy. Nigdy jednak nie wie, która figura znajdzie się w grze. Czy to skoczek, czy wieża, czy zwykły pionek, a może goniec albo królówka. Kombinacji jest mrowie, ale to nieprawda, że powieść złożona z rozbudowanych opowiadań, krótkich esejów i aforyzmów to „model do składania”, że można by tę konstrukcję rozrzucić, jak Różewiczowską „Kartotekę” i złożyć z powrotem w dowolny sposób, nawet jeśli niektóre fragmenty, opowiadania mogłyby istnieć samodzielnie. Układ ma tutaj jednak swoje znaczenie, a energia i zwrotnice w grze wydają się solidnie przygwożdżone do podłoża.
Pisarka nie porzuca swoich opowieści, wraca do nich i rozwija potem albo coś dopowiada, albo wreszcie w lustrze innej opowieści wyjaśnia sens anegdot już zamkniętych. Jest to więc konstrukcja misterna, acz sprawia wyrażenie luźnej, wręcz dowolnej. Przy czym Tokarczuk

 

zastawia pułapkę na czytelnika

który początkowo zdezorientowany, z czym ma właściwie do czynienia (pamiętnikiem z nieustającej podróży, zbiorem zapisków czy wpisów na blogu, kolekcją opowieści z różnych stron świata) w pewnym momencie czuje się pochłonięty przez ten strumień wędrujących myśli i refleksji, które jednak na koniec doprowadzą go do puenty. I to go pcha do namiętnej lektury, dlatego nie może przerwać, bo silnie wierzy, że wreszcie rozszyfruje zasadę tego dzieła, że jego wytrwałość zostanie nagrodzona. Czasem opowieść skrzy się humorem, czasem ujmuje gorzką refleksją, czasem reporterską obserwacją, naukową bez mała diagnozą i psychologiczną prawdą.

W ostatnim fragmencie opowieści – „Boarding” – narratorka obserwuje w sali odlotów mężczyznę w średnim wieku, między czterdziestką a pięćdziesiątką, który czekając na zapowiedź odlotu wyciąga zeszyt i poczyna robić jakieś notatki. „Więc i ja wyciągam swój dziennik pokładowy – pisze Tokarczuk – i zapisuję tego piszącego mężczyznę”. I po chwili autorka wzywa wszystkich podróżujących do podobnego działania” „Będziemy zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań”. A więc na tym to polega! Bezruch i ruch w jedności, nieugięta trwałość w nieustającej zmianie. „Będzie tu wszystko”, konstatuje z pewnym triumfem pisarka, choć jedno pytanie jeszcze ją niepokoi: „Kto to przeczyta?”

Tak więc na koniec docieramy do zasady tej opowieści – to ma być

 

opowieść kompletna

Nietrudno znaleźć patrona tej szalonej idei. To polski, prowincjonalny encyklopedysta, wyśmiewany ksiądz Benedykt Chmielowski (powróci potem w powieści Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”). Jego „Nowe Ateny” dziesięcioleciami obśmiewano. Ale Tokarczuk autora „Nowych Aten” nie wyśmiewa. Nazywa go „Józefem Flawiuszem okrytej mgłą prowincji, Herodotem obrzeży świata”, wydaje się urzeczona jego wytrwałością gromadzenia kompletnej wiedzy o świecie. On ją zdobywał nie opuszczając o krok swojego domostwa. Olga Tokarczuk to zadanie symbolicznie przekazuje biegunom. Sama się nim czuje, przeczuwa, że i Chmielowski był skrytym biegunem, choć się prawie nie ruszał z domu.

Gdzieś w połowie drogi-opowieści narratorka (autorka?) wyzna mimochodem: „Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych”.

Bieguni to ludzie, którzy nie mogą usiedzieć, których gna w świat, którzy – w dawnych czasach – porzucali rodzinę i majątek i wyruszali, aby zbiec przed złem. Współcześni bieguni, nieustanni wędrowcy, też szukają bezpiecznych miejsc, a wciąż ich nie znajdując, wierzą, że kiedyś, może „tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce”. To jest ostatnie zdanie dzieła Tokarczuk. Otwarta furtka ocalenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *