Pisarz-antymilitarysta pozostanie w pamięci

Poprzednio, w 2002 roku, została ona pomieszczona na fasadzie domu, miejsca narodzin pisarza. W uroczystości wzięła wtedy udział m.in. wdowa po twórcy, Ruth Kirst. Tablicę zdjęto ją podczas remontu domu, a wspólnota mieszkaniowa odmówiła zgody na ponowne wmurowanie tablicy. Sprawą zainteresował się w listopadzie „Dziennik Trybuna”, który interweniował w tej sprawie u władz Ostródy. Szczęśliwie, szybko znalazły one rozwiązanie i tablica (wobec braku zgody wspólnoty została zamontowana na kamieniu, nieopodal posesji.

Na uroczystości przemówił Henryk Koch, przedstawiciel mniejszości niemieckiej w Polsce. Dobrze, że postać wybitnego pisarza, który, wstrząśnięty wojennymi przeżyciami został wielkim przeciwnikiem wszelkiego militaryzmu, nie zniknie z przestrzeni publicznej.

Polscy czytelnicy nieprędko mogli zapoznać się z jego prozą, nawet mimo jej przesłania. W okresie zimnej wojny między PRL a Republik Federalną Niemiec i świeżej jeszcze pamięci niemieckiej okupacji Polski, przed zawarciem porozumienia o uznaniu granicy na Odrze i Nysie z grudnia 1970 roku, o drukowaniu nowych powieści Kirsta nie mogło być mowy. Gdy warunki polityczne stały się bardziej sprzyjajce, pisarz już nie żył. Wysyp wydań jego prozy Kirsta nastąpił w Polsce po 1989 roku. Ale i wtedy antywojenne i antynazistowskie przesłanie niedostatecznie przebijało się do odbiorców. Czytelnicy widzieli w nich głównie trzymająca w napięciu prozę wojenną, choćby z silnie zarysowanymi elementami psychologicznymi i bogatym tłem obyczajowym.

Rodem z Ostródy

W wydaniu okolicznościwoym „Osteroder Zeitung” z 1938 r. zawierającym szczegółowy wykaz mieszkańców miasta wymieniono też rodzinę Kirstów, która zamieszkiwała w budynku nr 10 przy ówczesnej Schillerstraße. Ojciec Kirsta pełnił w Prusach Wschodnich służbę w policji. Sam Hans Hellmut w rodzinnym mieście ukończył Kaiser-Wilhelm-Gymnasium, a następnie Wyższą Szkołę Handlową. Ojciec doradził mu następnie wejście na drogę kariery wojskowej. 1 kwietnia 1933 przyszły pisarz został żołnierzem zawodowym w Królewcu (dzisiejszym Kaliningradzie). Jak wielu swoich rówieśników, działał w organizacji Hitlerjugend, organizował nawet jej letnie obozy w Prusach Wschodnich.

Walczył przeciwko Polsce we wrześniu 1939 r., następnie brał udział w kampanii francuskiej. W 1941 r. ze swoim oddziałem został skierowany na front wschodni W latach 1943–1945 był oficerem nadzorującym i nauczycielem historii wojny w Szkole Lotnictwa Wojennego w Schongau (Bawaria). W szkole tej służył późniejszy premier Bawarii, Franz Josef Strauss, który miał duży wpływ na powojenne życie Kirsta. Po kapitulacji III Rzeszy Kirst został aresztowany i osadzony w areszcie śledczym amerykańskiego obozu internowania w Garmisch-Partenkirchen. To Strauss, bezpodstawnie, doniósł Amerykanom o tym, że Kirst jest nazistą. Kirst został jednak ostatecznie zwolniony z aresztu jako „politycznie nieobciążony”. Brak nazistowskich poglądów udowadniał po wojnie jeszcze raz: przed Izbą Orzekającą o denazyfikacji. Ironią losu przewodniczącym Izby był ten sam Strauss, który wydał mu dwuletni zakaz publikacji.

Świadectwo

Musiał być on ciosem dla byłego niemieckiego oficera, który pierwsze notatki literackie tworzył jeszcze w areszcie, a w 1947 r. opublikował pierwszą sztukę teatralną. Wstrząśnięty moralnie przeżyciami wojennymi pisarz stał przeciwnikiem wojny, militaryzmu i wszelkich form zbrojeń. Jego fundamentalny sprzeciw wywołało nawet powołanie Federalnych Sił Zbrojnych (Bundeswehra).
Sprzeciwowi temu Kirst dawał wyraz nie tylko na kartach powieści. Świadczył o nim całą swoją postawą życiową. Od lat 60. tantiemy uzyskane ze sprzedaży swoich książek przekazywał między innymi organizacjom socjalnym w Izraelu. Wspomagał sieroty wojenne w Polsce oraz studentów w Norwegii. W 1958 wszystkie wpływy z norweskiego wydania „Nikt nie ujdzie cało” przeznaczył na stypendia dla norweskich studentów, aby mogli kontynuować działalność w duchu humanistycznych idei Alberta Schweitzera. Wpływy ze sprzedaży książek „Rozmowy z psem Antkiem, „Koty z Caslano” i „Psa i jego pana” przekazał na schroniska dla zwierząt.

Od 1947 r. Kirst pracował w charakterze krytyka filmowego, stając się na tym polu prawdziwym autorytetem. W 1969 roku rozpoczął współpracę z drugim programem niemieckiej telewizji (ZDF), gdzie prowadził program „Poradnik kinomana”. Na tym również jego działalność się nie kończyła. W latach 1970–1971 studiował w Federalnym Urzędzie Kryminalnym w Wiesbaden, dzięki czemu był następnie w stanie przekonująco tworzyć powieści, których tłem była kryminalistyka.

W 1987 roku Kirst przeprowadził się wraz z rodziną do Werdum we Fryzji. Dwa lata później zmarł.

Kirst zadebiutował jako dramaturg, ale to powieść okazała się gatunkiem, który uprawiał z największym powodzeniem – tak artystycznym, jak czytelniczym.

Zadebiutował w 1950 roku powieścią. „Nazywaliśmy go Galgenstrick” (1950), którą przetłumaczono na siedem języków. Prawdziwą sławę i uznanie na świecie przyniósł mu jednak wydany w 1954 pierwszy tom trylogii „08/15”. Dzięki niej Kirst awansował do miana najbardziej poczytnego autora powojennych Niemiec Zachodnich. Jego proza doczekała się masowej publiczności i osiągnęła około miliona nakładu.

Niedoceniany

Może właśnie ten rozmach sprawił, że krytycy zbyt pochopnie uznali ją za twórczość mało ambitną, adresowaną do masowego czytelnika. Nie bez wpływu był tu również sam charakter jego narracji i klimat utworów. Jego powieści, rozgrywające się w większości czasów w III Rzeszy, szczególnie okresu II wojny światowej i w znanym autorowi z własnego doświadczenia środowisku Wehrmachtu, cechuje z jednej strony klimat nieustannego napięcia, zagrożenia i konfliktów, z drugiej – radykalny krytycyzm wymierzony w ukazywane sfery.

Przez część czytelników ceniony był w pierwszej kolejności „szorstki”, wojskowy” klimat jego prozy, pozornie utrudniający przyswojenie antywojennego przesłania. Jednak głębsze wczytanie się pozwala odkryć ukryte pod tym naskórkiem wysokie walory prozy Hansa Hellmuta Kirsta. To subtelna ironia, bo we wspomnianym klimacie „szorstkiej męskości” można doszukać się przewrotnej z niego kpiny i oczywiście krytyki armii i ducha militaryzmu, akcenty ostrej groteski, wyrafinowane podteksty filozoficzne i antropologiczne. Przede wszystkim Kirst pisał ze świadomością moralnego upadku narodu niemieckiego, ideologicznej degrengolady i absurdu. Taka atmosfera panuje w „08/15”, a następnie w kontynuacji tego dzieła kilkupowieściowym cyklu przygód żołnierza Ascha. Jego kolejne części to: „08/15 w koszarach” (1955), „08/15 na wojnie” (1954), „08/15 walczy do końca” (1955), „08/15 dzisiaj” (1963) i „08/15 w partii” (1978).

Jego drugi międzynarodowy bestseller, „Fabryka oficerów” ukazał się w 1960. Niemal rówie wielką popularnością cieszyli „Przedziwni ludzie z Maulen” (1984) i „Niezwykłe wesele w Bärenwalde” (1986), powieści kryminalne . Ich problematyka sprawiła, że Kirst ostatecznie już, mimo wszystkich międzynarodowych sukcesów, pozostał dla niemieckich krytyków twórcą literatury popularnej (nawet jeśli bardzo zdolnym), mistrzem prozy kryminalnej i suspensu. Nawet, jeśli w dorobku miał również prozę psychologiczno-obyczajową oraz kilka opowieści stricte historycznych, dokumentalnych, jak „Bunt żołnierzy. Opowieść o 20 lipca 1944” (1965). Taka była też ostatnia jego książka wydana za życia, „Wojna z Polską” (1989).

Jak pisał tłumacz Kirsta na jezyk polski, Karol Czejarek, szczytowym osiągnięciem Kirsta jest jednak „Noc długich noży” – „ opowieść o tym, jak Hitler ostatecznie rozprawił się ze swoimi politycznymi przeciwnikami, stając się niepodzielnym dyktatorem. Książka odsłania metody, jakimi udało mu się ogłupić i uwieść, a w konsekwencji zniszczyć i unicestwić własny naród”. Niebanalna i niedoceniana proza Hansa Hellmuta Kirsta nie zasługuje na zapomnienie. Podobnie jak powojenna postawa pisarza, zdolnego do krytycznego spojrzenia na własne koleje losu i próby naprawienia krzywd, na tyle, na ile to było możliwe. Dlatego dobrze, że w Ostródzie tablica jego pamięci nie zniknie.

Mroczny pentagram Władysława Terleckiego

To już kolejna na przestrzeni czterech dekad edycja „Twarzy 1863”, ale pierwsza, w której znalazł się cały pentagram
powieściowy Władysława Terleckiego poświęcony Powstaniu Styczniowemu i jego kontekstom. Do „Spisku”,
„Powrotu z Carskiego Sioła”, „Dwóch głów ptaka” i tomiku czterech nowel „Rośnie las”
dołączona została ostatnia „styczniowa” powieść „Lament” z 1984 roku.

W szkicu „Twarze i maski polityki” („Dziennik Trybuna” (nr 93/2019) oraz internetowy e-dwutygodnik artystyczno-literacki pisarze.pl) poświęconym syntetycznie twórczości Terleckiego, w tym także tematyce nie dotyczącej Stycznia 1863, ale również współczesnej oraz dramaturgii, tak pisałem o prozie z tego cyklu:
„W 1966 roku ukazała się niewielka powieść „Spisek”, która otworzyła wielki cykl „styczniowy 1863” Terleckiego i w której w dość już rozwiniętej formie wyraziły się najważniejsze cechy jego późniejszej, najznakomitszej prozy. Jej tematem jest tzw. sprawa Stefana Bobrowskiego, pierwszego przywódcy „czerwonych” w Powstaniu Styczniowym, zastrzelonego w sprowokowanym pojedynku, w którym nie miał żadnych szans jako człowiek prawie niewidomy i bez umiejętności strzelania. W tej bezsensownej śmierci wybitnie utalentowanego działacza wyraża się charakterystyczna dla tych czasów antynomia. Antyromantyczny, sceptyczny chłodny, rzeczowy, logiczny intelektualista Bobrowski, jeden z przywódców romantycznego zrywu, biernie ulega fatalizmowi prowadzącemu go ku bezsensownej śmierci w pojedynku, absurdalnym wytworze chorej, ekstremalnej kultury opartej na „etyce honoru” i dopełnia udziału w nonsensie śmiercionośnej konwencji. W „Spisku” objawia się też charakterystyczna dla Terleckiego forma literacka, psychodrama (tak ją określił Jan Błoński), solipsystyczne „dzianie się w głowie”, rozmyślania Bobrowskiego w czasie jazdy pociągiem, które zastępują „klasyczną” akcję. Michał Sprusiński określił prozę Terleckiego jako „prozę atmosfery desperacji i samotności”. Także w „Spisku” po raz pierwszy objawia się „letargiczność” narracji charakterystycznej dla Terleckiego, jej usytuowanie na granicy jawy i snu. Objawiły się też w „Spisku”, na co zwrócił uwagę Błoński, inne znamienne motywy, Krytyk zwracał też uwagę na inne obsesyjne motywy w prozie Terleckiego: zamknięcia, osaczenia, daremnego oczekiwania, bezsilności, fatalizmu. (…) W 1970 roku ukazała się powieść „Dwie głowy ptaka”. Jej głównym protagonistą jest inny wybitny działacz Powstania Styczniowego, naczelnik Warszawy Aleksander Waszkowski, osadzony w Cytadeli. Temat tworzą jego przesłuchania, prowadzone w ramach śledztwa przez pułkownika Tuchołko, postać która przewija się przez „styczniową” prozę. Obszerne sekwencje przesłuchań stanowią w prozie Terleckiego bardzo istotny składnik. Są to właściwie, głównie po stronie śledczego, filozoficzne dywagacje na pograniczu filozofii państwa i władzy oraz historiozofii, połączone z introspekcją psychologiczną. Postaci śledczego-filozofa towarzyszy w powieściach figura, którą sam pisarz nazwał „szpiclem filozofem”. Głównym motywem jest tu zdrada i jej względność. Waszkowski zwątpił w sens i szanse Powstania, więc pragnie przyczynić się do położenia kresu daremnej ofierze powstańczej. Czyni to ułatwiając władzom rosyjskim odzyskanie skarbu Królestwa, co przekreśli możliwość kontynuowania konspiracji. Z jednej strony jest to zdrada, z drugiej, w pojęciu Waszkowskiego, „błogosławiona wina”, która położy kres dalszemu upływowi polskiej krwi. Jednak ani Terlecki, ani jego bohater nie dokonują tu moralnego rozstrzygnięcia. Bohater nie doznaje komfortu „błogosławionej winy”. Wszystko zawieszone jest we względności i wieloznaczności. (…) W 1973 roku ukazał się „Powrót z Carskiego Sioła”, rodzaj powieści spojonej z odrębnych całości. Pojawiają się takie postacie jak Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Aleksander Wielopolski, namiestnik Lűders, Oskar Awejde. Tu też dotyka pisarz problemu zdrady, ale też nietzscheańskiego kultu siły, antynomii między politycznym realizmem a daremną ofiarą. (…) „Lament” (1984), to ostatnia, wieńcząca powieść cyklu „styczniowego”. Jest to obraz kresu Powstania, jego dogorywania i degrengolady w ponurej, elegijnej atmosferze krańcowego pesymizmu, intryg i szerzącej zdrady”. Dodam, że echem cyklu styczniowego jest opowiadanie „Drezno” z cyklu „Rośnie las”, którego bohaterem jest „wygnaniec” z Królestwa Polskiego, jedne z najważniejszych protagonistów dramatu Styczniowego, dogorywający w Dreźnie margrabia Aleksander Wielopolski.
Omawiane, PIW-owskie wydanie „Twarzy 1863” opatrzone jest znakomitym szkicem Anny Jamrozek-Sowy zatytułowanym „Pisarz poważny”, w którym autorka raz jeszcze rekapituluje (choć nie wyłącznie) „styczniowy” nurt prozy Władysława Terleckiego, poprzedzając to passusem biograficznym poświęconym pisarzowi. W odniesieniu do szkicu Jamrozek-Sowy warto zwrócić uwagę na cenną i pożyteczną szczegółowość w zreferowaniu i interpretacji fabuły i problematyki poszczególnych składników „styczniowej” prozy, ale także na trafne zdefiniowanie stworzonej przez Terleckiego formy literackiej: „Terlecki stworzył swoistą odmianę powieści rozrachunkowej, której racją bytu uczynił temat śledztwa prowadzonego w celu „odkrycia i wyjaśnienia przyczyn klęski ponoszonej przez współczesność, przez zniewoloną zbiorowość i zdeterminowaną jej rytuałami jednostkę. (…) Dążąc do przedstawienia procesów psychicznych, posługiwał się najczęściej pośrednim monologiem wewnętrznym. Skutkowało to fragmentaryzacją obrazu świata, chaotycznością przekazu, ograniczeniem horyzontu czasowego narracji do chwili teraźniejszej, przedstawieniem rzeczywistości jako niegotowej, stającej się na oczach czytelnika, wreszcie – poczuciem nieoczywistości stawianych diagnoz. Stosowanie przez pisarza techniki strumienia świadomości i zmienności punktów widzenia wywoływało efekt wielogłosowości i stylistycznego zróżnicowania narracji, potęgowany przez liczne nawiązania do innych dzieł literackich i wiedzy historycznej”.
Wśród pokaźnego grona cytowanych przez Jamrozek-Sowę analityków prozy Terleckiego (m.in. Maria Janion, Agnieszka Izdebska, Lidia Burska, Andrzej Mencwel, M. Lubelska) , znalazł się też Marian Orski, który pisał, że rozpoczynając lekturę prozy Terleckiego „od pierwszych stron wraz z narratorem wkraczamy (…) w strumień czyjejś jaźni, że bez zapowiedzi i otoczki wprowadzających tropów historycznych dostajemy się w samo „centrum świadomości odtwarzanego czasu”.
Na koniec odniosę się do tytułu szkicu Jamrozek-Sowy: „Pisarz poważny”. Ta fraza nawiązuje zarówno do sylwetki psychologicznej pisarza, którego cechowała pewna „wyniosłość”, a także solenność, swoisty chłód w tzw. „obejściu” i sposobie wypowiadania się, jak i do bardzo poważnej problematyki jego prozy, pozostawania przez niego wyłącznie w kręgu „zagadnień istotnych”, poważnych, fundamentalnych. Ta powaga osobista i pisarska Władysława Terleckiego dała także swoiście paradoksalny efekt uboczny, polegający na tym, że w prozie tego wybitnego, uczonego i bardzo inteligentnego pisarza bardzo trudno natrafić na akcenty znamionujące zmysł humoru, ważnego przecież i wszechobecnego składnika ludzkiej egzystencji. Możemy jedynie natrafić na delikatne smużki delikatnego sarkazmu i starannie skrywanej ironii. Gorąco rekomenduję ten tom wybornej, bogatej prozy wraz z lekturą teksy jej poświęconego.

Władysław Terlecki – „Twarze 1863”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 926, ISBN 978-83-66272-30-9

W objęciach Molocha

czyli nasz nowy, wspaniały świat

Zadziwiająca to powieść ten „Blady król”. Jeszcze podobnej nie spotkałem. Zamiast na rozdziały podzielona jest na paragrafy. Zajrzyjmy pod paragraf 34. Gdyby ktoś zacytował jego treść bez podania źródła i charakteru dzieła, można by nieuchronnie dojść do wniosku, że to fragment z podręcznika dla studentów ekonomii poświęconego podatkom. Cała ta obszerna powieść naszpikowana jest tego rodzaju treściami oraz obrazami przepełnionymi stosami papierów, dokumentów, raportów, formularzy, segregatorami, komputerami, kodami dostępu, drukarkami i innymi niezliczonymi atrybutami świata biur, urzędów i korporacji. Pośród całej tej materii żyją bohaterowie „Bladego króla” Davida Fostera Wallace’a (1962-2008). Nowatorstwo i genialność zamysłu Wallace’a, który zresztą powieści nie zdążył dokończyć, polega jednak na tym, że ów wspomniany świat i tworząca go oraz towarzysząca mu materia technologiczna i techniczna nie są tu jedynie dekoracją, zwykłym tłem wynikającym z samego faktu istnienia w naszym otoczeniu materialnych takich właśnie atrybutów naszej cywilizacji. Ona jest w „Bladym królu” współbohaterem, obok ludzi, a może nawet jest bohaterem ważniejszym od ludzi, którzy żyją pośród niej jak pośród wszechogarniającej lawy, którzy są przez nią zasypywani, którzy są jej niewolnikami. Bo to nie ona służy ludziom. To raczej ludzie, ( tzw. „korpoludki” są tylko jedną z licznych odmian ludzkiej fauny podlegającej tym zjawiskom) służą tej materii, temu zniewalającemu Molochowi, jakim jest świat atrybutów otaczającej nas cywilizacji. Są z nią zrośnięci, są przez nią wysysani, wykorzystywani, wydrążani. Dzieło przerosło twórcę – człowieka. Wytwory cywilizacji uzyskały przewagę nad nim, jej kreatorem, podporządkowały go sobie. Nie mogę oprzeć się pokusie komparatystycznej, pokusie porównania w polu literatury. Być może pamięć mnie zawodzi, ale nie potrafię, przynajmniej w momencie, gdy piszę te słowa, odnaleźć w pamięci inne dzieło literackie, które w pokrewny sposób pokazywałoby jak cywilizacja wkracza w realne życie ludzkie – innego niż „Komedia ludzka” Balzaca. On też dokonał genialnego, nowatorskiego przełomu w literaturze. Świat przedstawiony w literaturze przed Balzakiem, nawet w literaturze wysokiej próby, był zredukowany do konwencji, w której postacie powieściowe żyły a wydarzenia powieściowe dokonywały się w scenerii skonwencjonalizowanej, ograniczonej, jak w szopce. Były salony albo chaty, świątynie lub trakty podróżne, pokazane w sposób również skonwencjonalizowany. Spróbujcie znaleźć realną materię świata u poprzedników Balzaca, choćby u Woltera, czy nawet u XVIII-wiecznych angielskich prerealistów w rodzaju Fieldinga czy Smolleta. Może jakichś tego zalążków można się doszukać w XVI-wiecznej literaturze hiszpańskiej, u Cervantesa czy Quevedo… Jednak to dopiero Balzac jako pierwszy dostrzegł i wniósł w sposób pełny, rozbudowany do swoich powieści autentyczną materię nowej cywilizacji: kantory, sklepy, kramy, banki, zakurzone redakcje, zapyziałe biura, niechlujne szynki, drukarnie, pensjonaty, hotele etc. pokazane w sposób dokumentalny. Przedstawił czytelnikom „świat nieprzedstawiony” (że posłużę się analogią do pewnego dzieła naszych już czasów), ten który pewnie każdy pisarz dostrzegał jako prywatna jednostka, ale albo przez myśl mu nie przeszło, aby obrazem tego świat kazić święte przestrzenie literatury albo uznawał za niegodny pomieszczenia w materii dzieła. W moim odczuciu takim Balzakiem naszych czasów jest Wallace ze swoim „Bladym królem”. Do tej pory tylko świat internetu i esemesów znalazł obywatelstwo w nowej literaturze, a telefon komórkowy stał się konwencjonalnym rekwizytem, mającym służyć jako odautorski znak, że czytamy powieść współczesną. Jednak to był tylko ersatz, markowanie, rekwizyty. Wallace uczynił ten świat równorzędnym bohaterem powieści, równorzędnym ludzkim bohaterom, zrośniętym z nimi żyłami, tętnicami, tkankami, połączeniami nerwowymi. Przynajmniej pod tym względem jest to powieść genialna, a co najmniej nowatorska.

David Foster Wallace – „Blady król. Powieść nieukończona”, przekł. Mikołaj Denderski, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str. 590, ISBN 978-83-280-6156-9

„Bieguni” albo furtka ocalenia

Nie wszystkich zachwycił sukces Olgi Tokarczuk, której powieść „Bieguni” wyróżniona została prestiżową MAN Booker International Prize.

 

Prawica znowu ma kłopot. Z trudem zniosła cios, jakim była nagroda reżyserska dla Pawła Pawlikowskiego za film „Zimna wojna” na festiwalu Cannes. Teraz trzeba mężnie znieść Tokarczuk, którą już zdążono mianować wrogiem publicznym. Nie będę tu powtarzać obrzydliwego hejtu, jaki wylał się nią po „Księgach Jakubowych”. Teraz też „niezadowoleni” pomrukują. Bardzo ich ten Booker uwiera. Tymczasem warto się bezinteresownie cieszyć tą nagrodą, która nie tylko Oldze Tokarczuk, ale polskiej literaturze współczesnej może się dobrze przysłużyć.
Jak wiadomo, zainteresowanie budzi zainteresowanie, a „Bieguni” takie wielkie zainteresowanie wzbudzili. Przewodnicząca jury, Lisa Appignanesi powiedziała, że powieść Tokarczuk idealnie oddaje specyfikę naszych czasów: „Wszyscy jesteśmy w jakimś sensie migrantami, którzy gdzieś zmierzają, a coś innego pozostawiają. Ta książka przepełniona jest jednocześnie poczuciem straty, jak i pragnieniem ucieczki”.

 

Apetyt czytelniczy

jaki wzbudziła ta właśnie opowieść Olgi Tokarczuk nie jest łatwy do wyjaśnienia. Nie mamy przecież do czynienia ani z trzymającym w napięciu wątkiem kryminalnym (choć tajemnica pojawia się od czasu do czasu), ani z romansem, ani tym bardziej charakterystycznym dla współczesnej powieści nieokiełznanym erotyzmem. Przeciwnie, opowiada się tu proste i rozmaite historyjki, przeplatając je uwagami o literaturze, podróżach, życiu w ruchu i nieśmiertelności ciała (to nie błąd, właśnie tak: ciała, a nie duszy).

Oto na jakiejś chorwackiej wyspie młodemu letnikowi z Polski giną z oczu żona i maleńki syn. Podejmuje daremne poszukiwania. Potem szuka ich cała wyspa, napięcie gwałtownie rośnie, ale w tym momencie autorka przerywa opowieść, potrafi gospodarować emocjami i wie, kiedy w serialu powinien pojawić się koniec odcinka.

Albo rozpocząć ma się pokaz sekcji zwłok w niderlandzkim mieście. Prowadzić pokaz będzie z niebywałą gracją Federik Ruysch. Przybyli tłumnie mieszczanie, wykupiwszy drogie bilety, w napięciu obserwują maestrię maga-anatoma, powodowani nieprzepartą gorączką wiedzy. Bo, jak powtarza Tokarczuk, „widzieć, to wiedzieć”.

Albo z pozoru nieuważne spotkanie z wielbicielem Ciorana, który metodą na chybił trafił cytuje kilka zdań ze swego mistrza, a wśród nich takie, które mogłoby być mottem jej powieści: „nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”.

Albo wyrafinowane wykłady pewnego emerytowanego profesora na pokładzie statku przemierzającego szlaki między greckimi wyspami o dawnych bogach, w szczególności tych zapomnianych. I przypadkowe zderzenie z jakimś jachtem, które kładzie kres tym ekstrawagancjom.

Albo… Rzeczywiście jest tak, jak napisał wydawca na okładce: „Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie”.

Między tymi dwoma modelami świata: nieruchomym, wiecznym, zamkniętym w preparatach, nieulegającym prawom natury, zawsze świeżym i łudząco wiecznie żywym, i tym w bezustannym ruchu, zmienności, popłochu ucieczki przed stabilnością rozpina pisarka swoją planszę gry z czytelnikiem. Inkrustuje je drobnymi zapiskami, które tworzą mapę nieustannej podróży, dosłownej i intelektualnej – podróży po miejscach, głównie lotniskach, ludziach i ideach.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia

 

z dziełem rozkapryszonym

które samo siebie komentuje, odchodzi od tematu, często zmienia tempo opowieści i jej kierunek. Przypomina to kompozycję sternowską. To właśnie Laurence Sterne „Życiem i myślami JW Pana Tristrama Shandy” (1759-1767) dał początek rewo­lucji formal­nej – jawnie podeptał klasycy­styczne wzor­ce, poddając akcję powieści kapryśnej woli narra­tora, jego subiektywnym skojarze­niom, poświęcając wiele miejs­ca refleksji autotematycznej. Jako pierwszy wprowadził tu zaczątki tzw. strumienia świadomo­ści. Tokarczuk idzie w jego ślady, wierna przede wszystkim swojej intuicji i pojawiającym się skojarzeniom.

Toteż w „Biegunach”, opowieści poddanej najwyraźniej poetyce ruchomej anegdoty, w której zasadą jest odrzucenie zasad, narratorka, a jej śladem czytelnik porusza się jak na szachownicy. Nigdy jednak nie wie, która figura znajdzie się w grze. Czy to skoczek, czy wieża, czy zwykły pionek, a może goniec albo królówka. Kombinacji jest mrowie, ale to nieprawda, że powieść złożona z rozbudowanych opowiadań, krótkich esejów i aforyzmów to „model do składania”, że można by tę konstrukcję rozrzucić, jak Różewiczowską „Kartotekę” i złożyć z powrotem w dowolny sposób, nawet jeśli niektóre fragmenty, opowiadania mogłyby istnieć samodzielnie. Układ ma tutaj jednak swoje znaczenie, a energia i zwrotnice w grze wydają się solidnie przygwożdżone do podłoża.
Pisarka nie porzuca swoich opowieści, wraca do nich i rozwija potem albo coś dopowiada, albo wreszcie w lustrze innej opowieści wyjaśnia sens anegdot już zamkniętych. Jest to więc konstrukcja misterna, acz sprawia wyrażenie luźnej, wręcz dowolnej. Przy czym Tokarczuk

 

zastawia pułapkę na czytelnika

który początkowo zdezorientowany, z czym ma właściwie do czynienia (pamiętnikiem z nieustającej podróży, zbiorem zapisków czy wpisów na blogu, kolekcją opowieści z różnych stron świata) w pewnym momencie czuje się pochłonięty przez ten strumień wędrujących myśli i refleksji, które jednak na koniec doprowadzą go do puenty. I to go pcha do namiętnej lektury, dlatego nie może przerwać, bo silnie wierzy, że wreszcie rozszyfruje zasadę tego dzieła, że jego wytrwałość zostanie nagrodzona. Czasem opowieść skrzy się humorem, czasem ujmuje gorzką refleksją, czasem reporterską obserwacją, naukową bez mała diagnozą i psychologiczną prawdą.

W ostatnim fragmencie opowieści – „Boarding” – narratorka obserwuje w sali odlotów mężczyznę w średnim wieku, między czterdziestką a pięćdziesiątką, który czekając na zapowiedź odlotu wyciąga zeszyt i poczyna robić jakieś notatki. „Więc i ja wyciągam swój dziennik pokładowy – pisze Tokarczuk – i zapisuję tego piszącego mężczyznę”. I po chwili autorka wzywa wszystkich podróżujących do podobnego działania” „Będziemy zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań”. A więc na tym to polega! Bezruch i ruch w jedności, nieugięta trwałość w nieustającej zmianie. „Będzie tu wszystko”, konstatuje z pewnym triumfem pisarka, choć jedno pytanie jeszcze ją niepokoi: „Kto to przeczyta?”

Tak więc na koniec docieramy do zasady tej opowieści – to ma być

 

opowieść kompletna

Nietrudno znaleźć patrona tej szalonej idei. To polski, prowincjonalny encyklopedysta, wyśmiewany ksiądz Benedykt Chmielowski (powróci potem w powieści Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”). Jego „Nowe Ateny” dziesięcioleciami obśmiewano. Ale Tokarczuk autora „Nowych Aten” nie wyśmiewa. Nazywa go „Józefem Flawiuszem okrytej mgłą prowincji, Herodotem obrzeży świata”, wydaje się urzeczona jego wytrwałością gromadzenia kompletnej wiedzy o świecie. On ją zdobywał nie opuszczając o krok swojego domostwa. Olga Tokarczuk to zadanie symbolicznie przekazuje biegunom. Sama się nim czuje, przeczuwa, że i Chmielowski był skrytym biegunem, choć się prawie nie ruszał z domu.

Gdzieś w połowie drogi-opowieści narratorka (autorka?) wyzna mimochodem: „Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych”.

Bieguni to ludzie, którzy nie mogą usiedzieć, których gna w świat, którzy – w dawnych czasach – porzucali rodzinę i majątek i wyruszali, aby zbiec przed złem. Współcześni bieguni, nieustanni wędrowcy, też szukają bezpiecznych miejsc, a wciąż ich nie znajdując, wierzą, że kiedyś, może „tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce”. To jest ostatnie zdanie dzieła Tokarczuk. Otwarta furtka ocalenia.