Nierówni lekarze

„The Guardian” donosi o najnowszych badaniach różnic w zarobkach ze względu na pochodzenie lekarzy w Wielkiej Brytanii. NHS Digital, czyli urząd statystyczny funkcjonujący przy tamtejszej służbie zdrowia zebrał dane o 750 tysiącach pracowników. Okazuje się, że zarobki ciemnoskórych lekarzy są niższe od zarobków białych o 10 tys. funtów rocznie, zaś różnica pomiędzy zarobkami pielęgniarek to 2,7 tys. funtów.

 

Eksperci cytowani przez „Guardiana” podkreślają, że to badanie o największym zasięgu w historii brytyjskiej służby zdrowia. Jego wyniki dają do myślenia: okazuje się, że nie tylko lekarze, pielęgniarki i położne są dyskryminowane ze względu na kolor skóry. Np. menedżerowie szpitali i klinik również zarabiają mniej jeśli są czarnoskórzy: to różnica rzędu prawie 6 tys. funtów rocznie.
Poza tym częściej wobec nich wszczynane są postępowania dyscyplinarne. A jeśli już postępowanie faktycznie kończy się karą, to jest ona niestety surowsza. Czarnoskórzy pracownicy częściej również doświadczają innych form dyskryminacji – np. są częściej kontrolowani. Podobnie rzecz ma się z Hindusami oraz pracownikami arabskiego pochodzenia.

Chaand Nagpaul, szef Brytyjskiego Towarzystwa Medycznego skomentował nierówności: – Ciemnoskórzy lekarze nadal podlegają dyskryminacji, której nie wolno akceptować. To niebywałe, że w Wielkiej Brytanii, w XXI w. istnieje tak wielka przepaść między białymi i czarnymi lekarzami, chociaż, bez względu na pochodzenie, opiekują się pacjentami na tym samym poziomie. Nikogo te dane nie oburzają tak jak mnie – czarnoskórej kobiety, która całe życie przepracowała w brytyjskiej służbie zdrowia jako pielęgniarka – dodała Donna Kinnair, szefowa Królewskiego Instytutu Pielęgniarstwa.

Sprawdzajcie

Bulwersują się samorządy zawodowe i stowarzyszenia prawnicze pomysłami Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącym tajemnic zawodowych. Do tej pory było tak, że mógł z niej zwolnić tylko niezawisły sąd. Po proponowanych zmianach wystarczy już tylko prokurator. To oczywisty skandal i zamach na jedną z podstawowych zasad zawodów zaufania publicznego. Słusznie przypomniano, że nie chodzi jedynie o samą tajemnicę, a o wynikające z tego podważanie innych, fundamentalnych zasad wolności i praw obywatelskich, takich jak prawo do rzetelnego procesu czy prawa do prywatności.

 

Ja bym się jednak tak nie denerwował. Od dawna już dyskrecja niektórych grup zawodowych stała się dziurawa jak sito, zaś media pełne są informacji, zdjęć i filmów, które naruszają najbardziej intymne regiony ludzkiej godności. Wszystko to, a jakże, w towarzystwie wielkich słów o prawie do informacji i wiedzy. Nikt wprawdzie nie wyjaśnił, czemu do pełni mojego obywatelskiego szczęścia potrzebne są zdjęcia zwłok znanych osób, najchętniej z najazdem na rany, twarze i oberwane kończyny, albo obrazy morderstw na żywo i w kolorze. Nie ma co gadać, my, media, mamy poważny wkład w budowanie rzeczywistości, w którym nic nie jest zakryte, nie ma żadnych tabu, jest tylko jedno wielkie akwarium, a my jesteśmy jak te gupiki, obserwowane przez cały świat z ciekawością, ale i lekkim obrzydzeniem.

Ale oczywiście popierać trzeba sprzeciw wobec pomysłów ekipy Ziobry. Bo tej władzy chodzi o inne rzeczy.

Oni nie chcą upraszczać postępowań, ani zwiększać ich skuteczności, ale chcą być depozytariuszami najcenniejszej waluty świata – informacji. Tajemnica adwokacka, lekarska, jeżeli przestanie być tajemnicą da upolitycznionemu prokuratorowi do ręki oręż o niewyobrażalnej sile. I o to idzie – mieć w ręku broń na obywatela. Przykład Kościoła katolickiego, który wie wszystko, jest dla nich nęcącym obrazem. Przy okazji – ciekawe dlaczego projekty Ministerstwa Sprawiedliwości nie obejmują tajemnicy spowiedzi, hę?

Trochę o coś jeszcze innego chodzi w przypadku tajemnicy dziennikarskiej. Nie idzie przecież o to, jakie dowody ma dziennikarz na swoje słowa czy opinie. Nie, rzecz w tym, by dotrzeć do informatorów. Aktywność dziennikarza można przyhamować różnymi sposobami, ale odcięcie go od źródeł informacji to śmierć tego zawodu i kontrolnej roli mediów. A może przede wszystkim zastraszenie społeczeństwa do tego stopnia, by nikomu nawet przez chwilę nie zamarzyło się wykazać się wolą sprzeciwu na otaczającą nas rzeczywistość.

Jest tylko jedna na tej drodze podporządkowania sobie ludzi przeszkoda. Za to poważna. Jest nią milczenie i gotowość ponoszenia kar, przewidzianych przez reżim za odmowę złamania obietnicy, że wszystko, co nam jest powierzane z ufnością nie ujrzy światła dziennego. Ani to łatwe, ani bezpieczne. Nie ma jednak innej drogi, by udowodnić coraz bardziej autorytarnej władzy, że nie wszystko jest w zasięgu ich lepkich rąk.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.