Pułapka na Żuka

Lublin stał się słynny na cała Polską i resztę świata. Z powodu zakazu dla Marszu Równości środowisk LGBT zaplanowanego na najbliższą sobotę 13 października.

 

Powodem wydania zakazu była planowana na ten sam dzień kontrmanifestacja środowisk narodowych, która miałaby zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. Dodatkowo zakazujący marszu prezydent miasta Krzysztof Żuk powołał się na opinię policji, z której ma wynikać, że planowany jest przyjazd na marsz dużej grupy osób, która może doprowadzić do zakłócenia zgromadzenia. Na to lubelski komendant miejski policji insp. Mariusz Dudzik zadeklarował, że policja jest w stanie pełnej gotowości. Żuk ponadto zawiadomił również policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby – przeciwników Marszu Równości – którzy mieli w internecie umieścić rzekomo wpis: „może dałoby radę pokierować zboków na Majdanek”. Wpis został opatrzony zdjęciem pieca krematoryjnego.
Wobec tych faktów prezydent Żuk, powołując się na art. 14 prawa o zgromadzeniach, podjął we wtorek, 9 bm. decyzję o zakazie Marszu Równości. A także o zakazie kontrmanifestacji narodowców. Oczywiście decyzje te rozpętały burzę wśród zwolenników jak i przeciwników Marszu Równości. Całej sprawie dodaje pikanterii fakt, że radni PiS ucieszyli się najpierw z tej decyzji a potem skrytykowali Żuka. Za to, że w uzasadnieniu jej powołał się tylko za argumentem bezpieczeństwa, a nie powołał się na obrazę uczuć religijnych oraz „nieobyczajne zachowanie” uczestników marszu. Ponadto sprzeciwili się argumentacji, że prezydent dostrzegł zagrożenie płynące ze strony kontrmanifestacji narodowców, a nie ze strony popierających marsz. I w związku z tym zwołali na 12 października nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej Lublina.
Organizatorzy Marszu Równości odwołali się w środę o zakazującej decyzji do sądu okręgowego twierdząc, że „decyzja prezydenta Żuka nie ma podstaw prawnych, i że to nie oni stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców”. Jednocześnie zapowiedzieli, że jeśli nie dostaną zgody na marsz, to: „i tak zaproszą wszystkich chętnych na sobotni spacer”.
Sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Zofia Homa uznała w środę argumenty decyzji prezydenta Żuka, tym samym podtrzymała ją w mocy. Uzasadniając ją stwierdziła, „że w razie eskalacji ewentualnego konfliktu mogliby ucierpieć nie tylko uczestnicy manifestacji, ale przebywający wówczas w Lublinie turyści. Dodała również, że w obu przypadkach ( Marszu Równości i Manifestacji Narodowców ) wyznaczono zbyt mało osób pełniących rolę służby porządkowej oraz przyjęto zbyt małą liczbę uczestników”. Od tego orzeczenia przysługuje zainteresowanym stronom zażalenie do sądu apelacyjnego, który musi rozstrzygnąć kwestię, w ciągu 24 godzin, najpóźniej do piątku.
I tak oto prezydent Krzysztof Żuk, starający się o reelekcję, popierany przez lubelską Koalicję Obywatelską, w skład której wchodzą Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz inne stowarzyszenia i inicjatywy stał się przyczyną wrzenia środowisk wolnościowych i demokratycznych.
Żuk, lider lubelskiej PO, wystraszył się – jak twierdzą mieszkańcy – żądań PiS oraz ich zwolenników, którzy ostro przeciwstawiają się idei marszu. I jeszcze zwołują nadzwyczajną sesje Rady Miejskiej aby na niej wyrazić swoją dezaprobatę dla tej inicjatywy.
Lublin i Lubelszczyzna jest bardzo homofobicznym regionem. Homofobii „uczeni” jesteśmy wszędzie gdzie tylko się da, twierdzą przedstawiciele LGBT. Wielu z nich uważa, że dominacja PiS w regionie sprawia, iż Lubelszczyzna jest ostoją średniowiecznych stosunków feudalnych. I lubelski marsz miał być okazją do demonstracji zmiany tego stanu. Miał też być dobrym pretekstem do zaprezentowania kandydatów do samorządu wywodzących się ze wszystkich środowisk demokratycznych i wolnościowych, w tym samego prezydenta Żuka. Zapowiedzieli w nim udział m.in. posłanka Joanna Mucha z PO oraz inni politycy, którzy wspierają takie ruchy.
Zarząd Miejski SLD w miniony piątek podjął stanowisko w sprawie Marszu Równości, w którym czytamy m.in., „że sprzeciwia się kampanii nienawiści, pogardy, kłamstw i wykluczania prowadzonej przeciwko organizatorom Marszu Równości w Lublinie oraz przeciwko osobom, które mają zamiar wziąć udział w tym wydarzeniu. Prawo publicznego wyrażania swoich poglądów jest zagwarantowane wszystkim obywatelom przez Konstytucję RP”.
Jednak po wtorkowym oświadczeniu Żuka o zakazie marszu, nikt z władz partii nie zabrał publicznie głosu i nie odżegnał się od tej decyzji i poprzestali jedynie na zamieszczonym w Internecie stanowisku.
Dziwi to zwłaszcza, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar w odpowiedzi na ten zakaz, stwierdził: „Argumentacja zgodnie, z którą marsz mógłby naruszyć bezpieczeństwo lub stanowić zagrożenie, jest w całości chybiona. To klasyczny przykład sytuacji, w której organizatorów Marszu Równości obarcza się winą za to, że inni obywatele czy przeciwnicy mogliby doprowadzić do sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczestników marszu i mieszkańców miasta. Nie ma miejsca w Polsce na podobną retorykę. Decyzja prezydenta oznacza, że to ofiary ponoszą odpowiedzialność za dyskryminację – w postaci zakazu manifestowania i organizacji pokojowego zgromadzenia. Obowiązkiem władzy publicznej jest zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie zgromadzenia. Prezydent nie może uchylać się od obowiązków”.
Zapewne Krzysztof Żuk wydając zakaz, chciał zdjąć z siebie odpowiedzialność za ewentualne „zadymy” w mieście i przy okazji „puścić oko” do elektoratu prawicowego.
Ale wyszło zupełnie odwrotnie. Prawica skrytykowała go za to, żądając podania „prawidłowego” uzasadnienia tej decyzji i zwołuje sesje RM Lublina. Lewicowy elektorat zawiódł się na nim jako na kandydacie podszytym strachem, nie szanującym zasad wolnościowych i demokratycznych i nie dającym gwarancji stałości podejmowanych decyzji. Nie można też wykluczyć takiego scenariusza, że u podstawy decyzji prezydenta legł „gorący kartofel” podrzucony rękami zwolenników prawicy mający być prowokacją polityczną przeciwko antypisowskiej koalicji. Stąd kontrmarsz narodowców przeciwko wyznawcom równouprawnienia i zwolennikom LGBT, a także prowokacyjne wpisy na portalach społecznościowych w internecie.
Niektórzy twierdza, że termin marszu – tydzień przed wyborami – to niefortunny wybór. Tylko taka wolnościowo-równościowa demonstracja zorganizowana później nie miałaby takiego wydźwięku i nie miałaby tak dużego społecznego i propagandowego odbioru.
Prezydent Żuk zapomniał chyba wydarzeń sprzed lat, gdy zakazując warszawskiej Parady Równości, prezydent Lech Kaczyński łamał Konstytucję RP, a także Europejską Konwencję Praw Człowieka. Wypowiedział się o tym Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. I to zastanawia, czy Krzysztof Żuk, 61-letni ekonomista, polityk, były minister Skarbu Państwa, prezydent Lublina od ośmiu lat, uległ prowokacjom i przestraszył się? Czy też utracił zmysł polityczny i zdolność przewidywania konsekwencji swoich działań i doradzających mu ludzi? Najgorsze jednak to, że bez względu na to jaki wyda wyrok sąd, to organizatorzy Marszu Równości i jego prawicowi przeciwnicy, mogą nie zastosować się do jego orzeczenia. Wówczas odpowiedzialnym za to co może się wydarzyć w nadchodzącą sobotę, będzie właśnie Krzysztof Żuk, który za wszelką cenę chciał jej uniknąć.

Głos lewicy

Tęczowy pochód na ulicach Poznania

Strajk.eu donosi:
11 sierpnia kolorowy tłum przeszedł ulicami Poznania. Marsz Równości był kulminacyjnym wydarzeniem Poznań Pride Week – cyklu zorganizowanego tradycyjnie przez grupę Stonewall. Imprezę objął patronatem prezydent miasta, który zresztą otworzył marsz uroczystym przemówieniem.
– Nie mamy dostępu do takich instytucji jak małżeństwo czy związki partnerskie. Żądamy ochrony prawnej przed mową nienawiści. A także zaprzestania demontażu polskiej demokracji, bo tylko zdrowy system demokratyczny może zapewnić mniejszościom ochronę. Nie żądamy przywilejów, lecz równych i pełnych praw – postulowali organizatorzy marszu, przedstawiciele grupy Stonewall walczącej o prawa osób LGBT.
Jacek Jaśkowiak apelował w swoim przemówieniu: – Bądźmy otwarci i tolerancyjni, sprzeciwiajmy się wykluczeniom. Zachęcam do udziału w marszach równości. Pozostańmy w Europie!
Nawiązał też do awantury wokół komunikacji miejskiej w Poznaniu – z okazji tygodnia równości tramwaje ozdobiono tęczowymi flagami, lecz szybko zostały one zdjęte – ponoć ze względu na falę hejtu. Jak się okazuje, poszło nie tyle o negatywne komentarze pasażerów, co o postawę części załóg poznańskiego MPK. Niektórzy motorniczy mieli odmawiać wyjazdu z zajezdni tak „wystrojonymi” pojazdami.
– Gdy wczoraj zobaczyłem tęczę nad Poznaniem i chorągiewki na tramwajach, bardzo się ucieszyłem, ale ta radość trwała dość krótko – mówił prezydent miasta. – Prezes MPK poinformował mnie o nastrojach motorniczych, stanowisku związków zawodowych, opiniach mieszkańców. Jeszcze dwa dni temu wydawało mi się, że Poznań jest wyspą otwartości i tolerancji. Decyzja prezesa MPK, by zdjąć chorągiewki, bardzo mnie zasmuciła. To pokazuje, ile jeszcze musimy zrobić w Poznaniu, by wszyscy byli bardziej otwarci i tolerancyjni.
Jednak również wśród pracowników MPK znaleźli się dwaj chętni, aby przemówić.
– Motorniczowie odmawiali prowadzenia tramwajów z tęczową flagą i byli z tego dumni. Jestem tym zażenowany. Tak samo zażenowany jestem postawą MPK, które zgadzając się na tęczowe flagi, wiedziało przecież, na co się pisze – mówił do tłumu Aleksander Gapiński – motorniczy i gej. – W niedzielę wziąłem specjalnie zmianę, by jeździć z tęczową flagą. Zapraszam po godz. 15 na linie numer 10 i 4. Wesprzyjcie mnie, wesprzyjcie nas!
Narodowcy szumnie zapowiadali, że zbojkotują marsz (w ratuszu zgłoszono aż 36 zgromadzeń odbywających się w bezpośrednim pobliżu), ale ostatecznie odbyło się tylko jedno. Trasę przemarszu usiłowały zablokować dwie furgonetki pomalowane w homofobiczne hasła. Ostatecznie policja po półgodzinnych wahaniach otoczyła narodowców kordonem i przeprowadziła tęczową demonstrację obok. To jednak spowodowało prawie godzinne opóźnienie.
– Grzech sodomski to grzechy cielesne tej samej płci albo różnej płci, ale popełniane w sposób przeciwny naturze. W naszym państwie sodomia nie tylko przestała być zabroniona, ale obecnie propaguje się ją na paradach równości, a nawet w szkołach. Na to barbarzyństwo nie możemy być obojętni – przekonywali uczestnicy kontrmanifestacji.
– Klimat był niesamowity, oficjalną liczbę uczestników szacuje się na około 5 tysięcy, ale ja uważam, że było więcej, nawet do 10, prawie dwa razy tyle niż w ubiegłym roku – mówi w rozmowie ze Strajkiem.eu Piotr Moszczeński z grupy Stonewall. – Narodowcy próbowali nas zablokować, ale ostatecznie słabo im to wyszło. Wywieszali bannery z homofobicznymi hasłami, które miały utożsamiać osoby LGBT z pedofilią. Ale w końcu grzecznie się wycofali. Chwyciły mnie za serce przemówienia dwóch motorniczych, którzy opowiadali o tym, jak bardzo byli dumni wieszając na tramwajach tęczowe flagi. Prezydent wytłumaczył się z „afery komunikacyjnej” tym, że decyzja została podjęta na fali oburzenia pracowników MPK. Nie jestem w stanie tego potwierdzić. Na marszu była obecna między innymi Nowoczesna i Partia Razem. Nie zabrakło haseł propracowniczych i prokobiecych. Piękne przemówienie w duchu solidarności z robotnikami z Amazona wygłosił Igor Mencel z poznańskiej Razem.

Głos lewicy

Taki mamy klimat

Przewodnicząca wrocławskich Zielonych Małgorzata Tracz o zmianach klimatycznych na Facebooku:
Temat zmian klimatu powraca jak bumerang. Niestety najczęściej, gdy skutki zmian klimatu odczuwamy bezpośrednio: upały, porywiste burze, nawałnice, straty w rolnictwie i wyższe ceny żywności.
A nie chodzi o niwelowanie start, a zapobieganie im. W tym celu konieczne jest odejście od paliw kopalnych, dbanie o zieleń, zaprzestanie betonowania powierzchni biologicznie czynnych, zwiększanie retencji wody. Nie tylko PiS tego nie robi, mało jest miast w Polsce, które robią cokolwiek, by zmniejszyć wpływ na globalne ocieplenie i dostosować infrastrukturę do zmian klimatu.
Jednym z priorytetów dobrze zarządzanych miast powinna być adaptacja do zmian klimatu! To nie są drogie inwestycje, ale rozsądne działania związane z planowaniem przestrzennym, retencją wody oraz rozwijaniem i odpowiednią pielęgnacją miejskiej zieleni. A także stopniowym rozwojem rozproszonej energetyki odnawialnej.
Wrocław powinien być miastem z dobrym klimatem.

 

Módlmy się!

Biolog z Partii Razem Robert Maślak przytacza modlitewną ciekawostkę:
Sława modlitw o zmianę orientacji psychoseksualnej Roberta Biedronia sięga poza granice. „Die Zeit” pisze, że grupka modlitewna (ok. 20 osób) podążająca za Biedroniem nie jest w Polsce niczym niezwykłym.
Jest też o sojuszu radnych PiS i PO w Słupsku w sprawie nieudzielenia Biedroniowi absolutorium, pomimo braku uzasadnienia merytorycznego.
„Die Zeit” zauważa, że Biedroń jest postrzegany jako jeden z trzech głównych kandydatów na prezydenta Polski. Prezydent Słupska krytykuje PO i Nowoczesną za brak poparcia dla inicjatywy obywatelskiej w sprawie liberalizacji ustawy o przerywaniu ciąży, a PO za wyrzucenie do kosza ustawy o związkach partnerskich w 2013 roku. W artykule Biedroń proponuje, aby UE nie karała całej Polski odcięciem dotacji z powodu nieprzestrzegania standardów unijnych, ale pieniądze rozdzielała na gminy.

 

Chcę być strażnikiem Konstytucji!

Info ze strony Polskiego Radia. Szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie lekceważy sytuacji polskiego sądownictwa, rozmontowywanego przez Prawo i Sprawiedliwość:
„– Nie może być przyzwolenia na to, że jak jest w konstytucji napisane, że ktoś ma 6-letnią kadencję, to jakiś tłumok pod politycznym nadzorem po prostu sobie uznał inaczej – powiedział w „Salonie politycznym Trójki” przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.
– Wprowadzimy takie ustawy, które dadzą możliwość ukarania wszystkich tych, którzy w tej chwili łamią prawo – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty.
Wyjaśnił, że dotyczy i sędziów, którym obierze możliwość wykonywania zawodu i obniży emerytury, i posłów, którym odbierze immunitet, jak również prezydenta, którego czeka Trybunał Stanu. – Ja jestem twardym facetem, chłopem z pochodzenia. Zrobię to po prostu. Wprowadzę takie ustawy – stwierdził lider SLD.
Jak zaznaczył Czarzasty, nie próbuje być „arogancki i ordynarny w polityce”, tylko ostrzega i mówi o tym, co się wydarzy. – Pokazuję Polkom i Polakom swoje poglądy w tej sprawie, pokazuję twardość, brak emocji i brak nerwów – wyjaśnił. Zwrócił uwagę, że choć reprezentuje partię pozaparlamentarną, to we wszystkich notowaniach od pół roku jest ona na trzecim miejscu. – Wejdziemy do Sejmu i będziemy dzień po dniu to wszystko robili – zapewnił.

Tęczowy sabat pod Jasną Górą

Mieszkańcy Częstochowy czekali na ten dzień z niepokojem. Dwadzieścia zgłoszonych demonstracji. Wrzawa w mediach ogólnopolskich. Atmosfera zagrożenia, nakręcana przez komunikaty na lokalnych grupach fejsbukowych.

 

W niedzielę do miasta zjechali ludzie z tęczowymi flagami, aby po raz pierwszy w historii miasta zamanifestować poparcie dla równości społecznej i rozszerzenia praw obywatelskich. W prawicowych mediach – obłęd. „Prowokacja’, „Profanacja”, „Wredne szatańskie judzenie”. W tym samym czasie pod Jasną Górą odbywała się pielgrzymka słuchaczy Radia Maryja. Kilka zgromadzeń zgłosili również kibole Rakowa, ONR oraz inni faszyści tytułujący się „obrońcami rodziny”.
Noc przed marszem minęła spokojnie. W jednym z ogródków na Alejach Najświętszej Marii Panny stolik w stolik siedzieli sympatycy Janusza Walusia, chłopcy z totenkopfem na koszulkach i nieheternormatywne dziewczyny z kolorowymi włosami. Żadnej agresji, nikt nie zwraca na siebie uwagi, wszyscy słuchają muzyki granej na żywo. – Przyjechałam z Zabrza do koleżanki, nawet nie wiedziałam, że jest jakaś parada – dziwi się dziewczyna, która siedzi obok mnie na leżaku.
Marsz rozpoczyna się o 11:00 na Placu Daszyńskiego. Godzinę przed startem na miejscu jest nie więcej niż 50 osób. Wśród nich Halina Kantor w towarzystwie trzech koleżanek. Każda ma jakiś tęczowy element. Halina jest jedną z edukatorek programu „Szkoła bez Homofobii” w województwie śląskim. Na razie bez większych sukcesów, ale nie traci wiary. Dlatego przybyła na marsz.
– Projekt był realizowany we współpracy z Kampanią Przeciw Homofobii. Niestety, nie udało mi się znaleźć choćby jednej placówki, w której można byłoby zorganizować szkolenie dla nauczycieli – wspomina.
Co chciałaby zmienić?
– Jest dużo ludzi, którzy stereotypowo traktują ludzi nieheteroseksualnych i przez to osoby LGBT, mają problem by odnaleźć się w społeczeństwie – wskazuje. – Marsz Równości w mieście kultu maryjnego to rzecz szczególna. Wśród kościelnych hierarchów jest przecież sporo homofobów. Prawicowe media mówią, że to prowokacja? Nasz marsz nie jest żadną prowokacją, chyba, że prowokacją nazwiemy też przemarsze katolików w Boże Ciało.
Z dworca na Plac Daszyńskiego idzie się nie więcej niż 10 minut. Znudzeni policjanci szukają schronienia pod jednym z niewielu drzew. Wkrótce jednak na na miejsce przybywają kolejne grupy. Wysiadają z kolejnych pociągów – Poznań, Katowice, Warszawa. Plac się zapełnia. Są też inne miejscowości w regionie częstochowskim: Zawiercie, Blachownia, Myszków.
Marcin mieszka w Zawierciu. Na demonstrację przyjechał z partnerem.
– Walczymy o prawo do normalnego życia w kraju, który jest nienormalny. Dlaczego nienormalny? Tutaj prześladuje się wszystkich, którzy są inni. Doznałem dyskryminacji na wszystkich etapach życia. Ujawniłem się już w latach osiemdziesiątych jako młody chłopak. To wszystko się ciągnie za mną do teraz. Dziś jestem człowiekiem schorowanym i znerwicowanym – mówi ze smutkiem w głosie, ale gdy spogląda na swojego ukochanego, na jego twarzy pojawia się uśmiech.
– Chciałbym żeby każdy się czuł w tym kraju swobodnie, mógł żyć w sformalizowanych związkach – dopowiada Sebastian, partner Marcina. – Widzę jak to wygląda w Czechach, tam osoby LGBT czuję się o wiele lepiej. Chciałbym żeby w Polsce było choćby tak jak tam – dodaje.
Spoglądam na nich chwilę później z dystansu. Cały czas trzymają się za ręce. Zakochani. I cholernie dumni.
Marsz rusza. Idziemy Pierwszą Aleją Najświętszej Maryi Panny. Przed nami, w oddali, szpica jasnogórskiego klasztoru. Z tyłu – komin ciepłowniczy – druga charakterystyczna szpica tego miasta. „Matka Boska zawsze z nami” – głosi transparent. Towarzystwo mamy dobre. SLD, Partia Razem, poznańska grupa Stonewall, anarchiści, grupy queer. „Uśmiechamy się” – animuje nastroje ktoś z platformy. Na przodzie Kasia Paprota i Michał Pytlik – razemici. Trzymają baner „Tęczochowa”. Kilka krótkich rozmów z towarzyszami… Wszyscy zadowoleni i wyraźnie podekscytowani. Jasna Góra coraz bliżej. „Wolność, równość, tolerancja” – krzyczymy. Wymieniam spojrzenie i uśmiech z Dominikiem Puchałą, jednym z organizatorów. Dominik i Małgorzata Mróz wykonują ciężką robotę. Konsultują coś z platformą, rozmawiają z mundurowymi, przewidują i reagują.
– Partia Razem wydaje już polecenia policji? – zagaduję. – Nieźle jak na zero procent w sondażu.
Pierwszy Marsz Równości w Częstochowie rodził się w bólach. Dominik zgłosił zgromadzenie osiem dni przed terminem. Nikt się do niego nie odezwał z ratusza. Żadnego potwierdzenia. Zaniepokojony zadzwonił do magistratu. Jakiś błąd w systemie, zgłoszenie przepadło. Poszło uzupełnienie. Niby wszystko cacy – informacja o zarejestrowaniu pojawiła się w Biuletynie Informacji Publicznej. I wtedy zaczęły się kłopoty. Okazało się bowiem, że swoje pikiety zgłosili również nacjonaliści. „Dogadajcie się” – nalegał ratusz. Puchała i reszta organizatorów byli zażenowani. W końcu prezydentem jest Krzysztof Matyjaszczyk z SLD. To jednak nie pomogło. Konieczna była upokarzające rozprawa w Urzędzie Miasta. „Kto wygra, ten bierze Jasną Górę” – pisał na Facebooku Puchała. Spotkanie, które miało być pojednawcze, było zwyczajnie obrzydliwe
– Na rozprawę przyszedł między innymi chłopak w koszulce „wielka Polska” i jego kolega, z tatuażem Polski Walczącej na szyi. Bardzo im było do śmiechu i regularnie zaczepiali redaktorkę lokalnej Wyborczej– wspomina działaczka Monika Radecka z Razem.
W końcu trasa została podzielona na kilka osobnych zgromadzeń. Finisz – pod Cepelią, jakieś 150 metrów od Jasnej Góry. Wystarczająco blisko, by doprowadzić do wściekłości kościółkową prawicę i neofaszystów.
Grupa młodych uczestniczek marszu nie ma wątpliwości, że to Kinga powinna powiedzieć mi kilka słów. No to rozmawiamy.
– Nie chcę, żeby pomiędzy ludźmi istniały podziały. Chcę, żeby każdy mógł się cieszyć tym kim jest i żyć w zgodzie z innymi. Moim zdaniem hasła dzisiejszego marszu pokazują, że jesteśmy w stanie żyć w zgodzie z każdym, również z kościołem – uważa Kinga.
Dominika i Michał chodzą do gimnazjum we wsi pod Częstochową. Trzymają wielką tęczową flagę. – Każdy człowiek zasługuje na szacunek, bez względu na to, kogo kocha i kim jest. A w Polsce ludzie nie potrafią tego zrozumieć. – wskazuje Dominika. – I chciałbym się czuć swobodnie w mojej szkole. Na razie to niemożliwe – dopowiada Michał.
Dochodzimy do Placu Biegańskiego. To centralny punkt miasta. Siedziba prezydenta, strefa kibica, knajpa z piwem, KFC. Tutaj zaczynają się kłopoty. Marsz staje.
– Naziole blokują.
Apele z mównicy:
– Nie odłączajmy się od demonstracji.
– Dużo ich jest?
– Leżą na chodniku.
– Pierdoleni.
Dominik Puchała udziela wywiadu przed kamerą.
– Dojdziemy do samego końca, tak jak zaplanowaliśmy.
Współorganizatorka z Platformy Obywatelskiej chce iść na ugodę. Młodzi działacze lewicy reagują jednak tak, jak trzeba. Żadnych ustępstw. To legalna demonstracja. Tymczasem nacjonaliści udają rannych, aby skupić uwagę funkcjonariuszy. To już jest całkiem śmieszne.
Policja zgarnia ich jednak z trotuaru. Idziemy dalej. Tęczowe flagi osiągają już perspektywę Jasnej Góry. Wszyscy robią zdjęcia. To historyczna chwila. Rozbici nacjonaliści stoją na poboczach.
– Jesteście zboczeni – krzyczy jeden z nich.
Nikt nie reaguje.
– Jesteście zboczeni – krzyczy głośniej.
Przystaję i patrzę mu w oczy.
Mija dłuższa chwila.
– Jesteście zboczeni, nie rozumiesz?
Idę dalej. Policja prosi o rozwiązanie marszu 100 metrów od celu. Puchała powtarza „idziemy do końca”. Śpiewamy: „nacjonalizm won z klasztoru”. To już finisz, jeszcze tylko przemówienia końcowe.
Prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk nie pojawił się na I Marszu Równości. Nie objął też wydarzenia patronatem. Niektórych to rozczarowało – inni spodziewali się właśnie tego.
– Mamy nadzieję, że w przyszłym roku, jeśli wyborcy dadzą mu mandat na kolejną kadencje, zobaczymy tu pana Matyjaszczyka – mówi Monika Radecka.
– Chciałbym podziękować wszystkim osobom, które pomogły nam zorganizować marsz. Niestety, nie mam za co podziękować prezydentowi Matyjaszczykowi – dodaje Dominik Puchała, również z Razem.
W tęczowym tłumie znajduje kilka osób z flagami SLD. Jedną z nich jest miejscowa działaczka Sojuszu. – Przyszliśmy tutaj, bo obecna władza forsuje pojęcie sortowania ludzi. My uważamy, że każdy powinien czuć się swobodnie w tym kraju, bez względu na płeć, orientacje czy narodowość – deklaruje.
. – Czy to znaczy, że SLD popiera związki partnerskie i małżeństwa osób LGBT?
Działaczka wzdycha. – Sojusz nigdy się od takich praw nie odżegnywał. Jesteśmy za związkami. Jako działaczki też. Dlaczego nie ma z nami prezydenta Matyjaszczyka? Dużo jest tutaj nacjonalistów, jest trochę niespokojnie, może to lepiej, że nie przyszedł.
– Ale nie objął też patronatem, a mógł przecież – nie ustępuję.
– No nie objął, może w przyszłym roku się ośmieli.
Po demonstracji rozmawiam z Puchałą. Dobrze widzieć lewaka, który jest w takim gazie. – Udało nam się przejść uzgodnioną trasą, a blokady neofaszystów nie przyniosły żadnego efektu. Młodzież Wszechpolska nie zablokowała ani nas, ani uczestników i uczestniczek innych równościowych wydarzeń, które pojawiły się w ostatnim czasie – w Koninie, Rzeszowie czy Opolu.
Żałujemy, że prezydent Krzysztof Matyjaszczyk nie udzielił nam żadnego wsparcia. Musieliśmy poradzić sobie bez tego. I to się udało. Byliśmy szczęśliwi, że w tzw. duchowej stolicy Polski wreszcie mówimy wprost o istnieniu osób nieuprzywilejowanych – mówi z pewnością w głosie współorganizator częstochowskiego Marszu Równości.
Sukces tego marszu miał też inne, równie ważne bohaterki i bohaterów. Małgorzata Mróz, Jolanta Urbańska, Bartek Sieniawski i Monika Radecka wykonali ogromną pracę organizacyjną. I wytrzymali psychologiczną batalię w konfrontacji z miastem i naziolami.
O 17:00 w Parku Staszica, pod Jasną Górą odbył się piknik. Była czeska telewizja, uczestnicy siedzieli na trawie, poznając się wzajemnie. – Jestem z siebie zadowolony, a rzadko jestem z siebie zadowolony – powiedział na koniec Bartek Sieniawski z organizacji „Częstochowa bez uprzedzeń”. Ostatni raz widziałem go w Katowicach we wrześniu ubiegłego roku, wtedy, gdy neofaszyści napadali na uczestników demonstracji upamiętniającej napaść hitlerowskich Niemiec na Polskę. Teraz jesteśmy w zupełnie innych nastrojach.
– Marsz równości w Częstochowie to przełom i czujemy to, jako organizatorzy. Od początku chcieliśmy zrobić coś wielkiego. Cieszymy się, że przybyło tak wiele cudownych i uśmiechniętych ludzi. Pomimo problemów udało się i nawet prawicowa blokada nas nie zatrzymała. Mamy nadzieję, że jeszcze więcej osób niż tym razem zobaczymy na marszu za rok – opowiada mi Sieniawski.
Częstochowa była trzynastym miastem, w którym odbył się Marsz Równości w 2018 roku. To rekord wszech czasów. Podczas gdy kraj jest męczony przez pełzającą dyktaturę katolickich fanatyków, pod Jasną Górę podchodzi las tęczowych flag. To jest ten moment, w którym najbardziej stłamszony lewak odzyskuje wiarę.

Było tęczowo

Nie ma drugiego tak barwnego wydarzenia jak Parada Równości, które promowałoby równość wszystkich, bez względu na orientację seksualną, płeć, wiek, narodowość, pochodzenie, niepełnosprawność, czy też wyznanie.

 

Parada Równości, gromadząc tłumy ludzi z Polski i świata, wyruszyła z placu Defilad po godzinie 15:00. Nasza platforma była jedną z najbardziej obleganych, za co serdecznie dziękujemy!
Atmosfera podczas przemarszu była niesamowita, a radość i energia płynąca z uczestników Parady jedyna w swoim rodzaju.
Wśród uczestników Parady można było spotkać min. Katarzynę Piekarską, Joanna Senyszyn, Annę-Marię Żukowską, czy też Sebastiana Wierzbickiego, który został przez organizatorów Parady Uhonorowany tytułem „Przyjaciela Parady”. Tytuł ten został przyznany po raz pierwszy w historii Parady Równości. Federacja Młodych Socjaldemokratów zadbała oto, aby być widocznym i słyszalnym podczas wydarzenia. Gościem specjalnym SLD była przedstawicielka Partii Europejskich Socjalistów oraz organizacji Rainbow Rose – Vilma Vaitiekunaite. Rainbow Rose to organizacja networkingowa, która skupia europejki i europejczyków o poglądach lewicowych, którzy pragną wspierać walkę o prawa osób LGBT oraz sprzeciwiać się dyskryminacji i wykluczeniom.
Swojego wsparcia, jak zwykle, udzielił Komitet Honorowy, czyli grupa kilkudziesięciu osób życia publicznego, w tym m.in. Dorota Wellman, Agnieszka Holland, czy też Barbara Nowacka. Z ramienia SLD w Komitecie zasiadają: Katarzyna Piekarska, Joanna Senyszyn oraz Sebastian Wierzbicki.
Przed przemarszem złożono kwiaty pod tablicą znajdującą się na budynku Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, upamiętniającą Izabelę Jarugę-Nowacką, która w rządach koalicji SLD-UP pełniła funkcję min. Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Organizatorzy Parady podkreślają, że to dzięki jej interwencji, 11 lat temu nielegalnie zakazana przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, Parada Równości mogła bezpiecznie przejść przez Warszawę.
Po raz kolejny patronatu nad wydarzeniem odmówiła Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej.

Pięć literek, które mają moc

Parada Równości to zawsze mały kawałek kolorowego raju. Ale ci, którzy go sobie zrobili, często musieli przejść przez piekło.

 

Na platformie Stonewall widziałam tańczące Drag Queens, które pamiętam z Marszu Równości w Krakowie. Było przyjaźnie, przepięknie, normalnie. Wesoło. Podczas after party jedna z uczestniczek konkursu na najpiękniejszy strój trans nie wytrzymała napięcia i zdjęła z siebie ubranie, prezentując zebranym naturalne wdzięki. Została wprawdzie formalnie zdyskwalifikowana, ale wygrała na efekt wow. Widownia była zachwycona.
Nie było oficjalnego, sztywnego otwarcia. Każdy blok miał do zaoferowania coś innego. Byli politycy, był Strajk Kobiet, byli nawet Rodzice i Opiekunowie Niepełnosprawnych, przeróżne organizacje równościowe, fundacja Ocalenie. Żeby złapać wszystkie wrażenia na raz, trzeba by biegać od jednych do drugich. Parada w ciągu paru lat zmieniła się. Stała się bardziej „paradą totalną”, niż „paradą gejów”.
Jej społeczne postrzeganie też się zmienia, ale bardzo powoli. Tańczące pedały i rozwydrzona młodzież, której się nudzi – taki obraz najwyraźniej nadal pielęgnuje stołeczny ratusz, który tradycyjnie odmówił patronatu.
– Prawdziwy punkt zwrotny będzie, gdy przestaniemy być Marszem Równości, a zaczniemy być Pridem. Dziś nie mamy się czym cieszyć. Musimy ostro walczyć o swoje prawa – powiedział w rozmowie z Okiem.press Gustaw, jeden z organizatorów warszawskiej imprezy.
W 2018 niektórym nadal trzeba przypominać, że pod literkami LGBTQ nie kryje się żadna odgórnie sterowana ideologia, wymierzona w tradycyjną wspólnotę, ale to ludzie, twarze, imiona, historie walki ze wstydem. I jest ich, jak mawiał klasyk „niezliczona ilość”.

 

L… G! …BTQ

– O rany, ile ludzi! – Sergiusz rozgląda się dookoła, poprawiając trendziarskie oprawki, które od dziesięciu minut odkąd rozmawiamy zdążyło już pochwalić kilku facetów. Czuję, że mój dobry kolega, który na co dzień wydaje się nieco niepewny siebie, będzie dzisiaj prawdziwą gwiazdą.
– Dziesięć lat temu to zupełnie inaczej wyglądało… strach było przyjść…
Na rogu Plater i Świętokrzyskiej mijają nas dwie kolorowe platformy.
– Kurcze, a ja się na co dzień czuję, jakbym był the only gay in the village!
Od zawsze wiedział, że pociągają go mężczyźni. Wyoutował się w wieku 18 lat – tak dla porządku. Ma bardzo sprecyzowany gust, lubi określony typ. Od kilku lat nie był na Paradzie Równości, w międzyczasie mieszkał za granicą. Głównie pracuje w domu. Kiedyś więcej imprezował po klubach LGBT – można powiedzieć, że jest ich weteranem. Kilka razy został pobity w nieistniejącym już Paradise przy stadionie Skry.
– To klub, który miał chyba w Wawie najdłuższy żywot, ale tuż obok było zagłębie chłopców sportowców, jeszcze wtedy nie narodowców. Można było dostać w zęby.
Mówi o tym już nawet bez oburzenia, jakby bycie nieheteronormatywnym z definicji wiązało się z wyższym levelem trudności w życiu.
– To norma, jak się jest gejem, a co, nie jest tak?
Sergiusz to spełnienie koszmaru Witolda Waszczykowskiego. Homoseksualista, cyklista, wegetarianin, intelektualista. Pytam, czy po zwycięstwie PiS w wyborach odczuł zmianę atmosfery w powietrzu.
– No jasne, zrobiło się strasznie duszno. To, że teraz sobie tu idziemy, to karnawał. Ale jutro trzeba będzie wstać rano i wrócić do swoich obowiązków. Chciałbym móc wyjść na ulicę i fajniej się ubrać, bardziej odsłonić. Ale wiem, że u nas to nie przejdzie. Rozjeżdżamy się w dwie różne strony, Polska i reszta Europy.
Ze względu na to, że wyoutował się wcześnie, Sergiusz doświadczył przykrych niedogodności okresu przejściowego – kiedy w Polsce dopiero rodziła się świadomość różnorodności i kiedy dopiero uczono się równościowego języka. Na homofobiczne komentarze trudno się uodpornić, nawet jak jest się weteranem.

 

LGB… T! …Q

– Niewtajemniczonym mówię, że jestem po prostu lesbijką – mówi Anna, odgarniając blond grzywkę. Na Paradę przyszła, żeby zrobić przyjemność dziewczynie, z którą się obecnie spotyka.
Formalnie jest homoseksualną transseksualną kobietą. Do czasów, kiedy była Andrzejem, wraca niechętnie. Porównuje to do wyrwania zęba, który bardzo długo dokuczał. Nie ma ochoty jakoś szczególnie celebrować swojej przemiany. Mówi, że czuje raczej ulgę niż radość.
Dlatego nie założyła nic tęczowego, ma krótkie spodenki i niebieski T-shirt. Podkreśla, że nie ma problemu z samą imprezą – i ja jej wierzę. Cały czas ma jednak problem ze swoją przeszłością.
Najchętniej zamknęłaby ją na strychu i wyrzuciła klucz.
– Może to głupie, ale kiedy mówię, że „poszłam” albo „zrobiłam”, to nie czuję gdzieś tam w środku wstydu, że oszukuję rzeczywistość. Kiedyś nie było tak jak powinno. Po prostu. Nie lubię do tego wracać.
Teoretycznie wie, że liczy się płeć, z którą się identyfikuje, ale dopiero operacja dała jej spokój ducha. Jest po trzydziestce, pracuje w IT. Uważa siebie za liberałkę: obyczajowo i gospodarczo.
– Chyba nie będę pasować do twojego tekstu… Nie identyfikuję się z lewicą, chociaż moja obecna dziewczyna jest feministką. Nie chcę wnikać w szczegóły, ale z racji tego, w jakiej branży pracuję, jestem postrzegana jako „ta uprzywilejowana”, „ta co ma kasę”. Czyli co ja tam wiem o życiu. Fakt, szczęście miałam w jednym: kobieta, które chce zmienić płeć, musi wyłożyć o wiele więcej.
Próbuję drążyć, kto tak bardzo nadepnął jej na odcisk, ale Anna wykręca się ogólnikami.
– Faktycznie, coś tam się zmienia – rozgląda się wokół po lesie tęczowych flag. – Tak, no jest fajnie. Ale to nie moja estetyka. Nie lubię się wyróżniać…
Czas kuracji hormonalnej i dochodzenia do siebie po operacji określa jako „hibernację”. Nadal najlepiej czuje się w gronie kolegów z biura – tam ma swoją bezpieczną przestrzeń. To też głównie liberałowie, którzy szczerze obawiają się, czy rząd utrzyma liniówkę. Niektórzy z nich wiedzieli, czemu w 2014 zrobiła sobie długą przerwę, ale nawet ci, którzy dowiedzieli się po fakcie, przyjęli to bardzo pozytywnie. Śmieją się, że teraz podbija kobietom statystyki w IT, i że to nie fair.

 

LGBT… Q!

Filip to historia przemiany w przeciwną stronę.
Odwrotnie niż moja wcześniejsza rozmówczyni, nie chce jednak twardo identyfikować się z jedną określoną tożsamością płciową. Poprosił, żeby w tekście wystąpić pod literką Q, jak queer.
Zwykle nie ułatwia sytuacji nowo poznanym osobom, które często mają kłopot, żeby jakoś go genderowo przyporządkować, ale nie robi tego złośliwie, po prostu nie czuje potrzeby dookreślania.
– Jestem psiarzem, do niedawna byłem też studentem. Przez ostatni czas definiowałem się głównie przez te dwie tożsamości – mówi. Ma serdeczny, otwarty sposób bycia. To ten typ, o którym myślisz, że dogada się z każdym, każdego rozbroi.
Aktywnie działa na rzecz praw zwierząt. Tak się poznaliśmy. Wiele razy ratował mi honor, przypominając o zobowiązaniach, które wzięłam na siebie i potem zapominałam przez roztrzepanie. Ale mówi, że w ruchu proanimal mało kto chce się wychylać – priorytetem jest teraz przegłosowanie ustawy o ochronie zwierząt, więc dominują raczej nastroje „nie drażnić PiS”.
– Ruch jest zresztą podzielony w wielu aspektach – wzdycha. – Zupełnie jakby był tak duży, żeby móc sobie na to pozwolić… ale cóż, trzeba robić swoje. Dla mnie nie ma walki o prawa zwierząt bez walki o prawa ludzi.
Swoją partnerkę poznał również na imprezie równościowej. Zagadała, żeby pochwalić jego tęczowe sznurówki w glanach – i dostała je w prezencie.
Pochodzi ze wsi na północy Mazowsza. Takiej wierzącej, przesiadującej w kościele… i przepełnionej miłością bliźniego. – Mamy naprawdę światłych duszpasterzy. Nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykra sytuacja.
Rodzice akceptują go w pełni. Może im się zwierzyć, kiedy zaliczą ze swoją dziewczyną kłótnię. – Często nawet biorą jej stronę!
W rodzinne strony jeździ bez obaw. Ale w Warszawie na wszelki wypadek stara się nie wychodzić sam po 22.00.

 

Każdy inny, wszyscy piękni

Kaja tańczy na trawniku. Ma kolorowy wianek na długich ciemnych włosach. Jest piękna.
– Kocham Paradę Równości, to moja impreza, tak bardzo moja!
Kaja walczy z dyskryminacją – dyskryminacją wszystkich. Jej instagramowy kanał Ciałopozytyw rozkręca się. Ma 1500 obserwujących, prawie tyle samo strona na Facebooku. Nie jestem pierwsza, media już zdążyły ją odkryć. Ruch Body Positive w Polsce nadal jest mikroskopijny w porównaniu z zachodnimi trendami. Dlatego Kaja robi świetną, emancypującą robotę, łamie internetowe stereotypy o kobiecie idealnej w klimacie akceptacji, solidarności i girl power.
Na Ciałopozytywie znajdziemy historie blizn, nadwagi, cellulitu, które zamiast zniszczyć kobietom życie, jednak wyzwoliły. Jest dziewczyna, której po wypadku trzeba było usunąć powiekę, ale nie chciała pozwolić, żeby jej rodzina zadłużyła się na całe życie na kosmicznie drogą operację plastyczną.
Jest też inna dziewczyna, która urodziła się, cytuję „z wytrzewionymi jelitami – czyli z flakami na wierzchu” – i codziennie dziękuje Bogu za swoją bliznę na brzuchu, bo ona pozwoliła jej normalnie żyć.
Kaja nie jest gołosłowna, sama też wystąpiła na profilu i podzieliła się historią swoich kompleksów.
Body positive nie odrywa uwagi od ciała, ale przenosi ją na inny poziom: uświadamia, jak bardzo wpływ na nasze postrzeganie siebie ma brak akceptacji społecznej.
Ciałopozytywni też przyszli solidaryzować się z LGBTQ, bo o dyskryminacji naprawdę wiedzą wszystko. Marsz rozpoczęłam właśnie z grupą znajomych Kai.
– Na razie działam w mediach społecznościowych, ale chcę zrobić całą stronę internetową. Jestem bardzo dumna z galerii przedstawiających części ciała – mówi pomysłodawczyni Ciałopozytywu. – Zbieram ręce, stopy, brzuchy. Od mężczyzn, kobiet, osób trans. Chciałabym w przyszłości zrobić też galerie z intymnymi częściami ciała, stworzyć przyjazne miejsce, które pokazuje, że nasza fizyczność jest różna. Na razie swoje historie opowiadają głównie kobiety, ale mam nadzieję, że mężczyźni też się przełamią. Męskie problemy z ciałem są zupełnie inne od naszych. Nadal jednak mężczyźni nie są aż tak bardzo oceniani przez pryzmat swojej fizyczności. W polityce czy biznesie wciąż patrzy się na urodę kobiety. A internet jest zalewany hasztagami z kanonami piękna.
Pomysł na stronę zrodził się, kiedy Kaja pracowała jako dietetyk. – Przychodziły do mnie szczupłe, zwykłe dziewczyny i domagały się diety odchudzającej. Taką krzywdę nam zrobiły nierealne wzorce kobiecości.
(…) Pod zdjęciami, które publikuję, staram się usuwać tzw. porady: „o, też miałam taki trądzik, powinnaś użyć takiej maści”. Nie o to tutaj chodzi.

Czy to mąż, czy nie mąż

Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że w kwestii swobody przemieszczania się na terenie UE, każde z państw członkowskich musi akceptować małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą.

 

Precedensowy wyrok dotyczył dwóch mężczyzn, którzy pobrali się w Brukseli – Rumuna Adriana Comana i Amerykanina Claya Hamiltona. Ten ostatni ubiegał się o prawo pobytu w Rumunii powyżej 3 miesięcy – zgodnie z tym, co prawodawstwo unijne oferuje małżonkom obywateli krajów członkowskich. Ale Bukareszt wypiął się na przepisy i stwierdził, że skoro Rumunia małżeństw LGBT nie akceptuje, to Hamilton „małżonkiem” nie jest i basta. Teraz jednak będzie musiał zmienić zdanie. Do wyroku zobowiązana jest stosować się również Polska, co wywołało potępieńcze jęki niosące się echem po Twitterach i Facebookach. Nie odmówiła sobie komentarza między innymi Kaja Godek („stop dewiacji”), szef Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski („co na to MSZ?”), a także niezastąpiona złotousta posłanka Krystyna Pawłowicz/ Pani poseł wie swoje: „Dzisiejszy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE uznający homozwiązki za „małżeństwo” NIE DOTYCZY Polski !!! (…) I nawet gdyby – co nie daj Boże – PiS nie był chwilowo u władzy – to ani z Protokołu, ani z Deklaracji 61 Polski nie można wycofać jednostronnie, bo byłaby to zmiana traktatów, a KAŻDA zmiana traktatów wymagałaby całej skomplikowanej procedury ich zmiany, włącznie zapewne z referendami.
Tak więc, osoby homo, nie cieszcie się, bo Polska pozostaje państwem z naturalnym małżeństwem i rodziną” – triumfuje prawniczka. I zupełnie nie przeszkadza jej, że nie ma racji.

Małżeństwo ważne w całej EU

Zapadło orzeczenie korzystne dla jednopłciowej pary, która pobrała się w Brukseli – Amerykanina i Rumuna. Ten pierwszy starał się o legalny pobyt w Rumunii powyżej 3 miesięcy (taki przywilej przysługuje współmałżonkom obywateli państw UE), ale Bukareszt twardo stał na stanowisku, że nie uznaje małżeństw jednopłciowych, zatem pozwolenia na pobyt nie wyda. Teraz jednak musi się ugiąć.

 

Państwa członkowskie UE nie są zobowiązane do uznania ważności małżeństw jednopłciowych zawartych poza swoimi granicami, jednak będą musiały je respektować w kwestii swobody przepływu osób.

Adrian Coman i jego mąż, obywatel USA Clay Hamilton wywalczyli prawo do pobytu Amerykanina w Rumunii. – Dziś zwyciężyła ludzka godność – powiedzieli mediom po ogłoszeniu wyroku 5 czerwca.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że pojęcie „współmałżonek” w dyrektywie dotyczącej swobody przepływu osób obejmuje małżonka tej samej płci. Możliwe jest więc przyznanie małżonkom tej samej płci pewnych uprawnień na gruncie prawa unijnego w każdym państwie UE! 🌈

Do tych regulacji będą musiały stosować się wszystkie państwa UE – w tym Polska. Oburzenie orzeczeniem TSUE na prawicy już zdążyło wybuchnąć. Krystyna Pawłowicz uznała, że i tak „wie lepiej” niż europejscy urzędnicy i przedstawiła własnąinterpretacj ę obowiązującego prawa:

Komentarze pełne obrzydzenia publikowali w mediach społecznościowych również Kaja Godek (uzyła hasztagu „stop dewiacji”) i Krzysztof Bosak (według niego „trwa spór o wyższość prawa unijnego nad narodowym”. Wypowiedział się również szef Instytutu Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, który domagał się reakcji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Za to radość środowisk LGBT. „Polski rząd, który od lat konsekwentnie opiera się równościowym trendom, będzie musiał ten stan rzeczy zaakceptować. Dlatego z niecierpliwością oczekujemy na reakcje władzy kraju, w którym żyją 2 miliony osób LGBT – tej liczby obywateli i obywatelek nie sposób ignorować!” – skomentowali orzeczenie działacze Kampanii Przeciw Homofobii.

Cukiernik miał prawo

Zapadł wyrok w precedensowej sprawie cukiernika Jacka Phillipsa z Kolorado, który w 2012 roku odmówił upieczenia weselnego tortu dla homoseksualnej pary. Zasłonił się wówczas uczuciami religijnymi. Sędzia stanowy wydał wyrok niekorzystny dla cukiernika, ale ten się odwoływał i dopiął swego. Sąd Najwyższy stanął po stronie wolności religijnej, a przeciw prawom osób LGBT.

 

Para gejów, która zamówiła u Phillipsa tort, zamierzała pobrać się w Massachusetts – w tym stanie w 2012 roku małżeństwa jednopłciowe były już legalne. Natomiast przyjęcie weselne zaplanowano w Kolorado, skąd pochodzą małżonkowie. Para oskarżyła Phillipsa o dyskryminację i w 2013 rację przyznał jej sędzia Komisji Praw Obywatelskich Stanu Kolorado. Cukiernik zdecydował się na wieloletnią batalię sądową – sprawa tortu dla LGBT stała się już sprawą honoru ewangelikalnego chrześcijanina.

Cukiernika reprezentowała mecenas z konserwatywnego Stowarzyszenia w Obronie Wolności – Kristen Waggoner. Argumentowała, że cukiernik jest jak artysta – i podobnie jak malarzowi albo rzeźbiarzowi przysługuje mu margines swobody ekspresji – „torty na zamówienie są dziełami sztuki”. Sędzia Anthony Kennedy zgodził się z tą argumentacją: „Postępowanie Komisji Praw Obywatelskich w sprawie zawierało wyraźne i niedopuszczalne elementy wrogości w stosunku do jego szczerych przekonań religijnych, które motywowały jego decyzję” – można przeczytać w uzasadnieniu.

Jednocześnie jednak uznał, że sprawa ta nie stanowi precedensu i w podobnych przypadkach wyroki mogą się różnić: