Było tęczowo

Nie ma drugiego tak barwnego wydarzenia jak Parada Równości, które promowałoby równość wszystkich, bez względu na orientację seksualną, płeć, wiek, narodowość, pochodzenie, niepełnosprawność, czy też wyznanie.

 

Parada Równości, gromadząc tłumy ludzi z Polski i świata, wyruszyła z placu Defilad po godzinie 15:00. Nasza platforma była jedną z najbardziej obleganych, za co serdecznie dziękujemy!
Atmosfera podczas przemarszu była niesamowita, a radość i energia płynąca z uczestników Parady jedyna w swoim rodzaju.
Wśród uczestników Parady można było spotkać min. Katarzynę Piekarską, Joanna Senyszyn, Annę-Marię Żukowską, czy też Sebastiana Wierzbickiego, który został przez organizatorów Parady Uhonorowany tytułem „Przyjaciela Parady”. Tytuł ten został przyznany po raz pierwszy w historii Parady Równości. Federacja Młodych Socjaldemokratów zadbała oto, aby być widocznym i słyszalnym podczas wydarzenia. Gościem specjalnym SLD była przedstawicielka Partii Europejskich Socjalistów oraz organizacji Rainbow Rose – Vilma Vaitiekunaite. Rainbow Rose to organizacja networkingowa, która skupia europejki i europejczyków o poglądach lewicowych, którzy pragną wspierać walkę o prawa osób LGBT oraz sprzeciwiać się dyskryminacji i wykluczeniom.
Swojego wsparcia, jak zwykle, udzielił Komitet Honorowy, czyli grupa kilkudziesięciu osób życia publicznego, w tym m.in. Dorota Wellman, Agnieszka Holland, czy też Barbara Nowacka. Z ramienia SLD w Komitecie zasiadają: Katarzyna Piekarska, Joanna Senyszyn oraz Sebastian Wierzbicki.
Przed przemarszem złożono kwiaty pod tablicą znajdującą się na budynku Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, upamiętniającą Izabelę Jarugę-Nowacką, która w rządach koalicji SLD-UP pełniła funkcję min. Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Organizatorzy Parady podkreślają, że to dzięki jej interwencji, 11 lat temu nielegalnie zakazana przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, Parada Równości mogła bezpiecznie przejść przez Warszawę.
Po raz kolejny patronatu nad wydarzeniem odmówiła Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej.

Pięć literek, które mają moc

Parada Równości to zawsze mały kawałek kolorowego raju. Ale ci, którzy go sobie zrobili, często musieli przejść przez piekło.

 

Na platformie Stonewall widziałam tańczące Drag Queens, które pamiętam z Marszu Równości w Krakowie. Było przyjaźnie, przepięknie, normalnie. Wesoło. Podczas after party jedna z uczestniczek konkursu na najpiękniejszy strój trans nie wytrzymała napięcia i zdjęła z siebie ubranie, prezentując zebranym naturalne wdzięki. Została wprawdzie formalnie zdyskwalifikowana, ale wygrała na efekt wow. Widownia była zachwycona.
Nie było oficjalnego, sztywnego otwarcia. Każdy blok miał do zaoferowania coś innego. Byli politycy, był Strajk Kobiet, byli nawet Rodzice i Opiekunowie Niepełnosprawnych, przeróżne organizacje równościowe, fundacja Ocalenie. Żeby złapać wszystkie wrażenia na raz, trzeba by biegać od jednych do drugich. Parada w ciągu paru lat zmieniła się. Stała się bardziej „paradą totalną”, niż „paradą gejów”.
Jej społeczne postrzeganie też się zmienia, ale bardzo powoli. Tańczące pedały i rozwydrzona młodzież, której się nudzi – taki obraz najwyraźniej nadal pielęgnuje stołeczny ratusz, który tradycyjnie odmówił patronatu.
– Prawdziwy punkt zwrotny będzie, gdy przestaniemy być Marszem Równości, a zaczniemy być Pridem. Dziś nie mamy się czym cieszyć. Musimy ostro walczyć o swoje prawa – powiedział w rozmowie z Okiem.press Gustaw, jeden z organizatorów warszawskiej imprezy.
W 2018 niektórym nadal trzeba przypominać, że pod literkami LGBTQ nie kryje się żadna odgórnie sterowana ideologia, wymierzona w tradycyjną wspólnotę, ale to ludzie, twarze, imiona, historie walki ze wstydem. I jest ich, jak mawiał klasyk „niezliczona ilość”.

 

L… G! …BTQ

– O rany, ile ludzi! – Sergiusz rozgląda się dookoła, poprawiając trendziarskie oprawki, które od dziesięciu minut odkąd rozmawiamy zdążyło już pochwalić kilku facetów. Czuję, że mój dobry kolega, który na co dzień wydaje się nieco niepewny siebie, będzie dzisiaj prawdziwą gwiazdą.
– Dziesięć lat temu to zupełnie inaczej wyglądało… strach było przyjść…
Na rogu Plater i Świętokrzyskiej mijają nas dwie kolorowe platformy.
– Kurcze, a ja się na co dzień czuję, jakbym był the only gay in the village!
Od zawsze wiedział, że pociągają go mężczyźni. Wyoutował się w wieku 18 lat – tak dla porządku. Ma bardzo sprecyzowany gust, lubi określony typ. Od kilku lat nie był na Paradzie Równości, w międzyczasie mieszkał za granicą. Głównie pracuje w domu. Kiedyś więcej imprezował po klubach LGBT – można powiedzieć, że jest ich weteranem. Kilka razy został pobity w nieistniejącym już Paradise przy stadionie Skry.
– To klub, który miał chyba w Wawie najdłuższy żywot, ale tuż obok było zagłębie chłopców sportowców, jeszcze wtedy nie narodowców. Można było dostać w zęby.
Mówi o tym już nawet bez oburzenia, jakby bycie nieheteronormatywnym z definicji wiązało się z wyższym levelem trudności w życiu.
– To norma, jak się jest gejem, a co, nie jest tak?
Sergiusz to spełnienie koszmaru Witolda Waszczykowskiego. Homoseksualista, cyklista, wegetarianin, intelektualista. Pytam, czy po zwycięstwie PiS w wyborach odczuł zmianę atmosfery w powietrzu.
– No jasne, zrobiło się strasznie duszno. To, że teraz sobie tu idziemy, to karnawał. Ale jutro trzeba będzie wstać rano i wrócić do swoich obowiązków. Chciałbym móc wyjść na ulicę i fajniej się ubrać, bardziej odsłonić. Ale wiem, że u nas to nie przejdzie. Rozjeżdżamy się w dwie różne strony, Polska i reszta Europy.
Ze względu na to, że wyoutował się wcześnie, Sergiusz doświadczył przykrych niedogodności okresu przejściowego – kiedy w Polsce dopiero rodziła się świadomość różnorodności i kiedy dopiero uczono się równościowego języka. Na homofobiczne komentarze trudno się uodpornić, nawet jak jest się weteranem.

 

LGB… T! …Q

– Niewtajemniczonym mówię, że jestem po prostu lesbijką – mówi Anna, odgarniając blond grzywkę. Na Paradę przyszła, żeby zrobić przyjemność dziewczynie, z którą się obecnie spotyka.
Formalnie jest homoseksualną transseksualną kobietą. Do czasów, kiedy była Andrzejem, wraca niechętnie. Porównuje to do wyrwania zęba, który bardzo długo dokuczał. Nie ma ochoty jakoś szczególnie celebrować swojej przemiany. Mówi, że czuje raczej ulgę niż radość.
Dlatego nie założyła nic tęczowego, ma krótkie spodenki i niebieski T-shirt. Podkreśla, że nie ma problemu z samą imprezą – i ja jej wierzę. Cały czas ma jednak problem ze swoją przeszłością.
Najchętniej zamknęłaby ją na strychu i wyrzuciła klucz.
– Może to głupie, ale kiedy mówię, że „poszłam” albo „zrobiłam”, to nie czuję gdzieś tam w środku wstydu, że oszukuję rzeczywistość. Kiedyś nie było tak jak powinno. Po prostu. Nie lubię do tego wracać.
Teoretycznie wie, że liczy się płeć, z którą się identyfikuje, ale dopiero operacja dała jej spokój ducha. Jest po trzydziestce, pracuje w IT. Uważa siebie za liberałkę: obyczajowo i gospodarczo.
– Chyba nie będę pasować do twojego tekstu… Nie identyfikuję się z lewicą, chociaż moja obecna dziewczyna jest feministką. Nie chcę wnikać w szczegóły, ale z racji tego, w jakiej branży pracuję, jestem postrzegana jako „ta uprzywilejowana”, „ta co ma kasę”. Czyli co ja tam wiem o życiu. Fakt, szczęście miałam w jednym: kobieta, które chce zmienić płeć, musi wyłożyć o wiele więcej.
Próbuję drążyć, kto tak bardzo nadepnął jej na odcisk, ale Anna wykręca się ogólnikami.
– Faktycznie, coś tam się zmienia – rozgląda się wokół po lesie tęczowych flag. – Tak, no jest fajnie. Ale to nie moja estetyka. Nie lubię się wyróżniać…
Czas kuracji hormonalnej i dochodzenia do siebie po operacji określa jako „hibernację”. Nadal najlepiej czuje się w gronie kolegów z biura – tam ma swoją bezpieczną przestrzeń. To też głównie liberałowie, którzy szczerze obawiają się, czy rząd utrzyma liniówkę. Niektórzy z nich wiedzieli, czemu w 2014 zrobiła sobie długą przerwę, ale nawet ci, którzy dowiedzieli się po fakcie, przyjęli to bardzo pozytywnie. Śmieją się, że teraz podbija kobietom statystyki w IT, i że to nie fair.

 

LGBT… Q!

Filip to historia przemiany w przeciwną stronę.
Odwrotnie niż moja wcześniejsza rozmówczyni, nie chce jednak twardo identyfikować się z jedną określoną tożsamością płciową. Poprosił, żeby w tekście wystąpić pod literką Q, jak queer.
Zwykle nie ułatwia sytuacji nowo poznanym osobom, które często mają kłopot, żeby jakoś go genderowo przyporządkować, ale nie robi tego złośliwie, po prostu nie czuje potrzeby dookreślania.
– Jestem psiarzem, do niedawna byłem też studentem. Przez ostatni czas definiowałem się głównie przez te dwie tożsamości – mówi. Ma serdeczny, otwarty sposób bycia. To ten typ, o którym myślisz, że dogada się z każdym, każdego rozbroi.
Aktywnie działa na rzecz praw zwierząt. Tak się poznaliśmy. Wiele razy ratował mi honor, przypominając o zobowiązaniach, które wzięłam na siebie i potem zapominałam przez roztrzepanie. Ale mówi, że w ruchu proanimal mało kto chce się wychylać – priorytetem jest teraz przegłosowanie ustawy o ochronie zwierząt, więc dominują raczej nastroje „nie drażnić PiS”.
– Ruch jest zresztą podzielony w wielu aspektach – wzdycha. – Zupełnie jakby był tak duży, żeby móc sobie na to pozwolić… ale cóż, trzeba robić swoje. Dla mnie nie ma walki o prawa zwierząt bez walki o prawa ludzi.
Swoją partnerkę poznał również na imprezie równościowej. Zagadała, żeby pochwalić jego tęczowe sznurówki w glanach – i dostała je w prezencie.
Pochodzi ze wsi na północy Mazowsza. Takiej wierzącej, przesiadującej w kościele… i przepełnionej miłością bliźniego. – Mamy naprawdę światłych duszpasterzy. Nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykra sytuacja.
Rodzice akceptują go w pełni. Może im się zwierzyć, kiedy zaliczą ze swoją dziewczyną kłótnię. – Często nawet biorą jej stronę!
W rodzinne strony jeździ bez obaw. Ale w Warszawie na wszelki wypadek stara się nie wychodzić sam po 22.00.

 

Każdy inny, wszyscy piękni

Kaja tańczy na trawniku. Ma kolorowy wianek na długich ciemnych włosach. Jest piękna.
– Kocham Paradę Równości, to moja impreza, tak bardzo moja!
Kaja walczy z dyskryminacją – dyskryminacją wszystkich. Jej instagramowy kanał Ciałopozytyw rozkręca się. Ma 1500 obserwujących, prawie tyle samo strona na Facebooku. Nie jestem pierwsza, media już zdążyły ją odkryć. Ruch Body Positive w Polsce nadal jest mikroskopijny w porównaniu z zachodnimi trendami. Dlatego Kaja robi świetną, emancypującą robotę, łamie internetowe stereotypy o kobiecie idealnej w klimacie akceptacji, solidarności i girl power.
Na Ciałopozytywie znajdziemy historie blizn, nadwagi, cellulitu, które zamiast zniszczyć kobietom życie, jednak wyzwoliły. Jest dziewczyna, której po wypadku trzeba było usunąć powiekę, ale nie chciała pozwolić, żeby jej rodzina zadłużyła się na całe życie na kosmicznie drogą operację plastyczną.
Jest też inna dziewczyna, która urodziła się, cytuję „z wytrzewionymi jelitami – czyli z flakami na wierzchu” – i codziennie dziękuje Bogu za swoją bliznę na brzuchu, bo ona pozwoliła jej normalnie żyć.
Kaja nie jest gołosłowna, sama też wystąpiła na profilu i podzieliła się historią swoich kompleksów.
Body positive nie odrywa uwagi od ciała, ale przenosi ją na inny poziom: uświadamia, jak bardzo wpływ na nasze postrzeganie siebie ma brak akceptacji społecznej.
Ciałopozytywni też przyszli solidaryzować się z LGBTQ, bo o dyskryminacji naprawdę wiedzą wszystko. Marsz rozpoczęłam właśnie z grupą znajomych Kai.
– Na razie działam w mediach społecznościowych, ale chcę zrobić całą stronę internetową. Jestem bardzo dumna z galerii przedstawiających części ciała – mówi pomysłodawczyni Ciałopozytywu. – Zbieram ręce, stopy, brzuchy. Od mężczyzn, kobiet, osób trans. Chciałabym w przyszłości zrobić też galerie z intymnymi częściami ciała, stworzyć przyjazne miejsce, które pokazuje, że nasza fizyczność jest różna. Na razie swoje historie opowiadają głównie kobiety, ale mam nadzieję, że mężczyźni też się przełamią. Męskie problemy z ciałem są zupełnie inne od naszych. Nadal jednak mężczyźni nie są aż tak bardzo oceniani przez pryzmat swojej fizyczności. W polityce czy biznesie wciąż patrzy się na urodę kobiety. A internet jest zalewany hasztagami z kanonami piękna.
Pomysł na stronę zrodził się, kiedy Kaja pracowała jako dietetyk. – Przychodziły do mnie szczupłe, zwykłe dziewczyny i domagały się diety odchudzającej. Taką krzywdę nam zrobiły nierealne wzorce kobiecości.
(…) Pod zdjęciami, które publikuję, staram się usuwać tzw. porady: „o, też miałam taki trądzik, powinnaś użyć takiej maści”. Nie o to tutaj chodzi.

Czy to mąż, czy nie mąż

Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że w kwestii swobody przemieszczania się na terenie UE, każde z państw członkowskich musi akceptować małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą.

 

Precedensowy wyrok dotyczył dwóch mężczyzn, którzy pobrali się w Brukseli – Rumuna Adriana Comana i Amerykanina Claya Hamiltona. Ten ostatni ubiegał się o prawo pobytu w Rumunii powyżej 3 miesięcy – zgodnie z tym, co prawodawstwo unijne oferuje małżonkom obywateli krajów członkowskich. Ale Bukareszt wypiął się na przepisy i stwierdził, że skoro Rumunia małżeństw LGBT nie akceptuje, to Hamilton „małżonkiem” nie jest i basta. Teraz jednak będzie musiał zmienić zdanie. Do wyroku zobowiązana jest stosować się również Polska, co wywołało potępieńcze jęki niosące się echem po Twitterach i Facebookach. Nie odmówiła sobie komentarza między innymi Kaja Godek („stop dewiacji”), szef Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski („co na to MSZ?”), a także niezastąpiona złotousta posłanka Krystyna Pawłowicz/ Pani poseł wie swoje: „Dzisiejszy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE uznający homozwiązki za „małżeństwo” NIE DOTYCZY Polski !!! (…) I nawet gdyby – co nie daj Boże – PiS nie był chwilowo u władzy – to ani z Protokołu, ani z Deklaracji 61 Polski nie można wycofać jednostronnie, bo byłaby to zmiana traktatów, a KAŻDA zmiana traktatów wymagałaby całej skomplikowanej procedury ich zmiany, włącznie zapewne z referendami.
Tak więc, osoby homo, nie cieszcie się, bo Polska pozostaje państwem z naturalnym małżeństwem i rodziną” – triumfuje prawniczka. I zupełnie nie przeszkadza jej, że nie ma racji.

Małżeństwo ważne w całej EU

Zapadło orzeczenie korzystne dla jednopłciowej pary, która pobrała się w Brukseli – Amerykanina i Rumuna. Ten pierwszy starał się o legalny pobyt w Rumunii powyżej 3 miesięcy (taki przywilej przysługuje współmałżonkom obywateli państw UE), ale Bukareszt twardo stał na stanowisku, że nie uznaje małżeństw jednopłciowych, zatem pozwolenia na pobyt nie wyda. Teraz jednak musi się ugiąć.

 

Państwa członkowskie UE nie są zobowiązane do uznania ważności małżeństw jednopłciowych zawartych poza swoimi granicami, jednak będą musiały je respektować w kwestii swobody przepływu osób.

Adrian Coman i jego mąż, obywatel USA Clay Hamilton wywalczyli prawo do pobytu Amerykanina w Rumunii. – Dziś zwyciężyła ludzka godność – powiedzieli mediom po ogłoszeniu wyroku 5 czerwca.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że pojęcie „współmałżonek” w dyrektywie dotyczącej swobody przepływu osób obejmuje małżonka tej samej płci. Możliwe jest więc przyznanie małżonkom tej samej płci pewnych uprawnień na gruncie prawa unijnego w każdym państwie UE! 🌈

Do tych regulacji będą musiały stosować się wszystkie państwa UE – w tym Polska. Oburzenie orzeczeniem TSUE na prawicy już zdążyło wybuchnąć. Krystyna Pawłowicz uznała, że i tak „wie lepiej” niż europejscy urzędnicy i przedstawiła własnąinterpretacj ę obowiązującego prawa:

Komentarze pełne obrzydzenia publikowali w mediach społecznościowych również Kaja Godek (uzyła hasztagu „stop dewiacji”) i Krzysztof Bosak (według niego „trwa spór o wyższość prawa unijnego nad narodowym”. Wypowiedział się również szef Instytutu Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, który domagał się reakcji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Za to radość środowisk LGBT. „Polski rząd, który od lat konsekwentnie opiera się równościowym trendom, będzie musiał ten stan rzeczy zaakceptować. Dlatego z niecierpliwością oczekujemy na reakcje władzy kraju, w którym żyją 2 miliony osób LGBT – tej liczby obywateli i obywatelek nie sposób ignorować!” – skomentowali orzeczenie działacze Kampanii Przeciw Homofobii.

Cukiernik miał prawo

Zapadł wyrok w precedensowej sprawie cukiernika Jacka Phillipsa z Kolorado, który w 2012 roku odmówił upieczenia weselnego tortu dla homoseksualnej pary. Zasłonił się wówczas uczuciami religijnymi. Sędzia stanowy wydał wyrok niekorzystny dla cukiernika, ale ten się odwoływał i dopiął swego. Sąd Najwyższy stanął po stronie wolności religijnej, a przeciw prawom osób LGBT.

 

Para gejów, która zamówiła u Phillipsa tort, zamierzała pobrać się w Massachusetts – w tym stanie w 2012 roku małżeństwa jednopłciowe były już legalne. Natomiast przyjęcie weselne zaplanowano w Kolorado, skąd pochodzą małżonkowie. Para oskarżyła Phillipsa o dyskryminację i w 2013 rację przyznał jej sędzia Komisji Praw Obywatelskich Stanu Kolorado. Cukiernik zdecydował się na wieloletnią batalię sądową – sprawa tortu dla LGBT stała się już sprawą honoru ewangelikalnego chrześcijanina.

Cukiernika reprezentowała mecenas z konserwatywnego Stowarzyszenia w Obronie Wolności – Kristen Waggoner. Argumentowała, że cukiernik jest jak artysta – i podobnie jak malarzowi albo rzeźbiarzowi przysługuje mu margines swobody ekspresji – „torty na zamówienie są dziełami sztuki”. Sędzia Anthony Kennedy zgodził się z tą argumentacją: „Postępowanie Komisji Praw Obywatelskich w sprawie zawierało wyraźne i niedopuszczalne elementy wrogości w stosunku do jego szczerych przekonań religijnych, które motywowały jego decyzję” – można przeczytać w uzasadnieniu.

Jednocześnie jednak uznał, że sprawa ta nie stanowi precedensu i w podobnych przypadkach wyroki mogą się różnić: