Zawód naszego zaufania Notariat – fundament obrotu gospodarczego

Dotychczas fakt zarejestrowanie u notariusza jakiejś czynności prawnej stanowił gwarancję jej pewności, zgodności z prawem, uczciwości. Niestety, przeświadczenie o tym, iż reprezentanci tej profesji nie mogą zawieść naszego zaufania, zaczęło się nieco kruszyć.

 

Stało się tak za sprawą tego, że aż pięciu notariuszy jednocześnie, przy okazji jednej – fakt, że rozwojowej sprawy – zostało objętych zakazem wykonywania swego zawodu. Taki środek zapobiegawczy zastosowała wobec nich Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Prokuratura ta prowadzi śledztwo w sprawie wyłudzania mieszkań przy okazji udzielania oszukańczych pożyczek, poświadczanych aktami notarialnymi.
Umowa takiej pożyczki była skonstruowana w taki sposób, ze człowiek pożyczający od oszustów choćby kilkanaście tysięcy złotych, przekazywał w zamian własność swego mieszkania. Nie oddawał go w zastaw, lecz pozbywał się, niezależnie od tego, czy zwracał zaciągniętą pożyczkę, czy nie.
Takie pożyczki zaciągali ludzie zwykle słabiej zorientowani w meandrach prawa. Nie mieli cierpliwości, by dobrze zapoznać się z tekstem umowy, a zresztągdyby nawet wszystko wnikliwie przeczytali, mogliby nie zrozumieć. Mieli jednak przy sobie notariusza, gwaranta zaufania i pewności tego, że nie zostaną oszukani. Niestety, zostali… Niektórzy poszkodowani już są zmuszani do wyprowadzania się z utraconych mieszkań.
Notariuszy zatrzymano, postawiono im zarzuty pomocnictwa w oszustwie i niedopełnienia obowiązków, za co może grozić do 10 lat pozbawienia wolności. Nie zostali tymczasowo aresztowani, co nie spodobało się ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
Notariusze musieli jednak wyłożyć po 50 albo 100 tys zł kaucji, a przede wszystkim nie mogą wykonywać swych, dobrze opłacanych, czynności. Ten zakaz może potrwać nawet do chwili, gdy zaczną odsiadywać karę, o ile w ogóle nie zostaną wydaleni z zawodu. Oczywiście, jeśli nie zostaną uznani za winnych, będą mogli starać się o odszkodowanie.
Zgodnie z prawem, możemy i powinniśmy ufać notariuszowi. Przepisy prawa o notariacie mówią bowiem, że przy dokonywaniu swoich czynności notariusz jest obowiązany czuwać nad należytym zabezpieczeniem praw i słusznych interesów stron oraz innych osób, dla których czynność ta może powodować skutki prawne.
Notariusz musi więc reagować, gdy widzi zagrożenie dla praw i interesu strony – czyli ostrzec osobę, która może zostać poszkodowana w wyniku przygotowywanej umowy, oraz dokładnie przedstawić jej konsekwencje wynikające z treści tego dokumentu. Dlatego bolesne i dotkliwe jest to, gdy zawodzi on nasze zaufanie.

Nie tylko komórki do wynajęcia

Przeciętnie w kraju za wynajęcie metra kwadratowego mieszkania trzeba zapłacić 55 zł. Ciekawe, że zazwyczaj oferowane są na wynajem dwu lub trzypokojowe lokale, o powierzchni także 55 m2, zlokalizowane na pierwszym lub drugim piętrze Największa różnica w cenach występuje dla lokali 4., 5. i 6. izbowych (w przypadku tych ostatnich waha się pomiędzy 5 a nawet 16 tys. zł za miesiąc wynajmu).
W przypadku mieszkań o mniejszym metrażu, cena za metr kwadratowy maleje wraz ze wzrostem powierzchni (czyli, w miarę zbliżania się do wielkości mieszkania średniego). Jednak w przypadku większych mieszkań zaczyna nieznacznie wzrastać, gdy ich powierzchnia przybliża się do rozmiarów apartamentu.
Liczba pokoi w wynajmowanym mieszkaniu przekłada się oczywiście na cenę wynajmu. Najmniejsze różnice występują pomiędzy lokalami jedno i dwuizbowymi. Mediana dla kawalerek to 1,7 tys. zł za miesiąc wynajmu. Dla dwupokojowych – 2,5 tys. zł, dla trzypokojowych 3,5 tys. zł. Następnie mamy do czynienia z dość dużymi przeskokami, bo dla lokali czteropokojowych mediana to już 5,4 tys. zł, dla pięciopokojowych 7,9 tys., a w przypadku największych, sześciopokojowych aż 9,8 tys. zł.
Najwięcej mieszkań do wynajęcia dostępnych jest w stolicy i Krakowie. Ponad połowa (54 proc.) z analizowanych 182 tys. internetowych ogłoszeń dotyczyła samej stolicy. Krakowa dotyczy jedna czwarta (27 proc.) ogłoszeń. Podium zamyka Wrocław z ośmioprocentowym udziałem w ogłoszeniach. Takie wnioski płyną z raportu przygotowanego przez platformę Rentier.io na temat rynku wynajmu mieszkań w Polsce.

Miasta przyjazne mieszkańcom są możliwe

Z JOLANTĄ BANACH rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Od lat jest Pani nieobecna w polityce krajowej, ale już wiadomo, że będzie Pani kandydowała do Rady Miejskiej w Gdańsku…

Tak, na prośbę grupy młodych ludzi o socjaldemokratycznych poglądach, którzy zwrócili się do mnie, bym ich wsparła i firmowała swoim nazwiskiem komitet obywatelski „Lepszy Gdańsk”, działający już od dwóch lat. To grupa młodych przedstawicieli zawodów medycznych, inżynieryjnych, prawniczych, o dobrym profilu moralnym. I to oni nie pozwolili mi przejść na emeryturę. Ponadto na ulicy czy w tramwaju ludzie mnie rozpoznają i zwracają się do mnie z różnymi problemami, nie zważając, że nie jestem od lat w czynnej polityce. Lepszy Gdańsk jest aktywnym ruchem miejskim. Zebraliśmy m.in. podpisy pod uchwałą o bezpłatnych przejazdach uczniów, choć naszą inicjatywę przejął na swoje konto prezydent z Platformy Obywatelskiej. Nie mamy jednak o to pretensji, przeciwnie, cieszymy się, że od lipca b.r. uczniowie gdańskich szkół jeżdżą gratis komunikacją miejską. Zebraliśmy też około trzech tysięcy podpisów na rzecz zmniejszenia kosztów usług opiekuńczych świadczonych w domach mieszkańców i liczymy, że projekt zostanie uchwalony przed zbliżającymi się wyborami. Co ciekawe, po proteście niepełnosprawnych, problemy społeczne nagle znalazły się w orbicie zainteresowania większości grup samorządowych, włącznie z PO, które z tym wiążą sprawy rozwoju miasta. Do tej pory głównie inwestowano w wylewanie betonu, dzielnie budowano stadiony, hale widowiskowe, galerie, czy nikomu jak widać niepotrzebne, bo niewykorzystywane obiekty kultury, w których nic się nie dzieje. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie z komitetu „Lepszy Gdańsk” mają zupełnie inne wyobrażenie o mieście.

 

Polityka społeczna jak zawsze jest w centrum Pani zainteresowania….

Tak, moje założenie podstawowe jest takie, że ład społeczny budują: po pierwsze, godne dochody z pracy, po drugie, dobra, wszechstronna polityka społeczna w przypadku różnego rodzaju ryzyk życiowych i okoliczności utrudniających zarobkowanie. Politycy dzielą się na tych, którzy są specjalistami i ekspertami w jakiejś dziedzinie i tych o „profilu ogólnym”. Tymi ostatnimi ostatnio obrodziło, to specjaliści od bon motów, tweetów, trzydziestosekundówek w telewizji, hasztagów. Nazywam ich trumpowcami i marketingowcami. Ja w tym rodzaju uprawiania polityki się nie odnajduję i trwam przy polityce społecznej. Właśnie dlatego obszar samorządowy jest dla mnie tak fascynujący. Zwrócono się do mnie także z propozycją kandydowania na urząd prezydenta Gdańska, ale nie przyjęłam jej m.in. z powodów osobistych. Poza tym uważam, że trzeba przygotowywać dobrą zmianę pokoleniową, a starsi mają do odegrania rolę w przygotowaniu do niej młodych ludzi i wsparciu ich na tej drodze.

 

Czy „Lepszy Gdańsk” współpracuje z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

Rozmawialiśmy o możliwości wspólnego startu, ale uważam, że sukces programów socjaldemokratycznych, przynajmniej w Gdańsku, jest bardziej realny w formule komitetu obywatelskiego niż partyjnej, bo od wielu lat Sojusz osiąga poparcie wyborcze na poziomie 4-5 procent i trzeba w końcu wyciągnąć z tego wnioski. Zresztą Sojusz wybrał opcję z szyldem partyjnymi wysunął swojego kandydata na prezydenta Gdańska, profesora Ceynowę. Formuła partyjna jest dość oczywista w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego, do parlamentu, ale w mieście, w tym w szczególności tu, w Gdańsku, gdzie idzie walec: z jednej strony PO z drugiej PiS, sukces sił progresywnych mógłby mieć miejsce tylko pod szyldem komitetu obywatelskiego.

 

Mówi się, że dla lewicy szczególnie trudna jest Polska wschodnia, ale jak widać, Gdańsk także jest dla niej bardzo trudny. Dlaczego?

Społeczność gdańska buduje swoją tożsamość na wartościach mieszczańskich, w duchu umiarkowanie liberalno-konserwatywnym. Dla socjaldemokracji nie ma tu więc dużo miejsca, a już na pewno nie pod szyldami stricte partyjnymi. W „Lepszym Gdańsku” są przedstawiciele Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, ludzie z różnych partii i stowarzyszeń. Mamy nadzieję, że Sojusz dojrzeje do ściślejszej współpracy z nami.

 

Nie można wykluczyć, że wieloletnia prezydentura Pawła Adamowicza dobiega końca. Ostatnimi czasy pokazał się jako polityk ostro antypisowski, choć zaczynał jako prezydent o zdecydowanie prawicowym, konserwatywnym profilu. Jak go Pani ocenia jako gospodarza Gdańska i w aspekcie spraw społecznych?

Po pierwsze, ta głośna antypisowskość prezydenta Adamowicza jest uprawiana z rozmysłem, bowiem polaryzacja polityczna bardzo mu służy, tym bardziej, że w Gdańsku PiS, jako klub w Radzie Miasta, jest wyjątkowo liberalny. Tu nie ma drapieżników pisowskich z pierwszych stron gazet. Ta strategia pozwala Adamowiczowi wyjść z roli prezydenta Gdańska i stanąć ponad nią, bo w tej roli ma wiele za uszami i gdyby koncentrował się na kwestiach samorządowych, to natychmiast ostra reakcja opozycji byłaby bardzo słyszalna, m.in. w kwestii niejasnych źródeł jego majątku osobistego, chaosu urbanistycznego w mieście, który powoduje, że Gdańsk jest coraz częściej wystawiany na klęski żywiołowe, na zalania dolnych partii miasta, w kwestii braków w infrastrukturze komunikacyjnej, nadmiernie silnej pozycji deweloperów, itd. Mamy także za sobą zatrucie Motławy ściekami no i niestety, także w kwestiach społecznych prezydent nie wywiązał się z wielu powinności. Politykę społeczną kojarzymy obecnie zazwyczaj z rządem PiS, który przedstawia się jako najbardziej socjalny po 1989 roku, tymczasem prawda jest taka, że miażdżąca większość kompetencji i środków w tej dziedzinie jest w rękach samorządów, np. polityka pielęgnacyjna, na rzecz ludzi starszych, niepełnosprawnych; ich rehabilitacja społeczna i zawodowa to zadanie własne samorządów, od sprzętu rehabilitacyjnego po domy pomocy społecznej. W Gdańsku mamy na przykład problem „uwięzienia” starych ludzi w niskich blokach bez wind. Są pieniądze na stadiony, ale na te windy już nie. Problem polega na tym, że nie ma standardów w tej dziedzinie, np. ile i jakich ośrodków wsparcia potrzeba na grupę osób o znacznym stopniu niepełnosprawności.W związku z tym gmina może, ale nie musi i mamy postępujący proces prywatyzacji odpowiedzialności ludzi, którzy sami sobie nie poradzą. Rozmaite problemy rodzi też prywatyzacja usług społecznych. W Gdańsku aż 40 procent szkół podstawowych nie prowadzi samorząd. To się za kilka, kilkanaście lat odbije negatywnie w przestrzeni społecznej, bo szkoły prywatne biorą dotacje, biorą pieniądze od rodziców i jeszcze tną koszty pracy. To się musi odbić na jakości kształcenia i wychowania z jednej strony i nierówności szans z drugiej. Tak więc gmina nie rozwiązuje, ale tworzy problemy społeczne, na teraz i na przyszłość. Kluczem do serc Polaków jest polityka samorządowa i społeczna. W tej dziedzinie Polacy są socjaldemokratyczni, ale nie populistyczni, mimo że mówi się, iż PiS populizmem pozyskuje masy. Każdy autokrata i dyktator będzie wprost oferował świadczenia pieniężne, przekupywał grupy społeczne, tak było zawsze. Ale już mechanizmu stałej podwyżki płac w sferze usług społecznych PiS nie wprowadziło, co uważam za skandal. Dlaczego pracownicy tej sfery nadal muszą protestami i strajkami wyszarpywać dla siebie podwyżki płac, mimo że mamy wysoki wzrost gospodarczy? Dlaczego jest 23-procentowy podatek VAT na ciepło i energię elektryczną? W Gdańsku i w reszcie kraju emeryt otrzymujący 1200 złotych połowę tego wydaje na 50-metrowe mieszkanie! PiS-owi nie spadł dotąd z tego powodu włos z głowy. Gdzie jest kolejna stawka podatku dochodowego? Przecież także bogaci dostali 500 plus a podatków im nie podniesiono. Gdzie w związku z tym jest oferta lewicy? Przecież trzeba powiedzieć Polakom: my się za to wszystko weźmiemy. Sojusz n.p. ma w tym względzie dobre tradycje, doświadczenie Anny Bańkowskiej, działalność Wita Majewskiego, nawet Leszka Millera przed zmianą poglądów, dorobek profesora Tadeusza Kowalika i Wandy Zagawy z działu społecznego „Trybuny”, która była wybitną specjalistką w zakresie ubezpieczeń społecznych. Był w SLD ośrodek myśli społecznej. To się zagubiło po części z powodów metrykalnych, bo pojawili się działacze, dla których polityka była przepustką do materialnego sukcesu , a poza tym po objęciu przez Sojusz rządów w 2001 roku wygrała tam fascynacja liberalizmem, light, ale jednak, oraz chęć uwiarygodniania się w modnych kręgach biznesowych. Dziś natomiast do polityki przychodzą młodzi ludzie tworzący zjawisko, które nazywam awansem po politologii. Wydaje im się, że po studiach politologicznych jedyna dla nich droga, to bycie politykiem. Kończy się to brakiem zainteresowania dla wszystkiego, co nie jest czystą grą polityczną, marketingiem. Polityka przestała natomiast przyciągać ekspertów z konkretnych dziedzin i zanikła instytucja autonomicznych parlamentarzystów-fachowców. Aleksander Kwaśniewski nie bał się skupiać wokół siebie intelektualistów, lepszych od siebie i to także tworzyło siłę dawnego Sojuszu.

 

A jak w Gdańsku kształtuje się kwestia praw społecznych z zakresu praw kobiet, dostępności do in vitro, itd.?

Tu wracamy do prezydenta Adamowicza. Szybko zorientował się, że w takim mieście jak Gdańsk musi wyjść tym kwestiom naprzeciw. A pamiętam czasy, gdy prezydent Adamowicz nie życzył sobie udziału prezydenta Kwaśniewskiego w różnych eventach gdańskich a jego poglądy były zdecydowanie prawicowe, także światopoglądowo. To nie oznacza, że kwestionuję szczerość jego ewolucji, ale ona musi się przełożyć na konkrety, a z tym jest marnie. Deklaratywne strategie na papierze dalece nie wystarczają. Do diabła z nimi. Dofinansowanie in vitro – znakomicie, ale jeśli prezydent Adamowicz traktuje swoje deklaracje poważnie, to musi się n.p. zmienić choćby sytuacja kobiet, które porzucają pracę, żeby zaopiekować się starymi rodzicami, bo nie ma należycie zorganizowanej opieki dziennej i geriatrycznej, rehabilitacji osób starszych i niepełnosprawnych. In vitro bywa przez PO traktowany jako forma walki politycznej z PiS, a ja się na taką politykę nie godzę.

 

Co jest specyfiką Gdańska i jaka z tego wynika wizja jego przyszłości?

Stary Gdańsk dzielił się na odrębne, niemal samowystarczalne dzielnice: Oliwę, Wrzeszcz, Orunię, Nowy Port. To były właściwie odrębne miasteczka. Miasto skrojone na miarę człowieka, do którego powraca nowoczesna urbanistyka. Tymczasem polski samorząd wielkomiejski podąża za XIX-wieczną wizją rozwoju miasta na modłę Nowego Jorku, czy innej podobnej metropolii. Ze sprzeciwu wobec tej wizji miasta narodziła się idea ruchów miejskich. Idea budowy miasta małych odległości. Spolaryzowane politycznie media, rządowe i antyrządowe o tych problemach nie mówią, ale one są rzeczywistością. Miasta przyjazne mieszkańcom zajmują się najróżniejszymi sprawami, choćby potrzebami w zakresie mieszkalnictwa dla osób niezamożnych, n.p. poprzez umawianie się z deweloperem na regulowane czynsze. W Polsce ta dziedzina drastycznie odstaje od standardów Unii Europejskiej. A jednak wierzę, że także w Polsce inne myślenie o mieście jest możliwe.

 

Dziękuję za rozmowę.

Kto nie chce, niech nie wierzy

Czy doczekamy się, że Prawo i Sprawiedliwość złoży wreszcie jakieś bardziej realne obietnice mieszkaniowe?

 

Wśród licznych obietnic, płynących nieustannie ze strony ugrupowania rządzącego, swoim rozmachem wyróżniają się zapowiedzi przyśpieszenia w budownictwie. Liderzy PiS już od kilkunastu lat opowiadają, że wywołają wielki boom mieszkaniowy w naszym kraju – i robią to z powodzeniem.
To znaczy, z powodzeniem o tym opowiadają, bo obiecywane mieszkania wprawdzie nie powstają w zapowiadanej ilości – ale wszystkie te opowieści są dobrze przyjmowane przez obywateli i wpływają pozytywnie na poparcie dla PiS.
Przykładem takich „mieszkaniowych opowieści” może być uroczyste oddanie do użytku we wsi Siedlemin pod Jarocinem 96 nowych mieszkań, pod koniec kwietnia tego roku,.
Według oficjalnej propagandy, było to pierwsze osiedle zbudowane w ramach rządowego programu Mieszkanie Plus, polegającego na wynajmowaniu lokatorom lokali po obniżonych stawkach czynszu.
W rzeczywistości, gmina Jarocin planowała budowę tego osiedla zanim jeszcze PiS doszedł do władzy w 2015 r, a budowę rozpoczęła wtedy, gdy nikomu się nie śniło o programie Mieszkanie Plus. Rząd postanowił jednak „podczepić się” pod jarocińską inicjatywę budowlaną – i po prostu włączył samorządowe osiedle, z którego budową nie miał nic wspólnego, do własnego progamu mieszkaniowego.

 

Cuda, cuda ogłaszają

Poprzeczka mieszkaniowych obietnic została bardzo wysoko zawieszona przez PiS już dawno bo w 2006. Wtedy liderzy tego ugrupowania, po wygranych wyborach, powtórzyli swą wcześniejszą obietnicę, iż w ciągu ośmiu lat zbudują 3 mln mieszkań.
PiS rządziło jak wiadomo tylko dwa lata, a w tym czasie oddano do użytku w Polsce zaledwie 248 tys mieszkań. Prawo i Sprawiedliwość miało oczywiście praktycznie żaden wpływ na ich powstanie, ale ponieważ u nas tradycyjnie wyniki gospodarki zalicza się na konto ugrupowania, które w danym okresie sprawowało władzę, więc i w tym przypadku można uznać, że budowę tych mieszkań firmowało PiS. Tyle, że w porównaniu do swych zapowiedzi, ugrupowanie rządzące osiągnęło nader znikomy sukces.
Żeby bowiem dotrzymać obietnicy postawienia 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat, trzeba by ich budować po 375 tys. rocznie, co oczywiście było wówczas – i jest nadal – zadaniem zupełnie w Polsce nierealnym.

 

Już trochę bliżej

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 r. liderzy Prawa i Sprawiedliwości czynili już nieco ostrożniejsze obietnice mieszkaniowe. Tym razem obiecali, w 2016 r., że doprowadzą do zbudowania 2,8 mln mieszkań w ciągu 14 lat – czyli równo po 200 tys. rocznie. Jak widać, wyraźnie więc spuścili z tonu w porównaniu z zapowiedziami wcześniejszymi o dziesięć lat.
Jednak i za obecnej kadencji PiS te obietnice zostają na papierze. W 2016 r. w naszym kraju oddano do użytku 162 tys. nowych mieszkań. W ubiegłym – 178 tys.
Postęp jest więc wprawdzie zauważalny i są to niezłe wyniki – ale sporo jeszcze zostaje do stawiania ponad 200 tys mieszkań rocznie. Inaczej nie da się zaś osiągnąć wspomnianego 1 mln 400 tys w ciągu 14 lat.
Widać zatem, że i aktualne obietnice mieszkaniowe PiS nie mają niestety szans, aby się ziscić.

Słoiki won stąd!

Wygląda na to, że Patryk Jaki definitywnie pogrzebał swoje szanse na szersze poparcie w Warszawie.

 

Nie pozostawia tu wątpliwości analiza założeń jego mieszkaniowej pseudorewolucji, którą przedstawiła Beata Siemieniako na łamach Oko.press. Wydaje się, że Jaki wziął w garść sumę wszystkich swoich szans, po czym zgrabnie zapakował do trumny i właśnie złapaliśmy go w trakcie pieczołowitego zasypywania jej ziemią. Jest to niepokojące o tyle, że na dobre zwolni Rafała Trzaskowskiego z jakiejkolwiek wyborczej mobilizacji. Z drugiej strony – otworzy kandydatowi lewicowej koalicji pole do tego, aby nad mieszkaniowymi postulatami warszawiaków pochylić się na serio, a nie tylko przedstawić rozwiązania z kartonu, w dodatku skrajnie antyrównościowe.

Jaki chce sprzedawać z bonifikatą od 70 do 90 procent mieszkania komunalne, znajdujące się w zasobach gminy. Za każde sprzedane mieszkanie zamierza wybudować nowe. Trochę mu z tym zejdzie, bo jak wyliczyła Siemieniako, koszty wybudowania jednego mieszkania równe są siedmiu sprzedanym na preferencyjnych warunkach. Ale nawet jeśli pominiemy ten niewygodny szczegół, to nie unikniemy odpowiedzi na pytanie, w jaki niby sposób ma to rozładować kilometrową kolejkę oczekujących na mieszkanie od gminy.

Jaki dał do zrozumienia, że „słoików” sobie w Warszawie nie życzy. Tak można interpretować założenia, że do wykupu mieszkania komunalnego potrzebne będzie spełnienie następujących warunków: 15 lat płacenia podatków w stolicy, 15 lat zamieszkiwania w danym mieszkaniu. To skandaliczne dzielenie lokatorów komunalnych na gorszy i lepszy sort ze względu na miejsce pochodzenia i usytuowanie Urzędu Skarbowego.

Przed wielką życiową szansą na wzbogacenie się staną dzieci lokatorów komunalnych, które odziedziczą prawo do przejęcia lokalu i zyskają od Jakiego hojny prezent w postaci możliwości wykupu za grosze, a potem sprzedania dalej na wolnym rynku mieszkania wartego dziesięć razy tyle, ile za nie dali. Za jednym zamachem pozbędziemy się więc „biednych przyjezdnych”, wypychając ich do osobnej kasty i nakręcimy rynek dla łowców takich okazji. Otwiera to również władzom gminy drogę do odmowy inwestowania w lokale komunalne i podnoszenia standardów. Zamiast tego zacznie się forsowanie opcji: „Chcecie mieć centralne? Wykupcie i sobie zróbcie!”.

Wyjątkowo oburzająca jest w tym wszystkim chęć przyznawania przywilejów ze względu na staż zamieszkiwania w danym mieście. To takie pisowskie: stawianie praw jakiejś grupy ponad prawami innych ze względu na fakt urodzenia się na określonej szerokości geograficznej i przynależność do określonych barw: biało czerwonych, czy w tym wypadku żółto-czerwonych (to kolory Warszawy). Fakt płacenia na przykład przez lat 11, a nie przez 15, podatków w określonej dzielnicy świadczy jedynie o tym, że przypadek i okoliczności zewnętrzne tak pokierowały czyimś życiem. Mamy tu do czynienia z lokalną odmianą zabawy w feudalny podział na urodzenie i pochodzenie szlacheckie bądź plebejskie, albo wręcz z wezwaniem do walki plemion, tyle że pod płaszczykiem troski.

Jaki chciał uczynić ze spraw lokatorskich priorytet w swojej kampanii, ale przeszarżował, podlewając słuszne diagnozy śmierdzącym prywatyzacyjnym sosem.

Iluzoryczna pomoc dla wybranych

Jednym z najważniejszych problemów polityki mieszkaniowej w Polsce jest brak dostępnych mieszkań dla osób, których dochody są zbyt wysokie, aby ubiegać się o lokale komunalne i zarazem zbyt niskie, by zaciągnąć kredyt mieszkaniowy.

 

Według analiz, w takiej właśnie sytuacji jest ok. 40 proc. społeczeństwa, w tym głównie osoby młode rozpoczynające karierę zawodową. Problemem w ich sytuacji są nie tylko niskie dochody (niższe niż w innych grupach wiekowych), ale również forma zatrudnienia: umowy o pracę na czas określony, umowy zlecenia lub o dzieło.
W przyszłości problem mieszkaniowy dotknie również osób starszych, które stanowią coraz większy odsetek społeczeństwa. Doświadczenia krajów zachodnich wskazują, że grupa ta będzie tworzyła popyt na mieszkania na wynajem, w których zamieszkiwanie jest połączone z zapewnieniem dodatkowych usług opiekuńczych.
Przez ponad dwa i pół roku swych rządów PiS nic z tym nie robił, likwidując w dodatku wsparcie dla budownictwa mieszkaniowego pozostawione przez poprzedników z PO. Uznano jednak wreszcie, że przed wyborami trzeba wystąpić z jakąś inicjatywą. Przygotowano zatem projekt ustawy o dopłatach do czynszów.

 

Tylko dla wybranych

Zgodnie z projektem, dopłaty do czynszów będą przeznaczone dla gospodarstw domowych o niższym poziomie dochodów (zależnym od liczby osób w gospodarstwie domowym) i nieposiadających innego mieszkania.
Wysokość dopłat zależeć będzie od kosztów budownictwa mieszkaniowego na danym terenie, oraz od powierzchni mieszkania. Im liczniejsze gospodarstwo domowe, tym wyższe będą dopłaty. Na razie trudno określic ich wysokość, ale pewnie nie przekroczą 400-450 zł miesięcznie.
Dopłaty będą przyznawane tylko na maksimum 9 lat. Dodatkowo, co roku beneficjenci będą weryfikowani, czy nadal spełniają kryteria dochodowe uprawniające do otrzymywania dopłat.
W sytuacji ich nie spełniania, prawo do dopłat zostanie wygaszone. Możliwe jest jednak wznowienie otrzymywania dopłat, z zastrzeżeniem, że w sumie okres ich pobierania nie może przekroczyć 9 lat.

 

Trzeba wynająć sobie nowe

Innym, bardzo ważnym ograniczeniem jest to, że dopłaty będą stosowane tylko w przypadku mieszkań zasiedlanych po raz pierwszy, wybudowanych na nowo lub po rewitalizacji. Ktoś, kto zamieszka w lokalu używanym, żadnej dopłaty nie dostanie. To oczywiście do minimum ograniczy krąg osób objętych dopłatami, bo mało kto w Polsce korzysta z fabrycznie nowych wynajętych mieszkań.
Rząd uzasadnia, że takie rozwiązanie powinno wykreować nowe inwestycje mieszkaniowe na wynajem, które wypełnią lukę rynkową. Takie tłumaczenie jest oczywiście lipą, bo rządowi chodzi o to, aby osiągnąć efekt propagandowy, ale w rzeczywistości pomóc jak najmniejszej grupie ludzi.

 

Pożegnanie z własnością

Rząd reklamuje, że zaproponowane rozwiązania zwiększą możliwości finansowe najemców, ułatwiając im płacenie czynszu rynkowego za mieszkanie, którego wynajem zapewni im stabilność życiową. Dzięki tym dopłatom będą oni mogli łatwiej wynająć samodzielne mieszkanie.
W rzeczywistości, skorzysta na tym tylko bardzo wąska grupa osób: ci, którzy będą mieli szczęście zamieszkać w nowym lub rewitalizowanym mieszkaniu na wynajem. W dodatku program ten ma zastąpić, istniejące wcześniej programy wsparcia osób fizycznych w nabyciu własnego mieszkania („Rodzina na swoim”, „Mieszkanie dla młodych”).
Teraz państwo już nie będzie pomagać ludziom w nabyciu pierwszego własnego mieszkania. Co najwyżej, pomoże nielicznym w płaceniu czynszu za jego wynajęcie. Nowe rozwiązania mają wejść w życie już 1 stycznia 2019 r.