„Sukces” polskich developerów

268 tysięcy lokali mieszkalnych znajdzie się w fazie budowy w 2020 r. Kapitaliści odtrąbili sukces – zyski firm deweloperskich osiągnęły w ubiegłym roku rekordowy poziom. W znacznie gorszej sytuacji są obywatele, zmuszeni płacić bajońskie sumy.

Okazuje się przy tym , że w bieżącym roku deweloperka jedynie zbliżyła się do liczby z czasów największej świetności Polski Ludowej. „W najlepszych latach III RP liczba oddawanych mieszkań nie przekroczyła tej za Gierka. Wtedy podchodziło pod trzysta tysięcy rocznie, teraz ledwie przebiliśmy dwieście” – przypomniał w wywiadzie dla „Wyborczej” Adrian Zandberg.
Z opublikowanych przez GUS danych wynika, że budownictwo mieszkaniowe rozwija się szybko. W ciągu 12 miesięcy 2019 roku rozpoczęto budowę aż 237,3 tys. mieszkań. To o 7 proc. więcej niż w 2018 roku i o prawie 22 proc. więcej niż u szczytu ostatniego budowlanego boomu (2008 r.).

– W 2019 roku oddano bowiem do użytkowania 207,2 tysięcy nieruchomości. To o prawie 12 proc. więcej niż w 2018 roku – komentuje Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. Nieźle wyglądają też perspektywy sektora budownictwa. O tym może świadczyć liczba otrzymywanych przez inwestorów pozwoleń na budowę. To dopiero one przekładać się będą na rozpoczęte inwestycje, a w konsekwencji po przeważnie 2-5 latach oddawaniem mieszkań do użytkowania. W tym obszarze także mamy do czynienia z rekordem. Kapitaliści liczą rekordowe zyski. W sumie czołówka giełdowych deweloperów mieszkaniowych zarobiła w ub. roku na czysto 1054 mln zł. Oznacza to to wynik lepszy od osiągniętego w 2017 roku o dokładnie jedną piątą.

Czy oznacza to dobrą wiadomość również dla społeczeństwa? W żadnym wypadku. Ceny mieszkań osiągają horrendalny poziom. NBP między lipcem i wrześniem wziął pod lupę ceny używanych mieszkań w największych miastach Polski. Średnio okazały się o prawie 12 proc. wyższe niż przed rokiem. Najwięcej za metr kwadratowy trzeba dać w Warszawie. To już niemal 9 tys. zł, o 13 proc. więcej niż przed rokiem. Kolejne są Trójmiasto i Kraków, gdzie średnie stawki przekraczają 7 tys. zł. Największe podwyżki widać za to w Poznaniu i Szczecinie – przekraczają 15 proc. Tam trzeba się liczyć z cenami na poziomie odpowiednio 6,2 tys. zł i 5,4 tys. zł.

To nie spółdzielnie potrzebują leczenia – list otwarty

Leczenia wymagają raczej niektórzy politycy i usłużni dziennikarze, jak owo „grono mieszkańców”, autor publikacji„Czy można uleczyć spółdzielnie mieszkaniowe?” w numerze 246-247 „Dziennika Trybuna”. z 11.12.2019. Nazwiska jego nie ujawnimy (RODO), choć się go domyślamy).

Dotąd uważałem(liśmy), że prasa lewicowa sprzyjała spółdzielczości, zwłaszcza tej poniewieranej – mieszkaniowej. Nie mogę wybaczyć „Trybunie” – bo chociaż to „dziennikarz” nie z kręgu „Trybuny”, to jednak jego paszkwil gazeta zamieściła. Wielka szkoda!

Z jednym się zgodzę. Trzeba eliminować złe zachowania ludzi, ale tacy znajdują się wszędzie: od Caritas (Płock – malwersacja 400 mln zł), parafia Bosko pod Legnicą (naciągnięto ludzi na 400 mln zł), czy SKOK-i (miliardy). W spółdzielniach też nie jest idealnie, ale na 3,5 tys. spółdzielni do prokuratury skierowano ostatnio 7 poważniejszych spraw, z tego połowę już umorzono. Nie będę przypominać sprawy SM „Pojezierze”, opisywanej też w „Trybunie” i 19 zarzutów senator Lidii Staroń, które po 6 latach procesów okazały się bzdurą, a kosztowały utratę zdrowia prezesa zarządu i śmierć jego zastępcy. Nie spółdzielnie trzeba naprawiać, ale prawo i polityków, w tym panią senator Lidią Staroń, która jest sprawczynią niejednej choroby…

A więc – ad rem.

Napisano, że: „Ceny czynszu nie tylko równały [do czego?], ale i znacznie przekroczyły wymiar tych opłat (?) na przykład we wspólnotach mieszkaniowych”. Jest to nadużycie, niezależnie od tego, że piszący sam sobie odpowiada, przyznając, że wspólnoty nie mają terenów zielonych (we Wrocławiu w większości wspólnoty powstały „po obrysie budynków”), nie obchodzi ich działalność kulturalna, edukacyjna: kluby seniorów, młodzieży. Spółdzielnie kierują się misją: „Nie tylko mieszkanie”.

Wspólnoty nie tworzą w większości stałych funduszy remontowych, bo albo są to nowe budynki (często na gwarancji czy rękojmi), albo zakładają, że będzie się go tworzyć, jak zajdzie potrzeba. Spółdzielnie mają budynki budowane masowo w latach 70., a wiele zarządza nawet takimi sprzed wojny. W mojej spółdzielni – z roku 1911.

Wiele razy udowadniałem(liśmy), że opłaty za użytkowanie lokali (nie czynsze!) są mniejsze od stosowanych we wspólnotach. Ale nie da się tak wprost porównywać poszczególnych spółdzielni czy wspólnot. Co najwyżej budynki i też te podobne: z tego samego roku budowy, w tej samej technologii (wielka płyta, murowany), liczba kondygnacji, w tym czy są dźwigi, system ogrzewania (gazowe, sieciowe, własne piece), wielkość przyległego terenu, lokalizacja (miejscowość), liczba zamieszkałych osób, w tym wiek (dotyczy korzystania z wody, energii elektrycznej, windy) itd. itd. Nasze przykłady pokazują, że w spółdzielniach jest taniej – mimo dodatkowych usług dla członków. Najlepiej syntetycznie porównywać koszty zarządu: u nas jest to 0,62 – 0,65 zł/m2, a we wspólnotach – dochodzi do 1,50 – 2,00 zł/m2. Inne koszty nie są praktycznie zależne od spółdzielni. Przywołanie, że mieszkanie 37 m2 w Budmarze (Koszalin) – kosztuje 84 zł miesięcznie jest herezją (sprawdziliśmy).

„Prezesi [zapewne zarządów spółdzielni – dop. J.K.] zachowują się jak kamienicznicy, choć mieszkania są nasze (…) Jak to nazwać – pobieraniem haraczu?” W jednym zdaniu – dużo jadu, za to brak kropli prawdy. Opłat (zaliczkowych) w spółdzielniach – nie ustalają zarządy (prezesi), ale rady nadzorcze!. Spółdzielnia w tym zakresie rozlicza się z pobranych opłat, najpóźniej po zakończeniu roku – i zwraca nadpłaty, albo żąda dopłat. O jaki haracz więc chodzi? Do tego piszący nie rozumie, albo nie chce przyjąć do wiadomości, że „prezes zarządu –to jest primus inter pares”. Nie ustanawia żadnych praw obowiązujących członków. Kompletna bzdura.

„duże [spółdzielnie] na ogół nie pokazują szeregowym członkom spółdzielni swojego bilansu. Co najwyżej pozwalają na tak zwanym walnym zebraniu przegłosować zaksięgowanie nadwyżki bilansowej (…)”. To chyba napisał jeśli nie idiota, to celowo go udający. Zacytujemy to w naszych materiałach ogłaszanych na stronach internetowym, bo warto się chociaż pośmiać. Przecież spółdzielnie muszą swoje sprawozdania, w tym bilans, zamieszczać na tych stronach – do wglądu dla każdego. Do tego, zgodnie z ustawą członkowie przychodzą i sprawdzają (fotografują) dokumenty w siedzibie spółdzielni.

„Konia z rzędem temu, kto odczuł w swoim czynszu (sic!) tak zwane pożytki ze sprzedaży nowych mieszkań”. Piszący nie wie, że spółdzielnie praktycznie nie budują domów, bo jeśli, to muszą to czynić po kosztach rzeczywistych i nie mogą zarabiać na członkach. Skąd mogą występować jakieś pożytki do podziału?! Nie budujemy, bo trudno, aby spółdzielnie budowały wspólnoty, gdy spółdzielczego prawa własnościowego – spółdzielniom ustawowo zabroniono (p. Lidia Staroń).

„Prezes spółdzielni (….) usunął kiedyś za jednym zamachem pięćdziesięciu [członków].” Kolejna bzdura, ale ładnie wygląda publicystycznie. Zgodnie z prawem wykluczenia i skreślenia (przyczyny opisane w statucie) dokonywała tylko rada nadzorcza. Od 9 września 2017r. ustawowo – wszyscy posiadacze spółdzielczych lokali – zostali przymusowo członkami (bez wpisowego i udziału), także ci dawniej wykluczeni. Obecnie rada nadzorcza (bo nigdy nie zarząd, ani „prezes”) nie ma żadnych możliwości wykluczenia członków – pozostaje tylko droga sądowa.

„Wieść gminna niesie, że oni lub ich rodziny dostają nowe mieszkania po cenach symbolicznych (…), bo przecież nikt (sic) nie ma dostępu do papierów poza zainteresowanymi”. Obecnie mieszkań (jeśli spółdzielnia buduje) się nie przyznaje, ale sprzedaje. Oczywiście, cena sprzedaży (po kosztach) jest wtedy znacząco niższa – niż u dewelopera. Wieść gminna niesie, że piszący ten paszkwil – wymaga chyba leczenia.

Autor jest prezesem zarządu SM Metalowiec we Wrocławiu.

Czy można uleczyć spółdzielnie mieszkaniowe?

Sprawa dotyczy milionów ludzi. Spółdzielczość mieszkaniowa w Polsce nigdy nie była budownictwem socjalnym. To było budownictwo masowe.

Pogardliwe określenie „blokowisko” znikało z mediów w miarę tego, jak ceny mieszkań w blokach równały do cen w nowych mieszkaniach. Zwłaszcza ludzie młodzi zaczęli doceniać tereny zielone i infrastrukturę. Także lokalizację: zwłaszcza w dużych miastach dawne obrzeża, gdzie budowano te osiedla, są teraz blisko centrum i mają dobre połączenia komunikacyjne.
Ale nie tylko ceny mieszkań równały. Ceny czynszu nie tylko równały, ale i znacznie przekroczyły wymiar tych opłat na przykład we wspólnotach mieszkaniowych. Część z tego jest zrozumiała: spółdzielnie mają rozległe tereny zielone, zaprojektowane z socjalistycznym rozmachem. Są to często budynki co najmniej trzydziestoletnie, które wymagały wymiany wind i innych urządzeń. Dużo w tej dziedzinie zrobiono, co także wpłynęło na ceny mieszkań administrowanych przez spółdzielnie. Ale czynsz, który jest kilkakrotnie wyższy niż we wspólnotach? Dla przykładu: w takim Koszalinie czynsz w spółdzielni Przylesie za mieszkanie 27 metrów kwadratowych wynosi około 300 zł, a za większe o 10 metrów, ale administrowane przez Budmar 84 złote.

Spółdzielnie jak kamienicznicy

W Warszawie to normalne, że czynsz w takich samych mieszkaniach, po dwóch stronach tej samej ulicy, różni się kilkakrotnie. T to nawet, jeśli administrujący tymi budynkami tworzą fundusz remontowy. Prezesi zachowują się jak kamienicznicy, choć mieszkania są nasze, nie ich. Jak to nazwać – pobieraniem haraczu?

Zmniejszenie czynszu, albo przynajmniej powstrzymanie jego wzrostu dotyczy chyba wyłącznie członków małych spółdzielni. Te duże na ogół nie pokazują szeregowym członkom spółdzielni swojego bilansu. Co najwyżej pozwalają na tak zwanym walnym zebraniu przegłosować zaksięgowanie nadwyżki bilansowej (a nadwyżki bilansowe pojawiają się w w Warszawie na ogół co roku) w jakiejś zakamuflowanej pozycji. Na pytanie, na co idą pieniądze z tej pozycji, nasz prezes odpowiedział: „na dużo różnych rzeczy”. Konia z rzędem temu, kto odczuł w swoim czynszu tak zwane pożytki ze sprzedaży nowych mieszkań. Bo spółdzielnie są także inwestorami – budują nowe apartamentowce. Tu dotykamy sprawy gruntów.

Winna jak zawsze komuna

Co najmniej dwie warszawskie spółdzielnie wmawiają swoim członkom, iż nie mogą uregulować sprawy własności gruntów, bo zaginęły odpowiednie dokumenty. Czyli członkowie spółdzielni nie mogą decydować o przeznaczeniu swoich gruntów. Prezesi zwalają winę na Bieruta i jego dekret. Tymczasem były to zwykłe wywłaszczenia, w epoce wczesnego Gierka, i całkiem przeciętny prawnik odszukałby dokumenty bez większych kłopotów. Dziwnym trafem obydwie spółdzielnie mają wspaniałe tereny zielone, wręcz parkowe. Na razie budują nowe apartamentowce na każdym skrawku gruntu na obrzeżach. Chętnych do nabycia tych mieszkań, zachęcamy by przy podpisywaniu umowy uzyskać zaświadczenie, najlepiej sygnowane przez prezesa, że inwestycja uzyskała wszystkie potrzebne pozwolenia. W przeciwnym razie po wpłaceniu zaliczki nie uzyskają kredytu w banku.

Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych pochodzi z roku 1982, choć była od tego czasu wielokrotnie nowelizowana. Jest napisana z idealistyczną naiwnością. Wtedy nie miało to większego znaczenia, bo partia pilnowała. Były oczywiście nadużycia, ale ich skala była nieporównywalnie mniejsza z dzisiejszymi. Prezesi byli jednak narażeni na chorobę zawodową – alkoholizm, bo każdy chciał być z nimi dobrze. Dziś są wystawieni na dużo większe pokusy – nie ma nad nimi żadnej kontroli.

Mówiąc w skrócie – ustawa miała stworzyć spółdzielców. Kontrola przez Krajową Radę Spółdzielczości i poprzez walne zebranie. Mniejsza o Krajową Radę Spółdzielczości – tworzą ją przecież prezesi. Trzeba sobie jednak poradzić z walnym zebraniem.

Fakt, ci, co przychodzili na walne zebrania dużych spółdzielni, to na ogół ludzie, którzy nie są już aktywni zawodowo. Pozostali, w codziennym kołowrotku, woleli przyjąć, że wszystko jest w porządku. Poziom zorganizowania oddolnego członków spółdzielni jednak stopniowo rośnie, bo wkurzonych jest coraz więcej, Najprostszą rzeczą jest zabrać im członkostwo spółdzielni. Prezes spółdzielni Pax usunął kiedyś za jednym zamachem pięćdziesięciu. Można też stosować metody klasyczne: dać im się wygadać, przez wiele godzin, a kiedy większość zebranych już wyjdzie, przegłosować to, co potrzeba, żeby zdobyć potrzebny listek figowy. Można też postępować jak prezes spółdzielni Bródno: zorganizować zebranie w odległym miejscu i w związku z tym zbierać pełnomocnictwa od starszych ludzi. Albo sprawić, że zebranie przestaje być walne: podzielić je na zebrania cząstkowe po kilka budynków z zastrzeżeniem, że nikt z tych sąsiednich nie może na nie przyjść.

Zaproszenie do korupcji

A, prawda, w spółdzielniach są też rady nadzorcze. Według ustawy członkowie tych rad, którzy mają przecież pilnować interesów członków spółdzielni, nie dostają pensji, pobierają tylko diety za posiedzenia. To proste zaproszenie do korupcji. Wieść gminna niesie, że oni lub ich rodziny dostają na przykład nowe mieszkania po cenach symbolicznych. Wieść gminna, bo przecież nikt nie ma dostępu do papierów poza zainteresowanymi. Jest co prawda trochę procesów w sądach, ale ta droga nie jest zachęcająca. Zarządy spółdzielni mają doświadczenie w przedłużaniu procesów nawet do kilkunastu lat.

Jakie jest wyjście? Obecne ustawodawstwo pozwala, po przekształceniu mieszkania na hipoteczne, wydzielić się ze spółdzielni i założyć małą lub większą wspólnotę mieszkaniową. Tak zrobili członkowie spółdzielni Pax na ulicy Wyścigowej. Ale może lepiej naprawić tę spółdzielczość, która przecież nie jest takim najgorszym pomysłem.

Piątka Elsnera 2

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.
Gdy na jednym ze spotkań przedwyborczych przedstawiłem swoją „piątkę”, ze strony słuchaczy pojawiły się pytania. Dlaczego nie wspominam o postulatach dotyczących oświaty? Relacji Polski z Unią Europejską. Klimatu i środowiska. Rolnictwa. Zapewniam wszystkich, że program Lewicy jest kompletny. I nie pomija żadnej sprawy istotnej dla Polek i Polaków. Moja „piątka” to wybór zaledwie pięciu zagadnień. Ale w moim przekonaniu, kluczowych dla dalszego rozwoju Polski.

Praca

Czas polskich montowni dobiega końca. Czas konkurowania z innymi krajami wyłącznie niskimi kosztami pracy. Dwadzieścia lat temu zabieganie o takie inwestycje mogło mieć sens. Poziom bezrobocia wynosił wówczas 20 proc. i silne dążenie do zwiększania liczby miejsc pracy (szczególnie w niektórych regionach Polski) było priorytetem. Dzisiaj płace muszą rosnąć. Również dlatego, że w Europie tańszymi pracownikami od Polaków są tylko Słowacy, Węgrzy i Irlandczycy. Udział płac w polskim PKB stanowi zaledwie 48 proc. I jest wyraźnie niższy od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc.
Lewica w swoim programie zaproponowała zwiększenie płacy minimalnej do poziomu 2700 zł brutto już w przyszłym roku. Nota bene parę tygodni wcześniej niż podobną zapowiedź ogłosił PiS. Zdaniem lewicy, płaca minimalna powinna być powiązana ze średnim wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Osiągając poziom 60 proc. tego wynagrodzenia.
Absolutnym skandalem jest, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku całe rzesze polskich pracowników i pracownic pozbawione są elementarnych praw pracowniczych. Niemal 100 lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm II RP uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Zapewniającą pracownikom prawo do płatnego urlopu. Tymczasem zatrudniani na „śmieciówkach” – na umowach zleceniach i umowach o dzieło – z reguły takiego prawa są pozbawieni. Podobnie jak prawa do płatnych zwolnień lekarskich. Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze – napisano w programie Lewicy.
Zadaniem lewicy i związków zawodowych winno być dokładne przyjrzenie się zapisom Kodeksu Pracy. Gdy toczyła się dyskusja dotycząca handlu w niedzielę, zwracaliśmy uwagę, że Kodeks Pracy nie gwarantuje pracownikom wyższego wynagrodzenia za pracę w niedziele i święta. Postulowaliśmy, by była to 2,5 krotność wynagrodzenia za pracę w zwykłe dni robocze.

Zdrowie

W kampanii wyborczej wszystkie partie prześcigają się w zapowiedziach skrócenia kolejek do lekarzy. Do szpitali. Czasu oczekiwania na operacje. Tymczasem nie ma innej drogi do poprawy funkcjonowania służby zdrowia, jak zwiększenie nakładów na jej finansowanie. Znowu jesteśmy w ogonie – już nawet nie Europy, ale świata. Mniej niż 6 proc. PKB na ochronę zdrowia wydaje się tylko w Estonii i Meksyku. W Polsce nieco ponad 6,5 proc. W krajach OECD średnia wydatków wynosi prawie 10 proc. Od suchych procentów do wyobraźni bardziej przemawiają kwoty. W Niemczech roczne wydatki na ochronę zdrowia przypadające na statystycznego mieszkańca wynoszą 4250 euro. W Polsce – 750 euro.
Lewica proponuje zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną do poziomu 7,2 proc. PKB. Moim zdaniem, to absolutne minimum. Powinniśmy dążyć do osiągnięcia wspomnianej średniej krajów OECD . W przeciwnym wypadku zapis artykułu 68 Konstytucji, mówiący że: „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” – pozostanie fikcją. Ta fikcja bezpłatnej ochrony zdrowia szczególnie wyraźnie widoczna jest w stomatologii. Na leczenie zębów Polacy wydają rocznie 10 miliardów złotych. Z tego aż 8 miliardów z własnych kieszeni.
Jednym z kluczowych postulatów Lewicy dotyczących ochrony zdrowia jest wprowadzenie ryczałtowej opłaty za lekarstwa. Każdy lek na receptę powinien kosztować maksymalnie 5 złotych. Zaś leki dla dzieci, emerytów, kobiet w ciąży i pacjentów po przeszczepach powinny być za darmo. Przeprowadzone niedawno analizy pokazały rzecz szokującą. Ponad jedna trzecia rencistów i emerytów odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem – zamiast z lekarstwem. Nie stać ich na zakup koniecznych medykamentów.

Mieszkania

Trzeci temat i po raz trzeci muszę napisać, że Polska zajmuje ostatnie miejsce. Na tysiąc mieszkańców przypada w naszym kraju 365 mieszkań. W tej statystyce wyprzedzają nas nawet kraje od nas biedniejsze – Rumunia i Bułgaria. Nic dziwnego, bowiem w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań.
Niech nas nie zmyli widok licznych nowoczesnych osiedli. Wcale nie budujemy tak dużo jak kiedyś. Rocznie powstaje 130 do 150 tysięcy nowych mieszkań. Tymczasem rekord padł 40 lat temu. W roku 1978 oddano do użytku 283,6 tysięcy mieszkań. A w latach 1971-1978 wybudowano ich w sumie dwa miliony. Poza tym, posiadanie własnego mieszkania najczęściej wiąże się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat. Obecnie już 2 miliony Polek i Polaków spłaca kredyty mieszkaniowe, a sumaryczne zadłużenie z tego tytułu sięga 400 miliardów złotych. Zdaniem lewicy, kontynuując wyłącznie ten model budownictwa, nie rozwiążemy problemu braku mieszkań.
Lewica proponuje założenie publicznego przedsiębiorstwa, które w latach 20121-20131 wybuduje milion mieszkań na terenach należących do skarbu państwa. Koszt najmu takich mieszkań nie będzie wyższy niż 20 zł za m2. A Ci, którzy zdecydują się na wykup mieszkania na własność, zapłacą jedynie kwotę odpowiadającą kosztom budowy. Bez dodatkowych marż pobieranych przez deweloperów.

Seniorzy

Mimo wszystko, pracujący są w lepszej sytuacji. Mogą aktywnie walczyć o wyższe płace i lepsze warunki pracy. Emeryci i renciści są na łasce polityków. Bo tak naprawdę to politycy mają przemożny wpływ na wysokość rent i emerytur. I w zależności od zapotrzebowania politycznego decydują o wypłatach świadczeń w rodzaju „jarkowego”.
Lewica deklaruje stworzenie nowego systemu emerytalnego na miarę wyzwań XXI wieku. Podstawą ma być wprowadzenie gwarantowanej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych na rękę. Dodatkowo emeryt miałby prawo do pobierania 85 proc. renty lub emerytury zmarłego współmałżonka – bez utraty własnego świadczenia. Sojusz Lewicy Demokratycznej pozytywnie ocenił dokonaną przez PiS obniżkę wieku emerytalnego. Ale nie został uwzględniony postulat zgłaszany przez SLD od wielu lat. Aby o nabyciu uprawnień emerytalnych decydował również staż pracy: 35 lat przepracowane przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn.
Zaawansowany wiek to również potrzeba lepszej opieki zdrowotnej. Tymczasem w Polsce pracuje 417 lekarzy geriatrów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Nie tak dawno prasa podała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. Lewica postulując istotne zwiększenie poziomu finansowania ochrony zdrowia, zapowiada również zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. I oczywiście adekwatne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych.

Demokracja

To ostatni punkt „piątki Elsnera”. Ale tak naprawdę powinien być pierwszym. Kaczyński usiłuje przehandlować demokrację za 4000 zł płacy minimalnej, dopłaty dla rolników i „czternastkę” dla emerytów. Ale jeśli po wyborach opozycja zdoła zgromadzić większość w Sejmie, pierwszym celem musi być odbudowa reguł demokratycznego państwa prawa. Zabezpieczenie niezawisłego sądownictwa. Postawienie przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za łamanie Konstytucji. Przed sądem – winnych łamania prawa. Cztery lata temu politycy PiS mówili o państwie „w ruinie”. Cztery lata ich rządów możemy nazwać rujnowaniem demokracji.
Demokracja to również świeckie państwo. Żaden z biskupów i kardynałów nigdy nie został wybrany głosami żadnych wyborców. Jeżeli wielokrotnie roszczą sobie prawo do wpływania na kształt polskiego prawa – to tym samym kwestionują demokrację. Parę lat temu jeden z hierarchów mówił o „wyższości Ewangelii nad Konstytucją”. Ta zasada z pewnością może mieć zastosowanie w Watykanie. W którym papież, prócz władzy religijnej, jest równocześnie władcą absolutnym państwa watykańskiego.
W państwie demokratycznym porządek świecki i reguły religijne muszą być absolutnie rozdzielne. Stąd postulat Lewicy wycofania religii ze szkół, likwidacji funduszu kościelnego oraz wszelkich przywilejów podatkowych osób duchownych. Nie ma żadnego uzasadnienia, aby Kowalski w sutannie płacił pięć razy niższy podatek dochodowy niż Kowalski bez sutanny. A tak jest dzisiaj.
Najbardziej dramatycznym świadectwem polskiej wersji „unii tronu i ołtarza” jest widok polityka prawicy głoszącego „słowo pisu” z kościelnej ambony.

Piątka Elsnera

Wracam do tego, co napisałem na samym początku. Przedstawiłem jedynie wycinek programu Lewicy. Katalog spraw – moim zdaniem – pierwszoplanowych. Pełny program Lewicy – zapisany na 20 stronach – dostępny jest w internecie w Trybunie i na portalu lewica2019.pl. Zapraszam do jego lektury. Szczególnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Bo tyle pozostało do wyborów.

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Kiedy wreszcie zaczną spadać ceny nieruchomości?

O problemach branży mieszkaniowej słychać od paru lat, ale wciąż nie można się doczekać przejawu tych kłopotów, jakim byłaby obniżka cen lokali. Obecna ekipa nic nie robi dla zaspokojenia głodu mieszkaniowego, program Mieszkanie Plus okazał się propagandową fikcją. Spadek cen byłby więc bardzo pożądany dla milionów Polaków, których wciąż nie stać na własne M.

Prawo popytu i podaży nie zawsze działa tak, jak uczono dzieci w szkole, czego przykładem jest polski rynek mieszkaniowy.
W naszym kraju sprzedaż nowych mieszkań spada, ale ich ceny ciągle rosną. Dzieje się tak za sprawą coraz wyższych kosztów wykonawstwa, materiałów budowlanych oraz gruntów pod zabudowę.
Spadek sprzedaży powinien wymusić wreszcie, lekką chociaż, obniżkę cen – ale na to się jakoś nie zanosi.

Za wysokie, a wciąż rosną

– Ceny są obecnie wręcz za wysokie. Nabywcy jeszcze ich nie zaakceptowali, co widać po spadkach sprzedaży u deweloperów w ostatnich miesiącach – powiedział Grzegorz Kiełpsz, prezes zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
Deweloperzy są jednak głęboko przekonani, że nabywcy „zaakceptują” coraz wyższe ceny – i nie zamierzają hamować wzrostu cen nowych mieszkań. Uważają bowiem, że do załamania sprzedaży nie dojdzie. Ich zdaniem, dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zarobki Polaków oraz utrzymujące się niskie stopy procentowe wykluczają powtórkę z kryzysu lat 2008-2009, który doprowadził do chwilowej obniżki cen nieruchomości.
Czas pokaże, czy ich optymizm jest uzasadniony. Przeciętne zarobki Polaków rzeczywiście stopniowo rosną – ale wciąż ceny mieszkań przekraczają możliwości wielu z nich. Z punktu widzenia zaspokojenia głodu mieszkaniowego w naszym kraju, spadek cen nieruchomości byłby zatem czymś wysoce pożądanym. Jeśli nawet szef związku firm deweloperskich publicznie oświadcza, że ceny mieszkań są za wysokie, to należy wierzyć, że jednak zaczną się obniżać.

Rządowa bajka o elektromobilności

Niestety, pojawił się istotny czynnik, który może sprawić, że nadzieje na spadek cen mieszkań okażą się płonne. Tym czynnikiem są rządowe opowieści o elektromobilności.
Wprawdzie wiadomo, że zapowiedzi rządu PiS o milionie samochodów elektrycznych na naszych drogach (i to nawet polskiej produkcji) były od początku zwykła zwykłą lipą, ale te bajki premiera Mateusza Morawieckiego już wywierają pewien wpływ na polską rzeczywistość. Tyle że nie na motoryzacyjną lecz budowlaną.
Oczywiście nie jesteśmy w stanie – i nie będziemy – produkować aut elektrycznych, choć specjaliści przewidują, że już okolicach 2041 roku zakończy się na świecie wytwarzanie samochodów z silnikiem spalinowym.
Potrafimy jednak „produkować” przepisy dotyczące aut elektrycznych. To dużo prostsze, a na produkcji przepisów też przecież mogą zarobić ci, którzy je piszą, redagują i uchwalają.

Zamiast aut produkujemy przepisy

Na kanwie mitycznej elektromobilności, której u nas nie będzie, stworzono w Polsce już niemało rozwiązań prawnych.
Najważniejsza jest chyba ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z z 11 stycznia 2018 r. będąca zmodyfikowaną wersją unijnej dyrektywy. Za sprawą tych przepisów koszt budowy domów w Polsce może poszybować w górę – i nie będzie już szans na znaczące zmniejszenie cen mieszkań.
Według tych aktów prawnych każdy nowy (lub remontowany) budynek mieszkalny będzie musiał mieć okablowanie podziemne, umożliwiające zamontowanie ładowarek na każdym miejscu parkingowym – czyli, tyle ile samochodów, tyle „wyjsć” do ładowarek. Dotyczy to wszystkich inwestycji powstających po 1 stycznia tego roku.
Jeśli chodzi o budynki niemieszkalne (czyli po prostu biura), to jeśli mają parkingi o 10 lub więcej miejscach parkingowych, będą musiały dla 20 proc. z nich zapewnić podziemne okablowanie do zainstalowania ładowarki. Czyli dwie ładowarki na każde 10 aut.
Takie wymogi nieuchronnie zwiększają koszt inwestycji budowlanych, wpływając na ceny sprzedaży.
Co więcej, przygotowywane właśnie rozporządzenie wykonawcze do tych przepisów, stwierdza, że wszystkie inwestycje budowlane rozpoczęte przed 1 stycznia 2019 r. i dotychczas nie ukończone, będą musiały do końca 2021 r. spełnić wymogi dotyczące okablowania dla ładowarek.
To kolejny element podnoszący koszty, choć nie wiadomo, czy rozporządzenie w tej wersji rzeczywiście wejdzie w życie.
Tak więc, powszechna opinia w branży jest taka, że budownictwo może zwolnić obroty, ale ewentualna dekoniunktura będzie mieć łagodny przebieg, a ceny raczej nie spadną. To także główny wniosek z zorganizowanej w tym miesiącu w Sopocie konferencji „Forum Rynku Nieruchomości”.

Ci z blokowisk

Jeśli chodzi zaś o dominujące upodobania mieszkaniowe Polaków, to nadal panuje mania osiedlania się w grodzonych, zamkniętych osiedlach mieszkaniowych.
Chodzi tu nie tyle o iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, co o nasze pragnienie elitarności i wywyższania się.
Odkąd „Gazeta Wyborcza” zaczęła dzielić Polaków na tych gorszych, którzy mieszkają w blokowiskach i tych z domków z ogródkami, to ci, których nie stać na taki domek, pragną mieszkać chociaż w możliwie jak najmniejszym bloku, lub w tzw. kamienicy, uważanej ponoć za coś bardziej elitarnego. Takie locum oczywiście ma być ogrodzone.
Wciąż nasilającym się trendem w naszej mieszkaniówce jest również kupowanie dużych ilości mieszkań na wynajem.
– Tylko 60 proc. nabywców szuka mieszkań dla siebie. Blisko 40 proc. klientów kupuje pod wynajem, jako inwestycję – stwierdziła ekspertka Katarzyna Kuniewicz.
Nie wiadomo dokładnie, ile w Polsce kupuje się rocznie mieszkań, a tym bardziej ile ich trafia na wynajem. Firma doradcza Reas ocenia jednak, że w 2018 roku inwestorzy indywidualni w Polsce kupili w sumie 23 tys. mieszkań na wynajem za 8 miliardów złotych. Jeszcze w 2015 roku było to odpowiednio 13,5 tys. lokali za nieco ponad 4 mld zł.
Mieszkań przeznaczonych dla zmieniających się lokatorów jest więc coraz więcej, co powoduje pewne uciążliwości dla stałych mieszkańców, tak jak każda kwatera prywatna w sąsiedztwie.
Polacy niespecjalnie chcą mieszkać w domach, gdzie jest dużo wynajmowanych mieszkań, bo w ten sposób nie tworzy się autentyczna wspólnota. Nie bardzo jednak mają wybór.

Czas magazynów

Optymizm przedstawicieli branży mieszkaniowej ma podstawy także w sytuacji na rynku powierzchni biurowych i magazynowych. Można mówić, iż panuje tam boom.
Obecnie mamy w Polsce 10,7 mln metrów kwadratowych biur, a w budowie znajduje się aż 1,6 mln m kw, z czego połowa zostanie oddana do użytku jeszcze w tym roku. Deweloperzy budują na potęgę, bo najemcy chętnie wynajmują – w 2018 r. wynajęto 1,5 mln metrów kwadratowych biur.
Ten popyt napędzają inwestycje w sektorze usług biznesowych, który staje się powoli naszą specjalnością. W ubiegłym roku usługi dla biznesu zatrudniały w naszym kraju 279 tys. osób., a w przyszłym ma ich być już prawie 340 tys. Dla porównania, w całym przemyśle samochodowym w Polsce jest około 190 tys. pracowników. Coraz więcej biur wynajmują też firmy oferujące powierzchnię do pracy na krótki okres, niekiedy nawet jednodniowy.

Brakuje do nasycenia

Wysoki popyt jest również na rynku magazynowym – w zeszłym roku w całym kraju wynajęto 3,7 mln metrów kwadratowych magazynów, a w pierwszym kwartale 2019 r. było to 800 tys. m kw. brutto. Czyni to nasz rynek magazynowy trzecim w Europie, po Niemczech i – o dziwo – małej Holandii. Dzieje się tak nie tylko za sprawą tradycyjnych użytkowników, czyli operatorów logistycznych i sieci sklepów. Z roku na rok coraz większe zapotrzebowanie na magazyny zgłasza sektor handlu internetowego, z dwoma dużymi koncernami na czele: Amazon i Zalando.
Pod względem powierzchni centrów handlowych, powoli zbliżamy się do europejskiej średniej nasycenia rynku, która wynosi 279 m kw. na każde tysiąc osób. W 2018 r w Polsce mieliśmy 265 m kw/tys. os. Jednak wciąż słabo zagospodarowaną luką pozostają mniejsze miasta, od 100 do 250 tys. mieszkańców – i to właśnie w nich w następnych latach będą powstawać nowe sklepy wielkopowierzchniowe.
Reasumując, na krajowym rynku nieruchomości wiele słychać o oznakach spodziewanego spowolnienia – ale jeszcze ich nie widać.

Mieszkania, których nie ma

Budowanie przez rząd PiS tanich lokali przypomina stawianie „wsi potiomkinowskich” w carskiej Rosji.

Jednym z haseł Prawa i Sprawiedliwości było zapewnienie tanich mieszkań komunalnych dla mnie zamożnych Polaków. Hasło zostało na papierze. Program Mieszkanie Plus nie wypalił, a mieszkań jak nie było, tak nie ma.
„Gminy mają za mało lokali komunalnych, a te istniejące są nierzadko wyeksploatowane i utrzymywane w nienależytym stanie technicznym” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z czerwca bieżącego roku.

Za dwadzieścia parę lat

Skoro mieszkań brakuje, więc i czeka się na nie coraz dłużej. Rekordowy czas oczekiwania na lokal z zasobu komunalnego wynosił 20 lat. Czeka się już więc dłużej niż „za komuny”, a zasoby mieszkaniowe gmin się kurczą (łącznie o ok. 6,7 proc, w latach 2015 – 2018 – stwierdza NIK). Dotyczy to głównie mieszkań komunalnych, które są sprzedawane.
Przybyło natomiast lokali socjalnych i pomieszczeń tymczasowych, ale pożytek z tego na razie niewielki, bo ciągle przybywa też osób ubiegających się o takie mieszkania – i wzrost ten jest znacznie większy niż wzrost liczby lokali mieszkalnych. Paradoksalnie jednak, część takich mieszkań stoi pusta. Te pustostany występują głównie w większych miastach – są to w dużej mierze budynki czekające na rozbiórkę z uwagi na stan techniczny lub lokale, które z różnych względów nie spełniają oczekiwań osób oczekujących na mieszkania. A nie są to oczekiwania wygórowane, bo w lokalach socjalnych i pomieszczeniach tymczasowych nikt przecież nie oczekuje komfortu. Niekiedy są to także budynki wpisane na listę zabytków, co może wpływać na koszty ich remontu i dostosowania do minimalnych choćby standardów.
Zgodnie z polskim prawem, to właśnie na gminy został nałożony obowiązek samodzielnego tworzenia warunków do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych obywateli. Zasobem mieszkaniowym zarządza niekiedy sama, niekiedy poprzez jednostki tworzone w tym celu. W skład zasobów mieszkaniowych gmin mogą wchodzić lokale komunalne – czyli mieszkania należące do gminy, przydzielane osobom spełniającym określone kryteria ustalane przez gminę – a także lokale socjalne oraz pomieszczenia tymczasowe.
Lokale socjalne to mieszkania (często o tzw. obniżonym standardzie ale nadające się do zamieszkania ze względu na obecność podstawowego wyposażenia oraz zadowalający stan techniczny), które przydzielane są osobom spełniającym określone kryteria biedy, złych warunków oraz trudnej sytuacji społecznej.
Natomiast pomieszczenia tymczasowe to, zgodnie z definicją, po prostu miejsca nadające się do zamieszkania, czyli o jeszcze niższym standardzie niż mieszkania komunalne. Głównie do tych pomieszczeń dokonywane są eksmisje.

Rząd nie pomaga

Nową kategorią są mieszkania chronione. Do pobytu w takim mieszkaniu kwalifikuje się najczęściej osoby, które ze względu na trudną sytuację życiową, wiek, niepełnosprawność lub chorobę potrzebują wsparcia w funkcjonowaniu w codziennym życiu. Dotyczy to szczególnie ludzi z zaburzeniami psychicznymi, próbujących wyjść z bezdomności, opuszczających młodzieżowy ośrodek wychowawczy lub zakład dla nieletnich. Niekiedy do mieszkań chronionych trafiają tylko młodzi ludzie z zakładów dla nieletnich czy ośrodków opiekuńczo-wychowawczych. Obecność pozostałych grup jest wtedy wykluczona, bo powstają rozliczne problemy (np. bezdomni oraz cierpiący na zaburzenia psychiczne mogą być dręczeni). W efekcie dochodzi do niepełnego wykorzystania mieszkań chronionych, tym bardziej, że brakuje powszechnej informacji o istnieniu tego typu mieszkań oraz o możliwościach zamieszkania w nich.
Przede wszystkim zaś, zgodnie z polskimi przepisami przyznaje się jedynie miejsce w mieszkaniu, a nie całe mieszkanie chronione – co zniechęca potencjalnych zainteresowanych z obawy, że musieliby dzielić mieszkanie z obcymi osobami, mogącymi stanowić dla nich zagrożenie.
Trudności z zaspokojeniem potrzeb mieszkaniowych lokalnej ludności potęguje obowiązek zapewnienia lokali dla osób eksmitowanych. Gdy ich brakuje, ludziom wobec których orzeczono eksmisję przysługują roszczenia odszkodowawcze. Nie jest to dużym problemem w gminach wiejskich i małych miejskich – ale w przypadku większych miast to już poważny kłopot, bo nasze państwo systemowo nie troszczy się o eksmitowanych, którzy często przecież wpadli w kłopoty nie ze swojej winy.
Stałym problemem jest także to, że lokatorzy dość często wnoszą opłaty czynszowe nieregularnie, gminy podejmują działania windykacyjne, ale zadłużenie i tak rośnie. Na szczęście zaczynają się pojawiać dobre praktyki, polegające na udzielaniu pomocy w spłacie zadłużenia poprzez odpracowanie.
NIK doszła do wniosku, że możliwość uzyskania dofinansowania (niewielkiego) do inwestycji mieszkaniowych, nie rozwiązuje problemów finansowych związanych z tworzeniem nowej substancji mieszkaniowej oraz remontowaniem już istniejącej. Dofinansowanie to, pochodzące ze środków budżetu państwa w ramach Funduszu Dopłat, jest skąpe i trudno je zdobyć.
„NIK wnioskuje do organów administracji rządowej o podejmowanie dalszych systemowych działań wspomagających gminy w rozwiązywaniu problemów związanych z wykonywaniem przez nie zadania zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych, w tym dotyczących obowiązku zapewnienia lokali socjalnych osobom eksmitowanym oraz utrzymywania w odpowiednim stanie technicznym i racjonalnego zagospodarowania substancji mieszkaniowej stanowiącej budowle zabytkowe” – stwierdza Izba.
Te wnioski – trzeba przyznać, że dość ogólnikowe – kierowane pod adresem rządu Prawa i Sprawiedliwości, mają minimalne szanse realizacji.
PiS nie umie i nie chce zająć się rozwiązywaniem problemów mieszkaniowych Polaków. Dowodem tego jest choćby klapa rządowego programu Mieszkanie Plus, który stał się już nieobecny w propagandzie sukcesu, uprawianej przez rządowe media „publiczne”. Mieszkanie Plus było zresztą od początku inicjatywą głównie medialną, nakierowaną na poprawę notowań PiS w sondażach.

Reanimacja Plus

W związku z tym, że zbliżają się jesienne wybory parlamentarne, PiS-owscy specjaliści od propagandy uznali, że trzeba coś zrobić z programem Mieszkanie Plus – po to by nie prowokował on do stawiania pytań niewygodnych dla władzy, lecz jeszcze mógł jakoś zostać wykorzystany propagandowo. Podjęto więc próbę pokazania, że władza coś jednak robi dla poprawy stanu mieszkalnictwa w Polsce. Dlatego właśnie PiS-owska większość parlamentarna przegłosowała 13 czerwca poprawki do nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości. Główną ideą nowelizacji jest wprowadzenie możliwości wydania polecenia firmom państwowym, by przekazywały do KZN swoje tereny pod ewentualną budowę osiedli stawianych w ramach programu Mieszkanie Plus.
Ponadto nowelizacja zawiera przepisy, w myśl których firmy państwowe będą zakładać spółki celowe do budowy osiedli, zawiązywane z innymi firmami i instytucjami państwowymi. Wreszcie, zniesiony zostanie czynsz normowany (rząd tłumaczy, że: „brak ustawowych limitów czynszowych oznacza realizację inwestycji mieszkaniowych na większą skalę”).
Likwidacja czynszu normowanego oznacza ostateczne zerwanie przez PiS z głoszonymi do tej pory sloganami, iż program Mieszkanie Plus przychodzi z pomocą mniej zarabiającym Polakom. Nie ma to jednak większego znaczenia praktycznego, bo czynsze, limitowane czy nie, mają wtedy znaczenie, gdy ludzie rzeczywiście wprowadzają się do zbudowanych osiedli. Tymczasem program Mieszkanie Plus został wymyślony dla celów propagandowych, żeby pokazywać jak dobra władza PiS-owska troszczy się o zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych Polaków. Rząd więc chwali się: „Dzięki nowelizacji zwiększy się liczba gruntów, które będą mogły zostać wykorzystane na potrzeby programu Mieszkanie Plus”.
Planowane jest też przed wyborami otwarcie z pompą jakiegoś nowo zbudowanego osiedla mieszkaniowego i ogłoszenie w rządowych mediach, że to kolejny przejaw troski władzy o zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych Polaków.
Nie będzie to łatwe, bo w tym celu rząd PiS musi najpierw wyszukać osiedle na tyle zaawansowane, żeby na krótko przed wyborami nadawało się do propagandowego oddania do użytku w świetle kamer. Trzeba też będzie sformułować przekaz, wmawiający, iż jest to osiedle zbudowane w ramach programu Mieszkanie Plus. Wreszcie, wszystko to powinno zostać odegrane na terenie jakiegoś samorządu lokalnego opanowanego przez PiS – po to, by burmistrz czy prezydent miasta mógł z należytym entuzjazmem ogłosić, jakiej to wielkiej pomocy udzielił im rząd PiS w realizacji tej inwestycji mieszkaniowej.
Nie z takimi problemami dawała sobie jednak radę PiS-owska propaganda sukcesu. Były wsie potiomkinowskie, mogą więc być na takiej samej zasadzie i osiedla PiS-owskie.

Lokatorzy wszystkich krajów – łączcie się!

W dniach 11-12 maja w Barcelonie odbyła się konferencja zorganizowana przez Housing Coalition – Koalicję Mieszkaniową – sieć organizacji lokatorskich z różnych krajów Europy. Wydarzenie przygotował działający w Barcelonie Związek Lokatorów – organizacja zrzeszająca ponad tysiąc osób i zakładająca właśnie swoje oddziały również w innych miastach Katalonii.

Stronę polską reprezentowali przedstawiciele Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. W wydarzeniu uczestniczyły również organizacje z Amsterdamu, Berlina, Dublina, Edynburga oraz Londynu.
Na konferencji działacze ruchów z poszczególnych państwa i miast opowiadali, w jaki sposób organizują się i działają ruchy lokatorskie w poszczególnych państwach i miastach. O swoich doświadczeniach opowiadali między innymi Niemcy z koalicji organizacji protestujących przeciwko podwyżkom czynszów.
W tym roku udało im się zorganizować w Berlinie demonstrację lokatorów, która zgromadziła kilkadziesiąt tysięcy osób.
W Berlinie toczy się również walka o odzyskanie sprywatyzowanego wcześniej miejskiego zasobu mieszkaniowego oraz zmuszenie deweloperów, aby w ramach nowych inwestycji musieli budować również lokale komunalne.
Przedstawiciele organizacji z Anglii i Szkocji mówili o tym jak starają się docierać do grup zmarginalizowanych, w tym emigrantów, również z Polski. Brakuje im działaczy płynnie posługujących się językiem polskim, a liczba zgłaszających się emigrantów z problemami mieszkaniowymi rośnie. Organizacje z Wielkiej Brytanii przy prowadzeniu rozwoju działalności korzystają z pomocy płatnych organizatorów, opłacanych ze składek członkowskich, a odpowiedzialnych za tworzenie nowych oddziałów terenowych.
Dyskutowano nad sposobami włączania do walk lokatorskich osób wykluczonych – nie tylko emigrantów, ale również ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa.
Część organizacji próbuje tego dokonać na przykład poprzez refundacje dojazdów na akcje, czy organizowanie różnego rodzaju doraźnego wsparcia za pieniądze uzyskane ze składek
członkowskich.
Katalończycy dokładnie przedstawili swój sposób działania oparty na zgromadzeniach lokatorskich omawiających poszczególne sprawy, ale również wspólne walki o zmianę polityki mieszkaniowej. W Barcelonie, od czasu, gdy Ada Colau została prezydentką miasta, władze zaczęły zwracać większa uwagę na kwestie społeczne, jednak problemem pozostają czasowe umowy najmu oraz eksmisje. Związek lokatorów, korzysta z biur oraz sal różnych organizacji społecznych, domów kultury czy organizacji związkowych. Dzięki temu jest w stanie organizować spotkania robocze na których nowe osoby są zapoznawane z działalnością lokatorską. Rozwijana jest również działalność Związku w innych miastach Katalonii.
Duże zainteresowanie uczestników konferencji wywołała historia warszawskiej reprywatyzacji oraz zabójstwa Jolanty Brzeskiej, opowiedziana przez przedstawicieli Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.
Europejskie ruchy lokatorskie uznały, że walka i śmierć Brzeskiej powinien stać się międzynarodowym symbolem walki o prawo do dachu nad głową.
Pojawiły się propozycje akcji w różnych krajach mających na celu między innymi zwrócenie uwagi na sytuacje lokatorów w Polsce.
W sobotę 11 maja odbyła się demonstracja lokatorska. Kilkaset osób protestowało przeciwko eksmisjom, podwyżkom czynszów i złym warunkom mieszkaniowym. Dołączyli do nich uczestnicy konferencji, w tym delegacja WSL z transparentem „Brońmy się przed eksmisjami i wyzyskiem czynszowym”. Po wiecu protestujący zablokowali jedną z głównych ulic miasta. Na jezdnię wyniesiono materace i zbudowano prowizoryczne domy będące symbolem polityki mieszkaniowej w Katalonii.
Zniszczone zostały wiszące nad ulicą plakaty neoliberalnego kandydata na prezydenta Barcelony – byłego premiera Francji Manuela Vallsa. Policja nie interweniowała.
Koalicja Mieszkaniowa zapowiedziała, że będzie regularnie odbywać spotkania robocze takie jak w Barcelonie. Zamierza również koordynować działania na poziomie międzynarodowym. Uczestnicy konferencji stwierdzili, że konieczne jest zacieśnianie współpracy międzynarodowej, ponieważ taki charakter ma też wiele zagadnień polityki mieszkaniowej.
We wszystkich państwach UE dominuje tendencja do komercjalizacji mieszkalnictwa, a dostępność tanich mieszkań jest coraz mniejsza.
Inicjatywa regularnych spotkań lokatorskich i koordynowania działań na wschodzie i zachodzie Europy jest bardzo ważna. Po raz pierwszy grupy z krajów zachodnich tak wyraźnie zaakcentowały konieczność współpracy z organizacjami z „nowych” państw UE.