Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Kiedy wreszcie zaczną spadać ceny nieruchomości?

O problemach branży mieszkaniowej słychać od paru lat, ale wciąż nie można się doczekać przejawu tych kłopotów, jakim byłaby obniżka cen lokali. Obecna ekipa nic nie robi dla zaspokojenia głodu mieszkaniowego, program Mieszkanie Plus okazał się propagandową fikcją. Spadek cen byłby więc bardzo pożądany dla milionów Polaków, których wciąż nie stać na własne M.

Prawo popytu i podaży nie zawsze działa tak, jak uczono dzieci w szkole, czego przykładem jest polski rynek mieszkaniowy.
W naszym kraju sprzedaż nowych mieszkań spada, ale ich ceny ciągle rosną. Dzieje się tak za sprawą coraz wyższych kosztów wykonawstwa, materiałów budowlanych oraz gruntów pod zabudowę.
Spadek sprzedaży powinien wymusić wreszcie, lekką chociaż, obniżkę cen – ale na to się jakoś nie zanosi.

Za wysokie, a wciąż rosną

– Ceny są obecnie wręcz za wysokie. Nabywcy jeszcze ich nie zaakceptowali, co widać po spadkach sprzedaży u deweloperów w ostatnich miesiącach – powiedział Grzegorz Kiełpsz, prezes zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
Deweloperzy są jednak głęboko przekonani, że nabywcy „zaakceptują” coraz wyższe ceny – i nie zamierzają hamować wzrostu cen nowych mieszkań. Uważają bowiem, że do załamania sprzedaży nie dojdzie. Ich zdaniem, dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zarobki Polaków oraz utrzymujące się niskie stopy procentowe wykluczają powtórkę z kryzysu lat 2008-2009, który doprowadził do chwilowej obniżki cen nieruchomości.
Czas pokaże, czy ich optymizm jest uzasadniony. Przeciętne zarobki Polaków rzeczywiście stopniowo rosną – ale wciąż ceny mieszkań przekraczają możliwości wielu z nich. Z punktu widzenia zaspokojenia głodu mieszkaniowego w naszym kraju, spadek cen nieruchomości byłby zatem czymś wysoce pożądanym. Jeśli nawet szef związku firm deweloperskich publicznie oświadcza, że ceny mieszkań są za wysokie, to należy wierzyć, że jednak zaczną się obniżać.

Rządowa bajka o elektromobilności

Niestety, pojawił się istotny czynnik, który może sprawić, że nadzieje na spadek cen mieszkań okażą się płonne. Tym czynnikiem są rządowe opowieści o elektromobilności.
Wprawdzie wiadomo, że zapowiedzi rządu PiS o milionie samochodów elektrycznych na naszych drogach (i to nawet polskiej produkcji) były od początku zwykła zwykłą lipą, ale te bajki premiera Mateusza Morawieckiego już wywierają pewien wpływ na polską rzeczywistość. Tyle że nie na motoryzacyjną lecz budowlaną.
Oczywiście nie jesteśmy w stanie – i nie będziemy – produkować aut elektrycznych, choć specjaliści przewidują, że już okolicach 2041 roku zakończy się na świecie wytwarzanie samochodów z silnikiem spalinowym.
Potrafimy jednak „produkować” przepisy dotyczące aut elektrycznych. To dużo prostsze, a na produkcji przepisów też przecież mogą zarobić ci, którzy je piszą, redagują i uchwalają.

Zamiast aut produkujemy przepisy

Na kanwie mitycznej elektromobilności, której u nas nie będzie, stworzono w Polsce już niemało rozwiązań prawnych.
Najważniejsza jest chyba ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z z 11 stycznia 2018 r. będąca zmodyfikowaną wersją unijnej dyrektywy. Za sprawą tych przepisów koszt budowy domów w Polsce może poszybować w górę – i nie będzie już szans na znaczące zmniejszenie cen mieszkań.
Według tych aktów prawnych każdy nowy (lub remontowany) budynek mieszkalny będzie musiał mieć okablowanie podziemne, umożliwiające zamontowanie ładowarek na każdym miejscu parkingowym – czyli, tyle ile samochodów, tyle „wyjsć” do ładowarek. Dotyczy to wszystkich inwestycji powstających po 1 stycznia tego roku.
Jeśli chodzi o budynki niemieszkalne (czyli po prostu biura), to jeśli mają parkingi o 10 lub więcej miejscach parkingowych, będą musiały dla 20 proc. z nich zapewnić podziemne okablowanie do zainstalowania ładowarki. Czyli dwie ładowarki na każde 10 aut.
Takie wymogi nieuchronnie zwiększają koszt inwestycji budowlanych, wpływając na ceny sprzedaży.
Co więcej, przygotowywane właśnie rozporządzenie wykonawcze do tych przepisów, stwierdza, że wszystkie inwestycje budowlane rozpoczęte przed 1 stycznia 2019 r. i dotychczas nie ukończone, będą musiały do końca 2021 r. spełnić wymogi dotyczące okablowania dla ładowarek.
To kolejny element podnoszący koszty, choć nie wiadomo, czy rozporządzenie w tej wersji rzeczywiście wejdzie w życie.
Tak więc, powszechna opinia w branży jest taka, że budownictwo może zwolnić obroty, ale ewentualna dekoniunktura będzie mieć łagodny przebieg, a ceny raczej nie spadną. To także główny wniosek z zorganizowanej w tym miesiącu w Sopocie konferencji „Forum Rynku Nieruchomości”.

Ci z blokowisk

Jeśli chodzi zaś o dominujące upodobania mieszkaniowe Polaków, to nadal panuje mania osiedlania się w grodzonych, zamkniętych osiedlach mieszkaniowych.
Chodzi tu nie tyle o iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, co o nasze pragnienie elitarności i wywyższania się.
Odkąd „Gazeta Wyborcza” zaczęła dzielić Polaków na tych gorszych, którzy mieszkają w blokowiskach i tych z domków z ogródkami, to ci, których nie stać na taki domek, pragną mieszkać chociaż w możliwie jak najmniejszym bloku, lub w tzw. kamienicy, uważanej ponoć za coś bardziej elitarnego. Takie locum oczywiście ma być ogrodzone.
Wciąż nasilającym się trendem w naszej mieszkaniówce jest również kupowanie dużych ilości mieszkań na wynajem.
– Tylko 60 proc. nabywców szuka mieszkań dla siebie. Blisko 40 proc. klientów kupuje pod wynajem, jako inwestycję – stwierdziła ekspertka Katarzyna Kuniewicz.
Nie wiadomo dokładnie, ile w Polsce kupuje się rocznie mieszkań, a tym bardziej ile ich trafia na wynajem. Firma doradcza Reas ocenia jednak, że w 2018 roku inwestorzy indywidualni w Polsce kupili w sumie 23 tys. mieszkań na wynajem za 8 miliardów złotych. Jeszcze w 2015 roku było to odpowiednio 13,5 tys. lokali za nieco ponad 4 mld zł.
Mieszkań przeznaczonych dla zmieniających się lokatorów jest więc coraz więcej, co powoduje pewne uciążliwości dla stałych mieszkańców, tak jak każda kwatera prywatna w sąsiedztwie.
Polacy niespecjalnie chcą mieszkać w domach, gdzie jest dużo wynajmowanych mieszkań, bo w ten sposób nie tworzy się autentyczna wspólnota. Nie bardzo jednak mają wybór.

Czas magazynów

Optymizm przedstawicieli branży mieszkaniowej ma podstawy także w sytuacji na rynku powierzchni biurowych i magazynowych. Można mówić, iż panuje tam boom.
Obecnie mamy w Polsce 10,7 mln metrów kwadratowych biur, a w budowie znajduje się aż 1,6 mln m kw, z czego połowa zostanie oddana do użytku jeszcze w tym roku. Deweloperzy budują na potęgę, bo najemcy chętnie wynajmują – w 2018 r. wynajęto 1,5 mln metrów kwadratowych biur.
Ten popyt napędzają inwestycje w sektorze usług biznesowych, który staje się powoli naszą specjalnością. W ubiegłym roku usługi dla biznesu zatrudniały w naszym kraju 279 tys. osób., a w przyszłym ma ich być już prawie 340 tys. Dla porównania, w całym przemyśle samochodowym w Polsce jest około 190 tys. pracowników. Coraz więcej biur wynajmują też firmy oferujące powierzchnię do pracy na krótki okres, niekiedy nawet jednodniowy.

Brakuje do nasycenia

Wysoki popyt jest również na rynku magazynowym – w zeszłym roku w całym kraju wynajęto 3,7 mln metrów kwadratowych magazynów, a w pierwszym kwartale 2019 r. było to 800 tys. m kw. brutto. Czyni to nasz rynek magazynowy trzecim w Europie, po Niemczech i – o dziwo – małej Holandii. Dzieje się tak nie tylko za sprawą tradycyjnych użytkowników, czyli operatorów logistycznych i sieci sklepów. Z roku na rok coraz większe zapotrzebowanie na magazyny zgłasza sektor handlu internetowego, z dwoma dużymi koncernami na czele: Amazon i Zalando.
Pod względem powierzchni centrów handlowych, powoli zbliżamy się do europejskiej średniej nasycenia rynku, która wynosi 279 m kw. na każde tysiąc osób. W 2018 r w Polsce mieliśmy 265 m kw/tys. os. Jednak wciąż słabo zagospodarowaną luką pozostają mniejsze miasta, od 100 do 250 tys. mieszkańców – i to właśnie w nich w następnych latach będą powstawać nowe sklepy wielkopowierzchniowe.
Reasumując, na krajowym rynku nieruchomości wiele słychać o oznakach spodziewanego spowolnienia – ale jeszcze ich nie widać.

Mieszkania, których nie ma

Budowanie przez rząd PiS tanich lokali przypomina stawianie „wsi potiomkinowskich” w carskiej Rosji.

Jednym z haseł Prawa i Sprawiedliwości było zapewnienie tanich mieszkań komunalnych dla mnie zamożnych Polaków. Hasło zostało na papierze. Program Mieszkanie Plus nie wypalił, a mieszkań jak nie było, tak nie ma.
„Gminy mają za mało lokali komunalnych, a te istniejące są nierzadko wyeksploatowane i utrzymywane w nienależytym stanie technicznym” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z czerwca bieżącego roku.

Za dwadzieścia parę lat

Skoro mieszkań brakuje, więc i czeka się na nie coraz dłużej. Rekordowy czas oczekiwania na lokal z zasobu komunalnego wynosił 20 lat. Czeka się już więc dłużej niż „za komuny”, a zasoby mieszkaniowe gmin się kurczą (łącznie o ok. 6,7 proc, w latach 2015 – 2018 – stwierdza NIK). Dotyczy to głównie mieszkań komunalnych, które są sprzedawane.
Przybyło natomiast lokali socjalnych i pomieszczeń tymczasowych, ale pożytek z tego na razie niewielki, bo ciągle przybywa też osób ubiegających się o takie mieszkania – i wzrost ten jest znacznie większy niż wzrost liczby lokali mieszkalnych. Paradoksalnie jednak, część takich mieszkań stoi pusta. Te pustostany występują głównie w większych miastach – są to w dużej mierze budynki czekające na rozbiórkę z uwagi na stan techniczny lub lokale, które z różnych względów nie spełniają oczekiwań osób oczekujących na mieszkania. A nie są to oczekiwania wygórowane, bo w lokalach socjalnych i pomieszczeniach tymczasowych nikt przecież nie oczekuje komfortu. Niekiedy są to także budynki wpisane na listę zabytków, co może wpływać na koszty ich remontu i dostosowania do minimalnych choćby standardów.
Zgodnie z polskim prawem, to właśnie na gminy został nałożony obowiązek samodzielnego tworzenia warunków do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych obywateli. Zasobem mieszkaniowym zarządza niekiedy sama, niekiedy poprzez jednostki tworzone w tym celu. W skład zasobów mieszkaniowych gmin mogą wchodzić lokale komunalne – czyli mieszkania należące do gminy, przydzielane osobom spełniającym określone kryteria ustalane przez gminę – a także lokale socjalne oraz pomieszczenia tymczasowe.
Lokale socjalne to mieszkania (często o tzw. obniżonym standardzie ale nadające się do zamieszkania ze względu na obecność podstawowego wyposażenia oraz zadowalający stan techniczny), które przydzielane są osobom spełniającym określone kryteria biedy, złych warunków oraz trudnej sytuacji społecznej.
Natomiast pomieszczenia tymczasowe to, zgodnie z definicją, po prostu miejsca nadające się do zamieszkania, czyli o jeszcze niższym standardzie niż mieszkania komunalne. Głównie do tych pomieszczeń dokonywane są eksmisje.

Rząd nie pomaga

Nową kategorią są mieszkania chronione. Do pobytu w takim mieszkaniu kwalifikuje się najczęściej osoby, które ze względu na trudną sytuację życiową, wiek, niepełnosprawność lub chorobę potrzebują wsparcia w funkcjonowaniu w codziennym życiu. Dotyczy to szczególnie ludzi z zaburzeniami psychicznymi, próbujących wyjść z bezdomności, opuszczających młodzieżowy ośrodek wychowawczy lub zakład dla nieletnich. Niekiedy do mieszkań chronionych trafiają tylko młodzi ludzie z zakładów dla nieletnich czy ośrodków opiekuńczo-wychowawczych. Obecność pozostałych grup jest wtedy wykluczona, bo powstają rozliczne problemy (np. bezdomni oraz cierpiący na zaburzenia psychiczne mogą być dręczeni). W efekcie dochodzi do niepełnego wykorzystania mieszkań chronionych, tym bardziej, że brakuje powszechnej informacji o istnieniu tego typu mieszkań oraz o możliwościach zamieszkania w nich.
Przede wszystkim zaś, zgodnie z polskimi przepisami przyznaje się jedynie miejsce w mieszkaniu, a nie całe mieszkanie chronione – co zniechęca potencjalnych zainteresowanych z obawy, że musieliby dzielić mieszkanie z obcymi osobami, mogącymi stanowić dla nich zagrożenie.
Trudności z zaspokojeniem potrzeb mieszkaniowych lokalnej ludności potęguje obowiązek zapewnienia lokali dla osób eksmitowanych. Gdy ich brakuje, ludziom wobec których orzeczono eksmisję przysługują roszczenia odszkodowawcze. Nie jest to dużym problemem w gminach wiejskich i małych miejskich – ale w przypadku większych miast to już poważny kłopot, bo nasze państwo systemowo nie troszczy się o eksmitowanych, którzy często przecież wpadli w kłopoty nie ze swojej winy.
Stałym problemem jest także to, że lokatorzy dość często wnoszą opłaty czynszowe nieregularnie, gminy podejmują działania windykacyjne, ale zadłużenie i tak rośnie. Na szczęście zaczynają się pojawiać dobre praktyki, polegające na udzielaniu pomocy w spłacie zadłużenia poprzez odpracowanie.
NIK doszła do wniosku, że możliwość uzyskania dofinansowania (niewielkiego) do inwestycji mieszkaniowych, nie rozwiązuje problemów finansowych związanych z tworzeniem nowej substancji mieszkaniowej oraz remontowaniem już istniejącej. Dofinansowanie to, pochodzące ze środków budżetu państwa w ramach Funduszu Dopłat, jest skąpe i trudno je zdobyć.
„NIK wnioskuje do organów administracji rządowej o podejmowanie dalszych systemowych działań wspomagających gminy w rozwiązywaniu problemów związanych z wykonywaniem przez nie zadania zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych, w tym dotyczących obowiązku zapewnienia lokali socjalnych osobom eksmitowanym oraz utrzymywania w odpowiednim stanie technicznym i racjonalnego zagospodarowania substancji mieszkaniowej stanowiącej budowle zabytkowe” – stwierdza Izba.
Te wnioski – trzeba przyznać, że dość ogólnikowe – kierowane pod adresem rządu Prawa i Sprawiedliwości, mają minimalne szanse realizacji.
PiS nie umie i nie chce zająć się rozwiązywaniem problemów mieszkaniowych Polaków. Dowodem tego jest choćby klapa rządowego programu Mieszkanie Plus, który stał się już nieobecny w propagandzie sukcesu, uprawianej przez rządowe media „publiczne”. Mieszkanie Plus było zresztą od początku inicjatywą głównie medialną, nakierowaną na poprawę notowań PiS w sondażach.

Reanimacja Plus

W związku z tym, że zbliżają się jesienne wybory parlamentarne, PiS-owscy specjaliści od propagandy uznali, że trzeba coś zrobić z programem Mieszkanie Plus – po to by nie prowokował on do stawiania pytań niewygodnych dla władzy, lecz jeszcze mógł jakoś zostać wykorzystany propagandowo. Podjęto więc próbę pokazania, że władza coś jednak robi dla poprawy stanu mieszkalnictwa w Polsce. Dlatego właśnie PiS-owska większość parlamentarna przegłosowała 13 czerwca poprawki do nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości. Główną ideą nowelizacji jest wprowadzenie możliwości wydania polecenia firmom państwowym, by przekazywały do KZN swoje tereny pod ewentualną budowę osiedli stawianych w ramach programu Mieszkanie Plus.
Ponadto nowelizacja zawiera przepisy, w myśl których firmy państwowe będą zakładać spółki celowe do budowy osiedli, zawiązywane z innymi firmami i instytucjami państwowymi. Wreszcie, zniesiony zostanie czynsz normowany (rząd tłumaczy, że: „brak ustawowych limitów czynszowych oznacza realizację inwestycji mieszkaniowych na większą skalę”).
Likwidacja czynszu normowanego oznacza ostateczne zerwanie przez PiS z głoszonymi do tej pory sloganami, iż program Mieszkanie Plus przychodzi z pomocą mniej zarabiającym Polakom. Nie ma to jednak większego znaczenia praktycznego, bo czynsze, limitowane czy nie, mają wtedy znaczenie, gdy ludzie rzeczywiście wprowadzają się do zbudowanych osiedli. Tymczasem program Mieszkanie Plus został wymyślony dla celów propagandowych, żeby pokazywać jak dobra władza PiS-owska troszczy się o zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych Polaków. Rząd więc chwali się: „Dzięki nowelizacji zwiększy się liczba gruntów, które będą mogły zostać wykorzystane na potrzeby programu Mieszkanie Plus”.
Planowane jest też przed wyborami otwarcie z pompą jakiegoś nowo zbudowanego osiedla mieszkaniowego i ogłoszenie w rządowych mediach, że to kolejny przejaw troski władzy o zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych Polaków.
Nie będzie to łatwe, bo w tym celu rząd PiS musi najpierw wyszukać osiedle na tyle zaawansowane, żeby na krótko przed wyborami nadawało się do propagandowego oddania do użytku w świetle kamer. Trzeba też będzie sformułować przekaz, wmawiający, iż jest to osiedle zbudowane w ramach programu Mieszkanie Plus. Wreszcie, wszystko to powinno zostać odegrane na terenie jakiegoś samorządu lokalnego opanowanego przez PiS – po to, by burmistrz czy prezydent miasta mógł z należytym entuzjazmem ogłosić, jakiej to wielkiej pomocy udzielił im rząd PiS w realizacji tej inwestycji mieszkaniowej.
Nie z takimi problemami dawała sobie jednak radę PiS-owska propaganda sukcesu. Były wsie potiomkinowskie, mogą więc być na takiej samej zasadzie i osiedla PiS-owskie.

Lokatorzy wszystkich krajów – łączcie się!

W dniach 11-12 maja w Barcelonie odbyła się konferencja zorganizowana przez Housing Coalition – Koalicję Mieszkaniową – sieć organizacji lokatorskich z różnych krajów Europy. Wydarzenie przygotował działający w Barcelonie Związek Lokatorów – organizacja zrzeszająca ponad tysiąc osób i zakładająca właśnie swoje oddziały również w innych miastach Katalonii.

Stronę polską reprezentowali przedstawiciele Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. W wydarzeniu uczestniczyły również organizacje z Amsterdamu, Berlina, Dublina, Edynburga oraz Londynu.
Na konferencji działacze ruchów z poszczególnych państwa i miast opowiadali, w jaki sposób organizują się i działają ruchy lokatorskie w poszczególnych państwach i miastach. O swoich doświadczeniach opowiadali między innymi Niemcy z koalicji organizacji protestujących przeciwko podwyżkom czynszów.
W tym roku udało im się zorganizować w Berlinie demonstrację lokatorów, która zgromadziła kilkadziesiąt tysięcy osób.
W Berlinie toczy się również walka o odzyskanie sprywatyzowanego wcześniej miejskiego zasobu mieszkaniowego oraz zmuszenie deweloperów, aby w ramach nowych inwestycji musieli budować również lokale komunalne.
Przedstawiciele organizacji z Anglii i Szkocji mówili o tym jak starają się docierać do grup zmarginalizowanych, w tym emigrantów, również z Polski. Brakuje im działaczy płynnie posługujących się językiem polskim, a liczba zgłaszających się emigrantów z problemami mieszkaniowymi rośnie. Organizacje z Wielkiej Brytanii przy prowadzeniu rozwoju działalności korzystają z pomocy płatnych organizatorów, opłacanych ze składek członkowskich, a odpowiedzialnych za tworzenie nowych oddziałów terenowych.
Dyskutowano nad sposobami włączania do walk lokatorskich osób wykluczonych – nie tylko emigrantów, ale również ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa.
Część organizacji próbuje tego dokonać na przykład poprzez refundacje dojazdów na akcje, czy organizowanie różnego rodzaju doraźnego wsparcia za pieniądze uzyskane ze składek
członkowskich.
Katalończycy dokładnie przedstawili swój sposób działania oparty na zgromadzeniach lokatorskich omawiających poszczególne sprawy, ale również wspólne walki o zmianę polityki mieszkaniowej. W Barcelonie, od czasu, gdy Ada Colau została prezydentką miasta, władze zaczęły zwracać większa uwagę na kwestie społeczne, jednak problemem pozostają czasowe umowy najmu oraz eksmisje. Związek lokatorów, korzysta z biur oraz sal różnych organizacji społecznych, domów kultury czy organizacji związkowych. Dzięki temu jest w stanie organizować spotkania robocze na których nowe osoby są zapoznawane z działalnością lokatorską. Rozwijana jest również działalność Związku w innych miastach Katalonii.
Duże zainteresowanie uczestników konferencji wywołała historia warszawskiej reprywatyzacji oraz zabójstwa Jolanty Brzeskiej, opowiedziana przez przedstawicieli Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.
Europejskie ruchy lokatorskie uznały, że walka i śmierć Brzeskiej powinien stać się międzynarodowym symbolem walki o prawo do dachu nad głową.
Pojawiły się propozycje akcji w różnych krajach mających na celu między innymi zwrócenie uwagi na sytuacje lokatorów w Polsce.
W sobotę 11 maja odbyła się demonstracja lokatorska. Kilkaset osób protestowało przeciwko eksmisjom, podwyżkom czynszów i złym warunkom mieszkaniowym. Dołączyli do nich uczestnicy konferencji, w tym delegacja WSL z transparentem „Brońmy się przed eksmisjami i wyzyskiem czynszowym”. Po wiecu protestujący zablokowali jedną z głównych ulic miasta. Na jezdnię wyniesiono materace i zbudowano prowizoryczne domy będące symbolem polityki mieszkaniowej w Katalonii.
Zniszczone zostały wiszące nad ulicą plakaty neoliberalnego kandydata na prezydenta Barcelony – byłego premiera Francji Manuela Vallsa. Policja nie interweniowała.
Koalicja Mieszkaniowa zapowiedziała, że będzie regularnie odbywać spotkania robocze takie jak w Barcelonie. Zamierza również koordynować działania na poziomie międzynarodowym. Uczestnicy konferencji stwierdzili, że konieczne jest zacieśnianie współpracy międzynarodowej, ponieważ taki charakter ma też wiele zagadnień polityki mieszkaniowej.
We wszystkich państwach UE dominuje tendencja do komercjalizacji mieszkalnictwa, a dostępność tanich mieszkań jest coraz mniejsza.
Inicjatywa regularnych spotkań lokatorskich i koordynowania działań na wschodzie i zachodzie Europy jest bardzo ważna. Po raz pierwszy grupy z krajów zachodnich tak wyraźnie zaakcentowały konieczność współpracy z organizacjami z „nowych” państw UE.

Zawód naszego zaufania Notariat – fundament obrotu gospodarczego

Dotychczas fakt zarejestrowanie u notariusza jakiejś czynności prawnej stanowił gwarancję jej pewności, zgodności z prawem, uczciwości. Niestety, przeświadczenie o tym, iż reprezentanci tej profesji nie mogą zawieść naszego zaufania, zaczęło się nieco kruszyć.

 

Stało się tak za sprawą tego, że aż pięciu notariuszy jednocześnie, przy okazji jednej – fakt, że rozwojowej sprawy – zostało objętych zakazem wykonywania swego zawodu. Taki środek zapobiegawczy zastosowała wobec nich Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Prokuratura ta prowadzi śledztwo w sprawie wyłudzania mieszkań przy okazji udzielania oszukańczych pożyczek, poświadczanych aktami notarialnymi.
Umowa takiej pożyczki była skonstruowana w taki sposób, ze człowiek pożyczający od oszustów choćby kilkanaście tysięcy złotych, przekazywał w zamian własność swego mieszkania. Nie oddawał go w zastaw, lecz pozbywał się, niezależnie od tego, czy zwracał zaciągniętą pożyczkę, czy nie.
Takie pożyczki zaciągali ludzie zwykle słabiej zorientowani w meandrach prawa. Nie mieli cierpliwości, by dobrze zapoznać się z tekstem umowy, a zresztągdyby nawet wszystko wnikliwie przeczytali, mogliby nie zrozumieć. Mieli jednak przy sobie notariusza, gwaranta zaufania i pewności tego, że nie zostaną oszukani. Niestety, zostali… Niektórzy poszkodowani już są zmuszani do wyprowadzania się z utraconych mieszkań.
Notariuszy zatrzymano, postawiono im zarzuty pomocnictwa w oszustwie i niedopełnienia obowiązków, za co może grozić do 10 lat pozbawienia wolności. Nie zostali tymczasowo aresztowani, co nie spodobało się ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
Notariusze musieli jednak wyłożyć po 50 albo 100 tys zł kaucji, a przede wszystkim nie mogą wykonywać swych, dobrze opłacanych, czynności. Ten zakaz może potrwać nawet do chwili, gdy zaczną odsiadywać karę, o ile w ogóle nie zostaną wydaleni z zawodu. Oczywiście, jeśli nie zostaną uznani za winnych, będą mogli starać się o odszkodowanie.
Zgodnie z prawem, możemy i powinniśmy ufać notariuszowi. Przepisy prawa o notariacie mówią bowiem, że przy dokonywaniu swoich czynności notariusz jest obowiązany czuwać nad należytym zabezpieczeniem praw i słusznych interesów stron oraz innych osób, dla których czynność ta może powodować skutki prawne.
Notariusz musi więc reagować, gdy widzi zagrożenie dla praw i interesu strony – czyli ostrzec osobę, która może zostać poszkodowana w wyniku przygotowywanej umowy, oraz dokładnie przedstawić jej konsekwencje wynikające z treści tego dokumentu. Dlatego bolesne i dotkliwe jest to, gdy zawodzi on nasze zaufanie.

Nie tylko komórki do wynajęcia

Przeciętnie w kraju za wynajęcie metra kwadratowego mieszkania trzeba zapłacić 55 zł. Ciekawe, że zazwyczaj oferowane są na wynajem dwu lub trzypokojowe lokale, o powierzchni także 55 m2, zlokalizowane na pierwszym lub drugim piętrze Największa różnica w cenach występuje dla lokali 4., 5. i 6. izbowych (w przypadku tych ostatnich waha się pomiędzy 5 a nawet 16 tys. zł za miesiąc wynajmu).
W przypadku mieszkań o mniejszym metrażu, cena za metr kwadratowy maleje wraz ze wzrostem powierzchni (czyli, w miarę zbliżania się do wielkości mieszkania średniego). Jednak w przypadku większych mieszkań zaczyna nieznacznie wzrastać, gdy ich powierzchnia przybliża się do rozmiarów apartamentu.
Liczba pokoi w wynajmowanym mieszkaniu przekłada się oczywiście na cenę wynajmu. Najmniejsze różnice występują pomiędzy lokalami jedno i dwuizbowymi. Mediana dla kawalerek to 1,7 tys. zł za miesiąc wynajmu. Dla dwupokojowych – 2,5 tys. zł, dla trzypokojowych 3,5 tys. zł. Następnie mamy do czynienia z dość dużymi przeskokami, bo dla lokali czteropokojowych mediana to już 5,4 tys. zł, dla pięciopokojowych 7,9 tys., a w przypadku największych, sześciopokojowych aż 9,8 tys. zł.
Najwięcej mieszkań do wynajęcia dostępnych jest w stolicy i Krakowie. Ponad połowa (54 proc.) z analizowanych 182 tys. internetowych ogłoszeń dotyczyła samej stolicy. Krakowa dotyczy jedna czwarta (27 proc.) ogłoszeń. Podium zamyka Wrocław z ośmioprocentowym udziałem w ogłoszeniach. Takie wnioski płyną z raportu przygotowanego przez platformę Rentier.io na temat rynku wynajmu mieszkań w Polsce.

Miasta przyjazne mieszkańcom są możliwe

Z JOLANTĄ BANACH rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Od lat jest Pani nieobecna w polityce krajowej, ale już wiadomo, że będzie Pani kandydowała do Rady Miejskiej w Gdańsku…

Tak, na prośbę grupy młodych ludzi o socjaldemokratycznych poglądach, którzy zwrócili się do mnie, bym ich wsparła i firmowała swoim nazwiskiem komitet obywatelski „Lepszy Gdańsk”, działający już od dwóch lat. To grupa młodych przedstawicieli zawodów medycznych, inżynieryjnych, prawniczych, o dobrym profilu moralnym. I to oni nie pozwolili mi przejść na emeryturę. Ponadto na ulicy czy w tramwaju ludzie mnie rozpoznają i zwracają się do mnie z różnymi problemami, nie zważając, że nie jestem od lat w czynnej polityce. Lepszy Gdańsk jest aktywnym ruchem miejskim. Zebraliśmy m.in. podpisy pod uchwałą o bezpłatnych przejazdach uczniów, choć naszą inicjatywę przejął na swoje konto prezydent z Platformy Obywatelskiej. Nie mamy jednak o to pretensji, przeciwnie, cieszymy się, że od lipca b.r. uczniowie gdańskich szkół jeżdżą gratis komunikacją miejską. Zebraliśmy też około trzech tysięcy podpisów na rzecz zmniejszenia kosztów usług opiekuńczych świadczonych w domach mieszkańców i liczymy, że projekt zostanie uchwalony przed zbliżającymi się wyborami. Co ciekawe, po proteście niepełnosprawnych, problemy społeczne nagle znalazły się w orbicie zainteresowania większości grup samorządowych, włącznie z PO, które z tym wiążą sprawy rozwoju miasta. Do tej pory głównie inwestowano w wylewanie betonu, dzielnie budowano stadiony, hale widowiskowe, galerie, czy nikomu jak widać niepotrzebne, bo niewykorzystywane obiekty kultury, w których nic się nie dzieje. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie z komitetu „Lepszy Gdańsk” mają zupełnie inne wyobrażenie o mieście.

 

Polityka społeczna jak zawsze jest w centrum Pani zainteresowania….

Tak, moje założenie podstawowe jest takie, że ład społeczny budują: po pierwsze, godne dochody z pracy, po drugie, dobra, wszechstronna polityka społeczna w przypadku różnego rodzaju ryzyk życiowych i okoliczności utrudniających zarobkowanie. Politycy dzielą się na tych, którzy są specjalistami i ekspertami w jakiejś dziedzinie i tych o „profilu ogólnym”. Tymi ostatnimi ostatnio obrodziło, to specjaliści od bon motów, tweetów, trzydziestosekundówek w telewizji, hasztagów. Nazywam ich trumpowcami i marketingowcami. Ja w tym rodzaju uprawiania polityki się nie odnajduję i trwam przy polityce społecznej. Właśnie dlatego obszar samorządowy jest dla mnie tak fascynujący. Zwrócono się do mnie także z propozycją kandydowania na urząd prezydenta Gdańska, ale nie przyjęłam jej m.in. z powodów osobistych. Poza tym uważam, że trzeba przygotowywać dobrą zmianę pokoleniową, a starsi mają do odegrania rolę w przygotowaniu do niej młodych ludzi i wsparciu ich na tej drodze.

 

Czy „Lepszy Gdańsk” współpracuje z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

Rozmawialiśmy o możliwości wspólnego startu, ale uważam, że sukces programów socjaldemokratycznych, przynajmniej w Gdańsku, jest bardziej realny w formule komitetu obywatelskiego niż partyjnej, bo od wielu lat Sojusz osiąga poparcie wyborcze na poziomie 4-5 procent i trzeba w końcu wyciągnąć z tego wnioski. Zresztą Sojusz wybrał opcję z szyldem partyjnymi wysunął swojego kandydata na prezydenta Gdańska, profesora Ceynowę. Formuła partyjna jest dość oczywista w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego, do parlamentu, ale w mieście, w tym w szczególności tu, w Gdańsku, gdzie idzie walec: z jednej strony PO z drugiej PiS, sukces sił progresywnych mógłby mieć miejsce tylko pod szyldem komitetu obywatelskiego.

 

Mówi się, że dla lewicy szczególnie trudna jest Polska wschodnia, ale jak widać, Gdańsk także jest dla niej bardzo trudny. Dlaczego?

Społeczność gdańska buduje swoją tożsamość na wartościach mieszczańskich, w duchu umiarkowanie liberalno-konserwatywnym. Dla socjaldemokracji nie ma tu więc dużo miejsca, a już na pewno nie pod szyldami stricte partyjnymi. W „Lepszym Gdańsku” są przedstawiciele Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, ludzie z różnych partii i stowarzyszeń. Mamy nadzieję, że Sojusz dojrzeje do ściślejszej współpracy z nami.

 

Nie można wykluczyć, że wieloletnia prezydentura Pawła Adamowicza dobiega końca. Ostatnimi czasy pokazał się jako polityk ostro antypisowski, choć zaczynał jako prezydent o zdecydowanie prawicowym, konserwatywnym profilu. Jak go Pani ocenia jako gospodarza Gdańska i w aspekcie spraw społecznych?

Po pierwsze, ta głośna antypisowskość prezydenta Adamowicza jest uprawiana z rozmysłem, bowiem polaryzacja polityczna bardzo mu służy, tym bardziej, że w Gdańsku PiS, jako klub w Radzie Miasta, jest wyjątkowo liberalny. Tu nie ma drapieżników pisowskich z pierwszych stron gazet. Ta strategia pozwala Adamowiczowi wyjść z roli prezydenta Gdańska i stanąć ponad nią, bo w tej roli ma wiele za uszami i gdyby koncentrował się na kwestiach samorządowych, to natychmiast ostra reakcja opozycji byłaby bardzo słyszalna, m.in. w kwestii niejasnych źródeł jego majątku osobistego, chaosu urbanistycznego w mieście, który powoduje, że Gdańsk jest coraz częściej wystawiany na klęski żywiołowe, na zalania dolnych partii miasta, w kwestii braków w infrastrukturze komunikacyjnej, nadmiernie silnej pozycji deweloperów, itd. Mamy także za sobą zatrucie Motławy ściekami no i niestety, także w kwestiach społecznych prezydent nie wywiązał się z wielu powinności. Politykę społeczną kojarzymy obecnie zazwyczaj z rządem PiS, który przedstawia się jako najbardziej socjalny po 1989 roku, tymczasem prawda jest taka, że miażdżąca większość kompetencji i środków w tej dziedzinie jest w rękach samorządów, np. polityka pielęgnacyjna, na rzecz ludzi starszych, niepełnosprawnych; ich rehabilitacja społeczna i zawodowa to zadanie własne samorządów, od sprzętu rehabilitacyjnego po domy pomocy społecznej. W Gdańsku mamy na przykład problem „uwięzienia” starych ludzi w niskich blokach bez wind. Są pieniądze na stadiony, ale na te windy już nie. Problem polega na tym, że nie ma standardów w tej dziedzinie, np. ile i jakich ośrodków wsparcia potrzeba na grupę osób o znacznym stopniu niepełnosprawności.W związku z tym gmina może, ale nie musi i mamy postępujący proces prywatyzacji odpowiedzialności ludzi, którzy sami sobie nie poradzą. Rozmaite problemy rodzi też prywatyzacja usług społecznych. W Gdańsku aż 40 procent szkół podstawowych nie prowadzi samorząd. To się za kilka, kilkanaście lat odbije negatywnie w przestrzeni społecznej, bo szkoły prywatne biorą dotacje, biorą pieniądze od rodziców i jeszcze tną koszty pracy. To się musi odbić na jakości kształcenia i wychowania z jednej strony i nierówności szans z drugiej. Tak więc gmina nie rozwiązuje, ale tworzy problemy społeczne, na teraz i na przyszłość. Kluczem do serc Polaków jest polityka samorządowa i społeczna. W tej dziedzinie Polacy są socjaldemokratyczni, ale nie populistyczni, mimo że mówi się, iż PiS populizmem pozyskuje masy. Każdy autokrata i dyktator będzie wprost oferował świadczenia pieniężne, przekupywał grupy społeczne, tak było zawsze. Ale już mechanizmu stałej podwyżki płac w sferze usług społecznych PiS nie wprowadziło, co uważam za skandal. Dlaczego pracownicy tej sfery nadal muszą protestami i strajkami wyszarpywać dla siebie podwyżki płac, mimo że mamy wysoki wzrost gospodarczy? Dlaczego jest 23-procentowy podatek VAT na ciepło i energię elektryczną? W Gdańsku i w reszcie kraju emeryt otrzymujący 1200 złotych połowę tego wydaje na 50-metrowe mieszkanie! PiS-owi nie spadł dotąd z tego powodu włos z głowy. Gdzie jest kolejna stawka podatku dochodowego? Przecież także bogaci dostali 500 plus a podatków im nie podniesiono. Gdzie w związku z tym jest oferta lewicy? Przecież trzeba powiedzieć Polakom: my się za to wszystko weźmiemy. Sojusz n.p. ma w tym względzie dobre tradycje, doświadczenie Anny Bańkowskiej, działalność Wita Majewskiego, nawet Leszka Millera przed zmianą poglądów, dorobek profesora Tadeusza Kowalika i Wandy Zagawy z działu społecznego „Trybuny”, która była wybitną specjalistką w zakresie ubezpieczeń społecznych. Był w SLD ośrodek myśli społecznej. To się zagubiło po części z powodów metrykalnych, bo pojawili się działacze, dla których polityka była przepustką do materialnego sukcesu , a poza tym po objęciu przez Sojusz rządów w 2001 roku wygrała tam fascynacja liberalizmem, light, ale jednak, oraz chęć uwiarygodniania się w modnych kręgach biznesowych. Dziś natomiast do polityki przychodzą młodzi ludzie tworzący zjawisko, które nazywam awansem po politologii. Wydaje im się, że po studiach politologicznych jedyna dla nich droga, to bycie politykiem. Kończy się to brakiem zainteresowania dla wszystkiego, co nie jest czystą grą polityczną, marketingiem. Polityka przestała natomiast przyciągać ekspertów z konkretnych dziedzin i zanikła instytucja autonomicznych parlamentarzystów-fachowców. Aleksander Kwaśniewski nie bał się skupiać wokół siebie intelektualistów, lepszych od siebie i to także tworzyło siłę dawnego Sojuszu.

 

A jak w Gdańsku kształtuje się kwestia praw społecznych z zakresu praw kobiet, dostępności do in vitro, itd.?

Tu wracamy do prezydenta Adamowicza. Szybko zorientował się, że w takim mieście jak Gdańsk musi wyjść tym kwestiom naprzeciw. A pamiętam czasy, gdy prezydent Adamowicz nie życzył sobie udziału prezydenta Kwaśniewskiego w różnych eventach gdańskich a jego poglądy były zdecydowanie prawicowe, także światopoglądowo. To nie oznacza, że kwestionuję szczerość jego ewolucji, ale ona musi się przełożyć na konkrety, a z tym jest marnie. Deklaratywne strategie na papierze dalece nie wystarczają. Do diabła z nimi. Dofinansowanie in vitro – znakomicie, ale jeśli prezydent Adamowicz traktuje swoje deklaracje poważnie, to musi się n.p. zmienić choćby sytuacja kobiet, które porzucają pracę, żeby zaopiekować się starymi rodzicami, bo nie ma należycie zorganizowanej opieki dziennej i geriatrycznej, rehabilitacji osób starszych i niepełnosprawnych. In vitro bywa przez PO traktowany jako forma walki politycznej z PiS, a ja się na taką politykę nie godzę.

 

Co jest specyfiką Gdańska i jaka z tego wynika wizja jego przyszłości?

Stary Gdańsk dzielił się na odrębne, niemal samowystarczalne dzielnice: Oliwę, Wrzeszcz, Orunię, Nowy Port. To były właściwie odrębne miasteczka. Miasto skrojone na miarę człowieka, do którego powraca nowoczesna urbanistyka. Tymczasem polski samorząd wielkomiejski podąża za XIX-wieczną wizją rozwoju miasta na modłę Nowego Jorku, czy innej podobnej metropolii. Ze sprzeciwu wobec tej wizji miasta narodziła się idea ruchów miejskich. Idea budowy miasta małych odległości. Spolaryzowane politycznie media, rządowe i antyrządowe o tych problemach nie mówią, ale one są rzeczywistością. Miasta przyjazne mieszkańcom zajmują się najróżniejszymi sprawami, choćby potrzebami w zakresie mieszkalnictwa dla osób niezamożnych, n.p. poprzez umawianie się z deweloperem na regulowane czynsze. W Polsce ta dziedzina drastycznie odstaje od standardów Unii Europejskiej. A jednak wierzę, że także w Polsce inne myślenie o mieście jest możliwe.

 

Dziękuję za rozmowę.

Kto nie chce, niech nie wierzy

Czy doczekamy się, że Prawo i Sprawiedliwość złoży wreszcie jakieś bardziej realne obietnice mieszkaniowe?

 

Wśród licznych obietnic, płynących nieustannie ze strony ugrupowania rządzącego, swoim rozmachem wyróżniają się zapowiedzi przyśpieszenia w budownictwie. Liderzy PiS już od kilkunastu lat opowiadają, że wywołają wielki boom mieszkaniowy w naszym kraju – i robią to z powodzeniem.
To znaczy, z powodzeniem o tym opowiadają, bo obiecywane mieszkania wprawdzie nie powstają w zapowiadanej ilości – ale wszystkie te opowieści są dobrze przyjmowane przez obywateli i wpływają pozytywnie na poparcie dla PiS.
Przykładem takich „mieszkaniowych opowieści” może być uroczyste oddanie do użytku we wsi Siedlemin pod Jarocinem 96 nowych mieszkań, pod koniec kwietnia tego roku,.
Według oficjalnej propagandy, było to pierwsze osiedle zbudowane w ramach rządowego programu Mieszkanie Plus, polegającego na wynajmowaniu lokatorom lokali po obniżonych stawkach czynszu.
W rzeczywistości, gmina Jarocin planowała budowę tego osiedla zanim jeszcze PiS doszedł do władzy w 2015 r, a budowę rozpoczęła wtedy, gdy nikomu się nie śniło o programie Mieszkanie Plus. Rząd postanowił jednak „podczepić się” pod jarocińską inicjatywę budowlaną – i po prostu włączył samorządowe osiedle, z którego budową nie miał nic wspólnego, do własnego progamu mieszkaniowego.

 

Cuda, cuda ogłaszają

Poprzeczka mieszkaniowych obietnic została bardzo wysoko zawieszona przez PiS już dawno bo w 2006. Wtedy liderzy tego ugrupowania, po wygranych wyborach, powtórzyli swą wcześniejszą obietnicę, iż w ciągu ośmiu lat zbudują 3 mln mieszkań.
PiS rządziło jak wiadomo tylko dwa lata, a w tym czasie oddano do użytku w Polsce zaledwie 248 tys mieszkań. Prawo i Sprawiedliwość miało oczywiście praktycznie żaden wpływ na ich powstanie, ale ponieważ u nas tradycyjnie wyniki gospodarki zalicza się na konto ugrupowania, które w danym okresie sprawowało władzę, więc i w tym przypadku można uznać, że budowę tych mieszkań firmowało PiS. Tyle, że w porównaniu do swych zapowiedzi, ugrupowanie rządzące osiągnęło nader znikomy sukces.
Żeby bowiem dotrzymać obietnicy postawienia 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat, trzeba by ich budować po 375 tys. rocznie, co oczywiście było wówczas – i jest nadal – zadaniem zupełnie w Polsce nierealnym.

 

Już trochę bliżej

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 r. liderzy Prawa i Sprawiedliwości czynili już nieco ostrożniejsze obietnice mieszkaniowe. Tym razem obiecali, w 2016 r., że doprowadzą do zbudowania 2,8 mln mieszkań w ciągu 14 lat – czyli równo po 200 tys. rocznie. Jak widać, wyraźnie więc spuścili z tonu w porównaniu z zapowiedziami wcześniejszymi o dziesięć lat.
Jednak i za obecnej kadencji PiS te obietnice zostają na papierze. W 2016 r. w naszym kraju oddano do użytku 162 tys. nowych mieszkań. W ubiegłym – 178 tys.
Postęp jest więc wprawdzie zauważalny i są to niezłe wyniki – ale sporo jeszcze zostaje do stawiania ponad 200 tys mieszkań rocznie. Inaczej nie da się zaś osiągnąć wspomnianego 1 mln 400 tys w ciągu 14 lat.
Widać zatem, że i aktualne obietnice mieszkaniowe PiS nie mają niestety szans, aby się ziscić.