Gospodarka 48 godzin

Polska na kolanach
Niemcy są największym i najsilniejszym państwem w Unii Europejskiej, ale nie wystarczająco mocnym, aby same o niej decydować. Polska dopiero na 13. miejscu, pomiędzy Finlandią i Litwą. To najważniejsze konkluzje rankingu siły państw Unii Europejskiej. Niemcy mają wprawdzie największy wpływ na decyzje we Wspólnocie, ale wbrew niektórym opiniom nie są one wystarczająco silne, by forsować swój punkt widzenia bez budowania koalicji z innymi państwami. Za Niemcami sytuują się kolejne duże kraje, tj. Francja, Włochy i Hiszpania. Wysoką jak na liczbę ludności, piątą lokatę zajęła Belgia. Jest to związane z faktem, że siedziby ma tam większość ważnych unijnych instytucji. Belgowie są też dobrze reprezentowani na wysokich stanowiskach – z tego kraju wywodzi się choćby dwóch z trzech dotychczasowych przewodniczących Rady Europejskiej. Polska zajęła w tym rankingu 13. miejsce. Biorąc pod uwagę jedynie traktatowe zapisy o liczbie głosów w instytucjach UE (Radzie UE i Parlamencie) nasz kraj powinien zajmować 5. pozycję, jest więc niżej aż o 8 miejsc. Siła polskiego głosu jest znacznie słabsza od potencjału naszego kraju. Większy spadek faktycznego wpływu na decyzje w Unii, w stosunku do pozycji wynikającej z liczby głosów, odnotowały tylko Austria (przesunięcie o 12. pozycji w dół) i Węgry (spadek aż o 15 miejsc). Nienajlepsza pozycja Polski wynika m.in. z niewielkiej reprezentacji Polaków wśród unijnych urzędników. Na przykład, w Komisji Europejskiej Polska jest prawie nieobecna, w przeciwieństwie do innych dużych państw – Niemiec, Francji i Włoch. Tylko jedna unijna agencja ma siedzibę na naszym terytorium. We Francji jest ich aż pięć, a w Niemczech dwie. Pozycję Polski pogarszają dodatkowo sprawy w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości o naruszenia traktatów unijnych, oraz uruchomiona wobec naszego kraju procedura z art. 7. Krajami, które dobrze radzą sobie w Unii są m.in. Malta, Luksemburg, Litwa, Estonia i Dania. Jak widać, typowe dla małych państw unijnych jest to, że ich wpływ na proces decyzyjny jest wyraźnie większy, niż siła wynikająca tylko z liczby ludności i powiązanych z nią głosów. Każdy z wspomnianych krajów odnotował w rankingu awans o 7 pozycji, w porównaniu do formalnej liczby głosów w Radzie i Parlamencie. Znaczne wzrosty odnotowały także Finlandia i Irlandia. Nie jest zatem tak, iż w Unii Europejskiej rządzą tylko duzi, a głos mniejszych państw jest zupełnie ignorowany. Ranking został opublikowany przez fundację Schumana i fundację Adenauera. Jego autorzy (z Polityki Insight) zmierzyli znaczenie poszczególnych państw w Unii Europejskiej i ich faktyczny wpływ na zapadające w niej decyzje.

Wzrost przed pandemią
W pierwszym kwartale 2020 r. w Polsce oddano do użytku 49 624 mieszkania o łącznej powierzchni 4 505,3 tys. m2 oraz liczbie izb równej 191 067 – podał Główny Urząd Statystyczny. W porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku odnotowano wzrost liczby mieszkań o 2 207 (4,7 proc.), ich łącznej powierzchni użytkowej o 216,6 tys. m2, a liczby izb o 9 911 (5,5 proc.). Przeciętna powierzchnia nowo oddanego mieszkania w pierwszym kwartale 2020 r. wyniosła 90,8 m2 i w porównaniu do I kwartału 2019 r. wzrosła o 0,4 m2.

Banki przykręcają śrubę

Ten, kto nie kupił mieszkania czy domu przed wybuchem epidemii, może teraz żałować.

Spada zdolność kredytowa Polaków. Pandemia koronawirusa przemeblowała rynek kredytów hipotecznych – chociaż na razie widzimy dopiero pierwsze efekty zmian w podejściu banków. Kredytodawcy zwiększają wymogi wobec klientów i bardziej konserwatywnie podchodzą do oceny ryzyka.
W ciągu dwóch miesięcy zmieniły się nie tylko oczekiwania co do rozwoju sytuacji gospodarczej, ale również cena pieniądza. Po dwóch obniżkach stóp procentowych wskaźnik WIBOR 3M (Warsaw Interbank Offer Rate – stopa procentowa, po jakiej banki udzielają pożyczek innym bankom) znajduje się na poziomie 0,7 proc. Najniższym w historii i aż o 1 punkt procentowy niższym niż na początku 2020 roku.
Rezultaty rynkowej rewolucji zauważyć można, jeśli porównamy ze sobą oferty, które dzieli zaledwie dwumiesięczna przestrzeń. Wzięliśmy pod lupę „przedepidemiczne” propozycje – i symulacje prezentowane przez banki w kwietniu dla tego samego profilu klienta w rankingu kredytów hipotecznych Bankier.pl.
Założyliśmy, że o kredyt stara się bezdzietne małżeństwo.Klienci mają co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Oboje utrzymują się z umów o pracę na czas nieokreślony. Dochody gospodarstwa obciąża tylko utrzymanie jednego samochodu. Przykładowi klienci nie korzystają w momencie wnioskowania z żadnego produktu kredytowego.
Dwuosobowa rodzina zarabiająca co miesiąc 6200 zł mogła w kwietniu liczyć na kredyt hipoteczny niższy nawet o 140 tys. zł niż w lutym br. – wynika z analizy Bankier.pl.
Banki w różnym tempie aktualizują oprocentowanie kredytów hipotecznych – w symulacjach przygotowanych na potrzeby kwietniowej edycji rankingu część instytucji bazowała już na nowych stawkach, a niektóre nadal na starych.
Można byłoby spodziewać się, że skoro spada oprocentowanie zobowiązania (i zarazem rata płacona przez klientów), to wzrośnie szacowana przez banki zdolność kredytowa gospodarstwa domowego. Tak jednak w większości przypadków się nie dzieje, co świadczy dobitnie o zmianie nastawienia kredytodawców. Obniżka stóp procentowych w większości banków nie spowodowała wzrostu zdolności kredytowej klientów. Zdolność kredytowa przy minimalnym wkładzie własnym to coraz rzadsza opcja.
Zmianę polityki banków widać także w wymaganiach stawianych potencjalnym kredytobiorcom. Minimum wkładu własnego podniósł od lutego m.in. Bank Ochrony Środowiska, Pekao Bank Hipoteczny i PKO BP. Te instytucje jeszcze dwa miesiące temu gotowe były udzielić kredytu klientom wpłacającym tylko 10 proc. wartości nieruchomości ze swoich oszczędności. W kwietniu nie ma ich już na liście potencjalnych kredytodawców w takim scenariuszu.
Zdolność kredytowa profilowych kredytobiorców wzrosła tylko w Alior Banku oraz, symbolicznie, w Banku Millennium. Szczególnie interesującym przypadkiem jest natomiast mBank, w którym klienci mogliby liczyć w kwietniu na kwotę niższą o ponad 140 tys. zł. Ten bank w symulacji opierał się jeszcze na wskaźniku WIBOR 3M sprzed obniżek i jednocześnie podniósł marżę kredytową. Daje to spadek zdolności kredytowej, który zasługuje na miano spektakularnego.
Kredyt mieszkaniowy z 20-procentowym wkładem własnym jeszcze do niedawna mógł być określany mianem „standardowego”. Wszystkie banki aktywne na rynku gotowe były udzielić finansowania na takich warunkach. To jednak także już przeszłość – wyższej wpłaty wymagał w kwietniu ING Bank Śląski oraz Bank Ochrony Środowiska.
W zestawieniu ponownie przewagę mają banki, które obniżyły szacunki maksymalnej zdolności kredytowej (pomimo, przypomnijmy, obniżki stóp procentowych). Najwyższą kwotę proponuje Bank Pocztowy (740 tys. zł), który w lutym oceniał finansową wydolność profilowych klientów na 670 tys. Tak więc, przy 20 proc. wkładu własnego też ubywa kredytodawców.
W kwietniowej edycji rankingu kredytów hipotecznych banki przygotowały także symulacje dla nowego scenariusza – wpłaty własnej w wysokości 30 proc. wartości nieruchomości. Niewykluczone, że jeśli kredytodawcy zdecydują się dalsze zaostrzanie polityki kredytowej, tę opcję będzie można wkrótce nazwać nowym standardem.
Lista takich kredytodawców poszerza się o ING Bank Śląski. Bank Ochrony Środowiska nie został ujęty w zestawieniu – oczekuje wpłaty już 40 proc. wartości inwestycji z oszczędności klienta.
Najostrzejszy szacunek zdolności kredytowej przedstawił Bank Pocztowy. Na kolejnych pozycjach znalazły się BNP Paribas Bank oraz Bank Pekao. Przy maksymalnym wykorzystaniu finansowania, kredytobiorcy musieliby się liczyć z comiesięczną ratą pochłaniającą około połowy dochodu.
To jednak nie wszystko. Zmiany nastąpiły również w cennikach. Częściowo w wyniku zakończenia czasowych promocji (i nie wprowadzeniu nowych), a w części poprzez korekty podstawowych stawek. Porównaliśmy oferty banków dla tego samego profilu gospodarstwa domowego w okresie „przedpandemicznym” (luty 2020 r.) i po zamrożeniu gospodarki.
Założyliśmy, że o kredyt stara się wspomniane bezdzietne małżeństwo, mające co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Klienci zamierzają nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym we Wrocławiu. 50-metrowy lokal na peryferiach miasta kosztuje 337,5 tys. zł.
Wyniki zestawienia nie pozostawiają złudzeń – w ciągu dwóch miesięcy znacząco zmieniły się parametry proponowanych kredytobiorcom produktów. W większości banków marże są dziś wyższe o kilkanaście punktów bazowych. Ponieważ w międzyczasie spadły stopy procentowe (a wraz z nimi wskaźniki WIBOR), to raty zobowiązania i tak uległy obniżeniu. Warto jednak pamiętać, że marża w całym okresie trwania umowy jest stała, klienci będą skazani na ustalone dziś warunki. Chyba że za kilka, kilkanaście lat zdecydują się na refinansowanie
Spośród 13 banków aż 8 podwyższyło marżę kredytową. Zmiany mieszczą się w przedziale od kosmetycznej korekty o 0,1 pp. do 0,6 pp. Czterech kredytodawców zaproponowało rankingowym klientom te same warunki cenowe, a w Alior Banku stawka w kwietniu była niższa niż w lutym.
Trend stopniowego podnoszenia marż, zwłaszcza przy niskim wkładzie własnym klienta, obserwowaliśmy od kilkunastu miesięcy. Średnia stawka pięła się powoli, ale systematycznie w górę.
„Epidemiczne” podwyżki mają jednak zupełnie inny charakter – w krótkim czasie na podobny krok zdecydowało się wielu kredytodawców. To niespotykana od lat sytuacja, którą wyzwoliły zewnętrzne warunki – niepewność, spodziewany wzrost kosztów ryzyka, pewne „jak w banku” obniżenie rentowności działania.

Gospodarka 48 godzin

Ruszyły redukcje

W marcu tego roku zatrudnienie w przedsiębiorstwach zatrudniających 10 pracowników i więcej spadło o około 34 tysiące osób. To oczywiście efekty kryzysu gospodarczego, spowodowanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, który po wystąpieniu epidemii koronawirusa zaczął decyzjami administracyjnymi wyłączać z ruchu kolejne segmenty polskiej gospodarki. Tak dużych miesięcznych spadków zatrudnienia w tej grupie przedsiębiorstw nie było od stycznia 2003 r. Jednakże w wyniku wcześniejszego zwiększania aktywności gospodarczej, w całym pierwszym kwartale zatrudnienie w firmach zatrudniających 10 osób i więcej wzrosło o 18 tys. osób.

Nowe, nie gotowe
Według danych Eurostatu, Polacy dosyć chętnie sięgają po mieszkania z rynku pierwotnego. W 2019 r. udział takich transakcji wyniósł w Polsce 46,7 proc. Mieszkania nowe wprawdzie są droższe od używanych, czyli z rynku wtórnego, ale oprócz oczywistej różnicy polegającej na możliwości wykończenia ich według własnych oczekiwań, zapewniają większe bezpieczeństwo prawne. Mieszkania z rynku wtórnego, przy ciągle nie uregulowanej kwestii reprywatyzacji w Polsce, mogą być bowiem obarczone roszczeniami przedstawicieli dawnych właścicieli. Problem jednak w tym, że ponieważ w ostatnich kwartałach popyt na rynku nieruchomości przewyższał wyraźnie podaż, stałym zjawiskiem na rodzimym rynku nieruchomości był deficyt gotowych mieszkań. Na koniec 2019 r. ponad połowę oferty nowych lokali na polskim rynku, stanowiły te, które zostaną oddane do użytkowania dopiero w 2021 r. lub jeszcze później. To nie jest dogodne dla nabywców, bo najlepiej, jeśli mieszkanie, które chcemy kupić, jest już gotowe, przynajmniej w stanie surowym. Daje to możliwość wprowadzenia się do nich w relatywnie krótkim czasie, co ma ogromne znaczenie dla osób, które muszą ponosić koszty związane z zakupem nowej nieruchomości oraz utrzymywaniem dotychczasowej. To ważne np. dla rodzin, które ze względu na pojawienie się kolejnego dziecka czy zmianę pracy potrzebują szybkiej zmiany mieszkania. Jednakże w ubiegłym roku już wybudowane mieszkania stanowiły zaledwie 9 proc. dostępnej oferty deweloperskiej. Nieco lepiej było w spółdzielczości mieszkaniowej, ale dziś, w dogorywającej formule spółdzielczej w zasadzie już nie buduje się mieszkań. Podobnie jak i w budownictwie komunalnym, skutecznie zniszczonym przez rządy Prawa i Sprawiedliwości. Epidemia koronawirusa zmniejszy popyt na mieszkania – ale oczywiście nie sprawi, że te, które mają zostać oddane w 2021 r. zostaną zbudowane szybciej. W bieżącym roku też będzie trzeba zatem kupować na rynku pierwotnym przeważnie te mieszkania, które dopiero są w planach.

Podłe nastroje
Jak podał Główny Urząd Statystyczny, bieżący wskaźnik tzw. ufności konsumenckiej osiągnął w kwietniu poziom minus 36,4 pkt. To najmniej od 2004 r. Spodziewamy się zatem, że będzie się nam żyło coraz gorzej I trudniej.

„Sukces” polskich developerów

268 tysięcy lokali mieszkalnych znajdzie się w fazie budowy w 2020 r. Kapitaliści odtrąbili sukces – zyski firm deweloperskich osiągnęły w ubiegłym roku rekordowy poziom. W znacznie gorszej sytuacji są obywatele, zmuszeni płacić bajońskie sumy.

Okazuje się przy tym , że w bieżącym roku deweloperka jedynie zbliżyła się do liczby z czasów największej świetności Polski Ludowej. „W najlepszych latach III RP liczba oddawanych mieszkań nie przekroczyła tej za Gierka. Wtedy podchodziło pod trzysta tysięcy rocznie, teraz ledwie przebiliśmy dwieście” – przypomniał w wywiadzie dla „Wyborczej” Adrian Zandberg.
Z opublikowanych przez GUS danych wynika, że budownictwo mieszkaniowe rozwija się szybko. W ciągu 12 miesięcy 2019 roku rozpoczęto budowę aż 237,3 tys. mieszkań. To o 7 proc. więcej niż w 2018 roku i o prawie 22 proc. więcej niż u szczytu ostatniego budowlanego boomu (2008 r.).

– W 2019 roku oddano bowiem do użytkowania 207,2 tysięcy nieruchomości. To o prawie 12 proc. więcej niż w 2018 roku – komentuje Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. Nieźle wyglądają też perspektywy sektora budownictwa. O tym może świadczyć liczba otrzymywanych przez inwestorów pozwoleń na budowę. To dopiero one przekładać się będą na rozpoczęte inwestycje, a w konsekwencji po przeważnie 2-5 latach oddawaniem mieszkań do użytkowania. W tym obszarze także mamy do czynienia z rekordem. Kapitaliści liczą rekordowe zyski. W sumie czołówka giełdowych deweloperów mieszkaniowych zarobiła w ub. roku na czysto 1054 mln zł. Oznacza to to wynik lepszy od osiągniętego w 2017 roku o dokładnie jedną piątą.

Czy oznacza to dobrą wiadomość również dla społeczeństwa? W żadnym wypadku. Ceny mieszkań osiągają horrendalny poziom. NBP między lipcem i wrześniem wziął pod lupę ceny używanych mieszkań w największych miastach Polski. Średnio okazały się o prawie 12 proc. wyższe niż przed rokiem. Najwięcej za metr kwadratowy trzeba dać w Warszawie. To już niemal 9 tys. zł, o 13 proc. więcej niż przed rokiem. Kolejne są Trójmiasto i Kraków, gdzie średnie stawki przekraczają 7 tys. zł. Największe podwyżki widać za to w Poznaniu i Szczecinie – przekraczają 15 proc. Tam trzeba się liczyć z cenami na poziomie odpowiednio 6,2 tys. zł i 5,4 tys. zł.

To nie spółdzielnie potrzebują leczenia – list otwarty

Leczenia wymagają raczej niektórzy politycy i usłużni dziennikarze, jak owo „grono mieszkańców”, autor publikacji„Czy można uleczyć spółdzielnie mieszkaniowe?” w numerze 246-247 „Dziennika Trybuna”. z 11.12.2019. Nazwiska jego nie ujawnimy (RODO), choć się go domyślamy).

Dotąd uważałem(liśmy), że prasa lewicowa sprzyjała spółdzielczości, zwłaszcza tej poniewieranej – mieszkaniowej. Nie mogę wybaczyć „Trybunie” – bo chociaż to „dziennikarz” nie z kręgu „Trybuny”, to jednak jego paszkwil gazeta zamieściła. Wielka szkoda!

Z jednym się zgodzę. Trzeba eliminować złe zachowania ludzi, ale tacy znajdują się wszędzie: od Caritas (Płock – malwersacja 400 mln zł), parafia Bosko pod Legnicą (naciągnięto ludzi na 400 mln zł), czy SKOK-i (miliardy). W spółdzielniach też nie jest idealnie, ale na 3,5 tys. spółdzielni do prokuratury skierowano ostatnio 7 poważniejszych spraw, z tego połowę już umorzono. Nie będę przypominać sprawy SM „Pojezierze”, opisywanej też w „Trybunie” i 19 zarzutów senator Lidii Staroń, które po 6 latach procesów okazały się bzdurą, a kosztowały utratę zdrowia prezesa zarządu i śmierć jego zastępcy. Nie spółdzielnie trzeba naprawiać, ale prawo i polityków, w tym panią senator Lidią Staroń, która jest sprawczynią niejednej choroby…

A więc – ad rem.

Napisano, że: „Ceny czynszu nie tylko równały [do czego?], ale i znacznie przekroczyły wymiar tych opłat (?) na przykład we wspólnotach mieszkaniowych”. Jest to nadużycie, niezależnie od tego, że piszący sam sobie odpowiada, przyznając, że wspólnoty nie mają terenów zielonych (we Wrocławiu w większości wspólnoty powstały „po obrysie budynków”), nie obchodzi ich działalność kulturalna, edukacyjna: kluby seniorów, młodzieży. Spółdzielnie kierują się misją: „Nie tylko mieszkanie”.

Wspólnoty nie tworzą w większości stałych funduszy remontowych, bo albo są to nowe budynki (często na gwarancji czy rękojmi), albo zakładają, że będzie się go tworzyć, jak zajdzie potrzeba. Spółdzielnie mają budynki budowane masowo w latach 70., a wiele zarządza nawet takimi sprzed wojny. W mojej spółdzielni – z roku 1911.

Wiele razy udowadniałem(liśmy), że opłaty za użytkowanie lokali (nie czynsze!) są mniejsze od stosowanych we wspólnotach. Ale nie da się tak wprost porównywać poszczególnych spółdzielni czy wspólnot. Co najwyżej budynki i też te podobne: z tego samego roku budowy, w tej samej technologii (wielka płyta, murowany), liczba kondygnacji, w tym czy są dźwigi, system ogrzewania (gazowe, sieciowe, własne piece), wielkość przyległego terenu, lokalizacja (miejscowość), liczba zamieszkałych osób, w tym wiek (dotyczy korzystania z wody, energii elektrycznej, windy) itd. itd. Nasze przykłady pokazują, że w spółdzielniach jest taniej – mimo dodatkowych usług dla członków. Najlepiej syntetycznie porównywać koszty zarządu: u nas jest to 0,62 – 0,65 zł/m2, a we wspólnotach – dochodzi do 1,50 – 2,00 zł/m2. Inne koszty nie są praktycznie zależne od spółdzielni. Przywołanie, że mieszkanie 37 m2 w Budmarze (Koszalin) – kosztuje 84 zł miesięcznie jest herezją (sprawdziliśmy).

„Prezesi [zapewne zarządów spółdzielni – dop. J.K.] zachowują się jak kamienicznicy, choć mieszkania są nasze (…) Jak to nazwać – pobieraniem haraczu?” W jednym zdaniu – dużo jadu, za to brak kropli prawdy. Opłat (zaliczkowych) w spółdzielniach – nie ustalają zarządy (prezesi), ale rady nadzorcze!. Spółdzielnia w tym zakresie rozlicza się z pobranych opłat, najpóźniej po zakończeniu roku – i zwraca nadpłaty, albo żąda dopłat. O jaki haracz więc chodzi? Do tego piszący nie rozumie, albo nie chce przyjąć do wiadomości, że „prezes zarządu –to jest primus inter pares”. Nie ustanawia żadnych praw obowiązujących członków. Kompletna bzdura.

„duże [spółdzielnie] na ogół nie pokazują szeregowym członkom spółdzielni swojego bilansu. Co najwyżej pozwalają na tak zwanym walnym zebraniu przegłosować zaksięgowanie nadwyżki bilansowej (…)”. To chyba napisał jeśli nie idiota, to celowo go udający. Zacytujemy to w naszych materiałach ogłaszanych na stronach internetowym, bo warto się chociaż pośmiać. Przecież spółdzielnie muszą swoje sprawozdania, w tym bilans, zamieszczać na tych stronach – do wglądu dla każdego. Do tego, zgodnie z ustawą członkowie przychodzą i sprawdzają (fotografują) dokumenty w siedzibie spółdzielni.

„Konia z rzędem temu, kto odczuł w swoim czynszu (sic!) tak zwane pożytki ze sprzedaży nowych mieszkań”. Piszący nie wie, że spółdzielnie praktycznie nie budują domów, bo jeśli, to muszą to czynić po kosztach rzeczywistych i nie mogą zarabiać na członkach. Skąd mogą występować jakieś pożytki do podziału?! Nie budujemy, bo trudno, aby spółdzielnie budowały wspólnoty, gdy spółdzielczego prawa własnościowego – spółdzielniom ustawowo zabroniono (p. Lidia Staroń).

„Prezes spółdzielni (….) usunął kiedyś za jednym zamachem pięćdziesięciu [członków].” Kolejna bzdura, ale ładnie wygląda publicystycznie. Zgodnie z prawem wykluczenia i skreślenia (przyczyny opisane w statucie) dokonywała tylko rada nadzorcza. Od 9 września 2017r. ustawowo – wszyscy posiadacze spółdzielczych lokali – zostali przymusowo członkami (bez wpisowego i udziału), także ci dawniej wykluczeni. Obecnie rada nadzorcza (bo nigdy nie zarząd, ani „prezes”) nie ma żadnych możliwości wykluczenia członków – pozostaje tylko droga sądowa.

„Wieść gminna niesie, że oni lub ich rodziny dostają nowe mieszkania po cenach symbolicznych (…), bo przecież nikt (sic) nie ma dostępu do papierów poza zainteresowanymi”. Obecnie mieszkań (jeśli spółdzielnia buduje) się nie przyznaje, ale sprzedaje. Oczywiście, cena sprzedaży (po kosztach) jest wtedy znacząco niższa – niż u dewelopera. Wieść gminna niesie, że piszący ten paszkwil – wymaga chyba leczenia.

Autor jest prezesem zarządu SM Metalowiec we Wrocławiu.

Czy można uleczyć spółdzielnie mieszkaniowe?

Sprawa dotyczy milionów ludzi. Spółdzielczość mieszkaniowa w Polsce nigdy nie była budownictwem socjalnym. To było budownictwo masowe.

Pogardliwe określenie „blokowisko” znikało z mediów w miarę tego, jak ceny mieszkań w blokach równały do cen w nowych mieszkaniach. Zwłaszcza ludzie młodzi zaczęli doceniać tereny zielone i infrastrukturę. Także lokalizację: zwłaszcza w dużych miastach dawne obrzeża, gdzie budowano te osiedla, są teraz blisko centrum i mają dobre połączenia komunikacyjne.
Ale nie tylko ceny mieszkań równały. Ceny czynszu nie tylko równały, ale i znacznie przekroczyły wymiar tych opłat na przykład we wspólnotach mieszkaniowych. Część z tego jest zrozumiała: spółdzielnie mają rozległe tereny zielone, zaprojektowane z socjalistycznym rozmachem. Są to często budynki co najmniej trzydziestoletnie, które wymagały wymiany wind i innych urządzeń. Dużo w tej dziedzinie zrobiono, co także wpłynęło na ceny mieszkań administrowanych przez spółdzielnie. Ale czynsz, który jest kilkakrotnie wyższy niż we wspólnotach? Dla przykładu: w takim Koszalinie czynsz w spółdzielni Przylesie za mieszkanie 27 metrów kwadratowych wynosi około 300 zł, a za większe o 10 metrów, ale administrowane przez Budmar 84 złote.

Spółdzielnie jak kamienicznicy

W Warszawie to normalne, że czynsz w takich samych mieszkaniach, po dwóch stronach tej samej ulicy, różni się kilkakrotnie. T to nawet, jeśli administrujący tymi budynkami tworzą fundusz remontowy. Prezesi zachowują się jak kamienicznicy, choć mieszkania są nasze, nie ich. Jak to nazwać – pobieraniem haraczu?

Zmniejszenie czynszu, albo przynajmniej powstrzymanie jego wzrostu dotyczy chyba wyłącznie członków małych spółdzielni. Te duże na ogół nie pokazują szeregowym członkom spółdzielni swojego bilansu. Co najwyżej pozwalają na tak zwanym walnym zebraniu przegłosować zaksięgowanie nadwyżki bilansowej (a nadwyżki bilansowe pojawiają się w w Warszawie na ogół co roku) w jakiejś zakamuflowanej pozycji. Na pytanie, na co idą pieniądze z tej pozycji, nasz prezes odpowiedział: „na dużo różnych rzeczy”. Konia z rzędem temu, kto odczuł w swoim czynszu tak zwane pożytki ze sprzedaży nowych mieszkań. Bo spółdzielnie są także inwestorami – budują nowe apartamentowce. Tu dotykamy sprawy gruntów.

Winna jak zawsze komuna

Co najmniej dwie warszawskie spółdzielnie wmawiają swoim członkom, iż nie mogą uregulować sprawy własności gruntów, bo zaginęły odpowiednie dokumenty. Czyli członkowie spółdzielni nie mogą decydować o przeznaczeniu swoich gruntów. Prezesi zwalają winę na Bieruta i jego dekret. Tymczasem były to zwykłe wywłaszczenia, w epoce wczesnego Gierka, i całkiem przeciętny prawnik odszukałby dokumenty bez większych kłopotów. Dziwnym trafem obydwie spółdzielnie mają wspaniałe tereny zielone, wręcz parkowe. Na razie budują nowe apartamentowce na każdym skrawku gruntu na obrzeżach. Chętnych do nabycia tych mieszkań, zachęcamy by przy podpisywaniu umowy uzyskać zaświadczenie, najlepiej sygnowane przez prezesa, że inwestycja uzyskała wszystkie potrzebne pozwolenia. W przeciwnym razie po wpłaceniu zaliczki nie uzyskają kredytu w banku.

Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych pochodzi z roku 1982, choć była od tego czasu wielokrotnie nowelizowana. Jest napisana z idealistyczną naiwnością. Wtedy nie miało to większego znaczenia, bo partia pilnowała. Były oczywiście nadużycia, ale ich skala była nieporównywalnie mniejsza z dzisiejszymi. Prezesi byli jednak narażeni na chorobę zawodową – alkoholizm, bo każdy chciał być z nimi dobrze. Dziś są wystawieni na dużo większe pokusy – nie ma nad nimi żadnej kontroli.

Mówiąc w skrócie – ustawa miała stworzyć spółdzielców. Kontrola przez Krajową Radę Spółdzielczości i poprzez walne zebranie. Mniejsza o Krajową Radę Spółdzielczości – tworzą ją przecież prezesi. Trzeba sobie jednak poradzić z walnym zebraniem.

Fakt, ci, co przychodzili na walne zebrania dużych spółdzielni, to na ogół ludzie, którzy nie są już aktywni zawodowo. Pozostali, w codziennym kołowrotku, woleli przyjąć, że wszystko jest w porządku. Poziom zorganizowania oddolnego członków spółdzielni jednak stopniowo rośnie, bo wkurzonych jest coraz więcej, Najprostszą rzeczą jest zabrać im członkostwo spółdzielni. Prezes spółdzielni Pax usunął kiedyś za jednym zamachem pięćdziesięciu. Można też stosować metody klasyczne: dać im się wygadać, przez wiele godzin, a kiedy większość zebranych już wyjdzie, przegłosować to, co potrzeba, żeby zdobyć potrzebny listek figowy. Można też postępować jak prezes spółdzielni Bródno: zorganizować zebranie w odległym miejscu i w związku z tym zbierać pełnomocnictwa od starszych ludzi. Albo sprawić, że zebranie przestaje być walne: podzielić je na zebrania cząstkowe po kilka budynków z zastrzeżeniem, że nikt z tych sąsiednich nie może na nie przyjść.

Zaproszenie do korupcji

A, prawda, w spółdzielniach są też rady nadzorcze. Według ustawy członkowie tych rad, którzy mają przecież pilnować interesów członków spółdzielni, nie dostają pensji, pobierają tylko diety za posiedzenia. To proste zaproszenie do korupcji. Wieść gminna niesie, że oni lub ich rodziny dostają na przykład nowe mieszkania po cenach symbolicznych. Wieść gminna, bo przecież nikt nie ma dostępu do papierów poza zainteresowanymi. Jest co prawda trochę procesów w sądach, ale ta droga nie jest zachęcająca. Zarządy spółdzielni mają doświadczenie w przedłużaniu procesów nawet do kilkunastu lat.

Jakie jest wyjście? Obecne ustawodawstwo pozwala, po przekształceniu mieszkania na hipoteczne, wydzielić się ze spółdzielni i założyć małą lub większą wspólnotę mieszkaniową. Tak zrobili członkowie spółdzielni Pax na ulicy Wyścigowej. Ale może lepiej naprawić tę spółdzielczość, która przecież nie jest takim najgorszym pomysłem.

Piątka Elsnera 2

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.
Gdy na jednym ze spotkań przedwyborczych przedstawiłem swoją „piątkę”, ze strony słuchaczy pojawiły się pytania. Dlaczego nie wspominam o postulatach dotyczących oświaty? Relacji Polski z Unią Europejską. Klimatu i środowiska. Rolnictwa. Zapewniam wszystkich, że program Lewicy jest kompletny. I nie pomija żadnej sprawy istotnej dla Polek i Polaków. Moja „piątka” to wybór zaledwie pięciu zagadnień. Ale w moim przekonaniu, kluczowych dla dalszego rozwoju Polski.

Praca

Czas polskich montowni dobiega końca. Czas konkurowania z innymi krajami wyłącznie niskimi kosztami pracy. Dwadzieścia lat temu zabieganie o takie inwestycje mogło mieć sens. Poziom bezrobocia wynosił wówczas 20 proc. i silne dążenie do zwiększania liczby miejsc pracy (szczególnie w niektórych regionach Polski) było priorytetem. Dzisiaj płace muszą rosnąć. Również dlatego, że w Europie tańszymi pracownikami od Polaków są tylko Słowacy, Węgrzy i Irlandczycy. Udział płac w polskim PKB stanowi zaledwie 48 proc. I jest wyraźnie niższy od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc.
Lewica w swoim programie zaproponowała zwiększenie płacy minimalnej do poziomu 2700 zł brutto już w przyszłym roku. Nota bene parę tygodni wcześniej niż podobną zapowiedź ogłosił PiS. Zdaniem lewicy, płaca minimalna powinna być powiązana ze średnim wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Osiągając poziom 60 proc. tego wynagrodzenia.
Absolutnym skandalem jest, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku całe rzesze polskich pracowników i pracownic pozbawione są elementarnych praw pracowniczych. Niemal 100 lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm II RP uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Zapewniającą pracownikom prawo do płatnego urlopu. Tymczasem zatrudniani na „śmieciówkach” – na umowach zleceniach i umowach o dzieło – z reguły takiego prawa są pozbawieni. Podobnie jak prawa do płatnych zwolnień lekarskich. Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze – napisano w programie Lewicy.
Zadaniem lewicy i związków zawodowych winno być dokładne przyjrzenie się zapisom Kodeksu Pracy. Gdy toczyła się dyskusja dotycząca handlu w niedzielę, zwracaliśmy uwagę, że Kodeks Pracy nie gwarantuje pracownikom wyższego wynagrodzenia za pracę w niedziele i święta. Postulowaliśmy, by była to 2,5 krotność wynagrodzenia za pracę w zwykłe dni robocze.

Zdrowie

W kampanii wyborczej wszystkie partie prześcigają się w zapowiedziach skrócenia kolejek do lekarzy. Do szpitali. Czasu oczekiwania na operacje. Tymczasem nie ma innej drogi do poprawy funkcjonowania służby zdrowia, jak zwiększenie nakładów na jej finansowanie. Znowu jesteśmy w ogonie – już nawet nie Europy, ale świata. Mniej niż 6 proc. PKB na ochronę zdrowia wydaje się tylko w Estonii i Meksyku. W Polsce nieco ponad 6,5 proc. W krajach OECD średnia wydatków wynosi prawie 10 proc. Od suchych procentów do wyobraźni bardziej przemawiają kwoty. W Niemczech roczne wydatki na ochronę zdrowia przypadające na statystycznego mieszkańca wynoszą 4250 euro. W Polsce – 750 euro.
Lewica proponuje zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną do poziomu 7,2 proc. PKB. Moim zdaniem, to absolutne minimum. Powinniśmy dążyć do osiągnięcia wspomnianej średniej krajów OECD . W przeciwnym wypadku zapis artykułu 68 Konstytucji, mówiący że: „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” – pozostanie fikcją. Ta fikcja bezpłatnej ochrony zdrowia szczególnie wyraźnie widoczna jest w stomatologii. Na leczenie zębów Polacy wydają rocznie 10 miliardów złotych. Z tego aż 8 miliardów z własnych kieszeni.
Jednym z kluczowych postulatów Lewicy dotyczących ochrony zdrowia jest wprowadzenie ryczałtowej opłaty za lekarstwa. Każdy lek na receptę powinien kosztować maksymalnie 5 złotych. Zaś leki dla dzieci, emerytów, kobiet w ciąży i pacjentów po przeszczepach powinny być za darmo. Przeprowadzone niedawno analizy pokazały rzecz szokującą. Ponad jedna trzecia rencistów i emerytów odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem – zamiast z lekarstwem. Nie stać ich na zakup koniecznych medykamentów.

Mieszkania

Trzeci temat i po raz trzeci muszę napisać, że Polska zajmuje ostatnie miejsce. Na tysiąc mieszkańców przypada w naszym kraju 365 mieszkań. W tej statystyce wyprzedzają nas nawet kraje od nas biedniejsze – Rumunia i Bułgaria. Nic dziwnego, bowiem w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań.
Niech nas nie zmyli widok licznych nowoczesnych osiedli. Wcale nie budujemy tak dużo jak kiedyś. Rocznie powstaje 130 do 150 tysięcy nowych mieszkań. Tymczasem rekord padł 40 lat temu. W roku 1978 oddano do użytku 283,6 tysięcy mieszkań. A w latach 1971-1978 wybudowano ich w sumie dwa miliony. Poza tym, posiadanie własnego mieszkania najczęściej wiąże się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat. Obecnie już 2 miliony Polek i Polaków spłaca kredyty mieszkaniowe, a sumaryczne zadłużenie z tego tytułu sięga 400 miliardów złotych. Zdaniem lewicy, kontynuując wyłącznie ten model budownictwa, nie rozwiążemy problemu braku mieszkań.
Lewica proponuje założenie publicznego przedsiębiorstwa, które w latach 20121-20131 wybuduje milion mieszkań na terenach należących do skarbu państwa. Koszt najmu takich mieszkań nie będzie wyższy niż 20 zł za m2. A Ci, którzy zdecydują się na wykup mieszkania na własność, zapłacą jedynie kwotę odpowiadającą kosztom budowy. Bez dodatkowych marż pobieranych przez deweloperów.

Seniorzy

Mimo wszystko, pracujący są w lepszej sytuacji. Mogą aktywnie walczyć o wyższe płace i lepsze warunki pracy. Emeryci i renciści są na łasce polityków. Bo tak naprawdę to politycy mają przemożny wpływ na wysokość rent i emerytur. I w zależności od zapotrzebowania politycznego decydują o wypłatach świadczeń w rodzaju „jarkowego”.
Lewica deklaruje stworzenie nowego systemu emerytalnego na miarę wyzwań XXI wieku. Podstawą ma być wprowadzenie gwarantowanej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych na rękę. Dodatkowo emeryt miałby prawo do pobierania 85 proc. renty lub emerytury zmarłego współmałżonka – bez utraty własnego świadczenia. Sojusz Lewicy Demokratycznej pozytywnie ocenił dokonaną przez PiS obniżkę wieku emerytalnego. Ale nie został uwzględniony postulat zgłaszany przez SLD od wielu lat. Aby o nabyciu uprawnień emerytalnych decydował również staż pracy: 35 lat przepracowane przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn.
Zaawansowany wiek to również potrzeba lepszej opieki zdrowotnej. Tymczasem w Polsce pracuje 417 lekarzy geriatrów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Nie tak dawno prasa podała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. Lewica postulując istotne zwiększenie poziomu finansowania ochrony zdrowia, zapowiada również zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. I oczywiście adekwatne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych.

Demokracja

To ostatni punkt „piątki Elsnera”. Ale tak naprawdę powinien być pierwszym. Kaczyński usiłuje przehandlować demokrację za 4000 zł płacy minimalnej, dopłaty dla rolników i „czternastkę” dla emerytów. Ale jeśli po wyborach opozycja zdoła zgromadzić większość w Sejmie, pierwszym celem musi być odbudowa reguł demokratycznego państwa prawa. Zabezpieczenie niezawisłego sądownictwa. Postawienie przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za łamanie Konstytucji. Przed sądem – winnych łamania prawa. Cztery lata temu politycy PiS mówili o państwie „w ruinie”. Cztery lata ich rządów możemy nazwać rujnowaniem demokracji.
Demokracja to również świeckie państwo. Żaden z biskupów i kardynałów nigdy nie został wybrany głosami żadnych wyborców. Jeżeli wielokrotnie roszczą sobie prawo do wpływania na kształt polskiego prawa – to tym samym kwestionują demokrację. Parę lat temu jeden z hierarchów mówił o „wyższości Ewangelii nad Konstytucją”. Ta zasada z pewnością może mieć zastosowanie w Watykanie. W którym papież, prócz władzy religijnej, jest równocześnie władcą absolutnym państwa watykańskiego.
W państwie demokratycznym porządek świecki i reguły religijne muszą być absolutnie rozdzielne. Stąd postulat Lewicy wycofania religii ze szkół, likwidacji funduszu kościelnego oraz wszelkich przywilejów podatkowych osób duchownych. Nie ma żadnego uzasadnienia, aby Kowalski w sutannie płacił pięć razy niższy podatek dochodowy niż Kowalski bez sutanny. A tak jest dzisiaj.
Najbardziej dramatycznym świadectwem polskiej wersji „unii tronu i ołtarza” jest widok polityka prawicy głoszącego „słowo pisu” z kościelnej ambony.

Piątka Elsnera

Wracam do tego, co napisałem na samym początku. Przedstawiłem jedynie wycinek programu Lewicy. Katalog spraw – moim zdaniem – pierwszoplanowych. Pełny program Lewicy – zapisany na 20 stronach – dostępny jest w internecie w Trybunie i na portalu lewica2019.pl. Zapraszam do jego lektury. Szczególnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Bo tyle pozostało do wyborów.

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.