Napaść na Wenezuelę

Tę jednoznaczną groźbę wyraził sekretarz generalny organizacji Luis Almagro, a jego słowa należy traktować poważnie.

 

Almagro wypowiedział się w taki sposób w kolumbijskim mieście Cucuta, niedaleko od granicy z Wenezuelą. Kolumbia jest w silnym sporze z Wenezuelą, a prezydent tej ostatniej – Nicolas Maduro, oskarżył władze Kolumbii o współdziałanie podczas ostatniej próby zamachu na niego przy pomocy drona.

Cucuta zmaga się z falą uciekinierów z terenów sąsiedniej Wenezueli, którzy szukają lepszego życia w związku z ostrym kryzysem ekonomicznym, który ma miejsce w Wenezueli.

Na początku maja Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji oznajmiła, że napływ migrantów do Kolumbii zwiększył się w ostatnim roku 10 krotnie. Jeśli w 2015 roku było ich 89 tysięcy, to w 2017 – już 900 tysięcy. Ogólnie z powodu kryzysu ekonomicznego ogólna liczba emigrantów wenezuelskich osiągnęła liczbę 2,5 miliona. Jak donosi Organizacja, z tego ponad milion zatrzymało się w Kolumbii. Kraj ten poprosił więc o pomoc OPA. Organizacja, w której USA są nader istotnym członkiem (siedziba Rady OPA znajduje się w Waszyngtonie) zareagowała niezwłocznie.

– Co się tyczy wojskowej interwencji w celu obalenia Nicolasa Maduro, to nie powinniśmy wykluczać żadnego wariantu – powiedział Almagro. Wcześniej na ulicach miasta do sekretarza OPA podbiegł jeden z uciekinierów krzycząc: „Pomóżcie nam! Ja i żona jesteśmy wykwalifikowanymi pracownikami a znajdujemy się tutaj! Niech wejdą Amerykanie!”

Słowa sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich mają duże szanse na realizację, ponieważ to byłby pożądany przez USA scenariusz, który jednocześnie nadałby interwencji zbrojnej mające na celu obalenie Nicolasa Maduro pozory legalności. Wprawdzie statut – Karta Organiczna – mówi, że celem OPA jest m.in. umacnianie pokoju i bezpieczeństwa na kontynencie amerykańskim, pokojowe regulowanie sporów między państwami członkowskimi, suwerenność i równość państw a także pokojowe rozwiązywanie sporów i nieinterwencję, ale, jak uczy najnowsza historia USA, to nie są sprawy istotne, kiedy chodzi o obalenie niewygodnych polityków.

Próba zamachu

W sobotę podczas uroczystości wojskowych w Caracas doszło do nieudanego zamachu na życie prezydenta Nicolása Maduro. Agresję na głowę państwa podjęto przy użyciu dronów. Przywódca odpowiedzialnością za atak obarczył siły prawicowe w kraju i w sąsiedniej Kolumbii.

 

W sobotę o godzinie 17.41 czasu miejscowego podczas parady wojskowej w stolicy Wenezueli doszło do incydentu, który władze wyjaśniły jako próbę zamachu na prezydenta przemawiającego wówczas na uroczystości. Tego samego dnia wieczorem Maduro potwierdził tę wersję w specjalnym telewizyjnym wystąpieniu. O zlecenie zamachów oskarżył “prawicowe siły imperialistyczne”.
– Podjęto dziś próbę zamachu na moje życie i wszystko wskazuje na wenezuelską i kolumbijską skrajną prawicę. Kryje się za tym również nazwisko Jose Manuel Santos – powiedział Maduro, mając na myśli prezydenta Kolumbii.

Następca Hugo Cháveza poinformował, że sprawców schwytano i są przesłuchiwani. Określił dochodzenie jako zaawansowane i zdradził, że osoby odpowiedzialne za zaplanowanie i sfinansowanie próby zamachu mieszkają w USA na Florydzie. Przywódca Wenezueli zwrócił się również do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa:

– Liczę na to, że rząd Trumpa jest zdeterminowany do walki z terrorystami dokonującymi zamachów w pokojowo nastawionych krajach na naszym kontynencie, jak Wenezuela.
Próbę zamachu potwierdził minister informacji Jorge Rodriguez: – Wszczęto już dochodzenie – powiedział – Kilka obiektów latających, przypominających drony, wyposażonych w ładunki wybuchowe, zostało zdetonowanych w pobliżu platformy prezydenckiej i kilku innych miejscach uroczystego zgromadzenia.

Rodriguez podkreślił, że samemu prezydentowi nic się nie stało i natychmiast powrócił do swoich obowiązków, natomiast rannych zostało siedmiu żołnierzy.

Moment zamachu uchwycony został na zapisie telewizyjnym podczas relacji z sobotniej parady wojskowej z okazji 81 rocznicy utworzenia Gwardii Narodowej w Wenezueli. Na filmie widać, jak Nicolás Maduro przerywa przemówienie i wraz ze stojącą obok niego żoną z niepokojem patrzą w górę. W następnym ujęciu widać zamieszanie jakie powstaje przed jego trybuną: żołnierze stojący na baczność zrywają się i biegną w stronę miejsca, z którego przemawiał prezydent. Tu zapis się urywa.

Agencja AFP ujawniła też zdjęcia budynku niedaleko miejsca, w którym przemawiał prezydent, noszącego ślady, jakie mogły powstać podczas detonacji ładunku wybuchowego.

Od pięciu lat na tle poważnego kryzysu gospodarczego w Wenezueli dochodzi do starć sił rządowych ze zwolennikami opozycji, podczas których padły liczne ofiary śmiertelne po obu stronach. Maduro wielokrotnie oskarżał liberalną opozycję o współpracę z USA celem siłowego obalenia jego rządu.

Wyrazy ubolewania i solidarności z Maduro przesłał prezydent Boliwii Evo Morales. Przywódca Kolumbii José Manuel Santos kategorycznie zaprzeczył oskarżeniom Maduro i nazwał je absurdalnymi.

Cel – Wenezuela!

Donald Trump w sierpniu ubiegłego roku zupełnie poważnie rozważał napaść na Wenezuelę. Z trudem odwiódł go od tego pomysłu ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Herbert McMaster, który już doradcą Trumpa nie jest.

 

Jak donosi „Associated Press”, powołując się na źródła w administracji amerykańskiego prezydenta, nieprzewidywalny w polityce zagranicznej prezydent Stanów Zjednoczonych latem ubiegłego roku całkowicie poważnie zastanawiał się nad militarną interwencją w Wenezueli. Jej celem byłoby obalenie rządu Nicolasa Maduro i zainstalowanie na jego miejsce „odpowiedniejszego”, czyli w południowoamerykańskich warunkach konserwatywno-neoliberalnego gabinetu (zmontowanego z popieranych przez USA opozycjonistów). Trump zasugerował taki ruch publicznie, mówiąc, że w stosunku do Wenezueli amerykański rząd ma „wiele opcji”, także wojskową. Informacje agencji świadczą jednak o tym, że nie były to tylko puste pogróżki.

Dzień przed wojowniczą deklaracją Trump miał zgromadzić w Gabinecie Owalnym czołowych urzędników swojej administracji i zapytać ich o zdanie w sprawie interwencji w Wenezueli. Zasugerował możliwy pretekst – ekonomiczne tarapaty, w jakich znajduje się Caracas, miałyby stanowić zagrożenie dla całego regionu, a USA miałyby wystąpić w roli stabilizatora. Jednak ani Sekretarz Stanu Rex Tillerson, ani doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Herbert McMaster nie wykazali entuzjazmu dla takiego pomysłu. Trump nie dawał się przekonać – nie podniósł telefonu od prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, potem poruszył kwestię możliwej interwencji w rozmowie z prezydentem Kolumbii Juanem Manuelem Santosem.

Jeszcze we wrześniu ubiegłego roku Trump sondował zaprzyjaźnionych przywódców latynoamerykańskich, czy chcieliby siłowego obalenia rządu Maduro. Zasugerował, że jeśli ich odpowiedź będzie pozytywna, zignoruje rady swoich doradców w tej sprawie.

Najwyraźniej przyjaciele Stanów na kontynencie lepiej niż Trump dostrzegli, że prawdziwą destabilizację regionu przyniesie nie zapaść Wenezueli (w której USA też odegrały swoją rolę), ale właśnie wkroczenie US Army do kraju rządzonego niegdyś przez Hugo Chaveza. Potem według „AP” swoje zrobiły także argumenty McMastera. Ani on, ani Rex Tillerson, który również odradzał wszczynanie wojny, nie są już w administracji Trumpa.

Wenezuela na widelcu

Młody, płonący mężczyzna w masce biegnie wzdłuż ściany, na której widać namalowany pistolet. Z jego lufy wyskakuje słowo „pokój”, pewnie wieczny. Zdjęcie, które wygrało World Press Photo, zostało zrobione na ulicy Caracas, by stać się światowym symbolem losu Wenezueli, jednocześnie bliskim i dalekim od prawdy. 19 lat temu imperium amerykańskie przegrało w tym kraju, teraz kontratakuje. Ale to nie jedyna przyczyna kłopotów.

 

Fotografia Ronaldo Schemidta powstała w maju zeszłego roku. Był to jeden z czterech miesięcy gwałtownych zamieszek w stolicy kraju, gdy prawicowa opozycja poderwała młodzież z bogatych dzielnic do siłowego obalenia prezydenta Nicolása Maduro, a wraz z nim „socjalizmu XXI wieku”, który próbuje wprowadzić. To nie były ot, takie sobie starcia z policją, jakie zdarzają się w Europie. Manifestanci strzelali, krew lała się po obu stronach, padło ponad stu zabitych. Opozycja nie mogła wygrać, bo brak jej szerszego społecznego poparcia, ale jak wcześniej i później, w zachodnich kręgach polityczno-medialnych to wenezuelski socjalizm wskazano jako nieodwołalnie przegrany.

Wenezuelski przykład stał się ogólnoświatowym straszakiem na lewicę. Urósł do elementu polityki wewnętrznej we Francji, Hiszpanii i w innych krajach Europy, w prawicowych krajach Ameryki Łacińskiej i oczywiście u Anglosasów. Patrzcie, wołają media i komentatorzy, do czego prowadzi socjalizm: do chaosu i biedy. Wstydźcie się ludzie lewicy za Wenezuelę – wałkują triumfujący propagandziści, by zmusić przeciwników niepodzielnej władzy kapitału do spuszczenia oczu. W tym kontekście, ogłoszenie przez Trumpa kolejnych sankcji finansowych przeciw Wenezueli, nazajutrz po wygranych przez Maduro wyborach, ma się wydawać logicznym dobiciem jego kraju. Zwycięstwo to porażka. Wojna przeciw Wenezueli, na razie gospodarczo-polityczna, to pokój.

Szukanie generała

Oczywiście nikt z dzisiejszych politycznych krytyków nie zawracałby sobie głowy Wenezuelą i jej wyborami, gdyby jej głównym bogactwem były mango i banany. Ale ten kraj ma dziś przeciw sobie sankcje Unii Europejskiej, izolację ze strony prawicowych krajów własnego kontynentu i natężoną wrogość imperium, bo posiada największe poświadczone rezerwy ropy na świecie, położone w strategicznym miejscu, o 4 dni morskiego transportu od teksańskich rafinerii.

Nikt nie czepiał się Wenezueli, gdy 60 proc. jej obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, bo należała do amerykańskiego ogródka: Waszyngton zawsze traktował Amerykę Łacińską jako swą ekskluzywną domenę. Gdy pod koniec lat 70 na kontynencie zaczął rządzić amerykański neoliberalizm – „genialna” pompa ssąca bogactwa z dołu do góry drabiny społecznej – było na nim 120 milionów nędzarzy, 20 lat później już 225 milionów. To dlatego pojawili się Chávez, Lula i inni.

W sierpniu zeszłego roku Trump ogłosił, że nie wyklucza „opcji militarnej” w Wenezueli, choć ten kraj nie zagraża imperium ani sąsiadom. 16 lat temu Amerykanie zorganizowali (nieudany) zamach stanu przeciw Chávezowi, a teraz, od jego śmierci w 2013 r., szczególnie gorączkowo poszukują wenezuelskiego Pinocheta, który przywróciłby imperialny porządek i panowanie nad ropą. W miniony wtorek wenezuelska żandarmeria aresztowała 11 oficerów podejrzanych o formowanie spisku, ale lokalnego Pinocheta ciągle nie ma. Armia pozostaje wierna prawowitemu rządowi.

Wybory opozycji

„Weryfikowaliśmy 92 procesy wyborcze: powiedziałbym, że wenezuelski jest najlepszy na świecie” – mówił sześć lat temu były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. Nie bez kozery: działa tam skuteczny system przeciw oszustwom. Każdy głos jest potrójnie gwarantowany: przez odcisk palca, elektronicznie i na papierze. Do tego zawsze obserwatorzy międzynarodowi. Maduro, jak Chávezowi, zależy na pewnych atrybutach tradycyjnej, liberalnej demokracji, bo jest pewny siły swoich idei społecznych.

Wiedzą to w Ameryce i w Europie, ale Unia, ledwo Maduro został ponownie wybrany, poszła śladem Trumpa i wprowadza właśnie nowe sankcje przeciw Wenezueli. Były „nieprawidłowości”, bo „głosy zostały kupione”. Unia powtarza argument głównego, przegranego, opozycyjnego kontrkandydata Maduro, Henriego Falcona, którego zdaniem na głosowanie wpłynęły programy socjalne rządu… Tego samego dnia Unia mogłaby wprowadzić sankcje przeciw co najmniej kilkudziesięciu krajom na świecie, gdzie wybory są komedią lub nie ma ich wcale, ale chce wziąć udział w dobijaniu Wenezueli, mając nadzieję, że w zamian za to Waszyngton pozwoli jednak europejskim przedsiębiorstwom handlować z sankcjonowanym Iranem.

W ciągu 19 lat rządów socjalistów odbyły się w Wenezueli 23 procesy wyborcze. Chaviści większość wygrywali, a opozycja traktowała je tak instrumentalnie, że w rezultacie utraciła miliony wyborców. Czy ma ona coś wspólnego z demokracją? Gdy w 2015 r., kiedy ceny ropy były na samym dole i kryzys poważnie zaczął zaglądać ludziom w oczy, wygrała wybory parlamentarne: jej pierwszym ogłoszonym zamiarem było „obalić prezydenta Maduro w ciągu sześciu miesięcy”. Prezydenta, który dwa lata wcześniej wygrał wybory. Nastąpiła potem epoka kwestionowania głosowań. To dlatego zeszłoroczne rozruchy miały znowu obalić rząd siłą. Kiedy się nie udało, ta sama prawicowa opozycja jednak zdecydowała na nowo brać udział w wyborach (regionalnych, w październiku) wiedząc, że są uczciwe, by po ich przegraniu „bojkotować” prezydenckie, zakończone w ubiegłą niedzielę. Nie miała w nich szans, z powodu zwykłej utraty wiarygodności. Mimo poparcia prywatnych mediów i „społeczności międzynarodowej”.

Kryzys i kłopoty

Boliwariańska rewolucja w Wenezueli nie ma wiele wspólnego z np. kubańską. Zachowano wielopartyjność, prywatne media, i – mimo znacznych nacjonalizacji – rolno-przemysłowy sektor prywatny, kapitalistyczne stosunki produkcji i handlu, by uzupełniać je o inne formy i przede wszystkim przekierować dystrybucję zysków z ropy z góry na dół. Lewicowa krytyka wenezuelskiej gospodarki twierdzi, że polityka ekonomiczna kraju była jednak mało socjalistyczna. Jej wynikiem był stały proces dezindustralizacji na korzyść finansowej kasty importerów, która rozwijając ludowy klientelizm drastycznie przyśpieszyła recesyjną fazę kapitalistycznego cyklu gospodarczego. Procesowi akumulacji kapitału opartego na przejęciu zysków z ropy towarzyszyła cokolwiek szalona polityka monetarna.

Chęć nakarmienia ubogich od początku oznaczała gigantyczny wzrost importu, aż do popadnięcia w nagły konsumpcjonizm. Jego promocja była tak szczodra, że państwo sprzedawało petrodolary prywatnym importerom za śmieszną cenę w bolivarach (wenezuelskiej walucie). Praktycznie z 10 sprzedanych dolarów 9,5 dostawali za darmo. Ten lukratywny transfer renty z ropy w kierunku sektora prywatnego okazał się bardzo kosztowny i szkodliwy dla całego państwa. Na dodatek znaczna część importu za niemal darmowe dolary była fikcyjna, żadne towary nie pojawiały się w portach, Wenezuela przez lata przypominała dziurawy garnek, z którego twarda waluta wyciekała ciurkiem na zagraniczne konta. W czasach drogiej ropy import był tak tani, że coraz większej liczby rzeczy nie opłacało się po prostu produkować, przemysł zamierał, jak i rolnictwo. Taka polityka nie miała nic wspólnego z socjalizmem inspirowanym Marksem. Kiedy cena ropy spadła, zaczęło brakować niemal wszystkiego. Wielostronne sankcje finansowe, które paraliżują państwowy import żywności i lekarstw, dopełniły dzieła.

Dziś Wenezuela ma na plecach pięciocyfrową hiperinflację, dwucyfrowy deficyt fiskalny i najniższy od 20 lat stan rezerw walutowych (nieco ponad 9 miliardów dolarów). Wartość tzw. dolara równoległego wzrosła w ubiegłym roku o 2500 proc., co dosłownie rozbiło w pył siłę nabywczą ludności. W sąsiedniej Kolumbii, gdzie w najbliższą niedzielę odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich, prawicowy kandydat Ivan Duque afiszuje hasło „Chcecie socjalizmu, to zobaczcie nędzę Wenezueli”. Tylko neoliberalizm ma być prawidłową drogą. Ale dwa miliony Kolumbijczyków, którzy w czasach Cháveza wyemigrowali do Wenezueli, by przed takimi receptami uciekać, nie ma specjalnie zamiaru wracać.

Czarne chmury

Dla większości mieszkańców Wenezueli nazwisko Cháveza kojarzy się z redukcją nierówności i ludową prosperitą w kontekście pogłębionej demokracji. Dla kontrastu Nicolás Maduro – raczej z powrotem biedy i usztywnieniem polityczno-policyjnym związanym z izolacją międzynarodową i zagrożeniem ze strony Waszyngtonu. Frekwencja w wyborach, które ponownie wyniosły go na najwyższe stanowisko, była stosunkowo niska, co jest dlań mocnym ostrzegawczym sygnałem. Jednak ludzie na niego głosowali, bo mimo wszystkich trudności, które wolą zresztą przypisywać raczej amerykańskim „gringos”, nie chcą powrotu do czasów sprzed Cháveza, gdy nie znaczyli niemal nic. Podśmiewają się trochę z Maduro, krytykują go, ale szanują, bo ich zdaniem szczerze chce ratować kraj. Może nie wciela tak dobrze jak Chávez „wenezuelskiej dumy”, ale ciągle daje nadzieję.

Zdaje się, że zrozumiał główny problem. Nie przestaje mówić o dywersyfikacji dochodów (nie tylko ropa), budowie przemysłu, odbudowie bardziej racjonalnej roli pieniądza. Dwoi się i troi, by ożywić gospodarkę, ale na horyzoncie ma dziś same czarne chmury, będzie mu bardzo trudno. „Nigdy nie widzieliśmy tak bezlitosnego ataku międzynarodowego na proces wyborczy” – mówiła wczoraj przewodnicząca krajowej komisji wyborczej Tibisay Lucena. Wenezuelskie MSZ potępiło „lincz gospodarczy i polityczny” Wenezueli ze strony USA, gdzie rządzi „suprematystyczny, rasistowski i wojenny reżim (…) inspirowany postulatami Ku-Klux-Klanu.” Maduro, oprócz naprawy gospodarki, musi doglądać sytuacji na granicach państwa, patrzeć na siedem baz amerykańskich w Kolumbii, na postępującą organizację zbrojnej interwencji, która może przyjąć niespodziewane formy – z terroryzmem włącznie. Po prostu zbyt wielu potężnych ludzi chciałoby widzieć Wenezuelę jak na zdjęciu Ronaldo Schemidta.

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.