Wenezuela i sekrety nieudanego zamachu stanu

27-letnia Jurubith Rausseo García, kasjerka w supermarkecie, jechała z mężem motocyklem. Wracali z pracy jadąc przez Altamirę, dzielnicę wielkiego biznesu i burżuazji na wschodzie Caracas, bastion wenezuelskiej opozycji znany ze zbrojnych manifestacji antyrządowych, gdy trafiła ją zbłąkana kula, prosto w głowę. Trudno to sobie wyobrazić, ale przyczyny jej śmierci i osierocenia dwójki małych dzieci sięgają XIX w. I to niestety nie była jedyna ofiara próby amerykańskiego zamachu stanu w jej kraju.

Na starym obrazie Clyde’a DeLanda pt. „Narodziny doktryny Monroe” widać piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych i właściwie narodziny imperium. James Monroe kładzie dłoń na zachodniej półkuli naszej planety, by powiedzieć „to nasze”. Już w roku 1823 Amerykanie postanowili, że będą nią administrować zgodnie ze swymi interesami polityczno-gospodarczymi. Dziś na tę historyczną doktrynę powołuje się rząd prezydenta Donalda Trumpa, na czele z wąsatym Johnem Boltonem, neokonserwatywnym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Doktryna Monroe służy za podkładkę dla idei przejęcia trzech nieposłusznych krajów Ameryki Łacińskiej – Kuby, Wenezueli i Nikaragui, którą Bolton nazywa „diabelską trojką”. Zaczęto od Wenezueli, bo dwa pozostałe państwa nie mają ropy.
Jurubith i inni zginęli w imię interesów imperium amerykańskiego, gdyż administracja USA, gorączkowo zajęta organizowaniem zamachu stanu w Caracas, nie widzi różnicy między rokiem 1823 a 2019. To tragikomiczne zaślepienie nie pozwala jej zrozumieć, że epoka łatwych zamachów stanu, w czasie której nabrała wielkiego doświadczenia w tej mierze, minęła. W Pentagonie, który wcale nie pała entuzjazmem na myśl o interwencji w Wenezueli, zwrócono uwagę, że rosyjskie satelity szpiegowskie pozmieniały trajektorie, by obserwować amerykańskie bazy morskie i okręty, które mogłyby wziąć udział w inwazji. Do tego okazało się, że zamach stanu w kraju, który przestał wierzyć w fatalizm amerykańskiej „opieki”, i gdzie rząd cieszy się szerokim poparciem społecznym, jest skazany na zawstydzającą porażkę. Wszystko poszło nie tak.
Lawina na Twitterze
30 kwietnia był nerwowy zarówno w Caracas, jak i w Waszyngtonie, gdzie główne figury rządu – Bolton, Abrams, Pence, Pompeo i sam Trump, wraz z kilkoma Wenezuelczykami – jeszcze przed świtem założyli coś w rodzaju sztabu kryzysowego, by pisać tweety i wychodzić od czasu do czasu do dziennikarzy z informacjami, z których z godziny na godzinę schodziło powietrze. Część amerykańskiej prasy uznała, że pierwszym sygnałem wydarzeń był wpis na Twitterze opozycjonisty Juana Guaidó, którego 23 stycznia wiceprezydent USA Mike Pence mianował przez telefon „prezydentem” Wenezueli. W rzeczywistości pierwszym wpisem na ten temat była informacja Alberto Federico Ravella, „dyrektora prezydenckiej komunikacji” zamieszkałego w kolumbijskiej Bogocie, który na tę okazję pojechał do Waszyngtonu. To on wyprzedził swego „prezydenta” Guaidó pisząc, że „prezydent” i szef jego skrajnie prawicowej partii Wola Ludu Leopoldo Lopez razem z grupą żołnierzy „przejęli kontrolę bazy lotniczej La Carlota [położonej obok Altamiry]” oraz, że chodzi o „decydującą fazę trwającego zamachu stanu”.
O tym wpisie należało zapomnieć, gdyż widocznie zdenerwowany John Bolton wyszedł do dziennikarzy, żeby wyjaśnić, że w żadnym wypadku nie chodzi o zamach stanu. Tłumaczył, że Guaidó jest przecież, jako „prezydent”, zwierzchnikiem sił zbrojnych Wenezueli, więc o zamachu nie może być mowy. CBS, Reuters i CNN wybrały w tej sytuacji słowo „powstanie”, NPR i New York Times „protesty”, Yahoo News nazwało zdarzenia „ryzykownym wyzwaniem” a Miami Herald „buntem wojskowym” radząc dla pewności, że ten „bunt” można nazwać „na różne sposoby, ale nie nazywajcie tego zamachem stanu”. Mimowolny komizm tych przekazów nikomu nie przeszkadzał, ponieważ oficjalnie, według Boltona, „naród wenezuelski pragnie zapewnić sobie wolność”. Zresztą to on był autorem naprawdę ciekawych tweetów.
Hej, obudźcie się!
„Godzina wybiła!” – pierwsze słowa pierwszej informacji „prezydenta” Guaidó, jeszcze zanim wezwał do obalenia prezydenta Nicolasa Maduro, zostały powtórzone po angielsku przez Boltona w jego pierwszym tweecie adresowanym do konkretnych osób, co jednak wywołało marszczenie czół u niektórych dziennikarzy. U Boltona „godzina wybiła” dla trzech mężczyzn: ministra obrony Vladimira Padrino, szefa gwardii prezydenckiej Ivana Hernandeza i przewodniczącego Sądu Najwyższego Maikela Moreno. „To wasza ostatnia szansa” – alarmował Bolton i – rzecz niespotykana – powtórzył to ostrzeżenie potem jeszcze dwa razy, jakby chciał ich obudzić. W tym czasie Guaidó powtarzał za Ravellą, że jest w bazie La Carlota, choć stał zziębnięty na zjeździe z autostrady w kierunku Altamiry, o dobry kilometr od tego, co miał „przejąć”. W miarę czasu 30-osobowa grupa żołnierzy oddalała się od zaczynającej panikować pary
Guaidó-Lopez.
Sekretarz stanu Mike Pompeo, ten, który w kwietniu przyznał publicznie, że kiedy stał na czele CIA, agencja „kłamała, oszukiwała i kradła”, informował z poważną miną, że Maduro ucieka już na Kubę i wszystko idzie świetnie, a dziennikarz Bloomberga Andrew Rosati nadawał, że szykujący się już w tym czasie do ucieczki Leopoldo Lopez przekazał mu, jak i innym mediom, że Stany Zjednoczone powinny oficjalnie przejąć rządy w Wenezueli po upadku Maduro. Godziny nadchodziły i odchodziły, a wzywani przez Boltona wysocy funkcjonariusze państwa wenezuelskiego po kolei przesyłali mu elektroniczne faki pisząc o „zamachu stanu”, który odrzucają, więc za wyjaśnienia zabrał się w Waszyngtonie „niezastąpiony” Elliott Abrams. Powtórzył on za Boltonem, że od trzech miesięcy trwały w Caracas negocjacje Guaidó z przedstawicielami socjalistycznego rządu i dodał, że jak się właśnie okazało, „nie dotrzymali oni swoich zobowiązań”… Inaczej mówiąc mleko się rozlało. Lopez poprosił najpierw o azyl w ambasadzie Chile, lecz nie spodobały mu się tam warunki mieszkaniowe, przeniósł się po dwóch godzinach do ambasady Hiszpanii. 25 żołnierzy zgłosiło się do ambasady brazylijskiej, a Guaidó wrócił do domu, by jeszcze potweetować wezwania do demonstracji.
Rozmowy tajne przez poufne
Wezwania Guaidó doprowadziły do dwudniowych zamieszek w Altamirze, w których zginęły cztery osoby, potem do „wielkich manifestacji pod wszystkimi koszarami wojskowymi”, by nakłonić wojsko do obalenia rządu. Rzeczywiście, pod kilkoma pojawiły się jakieś pikiety, ale to już jakby nie interesowało wielkiej prasy, zajętej jeszcze rozgryzaniem, co się właściwie stało. Według różnych źródeł, negocjacje rządu wenezuelskiego z Guaidó przebiegały z początku bardzo opornie. Wenezuelczycy traktowali go po prostu jako przedstawiciela imperium amerykańskiego a on, pewien poparcia Waszyngtonu, upierał się przy dyktowaniu swoich warunków i niczym Trump straszył „wszystkimi opcjami”. Wobec tej blokady rząd zmienił strategię: zaczął mu potakiwać. Guaidó wówczas (w marcu) też zmienił linię – dzielił skórę na niedźwiedziu „rozdając” wysokie stanowiska w nowym hipotetycznym rządzie tym, którzy je zajmują w obecnym, tyle, że Maduro miał zniknąć.
Wszystko zostało ładnie rozpisane, wszyscy poklepali się po plecach i rozeszli, z tą różnicą, że Guaidó, Lopez i Waszyngton naprawdę uwierzyli w perspektywę udanego zamachu stanu. Odrzucili nawet ofertę Erika Prince’a, założyciela niesławnej pamięci Blackwater, prywatnej armii najemników, który proponował wysłanie pięciu tysięcy swoich zabijaków do Caracas, by wywołać „dynamiczne wydarzenie”. Padają dziś najrozmaitsze usprawiedliwienia, dlaczego się nie udało: że złośliwi Kubańczycy przeszkodzili, że Rosjanie, że było za wcześnie albo za późno, że „zawiodła koordynacja” bądź też nawet (ze strony Demokratów), że potencjał intelektualny rządu Trumpa „jest znikomy”, podając za przykład wąsatego Boltona lub Abramsa. Do tej pory nikt jeszcze nie odkrył, że Wenezuelczycy na ogół nie cierpią jankeskich gringos i ich groteskowej pychy. 1 Maja ludzie na ulicach Caracas skandowali „No pasarán!”.
Inwazja, czy nie?
Po porażce zamachu Bolton, Abrams i Pompeo tym mocniej potrząsają dzidami, ale mają problem z Trumpem: nie może on zdecydować, czy interwencja wojskowa w celu przejęcia wenezuelskiej ropy będzie korzystna wyborczo, czy też nie. Mimo zarządzania różnych zebrań w Pentagonie, zdaje się przeczuwać, że jednak nie, a przecież na niczym mu teraz tak nie zależy, jak na drugiej kadencji. Amerykanie z pewnością przełkną swoją kompromitację i dalej będą dusić Wenezuelę z całą mocą (na dwa przed zamachem wprowadzili „totalne” embargo na tamtejszą ropę), w oczekiwaniu na odwrócenie się ludzi od Maduro
i socjalizmu.
To oczywiście możliwe. Kraj przeżywa bardzo trudne chwile i wezwania Maduro o „stalowe nerwy” narodu mogą kiedyś nie wypalić. Na razie jednak solidarność Wenezuelczyków się sprawdza i robią, co mogą, by przeżyć imperialne naciski wiążąc się z tymi, którym Ameryka nie imponuje. Europa wychodzi z tej sytuacji dość żałośnie, bo zgodnie z amerykańskim życzeniem wiele jej państw uznało Guaidó za „prezydenta” licząc, że Trump w zamian pozwoli jej handlować choć trochę z Iranem.
Już w lutym okazało się, że Amerykanie, choć wcześniej rysowali taką perspektywę, nie mają zamiaru się na to zgodzić. Polityka prowadzona na korzyść Izraela jest po prostu wielokrotnie bardziej opłacalna wyborczo, niż proeuropejska. Niemcy, Francja, Wielka Brytania były więc gotowe uznać doktrynę Monroe, by w końcu zostać z pustymi rękami. A los rodziny Jurubith? W takich sprawach, jak polityka imperium, nie mógł się liczyć.

Czerwony Krzyż się odcina

Karawana z amerykańską „pomocą” dla „głodujących Wenezuelczyków” nie zdołała przekroczyć granicy wenezuelsko-kolumbijskiej. Doszło jednak do walk między zwolennikami Juana Guaidó, a Gwardią Narodową i służbami granicznymi. Międzynarodowy Czerwony Krzyż zapewnia, że nie ma nic wspólnego z tym konwojem „humanitarnym”, a działania USA i Kolumbii w tym zakresie ocenia jako niewiarygodne.

Na granicy wenezuelsko-kolumbijskiej sobota upłynęła pod znakiem zamieszek, w trakcie których padły co najmniej cztery ofiary śmiertelne. Służby mundurowe starły się ze zwolennikami samozwańczego prezydenta Juana Guaidó, którzy starali się wspomagać swojego lidera w forsownym wprowadzeniu na terytorium Wenezueli karawany pojazdów z tzw. pomocą humanitarną, pochodzącą z USA.
“Pomoc”, o których jej organizatorzy i konwojenci twierdzą, że składa się z żywności i leków, oficjalnie jest odpowiedzią prezydenta USA Donalda Trumpa na “kryzys humanitarny” w Wenezueli spowodowany sytuacją gospodarczą i polityczną. Jednak nawet światowe media niechętne obecnemu prezydentowi Wenezueli Nicolasowi Maduro przyznają, że konwój z “pomocą” stanowi de facto wsparcie polityczne dla Juana Guaidó, który miesiąc temu ogłosił się prezydentem kraju i został uznany przez Waszyngton, i że ma za na celu podkopanie władzy Maduro. Stany Zjednoczone i władze krajów zaangażowanych w transport “pomocy”, czyli wrogo nastawionych do Caracas Brazylii i Kolumbii, jasno dają do zrozumienia, że wyłączności na jej dysponowanie na obszarze Wenezueli udzielają Guaidó i jego ludziom. On sam kilkukrotnie powtarzał swoje “ultimatum” dla Maduro, polegające na żądaniu przepuszczenia “pomocy” przez granicę z Kolumbią i Brazylią, nie precyzował jednak co dokładnie się stanie, jeżeli prezydent będzie konsekwentnie odmawiał.
Maduro zdecydował w piątek o zamknięciu granicy z Kolumbią, uznając działania sąsiada za wrogie. Stało się to w trakcie trwania dwóch propagandowych koncertów muzycznych po obu stronach granicy: jednego wyrażającego poparcie dla amerykańskiej pomocy, bez której życie Wenezuelczyków jest rzekomo zagrożone, i drugiego, który zgromadził zwolenników legalnego prezydenta i przeciwników zagranicznej interwencji.
Sobota miała być dla organizatorów “pomocy” dniem decydującym. Największa uwaga mediów skupiła się na wydarzeniach, które rozegrały się na zamkniętym i zabarykadowanym moście granicznym Santander. Z przygranicznej kolumbijskiej miejscowości Cúcuta ruszyło w stronę granicy trzy ciężarówki z “pomocą”, które uroczyście odprawiał sam Guaidó, mimo, że ma zakaz opuszczania Wenezueli. Pojazdy zamierzano przeprowadzić przez granicą siłą, ponieważ innej możliwości nie było.
Kiedy karawana zatrzymała się na moście doszło do próby sił ze służbami wenezuelskimi, w której brali udział zwolennicy Guaido, zmierzający do przeciągnięcia pojazdów z “pomocą” przez granicę. Niektóre z ciężarówek stanęły w płomieniach – nie jest jasne z jakiego powodu, bo obie strony się o to wzajemnie oskarżają. Media sprzyjające konwojowi podają często, że ogień został wzniecony przez wenezuelską straż graniczną za pomocą “granatów z gazem łzawiącym”, nie wiadomo jednak, jak takie pociski mogłyby wzniecić ogień. Reszta karawany ostatecznie wycofała w głąb terytorium kolumbijskiego.

Armia, od której wszystko może zależeć

Jak zachowa się w sytuacji kryzysu politycznego i możliwej interwencji zagranicznej armia wenezuelska? Jej postawa może mieć decydujące znaczenie o przyszłości kraju.

Wenezuela na naszych oczach staje się kolejnym „gorącym punktem” na globie. 21 stycznia lider wenezuelskiej opozycji i przewodniczący parlamentu Juan Guaidó ogłosił się tymczasowym prezydentem kraju. Co istotne – uznały go za prezydenta Stany Zjednoczone. Z drugiej strony urzędującego prezydenta Nicolása Maduro wsparł prezydent Turcji Recep Erdoğan, emocjonalnie życząc mu „trzymaj się bracie”.

Chiny silnie zaangażowane w Wenezuelską gospodarkę wystąpiły przeciwko jakiemukolwiek mieszaniu się w wewnętrzne sprawy Wenezueli innych krajów. Rosyjski MSZ przestrzegł USA przed interwencja militarną w Wenezueli. Do Maduro dzwonił prezydent Putin, który go wsparł, podkreślając potrzebę poszukiwania uregulowania kryzysu politycznego na gruncie konstytucji drogą pokojowego dialogu z opozycją.

Póki co, wszyscy dowódcy wojskowi armii wenezuelskiej murem popierają urzędującego prezydenta. Parlament Europejski, oraz większość krajów obu Ameryk, krajów NATO (z wyłączeniem Turcji i Włoch) wspierają linię Waszyngtonu i popierają przewodniczącego parlamentu Juana Guaidó.

Według wielu mediów branżowych w Wenezueli wylądowali „chłopcy Wagnerowcy”, (w rosyjskim slangu muzykanci) czyli kontraktorzy generała Utkina. „Wagnerowcy” to prywatna rosyjska firma najemników. Prowadzą operacje poza granicami Rosji, w Syrii w Libii i innych krajach. Rosyjski samolot państwowy (prezydencki) (Ił-96 RA-96019) 23 stycznia wystartował z Moskwy do Dakaru. Stamtąd do Paragwaju, po czym 24 stycznia wyleciał do Hawany (Kuba). Wystartował i… wyłączył transponder. Wylądował zapewne w Wenezueli. „Wagnerowcy” to dawni żołnierze sił specjalnych, CZWK (prywatna wojenna firma), to forpoczta rosyjskiej armii w szeregu operacji jakie ta prowadziła w ostatnich latach, w tym na Krymie, w Donbasie czy Syrii. Jedno jest pewne – jeśli Maduro poprosi o pomoc Moskwę jak prezydent Syrii Baszar al-Assad, to nie wykluczone, że wylądują w Wenezueli „zielone ludziki” z WDW. Zabezpieczenie lotniska i pierwszy rzut specjalistów, z dużą dozą prawdopodobieństwa, mimo dementi rzecznika Kremla, już są na miejscu.

Kluczem do rozwiązania zagadki, czy Wenezuela pozostanie w strefie wpływów Chin, Rosji i Turcji, czy przejdzie w drodze kolejnej „kolorowej rewolucji” w strefę wpływów USA jest postawa wenezuelskiej armii. Czy armia ta stanie w obronie legalnych władz i czy jest zdolna do odparcia zewnętrznej interwencji. Zatem prześledźmy poniżej jakim potencjałem dysponuje.

Fuerza Armada Nacional Bolivariana de Venezuela – Siły Zbrojne Boliwariańskiej Republiki Wenezueli składają się z Wojsk Lądowych, Marynarki Wojennej, Lotnictwa, Gwardii Narodowej i ludowej milicji.

Siły Powietrzne

Z perspektywy państw Ameryki Południowej, lotnictwo Wenezueli to znacząca siła. W okresie rządów Hugo Cháveza zaplanowano znaczącą wymianę sprzętu. Dziś główną siłę stanowią dwie eskadry liczące 23 samoloty – nowoczesne rosyjskie myśliwce przechwytujące Su-30 MK2. Su-30 to dwumiejscowe ciężkie myśliwce przewagi powietrznej, zaprojektowane u schyłku Związku Radzieckiego w biurze konstrukcyjnym im. Suchoja, Eksploatowane przez Wenezuelę wersje są zmodyfikowane do roli samolotów wielozadaniowych i przenoszą cały wachlarz uzbrojenia klasy powietrze-ziemia, łącznie z rakietami Ch-31. Drugim bojowo groźnym komponentem są dwie eskadry myśliwców F-16, których Wenezuela posiada 21 szt. Ponadto w służbie są dwie eskadry lekkich samolotów szkolno szturmowych, liczące 24 samoloty chińskiej produkcji K-8W Karakorum. Lotnictwo Wenezueli posiada też 3 eskadry lekkich samolotów szturmowych. Na ich stanie jest 7 samolotów Rockwell OV-10A/E Bronco i 16 Embraer EMB 312 Tucano.

Całość uzupełnia lotnictwo transportowe, w sile 2 eskadr lotnictwa transportowego wyposażonych w 8 samolotów Shaanxi Y-8 (chińska kopia radzieckich An-12) oraz 6 amerykańskiej produkcji Lockheed C-130H Hercules i 2 Cessna 182N Skylane. 3 eskadry śmigłowców transportowych wyposażone są w 8 rosyjskich śmigłowców M-17, 10 francuskich śmigłowców Cougar oraz pochodzących również znad Sekwany 12 śmigłowców Super Puma. Śmigłowców szturmowych Wenezuela nie posiada.

Wenezuelskie siły powietrzne są w rzeczywistości najnowocześniejszymi w Ameryce Południowej. Obecność w ich składzie rosyjskich myśliwców Su-30MK pozwala osiągnąć im przewagę w powietrzu tak w przypadku wojny z Brazylią, która ma liczną, ale przestarzałą flotę samolotów bojowych, jak i z Kolumbią, której samoloty koncentrują się głównie na operacjach kontr-partyzanckich . Słabość Wenezuelskiego lotnictwa obejmuje jego komponent uderzeniowy, w rzeczywistości składający się z lekkich samolotów szturmowych. F-16 i Su-30MK mogą działać jako myśliwce bombardujące, ale nie rozwiązują całkowicie problemu. Jednak obecność dużej liczby lekkich samolotów szturmowych umożliwia walkę z opozycyjnymi bojownikami, w przypadkach przyjęcia takiej taktyki przez kraje sąsiednie. Możliwe są operacje bojowników opozycji zbrojonych i szkolonych przez CIA , przeciwko Maduro, na wzór operacji „Contras” w Nikaragui w latach 80. XX wieku. Innym słabym punktem lotnictwa wenezuelskiego jest nieobecność BSL. Drony rozpoznawcze są nieliczne, a bojowe są całkowicie nieobecne. Dotyczy to nawet banalnych quadrocopterów. Ostatnie konflikty pokazały rolę BSL we współczesnej wojnie, można by je było szczególnie skutecznie stosować w warunkach Wenezueli

Obrona przeciwlotnicza

Wenezuelska obrona przeciwlotnicza jest dość zróżnicowana w kwestii swego wyposażenia. Wenezuelskie siły zbrojne mają dość nowoczesne przeciwlotnicze systemy rakietowe dalekiego zasięgu rosyjskiej produkcji typu S-300 Favorit (2 dywizjony, w sumie 24 kompleksy). Rakietowe rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Buk-M2E (12 kompleksów) wspierane są przez mobilne gąsienicowe rakietowe systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu Tor (12 kompleksów). Na stanie jest znaczna ilość raczej przestarzałych systemów rakietowych obrony powietrznej białoruskiej produkcji Peczora (planowano wyposażyć w nie 11 dywizjonów, dokładna liczba dostępnych kompleksów jest nieznana). Wenezuelskie siły zbrojne mają znaczną liczbę naramiennych rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu rosyjskiej produkcji typu 9K38 Igła. Ponadto krajowa obrona powietrzna ma w sumie ponad 440 dział przeciwlotniczych, w tym ZU-23-2 . Oczywiście, broń ta nie stanowi poważnego zagrożenia dla nowoczesnych samolotów bojowych, ale do odpierania ataków lekkich samolotów szturmowych i śmigłowców w dżungli są te działka bardzo efektywne.

Ogólnie rzecz biorąc, wenezuelska OPL wyposażona w rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej jest w stanie skutecznie stawić czoła lotnictwu któregokolwiek z sąsiadów w regionie, ale nie jest w stanie odeprzeć zmasowanego ostrzału rakietowego (rakietami manewrującymi Tomahawk) i powietrznego lotnictwa Stanów Zjednoczonych. Dwa dywizjony nowoczesnych systemów S-300WM z rakietami 9M82 i 9M83 nie są po prostu wstanie, aby objąć skuteczną obroną rozległe terytorium Wenezueli.

Wojska Lądowe

Siły lądowe Wenezueli składają się z: dywizji pancernej (4 dywizja), dywizji zmechanizowanej (9 dywizja) i trzech dywizji piechoty. Łączna liczba żołnierzy i oficerów sił lądowych szacowana jest na 63 tysiące ludzi.

4 dywizja pancerna składa się z 41 i 11 brygad pancernych, 43 brygady artylerii oraz 42 brygady powietrzno-desantowej. 41 Brygada pancerna to najnowocześniejsza jednostka armii Wenezueli. Jej bataliony czołgów są wyposażone w rosyjskie czołgi T-72B1V, a batalion piechoty zmechanizowanej otrzymał nowoczesne rosyjskie bojowe wozy piechoty BMP-3. 11 brygada pancerna jest uzbrojona w przestarzałe francuskie czołgi AMX-30.

9 dywizja zmechanizowana składa się z 91 zmotoryzowanej brygady kawalerii na rosyjskich transporterach opancerzonych BTR-80, brygady rangersów i brygady sił bezpieczeństwa.
1 Dywizja Piechoty składa się z 24 Brygady Zmechanizowanej wyposażonej w nowoczesne rosyjskie transportery opancerzone BTR-80A i ciężkie bojowe wozy piechoty uzbrojone w działo 100 mm i działko 30 mm typu BMP-3. Na papierze jest jeszcze 11 brygada pancerna, która w rzeczywistości nie została sformowana. Planowano uzbroić ją w czołgi T-72B1V. Dywizja nie posiada planowanej brygady logistycznej oraz brygady rangersów.

2 Dywizja Piechoty składa się z 25. Brygady Zmechanizowanej (wyposażonej w transportery opancerzone BTR-80A i bojowe wozy piechoty BMP-3), oraz 21 Brygady Piechoty Górskiej.
3 Dywizja Piechoty składa się z 31 brygady zmechanizowanej (na transporterach BTR-80A i bojowych wozach piechoty BMP-3), a także brygady policji, łączności i żandarmerii wojskowej
Ogółem siły lądowe Wenezueli wyposażone są w 92 nowoczesne rosyjskie czołgi T-72B1V, 80 przestarzałych francuskich czołgów AMX-30, 31 starych francuskich czołgów lekkich AMX-13C90, 78 FV101 Scorpion – brytyjskich lekkich czołgów rozpoznawczych. Armia posiada też 123 rosyjskie bojowe wozy piechoty BMP-3, które można sklasyfikować jako lekkie czołgi, gdyż wyposażone są w działo 100 mm, armatę 30 mm 2A72, 1 ciężki karabin maszynowy 7,62 mm PKT sprzężony z działkiem, oraz dwa kursowe PKT kalibru 7,62 mm.

Transportery opancerzone wenezuelskiej armii to 114 rosyjskich BTR-80A uzbrojonych w działko 2A42 kalibru 30 mm sprzężone z karabinem maszynowym PKT kalibru 7,62 mm, oraz 80 przestarzałych amerykańskich opancerzonych samochodów rozpoznawczych Cadillac Gage Commando V-100 i V-150

Armia ma posiadać również 40 najnowszych rosyjskich BMP-3M Dragun.

Wenezuelska artyleria

Najnowocześniejszymi przedstawicielami „Boga wojny” w armii Wenezueli jest 48 rosyjskich dział samobieżnych kalibru 152 mm 2S19 MSTA-S o zasięgu ognia 24-29 km. Uzupełnia je 12 leciwych samobieżnych francuskich haubic 155 mm AMX-13 F3 AM i 13 radzieckich samobieżnych moździerzy 120 mm 2S23 Nona-SVK.

Holowana artyleria składa się z 12 amerykańskich haubic 155-mm M114, 40 dział 105 mm M101A1, 40 włoskich lekkich haubic 105 mm OTO Melara Mod 56.
Ponadto, w służbie Wenezuela posiada 24 wieloprowadnicowe wyrzutnie artyleryjskich rakietowych pocisków niekierowanych BM-21 Grad i 12 arcygroźnych ciężkich wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych kalibru 300 mm o zasięgu 90 km Smiercz. Pojazd wystrzeliwuje 12 rakiet 9M55K – z głowicą kasetową 9N139, zawierającą 72 podpociski odłamkowo-burzące 9N235 o masie 1,81 kg każdy. W jednostkach są też dwa dywizjony (20 pojazdów) izraelskich wyrzutni rakiet niekierowanych LAR-160.

Zwraca uwagę fakt, że brygady piechoty armii wenezuelskiej nie są uzbrojone w bojowe wozy piechoty i transportery opancerzone. Jednak w warunkach, gdy znaczna część terytorium Wenezueli jest pokryta dżunglą, masowe użycie pojazdów opancerzonych jest wątpliwe, nacisk zostanie wyraźnie położony na działania jednostek pieszych. To właśnie jest powodem obecności w dywizjach 3 brygad rangersów, które wcześniej były częścią 5 dywizji leśnej, która prowadziła operacje przeciwko przemytnikom narkotyków w strefie przygranicznej. Ogólnie rzecz biorąc, siły lądowe Boliwariańskiej Republiki Wenezueli są o rząd wielkości silniejsze od armii swoich sąsiadów pod względem wyposażenia w ciężką broń. Na przykład armia kolumbijska nie ma żadnych czołgów, brazylijskie siły zbrojne są uzbrojone w 600 pojazdów, ale cały ich park pancerny jest moralnie i fizycznie przestarzały. Armię Wenezueli cechuje tez znaczna liczba moździerzy.

Flota wojenna

Flota Wenezueli posiada dwa okręty podwodne o napędzie dieslowskim produkcji niemieckiej typu 209. Siły nawodne to 6 zaprojektowanych w latach 70-tych XX w włoskich fregat rakietowych klasy „Lupo”. To okręty o wyporności 2525 t, z załogą liczącą 194 oficerów i marynarzy, uzbrojone w 8 rakiet przeciwokrętowych Teseo i jedną wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych Sea Sparrow oraz działo 127 mm i wyrzutnię torped 324 mm. Okręt posiada również śmigłowiec AB-212. Marynarka wenezuelska posiada też dywizjon eskortowców (kutry rakietowe Vosper 27M i 3 kutry artyleryjskie klasy Constitution. Siły okrętów pomocniczych to 4 okręty desantowe klasy Sarapa i jeden okręt zaopatrzeniowy Ciudad Bolívar oraz kilka innych lekkich okrętów.

Lotnictwo Morskie obejmuje eskadrę śmigłowców ZOP Bell-212 (5 maszyn), patrolową jednostkę lotniczą w sile 2 samolotów C-212-200, eskadrę transportową mająca na stanie 4 samoloty C-212, 2 samoloty typu King Air Beech C-200 i C-90 oraz 1 samolot Turbo Commander. Ponadto lotnictwo morskie ma eskadrę 6 rosyjskich śmigłowców transportowych Mi-17 i 6 śmigłowców typu Bell-412.

Jednostki piechoty morskiej są nominalnie połączone w jeden organizm dywizyjny, ale w tej chwili ta jednostka znajduje się w stadium formowania. Łączna liczba żołnierzy piechoty morskiej szacowana jest na 15 000 ludzi, a struktura dywizji składa się z 2 brygad liczących trzy bataliony, rzecznej brygady granicznej, brygady specjalnej, brygady inżynieryjnej, batalionu łączności i dywizyjnej grupy artylerii. Słabym punktem tego rodzaju oddziałów jest sprzęt techniczny, dlatego pojazdy pancerne są reprezentowane jedynie przez 10 gąsienicowych amfibii AAVP-7A1, 37 transporterów opancerzonych Engesa EE-11 Urutu produkcji brazylijskiej oraz 15 BMP ZBD2000 (VN-18) i ZBL-09, dostarczanych z Chin. Artyleria morska składa się z 18 armat włoskich OTO Melara Mod 56. W stosunku do reszty jednostek dywizji, brygada sił specjalnych wyróżnia się najlepszym sprzętem i bronią. W szczególności siły specjalne są uzbrojone w rosyjskie karabiny szturmowe AK-103.

Ogólnie rzecz biorąc, flota Wenezueli jest w dość dobrym stanie na tle krajów Ameryki Południowej i jest zdolna do prowadzenia udanych operacji bojowych przeciwko sąsiadom w regionie. Obecność fregat rakietowych sprawia, że jest on potężnym przeciwnikiem dla marynarki wojennej sąsiedniej Brazylii, jednak w przypadku starcia z siłami US Navy wynik bitwy morskiej zostanie szybko ustalony. Wenezuelska marynarka wojenna nie ma praktycznie nic, czym może skutecznie przeciwstawić się amerykańskiej lotniskowcowej grupie uderzeniowej.

Pospolite ruszenie

Wraz z siłami zbrojnymi struktury lewicowej władzy Wenezueli przewidują utworzenie boliwariańskiej narodowej milicji, która obejmuje ponad 220 tysięcy osób. Oczywiście ich poziom wyszkolenia bojowego i uzbrojenia nie jest porównywalny z regularną armią, ale liczna, uzbrojona w broń palną, złożona ze zmotywowanych bojowników formacja, może działać jako rezerwa mobilizacyjna dla Sił Zbrojnych, a także walczyć jako formacje nieregularnej partyzantki miejskiej i w dżungli.

Ogólnie rzecz biorąc, siły zbrojne Wenezueli są w pełni zdolne do odparcia wszelkich zewnętrznych agresji swoich sąsiadów w regionie. Pod względem uzbrojenia i wyposażenia armia wenezuelska jest jednym z liderów w Ameryce Łacińskiej. Na pierwszy rzut oka armia wenezuelska ma niewielką ilość ciężkiej broni, ale doskonale nadaje się do prowadzenia operacji bojowych w dżungli.

Jednak trzeba zauważyć, że wenezuelskie siły zbrojne mają również wiele istotnych wad. W szczególności armia ta praktycznie nie ma doświadczenia w walce. Jednak armia sąsiedniej Brazylii również nie ma takiej jakości.

Kolejnym i być może bardziej znaczącym, problemem dla Maduro jest sytuacja wewnętrzna w armii. Kryzys społeczno-gospodarczy w kraju wywołał niezadowolenie z reżimu rządzącego, w tym w siłach zbrojnych. Dowodzą tego liczne spiski wojsk podjętych przeciwko Maduro.

W sąsiedniej i wrogiej Wenezueli Kolumbii rozwijają się już pierwsze jednostki armii USA. Obecni są agenci CIA, tworzą z opozycji zbrojne oddziały wrogiej partyzantki. Pozostaje otwartym pytanie, czy armia pozostanie lojalna prezydentowi Maduro? Czy możliwy jest scenariusz, że dojdzie do jej rozkładu, podziału i wojny domowej? Czy armia ta, w przypadku interwencji USA i koalicji państw ościennych jak Kolumbia czy Brazylia podejmie walkę?

W tej chwili sytuacja w kraju rozwinęła się w taki sposób, że kwestia, kto będzie rządził Wenezuelą w najbliższej przyszłości, zależy w dużej mierze od pozycji armii. Starym obyczajem, od dziesięcioleci stosowanym w Ameryce Południowej i Łacińskiej przez Waszyngton, Amerykanie próbują przekupić oficerów i skierować armię przeciwko legalnym władzom. Czy im się to uda, będziemy czujnie obserwowali.

Wenezuelski gambit

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: „Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaidó, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.
Wóz albo przewóz
Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.
Guaidó sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. – Posunęli się za daleko – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego – Niech się stąd zabierają! Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.
Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.
Ponieważ Trump grzmiał, że „wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.
Waszyngton boso, ale w ostrogach
Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaidó – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.
Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chávezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chávez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.
Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaidó na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.
Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chávez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chávezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaidó przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.
Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaidó. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaidó. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.
Im gorzej, tym lepiej
Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaidó – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Cháveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaidó 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.
Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.
Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.
Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.
Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.
Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaidó, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaidó. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaidó stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.
Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaidó, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaidó pozostaje nieznane.
Obronić dziedzictwo Cháveza
Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:
„Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”
Należy dodać do tego rozważane przez Guaidó zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Cháveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.
Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaidó członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.
Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z „kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Zerwane stosunki

Przywódca Stanów Zjednoczonych oficjalnie uznał Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wenezueli, za tymczasowego prezydenta tego kraju. Oświadczył, że Nicolás Maduro to dyktator bez demokratycznego mandatu do pełnienia władzy. Maduro ogłosił, że jest to próba zamachu stanu i zerwał stosunku dyplomatyczne z Waszyngtonem.

Biały Dom wydał w środę oficjalne oświadczenie, w którym uznał 35-letniego Juana Guaidó, przewodniczącego wenezuelskiego Zgromadzenia Narodowego, za “tymczasowego prezydenta Wenezueli”.

11 stycznia, dzień po zaprzysiężeniu Nicolása Maduro na prezydenta kolejnej kadencji, Guaidó, który tak jak całe większość Zgromadzenia opanowanego przez opozycję, nie uznaje wyniku wyborów prezydenkich, ogłosił, że jest gotowy stanąć na czele “rządu tymczasowego”, którego celem będzie przywrócenie w Wenezueli porządku demokratycznego. Działanie ZN zostało zawieszone trzy lata temu przez Sąd Najwyższy w wyniku kryzysu politycznego wokół mandatów trzech opozycyjnych deputowanych. Zachodzi więc polityczny impas: ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. 23 stycznia Guaidó ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta Wenezueli.

Trump, który od dawna kierował groźby w stronę Maduro i wyrażał poparcie dla wenezuelskiej opozycji, w swoim oświadczeniu stwierdził, że deklarację Guaidó uznaje i odtąd to on będzie traktowany jako p.o. głowy państwa. Podkreślił, że ZN jest jedynym demokratycznie wybranym ciałem w Wenezueli.

„W dalszym ciągu będę korzystał z pełni ekonomicznej i dyplomatycznej władzy Stanów Zjednoczonych, by pomóc przywrócić demokrację w Wenezueli” – napisał Donald Trump. Stwierdził, że Maduro nie posiada legitymacji do sprawowania władzy i stanowi zagrożenie dla narodu Wenezueli. W ślad za deklaracją Trumpa poszły kolejne: Guaidó został uznany jako pełnoprawny tymczasowy prezydent przez Brazylię, Argentynę, Kolumbię (wszystkie blisko sprzymierzone z USA), później także inne państwa regionu. Poparcie dla Maduro zadeklarowały natomiast Boliwia i Kuba, także Meksyk nie ma zamiaru uznawać „nowego prezydenta”.

Deklaracja Trumpa jest tylko nadaniem oficjalnemu charakteru wcześniejszej decyzji Białego Domu, którą dzień wcześniej ogłosił wiceprezydent Mike Pence w nagraniu wideo, jakie zamieścił w sieci. Pence zawarł w nim oświadczenie podobne do Trumpa: uznał Guaidó prezydentem i zadeklarował pełne poparcie USA dla wenezuelskiej opozycji, którą określił jako jedyną siłę zdolną “przywrócić demokrację” w kraju.

W środę Caracas było miejscem zapowiedzianych wcześniej masowych demonstracji zwolenników opozycji przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Doszło do starć z policją. Niektóre media donoszą o śmierci kilku osób.

Maduro uznał decyzję Trumpa za poparcie dla puczu i oświadczył, że Wenezuela zrywa stosunki dyplomatyczne z USA. – Posunęli się za daleko! Postanowiłem zerwać wszelkie dyplomatyczne i polityczne relacje z imperialistycznym rządem Stanów Zjednoczonych. Precz! Wszyscy mogą się zabierać! – grzmiał prezydent w przemówieniu z balkonu pałacu prezydenckiego.
Maduro dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na opuszczenie terytorium Wenezueli.

– Nie dla puczu! nie dla interwencjonizmu! Wenezuela chce pokoju – kontynuował Maduro zwracając się do rodaków – Nie ufajcie imperium gringos. Żądają wenezuelskiej ropy, gazu i złota – oto co nimi kieruje! A one należą do suwerennego narodu Wenezueli.

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo wezwał wenezuelskie wojsko do stanięcia po stronie “demokracji” czyli do poparcia Guaidó przeciwko Maduro. Armia wenezuelska ustami ministra obrony Vladimira Padriny ogłosiła jednak, że nie stanie po stronie „prezydenta narzuconego przez obce siły”.

Mieszkanie+ w Caracas

Znienawidzony również przez polskie media Nicolás Maduro, prezydent Wenezueli, dokonał uroczystego przekazania mieszkań wybudowanych w ramach państwowego programu. Jego rząd dostarczył niezamożnym obywatelom już 2,3 mln lokali. Jest już zapowiedź, że w przyszłym roku program „dobije” do 3 mln.

 

W 2011 r. nieżyjący już prezydent Hugo Chávez zainaugurował w Wenezueli wielkoskalowy projekt budownictwa komunalnego Gran Misión Vivienda Venezuela, który miał odpowiedzieć na głód mieszkaniowy panujący wśród ubogiej części narodu. Zgodnie z planami do 2017 r. miały powstać 2 mln nowych mieszkań dla niezamożnych. W pierwszym roku wdrażania programu rząd miał wybudować 150 tys. lokali, dalej zaś planowano dostarczać 300 tys. rocznie.

Plan ostatecznie zrealizowano w tym roku. Następca Cháveza Nicolás Maduro, przez prawie wszystkie zachodnie media przedstawiany jako krwawy dyktator, przekazał właśnie do użytku nowe osiedle w północno-wschodniej prowincji Lara. Oznacza to, że w ramach Gran Misión Vivienda rząd kraju dostarczył ubogim Wenezuelczykom 2,3 mln mieszkań. Maduro obiecuje, że jego ekipa nie spocznie na laurach i w 2019 r. liczba wybudowanych w ten sposób lokali wzrośnie do 3 mln. Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć Rewolucji Boliwariańskiej, która rozgorzała w 1999 r. wraz objęciem władzy przez Hugo Cháveza.

Plan budowy 2 mln mieszkań był realizowany w warunkach nasilającego się kryzysu ekonomicznego, podsycanego przez spekulantów krajowych, “nakręcających” hiperinflację i wywóz masy towarów do Kolumbii, i zagranicznych, dokonujących celowych ataków na Wenezuelską walutę.

Napaść na Wenezuelę

Tę jednoznaczną groźbę wyraził sekretarz generalny organizacji Luis Almagro, a jego słowa należy traktować poważnie.

 

Almagro wypowiedział się w taki sposób w kolumbijskim mieście Cucuta, niedaleko od granicy z Wenezuelą. Kolumbia jest w silnym sporze z Wenezuelą, a prezydent tej ostatniej – Nicolas Maduro, oskarżył władze Kolumbii o współdziałanie podczas ostatniej próby zamachu na niego przy pomocy drona.

Cucuta zmaga się z falą uciekinierów z terenów sąsiedniej Wenezueli, którzy szukają lepszego życia w związku z ostrym kryzysem ekonomicznym, który ma miejsce w Wenezueli.

Na początku maja Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji oznajmiła, że napływ migrantów do Kolumbii zwiększył się w ostatnim roku 10 krotnie. Jeśli w 2015 roku było ich 89 tysięcy, to w 2017 – już 900 tysięcy. Ogólnie z powodu kryzysu ekonomicznego ogólna liczba emigrantów wenezuelskich osiągnęła liczbę 2,5 miliona. Jak donosi Organizacja, z tego ponad milion zatrzymało się w Kolumbii. Kraj ten poprosił więc o pomoc OPA. Organizacja, w której USA są nader istotnym członkiem (siedziba Rady OPA znajduje się w Waszyngtonie) zareagowała niezwłocznie.

– Co się tyczy wojskowej interwencji w celu obalenia Nicolasa Maduro, to nie powinniśmy wykluczać żadnego wariantu – powiedział Almagro. Wcześniej na ulicach miasta do sekretarza OPA podbiegł jeden z uciekinierów krzycząc: „Pomóżcie nam! Ja i żona jesteśmy wykwalifikowanymi pracownikami a znajdujemy się tutaj! Niech wejdą Amerykanie!”

Słowa sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich mają duże szanse na realizację, ponieważ to byłby pożądany przez USA scenariusz, który jednocześnie nadałby interwencji zbrojnej mające na celu obalenie Nicolasa Maduro pozory legalności. Wprawdzie statut – Karta Organiczna – mówi, że celem OPA jest m.in. umacnianie pokoju i bezpieczeństwa na kontynencie amerykańskim, pokojowe regulowanie sporów między państwami członkowskimi, suwerenność i równość państw a także pokojowe rozwiązywanie sporów i nieinterwencję, ale, jak uczy najnowsza historia USA, to nie są sprawy istotne, kiedy chodzi o obalenie niewygodnych polityków.

Próba zamachu

W sobotę podczas uroczystości wojskowych w Caracas doszło do nieudanego zamachu na życie prezydenta Nicolása Maduro. Agresję na głowę państwa podjęto przy użyciu dronów. Przywódca odpowiedzialnością za atak obarczył siły prawicowe w kraju i w sąsiedniej Kolumbii.

 

W sobotę o godzinie 17.41 czasu miejscowego podczas parady wojskowej w stolicy Wenezueli doszło do incydentu, który władze wyjaśniły jako próbę zamachu na prezydenta przemawiającego wówczas na uroczystości. Tego samego dnia wieczorem Maduro potwierdził tę wersję w specjalnym telewizyjnym wystąpieniu. O zlecenie zamachów oskarżył “prawicowe siły imperialistyczne”.
– Podjęto dziś próbę zamachu na moje życie i wszystko wskazuje na wenezuelską i kolumbijską skrajną prawicę. Kryje się za tym również nazwisko Jose Manuel Santos – powiedział Maduro, mając na myśli prezydenta Kolumbii.

Następca Hugo Cháveza poinformował, że sprawców schwytano i są przesłuchiwani. Określił dochodzenie jako zaawansowane i zdradził, że osoby odpowiedzialne za zaplanowanie i sfinansowanie próby zamachu mieszkają w USA na Florydzie. Przywódca Wenezueli zwrócił się również do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa:

– Liczę na to, że rząd Trumpa jest zdeterminowany do walki z terrorystami dokonującymi zamachów w pokojowo nastawionych krajach na naszym kontynencie, jak Wenezuela.
Próbę zamachu potwierdził minister informacji Jorge Rodriguez: – Wszczęto już dochodzenie – powiedział – Kilka obiektów latających, przypominających drony, wyposażonych w ładunki wybuchowe, zostało zdetonowanych w pobliżu platformy prezydenckiej i kilku innych miejscach uroczystego zgromadzenia.

Rodriguez podkreślił, że samemu prezydentowi nic się nie stało i natychmiast powrócił do swoich obowiązków, natomiast rannych zostało siedmiu żołnierzy.

Moment zamachu uchwycony został na zapisie telewizyjnym podczas relacji z sobotniej parady wojskowej z okazji 81 rocznicy utworzenia Gwardii Narodowej w Wenezueli. Na filmie widać, jak Nicolás Maduro przerywa przemówienie i wraz ze stojącą obok niego żoną z niepokojem patrzą w górę. W następnym ujęciu widać zamieszanie jakie powstaje przed jego trybuną: żołnierze stojący na baczność zrywają się i biegną w stronę miejsca, z którego przemawiał prezydent. Tu zapis się urywa.

Agencja AFP ujawniła też zdjęcia budynku niedaleko miejsca, w którym przemawiał prezydent, noszącego ślady, jakie mogły powstać podczas detonacji ładunku wybuchowego.

Od pięciu lat na tle poważnego kryzysu gospodarczego w Wenezueli dochodzi do starć sił rządowych ze zwolennikami opozycji, podczas których padły liczne ofiary śmiertelne po obu stronach. Maduro wielokrotnie oskarżał liberalną opozycję o współpracę z USA celem siłowego obalenia jego rządu.

Wyrazy ubolewania i solidarności z Maduro przesłał prezydent Boliwii Evo Morales. Przywódca Kolumbii José Manuel Santos kategorycznie zaprzeczył oskarżeniom Maduro i nazwał je absurdalnymi.

Cel – Wenezuela!

Donald Trump w sierpniu ubiegłego roku zupełnie poważnie rozważał napaść na Wenezuelę. Z trudem odwiódł go od tego pomysłu ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Herbert McMaster, który już doradcą Trumpa nie jest.

 

Jak donosi „Associated Press”, powołując się na źródła w administracji amerykańskiego prezydenta, nieprzewidywalny w polityce zagranicznej prezydent Stanów Zjednoczonych latem ubiegłego roku całkowicie poważnie zastanawiał się nad militarną interwencją w Wenezueli. Jej celem byłoby obalenie rządu Nicolasa Maduro i zainstalowanie na jego miejsce „odpowiedniejszego”, czyli w południowoamerykańskich warunkach konserwatywno-neoliberalnego gabinetu (zmontowanego z popieranych przez USA opozycjonistów). Trump zasugerował taki ruch publicznie, mówiąc, że w stosunku do Wenezueli amerykański rząd ma „wiele opcji”, także wojskową. Informacje agencji świadczą jednak o tym, że nie były to tylko puste pogróżki.

Dzień przed wojowniczą deklaracją Trump miał zgromadzić w Gabinecie Owalnym czołowych urzędników swojej administracji i zapytać ich o zdanie w sprawie interwencji w Wenezueli. Zasugerował możliwy pretekst – ekonomiczne tarapaty, w jakich znajduje się Caracas, miałyby stanowić zagrożenie dla całego regionu, a USA miałyby wystąpić w roli stabilizatora. Jednak ani Sekretarz Stanu Rex Tillerson, ani doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Herbert McMaster nie wykazali entuzjazmu dla takiego pomysłu. Trump nie dawał się przekonać – nie podniósł telefonu od prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, potem poruszył kwestię możliwej interwencji w rozmowie z prezydentem Kolumbii Juanem Manuelem Santosem.

Jeszcze we wrześniu ubiegłego roku Trump sondował zaprzyjaźnionych przywódców latynoamerykańskich, czy chcieliby siłowego obalenia rządu Maduro. Zasugerował, że jeśli ich odpowiedź będzie pozytywna, zignoruje rady swoich doradców w tej sprawie.

Najwyraźniej przyjaciele Stanów na kontynencie lepiej niż Trump dostrzegli, że prawdziwą destabilizację regionu przyniesie nie zapaść Wenezueli (w której USA też odegrały swoją rolę), ale właśnie wkroczenie US Army do kraju rządzonego niegdyś przez Hugo Chaveza. Potem według „AP” swoje zrobiły także argumenty McMastera. Ani on, ani Rex Tillerson, który również odradzał wszczynanie wojny, nie są już w administracji Trumpa.

Wenezuela na widelcu

Młody, płonący mężczyzna w masce biegnie wzdłuż ściany, na której widać namalowany pistolet. Z jego lufy wyskakuje słowo „pokój”, pewnie wieczny. Zdjęcie, które wygrało World Press Photo, zostało zrobione na ulicy Caracas, by stać się światowym symbolem losu Wenezueli, jednocześnie bliskim i dalekim od prawdy. 19 lat temu imperium amerykańskie przegrało w tym kraju, teraz kontratakuje. Ale to nie jedyna przyczyna kłopotów.

 

Fotografia Ronaldo Schemidta powstała w maju zeszłego roku. Był to jeden z czterech miesięcy gwałtownych zamieszek w stolicy kraju, gdy prawicowa opozycja poderwała młodzież z bogatych dzielnic do siłowego obalenia prezydenta Nicolása Maduro, a wraz z nim „socjalizmu XXI wieku”, który próbuje wprowadzić. To nie były ot, takie sobie starcia z policją, jakie zdarzają się w Europie. Manifestanci strzelali, krew lała się po obu stronach, padło ponad stu zabitych. Opozycja nie mogła wygrać, bo brak jej szerszego społecznego poparcia, ale jak wcześniej i później, w zachodnich kręgach polityczno-medialnych to wenezuelski socjalizm wskazano jako nieodwołalnie przegrany.

Wenezuelski przykład stał się ogólnoświatowym straszakiem na lewicę. Urósł do elementu polityki wewnętrznej we Francji, Hiszpanii i w innych krajach Europy, w prawicowych krajach Ameryki Łacińskiej i oczywiście u Anglosasów. Patrzcie, wołają media i komentatorzy, do czego prowadzi socjalizm: do chaosu i biedy. Wstydźcie się ludzie lewicy za Wenezuelę – wałkują triumfujący propagandziści, by zmusić przeciwników niepodzielnej władzy kapitału do spuszczenia oczu. W tym kontekście, ogłoszenie przez Trumpa kolejnych sankcji finansowych przeciw Wenezueli, nazajutrz po wygranych przez Maduro wyborach, ma się wydawać logicznym dobiciem jego kraju. Zwycięstwo to porażka. Wojna przeciw Wenezueli, na razie gospodarczo-polityczna, to pokój.

Szukanie generała

Oczywiście nikt z dzisiejszych politycznych krytyków nie zawracałby sobie głowy Wenezuelą i jej wyborami, gdyby jej głównym bogactwem były mango i banany. Ale ten kraj ma dziś przeciw sobie sankcje Unii Europejskiej, izolację ze strony prawicowych krajów własnego kontynentu i natężoną wrogość imperium, bo posiada największe poświadczone rezerwy ropy na świecie, położone w strategicznym miejscu, o 4 dni morskiego transportu od teksańskich rafinerii.

Nikt nie czepiał się Wenezueli, gdy 60 proc. jej obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, bo należała do amerykańskiego ogródka: Waszyngton zawsze traktował Amerykę Łacińską jako swą ekskluzywną domenę. Gdy pod koniec lat 70 na kontynencie zaczął rządzić amerykański neoliberalizm – „genialna” pompa ssąca bogactwa z dołu do góry drabiny społecznej – było na nim 120 milionów nędzarzy, 20 lat później już 225 milionów. To dlatego pojawili się Chávez, Lula i inni.

W sierpniu zeszłego roku Trump ogłosił, że nie wyklucza „opcji militarnej” w Wenezueli, choć ten kraj nie zagraża imperium ani sąsiadom. 16 lat temu Amerykanie zorganizowali (nieudany) zamach stanu przeciw Chávezowi, a teraz, od jego śmierci w 2013 r., szczególnie gorączkowo poszukują wenezuelskiego Pinocheta, który przywróciłby imperialny porządek i panowanie nad ropą. W miniony wtorek wenezuelska żandarmeria aresztowała 11 oficerów podejrzanych o formowanie spisku, ale lokalnego Pinocheta ciągle nie ma. Armia pozostaje wierna prawowitemu rządowi.

Wybory opozycji

„Weryfikowaliśmy 92 procesy wyborcze: powiedziałbym, że wenezuelski jest najlepszy na świecie” – mówił sześć lat temu były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. Nie bez kozery: działa tam skuteczny system przeciw oszustwom. Każdy głos jest potrójnie gwarantowany: przez odcisk palca, elektronicznie i na papierze. Do tego zawsze obserwatorzy międzynarodowi. Maduro, jak Chávezowi, zależy na pewnych atrybutach tradycyjnej, liberalnej demokracji, bo jest pewny siły swoich idei społecznych.

Wiedzą to w Ameryce i w Europie, ale Unia, ledwo Maduro został ponownie wybrany, poszła śladem Trumpa i wprowadza właśnie nowe sankcje przeciw Wenezueli. Były „nieprawidłowości”, bo „głosy zostały kupione”. Unia powtarza argument głównego, przegranego, opozycyjnego kontrkandydata Maduro, Henriego Falcona, którego zdaniem na głosowanie wpłynęły programy socjalne rządu… Tego samego dnia Unia mogłaby wprowadzić sankcje przeciw co najmniej kilkudziesięciu krajom na świecie, gdzie wybory są komedią lub nie ma ich wcale, ale chce wziąć udział w dobijaniu Wenezueli, mając nadzieję, że w zamian za to Waszyngton pozwoli jednak europejskim przedsiębiorstwom handlować z sankcjonowanym Iranem.

W ciągu 19 lat rządów socjalistów odbyły się w Wenezueli 23 procesy wyborcze. Chaviści większość wygrywali, a opozycja traktowała je tak instrumentalnie, że w rezultacie utraciła miliony wyborców. Czy ma ona coś wspólnego z demokracją? Gdy w 2015 r., kiedy ceny ropy były na samym dole i kryzys poważnie zaczął zaglądać ludziom w oczy, wygrała wybory parlamentarne: jej pierwszym ogłoszonym zamiarem było „obalić prezydenta Maduro w ciągu sześciu miesięcy”. Prezydenta, który dwa lata wcześniej wygrał wybory. Nastąpiła potem epoka kwestionowania głosowań. To dlatego zeszłoroczne rozruchy miały znowu obalić rząd siłą. Kiedy się nie udało, ta sama prawicowa opozycja jednak zdecydowała na nowo brać udział w wyborach (regionalnych, w październiku) wiedząc, że są uczciwe, by po ich przegraniu „bojkotować” prezydenckie, zakończone w ubiegłą niedzielę. Nie miała w nich szans, z powodu zwykłej utraty wiarygodności. Mimo poparcia prywatnych mediów i „społeczności międzynarodowej”.

Kryzys i kłopoty

Boliwariańska rewolucja w Wenezueli nie ma wiele wspólnego z np. kubańską. Zachowano wielopartyjność, prywatne media, i – mimo znacznych nacjonalizacji – rolno-przemysłowy sektor prywatny, kapitalistyczne stosunki produkcji i handlu, by uzupełniać je o inne formy i przede wszystkim przekierować dystrybucję zysków z ropy z góry na dół. Lewicowa krytyka wenezuelskiej gospodarki twierdzi, że polityka ekonomiczna kraju była jednak mało socjalistyczna. Jej wynikiem był stały proces dezindustralizacji na korzyść finansowej kasty importerów, która rozwijając ludowy klientelizm drastycznie przyśpieszyła recesyjną fazę kapitalistycznego cyklu gospodarczego. Procesowi akumulacji kapitału opartego na przejęciu zysków z ropy towarzyszyła cokolwiek szalona polityka monetarna.

Chęć nakarmienia ubogich od początku oznaczała gigantyczny wzrost importu, aż do popadnięcia w nagły konsumpcjonizm. Jego promocja była tak szczodra, że państwo sprzedawało petrodolary prywatnym importerom za śmieszną cenę w bolivarach (wenezuelskiej walucie). Praktycznie z 10 sprzedanych dolarów 9,5 dostawali za darmo. Ten lukratywny transfer renty z ropy w kierunku sektora prywatnego okazał się bardzo kosztowny i szkodliwy dla całego państwa. Na dodatek znaczna część importu za niemal darmowe dolary była fikcyjna, żadne towary nie pojawiały się w portach, Wenezuela przez lata przypominała dziurawy garnek, z którego twarda waluta wyciekała ciurkiem na zagraniczne konta. W czasach drogiej ropy import był tak tani, że coraz większej liczby rzeczy nie opłacało się po prostu produkować, przemysł zamierał, jak i rolnictwo. Taka polityka nie miała nic wspólnego z socjalizmem inspirowanym Marksem. Kiedy cena ropy spadła, zaczęło brakować niemal wszystkiego. Wielostronne sankcje finansowe, które paraliżują państwowy import żywności i lekarstw, dopełniły dzieła.

Dziś Wenezuela ma na plecach pięciocyfrową hiperinflację, dwucyfrowy deficyt fiskalny i najniższy od 20 lat stan rezerw walutowych (nieco ponad 9 miliardów dolarów). Wartość tzw. dolara równoległego wzrosła w ubiegłym roku o 2500 proc., co dosłownie rozbiło w pył siłę nabywczą ludności. W sąsiedniej Kolumbii, gdzie w najbliższą niedzielę odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich, prawicowy kandydat Ivan Duque afiszuje hasło „Chcecie socjalizmu, to zobaczcie nędzę Wenezueli”. Tylko neoliberalizm ma być prawidłową drogą. Ale dwa miliony Kolumbijczyków, którzy w czasach Cháveza wyemigrowali do Wenezueli, by przed takimi receptami uciekać, nie ma specjalnie zamiaru wracać.

Czarne chmury

Dla większości mieszkańców Wenezueli nazwisko Cháveza kojarzy się z redukcją nierówności i ludową prosperitą w kontekście pogłębionej demokracji. Dla kontrastu Nicolás Maduro – raczej z powrotem biedy i usztywnieniem polityczno-policyjnym związanym z izolacją międzynarodową i zagrożeniem ze strony Waszyngtonu. Frekwencja w wyborach, które ponownie wyniosły go na najwyższe stanowisko, była stosunkowo niska, co jest dlań mocnym ostrzegawczym sygnałem. Jednak ludzie na niego głosowali, bo mimo wszystkich trudności, które wolą zresztą przypisywać raczej amerykańskim „gringos”, nie chcą powrotu do czasów sprzed Cháveza, gdy nie znaczyli niemal nic. Podśmiewają się trochę z Maduro, krytykują go, ale szanują, bo ich zdaniem szczerze chce ratować kraj. Może nie wciela tak dobrze jak Chávez „wenezuelskiej dumy”, ale ciągle daje nadzieję.

Zdaje się, że zrozumiał główny problem. Nie przestaje mówić o dywersyfikacji dochodów (nie tylko ropa), budowie przemysłu, odbudowie bardziej racjonalnej roli pieniądza. Dwoi się i troi, by ożywić gospodarkę, ale na horyzoncie ma dziś same czarne chmury, będzie mu bardzo trudno. „Nigdy nie widzieliśmy tak bezlitosnego ataku międzynarodowego na proces wyborczy” – mówiła wczoraj przewodnicząca krajowej komisji wyborczej Tibisay Lucena. Wenezuelskie MSZ potępiło „lincz gospodarczy i polityczny” Wenezueli ze strony USA, gdzie rządzi „suprematystyczny, rasistowski i wojenny reżim (…) inspirowany postulatami Ku-Klux-Klanu.” Maduro, oprócz naprawy gospodarki, musi doglądać sytuacji na granicach państwa, patrzeć na siedem baz amerykańskich w Kolumbii, na postępującą organizację zbrojnej interwencji, która może przyjąć niespodziewane formy – z terroryzmem włącznie. Po prostu zbyt wielu potężnych ludzi chciałoby widzieć Wenezuelę jak na zdjęciu Ronaldo Schemidta.