Ikon górą!

Kulturalny i wyróżniający się klasą intelektualną z jednej strony, z drugiej – impertynencki funkcjonariusz obozu władzy. Piotr Ikonowicz i Dominik Tarczyński spotkali się w propagandowym programie „Woronicza 17” emitowanym na antenie TVP Info. Przedstawiciel lewicy nie dał się stłamsić i z imponującą zręcznością wykazał manipulacje i ignorancję swojego przeciwnika.
To starcie trudno nazwać debatą, bo Piotr Ikonowicz miał przeciwko sobie nie tylko prezentującego żenujący poziom politruka, ale również stronniczego prowadzącego – Michała Rachonia. Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej wybrnął jednak z trudnej sytuacji. Dyskusja dotyczyła pozycji polski na arenie międzynarodowej. Ikonowicz argumentował, że kurs jakim obecna władza prowadzi nasz kraju w żadnym stopniu nie zbliża nas do suwerennej pozycji.
– W polskich elitach jest tradycja podlizywania się jakiemuś hegemonowi. Bardzo długo lizano, że tak powiem derriere (z fran. „tyłek” – przyp. red.) władzy radzieckiej, natomiast Breżniewa zastąpił Trump, ale mechanizm psychologiczny jest ten sam – powiedział Ikonowicz, który przypomniał również, że Waszyngton wciągnął nasz kraj w napaści na Irak i Afganistan, a „przyjaźń” z Amerykanami jest obwarowana kontraktami, na które Polska wydaje „konkretne pieniądze”. Sporo zastrzeżeń budzi także polityka energetyczna, a w szczególności umowy gazowe z USA.
– Ja też na miejscu Trumpa, który jest biznesmenem, chwaliłbym frajera, który jest skłonny kupować trzy razy droższy gaz – zauważył Ikonowicz, co wywołało atak wściekłości jego przeciwnika. Tarczyński zapytał kogo Ikonowicz ma na myśli, a kiedy ten odparł, że Polskę, postanowił ustrzelić rywala sprawdzoną amunicją – siermiężnym antykomunizmem. Zarzucił Ikonowiczowi, że jego język przypomina Dziennik Telewizyjny z lat 80.
– Proszę mi teraz nie przerywać! Pan, który ma korzenie, wywodzi się, czerwone, jest osobą, która ma najmniejsze prawo mówić – bulgotał Tarczyński, zastawiając na siebie sidła.
Odpowiedź Ikonowicza była nokautująca.
– Pan jest ignorantem albo pan kłamie, pan mnie obraził, muszę odpowiedzieć. Pan jest młodym człowiekiem, pan ma prawo nie wiedzieć, kim ja jestem. I ja panu wybaczam. Natomiast po to, żeby pan mógł dzisiaj tak gardłować, to ja siedziałem w więzieniu. Proszę o trochę szacunku – zripostował lewicowy działacz.

Głos prawicy

Polska to frajer!

Wpolityce.pl oburza się na wypowiedź Piotra Ikonowicza w TVP:
– Słuchając tej uprawy słownej, poczułem się, jakbym słuchał dziennika telewizyjnego z lat 80. to takie prosowieckie postawy o imperializmie. Pan, który się wywodzi i ma czerwone korzenie u dołu, ma najmniejsze prawo, żeby tak mówić. Obrażanie prezydenta i Polski, jak pan zrobił, jest nie do przyjęcia! – — mówił Dominik Tarczyński (PiS) do Piotra Ikonowicza podczas gorącej dyskusji w programie „Woronicza 17” na TVP Info.
Politycy komentowali sprawę ostatniego szczytu NATO w Brukseli. W materiale przypomniano wypowiedź lidera PO Grzegorza Schetyny, który politykę PiS podczas szczytu nazwał wręcz porażką! Wiceszef MON stwierdził, że czuje się „porażony”, słuchając takich słów.
W trakcie dyskusji doszło do mocnego starcia między Piotrem Ikonowiczem a Dominikiem Tarczyńskim! Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej wypowiedział naprawdę kuriozalne słowa.
– Ja też na miejscu Trumpa, który jest biznesmenem, chwaliłbym frajera, który jest skłonny kupować gaz trzy razy drożej — stwierdził.
Poseł PiS zareagował pytaniem: „O kim pan mówi?!”.
– O Polsce – odparł Ikonowicz.
– Niech pan uważa na słowa. Jak pan może obrażać Polaków i Polskę? – powiedział stanowczo Tarczyński, lecz Ikonowicz mówił dalej:
– Czy w wojnie handlowej między USA a Europą jesteśmy V kolumną Stanów Zjednoczonych, czy też jesteśmy solidarni z naszymi sąsiadami? Zwiększanie wydatków na zbrojenia, gdy nie mamy na tak podstawowe rzeczy, jak opieka nad niepełnosprawnymi, jest skandalem. A znaczenie wojsk amerykańskich jest śmieszne, bo nie będą umierać za Gdańsk. To jest tylko symboliczne.
Poseł PiS odparł w mocnych słowach:
– Słuchając tej uprawy słownej, poczułem się, jakbym słuchał dziennika telewizyjnego z lat 80. to takie prosowieckie postawy o imperializmie. Pan, który się wywodzi i ma czerwone korzenie u dołu, ma najmniejsze prawo, żeby tak mówić. Obrażanie prezydenta i Polski, jak pan zrobił, jest nie do przyjęcia!
Ikonowicz nie dawał za wygraną:
– Po to, żeby pan mógł tak gardłować, to ja siedziałem w więzieniu. Proszę o trochę szacunku.
Dominik Tarczyński zwrócił więc uwagę, że połowa PO i Wałęsa też byli internowani…

 

Politycy powinni przechodzić na emerytury

Co sądzą Polacy o obowiązkowym przejściu na emeryturę posłów i senatorów, którzy ukończą 65. rok życia? – zastanawia się „Do Rzeczy”:
Nowa ustawa o Sądzie Najwyższym zakłada, że sędziowie w wieku 65. lat przechodzą w stan spoczynku (chyba, że złożą wniosek ws. dalszego orzekania, który zaakceptuje prezydent). Pojawiają się pomysły, aby podobną zasadę zastosować w stosunku do parlamentarzystów. Z taką propozycją wystąpił ruch Kukiz’15..
Badania dotyczące zdania Polaków na ten temat na zlecenie serwisu Rp.pl przeprowadziła agencja SW Research. 59,1 proc. badanych uważa, że należy wygasić mandaty i przenieść w stan spoczynku parlamentarzystów, którzy przekroczyli 65. rok życia. Przeciwnego zdania jest 26,4 proc., a 14,5 proc. respondentów nie ma zdania.
– Częściej ten pomysł popierają kobiety (63 proc.) oraz badani powyżej 50 lat (62 proc.). Tego zdania są również częściej ankietowani o wykształceniu średnim (64 proc.), dochodzie netto poniżej 1000 zł (59 proc.) oraz badani z miast od 20 do 99 tys. mieszkańców (66 proc.) –zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.

Ikonowicz we własnych sidłach

Jesienią odbędą się w Polsce wybory samorządowe, które staną się testem widoczności polskiej lewicy. Tak, widoczności – bo trudno racjonalnie oczekiwać wymiernych sukcesów poza pojedynczymi przypadkami zaistnienia w samorządach.

 

Jeśli takowe wystąpią, zostaną rozdmuchane do rangi epokowego sukcesu. Nie będzie w tym jednak nic gorszącego: za każdy przypadek skuteczności politycznej będą należeć się lewicy brawa – będzie to w końcu krzepiąca odmiana na tle smutnej codzienności. Obecnie bowiem lewica targana jest ciągle zwyczajowymi, wręcz już rytualnymi, rozterkami: iść razem czy osobno? A dokładnie: czy iść z SLD? Czy wypada? Razem, Zieloni i Inicjatywa Polska wystawiły w końcu Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na urząd prezydenta Warszawy, ale po długim wahaniu – bo liberałowie oczerniają go jako „kukizowca”? Niestety utknięcie w takich debatach świadczy o politycznym rozmyciu całej lewicy i skoncentrowaniu się na marketingu wizerunkowym, który niestety zamyka ją w matni poprawnościowego mainstreamu.
Ideowo na tym tle wypada Piotr Ikonowicz. Na weterana lewicy zawsze można pod tym względem liczyć. Nigdy nie brakowało mu wyrazistości i odwagi. W rozmowie z Maciejem Wiśniowskim deklaruje się jako socjalista we właściwym tego słowa znaczeniu, czyli przeciwnik kapitalizmu. Niestety, nie czarujmy się – właśnie dlatego tym razem również pozostanie na marginesie walki politycznej. Jest to rzecz jasna kwestia niemożliwości przebicia się w głównym nurcie, który ma wszelkie powody, by Ikonowicza traktować wrogo. Dlatego Piotr podejmuje bitwę o Warszawę jako straceniec-romantyk, a kampanię potraktuje głównie jako sposób na dotarcie do ludzi ze swoją misją. Mówi: „Przegrani są wszyscy ci, którzy nie podejmują walki z systemem”.
To słowa ważne i prawdziwe. Lewica – zarówno polska, jak i europejska, która tylko pozornie trzyma się lepiej niż jej nadwiślańskie wydanie – znajduje się dziś w stanie opłakanym i trwa wyłącznie siłą bezwładu, ponieważ od lat stara się udawać, że to nie kapitalizm jest głównym problemem. Ikonowiczowi nigdy nie sprawiało kłopotu mówienie tego wprost. Można całkiem rozsądnie uznać, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego szef RSS skazany jest na los „etatowego przegranego”, jak punktuje go Wiśniowski. Jednocześnie fakty są takie, że dopiero z biegiem lat Ikonowicz pogodził się z tą etykietką. Był przecież czas, gdy działalności politycznej nie traktował jako sztuki dla sztuki i honorowej misji samobójczej. W brzmieniu jego wiecowych haseł dało się kiedyś wyczuć rzeczywistą wiarę w możliwość sięgnięcia po władzę. Zadziwiające jest, że przez te wszystkie lata u Ikonowicza nie zmieniło się jedno: stosuje dokładnie tę samą metodę, mimo że jej błędny charakter stał się dostrzegalny jak na dłoni dla kilku już pokoleń działaczy radykalnej lewicy. Lgnęli do niego jak do mesjasza i zawsze odchodzili zawiedzeni. Co zatem poszło nie tak?
Ikonowicz deklaruje: „Buduję partię ludzi pracy”. Buduje ją niemal od zawsze. Kilka lat temu przybrała ona postać Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Ma to być organizacja działająca oddolnie, zrzeszająca ludzi prostych zawodów, ubogich, bezrobotnych, lokatorów pokrzywdzonych przez reprywatyzację. Sam Ikonowicz wielokrotnie podkreślał, że jej siłą ma być klasowy autentyzm: jest jedyną partią, która faktycznie reprezentuje interesy proletariatu i grup wykluczonych. Odmiennie niż w przypadku dominujących ugrupowań, predysponuje ją do tego właśnie sam jej skład klasowy i baza społeczna. To słuszna koncepcja – tak w końcu powstawały partie socjalistyczne, które na początku XX wieku zaczęły w krajach europejskich ocierać się o władzę. Poza tym badania socjologiczne i sondaże opinii nieustannie pokazują, że Polacy nie uznają żadnej z obecnych w Sejmie partii za adekwatnie reprezentującą ich interesy. Wyakcentowanie klasowego charakteru organizacji może dać w tych warunkach oczekiwane rezultaty – stąd przecież wziął się niegdysiejszy sukces Samoobrony. W przypadku Leppera było to co prawda oszustwo, ponieważ faktycznie stworzył on partię „kułacką”, jednak RSS wypada w tej mierze bardziej wiarygodnie. Teoretycznie powinien więc to być polityczny „samograj” z reprezentacją parlamentarną obecną w Sejmie od co najmniej ostatnich wyborów w 2015 r.
Mijają jednak lata, a partia Ikonowicza sytuuje się na kompletnym marginesie i jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, perspektywy rysują się przed nią coraz marniej. Jest tak, mimo że Piotr poświęca na działalność cały swój czas i jest stale obecny wśród ludzi stanowiących bazę społeczną jego partii. Można oczywiście założyć, że powodem jest hegemonia PiS na scenie politycznej, która z powodu swej socjalnej retoryki i powodzenia programu 500+ pełni w polskich warunkach rolę quasi-socjaldemokracji. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego RSS początkowo się rozrastał, prezentując się jednocześnie nieporównanie bardziej radykalnie niż socjal-prawica Kaczyńskiego, a po 2015 r. jego struktury zaczęły się kurczyć. Obecnie oprócz warszawskiego RSS działa praktycznie tylko gdański. Jest tak z jednego kluczowego powodu: lider utracił zaufanie wielu ideowych działeczek i działaczy socjalistycznych motywowanych ideologicznie, którzy skupili się wokół niego po powołaniu do życia RSS.
Tylko pozornie chodzi o incydent wyborczy podczas kampanii w 2015 r. kiedy Ikonowicz deklarował współpracę z ze Sławomirem Izdebskiem, politykiem o obrzydliwie nacjonalistycznych ciągotach. Owszem, wielu aktywistów, dla których lewicowość z konieczności oznacza bezwarunkowe odrzucenie nacjonalizmu, poczuło się wtedy zdradzonych i odeszło. W istocie jednak ta kropla przelała czarę goryczy, która zbierała się od dawna. Ikonowicz bowiem, panując nad partią żelazną ręką – co już przeczyło deklarowanej zasadzie demokracji i oddolności – obrał jednocześnie całkowicie błędną taktykę całkowitej koncentracji na wyborach. Tak samo było w okresie Nowej Lewicy.
Jeżeli zgodzimy się, że RSS jest ciałem obcym w mainstreamie, to jasne staje się również to, że skuteczna budowa takiej oddolnej alternatywy możliwa jest tylko z pominięciem cyklu wyborczego. Nie ma też co liczyć na to, że start w wyborach będzie sposobem na „dotarcie do ludzi”. Nie będzie, kolejne próby tego dowiodły. Każda kampania wyborcza oznacza dla RSS zawieszenie całej regularnej działalności i podporządkowanie jej priorytetowi, jakim nagle się staje promocja osoby Piotr Ikonowicza w mediach. Dodajmy do tego antagonizowanie własnych kadr, żeby przyklepać sprawę wspólnych list z jakimś cynikiem – wbrew ideowemu i antysystemowemu charakterowi partii. Rezultat może być tylko jeden: przeciwskuteczność.
Kontakt ze zwykłymi ludźmi, ideowi działacze i oddanie sprawie przemiany społecznej jest wszystkim, czym dysponuje RSS. Gdy organizacja znajduje się w niekończącej się fazie embrionalnej, każda próba odnalezienia się w mainstreamie ad hoc i działanie jego metodą – a tym właśnie są wybory – będzie oznaczała zaburzenie procesu, który musi zachodzić płynnie i stabilnie przez lata, by po długim okresie móc dać rezultat. Dopiero gdy partia okrzepnie i kadry się rozrosną, start w wyborach ma jakikolwiek sens. W przeciwnym razie oznacza to roztrwonienie skromnych aktywów posiadanych w punkcie wyjścia. Tak było kilka lat temu, tak też będzie i tym razem.
Jeżeli na pytanie, jak będzie wyglądała jego kampania wyborcza, Piotr odpowiada, że „pojedzie do pani, która chce wrócić do swojego spalonego mieszkania” to jest to niepoważne potraktowanie albo kampanii, albo tej pani. Taki pomysł może przekonać kogoś, kto jest na lewicy od pół roku, a nie doświadczonych aktywistów, których RSS potrzebuje, by się rozwijać, bo zawsze stanowią oni krwiobieg organizacji. Samą ideą partii się nie zbuduje. To przejaw bezradności i rezygnacja z jakiejkolwiek koncepcji taktycznej. A wieczna improwizacja nie jest wyłącznie „metodą” Ikonowicza – to los całej lewicy. To bardzo istotny symptom. Należy go wreszcie w pełni naświetlić i zacząć o nim mówić. Bo skoro organizacje lewicowe nie mają żadnego pomysłu, jak zyskać jakąkolwiek siłę polityczną, to po co w ogóle istnieją? Celem replikacji własnego etosu? Sorry, to mało.
Ikonowiczowi i RSS wybory na dobrą sprawę tylko przeszkadzają, stanowią szkodliwą obsesję. Paradoksalnie, gdyby za każdym razem, kiedy idą wybory, Piotr tak się na nich nie koncentrował, to już dawno ponownie zawitałby do Sejmu i zagroziłby PoPiSowi: po prostu stworzyłby ten wymarzony ruch zamiast nieustannie podcinać jego korzenie. Myślenie długoterminowe zwyciężyłoby nad określaniem się od wyborów parlamentarnych do samorządowych. Chodzenie na skróty, przeskakiwanie etapów – to nie działa.
Kluczowe jest to, czego w RSS teraz najbardziej brakuje, czyli kadry. Zadziałać może tylko organizacja kadrowa, która rozpocznie długi marsz, nastawiając się początkowo nie tylko na „ludzi pracy” (chociaż ciągła aktywność wśród nich jest konieczna), lecz i na możliwość przyciągania i kształcenia politycznego młodych radykałów o marksistowskich czy antykapitalistycznych zapatrywaniach, chcących angażować się społecznie, wykształconych, pochodzących z inteligencji, czy nawet z szeroko rozumianej „klasy średniej”. Oni stworzą zaplecze ideologiczne, teoretyczne, organizacyjne, programowe i medialne, które pozwolą partii rozwijać się przez jakieś 7 – 10 lat, by mogła ona następnie osiągać cele polityczne z prawdziwego zdarzenia. Ten „awangardyzm” nie wynika bynajmniej z niedoceniania klasy robotniczej, nie chodzi też o „wnoszenie świadomości klasowej z zewnątrz”.
Zwykli ludzie są zbyt zaaferowani życiem niepolitycznym, by w tworzeniu sprawnej organizacji – nawet takiej, z którą się utożsamiają – mogli polegać tylko na sobie. Dlatego dzisiaj pojedyncze sukcesy aktywności związkowej i lokatorskiej nie przekładają się na trwałe zaangażowanie „zwykłych ludzi”, którzy uzyskali realną pomoc od socjalistów, w ruch, jaki marzy się Ikonowiczowi. Potrzebują kadr, którym mogą zaufać i które wezmą na siebie dużą część pracy i ryzyka związanego z aktywnością polityczną. Oparcie takie muszą dać im socjaliści działający sprawnie i na skalę odpowiednio dużą, by zdolni byli wywierać choćby minimalny wpływ polityczny. W przeciwnym razie ubożsi ludzie będą nieustannie woleli partie takie jak PiS – organizacje biznesu z socjalnym listkiem figowym.
Wiadomo już, że nie zadziałała jedyna przemyślana taktyka zastosowana po 2015 r. – ożywienie lewicy poprzez przesunięcie jej w prawo. Partia Razem właśnie się sypie, odchodzą działacze i działaczki, w tym osoby należące do „wierchuszki”. Nie jest też tajemnicą, że mimo oportunistycznej polityki, ugrzecznionego wizerunku i przeestetyzowania przekazu od początku były w tej partii elementy zarówno radykalne, nie wstydzące się słowa socjalizm, jak i autentycznie zaangażowane na rzecz ubogich. Rozczarowanie Partią Razem może doprowadzić do konsolidacji sił na lewo od nich. Piotr Ikonowicz i RSS mogą skorzystać na tej tendencji, by przeistoczyć swoją organizację w kuźnię kadr na przyszłość.

Głos lewicy

KOD i komuna

Zniesmaczony Piotr Ikonowicz umieścił na Facebooku taki wpis:
Oto Apel KOD-u do młodzieży czyli jak Pan Bóg chce kogoś ukarać to mu odejmuje rozum:
„Do polskiej młodzieży, licealistów, studentów, już pracujących
Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna „furka”, „klamoty” z butiku, nierzadko własna „kawalerka”, a w niej sprzęt audio-wizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nie obarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw „komunie” o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze.
Komuna… komuna… Coś tam było. Niewielu z was wie dokładnie, co to było. Że nie żyło się wtedy tak jak dzisiaj? To jasne! Przecież nie było wtedy wszystkich tych HD-TVs, Play Stations, aut-hybryd i smart-phones. Tak, ale były inne rzeczy, których też u nas nie było, a znało się je tylko z filmów zachodnich. O Sölden czy Nowej Zelandii słyszało się tylko na lekcjach geografii, a na urlopy jeździło się do zakładowych „domów wypoczynkowych” w Karpaczu, Ustce czy „pod gruszą” w dwutygodniowych turnusach. A zagranica? Owszem, nad Balaton na Węgrzech, do Złotych Piasków w Bułgarii, czy do NRD, ale tam jeździło się tylko na zakupy, firanki, bielizna, takie tam… Co to było NRD?
Nie czas teraz na wykłady z historii, nie czas na uświadamiające rozmowy. Krótko: Nie chielibyście stracić to, co macie. Więc czas na czyny. Jeżeli wasi rodzice, ich znajomi i wielu innych w ich wieku znów wychodzą jak za czasów swej młodości na ulice, to coś to znaczy. To znaczy, że jest ktoś, kto próbuje zmienić Polskę, z takiej jaką znacie, na taką jaką oni znają z przeszłości. Trzeba się temu przeciwstawić. Jesteście w wieku, w którym wasi rodzice po raz pierwszy powiedzieli ówczesnej władzy NIE! Więc czas teraz na was. Czas najwyższy. Powyłączajcie „compy” i ruszcie dupy. Na ulice! (…) Dobra. Wycofuję to Sölden i Nową Zelandię, wycofuję własną kawalerkę i rzecz jasna ten sprzęt audio-wizualny ful, bo i po co to komu, jak nie ma własnej chaty. I wycofuję te urojone długi wdzięczności. Nic nikomu nie zawdzięczacie. To co jest i tak by przyszło. Taka jest kolej historii. Od dwu lat jest „dobra zmiana”, 500+, 300+, darmowe leki dla seniorów i jeszcze całe mnóstwo ulg dla społeczeństwa. Tylko o młodzieży nikt nie pomyślał, o licealistach, studentach i tych, co dopiero zaczęli pracować. Z większości reakcji na mój post wnioskuję, że ogólnie młodzież w Polsce bieduje. Nie mają na wczasy, nie mają na własne mieszkanie, nie mają… Chwileczkę. Czy w Polsce wszyscy wykonujący tzw. zawody elitarne jak medycy, prawnicy, artyści, menadżerowie czy choćby politycy, weźmy tylko tych z PiSu… Czy oni są wszyscy bezdzietni? A jeśli mają potomstwo, nawet dorosłe, to wcale im nie pomagają? Żeby mieć trochę własnego grosza w kieszenie muszą te dzieciaki najpierw na zmywak do Anglii? I pewno prosto stamtąd jeżdżą na narty do Austrii. Bo skądś Polacy się tam biorą. Co prawda żadnej rejestracji turystów się tam nie prowadzi, ale zeszłej zimy hotelarze austriaccy zanotowali 1 223 910 polskich noclegów. To kto tam jeździ? Są to wyłącznie stare zgrety, postkomuchy i kolesie z sądownictwa, a młodych Polaków poniżej 30tki ani w ząb tam?
W każdym bądź razie to nie wy, ci wszyscy, którzy tak żywo zareagowali na mój tekst, uzmysłowiając mi, gdzie jest moje miejsce – w szambie, tam jeździcie. Nikomu nic nie zawdzięczacie i nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Tak więc siedźcie dalej przy tych swoich „kompach”, nie wyłączajcie ich. Może ktoś wam wrzuci jakąś „message”, że coś historycznie ważnego wydarzyło się właśnie na mieście. A że wydarzyło się bez was… I co z tego? Przecież nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Co gorsza, nawet nie wobec samych siebie.”

 

Kim jest prawak

Dalej Ikonowicz: „Skrajna prawica – termin używany do określenia osób i ugrupowań o poglądach prawicowych, charakteryzujących się skrajnym programem lub radykalnymi metodami działania. W sprawach gospodarczych skrajna prawica zazwyczaj opowiada się za neoliberalnym kapitalizmem lub korporacjonizmem. Osoby o skrajnie prawicowych poglądach najczęściej dążą do wyróżnienia swojego narodu na tle innych.

Nie gram w tę grę

O tym, jak ginie kapitalizm, o ideach, na które jeszcze nie jesteśmy gotowi i o tym, jak ratować Warszawę przed neoliberalizmem i reprywatyzacją Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Ikonowiczem.

 

Maciej Wiśniowski (strajk.eu): Z ogromnym zainteresowaniem i entuzjazmem słuchałem twojego przemówienia 1 Maja. Podobne emocje towarzyszyły mi podczas wystąpienia w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, kiedy mówiliśmy o stosunku lewicy do zjawiska wojny i militaryzmu. Kiedy się ciebie słucha i widzi, to aż się chce pójść i spalić jakiś burżuazyjny przybytek. Jednocześnie jednak jesteś zawodowym przegranym. Ludzie ci klaszczą i ja ich rozumiem, bo sam ci klaszczę. A potem idziesz na wybory warszawskie z rozkoszną pewnością, że znowu się nie uda. Co jest? Ikonowicz jest do dupy, lewica jest do dupy czy rzeczywistość jest nie taka?

No to może się rozejrzyj. Świat idzie w jakąś stronę i nie jest to kierunek lewicowy. Zależy, jakie masz cele. Jeżeli sobie stawiasz taki cel, by osiągnąć 5 proc. i dostać dotację, a potem wprowadzić kilku albo kilkunastu posłów do Sejmu, to są to cele racjonalne i osiągalne. Można klepać wtedy komunikat o korekcie kapitalizmu i delikatne lewe centrum to łyka.

 

Ale to jest nominalna lewica, a radykalna?

Skrajna lewica w Polsce nie występuje, więc prawica ją kreuje. Jak się walczy z systemem, to trzeba budować taką formację polityczną, która pokaże, że kapitalizm nie spełnia żadnych oczekiwań, że czarny scenariusz jest nieunikniony i że nie wróci do poziomu państwa dobrobytu. Bo nie wróci.
Wszystko idzie w kierunku umów śmieciowych, utrwalania nazistowskiej koncepcji zasobów ludzkich. Naziści ją wymyślili, kapitaliści ją przytulili. Podmiotowość ludzi pracy, humanizm i to wszystko zostało odrzucone w imię po pierwsze darwinowskiej walki o przetrwanie, a po drugie w imię sukcesu. Gdybym ja miał oceniać człowieka wyłącznie poprzez sukces polegający na tym, że dopchał się bliżej żłobu, świecznika i co tak jeszcze sobie stawiamy za cel, znaczenia, to mógłbym się z Tobą zgodzić, że jestem przegrany. Ale ja nie gram w tą grę polegającą na tym, że mam zdobyć ileś tam punktów, godząc się na panujący system.

 

Uważasz, że nie czeka nas w tej rzeczywistości nic dobrego?

Tak naprawdę przegrani są wszyscy ci, którzy nie dokonują zamachu na system i nie próbują budować dla niego alternatywy. System ten niszczy przyrodę, ludzkość i znaną nam cywilizację łącznie z demokracją, ubezpieczeniami, urlopami płatnymi i tak dalej. To wszystko znika na naszych oczach. Trzeba być lemingiem albo bardzo cynicznym człowiekiem, przekonanym, że zdąży umrzeć, zanim to wszystko walnie. Myślę, że ci wszyscy młodzieńcy, którzy marzą o tym, że niebawem będą radnymi albo posłami w gruncie rzeczy tak właśnie myślą – mają nadzieję, że nie dożyją końca.

Albo nie wiedzą, że to ginie. To oznacza, że za mało czytają, za mało widzą.

 

Nie grasz w tę grę. To w co grasz?

Gram w stworzenie partii ludzi pracy. To jest strategia na przyszłość. Stworzyliśmy ją, niedużą, ale jest. Po co jest taka partia? Skoro jej nie ma w Sejmie, rządzie i samorządzie, skoro nie ma tam reprezentacji ludzi pracy, to można zwolnić z PLL LOT działaczkę związkową i nikogo to nie zaboli. Bo nie ma posłów labourzystowskich (tych od Jeremy’ego Corbyna) albo pracowniczych, którzy podniosą larum. Jest w Polsce 16 milionów ludzi pracy najemnej, którzy nie mają swojej partii.

 

A chcą ją mieć?

Potrzebują jej, masz natomiast rację, że świadomość ludzi pracy jest słaba. Mnie ludzie zaczepiają na ulicy. I oni nie dyskutują z potrzebą istnienia takiej partii. Problem tylko w tym, jak często możemy tą potrzebę komunikować. Kampania wyborcza jest dobrą okazją do takiego komunikatu. Jestem najczęściej chyba występującym działaczem lewicy w mediach. Przy czym ciekawe: przede wszystkim w sprawach społecznych, a nie politycznych.

 

Bo teraz bardzo dużo się mówi o tym, jak PiS głaszcze ludzi.

Niedawno w audycji telewizyjnej spotkałem się z poglądem, że ludzie są przez PiS rozpieszczeni. Zajmuję się właśnie rodziną, której mieszkanie się spaliło. Oni mieszkają w dzielnicy, w której rządzi PiS. I nie chcą wrócić do swojego mieszkania, bo tam jest 10 metrów kwadratowych bez toalety. Nie wiem, czy to jest oznaka rozpieszczenia, wiem natomiast, że według danych Eurostatu 75 proc. dzieci żyje w warunkach nadmiernego zagęszczenia. Co to znaczy? Że biją się o kawałek blatu do odrabiania lekcji. W krajach, do których emigrują, każde dziecko musi mieć swój pokój. I one są z podatków, te pokoje.

 

Mówisz o konkretnych przypadkach, a nie o rewolucji.

Nie można dzisiaj powiedzieć ludziom: „zmieńmy system”. Bo oni ten system mają w głowach. Bardzo często ci, którym świadczymy pomoc, bardzo nalegają, by po wszystkim nam zapłacić. Nie rozumieją tego, że my chcemy wejść w relację społeczną, chcemy wspólnie budować siłę masową, a niekoniecznie chcemy od nich te 5 złotych. Ale oni mają w głowie tę drobnomieszczańską, kapitalistyczną mentalność: niewolniczą. I ją trzeba z ludzi wyciskać, a nie jej schlebiać.

 

Bo lewica dzisiaj mówi o czymś zupełnie innym.

Problemem zasadniczym są priorytety na lewicy. Myśmy bardzo długo uważali, że tematy obyczajowe trzeba odsuwać, bo one nam tylko utrudniają. Potem jednak Palikot pokazał, że one też są ważne i że można na nich robić politykę. Ale tylko dla klasy średniej, wśród której my nie mamy czego szukać. Zresztą klasa średnia to realnie około 500 tysięcy ludzi, choć uważa się za nią kilka milionów. Potem niektórym z nich udzielamy pomocy, kiedy spadają na dno, bo okazuje się, że nic nie było ich, tylko banku.

Nie możemy więc głosić: budujmy socjalizm, skoro w umysłach jest kapitalizm. Musielibyśmy więc wprowadzić jakiś system opresji, bo zderzylibyśmy się z kapitalistyczną mentalnością. Byłaby to taka sama sytuacja, jak w 1946 roku, kiedy radzieccy wkroczyli tu robić socjalizm. PPS to piękna karta historii, ale ona nigdy nie przekraczała 20 proc.

Naszym programem jest przemiana społeczna, czyli zaszczepienie humanistycznych i egalitarnych ideałów społeczeństwu w toku walki o lepsze życie. W walce o upodmiotowienie ludzie odrzucaliby poglądy, które im narzuciła klasa pieniądza i władzy, żeby móc ich wyzyskiwać.

 

Tylko ty, niezależnie od moich ocen i rozczarowań, potrafisz wyjść na ulicę i wyciągnąć 500 osób, co jak na dzisiejsze warunki to nie jest mało. Ale to, co teraz mówisz, jest obrazkiem dość pesymistycznym. Szkody, które przyniósł kapitalizm, są nieodwracalne. A jeśli nawet jednak odwracalne, to nie mam odpowiedzi, w jaki sposób je odwracać. Orzesz na ugorze, który nie daje ci plonów. Pomagasz ludziom, którzy potem na ciebie nie głosują. Może więc jest tak, że my źle myślimy, może inaczej trzeba myśleć

Ja nie sądzę, żebyśmy mieli problem z komunikowaniem. Nie musimy udawać. Wiemy, jak się żyje, ile co kosztuje i czemu nie działają te przepisy, które wymyślono, by jakoby pomóc. Socjaldemokraci wierzą szczerze, że zrobią tutaj jakąś Szwecję czy Danię. Skupiają się przy tym na redystrybucji, na podatkach i na pomocy społecznej. Z tego zrodził się pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego i tak dalej. To bardzo fałszywa droga.

Nasi oponenci ciągle mówią nam: „komu mamy zabrać, żeby rozdać?” albo „zabieracie najbardziej produktywnym, którzy tworzą dochód, innowacje, kapitanom przemysłu…” i ludzie to kupili. Nie chcą być obdarowywanymi. Ciekawe, że 500 plus i podobne są zawsze powszechne. Słusznie. Ludzie obdarowywani pomocą uważają, że są gorsi. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, chwalą się, że nie korzystają z pomocy społecznej albo tłumaczą, czemu musieli z niej skorzystać. PiS świetnie to zrozumiał i jak dał, to wszystkim, żeby nikogo nie wyróżniać negatywnie. To bardzo lewicowe.

 

Jaka jest więc alternatywa?

Nie trzeba nikomu zabierać. Ja mówię im tylko: „przestańcie nas okradać przy każdej wypłacie” Tu jest istota problemu i konfliktu, że okradają nas zatrudniciele, niesłusznie zwani pracodawcami. A ludzie nie nauczyli się liczyć i sprawdzać, jaką wartość ma ich praca. Bo zyski to jest wynik ich pracy, nie ma innych zysków. Nie ma zysków bez pracy. To jeszcze mówił Smith przed Marksem.

My mówimy, że to, co wam dają to jest jałmużna, dają wam tyle, żebyście następnego dnia mogli przyjść do roboty, a teraz, kiedy sytuacja na rynku jest inna, płacą tyle, żebyście nie poszli do konkurencji. Im bardziej męczącą macie pracę, tym mniej wam się chce szukać lepszej oferty pracy. Przyjrzyjcie się tym zyskom i spytajcie, jaki ułamek z zysków tworzy waszą pensję. Wystarczy, że pracodawca nie będzie nas łupił. Od razu mamy pełne kieszenie i jesteśmy podmiotowi, śmielsi. Mało tego, te 8 godzin pracy, podczas których jestem użyteczny społecznie, bo przyczyniam się do rozwoju kraju i społeczeństwa, stwarza poczucie dumy. Człowiek chce się czuć użyteczny. To jest moment, kiedy alienacja pracy zaczyna kruszeć. Przedsiębiorca przestaje mieć niewolników, ma partnerów. Jest synergia we wspólnym wysiłku. Jeżeli stworzymy algorytm, że indeksujemy płace do wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa, to ludzie nie tylko się upodmiatowiają, ale też niesamowicie zasuwają. Ich płaca zależy od wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa. Owszem, czasem ktoś się potknie. Wtedy wszyscy musimy się zrzucić na tych, którym się nie powiodło. Być może również na tego przedsiębiorcę, który ma wyłącznie długi. To nie jest tak, że on nie jest człowiekiem i nie ma rodziny. Do mnie tacy przedsiębiorcy przychodzą, którzy uwierzyli w mit Balcerowicza o self-made manie.

 

Wróćmy do lewicy klasy średniej…

Tak, oni mówią o koncepcji dochodu bezwarunkowego. To niezwykle niebezpieczna koncepcja. Oznacza ona, że nie jesteśmy już podmiotem, który coś współtworzy, który ma znaczenie i wartość. Jesteśmy wyłącznie balastem, hodowanym do konsumowania. Jesteśmy potrzebni korporacjom, borykającym się z nadprodukcją. Oni będą to dzielić, ale bez nas. Nie będziemy mieli wpływu na cywilizację. Nie można być od razu emerytem. Badania wykazują, że człowiek nie może nic nie robić dłużej niż 5 lat, bo się psychika mu popsuje.

 

To ładnie brzmi, ale pogadajmy, jak te piękne wizje chcesz realizować w Warszawie, na której prezydenta kandydujesz. Rzeczywistość silnie weryfikuje teorię, prawda?

Warszawa z naszego punktu widzenia jest miejsce i łatwym, i trudnym. Łatwym, bo tu nie ma takiej nędzy, jak w niektórych miejscach w Polsce. Można tu zrobić parę ładnych rzeczy z budżetem 14 miliardów złotych. To pozytywne wyzwanie. Kilka lat temu pani Hanna Gronkiewicz Waltz zleciła badania dotyczące długowieczności warszawiaków w poszczególnych dzielnicach. Z nich wynikało, że różnica między Pragą a Ursynowem wynosi 16 lat, na niekorzyść Pragi oczywiście. Co ciekawe, ponieważ była zarażona neoliberalną propagandą sukcesu, schowała te wyniki pod dywan, nie podjęła dalszych badań. Nie zrobiła więc nic, by ta różnica się zmniejszyła. Czyli inaczej powiedziała to, co Borowiecki z „Ziemi obiecanej”: „niech zdychają”.

 

A co Twoim zdaniem powinna zrobić?

Po pierwsze – zlecić zbadanie, jakie są przyczyny tych różnic. Ale klasa średnia i jej mentalność jest taka, że oni od razu, bez żadnych dowodów uznali, że wyjaśnienie jest proste: tamci piją i są nic nie warci. Podczas kiedy przyjrzymy się warunkom mieszkaniowym, zagrzybionym, ciasnym, przeludnionym mieszkaniom, jak często ci ludzie chodzą do lekarza i w ogóle jaki mają dostęp do służby zdrowia i do badań, to wszystko staje się jasne. Człowiek z Wilanowa zapłaci, a człowiek z Pragi czeka po kilka lat na wizytę lub diagnozę, często już spóźnioną. Dodaj do tego czas pracy i brak urlopów plus stres wynikający z presji ekonomicznej, który po prostu skraca życie.

 

Zbadać i co dalej?

Trzeba więc było zbadać to wszystko do końca, zastanowić się, jak zmienić ten stan rzeczy, jak pomóc prażanom. Po pierwsze zatem – diagnoza społeczna. Nie taki żarcik, jaki prezentuje profesor Czapiński, tylko porządna i wszechstronna. I my to chcemy zrobić.

Wielkie zadanie, jakie stoi przed przyszłym prezydentem Warszawy to jest połączenie obu brzegów Wisły. Są przecież dzieci na Pradze, które nigdy nie widziały Zamku Królewskiego ani Łazienek. Mieszkańcy Pragi czują się na lewym brzegu gorsi. Do tego zapobieganie sytuacjom prekaryjnym. Dla ludzi biednych Warszawa jest potwornym miejscem – bo jest potwornie droga i ich na nic nie stać. Ludzie niezdolni do pracy, niepełnosprawni lub emeryci bez emerytury, mają 604 złote zapomogi. 604 zł na zawsze, bo ten zasiłek pomniejsza się o inne świadczenia, które dostajesz. Jeśli dadzą ci dodatek mieszkaniowy, to też go odliczają od zasiłku. I wciąż masz na życie 604. Lada moment dojdą do tego ci, którzy byli na umowach śmieciowych i nie wypracowali emerytury. To dzisiaj ludzie w średnim wieku. Skończą z zasiłkiem stałym 604. My proponujemy zasiłek drożyźniany z pieniędzy samorządowych. 300 złotych. To jest jedna kolacja – ktoś powiedział. Jak dla kogo, dla niektórych to dziesięć dni życia. Człowiek palący zacznie kupować papierosy, a nie zbierać je z chodników. To jest fenomen, którego nie rozumieją urzędnicy strofujący biednych, że nie mają na rachunki, ale mają na papierosy. To jest dla nich często jedyna radość w życiu. W obozach ludzie chleb oddawali za papierosy. Ktoś, kto nie był w takim stresie i w takiej biedzie nie ma prawa opowiadać o rzucaniu palenia.

Takich biednych, potrzebujących dodatku drożyźnianego nie ma aż tak dużo. Starczy dla nich po te 300 złotych i nie uszkodzi budżetu.

 

Chcesz mi powiedzieć, że dołożysz do minimalnych emerytur, czyli byłym ubekom też?

To są ludzie. Mają nie jeść? Chociaż ich wciąż ten problem nie dotyczy.

Warszawa jest miastem, w którym na siebie krzyczą, trąbią, obsesyjnie się śpieszą. Ta wrogość też wynika ze strachu. Otaczamy się murami i płotami. A my chcemy rozgrodzić Warszawę. Chcemy wprowadzić przepis, że grodzenie byłoby zabronione za wyjątkiem bardzo poważnych uzasadnień. Żeby zlikwidować strach przed biednymi, co jest syndromem Trzeciego Świata, trzeba zlikwidować biedę. Zlikwidowanie ogrodzeń spowoduje, że ludzie zaczną widzieć innych. Do tej pory nie dało się zobaczyć innego człowieka, pędząc z domu do samochodu, z samochodu do pracy i z powrotem przed telewizor.

 

Opowiadasz o zamiarach, a chciałbym jeszcze usłyszeć, skąd weźmiesz na to pieniądze, bo to stały argument: lewacy rozdają, a nie zarabiają.

Miasto to nie firma. Ma duży budżet, wystarczający na potrzeby warszawiaków. My nie jesteśmy szaleni, nie chcemy zakazać rozwoju, powstawania nowych osiedli. Chcemy, żeby w centrum byli ludzie, sklepy i normalne życie, a nie tylko banki i pustka wieczorami. Trzeba stworzyć sieć banków komunalnych, które będą finansować miasta. To są rzeczy, które już gdzieś zrobiono, to działa. Jest problem śmieci, na których można zarabiać. Trzeba zatrzymać prywatyzację miasta. Może trzeba pomyśleć o odkupieniu spółki ciepłowniczej w Warszawie.

 

A jak będzie wyglądała Twoja kampania wyborcza?

Jak zwykle. Pojadę do tej pani, która nie chce wrócić do swojego spalonego mieszkania. Potem zaprowadzę przed Ratusz mieszkańców czterech bloków, którym chcą postawić plombę pod oknami, potem spotkam się z 97-letnią staruszką, byłą więźniarką Pawiaka. Niemcy jej nie zabili, a władzom stolicy może się udać, bo chcą ja usunąć z mieszkania.

 

Bardzo szanuję twoje inicjatywy, ale to nie przebije się nigdzie i nikogo nie będzie obchodziło na tyle, by miało przełożenie na głosy wyborców. Może skupić się na reprywatyzacji?

Montujemy ruch oporu przeciw reprywatyzacji. Żadnych zwrotów – w naturze, akcjach, czym tam jeszcze. Koniec, żadnych zwrotów i żadnych wyjątków. Albo to przerwiemy, albo Polska będzie podzielona, ponieważ mnóstwo podmiotów zagranicznych zgłasza swoje roszczenia. Będziemy zbierać podpisy pod projektem ustawy. Myślę, że zbierzemy te 100 000 podpisów. To też będzie kampania wyborcza. Drugim elementem tej kampanii będzie blokowanie eksmisji z budynków reprywatyzowanych.

Chętnie stanę do publicznej debaty z Patrykiem Jakim i Rafałem Trzaskowskim na tematy społeczne. Oni przegrają. Jeżeli ludzie na mnie zagłosują, to będą mieli pewność, że ktoś się nimi zajmie. Jak na innych – tej pewności nie będą mieli. To kwestia wiarygodności. I zdecydowania.

 

A co mówią sondaże?

– One mówią, że mam niewielkie szanse. 2-3 proc. Otóż większość ludzi nie wie o tym, że kandyduję. Jak się dowiedzą, to te sondaże będą dużo lepsze.

 

Czego życzę. Dziękuje za rozmowę.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.

Głos lewicy

Tłusty wyjęty z kontekstu

W związku z pojawiającymi się w mediach wyrwanymi z kontekstu fragmentami moich wypowiedzi w Studio Polska w dniu 26 maja, informuję co następuje: przede wszystkim prawicowe media eksponują z mojej wypowiedzi jedno jedyne zdanie:” Niech tłusty pofatyguje się na kolanach”. Miałaby to być ilustracja mojego wrogiego stosunku do Kościoła i, w domyśle, wiernych. Oświadczam, że to manipulacja. Pełna moja wypowiedź w dyskusji wyglądała następująco:

W odpowiedzi na zapewnienia Pana Borowskiego, że PiS przeznaczył duże sumy na pomoc ubogim zauważyłem, że tę działalność popierałbym: „Gdyby (rząd) równolegle nie robił prawie tyle samo dla Rydzyka i dla Kościoła to byłoby dla niepełnosprawnych. Jak można napychać temu tłustemu mnichowi kieszenie?” W polskiej kulturze krytyka opasłych i chciwych mnichów ma bogatą tradycję, żeby wspomnieć choćby o słynnej Monachomachii biskupa Ignacego Krasickiego. W studio, mimo histerycznej reakcji części widowni dodałem: „ Jego (o. Rydzyka) pazerność nie zna granic. Na klęczkach powinien iść do niepełnosprawnych i przeprosić za swoją pazerność.” Potem wyjaśniłem, że: „Znam dobrze encykliki Jana Pawła II i społeczną doktrynę Kościoła i chce powiedzieć, że Kościół w Polsce jest Kościołem schizmatycznym, który w ogóle sabotuje swojego papieża, który jest barbarzyński, dąży do dóbr materialnych, grzeszy grzechem pychy i braku skromności. To jest moje zdanie o kościele, osoby świeckiej. Nie mam nic do wiary, uważam, że wiara może być szlachetna” – napisał na swoim profilu fejsbukowym Piotr Ikonowicz.

 

Nierefundowane

Mam wśród bliskich rodzinę, która opiekuję się chorym dzieckiem, które praktycznie cały czas przebywa w szpitalu. Mama, która heroicznie się tym dzieckiem zajmuje i przebywa praktycznie cały czas w szpitalu musi płacić za hotel, który jest przy tej placówce służby zdrowia – mówiła Katarzyna Piekarska na w programie „Szpile” antenie „Superstacji”Nikt tego przecież nie refunduje – dodała.

– W nowym systemie oświaty dzieci niepełnosprawne nie mają chodzić do szkoły, dla nich jest tylko kształcenie indywidualne w domu. A dla tych dzieci niepełnosprawnych to niezwykle ważne jest, aby miały kontakt ze szkołą – oceniła polityczka SLD. – To wszystko jest straszne – podsumowała.

 

SLD ma czystą kartę

– Bez względu na to, kto w jakiej partii jest, to sytuacja jest taka – wiele świństw, złodziejstw i na końcu morderstwo działo się w Warszawie. Nie wierzę w to, że nikt o tym nie wiedział. Wszyscy o tym wiedzieli. To była tzw. tajemnica poliszynela. W tej sprawie odpowiedzialnych trzeba znaleźć i trzeba ukarać – mówił odnosząc się do tzw. „dzikiej reprywatyzacji” Włodzimierz Czarzasty.
Przewodniczący SLD podkreślił na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia, że ws. reprywatyzacji warszawskiej jego partia ma „wyjątkowo czystą kartę”. – Choć współrządziliśmy Warszawą, zawsze mieliśmy radnych Warszawie, że nigdy nie byliśmy w tej sprawie atakowani. Jak był czas zgłaszaliśmy do prokuratury rzeczy związane z reprywatyzacją, które nam się nie podobały. Jak był czas zgłaszaliśmy również ustawy dotyczące reprywatyzacji, bądź uchwały do rady miasta – powiedział Czarzasty.

 

Cztery postulaty

– „Pakt solidarnościowy” zawiera cztery postulaty na rzecz osób niepełnosprawnych, do których spełnienia zobowiązują się wszystkie partie opozycyjne. Są to: wprowadzenie comiesięcznego dodatku rehabilitacyjnego w wysokości 500 zł dla osób niepełnosprawnych niezdolnych do samodzielnej egzystencji, reforma systemu orzecznictwa o niepełnosprawności, wyrównanie — zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego — świadczeń dla różnych grup osób niepełnosprawnych oraz zagwarantowanie realnego i najszerszego dostępu osób z niepełnosprawnościami do obiektów użyteczności publicznej – powiedział Marcin Kulasek w wywiadzie dla „Gazety Olsztyńskiej”.

Zasiłek – prawem człowieka

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej.

 

Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.
Istnieje pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.
Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.
Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.
Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.

Głos prawicy

Ciemne chmury nad Kwaśniewskimi

– Śledczy mają informacje o transakcjach finansowych z kilkunastu rachunków bankowych oraz szczegółową analizę połączeń telefonicznych. Czy będzie przełom w postępowaniu dotyczącym byłego prezydenta i jego małżonki? – pyta Wojciech Wybranowski w artykule „Rachunki pogrążą Kwaśniewskich?” na łamach „Do Rzeczy”.

 

Komu kojarzy się z seksem, a komu z kościołem?

Ten sam tytuł zżyma się na wypowiedź Piotra Ikonowicza w TVP:

Dyskusja toczyła się wokół niepełnosprawnych i ich opiekunów, którzy od 40 dni protestują w Sejmie. W „Studio Polska” europoseł PiS Karol Karski nawiązał do wizyty byłego prezydenta Lecha Wałęsy, który odwiedził protestujących w parlamencie w ostatni poniedziałek.
– Przypomniałem sobie te 100 mln, które Lech Wałęsa obiecał w czasie wyborów. Wspiera kogokolwiek w jakiejkolwiek akcji, a sam nie potrafił wywiązać się ze swoich obietnic. W przeciwieństwo do PO i PSL oraz Wałęsy, my realizujemy swoje zobowiązania – mówił Karski.
Na słowa europosła PiS zareagował Piotr Ikonowicz, który – jak podaje wPolityce – zaczął wykrzykiwać antyklerykalne hasła i obrażać ojca Tadeusza Rydzyka. – Niech tłusty się pofatyguje na kolanach – powiedział. Po tej wypowiedzi w studio doszło do awantury.
– Ludzie mają dziwne skojarzenia. Niektórym wszystko kojarzy się z seksem, a panu z Kościołem – zwrócił się do Ikonowicza europoseł PiS. Nawiązując do protestu niepełnosprawnych polityk stwierdził: – To, co mogliśmy, daliśmy. To skok jakościowy w porównaniu do tego, co było.
Ikonowicz jednak nie odpuszczał, dalej głosząc swoje antyklerykalne poglądy. – Znam Jana Pawła II i teorie społeczne Kościoła. Kościół w Polsce jest Kościołem schizmatycznym.

Głos lewicy

Odpowiedzialny lider

Oto fragment rozmowy z Włodzimierzem Czarzastym na antenie TOK Fm:

Robert Mazurek: To pan opowiadał cały czas, że SLD, będzie szło do sejmików samo…
Włodzimierz Czarzasty: ..i idzie.

… i w najważniejszych miastach na pewno samo będzie miało swoje listy.
Tak jest.

Lublin chyba nie jest w takim razie ważnym miastem, skoro sam pan powiedział przed chwilą, że nie idziecie tam z listą Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Ale proszę pana, jeżeli jest taka sytuacja, że się partie opozycyjne dogadują i żadna z nich nie wystawia swojej listy, jest jeden komitet, to ja po prostu nie tracąc swojej podmiotowości na równoprawnych, powtarzam równoprawnych, a nie psich zasadach – takich, że masz to zrobić, a jak tego nie zrobisz, to jesteś zły i wynoś się – wchodzę, bo jestem poważnym facetem.

Dobrze, to ja chciałbym tylko wspomnieć, że jak pan tak bardzo często wspominał o tej podmiotowości SLD, w tym czasie wam w sondażach urosło. No i co się stało? Ja wczoraj słyszę pana w radiu, gdzie pan mówi, że uznaje Grzegorza Schetynę za lidera opozycji w Polsce. No to jest hołd lenny!
Nie, nie.

Pamięta pan Sejm galicyjski 1866 roku? Jak było – „przy tobie najjaśniejszy panie stoimy i stać chcemy”?
Proszę pana, bardzo dobrze, że pan to powiedział. Bo ja to powiedziałem w określonym kontekście i to powtórzę. Lider największej partii opozycyjnej powinien czuć się bardziej odpowiedzialny za opozycję. To znaczy: powinien dzwonić, powinien się komunikować, powinien ustalać. To było w kontekście sytuacji w telewizji publicznej, bo pan Szczerba rok temu w telewizji publicznej został z niej wyrzucony.

Niech pan zostawi pana Szczerbę w spokoju.
Ale niech pan posłucha – zadzwoniono wtedy do nas, ustaliliśmy jakąś strategię. W tej chwili jeżeli wszyscy mają nas w nosie – mówię o panu Schetynie i opozycji – a potem nam zakazują czegokolwiek, tak nie będzie. Jeżeli pan Schetyna jest szefem największej partii opozycyjnej, to ja uznaję, że on powinien proponować określone rozwiązania. Nie proponuje, to tyle.

Mało tego, ale pan mówi, że za rok w wyborach do Sejmu oczywiście, że możecie iść z listą wspólną z PO, wszyscy razem.
Ale mogę skończyć? W kontekście takim: jeżeli będą w przyszłym roku okręgi trzymandatowe, tak jak było zagrożenie w okręgach do sejmików, nie widzę innego rozwiązania rozsądnego, jak zjednoczenie w tej sprawie opozycji i wystawienie wspólnych list. Trzymandatowe.

Raczkujący

Czy znane jest wam pojęcie „raczkująca klasa średnia”. Tak wzruszająco określają obrońcy dochodów 20 000 zł. miesięcznie przed opodatkowaniem, ludzi zarabiających 20 i więcej tysięcy. Jak wiadomo raczkowanie kojarzy się z kimś bezbronnym, niemowlęciem. Czy znacie kogoś kto przytula co miesiąc 20 tysi i wciąż raczkuje? – zżyma się na Facebooku Piotr Ikonowicz. – „Raczkująca klasa średnia” jeździ wielkimi samochodami i strasznie pędzi. Kiedy na jej drodze znajdzie się jakiś dużo tańszy samochód, który przestrzega ograniczeń prędkości, to raczkująca klasa średnia na niego gniewnie trąbi, podjeżdża, a nierzadko i klnie.

 

Rozdzielić ich!
Wszyscy się zgadzamy, że reforma sądownictwa jest potrzebna, ale reforma a nie przejęcie sądownictwa – ocenił Marcin Kulasek w programie „Minęła Dwudziesta”.
– Nie może być takiej sytuacji w państwie prawa, iż minister sprawiedliwości kogokolwiek przymusza. Szef resortu sprawiedliwości nie może być jednocześnie prokuratorem generalnym, jak będziemy mieli wpływ na rządzenie rozdzielimy od siebie te dwie funkcje – oświadczył sekretarz generalny SLD.