Dlaczego większość przegrywa wybory

Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele,  a nie – pokonywać siebie nawzajem.

 

Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.
Tytuł artykułu zawiera tezę – postaram się ją udowodnić tak samo energicznie, jak zamierzam udzielić odpowiedzi na postawione pytanie. Wykazanie, że współczesna polska demokracja jest w istocie dyktaturą uprzywilejowanej mniejszości, to cel diagnostycznej części moich rozważań, a odpowiedź na tytułowe pytanie to już wskazanie drogi, pokazanie przysłowiowego światełka w tunelu. Zawsze, kiedy podejmujemy kwestie zasadnicze, uświadamiamy sobie, że jesteśmy pionierami, ponieważ rzeczywistość, nawet najgorsza, ma tę niepojętą, przygniatającą moc samopowielania i samoutrwalania – i choć z biegiem dziejów się zmienia, to jednak w danej chwili, poza momentami przełomu, wydaje się jedyną możliwą. A od konieczności już niewielki (by nie rzec: ledwie zauważalny) krok do akceptacji. Wiele osób, przeżywając dysonans poznawczy między tym, co jest, a tym, co obiecywał teoretyczny, ideologiczny wzorzec przeżywanej rzeczywistości, konstatuje, że jesteśmy jeszcze w drodze, a obietnica się spełni, gdy dotrzemy do celu.
W okresie PRL władze twierdziły, że obietnica ustrojowa czeka na etap rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Pewien nurt trockistowski tłumaczył niezgodność systemu władzy ludowej ze wzorcem propagowanym przez klasyków tym, że to w ogóle nie był socjalizm, tylko kapitalizm państwowy. Schemat myślenia przedstawiał się następująco: jeżeli socjalizm był ideałem, to braki w zaopatrzeniu i partyjny zamordyzm świadczyły o tym, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko. Podobnie dzisiaj: ludzie, przyjmując zmianę ustroju za zmianę na lepsze i nie radząc sobie w nowych realiach, przypuszczają, że nie dojechaliśmy jeszcze na stację „kapitalizm”, a to, co uważają za patologię nowej rzeczywistości, przypisują pozostałościom po epoce słusznie minionej, czyli czasom socjalizmu bądź socjalizmu realnego. Umysł broni się bowiem przed prostą konstatacją, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę.
Z mojego punktu widzenia, ograniczanie rozważań do kwestii ustrojowych jest jałowe – mimo że kuszące, ponieważ refleksjom takim towarzyszy żarliwy subiektywizm, właściwy bieżącej walce politycznej, który często przykrawa rzeczywistość do teorii, zamiast patrzeć uważnie na przedmiot i podmiot badań wszelkich nauk o człowieku i społeczeństwie. To właśnie rozdarcie człowieka i społeczeństwa między podmiotową a przedmiotową rolą w procesie podejmowania decyzji (z czasem stających się treścią historii) skłoniło mnie do pisania.

 

Wartości czyli kto komu służy

Wszelkie rozważania z zakresu nauk społecznych dotyczą interesów i wartości. Tam, gdzie zamysł autora opiera się na preferowaniu określonych interesów i nieujawnianiu, o jakie wartości chodzi, pojawia się pretensja do uniwersalizmu i obiektywizmu. Często dla uzasadnienia kluczowej, uprzywilejowanej roli jakiejś grupy społecznej w danej teorii przypisuje się jej większe znaczenie niż innym albo wręcz znaczenie kluczowe. Twierdzi się, że może je mieć tylko ta i żadna inna grupa – dla dobra ogółu, dobra powszechnego albo po prostu, aby pewnym obiektywnym, niezależnym od człowieka prawom natury, historii czy kosmosu stało się zadość. Kamuflowanie wyznawanego systemu wartości albo służenia określonym interesom grupowym bądź klasowym, spowodowane pretensjami do naukowości teorii, jest tak powszechne, że nikogo już nie dziwi. Założenia aksjologiczne stają się w ten sposób dogmatem, który tym łatwiej jest narzucić opinii publicznej i uczniom, im bardziej wyłączony jest z dyskusji. Badacz tłumaczy nam wszak tylko pewne uniwersalne prawa natury albo historyczne konieczności. Jego udział jest tylko techniczny – nie konstytuuje on porządku świata, lecz jedynie go objaśnia.
Metoda ta zdaje się wynikać nie tylko z oczywistego manipulatorstwa, ale i z właściwej naszym czasom pruderii, z jaką ludzie rzekomo dorośli i dojrzali podchodzą do zagadnień moralności. Moralizowanie uchodzi za naiwne, a żarliwość i silne przywiązanie do moralnych imperatywów uważane są wręcz za infantylizm. Autor o takich poglądach nie wyzbywa się oczywiście swoich przekonań moralnych. Ani nie stają się one mniej subiektywne. Są jedynie ukrywane. Są, jak kryptoreklama, rodzajem perswazji udającej obiektywną informację. Autor próbuje nam wcisnąć jakiś produkt, powołuje się na obiektywne badania naukowe i pomija kluczową dla odbiorcy informację, że za namawianie do zakupu płaci producent albo dystrybutor.
By uniknąć tego rodzaju nieuczciwości, przedstawię najpierw moje wyznanie wiary. Tak, właśnie wiary – bo choćbyśmy nie wiem jak wytężali umysł, nakazy moralne są takiej natury, że nie można ich uzasadniać, usprawiedliwiać za pomocą jakichś praktycznych, utylitarnych funkcji i argumentów.

 

Po ludzku służyć ludzkości

Jako osoba niewierząca mam w sobie mnóstwo wiary. Wiary w możliwości twórcze, ale i moralne człowieka, będącego celem i źródłem wszelkich wyznawanych przeze mnie wartości. Kant utrzymuje, że powinniśmy działać tak, żeby każdego człowieka traktować jak cel sam w sobie. Bertrand Russell uważa, że aby pogodzić ową Kantowską zasadę ze sprawiedliwą etyką władzy politycznej, działającej na rzecz dobra wspólnoty, można interpretować ją szerzej. Nie chodziłoby tu zatem o traktowanie każdego człowieka jako dobra absolutnego, lecz o to, że przy podejmowaniu działań wpływających na wielu ludzi należy ze wszystkimi liczyć się na równi. Przy takiej interpretacji – dowodzi Russell – zasadę tę można uznać za regułę kładącą moralne podwaliny pod demokrację. To Russellowskie ciągnięcie Kanta ku socjalizmowi obrazuje największy dylemat lewicy, rozpiętej między próbą upodmiotowienia człowieka wyalienowanego przez cywilizację rynku i transakcji a historyczną misją uszczęśliwienia ludzkości. Jak służyć ludzkości, nie wyzbywając się człowieczeństwa? Oto jest pytanie.
Bardzo pięknie pisze o tym dylemacie Jan Strzelecki: „Pierwszym z przeżyć i poznań wywołujących dążność do podkreślenia głębokiego humanistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym było ujrzenie w nim – jakby na nowo – ludzkiej, nie tylko robotniczej sprawy, a raczej sprawy ludzkiej w sprawie robotniczej. To jest – pozornie – niewątpliwy truizm. U większości wybitnych pisarzy socjalistycznych znaleźć można wypowiedzi podkreślające związek tych dwóch spraw. Proletariat ma przecież wprowadzić ludzkość w krainę szczęścia i wolności. Ale ludzkość występuje w tym ujęciu jako abstrakcyjna, wyidealizowana istota, nie jest zbiorem konkretnych ludzi, lecz wyobrażeniem wyabstrahowanych cnót. Jest uciśnioną księżniczką w historiozoficznej bajce. A z historiozoficznymi bajkami czas skończyć, bo tylko zasłaniają rzeczywistość. Nie chodziło więc nam o ludzkość, chodziło o żywych ludzi, naszych przyjaciół, naszych towarzyszy pracy, znajomych z różnych zespołów okupacyjnego okresu – wreszcie o nas samych”.
Marksiści dość nieufnie albo wręcz wrogo odnoszą się do roztrząsania kwestii etycznych w oderwaniu od walki klas, pogardliwie nazywając takie refleksje „moralizowaniem”. Jest to wynik obawy przed sprowadzeniem przemiany społecznej do indywidualnego zadania moralnego (w myśl zasady, że lepsi ludzie stanowić będą lepsze społeczeństwo). Dominuje tu przekonanie, jakoby przemiana ustrojowa była jedyną drogą. Wierzy się, że zastąpienie wyniszczającej wzajemnie konkurencji współpracą dla dobra wspólnego automatycznie uczyni ludzi lepszymi. Tymczasem wszelkie próby tworzenia takiego nowego systemu rozbijały się w dużej mierze o starą – mieszczańską, kapitalistyczną – moralność, która odrzucała nakaz działania na rzecz wspólnoty w imię egoistycznych, materialnych interesów jednostki. Potoczna, ludowa krytyka założeń socjalistycznych najlepiej wyraża się w porzekadle „bliższa ciału koszula”. Apologeci kapitalizmu umacniali to przekonanie różnymi teoriami, które w egoizmie kazały widzieć coś naturalnego, nieodłączną cechę rodzaju ludzkiego.
Antonio Gramsci przyjmuje jednak inny, bardziej twórczy punkt widzenia niż zwolennicy automatycznej przemiany człowieka w wyniku zmiany w sferze stosunków produkcji, a także niż ci, którzy chcą przypisać człowiekowi jakieś z góry określone, naturalne cechy. Gramsci widzi potrzebę toczenia walki o moralne imponderabilia, gdyż dostrzega, że kluczem do panowania jakiejś grupy interesów w społeczeństwie jest kultura, pewien moralny i intelektualny porządek uzasadniający niesprawiedliwość i wyzysk. Dlatego staje do otwartej walki i rzuca wyzwanie największemu konkurentowi w zakresie dobra i zła: Kościołowi, chrześcijaństwu. Odpowiadając zwolennikom zbliżenia socjalizmu z chrześcijaństwem, Gramsci głosi, że socjalizm jest właśnie tą religią, która powinna zabić chrześcijaństwo, zastępując w świadomości ludzi pojęcie transcedentalnego Boga katolików wiarą w człowieka i jego najlepsze siły twórcze jako jedyną rzeczywistość duchową. Jeżeli słowa Gramsciego potraktować nie jako metaforę, lecz dosłownie, to socjalizm jest wiarą, a więc jego komponentem są pewne aksjomaty etyczne, niepodlegające dowodzeniu. Muszą one zostać przyjęte spontanicznie, w odruchu moralnym. Tak więc można skonstatować, że wyzwolenie i upodmiotowienie społeczeństwa czy ludzkości zależy od tego, co się dzieje z jednostką, osobą ludzką. Poszukiwanie nowej kultury i nowej wiary jest elementem poszukiwania nowego człowieka, który nie czyniłby dobra pod fałszywymi, obcymi jego walce o emancypację, pretekstami. Elementem stawania się owego nowego człowieka jest wspólna społeczna walka o wyzwolenie z okowów moralności uzasadniającej stary system. To duchowe i etyczne wyzwolenie jest warunkiem wyzwolenia w sferze materialnej i społecznej.

 

Z Baumanem i z Trockim

Jeżeli więc to jednak każdy z nas musi spontanicznie i suwerennie dokonywać wyborów między dobrem a złem w procesie stawania się człowiekiem wyzwolonym, to nie możemy wykluczyć, że wybierać będziemy również źle. Musimy się zatem zgodzić z Zygmuntem Baumanem: „niepewność jest znajomym gruntem dla osoby moralnej i jedyną ziemią, na której moralność może wykiełkować i rozkwitnąć”. Odrzucenie moralności niemoralnego systemu to jedno, a pewność podejmowania właściwych wyborów w drodze ku lepszemu światu to drugie – zadanie wymagające konkretnych wskazówek, zasad osadzonych w realiach toczącej się walki o sprawiedliwość. Napięcie między indywidualnym aktem moralnym dotyczącym konkretnych ludzi, o których pisze Strzelecki, a wymogami walki o dobro ogółu i wyzwolenie ludzkości wzrasta, gdy ta walka przestaje być teoretyczną konstrukcją Gramsciego, a staje się praktyczną rewolucją Lwa Trockiego. Przemyślenia tego właśnie teoretyka i praktyka rewolucji zasługują w piśmiennictwie lewicowym na szczególną uwagę. Osią jego wywodów jest walka z ujmowaniem moralności jako czegoś stojącego poza układem sprzeczności i interesów społecznych, poza historią. Trocki odrzuca oskarżenie, że bolszewicy hołdują „jezuickiej” zasadzie „cel uświęca środki”: „Czy jednak kłamstwo i przemoc same w sobie godne są potępienia?” – pyta rewolucjonista. „Oczywiście – tak jak i klasowe społeczeństwo, z którego się zrodziły. Społeczeństwo bez sprzeczności społecznych będzie, rzecz zrozumiała, społeczeństwem bez kłamstwa i przemocy. Jednak nie sposób przerzucić do niego mostu w inny sposób niż rewolucyjny, to jest środkami przemocy”. I dalej: „Lenin odmawiał uznawania zasad moralnych ustanowionych dla niewolników przez właścicieli niewolników, a nigdy przez nich nieprzestrzeganych; wzywał proletariat do rozszerzania walki klasowej także na sferę moralności. Kto korzy się przed zasadami ustanowionymi przez wroga, ten nigdy wroga nie pokona!”. Czy wystarczy zatem postawić sobie szlachetny cel, aby w imię jego osiągnięcia można było nie przebierać w środkach? Nie sądzę. Choć w walce z bezwzględnym przeciwnikiem rygorystyczne trzymanie się tej konstatacji zwykle osłabia pozycję tego, kto stoi po stronie humanistycznych wartości. Dlatego wypada zgodzić się z Trockim i Baumanem jednocześnie. Oceny stosowanych środków nie sposób wyjmować z historycznego i społecznego kontekstu, a i tak każda decyzja będzie wymagała odrębnego aktu woli i będzie obciążona niepewnością. Bo tylko owa niepewność daje nam szansę na zachowanie człowieczeństwa. A tylko człowieczeństwo pozwala nie zagubić najszlachetniejszego celu.
Kongres USA, dopuszczając tortury i coraz bardziej powszechną niekontrolowaną inwigilację obywateli w walce z terroryzmem, powoływał się na konieczność obrony demokracji. Ale czyż istotą demokracji, tym, co ją różni od tyranii, nie jest właśnie wyrzeczenie się tortur? Może się bowiem okazać, że ewentualne zwycięstwo w tej walce będzie zwycięstwem pyrrusowym. A ludzie, którzy przestaną się bać terrorystów, będą mieli powody, aby obawiać się własnego rządu.

 

Wolność po amerykańsku

W tym wypadku wolność i godność ludzka okazały się mniej ważne od bezpieczeństwa i skuteczności działania światowego mocarstwa. Interweniując na przestrzeni dziejów w różnych punktach globu, Stany działają w obronie „amerykańskiego stylu życia”, czyli pewnego modelu ustrojowego, opartego raczej na konkurencji niż współpracy. Jest to model zwiększający nierówności społeczne i premiujący zwycięzców w wyścigu pod hasłem „winner takes all” (zwycięzca bierze wszystko). Ekspansja amerykańska jest więc ofensywą określonej hierarchii wartości i pewnego modelu. Opiera się on na przeciwstawieniu ideału wolności i równości oraz wyraźnym postawieniu swobody dążenia do egoistycznych celów jednostki ponad dobrem wspólnym i egalitaryzmen. A zatem teorie społeczno-gospodarcze formułowane w oparciu o model amerykański kierują się specyficznym kodeksem moralnym, przedkładającym egoizm nad altruizm. Alexis de Toqueville obawiał się, by demokracja nie przerodziła się w dyktaturę większości. Dzisiejsza Ameryka, ze swoim zinstytucjonalizowanym lobbingiem – pozwalającym, inaczej niż w Europie, w majestacie prawa kupować interesy polityczne – stała się miejscem panowania bogatej mniejszości nad większością, która przegrywa wyścig o pieniądze i pozycje społeczne. W Ameryce większość przegrywa wybory, bo taki panuje ustrój. Nikt tam nie ukrywa, że najważniejsze głosowanie odbywa się nie za pomocą karty wyborczej, lecz za pomocą pakietów akcji.
Przykład amerykański jest tym ważniejszy dla niniejszych rozważań, im bardziej jest bezpruderyjny, brutalny i wyrazisty. O tym, że demokracja nie jest – wbrew etymologii słowa – „władzą ludu”, pisał już w latach 30. ubiegłego wieku Ortega y Gasset: „W wyborach powszechnych masy nie podejmują decyzji, ich rola polega na przyłączaniu się do decyzji podjętej przez taką czy inną mniejszość”. Zgadzam się z tą konstatacją i uważam, że jest do pomyślenia demokracja rzeczywiście wyrównująca szanse, oddająca decyzje w ręce większości, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie służyć dobru wspólnemu o wiele lepiej niż najbardziej nawet światła mniejszość.

 

Potrzeba równości

Równość i wolność to pojęcia nierozerwalnie ze sobą związane. To nierówność – nie tylko wobec prawa, ale przede wszystkim ekonomiczna – rodzi ucisk, zależność biednych od bogatych. Tylko ludzie równi potrafią być naprawdę wolni. Wolność zaś nie jest czymś oczywistym – to zadanie, któremu można sprostać, realizując własne człowieczeństwo, wybierając własną drogę i dokonując indywidualnych wyborów. Tymczasem w zdezintegrowanym społeczeństwie współczesnej Polski wolność jest mylona z możliwością niewolenia innych. Nadużywanie prawa własności i nabywanie coraz większej ilości dóbr nie zastąpi autonomii jednostki świadomej swego losu i wyzwań współczesności. Nasuwa się pytanie: jeżeli wolność jest wolnością wyboru, to dlaczego zdecydowana większość ludzi wybiera niewolę? Dlatego, że wpojono im dyżurny zestaw poglądów sankcjonujących przyjęty model społeczno-gospodarczy i pozbawiono ich w ten sposób umiejętności samodzielnego myślenia. Największym marzeniem przeciętnego Polaka jest dziś nie wyróżniać się z tłumu. Pisząc o człowieku masowym, Gasset tak go charakteryzował: „Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do narzucania tych cech wszystkim innym”. Współczesne dzieci, gdy chcą kogoś obrazić, mówią, że jest „dziwny”. A to ma znaczyć: obcy, niestandardowy, więc gorszy. Konieczność przeżycia w stadzie konsumentów, które nie toleruje inności, nakazuje dzieciom uczyć się mimikry i skrajnego konformizmu. Człowiek masowy ery postindustrialnej ma formalnie wiele praw, nie ma jednak umiejętności posługiwania się nimi. Korzystanie z nich wymaga partnerstwa i współpracy, respektowania zasad dialogu, otwartości na odmienność – czyli tego wszystkiego, co z życia publicznego wyrugowano i co zastąpiono uniformizacją, atomizacją i zasadą miażdżenia (zamiast przekonywania) oponenta. Aby korzystać z wolności, trzeba być wolnym w znaczeniu, które nadaje temu pojęciu Erich Fromm, czyli wolnym z innymi i dla innych, a nie przeciw nim. Człowiek wolny nie dąży do posiadania bogactw, lecz dąży do bogactwa życia. Można je osiągnąć poprzez bycie z innymi i partnerską współpracę, która pozwala zachować odrębność i autonomię.
Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele, a nie – pokonywać siebie nawzajem. Tylko tak może dojść do czegoś, co się jeszcze nigdy nie zdarzyło – do budowy prawdziwej demokracji, która zrodzi możliwie najsprawiedliwszy, choć wciąż zmieniający się i wciąż renegocjowany porządek społeczny. Taka przemiana społeczna, zwana też rewolucją, nie ogranicza się do wystąpienia przeciwko istniejącemu porządkowi, ale też proponuje nowy inny porządek, zadający kłam dotychczasowemu. Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.

Apel do Prezydenta

Poniższy apel będzie można podpisywać w siedzibie RSS przy ul. Elektoralnej 26 codziennie od poniedziałku w godzinach 11:00-18:00,

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracamy się do Pana z prośbą o udostępnienie części pustych mieszkań będących w gestii miasta st. Warszawy na potrzeby osób bezdomnych, które z powodu braku miejsc noclegowych w placówkach do tego przeznaczonych są zagrożone wychłodzeniem organizmu i śmiercią. Uważamy, że sytuacja, w której miasto dysponuje tysiącami pustych mieszkań (pustostanów) podczas gdy bezdomni nie mogą znaleźć miejsc, gdzie mogli by się schronić przed mrozem jest niedopuszczalna, a dalsze jej utrzymywanie będzie dowodziło skrajnej nieodpowiedzialności i znieczulicy. W tej dramatycznej sytuacji prosimy o rozmowę i okazanie dobrej woli oraz odrobiny empatii. Ochrona życia i zdrowia członków wspólnoty samorządowej, a więc wszystkich mieszkańców Warszawy jest obowiązkiem władzy publicznej.

 

Członkowie i Sympatycy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej:
Piotr Ikonowicz, Agata Nosal-Ikonowicz, Roman Ochociński,
Anna Sławuszewska, Ewa Rembielińska, Andrzej Kuśpit, 
Darek Konopka,
Grzegorz Palarski, 
Olga Nikolaidi, Tomasz Orłowski,
Katarzyna Paczkowska-Mężyńska, 
Leon Jadczak, Teresa Dranczyk,
Kazimierz Jaworski, Grażyna Dobosz, Krzysztof Salich, Joanna Wąs,

Bogdan Bugajski, Artur Matyjaszek, Tadeusz Jakubowski, Jakub Janek,
Krzysztof Jankowski, Maciej Jaroszewski, Jolanta Kamińska,
Roman Laskowski, Tadeusz Muszel, Mirosława Pólkowska, Krystyna Sałanowska,
Zbigniew Wasilewski, Agnieszka Żelazna, Stanisław Domański

Głos lewicy

Nierówności kwitną

 

Piotr Ikonowicz skarży się na Facebooku:

Polska jest jednym z krajów o największym rozwarstwieniu majątkowym i dochodowym w UE. Część polskiego społeczeństwa świetnie sobie radzi. To zdecydowana mniejszość. Potem są ci, którzy toną w długach bo uwierzyli, że są klasą średnią i żyją „ponad stan” – to jakieś kilka milionów obywateli. Wreszcie zdecydowana większość, 75-80 proc. Polek i Polaków cienko przędzie, bo dochody nie wystarczają im na zaspokajanie tak podstawowych potrzeb jak leczenie, wakacje, kupno lub wynajem mieszkania czy zwyczajne płacenie rachunków. Stąd np. rosnąca liczba ludzi o niskich dochodach, którzy skręcają kaloryfery do zera lub emigrują.

 

 

Referendum w SLD

 

– 15 grudnia podczas Rady Krajowej SLD podejmiemy uchwałę zwołująca konwencję, która zdecyduje, w jakiej formule Sojusz pójdzie do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Po drugie, zwołamy referendum wszystkich członków partii, w którym odpowiemy sobie na pytanie, w jakiej formule SLD pójdzie do wyborów parlamentarnych – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Rozmowa Piaseckiego” i nakreślił trzy potencjalne scenariusze do dyskusji: samodzielny start Sojuszu, jedna lista zjednoczonej lewicy oraz wspólny start z Koalicją Obywatelską i Polskim Stronnictwem Ludowym.
– Tego typu wewnątrzpartyjne referendum jest wydarzeniem bezprecedensowym jeżeli chodzi o polską scenę polityczną – podkreślił Czarzasty i przypomniał, iż przeprowadzenie tego typu głosowań obiecywał kiedy kandydował na funkcję przewodniczącego partii. – Tak się rządzi partia demokratyczna, która jest 3 lata poza Sejmem – stwierdził.
Info: sld.org.pl

Odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego

W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 2018 r., wszystkie ugrupowania lewicowe, m.in. Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Unia Pracy, Razem, Partia Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, Wolność Równość Demokracja, dokonały wspólnie uroczystego odsłonięcia przy pl. Na Rozdrożu w Warszawie pomnika I premiera RP, późniejszego Marszałka Sejmu, wielkiego socjalisty i patrioty – Ignacego Daszyńskiego. W uroczystości uczestniczyli także m.in.: wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO), były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef OPZZ Jan Guz, a także Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP .
Autorem pomnika Ignacego Daszyńskiego jest krakowski rzeźbiarz Jacek Kucaba, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Monument z brązu stoi na obłożonym granitem postumencie o dwóch stopniach. Ma około 5 metrów wysokości. Pomnik uzupełnia szlak wielkich Polaków, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego stanął w okolicy, gdzie swoje pomniki mają już Roman Dmowski, Wincenty Witos i marszałek Józef Piłsudski.

Głos lewicy

Socjalistą być

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:

Bycie socjalistą w dzisiejszej Polsce wymaga odwagi i rozumu. Liberałowie szydzą z naszych marzeń o Polsce sprawiedliwej, w której mieszkanie, leczenie nie jest przywilejem tylko prawem, gdzie pracowników traktuje się z szacunkiem i godnie się ich wynagradza. A tzw. „prawdziwi Polacy” wyzywają nas od komuchów. Kiedy odsłaniano pomnik Ignacego Daszyńskiego, jednego z tych wielu socjalistów, którzy doprowadzili do Niepodległości w 1918 roku, poczułem dumę, że tak jak on, jak Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Mieczysław Niedziałkowski, jestem socjalistą. Bo walka o Polskę sprawiedliwą to jest prawdziwy patriotyzm. My, socjaliści broniąc słabszych przed przemocą ze strony możnych i bogatych uprawiamy ten patriotyzm na co dzień.

 

Prawicowy sojusz

Łukasz Moll zastanawia się nad korzyściami sojuszu narodowców z rządzącymi:

Powiem szczerze, że dla mnie takie sklejenie modelu patriotyzmu według PiS z narodowcami wydaje się korzystne. Narodowcy są PiS potrzebni jako ekstremum, które umożliwia przesuwanie sceny politycznej w prawo, ale zblatowanie z nimi jest niebezpieczne wizerunkowo, z czego w PiS zdają sobie sprawę i stąd ten kordon oddzielający jednych od drugich na marszu.
Sądzę jednak, że to sąsiedztwo zaszło właśnie na tyle daleko, że rosnąć będzie zapotrzebowanie na alternatywny model wspólnoty, być może na inny typ patriotyzmu, być może jakiś europeizm, internacjonalizm czy kosmopolityzm, a najpewniej wyjdzie z tego jakaś hybryda tych typów idealnych, która pozwala urządzać wspólnotę do wewnątrz i na zewnątrz. Inne siły polityczne to dostrzegają, na lewicy Biedroń sięga po Kościuszkę jako rzecznika patriotyzmu demokratycznego i postępowego, a SLD i Razem po socjalistę Daszyńskiego.
Obawiam się jednak dwóch scenariuszy. Pierwszy: reakcją na nacjonalistyczny projekt PiS i skrajnej prawicy będzie jakiś płytki anty-patriotyzm, śmieszkowo-ironiczny stosunek do polactwa, takie manifestacyjne wycofywanie się z polskości. On już jest niestety rozpowszechniony. Niestety, bo po prostu nie działa.
Drugi: że nawet najfajniejszy patron, symbol, idea czy święto nie chwycą jeśli nie będzie wokół niego czytelnego projektu politycznego, z którym będzie można się utożsamić w taki emocjonalny sposób i – co więcej – ta emocjonalność, zwłaszcza w naszych warunkach, musi być nie tylko pozytywno-uśmiechnięta, ale także negatywno-wkurwiona. Na tym polu śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy będzie Tusk, którego powrót do polskiej polityki będzie oznaczał próbę wskrzeszenia projektu liberalno-konserwatywnego, który zaostrzy wojnę PO-PiS i jeszcze bardziej zmarginalizuje lewicę. Tak, chcę Wam powiedzieć, że rywalizując z PiS, lewica powinna wspólnie z nią zwalczać Tuska i odesłać formację neoliberalną na boczny tor, gdzie w swoim skisłym sosie ta będzie mogła stawiać pomniki bohaterom polskiej transformacji i gratulować sobie sukcesu, którego zmanipulowani, głupi rodacy nie potrafią dostrzec.

 

Niesprawiedliwość

Ryszard Szarfenberg dostrzega słabe punkty Rodziny 500 plus:

500+ a samotne/samodzielne rodzicielstwo dwójki lub więcej dzieci: „Świadczenie wychowawcze na dane dziecko nie przysługuje, jeżeli osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało ustalone, na rzecz tego dziecka od jego rodzica, świadczenie alimentacyjne na podstawie tytułu wykonawczego”. Cel przepisu: „uszczelnianie” przed wyłudzaniem 500+ na pierwsze lub jedyne dziecko przez fikcyjnych samotnych rodziców. Pytanie: a co z drugim dzieckiem, na które 500+ należy się bez kryterium, a więc nie może być ono teoretycznie wyłudzone? Jeżeli 500+ nie zostanie przyznane na drugie i kolejne dzieci samotnemu rodzicowi, bo nie ma ustalonego świadczenia alimentacyjnego, to będzie niesprawiedliwe i dyskryminujące dla tych dzieci.

Głos lewicy

Prezydent nic nie znaczy

– Złodziejowi nie daje się pieniędzy na przechowanie i powierzenie Andrzejowi Dudzie, który łamie konstytucję, zmiany tej konstytucji jest czymś niewyobrażalnym – ocenił Włodzimierz Czarzasty w programie „Kwadrans Polityczny”.
– Prawo i Sprawiedliwość przyjęło takie stanowisko, że odrzuciło projekt referendum, pewnie wynika to z jakiejś gry politycznej – powiedział lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
– Niewątpliwie pokazali, że prezydent Andrzej Duda nic nie znaczy, co zresztą dla znacznej części społeczeństwa nie jest nowością – dodał Czarzasty.
– Dziwię się opozycji parlamentarnej, że nie operuje jasnym językiem: wszystkie winy zostaną rozliczone, a wszyscy winni, jeżeli będą na to zasługiwali trafią do więzienia – stwierdził przewodniczący Sojuszu.
– Chcę tylko powiedzieć prokuratorom i sędziom: wiecie dobrze, że prawo jest łamane, w związku z tym, jeśli się godzicie na współpracę z ludźmi, którzy łamią prawo, i dajecie swoje nazwiska do dyspozycji politycznej w Krajowej Radzie Sądownictwa albo w Sądzie Najwyższym, to wiedzcie o tym, że jeśli w sposób zbiorowy prawa nabyte się jakiejś grupie zabiera, to powinna być ustawa by w sposób indywidualny wam emerytury zabrano, czy ograniczono o połowę – ostrzegał.

 

Dawno temu

Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca porządkuje rzeczywistość polityczną:
Czytam wezwania z prawej i lewej do zakończeniu projektu III RP. Jest to ciekawe doświadczenie. Przypominam sobie dzięki temu, jak to się nam układa:
Dawno temu I RP, do rozbiorów,
potem Zabory,
potem II RP,
potem wojna,
potem PRL,
potem III RP.
Warto pamiętać, tak o poranku, kiedy kawa nie bulgocze jeszcze w ekspresie, że idea IV RP powstała na prawicy, w kręgach PiS (choć twórca tej koncepcji świadomie od niej się oddala). Sama obecność tego pojęcia w przestrzeni publicznej wpływała na nieustanną możliwość kontestacji III RP.
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, można zapytać krojąc chleb na kanapki. Otóż ma: jeśli lewica bowiem (nawet ta, która nie jada świadomie chleba, więc nie robi sobie rano kanapek) ogłasza koniec III RP, to pośrednio przyznaje rację koncepcji IV RP, która od lat istnieje i jest mocno prawicowa. Tak działa ramowanie językowe, a nie wolny rynek.
Kiedy więc wyciągam z lodówki masło i dżem, to wydaje mi się, że skoro pragniemy końca III RP, to używajmy po prostu nazwy „Polska”, bez jakichkolwiek numerów z przodu lub też z tyłu. Mieszam więc łyżeczką kawę z miodem i myślę sobie, że taka Polska, to miejsce, gdzie mieszka każdy, kto chce być Polką lub Polakiem i nikt mu nie musi wydawać na to zgody, ani specjalnego glejtu.
A potem to już myślę sobie, że na obiad, to może nawet ziemniaki z kefirem, bo w końcu lato.

 

W obronie dziadka z chrzanem

Wszystkich zainteresowanych i wspierających zapraszamy w piątek 27 lipca o godz. 16:00 na Plac Bankowy gdzie odbędzie się protest w obronie Babci z czosnkiem i dziadka z chrzanem! Walkę o wolność handlu obnośnego czas zacząć!
Piotr Ikonowicz zaprasza na manifestację.

Ikon górą!

Kulturalny i wyróżniający się klasą intelektualną z jednej strony, z drugiej – impertynencki funkcjonariusz obozu władzy. Piotr Ikonowicz i Dominik Tarczyński spotkali się w propagandowym programie „Woronicza 17” emitowanym na antenie TVP Info. Przedstawiciel lewicy nie dał się stłamsić i z imponującą zręcznością wykazał manipulacje i ignorancję swojego przeciwnika.
To starcie trudno nazwać debatą, bo Piotr Ikonowicz miał przeciwko sobie nie tylko prezentującego żenujący poziom politruka, ale również stronniczego prowadzącego – Michała Rachonia. Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej wybrnął jednak z trudnej sytuacji. Dyskusja dotyczyła pozycji polski na arenie międzynarodowej. Ikonowicz argumentował, że kurs jakim obecna władza prowadzi nasz kraju w żadnym stopniu nie zbliża nas do suwerennej pozycji.
– W polskich elitach jest tradycja podlizywania się jakiemuś hegemonowi. Bardzo długo lizano, że tak powiem derriere (z fran. „tyłek” – przyp. red.) władzy radzieckiej, natomiast Breżniewa zastąpił Trump, ale mechanizm psychologiczny jest ten sam – powiedział Ikonowicz, który przypomniał również, że Waszyngton wciągnął nasz kraj w napaści na Irak i Afganistan, a „przyjaźń” z Amerykanami jest obwarowana kontraktami, na które Polska wydaje „konkretne pieniądze”. Sporo zastrzeżeń budzi także polityka energetyczna, a w szczególności umowy gazowe z USA.
– Ja też na miejscu Trumpa, który jest biznesmenem, chwaliłbym frajera, który jest skłonny kupować trzy razy droższy gaz – zauważył Ikonowicz, co wywołało atak wściekłości jego przeciwnika. Tarczyński zapytał kogo Ikonowicz ma na myśli, a kiedy ten odparł, że Polskę, postanowił ustrzelić rywala sprawdzoną amunicją – siermiężnym antykomunizmem. Zarzucił Ikonowiczowi, że jego język przypomina Dziennik Telewizyjny z lat 80.
– Proszę mi teraz nie przerywać! Pan, który ma korzenie, wywodzi się, czerwone, jest osobą, która ma najmniejsze prawo mówić – bulgotał Tarczyński, zastawiając na siebie sidła.
Odpowiedź Ikonowicza była nokautująca.
– Pan jest ignorantem albo pan kłamie, pan mnie obraził, muszę odpowiedzieć. Pan jest młodym człowiekiem, pan ma prawo nie wiedzieć, kim ja jestem. I ja panu wybaczam. Natomiast po to, żeby pan mógł dzisiaj tak gardłować, to ja siedziałem w więzieniu. Proszę o trochę szacunku – zripostował lewicowy działacz.

Głos prawicy

Polska to frajer!

Wpolityce.pl oburza się na wypowiedź Piotra Ikonowicza w TVP:
– Słuchając tej uprawy słownej, poczułem się, jakbym słuchał dziennika telewizyjnego z lat 80. to takie prosowieckie postawy o imperializmie. Pan, który się wywodzi i ma czerwone korzenie u dołu, ma najmniejsze prawo, żeby tak mówić. Obrażanie prezydenta i Polski, jak pan zrobił, jest nie do przyjęcia! – — mówił Dominik Tarczyński (PiS) do Piotra Ikonowicza podczas gorącej dyskusji w programie „Woronicza 17” na TVP Info.
Politycy komentowali sprawę ostatniego szczytu NATO w Brukseli. W materiale przypomniano wypowiedź lidera PO Grzegorza Schetyny, który politykę PiS podczas szczytu nazwał wręcz porażką! Wiceszef MON stwierdził, że czuje się „porażony”, słuchając takich słów.
W trakcie dyskusji doszło do mocnego starcia między Piotrem Ikonowiczem a Dominikiem Tarczyńskim! Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej wypowiedział naprawdę kuriozalne słowa.
– Ja też na miejscu Trumpa, który jest biznesmenem, chwaliłbym frajera, który jest skłonny kupować gaz trzy razy drożej — stwierdził.
Poseł PiS zareagował pytaniem: „O kim pan mówi?!”.
– O Polsce – odparł Ikonowicz.
– Niech pan uważa na słowa. Jak pan może obrażać Polaków i Polskę? – powiedział stanowczo Tarczyński, lecz Ikonowicz mówił dalej:
– Czy w wojnie handlowej między USA a Europą jesteśmy V kolumną Stanów Zjednoczonych, czy też jesteśmy solidarni z naszymi sąsiadami? Zwiększanie wydatków na zbrojenia, gdy nie mamy na tak podstawowe rzeczy, jak opieka nad niepełnosprawnymi, jest skandalem. A znaczenie wojsk amerykańskich jest śmieszne, bo nie będą umierać za Gdańsk. To jest tylko symboliczne.
Poseł PiS odparł w mocnych słowach:
– Słuchając tej uprawy słownej, poczułem się, jakbym słuchał dziennika telewizyjnego z lat 80. to takie prosowieckie postawy o imperializmie. Pan, który się wywodzi i ma czerwone korzenie u dołu, ma najmniejsze prawo, żeby tak mówić. Obrażanie prezydenta i Polski, jak pan zrobił, jest nie do przyjęcia!
Ikonowicz nie dawał za wygraną:
– Po to, żeby pan mógł tak gardłować, to ja siedziałem w więzieniu. Proszę o trochę szacunku.
Dominik Tarczyński zwrócił więc uwagę, że połowa PO i Wałęsa też byli internowani…

 

Politycy powinni przechodzić na emerytury

Co sądzą Polacy o obowiązkowym przejściu na emeryturę posłów i senatorów, którzy ukończą 65. rok życia? – zastanawia się „Do Rzeczy”:
Nowa ustawa o Sądzie Najwyższym zakłada, że sędziowie w wieku 65. lat przechodzą w stan spoczynku (chyba, że złożą wniosek ws. dalszego orzekania, który zaakceptuje prezydent). Pojawiają się pomysły, aby podobną zasadę zastosować w stosunku do parlamentarzystów. Z taką propozycją wystąpił ruch Kukiz’15..
Badania dotyczące zdania Polaków na ten temat na zlecenie serwisu Rp.pl przeprowadziła agencja SW Research. 59,1 proc. badanych uważa, że należy wygasić mandaty i przenieść w stan spoczynku parlamentarzystów, którzy przekroczyli 65. rok życia. Przeciwnego zdania jest 26,4 proc., a 14,5 proc. respondentów nie ma zdania.
– Częściej ten pomysł popierają kobiety (63 proc.) oraz badani powyżej 50 lat (62 proc.). Tego zdania są również częściej ankietowani o wykształceniu średnim (64 proc.), dochodzie netto poniżej 1000 zł (59 proc.) oraz badani z miast od 20 do 99 tys. mieszkańców (66 proc.) –zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.

Ikonowicz we własnych sidłach

Jesienią odbędą się w Polsce wybory samorządowe, które staną się testem widoczności polskiej lewicy. Tak, widoczności – bo trudno racjonalnie oczekiwać wymiernych sukcesów poza pojedynczymi przypadkami zaistnienia w samorządach.

 

Jeśli takowe wystąpią, zostaną rozdmuchane do rangi epokowego sukcesu. Nie będzie w tym jednak nic gorszącego: za każdy przypadek skuteczności politycznej będą należeć się lewicy brawa – będzie to w końcu krzepiąca odmiana na tle smutnej codzienności. Obecnie bowiem lewica targana jest ciągle zwyczajowymi, wręcz już rytualnymi, rozterkami: iść razem czy osobno? A dokładnie: czy iść z SLD? Czy wypada? Razem, Zieloni i Inicjatywa Polska wystawiły w końcu Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na urząd prezydenta Warszawy, ale po długim wahaniu – bo liberałowie oczerniają go jako „kukizowca”? Niestety utknięcie w takich debatach świadczy o politycznym rozmyciu całej lewicy i skoncentrowaniu się na marketingu wizerunkowym, który niestety zamyka ją w matni poprawnościowego mainstreamu.
Ideowo na tym tle wypada Piotr Ikonowicz. Na weterana lewicy zawsze można pod tym względem liczyć. Nigdy nie brakowało mu wyrazistości i odwagi. W rozmowie z Maciejem Wiśniowskim deklaruje się jako socjalista we właściwym tego słowa znaczeniu, czyli przeciwnik kapitalizmu. Niestety, nie czarujmy się – właśnie dlatego tym razem również pozostanie na marginesie walki politycznej. Jest to rzecz jasna kwestia niemożliwości przebicia się w głównym nurcie, który ma wszelkie powody, by Ikonowicza traktować wrogo. Dlatego Piotr podejmuje bitwę o Warszawę jako straceniec-romantyk, a kampanię potraktuje głównie jako sposób na dotarcie do ludzi ze swoją misją. Mówi: „Przegrani są wszyscy ci, którzy nie podejmują walki z systemem”.
To słowa ważne i prawdziwe. Lewica – zarówno polska, jak i europejska, która tylko pozornie trzyma się lepiej niż jej nadwiślańskie wydanie – znajduje się dziś w stanie opłakanym i trwa wyłącznie siłą bezwładu, ponieważ od lat stara się udawać, że to nie kapitalizm jest głównym problemem. Ikonowiczowi nigdy nie sprawiało kłopotu mówienie tego wprost. Można całkiem rozsądnie uznać, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego szef RSS skazany jest na los „etatowego przegranego”, jak punktuje go Wiśniowski. Jednocześnie fakty są takie, że dopiero z biegiem lat Ikonowicz pogodził się z tą etykietką. Był przecież czas, gdy działalności politycznej nie traktował jako sztuki dla sztuki i honorowej misji samobójczej. W brzmieniu jego wiecowych haseł dało się kiedyś wyczuć rzeczywistą wiarę w możliwość sięgnięcia po władzę. Zadziwiające jest, że przez te wszystkie lata u Ikonowicza nie zmieniło się jedno: stosuje dokładnie tę samą metodę, mimo że jej błędny charakter stał się dostrzegalny jak na dłoni dla kilku już pokoleń działaczy radykalnej lewicy. Lgnęli do niego jak do mesjasza i zawsze odchodzili zawiedzeni. Co zatem poszło nie tak?
Ikonowicz deklaruje: „Buduję partię ludzi pracy”. Buduje ją niemal od zawsze. Kilka lat temu przybrała ona postać Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Ma to być organizacja działająca oddolnie, zrzeszająca ludzi prostych zawodów, ubogich, bezrobotnych, lokatorów pokrzywdzonych przez reprywatyzację. Sam Ikonowicz wielokrotnie podkreślał, że jej siłą ma być klasowy autentyzm: jest jedyną partią, która faktycznie reprezentuje interesy proletariatu i grup wykluczonych. Odmiennie niż w przypadku dominujących ugrupowań, predysponuje ją do tego właśnie sam jej skład klasowy i baza społeczna. To słuszna koncepcja – tak w końcu powstawały partie socjalistyczne, które na początku XX wieku zaczęły w krajach europejskich ocierać się o władzę. Poza tym badania socjologiczne i sondaże opinii nieustannie pokazują, że Polacy nie uznają żadnej z obecnych w Sejmie partii za adekwatnie reprezentującą ich interesy. Wyakcentowanie klasowego charakteru organizacji może dać w tych warunkach oczekiwane rezultaty – stąd przecież wziął się niegdysiejszy sukces Samoobrony. W przypadku Leppera było to co prawda oszustwo, ponieważ faktycznie stworzył on partię „kułacką”, jednak RSS wypada w tej mierze bardziej wiarygodnie. Teoretycznie powinien więc to być polityczny „samograj” z reprezentacją parlamentarną obecną w Sejmie od co najmniej ostatnich wyborów w 2015 r.
Mijają jednak lata, a partia Ikonowicza sytuuje się na kompletnym marginesie i jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, perspektywy rysują się przed nią coraz marniej. Jest tak, mimo że Piotr poświęca na działalność cały swój czas i jest stale obecny wśród ludzi stanowiących bazę społeczną jego partii. Można oczywiście założyć, że powodem jest hegemonia PiS na scenie politycznej, która z powodu swej socjalnej retoryki i powodzenia programu 500+ pełni w polskich warunkach rolę quasi-socjaldemokracji. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego RSS początkowo się rozrastał, prezentując się jednocześnie nieporównanie bardziej radykalnie niż socjal-prawica Kaczyńskiego, a po 2015 r. jego struktury zaczęły się kurczyć. Obecnie oprócz warszawskiego RSS działa praktycznie tylko gdański. Jest tak z jednego kluczowego powodu: lider utracił zaufanie wielu ideowych działeczek i działaczy socjalistycznych motywowanych ideologicznie, którzy skupili się wokół niego po powołaniu do życia RSS.
Tylko pozornie chodzi o incydent wyborczy podczas kampanii w 2015 r. kiedy Ikonowicz deklarował współpracę z ze Sławomirem Izdebskiem, politykiem o obrzydliwie nacjonalistycznych ciągotach. Owszem, wielu aktywistów, dla których lewicowość z konieczności oznacza bezwarunkowe odrzucenie nacjonalizmu, poczuło się wtedy zdradzonych i odeszło. W istocie jednak ta kropla przelała czarę goryczy, która zbierała się od dawna. Ikonowicz bowiem, panując nad partią żelazną ręką – co już przeczyło deklarowanej zasadzie demokracji i oddolności – obrał jednocześnie całkowicie błędną taktykę całkowitej koncentracji na wyborach. Tak samo było w okresie Nowej Lewicy.
Jeżeli zgodzimy się, że RSS jest ciałem obcym w mainstreamie, to jasne staje się również to, że skuteczna budowa takiej oddolnej alternatywy możliwa jest tylko z pominięciem cyklu wyborczego. Nie ma też co liczyć na to, że start w wyborach będzie sposobem na „dotarcie do ludzi”. Nie będzie, kolejne próby tego dowiodły. Każda kampania wyborcza oznacza dla RSS zawieszenie całej regularnej działalności i podporządkowanie jej priorytetowi, jakim nagle się staje promocja osoby Piotr Ikonowicza w mediach. Dodajmy do tego antagonizowanie własnych kadr, żeby przyklepać sprawę wspólnych list z jakimś cynikiem – wbrew ideowemu i antysystemowemu charakterowi partii. Rezultat może być tylko jeden: przeciwskuteczność.
Kontakt ze zwykłymi ludźmi, ideowi działacze i oddanie sprawie przemiany społecznej jest wszystkim, czym dysponuje RSS. Gdy organizacja znajduje się w niekończącej się fazie embrionalnej, każda próba odnalezienia się w mainstreamie ad hoc i działanie jego metodą – a tym właśnie są wybory – będzie oznaczała zaburzenie procesu, który musi zachodzić płynnie i stabilnie przez lata, by po długim okresie móc dać rezultat. Dopiero gdy partia okrzepnie i kadry się rozrosną, start w wyborach ma jakikolwiek sens. W przeciwnym razie oznacza to roztrwonienie skromnych aktywów posiadanych w punkcie wyjścia. Tak było kilka lat temu, tak też będzie i tym razem.
Jeżeli na pytanie, jak będzie wyglądała jego kampania wyborcza, Piotr odpowiada, że „pojedzie do pani, która chce wrócić do swojego spalonego mieszkania” to jest to niepoważne potraktowanie albo kampanii, albo tej pani. Taki pomysł może przekonać kogoś, kto jest na lewicy od pół roku, a nie doświadczonych aktywistów, których RSS potrzebuje, by się rozwijać, bo zawsze stanowią oni krwiobieg organizacji. Samą ideą partii się nie zbuduje. To przejaw bezradności i rezygnacja z jakiejkolwiek koncepcji taktycznej. A wieczna improwizacja nie jest wyłącznie „metodą” Ikonowicza – to los całej lewicy. To bardzo istotny symptom. Należy go wreszcie w pełni naświetlić i zacząć o nim mówić. Bo skoro organizacje lewicowe nie mają żadnego pomysłu, jak zyskać jakąkolwiek siłę polityczną, to po co w ogóle istnieją? Celem replikacji własnego etosu? Sorry, to mało.
Ikonowiczowi i RSS wybory na dobrą sprawę tylko przeszkadzają, stanowią szkodliwą obsesję. Paradoksalnie, gdyby za każdym razem, kiedy idą wybory, Piotr tak się na nich nie koncentrował, to już dawno ponownie zawitałby do Sejmu i zagroziłby PoPiSowi: po prostu stworzyłby ten wymarzony ruch zamiast nieustannie podcinać jego korzenie. Myślenie długoterminowe zwyciężyłoby nad określaniem się od wyborów parlamentarnych do samorządowych. Chodzenie na skróty, przeskakiwanie etapów – to nie działa.
Kluczowe jest to, czego w RSS teraz najbardziej brakuje, czyli kadry. Zadziałać może tylko organizacja kadrowa, która rozpocznie długi marsz, nastawiając się początkowo nie tylko na „ludzi pracy” (chociaż ciągła aktywność wśród nich jest konieczna), lecz i na możliwość przyciągania i kształcenia politycznego młodych radykałów o marksistowskich czy antykapitalistycznych zapatrywaniach, chcących angażować się społecznie, wykształconych, pochodzących z inteligencji, czy nawet z szeroko rozumianej „klasy średniej”. Oni stworzą zaplecze ideologiczne, teoretyczne, organizacyjne, programowe i medialne, które pozwolą partii rozwijać się przez jakieś 7 – 10 lat, by mogła ona następnie osiągać cele polityczne z prawdziwego zdarzenia. Ten „awangardyzm” nie wynika bynajmniej z niedoceniania klasy robotniczej, nie chodzi też o „wnoszenie świadomości klasowej z zewnątrz”.
Zwykli ludzie są zbyt zaaferowani życiem niepolitycznym, by w tworzeniu sprawnej organizacji – nawet takiej, z którą się utożsamiają – mogli polegać tylko na sobie. Dlatego dzisiaj pojedyncze sukcesy aktywności związkowej i lokatorskiej nie przekładają się na trwałe zaangażowanie „zwykłych ludzi”, którzy uzyskali realną pomoc od socjalistów, w ruch, jaki marzy się Ikonowiczowi. Potrzebują kadr, którym mogą zaufać i które wezmą na siebie dużą część pracy i ryzyka związanego z aktywnością polityczną. Oparcie takie muszą dać im socjaliści działający sprawnie i na skalę odpowiednio dużą, by zdolni byli wywierać choćby minimalny wpływ polityczny. W przeciwnym razie ubożsi ludzie będą nieustannie woleli partie takie jak PiS – organizacje biznesu z socjalnym listkiem figowym.
Wiadomo już, że nie zadziałała jedyna przemyślana taktyka zastosowana po 2015 r. – ożywienie lewicy poprzez przesunięcie jej w prawo. Partia Razem właśnie się sypie, odchodzą działacze i działaczki, w tym osoby należące do „wierchuszki”. Nie jest też tajemnicą, że mimo oportunistycznej polityki, ugrzecznionego wizerunku i przeestetyzowania przekazu od początku były w tej partii elementy zarówno radykalne, nie wstydzące się słowa socjalizm, jak i autentycznie zaangażowane na rzecz ubogich. Rozczarowanie Partią Razem może doprowadzić do konsolidacji sił na lewo od nich. Piotr Ikonowicz i RSS mogą skorzystać na tej tendencji, by przeistoczyć swoją organizację w kuźnię kadr na przyszłość.

Głos lewicy

KOD i komuna

Zniesmaczony Piotr Ikonowicz umieścił na Facebooku taki wpis:
Oto Apel KOD-u do młodzieży czyli jak Pan Bóg chce kogoś ukarać to mu odejmuje rozum:
„Do polskiej młodzieży, licealistów, studentów, już pracujących
Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna „furka”, „klamoty” z butiku, nierzadko własna „kawalerka”, a w niej sprzęt audio-wizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nie obarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw „komunie” o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze.
Komuna… komuna… Coś tam było. Niewielu z was wie dokładnie, co to było. Że nie żyło się wtedy tak jak dzisiaj? To jasne! Przecież nie było wtedy wszystkich tych HD-TVs, Play Stations, aut-hybryd i smart-phones. Tak, ale były inne rzeczy, których też u nas nie było, a znało się je tylko z filmów zachodnich. O Sölden czy Nowej Zelandii słyszało się tylko na lekcjach geografii, a na urlopy jeździło się do zakładowych „domów wypoczynkowych” w Karpaczu, Ustce czy „pod gruszą” w dwutygodniowych turnusach. A zagranica? Owszem, nad Balaton na Węgrzech, do Złotych Piasków w Bułgarii, czy do NRD, ale tam jeździło się tylko na zakupy, firanki, bielizna, takie tam… Co to było NRD?
Nie czas teraz na wykłady z historii, nie czas na uświadamiające rozmowy. Krótko: Nie chielibyście stracić to, co macie. Więc czas na czyny. Jeżeli wasi rodzice, ich znajomi i wielu innych w ich wieku znów wychodzą jak za czasów swej młodości na ulice, to coś to znaczy. To znaczy, że jest ktoś, kto próbuje zmienić Polskę, z takiej jaką znacie, na taką jaką oni znają z przeszłości. Trzeba się temu przeciwstawić. Jesteście w wieku, w którym wasi rodzice po raz pierwszy powiedzieli ówczesnej władzy NIE! Więc czas teraz na was. Czas najwyższy. Powyłączajcie „compy” i ruszcie dupy. Na ulice! (…) Dobra. Wycofuję to Sölden i Nową Zelandię, wycofuję własną kawalerkę i rzecz jasna ten sprzęt audio-wizualny ful, bo i po co to komu, jak nie ma własnej chaty. I wycofuję te urojone długi wdzięczności. Nic nikomu nie zawdzięczacie. To co jest i tak by przyszło. Taka jest kolej historii. Od dwu lat jest „dobra zmiana”, 500+, 300+, darmowe leki dla seniorów i jeszcze całe mnóstwo ulg dla społeczeństwa. Tylko o młodzieży nikt nie pomyślał, o licealistach, studentach i tych, co dopiero zaczęli pracować. Z większości reakcji na mój post wnioskuję, że ogólnie młodzież w Polsce bieduje. Nie mają na wczasy, nie mają na własne mieszkanie, nie mają… Chwileczkę. Czy w Polsce wszyscy wykonujący tzw. zawody elitarne jak medycy, prawnicy, artyści, menadżerowie czy choćby politycy, weźmy tylko tych z PiSu… Czy oni są wszyscy bezdzietni? A jeśli mają potomstwo, nawet dorosłe, to wcale im nie pomagają? Żeby mieć trochę własnego grosza w kieszenie muszą te dzieciaki najpierw na zmywak do Anglii? I pewno prosto stamtąd jeżdżą na narty do Austrii. Bo skądś Polacy się tam biorą. Co prawda żadnej rejestracji turystów się tam nie prowadzi, ale zeszłej zimy hotelarze austriaccy zanotowali 1 223 910 polskich noclegów. To kto tam jeździ? Są to wyłącznie stare zgrety, postkomuchy i kolesie z sądownictwa, a młodych Polaków poniżej 30tki ani w ząb tam?
W każdym bądź razie to nie wy, ci wszyscy, którzy tak żywo zareagowali na mój tekst, uzmysłowiając mi, gdzie jest moje miejsce – w szambie, tam jeździcie. Nikomu nic nie zawdzięczacie i nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Tak więc siedźcie dalej przy tych swoich „kompach”, nie wyłączajcie ich. Może ktoś wam wrzuci jakąś „message”, że coś historycznie ważnego wydarzyło się właśnie na mieście. A że wydarzyło się bez was… I co z tego? Przecież nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Co gorsza, nawet nie wobec samych siebie.”

 

Kim jest prawak

Dalej Ikonowicz: „Skrajna prawica – termin używany do określenia osób i ugrupowań o poglądach prawicowych, charakteryzujących się skrajnym programem lub radykalnymi metodami działania. W sprawach gospodarczych skrajna prawica zazwyczaj opowiada się za neoliberalnym kapitalizmem lub korporacjonizmem. Osoby o skrajnie prawicowych poglądach najczęściej dążą do wyróżnienia swojego narodu na tle innych.