Głos lewicy

Nie obrażajmy się na Koalicję

Komentarz powyborczy Katarzyny Szumlewicz, wykładowczyni, aktywistki i feministki:
KE miała ubogi choć zasadniczo słuszny pomysł: przestrzeganie prawa, wartości europejskie. Przegrało to kilkoma procentami (czyli nie jakoś druzgocąco) z wizją wspólnoty opartej na kościele, tradycji, zamknięciu się na świat, przy wsparciu kolejnych pięćsetek, trzynastek, nagonek na inność itd. Duża część moich znajomych uważa, że to wielki triumf socjalu, a więc słusznie i opozycja zasługuje na wyśmianie. Zasadniczo się z tym nie zgadzam. Oczywiście opozycja ma wielkie „zasługi” w budowie hegemonii kościoła czy w niesprawiedliwym systemie ekonomicznym, utrwalającym pogardę dla biedniejszych. Jednak jej program jest w tym momencie słuszny i nie należy schodzić z tej drogi. Zamiast zastanawiać się, co zrobić, by przyciągnąć prawicową młodzież czy resztę prawicowego elektoratu, należałoby wyostrzyć program centrowy. Sprzeciw wobec całkowitego zakazu aborcji zgromadził nieprzebrane tłumy i pewnie je jeszcze będzie gromadzić. Klimat to w tym momencie najważniejszy globalny problem. Otwartość i tolerancja w obliczu nagonek czy to na uchodźców, czy gejów, kiedyś zaprocentuje. Sprzeciw wobec nadużyć kościoła jest niezwykle potężny i doprowadzi w końcu do sekularyzacji. Społeczeństwa ewoluują. Ksenofobia i deptanie praw jednostek nie będą trwać zawsze. To sprzeciw wobec postępu, jaki pojawia się praktycznie zawsze. Jeśli zaś chodzi o prawa socjalne, jestem oczywiście ich zwolenniczką. Dziś wygląda to tak, że usługi społeczne są na coraz niższym poziomie (vide pogarda dla nauczycieli), ale ludzie dostają do kieszeni pieniądze. Pomóc dzieciom można tworząc sieć socjalno-edukacyjną, wsparcie dla matek, umożliwienie im pracy, a nie wypychanie do domu. Pomóc starszym i niepełnosprawnym można tworząc infrastrukturę pomocową, skupioną na ich potrzebach. Jestem pewna, że spotkałoby się to z poparciem.

Nie wierzę PO

Piotr Ikonowicz na Facebooku o wyborach:
Opozycja niczego nie oferowała i nie oferuje poza odsunięciem PiS-u od władzy. To PiS-owi znakomicie ułatwiło zadanie. Wystarczyło postraszyć, że PO odbierze 500 +, z powrotem wydłuży wiek emerytalny i odbierze wszystkie obecne transfery socjalne, aby nieprzebrane rzesze obdarowanych pospieszyły do urn.

Głos lewicy

Odnowa moralna

Refleksja Tymoteusza Kochana na temat obecnej ekipy rządzącej:
Jedzenie bananów gorszy i oburza lepszy sort ludzi z PiS-u… Jednocześnie nie ma żadnego problemu, kiedy wszystko epatuje dziełami z Jezusem wykrwawiającym się na krzyżu na 356 sposobów, ta sama scenka też pod postacią krucyfiksów w każdej podstawówce…
Cenzura zawsze zaczyna się od propagandy odnowy moralnej i mówienia o wielkich wartościach i chronieniu „naszej młodzieży”.
Jako pozbawieni ksenofobii ludzie z PiS-em nie mamy jednak żadnej „wspólnej młodzieży”, bo nie uważamy osób o innej orientacji seksualnej za naszego wroga. A miejsce sztuki religijnej i cenzurowanej przez klerykalizm jest w kościele, którego przepotężna „aksjologia” jak widać boi się i przegrywa z jedzeniem bananów.

Ludzie!
Jestem z Was dumny!

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:
Ludzie zgłaszają się do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej znanej także, jako „ostatnia deska ratunku” z najróżniejszymi sprawami. Raz nawet zadzwonili z jakiejś wioski, „żeby pan Ikonowicz przyjechał, bo świnie chorują”. Zdarzają się także zwykłe spory o miedzę. Ostatnio jeden z naszych podopiecznych poprosił o naszą czerwoną koszulkę firmową. Sądzi bowiem, że jeżeli się w niej pokaże ludziom, którzy go oszukali, to oni się przestraszą i oddadzą pieniądze, które mu są winni.
Wielu nam dziękuje za to co robimy. Zaczepiają mnie na ulicy, żeby podać rękę, dodać otuchy, pogratulować. A jednak pewien redaktor zadał mi pytanie, dlaczego wszyscy mnie chwalą, a jednak nikt nie chce zostać Ikonowiczem. Wolą ciągnąć, każdy w swoją stronę niż świadczyć pomoc bliźniemu. Ta pesymistyczna wizja naszego społeczeństwa pozwala uzasadniać system, który odwołuje się do tej gorszej strony natury ludzkiej. Coraz częściej na szczęście okazuje się, że pesymiści się mylą. W warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Stokłosy” zarząd próbował wyeksmitować młodą matkę z maleńkim dzieckiem. Za małe 37 metrowe mieszkanko narzucono jej rynkowy czynsz w kwocie 1470 zł, który ona jednak regularnie płaci. Mimo, że w sądzie wygrała sprawę o ustalenie, że jest właścicielką mieszkania, zarząd nie zechciał jej wpisać w poczet członków spółdzielni. Jednak do eksmisji nie doszło. Została zablokowana przez sąsiadów. Nas tam nie było i to jest pocieszające, że ludzie idą za naszym przykładem i na zasadzie obywatelskiego nieposłuszeństwa stawiają opór, bronią się nawzajem.
Młoda matka 5latka i trzymiesięcznego niemowlęcia mieszka z mężem na Pradze Północ w lokalu o powierzchnia 16 metrów kwadratowych. Sylwia przyszła jednak do nas nie tylko dlatego, że liczy na pomoc w zamianie mieszkania na większe. Ona przygotowuje konferencję o tym jak „postawić Pragę Północ na nogi”. Przez godzinę opowiadała naszym aktywistom o brudnych, nie oświetlonych ulicach, o przemocy, braku pieszych patroli policyjnych, zagrzybionych, przeludnionych lokalach, braku zieleni w dzielnicy, o wielu sprawach, które leżą jej na sercu, a dotyczą wspólnoty mieszkańców pośród których dziewczyna żyje. Człowiek to brzmi dumnie.

Głupota i uprzedzenia

PiS opowiada się za osłabieniem kompetencji Unii, a więc za osłabieniem integracji. Łamie zasady i wartości zjednoczonej Europy i jest w stanie permanentnego sporu ze wszystkimi instytucjami unijnymi. Nie rzuca hasła wyjścia, bo wie, jakie są nastroje w społeczeństwie, ale Polski jest coraz mniej w Unii i Unii jest coraz mniej w Polsce. Spory z Paryżem i Berlinem są wynikiem głupoty i uprzedzeń, a nie obrony polskich interesów.
Dzisiaj do UE nie zostalibyśmy przyjęci, – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz.

Głos lewicy

Będę dalej pracował

– Mam zamiar kontynuować kampanię, oddać się w ręce wyborców. Moja choroba nie przeszkadza mi w niczym ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Jest to taki rodzaj, który ma wysoką uleczalność. Głęboko wierzę, jestem optymistą, że wygram – mówił o swojej chorobie nowotworowej były premier i kandydat na europosła Włodzimierz Cimoszewicz w programie „Polityka na ostro”.
– Te choroby są wśród nas, to nie są anonimowe zdarzenia. Mam trochę szczęścia, po dawnej operacji serca muszę się poddawać okresowym badaniom. To przy okazji takich okresowych badań wyszło na jaw. Jest w niezaawansowanym stadium – mówił o chorobie, dodając, że to „taki bardziej męski” nowotwór.
– Nie należy się poddawać, dzisiejsza medycyna robi duże postępy, daje nam szansę – mówił były premier.
– Jeżeli to nie jest zaawansowana choroba, to nie powinna dyskryminować – odpowiadał, pytany o pracę w czasie choroby.
Źródło: sld.org.pl

Nie ma za co

Jakiś człowiek w sklepie podziękował mi za to „to wszystko co robię dla Polaków”. Spieszę donieść, że cudzoziemcom także pomagamy – oświadczył na Facebooku Piotr Ikonowicz.

Reprywatyzacja, ciąg dalszy

Pan Jan od 30 lat mieszka w komunalnym mieszkaniu na warszawskiej Pradze.

Lokal ma 16 metrów kwadratowych i składa się z jednej izby bez łazienki, bez ogrzewania, ciepłej wody, gazu czy kuchni. Jest osobą niepełnosprawną, rzadko się uśmiecha. Nie bardzo już wierzy, że jego los się odmieni. Jednak zdobył się na wystąpienie o poprawę warunków mieszkaniowych, bo jego lokal właśnie uległ reprywatyzacji.
Miasto st. Warszawa odmówiło, bo dopatrzyło się, że ma on udział w niewielkim gospodarstwie rolnym. Jakiś skrawek ziemi na końcu Polski, który mógłby sprzedać, aby zaspokoić swoje potrzeby mieszkaniowe. Sęk w tym, że tam mieszka jego brat. Człowiek ubogi i aby sprzedać ziemię, z nędzną drewnianą chałupą, musiałby wygnać z domu rodzonego brata. Oczywiście pod warunkiem, że ten nędzny spłachetek ziemi ktoś by zechciał nabyć.
Wiele się mówiło o preferencjach przy rozpatrywaniu próśb o pomoc mieszkaniową dla osób będących ofiarami reprywatyzacji. Mówiono też, że niepełnosprawność przemawia za szybszym przyznaniem najmu komunalnego. Tu jednak mamy do czynienia z wyraźną złą wolą miasta, które wyszukuje najrozmaitszych pretekstów by nie pomagać tym, którym pomagać obiecało.
W Poznaniu skazano na dwa lata więzienia niejakiego Śrubę. Czyściciela kamienic, który uprzykrzał życie lokatorom reprywatyzowanych kamienic. Mniejsze wyroki więzienia otrzymało dwóch innych czyścicieli. Na ławie oskarżonych nie zasiedli jednak ci, którzy Śrubę i jemu podobnych wynajęli. Tych, którzy byli sprawcami intelektualnymi przestępstw polegających na podrzucaniu nieczystości, robactwa, czy kopaniu lokatorom symbolicznych grobów na podwórkach.
Wszystko tylko po to by mieszkańcy się wynieśli, a mocodawcy czyścicieli mogli zarobić. Bo właściciel w naszym kraju jest nietykalny, a własność prywatna święta.
Gdy ktoś wynajmuje zabójcę, odpowiada co najmniej na równi z nim. Gdy ktoś wynajmuje zbira do wykurzenia lokatorów pozostaje bezkarny. Po roku pan Śruba wyjdzie pewnie za dobre sprawowanie i będzie mógł się cieszyć sowitym wynagrodzeniem, który otrzymał od właścicieli reprywatyzowanych kamienic. I już się pewnie śmieje z nas, lokatorów i wymiaru sprawiedliwości. A z braku ustawy reprywatyzacyjnej, która by położyła kres oddawaniu kamienic z lokatorami, cały proceder trwa w najlepsze.
Władza woli wciąż w świetle jupiterów ścigać pionki nie ruszając grubych ryb. Karać, zamiast zapobiegać krzywdzeniu niewinnych lokatorów, których wciąż oddaje się spadkobiercom i nabywcom roszczeń jak worek kartofli wraz kamienicami.

Dlaczego większość przegrywa wybory

Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele,  a nie – pokonywać siebie nawzajem.

 

Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.
Tytuł artykułu zawiera tezę – postaram się ją udowodnić tak samo energicznie, jak zamierzam udzielić odpowiedzi na postawione pytanie. Wykazanie, że współczesna polska demokracja jest w istocie dyktaturą uprzywilejowanej mniejszości, to cel diagnostycznej części moich rozważań, a odpowiedź na tytułowe pytanie to już wskazanie drogi, pokazanie przysłowiowego światełka w tunelu. Zawsze, kiedy podejmujemy kwestie zasadnicze, uświadamiamy sobie, że jesteśmy pionierami, ponieważ rzeczywistość, nawet najgorsza, ma tę niepojętą, przygniatającą moc samopowielania i samoutrwalania – i choć z biegiem dziejów się zmienia, to jednak w danej chwili, poza momentami przełomu, wydaje się jedyną możliwą. A od konieczności już niewielki (by nie rzec: ledwie zauważalny) krok do akceptacji. Wiele osób, przeżywając dysonans poznawczy między tym, co jest, a tym, co obiecywał teoretyczny, ideologiczny wzorzec przeżywanej rzeczywistości, konstatuje, że jesteśmy jeszcze w drodze, a obietnica się spełni, gdy dotrzemy do celu.
W okresie PRL władze twierdziły, że obietnica ustrojowa czeka na etap rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Pewien nurt trockistowski tłumaczył niezgodność systemu władzy ludowej ze wzorcem propagowanym przez klasyków tym, że to w ogóle nie był socjalizm, tylko kapitalizm państwowy. Schemat myślenia przedstawiał się następująco: jeżeli socjalizm był ideałem, to braki w zaopatrzeniu i partyjny zamordyzm świadczyły o tym, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko. Podobnie dzisiaj: ludzie, przyjmując zmianę ustroju za zmianę na lepsze i nie radząc sobie w nowych realiach, przypuszczają, że nie dojechaliśmy jeszcze na stację „kapitalizm”, a to, co uważają za patologię nowej rzeczywistości, przypisują pozostałościom po epoce słusznie minionej, czyli czasom socjalizmu bądź socjalizmu realnego. Umysł broni się bowiem przed prostą konstatacją, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę.
Z mojego punktu widzenia, ograniczanie rozważań do kwestii ustrojowych jest jałowe – mimo że kuszące, ponieważ refleksjom takim towarzyszy żarliwy subiektywizm, właściwy bieżącej walce politycznej, który często przykrawa rzeczywistość do teorii, zamiast patrzeć uważnie na przedmiot i podmiot badań wszelkich nauk o człowieku i społeczeństwie. To właśnie rozdarcie człowieka i społeczeństwa między podmiotową a przedmiotową rolą w procesie podejmowania decyzji (z czasem stających się treścią historii) skłoniło mnie do pisania.

 

Wartości czyli kto komu służy

Wszelkie rozważania z zakresu nauk społecznych dotyczą interesów i wartości. Tam, gdzie zamysł autora opiera się na preferowaniu określonych interesów i nieujawnianiu, o jakie wartości chodzi, pojawia się pretensja do uniwersalizmu i obiektywizmu. Często dla uzasadnienia kluczowej, uprzywilejowanej roli jakiejś grupy społecznej w danej teorii przypisuje się jej większe znaczenie niż innym albo wręcz znaczenie kluczowe. Twierdzi się, że może je mieć tylko ta i żadna inna grupa – dla dobra ogółu, dobra powszechnego albo po prostu, aby pewnym obiektywnym, niezależnym od człowieka prawom natury, historii czy kosmosu stało się zadość. Kamuflowanie wyznawanego systemu wartości albo służenia określonym interesom grupowym bądź klasowym, spowodowane pretensjami do naukowości teorii, jest tak powszechne, że nikogo już nie dziwi. Założenia aksjologiczne stają się w ten sposób dogmatem, który tym łatwiej jest narzucić opinii publicznej i uczniom, im bardziej wyłączony jest z dyskusji. Badacz tłumaczy nam wszak tylko pewne uniwersalne prawa natury albo historyczne konieczności. Jego udział jest tylko techniczny – nie konstytuuje on porządku świata, lecz jedynie go objaśnia.
Metoda ta zdaje się wynikać nie tylko z oczywistego manipulatorstwa, ale i z właściwej naszym czasom pruderii, z jaką ludzie rzekomo dorośli i dojrzali podchodzą do zagadnień moralności. Moralizowanie uchodzi za naiwne, a żarliwość i silne przywiązanie do moralnych imperatywów uważane są wręcz za infantylizm. Autor o takich poglądach nie wyzbywa się oczywiście swoich przekonań moralnych. Ani nie stają się one mniej subiektywne. Są jedynie ukrywane. Są, jak kryptoreklama, rodzajem perswazji udającej obiektywną informację. Autor próbuje nam wcisnąć jakiś produkt, powołuje się na obiektywne badania naukowe i pomija kluczową dla odbiorcy informację, że za namawianie do zakupu płaci producent albo dystrybutor.
By uniknąć tego rodzaju nieuczciwości, przedstawię najpierw moje wyznanie wiary. Tak, właśnie wiary – bo choćbyśmy nie wiem jak wytężali umysł, nakazy moralne są takiej natury, że nie można ich uzasadniać, usprawiedliwiać za pomocą jakichś praktycznych, utylitarnych funkcji i argumentów.

 

Po ludzku służyć ludzkości

Jako osoba niewierząca mam w sobie mnóstwo wiary. Wiary w możliwości twórcze, ale i moralne człowieka, będącego celem i źródłem wszelkich wyznawanych przeze mnie wartości. Kant utrzymuje, że powinniśmy działać tak, żeby każdego człowieka traktować jak cel sam w sobie. Bertrand Russell uważa, że aby pogodzić ową Kantowską zasadę ze sprawiedliwą etyką władzy politycznej, działającej na rzecz dobra wspólnoty, można interpretować ją szerzej. Nie chodziłoby tu zatem o traktowanie każdego człowieka jako dobra absolutnego, lecz o to, że przy podejmowaniu działań wpływających na wielu ludzi należy ze wszystkimi liczyć się na równi. Przy takiej interpretacji – dowodzi Russell – zasadę tę można uznać za regułę kładącą moralne podwaliny pod demokrację. To Russellowskie ciągnięcie Kanta ku socjalizmowi obrazuje największy dylemat lewicy, rozpiętej między próbą upodmiotowienia człowieka wyalienowanego przez cywilizację rynku i transakcji a historyczną misją uszczęśliwienia ludzkości. Jak służyć ludzkości, nie wyzbywając się człowieczeństwa? Oto jest pytanie.
Bardzo pięknie pisze o tym dylemacie Jan Strzelecki: „Pierwszym z przeżyć i poznań wywołujących dążność do podkreślenia głębokiego humanistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym było ujrzenie w nim – jakby na nowo – ludzkiej, nie tylko robotniczej sprawy, a raczej sprawy ludzkiej w sprawie robotniczej. To jest – pozornie – niewątpliwy truizm. U większości wybitnych pisarzy socjalistycznych znaleźć można wypowiedzi podkreślające związek tych dwóch spraw. Proletariat ma przecież wprowadzić ludzkość w krainę szczęścia i wolności. Ale ludzkość występuje w tym ujęciu jako abstrakcyjna, wyidealizowana istota, nie jest zbiorem konkretnych ludzi, lecz wyobrażeniem wyabstrahowanych cnót. Jest uciśnioną księżniczką w historiozoficznej bajce. A z historiozoficznymi bajkami czas skończyć, bo tylko zasłaniają rzeczywistość. Nie chodziło więc nam o ludzkość, chodziło o żywych ludzi, naszych przyjaciół, naszych towarzyszy pracy, znajomych z różnych zespołów okupacyjnego okresu – wreszcie o nas samych”.
Marksiści dość nieufnie albo wręcz wrogo odnoszą się do roztrząsania kwestii etycznych w oderwaniu od walki klas, pogardliwie nazywając takie refleksje „moralizowaniem”. Jest to wynik obawy przed sprowadzeniem przemiany społecznej do indywidualnego zadania moralnego (w myśl zasady, że lepsi ludzie stanowić będą lepsze społeczeństwo). Dominuje tu przekonanie, jakoby przemiana ustrojowa była jedyną drogą. Wierzy się, że zastąpienie wyniszczającej wzajemnie konkurencji współpracą dla dobra wspólnego automatycznie uczyni ludzi lepszymi. Tymczasem wszelkie próby tworzenia takiego nowego systemu rozbijały się w dużej mierze o starą – mieszczańską, kapitalistyczną – moralność, która odrzucała nakaz działania na rzecz wspólnoty w imię egoistycznych, materialnych interesów jednostki. Potoczna, ludowa krytyka założeń socjalistycznych najlepiej wyraża się w porzekadle „bliższa ciału koszula”. Apologeci kapitalizmu umacniali to przekonanie różnymi teoriami, które w egoizmie kazały widzieć coś naturalnego, nieodłączną cechę rodzaju ludzkiego.
Antonio Gramsci przyjmuje jednak inny, bardziej twórczy punkt widzenia niż zwolennicy automatycznej przemiany człowieka w wyniku zmiany w sferze stosunków produkcji, a także niż ci, którzy chcą przypisać człowiekowi jakieś z góry określone, naturalne cechy. Gramsci widzi potrzebę toczenia walki o moralne imponderabilia, gdyż dostrzega, że kluczem do panowania jakiejś grupy interesów w społeczeństwie jest kultura, pewien moralny i intelektualny porządek uzasadniający niesprawiedliwość i wyzysk. Dlatego staje do otwartej walki i rzuca wyzwanie największemu konkurentowi w zakresie dobra i zła: Kościołowi, chrześcijaństwu. Odpowiadając zwolennikom zbliżenia socjalizmu z chrześcijaństwem, Gramsci głosi, że socjalizm jest właśnie tą religią, która powinna zabić chrześcijaństwo, zastępując w świadomości ludzi pojęcie transcedentalnego Boga katolików wiarą w człowieka i jego najlepsze siły twórcze jako jedyną rzeczywistość duchową. Jeżeli słowa Gramsciego potraktować nie jako metaforę, lecz dosłownie, to socjalizm jest wiarą, a więc jego komponentem są pewne aksjomaty etyczne, niepodlegające dowodzeniu. Muszą one zostać przyjęte spontanicznie, w odruchu moralnym. Tak więc można skonstatować, że wyzwolenie i upodmiotowienie społeczeństwa czy ludzkości zależy od tego, co się dzieje z jednostką, osobą ludzką. Poszukiwanie nowej kultury i nowej wiary jest elementem poszukiwania nowego człowieka, który nie czyniłby dobra pod fałszywymi, obcymi jego walce o emancypację, pretekstami. Elementem stawania się owego nowego człowieka jest wspólna społeczna walka o wyzwolenie z okowów moralności uzasadniającej stary system. To duchowe i etyczne wyzwolenie jest warunkiem wyzwolenia w sferze materialnej i społecznej.

 

Z Baumanem i z Trockim

Jeżeli więc to jednak każdy z nas musi spontanicznie i suwerennie dokonywać wyborów między dobrem a złem w procesie stawania się człowiekiem wyzwolonym, to nie możemy wykluczyć, że wybierać będziemy również źle. Musimy się zatem zgodzić z Zygmuntem Baumanem: „niepewność jest znajomym gruntem dla osoby moralnej i jedyną ziemią, na której moralność może wykiełkować i rozkwitnąć”. Odrzucenie moralności niemoralnego systemu to jedno, a pewność podejmowania właściwych wyborów w drodze ku lepszemu światu to drugie – zadanie wymagające konkretnych wskazówek, zasad osadzonych w realiach toczącej się walki o sprawiedliwość. Napięcie między indywidualnym aktem moralnym dotyczącym konkretnych ludzi, o których pisze Strzelecki, a wymogami walki o dobro ogółu i wyzwolenie ludzkości wzrasta, gdy ta walka przestaje być teoretyczną konstrukcją Gramsciego, a staje się praktyczną rewolucją Lwa Trockiego. Przemyślenia tego właśnie teoretyka i praktyka rewolucji zasługują w piśmiennictwie lewicowym na szczególną uwagę. Osią jego wywodów jest walka z ujmowaniem moralności jako czegoś stojącego poza układem sprzeczności i interesów społecznych, poza historią. Trocki odrzuca oskarżenie, że bolszewicy hołdują „jezuickiej” zasadzie „cel uświęca środki”: „Czy jednak kłamstwo i przemoc same w sobie godne są potępienia?” – pyta rewolucjonista. „Oczywiście – tak jak i klasowe społeczeństwo, z którego się zrodziły. Społeczeństwo bez sprzeczności społecznych będzie, rzecz zrozumiała, społeczeństwem bez kłamstwa i przemocy. Jednak nie sposób przerzucić do niego mostu w inny sposób niż rewolucyjny, to jest środkami przemocy”. I dalej: „Lenin odmawiał uznawania zasad moralnych ustanowionych dla niewolników przez właścicieli niewolników, a nigdy przez nich nieprzestrzeganych; wzywał proletariat do rozszerzania walki klasowej także na sferę moralności. Kto korzy się przed zasadami ustanowionymi przez wroga, ten nigdy wroga nie pokona!”. Czy wystarczy zatem postawić sobie szlachetny cel, aby w imię jego osiągnięcia można było nie przebierać w środkach? Nie sądzę. Choć w walce z bezwzględnym przeciwnikiem rygorystyczne trzymanie się tej konstatacji zwykle osłabia pozycję tego, kto stoi po stronie humanistycznych wartości. Dlatego wypada zgodzić się z Trockim i Baumanem jednocześnie. Oceny stosowanych środków nie sposób wyjmować z historycznego i społecznego kontekstu, a i tak każda decyzja będzie wymagała odrębnego aktu woli i będzie obciążona niepewnością. Bo tylko owa niepewność daje nam szansę na zachowanie człowieczeństwa. A tylko człowieczeństwo pozwala nie zagubić najszlachetniejszego celu.
Kongres USA, dopuszczając tortury i coraz bardziej powszechną niekontrolowaną inwigilację obywateli w walce z terroryzmem, powoływał się na konieczność obrony demokracji. Ale czyż istotą demokracji, tym, co ją różni od tyranii, nie jest właśnie wyrzeczenie się tortur? Może się bowiem okazać, że ewentualne zwycięstwo w tej walce będzie zwycięstwem pyrrusowym. A ludzie, którzy przestaną się bać terrorystów, będą mieli powody, aby obawiać się własnego rządu.

 

Wolność po amerykańsku

W tym wypadku wolność i godność ludzka okazały się mniej ważne od bezpieczeństwa i skuteczności działania światowego mocarstwa. Interweniując na przestrzeni dziejów w różnych punktach globu, Stany działają w obronie „amerykańskiego stylu życia”, czyli pewnego modelu ustrojowego, opartego raczej na konkurencji niż współpracy. Jest to model zwiększający nierówności społeczne i premiujący zwycięzców w wyścigu pod hasłem „winner takes all” (zwycięzca bierze wszystko). Ekspansja amerykańska jest więc ofensywą określonej hierarchii wartości i pewnego modelu. Opiera się on na przeciwstawieniu ideału wolności i równości oraz wyraźnym postawieniu swobody dążenia do egoistycznych celów jednostki ponad dobrem wspólnym i egalitaryzmen. A zatem teorie społeczno-gospodarcze formułowane w oparciu o model amerykański kierują się specyficznym kodeksem moralnym, przedkładającym egoizm nad altruizm. Alexis de Toqueville obawiał się, by demokracja nie przerodziła się w dyktaturę większości. Dzisiejsza Ameryka, ze swoim zinstytucjonalizowanym lobbingiem – pozwalającym, inaczej niż w Europie, w majestacie prawa kupować interesy polityczne – stała się miejscem panowania bogatej mniejszości nad większością, która przegrywa wyścig o pieniądze i pozycje społeczne. W Ameryce większość przegrywa wybory, bo taki panuje ustrój. Nikt tam nie ukrywa, że najważniejsze głosowanie odbywa się nie za pomocą karty wyborczej, lecz za pomocą pakietów akcji.
Przykład amerykański jest tym ważniejszy dla niniejszych rozważań, im bardziej jest bezpruderyjny, brutalny i wyrazisty. O tym, że demokracja nie jest – wbrew etymologii słowa – „władzą ludu”, pisał już w latach 30. ubiegłego wieku Ortega y Gasset: „W wyborach powszechnych masy nie podejmują decyzji, ich rola polega na przyłączaniu się do decyzji podjętej przez taką czy inną mniejszość”. Zgadzam się z tą konstatacją i uważam, że jest do pomyślenia demokracja rzeczywiście wyrównująca szanse, oddająca decyzje w ręce większości, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie służyć dobru wspólnemu o wiele lepiej niż najbardziej nawet światła mniejszość.

 

Potrzeba równości

Równość i wolność to pojęcia nierozerwalnie ze sobą związane. To nierówność – nie tylko wobec prawa, ale przede wszystkim ekonomiczna – rodzi ucisk, zależność biednych od bogatych. Tylko ludzie równi potrafią być naprawdę wolni. Wolność zaś nie jest czymś oczywistym – to zadanie, któremu można sprostać, realizując własne człowieczeństwo, wybierając własną drogę i dokonując indywidualnych wyborów. Tymczasem w zdezintegrowanym społeczeństwie współczesnej Polski wolność jest mylona z możliwością niewolenia innych. Nadużywanie prawa własności i nabywanie coraz większej ilości dóbr nie zastąpi autonomii jednostki świadomej swego losu i wyzwań współczesności. Nasuwa się pytanie: jeżeli wolność jest wolnością wyboru, to dlaczego zdecydowana większość ludzi wybiera niewolę? Dlatego, że wpojono im dyżurny zestaw poglądów sankcjonujących przyjęty model społeczno-gospodarczy i pozbawiono ich w ten sposób umiejętności samodzielnego myślenia. Największym marzeniem przeciętnego Polaka jest dziś nie wyróżniać się z tłumu. Pisząc o człowieku masowym, Gasset tak go charakteryzował: „Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do narzucania tych cech wszystkim innym”. Współczesne dzieci, gdy chcą kogoś obrazić, mówią, że jest „dziwny”. A to ma znaczyć: obcy, niestandardowy, więc gorszy. Konieczność przeżycia w stadzie konsumentów, które nie toleruje inności, nakazuje dzieciom uczyć się mimikry i skrajnego konformizmu. Człowiek masowy ery postindustrialnej ma formalnie wiele praw, nie ma jednak umiejętności posługiwania się nimi. Korzystanie z nich wymaga partnerstwa i współpracy, respektowania zasad dialogu, otwartości na odmienność – czyli tego wszystkiego, co z życia publicznego wyrugowano i co zastąpiono uniformizacją, atomizacją i zasadą miażdżenia (zamiast przekonywania) oponenta. Aby korzystać z wolności, trzeba być wolnym w znaczeniu, które nadaje temu pojęciu Erich Fromm, czyli wolnym z innymi i dla innych, a nie przeciw nim. Człowiek wolny nie dąży do posiadania bogactw, lecz dąży do bogactwa życia. Można je osiągnąć poprzez bycie z innymi i partnerską współpracę, która pozwala zachować odrębność i autonomię.
Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele, a nie – pokonywać siebie nawzajem. Tylko tak może dojść do czegoś, co się jeszcze nigdy nie zdarzyło – do budowy prawdziwej demokracji, która zrodzi możliwie najsprawiedliwszy, choć wciąż zmieniający się i wciąż renegocjowany porządek społeczny. Taka przemiana społeczna, zwana też rewolucją, nie ogranicza się do wystąpienia przeciwko istniejącemu porządkowi, ale też proponuje nowy inny porządek, zadający kłam dotychczasowemu. Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.

Apel do Prezydenta

Poniższy apel będzie można podpisywać w siedzibie RSS przy ul. Elektoralnej 26 codziennie od poniedziałku w godzinach 11:00-18:00,

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracamy się do Pana z prośbą o udostępnienie części pustych mieszkań będących w gestii miasta st. Warszawy na potrzeby osób bezdomnych, które z powodu braku miejsc noclegowych w placówkach do tego przeznaczonych są zagrożone wychłodzeniem organizmu i śmiercią. Uważamy, że sytuacja, w której miasto dysponuje tysiącami pustych mieszkań (pustostanów) podczas gdy bezdomni nie mogą znaleźć miejsc, gdzie mogli by się schronić przed mrozem jest niedopuszczalna, a dalsze jej utrzymywanie będzie dowodziło skrajnej nieodpowiedzialności i znieczulicy. W tej dramatycznej sytuacji prosimy o rozmowę i okazanie dobrej woli oraz odrobiny empatii. Ochrona życia i zdrowia członków wspólnoty samorządowej, a więc wszystkich mieszkańców Warszawy jest obowiązkiem władzy publicznej.

 

Członkowie i Sympatycy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej:
Piotr Ikonowicz, Agata Nosal-Ikonowicz, Roman Ochociński,
Anna Sławuszewska, Ewa Rembielińska, Andrzej Kuśpit, 
Darek Konopka,
Grzegorz Palarski, 
Olga Nikolaidi, Tomasz Orłowski,
Katarzyna Paczkowska-Mężyńska, 
Leon Jadczak, Teresa Dranczyk,
Kazimierz Jaworski, Grażyna Dobosz, Krzysztof Salich, Joanna Wąs,

Bogdan Bugajski, Artur Matyjaszek, Tadeusz Jakubowski, Jakub Janek,
Krzysztof Jankowski, Maciej Jaroszewski, Jolanta Kamińska,
Roman Laskowski, Tadeusz Muszel, Mirosława Pólkowska, Krystyna Sałanowska,
Zbigniew Wasilewski, Agnieszka Żelazna, Stanisław Domański

Głos lewicy

Nierówności kwitną

 

Piotr Ikonowicz skarży się na Facebooku:

Polska jest jednym z krajów o największym rozwarstwieniu majątkowym i dochodowym w UE. Część polskiego społeczeństwa świetnie sobie radzi. To zdecydowana mniejszość. Potem są ci, którzy toną w długach bo uwierzyli, że są klasą średnią i żyją „ponad stan” – to jakieś kilka milionów obywateli. Wreszcie zdecydowana większość, 75-80 proc. Polek i Polaków cienko przędzie, bo dochody nie wystarczają im na zaspokajanie tak podstawowych potrzeb jak leczenie, wakacje, kupno lub wynajem mieszkania czy zwyczajne płacenie rachunków. Stąd np. rosnąca liczba ludzi o niskich dochodach, którzy skręcają kaloryfery do zera lub emigrują.

 

 

Referendum w SLD

 

– 15 grudnia podczas Rady Krajowej SLD podejmiemy uchwałę zwołująca konwencję, która zdecyduje, w jakiej formule Sojusz pójdzie do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Po drugie, zwołamy referendum wszystkich członków partii, w którym odpowiemy sobie na pytanie, w jakiej formule SLD pójdzie do wyborów parlamentarnych – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Rozmowa Piaseckiego” i nakreślił trzy potencjalne scenariusze do dyskusji: samodzielny start Sojuszu, jedna lista zjednoczonej lewicy oraz wspólny start z Koalicją Obywatelską i Polskim Stronnictwem Ludowym.
– Tego typu wewnątrzpartyjne referendum jest wydarzeniem bezprecedensowym jeżeli chodzi o polską scenę polityczną – podkreślił Czarzasty i przypomniał, iż przeprowadzenie tego typu głosowań obiecywał kiedy kandydował na funkcję przewodniczącego partii. – Tak się rządzi partia demokratyczna, która jest 3 lata poza Sejmem – stwierdził.
Info: sld.org.pl

Odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego

W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 2018 r., wszystkie ugrupowania lewicowe, m.in. Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Unia Pracy, Razem, Partia Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, Wolność Równość Demokracja, dokonały wspólnie uroczystego odsłonięcia przy pl. Na Rozdrożu w Warszawie pomnika I premiera RP, późniejszego Marszałka Sejmu, wielkiego socjalisty i patrioty – Ignacego Daszyńskiego. W uroczystości uczestniczyli także m.in.: wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO), były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef OPZZ Jan Guz, a także Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP .
Autorem pomnika Ignacego Daszyńskiego jest krakowski rzeźbiarz Jacek Kucaba, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Monument z brązu stoi na obłożonym granitem postumencie o dwóch stopniach. Ma około 5 metrów wysokości. Pomnik uzupełnia szlak wielkich Polaków, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego stanął w okolicy, gdzie swoje pomniki mają już Roman Dmowski, Wincenty Witos i marszałek Józef Piłsudski.

Głos lewicy

Socjalistą być

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:

Bycie socjalistą w dzisiejszej Polsce wymaga odwagi i rozumu. Liberałowie szydzą z naszych marzeń o Polsce sprawiedliwej, w której mieszkanie, leczenie nie jest przywilejem tylko prawem, gdzie pracowników traktuje się z szacunkiem i godnie się ich wynagradza. A tzw. „prawdziwi Polacy” wyzywają nas od komuchów. Kiedy odsłaniano pomnik Ignacego Daszyńskiego, jednego z tych wielu socjalistów, którzy doprowadzili do Niepodległości w 1918 roku, poczułem dumę, że tak jak on, jak Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Mieczysław Niedziałkowski, jestem socjalistą. Bo walka o Polskę sprawiedliwą to jest prawdziwy patriotyzm. My, socjaliści broniąc słabszych przed przemocą ze strony możnych i bogatych uprawiamy ten patriotyzm na co dzień.

 

Prawicowy sojusz

Łukasz Moll zastanawia się nad korzyściami sojuszu narodowców z rządzącymi:

Powiem szczerze, że dla mnie takie sklejenie modelu patriotyzmu według PiS z narodowcami wydaje się korzystne. Narodowcy są PiS potrzebni jako ekstremum, które umożliwia przesuwanie sceny politycznej w prawo, ale zblatowanie z nimi jest niebezpieczne wizerunkowo, z czego w PiS zdają sobie sprawę i stąd ten kordon oddzielający jednych od drugich na marszu.
Sądzę jednak, że to sąsiedztwo zaszło właśnie na tyle daleko, że rosnąć będzie zapotrzebowanie na alternatywny model wspólnoty, być może na inny typ patriotyzmu, być może jakiś europeizm, internacjonalizm czy kosmopolityzm, a najpewniej wyjdzie z tego jakaś hybryda tych typów idealnych, która pozwala urządzać wspólnotę do wewnątrz i na zewnątrz. Inne siły polityczne to dostrzegają, na lewicy Biedroń sięga po Kościuszkę jako rzecznika patriotyzmu demokratycznego i postępowego, a SLD i Razem po socjalistę Daszyńskiego.
Obawiam się jednak dwóch scenariuszy. Pierwszy: reakcją na nacjonalistyczny projekt PiS i skrajnej prawicy będzie jakiś płytki anty-patriotyzm, śmieszkowo-ironiczny stosunek do polactwa, takie manifestacyjne wycofywanie się z polskości. On już jest niestety rozpowszechniony. Niestety, bo po prostu nie działa.
Drugi: że nawet najfajniejszy patron, symbol, idea czy święto nie chwycą jeśli nie będzie wokół niego czytelnego projektu politycznego, z którym będzie można się utożsamić w taki emocjonalny sposób i – co więcej – ta emocjonalność, zwłaszcza w naszych warunkach, musi być nie tylko pozytywno-uśmiechnięta, ale także negatywno-wkurwiona. Na tym polu śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy będzie Tusk, którego powrót do polskiej polityki będzie oznaczał próbę wskrzeszenia projektu liberalno-konserwatywnego, który zaostrzy wojnę PO-PiS i jeszcze bardziej zmarginalizuje lewicę. Tak, chcę Wam powiedzieć, że rywalizując z PiS, lewica powinna wspólnie z nią zwalczać Tuska i odesłać formację neoliberalną na boczny tor, gdzie w swoim skisłym sosie ta będzie mogła stawiać pomniki bohaterom polskiej transformacji i gratulować sobie sukcesu, którego zmanipulowani, głupi rodacy nie potrafią dostrzec.

 

Niesprawiedliwość

Ryszard Szarfenberg dostrzega słabe punkty Rodziny 500 plus:

500+ a samotne/samodzielne rodzicielstwo dwójki lub więcej dzieci: „Świadczenie wychowawcze na dane dziecko nie przysługuje, jeżeli osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało ustalone, na rzecz tego dziecka od jego rodzica, świadczenie alimentacyjne na podstawie tytułu wykonawczego”. Cel przepisu: „uszczelnianie” przed wyłudzaniem 500+ na pierwsze lub jedyne dziecko przez fikcyjnych samotnych rodziców. Pytanie: a co z drugim dzieckiem, na które 500+ należy się bez kryterium, a więc nie może być ono teoretycznie wyłudzone? Jeżeli 500+ nie zostanie przyznane na drugie i kolejne dzieci samotnemu rodzicowi, bo nie ma ustalonego świadczenia alimentacyjnego, to będzie niesprawiedliwe i dyskryminujące dla tych dzieci.

Głos lewicy

Prezydent nic nie znaczy

– Złodziejowi nie daje się pieniędzy na przechowanie i powierzenie Andrzejowi Dudzie, który łamie konstytucję, zmiany tej konstytucji jest czymś niewyobrażalnym – ocenił Włodzimierz Czarzasty w programie „Kwadrans Polityczny”.
– Prawo i Sprawiedliwość przyjęło takie stanowisko, że odrzuciło projekt referendum, pewnie wynika to z jakiejś gry politycznej – powiedział lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
– Niewątpliwie pokazali, że prezydent Andrzej Duda nic nie znaczy, co zresztą dla znacznej części społeczeństwa nie jest nowością – dodał Czarzasty.
– Dziwię się opozycji parlamentarnej, że nie operuje jasnym językiem: wszystkie winy zostaną rozliczone, a wszyscy winni, jeżeli będą na to zasługiwali trafią do więzienia – stwierdził przewodniczący Sojuszu.
– Chcę tylko powiedzieć prokuratorom i sędziom: wiecie dobrze, że prawo jest łamane, w związku z tym, jeśli się godzicie na współpracę z ludźmi, którzy łamią prawo, i dajecie swoje nazwiska do dyspozycji politycznej w Krajowej Radzie Sądownictwa albo w Sądzie Najwyższym, to wiedzcie o tym, że jeśli w sposób zbiorowy prawa nabyte się jakiejś grupie zabiera, to powinna być ustawa by w sposób indywidualny wam emerytury zabrano, czy ograniczono o połowę – ostrzegał.

 

Dawno temu

Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca porządkuje rzeczywistość polityczną:
Czytam wezwania z prawej i lewej do zakończeniu projektu III RP. Jest to ciekawe doświadczenie. Przypominam sobie dzięki temu, jak to się nam układa:
Dawno temu I RP, do rozbiorów,
potem Zabory,
potem II RP,
potem wojna,
potem PRL,
potem III RP.
Warto pamiętać, tak o poranku, kiedy kawa nie bulgocze jeszcze w ekspresie, że idea IV RP powstała na prawicy, w kręgach PiS (choć twórca tej koncepcji świadomie od niej się oddala). Sama obecność tego pojęcia w przestrzeni publicznej wpływała na nieustanną możliwość kontestacji III RP.
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, można zapytać krojąc chleb na kanapki. Otóż ma: jeśli lewica bowiem (nawet ta, która nie jada świadomie chleba, więc nie robi sobie rano kanapek) ogłasza koniec III RP, to pośrednio przyznaje rację koncepcji IV RP, która od lat istnieje i jest mocno prawicowa. Tak działa ramowanie językowe, a nie wolny rynek.
Kiedy więc wyciągam z lodówki masło i dżem, to wydaje mi się, że skoro pragniemy końca III RP, to używajmy po prostu nazwy „Polska”, bez jakichkolwiek numerów z przodu lub też z tyłu. Mieszam więc łyżeczką kawę z miodem i myślę sobie, że taka Polska, to miejsce, gdzie mieszka każdy, kto chce być Polką lub Polakiem i nikt mu nie musi wydawać na to zgody, ani specjalnego glejtu.
A potem to już myślę sobie, że na obiad, to może nawet ziemniaki z kefirem, bo w końcu lato.

 

W obronie dziadka z chrzanem

Wszystkich zainteresowanych i wspierających zapraszamy w piątek 27 lipca o godz. 16:00 na Plac Bankowy gdzie odbędzie się protest w obronie Babci z czosnkiem i dziadka z chrzanem! Walkę o wolność handlu obnośnego czas zacząć!
Piotr Ikonowicz zaprasza na manifestację.