W Bayernie znów lubią Lewego

To chyba koniec medialnego zamieszania wokół niedoszłego transferu Roberta Lewandowskiego. Ostatecznie „Lewy” wrócił do Monachium i wznowił treningi, czyli nie poszedł drogą bojkotu wybraną przez wielu innych piłkarskich gwiazdorów.

 

Lewandowski od wielu miesięcy znajdował się pod bezpardonowym ostrzałem niemieckich mediów, które wrogo reagowały na każdą spekulację dotyczącą jego rzekomych planów odejścia z Bayernu Monachium. Nagonka odniosła ten skutek, że nawet kibice monachijskiego klubu zaczęli w internetowych ankietach domagać się transferu polskiego napastnika. „Lewy” z jakiegoś powodu nie uciszał tego medialnego zgiełku, choć zapewne wystarczyłby do tego jakaś nawet drobna manifestacja lojalności wobec Bayernu, kolegów z drużyny czy choćby stwierdzenie, że nie zamierza nigdzie się z ruszać. Nie zrobił tego jednak, chociaż nawet pobieżna analiza transferowego rynku pokazuje, że od strony czysto sportowej tego lata zupełnie nie opłacało się ruszać z Bayernu. Mógłby na ewentualnym transferze skorzystać jedynie finansowo, ale szefowie bawarskiego potentata, Uli Hoeness i Karl-Heinz Rummenigge, znaleźli i na to sposób. Obaj odbyli spotkanie z polskim piłkarzem i można jedynie przypuszczać, że w jego trakcie podsunęli mu do podpisania aneks do obowiązującego jeszcze trzy lata kontraktu, w którym w znacznej części zrekompensowali „Lewemu” utracone korzyści z niedoszłego transferu.

Potem rozmowę z cztery oczy z Lewandowskim odbył nowy trener Bayernu Niko Kovac. „Robert jest jednym z trzech najlepszych środkowych napastników na świecie, ma z Bayernem ważny kontrakt i w moich planach ogrywa kluczową rolę. Powiedziałem mu, że to dlatego władze klubie nie chciały podejmować żadnych rozmów transferowych. Robert moje stanowisko zaakceptował, co bardzo mnie ucieszyło. Teraz możemy skupić się na czysto piłkarskich sprawach i jak najlepiej przygotować się do nowego sezonu” – powiedział Kovac w wypowiedziach dla niemieckich mediów. W najbliższą niedzielę Bayern zainauguruje nowy sezon meczem o Superpuchar Niemiec z Eintrachtem Frankfurt. Ale wcześniej Uli Hoeness zaprosił cała kadrę na wystawną kolację do swojej restauracji nad jeziorem Tegernseez. Stoły uginały się od wykwintnych potraw, a biesiadującym przygrywała hiszpańska orkiestra. Hoeness miło witał wszystkich zawodników, lecz ostentacyjnie najwięcej uwagi poświęcał Lewandowskiemu, co odnotował tabloid „Bild”.

Te splendory z pewnością nie wszystkim graczom Bayernu się podobały, a na pewno nie tym, którzy są emocjonalnie związani z bawarskim klubem, jak Thomas Mueller, Manuel Neuer, Mats Hummels, Franck Ribery czy Arjen Robben. A „stara gwardia” pamięta, że w maju „Lewy” chciał zmiany klubu. Czy mu wybaczyli „zdradę”, przekonamy się już w najbliższą niedzielę w meczu o Superpuchar. Bez dokładnych podań od kolegów „Lewy” traci połowę swojej piłkarskiej wartości.

 

Lewy traci sympatię

Piłkarze reprezentacji Polski po słabym występie na mundialu w Rosji stracili sympatię rodaków. Tak przynajmniej wynika z najnowszych badań przeprowadzonych przez Havas Sports & Entertainment.

 

Najwięcej w oczach fanów piłkarskiej reprezentacji Polski po nieudanym mundialu w Rosji stracił Robert Lewandowski. Badanie przeprowadzone przez Havas Sports & Entertainment (Havas Media Group) na reprezentatywnej próbie 600 osób powyżej 18. roku życia wykazało, że kapitan biało-czerwonych obecnie cieszy się sympatią 32,1 procent społeczeństwa, co oznacza jednak spadek o 11,9 procenta w porównaniu z badaniami przeprowadzonymi przed turniejem W Rosji. Spadek wskaźników sympatii dotknął wszystkich kadrowiczów, byłego już selekcjonera reprezentacji Adama Nawałki, a także prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który straciił 8,8 procent (spadek z 33 na 24,2 procent). Wynik Nawałki zmniejszył się o siedem punktów procentowych (z 28 na 21 procent). Spadek o 5,3 procenta zaliczył nawet Jakub Błaszczykowski, do którego sympatię czuje teraz 31,7 procent badanych, czyli mniej niż do Lewandowskiego.

Zmniejszenie wypracowanego przez ostatnie kilka lat kapitału sympatii do piłkarzy reprezentacji Polski to nie tylko skutek słabego występu, ale też zachowania kadrowiczów. Zawodnicy innych reprezentacji, którym także w Rosji się nie powiodło, potrafili na portalach społecznościowych zdobyć się na słowa przeprosin pod adresem swoich sympatyków, a ze strony naszych reprezentantów takich reakcji nie było, za to niemal tuż po powrocie z mundialu zaczęli publikować zdjęcia z luksusowych wakacji. „Piłkarze pokazali swoim fanom, że nie przeżywają porażki tak jak oni, a to nie mogło im zjednać sympatii” – napisano w komentarzu do badań Havas Sports & Entertainment.

Spadek wskaźników sympatii natychmiast odbił się na pomiarach oddziaływania reklam z udziałem kadrowiczów Nawałki. Ponad dwie trzecie badanych uznało, że nie chce już oglądać żadnego piłkarza w reklamach. Aż 57,8 procent ma dość tego typu aktywności Roberta Lewandowskiego, 35,5 procent trenera Nawałki, a 34,3 procent Błaszczykowskiego.
Specjaliści od marketingu sportowego twierdzą jednak, że jest to przejściowa sytuacja i za jakiś czas te wskaźniki zaczną się poprawiać na korzyść naszych najlepszych piłkarzy. Duży wpływ na to będą miały wyniki reprezentacji pod wodzą nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka. Już na początku września biało-czerwoni rozegrają pierwszy mecz w Lidze Narodów z Włochami. Jeśli w tym spotkaniu nasza drużyna wypadnie równie słabo jak na mundialu, trend spadkowy we wskaźnikach sympatii się nie tylko utrzyma, ale zapewne też przyspieszy.

 

Jerzy Brzęczek: Zmienił szyld i jedzie dalej

Adam Nawałka pożegnał się z posadą selekcjonera biało-czerwonych na Stadionie Narodowym w Warszawie. To samo miejsce na zaprezentowanie się w tej roli wybrał też jego następca, Jerzy Brzęczek. Ale nie tylko to ich łączy.

 

Jerzy Brzęczek był kapitanem reprezentacji młodzieżowej, która w 1992 roku w Barcelonie pod wodzą trenera Janusza Wójcika zdobyła srebrny medal olimpijski. Jemu przypisuje się autorstwo słynnego hasła „Zmieniamy szyld i jedziemy dalej”, nawołującego do zastąpienia prowadzonej w tamtym czasie z marnym skutkiem przez Andrzeja Strejlaua pierwszej reprezentacji Polski właśnie ekipą Wójcika. Nic z tego nie wyszło, bo ówczesne władze PZPN nie były skłonne do wprowadzenia takich rewolucyjnych rozwiązań. Wygląda na to, że po 25 latach Brzęczek, już jako selekcjoner kadry biało-czerwonych, w jakimś sensie zamierza wcielić w życie pomysł o zmianie szyldu. Przynajmniej tak można wnosić po jego poniedziałkowej zapoznawczej konferencji prasowej na Stadionie Narodowym.

Oczywiście nowy selekcjoner dobrał sobie nowych współpracowników do sztabu kadry, a z ludzi Nawałki zostawił jedynie Huberta Małowiejskiego, szefa tzw. banku informacji. Na swojego asystenta wybrał 37-letniego Tomasza Mazurkiewicza, który nie ma za sobą ani wybitnej przeszłości piłkarskiej, ani znaczących trenerskich osiągnięć. Ale znacznie większe emocje w mediach wzbudziła nominacja na trenera bramkarzy dla Andrzeja Woźniaka, głównie z powodu jego niechlubnej korupcyjnej przeszłości w Koronie Kielce, za którą ciężko odpokutował finansowo i latami dyskwalifikacji. O fachowości Woźniaka mówi się przez to mniej, a o kompetencjach Mazurkiewicza wcale. Takich dyskusji nie ma też w odniesieniu do pozostałych członków nowego sztabu kadry – Radosława Gilewicza, trenera przygotowania fizycznego Leszka Dyji, lekarza Jacka Jaroszewskiego, fizjoterapeutów Pawła Bambera, Adama Kurka, Wojciecha Hermy oraz (uwaga, nowość!) psychologa Damiana Salwina.
Nie będzie natomiast żadnych istotnych zmian w składzie kadry.

Brzęczek szczerze przyznał, że zamierza przejąć ją po Nawałce z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, czyli także z Robertem Lewandowskim w roli kapitana drużyny. Przeciął tym oświadczeniem wcześniejsze spekulacje, że przywróci tę funkcję swojemu krewniakowi Jakubowi Błaszczykowskiemu. Nie zamierzam zrobić żadnej rewolucji, ale na pewno powoli będę wprowadzał do zespołu nowych zawodników. Młodych graczy mamy mnóstwo, lecz zmiany musimy wprowadzać z głową. Rozmawiałem z kadrowiczami, na tę chwilę wszyscy są gotowi do gry, nikt nie wspominał o zakończeniu kariery w reprezentacji. Kamil Glik też jest do naszej dyspozycji Jedynie Łukasz Piszczek może potrzebować nieco dłuższej przerwy, bo on nieudane mistrzostwa w Rosji mocno przeżył” – powiedział Brzęczek. Powołaniami na mecz z Włochami chyba nas nie zaskoczy.

 

Atak z pozycji przewróconego

Czołgany niemiłosiernie przez niemieckie media Robert Lewandowski w końcu zaczął walczyć o swój szargany od miesięcy po obu stronach Odry wizerunek. Nasz najlepszy piłkarz po mundialowym niepowodzeniu nie ma teraz najmocniejszej pozycji, ale mimo to postanowił postawić się szefom Bayernu Monachium.

 

W środowym wydaniu „Bilda”, tego samego, który niespełna tydzień temu obwieścił, że Robert Lewandowski nie chce już opuszczać Bayernu Monachium i zamierza w nim występować do końca kontraktu, na nowo wznowiono krucjatę przeciwko polskiemu piłkarzowi. Tym razem dziennikarze niemieckiego tabloidu, zapewne poruszeni lekturą wywiadu z Lewandowskim, zamieszczonym dzień wcześniej w wydawanym w Polsce, ale należącym do tego samego koncernu wydawniczego „Przeglądzie Sportowym”, zbulwersowali swoich czytelników rewelacją, że polski napastnik Bayernu jest zniesmaczony postawą władz bawarskiego klubu. „Lewy” zdaniem „Bilda” ma pretensje do szefów Bayernu, że nie bronili go przed atakami mediów i nie zamierza podjąć treningów zanim nie odbędzie z nimi rozmowy w tej sprawie.

Przypomnijmy tylko pokrótce o co chodziło. Po słabych występach Lewandowskiego w półfinałowych potyczkach Ligi Mistrzów z Realem Madryt w niemieckich mediach rozpoczęła się na niego regularna nagonka. Media krytykowały go za wszystko i nie cofały sie przed stawianiem najdurniejszych zarzutów – że rozwala atmosfer w szatni, bo myśli tylko o transferze do Realu Madryt.

Faktem jest, że wszystko na co przez ostatnie dwa miesiące zdobyli się w tej sprawie szefowie Bayernu, to były jedynie zapewnienia, że Lewandowski ma ważny kontrakt i nigdzie nie odejdzie. Ale na zdementowanie zarzutów sie nie zdecydowali, choć akurat w przypadku stwierdzeń użytych w mediach, że rozbija atmosferę w zespole i nie przykłada się do gry oraz treningów, to powinni choćby z poczucia przyzwoitości. Lewandowskiemu z pewności nie można tego zarzucić, bo jest on rzadkim w światowym futbolu przykładem profesjonalisty, za co chwalili go wszyscy trenerzy, z którymi pracował.
I choćby dlatego rewelacje, że zawsze akuratny i zdyscyplinowany Lewandowski nagle zaczął stawiać jakieś warunki swoim przełożonym, trzeba odłożyć między bajki.

Ale to wcale nie znaczy, że problemu nie ma. Tym problemem jest odpowiedź na pytanie – czy Bayern jeszcze go chce i czy on ma jeszcze chęć gry w Bayernie. Przed mistrzostwami świata w Rosji „Lewy” miał swoją piłkarską karierę pod kontrolą, ale teraz po raz pierwszy odkąd został profesjonalnym zawodnikiem jego kariera wyhamowała. Inaczej mówiąc, na rosyjskich boiskach nasz piłkarz wyłożył się jak długi, a w pozycji przewróconego nie wygląda się atrakcyjnie.

Jeśli więc postanowił zostać w Bayernie i w tym klubie odbudować swoja markę, to z pewnością nie wchodziłby w zwarcie z szefami klubu. Chyba że jest coś na rzeczy w doniesieniach brytyjskiego dziennika „The Independent” sugerujących, że Manchester United podjął właśnie negocjacje z Bayernem w sprawie łączonego transferu Hiszpana Thiago Alcantary i… Lewandowskiego.

 

Niemcy znów walą w Lewego

Niemieckie media nie odpuszczają Robertowi Lewandowskiemu. Po golu Mario Mandzukicia w półfinale mundialu z Anglią nagle zaczęły żałować, że Bayern cztery lata temu zamienił Chorwata na polskiego napastnika.

 

Mandzukić spędził w Bundeslidze cztery sezony – dwa w VfL Wolfsburg i dwa w Bayernie, z którego odszedł w 2014 roku po konflikcie z ówczesnym trenerem Bawarczyków Pepem Guardiolą. Na jego miejsce do Bayernu przyszedł właśnie Lewandowski. „Który z nich jest lepszym napastnikiem? Chorwat, bo trafiał do siatki w najważniejszych meczach” – piszą niemieccy dziennikarze. I przypominają gol Mandzukicia w finale Ligi Mistrzów 2013 wypominając przy okazji „Lewemu”, że on takich ważnych goli nie strzela. Tylko że jedna przypadkowo zdobyta bramka nie może zmienić faktu, że Chorwat po odejściu z Bayernu przez cztery lata zdobył w sumie 34 bramki (12 dla Atletico i 22 dla Juventusu), a „Lewy” w tym samym czasie dla Bayernu 106.

 

Boniek postawił na Brzęczka

Prezes PZPN nie bawił się zbyt długo z wyborem nowego selekcjonera reprezentacji. Od minionego czwartku wiadomo, że będzie nim Jerzy Brzęczek.

 

Wiadomość o wyborze Brzęczka PZPN opublikował na portalu ŁączyNasPiłka.pl. Oficjalna prezentacja nowego szkoleniowca odbędzie się jednak dopiero w poniedziałek 23 lipca na Stadionie Narodowym w Warszawie. „Podczas konferencji na PGE Narodowym zostaną przedstawione plany selekcjonera oraz nowy sztab szkoleniowy reprezentacji Polski. W ciągu najbliższych dni będą trwały formalności związane z zatrudnieniem Jerzego Brzęczka. Do czasu oficjalnej prezentacji zarówno PZPN, jak i Jerzy Brzęczek, nie będą udzielali dalszych komentarzy” – napisano w oficjalnym komunikacie.

Nowy trener kadry nie jest w polskim futbolu postacią anonimową. To 42-krotny reprezentant Polski, kapitan i lider drużyny srebrnych medalistów olimpijskich z Barcelony, ale na jego koncie nie ma poza tym innych znaczących sukcesów, ani w roli piłkarza, ani trenera. Wiadomo też, że Brzęczek jest wujkiem i mentorem Jakuba Błaszczykowskiego, co może w jakiś sposób rzutować na jego relacje z Robertem Lewandowskim, chociaż rzecz jasna wcale nie musi.

 

Lewandowski zmienił plany

Niemiecki tabloid „Bild”, atakujący od miesięcy w niewybredny sposób Roberta Lewandowskiego, nagle złagodził ton donosząc, że polski napastnik zrezygnował z planów odejścia z Bayernu Monachium.

 

Lewandowski jeszcze w żadnej publicznej wypowiedzi otwarcie nie powiedział, że chce odejść z Bayernu Monachium. Mimo to od wielu miesięcy w mediach w Hiszpanii, Anglii i Niemczech, a także w Polsce, pojawiały się wieści na temat transferu Roberta Lewandowskiego. Spekulacje nasiliły się zwłaszcza po zmianie przez polskiego napastnika agenta. Sugerowano, że zatrudniając w miejsce Cezarego Kucharskiego znanego w futbolowym świecie specjalistę od trudnych transferów Phiniego Zahaviego, tego samego, który pomógł Neymarowi przenieść się z Barcelony do Paris Saint-Germain, kapitan reprezentacji Polski chciał zrealizować swoje rzekomo największe sportowe marzenie jakim jest gra w Realu Madryt.

Zahavi nie okazał się jednak lepszym negocjatorem od Kucharskiego. „Bild” twierdzi, że zainteresowanie „Królewskich” zatrudnieniem Lewandowskiego słabło po każdej wykluczającej transfer wypowiedzi szefów Bayernu, a wygasło całkowicie po nieudanym występie Polaka w mistrzostwach świata. Zahavi próbował go jeszcze skusić ofertami z angielskich klubów, ale te nie przekonywały samego piłkarza, który jeśli już, to chciał przejść do zespołu silniejszego od Bayernu, a takim był tylko Real Madryt. Ponieważ jednak hiszpański klub właśnie traci swojego najlepszego gracza jakim od lat był Cristiano Ronaldo i czeka go w związku z tym głęboka przebudowa składu, „Lewy” mógł dojść do wniosku, że w najbliższym sezonie „Królewscy” mogą mieć problemy z utrzymaniem hegemonii w Europie, a zatem przechodzenie do tego zespołu w takim momencie nic mu od strony sportowej nie da.

A że na rynku nie pojawiły się dla niego inne ciekawe sportowo oferty, po rozważeniu wszystkich za i przeciw podjął chyba jedyną słuszną w takiej sytuacji decyzję – po prostu poinformował szefów klubu, że rezygnuje z planów transferowych i zamierza wypełnić kontrakt do końca, czyli do czerwca 2021 roku.

Niewykluczone, że na zmianę nastawienia „Lewego” go Bayernu wpłynął nowy trener bawarskiej jedenastki Niko Kovac, który od pierwszego dnia pracy zapewniał, że w swojej wizji zespołu ma dla polskiego napastnika zarezerwowaną wiodącą rolę. Lewandowskiemu mogły też spodobać się zasady, jakie Kovac wprowadził w życie bawarskiej drużyny i które rozesłał do wszystkich graczy. Jeśli się do nich zastosują, Bayern w nowym sezonie może nie tylko ponownie zdominować rozgrywki w Bundeslidze, ale też pokusić się o wygranie Ligi Mistrzów. I to jest być może powód, dla którego „Lewy” postanowił ostatecznie zostać w Monachium.

 

Boniek ma problem

W trakcie pożegnania Adama Nawałki prezes PZPN Zbigniew Boniek wyjawił, że zaoferował selekcjonerowi nową umowę, której on jednak nie przyjął. Dlaczego nie przyjął już nie wyjaśnił, ale gdy nie bardzo wiadomo o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze.

 

Posada selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski nie jest jakoś specjalnie lukratywna. Dowodzi tego choćby porównanie zarobków trenerów prowadzących zespoły w finałach mistrzostw świata w Rosji. Nawałka na liście płac była na ostatnim miejscu razem ze swoim odpowiednikiem z Panamy. Wedle różnych mniej lub bardziej wiarygodnych informacji szkoleniowiec biało-czerwonych zarabiał ostatnio około 265 tys. euro rocznie plus premie za wyniki. Za awans do rosyjskiego mundialu dostał ponoć okrągły milion euro. W sumie przez niespełna pięć lat pracy Nawałka zarobił jako kontraktowy pracownik PZPN około 2,3 mln euro. Dla porównania selekcjoner kadry Niemiec Joachim Loew w jeden rok zarabia dwa razy tyle, selekcjoner kadry Rosji Stanisław Czerczesow, którego nazwisko z niewiadomych powodów w polskich mediach zaczęto wymieniać jako następcy Nawałki, kasuje rocznie 2,5 mln euro, a trener Egiptu Hector Cuper, zanim go zwolniono zarabiał w jeden rok 1,5 mln euro. Jak widać robota trenera najlepszych polskich piłkarzy od strony finansowej na pewno nie jest wymarzonym zajęciem dla żadnego z rozpieszczonych milionowymi zarobkami szkoleniowców o uznanych nazwiskach i wymiernych dokonaniach. Co oczywiście wcale nie znaczy, że nie będzie na nią chętnych. Boniek powiedział przecież, że ma już na biurku sześć czy siedem ofert.

 

Wybrać swojego czy zagranicznego?

Nie powiedział natomiast, czy on sam jest gotowy na zatrudnienie zagranicznego trenera wedle ćwiczonego już w PZPN wariantu a’la Leo Beenhakker. Holenderski szkoleniowiec przejął naszą reprezentację po Pawle Janasie, który tak jak teraz Nawałka, zrezygnował z dalszej pracy po klęsce na mundialu w 2006 roku w Niemczech. Beenhakker na dzień dobry dostał niewyobrażalną dla polskich szkoleniowców gażę w wysokości 900 tys. euro rocznie (w lwiej części finansowanej przez sponsorów kadry), dość szybko zdołał wybrać solidny zespół, który po raz pierwszy w historii polskiego futbolu zakwalifikował się do finałów mistrzostw Europy, ale na Euro 2008 biało-czerwoni pod jego wodzą osiągnęli tyle samo, co wcześniej w finałach mistrzostw świata w 2002 i 2006 zespoły prowadzone przez Jerzego Engela i wspomnianego już Janasa.

Boniek ma więc teraz dylemat – za gażę jaka płacił Nawałce nie namówi do pracy w polską reprezentacją żadnego trenera o uznanym nazwisku. Prezes PZPN zresztą nie ukrywa, że będzie miał z tym duży problem: „Adam Nawałka doszedł do wniosku, że lepiej będzie jak zakończy pracę z kadrą. Obiektywnie muszę powiedzieć, że rozumiem jego decyzję, chociaż stwarza ona dla nas problemy, bo musimy teraz szybko poszukać nowego trenera i zorganizować nowy sztab szkoleniowy kadry. Adam odchodząc z reprezentacji ma trzy razy lepszy wizerunek i poszanowanie w społeczeństwie, niż miał w momencie w którym obejmował posadę selekcjonera. Myślę, że pod tym względem jest wyjątkiem w historii polskiego futbolu. Trzeba też stwierdzić, że nie zostawia po sobie spalonej ziemi. To prawda, na mundialu zagraliśmy słabo, ale to nie zmienia faktu, że w każdej formacji mamy lidera, że jest sprawdzona grupa piłkarzy, którzy chcą grać i odnosić sukces z reprezentacją Polski. Wiadomo, że nie mamy tak dobrych graczy, żeby myśleć o zdobywaniu mistrzostwa świata czy Europy, ale inne ambitne cele możemy sobie stawiać. Teraz musimy wszyscy się zresetować, parę spraw przemyśleć i zdecydować o wyborze nowego selekcjonera. 14 lipca odbędzie się posiedzenie zarządu PZPN i wtedy omówimy wszystkie możliwości. Jeszcze nie wiem czy zatrudnimy Polaka, czy trenera zagranicznego. Najważniejsze, aby udało się znaleźć selekcjonera, który przez następne pięć lat będzie osiągał wyniki co najmniej takie, jakie osiągał Adam Nawałka” – powiedział Zbigniew Boniek na antenie TVP Sport.

 

Lewandowski nadal najważniejszy

Prezes PZPN przeciął też spekulacje dotyczące roli Roberta Lewandowskiego w kadrze. Nowy selekcjoner będzie musiał budować zespół wokół kapitana reprezentacji i uwzględniać jego wiodącą rolę. Wypada zauważyć, że jak na razie żaden z piłkarzy kadry Nawałki oficjalnie nie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w reprezentacji, chociaż przed mundialem kilku to zapowiadało. Dla nowego selekcjonera jest to sytuacja wręcz komfortowa.

Na personalnej giełdzie pojawiło się już kilka nazwisk, ale nazwiska realnych kandydatów zna tak naprawdę tylko Boniek, bo on trzyma wszystkie nitki. Nie popełni jednak błędu ten, kto wpisze na listę czterech polskich szkoleniowców. Dwóch z nich prezes PZPN już zatrudnia, bo Czesław Michniewicz i Jacek Magiera są trenerami reprezentacji młodzieżowych. Mimo publicznej deklaracji trenera Cracovii Michała Probierza, że nie jest zainteresowany prowadzeniem reprezentacji, jego nazwisko jest uporczywie wymieniane ze względu na jego dobre relacje z Bońkiem, a zatem trzeba jego kandydaturę także uwzględniać. Na liście pretendentów mocną pozycję ma też trener Wisły Płock Jerzy Brzęczek. Każdy z nich z całą pewnością jest w stanie Nawałkę zastąpić, ale czy z lepszym skutkiem, tego nikt teraz przewidzieć nie jest w stanie.

Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.

 

 

MŚ 2018: Upadek trenera Nawałki

Po porażkach z Senegalem (1:2) i Kolumbią (0:3) reprezentacja Polski odpadła z mundialu. Na trenera Adama Nawałkę i jego wybrańców spadła fala agresywnej krytyki, której się może i spodziewali, ale nie na taką skalę.

 

Dzień po klęsce z Kolumbią na konferencji prasowej Adam Nawałka i Robert Lewandowski próbowali się jakoś z niej wytłumaczyć, ale tym razem spolegliwi zwykle żurnaliści nie chcieli słuchać nawet rozsądnych i racjonalnych argumentów. Inna sprawa, że takich selekcjoner kadry i kapitan reprezentacji zbyt wielu nie mieli, natomiast ich ocena występu mogła doprowadzić do szewskiej pasji nawet najbardziej im życzliwych słuchaczy.

 

Taka jest piłka, musimy z tym żyć

„To jest sport, uważam, że nasi zawodnicy walczyli do samego końca, nie odpuszczali, ale graliśmy z bardzo mocnym przeciwnikiem i wynik trzeba przyjąć. Wybrałem najlepszy skład, jaki był do dyspozycji. Ważne było, by zawodnicy, którzy wyróżniali się w poprzednich meczach dostali swoją szansę, stąd moja decyzja, by wyszli od początku. Moim zdaniem mecz był wyrównany do momentu, w którym padła pierwsza bramka. Taka jest piłka. Jest mi przykro z tego powodu, ale jutro jest następny dzień i musimy z tym żyć” – skomentował klęsk z Kolumbią Nawałka.

Lewandowski z kolei irytował powtarzaną jak mantra tezą o słabości naszej drużyny na tle znacznie lepszych rywali. „Chyba na tyle nas było po prostu stać. Trzeba to sobie jasno powiedzieć. Nie przegraliśmy minimalnie. Wiele rzeczy w naszej grze nie funkcjonowało tak jak powinno, ale jak nie ma z czego, to nie da się nic zrobić. Samą walką meczu się nie wygra. Trzeba jakości, a jej było za mało. Przeciwko drużynie tej klasy co Kolumbia nie graliśmy od pięciu lat. Nawet biorąc pod uwagę mistrzostwa Europy, kiedy mierzyliśmy się z Niemcami” – powiedział kapitan biało-czerwonych, czym wkurzył nie tylko rzesze polskich kibiców, ale nawet śledzące z uwagą wszelkie jego wypowiedzi niemieckie media, które natychmiast z lubością wbiły mu szpilę, że jest nie fair wobec swoich kolegów z reprezentacji Polski, na których zwala całą winę za niepowodzenie. Niechętnie nastawiony do „Lewego” tabloid „Bild” nie omieszkał z niego zakpić przypominając, że przed mundialem chciał odejść z Bayernu Monachium. „Teraz powinien się cieszyć, że ma z Bayernem kontrakt ważny jeszcze do 2021 roku, bo po tym co pokazał w Rosji żaden inny klub już się na niego nie skusi”.

 

Prezes zapowiada zmiany

Dla pełnego obrazu wypada przytoczyć jeszcze opinię najważniejszego człowiek w polskim futbolu, czyli prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. „Nie można mieć pretensji do naszego zespołu, bo przeciwnicy byli lepsi, szybsi, sprytniejsi, lepiej grali w piłkę. Pewien etap w historii reprezentacji się zakończył. Ta drużyna zrobiła wiele wspaniałych rzeczy przez cztery ostatnie lata, ale przed mundialem mówiłem, że jeśli chcemy coś w Rosji ugrać, to musimy tam zagrać lepiej niż na mistrzostwach Europy we Francji. Ale nie zagraliśmy i teraz trzeba się zastanowić, co dalej. Mamy pół roku, żeby przygotować drużynę do eliminacji Euro 2020. Wcześniej jest Liga Narodów, którą traktujemy poważnie i która będzie poligonem do zbudowania nowej drużyny” – zapowiedział Boniek na antenie TVP. Sternik PZPN unikał deklaracji w sprawie przyszłości Adama Nawałki, trener kadry sam jednak wyszedł przed szeregi zakomunikował, że po meczu z Japonią odda się do dyspozycji zarządu związku, co w piłkarskim języku oznacza gotowość do dymisji.

 

Zespół został źle przygotowany

Trudno w tej chwili stwierdzić, czy władze PZPN zdecydują się na odstrzelenie Nawałki. Wiele w tej kwestii zależeć będzie od wyniku potyczki z Japonią. Na razie po dwóch spotkaniach, z Senegalem i Kolumbią, w oficjalnych statystykach mundialu nasza reprezentacja wypadaj blado na tle rywali. Żadnego z polskich piłkarzy nie ma w czołówkach rankingów, nie licząc Wojciecha Szczęsnego, który jest numerem 1 w klasyfikacji „najgorszy bramkarz mundialu”.

Nasza drużyna w dwóch meczach oddała 19 strzałów, z czego tylko sześć celnych. Gorsze pod tym względem po dwóch meczach były jedynie drużyny Australii, Panamy i Arabii Saudyjskiej. Nie są to dokonania przystające zespołowi z pierwszej dziesiątki światowego rankingu. Przyczyn słabego występu biało-czerwonych w Rosji jest wiele, ale ile by ich nie wyliczył, tak naprawdę wszystkie można skwitować jednym zdaniem: nasi reprezentacyjni piłkarze zostali przez trenera źle przygotowana do mistrzostw pod względem motorycznym, taktycznym i mentalnym. Bo gdyby zostali przygotowani dobrze i byli w optymalnej formie, nie przegraliby ani z Senegalem, ani z Kolumbią.

Dlatego dla Lewandowskiego i spółki mecz z Japonią nie będzie tylko „o honor”, lecz także, a może przede wszystkim, o odzyskanie utraconej sympatii rodaków. Wiadomo już, że po mundialu z kadrą pożegna się kilku kluczowych graczy. Niektórzy z nich odejdą z własnej woli, niektórzy po prostu z niej wypadną. Lista nazwisk jest długa – Piszczek, Fabiański, Glik, Thiago Cionek, Błaszczykowski, Peszko, Jędrzejczyk, Grosicki, a niewykluczone, że także Lewandowski, jeśli nowy selekcjoner nie zagwarantuje mu takiej samej roli w kadrze, jaką miał u Nawałki. Coś w polskiej piłce się skończyło, coś nowego zacznie. Nie pierwszy to raz i nie ostatni.