Koniec miodowych lat PZPN

Działacze PZPN przez ostatnie lata sprawnie kontrolowali sportowe media, ale po nieudanym mundialu w Rosji gros żurnalistów porzuciło kompromitującą w tym zawodzie spolegliwość i zaczęła korzystać z konstytucyjnej wolności słowa. To oczywiście doprowadza ekipę prezesa Bońka do furii.

 

Pezetpeenowcy zastosowali więc sprawdzoną metodę retorsji, wprowadzając ograniczenia w kontaktach dziennikarzy z zawodnikami podczas zgrupowań reprezentacji Polski. „Nie będziecie zadowoleni, ale chcemy unormować zasady współpracy z mediami podczas zgrupowań. Gdy jest was pełno w hotelowym lobby, robi się zamieszanie” – tłumaczył decyzję przełożonych Jakub Kwiatkowski, pełniący w sztabie Brzęczka dwie funkcje – dyrektora technicznego kadry i jej rzecznika. Ma więc chłop mnóstwo roboty, a teraz dodatkowo będzie musiał odbierać i akceptować prośby dziennikarzy o indywidualne rozmowy z piłkarzami. Będzie tych próśb mnóstwo, bo PZPN zamiast codziennych wywiadów przeprowadzanych w hotelu kadry, wprowadził tzw. dzień medialny, z dwiema godzinami na wcześniej umówione za pośrednictwem Kwiatkowskiego wywiady. Nie ma się co łudzić, reglamentacja dla krytykantów będzie wprowadzona, ale nie ostentacyjnie, nie na chama, tylko „punktowo”, z celowaniem w konkretne redakcje czy dziennikarzy, zawsze z wytłumaczeniem odmowy „zabieganiem w natłoku obowiązków”.

Nie pierwsze to i nie ostatnia wojna PZPN z mediami, tym razem jednak niekoniecznie musi zakończyć się sukcesem futbolowej centrali. Z oczywistego powodu – w ostatnich miesiącach radykalnie zmieniło się nastawienie opinii publicznej do reprezentacji Polski. Jeszcze nie jest wrogie, ale era kwitowania przez kibiców nawet kompromitujących porażek przyśpiewką „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” chyba się skończyła, o czym świadczyły słaba frekwencja we Wrocławiu na meczu z Irlandią i gwizdy po porażce z Włochami na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim. Wobec takiej zmiany nastawienia nawet najbardziej zblatowani z pezetpeenowską wierchuszką szefowie dziennikarzy nie mogli już dalej brnąć w kłamstwie, że jesteśmy futbolową potęgą, a PZPN jest organizacją bez skazy. Popuszczono więc na redakcyjnych planowaniach cugle i znów o polskiej piłce nożnej tu i ówdzie można było pisać czy mówić prawdę. A że jest to prawda daleko odbiegająca od lukrowanej wizji forsowanej przez stworzony przez ludzi Bońka portal „Łączy nas piłka”, powstał dysonans poznawczy, który po meczach z Portugalią i Włochami stał się wręcz brutalnie niekorzystny dla PZPN-u. Stąd zapewne „akcja dyscyplinująca”, której zadaniem jest rozbicie dziennikarskiej solidarności metodą ułatwiania lub utrudniania dostępu do „informacyjnego koryta”.

„W poważnych federacjach nie ma takiego zwyczaju, że dziennikarze na zgrupowaniu kadry robią, co chcą” – przekonuje prezes Boniek na łamach zawsze mu życzliwego portalu „Interia”. I pewnie z tej wrodzonej życzliwości jego wypowiedź nie została w żaden sposób skontrowana, a powinna, bowiem od kilku lat media w Polsce miały tylko ściśle reglamentowany i kontrolowany przez pezetpeenowskich cenzorów dostęp do reprezentacji, bo o tym co dzieje się w środku kadry podczas zgrupować i turniejów dziennikarze dowiadywali się głównie z ociekających słodyczą filmików emitowanych w portalu „Łączy nas piłka”, który na udzielonej mu przez PZPN wyłączności w dostępie do piłkarzy, trenerów i działaczy zbudował całkiem mocną pozycję na rynku mediów internetowych, nawiasem mówiąc stając się konkurentem dla nie tylko dla branżowych portali jak „SportoweFakty”, ale w jakimś stopniu także dla potęg jak „Interia” czy „Onet”, chociaż dla nich był konkurencją bardziej w relacjach z reklamodawcami. W realiach kapitalistycznej walki rynkowej jest to, trzeba przyznać, sytuacja kuriozalna. Od 2014 roku aż do mundialu w Rosji z jakiegoś powodu media przemilczały wieści o aferach w kadrze, chociaż było ich trochę i na pewno ten czy ów z żurnalistów musiał coś o nich słyszeć. Dopiero „gruby numer” wycięty przez grupę imprezową pod wodzą Artura Boruca został w mediach z pewną nieśmiałością odnotowany.

Dzisiaj tej spolegliwości jest znacznie mniej, a nawet pojawiają się publikacje zauważające ze zgrozą, że ludzie zarządzający polskich futbolem są nastawieni wyłącznie na „robienie kasy”. PZPN ma na kontach setki milinów złotych, ale te pieniądze wydaje wyłącznie na zaspokajanie potrzeb aparatu władzy, zaś skalę tych potrzeb i sposobu ich zaspokojenia określa arbitralnie prezes związku przy milczącej akceptacji członków zarządu. Organizowane co jakiś czas propagandowe akcje mające przekonać opinię publiczną, że władze PZPN coś robią dla poprawy piłkarskiej jakość naszych drużyn klubowych i reprezentacyjnych, co jest ich statutowym przecież obowiązkiem, pozostają zwykle na papierze. Dla działaczy ważne jest tylko to, żeby na meczach reprezentacji był komplet publiczności, żeby na banerach reklamowych nie było pustych miejsc, a reprezentacja miała tuzin hojnych sponsorów.

Przez cztery lata komfort „miodowych lat” ekipie Bońka zapewniał swoimi golami Robert Lewandowski, ale chłop się już trochę zestarzał, wyeksploatował, a na dodatek zaczął fikać. Odstrzelić go z kadry na razie nie można, przynajmniej dopóki Krzysztof Piątek nie potwierdzi, że jest w stanie „Lewego” zastąpić i równie mocno pociągnąć reprezentacyjny wózek. Dla PZPN najważniejszym teraz celem jest awans do Euro 2020, bo awans zapewni dopływ świeżej gotówki i spokój w mediach.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.

 

Pierwsza setka Lewego

Robert Lewandowski celowo nie zagrał we wrześniu w springu z Irlandią, bo chciał żeby jego setny występ w reprezentacji Polski wypadł w meczu o stawkę i przy pełnych trybunach na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

 

W medialnym zgiełku przed czwartkowym meczem reprezentacji Polski z Portugalią w Lidze Narodów pojawiły się też głupawe sugestie, że trener Jerzy Brzęczek powinien w ataku biało-czerwonych postawić na rewelacyjnie grającego w Serie A Krzysztofa Piątka, nawet kosztem posadzenia na ławie Roberta Lewandowskiego. Do takiego eksperymentu namawiał selekcjonera choćby Dariusz Dziekanowski, a kilku innych telewizyjnych ekspertów też nie miało żadnych zahamowań, żeby stawiać znak równości między najlepszym polskim piłkarzem ostatniej dekady, a zaczynającym dopiero międzynarodową karierę 23-letnim napastnikiem Genoi. Brzęczek na przedmeczowych konferencjach wił się jak piskorz próbując odpowiedzieć na pytanie, jak zamierza wykorzystać obu piłkarzy. Posadzenie „Lewego” na ławie nie wchodziło w grę, bo nie było ku temu żadnych racjonalnych podstaw, a już na pewno nie mogło być powodem to, że w trzech ostatnich meczach Bayernu nie zdobył bramki. Poza tym miesiąc temu Piątek dostał szansę wykazania się w spotkaniu z Irlandią i zawiódł oczekiwania.

Dla Lewandowskiego jednak nawet takie głupawe sugestie musiały być upokarzające, bo miał prawo oczekiwać, że za to wszystko co zrobił przez 10 lat dla polskiego futbolu i dla reprezentacji jego setny występ w narodowych barwach będzie świętem nie tylko dla niego, ale także dla całej piłkarskiej społeczności w naszym kraju. Jak z tym było nie wiemy, bowiem spotkanie Polska – Portugalia zakończyło się po zamknięciu wydania, ale sądząc po przymiarkach ze strony PZPN raczej na wielkie fetowanie się nie zanosiło.

Nie zmienia to jednak faktu, że awans do grona „setników” dla każdego piłkarza jest wielkim osiągnięciem, bo przed Lewandowski dokonało tego 465 zawodników, a w tej grupie kariery kontynuuje jeszcze 92 graczy, w tym dwóch Polaków, bo przecież mamy w kadrze jeszcze jednego „setnika” – Jakuba Błaszczykowskiego. W europejskich reprezentacjach są jednak piłkarze, którzy legitymują się znacznie większą liczbą występów w narodowych barwach. Wśród nich liderem jest Sergio Ramos, który w reprezentacji Hiszpanii zagrał dotąd 158 razy, powyżej 150 występów ma jeszcze Portugalczyk Cristiano Ronaldo.

Lewandowski nie jest jednak przesadnie pazerny śrubowanie rekordu występów. Gdyby miał taką ambicję, nie opuszczałby tylu meczów towarzyskich. Od debiutu w kadrze 10 września 2008 roku „Lewy” nie zagrał tylko w jednym meczu o punkty – w wyjazdowej potyczce z San Marino w eliminacjach MŚ 2014. Przez dekadę nie wystąpił za to aż w 23 spotkaniach towarzyskich biało-czerwonych. Może szkoda, że nie wystąpił, bo w czwartek na Śląskim zagrałby po raz 124, a w niedzielę z włochami po raz 125.

 

Dla kogo Złota Piłka?

FIFA zdążyła już zamknąć 2018 rok wyróżniając Chorwata Lukę Modricia tytułem najlepszego piłkarza. Teraz swój czas ma redakcja tygodnika „France Football”, która przyznaje nagrodę „Złotej Piłki” dla piłkarza roku na świecie.

 

Redakcja tygodnika „France Football” ogłosiła właśnie nominacje 30 kandydatów do nagrody „Złotej Piłki”. Z tego grona elektorzy z całego świata wybiorą laureata, którego nazwisko poznamy 3 grudnia. Ta najbardziej prestiżowa nagroda indywidualna w futbolu jest przyznawana od 1956 roku. Otrzymuje ją ten zawodnik, który zbierze najwięcej punktów przyznawanych przez zaproszonych do głosowania przez „FF” dziennikarzy z całego świata. Elektorzy mają za zadania wskazać z 30 kandydatów pięciu ich zdaniem najlepszych. Za pierwsze miejsce przyznaje się 6 pkt, za drugie 4, za trzecie 3, za czwarte 2 i za piąte 1. Regulamin plebiscytu stanowi, że jurorzy mają w swoich wyborach kierować się trzema podstawowymi kryteriami: pierwsze uwzględnia osiągnięcia indywidualne i drużynowe, drugie klasę zawodnika i poszanowanie przez niego zasad fair-play, a trzecie przebieg kariery typowanego piłkarza.

Pomysłodawcą plebiscytu był szef „France Football” Gabriel Hanot, który w 1956 roku zorganizował głosowanie wśród dziennikarzy swojej redakcji. Pierwszym laureatem został Anglik Stanley Matthews występujący wówczas w barwach zespołu Blackpool. Aż do 1995 roku w plebiscycie głosowano wyłącznie na piłkarzy pochodzących z Europy, dlatego wśród zdobywców „Złotej Piłki” nie ma takich legendarnych graczy, jak Pele, Garrincha czy Diego Maradona. Ale w 1995 redakcja zmieniła regulamin i otworzyła plebiscyt także na zawodników urodzonych poza naszym kontynentem, ale występujących w europejskich klubach. I od razu „Złotą Piłkę” zdobył jeden z takich graczy, Liberyjczyk George Weah, wtedy występujący w barwach AC Milan.

W 2007 roku ponownie zmieniono reguły plebiscytu i dopuszczono do wyborów piłkarzy z wszystkich klubów na świecie. Zwiększono też liczbę elektorów, która jest płynna i co jakiś czas się zmienia. W 2010 roku doszło do połączenia plebiscytów „FF” i FIFA i 10 stycznia 2011 roku w Zurychu po raz pierwszy przyznano wspólne wyróżnienie pod nazwą „Złota Piłka FIFA”. Po sześciu latach FIFA poinformowała o powrocie do własnego plebiscytu, więc w tej sytuacji także „France Football” wrócił do poprzedniej formuły.

Tylko dwaj gracze, Argentyńczyk Lionel Messi i Portugalczyk Cristiano Ronaldo, zdobyli to trofeum pięciokrotnie. Messi jako jedyny piłkarz w historii zgarnął tę prestiżową nagrodę cztery razy z rzędu. Trzem piłkarzom udało się zdobyć trofeum trzykrotnie, byli to Holender Johan Cruyff, Francuz Michel Platini i Holender Marco van Basten.
W plebiscycie francuskiego tygodnika najczęściej zwyciężali piłkarze z Holandii i Niemiec, a najwięcej trofeów, aż jedenaście, zdobyli zawodnicy występujący w barwach FC Barcelona. W ubiegłym roku plebiscyt „France Football” wygrał Cristiano Ronaldo, który uzyskał aż 946 pkt, przed Leo Messim (670) i Neymarem (361). Jedynym Polakiem w gronie nominowanych był Robert Lewandowski, ale z 45. punktami zajął dopiero dziewiątą lokatę.

Przypomnijmy skład nominowana przed rokiem „30” graczy: Pierre-Emerick Aubameyang (Borussia Dortmund), Karim Benzema (Real Madryt), Leonardo Bonucci (AC Milan), Kevin De Bruyne (Manchester City), Gianluigi Buffon (Juventus Turyn), Edinson Cavani ( PSG), Philippe Coutinho (Liverpool), Cristiano Ronaldo (Real Madryt), Edin Dżeko (Roma), Paulo Dybala (Juventus Turyn), David De Gea (Manchester United), Radamel Falcao (Monaco), Antoine Griezmann (Atletico Madryt), Eden Hazard (Chelsea), Matt Hummels (Bayern Monachium), Isco (Real Madryt), Harry Kane (Tottenham), N’Golo Kanté (Chelsea), Toni Kroos (Real Madryt), Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Sadio Mané (Liverpool), Marcelo (Real Madryt), Kylian Mbappé (PSG), Dries Mertens (Napoli), Lionel Messi (Barcelona), Luka Modrić (Real Madryt), Neymar (PSG), Jan Oblak (Atletico Madryt), Sergio Ramos (Real Madryt), Luis Suarez (Barcelona).

W tegorocznych nominacjach z ubiegłorocznej listy wypadło 12 graczy. Wśród wykreślonych znalazł się m.in. Robert Lewandowski. U dziennikarzy „France Football” nasz najlepszy piłkarz nie cieszy się widać wielkim poważaniem, ale z drugiej strony wśród nominowanych nie znalazł się żaden inny gracz Bayernu.

 

Nominowani do „Złotej Piłki 2018”:

Sergio Aguero (Argentyna/Manchester City), Alisson (Brazylia/AS Roma/Liverpool), Gareth Bale (Walia/Real Madryt), Karim Benzema (Francja/Real Madryt), Edinson Cavani (Urugwaj/PSG), Thibaut Courtois (Belgia/Chelsea/Real Madryt), Cristiano Ronaldo (Portugalia/Real Madryt/Juventus Turyn), Kevin de Bruyne (Belgia/Manchester City), Roberto Firmino (Brazylia/Liverpool), Diego Godin (Urugwaj/Atletico Madryt), Antoine Griezmann (Francja/Atletico Madryt), Eden Hazard (Belgia/Chelsea), Isco (Hiszpania/Real Madryt), Harry Kane (Anglia/Tottenham), N’Golo Kante (Francja/Chelsea), Hugo Lloris (Francja, Tottenham), Kylian Mbappe (PSG), Mario Mandżukić (Chorwacja/Juventus Turyn), Sadio Mane (Senegal/Liverpool), Marcelo (Brazylia/Real Madryt), Lionel Messi (Argentyna/Barcelona), Luka Modrić (Chorwacja/Real Madryt), Neymar (Brazylia/PSG), Jan Oblak (Słowenia/ Atletico), Paul Pogba (Francja/Manchester United), Ivan Rakitić (Chorwacja/Barcelona), Mohamed Salah (Egipt/Liverpool), Sergio Ramos (Hiszpania/Real Madryt), Luis Suarez (Urugwaj/Barcelona), Raphael Varane (Francja/Real Madryt).

 

Brzęczek robi co chce

Selekcjoner reprezentacji Polski na mecze w Lidze Narodów z Portugalią i Włochami powołał do kadry Jakuba Błaszczykowskiego, za co podobnie jak we wrześniu spotkała go lawina krytyki. Niestety, w dużej mierze uzasadnionej.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze budzi kontrowersje głównie dlatego, że ten niewątpliwie znakomity piłkarz praktycznie nie gra w zespole VfL Wolfsburg. W siedmiu ligowych kolejkach Bundesligi na boisku pojawił się dopiero w miniony weekend, zaliczając dwunastominutowy występ w przegranym 0:2 wyjazdowym meczu z Werderem Brema. Wcześniej tylko raz znalazł się w kadrze meczowej oraz wszedł na ostatnie siedem minut w spotkaniu Pucharu Niemiec z półamatorskim SV Elversberg.

Statystyki są dla Błaszczykowskiego bezlitosne, bo wynika z nich, że w obecnym sezonie więcej minut na boisku spędził w barwach reprezentacji Polski niż w klubowym zespole. W meczu z Włochami zagrał przez 83 minuty, a z Irlandią przez 80. Co gorsze, za oba występy nie zebrał dobrych recenzji i w tej chwili naprawdę trudno znaleźć argumenty uzasadniające jego powołanie. Nawet prezes PZPN Zbigniew Boniek przyznał, że piłkarz nie grający regularnie w klubowej drużynie nie ma prawa być w wysokiej formie i dlatego nie ma sensu wystawiać go w meczach reprezentacji, bo nie gwarantuje wysokiej jakości.

Brzęczek puszcza jednak te uwagi mimo uszu i robi swoje. Oprócz Błaszczykowskiego na zgrupowanie zaprosił też trzech innych swoich faworytów – grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę oraz niczym się nie wyróżniających nawet w naszej słabiutkiej ekstraklasie Rafał Pietrzaka z Wisły Kraków i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

Te pretensje o kumoterskie powołania pójdą rzecz jasna w niepamięć w przypadku zwycięstw w spotkaniach Ligi Narodów z Portugalią i Włochami. PZPN zapowiada, że oba mecze na Stadionie Śląskim zostaną rozegrane przy komplecie publiczności. Kibiców trochę martwi słaba ostatnio forma strzelecka Roberta Lewandowskiego, ale wszyscy liczą, że może w strzelaniu goli snajpera Bayernu zastąpi rewelacyjnie spisujący się w Serie A Krzysztof Piątek.

Brzęczek na razie nie ma jednak pomysłu jak wkomponować tego gracza w drużynę, bo gra on w stylu Lewandowskiego. Trzymać go jako zmiennika „Lewego” to ryzyko, bo kapitan naszej reprezentacji w czwartek w spotkaniu z Portugalią zagra po raz setny w reprezentacji i z tej okazji może na boisku wyczyniać rzeczy wielkie. Do kadry wrócił też Kamil Grosicki i dla niego Brzęczek też będzie musiał znaleźć miejsce, podobnie jak dla Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Każdy z tych piłkarzy ma wielkie aspiracje i chce odgrywać znaczące role. A treningów będą mieć tylko siedem.

 

Gdzie są piłkarze Bayernu?

Bayern Monachium po raz ostatni wygrał mecz pod koniec września. W sobotę zespół Niko Kovaca w fatalnym stylu uległ u siebie Borussii M’gladbach 0:3. W niemieckich mediach na bawarski zespół wylała fala bezlitosnej krytyki.

 

W siódmej kolejce Bundesligi Bayern przegrał na własnym stadionie 0:3 z Borussią Moenchengladbach. Tak wysoko w lidze Bayern nie przegrał u siebie od czterech lat. Ta porażka oznacza, że kryzys formy Bawarczyków coraz bardziej się pogłębia. W tabeli Bundesligi podopieczni trenera Niko Kovaca spadli na piąte miejsce i do prowadzącej Borussii Dortmund tracą już cztery punkty. W niemieckich mediach aż huczy od plotek, że między częścią piłkarzy Bayernu a trenerem wybuchł otwarty konflikt, a wysoka przegrana z Borussia Moenchengladbach jest tego najlepszym potwierdzeniem. Coś w tych plotkach może być na rzeczy, bo w sobotni wieczór zespół Bayernu wykazywał inicjatywę tylko przez pierwsze 10 minut, jakby piłkarze chcieli pokazać, że grać potrafią. Potem już tylko statystowali rywalom i nawet niespecjalnie przejmowali się utratą kolejnych goli. A pierwszego z nich stracili właśnie w 10. minucie, gdy Alassane Plea precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Manuela Neuera.

Był to już piąty gol piłkarza Borussii w tym sezonie i w klasyfikacji strzelców wyprzedza on m. in. Roberta Lewandowskiego, który w sobotni wieczór znów zaliczył występ bez gola i otrzymał bardzo słabe noty. Na razie niemieckie media jeszcze kapitana polskiej reprezentacji nie obarczają winą za porażki Bayernu, ale to tylko kwestia czasu. Wśród tamtejszych ekspertów już pojawiły się opinie, że „Lewy” po sezonie powinien znaleźć się w grupie piłkarzy, którzy powinni odejść z Bayernu.
Zmianę podejścia do Bayernu dobrze ilustrują dwie sytuacje meczowe. Lewandowski zdobył w 67. minucie bramkę, ale sędzia jej nie uznał, a VAR potwierdził jego decyzję. Tuż przed końcem spotkania Patrich Hermann przyjął piłkę w polu karnym Bayernu i podwyższył wynik na 3:0, lekko dotknął jednak przy tym piłkę ręką, lecz sędzia po wideoweryfikacji uznał jego trafienie za całkowicie prawidłowe.

„Jestem za te porażkę odpowiedzialny” – przyznał po meczu Niko Kovac, ale jego odwaga nie robi teraz na nikim wrażenia. Cztery mecze, żadnego zwycięstwa, bilans bramkowy 2:7. Takie statystyki dla bawarskiego potentata są upokarzające, więc nic dziwnego, że Kovac znalazł się pod ostrzałem. Znany z ostrych ocen były gwiazdor monachijskiego klubu Lothar Matthaes ocenił jego drużynę krótko: „Nigdy nie widziałem Bayernu grającego aż tak źle. To nie ma nic wspólnego z nowoczesnym futbolem. Chwilami miałem wrażenie, że prawdziwi piłkarze Bayernu poszli do szatni, a za nich biegają jacyś przebierańcy”

Strzelecki popis Neymara w Lidze Mistrzów

Drugą kolejkę Ligi Mistrzów zdominowały wyczyny trzech wielkich graczy – Neymara, Paulo Dybali i Leo Messiego. Pierwszy strzelił trzy gole w wygranym przez Paris Saint-Germain 6:1 meczu z Crveną Zvezdą Belgrad, drugi także zaliczył hat-tricka dla Juventusu w potyczce z Young Boys Berno, a trzeci zdobył dwie bramki na Wembley w zwycięskim 4:2 starciu z Tottenhamem.

 

W kanonadzie paryskiego zespołu główną rolę odegrał Neymar, ale Crvena Zvezda to jeden ze słabszych zespołów w tej edycji Ligi Mistrzów. O tym, czy Brazylijczyk wybije się wreszcie w tych rozgrywkach na pierwszy plan, przekonamy się zapewne po zakończeniu fazy grupowej. To była udana kolejka nie tylko dla Paris Saint-Germain, Barcelony i Juventusu Turyn, ale też dla Borussii Dortmund, SSC Napoli, Atletico Madryt, Interu Mediolan, Manchesteru City, AS Roma, FC Porto, Schalke, a już szczególnie dla CSKA Moskwa, bo rosyjski zespół pokonał na własnym stadionie obrońcę tytułu Real Madryt 1:0. „Królewscy” przez tą porażkę znaleźli się na drugim biegunie, w towarzystwie innych pognębionych w tej serii spotkań potęg aspirujących do triumfu w obecnej edycji Ligi Mistrzów – Bayernu Monachium, Liverpoolu i Manchesteru United. „Nie jesteśmy słabi” – przekonywał po meczu w Moskwie trener Realu Julen Lopetegui, ale jego zespół ma ostatnio kiepską passę – w krajowej lidze przegrał 0:3 z Sevillą i zremisował 0:0 z Atletico, a teraz stracił komplet punktów z CSKA w Champions League. Te trzy nieudane występy mają jeden wspólny mianownik, w żadnym z nich graczom „Królewskich” nie udało się strzelić gola. Jeśli ta niemoc się utrzyma, kibice na Santiago Bernabeu zatęsknią za Cristiano Ronaldo.

Genialny portugalski piłkarz tym razem nie powiększył swojego dorobku bramkowego, bo musiał odcierpieć karę dyskwalifikacji za czerwoną kartkę w poprzedniej kolejce. Pod jego nieobecność zespół Juventusu rozbił 3:0 szwajcarskiego przeciętniaka, a w roli bezlitosnego egzekutora wystąpił wciąż niedoceniany w turyńskim klubie Argentyńczyk polskiego pochodzenia Paulo Dybala. Cristiano Ronaldo jego snajperskim wyczynem nie musi się przejmować, zdecydowanie bardziej zapewne niepokoją go kolejne gole Leo Messiego. As”Dumy Katalonii” w obecnych rozgrywkach z pięcioma trafieniami prowadzi w klasyfikacji strzelców, a w sumie ma już na koncie w Lidze Mistrzów 105 bramek. Do prowadzącego w zestawieniu wszech czasów CR7 brakuje mu jednak 15 goli, ale jeśli w takim tempie będzie odrabiał straty, może szybko dogonić Portugalczyka.

Najlepszym Polakiem na liście snajperów jest Robert Lewandowski, lecz kapitan naszej narodowej drużyny w tej kolejce nie powiększył swojego dorobku 46 goli. Bayern na swoim stadionie z trudem zremisował z Ajaksem Amsterdam 1:1. „Lewy” wypadł w tym spotkaniu bezbarwnie, ale równie słabo zagrali wszyscy podopieczni trenera Niko Kovaca. Mistrzowie Niemiec po znakomitym początku sezonu wpadli w dołek i w miniony weekend po porażce z Herthą Berlin stracili prowadzenie w Bundeslidze na korzyść Borussii Dortmund, a po remisie z Ajaksem także w grupie E Ligi Mistrzów na rzecz mistrza Holandii.
Z polskich piłkarzy najwięcej powodów do zadowolenia mogli mieć Wojciech Szczęsny (zerowe konto w wygranym przez Juventus 3:0 spotkaniu z Young Boys), Łukasz Piszczek (dobry występ w wygranym 3:0 meczu z AS Monaco) i Łukasz Skorupski (także bez straty gola w wygranym przez AS Roma 5:0 spotkaniu z Viktorią Pilzno). O Lewandowskim była już mowa, zaś Grzegorz Krychowiak, którego Lokomotiw Moskwa (bez kontuzjowanego Macieja Rybusa) przegrał 0:1 z Schalke, tracą gola w ostatnich sekundach spotkania. W najgorszym nastroju z naszych reprezentantów jest jednak Kamil Glik, bo jego AS Monaco w tym sezonie jest „chłopcem do bicia” nie tylko w Lidze Mistrzów, ale też we francuskiej ekstraklasie.

 

Pierwsza ligowa porażka Bayernu

Niko Kovac zaliczył pierwszą porażkę jako trener Bayernu Monachium. W sobotę w mistrzowie Niemiec przegrali z Herthą 0:2 i stracili prowadzenie w tabeli Bundesligi.

 

Zespół Bayernu, który od początku sezonu wygrywał wszystkie mecze, w środku tygodnia zremisował u siebie ligowe spotkanie z FC Augsburg (1:1), a w piątek doznał pierwszej porażki. „Te dwa mecze nam nie wyszły, ale problem byłoby, gdybyśmy zanotowali dziewięć takich występów” – bagatelizował porażkę Kovac. Co ciekawe, zdecydowanie bardziej krytyczne oceny swojej gry mieli jego podopieczni. „Mamy w drużynie tyle jakości, że stać nas na wygranie każdego meczu. Ale jeśli z tyłu dalej będziemy popełniać takie błędy, to może zapomnieć o zwycięstwach” – stwierdził bez ogródek reprezentacyjny obrońca Joshua Kimmich. Jego uwaga odnosiła się do błędu popełnionego przez Jerome Boatenga, który w dość niegroźnej sytuacji sfaulował w polu karnym Salomona Kalou i zafundował rywalom rzut karny, który na gola zamienił Vedad Ibisevic. Z kolei w sytuacji, po której drugiego gola dla Herthy strzelił były gracz Legii Ondrej Duda, pogubił się David Alaba.
A skoro o Dudzie mowa, słowacki piłkarz prowadzi w klasyfikacji strzelców i w piątkowy wieczór przyćmił słabo grającego Roberta Lewandowskiego. Kapitan polskiej reprezentacji dostał za swój występ bardzo słabe noty.
Porażka z Hertha kosztowała Bayern utratę prowadzenia w tabeli Bundesligi. Na pierwsze miejsce wskoczyła drużyna Borussii Dortmund, która po wygranej na wyjeździe z Bayerem Leverkusen 4:2 objęła prowadzenie z dorobkiem 14 punktów. Wiceliderem jest Bayern z 13 punktami, tyle samo „oczek” na koncie ma trzecia w zestawieniu Hertha. Warto też odnotować powrót Jakuba Błszczykowskiego do kadry VfL Wolfsburg. Na razie tylko na ławę, ale może wkrótce dadzą mu pograć.

 

Dwóch grało, a jeden nie

Z kadrowiczów Jerzego Brzęczka w 1. Bundeslidze występuje trzech – Robert Lewandowski w Bayernie, Marcin Kamiński w Fortunie Duesseldorf oraz Jakub Błaszczykowski w VfL Wolfsburg. W miniony weekend trzeci z wymienionych siedział na trybunach.

 

W 4. kolejce Bundesligi Bayern Monachium zmierzył się na wyjeździe z Schalke 04 Gelsenkirchen. Bawarczycy wygrali 2:0 i utrzymali dwupunktową przewagę nad wiceliderem tabeli Hertha Berlin. Jedną z bramek dla Bayernu zdobył Lewandowski. Kapitan naszej reprezentacji tym razem trafił z rzutu karnego i było to jego trzecie ligowe trafienie w tym sezonie, a ósme licząc mecze we wszystkich rozgrywkach. W klasyfikacji strzelców Bundesligi „Lewy” nie jest jednak liderem, bo prowadzi z czterema golami na koncie pomocnik Herthy Ondrej Duda. Polscy kibice mieli okazję poznać tego słowackiego piłkarza gdy występował w Legii Warszawa. „Wojskowi” oddali go do berlińskiego klubu za ponad cztery miliony euro. Hertha w czwartej kolejce pokonała Borussię Moenchengladbach 4:2, a Duda zdobył jedną z bramek dla swojego zespołu. Na dłuższy dystans Słowak zapewne nie dotrzyma kroku Lewandowskiemu, ale póki co ma satysfakcję, że w klasyfikacji strzelców wyprzedza dwukrotnego króla snajperów Bundesligi.

Gol z karnego strzelony przez Lewandowskiego był już jego ósmym trafieniem w siedmiu ostatnich meczach Bayernu. Bramkarza Schalke nasz najlepszy piłkarz pokonał już po raz 14. Trener Niko Kovac nie dał tym razem pograć „Lewemu” do końca spotkania i w 79. minucie zastąpił go Sandro Wagnerem. To sygnał, że szkoleniowiec zaczyna oszczędzać swojego najskuteczniejszego snajpera, ale też ma powód, bo Bayern czeka teraz seria trudnych meczów. Już w najbliższy wtorek w ramach 5. kolejki bawarski zespół zagra u siebie z Augsburgiem, a już w piątek czeka go wizyta na Stadionie Olimpijskim w Berlinie i starcie na szczycie Bundesligi z Herthą. Będzie to okazja do bezpośredniej konfrontacji „Lewego” z Ondrejem Dudą.

Emocjonujący weekend miał też drugi z naszych reprezentantów, Marcin Kamiński, bo zagrał na stadionie VfB Stuttgart przeciwko swojej drużynie, z której został wypożyczony do beniaminka 1. Bundesligi Fortuny Duesseldorf. Nasz 26-letni piłkarz cały okres przygotowawczy spędził w drużynie ze Stuttgartu i odszedł do Fortuny dopiero tuż przed startem rozgrywek. W Bundeslidze nie ma automatycznego zakazu gry wypożyczonych zawodników przeciwko macierzystej drużynie, więc Kamiński mógł zagrać. W starciu z VfB Fortuna po raz pierwszy w tym sezonie zachowała czyste konto, do czego Polak się przyczynił.
Po raz kolejny w kadrze meczowej VfL Wolfsburg zabrakło Jakuba Błaszczykowskiego. Jego sytuacja w tym klubie staje się coraz bardziej nieciekawa.

 

Messi rozpoczął wyścig strzelców

W pierwszej kolejce Champions League najwyższe zwycięstwo odniosła Barcelona (4:0), a jej as Leo Messi ustrzelił hat-tricka i zmniejszył dystans do lidera wszech czasów Cristiano Ronaldo. Robert Lewandowski też miał powody do zadowolenia, bo jego gol strzelony w meczu z Benficą Lizbona dał mu awans na 9. miejsce w tej klasyfikacji.

 

Messi strzelił trzy gole dla Barcelony we wtorkowym meczu z PSV Eindhoven (4:0). Argentyńczyk po tym wyczynie ma już na koncie 103 trafienia w Lidze Mistrzów, ale w klasyfikacji wszech czasów zajmuje drugą lokatę, bo liderem ze 120 bramkami jest Cristiano Ronaldo. 33-letni Portugalczyk w tej kolejce nie poprawił swojego dorobku, bo w środowym meczu Juventusu Turyn z Valencią wyleciał z boiska z czerwoną kartką po niespełna pół godzinie gry. Był tak wściekły na niemieckiego arbitra Feliksa Brycha, że schodząc z boiska dosłownie popłakał się ze złości.

Miał ku temu powód, bo kara za lekkie potarganie czupryny symulującego faul gracza Valencii była mocno na wyrost. Cristiano Ronaldo będzie teraz z niepokojem oczekiwał na werdykt organu dyscyplinarnego UEFA, bo jeśli jego zachowanie zostanie ocenione jako agresywne i niesportowe, może dostać nawet trzy mecze dyskwalifikacji. A jego najgroźniejsi konkurenci do sławy i piłkarskich splendorów z pewnością nie zmarnują tego czasu. Hat-trick Messiego jest sygnałem, że Argentyńczyk po nieudanych dla niego mistrzostwach świata w Rosji będzie chciał odrobić wizerunkowe straty właśnie w Lidze Mistrzów.

 

Zacięty wyścig snajperów

W poprzedniej edycji najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek był Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 120 trafień prowadzi też zdecydowanie w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów wszech czasów. Messi ma w tej chwili 17 goli mniej, ale jeśli utrzyma strzelecką dyspozycję, ten dystans może już w tym sezonie znacznie zniwelować. Rywalizacja tych dwóch genialnych piłkarzy o miano najlepszego gracza XXI wieku toczy się na poziomie niedostępnym dla innych zawodników. W klasyfikacji wszech czasów w czołowej „10” zestawienia z czynnych graczy są jeszcze tylko Karim Benzema i Robert Lewandowski. Francuski napastnik Realu Madryt ma na koncie 56 trafień i zajmuje na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem czwartą lokatę. Przed nimi, oprócz rzecz jasna prowadzących na liście Cristiano Ronaldo i Messiego, jest jeszcze trzeci w klasyfikacji wszech czasów Raul Gonzalez. Ten fantastyczny przed laty snajper w Lidze Mistrzów strzelił 71 goli i na razie nie musi obawiać się utraty trzeciego miejsca na podium. Benzema ma do niego 15 bramek straty i w tym sezonie raczej na pewno tego dystansu nie odrobi.

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim. Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), el. Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli). Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

 

Lewandowski wśród tuzów

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim.

Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), eliminacji Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli).

Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

Indywidualne osiągnięcia czołowych snajperów to jednak tylko ich prywatna sprawa, bo w Lidze Mistrzów najważniejsze są wyniki zespołów. Pierwsza kolejka spotkań nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, które z nich w tej edycji będą się liczyć w rywalizacji o czołowe lokaty. Nawet szokująca porażka faworyzowanego Manchesteru City na własnym stadionie z Olympique Lyon nie odbiera szans drużynie prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Podobnie przedwczesne byłoby skreślenie z grona faworytów ekipy Paris Saint-Germain, ale wyjazdowa porażka paryżan z FC Liverpool powinna być dla nich ostrzeżeniem.

 

Udane występy Polaków

O występie Lewandowskiego była już mowa. Kapitan naszej reprezentacji swoim trafieniem w 10. minucie otworzył wynik spotkania z Benfiką Lizbona i do końca grała bardzo dobrze, za co dostał w zawsze dla niego surowych niemieckich mediach wysokie oceny. Znakomity występ w barwach Juventusu Turyn zaliczył Wojciech Szczęsny. Nasz reprezentacyjny bramkarz miał w meczu z Valencią sporo pracy, bo od 30. minucie ekipa z Turynu grała w osłabieniu po kontrowersyjnej czerwonej kartce dla Cristiano Ronaldo. Już w doliczonym czasie gry Szczęsny popisał się kapitalną interwencją przy obronie rzutu karnego i to dzięki niemu Juventus zachował czyste konto, a po dwóch wykorzystanych „jedenastkach” przez Miralema Pjanica wywiózł z Walencji komplet punktów.

Nie zawiódł oczekiwań broniący trofeum Real Madryt, który w efektownym stylu pokonał AS Roma 3:0. Gole dla „Królewskich” strzelili Isco, Gareth Bale i 25-letni Mariano Diaz, który latem wrócił na Santiago Bernabeu z Olympique Lyon i dostał zwolniony przez Cristiano Ronaldo numer 7. Dla portugalskiego gwiazdora jak widać nie ma w Realu wdzięczności. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć, jeśli w tej edycji w fazie pucharowej Real Madryt trafi na Juventus.
Wracając do polskich piłkarzy – na pewno zadowolony ze swojego występu może być Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund udanie rozpoczęła rywalizacje w grupie A wygrywając na wyjeździe z Club Brugge 1:0. Zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia miał Kamil Glik, bo grające także w tej grupie AS Monaco przegrało na własnym stadionie z Atletico Madryt 1:2.

W jeszcze gorszym nastroju musiał być Grzegorz Krychowiak, bo Lokomotiw Moskwa w Stambule dostał lanie 0:3 od Galatasaray. Niezadowoleni z występu swojej drużyny byli też Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik, bo SSC Napoli tylko zremisowało 0:0 z uznawana za outsidera grupy C drużyną Crvenej Zvezdy Belgrad.