Wyników brak, ale kasa się zgadza

W miniony wtorek odbył się w Warszawie zjazd sprawozdawczy PZPN. Tym razem głównym tematem spotkania nie były sukcesy reprezentacji, tylko pieniądze. Okazało się, że mim klęski na mundialu budżet związku na przyszły rok wyniesie aż 239 mln złotych.

 

W ustawie zapisano, że „Kadencja władz polskiego związku sportowego nie może być dłuższa niż 4 lata; Funkcję prezesa zarządu polskiego związku sportowego można pełnić nie dłużej niż przez 2 następujące po sobie kadencje”. W statucie PZPN sprawę tę kwestię regulował paragraf 1 artykuł 37: „Prezes PZPN jest wybierany przez Walne Zgromadzenie Delegatów na okres czterech lat. Jego kadencja rozpoczyna się od zakończenia Walnego Zgromadzenia Delegatów, które go wybrało. Funkcję Prezesa PZPN można pełnić nie dłużej niż przez dwie następujące po sobie kadencje”. W trakcie ubiegłotygodniowego zjazdu sprawozdawczego zapis ten zmieniono, wprowadzając do niego poprawką o treści: „Liczba kadencji prezesa jest zgodna z postanowieniami ustawy o sporcie”.

Formalnie zatem nie można zarzucić obecnemu sternikowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, że przeforsował tę zmianę pod siebie, bo póki co z litery prawa nie może ubiegać się o trzecią kadencję. Ale do wyborów, które odbędą się 26 października 2020 roku, może się jeszcze wiele wydarzyć w naszym politycznym życiu. Tu i ówdzie słychać, że nawet w rządzącej partii przybywa zwolenników zniesienia zapisów o kadencyjności w związkach sportowych.

Boniek ma jednak świadomość, że na polityków działają przede wszystkim sukcesy piłkarzy, a tymi na razie nie może epatować. Liczy jednak, że reprezentacja awansuje do finałów Euro 2020 i znowu będzie w Polsce kochana. Natomiast do pozyskania poparcia wewnątrz pezetpeenowskiej organizacji wystarczyła mu zgrabna żonglerka liczbami. 239 milionów złotych w budżecie na przyszły rok zrobiło na delegatach wystarczające wrażenie, bo za zmianą w statucie zagłosowało 85 procent delegatów, a trzeba przypomnieć, że było to już trzecie podejście Bońka do tej sprawy. Dwie jego wcześniejsze próby, w 2013 i 2016 roku, zakończyły się niepowodzeniem. Za pierwszym razem projekt utrącił tzw. teren, czyli delegaci reprezentujący wojewódzkie związki, za drugim razem sprzeciwiły się najsilniejsze kluby ekstraklasy. Teraz przeciwko było tylko 14 delegatów na 118 uprawnionych, a kilku się wstrzymało od głosu.

To żadna opozycja, ale jej mizeria nie dziwi w sytuacji, gdy na tle klubów ekstraklasy PZPN jest krezusem, który na dodatek równie chętnie rozdaje marchewkę, jak przywala kijem. I tak oto w naszym demokratycznym ponoć kraju pięknie się rozwija kolejne poletko samodzierżawia. I nikt nie może tego zmienić, bo pamiętajmy, że prezes Zbigniew jest członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA.

 

14. kolejka ekstraklasy:

Wyniki piątkowych i sobotnich meczów: Legia – Górnik 4:0, Arka – Pogoń 2:3, Piast – Wisła Kraków 2:0, Śląsk – Wisła Płock 0:3, Cracovia – Miedź 0:0.

 

Przekręt w zagrodzie barona PZPN?

Portal „SportoweFakty” doniósł, że wrocławska prokuratura wszczęła dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w Dolnośląskim Związku Piłki Nożnej.

 

Sprawa dotyczy malwersacji przy okazji organizowanych przez Dolnośląski ZPN szkoleń dla trenerów, sędziów i menedżerów, na które pozyskiwano dofinansowanie z Unii Europejskiej. Środki, a mowa jest o kwocie około dwóch milionów złotych, były rozliczane przez Urząd Marszałkowski we Wrocławiu. Jak podaje portal „SportoweFakty” listy uczestników szkoleń były jednak fałszowane i cytuje potwierdzenie przekazane przez biuro prasowe prokuratury Wrocław Fabryczna.

„Śledztwo prowadzone jest w sprawie poświadczenia nieprawdy (…) w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez Dariusza Machińskiego, wiceprezesa DZPN do spraw organizacyjno-finansowych”. Nie postawiono jednak jeszcze nikomu zarzutów w tej sprawie. Chcąc nie chcąc w aferę zostanie zamieszanych wiele innych osób z kierownictwa DZPN, wśród nich także przewodniczący Andrzej Padewski, którego syn Łukasz był jednym z wykładowców w tych podejrzanych szkoleniach, a oprócz niego uczestniczyła w nich wąska grupa zaufanych szkoleniowców i działaczy. Proceder konsumowania unijnych dotacji trwał ponoć kilkanaście miesięcy i został przerwany przez policję pod koniec listopada 2016 roku.

„SportoweFakty” spekulują, że ta lokalna afera może być też sporym ciosem w wierchuszkę naszej futbolowej hierarchii. Padewski jest przecież nie tylko szefem dolnośląskich struktur piłkarskich, lecz także członkiem zarządu PZPN i należy do najbardziej zaufanych ludzi prezesa Zbigniewa Bońka. Wspomniany wcześniej Machiński jest mocno powiązany z politykami z wrocławskich struktur Platformy Obywatelskiej, co też tłumaczy zainteresowanie nim prokuratury.

Koniec miodowych lat PZPN

Działacze PZPN przez ostatnie lata sprawnie kontrolowali sportowe media, ale po nieudanym mundialu w Rosji gros żurnalistów porzuciło kompromitującą w tym zawodzie spolegliwość i zaczęła korzystać z konstytucyjnej wolności słowa. To oczywiście doprowadza ekipę prezesa Bońka do furii.

 

Pezetpeenowcy zastosowali więc sprawdzoną metodę retorsji, wprowadzając ograniczenia w kontaktach dziennikarzy z zawodnikami podczas zgrupowań reprezentacji Polski. „Nie będziecie zadowoleni, ale chcemy unormować zasady współpracy z mediami podczas zgrupowań. Gdy jest was pełno w hotelowym lobby, robi się zamieszanie” – tłumaczył decyzję przełożonych Jakub Kwiatkowski, pełniący w sztabie Brzęczka dwie funkcje – dyrektora technicznego kadry i jej rzecznika. Ma więc chłop mnóstwo roboty, a teraz dodatkowo będzie musiał odbierać i akceptować prośby dziennikarzy o indywidualne rozmowy z piłkarzami. Będzie tych próśb mnóstwo, bo PZPN zamiast codziennych wywiadów przeprowadzanych w hotelu kadry, wprowadził tzw. dzień medialny, z dwiema godzinami na wcześniej umówione za pośrednictwem Kwiatkowskiego wywiady. Nie ma się co łudzić, reglamentacja dla krytykantów będzie wprowadzona, ale nie ostentacyjnie, nie na chama, tylko „punktowo”, z celowaniem w konkretne redakcje czy dziennikarzy, zawsze z wytłumaczeniem odmowy „zabieganiem w natłoku obowiązków”.

Nie pierwsze to i nie ostatnia wojna PZPN z mediami, tym razem jednak niekoniecznie musi zakończyć się sukcesem futbolowej centrali. Z oczywistego powodu – w ostatnich miesiącach radykalnie zmieniło się nastawienie opinii publicznej do reprezentacji Polski. Jeszcze nie jest wrogie, ale era kwitowania przez kibiców nawet kompromitujących porażek przyśpiewką „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” chyba się skończyła, o czym świadczyły słaba frekwencja we Wrocławiu na meczu z Irlandią i gwizdy po porażce z Włochami na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim. Wobec takiej zmiany nastawienia nawet najbardziej zblatowani z pezetpeenowską wierchuszką szefowie dziennikarzy nie mogli już dalej brnąć w kłamstwie, że jesteśmy futbolową potęgą, a PZPN jest organizacją bez skazy. Popuszczono więc na redakcyjnych planowaniach cugle i znów o polskiej piłce nożnej tu i ówdzie można było pisać czy mówić prawdę. A że jest to prawda daleko odbiegająca od lukrowanej wizji forsowanej przez stworzony przez ludzi Bońka portal „Łączy nas piłka”, powstał dysonans poznawczy, który po meczach z Portugalią i Włochami stał się wręcz brutalnie niekorzystny dla PZPN-u. Stąd zapewne „akcja dyscyplinująca”, której zadaniem jest rozbicie dziennikarskiej solidarności metodą ułatwiania lub utrudniania dostępu do „informacyjnego koryta”.

„W poważnych federacjach nie ma takiego zwyczaju, że dziennikarze na zgrupowaniu kadry robią, co chcą” – przekonuje prezes Boniek na łamach zawsze mu życzliwego portalu „Interia”. I pewnie z tej wrodzonej życzliwości jego wypowiedź nie została w żaden sposób skontrowana, a powinna, bowiem od kilku lat media w Polsce miały tylko ściśle reglamentowany i kontrolowany przez pezetpeenowskich cenzorów dostęp do reprezentacji, bo o tym co dzieje się w środku kadry podczas zgrupować i turniejów dziennikarze dowiadywali się głównie z ociekających słodyczą filmików emitowanych w portalu „Łączy nas piłka”, który na udzielonej mu przez PZPN wyłączności w dostępie do piłkarzy, trenerów i działaczy zbudował całkiem mocną pozycję na rynku mediów internetowych, nawiasem mówiąc stając się konkurentem dla nie tylko dla branżowych portali jak „SportoweFakty”, ale w jakimś stopniu także dla potęg jak „Interia” czy „Onet”, chociaż dla nich był konkurencją bardziej w relacjach z reklamodawcami. W realiach kapitalistycznej walki rynkowej jest to, trzeba przyznać, sytuacja kuriozalna. Od 2014 roku aż do mundialu w Rosji z jakiegoś powodu media przemilczały wieści o aferach w kadrze, chociaż było ich trochę i na pewno ten czy ów z żurnalistów musiał coś o nich słyszeć. Dopiero „gruby numer” wycięty przez grupę imprezową pod wodzą Artura Boruca został w mediach z pewną nieśmiałością odnotowany.

Dzisiaj tej spolegliwości jest znacznie mniej, a nawet pojawiają się publikacje zauważające ze zgrozą, że ludzie zarządzający polskich futbolem są nastawieni wyłącznie na „robienie kasy”. PZPN ma na kontach setki milinów złotych, ale te pieniądze wydaje wyłącznie na zaspokajanie potrzeb aparatu władzy, zaś skalę tych potrzeb i sposobu ich zaspokojenia określa arbitralnie prezes związku przy milczącej akceptacji członków zarządu. Organizowane co jakiś czas propagandowe akcje mające przekonać opinię publiczną, że władze PZPN coś robią dla poprawy piłkarskiej jakość naszych drużyn klubowych i reprezentacyjnych, co jest ich statutowym przecież obowiązkiem, pozostają zwykle na papierze. Dla działaczy ważne jest tylko to, żeby na meczach reprezentacji był komplet publiczności, żeby na banerach reklamowych nie było pustych miejsc, a reprezentacja miała tuzin hojnych sponsorów.

Przez cztery lata komfort „miodowych lat” ekipie Bońka zapewniał swoimi golami Robert Lewandowski, ale chłop się już trochę zestarzał, wyeksploatował, a na dodatek zaczął fikać. Odstrzelić go z kadry na razie nie można, przynajmniej dopóki Krzysztof Piątek nie potwierdzi, że jest w stanie „Lewego” zastąpić i równie mocno pociągnąć reprezentacyjny wózek. Dla PZPN najważniejszym teraz celem jest awans do Euro 2020, bo awans zapewni dopływ świeżej gotówki i spokój w mediach.

 

Brzęczek robi co chce

Selekcjoner reprezentacji Polski na mecze w Lidze Narodów z Portugalią i Włochami powołał do kadry Jakuba Błaszczykowskiego, za co podobnie jak we wrześniu spotkała go lawina krytyki. Niestety, w dużej mierze uzasadnionej.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze budzi kontrowersje głównie dlatego, że ten niewątpliwie znakomity piłkarz praktycznie nie gra w zespole VfL Wolfsburg. W siedmiu ligowych kolejkach Bundesligi na boisku pojawił się dopiero w miniony weekend, zaliczając dwunastominutowy występ w przegranym 0:2 wyjazdowym meczu z Werderem Brema. Wcześniej tylko raz znalazł się w kadrze meczowej oraz wszedł na ostatnie siedem minut w spotkaniu Pucharu Niemiec z półamatorskim SV Elversberg.

Statystyki są dla Błaszczykowskiego bezlitosne, bo wynika z nich, że w obecnym sezonie więcej minut na boisku spędził w barwach reprezentacji Polski niż w klubowym zespole. W meczu z Włochami zagrał przez 83 minuty, a z Irlandią przez 80. Co gorsze, za oba występy nie zebrał dobrych recenzji i w tej chwili naprawdę trudno znaleźć argumenty uzasadniające jego powołanie. Nawet prezes PZPN Zbigniew Boniek przyznał, że piłkarz nie grający regularnie w klubowej drużynie nie ma prawa być w wysokiej formie i dlatego nie ma sensu wystawiać go w meczach reprezentacji, bo nie gwarantuje wysokiej jakości.

Brzęczek puszcza jednak te uwagi mimo uszu i robi swoje. Oprócz Błaszczykowskiego na zgrupowanie zaprosił też trzech innych swoich faworytów – grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę oraz niczym się nie wyróżniających nawet w naszej słabiutkiej ekstraklasie Rafał Pietrzaka z Wisły Kraków i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

Te pretensje o kumoterskie powołania pójdą rzecz jasna w niepamięć w przypadku zwycięstw w spotkaniach Ligi Narodów z Portugalią i Włochami. PZPN zapowiada, że oba mecze na Stadionie Śląskim zostaną rozegrane przy komplecie publiczności. Kibiców trochę martwi słaba ostatnio forma strzelecka Roberta Lewandowskiego, ale wszyscy liczą, że może w strzelaniu goli snajpera Bayernu zastąpi rewelacyjnie spisujący się w Serie A Krzysztof Piątek.

Brzęczek na razie nie ma jednak pomysłu jak wkomponować tego gracza w drużynę, bo gra on w stylu Lewandowskiego. Trzymać go jako zmiennika „Lewego” to ryzyko, bo kapitan naszej reprezentacji w czwartek w spotkaniu z Portugalią zagra po raz setny w reprezentacji i z tej okazji może na boisku wyczyniać rzeczy wielkie. Do kadry wrócił też Kamil Grosicki i dla niego Brzęczek też będzie musiał znaleźć miejsce, podobnie jak dla Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Każdy z tych piłkarzy ma wielkie aspiracje i chce odgrywać znaczące role. A treningów będą mieć tylko siedem.

 

Liga jest słaba, ale dochodowa

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy spółki Ekstraklasy S.A. wyłoniło nowy skład rady nadzorczej, która udzieliła zarządowi jednogłośnego absolutorium.

 

W komunikacie prasowym Ekstraklasa S.A. poinformowała, że do rady nadzorczej automatycznie weszli przedstawiciele czterech najlepszych klubów w ubiegłym sezonie – Legii Warszawa (właściciel i prezes w jednej osobie Dariusz Mioduski), Jagiellonii Białystok (prezes i główny akcjonariusz Cezary Kulesza), Lecha Poznań (prezes klubu Karol Klimczak) oraz Górnika Zabrze (prezes zarządu Roman Kusz). Dwóch kolejnych członków rady zostały wybranych z przedstawicieli pozostałych 12 klubów ekstraklasy, a otrzymali je prezes Korony Kielce Krzysztof Zając oraz przewodniczący rady nadzorczej Piasta Gliwice Grzegorz Jaworski. W składzie rady nadzorczej Ekstraklasy S.A. pozostał reprezentujący w niej PZPN Zbigniew Boniek.

Walne zgromadzenie akcjonariuszy zatwierdziło sprawozdanie z działalności spółki za sezon 2017-2018. Ekstraklasa S.A. zanotowała w tym czasie rekordowe przychody, które przekroczyły 181 mln złotych. Jest to kwota o prawie 8 mln wyższa niż w poprzednim sezonie. To skąd ten żenująco słaby poziom sportowy rozgrywek?

 

Smutna otoczka 102. występu Błaszczykowskiego

W meczu z Irlandią (1:1) ponad 12 lat od debiutu w reprezentacji Polski, Jakub Błaszczykowski rozegrał w biało-czerwonych barwach 102. mecz i wyrównał rekord Michała Żewłakowa w liczbie występów w narodowej drużynie. Za miesiąc zapewne zostanie rekordzistą, bo Jerzy Brzęczek nie wyobraża sobie kadry bez siostrzeńca.

 

Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku w światowym „klubie stu występów w drużynie narodowej” nie było tak wielu piłkarzy jak dzisiaj. Magiczną granicę stu meczów przekraczali nieliczni, ale to zaczęło się zmieniać w XXI wieku. Dzięki postępom w medycynie sportowej oraz poprawie jakości treningu sportowego, liczba „setników” zaczęła lawinowo przyrastać i dzisiaj żeby być wśród najlepszych pod tym względem trzeba mieć na liczniku grubo powyżej 150 występów.

Tak prezentuje się czołowa „10” na świecie: 1. Ahmed Hassan (Egipt) 184; 2. Mohammad Al-Deayea (Arabia Saudyjska) 180; 3. Claudio Suarez (Meksyk) 179; 4. Hossam Hassan (Egipt) 178; 5. Gianluigi Buffon (Włochy) 176; 6. Ivan Hurtado (Ekwador) 168; 7. Vitalijs Astafjevs (Łotwa) 167; 8. Iker Casillas (Hiszpania) 167; 9. Adnan Al-Talyani (ZEA) 164; 10. Cobi Jones (USA) 164.

 

Każdy chce przejść do historii

Błaszczykowski nie ma raczej szans na dogonienie światowej czołówki i pewnie nawet nie ma takich ambicji. Jeśli już się z kimś w liczbie występów ściga, to tylko z Robertem Lewandowskim, który ma na koncie tylko trzy mecze mniej, a jest młodszy o trzy lata i zdecydowanie mniej podatny na kontuzje, co w praktyce oznacza, że prędzej czy później i tak wysforuje się na czoło i w tej klasyfikacji. Chyba, że z jakiegoś powodu pójdzie w ślady Łukasza Piszczka i przedwcześnie sam zakończy reprezentacyjną karierę. W tej chwili jest to sytuacja trudna do wyobrażenia, bo nasza reprezentacja bez „Lewego” traci co najmniej połowę swojej wartości, ale całkowicie wykluczyć takiego rozwoju wydarzeń nie można. Lewandowski pobił już tyle piłkarskich rekordów, że z tego jednego spokojnie mógłby zrezygnować. I tak zapisze się w historii polskiego futbolu złotymi zgłoskami.

Dla Błaszczykowskiego liczba występów w reprezentacji ma na pewno większe znaczenie, bo dla niego pierwsze miejsce na liście wszech czasów to za jakiś czas może być dla potomnych jedynym śladem jego wieloletniej obecności w kadrze. Być może dlatego jeszcze za rządów Adama Nawałki oświadczył w jednym z wywiadów, że z własnej woli nigdy nie zrezygnuje z występów w narodowych barwach. A teraz jest w komfortowej pod tym względem sytuacji, bo selekcjonerem biało-czerwonych został jego wujek, który jak na razie nie wyobraża sobie kadry bez Błaszczykowskiego, czego dowiódł powołując go na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią.

To miały być testy jego przydatności w kadrze. Podobnych testów Błaszczykowski zaliczał już w przeszłości kilka, ale ten ostatni był szczególny. 33-letni skrzydłowy, który w tym roku w zespole VfL Wolfsburg zagrał mniej minut niż w sumie w Bolonii i Wrocławiu, nie zachwycił ani w spotkaniu z Włochami, ani przeciwko Irlandczykom. W obu meczach przez jego błędy polska drużyna straciła gole i nic dziwnego, że dzisiaj w mediach fala krytyki pod adresem Błaszczykowskiego ma tendencję wznoszącą.

 

Brzęczek nagina zasady

Jeśli Brzęczek chciał tymi dwoma meczami w kadrze pomóc swojemu siostrzeńcowi w odbudowie dawnej pozycji, podupadłej przez kontuzje i słaby występ na mundialu w Rosji, to zamiar mu się nie powiódł. Cudów w futbolu nie ma. W tym roku Błaszczykowski rozegrał w zespole Wolfsburga zaledwie 101 minut, czyli mniej niż w tym tygodniu zaliczył w obu spotkaniach reprezentacji (160 minut). Ale w obu występach wyszły na jaw wszystkie jego niedostatki – brak ogrania, szybkości startowej, wytrzymałości. Po powrocie do klubu raczej na szybkie odzyskanie miejsca w zespole nie ma co liczyć, więc pewnie na październikowe mecze z Portugalia i Włochami znowu przyjedzie na kredyt. Ale to już będą potyczki o konkretną stawkę i Brzęczek musi liczyć się z oporem ze strony swoich zwierzchników w PZPN. Prezes Zbigniew Boniek na pewno zauważył mnogość pustych miejsc na wrocławskim stadionie i nie był to dla niego miły widok, bo oznaczał wymierne finansowe straty. A taki bardzo nie lubi.

 

Gracze z największą liczbą występów w reprezentacji Polski:

1. Michał Żewłakow (1999-2011) 102
– Jakub Błaszczykowski (2006 – ) 102
3. Grzegorz Lato (1971-1984) 100
4. Robert Lewandowski (2008 – ) 99
5. Kazimierz Deyna (1968-1978) 97
6. Jacek Bąk (1993-2008) 96
6. Jacek Krzynówek (1998-2009) 96
8. Władysław Żmuda (1973-1986) 91
9. Antoni Szymanowski (1970-1980) 82
10. Zbigniew Boniek (1976-1988) 80
11. Włodzimierz Lubański (1963-1980) 75
12. Tomasz Wałdoch (1991-2002) 74
13. Maciej Żurawski (1998-2008) 72
14. Piotr Świerczewski (1992-2003) 70
15. Roman Kosecki (1988-1995) 69
– Tomasz Kłos (1998-2006) 69
17. Mariusz Lewandowski (2002-2013) 66
– Dariusz Dudka (2004-2012) 65
– Artur Boruc (2004-2017) 65
– Łukasz Piszczek (2007-2018) 65
21. Jan Tomaszewski (1971-1981) 63
– Dariusz Dziekanowski (1981-1990) 63
23. Robert Gadocha (1967-1975) 62
– Roman Wójcicki (1978-1989) 62
– Tomasz Hajto (1996-2005) 62
– Kamil Glik (2010 – ) 62
27. Henryk Kasperczak (1973-1978) 61
– Andrzej Szarmach (1973-1982) 61
29. Marcin Wasilewski (2002-2013) 60
– Jacek Zieliński (1995-2003) 60
– Jerzy Dudek (1998-2013) 60
– Włodzimierz Smolarek (1980-1992) 60
– Kamil Grosicki (2008 – ) 60
34. Lucjan Brychczy (1954-1969) 58
– Ryszard Tarasiewicz (1984-1991) 58
36. Stanisław Oślizło (1961-1971) 57
– Lesław Ćmikiewicz (1970-1978) 57
– Jan Urban (1985-1991) 57
39. Grzegorz Krychowiak (2008 – ) 56
40. Jerzy Gorgoń (1970-1978) 55
40. Waldemar Matysik (1980-1989) 55

 

Co w debiucie pokaże Brzęczek?

Jerzy Brzęczek już w swoim debiucie w roli selekcjonera biało-czerwonych może zapisać się w historii polskiego futbolu. Wystarczy, że w piątek 7 września wygra z Włochami, a okaże się lepszy od ośmiu swoich poprzedników na tej posadzie. Żadnemu z nich w debiucie nie udało się wygrać.

 

Brzęczek w XXI wieku jest dziewiątym selekcjonerem naszej piłkarskiej reprezentacji. Przed nim funkcję tę sprawowali: Jerzy Engel, Zbigniew Boniek, Paweł Janas, Leo Beenhakker, Stefan Majewski, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka. Wszystkich tych szkoleniowców łączy wspólne niepowodzenie, bo żadnemu nie udało się wygrać meczu w swoim debiucie w roli trenera biało-czerwonych.

 

Engel zaczął od 0:3 z Hiszpanią

Jerzy Engel przejął kadrę po Januszu Wójciku i do pierwszego meczu poprowadził ją 26 stycznia 2000 roku w wyjazdowej potyczce z Hiszpanią. Porażka 0:3 była najłagodniejszym wymiarem kary dla biało-czerwonych. Żaden z kolejnych selekcjonerów już tak dotkliwie w debiucie nie przegrał. Mimo tej klęski Engel zdołał potem zmontować solidną ekipę i wywalczył z nią awans do finałów mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii. Był to niewątpliwy sukces, bo nasza reprezentacja była nieobecna na tej największej piłkarskiej imprezie od 1986 roku. W azjatyckim czempionacie Engel jako trener zupełnie się jednak pogubił. Do dzisiaj tak naprawdę nie znamy przyczyn tej mundialowej klęski, bo raport Engela, o ile w ogóle takowy powstał, nigdy nie został upubliczniony.

Rozczarowanie kibiców i mediów słabym występem biało-czerwonych było tak duże, że władze PZPN dla uspokojenia nastrojów poświęciły Engela dymisjonując go z posady. Jego miejsce zajął człowiek o najmocniejszej pozycji w polskiej piłce, czyli Zbigniew Boniek. Była to zadziwiająca roszada, bo żeby zostać selekcjonerem kadry narodowej i spełnić swoje największe trenerskie marzenie, Boniek musiał zrezygnować z dającej mu potężną władzę w PZPN funkcji wiceprezesa ds. marketingu. Nie była to jednak najlepsza decyzja w jego życiu, o czym przekonał się już w debiucie. Wprawdzie 21 sierpnia 2002 roku zestawiony przez niego zespół zremisował 1:1 z zawsze mocną Belgią, ale stylem gry nie zachwycił i fali pomundialowej krytyki nie stłumił. Boniek poprowadził zespół jeszcze w czterech spotkaniach i niespodziewanie rzucił posadę pod jakimś wymyślonym ad hoc pretekstem. Na poprzednie stanowisko wiceprezesa jego towarzysze z zarządu PZPN już go nie przywrócili i musiał potem przez dziesięć lat tkwić na uboczu, zanim w 2012 roku wreszcie zdobył niepodzielną władzę w związku, z owoców której czerpie przyjemność do dzisiaj.

Po rezygnacji Bońka ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz posadę trenera kadry powierzył Pawłowi Janasowi, który po długich wahaniach porzucił dla nowego wyzwania wygodne życie dyrektora sportowego Amiki Wronki. Zaczął jednak tak sobie, bo 12 lutego 2003 roku biało-czerwoni pod jego wodzą wywalczyli bezbramkowy remis z Chorwacją. Potem „Janosik” przegrał eliminacje do Euro 2004, ale za to wywalczył awans do mistrzostw świata 2006 roku w Niemczech. Na tej imprezie wypadł jednak nie lepiej od Engela i po mundialu został zwolniony.

 

Beenhakker przegrał 0:2 z Danią

Jego miejsce zajął słynny holenderski szkoleniowiec Leo Beenhakker, światowa sława, chociaż w 2006 roku już mocno przyblakła. O polskim futbolu pojęcie miał niewielkie i zanim sam zdobył niezbędną wiedzę, kadrę na swój debiutancki mecz powołał na podstawie podpowiedzi swoich współpracowników. Nie były one trafne, bo 12 sierpnia 2006 roku nasza reprezentacja pod wodzą Beenhakkera w kiepskim stylu przegrała na wyjeździe z Danią 0:2. Potem Holender, który dostał najwyższą gażę w historii polskiego futbolu (ok. 900 tys. euro rocznie) już tak doradcom nie ufał i jako pierwszy w historii wprowadził biało-czerwonych do finałów mistrzostw Europy. Na turnieju w Austrii i Szwajcarii sukcesu nie odniósł, mimo to prezes Listkiewicz nie pozbawił go posady. Zrobił to dopiero jego następca Grzegorz Lato, ale dopiero wtedy, gdy nasz zespół stracił szanse na awans do MŚ 2010 w RPA. Eliminacje dokończył Stefan Majewski, który na dzień dobry 10 października 2009 roku przegrał z Czechami 0:2.

Polska już wtedy miała zapewniony udział w kolejnych finałach mistrzostw Europy, jako współgospodarz turnieju. Prezes Lato na selekcjonera wybrał Franciszka Smudę i jak się potem okazało, był to wybór kompletnie nietrafiony. Nowy trener kadry zadebiutował 14 listopada 2009 roku, a biało-czerwoni pod jego wodzą przegrali u siebie z Rumunią 0:1. Co było potem wciąż doskonale pamiętamy.

 

Debiut Brzęczka: 7 września 2018

Po dymisji Smudy Lato funkcję selekcjonera powierzył Waldemarowi Fornalikowi, ale on też zaczął pracę z kadrą od porażki, przegrywając 15 sierpnia 2012 roku na wyjeździe ze słabiutką Estonią 0:1. Fornalik nie zdołał wywalczyć awansu do mistrzostw świata 2014 roku w Brazylii, a że prezesem był już wtedy nie Lato, tylko Boniek, było oczywiste iż na posadzie się nie utrzyma. Miejsce Fornalika zajął Adam Nawałka i na początku nic nie zapowiadało, że reprezentacja pod jego wodzą awansuje do Euro 2016, gdzie dojdzie aż do ćwierćfinału, a potem w cuglach wygra też eliminacje do mistrzostw świata 2018 roku w Rosji. Nawałka w roli selekcjonera zadebiutował 15 listopada 2013 roku, a zestawiony przez niego zespół przegrał we Wrocławiu w żenującym stylu ze Słowacją 1:3. Dla Jerzego Brzęczka pamiętną datą będzie 7 września 2018 roku, bo tego dnia w Bolonii zadebiutuje jako selekcjoner biało-czerwonych w spotkaniu z Włochami o pierwsze punkty w rozgrywkach Ligi Europy.

 

Raport na odczepnego

PZPN w przededniu debiutu Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera reprezentacji Polski dość nieoczekiwanie upublicznił raport jego poprzednika, Adama Nawałki, spisany po nieudanym dla biało-czerwonych mundialu w Rosji. Nie jest to dzieło godne uwagi.

 

Raport przygotowany na odchodnym przez Adama Nawałkę i jego współpracowników liczy blisko sto stron. Przebrnąć przez ten napisany drętwym językiem elaborat, wręcz przeładowany branżowymi terminami czerpanymi chyba z podręczników dla studentów Akademii Wychowania Fizycznego, nie jest zadaniem łatwym. Wątpliwe, by ktokolwiek zadał sobie trud naprawdę wnikliwego przestudiowania tego „dzieła”, chociaż sądząc po mnogości recenzji i komentarzy do dokumentu opublikowanego na stronie internetowej PZPN zajrzało wiele osób.

 

Publikacja wymuszona

Prezes Zbigniew Boniek przyznał, że zdecydował się na upublicznienie raportu pod naciskiem mediów, które domagały się tego po wyjawieniu przyczyn mundialowej klęski przez trenera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa. Sęk w tym, że o ile analiza niemieckiego selekcjonera rzeczywiście te przyczyny wyjaśnia, to z raportu Nawałki nie dowiadujemy się w zasadzie niczego, czego byśmy już nie wiedzieli wcześniej. Kto oglądał mecze Polaków w Rosji musiał zauważyć, że nasi piłkarze byli wolniejsi, mniej dynamiczni i kondycyjnie słabsi do rywali, a to oznacza, że zostali pod względem fizycznym źle przygotowani do mundialu.

Jako pierwszy publicznie powiedział o tym Łukasz Piszczek, między wierszami jego opinię potwierdzali też inni gracze, nawet Robert Lewandowski, ale „z grubej rury” niedawno przywalił byłemu sztabowi kadry dopiero Kamil Glik. „Raportu trenera Nawałki nie czytałem, więc trudno mi się odnieść do jego treści. Mogę bazować tylko na tym, co widziałem i przeżyłem w Rosji. A widziałem, że nikt sobie do gardeł nie skakał, na mundialu atmosfera nie różniła się od tej w czasie eliminacji. Ale fakt jest taki, że na mistrzostwach nie wyglądaliśmy tak, jak zawsze. Pod względem fizycznym nie byliśmy przygotowani nie tylko na sto, ale nawet na dziewięćdziesiąt procent” – stwierdził stanowczo stoper AS Monaco.

Nawałka w swoim raporcie napisał, że zwiodła go dobra postawa jego wybrańców w ostatnich przed wyjazdem na mundial sparingach z Chile i Litwą. Faktycznie, w spotkaniach z tymi drużynami nasi zawodnicy prezentowali się bez zarzutu.

 

Feralny trening w samo południe

Co zatem się stało, że w meczu z Senegalem już po pół godzinie „oddychali rękawami”? Kluczowy w tej kwestii zdaniem byłego selekcjonera okazał się trening przeprowadzony w Soczi 17 czerwca, ostatni przed wylotem na mecz z Senegalczykami. Blisko dwugodzinne intensywne zajęcia rozpoczęły się o 11:00 i przeprowadzone zostały w ostrym słońcu i wysokiej temperaturze. Czegoś takiego nie zafundowałby swoim zawodnikom nawet instruktor piłki nożnej świeżo po kursie, dlatego dziwi, że zrobili to doświadczeni szkoleniowcy, a jeszcze bardziej od nich doświadczeni piłkarze bez szemrania wykonali polecenia. Ten feralny trening okazał się kamieniem, który ruszył lawinę. Nasi reprezentanci zostali bowiem dosłownie „ugotowani” i w meczu z Senegalczykami mogliśmy to zobaczy na własne oczy. Popełniony błąd szybko skorygowano, bo w kolejnych dniach treningów w samo południe już nie organizowano, ale Nawałka kompletnie stracił orientację co do aktualnej dyspozycji swoich piłkarzy. Dlatego zaczął kombinować ze składem zarówno w meczu z Kolumbią, jak w ostatnim, „o honor” z Japonią.

Gdy klęska stała się faktem, Nawałka niby wziął całą winę na siebie, ale nie omieszkał tu i ówdzie dać do zrozumienia, że popełnił kilka błędów personalnych oraz że kadra na mundialu nie była tak zwartą grup jaką była podczas Euro 2016.

 

Kamyczek do ogródka piłkarzy

W raporcie te zarzuty wobec piłkarzu sformułował tak: „W ostatnich miesiącach (przed mistrzostwami – przyp. red.) pojawiały się symptomy świadczące o pewnych napięciach wewnątrz grupy, typowych dla reprezentacji funkcjonującej od dłuższego czasu w zbliżonym składzie. Z uwagi na to podejmowane były liczne działania zmierzające do pełnego zintegrowania drużyny podczas zgrupowań (rozmowy indywidualne, spotkania integracyjne, rodzinne, stały kontakt sztabu z zawodnikami i trenerami klubowymi, wizyty w klubach zawodników, treningi alternatywne, dobór odpowiednich ćwiczeń – zabawy ożywiające w wybranych jednostkach treningowych). W dalszym ciągu pozwalało to na podtrzymanie dobrej atmosfery i odpowiedniej równowagi w zespole przed turniejem. W jego trakcie okazało się, że drużyna nie była optymalnie przygotowana pod względem mentalnym do skali trudności jaka występuje podczas mundialu. Nie udało się zrobić wszystkiego aby scalić zespół w najtrudniejszych momentach”.

W sumie dobrze się stało, że PZPN „Raport Nawałki” upublicznił. Nic nowego do sprawy nie wniósł, ale przynajmniej teraz wiemy, dlaczego Boniek nie chciał przedłużyć kontraktu z Adamem Nawałką przed mistrzostwami. Prawa rządzące piłkarskim biznesem są brutalne – zwycięzców nikt nie rozlicza, przegranych osądzają wszyscy.

 

Lewy traci sympatię

Piłkarze reprezentacji Polski po słabym występie na mundialu w Rosji stracili sympatię rodaków. Tak przynajmniej wynika z najnowszych badań przeprowadzonych przez Havas Sports & Entertainment.

 

Najwięcej w oczach fanów piłkarskiej reprezentacji Polski po nieudanym mundialu w Rosji stracił Robert Lewandowski. Badanie przeprowadzone przez Havas Sports & Entertainment (Havas Media Group) na reprezentatywnej próbie 600 osób powyżej 18. roku życia wykazało, że kapitan biało-czerwonych obecnie cieszy się sympatią 32,1 procent społeczeństwa, co oznacza jednak spadek o 11,9 procenta w porównaniu z badaniami przeprowadzonymi przed turniejem W Rosji. Spadek wskaźników sympatii dotknął wszystkich kadrowiczów, byłego już selekcjonera reprezentacji Adama Nawałki, a także prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który straciił 8,8 procent (spadek z 33 na 24,2 procent). Wynik Nawałki zmniejszył się o siedem punktów procentowych (z 28 na 21 procent). Spadek o 5,3 procenta zaliczył nawet Jakub Błaszczykowski, do którego sympatię czuje teraz 31,7 procent badanych, czyli mniej niż do Lewandowskiego.

Zmniejszenie wypracowanego przez ostatnie kilka lat kapitału sympatii do piłkarzy reprezentacji Polski to nie tylko skutek słabego występu, ale też zachowania kadrowiczów. Zawodnicy innych reprezentacji, którym także w Rosji się nie powiodło, potrafili na portalach społecznościowych zdobyć się na słowa przeprosin pod adresem swoich sympatyków, a ze strony naszych reprezentantów takich reakcji nie było, za to niemal tuż po powrocie z mundialu zaczęli publikować zdjęcia z luksusowych wakacji. „Piłkarze pokazali swoim fanom, że nie przeżywają porażki tak jak oni, a to nie mogło im zjednać sympatii” – napisano w komentarzu do badań Havas Sports & Entertainment.

Spadek wskaźników sympatii natychmiast odbił się na pomiarach oddziaływania reklam z udziałem kadrowiczów Nawałki. Ponad dwie trzecie badanych uznało, że nie chce już oglądać żadnego piłkarza w reklamach. Aż 57,8 procent ma dość tego typu aktywności Roberta Lewandowskiego, 35,5 procent trenera Nawałki, a 34,3 procent Błaszczykowskiego.
Specjaliści od marketingu sportowego twierdzą jednak, że jest to przejściowa sytuacja i za jakiś czas te wskaźniki zaczną się poprawiać na korzyść naszych najlepszych piłkarzy. Duży wpływ na to będą miały wyniki reprezentacji pod wodzą nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka. Już na początku września biało-czerwoni rozegrają pierwszy mecz w Lidze Narodów z Włochami. Jeśli w tym spotkaniu nasza drużyna wypadnie równie słabo jak na mundialu, trend spadkowy we wskaźnikach sympatii się nie tylko utrzyma, ale zapewne też przyspieszy.

 

Udany start Lecha

Po dwóch kolejkach liderem jest Zagłębie Lubin, ale oprócz „Miedziowych” kompletem punktów na koncie mogą pochwalić się też zespoły Lecha Poznań i Piasta Gliwice. Na drugim biegunie znalazły się drużyny Cracovii i Pogoni Szczecin i Zagłębia Sosnowiec.

 

Dwa zwycięstwa w pierwszych dwóch meczach – ostatni raz piłkarze Lecha Poznań tak udanie rozpoczęli zmagania w ekstraklasie w sezonie 2012-2013. Wtedy „Kolejorz” zaczął od wygranej u siebie z Ruchem Chorzów 4:0, a tydzień później pokonał w Warszawie Polonią 2:1. Dobra passa urwała się już w trzeciej kolejce, bo z Górnikiem Zabrze lechici wywalczyli tylko bezbramkowy remis. Teraz może być podobnie, bo w trzeciej kolejce poznański zespół zagra na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław, który obecny sezon także zaczął obiecująco. „Wysokie miejsce w tabeli w tym momencie nic nam nie daje. Nieważne jak się zaczyna, tylko jak się kończy. Żeby skończyło się dobrze, musimy teraz doskonalić nasz sposób gry i ciężko pracować na treningach. Innej drogi do sukcesu nie widzę” – przekonuje trener lechitów Ivan Djurdjević.

Ale zanim gracze „Kolejorza” wyjdą na murawę stadionu we Wrocławiu, w czwartek 2 sierpnia przyjdzie im stoczyć rewanżową potyczkę w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z białoruskim Szachtiorem Soligorsk. W pierwszym meczu padł remis 1:1, więc ekipa „Kolejorza” ma dobrą pozycję wyjściową w rewanżu. No i nie będzie musiała grać z Białorusinami, jak z Cracovią, przy pustych trybunach. Wojewoda wielkopolski skrócił nałożoną na klub karę zamknięcia trybun. Awans do III rundy w tej sytuacji jest obowiązkiem graczy Lecha.

Po dwóch kolejkach ekstraklasy za wcześnie jest na wyciąganie jakiś ogólnych wniosków, nie da się jednak nie zauważyć fatalnego startu Cracovii. Przed sezonem trener „Pasów” Michał Probierz odważnie zapowiadał, że jego zespół będzie walczył o najwyższe cele, na razie jednak krakowski zespół trzyma w tabeli czerwoną latarnię. W trzeciej kolejce zagra u siebie z Arką Gdynia, potem czeka go wyjazd do Szczecina, a na koniec serii potyczka w Krakowie z sensacyjnym liderem Zagłębiem Lubin. Niewykluczone, że po tych pięciu kolejkach wielu kibiców odetchnie z ulgą, że to nie Probierza prezes PZPN Zbigniew Boniek wybrał na nowego selekcjonera reprezentacji Polski.

Tylko trzy zespoły w dwóch pierwszych kolejkach wywalczyły komplety punktów – poza wspomnianymi już Zagłębiem Lubin i Lechem jeszcze tylko Piast Gliwice. Trener Waldemar Fornalik po poprzednim sezonie znalazł się w niekomfortowej sytuacji, bo władze klubu rozważały zatrudnienie innego szkoleniowca. Ostatecznie były selekcjoner reprezentacji Polski utrzymał posadę i przez wakacje poukładał zespół na nowo. Na razie przynosi to dobre efekty.